- Opowiadanie: Natarela - Z pamiętnika szeptuchy (spisanego wodorostem niezrównanego Kleklakleta)

Z pamiętnika szeptuchy (spisanego wodorostem niezrównanego Kleklakleta)

Mój debiut na NF, więc liczę na bezlitosną krytykę. Nie krępujcie się :) Mam tylko nadzieję, że opowiadanie nie wypadło gorzej, niż mi się wydaje, i że nie przyprawi Was o dużo fejspalmów. 

 

Dodatkowo też bardzo, bardzo dziękuję rogasowi za wnikliwe betowanie i pomoc w dokonaniu niemożliwego, czyli zmieszczeniu się w limicie znaków.  Bez niego bym sobie nie poradziła :)

 

Aha, i pamiętajcie, że „Każdy kij ma dwa kolce”... Znaczy się „końce”, rzecz jasna.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Z pamiętnika szeptuchy (spisanego wodorostem niezrównanego Kleklakleta)

 „Zaraz zginę z ręki… to znaczy z odnóża przerośniętej stonogi”.

Wyglądało na to, że taka oto będzie moja ostatnia myśl przed śmiercią. Błyskotliwa, nieprawdaż? Miesiąc wcześniej nawet do głowy by mi nie przyszło, że skończę jako przekąska dla góry chitynowego pancerza, a tymczasem właśnie stałam z tą niezbyt kuszącą perspektywą twarzą w twarz.

Już parę tygodni minęło odkąd znalazłam Paskudę albo raczej to, co z niej zostało. Rozszarpało ją jakieś długie, owadopodobne stworzenie wielkości psa. Nie rozpaczałam zbytnio, bo stara kocica na pewno (o cokolwiek poszło) zasłużyła sobie na to, co ją spotkało. Uroniłam tylko kilka skromnych łez – wszak stanowiła najbardziej żywą pamiątkę po zmarłej Mściwoi, mojej poprzedniczce i mentorce.

Wraz z kilkoma młodzieńcami przeczesałam teren wokół wsi na wypadek, gdyby potwór miał apetyt na kogoś jeszcze. Bez skutku. Ponieważ nie pałałam zbytnio chęcią zemsty, puściłam sprawę w niepamięć i wróciłam do codziennych obowiązków szeptuchy.

Sytuacja zmieniła się, kiedy Niesiebudka, najmłodsza córeczka Radomiry, poważnie zachorowała. Wśród wielowiekowych receptur znalazłam przepis na specyfik, który wyglądał jak lek na dolegliwość dziewczynki (jeśli dobrze interpretowałam objawobrazki). Problem stanowiły składniki – potrzebne były kolce wija olbrzymiego, a o te wcale nie tak łatwo.

Wtedy przypomniałam sobie o wieloodnóżnym zabójcy mojego kota – potencjalnym wiju. Zdesperowana Radomira uczepiła się tej możliwości i zaoferowała mi swoją pomoc w złapaniu stawonoga, na którą niechętnie przystałam. Bowiem wśród licznych, aczkolwiek bardzo ogólnych instrukcji przekazywanych z wiedźmy na wiedźmę, dotyczących sposobów obchodzenia się z wijami, jedna zapadła mi w pamięć: „Chcesz ujarzmić wijaka, zabierz grajka”. A może chodziło o „rybaka” zamiast „grajka”? Byłoby do rymu. Postanowiłam dmuchać na zimne i wzięłam ze sobą parę pstrągów oraz potrafiącą śpiewać Radomirę.

Na oddaloną o pięć dni drogi od naszej wioski polanę, na której potwór akurat się wygrzewał, trafiłyśmy zupełnym przypadkiem. Szczerze mówiąc, od razu tego pożałowałam.

Amator kociego mięsa urósł dziesięciokrotnie, odkąd przebywał w okolicach naszej wsi. Jego ogromne cielsko leżało zwinięte na ciepłej ziemi, a chitynowy pancerz lśnił w słońcu niczym wypolerowany onyks. Fragment takiej skorupy znalazłam obok truchła Paskudy, więc nie miałam wątpliwości co do tożsamości poczwary.

Przycupnęłyśmy za rzadkimi zaroślami.

Opanowałam nagłą chęć szybkiego odwrotu i odruchowo przejechałam dłonią po twarzy, by sprawdzić, czy nie wyskoczyła mi jakaś brodawka. Nawyk ten zawdzięczałam Mściwoi, twierdzącej, iż wszystkie jej narośle pojawiły się na skutek stresu.

– To jak to było, Dobrożyźń? „Każdy wij ma dwa końce”? – zapytała w końcu szeptem pobladła Radomira, przypominając mi, po co tu jesteśmy.

Prychnęłam cicho, usiłując zdusić przerażenie, które popiskiwało właśnie gdzieś w okolicach przepony.

– Znowu przekręciłaś. „Każdy wij ma dwa kolce”.

– Ja u niego widzę ich znacznie więcej – mruknęła zdezorientowana.

Laikowi mogło się tak wydawać, gdyż każdy segment chitynowego pancerza był zakończony ostrymi wypustkami. Nam jednak chodziło o dwa kluczowe dla potwora organy – rożnojęzyk (nazwę wymyśliłam sama, obserwując, jak używają tego kolca malutkie skolopendry, bliskie krewne naszej poczwary) oraz róg (jego funkcji jeszcze nie odgadłam).

– Wypatruj dwóch szczególnych. To ich potrzebujemy do lekarstwa.

Na twarzy Radomiry nie było już widać strachu, tylko czystą determinację. Kobieta wskazała na niewielki guz, który wyrastał z ostatniego segmentu pancerza na jednym z dwóch końców wija. Musiał on wieńczyć głowę, bo tuż obok znajdowały się paciorkowate, granatowe oczy wielkości pięści.

– Wystarczy. – Sięgnęłam po specjalny, ząbkowany sierp służący do odcinania różnych dziwnych fragmentów z ciał jeszcze dziwniejszych istot. – Ty tu siedź i zanuć coś. Uda się – spróbowałam podnieść nas obie na duchu, ale z mizernym skutkiem. Westchnęłam i rzuciłam Radomirze torbę z rybami.

To było szaleństwo, ale musiałam zaufać wiedźmiemu porzekadłu. W razie czego w odwodzie pozostawały pstrągi.

Nie wiem czy to zasługa sennej melodii, czy otępiającego zmysły upału, ale z rogiem poradziłam sobie bez problemu. Przy okazji zauważyłam też rożnojęzyk. Znajdował się tuż pod otworem gębowym stawonoga i niebezpiecznie blisko podrygujących szczękoczułków.

Wstrzymałam oddech i zaczęłam piłować drugi kolec.

Swój błąd zrozumiałam za późno.

Ta wypustka była giętka i zapewne lepiej unerwiona niż poprzednia. Pożądany skutek uzyskałabym, usiłując ją wyrwać. A tak potwór obudził się, gdy tylko poczuł chłód stali na miękkiej tkance.

Gdy usłyszałam chrzęst pancerza, intuicyjnie rzuciłam się do tyłu. Dzięki temu uniknęłam poszatkowania przez szczypce, ale i tak potknęłam się o ogon wija. Przewróciłam się na plecy i zobaczyłam, jak czarna sylwetka przypominającej olbrzymią stonogę poczwary zaczyna rosnąć na tle słońca. Miałam co najwyżej kilka sekund, zanim wij zmieni mnie w łatwo strawną papkę.

Gdzieś na obrzeżach świadomości zarejestrowałam, że Radomira zrezygnowała ze śpiewania. Obrzucała teraz potwora wyzwiskami i pstrągami, co wydawało się nieco go rozpraszać. Po rybach spodziewałam się jednak więcej, może więc odcięty róg odpowiadał za zmysł powonienia?

Otwierałam już usta, by zacząć wrzeszczeć histerycznie, gdy ktoś mnie uprzedził.

– Co tu się dzieje?!

Wyglądało na to, że ów dziecięcy okrzyk zaskoczył wija w równym stopniu, co Radomirę i mnie. Zamarliśmy w bezruchu, wpatrując się w zmieszaną ośmiolatkę.

Potwór otrząsnął się pierwszy. Stanął na wszystkich odnóżach i ku mojemu przerażeniu podreptał do dziewczynki, by (jak sądziłam) wzbogacić swoją dietę o zagubionego podlotka.

Zamiast tego poczwara pochyliła chitynowy łeb, a dziecko pogłaskało go.

– Wybacz. Nie wiem, dlaczego Paciorek cię zaatakował – powiedziała do mnie zmartwiona. – Musiał się czegoś naprawdę wystraszyć.

Scena ta była po prostu zbyt absurdalna, by być prawdziwa. Spojrzałam na Radomirę, szukając u niej wsparcia w konfrontacji z rzeczywistością, ale ona wciąż trwała w stuporze.

Tymczasem dziewczynka zauważyła kikut na głowie swojego przyjaciela i odpiłowany róg w mojej dłoni. Jej zmieszanie przerodziło się w złość. 

– Chciałaś zabić Paciorka?!

Jej ton głosu otrzeźwił mnie.

– Hej, on rozszarpał mojego kota i usiłował mnie pożreć!

– Nie zaatakowałby, gdybyś go nie rozgniewała.

Zanim zdążyłam wylać z siebie łzy i opowiedzieć o mojej najukochańszej Paskudzie, która na pewno nigdy by nie skrzywdziła innej istoty, do rozmowy włączyła się Radomira.

– Posłuchaj, nie mamy wyboru – przemówiła łagodnie. – Musimy zabić tego potwora. Potrzebujemy…

– On nie jest potworem!!! – wrzasnęła dziko dziewczynka, po czym wzięła głęboki oddech i dodała już spokojniej, klepiąc Paciorka po pancerzu:

– Dość już go skrzywdziłyście. Myślę, że powinnyście sobie iść.

Radomira zaprotestowała, a ja zauważyłam, że wij jakby zebrał się w sobie. Zaschło mi w gardle.

Błyskawicznie zerwałam się z ziemi. Pomimo nagłych zawrotów głowy doskoczyłam do mojej towarzyszki i pociągnęłam ją za sobą. W samą porę, bo potwór zwinął się właśnie w spiralę i ruszył za nami w pościg niczym olbrzymi, toczący się dysk.

– Do jeziora! – zawołała Radomira, dając susa do wody. Nie zdążyłam nawet pomyśleć, że to bez sensu, bo wije umieją doskonale pływać, tylko poszłam w jej ślady.

O dziwo poczwara zatrzymała się na krawędzi stromego brzegu, po czym zawróciła na polanę.

Coś mi tu śmierdziało i to bynajmniej nie unosząca się obok nas oślizgła plątanina podgniłych łodyg tataraku. Choć może i ona, bo podejrzanie przypominała pokrycie dachu jakiegoś podwodnego domostwa…

Zanim sobie to uświadomiłam, głowa Radomiry zniknęła z powierzchni z głośnym ślurp! Ułamek sekundy później coś chwyciło mnie za łydkę i pociągnęło na dno.

Po chwili bezsensownej szamotaniny znieruchomiałam, aby nie marnować powietrza i zrozumieć, co się dzieje. Proste: jakiś demon wciągał mnie właśnie pod wodę z zawrotną prędkością – czyli sytuacja, do której nigdy miałam nie dopuszczać.

Nagle wpadła mi do głowy pewna myśl. Wyszarpnęłam zza pazuchy wisiorek – ot, na pozór zwykłą muszlę szczeżui na rzemieniu. Prezent od zaprzyjaźnionego mieszkańca jeziora, (absolutnie cudownego i niezwykle przystojnego) Kleklakleta. Określił naszyjnik jako list żelazny podwodnego świata.

Medalion zalśnił mdłym blaskiem, a uchwyt na łydce zelżał. Tuż przede mną, w świetle muszli ukazała się straszliwie blada i pomarszczona kobieca twarz. Chciałam krzyknąć z przestrachu, ale zamiast tego zadławiłam się brudną wodą.

Następne piętnaście minut spędziłam już na brzegu, na przemian krztusząc się i wymiotując. Obok mnie siedziała szczękająca zębami ze strachu Radomira. Trzy topielice przypatrywały się nam, bulgocząc z irytacją.

W końcu jedna wystąpiła i warknęła:

– Naruszyłyście bulg! teren. Łaskawie bulg! się wytłumaczyć, zanim was bulg!

Radomira przełknęła ślinę, zerkając na mnie kątem oka.

– My… my… przybyłyśmy w odwiedziny. Hm, ponoć… gospodynią w tym jeziorze jest sławna na cały świat pani… ehm… – spojrzała na mnie, jakby oczekując, że znam imię każdego mitycznego demona w okolicy.

Na szczęście znałam za to kilku przedstawicieli wodnego ludu i wiedziałam, jaki fortel może zadziałać.

– Pani Bulgbulgbulga – dokończyłam z pozorną pewnością siebie.

Topielica zaśmiała się, ale widać było, że puchnie z dumy.

– Wy, ludzie, nigdy bulg! naszych imion, ale to na bulg! o mnie. Tak, to ja nazywam się – tu zabulgotała przeciągle – i tak, to ja bulg! władczynią tego jeziora. Co was tu bulg!?

Chciałam zupełnie szczerze rzec, że przypadek, ale na szczęście Radomira mnie ubiegła.

– Dziewczynka z wijem. Wiesz coś o niej?

Demonica prychnęła.

– Ten jej Paciorek bulg! nam całą chatę. Tylko za to, że próbowałyśmy ją bulg! podczas kąpieli!

– Gdzie ją znajdziemy? 

– Tu zaraz bulg! wąski parów ze świetną bulg! Głos stamtąd bulg! na całą okolicę. Wije nie bulg! za muzyką, ale ta bulg! smarkula owszem. A nuż bulg!? – rzekła topielica z błyskiem w oku.

Pożegnałyśmy się prędko z samozwańczą władczynią jeziora, zanim przypomniała sobie, że miała nas bulg!, i szybko znalazłyśmy wskazany wąwóz.

Radomira nie musiała długo śpiewać, Paciorek pojawił się już po paru chwilach. Na jego grzbiecie siedziała znajoma ośmiolatka.

– Czego znowu chcecie? – zapytała ponuro, gdy nas dostrzegła.

Moja towarzyszka zabrała głos.

– Źle zaczęłyśmy naszą znajomość. Ja jestem Radomira, a to Dobrożyźń. – Wskazała na mnie. – A ty?

Dziewczynka wahała się chwilę, ale odpowiedziała:

– Sambojka.

– Gdzie są twoi rodzice, Sambojko? – zapytałam.

Wargi dziecka zadrżały.

– Nigdzie.

Chciałam drążyć temat, ale Radomira posłała mi ostrzegawcze spojrzenie.

– Skarbie, wiem, że Paciorek wiele dla ciebie znaczy. Ale jego kolec… On jest potrzebny do przyrządzenia leku dla mojej bardzo chorej córeczki. Rozumiem, że jesteś bardzo przywiązana do swojego pupila…

– Niczego nie rozumiecie! On jest moją jedyną rodziną! – Wybuchnęła płaczem i wtuliła się w stawonoga.

Radomira wyglądała, jakby ją ktoś uderzył obuchem. Przez dłuższą chwilę stała ze wzrokiem wbitym w ziemię.

– Skoro… Skoro tak, to bardzo cię przepraszamy. Obiecujemy, że nie skrzywdzimy Paciorka i poprosimy też o to w sąsiednich wioskach. Będziesz u nas mile widziana – powiedziała w końcu, ku mojemu zdumieniu.

Sambojka spojrzała na nią niepewnie.

– A co z twoją córką?

– Wymyślimy coś. Nie martw się – rzekła Radomira płaczliwym głosem.

Dziewczynka pociągnęła kilka razy nosem i odjechała, nawet się nie żegnając.

– Przecież wiesz, że… – Spojrzałam zdziwiona na Radomirę.

– Wiem.

– To dlaczego odpuściłaś?

Kobieta westchnęła.

– Nie można budować szczęścia swojej rodziny na niszczeniu cudzej.

– To bardzo szlachetne z twojej strony – mruknęłam z podziwem, po czym zerknęłam przez ramię w stronę, w którą odjechała Sambojka.

– Skoro szlachetne, to dlaczego czuję się tak podle?

Nie wiedziałam, ale to raczej nie było związane z olbrzymim rogatym biesem, który wyrósł jak spod ziemi tuż za nami.

Przynajmniej wyjaśniło się, dlaczego te zgniłe intrygantki tak ochoczo nam pomogły. Wiedziały o drzemiącym w okolicy demonie i wpędziły nas w pułapkę. Wydawało mi się, że usłyszałam ich bulgotanie podejrzanie przypominające chichot.

„Zabiję cię, a później opętam twoje ciało i zniszczę twój dom, szeptucho” oznajmił dramatycznym tonem w mojej głowie demon. Przełknęłam ślinę. Przypominałam sobie tylko: „Jeśli biesa masz, nogi bierz za pas”. Znakomita rada w sytuacji bez wyjścia.

Zanim przedsięwzięłam jakiekolwiek kroki, Radomira potrząsnęła głową i odwróciła się. Jej wrzask tylko dodatkowo rozsierdził demona. Popchnęłam kobietę na ziemię, a sama uskoczyłam w drugą stronę tak, że bies przemknął między nami. Widowiskowo poślizgnęłam się na grząskim gruncie i upadłam, czując rozrywający ból w kostce. Stwór tymczasem zdecydowanie za szybko odwrócił się i zaszarżował ponownie – wprost na mnie.

Już trzeci raz tego dnia groziła mi rychła śmierć.

Wtem, dosłownie znikąd, pojawił się Paciorek. Rozpędzony wij odepchnął ode mnie demona, po czym z impetem uderzył w ścianę parowu. Usłyszałam obrzydliwy chrzęst pękającego chitynowego pancerza. Oszołomiony bies wstał powoli, potrząsając szkaradnym łbem. Dostrzegł Sambojkę, płaczącą nad pokiereszowanym pupilem, i ruszył do ataku.

I znów stało się coś nieoczekiwanego. Radomira, uruchomiwszy w sobie jakieś monstrualne pokłady instynktu macierzyńskiego, wybiegła przed szarżującego biesa i z głośnym okrzykiem rzuciła w niego moją na wpół opróżnioną torbą. Demon na chwilę się nią zakrztusił, przełknął i ryknął z nienawiścią.

Po czym zdechł.

Patrzyłam z niedowierzaniem to na jego truchło, to na Radomirę, która, zupełnie się tym nie przejmując, przytulała zrozpaczoną Sambojkę.

Z Paciorkiem było źle. Ze szpar w pogniecionym pancerzu wypływało bezbarwne osocze. Wij dogorywał.

Ostatkiem sił obrócił łeb w moją stronę, wysuwając swój rożnojęzyk. Z jego pustych ślepi nie mogłam nic wyczytać. Drżącymi rękami chwyciłam za kolec i silnym szarpnięciem wyrwałam go z korpusu. Paciorek ostatni raz zadrgał w konwulsjach i zwinął się w pośmiertnym stężeniu.

Godzinę później szłyśmy w stronę najbliższej wioski. Radomira niosła na rękach znękaną, śpiącą Sambojkę, a ja kuśtykałam obok nich.

– Dlaczego po nas wróciła? – zapytałam cicho.

– Usłyszała mój krzyk i przestraszyła się, że jakieś dziecko właśnie zostaje bez matki – odparła zmęczonym głosem kobieta. Nagle zmarszczyła brwi. – A co z biesem?

– Najwyraźniej ryby mu szkodzą. – Wzruszyłam ramionami. – Konieczne będzie nowe wiedźmie porzekadło. Co powiesz na „Biesy i ryby współlosu nie mają”?

Pomimo wycieńczenia Radomira uśmiechnęła się.

– Bez sensu. I zbyt łatwo przekręcić.

Koszulę miała wciąż mokrą od wody z jeziora i łez dziewczynki. Ona zresztą także płakała po olbrzymim wiju – poznawałam to po jej opuchniętych oczach.

Wydało mi się wówczas niesprawiedliwe to, jakim cierpieniem okupiony zostać musiał ratunek dla Niesiebudki.

Koniec

Komentarze

Przeczytałam :)

Nie spodziewałam się, że to napiszę, ale napiszę – trochę za dużo akcji. Tak trochę w stylu RPG, od punktu A do punktu B, a potem C, a wszystko w prostej linii. Z tego też powodu zakończenie było dla mnie przewidywalne. A kiedy już je przewidziałam, to punkt C się objawił, i niestety, nie wprowadził zaskoczenia.

Trochę nie konsekwentne wydaje się historia z kotem. Kiedy znalazła główna bohaterka truchło, było jej przykro, ale nie aż tak. Jak już mierzy się z wijem, to już płacze jakby ta Paskuda była jej najukochańszym kotem.

Bezsensu.

Rozdzielnie – bez sensu.

Sama lektura była przyjemna – masz taką swadę w pisaniu, więc mimo przewidywalności fabuły, idąc od punktu A do B, było rozrywkowo. Podobało mi się wykorzystanie przysłowia oraz tworzenie nowych.

 

 

Iluzjo, dobrze wiedzieć :)

Deirdriu, racja, zdecydowanie za dużo akcji jak na 15 tys. znaków :) Moja wina – źle oszacował wielkość opowiadania na podstawie tworzącej się w głowie koncepcji  i wyszło jak wyszło. Chyba muszę więcej pisać, żeby zacząć się mniej więcej orientować, ile miejsca zajmie mi określona ilość scen i dialogów, które chcę zamieścić.

No właśnie, „płacze jakby ta Paskuda była jej najukochańszym kotem” :D Powinnam popracować nad sarkazmem w narracji… Dzięki za komentarz.

Edit: Spacja dodana, nie wiem, jak coś tak oczywistego mogło mi umknąć. Idę się spalić ze wstydu

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Nie ma co się ze wstydu spalać, zawsze się coś wymknie w tekście :)

Może to i ja nie złapałam sarkazmu, ale akurat ten zabieg jest stosunkowo trudny do uchwycenia.

Zawsze możesz też puścić później wersję poszerzoną ;) Chętnie bym przeczytała.

O, mogę? Nie omieszkam :) Powinnam, wtedy jakoś oznaczyć, czy coś?

 

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Mam wrażenie, że wszystko dzieje się w zbyt zawrotnym tempie. Bohaterki i ja nie zdążyłyśmy jeszcze ochłonąć po jednym wydarzeniu, a tu już drugie i jeszcze kolejne. Natłok różnych istot, już to wodnych, już naziemnych, też nie pozwalał złapać oddechu. Uff! Zmęczyłam się nieco.

 

„Zaraz zginę z ręki… to zna­czy z od­nó­ża prze­ro­śnię­tej sto­no­gi.” – Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

pa­miąt­kę po zmar­łej Mści­wo­ji… – …pa­miąt­kę po zmar­łej Mści­wo­i

Ten błąd pojawia się jeszcze w dalszym ciągu opowiadania.

 

iż wszyst­kie jej na­ro­śla po­ja­wi­ły się na sku­tek stre­su. – Narośl jest rodzaju żeńskiego, więc:  …iż wszyst­kie jej na­ro­śle po­ja­wi­ły się na sku­tek stre­su.

 

„Każdy wij ma dwa końce”?„Każdy wij ma dwa końce?

 

Wy­bu­chła pła­czem i wtu­li­ła się w sta­wo­no­ga.Wy­bu­chnęła pła­czem i wtu­li­ła się w sta­wo­no­ga.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A mnie się spodobało. Kupiłaś mnie wersją “każdy wij ma dwa kolce” – piękna modyfikacja. :-)

Dialog z eee… Bulgbulgbulgą też interesujący.

Babska logika rządzi!

regulatorzy, bardzo dziękuję za komentarz i wytknięcie błędów – już poprawione (mam tylko wątpliwości co do tego pytajnika przed zamykającym cudzysłowem… Czy cytat nie podpada w tym wypadku pod tę drugą regułę zapisu? [link])

Zdecydowanie nie Ty jedna masz takie wrażenie :) To co, pozostaje mi teraz napisać jakiś nużący sequel, żeby wyrównać bilans akcji, nie?

 

Finklo, dziękuję, aż się zarumieniłam. Chciałam podejść do przysłowia nieco z innej strony :) A dialog z Bulgbulgbulgą wyszedł trochę przez przypadek, kiedy oszacowałam, że 5-literowe bulg! ma mniej znaków niż niejeden czasownik lub dwa słowa pod rząd. Z tego wniosek, że istnieją plusy krojenia opowiadań pod limit (nie wierzę, że to napisałam :).

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Z inną stroną przysłowia Ci się udało. :-)

IMO, w tym przypadku pytajnik powinien być po cudzysłowie, bo dotyczy całego zdania, a nie cytatu.

Babska logika rządzi!

Masz rację, Natarelo, nie ruszaj pytajnika.

I ani mi się waż napisać coś, co mogłoby być choć trochę nużące! ;D

 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak publikujesz po raz kolejny możesz dodać we wstępie, że to rozszerzona wersja innego tekstu :)

Ok, jakby co, będę dopytywać :D Myślę tylko, że nie wypada mi puszczać pełnej wersji przed rozstrzygnięciem konkursu *patrzy pytająco na jury*, więc poczekam z tym do połowy lipca. 

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Brawo! Fantastyczne opowiadanko :) Co prawda mnie także przytłoczyła trochę ilość akcji, ale pierwsza połowa opowiadania z wijem sam miód, cud i malina :) Te wszystkie Niesiebudki, Dobrożyźninki i Sambojki czytało się cudnie. Bajkowo wykreowany świat, przypomina mi Terry’ego. Punkt do biblioteki leci jak nic.

Przeczytałem dzisiaj kilka naprawdę dobrych opowiadań, konkurs zrobił się bardzo ciekawy.

Darconie, serdeczne dzięki za komentarz :) Czuję się zaszczycona i nieco onieśmielona porównaniem do tak zacnego pisarza. Co do konkursu, to mam już paru swoich faworytów, za których trzymam kciuki. A jeszcze nie ma 22.00!

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Sporo radości sprawiło Countowi to opowiadanie :)

 

Z pewnością akcja jest wartka, być może zbyt wartka, ale przy tak niewielkiej objętości nie zdało mi się to męczące. Gorzej, że trochę cierpi z tego powodu świat, bohaterowie i budowa nastroju, z wyłączeniem dramaturgii, która za sprawą wija i topielic stały na całkiem wysokim poziomie ;)

Bardzo przypadł mi za to styl, przekształcanie tych wszystkim powiedzeń, no i umiejscowienie magicznej fauny. Szczypta zielarstwa, alchemii… Te szczegóły nadają opowiadaniu charakteru. Rozmowa z topielicami – super, mój ulubiony fragment. Warsztat – solidny. Tytuł nie w moim stylu, ale może i pasuje…

A zatem – Count stawia stempel jakości, wita na portalu i zachęca do dalszego tworzenia :)

 

Tyle ode mnie.

"Piwo usypia pamięć, brandy budzi ją z drętwoty, najlepsze jest wino na serca tęsknoty!"

Count, cieszy mnie, że się dobrze bawiłeś, o to wszak chodziło :) Za pochwały i stempelek jestem wdzięczna, za uwagi – jeszcze bardziej. Tytuł jak tytuł, czasem spadnie jak grom z jasnego nieba tak genialny, że chce się płakać, ale częściej trzeba zdecydować się na intuicyjne prowizorki (to ten przypadek). 

Ja z kolei dziękuję za powitanie oraz zachętę i zapraszam do czytania moich przyszłych (jeszcze nie napisanych) opowiadań :)

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Już jak zacząłem czytać, w oczy rzuciło mi się wielkie niedociągnięcie. Tytuł wskazuje na wyjątek z pamiętnika (nie wiem o co chodzi z tym wodorostem), a tekst nie jest napisany w formie pamiętnika. Mamy tylko narrację pierwszoosobową, a poza tym żadnej daty czy czegokolwiek.

Przykro mi, ale historia nie przypadła mi do gustu. Taka sobie historyjka, która niczym mnie nie zaskoczyła czy urzekła.

Do samego tekstu nie mam zastrzeżeń, jest napisany dobrze. Umiliło to czytanie.

Fajny pomysł ze zmodyfikowaniem przysłowia.

Krótko – średniak.

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Przy takiej ilości znaków rozpędzona jak wyścigówka fabuła wcale mi nie przeszkadzała. Ubawiłam się z niespodzianych przygód bohaterek, wymyślania powiedzeń. No i oczywiście bulg! świetny dialog :) 

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Też mi się spodobał ten dialog.

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

A jaki piękny dowód, że spokojnie można wyciąć co piąte słowo, każdy i tak zrozumie. ;-)

Babska logika rządzi!

Pomysłowe i dobrze napisane. Wysyłam do biblioteki :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

Fajne. Coś w stylu przygód barona Munchhausena. Masz dużo pomysłów i do tego specyficzny humor. Twoje opowiadanie, to świetna satyra na wszystkie pompatyczne, wiedźmińskie opowiadanka.

Fragment, w którym potwór podreptał do dziewczynki – miodzio :-) 

Czekam na więcej. Pozdrawiam.

Natarela –  gratuluję pierwszego sukcesu! smiley

Mam nadzieję, że to nie ostatnie Twoje opowiadanie, które będziemy mogli przeczytać i że kolejne będą jeszcze lepsze.  To teraz może coś bez ograniczenia znaków? wink

Wchodzę, a tu taka miła niespodzianka:

Pietrek Lecter, a wiesz, że o tym myślałam? Ale uznałam, że z tą datą mogę pozwolić sobie na odstępstwo od normy, bo pamiętnik jest pisany z pewnego dystansu czasowego, a główna bohaterka żyje w realiach słowiańsko-przedchrześcijańskich – nie ma dostępu do kalendarzy czy kronik, więc zapewne ciężko byłoby jej umiejscowić przedstawione wydarzenia w czasie. Mogłaby się wprawdzie odnieść do jakiegoś charakterystycznego dla danego roku zjawiska bądź sytuacji (np. rok, w którym spłonęła stodoła Osiębora) – co w sumie zrobiła, zakładając, że choroba Niesiebądki stanowi takową.

Z drugiej strony (pomyślałam o tym, zastanawiając się nad Twoim komentarzem) wspomnienia spisuje Klaklaklet, czyli przedstawiciel jakiegoś wodnego ludu – zapewne także bardziej rozwiniętego, bo wymyślił pismo. A jak pismo, to może i kalendarz – czyli on mógłby określić czas wydarzeń dokładnie, może nawet jakąś zgrabną datą? :) A wodorostem, bo pióra są ponoć pod wodą szalenie niepraktyczne :P

Krótko – bardzo dziękuję za komentarz, postaram się uwzględnić tę słuszną uwagę w wersji rozszerzonej. Szkoda, że nie trafiłam w Twój gust, może następnym razem. Dobrze, że chociaż czytało się bez bólu i że spodobało Ci się kilka elementów :D

śniąca, widzę, że się dobrze bawiłaś, bardzo mnie to cieszy :)

Finkla, tak, to odkrycie może zrewolucjonizować rynek wydawniczy. Ile oszczędzonych drzew!

fleurdelacour, serdecznie dziękuję za ostatni klik. Wszystkie kliki radowały moje serduszko, ale ten wyjątkowo :D

trico, ah, niestety tylko oglądałam ekranizację, ale filmowe przygody barona przypadły mi do gustu, więc przyjmuję to porównanie jako komplement. A co do satyry wiedźmińskich opowiadanek… Interesujących rzeczy się tu dowiaduję o swoim tekście :) Cóż, faktycznie niektóre wiedźmińskie historie są zdecydowanie zbyt pompatyczne (ten kiczowaty dialog w „Okruchu lodu”, brrr). Moje opowiadanie skojarzyło Ci się z jakąś konkretną, czy tak ogólnie z konwencją? Z ciekawości pytam :) Cieszę się, że się podobało.

rogas, oczywiście, że nie ostatnie i (mam nadzieję, że) lepsze. Kolejne leżakuje, ale wygląda bardziej na szort, który bez trudu zmieści się w 10 tys. znaków (dojdź tu, człowieku, do ładu z Panią Weną) *bezwstydnie robi sobie reklamę*

 

Dziękuję za wszystkie komentarze!

 

 

 

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Natarela – podejrzewam, że mogłaś uznać mój komentarz za drwiący, ale nic z tych rzeczy. 

Zdanie: “Scena ta była po prostu zbyt absurdalna, by być prawdziwa.” bardzo dobrze charakteryzuje ten utwór. Dlatego też skojarzyło mi się z przygodami pewnego barona. Bo choć jest tu pełno potworów, opowiadanie nie wywołuje strachu, w dużej mierze poprzez specyficzny humor.

Podejrzewałem, że jest to konwencja bajki, ale po namyśle doszedłem do wniosku, że to jest zamierzona satyra na ogólną konwencję opowieści wiedźmińskich. Jeśli miało być inaczej, to przykro mi, ale taka jest moja subiektywna ocena. Jeśli było zamierzone, to brawo.

Pozdrawiam :-)

trico, nie, nie uznałam Twojego komentarza za drwiącego :) Tak, faktycznie, opowiadanie miało być w zamierzeniu na tyle absurdalne, żeby bawić, ale równocześnie na tyle subtelne, żeby nie popadać w coś, co na skali nonsensu jest podpisane „Monty Python” (śmieszny, ale nie dla wszystkich).

Cóż, świadomie satyry nie tworzyłam (to chyba jednak jeszcze zbyt ambitnie jak dla mnie), ale to cudownie, że ją widzisz :) Mistrz Tolkien mawiał, że teksty powinny się same dopasowywać do czytelnika, a autor nie powinien sobie wymyślać interpretacji i narzucać jej innym ;).

Niewykluczone również, że moja podświadomość (niezbadane są jej ścieżki) podsunęła mi podstępnie taki a nie inny pomysł, bo w sumie jestem świeżo po lekturze dwóch pierwszych tomów „Wiedźmina” i cyklu o Percy’m Jacksonie (taka typowo młodzieżowa seria, ale jej główna koncepcja opiera się właśnie na takiej lekkiej absurdalizacji potworów i postaci z mitologii greckiej). Jak tak teraz analizuję, to być może miałam mniejszą kontrolę nad procesem twórczym niż mi się zdawało…

Szczerze Ci dziękuję za podzielenie się ze mną swoimi spostrzeżeniami :) Nawet nie wiesz, jakie to budujące dla mnie, jak ktoś dostrzega w moim tworze coś, czego nie widziałam sama :D

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

jakie to budujące dla mnie, jak ktoś dostrzega w moim tworze coś, czego nie widziałam sama :D

No i zachwyt dla komentarzy Reg staje się jasny. ;-)

Babska logika rządzi!

Całkiem przyjemne opowiadanie. Fajny dialog z topielicami, a pomysł z przekręceniem przysłów świetny. Akcja faktycznie mocno pędzi do przodu, co na dłuższą metę mogłoby zmęczyć. Zabrakło mi natomiast jakiegoś wyraźniejszego umiejscowienia, gdzie to wszystko się dzieje; nie potrafiłem się odnieść do żadnego miejsca i czasu. 

Dziwi mnie tytuł. Dlaczego ktoś miałby sporządzać za kogoś pamiętnik i to w pierwszej osobie? Co to wnosi do tekstu? Chyba że chodzi o efekt zabawy w głuchy telefon i już na etapie spisywania opowieści pewne rzeczy, słowa zostały przekręcone. 

Napisane dobrze, więc całość na plus :)

Podobało mi się. Wartka akcja, pomysłowe imiona, sprawnie napisane. Bardzo sympatyczny tekst. Dziękuję za lekturę i pozdrawiam :)

Uśmiechnąłem się więcej niż raz przy tym tekście, bardzo lekki i miły. Tempo akcji rzeczywiście zawrotne, lecz z drugiej strony są to sceny raczej krótkie, a rozdzielone dosyć długimi wymianami zdań, mi to odpowiadało i połknąłem całość bez marudzenia w kilka minut. Bardzo udany debiut.

“…wpatrując się w zmieszaną ośmiolatkę.” – A skąd bohaterka wiedziała, że dziewczynka ma akurat osiem lat? A może miała siedem albo dziewięć?

 

“– Do jeziora! – zawołała Radomira, dając susa do wody.” – Do jakiego jeziora? Wcześniej nie było ani słowa o tym, że przechodziły obok jeziora. Takie wciskanie rzeczy w fabułę bez ostrzeżenia, ot tak, bo akurat są potrzebne, jest bez sensu.

 

“Prezent od zaprzyjaźnionego mieszkańca jeziora, (absolutnie cudownego i niezwykle przystojnego) Kleklakleta.” – Bez przecinka przed nawiasem. W tym wypadku zresztą zdanie byłoby zgrabniejsze, gdyby to, co w nawiasie, było po prostu wydzielone przecinkami.

 

“– My… my… przybyłyśmy w odwiedziny. Hm, ponoć… gospodynią w tym jeziorze jest sławna na cały świat pani… ehm… – spojrzała na mnie, jakby oczekując, że znam imię każdego mitycznego demona w okolicy.” – Spojrzała wielką literą.

 

“Demon na chwilę się nią zakrztusił, przełknął i ryknął z nienawiścią.” – Nie można się zakrztusić “na chwilę”. Można się przez chwilę krztusić.

 

Melduję, że przeczytałam ;)

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Finklo, oplułam przez Ciebie monitor :) Tak, to jest właśnie sekret popularności Reg.

Fun, tytuł otwiera przed Tobą istne oceany możliwych interpretacji! Może Kleklaklet nienawidził Dobrożyźni i chciał ją ośmieszyć, spisując nieprawdziwą wersję jej losów? A może uznał spisywanie wspomnień ukochanej za doskonały sposób na zalecanie się do niej? A może był nieśmiertelny i chciał, aby śmiertelny obiekt jego westchnień przetrwał choć w takiej formie? A może Dobrożyźń sama go o to poprosiła, bo sama nie umiała pisać? Tyle opcji :) Tak szczerze, chodziło o to, żeby wisiorek od Kleklakleta nie pojawił się później tak zupełnie ex machina. Ale ten pomysł z przekręcaniem opowieści już w chwili spisywania brzmi ciekawie, muszę go kiedyś wykorzystać. Jestem wdzięczna za pochwały i za uwagi (te drugie na pewno w przyszłości wezmę pod uwagę).

katia72, a ja dziękuję za komentarz. Dla ciekawostki podam, że imiona są oryginalne, słowiańskie.

Reinee, cieszę się, że się podobało :)

joseheim, zupełnie o tym nie pomyślałam. Racja, bohaterka powinna być nieco mniej pewna, jeśli chodzi o wiek innych postaci :) Jezioro faktycznie wyszło ex machina. Za resztę błędów także się kajam i obiecuję rychło poprawić je po konkursie :)

 

 

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Nie Ty pierwsza… Czasem tak działam na ludzi. ;-)

Babska logika rządzi!

Fajne, wesołe opowiadanie.

Mnie do takiego wesołego opowiadania brakuje tylko happy endu. Radomira powinna na końcu przygarnąć Sambojkę, a nie tylko nieść ją na rękach Jest dziewczynce to winna. W końcu skorzystała na śmierci jej opiekuna i wierzchowcasmiley.

I jeszcze to. Może jestem zbyt tępy, ale to jest dla mnie niejasne. Pod koniec opowiadania narratorka pyta “dlaczego po nas wróciła?”. Kto wrócił?

Rozumiem natłok akcji. Limit znaków w opowiadaniu. Lepiej przerób je na dłuższe i wystartuj z nim w jakimś konkursie, gdzie nie ma takiego limitu. 

Wyjaśnienia wymaga zwłaszcza kwestia skąd nagle wziął się ten bies. Czy biesy fruwają sobie tak, gdzie popadnie? Ja sobie to tak logicznie tłumaczę, że to ten bies zamordował wcześniej prawdziwych rodziców Sambojki. A może złymi czarami zamienił jednego z tych rodziców w olbrzymiego wija? Może Paciorek to de facto biologiczna mama Sambojki?smiley

Oczywiście to tylko luźne pomysły. To Twoje opowiadanie, nie moje i nie chcę w nie w żaden sposób ingerować. Chodzi mi tylko o to, że sprawę pojawiającego ni stąd ni zowąd biesa trzeba jakoś wyjaśnić. Jak i to, dlaczego dziewczynka jest zaprzyjaźniona z ogromnym wijem. I żeby w ogóle opowiadanie jakoś bardziej się zazębiało. Bo tak to wydaje się lekko chaotyczne.

Tego życzę, Natarela.

mjacek7235, zakończenie jest tu otwarte, więc wszystko, co chcesz, może się dalej wydarzyć (ale jeśli Cię ciekawi zaplanowane zakończenie, to na pewno pojawi się w wersji rozszerzonej, która zapewne ukaże się na portalu w drugiej połowie lipca, już po wynikach konkursu :)

A tam tępy, po prostu nie każdy jest jasnowidzem i czyta w myślach autorowi :D Chodziło o Sambojkę, która najpierw odjechała na wiju, a później wróciła akurat na konfrontację z biesem.

Limit znaków to żadne wytłumaczenie, niestety. Nie powinnam była wciskać na siłę w limit opowiadania, które na tym straciło. 

Wydaje mi się, że bies drzemał sobie po prostu gdzieś w okolicy, aczkolwiek rzeczywiście doprecyzowania wymaga przyczyna jego zbudzenia. Teoria z macierzyńskością Paciorka wygląda całkiem sensownie, nawet całkiem logiczny byłby ostatni gest wija, który w takim wypadku rozumiałby rozpacz Radomiry :) Niestety, nie mogę Ci niczego potwierdzić, gdyż po opublikowaniu opowiadania jako autor jestem tak jakby „martwa” – już nie powinnam dopowiadać rzeczy, które się w tekście nie pojawiły, i zbyt poważnie ingerować w treść tegoż.

Mogę za to Cię zachęcić do zerknięcia na obiecaną już wersję rozszerzoną, w której, mam nadzieję, będzie mniej chaosu i zawrotnego tempa akcja, a więcej konsekwencji i przemyślanej konstrukcji. Za obszerny komentarz i życzenia dziękuję oraz sama liczę, że będę miała okazje przeczytać kiedyś jakieś Twoje opowiadanie :D 

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Bardzo fajne opowiadanie. Lubię taką żywą szybką akcję, może dlatego że sama nie umiem takiej napisać :D

 

„Zaraz zginę z ręki… to znaczy z odnóża przerośniętej stonogi”. – Myślowo, bardziej pasowałoby: „Zaraz zginę z ręki przerośniętej stonogi. A raczej: odnóża.”

 

Zauważam lekką zaimkozę w niektórych miejscach, czym dublujesz informacje, których można się domyśleć z kontekstu.

 

Wśród wielowiekowych receptur znalazłam przepis na specyfik, który wyglądał jak lek na jej dolegliwość dziewczynki (jeśli dobrze interpretowałam objawobrazki).

 

Wtedy przypomniałam sobie (wtedy) o wieloodnóżnym zabójcy mojego kota – potencjalnym wiju. Zdesperowana Radomira uczepiła się tej możliwości i zaoferowała mi swoją pomoc w złapaniu stawonoga, na którą niechętnie przystałam.

 

Na oddaloną o pięć dni drogi od naszej wioski polanę, na której potwór akurat się wygrzewał, trafiłyśmy zupełnym przypadkiem.

 

Opanowałam nagłą chęć szybkiego odwrotu i odruchowo przejechałam dłonią po twarzy, by sprawdzić, czy nie wyskoczyła mi jakaś brodawka.

 

– To jak to było, Dobrożyźń? „Każdy wij ma dwa końce”? – zapytała w końcu szeptem pobladła Radomira, przypominając mi, po co tu jesteśmy.

 

– Ja u niego widzę ich znacznie więcej – mruknęła zdezorientowana.

 

Nam jednak chodziło o dwa kluczowe dla potwora organy – rożnojęzyk (nazwę wymyśliłam sama, obserwując, jak używają tego kolca malutkie skolopendry, bliskie krewne naszej poczwary) oraz róg (jego funkcji jeszcze nie odgadłam).

 

Kobieta wskazała na niewielki guz, który wyrastał z ostatniego segmentu pancerza na jednym z dwóch końców wija. ( a ile może być koców?) Musiał on wieńczyć Wieńczył głowę, a bo tuż obok znajdowały się paciorkowate, granatowe oczy wielkości pięści.

 

Uda się – spróbowałam podnieść nas obie na duchu, ale z mizernym skutkiem.

 

Ta (ale jaka? Coś mnie ominęło?) wypustka była giętka i zapewne lepiej unerwiona niż poprzednia. Pożądany skutek uzyskałabym, usiłując ją wyrwać.

 

Gdy usłyszałam chrzęst pancerza, intuicyjnie rzuciłam się do tyłu. Dzięki temu uniknęłam poszatkowania przez szczypce, ale i tak potknęłam się o ogon wija. Przewróciłam się na plecy i zobaczyłam, jak czarna sylwetka przypominającej olbrzymią stonogę poczwary zaczyna rosnąć na tle słońca. Miałam co najwyżej kilka sekund, zanim wij zmieni mnie w łatwo strawną papkę. (musiałby cię obrzygać enzymami, a tego nie zrobił)

Tymczasem dziewczynka zauważyła kikut na głowie swojego przyjaciela i odpiłowany róg w mojej dłoni. Jej zmieszanie przerodziło się w złość.

Jej (T)on jej głosu otrzeźwił mnie.

– Hej, on rozszarpał mojego kota i usiłował mnie pożreć!

 

Zanim zdążyłam wylać z siebie łzy i opowiedzieć o mojej najukochańszej Paskudzie, która na pewno nigdy by nie skrzywdziła innej istoty, do rozmowy włączyła się Radomira.

 

Następne piętnaście minut spędziłam już na brzegu, na przemian krztusząc się i wymiotując. Obok mnie siedziała szczękająca zębami ze strachu Radomira.

– My… my… przybyłyśmy w odwiedziny. Hm, ponoć… gospodynią w tym jeziorze jest sławna na cały świat pani… ehm… – spojrzała na mnie, jakby oczekując, że znam imię każdego mitycznego demona w okolicy.

Na szczęście znałam za to (???) kilku przedstawicieli wodnego ludu i wiedziałam, jaki fortel może zadziałać.

– Czego znowu chcecie? – zapytała ponuro, gdy nas dostrzegła.

 

– Źle zaczęłyśmy naszą znajomość. Ja jestem Radomira, a to Dobrożyźń. – Wskazała na mnie. – A ty?

 

Przynajmniej wyjaśniło się, dlaczego te zgniłe intrygantki tak ochoczo nam pomagały.

Rozpędzony wij odepchnął ode mnie demona, po czym z impetem uderzył w ścianę parowu.

 

Radomira, uruchomiwszy w sobie jakieś monstrualne pokłady instynktu macierzyńskiego, wybiegła przed szarżującego biesa i z głośnym okrzykiem rzuciła w niego moją na wpół opróżnioną torbą. Demon

 

Patrzyłam z niedowierzaniem to na jego truchło, to na Radomirę, która, zupełnie się tym nie przejmując, przytulała zrozpaczoną Sambojkę

 

Ostatkiem sił obrócił łeb w moją stronę, wysuwając swój rożnojęzyk. Z jego pustych ślepi nie mogłam nic wyczytać.

 

Godzinę później szłyśmy w stronę najbliższej wioski. Radomira niosła na rękach znękaną, śpiącą Sambojkę, a ja kuśtykałam obok nich.

– Dlaczego po nas wróciła? – zapytałam cicho.

– Usłyszała mój krzyk i przestraszyła się, że jakieś dziecko właśnie zostaje bez matki – odparła zmęczonym głosem kobieta.

 

Koszulę miała wciąż mokrą od wody z jeziora i łez dziewczynki. Ona zresztą także płakała po olbrzymim wiju – poznawałam to po jej opuchniętych oczach.

 

Mi tam akcja nie przeszkadza. Poza burzącymi mą egzaltowana estetykę zaimkami przeczytałem bez bólu, chociaż, historię można by ubrać w kilka akapitów opisu. Na pewno klimat na tym by zyskał.

Jak na pierwszy raz? Jest pozytywnie, sprawa jest rozwojowa. :)

 

/ᐠ。ꞈ。ᐟ\

annyonne, och, to proste. Bierzesz takie normalne opowiadanie z opisami, z charakterami postaci, z klimatem i bezlitośnie ścinasz do śmiesznie małego limitu, tak że zostają Ci tylko dialogi z kluczowymi dla fabuły kwestiami oraz akcja. Ale nie polecam. Chyba lepiej pisać jest swoim własnym stylem :) Dziękuję za komentarz.

Zalth, że też Ci się chciało… :) Cóż, poprawić mogę dopiero po ogłoszeniu wyników, ale już teraz dzięki za sugestie. Na pewno się do nich zastosuję. Dobrze, że nie cierpiałeś, czytając – to zawsze jakiś sukces :D 

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Podobał mi się humor oraz imiona, czytało się nieźle.

Nie mogę zrozumieć tylko jednej rzeczy – czy dobrze zrozumiałem, że składniki były po dwóch stronach wija i jednym z nich było coś podobnego do języka? Jak one chciały obciąć potworowi język bez budzenia go? Ewentualnie czemu cała operacja miał zakończyć się śmiercią wija?

Ingrediencje chyba musiały być po dwóch stronach, żeby zachować analogię do przysłowia o kiju. ;-)

Babska logika rządzi!

Natanie, Finklo, a tam, skąd pomysł, że to w ogóle miała być jakaś analogia? :)

No dobra, przyznaję się, w szale twórczym nie pomyślałam, że w sumie zgrabniej by wyszło, gdyby kolce były na dwóch końcach wija, a niech to. Teraz to już musztarda po obiedzie, oba się znalazły na głowie.

Natan, bohaterki podjęły wątpliwej jakości decyzję o zaufaniu wątpliwej jakości wiedźmiemu porzekadłu o grajku i wiju, zapewne licząc na bardzo, bardzo efektywne uśpienie poczwary umożliwiające im wycięcie mu chyłkiem paru organów :)

A co do jej poskromienia – a nuż, w którymś z kolców znajdowała się ważna tętnica? A może chodziło o bardziej prozaiczną kwestię, że wij padłby z głodu, mając utrudnione tropienie ofiar i ich konsumpcję? Albo też wiedza przekazywana ustnie z pokolenia na pokolenie okazałaby się cokolwiek nieprecyzyjna, a wij – nie taki łatwy do zabicia? Ach, te niedopowiedzenia… 

Cieszę się, że Ci się podobało i wybacz za te lekkie niedociągnięcia w narracji – przez nie niektóre rzeczy mogły nie być do końca jasne. Dzięki za komentarz :D

 

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Rozumiem siłę niedopowiedzeń. Sam raz pod swoim opowiadaniem prowadziłem dysputę o anatomii smoka :P

Podobało mi się, jednak zwykle w humorystycznych opowiadaniach lubię całkowicie szczęśliwe zakończenie, dlatego ja bym jednak umożliwił wijowi życie bez tych organów. Radomira powinna przygarnąć dziewczynę wraz z jej zwierzątkiem :P

Sympatyczne opowiadanie, takie dobre czytadło na koniec dnia, by się rozluźnić. Dla mnie problemem nie był nadmiar akcji, ale wręcz deus ex machinowe pojawianie się sytuacji – kiedy trzeba uśmiercić wija, nagle pojawia się bies; kiedy trzeba odnaleźć dziewczynkę i potwora, pojawia się topielica, która całkiem przypadkiem zapomniała, że chce ich bulg! :D Trochę za wiele tego dla mnie :)

Podsumowując: sympatycznie, ale bez fajerwerków.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan, akurat topielica była zgniłą intrygantką i w rzeczywistości o niczym nie zapomniała :) Ogólnie masz jednak rację – sporo elementów (takie jezioro, naszyjnik czy bies) pojawiło się znikąd, jako szczęśliwe zbiegi okoliczności. Popracuję nad tym, a nuż kiedyś trafi się jakaś spektakularna rakieta? :)

Dzięki za komentarz i uwagi (zwłaszcza).

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

.

 

Peace!

 

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ślicznie dziękuję za Kropka!

Panta rhei (choć niekoniecznie z mainstreamem)

Nadrabiam:

 

Opowiastka przeładowana niestety wydarzeniami, które pędzą jak na złamanie karku, na dodatek wielce życzeniowa. Wydaje się, że nic tu nie ma logicznego następstwa… Historia jest przy tym absurdalna w sposób, którego nie lubię, taki trochę naiwny. Bohaterki nie wzbudziły we mnie niestety żadnej sympatii. No i to niehumanitarne, że główna bohaterka wyrwała wijowi język na żywca, mogła przecież chwilę poczekać…

"Nigdy nie rezygnuj z celu tylko dlatego, że osiągnięcie go wymaga czasu. Czas i tak upłynie." - H. Jackson Brown Jr

Natarelo, niezmiernie mi miło, że postanowiłaś zadebiutować na portalu, biorąc udział w “Przysłowiadaniach”. Super :)

I debiut wyszedł Ci całkiem przyzwoicie, na pewno nie masz się czego wstydzić. Natomiast podzielam zdanie większości, że jednak trochę za dużo akcji nam zaserwowałaś. Wiem, wiem, limit znaków i te sprawy, ale wydarzenia tak pędziły, że gdzieś po drodze zagubił się sens historii. Sam pomysł fajny, podobał mi się też Twój styl. No i te imiona – świetne. Ale tak samo jak za dużo było akcji, tak za mało było “krwistości” bohaterek i chemii (takiej przygodowej chemii, nie seksualnej) między nimi.

Według mnie nie potrafiłaś się też zdecydować czy pójść w stronę humorystyczną czy dramatyczną i dlatego takie zakończenie a nie inne. Ja wiem, że nie każdy zabawny tekst musi być “lekki” i nie każdy przygnębiający musi być do krzty ponury, ale… Jakoś wybitnie nie pasowało mi to zakończenie (w ogóle obcinanie wijowi czegokolwiek) do stylu, w którym utrzymane jest opowiadanie. Powstał we mnie dysonans, który zakłócił odbiór i zmniejszył satysfakcję z lektury.

Ale satysfakcja była… A nawet satysfAKCJA ;)

A tak na marginesie, to widać, że się rozwijasz, bo “wybór sukienki” już dużo lepszy. Oby tak dalej!

P.S. Napisz coś z happy endem, co? :P

Generalnie bardzo mi się. Jedno z najfajniejszych, jak dla mnie, opowiadań w konkursie. Aż sumienie kąsa trochę, że na pewnym etapie mus mi było je odrzucić. Ale co zrobić, skoro konkurencja jednak ciut, ciut bardziej jeszcze… ?

Z zarzutów, to Kleklaklet jako autor rzekomego pamiętnika. Pamiętniki mają bowiem to do siebie, że są dziełami autobiograficznymi, więc idea, w myśl której moje pamiętniki miałyby być spisane cudzą ręką już nawet nie tyle mnie nie przekonuje, co po prostu razi. Taki pamiętnik to już nie jest pamiętnik. Inna rzecz, że zupełnie nie wiem, czemu miało służyć przeniesienie autora na Kleklakleta? Stosowanie zamiennie stonogi z wijem też jest zupełnie błędne. To trochę jakby owcę wymieniać z lwem, bo oba zwierza mają po dwie pary nóg. Tak więc, kiedy zaczęło się od “zaraz zeżre mnie stonoga!”, a potem nagle w plenerze pojawił się wij, to przeżyłem lekkie zdziwienie.

Fabularnie natomiast bardzo fajnie, choć też i bez mega-fajerwerków. Najbardziej rozwalił mnie “Paciorek” i moment, kiedy dziewczę młode pojawia się na scenie, ale całe opowiadanie było, generalnie, sympatyczne. Aż chciałoby się, żeby spotkanie szeptuchy z Gulg!, walka z demonem i w ogóle były bardziej rozbudowane i pełniejsze. Ale że limit sami sobie taki wymyśliliśmy, to pretensje mogę mieć – i mam – tylko do siebie.

Natomiast jeśli chodzi o plusiki, to z pewnością na czoło stawki wysuwają się lekkie piórko i fajny, nad wyraz przyjemny w odbiorze humor. Wszystko wydaje się takie trochę proste i naiwne, ale w taki bajkowy sposób, co mi osobiście absolutnie w niczym nie przeszkadzało, bynajmniej.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Opowiadanie działo się w zawrotnym tempie, pewnie z powodu limitu znaków, ale spodobało mi się; niektóre określenia były interesujące, jak „objawobrazki”, a i modyfikacja porzekadła przypadła mi do gustu :-)

Mee!

Nowa Fantastyka