- Opowiadanie: Pazur - Alptraum

Alptraum

Witajcie!

 

Jestem początkującą pisarką, piszę głównie do szuflady, jednak niektórzy moi bohaterowie chcą wyrwać się na wolność – jak Samantha, wiedźminka snów. To opowiadanie jest pierwszym z kilku, w których jest główną bohaterką, i noszę się z zamiarem zebrania ich i wydania jako powieść. Dlatego powiedzcie, proszę, co o nim myślicie, żebym wiedziała, czy warto próbować :)

 

W tym opowiadaniu przeniesiecie się do onirycznego świata snów – a w zasadzie koszmarów, bo to z nimi radzi sobie moja bohaterka. Umysłem i mieczem, można powiedzieć.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Finkla, Użytkownicy

Oceny

Alptraum

 

Alptraum

Trapped in a dream

 

 

ilustracja: ~wiklina123 (digiart.pl)

http://www.digart.pl/praca/4293992/Koszmar_senny.html#digart

 

 

Wąskie, brukowane uliczki, rozświetlane lampami naftowymi, przypominały trochę grafikę z gier komputerowych. Rozedrgane, pomarańczowawe światło sprawiało, że wszystko wokół rzucało aksamitnie czarne, nierówne cienie, w których mogły się kryć nie wiadomo jakie potwory albo podejrzani ludzie. Ja również pasowałam do otoczenia – wizualizacja mojej sylwetki, którą zobaczyłam przelotnie w szybie jakiejś witryny, była szczupłą, gibką kobietą w obcisłej czerni, z twarzą zasłoniętą maską. Na plecach ciążyła mi wielka katana – super, uwielbiam walczyć japońskimi mieczami. W ogóle, z bronią białą jest o wiele więcej zabawy niż z palną.

Przekradałam się opustoszałymi uliczkami tego miasta rodem z gry, jak na prawdziwego ninjo-podobnego wojownika przystało, gdy go zobaczyłam.

Jego świecące żółte ślepia wpatrywały się we mnie z plamy ciemności za rogiem. Czarne futro zlewało się z cieniem, zarysy sylwetki nie były widoczne. Mniej więcej wiedziałam jednak, czego się spodziewać, dzięki rozpoznaniu przeprowadzonemu przez kolegę z pracy.

– No, wyłaź stamtąd, tchórzliwy kundlu! – krzyknęłam, powoli wyciągając katanę z pochwy na plecach. – Wcale się ciebie nie boję!

Dobrze jest zacząć od czegoś takiego. Potwory z koszmarów są zasilane naszymi własnymi wyobrażeniami. Jeśli ośmieszę bestię, straci ona swoją siłę przerażania w umyśle śniącego, i w rezultacie jej wizualizowana forma też będzie mniej straszna. Ileż to razy wychodziłam do walki z olbrzymią bestią, a atakowało mnie coś wielkości podwórkowego kundla?

Wilkołak wyszedł z cienia. Nie skoczył jednak na mnie, o nie, w ogóle nie przyjął atakującej postawy. Po prostu wyłonił się z ciemności, specjalnie jakby chciał siebie zademonstrować, patrząc mi prosto w oczy.

W miarę jak coraz więcej jego cielska odłączało się od plamy cienia, mina mi rzedła.

O, cholera. Nikt mi nie powiedział, że on będzie taki wielki!

Potwór, stojąc na czterech łapach, dorównywał mi wzrostem. Jego złociste oczy były dokładnie na poziomie moich. Albo mi się zdaje, albo majaczyła w nich lekka drwina.

Zamorduję Kevina, jak tylko wrócę. Spieprzył rozpoznanie, jak się patrzy. Ile razy muszę mu wbijać do głowy, żeby dokładnie wypytywał o wygląd i rozmiary każdego potwora? Czy tak wygląda „trochę większy od wilka”? w takim razie Kev chyba wychowywał się w krainie wilków mutantów. Przecież to coś miało z półtora metra w kłębie, a długie było na co najmniej trzy.

Mimo ogromnych gabarytów, zwierzę nie było ociężałe. Budową przypominało psa husky: smukłe, giętkie ciało o długich łapach. Taki przeciwnik będzie niezwykle szybki, nie umknęłabym jego pościgowi. Będzie atakował błyskawicznie, stawiając na zwinność, nie na siłę. Podziękowałam w myślach śniącemu za katanę, która miała duży zasięg. Z jakimś krótszym i cięższym żelastwem byłabym łatwą przystawką dla tego przyjemniaczka.

Nagle wyrośnięty husky skoczył. Nie uprzedził mnie o ataku przywarowaniem czy obnażeniem kłów, jak to zwykle robią psowate, po prostu odbił się tak jak stał, z miejsca, miękko. Zrobiłam unik, dosłownie w ostatniej chwili, nie starczyło mi nawet czasu, żeby machnąć kataną. Ba, nawet żeby pomyśleć o machnięciu kataną. Unik też był instynktowny, zwykły odruch człowieka, na którego coś skacze. Czarna smuga w ciemnościach nocy, kiedy mnie mijał, poczułam tylko powiew ciepławego powietrza.

Ależ niewiele brakowało.

Stwór odwrócił się i zaatakował ponownie. Bezszelestnie niczym polujący kot.

Znów unik. Tym razem z towarzyszącym mu machnięciem kataną, która jednak z teatralnym świstem przecięła tylko powietrze. Wilkołak był już z innej mojej strony – przez chwilę szukałam go wzrokiem. Walczył tak cicho, że nie byłam pewna, gdzie dokładnie wylądował – szykując się do kolejnego skoku.

Zmieniłam taktykę – już nie próbowałam uskoczyć z jego pola rażenia, lecz zasłoniłam się kataną w chwili, gdy na mnie leciał.

Włochate cielsko uderzyło mnie w pierś. Ciężar bestii sprawił, że przewróciłam się na ziemię, boleśnie obijając sobie łopatki, i przetoczyliśmy się razem w stronę bocznej uliczki. Jakimś cudem potworowi udało się uniknąć ostrza mojej katany, miecz, zamiast rozpruć go od mostka do samego dołu brzucha, wyślizgnął mi się z ręki, gdy moim nadgarstkiem trzepnęło o bruk. Shit!

Na szczęście miałam jeszcze przytroczony do pasa długi sztylet. Zanim jednak zdążyłam go zatopić w przytłaczającej mnie masie mięcha, ciężar na piersi znikł. Znowu cięłam powietrze.

Bestia odskoczyła o jakieś dwa metry i, warcząc, gotowała się do kolejnej szarży. Zerwałam się na równe nogi. Znajdowaliśmy się w niezwykle wąskiej uliczce, cielsko kudłacza wypełniało niemal całą przestrzeń między budynkami. Nie było miejsca na zrobienie uniku. Cholera, bez katany nie miałam szans na odparcie tego ataku.

Chyba że… Normalnie nie byłoby to możliwe, ale skoro tutaj taka ze mnie ninja…

Pies ruszył naprzód jak taran. Ja wybiłam się z przysiadu, szeroko rozstawiając nogi, tak by moje podeszwy zahaczyły o przeciwległe ściany. Przeciwnik przemknął pode mną.

Teraz! Celny rzut sztyletem i budzący grozę potwór zmieni się w skamlącego szczeniaka. W najgorszym wypadku trochę go to spowolni. Będę miała czas, żeby chwycić katanę i odrąbać mu ten głupi łeb. Wystarczy tylko opaść na ziemię, odwrócić się i…

Nie zdążyłam. Czarna błyskawica powaliła mnie na ziemię. Jak on zdołał zawrócić w tej wąskiej uliczce…? – przemknęło mi przez myśl, gdy morda potwora zbliżała się do mojej twarzy. Ogromny pies dyszał żądzą mordu, z jego pyska ciekła piana, a z wijącego się, różowego jęzora – ślina. Obejrzałam to sobie z bardzo bliska. Zębiska w szybkim kłapnięciu zacisnęły się na mojej szyi, gotowe rozszarpać gardło na pojedyncze komórki…

– Odłączajcie mnie! – wrzasnęłam z całych sił. – Odłączajcie! Już! Mack! Dug! Odłączajcie…

 

…mnie.

Biel.

Rytmiczne pikanie jakiegoś urządzenia.

Przestałam się rzucać jak opętana. Przez chwilę wciąż czułam na piersi nacisk, ale okazało się, że to tylko pasy, powstrzymujące mnie, bym podczas podłączenia nie zrobiła sobie czegoś złego. Wypięłam się z nich ze wściekłością i usiadłam gwałtownie.

– Do cholery jasnej! Musieliście czekać z tym tak długo? Mało mnie nie zeżarł! – Mój głos chrypiał. Musiałam pomacać dłońmi krtań, żeby upewnić się, że jest cała. Żadnej krwi. Żadnej rozpierduchy zafundowanej przez zestaw szczęk sierściatej maszyny do zabijania. Tylko gładka skóra. Uspokoiłam się trochę.

– Odpięliśmy panią, jak tylko zaczęła pani krzyczeć – zaskomlił Doug. – Przejście między stanami trochę trwa, fale mózgowe stopniowo się usamodzielniają…

Spiorunowałam go wzrokiem i zamilkł. Doug był nowy w zespole, nie wiedział jeszcze, że należy milczeć, kiedy szefowa się wścieka.

– Gdzie jest Kev? Obedrę drania ze skóry! Powiedział mi, że bestia będzie niewiele większa od wilka. Dobre sobie! Był mojego wzrostu! To był diabeł w wilczej skórze, nie jakiś tam zwykły wilkołak!

– Może wyobrażenie urosło, żeby dostosować się do innego odbierającego? – zasugerował Mack, drugi kolega z zespołu. – Dla dziesięcioletniego chłopca stworzenie wielkości wilka jest mniej więcej tego samego wzrostu. Kiedy w sen wkroczyła obca jednostka o wzroście dorosłego, potwór dostosował swoje rozmiary dla zachowania perspektywy.

– To możliwe – odparłam, już spokojna i rzeczowa. Takie zmiany rzeczywistości onirycznej, związane z perspektywą, to ryzyko towarzyszące naprawianiu snów dzieci. Kiedyś, gdy pracowałam nad snem czterolatki, wszystkie domowe sprzęty w rzeczywistości onirycznej były pięciokrotnie wyższe niż w realu. Dziwnie się czułam, patrząc na stół od dołu.

Teraz jednak pozostałe rzeczy były normalne, tylko wilk większy. I ta drwina w jego oczach…

– Shit! – zaklęłam nagle.

– Co się stało? – zapytał zdumiony Doug. Mack tylko rzucił pytające spojrzenie, porządkując aparaturę.

– To chyba przeze mnie. Szydziłam z potwora, chcąc, żeby zmalała jego siła perswazji. To widocznie odniosło przeciwny skutek – ta wredna kupa włochatego mięcha chciała mi udowodnić, że jednak mam się czego bać.

Mack parsknął. – To wyjątkowo złośliwy koszmar.

– A żebyś wiedział – westchnęłam, przeczesując swoje krótkie włosy. Zawsze tak robiłam, kiedy byłam zmęczona albo przygnębiona, taki denerwujący nawyk. Na szczęście moja fryzura i tak zwykle przypominała nieokiełznany kołtun, więc moja ingerencja w nią niewiele zmieniła. – Co z chłopcem?

– Obudził się z krzykiem chwilę temu. Jest trochę roztrzęsiony, ale nasi psychologowie już nad nim pracują. Nagłe odłączenie zawsze trochę człowieka rozbije.

Pokiwałam głową. Taaa… Ciekawe, czy w swoim śnie dzieciak zobaczył, jak wilkołak rozszarpuje mojego porzuconego awatara, pozostawiając w jego wrażliwej głowie obrazy krwawej jatki. A może moje ciało zniknęło wprost spod pazurów potwora tuż po tym, jak się odłączyłam?

– Jutro spróbuję jeszcze raz – oznajmiłam. – Trzeba to załatwić możliwie szybko, zanim ten koszmar urośnie (cha cha cha, cóż za ciekawy dobór słów…) do stanu paranoidalnego.

– Jest aż tak źle? – zdziwił się Doug.

Znowu się skrzywiłam. – Przeze mnie, teraz tak. Ale cóż, nikt nie powiedział, że leczenie będzie przyjemne.

– A co z jego matką? Każemy jej zapłacić za następną sesję?

– Nie bądź idiotą. Jeszcze nas zaskarżą, że specjalnie spartoliłam robotę za pierwszym razem, żeby wyciągnąć od nich więcej pieniędzy. Jeśli dzieciak dobrze zapamiętał sen, to mogliby to nawet wygrać w sądzie. Nie wierzę, że dałam się tak łatwo załatwić. Ale cóż, jutro już będę wiedzieć, czego się spodziewać, i zrobię z tego wilkołaka pasztet.

 

Lodowaty wiatr uderzył mnie w twarz. Po pełnej nerwówki nocy w pracy to było nawet przyjemne, pozwalało ochłonąć, wyciszyć się. Wciągnęłam rękawice motocyklowe, o tej porze na dworze było cholernie zimno. Przez chwilę stałam z rękoma założonymi na piersi, oparta o swój motor, wpatrując się w gwiazdy mrugające słabo zza zanieczyszczonej przez wielkie miasto atmosfery. Chciałam, żeby wiatr popieścił mnie jeszcze trochę, zanim założę kask. O niczym nie myślałam, pozwoliłam swojemu umysłowi oczyścić się, wymazać stres, który był nieodłącznym elementem mojej pracy. Przynajmniej nie będę mieć koszmarów, cha cha cha.

W końcu wskoczyłam na swoją czarną yamahę i pomknęłam w noc, płaszcz łopotał za mną jak peleryna. Mroczny jeździec we własnej osobie.

Tutejsze żuliki przyzwyczajone są do mojego widoku, kiedy koło czwartej nad ranem wracam po pracy do domu. Niektórzy nawet pozdrawiają mnie skinieniem głowy. Wielgachny motor (istne cacko, kupiłam go za roczne oszczędności i dbałam o niego tak, że aż lśnił), który wydawał się jeszcze większy przez mikre rozmiary siedzącej na nim kobiety, mknący bocznymi uliczkami stówę na godzinę, po ciemku, musiał robić na nich wrażenie.

 

Nazywam się Samantha Cribs. Pracuję w Instytucie Zdrowego Snu.

Czuwamy nad waszym snem. To do nas możecie się zgłosić gdy męczą was uciążliwe koszmary (paskudne na tyle, że za ich pozbycie się gotowi jesteście zapłacić sporą sumkę…). Jestem współśniącą, w fachowej gwarze zwana też trojanem, czyli osobą, która za pomocą stymulatora fal mózgowych podłącza się do waszego snu i rozwala go od środka. Najczęściej przy pomocy dużej ilości śmiercionośnej broni.

Nie tak dawno temu ludzie wymyślili, jak można kontrolować fale mózgowe. Już kiedyś wiadomo było, że stymulując mózg odpowiednim impulsem elektrycznym można zmusić go do konkretnej reakcji. Naukowcy nie umieli jednak znaleźć wzorca, który sugerowałby ludzkiemu umysłowi bardziej złożone obrazy i odczucia. Problem rozwiązał się, gdy wprowadzono sprzężenia. Impulsy elektryczne są rejestrowane z pracy mózgu innej osoby, a następnie przekazywane badanemu mózgowi. W ten sposób było możliwe przekazywanie komuś innemu własnych myśli!

Stąd już tylko krok do współśnienia, które opiera się właśnie na zasadzie sprzężenia. Współśniący zostaje „podłączony” do umysłu pacjenta (nie dosłownie, osoby te mogą znajdować się w różnych pomieszczeniach, chodzi o to, że fale mózgowe pacjenta są „narzucane” trojanowi przez impulsy elektryczne identyczne z tymi, jakie wytwarza mózg śniącego przez elektrody znajdujące się na czepku podobnym do tego, jakiego używa się przy badaniu EEG) i, po adaptacji fal, zaczyna śnić ten sam sen. Postrzega siebie jako uczestnika snu, a wytworzone przez niego impulsy elektryczne przekazywane są pacjentowi. Następuje sprzężenie zwrotne, śniący widzi postać „intruza” i wszystko, co się z nim dzieje. To, jak wygląda współśniący w rzeczywistości sennej, zależy tylko i wyłącznie od wyobraźni śniącego. Dlatego mogłam być sobie wysoką i gibką jak gazela wojowniczką ninja, chociaż w rzeczywistości mierzę tylko metr sześćdziesiąt i nie mam większego pojęcia o wschodnich sztukach walki (bo filmy z Jackiem Chanem raczej się nie liczą).

Gdyby w tym momencie obu śniącym zrobić badanie przy pomocy funkcjonalnego rezonansu magnetycznego, otrzymalibyśmy bardzo ciekawe wyniki: wzór aktywności mózgu, zwłaszcza w obszarze pierwszorzędowej kory mózgowej, która odpowiada za podstawowe procesowanie bodźców wizualnych – także tych wyobrażonych, a więc także w trakcie snu – byłby identyczny u obydwu osób. Tak, wiem, brzmi to trochę strasznie, jakby mózg był jakimś komputerem, w który wgrywa się program do realizacji, ale ja uważam to za wspaniałe osiągnięcie współczesnej nauki. Umożliwia interakcje osób, które nigdy wcześniej się nie spotkały, tylko za pomocą fal mózgowych! No i, nie pomijając moich osobistych korzyści – dzięki temu mam ciekawą pracę, przemierzam sny innych osób broniąc ich spokoju przed potworami.

Choć senne mary są bytami niematerialnymi i nie można ich unicestwić, zabicie potwora na oczach śniącego ma działanie terapeutyczne i zazwyczaj sprawia, że sen nie powraca.

Charakter mojego zajęcia sprawia, że muszę pracować w nocy – staramy się zapewnić pacjentom jak najbardziej naturalne warunki do śnienia. Gdyby klient miał spać w dzień, koszmar prawdopodobni nie pojawiłby się, choćby nawet należał do tych najbardziej upierdliwych, powracających co noc. Stres i te sprawy, albo samo spanie w niezgodzie z zegarem biologicznym, nie jestem pewna. W każdym razie nie działa. Dlatego zapewniamy klientowi pójście lulu w wygodnym łóżku, o normalnej porze, w specjalnie przygotowanym pokoju, który ma za zadanie nie przypominać sali szpitalnej.

Praca na nocną zmianę to nie jedyny mankament tej roboty. Manipulowanie ludzkim mózgiem zawsze jest niebezpieczne. Ludzie mają tę denerwującą cechę gatunkową, że lubią grzebać w rzeczach, które nie do końca rozumieją, co często prowadzi do zniszczenia tej rzeczy. Także tu jest to ryzyko: jeśli współśniący zginie we śnie, sugestie wysyłane przez mózg śniącego będą tak silne (Bo mózg trojana nie śni przecież, wydaje mu się, że wszystkie te impulsy pochodzą z realnego świata. Fale mózgowe odpowiadające za śnienie są tłumione w przekazie, dostajemy tylko obrazy i inne bodźce. Współśniący musi pozostać na jawie, gdyż inaczej nie byłby w stanie podejmować świadomych decyzji, co robiłoby z niego kiepskiego ratownika.) iż mózg pracownika instytutu naprawdę może uwierzyć, że umarł. Wtedy dochodzi do czegoś w rodzaju autounicestwienia lub też wyłączenia umysłu współśniącego, i nagle staje się on warzywkiem. Ciało żyje, ale totalnie pozbawione świadomości, jakiejkolwiek osobowości. Odwiedziłam raz w szpitalu starszego kolegę po fachu, któremu się to przytrafiło. Naprawdę nieprzyjemny widok…

No, wreszcie dotarłam do domu. Zmęczona, padłam od razu na łóżko, po drodze zrzucając ubranie. Prysznic biorę rano.

Ktoś mógłby powiedzieć, że przecież przez sporą część swoich godzin roboczych śpię, ale nie można tego nazwać wypoczynkiem, skoro mój umysł myśli, że macha mieczykiem, mocując się z jakimś potworem. No i te skoki adrenaliny, dosyć wykańczające. W rezultacie jeszcze bardziej chce mi się spać, gdy wracam do domu. Do jedenastej rano znikam więc ze świata żywych, na rzecz domeny Morfeusza.

 

To jest, zazwyczaj śpię do jedenastej. Dzisiaj jednak już o dziesiątej zadzwonił do mnie Chris z informacją, że klient chce się umówić ze mną na kawę o jedenastej trzydzieści.

– Dlaczego tak wcześnie, do cholery?! Nie mogłeś mu powiedzieć, żeby spadał? Albo zmienił termin? Wiesz przecież, że do jedenastej śpię!

– Próbowałem go zapisać na później – odparł recepcjonista pełnym poczucia winy tonem. Mogłam sobie nawet wyobrazić jego skruszoną minę – ale powiedział, że absolutnie nie ma czasu. To jakaś wielka szycha, wiesz, z tych co non stop pracują, tylko po to, żeby potem oglądać swoje nazwisko na listach najbogatszych ludzi świata.

– A nie mogliście wysłać kogoś innego? – jęknęłam. – Na rozmowę wstępną chyba zazwyczaj wysyła się psychologów, co nie?

– Uparł się, żeby spotkać się z panią osobiście. A to taki koleś, że każdy jego kaprys to rzeczywistość.

Prychnęłam. Bruce Wszechmogący się znalazł, cholera.

Jednak praca jest pracą i, chcąc nie chcąc, zwlokłam się z łóżka, ubrałam i poczłapałam na spotkanie z klientem, zła, że odebrano mi cała godzinę z mojego jakże cennego czasu na regenerujący sen.

 

Wysączyłam kolejny łyk cholernie drogiej kawy w jeszcze bardziej cholernie drogiej restauracji. I po raz kolejny zdziwiłam się, że kawa ta smakuje jak… cóż, jak zwyczajna kawa. Nie wiem, za co niektórzy ludzie płacą tyle pieniędzy.

– Ale dlaczego nie zgłosił się pan z tym do psychologa?

To była pierwsza myśl, która przyszła mi do głowy po wysłuchaniu tego steku bzdur, którym uraczył mnie mój klient. Prawie pół godziny gadał bez ładu i składu o jakimś labiryncie, który stawał się domem, albo może odwrotnie, dom labiryntem. Zrozumiałam z tego tylko tyle, że w końcu dochodził do jakichś drzwi, które bał się otworzyć, i wtedy budził się z krzykiem. No fajnie, a gdzie tu robota dla mnie? Nie dość, że facet ściąga mnie z łóżka po pięciu godzinach snu, to jeszcze zawraca mi dupę problemem, który nie leży w zakresie moich kompetencji! Jestem pogromcą potworów (co prawda tylko tych niematerialnych), a nie terapeutą! A to wyglądało na typowy koszmar, związany z jakimś problemem, z którym nie radzi sobie podświadomość. Poza tym, już z jego chaotycznej paplaniny można by wywnioskować, że koleś potrzebuje psychologa.

Jemu jednakże ta wielce logiczna sugestia wydała się czymś nie na miejscu, wręcz obelżywym, sądząc z jego tonu.

– Uważa pani, że mój problem to zadanie dla byle psychologa? Że jestem zwykłym, znerwicowanym wrażliwcem, którego przerosły codzienne problemy? – powiedział, a właściwie wysyczał, wbijając we mnie lodowate spojrzenie swoich brązowych oczu. Przez sekundę byłam pewna, że zapłoną w nich czerwone iskierki.

Tak, tak właśnie myślę: niezwykli ludzie taż mają zwykłe problemy. Srają zwykłym, brązowym gównem, a nie pieniędzmi, do oddychania potrzebują zwykłego tlenu, a nie żadnych gazów szlachetnych, a także miewają zwykłe koszmary – chciałam odparować, ale w porę ugryzłam się w język. Lepiej nie zrażać do siebie najbogatszego do tej pory klienta IZS. Ian McCumphrey był na liście najbogatszych Amerykanów, zaraz za Orlando Bloomem. Szef by mnie zabił, gdybym go odstraszyła. Zwłaszcza że zdarzało się, że klienci wracali do nas z następnym koszmarem, jeśli wcześniej wykonaliśmy dobrą robotę. A bogacze byli wrażliwi, McCumphrey mógł zostawić u nas sporo sałaty.

Spróbowałam więc z innej beczki.

– Ja zajmuję się tropieniem i zabijaniem POTWORÓW – położyłam nacisk na ostatnie słowo, patrząc na mężczyznę wymownie. – A w pana opowieści takowych nie ma.

– A skąd pani wie, co się kryje za tymi drzwiami?! Być może horda najstraszniejszych potworów, jakie kiedykolwiek pani widziała? Co, jeśli coś wyskoczy na mnie, gdy otworzę te drzwi?

– To wtedy przyjdzie pan do mnie jeszcze raz i wtedy porozmawiamy. Ale to mało prawdopodobne, żeby otworzył pan te drzwi, wygląda mi to na koszmar statyczny.

Patrzył na mnie tępym wzrokiem, postanowiłam więc rozszerzyć nieco moją ostatnia wypowiedź.

– Koszmar statyczny, w odróżnieniu od koszmaru progresywnego, w którym śniący w każdym powtórzeniu snu posuwa się o krok dalej, zawsze…

– Dobrze, niech mi pani oszczędzi tych naukowych wywodów. Daję pani pięć tysięcy. Na rękę, poza zwyczajową stawką dla firmy.

To sprawiło, że aż mnie zatkało. Pięć kawałków za jedną robotę? No no no…

– Aż… aż tyle to dla pana warte? – wydukałam.

– Zrobiłbym wszystko, żeby to się skończyło. – McCumphrey opuścił ramiona, przez co wyglądał, jakby nagle się skurczył, zapadł w sobie pod ciężarem brzemienia. Zniknął gdzieś pewny siebie goguś, który przywykł dostawać wszystko, czego tylko sobie zażyczy na pstryknięcie palcami, a pojawił się zwykły, szary biznesmen w średnim wieku. W dodatku z bardzo żałosną miną. – Proszę… Ja już nie chce się bać. Gdyby pani ze mną tam poszła… To… to bym się nie bał… I otworzyłbym te drzwi…

Nawet zrobiło mi się go żal. To dziwne, jeszcze przed chwilą czułam dla niego tylko pogardę. Ale pracując w IZS, można się napatrzeć, co ciągły strach może zrobić z ludźmi…

No i w sumie nic nie kosztowało przejście się po jakimś domu. Nawet lekka robota, w porównaniu z siekaniem strzyg, wilkołaków i innych golemów…

To zlecenie naprawdę się nie nadawało dla IZS-u. Ale, jak mawiają, nasz klient, nasz pan. Jeśli koleś życzy sobie w ekstrawagancki sposób pozbyć się zwykłego koszmaru, to proszę bardzo. A pięć tysiaków też piechotą nie chodzi.

– Zgoda – wyszczerzyłam się. – Ale dopiero jutro, bo dziś w nocy muszę się porachować z pewnym wilkołakiem.

 

Średniowieczny świat rodem z gry fantasy zmaterializował się powoli wokół mnie. A raczej to ja materializowałam się w nim.

Znajoma postać wojowniczki ninja patrzyła na mnie z szyby witryny. Pojawiłam się mniej więcej w tym samym miejscu, co ostatnio. Wilkołak mógł być jednak gdziekolwiek – miałam do czynienia z koszmarem dynamicznym, jego scenariusz zmieniał się każdej nocy. No, przynajmniej jego szczegóły, bo zazwyczaj kończył się tak samo – wilkołak ścigał i dopadał śniącego.

Postanowiłam więc, że sama dam się znaleźć, zamiast tracić czas na poszukiwania. W końcu faza REM trwa tylko piętnaście do czterdziestupięciu minut.

– Hej, psia mordo! Gdzie jesteś? Chowasz się przede mną? Boisz się mnie? No proszę! Do tego to ty nie przywykłeś, co? Zwykle jest odwrotnie? Ale, widzisz, ja się ciebie nie boję. Jesteś tylko głupią, włochatą kupą mięcha. Zrobię z ciebie kotlety! – wrzeszczałam sobie, spacerując uliczkami czegoś, co przypominało trochę powieściowy średniowieczny Londyn. Wiedziałam, że potwór mnie usłyszy. Rzeczywistość oniryczna była jego królestwem, a on był jej nieodłączną częścią. To, co usłyszały ściany budynków, docierało też do uszu wilkołaka.

Wyrósł nagle przede mną, materializując się z plamy cienia w bocznej ślepej uliczce (w tym śnie połowa uliczek była ślepa, mózg śniącego wytworzył ze szczegółami tylko główną ulicę i jej odnogi, a resztę uznał za nieważną i nie chciało mu się wysilać). Sierść na karku zjeżona, zęby odsłonięte w głuchym warkocie, żółte ślepia utkwione we mnie w nienawistnym spojrzeniu.

Czyli że nie spodobała mu się moja uwaga o głupiej, włochatej kupie mięcha.

Był prawie dwa razy większy niż poprzednim razem. Super, o to mi chodziło.

Powolnym ruchem wyciągnęłam katanę z pochwy na plecach, na wypadek, gdyby bestia zdecydowała się skoczyć. Bardzo się starałam, żeby klinga w mojej dłoni nie drżała.

– No, pchlarzu? Myślisz, że się ciebie boję? – szydziłam dalej. – Myślisz, że wystarczy mi pokazać te twoje żałosne, spróchniałe ząbki, żebym wrzeszczała ze strachu? Powinieneś iść do dentysty, koleś. Jebie ci z paszczy.

Stwór warknął wściekle, zawył do księżyca w pełni, wiszącego nad nami (we śnie chłopca zawsze był w pełni) i na moich oczach urósł jeszcze dwukrotnie.

– Tylko na tyle cię stać? – powiedziałam przymilnym tonem, uśmiechając się krzywo.

Urósł jeszcze trochę.

Bingo. Teraz wypełniał sobą całą uliczkę, jego pysk sięgał najwyższych pięter budynków. Teraz z trudem mógł się poruszać w ciasnych korytarzach między domami, ledwo dawał radę posuwać się naprzód, jakikolwiek skręt byłby niemożliwością. Ja byłam dla niego niczym prosię dla słonia.

Podczas wojen punickich wypuszczano stada świń na słonie bojowe – olbrzymy wpadały w panikę, gdyż osaczali je niewidzialni, hałasujący wrogowie. W ten sposób niemal niemożliwe do pokonania odpowiedniki czołgów zostawały wyłączane z walki.

Zanurkowałam pod pyskiem wilkołaka. Byłam teraz dla niego zbyt szybka, a on nie mógł zniżyć łba na tyle, by mnie chapnąć potężnymi szczękami. Załatwiłam go jego własną bronią – inwestując w rozmiary, potwór pozbawił się zwinności. Mógł mnie co prawda stratować olbrzymimi jak kolumny łapami, ale póki znajdowałam się centralnie pod jego brzuchem, nie groziło mi to – uliczka była zbyt wąska, by zwierzę mogło przesunąć się w bok.

Skoczyłam, odbijając się od ściany budynku, niczym prawdziwa wojowniczka wschodnich sztuk walki. Impet wyskoku wykorzystałam. Żeby wbić czubek katany w brzuch potwora.

Wilkołak ryknął – chyba bardziej ze wściekłości niż z bólu, to było dla niego jak ukłucie igłą – i skoczył do przodu (bo tylko tam mógł). Ostrze katany pozostało na swoim miejscu, trzymałam je z całych sił, wyciągając ręce nad głową. Gdy więc kudłacz wykonywał sus, jednocześnie rozpruwał sobie brzuch o miecz.

Zalała mnie fala smrodliwej treści żołądkowej.

Czarne futro odsłoniło niebo, potwór przesadził mnie. Opuściłam katanę i odwróciłam się. Stał teraz trzy metry ode mnie, trasę jego skoku znaczyły parujące na bruku wnętrzności.

Bestia malała w oczach. Przybrała rozmiary wyrośniętego wilka i zwaliła się ciężko na ziemię. Leżała na boku, skamląc żałośnie, i wciąż się zmniejszała.

Transformacja zakończyła się na gabarytach średniego psa. Wygląd stwora też się zmienił, przerażający pysk przeobraził się w zwykłą, poczciwa psią mordkę, jedno ucho oklapło. Miałam przed sobą najzwyklejszego czarnego psiaka, coś jakby krzyżówkę wilczura z owczarkiem. Żadna tam piekielna bestia. Jego oczy, już nie żółte, lecz brązowe, zaczęły zachodzić mgłą.

– Ringo, nie! – usłyszałam krzyk.

Dziesięcioletni chłopiec, ubrany w dżinsy i koszulkę z nadrukiem – ewenement w średniowiecznych realiach – stał u wylotu uliczki. Po twarzy płynęły mu łzy.

Pod wpływem impulsu podeszłam do kundelka, który kiedyś był przerażającym monstrum. Przesunęłam ręką po jego czole, zamykając wierne, psie oczy.

– Spoczywaj w pokoju, Ringo – powiedziałam.

Pies złożył łeb na łapach i zasnął w kałuży krwi.

 

– Ufff, to było gorsze, niż myślałam – burknęłam, odpinając elektrody. – Wypatroszony przeze mnie potwór zmienił się w ulubionego pupila dzieciaka, a ten zobaczył jego śmierć. Paskudna scena.

– Cóż, nikt nie powiedział, że ta robota będzie łatwa – odparł sentencjonalnie Mack, pogwizdując wesoło. Jak widać, nie przejął się zbytnio chłopcem, patrzącym na paskudną śmierć swojego ukochanego psa. Ale w końcu on tylko przełączał kabelki, a nie grzebał w ludziom w głowach za pomocą wizualizacji wojowniczki ninja, siekającej swoją kataną na prawo i lewo, albo innej walkirii.

– Pewnie dzieciak stracił ostatnio psa i bał się, że ten nie jest szczęśliwy tam, gdzie teraz jest. Albo smucił się, że nie zdążył się z nim pożegnać, czy coś. I stąd ten koszmar. – W zamyśleniu analizowałam ostatnią scenę.

– Może i tak. A ty nie jesteś od filozofowania, tylko od rąbania. Więc się nie przejmuj. Co, miałaś poprosić bestię grzecznie, żeby przestała nękać chłopca i zaczęła na powrót merdać wesoło ogonkiem, jak każdy normalny pies?

– Taaa… Masz rację. Ale uważam, że powinni nam powiedzieć o psie. Przecież psycholodzy zawsze pytają, czy klient nie miał ostatnio jakiegoś traumatycznego przeżycia, zanim poślą go do mnie. Może dałoby się tego uniknąć? Może wystarczyłaby terapia? Albo kupienie dzieciakowi innego psa?

Nie dane nam było jednak pogrążyć się w tej dyskusji – może i dobrze, bo była troszkę bezsensowna; co się stało, to się nie odstanie – bowiem do sali jak burza wparowała matka chłopca. Za nią nieporadnie postępował ochroniarz, wciąż próbujący tłumaczyć, że to miejsce jest dostępne tylko dla personelu Instytutu.

– Co to ma znaczyć?! – wydarła się kobiecina. – Mój syn obudził się z płaczem! To już druga noc, a wy znowu nawaliliście! A mówili o was, że jesteście niezawodni! Otóż ja, powiem szczerze, bardzo się zawiodłam! Mój syn jest teraz…

– Nikt nie mówił, że terapia będzie bezbolesna – chłodnym tonem ucięłam jej pełną wrzasków litanię. – A współśnienie jest rodzajem terapii, czasem wymaga więc od pacjenta sporego zaangażowania emocjonalnego. Właśnie dlatego pani syn jest teraz pod opieką najlepszych psychologów w kraju. Poza tym, tym razem się udało. Ręczę, że koszmar już się nie powtórzy. A teraz niech pani idzie lepiej pocieszać swoje dziecko, a nie wrzeszczeć mi tu, kiedy ledwo się obudziłam.

Kobieta wbiła we mnie pełne złości spojrzenie. Jeśli liczyć wilkołaka, to już druga osoba tej nocy. Ależ jestem popularna.

Odpowiedziałam beznamiętnym wyrazem twarzy.

W końcu matka najwyraźniej uznała, że syn jej potrzebuje, i odpuściła. Wyszła z podniesioną głową i pogardliwym fuknięciem.

– Ech, ludzie mogliby okazać czasem trochę więcej wdzięczności – prychnęłam, zeskakując z leżanki i chwytając swoją motocyklową kurtkę. Mogłam dziś wyjść wcześniej, nikogo więcej nie miałam zapisanego. Cudownie, odeśpię przynajmniej wczesne spotkanie z panem bogaczem.

 

Samantha Cribs, IZS – odebrałam telefon, nawet nie patrząc na wyświetlacz. Żeby chociaż jeszcze przez chwilę mieć nadzieję, że to nie…

– Hej, Sammy! – radosny głos obrócił tę nadzieję w proch.

– Cześć, mamo – odpowiedziałam, dużo mniej entuzjastycznie.

– U ciebie wszystko w porządku?

Dlaczego ona zawsze musiała zaczynać rozmowę w ten sposób…?

– Jasne, a co miałoby być nie w porządku?

Przez myśl przemknęło mi wspomnienie chłopca, który wczoraj przeze mnie po raz drugi przeżył śmierć swojego pupila, ale zaraz je odepchnęłam. Cudze problemy nie są moimi problemami.

– Wiesz, martwię się o ciebie – wyznała moja matka po drugiej stronie linii. To nie było nic nowego. Moja nadopiekuńcza mamusia ciągle się o mnie martwiła. Mimo że już od dawna byłam dorosła i uciekłam spod jej duszących skrzydeł. Zresztą wyprowadziłam się, kiedy tylko skończyłam osiemnaście lat, właśnie powodu jej nadmiernej troski. – Rozbijasz się tym swoim motorem po nocy, o jakichś bocznych, ciemnych drogach…

– Daj spokój. Motor to równie dobry środek transportu jak samochód, nawet lepszy, bo nie stoi się w korkach. Jeżdżę bardzo rozsądnie, wcale nie za szybko.

Rozsądnie według mnie, oczywiście, nie autorów przepisów drogowych. Uważałam, że ograniczenia prędkości dotyczą tylko samochodów.

– Odżywiasz się dobrze?

– Pewnie! – wywróciłam oczami. – Jem tylko domowe jedzenie.

To była najprawdziwsza prawda. Wszystkie mrożone dania, które kupowałam, miały napis „Domowe” na opakowaniu.

– To dobrze. Wiesz, powinnaś się czasem odezwać do swojej siostry. Słyszałam, że niedawno…

O nie, tylko nie kolejna historia o siostrze! Mama zawsze ją faworyzowała. Teraz Pati spełniła wszystkie oczekiwania rodziców – w wieku dwudziestu czterech lat miała już męża i dobrze płatną pracę w banku. Ja, mając dwadzieścia osiem, zapewne byłam już w oczach mamy starą panną. Do tego nigdy nie mogła się przekonać do mojego zajęcia, do nowych technologii podchodziła jak do jeża. Nawet telefon miała przedpotopowy, stary smartphone gruby jak deska. Według mojej rodzicielki, najlepszym lekarstwem na zły sen był napar z rumianku. Skończyłam dzwonić do niej i entuzjastycznie opowiadać o mojej pracy gdzieś po tygodniu od jej zaczęcia.

Słuchałam połową ucha paplaniny o siostrze, wkładając naczynia ze śniadania do zmywarki – co za nudy, zresztą co ciekawego może się przydarzyć pracowniczce banku…

– Muszę już kończyć – wtrąciłam, gdy mama przerwała potok słów dla zaczerpnięcia oddechu. – Umówiłam się z koleżanką na zakupy.

– Och, na zakupy? Dobra, to leć. Do usłyszenia!

He he he. Niech sobie myśli, że włóczę się z psiapsiółą po centrum handlowym, przymierzając kiecki i bluzki i szczebiocząc bzdury o chłopakach. Ramona należała do gangu motocyklowego. Miałyśmy pojechać do komisu z częściami motocyklowymi, chciałam wymienić linkę hamulcową. Ciuchowe zakupy też były w planach, marzyłam od dawna o spodniach skórzanych z prawdziwego zdarzenia. Potem pewnie wypijemy kawę w barze dla motocyklistów, gdzieś przy autostradzie w centrum niczego. W zasadzie to w całej wycieczce chodziło głównie o to, żeby przejechać się na naszych ukochanych rumakach.

Zapowiadał się piękny dzień.

 

W pracy zjawiłam się w świetnym nastroju, wypad z Ramoną udał się naprawdę świetnie. Jednak kiedy układałam się na leżance, a technicy przyczepiali mi do głowy elektrody, poczułam się nieswojo. Po raz pierwszy po przejściu w świat snów nie czekał na mnie żaden potwór, ale… drzwi. To była niepokojąca myśl. Z bestiami to przynajmniej wiadomo – posiekać mieczem i z głowy. A takie drzwi? Ten sen mógł się rozwinąć na przeróżne sposoby, żaden z niech nieprzewidywalny. Muszę przyznać, że zaczynało mnie to ciekawić. Indiana Jones i zagadka tajemniczego portalu… W roli Jonesa – Samantha Cribs.

Wreszcie jakaś odmiana po rutynowym zabijaniu potworów…

Z drugiej strony, to się mogło skończyć totalnym fiaskiem. Nie miałam pojęcia, jak zareagować w odpowiedzi na rzeczywistość senną. Moja wiedza o snach kończyła się na wzorcach zachowań wielkich, kudłatych bestii.

Po co w ogóle przyjęłam to zlecenie? Czyżby moje kamienne serce skruszył widok bogacza, który pod wpływem snu przeistacza się w kupkę nieszczęścia?

Nieeeeee… Raczej nie.

Nie robiłam tego też dla pieniędzy. (Chyba. No bo w końcu to pięć tysięcy…). Pracę w IZS podjęłam w nadziei na dobrą zabawę. I nie zawiodłam się. W jakiej grze mogłabym przeżyć awanturnicze przygody tak realnie, z wrażeniami dotykowymi, węchowymi, a nawet smakowymi? Mózg śpiącego człowieka nie wie, że śni. To wszystko jest tak realne, jakby działo się na jawie, a jednocześnie tak fantastyczne, że najlepsi pisarze fantasy mogą się schować. Sto razy lepsze niż RPG.

Mdlące uczucie wyczekiwania w żołądku uświadomiło mi, że być może i to zlecenie przyjęłam z tych samych pobudek. Wyprawa w nieznane? Czemu nie?

– Przygotuj się – głos Macka. – Zaraz cię podpinamy.

Zamknęłam oczy i odprężyłam się. Pozwoliłam swoim falom mózgowym wędrować swobodnie, by potem łatwiej zsynchronizowały się z falami śpiącego.

Mój umysł został nagle wrzucony w strumień świadomości innej osoby.

 

Staliśmy w wąskim korytarzu, wyłożonym brązowym dywanem. Ściany pokrywała ciemna boazeria, co razem wywoływało nieodparte wrażenie ponurości, częste w mieszkaniach starszych osób. Ian McCumphrey musiał naprawdę bać się tego, co jest po drugiej stronie drzwi, i spodziewał się każdej ewentualności, moja wizualizacja była bowiem wyposażona nie gorzej niż komandos Rambo połączony ze średniowiecznym rycerzem. Całą moją postać okrywała stalowa zbroja, najeżona kolcami. Wyglądałam jak jakiś transformer (mogłam się przejrzeć w wąskim lusterku, wiszącym na ścianie). Do mojego pasa przytroczonych było kilka rodzajów broni, w tym nieudolnie wyobrażony karabin maszynowy – coś, co z grubsza przypominało kształtem pistolet z długą lufą, szczegóły się zacierały. Ale działał – za to mogłam ręczyć. Jeśli śniący wyobraził sobie, że coś działa, to działało. Aha, co więcej, miałam chyba ze trzy metry wzrostu, prawie dwukrotnie przewyższałam stojącego obok mnie facecika w krawacie.

– To co, jedziemy z tym koksem? – zapytałam raźno. Spodziewałam się, że mój głos będzie gruby i dudniący spod tej warstwy blachy, ale brzmiał zupełnie normalnie, jakbym siedziała w kawiarni – taki, jakim McCumphrey zapamiętał go z naszego spotkania.

– Tak, idziemy – odezwał się biznesmen niepewnym głosem. – W tych snach zawsze czuję przymus, żeby iść… Teraz tego nie ma, to dziwne…

– Może to reakcja rzeczywistości onirycznej na obcy element. Tak czy siak, chodźmy.

Ruszyliśmy przed siebie. Stawialiśmy kroki ostrożnie, jakbyśmy byli w gęstym, niebezpiecznym lesie, a nie mieszkaniu. Czułam się nieswojo.

To zadanie było dziwne nie tylko z powodu braku potworów. W IZS staraliśmy się wprowadzać współśniących w miejscach rzeczywistości sennej oddalonych od twórcy snu. Śniący i terapeuta rzadko się spotykali, a jeśli już, to najczęściej przez przypadek. Poza tym, pacjent nie spotykał się ze współśniącym w realu, nie rozpoznawał go więc, traktował jako kolejny element snu. W tym przypadku to oczywiście nie wchodziło w grę. Musiałam towarzyszyć McCumphreyowi przez cały czas. Moja obecność sprawiała, że bogacz wiedział, iż śni, wiedział też, że to terapia. To było dziwne. Sprzeczne z wszelkimi założeniami współśnienia.

Ale cóż. Trzeba było brnąć dalej.

Korytarz wydłużał się w miarę jak szliśmy naprzód. Ściany rozciągały się niczym guma do żucia, podłoga zaczęła się wznosić pod niewielkim kątem. Po jakiejś połowie kilometra droga zaczęła się wić, najpierw skręcając pod kątem prostym co kilkadziesiąt metrów, potem coraz częściej, pod różnymi dzikimi kątami, aż w końcu przechodziliśmy z jednego zakrętu w drugi, a kąty zaczęły obejmować różne płaszczyzny. Grawitacja jednak nie miała tu nic do gadania, cały czas trzymaliśmy się podłogi, choć ona i sufit często zamieniały się miejscami. Przedpokój stał się prawdziwym, wielowymiarowym labiryntem.

– Ciekawe, ciekawe… Takie rozciągnięcie przestrzeni… – zamruczałam do siebie. – coś mi się wydaje, że ty wcale nie chcesz dojść do tego pokoju, panie McCumphrey…

– Oczywiście, że nie chcę! – wybuchnął bogacz, i zorientowałam się, że myślę na głos. – Ale i tak zawsze po jakimś czasie tam trafiam.

I rzeczywiście, doszliśmy wreszcie do drzwi. Były to jedyne drzwi w całej przestrzeni onirycznej, korytarz, którym wędrowaliśmy, miał same gładkie ściany. Nie dało się nigdzie skręcić, nie było gdzie zatrzymać. Projekcja psychiczna nieuchronności dotarcia do celu.

Przyjrzałam się prostokątowi z jasnego drewna. Drzwi jak drzwi, cholera. Co w nich takiego strasznego?

McCumphrey obok mnie zaczął jednak drżeć, na czoło wystąpiły mu krople potu. Ostatnie kroki postawił z takim wysiłkiem, jakby jego buty zrobione były z betonu.

Blady jak duch, wyciągnął rękę do klamki. Jego twarz była jakby nieobecna, dopiero w źrenicach paliły się iskierki świadomości.

Cholera, nie, zaraz się obudzi, i gówno z tego!

Szybkim ruchem przesunęłam się przed niego, szarpnęłam za klamkę i rozwarłam drzwi do koszmaru na całą szerokość.

 

Przez chwilę wiało grozą – za drzwiami była nieskazitelna ciemność, wionął z niej stęchły, jaskiniowy smród, jakbyśmy stali przed wejściem do podziemnej groty. Mnie, przyzwyczajonej do wszelakich koszmarów, od razu skojarzyło się to z kryjówką jakiegoś paskudnego stwora.

Potem z ciemności zaczęła wyłaniać się postać.

Kołysała się niepewnie na długich, pałąkowatych nogach, niczym potwór Frankensteina po raz pierwszy usiłujący chodzić. Gdy wyszła ze smugi cienia, ziejącej z otworu i zdającej się pochłaniać światło, mogłam przyjrzeć się jej uważniej.

Było to stworzenie bez wątpienia humanoidalne, aczkolwiek proporcje były trochę zaburzone – kończyny zbyt długie w stosunku do tułowia, co nadawało mu wygląd zwierzęcia, stojącego na tylnych łapach. Jego ciało pokryte było rzadkimi, brązowymi włosami; prześwitywała spod nich blada skóra. Na szczycie tułowia znajdowała się mała, łysa, pomarszczona głowa. Największe wrażenie robiła jednak twarz – karykaturalna, wykrzywiona w groteskowym wyrazie, ale bez wątpienia dało się w niej rozpoznać ludzkie rysy.

Od stwora buchał nieznośny smród. Nie był to jednak zwierzęcy, piżmowy odór, którego można by się spodziewać po takiej trollowatej pokrace, ale… przerażająco realny zapach starego tytoniu, spotęgowany przynajmniej dziesięć razy.

Długie, włochate ręce wyciągnęły się po stojącego obok mnie mężczyznę.

Tylko że on nie był już mężczyzną. Na moich oczach kurczył się w ekspresowym tempie, jak w tym starym filmie „Kingsajz”. Proces odwrotny do dojrzewania sprawiał, że jego twarz zmieniała się jak w kalejdoskopie. Po kilku sekundach na miejscu biznesmena w garniaczku i obrzydliwym kolorowym krawaciku stał chłopiec w krótkich spodenkach, na oko może pięcioletni.

– Ian… chodź tu, Ian… – wyszeptał obleśnie stwór.

– Nie, dziadku… Proszę, nie, ja nie chcę… – wyjąkał chłopczyk, który kiedyś był (albo może raczej będzie?) bogatym biznesmenem, jego twarz niczym niezapisana karta papieru, biała i wyrażająca pustkę. Ciemne oczy wpatrzone były gdzieś w dal, jakby chłopiec zmagał się nie z trollowatym potworem, ale jakimś obrazem z przeszłości…

Klik! – Niemal usłyszałam ten dźwięk w swoim mózgu, gdy wszystko wskoczyło na swoje miejsce. Za straszliwymi drzwiami nie krył się żaden potwór, tylko wspomnienie z dzieciństwa, wyparte ze świadomości biznesmena.

– Chodź, Ian, mój słodki chłopcze… – kusił dalej stwór.

– Nie dziadku, nie chcę, nie chcę… – odpowiadał Ian, niczym zacięta płyta. Chyba już wiedziałam, co to było za wspomnienie.

Aż się we mnie zagotowało. Ty stary skurwysynu! – pomyślałam w stronę trollowatej poczwary, która uosabiała dziadka Iana (nie potrafiłam o nim już myśleć jako o McCumphrey’u, antypatycznym biznesmenie, teraz był dla mnie małym, zagubionym chłopcem, który potrzebował mojej pomocy). Zaraz ci pokażę, co myślę o wykorzystywaniu małych dzieci!

Wyszarpnęłam zza paska automat i nacisnęłam spust. Muszę przyznać, że zrobiłam to z prawdziwą przyjemnością. Jedyne, czego żałowałam, to że nie stoi przede mną prawdziwy McCumphrey senior.

Z lufy wysypał się deszcz kul, którego za nic nie mogłam kontrolować, odrzut karabinu szarpał moim stalowym ramieniem w tę i we w tę, pociski pryskały we wszystkich kierunkach. Aż dziw, że któryś nie trafił rykoszetem Iana, ale cóż, w końcu to on wyśniwał tor ich lotu.

Troll upadł na podłogę, rozdarty przez pociski na krwawe strzępy. Głowa jednak ocalała, nienaruszona, i teraz stwór podniósł ją i spojrzał na Iana, uśmiechając się jadowicie.

– Możesz zniszczyć mnie w swoim śnie, ale ze wspomnień nie wyrzucisz mnie już nigdy…

I zaczął się śmiać. Paskudnym, triumfującym, odbijającym się echem od ścian wąskiego korytarza rechotem. Śmiech ten wciąż mnie prześladował, gdy się obudziłam.

 

– O Boże… – westchnęłam, z trudem siadając na leżance. Sama zaczęłam odpinać przyrządy, nie czekając, aż zrobi to Mack, chcąc jak najszybciej pozbyć się wszystkiego, co łączyło mnie ze snem McCumphreya. Dotyk nasmarowanych przewodzącym żelem elektrod kojarzył mi się z pijawkami. Ze zgrozą uświadomiłam sobie, że ręce mi drżą. Mi, nieustraszonej pogromczyni potworów.

– I co? Był tam jakiś potwór? – zapytał mój pomocnik.

– A był, był… I to jeszcze jaki…

Młody technik czekał, aż powiem coś więcej, ale ja milczałam, przygnębiona refleksją nad koszmarem. Zadziwiające, że najstraszniejszym potworem, jakiego spotkałam w swojej pełnej maszkar pracy, był człowiek…

– Ale nasza szefowa oczywiście rozwaliła go na kawałeczki? – chciał wiedzieć Doug.

– Na drobniutkie. – Wciąż nie chciałam wdawać się w szczegóły, wspomnienie okropnego snu przylegało do mojej jaźni jak gówno do podeszwy.

– Czyli ten multimilioner nas ozłoci? – wyszczerzył się Mack.

Drzwi do sali otworzyły się z trzaskiem i do środka wpadł McCumphrey, wyglądający jak uciekinier ze szpitala psychiatrycznego. Elektrody wciąż zwisały z jego nagiego torsu, zerwane kabelki dyndające smętnie. Włosy miał rozczochrane, oczy podkrążone, a twarz wykrzywioną w grymas szaleńczej wściekłości. Doug zerwał się, żeby go powstrzymać, zaczął mówić, że to sala tylko dla pracowników, ale poddał się pod naporem nacierającego jak burza biznesmena. Ten, nie zauważając niemal przeszkody w postaci technika, odepchnął go i podszedł prosto do mnie i Macka.

– Jesteście bandą patałachów! – wrzasnął nam w twarz, rozpryskując wokół siebie kropelki śliny. – W dupie mam te wasze pseudopsychologiczne bzdety! To jedna wielka bzdura, i tyle! Podam was do sądu za… – tu zapowietrzył się, jego rozbiegane spojrzenie napotkało moje. Zauważyłam błysk w jego oczach, gdy wyczytał współczucie z mojej twarzy i zorientował się, że domyśliłam się, czego dotyczyła scenka z naszym udziałem. Wycelował we mnie drżący palec. – A ty… Masz milczeć, rozumiesz?! Jeśli piśniesz komukolwiek chociaż słówko o tym, co widziałaś, to… Zniszczę cię! Nie wiesz, co ja mogę! Zamienię twoje życie w piekło!

Z tą apokaliptyczną zapowiedzią na ustach odwrócił się na pięcie i wyszedł, trzaskając drzwiami.

– Cóż, chyba nie mamy co liczyć na ozłocenie – podsumowałam.

 

Praca na nocną zmianę ma jeden (jak dla mnie jedyny) minus – nie da się iść z kolegami na piwo po godzinach, bo wszystkie bary są już zamknięte. Na szczęście, weekendy mieliśmy z reguły wolne.

W sobotę ekipa z pracy wyciągnęła mnie więc do baru. Nieszczególnie chciało mi się iść. Nie jestem zbyt społeczną istotą, najlepszy odpoczynek dla mnie to siedzenie z książką pod kocem albo samotna przejażdżka motorem, ale matka mówiła coś przez telefon, że chciałaby mnie wreszcie odwiedzić, może w ten weekend. Musiałam mieć wiarygodną wymówkę, Leopolda Cribs miała chyba wbudowany w mózg wykrywacz kłamstw, bo zawsze potrafiła przejrzeć moje wykręty. Moje dzieciństwo było przez to niezłym koszmarem.

Później jednak nie narzekałam, że wygrzebałam się spod koca. Wygłupialiśmy się jak nastolatki. Para współśniących, Rick i Ruda Andy, parodiowali naszego szefa i wkurzających bogatych klientów. Wspominaliśmy nasze najlepsze walki we śnie. Tak, wiem, to strasznie lipnie brzmi, że mając wolny weekend, gadaliśmy głównie o pracy, ale to było nasze życie. Technicy przyglądali nam się z zazdrością. nieśmiały Doug, nowy w tej robocie, nieźle się rozkręcił, i porwał Rudą do tańca. Na stole. Zmyłam się, gdy byli już tak pijani, że zaczęli śpiewać karaoke. O nie, tylko nie karaoke.

– Może cię odwieźć? – usłyszałam głos w ciemności. Za mną stał Mack. Nawet nie zarejestrowałam, że wyszedł za mną z baru.

– Nie, dzięki. Ta laleczka – czule poklepałam czarny lakier yamahy – świetnie sobie radzi nawet na nieoświetlonych drogach.

– O, ona bez wątpienia. Ty chyba jednak trochę za dużo wypiłaś, żeby na niej jeździć. – Mack za to wypił podczas całego wieczoru tylko dwa piwa.

Zwyczajnie wkurza mnie taka nadopiekuńczość mężczyzn. Te ich samcze hormony każą im traktować kobiety, jakby były biednymi, nieporadnymi istotkami, które by na pewno zginęły albo zrobiły coś głupiego bez ochrony kogoś większego i bardziej umięśnionego. Pewnie wydaje im się, że to rycerskie. Pewnie. Dla mnie to zwykły seksizm.

Dziś jednak byłam na tyle pijana, żeby rozważyć jego propozycję. Nie to, żebym potrzebowała podwózki, potrafiłabym prowadzić swój ukochany motor nawet z zamkniętymi oczami – yamaha sunęła po drogach zawsze równo i pewnie – lekkie wirowanie w głowie nie powinno być więc wielkim problemem. Ale może… Za tą propozycją kryło się coś więcej? Obrzuciłam wzrokiem sylwetkę Macka, jego umięśnione ramiona i sześciopak widoczny przez obcisłą koszulkę. Był trochę nie w moim typie, odrobinę zbyt napakowany, widać że mięśnie miał wyćwiczone na siłowni, a nie wynikające z zamiłowania do sportów kondycyjnych. Po kilku drinkach to jednak nie przeszkadzało.

Gdyby był kimś dopiero poznanym w klubie, zgodziłabym się bez wahania. Ale to Mack. Mój ulubiony technik. Nie dałoby się rano obrzucić go spojrzeniem pod tytułem „Dostałeś śniadanie, więc spadaj”, i już nigdy go nie zobaczyć. Nie chciałabym, żeby jedna noc popsuła nasze relacje. A byłaby tylko jedna. Odkąd wyjechał Jeremy, nie zaangażowałam się w żaden stały związek. Czyżbym wciąż łudziła się, że wróci?

Jasne. Idiotka.

Mimo to pokręciłam głową.

– Dam sobie radę, dzięki. Nie na takim rauszu się jeździło mrugnęłam do Macka i wskoczyłam na motor.

 

Kolejny tydzień w pracy rozpoczął się intrygująco.

– Że co? – wyraziłam swoje zdumienie, po tym jak Mack, kładąc przede mną teczkę, poinformował mnie, co jest następnym zadaniem. – Jak to – duch?

– No, normalnie – mój młodszy pomocnik wyszczerzył zęby. – jakaś starsza babeczka; pocieszna zresztą, spotkałem ją na korytarzu i wysłuchałem jej tyrady na temat pięciorga wnucząt i trzech kotów… A może to było troje wnucząt i pięć kotów, nie pamiętam – no więc ta babeczka skarży się, że we śnie uporczywie nawiedza ją mąż. Zmarły zresztą przed pięcioma laty.

– I co ja mam niby zrobić? Zarąbać jej męża? Żeby dotarło do niego, że umarł, i już więcej się jej nie naprzykrzał? Co za bzdury. Zresztą, nawet gdybym chciała, to nie wiem jak. Miecz czy kule przenikają przez ektoplazmę.

– Nie no, chyba nie… Raczej wejść tam i powiedzieć: „To nie tu jest twoje miejsce, wracaj do świata umarłych”, czy cuś… Albo odprawić zaimprowizowany egzorcyzm… No nie wiem, Sam. Ja tu tylko podłączam kabelki.

Westchnęłam ciężko.

– No dobra. To spróbuję jakoś z nim pogadać… Rany, jak to brzmi. Uciąć sobie pogawędkę z duchem. Który jest w dodatku wytworem podświadomości jakiejś starszej babci… No nic. Podłączaj.

Moje, niezbyt dobre, ale zawsze, chęci nie za wiele tu pomogły. Chociaż próbowaliśmy kilka razy, nie trafiliśmy na pożądany sen. Komputer wychwytuje zmiany w falach mózgowych pojawiające się, gdy człowiek wchodzi w fazę REM, i wtedy technicy „podpinają” współśniącego do snu pacjenta. Jednak nie można rozpoznać, co to za sen, dopóki się w niego nie wejdzie. Zrobiłam sobie więc wycieczkę po zwyczajnych snach starszej pani. Między innymi obejrzałam scenkę, w której nasza klientka robi zakupy w supermarkecie, a przedmioty zeskakują z półek i natarczywie atakują biedną starowinkę, pragnąc, by je kupiła. Gdybym była psychologiem, mogłabym z tego wyciągnąć jakieś wnioski na temat roli komercji i reklam w naszym życiu… Artykuły narzucały się właśnie z upierdliwością reklam. Ale ja mam tu rąbać, a nie filozofować.

Gdzieś koło czwartej nad ranem stwierdziliśmy, że to nie ma sensu, i obudziliśmy starszą panią.

– Wiesz co? – odezwałam się do Macka, gdy uwalniał mnie z miliona kabelków. – Coś mi się zdaje, że ta kobieta tak naprawdę wcale nie chce, żebyśmy się pozbywali ducha jej męża. Dlatego sen nie chciał się pojawić.

Mack powątpiewająco wzruszył ramionami.

– Jeśli nie chce, to dlaczego przyszła?

Ach, ci faceci. Zupełnie nie rozumieją zawiłości ludzkiej psychiki. Kobiecej zwłaszcza.

Powiedzieliśmy staruszce, że niestety dziś się nie udało, ale oczywiście zapraszamy jutro. Pożegnała się i wyszła, z bardzo niepewną miną. Byłam pewna, że nie przyjdzie ani jutro, ani w ogóle.

Potem przerwa na kawę – mogę spokojnie pić ten cudowny, czarny napój w pracy, i nie bać się, że nie będę mogła zasnąć. Gdy leżę przypięta do tych wszystkich urządzeń, nie zasypiam przecież tak naprawdę, maszyna od razu dostraja moje fale mózgowe do fal pacjenta, bez żadnych faz pośrednich. Można by więc powiedzieć, że śnię na jawie.

Drugi przypadek był bardziej owocny. Student śnił o atakujących go czarnych, niewyraźnych stworach o z grubsza humanoidalnych kształtach. Zrobiłam niezłą jatkę, usiekłam siedem w bardzo krótkim czasie, a reszta uciekła pod wrażeniem mojego szybkiego jak żmija miecza. Student mógł spać spokojnie.

Pozostało już tylko przejrzenie akt jutrzejszych spraw. Lubię widzieć je wcześniej, żeby w razie potrzeby zaaranżować uzupełnienie informacji. Szykował się tylko jeden przypadek.

– O, to jest ciekawe – mruknęłam do Macka, który pakował sprzęt.

Chłopak zerknął mi przez ramię.

– Strzyga? Eeeee… Nic oryginalnego. Ciągle tylko wilkołaki i strzygi. Kultura masowa rulez.

– Strzyga jako taka, rzeczywiście nieciekawa. Ale spójrz, w rubryce „szkoda zadawana pacjentowi” stoi: „wysysa krew i paraliżuje”. Strzyga – paraliżuje?! A co to, meduza jakaś? I nie ma żadnego rozrywania gardeł i morza krwi? O, a popatrz tutaj, w rubryce „wygląd” jest napisane „postać kobieca”. Tak po prostu? Jak ludzie wyobrażają sobie wampirzycę, zazwyczaj ma ona jakieś potworne atrybuty, jak długachne, zakrzywione żółte szpony albo czerwone ślepia. A tu – zwykła kobieta. Co w niej strasznego? I, cytuję, „pacjent strasznie skarży się na uczucie niemocy, strzyga go wysysa, a on nie może nic zrobić, i to go najbardziej przeraża…”

– Może facet zaplątał się w kołdrę i dlatego nie może się ruszyć – parsknął Mack.

– Strasznie suche te akta – marudziłam, nie zwracając uwagi na jego drwiny.

– Chcesz z nim porozmawiać?

Zazwyczaj nie rozmawiam z klientami przed akcją, od tego jest specjalny zespół psychologów. Ja tylko wchodzę i szast-prast, załatwiam potwora. Ale tutaj… Coś mi nie grało. Chciałam dokładniejszych informacji. Chociaż nie, może nawet nie informacji, bo te były dosyć rzetelne, ale raczej… wrażeń i przeczuć. A te można zdobyć tylko w rozmowie twarzą w twarz, wychwycić niuanse w mimice i tonie głosu. Żadne tabelki tego nie zapewnią.

– Tak. Załatw mi jutro rozmowę z tym gościem – zdecydowałam.

– Jestem magistrem inżynierem, ze specjalnością inżynierii medycznej, a nie sekretarzem – oburzył się Mack. Ale wiedziałam, że spełni moją prośbę.

 

Frank Kurtiz był, jakby to powiedział ktoś uprzejmy, potężnym mężczyzną. Ja jednak nie byłam uprzejma i mogłam stwierdzić, że był po prostu obrzydliwie otyły. Gdy siedział przede mną na krześle dla klientów, sadło przelewało się przez krawędzie mebla, co stanowiło dość paskudny widok. Jego twarz była okrągła jak księżyc w pełni, a wargi tak mięsiste, że usta wydawały się szparą, rozciętą w żywym ciele. Do tego obficie się pocił, kropelki potu spływały po czole i obfitych czarnych wąsach.

– Ona pana atakuje, a pan nie może się ruszyć? – kontynuowałam wypytywanie, wpatrując się w rozłożone przede mną papiery (stanowiły ładniejszy widok niż mój pacjent).

– Dokładnie tak! Nie mogę kompletnie nic zrobić!

– I wysysa pana? Jak konkretnie?

– No, jak to strzyga. Przez szyję, przez szyję!

– A potem co się dzieje?

– Ona ucieka przez okno, a ja… no, leżę dalej, a co mam robić?

– Rozumiem, rozumiem… – pokiwałam głową, starając się nadać swojemu głosowi współczujący ton. W moim mniemaniu tak się powinien zachowywać psycholog. Ale oczywiście mogłam się mylić, w końcu byłam zwykłym rębaką, a nie lekarzem dusz… Kurtizowi jednak wydawało się to wystarczać, wpatrywał się w moją twarz z otwartością, oczekując, iż rozwiążę jego problemy. – A jakie wrażenia towarzyszą snowi?

– Czuję się… kompletnie wypruty z sił. Pełno krwi mi wypija, ona, ta strzyga…

Zmarszczyłam brwi w skupieniu. Niemoc w łóżku, a potem brak sił… Coś mi to przypominało. Popatrzyłam podejrzliwie na klienta.

– A jest pan bezsilny, kiedy atakuje pana strzyga, czy jeszcze przed jej pojawieniem?

– Bo ja wiem…? Ja leżę z otwartymi oczami – znaczy we śnie mam otwarte, bo tak naprawdę to zamknięte, przecież śpię, hehehe – no i tylko tymi oczami ruszam, ale po co miałbym się ruszać, skoro mam zasnąć… I jest taki nastrój grozy… I wtedy ona się pojawia…

Cóż, za wiele pożytecznych rzeczy to się nie dowiedziałam. Ale lepsze to, niż ten obrzydliwie suchy raport, lakoniczny do przesady. Może uda mi się zinterpretować słowa kolesia, gdy już znajdę się w środku jego snu.

– Dobrze, dziękuję, panie Kurtiz. Myślę, że możemy zaczynać.

– Jak to? Już? – wydawał się lekko przestraszony.

– No, ułoży się pan wygodnie w naszym specjalnym pokoju, jeszcze raz wyśni ten swój sen, a ja załatwię strzygę i będzie po krzyku.

Przynajmniej miałam taką nadzieję. Wyglądało to na banalne zadanie, ale cóż, pozory mogą mylić.

 

Pierwsze, co uderzyło mnie po wkroczeniu do onirycznej rzeczywistości, było uczucie uwierania w… pewnym miejscu. Szybki rzut oka na wizualizację mojej osoby potwierdził moje obawy – byłam ubrana w STRINGI! Do tego skórzane. Na nogach miałam czarne, jedwabne pończochy i kozaczki na wysokich obcasach z czarnej, lśniącej skóry. Jak mam niby w tym walczyć?! Prędzej zabiję siebie niż przeciwnika! Robienie zwodów w tych butach może się skończyć skręceniem kostki albo nawet złamaniem nogi… Oprócz tego miałam na sobie topik, ledwie przykrywający to, co skromna kobieta zakrywać powinna, też ze skóry, o matko, jak to uwierało. Będę się bała zamachnąć ręką, żeby mi stanik nie pękł. Podsumowując, wyglądałam jak modelka z playboya, seria: dzikie Amazonki. Dobrze, że tu nigdzie nie było lustra, bo gdybym zobaczyła to wszystko w połączeniu ze swoją twarzą – a że rozmawiałam z Kurtizem dosłownie przed chwilą, jest szansa, iż zapamiętał ją dosyć wiernie – chyba uciekłabym z piskiem z tego snu.

Dobra, Sam, weź się w garść, naprawdę przecież tak nie wyglądasz, to tylko sen grubego, obleśnego faceta…

Sprawdziłam szybko rynsztunek. Do pasa miałam przytroczony… Bicz?! Czy to jakiś żart?!

Nie umiałam walczyć biczem. Miecz – proszę bardzo, żaden problem. Wywijasz nim po prostu z grubsza w kierunku przeciwnika, a rzeczywistość oniryczna z twoich nieudolnych cięć na odlew robi profesjonalne pchnięcia. Zawodowy pogromca potworów i obrońca śniącego musi przecież być mistrzem we władaniu mieczem, tak chce podświadomość śniącego, a więc tak się dzieje. Najważniejsza jest intencja – wystarczy, że wyobrazisz sobie, iż zadajesz piękne, śmiertelnie groźne cięcie z prawej strony przez bark przeciwnika, i miecz naprawdę tam trafia. To trochę jak w grze, przecież człowiek wciskający klawisz ataku nie musi mieć bladego pojęcia o szermierce, a mimo to postać, którą kieruje, rozwala jednego wroga za drugim. Jedyna różnica jest taka, że tu nie ma pośrednictwa klawiatury. Ale bicz…? Nawet nie mam pojęcia, czego mam od niego wymagać. Mam smagać strzygę jak woźnica konia…?

Sytuacja nie zapowiadała się najciekawiej… Cóż, trzeba będzie jakoś sobie radzić.

Stałam w kącie jakiegoś pokoju, sypialni, jak wywnioskowałam z wielgachnego łóżka, odpowiedniego do rozmiarów Kurtiza. Innych sprzętów nie było, nawet głupiej lampki nocnej – bardzo kiepskie odwzorowanie rzeczywistości, przecież każdy ma w sypialni chociaż lampkę albo jakąś komodę. Ale rzeczywistość oniryczna, tak jak grafika w grze, potrafi być bardzo oszczędna, a tylko ten jeden mebel był potrzebny do zrealizowania wątku snu.

Miejsce, w którym się znajdowałam, było całkowicie pogrążone w mroku. Łóżko stało w samym centrum pokoju, w smudze szarawej poświaty, padającej z dużego okna, tak że dosyć wyraźnie było widać skłębione na nim postacie.

Wielki wzgórek na środku łoża był zapewne brzuchem mojego klienta. Na nim okrakiem siedziała strzyga. Ładna była, cholera. Typowa blondyneczka z ogromnymi, niebieskimi oczami, podkreślonymi grubą warstwą tuszu, i pełnymi, krwistoczerwonymi usteczkami. Skórę miała gładką i alabastrowobiałą. Chciałabym wyglądać tak jak ona. Ale to stan nieosiągalny dla zwykłego śmiertelnika, zarezerwowany dla sphotoshopowanych modelek i bohaterek mokrych snów nastolatków.

Wampirzyca pochylała się nad Kurtizem, dłońmi wodząc po jego odsłoniętym torsie, wystającym z rozdartej piżamy. Wyraźnie szykowała się do ugryzienia. Mężczyzna, tak jak mówił, nic nie robił, tylko gapił się na nią wytrzeszczonymi oczami.

Postanowiłam interweniować, odciągnąć jakoś jej uwagę.

– Hej, strzygo! – wrzasnęłam, rozwijając bicz nagłym ruchem, tak że jego końcówka świsnęła tuż koło jej ucha. Wampirzyca jednak nie zareagowała, całkowicie zaabsorbowana swoją ofiarą. Zbliżyła twarz na kilka centymetrów od szyi Kurtiza, zmysłowo rozchylając wargi. Spomiędzy pełnych, uszminkowanych usteczek wychynęły czubki ostrych kłów.

Trzasnęłam biczem ponownie, tym razem mierząc w twarz potworzycy. Na jej policzku pojawiła się strużka krwi.

Strzyga nie mogła zignorować takiego afrontu wobec swojej urody. Wściekła się jak nie wiem co. Zasyczała groźnie i skoczyła na mnie, odbijając się od brzucha swojej ofiary jak od trampoliny. To wydarzyło się błyskawicznie – w jednej chwili widziałam ją siedzącą na łóżku, a w drugiej już przygniatała mnie, zaciskając palce na mojej szyi.

Uścisk był cholernie mocny. Nie mogłam złapać oddechu. Charknęłam, dusząc się. Moje palce rozpaczliwie drapały podłogę. I na co mi teraz ten bicz? Daliby normalny sztylet, który tak świetnie sprawdza się w walce kontaktowej, a nie jakiś głupi rzemyk.

Splunęłam przeciwniczce w twarz. Odruchowo cofnęła się z obrzydzeniem, zwalniając trochę uchwyt. Wypuściłam bezużyteczny bicz i zdzieliłam ją pięścią w nery. Zawyła wściekle i rzuciła się na mnie z pazurami. W szale walczyła jak baba, szarpiąc mnie na włosy i próbując rozdrapać twarz. Dziękowałam w myślach Kurtizowi, że poniechał wyobrażania sobie strzygi ze standardowymi szponami, bo wtedy własna mamusia by mnie nie poznała. O ile zechciałaby przypadkiem zawędrować w ten sen, oczywiście.

Wbiłam przeciwniczce kolano w podbrzusze i zrzuciłam ją z siebie. Zanim zdążyła się pozbierać, skoczyłam na nią, przygniatając do ziemi całym ciężarem swojego ciała. Chwyciłam ją za długie, jedwabiste włosy i walnęłam jej głową o podłogę. Walka w kisielu, normalnie.

Strzyga krwawiła już mocno, wręcz rzygała krwią. Podczas zbliżenia z podłogą jej wystające kły musiały przebić dolną wargę, krew płynęła też z rozbitego nosa. Ale to tylko lekkie uszkodzenia, potrzebowałam czegoś, czym mogłabym ją zabić. Skręcenie karku raczej nie wchodziło w rachubę, zbyt mocno się szamotała. Poza tym skąd mam wiedzieć, czy to nie jedna z tych, co to po skręceniu karku nastawiają go z paskudnym skrzypnięciem i rzucają się z powrotem w wir walki? Chwyciłam więc znowu bicz, jedną ręką wciąż przyciskając głowę rywalki do podłogi, przewlekłam go pod jej szyją i pociągnęłam mocno za oba końce. Wampirzyca odchyliła głowę do tyłu, najdalej jak mogła, próbując odsunąć się od miażdżącego jej grdykę rzemienia, ale ja naciskałam dalej, z całej siły przyciągając do siebie końce bata. Ostre krawędzie rozcięły mi dłonie, ale nie puszczałam. Wnętrza rąk piekły bólem, lecz śniący na szczęście zapomniał o wyobrażeniu sobie śliskości krwi, więc zdołałam utrzymać bicz.

To mi podsunęło pewną myśl. W rzeczywistości pewnie by to nie było możliwe, ale we śnie… warto spróbować. Tutaj wiara czyni cuda. Zaczęłam przesuwać rzemień po szyi ofiary, prawo-lewo, prawo-lewo… Bicz rozciął skórę także na jej szyi, i wcinał się coraz głębiej w krwawy ślad…

Strzyga zacharczała. Przestała się rzucać i wić pode mną, zastygła z przerażenia, kiedy uświadomiła sobie, że naprawdę może umrzeć.

Krew zbryzgała mi twarz gorącym strumieniem, gdy przepiłowałam aortę. Wampirzyca wydała ostatni charkot i zmiękła w moim uścisku jak szmaciana lalka. Jej piękne, godne aktorki oczy patrzyły w ścianę, szkliste i puste.

Wstałam i odwróciłam się do klienta. Twarz miałam pokrytą krwią od wysokości nosa do podbródka, trochę spłynęło też na dekolt, ręce zaś ubrudzone aż do łokci, niby jakiś rzeźnik.

– No, panie Kurtiz, strzyga nie będzie już pana męczyć.

Facet wpatrywał się we mnie jak przerażony królik. Wyglądało na to, że boi się mnie nawet bardziej niż tej laleczki, której przed chwilą poderżnęłam gardło. Wzbudzał we mnie pogardę. Nie mogłam odmówić sobie małej złośliwości.

– Aczkolwiek usunęliśmy tylko objawy, a ja radziłabym uderzyć w przyczynę. Strach przed niemocą w łóżku, który niewątpliwie stał się przyczyną pana snu, można leczyć takimi niebieskimi tableteczkami. Może słyszał pan o nich? Nazywają się Viagra. Niech się pan uda do seksuologa albo coś.

Kurtiz patrzył na mnie w oszołomieniu, a sen rozpłynął się, gdyż nie miał już podstaw, by dalej istnieć.

 

Następnego dnia przyjechała do mnie siostra. Kurczę, chyba jednak powinnam czasem słuchać uważniej telefonicznej paplaniny mojej mamy, zadzwoniła podobno właśnie po to, żeby mnie o tym uprzedzić… Sama Pati zgubiła gdzieś mój numer, a przynajmniej tak twierdzi, ale ja jestem prawie pewna, że jej go po prostu nie podałam, kiedy zmieniałam telefon.

Okazało się, że moja młodsza siostrzyczka jest w ciąży. To też mi jakoś umknęło w rozmowie z mamą. Tylko pogratulować, kolejne marzenie rodziców spełnione. Czy zostanę chrzestną? Hm… Szczerze mówiąc, nikomu nie życzyłabym takiej chrzestnej jak ja. Na pewno zapominałabym o urodzinach, komunii czy innych takich. A jakby już mnie zmusili do pojawienia się na tego typu rodzinnej stypie, i tak nie wiedziałabym, jaki prezent kupić takiemu dzieciakowi. Nie wymyśliłam jednak żadnej sensownej wymówki, więc się zgodziłam.

Na szczęście koło siedemnastej Pati pojechała. Ufff, nie zniosłabym dłużej pogaduszek o dzieciach. Nie to, żebym nie lubiła dzieci, ale nie wydawały mi się tematem na tyle ciekawym, aby paplać o nich w kółko przez cały dzień. I te wszystkie porady, które siostra wyczytała w licznych czasopismach dla młodych matek, a które czuła się w obowiązku mi zreferować… No bez przesady, brzuch jej jeszcze nie urósł nawet o centymetr, a ona już zbiera kompendium wiedzy na temat rodzicielstwa. Mam nadzieję, że ja nigdy nie wpadnę w taką paranoję.

Przynajmniej w podnieceniu zapomniała zapytać o mój numer telefonu. Hurra, nie będzie więc wysyłać mi setek zdjęć bucików do chrztu i pytać, które wybrać.

 

Miałam właśnie wychodzić z pracy, okropnie zmęczona – trzy potwory w jedną noc to nie przelewki… Załatwiłam między innymi ghula, który raz po raz pożerał martwe ciało śniącego (niedawno umarła mu babcia, sen o ghulu był po prostu wynikiem nagłego natężenia strachu przed śmiercią). Potem zajęłam się gigantycznym skorpionem, nawiedzającym sny kolesia, który niedawno wrócił z Egiptu. Doprawdy, ludzie oglądają za dużo filmów typu „Mumia”, „Król Skorpion” itd. Kultura masowa robi im z mózgu sieczkę. A potem muszę rozwalać jakieś mega zmutowane potwory rodem z Hollywood. Walka ze skorpionem to było jedno z najgorszych doświadczeń w mojej karierze – bestia miała twardy pancerz, od którego odbijały się ciosy mojego ciężkiego miecza, a ja tylko lekki skórzany kaftan. Narąbałam się więc jak głupia, nie robiąc potworowi większej krzywdy, a sama musiałam cały czas mieć się na baczności i stosować coraz wymyślniejsze sekwencje uników, żeby nie trafił mnie jadowity kolca, gdyż najmniejsze draśnięcie oznaczało śmierć. Za to jak już odcięłam mu śmiercionośny ogon, trafiając prosto w szparę w jego pancerzu, obryzgał mnie ohydny zielony śluz. Nie za przyjemne doświadczenie.

Trzecim zadaniem była gigantyczna anakonda. I znowu wpływ telewizji. Gdyby to ode mnie zależało, zabroniłabym ludziom gapić się w te głupie pudła, co by było znakomitym działaniem prewencyjnym przeciwko koszmarom. No, ale wtedy nie miałabym roboty.

Doprawdy, to była męcząca noc. Niby w rzeczywistości nie ruszyłam nawet mięśniem małego palca podczas pracy, ale mój mózg myślał, że naprawdę macham tymi wszystkimi mieczami, pistoletami i maczugami czy czym tam jeszcze. Czułam się więc wypruta jak po przebiegnięciu maratonu i psychicznie wyczerpana ciągłym stresem (który, w odróżnieniu od wysiłku fizycznego, nie był urojeniem). Marzyłam o ciepłej kąpieli, która rozluźni napięte mięśnie. Może nie poczuły naprawdę ciężaru szabli, ale i tak mnie bolały – gdy byłam uśpiona, przez cały czas leżałam napięta jak postronek, bojąc się, że za chwilę przebije mnie kolec skorpiona albo zęby jadowe anakondy (jadowita anakonda, dobre sobie! Koleś powinien sobie poczytać o wężach albo pooglądać Animal Planet, zanim zabierze się za wyśniwanie jednego z nich!).

Już byłam przy drzwiach, od chłodnego, nocnego powietrza dzieliło mnie tylko kilka centymetrów drewna, a ja pragnęłam otwartej przestrzeni niczym kryminalista wychodzący na wolność po dziesięciu latach odsiadki – gdy zatrzymał mnie mój szef. W zacienionym korytarzu Instytutu sam wyglądał jak jakiś upiór, złowroga postawa, połowa twarzy ukryta w cieniu. A może to tylko podświadomość ostrzegała, że nie czeka mnie z jego strony nic dobrego…?

– Panno Cribs? Mogę prosić panią na rozmowę?

Nie możesz, odwal się, właśnie skończyłam pracę – pomyślałam, a na głos powiedziałam, uśmiechając się słodko:

– Oczywiście, szefie.

Odruchowo otrzepałam ubranie, sprawdzając, czy nie zostały na nim resztki śluzu – w nerwach zapomniałam, że był on tylko wyimaginowany – i podążyłam do gabinetu szefa.

Coughell zdążył już usiąść za biurkiem. Mnie nie zaprosił, żebym również usiadła, więc zaprosiłam się sama, ostentacyjnie sadowiąc się na krzesełku dla petentów. Było cholernie niewygodne. Pewnie specjalnie, żeby skrócić czas wizyt denerwujących interesantów albo torturować pracowników.

Szef długo milczał, wpatrując się we mnie chłodnymi niebieskimi oczami, pochylony do przodu i ciężko oparty łokciami o blat biurka. Oho, pozycja podkreślająca dominację. Nudził mnie ten teatr. W końcu chciał porozmawiać. Więc rozmawiajmy, do cholery! Śpieszy mi się do domu! Współśniący też czasami sypiają!

– Musze przyznać, że ostatnie wyniki pani pracy nie są zadowalające – zaczął wreszcie Coughell.

Aż się cała zjeżyłam. Jak to – niezadowalające?! Przecież haruję jak wół! Rozwalam potwory na pęczki, nierzadko dwa albo więcej jednej nocy! Choćby dzisiaj – trzy to o wiele powyżej normy! A ten jeszcze narzeka!

– Pan McCumphrey skarżył się, że strasznie spartoliła pani robotę.

Ach, więc o to chodzi. Rozpieszczony, bogaty dzidziuś poskarżył się dyrektorowi.

– W wyniku pani braku profesjonalizmu, jego stan psychiczny pogorszył się, zamiast polepszyć. Akcja w jego śnie była zupełnie niezaplanowana, i przez to…

– A czego on się spodziewał?! – wcięłam się, nie mogąc już dłużej wysłuchiwać tych głupot. – Miałam zbyt mało informacji, żeby poczynić jakieś przygotowania. Zresztą, ja wykonałam zlecone mi zadanie. Miałam tam tylko iść i otworzyć jakieś drzwi. Tego zażyczył sobie mój klient, i ja spełniłam jego żądanie. Nie mogę odpowiadać za emanacje jego umysłu.

– W takich sytuacjach potrzebne jest rozpoznanie, przeprowadzone przez psychologów z Instytutu. Wykroczyła pani poza swoje kompetencje, do tego pomijając procedury.

– Ostrzegałam go, że to nie moja działka. Ale uparł się, żebym to ja spróbowała mu pomóc. Nie chciał nawet słyszeć o rozmowie z psychologami.

Dlaczego mam, do cholery, płacić teraz za głupie kaprysy tego bogatego bubka? Przecież wcale nie pchałam się, żeby brać tą sprawę, przyciągnięta wonią dużych pieniędzy. Sam McCumphrey mi ją wepchnął, i to niemal na siłę. A teraz to ja dostaję za to opieprz. Życie nie jest sprawiedliwe. Tak, truizm, wiem.

– Mimo wszystko, mogę to określić tylko w jeden sposób: brak profesjonalizmu. Spodziewałem się po pani więcej.

Zacisnęłam wargi w wąską kreskę. Dalsza obrona nie miała sensu, do Coughella i tak nie docierały żadne argumenty. Już lepiej siedzieć cicho i dać mu wylać całą żółć. Im szybciej skończy mnie besztać, tym szybciej puści do domu.

Niestety, wyglądało na to, że szef nie zamierza szybko kończyć.

– Także pani Dovels zadzwoniła do mnie, żeby zamienić parę ciepłych słów. Jej syn po wizycie u nas stał się markotny, nie chce jeść ani bawić się z kolegami. Pani Dovels mówi, że nie tego spodziewała się po terapii. Terapia ma bowiem sprawiać, żeby z pacjentem było lepiej, a nie gorzej. Co pani na to, pani Cribs?

– Bez wątpienia, taka jest definicja terapii – pozwoliłam sobie na małą złośliwość, szczerząc zęby. Miałam już dość. Chciałam iść do domu. Obym tylko miała jeszcze pracę po wyjściu z tego gabinetu…

Coughell wciąż patrzył na mnie wyczekująco, ignorując moją głupią uwagę. Westchnęłam.

– To był błąd psychologów. Potraktowali tę sprawę zbyt rutynowo, i przez to nie dogrzebali się pewnego szczegółu, który miał wpływ na sen chłopca.

Jest potwór, świetnie, dajemy go do zarąbania naszej wirtualnej wiedźmince. A że sen tak naprawdę miał podłoże psychologiczne, to już bez znaczenia.

– Niech pani nie myśli, że się pani wykpi, zrzucając całą winę na kolegów.

Zawrzało we mnie. Nie byłam tego rodzaju osobą, żeby budować swoją karierę na trupach innych. Posądzenie mnie o to było jak cios. Wcale nie zamierzałam być skarżypytą jak jakiś uczniak. Po prostu nie miałam zamiaru zostać męczenniczką za błędy innych.

– I jeszcze jedno – Coughell zajrzał do akt, co było kolejnym trickiem psychologicznym; byłam pewna, że szef doskonale pamięta kolejny zarzut. Chce w ten sposób okazać mi lekceważenie, udając, że moja sprawa tak mało dla niego znaczy, że nie zadał sobie trudu, żeby zapamiętać szczegóły. – Pan Kurtiz twierdzi, że go pani obraziła.

– Ja obraziłam?! Jego??? – To już totalny wymysł. Chyba we śnie, chciałam dodać, ale wolałam nie przeginać.

– Poczyniła pani obraźliwą uwagę na temat jego sprawności seksualnej.

– Cóż, jeżeli mówienie prawdy to obraza… Poza tym, nie mówiłam wcale nic o jego sprawności seksualnej – na jej temat, na szczęście, nie mogę się wypowiadać – mówiłam jedynie o OBAWIE przed jej utratą… Co jest dość naturalną koleją rzeczy u mężczyzn w jego wieku…

– Wystarczy! – Coughell wyraźnie się wkurzył, aż się zrobił czerwony na twarzy… Ups. Chyba się trochę zagalopowałam z ta ostatnią uwagą. Zwłaszcza że szef był może z pięć lat młodszy niż Kurtiz…

Przez chwilę mierzyliśmy się wrogo wzrokiem. Wreszcie mój przełożony zdecydował się skończyć tę szopkę.

– Podsumowując, udzielam pani oficjalnej nagany. Nie zwolnię pani… – zawiesił znacząco głos, żeby dać do zrozumienia, iż brał to pod uwagę – gdyż mam w pamięci pani liczne sukcesy w przeszłości. Jednak jeśli nie poprawi pani swojego zachowania, nie będę już taki pobłażliwy. Do widzenia.

Poczułam się bezceremonialnie odprawiona – co niewątpliwie było celem Coughella. Wstałam powoli, walcząc, by gotujące się we mnie emocje nie wypłynęły na moją twarz. Chyba przegrałam tę bitwę, bo szef uśmiechnął się szeroko, w oczach mając błysk triumfu.

– A, pani Cribs? – Jego głos dogonił mnie, gdy byłam już w drzwiach, czując już nęcący zapach wolności… Odwróciłam się niechętnie. – O premii może pani oczywiście zapomnieć.

Wyszłam, zanim mój niewyparzony język powiedziałby to, co nasunęło mi się na myśl. Nie odmówiłam sobie jednak głośnego trzaśnięcia drzwiami. Dziecinne, wiem, ale jakie satysfakcjonujące.

Świetnie. Cudownie po prostu. Po obcięciu premii moja pensja była upokarzająco niska, jak na harowanie ciężko osiem godzin na nocnej zmianie. Z tego, co mówił Coughell o nastrojach naszego bogacza, o dodatkowych pięciu kawałkach tez mogłam zapomnieć. Chyba będę musiała przerzucić się na zupki chińskie.

 

Z wściekłością zapuściłam silnik swojej ukochanej yamahy, traktując ją o wiele brutalniej, niż wierna maszyna na to zasłużyła. Źle wykonuję swoje obowiązki, też coś! Człowiek stara się, jak może, ryzykuje własnym życiem (no dobra, życiem to nie, ale utratą zmysłów, bo temu właśnie równa się śmierć w czyimś śnie) a tu mu mówią, że nie są zadowoleni z jego pracy. Udzielił mi UPOMNIENIA, bufon jeden. I to jeszcze powiedział to takim tonem, jakby mi robił wielką łaskę, że to TYLKO upomnienie. Cholera, byłam uważana za najlepszego łowcę potworów w całej społeczności współśniących, a tu upomnienie w aktach…

I jak on mnie potraktował! „Jeśli nie poprawi pani swojego zachowania, nie będę już taki pobłażliwy” – jak do dziecka, stojącego w kącie! Jak dyrektor do uczniaka!

Gniew paraliżował moje ciało. Zaciskałam zęby tak mocno, że jak bym dodała jeszcze z pół niutona, to by się połamały. Byłam cała napięta, niczym wielki kot, szykujący się do skoku. Tyle że ja utrzymywałam ten stan przez długie minuty, co było nienaturalne aż do bólu mięśni. Moje ramiona były twarde i sztywne jak wieszak, palce zbielały od miażdżenia kierownicy motoru, wyraźnie odcinając się od czarnych rękawiczek bez palców.

Muszę się wziąć w garść, bo inaczej zaraz się pokruszę od nadmiaru sztywności. Odpadnie mi ramię albo coś.

Bezwiednie przyspieszałam. Wiatr, trzaskający mnie w twarz, wywiewał gniewne myśli. Szybciej, jeszcze szybciej, zatracić się w szybkości, nie myśleć o tym wrednym bubku, który na nieszczęście był moim szefem. Miałam nadzieję, że jak jeszcze przyspieszę, zostawię moje troski za sobą. Prawie frunęłam na motorze, na skrzydłach gniewu… Dla postronnych obserwatorów musiałam wyglądać jak jakiś upiór, cała w czerni i blada z wściekłości, pędząca na wielkiej yamasze z nieziemską szybkością.

Drogi o tej porze były puste, yamaha przecinała je rozmytą smugą. Mdłe, żółte światło ulicznych latarni zlało się w jedno tło. Jeśli byli jacyś piesi, pochowali się ze strachu, widząc nadciągający z prędkością dźwięku motor.

Płynęłam w powietrzu, wreszcie wolna, we krwi rozpływała się słodka adrenalina…

Nagle drogę przesłonił mi tir, denerwująco wolno wpełzający na skrzyżowanie. Przyhamowałam, i wtedy okazało się, że jadę z prędkością bliską dwustu kilometrów na godzinę. O, kurczaczek, trochę mnie poniosło. Za nic nie dam rady się zatrzymać, ani nawet zwolnić na tyle, żeby tir zdążył opuścić skrzyżowanie. Nadjeżdżał z lewej strony, długa, ciężka maszyna, oprócz naczepy miał jeszcze przyczepę, ślimak bez skorupki. Już zastawiał całą drogę, a ja byłam zaledwie kilkaset metrów od niego. Nie ma miejsca, żeby go minąć, nie ma czasu, żeby wyhamować. A mimo, że wydawało mi się, że lecę, nie mogłam przefrunąć nad nim.

Przycisnęłam manetkę hamulca mocniej, ale rozochocone koła nie chciały mnie słuchać, motocykl wciąż poruszał się szybko jak błyskawica, w ślizgu zaczęło obracać mnie na bok… Oczami rozszerzonymi ze strachu ujrzałam wylot jakiejś ciemnej, wąskiej uliczki, pewnie osiedlowej, pięćdziesiąt metrów przed skrzyżowaniem. Moja ostatnia szansa. Puściłam hamulec, i motor właściwie sam wyskoczył w tamtą stronę. Miałam farta, gdyby nie ten poślizg, który ustawił mnie frontem do uliczki, nie dałabym rady skręcić przy tej prędkości. Mimo moich rozpaczliwych prób hamowania, wciąż miałam na liczniku dobre osiemdziesiąt kilometrów na godzinę. Wjechałam na przeciwny pas, prawie zahaczyłam o chodnik, ale jakimś cudem udało mi się zmieścić między budynkami.

O, cholera. Kto tu postawił ten mur?

Moją ostatnią myślą było, że zderzenie z tirem byłoby jednak przyjemniejsze niż wjechanie w ścianę cegieł.

 

Migające światła kogutów rozświetlały zaułek na niebiesko, nadając mu magicznego wyglądu. Ale to był tylko pozór. W magicznych światach ludzie nie umierają rozplaszczeni o ceglany mur.

Pielęgniarz z załogi ambulansu numer siedem sądził, że to będzie jeden z najbardziej ponurych dni w jego pracy, kiedy z grobową miną podchodził do rozciągniętego na asfalcie ciała. Obok leżał wrak motocykla, przypominający zgniecioną puszkę pepsi w powiększonej skali.

Ubrana w czarny motocyklowy strój kobieta wyglądała jak marionetka, której ktoś nagle odciął sznurki. Leżała w pozycji, której nie mógł przybrać żaden żywy człowiek, jej głowa była pokryta jednolitą warstwą krwi. Kukiełka Czerwonego Kapturka, przemknęła przez głowę pielęgniarza niedorzeczna myśl.

A jednak, gdy pochylił się nad nią, by według formalnej procedury zbadać puls (każdy głupi wiedział, że nie było po co, ale procedura to procedura), poczuł pod palcami delikatne trzepotanie. Mężczyzna wydał okrzyk zdumienia.

– Szybko! – wrzasnął do swoich kolegów. – Nosze! Zabieramy ją na oddział!

 

Światło.

Oślepiało oczy. Wypełniało umysł.

Przez chwilę widziałam tylko biało-złoty, niemożliwie jasny blask. Dopiero potem wyłoniły się zza niego, jakby ktoś odsunął świetlistą kurtynę, zarysy wzgórz i błękit nieba.

Byłam na łące, ogromniastej połaci zieleni rozciągającej się niczym ocean. Za mną i przede mną, a także po bokach, widać było nie za wielkie wzgórza – wszystkie soczystozielone, idealnie obłe, o tak równym kształcie, że inne wzgórza mogą im tylko zazdrościć. Ja stałam w najniższym punkcie doliny. Trawa, tak bujna z oddali, nie sięgała mi nawet kostek. Zupełnie jakby ktoś wyłożył dno doliny puszystym, zielonym dywanem.

Wszędzie wokół – zieleń. Nieskazitelna zieleń, jednolita pokrywa trawy. Ani jednego drzewka, krzaczka, nawet kwiatka. Takie miejsce nie mogło istnieć nigdzie na świecie.

To sen, zrozumiałam.

Z przyzwyczajenia omiotłam wzrokiem swoją postać, chcąc określić, jaką formę przybrał mój „awatar” – tak jak to zawsze robię podczas pracy, żeby ocenić swoje zdolności bojowe. Tym razem o żadnych zdolnościach bojowych nie mogło być mowy.

Miałam na sobie białą, luźną, cienką sukienkę, ściągniętą lekko w pasie, prostą u góry, a u dołu bombkowatą. Miałam kiedyś taką sukienkę. W wieku siedmiu lat bodajże.

Wyciągnęłam przed siebie ręce – drobne dłonie, krótkie dziecięce paluszki. Pulchne dziecięce nóżki były obute w kremowe sandałki.

Słabo. Zdecydowanie wolałam bardziej waleczne awatary. Samurajska wojowniczka czy zakuty w blachę robokop, to było okej. Człowiek czuł się wtedy kimś. Silny, niezwyciężony, pewny siebie. A tu moja własna wyobraźnia robi mi taki numer. W takiej postaci byłam kompletnie bezbronna. Nie miałam nawet ostrych paznokci, żeby kogoś podrapać.

Może niepotrzebnie się martwiłam – co niby mogło mnie zaatakować na sterylnej – poza jadowicie zieloną, zmutowaną trawą – łące, gdzie nie było nawet motyli?

Cóż, coś tam pewnie mogło. Sny nie kierowały się logiką. W dupie miały ewolucję i łańcuchy pokarmowe.

Stwierdziłam, że dalsze sterczenie tutaj nie ma sensu. Skoro już znalazłam się w tej nieprzyjaznej krainie, to chociaż pozwiedzam.

Ruszyłam w stronę pagórka na wprost. Mogłam wybrać każdy kierunek, wszystkie wzgórza wyglądały bliźniaczo. A skoro już byłam ustawiona w tamtą stronę… W takich sytuacjach człowiek zazwyczaj po prostu idzie przed siebie. Nie zamierzałam wyłamywać się od tych reguł.

Przeszłam na szczyt wzgórza, nie spotykając po drodze absolutnie nic godnego uwagi. Tylko ta zieleń dookoła. Coś czułam, że po przebudzeniu znienawidzę kolor zielony. Wyrzucę na śmieci wszystkie zielone ubrania i bibeloty, skreślę ze swojego menu sałatę i zielone frugo.

Myśl o przebudzeniu przypomniała mi o realnym świecie. Wróciły ostatnie wspomnienia. Światła tira na tle nocnej ulicy, pisk hamulców i zbliżająca się w zastraszającym tempie ceglana ściana…

To nie mógł być zwykły sen. Czy umarłam? Nie, raczej nie. Ten niby idylliczny, a jednak wcale nie sielankowy, krajobraz nie pasował totalnie do mojego wyobrażenia zaświatów. Do jakiegokolwiek wyobrażenia zaświatów. Zresztą, czemu miałabym się w nich zjawić jako mała dziewczynka…? Nie, to nie trzymało się kupy. Na pewno śpię. Chyba po tylu latach praktyki umiem rozpoznać sen.

W takim razie zapewne leżę nieprzytomna po wypadku. Zaraz zapewne zajmą się mną lekarze i się obudzę. A póki co, mogę nacieszyć się (albo i nie) krajobrazami.

Z tej pozycji rozpościerał się widok na kolejną dolinkę, identyczną z tą, którą przed chwilą opuściłam. A może zresztą to była ta sama dolinka, cholera ją wie. Pewnie mogłabym tak łazić do usranej śmierci, wzgórze, dolinka, wzgórze, dolinka, i tak do wyrzygu… gdyby ktoś zainstalował tutaj kolejkę górską, pewnie robiłaby furorę. Nie trzeba by budować tych wszystkich podpór, rzeczywistość oniryczna zapewniała regularne spadki i wzniesienia w naturze.

Dla porządku weszłam jeszcze na drugie wzgórze, tym razem to po prawej, tak dla odmiany. Znów identyczna dolinka – cztery pagórki zrobione za pomocą metody kopiuj-wklej, pokryte dywanem trawy bez śladu innego życia.

Nie musiałam być psychologiem ani zaglądać do senników, żeby domyślić się, co to znaczy. Nie przyznaję się do tego nikomu – a nawet próbuję zagłuszać wszystkie myśli na ten temat przed samą sobą – ale tym, co napawa mnie największym przerażeniem, jest uwięzienie w czyimś śnie. Strasznie nie chciałabym skończyć jak mój kumpel Ben – śliniące się warzywko z umysłem doszczętnie zdruzgotanym podczas śmierci we śnie. Kto wie, może jego świadomość błąka się po tysiącach rzeczywistości onirycznych. Albo może rozsypała się w drzazgi podczas zerwania połączenia.

To była zmora wśród wszystkich współśniących, największe ryzyko związane z tą pracą. No, można było jeszcze postradać zmysły, jak się zobaczyło coś naprawdę strasznego, ale tacy wrażliwi ludzie nie powinni w ogóle brać się do tej roboty. Natomiast przed „mentalną śmiercią”, jak to nazywaliśmy, żadna odporność psychiczna nie dawała ochrony.

Symetryczny świat, w którym gdziekolwiek by się człowiek nie skierował, dochodził do tego samego miejsca, z którego wyruszył, był oczywiście metaforą uwięzienia. Specjalnie tak jałowy i nudny, jak tylko można sobie wyobrazić, żebym odczuła udrękę i chęć ucieczki stąd już po kilku minutach, i żeby doprowadził mnie swoją monotonnością do utraty zmysłów.

Pięknie, nie ma co. Oto mój największy lęk właśnie się spełnia, choć tylko we śnie. A ja nie mogę samej siebie wyciągnąć z tego snu. Zresztą, co bym niby zrobiła, gdybym mogła wejść w ten swój sen jako współśniąca? Porąbała pagórki mieczem? Skosiła trawę?

 

Błąkałam się bez celu po zielonej połaci, żeby jakoś zabić czas. No bo co innego można tutaj robić?! Nie dało się nawet położyć w trawie i bezmyślnie śledzić chmury, bo na nieskazitelnie niebieskim niebie nie było ani pół chmurki. Jakbym miała nad głowa ogromną kartkę błękitnego brystolu.

Nagle zapadł zmrok. Słońce nie zmieniło powoli swojej pozycji na nieboskłonie, by schować się za horyzontem, nie było żadnych cieni powoli wpełzających coraz dalej. Słońce po prostu znikło, jakby ktoś zrobił pstryk! i zgasił je jakimś boskim przełącznikiem. W jednej chwili otoczyły mnie ciemności.

Trawa również wyparowała, jak gdyby źdźbła pochowały się w otwory w ziemi, gdy tylko zniknął blask słoneczny. Łagodne pagórki zmieniły się w ostre, poszarpane skały. Naszło mnie nieodparte skojarzenie z ludzką czaszką, odartą z mięśni i skóry – tak łagodną i foremną gdy jest obleczona w ciało, kanciastą i makabryczną, kiedy jest naga. Wzdrygnęłam się na tę myśl, bo przez to góry nabrały w moim wyobrażeniu jakiegoś nienaturalnego życia. Czułam się, jakbym nie była sama, obserwowana przez jakiś nadludzki, bezcielesny byt… Pagórki jakby też urosły, wznosiły się wysoko ponad linię mojego wzroku, strzeliste na tle nocnego nieba bez jednej nawet gwiazdy.

Nastrój sielskości prysł, sen przejęła we władanie atmosfera grozy.

Usłyszałam upiorny skowyt wilka. Gdzieś w mroku błysnęły czerwone ślepia.

Z drugiej strony, dwie pary żółtych.

Nie może być tu drapieżników, tak? Bo nie miałyby czym się żywić? Jasne… Jestem pewna, że na ich dietę składają się wyłącznie małe, śniące dziewczynki.

Stałam na środku czegoś, co niegdyś było polaną, struchlała ze strachu, otoczona przez kryjące się w mroku drapieżniki. Strach odebrał mi zdolność ruchu.

Dobra, zjedzcie mnie, pomyślałam. Przynajmniej nie będę musiała patrzeć na te zielone wzgórza, każde kubek w kubek wyglądające jak poprzednie.

Gdzieś za mną zagrzechotały skały, zazgrzytały pazury trące o kamień.

Nie wytrzymałam i rzuciłam się do ucieczki. Gnana paniką, miałam wrażenie, że nie tylko moje ciało przyjęło dziewczęce kształty, ale też umysł częściowo cofnął się do tamtych lat. Właśnie tym teraz byłam – przerażoną, małą dziewczynką, umykającą przed groźnym potworem. I nie miało znaczenia, że wcześniej obroniłam setki takich dziewczynek, wdzierając się do ich snów i siekąc maszkary na krwawą miazgę. Teraz mogłam tylko uciekać, bojąc się obejrzeć przez ramię, żeby nie zobaczyć bestii tuż za plecami.

Kilka razy się potknęłam, raz upadłam, boleśnie zdzierając kolana o szorstką jak tarka skałę. Zaraz jednak podniosłam się, przerażona, że potwór wykorzysta tę chwilę słabości i zaraz poczuję jego ciężar na plecach.

Wspięłam się na grań wzgórza, luźne kamienie usypywały mi się spod nóg. Wciąż słyszałam za sobą biegnącego napastnika, skrob-skrob – pazury uderzające o skałę. Nie mogłam się odwrócić, żeby nie zgubić kroku i nie spaść w otchłań, a to, że napastnik był tajemnicą, czyniło go tylko jeszcze bardziej strasznym.

Dopadłam jakiejś jaskini i zanurkowałam w nią, wpełzłam na czworakach, nie zważając na skałę, kaleczącą dłonie oraz i tak już obolałe kolana. Skuliłam się w najciemniejszym kącie, plecami przytulona do nierównej ściany jaskini.

Przez otwór zajrzały błyszczące w mroku oczy. Jedne, a potem drugie, i trzecie, i już cała masa drapieżników wściubiała nosy do mojej kryjówki.

Och, gdybym tylko miała swój samurajski miecz. Albo rewolwer, albo chociaż łuk, jakąkolwiek cholerną broń, żeby tylko nie czuć się taką bezbronną i słabą!

Kurde, Sam – skarciłam się w myślach. – Przecież to twój sen. Ty go śnisz. Zrób z siebie wojowniczkę, do cholery jasnej! No, już: błyskawiczny proces dorastania, materializacja broni, co to jest dla nieograniczonych możliwości rzeczywistości onirycznej!

Nic. Wciąż byłam małą dziewczynką w podartej białej sukience.

A potwory zbierały się wokół jaskini, jak padlinożercy, którzy poczuli świeżą ofiarę, wsuwały głowy w otwór, dziesiątki, może setki, chyba wszystkie, jakie kiedykolwiek zabiłam podczas pracy w IZS. Zemścimy się, mówiły ich żarzące się oczy.

Ale żaden nie wszedł do jaskini. Jakby jej próg był magiczną granicą, której nie są w stanie przekroczyć. Moje myślowe sanktuarium. Mogły jednak wychylać się ponad linią, wyciągały szyje, by ich głowy znalazły się jak najbliżej mnie, i skwapliwie korzystały z tego przywileju. Ich nosy, błądzące ledwie kilka centymetrów ode mnie, węszyły zachłannie.

Chyba zasnęłam. Czy we śnie można spać?

W każdym razie, kiedy się ocknęłam, dookoła znów było pełno zieleni, na niebie, dokładnie prostopadle nad doliną, świeciło słońce, a ja leżałam na łagodnym, trawiastym stoku pagórka.

Ani śladu potworów.

Podniosłam się z ziemi i przeciągnęłam. Noc spędzona w niewygodnej pozycji sprawiła, że byłam cała obolała.

Na myśl o kolejnej wędrówce przez niezmienny krajobraz chciało mi się krzyczeć. Ale co innego mogłam robić? Ruszyłam przed siebie, dolinka-wzgórze-dolinka-wzgórze-DOLINKAWZGÓRZEDOLINKAWZGÓRZE…

Ciekawe, jak długo to potrwa.

 

Gdzieś w innej rzeczywistości, gdzie dominującym kolorem był nie zielony, lecz biały, na metalowym łóżku, przykryta białą, a jakże, kołdrą, leżała blada kobieta, z głowią owiniętą potężnym zwojem bandaży, tak że zasłaniały one pół twarzy. Nad jej łóżkiem stało dwóch mężczyzn, jeden w białym kitlu, drugi w dżinsach i czarnej koszulce, która pośród tej wszechobecnej bieli odcinała się niczym relikt z innego świata.

– Udało nam się zatamować wszystkie krwotoki wewnętrzne, pozszywaliśmy też najgorsze rany i złożyliśmy złamania. Najbardziej ucierpiała głowa, jej czaszka była jak puzzle z tysiąca kawałków. Na szczęście mózg nie został trwale uszkodzony. Dobrze, że miała kask, inaczej by tego nie przeżyła. – Mówił ten w białym kitlu. – Fizycznie powinna z tego wyjść. Niestety, wciąż nie odzyskała przytomności. Jest w śpiączce.

– Jak długo może to potrwać? – zapytał Mack Walker, troskliwie przyglądając się swojej współpracowniczce.

– Naprawdę trudno powiedzieć. Być może wybudzi się już za kilka dni, ale może też pozostawać w śpiączce przez wiele miesięcy. Każdy organizm jest inny. Trzeba czekać. Medycyna już nic tu nie może zdziałać.

Gałki oczne poruszyły się pod powiekami na wymizerowanej twarzy.

– Śni jej się coś – Mack uśmiechnął się smutno, chwytając dłoń Sam. – Mam nadzieję, że to coś miłego. Że jest w jakimś przyjemnym świecie, gdzie świeci słońce i nie ma żadnych zmartwień. Gdzieś, gdzie jest dużo zieleni.

 

Koniec

Komentarze

Pazur, byłoby dobrze, gdybyś zechciała podać nazwisko autora/ autorki zamieszczonej ilustracji.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo fajny pomysł, spodobał mi się.

Początek intrygujący, potem, po kolejnej podobnej przygodzie, opowiadanie zaczęło mnie nużyć, ale wtedy okazało się, że te obrazki układają się w jakąś większą historię.

Trochę gorzej z wykonaniem – jeszcze paru rzeczy powinnaś się nauczyć. Na przykład raczej yamaha niż Jamaha. Jeśli do zdania wtrącamy jakąś krótką wypowiedź w nawiasie, to nie zaczynamy jej dużą literą i nie zamykamy kropką.

Trapt czy trapped?

W końcu faza REM trwa tylko 15 do 45 minut.

Liczby w beletrystyce raczej zapisujemy słownie.

Strzyga nie mogła zignorować takiego afektu wobec swojej urody.

Na pewno afektu?

Babska logika rządzi!

Przyznam szczerze, że na początku główna bohaterka wydała mi się irytująca. Miałam wrażenie, że nie posiada żadnych wad, a jej sposób wypowiedzi był dość infantylny. 

Na szczęście, im głębiej zapuszczałam się w tekst, tym bardziej doceniałam Samanthę. 

Sam pomysł na pewno jest ciekawy i mam nadzieję, że inne opowiadania o wiedźmince snów są równie przyjemne w odbiorze.  Chciałbym jednak dowiedzieć się o bohaterce czegoś więcej, chociaż spodziewam się, że takie informacje pojawią się w kolejnych tekstach. :)

 

Czołem, pojawiam się zgodnie z zapowiedzią.

Ja też początkowo odniosłam wrażenie, że bohaterka niekoniecznie przekona mnie do siebie, z podobnych powodów co Rossa. Z reguły zresztą nie przepadam za narracją pierwszoosobową. Powiem jednak, że szybko zmieniłam zdanie. Nie umiem jeszcze ocenić Samanthy samej w sobie, ale jestem raczej na tak, gdy już przyzwyczaiłam się do charakteru jej wypowiedzi. Co więcej, z całą pewnością jestem ciekawa tej postaci i widzę tutaj mnóstwo przestrzeni do rozwinięcia bohaterki. Bardzo chętnie lepiej bym ją poznała, dowiedziała się więcej o jej prywatnym życiu, tego mi tutaj zabrakło.

Traktowany jako opowiadanie samodzielne tekst budziłby we mnie niedosyt ze względu na zakończenie, ale jako że wiem, że to część cyklu, to mogę tylko poprosić o więcej. Ogólne wrażenia mam jak najbardziej pozytywne, to znaczy opowiadanie wciąga i jest dosyć dobre warsztatowo, choć w pewnych miejscach coś bym zmieniła lub ujęła inaczej. Niemniej jednak w wielu momentach byłam pod wrażeniem udanych opisów, które naprawdę dobrze się czyta. Fajnie przedstawiasz walki.

Mi też bardzo podoba się sam pomysł, jest ciekawy i można go fantastycznie rozwinąć. Jeśli chodzi o uwagi, to w tekście brakuje mi pewnego wyważenia, to znaczy – w zasadzie cały czas mamy do czynienia ze schematem “walczę w śnie” – “wracam z pracy” – “znów walczę w śnie”, co po pewnym czasie może robić się nieco nużące, mimo że poszczególne fragmenty są interesujące i zręcznie napisane. Myślę, że gdyby w międzyczasie pojawiły się jakieś wstawki dotyczące samej Samanthy lub jej relacji z innymi bohaterami, opowiadaniu wyszłoby to na plus.

Podsumowanie jednak jest takie, że naprawdę mi się podobało i z miłą chęcią przeczytam więcej.

Jej, dziękuję bardzo za te wszystkie komentarze i poprawki.

Co do bohaterki, sposób jej kreacji i język jakiego używa jest zamierzony (a przynajmniej częściowo…) – ma pokazać jej brak troski i lekceważenie niebezpieczeństw. Wydaje się bez wad, ale to narracja pierwszoosobowa – ona przedstawia się jako taka, bo uważa się za niepokonaną wojowniczkę i najlepszą w swojej pracy. Ma więc wady – pychę i zbytnią pewność siebie. Może jednak faktycznie jest trochę zbyt infantylna jak na dorosłą kobietę, pisałam to opowiadanie w jeszcze w liceum i teraz widzę, że to trochę się przebija ;)

Trochę o życiu prywatnym Samanthy jest rzeczywiście w kolejnych częściach. Rozważę Twoją sugestię, Raixly, żeby dopisać też coś tutaj, chociaż nigdy nie byłam dobra w takich rzeczach; obyczajowe  wątki w książkach zawsze mnie nużyły. Jednak bez tego rzeczywiście bohaterka może wydawać się zbyt jednowymiarowa.

Czytałam bez większej przykrości, ale i przyjemności zbytniej nie zaznałam. Opowiadanie, mimo że akcja żwawo się toczy, zdało mi się dość monotonne, albowiem ciągle musiałam czytać o tym samym – o dokonaniach zawodowych bohaterki. A te, choć dotyczyły snów różnych osób, niespecjalnie się od siebie różniły, przy czym finałem była zawsze walka z sennym koszmarem.

Rozumiem, że dla Samanthy praca jest niezmiernie ważna, ale brakło mi choćby niewielkiej wzmianki o tym co się dzieje z dziewczyną po powrocie do domu. Co robi, kiedy już wstanie, a jeszcze nie musi iść do Instytutu.

Cała historia, w obecnym kształcie, wydaje mi się niepełna, a zakończenie mało satysfakcjonujące, bo nie wyjaśnia niczego. W sumie Alptraum bardziej wygląda jak fragment, a nie skończone opowiadanie.

Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.

 

świa­tło rzu­ca­ło ak­sa­mit­nie czar­ne, nie­rów­ne cie­nie… –> Światło nie rzuca cienia, cień rzucają oświetlone przedmioty, osoby.

 

zo­ba­czy­łam prze­lot­nie w oknie ja­kiejś wi­try­ny… –> Masło maślane.

Za SJP: witryna 1. «okno sklepowe, w którym wystawia się różne towary»

Proponuję: …zo­ba­czy­łam prze­lot­nie w szybie/ szkle ja­kiejś wi­try­ny

 

spe­cjal­nie jakby chciał mi sie­bie za­de­mon­stro­wać, pa­trząc mi pro­sto w oczy. –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

żeby mach­nąć ka­ta­ną. Ba, nawet żeby po­my­śleć o mach­nię­ciu ka­ta­ną. –> Czy to celowe powtórzenie?

 

Zę­bi­ska w szyb­kim kłap­nię­ciu za­ci­snę­ły się na mojej szyi, go­to­we roz­szar­pać moje gar­dło… –> Czy oba zaimki są konieczne?

 

za­skom­lił Doug. – przej­ście mię­dzy sta­na­mi tro­chę trwa… –> …za­skom­lił Doug. – Przej­ście mię­dzy sta­na­mi tro­chę trwa

Postawiwszy kropkę, nowe zdanie rozpoczynamy wielką literą.

Nie zawsze poprawnie zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

Takie zmia­ny rze­czy­wi­sto­ści oni­rycz­nej, zwią­za­ne z per­spek­ty­wą, to ry­zy­ko zwią­za­ne z na­pra­wia­niem snów dzie­ci. –> Powtórzenie.

 

Po­ki­wa­łam głową. Taaa…. –> Po wielokropku nie stawia się kropki!

 

O ni­czym nie my­śla­łam, po­zwo­li­łam swo­je­mu oczy­ścić się, wy­ma­zać stres, który był nie­od­łącz­nym ele­men­tem mojej pracy. –> Kim/ czym jest ów swój?

 

W końcu wsko­czy­łam na swoją czar­ną Ja­ma­hę i po­mknę­łam w noc, płaszcz ło­po­czą­cy za mną jak pe­le­ry­na. –> W końcu wsko­czy­łam na swoją czar­ną ya­ma­hę

Nazwy pojazdów zapisujemy małą literą. Ten błąd pojawia się jeszcze kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

Co to znaczy, że pomknęła w noc, płaszcz ło­po­czą­cy za nią jak pe­le­ry­na?

 

klient chce się umó­wić ze mną na kawę o 11.30. –> …klient chce się umó­wić ze mną na kawę o jedenastej trzydzieści.

Liczebniki zapisujemy słownie. Ten błąd pojawia się w opowiadaniu wielokrotnie.

 

Zna­jo­ma po­stać wo­jow­nicz­ki ninja pa­trzy­ła na mnie z okien wi­try­ny skle­po­wej. –> …szyby wi­try­ny skle­po­wej.

 

ledwo dawał rade po­su­wać się na­przód… –> Literówka.

 

Impet wy­sko­ku wy­ko­rzy­sta­łam. Żeby wbić czu­bek ka­ta­ny w brzuch po­two­ra. –> Raczej: Impet wy­sko­ku wy­ko­rzy­sta­łam, żeby wbić czu­bek ka­ta­ny w brzuch po­two­ra.

 

chłod­nym tonem ucię­łam jej wrza­skli­wą li­ta­nię. –> Wydaje mi się, że wrzaskliwa była kobieta, nie litania.

Może: …chłodnym tonem ucięłam jej wywrzaskiwaną litanię.

 

ko­man­dos rambo po­łą­czo­ny ze śre­dnio­wiecz­nym ry­ce­rzem. –> …ko­man­dos Rambo, po­łą­czo­ny ze śre­dnio­wiecz­nym ry­ce­rzem.

 

Do mo­je­go pasa przy­tro­czo­ne było kilka ro­dza­jów broni… –> Do mo­je­go pasa przy­tro­czo­nych było kilka ro­dza­jów broni

 

Ostat­nie kroki zro­bił z takim wy­sił­kiem, jakby jego buty zro­bio­ne były z be­to­nu. –> Powtórzenie.

 

Na czub­ku tu­ło­wia znaj­do­wa­ła się mała, łysa, po­marsz­czo­na głowa. –> Czy tułów na pewno ma czubek?

 

– Ian… chodź tu, Ian.. –> W drugim wielokropku brakuje jednej kropki. Wielokropek ma zawsze trzy kropki!

 

jego twarz ni­czym nie­za­pi­sa­na karta pa­pie­ru, biała i wy­ra­ża­ją­ca pust­kę. –> Pewnie miało być: …jego twarz, ni­czym nie­za­pi­sa­na karta pa­pie­ru, była biała i wy­ra­ża­ła pust­kę.

 

Nie dziad­ku, nie chcę, nie chcę.. –> Okaleczony wielokropek.

 

– Mo­żesz znisz­czyć mnie w moim śnie… –> Raczej: – Mo­żesz znisz­czyć mnie w swoim śnie

 

– A był, był.. I to jesz­cze jaki… –> Znów okaleczony wielokropek.

 

„To nie tu jest twoje miej­sce, wra­caj do świa­ta umar­łych czy cuś… –> Cudzysłów nie został zamknięty.

 

nie­wy­raź­nych stwo­rach o zgrub­sza hu­ma­no­idal­nych kształ­tach. –> …nie­wy­raź­nych stwo­rach o z grub­sza hu­ma­no­idal­nych kształ­tach.

 

– O, to jest cie­ka­we – mruk­nę­łam w stro­nę Macka… –> Można powiedzieć coś/ mruknąć do kogoś, ale czy można w czyjąś stronę?

 

jego sadło prze­le­wa­ło się przez kra­wę­dzie mebla, co sta­no­wi­ło dość pa­skud­ny widok. Jego twarz była okrą­gła jak księ­życ w pełni, a wargi tak mię­si­ste, że jego usta wy­da­wa­ły się szpa­rą, roz­cię­tą w żywym ciele. Do tego ob­fi­cie się pocił, kro­pel­ki potu spły­wa­ły po jego czole… –> Nadmiar zaimków. Miejscami nadużywasz zaimków.

 

– Ona pana ata­ku­je, a pan nie może się ru­szyć? – kon­ty­nu­owa­łam in­wi­gi­la­cję… –> Samantha nie inwigiluje klienta, ona z nim rozmawia.

Za SJP: inwigilacja «tajna obserwacja kogoś lub tajny nadzór nad kimś»

 

w końcu byłam zwy­kłą rę­ba­ką, a nie le­ka­rzem dusz… –> Raczej: …w końcu byłam zwy­kłym rę­bajłą, a nie le­ka­rzem dusz

 

Pierw­szym, co ude­rzy­ło mnie po wkro­cze­niu do oni­rycz­nej rze­czy­wi­sto­ści… –> Pierw­sze, co ude­rzy­ło mnie po wkro­cze­niu do oni­rycz­nej rze­czy­wi­sto­ści

 

byłam ubra­na w STRIN­GI. –> Dlaczego wielkie litery? Czy to były majtki w ogromnym rozmiarze?

 

ko­zacz­ki z czar­nej, lśnią­cej skóry na wy­so­kich ob­ca­sach. –> Czy dobrze rozumiem, że czarna i lśniąca skóra miała wysokie obcasy?

 

seria: dzi­kie ama­zon­ki. –> …seria: dzi­kie Ama­zon­ki.

 

Skórę miała gład­ką i ala­ba­stro­wo białą. –> Skórę miała gład­ką i ala­ba­stro­wobiałą.

 

Strzy­ga nie mogła zi­gno­ro­wać ta­kie­go afek­tu wobec swo­jej urody. –> Pewnie miało być: Strzy­ga nie mogła zi­gno­ro­wać ta­kie­go despektu wobec swo­jej urody. Lub: Strzy­ga nie mogła zi­gno­ro­wać ta­kie­go defektu swo­jej urody.

Za SJP: afekt 1. «stan silnego wzburzenia» 2. daw. «uczucie sympatii, miłości»

 

Wbi­łam prze­ciw­nicz­ce ko­la­no w pod­brzu­sze i zrzu­ci­łam z sie­bie. Zanim zdą­ży­ła się po­zbie­rać, sko­czy­łam na nią, przy­gnia­ta­jąc do ziemi całym cię­ża­rem swo­je­go ciała. Chwy­ci­łam za dłu­gie, je­dwa­bi­ste włosy i wal­nę­łam jej głową o pod­ło­gę. –> Kolejny przykład nadmiaru zaimków.

 

więc zdo­ła­łam utrzy­mać sznu­rek. […] Za­czę­łam prze­su­wać rze­mień po szyi ofia­ry… –> Sznurek i rzemień to nie to samo.

 

Twarz mia­łam po­kry­tą krwią od wy­so­ko­ści nosa do pod­bród­ka, tro­chę spły­nę­ło też na de­kolt. Ręce mia­łam ubru­dzo­ne… –> Powtórzenie.

 

Mia­łam wła­śnie wy­cho­dzić z pracy, po­twor­nie zmę­czo­na – trzy po­two­ry w jedną noc… –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Do­praw­dy, lu­dzie oglą­da­ją za dużo fil­mów typu „Mumia”, „Król Skor­pion” itd… –> Po skrócie itd. stawiamy kropkę, nie wielokropek.

 

sto­so­wać coraz wy­myśl­niej­sze se­kwen­cje uni­ków, żeby uni­kać jego ja­do­wi­te­go kolca… –> Powtórzenie.

 

bojąc się, że za chwi­lę prze­bi­ja mnie kolec skor­pio­na… –> Literówka.

 

A może to tylko moja pod­świa­do­mość ostrze­ga­ła mnie, że nie czeka mnie z jego stro­ny nic do­bre­go…? –> Nadmiar zaimków.

 

mó­wi­łam je­dy­nie o OBA­WIE przed jej utra­tą… –> Dlaczego wielkie litery?

 

gdy byłam już w drzwiach, czu­jąc już nę­cą­cy za­pach wol­no­ści… –> Powtórzenie.

 

Po ob­cię­ciu pre­mii moja pen­sja była upo­ka­rza­ją­co niska… –> Pensja to stałe uposażenie. Odebranie premii ma wpływ na wysokość wynagrodzenia, ale nie na wysokość pensji.

 

o do­dat­ko­wych pię­ciu ka­wał­kach tez mo­głam za­po­mnieć. –> Literówka.

 

Udzie­lił mi UPO­MNIE­NIA, bufon jeden. I to jesz­cze po­wie­dział to takim tonem, jakby mi robił wiel­ką łaskę, że to TYLKO upo­mnie­nie. –> Dlaczego wielkie litery?

 

Za­ci­ska­łam zęby tak mocno, że jak bym do­da­ła jesz­cze z pół new­to­na, to by się po­ła­ma­ły. –> …z pół niu­to­na, to by się po­ła­ma­ły.

 

Byłam cała na­pię­ta, ni­czym wiel­ki kot, spi­na­ją­cy się do skoku. –> Nie brzmi to najlepiej.

 

Wiatr, trza­ska­ją­cy mnie w twarz, wy­wie­wał gniew­ne myśli. –> Czy Samantha nie używała kasku z osłoną twarzy?

 

Pły­nę­łam w po­wie­trzu, wresz­cie wolna, we krwi roz­pły­wa­ła się słod­ka ad­re­na­li­na… –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

 

oka­za­ło się, że jadę z pręd­ko­ścią bli­ską 200 km/h. –> …oka­za­ło się, że jadę z pręd­ko­ścią bli­ską dwustu kilometrów na godzinę.

Liczebniki nadal zapisujemy słownie, nie używamy skrótów i symboli.

 

Nad­jeż­dżał z lewej stro­ny, długa, cięż­ka ma­szy­na, dwie przy­cze­py… –> Obawiam się, że TIR nie może jechać z dwoma przyczepami. Natomiast może mieć naczepę i przyczepę.

 

lu­dzie nie umie­ra­ją roz­plasz­cze­ni o ce­gla­sty mur. –> Wspomniałaś, że mur był z cegieł, więc raczej: …lu­dzie nie umie­ra­ją roz­płasz­cze­ni o ce­gla­ny mur.

Choć, rzecz jasna, ceglany mur mógł być ceglasty.

Za SJP: ceglasty «czerwony z pomarańczowym odcieniem»

 

ko­bie­ta wy­glą­da­ła jak ku­kieł­ka, któ­rej ktoś nagle od­ciął sznur­ki. –> Raczej: …ko­bie­ta wy­glą­da­ła jak marionetka, któ­rej ktoś nagle od­ciął sznur­ki.

Nie wszystkie kukiełki są animowane za pomocą sznurków.

 

Przez chwi­lę wi­dzia­łam tylko bia­ło­zło­ty, nie­moż­li­wie jasny blask. –> Przez chwi­lę wi­dzia­łam tylko bia­ło-­zło­ty, nie­moż­li­wie jasny blask.

 

Mia­łam na sobie białą, luźną, lekką su­kien­kę, ścią­gnię­tą lekko w pasie… –> Powtórzenie.

 

skre­ślę ze swo­je­go menu sa­ła­tę i zie­lo­ne Frugo. –> …skre­ślę ze swo­je­go menu sa­ła­tę i zie­lo­ne frugo.

Nazwy napojów zapisujemy małą literą. 

 

Do JA­KIE­GO­KOL­WIEK wy­obra­że­nia za­świa­tów. –> Dlaczego wielkie litery?

 

gdyby ktoś za­in­sta­lo­wał tutaj ko­lej­kę gór­ska… –> Literówka.

 

To była zmora wśród wszyst­kich współ­snią­cych… –> Literówka.

 

naj­więk­sze ry­zy­ko zwią­za­ne z ta pracą. –> Literówka.

 

Wzdry­gnę­łam się na myśl… –> Wzdry­gnę­łam się na myśl

 

Czu­łam się, jak bym nie była sama… –> Czu­łam się, jakbym nie była sama

 

ob­ser­wo­wa­na przez jakiś nad­ludz­ki, bez­cie­le­sny byt.. –> Znowu ni to kropka, ni wielokropek.

 

Pa­gór­ki jakby też uro­sły, wy­ra­sta­ły wy­so­ko… –> Nie brzmi to zbyt dobrze.

Może: Pagórki jakby tez urosły, wznosiły się wysoko

 

obro­ni­łam setki ta­kich dziew­czy­nek wdzie­ra­jąc się do ich snu… –> Skoro setki dziewczynek, to sen nie mógł być jeden, więc: …wdzie­ra­jąc się do ich snów

 

Teraz mo­głam tylko ucie­kać, bojąc się obej­rzeć za sie­bie, żeby nie zo­ba­czyć po­two­ra tuż za swo­imi ple­ca­mi. –> Masło maślane. Czy mogła oglądać się przed siebie.

Zbędny zaimek. Czy w opisanej sytuacji mogła zobaczyć coś za cudzymi plecami?

Wystarczy: Teraz mo­głam tylko ucie­kać, bojąc się obejrzeć, żeby nie zo­ba­czyć po­two­ra tuż za ple­ca­mi. Lub: Teraz mo­głam tylko ucie­kać, bojąc się spojrzeć za sie­bie, żeby nie zo­ba­czyć po­two­ra tuż za ple­ca­mi.

 

że po­twór wy­ko­rzy­sta chwi­lę sła­bo­ści… –> …że po­twór wy­ko­rzy­sta chwi­lę sła­bo­ści

 

Wspię­łam się na grań wzgó­rza, luźne ka­mie­nie usy­pu­ją­ce mi się spod nóg. –> Nie rozumiem zdania. Czy luźne, usypujące się kamienie były granią wzgórza?

 

skrob-skrob – pa­zu­ry kle­ko­cą­ce o skałę. –> Odgłos skrobania nie jest tożsamy z klekotaniem.

 

żeby nie zgu­bić kroku i nie spaść w prze­paść… –> Nie brzmi to najlepiej.

Może: …żeby nie zgubić kroku i nie spaść w czeluść/ otchłań

 

nie zwa­ża­jąc na skałę, ka­le­czą­cą dło­nie i i tak już obo­la­łe ko­la­na. –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Ich nosy, błą­dzą­ce le­d­wie kilka cen­ty­me­trów ode mnie, wę­szy­ły lu­bież­nie. –> Czy to znaczy, że nosy węszyły w sposób wyuzdany, sprośny, wręcz nieprzyzwoity?

 

le­ża­ła blada ko­bie­ta, gło­wie owi­nię­tej… –> Raczej: …le­ża­ła blada ko­bie­ta, z głową owi­nię­tą

 

po­zszy­wa­li­śmy też naj­gor­sze rany i zło­ży­li­śmy zła­ma­nia. Naj­go­rzej ucier­pia­ła głowa… –> Powtórzenie.

Proponuję w drugim zdaniu: Najbardziej ucierpiała głowa

 

jej czasz­ka to było jak puz­zle z ty­sią­ca ka­wał­ków. –> Piszesz o czaszce, a ta jest rodzaju żeńskiego, więc: …jej czasz­ka była jak puz­zle z ty­sią­ca ka­wał­ków.

 

– Na­praw­dę cięż­ko po­wie­dzieć. –> – Na­praw­dę trudno po­wie­dzieć.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

 Poprawiłam błędy i literówki – Regulatorzy, ogromnie dziękuję za cierpliwość, postaram się na przyszłość uważać, żeby nie robić ich aż tylu.

Dopisałam także trzy fragmenty, dotyczące życia prywatnego bohaterki, zgodnie z wcześniejszymi sugestiami Raixly i Rosy. Mam nadzieję, że to złamie też trochę monotonię opowiadania, a przynajmniej jego schematyczność. Walka z koszmarami może też zbytnio się powtarza, ale ważniejsze były dla mnie tło psychologiczne tych snów i konsekwencje dla Samanthy, sama walka miała drugorzędne znaczenie.

Jeśli chodzi o zakończenie, uważam, że nie wszystkie zakończenia muszą wszystko wyjaśniać. Mi takie, które pozostawiają niedopowiedzenia i frustrują czytelnika, bardziej zapadają w pamięć niż happy endy. Co prawda przyznaję szczerze, że pisząc to opowiadanie, nie miałam żadnego pomysłu na zakończenie, i ten powstał na zasadzie „no cholera, trzeba to wreszcie jakoś skończyć”. Jednak mam nadzieję, że nie jest kompletnie nieudany, łączy w całość wszystkie opisane sny. Sen o potworach miał być w pewnym sensie karą dla Samanthy za zbytnią pewność siebie, takim odwróceniem ról – z niepokonanej wojowniczki sama została uwięziona w przerażającym koszmarze.

Poza tym, to opowiadanie jest poniekąd fragmentem większej całości, serii kilku opowiadań, które dość mocno się ze sobą wiążą.

 

Miło mi, że mogłam pomóc i mam nadzieję, że Twoje kolejne opowiadania będą coraz lepsze. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Długie to opowiadanie, ale raczej szybkoczytające się ;o) To dobrze, bo znaczy, że akcja wartka, pomysł ciekawy. Czytałam, zastanawiając się, co będzie dalej – jednak muszę przyznać, że zaciekawienie w końcu uleciało – za dużo tych kolejnych spraw i potworów, zbyt do siebie podobne, a całość wyszła zbyt mozaikowata – w tym sensie, że zabrakło mi jakiejś osi, jakiegoś głównego questa, jakiegoś centralnego motywu i dążenia.

Ktoś powyżej wspomniał, że bohaterka irytująca. Dla mnie, niestety, również. Odebrałam ją jako dość dziecinną, nieco zapatrzoną w siebie, niby zdystansowaną, ale w taki sposób, że czuć w tym jakąś pozę. Takie “co to nie ja”. Jednocześnie odnoszę wrażenie, że ona tak naprawdę na niewielu rzeczach się zna, sama zresztą przyznaje, że jej zadaniem jest tylko wejść w sen i rąbać – i nawet tego nie musi umieć, bo rzeczywistość snu robi całą robotę. W teamie niby jest szefową, ale właściwie wydaje się być tylko pracownikiem od brudnej roboty. Jak dla mnie, trochę szkoda. Wydaje mi się, że więcej można by wycisnąć z pomysłu na wiedźminkę snów, gdyby dać jej więcej umiejętności, a może dodatkowo wyposażyć w wiedzę psychologiczną? Wydaje mi się, że jednak potwory wcale nie są najczęstszymi motywami koszmarów, a IZS zyskałby sporo klientów rozszerzając pakiet usług na sny podobne do snu biznesmana, z którymi rębaka nie w pełni sobie poradzi ;) Zgadzam się też, że nieco brakuje głębi postaci, jakichś jej wewnętrznych przeżyć, konfliktów, osobistych zmagań. 

Natknęłam się na kilka powtórzeń, ale czytałam na tablecie i trudno mi je teraz odnaleźć, w każdym razie gdzieś tam wciąż siedzą. Ogólnie czuć, że pióro masz lekkie, a humor nie jest Ci obcy – i to warto pielęgnować. Powodzenia w spisywaniu kolejnych przygód wiedźminki ;o)

Kawał dobrego opowiadania, nie zmęczyłem sie przy czytaniu, a to przecież 90k znaków. Podoba mi się ta cyniczna i bezpośrednia Sam. Wsadziłaś ją w całkiem ciekawy świat. Obrazowe sny znakomicie budują klimat i dobrze oddają idee jej pracy. Warsztat solidny, nie przycinałem się, ani nie marszczyłem brwi. Na tyle to wszystko dobre, że mógłbym nominować do piórka, ale… Właśnie, są rzeczy, które pozostawiają mnie w niedosycie.

Po pierwsze, nadmierna ilość klientów i ich snów. Czekałem, czy do czegoś to prowadzi, ale niestety nie prowadziło. Równie dobrze mogłabyś opisać dwóch więcej lub dwóch mniej i nie miałoby to wpływu na główny wątek bohaterki. Szkoda, że nie wplotłaś ich w sen Sam, mogliby gonić ją zamiast wilków. Gdyby ładnie to ubrać, mogłabyś uniknąć schematu i wszyscy poboczni bohaterowie mieliby jakieś głębsze uzasadnienie.

Po drugie, nie poznajemy Sam od strony charakteru. Tak, znamy rodzinę, współpracowników, ale nie wiem dlaczego i skąd jest taka cyniczna i obcesowa. Skrajne zachowania najczęściej z czegoś wynikają. Była jednostką alfa, warto byłoby pokusić się i opisać, skąd i dlaczego.

Po trzecie, popełniłaś faux pas w finale. Samanta ma kochającą rodzinę, a w szpitalu jest przy niej współpracownik? Przypomina mi to serial M jak Miłość, gdzie jest tylko rodzina Mostowiaków i żadnej innej, to znaczy gdy dzieje się coś bohaterowi drugoplanowemu, to nie ma przy nim jego własnej rodziny, tylko stoi ktoś z Mostowiaków. Dlaczego lekarz o stanie zdrowia informuje obcą osobę, a nie matkę i siostrę? Tak, próbowałaś nadać w opku wrażenie, że facetowi zależy na Sam, ale to za mało, żeby spowiadał mu się lekarz.

Podsumowując, porządne opowiadanie, które mogłoby nieźle zabłysnąć, gdy doszlifować parę szczegółów.

 

Nowa Fantastyka