- Opowiadanie: jeedrzej - Dwie Strony Magii

Dwie Strony Magii

Moje pierwsze dzieło. Ze zbioru opowiadań „Magia w Naszej Dłoni” :

 

Kim są technomagowie? Skąd się właściwie wzięli i dlaczego wciąż kłócą się z czarodziejami? Czemu mimo wielu prób, te dwie zajmujące się magią profesje nie potrafią nigdy dojść do porozumienia? Cóż… jedną z przyczyn jest inny tok myślenia, zwany potocznie „Dwiema Stronami Magii”.

 

 

Sugerowany feedback:

1.Po której stronie byś się postawił/a i dlaczego?

2.Co sądzisz o technomagach, sposobie ich myślenia i zachowania?

 

Niektórzy nie spotkali się jeszcze z moim uniwersum więc wyjaśniam:

1.Technomagowie są to ludzie zajmujący się technologicznym wykorzystaniem Magii. Np. w maszynach. To tacy jakby naukowcy świata fantasy. Wyewoluowali jednak ze zwykłych czarodziei.

2.Nastilia i Kahvel to kontynenty na których znajdują się kolejno 2 państwa: Cesarstwo Anarchijskie i Królestwo Kaistlanii.

3.Lenariolen to las położony na północy Nastilii.

4.Mroczne Cesarstwo Warderlonu to państwo niegdyś okupujące zarówno Kaistlanie jak i Anarchie

5.Królewstwo Kaistlanii i Cesarstwo Anarchijskie są związane obecnie trwałym sojuszem.

6.Wielka Wojna z nieumarłymi miała miejsce około 200 lat przed opisywanymi wydarzeniami. Wybuchła z powodu magów, zakończyli ją w dużej mierze technomagowie.

7.Istnieje 5 bogów: Bezimienny Bóg, Wielki Bóg Ciemności, Elficki Bóg Wojny, Elficką Bogini Natury i Elficki Bóg Mądrości.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Dwie Strony Magii

Luxner, Kaistlania. Rok 345 od zesłania Pana.

 

Strażnicy na dany sygnał otworzyli ciężkie drewniane drzwi i do niemal pustego pomieszczenia weszło kilku ludzi. Jeden z nich, mężczyzna o dobrze zbudowanej sylwetce, zamiast jak reszta zająć prędko miejsce, począł się rozglądać.

Sala obrad niewiele się zmieniła od jego poprzedniej wizyty. Krzesła wciąż stały w kolejno umieszczonych coraz wyżej półokręgach i nikt nadal nie wpadł na pomysł zmiany ciężkiego kamiennego stołu na coś nieco bardziej gustownego. W dodatku straż wciąż miała przykry zwyczaj zamykania drzwi natychmiast po czyimś wejściu bądź wyjściu. Po kilku godzinach dyskusji z pewnością zrobi się strasznie duszno…

Mag (bo ów człowiek właśnie magią się zajmował) dostrzegł ku swej radości znajomą twarz. Bez chwili zastanowienia udał się więc w jej stronę.

– Witaj Neratisie! Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że cię widzę. – rzekł, gdy tylko znalazł się dostatecznie blisko.

– Vernanie, przyjacielu. – odparł siedzący już na krześle technomag. – Co u ciebie słychać? I co cię tu sprowadza? Jesteś ostatnią osobą, którą spodziewałbym się tutaj zobaczyć.

– A weź, nic nie mów – odpowiedział czarodziej, również zajmując miejsce. – Gdyby nie te ciągłe problemy pieniężne to w życiu bym się tu nie znalazł. Ale cóż zrobić? W przeciwieństwie do niektórych nie mam „Rodzinnego Majątku” mogącego mnie utrzymać w stabilnej sytuacji.

Rozmówca parsknął rozbawiony, słysząc klasyczny przytyk, ale nie dał się tym razem wciągnąć w nieskończoną dyskusję.

– A na cóż tobie pieniądze? – zapytał w końcu, obserwując wchodzących do pomieszczenia kolejnych magów i technomagów.

– Na magię przyjacielu. Moje eksperymenty zużywają ogromne ilości energii i bez stałych dostaw endreogetu nie mogę się posunąć nawet o krok dalej. A endreoget drogi, jak zapewne wiesz.

– Oj Vernanie… – rzekł mężczyzna, kręcąc głową z dezaprobatą – Naprawdę masz talent do mnożenia problemów. Przecież wiesz, czym się zajmuję! Mogę Ci dostarczyć tyle naładowanego metalu, ile tylko zechcesz. A nawet i więcej.

– Nie chcę nadużywać twoich środków… – zaczął czarodziej powoli, ale nie dane mu było dokończyć.

– Och, dajże spokój, produkujemy tego olbrzymie ilości i budżet nawet nie zauważy, że troszkę pójdzie za darmo. Zresztą… Mimo dzielącej nasze profesje niechęci nadal uznaje pomoc starym przyjaciołom za przyjemność.

– W takim razie pozwól chociaż, abym się ci zrewanżował. O ile pamiętam, miałeś ostatnio problem z głównym piecem. Zakląć ci może rdzeń, aby płonął jeszcze mocniej? A może wolisz nieco bardziej bezpośrednie rozwiązanie? Bo mam kilka kryształów ognia na zbyciu. Mogę ci ze dwa podarować.

– No i widzisz? – rzekł Neratis, uśmiechając się od ucha do ucha – Nie tak trudno znaleźć proste rozwiązanie. Teraz nie musisz już prosić tej głupiej Rady o dofinansowanie. Współpraca popłaca.

– Zdecydowanie. Niestety nie wszyscy tak chętnie pomagają, jak ty. W każdym razie, skoro problem się rozwiązał, to nic tu po mnie. Do zobaczenia przyjacielu.

– Siadaj. – nakazał jednak technomag, powstrzymując rozmówcę przed odejściem. Wskazał wzrokiem na zamykane drzwi. Najwyraźniej wszyscy już się zjawili i niedługo rozpoczną się obrady. – Głupio by było, gdybyś teraz wyszedł. Jak już tu jesteś, to siedź do końca.

Vernan westchnął przeciągle, ale ostatecznie posłuchał przyjaciela.

Kaistlancka Rada Magii, jak powszechnie wiadomo, została założona w celu sprawiedliwego podziału państwowych inwestycji między konkurujących niemal o wszystko magów i technomagów. Królestwo Kaistlanii bowiem przykładało wielką wagę do szeroko pojętego rozwoju, a co za tym idzie, wspierało i finansowało wiele badań. Powstanie organizacji zajmującej się kierowaniem tym niezwykle ważnym strumieniem pieniędzy było więc konieczne i nieuniknione.

Z czasem jednak Rada rozszerzyła swoją działalność poza podział złota i stała się, praktycznie rzecz biorąc organizacją zrzeszającą zarówno magów, jak i technomagów, oraz kształtującą ich wspólną politykę. Wszyscy członkowie byli przecież praktycznie kolegami po fachu, a ich cel i kierunek jednoznacznie określony – Magia. Ktoś musiał zatem zająć się organizacją i podziałem zadań rozproszonych po całej Kaistlanii badaczy i konstruktorów. W dodatku, gdyby udało się na takowej Radzie ustalić jedną wspólną opinię, zamiast wysyłać wiele różnych, często ze sobą sprzecznych, z pewnością miałoby się większą siłę przebicia u królewskich skarbników.

Dlatego więc Kaistlancka Rada Magii działała, mimo setek wciąż pojawiających się kłótni i głosów niezadowolenia.

– A w ogóle to nad czym dzisiaj debatujecie? – zapytał Vernan, spoglądając na porządkującego papiery przewodniczącego. – Będzie coś interesującego?

– O ile pamiętam, ostatnio Król postanowił zwiększyć wypłaty dla nas, pomniejszając te dla was, co nieco podgrzało atmosferę.

– Ale chyba miał ku temu jakieś powody?

– Wydaje mi się, że tak, ale przywilejem władcy jest brak przymusu tłumaczenia decyzji. Tak więc wielu magów wciąż jest trochę wzburzonych. Np. taki Agret… – Tu wskazał na przechodzącego kilkanaście metrów dalej czarodzieja. Rzeczywiście, minę miał on nietęgą, a w oczach połyskiwał rodzaj gniewnej determinacji.

– Znam Agreta dość długo… – powiedział Vernan, krzywiąc się nieco na widok przywołanych wspomnień. – Jeśli jest tak, jak mówisz, to zebranie z pewnością będzie interesujące.

Przewodniczący, Enerion Vadiner, jak informowała niewielka kartka przyczepiona do jego szaty, uporządkował w końcu leżące na stole papiery i wstał. Wziął głęboki oddech, po czym rzekł głośno do pozostałych:

– Panowie. Myślę, że możemy zaczynać… Usiądźcie, proszę i zamilknijcie. Nie mam zamiaru wszystkich przekrzykiwać. I błagam, odwołajcie magiczne światła! No, dobrze… – oznajmił, gdy w końcu wykonano jego rozkazy. Część osób wciąż jednak rozmawiała między sobą, nie przejmując się jego obecnością – Ależ proszę o ciszę! Zachowujcie się panowie… Em… I drogie panie.

– Zapomniałeś o błogosławieństwie! – krzyknął ktoś z tyłu. Rozległy się zgodne pomruki.

– A… rzeczywiście. Niechaj moc Elfickiego Boga Mądrości ochroni to, co dla was drogie, a jego logika pozwoli podejmować słuszne decyzje.

Prawie wszyscy magowie z szacunkiem skłonili głowy. Część technomagów jednak wzruszyła tylko ramionami. Religijność nigdy nie była ich mocną stroną.

– Zacznijmy zatem. – nakazał nieśmiało przewodniczący, unosząc ręce – Po pierwsze mamy na liście dwadzieścia cztery wnioski o dofinansowanie. Niestety, stanowcza ich większość pochodzi od magów. Zanim…

– Czy kogoś to dziwi? – rzekł nagle do wszystkich Agret, nie podnosząc się nawet z miejsca. – Myślę, że skoro król postanowił zmniejszyć magom wypłaty, to dofinansowania powinny dotyczyć wyłącznie nas, z nielicznymi wyjątkami. Nie widzę innego wyjścia. Inaczej podział będzie niesprawiedliwy.

Zebrani mieli chyba jednak mieszane uczucia do tego pomysłu. Większość zapewne kojarzyła słowo „sprawiedliwość” z „równość”. A podział proponowany przez mówcę daleki był do równego.

Vernan uznał, że to znakomity moment, aby się wtrącić. Wstał nagle, wywołując zaskoczenie w oczach swojego przyjaciela i rzekł do przewodniczącego, iż wycofuje swój wniosek. Ku jego zdumieniu dwóch czarodziei poszło za jego przykładem. Agret jednak spojrzał na nich wrogo. Najwyraźniej uważał, że taka postawa nie wróży nic dobrego jego propozycji.

– Cóż, w takim razie sytuacja nie przedstawia się już tak niezwykle. – oznajmił przewodniczący z ulgą. Jeden kłopot miał z głowy. – Zastanówmy się zatem po kolei, którzy z nas powinni otrzymać dodatkowe pieniądze. – Spojrzał błagalnym wzrokiem na stojącego wciąż Agreta. Czarodziej w końcu usiadł.

Po chwili kolejno wzywano magów i technomagów, którzy wcześniej złożyli wnioski. Dyskusja nie była jednak jakoś specjalnie napięta.

– Nie podoba mi się pomysł ograniczenia nam dofinansowania – oznajmił cicho Neratis, spoglądając krzywo na pomysłodawcę tej idei. – W końcu na początku zarówno wypłaty, jak i dodatkowe pieniądze od państwa trafiały wyłącznie do was. My musieliśmy obejść się smakiem i chwytać każdej możliwości zarobku.

– Jest w tym pewna racja – przyznał Vernan, kiwając powoli głową. – Jednak postaw się na naszym miejscu. Nagle ni stąd, ni zowąd, musimy dzielić się naszymi pieniędzmi tylko dlatego, że jacyś, wybacz określenie, heretycy o wybujałej ambicji postanowili spojrzeć na Magię w inny sposób. To nie poprawia naszych poglądów o was.

– No nie… Wydawało mi się, że dyskusje o tym, po której stronie jest racja, mamy już dawno za sobą.

– To nie ma znaczenia – oznajmił rozmówca prędko. – Nawet jeżeli rzeczywiście przyznano, że wasze poglądy również nie są mylne, prawdopodobnie zrobiono to z dwóch powodów. Po pierwsze, od czasu Wielkiej Wojny z Nieumarłymi macie króla po swojej stronie. A ta cała wojna to tylko JEDEN błąd z naszej strony. Poważny, przyznaję. Ale wyłącznie jeden.

– No, ale to my go naprawiliśmy…

– Co tylko pogarsza sytuację. Wbrew pozorom, prawie żaden mag nie jest wam wdzięczny. Ale przejdźmy dalej, kolejnym argumentem jest wasza liczba. Coraz mniej w Kaistlanii działa czarodziejów. A technomagów wciąż przybywa. Przyznanie się do równości z wami było konieczne. Co nie znaczy, że nam się podoba.

– Czy wy wszyscy tak lubicie mnożyć problemy? – zapytał Netaris, spoglądając na przyjaciela z dezaprobatą.

– Zależy. Gdy wy się pojawiacie w pobliżu, to tak.

Mężczyźni spojrzeli na siebie, po czym zaśmiali się cicho. Rzeczywiście, w ten sposób sytuacja zazwyczaj się prezentowała.

Tymczasem obrady ciągnięto dalej. Enerion Vadiner zdołał w końcu rozdzielić pieniądze tak, aby większość osób była w miarę usatysfakcjonowana i po szybkim zerknięciu na swoje dokumenty przeszedł do kolejnej sprawy.

– Chyba czas zastanowić się, czy warto wysyłać kolejną ekspedycję w góry. Ostatnia ruszyła czterdziestodzień temu i wciąż nie mamy od niej wieści. Wiem, że teren utrudnia komunikację, ale…

– Panie przewodniczący! – Rozległ się głos gdzieś z prawej strony sali. Mówiącym okazał się Denefir Qaner, jeden z najbardziej wpływowych technomagów. – Jestem świadom, iż los członków tej wyprawy może być tragiczny, zatem trzeba się zastanowić, co z tym zrobimy, ale chyba powinniśmy zająć się ważniejszą sprawą. Zdziwiło mnie nawet, czemu od niej nie zaczęliśmy.

– Em… W sensie… – rzekł powoli Enerion, zerkając na swoje dokumenty. W końcu poddał się i chwycił je w ręce. Następnie dokładnie przejrzał, ale chyba mu w niczym nie pomogły. – A mowa o…?

– O wojnie, oczywiście! – oznajmił rozmówca tonem sugerującym, że jest to coś całkowicie oczywistego. Przewodniczący jednak nie bardzo rozumiał – Musimy określić, kogo wyślemy na pomoc naszym sojusznikom.

– Ależ to chyba jasne. – Wśród wzmagających się szmerów rozległ się nagle kolejny głos. Należał do Agreta – Nikogo.

– Jak to?

– Niby dlaczego mamy pomagać w tym bezsensownym konflikcie? Niech Cesarstwo Anarchijskie same się ugania za Elfami.

– Ale jak… Przecież jesteśmy ich sojusznikami! – wykrzyknął Denefir z niedowierzaniem. – MUSIMY im pomóc.

– Ja nie widzę potrzeby.

W końcu wtrącił się przewodniczący:

– Ależ panowie… załatwmy to spokojnie. Może każdy z was wystąpi i powie dokładnie, w czym rzecz? – Najwyraźniej chciał za wszelką cenę uniknąć udziału w tej kłótni. A może myślał, że ją powstrzyma?

– Nie no, gorzej zrobić nie mógł – powiedział cicho Netaris do swojego przyjaciela.

– Dlaczego? To chyba dobry pomysł.

– Mag i technomag dyskutujący nad sporną sprawą przed publicznością? W co ty wierzysz? Szkoda, że nie wziąłem przekąsek, zapowiada się wspaniałe przedstawienie.

Pierwszy na „scenę” wkroczył Denafir. Rozprostował kości, wziął głęboki oddech, po czym zaczął wywód.

– Jak wiadomo, ponad trzysta lat temu, podczas Wielkiej Rewolucji Krajów Światła, nasz ówczesny władca, Arion Wyzwoliciel, podpisał z Wielkim Cesarzem, Eneriasem Kaznerem, akt wieczystego sojuszu. Wtedy właśnie Królestwo Kaistlanii, wraz z Cesarstwem Anarchijskim, zostało związane trwałym przymierzem, które trwa po dziś dzień. Dla przypomnienia, bo widzę, że niektórzy nie bardzo przejmują się tym wydarzeniem – Tu spojrzał z dezaprobatą na kilku magów – przypomnę fragment przemówienia władcy cesarstwa.

Agret przewrócił oczyma, wzdychając jednocześnie. Najwyraźniej nieco się niecierpliwił, a zabieg zastosowany przez przeciwnika wyglądał na stratę czasu.

– Co za człowiek uczy się czegoś takiego na pamięć? – zapytał cicho Vernan, nim technomag rozpoczął przemowę.

– Zwolennik sojuszu – odparł również szeptem Neratis – Albo po prostu patriota. To również wiele wyjaśnia.

– „Kaistlanie z Kahvelu! I wy Anarchijczycy z Nastilii!” – rzekł Denafir głosem pełnym przejęcia. – „Długo walczyliśmy, samotnie stawiając opór zjednoczonym siłom Mrocznego Cesarstwa. Przez wiele lat wytrwale pielęgnowaliśmy światło naszych serc, aby powstrzymać wszechogarniającą ciemność świata, w którym przyszło nam żyć. Przyszedł wreszcie moment upadku odwiecznego wroga. Zjednoczmy się zatem, aby razem ostatecznie położyć kres jego panowania. Nie pozwólmy mu podnieść ohydnego łba po porażkach, które mu zadaliśmy.

Przyjaciele! Broń, którą wykuliśmy naszą odwagą i wiarą w zwycięstwo, możemy wzmocnić sojuszem. Stańmy więc razem jak brat z bratem, przeciw nawałnicy wrogich sił. Dajmy posmakować siłom Ciemności naszej stali, stali, którą same pozwoliły nam zahartować w ogniu własnej nienawiści! Zjednoczmy się! Niechaj połączy nas światło!”

Umilkł, aby zaobserwować wywołany efekt. Trzeba było przyznać, iż duża grupa przebywających w pomieszczeniu osób wydawała się poruszona. Część jednak kręciła tylko głowami.

– Warunki przymierza są jasne – podjął temat Denafir, uderzając pięścią o kamienny stół. – Po pierwsze: Kaistlania i Anarcha nigdy nie znajdą się w stanie wojny ze sobą. Po drugie, oba kraje prowadzić będą wspólną politykę, aby nie doszło w przyszłości do jakichś nieporozumień czy konfliktów. Po trzecie, i najważniejsze, każdy z narodów jest zobowiązany wspomóc sojusznika w razie jakiejkolwiek wojny! Moi drodzy… – tu zwrócił się do zebranych. – Mam świadomość, iż nie jesteśmy żołnierzami. Nikt nie może od nas niczego wymagać. Ale czy nie macie krzty honoru?! Czy żaden z was nie jest patriotą?! Nasz król już kilka dni temu rozpoczął zbieranie wojsk, aby ruszyć na pomoc Anarchijczykom. On rozumie i przestrzega warunków sojuszu. A co z nami? Czy naprawdę je całkowicie zlekceważymy? Panowie… Nie bądźmy egoistami. Wyślijmy również jakichś ludzi. Pokażmy, że potrafimy pomagać przyjaciołom w potrzebie. To niemal nasz obowiązek!

Zamilkł w oczekiwaniu na reakcję. Przez chwilę panowała cisza. W końcu jednak rozległy się dość liczne głosy poparcia i entuzjazmu. Kaistlanie szczycili się swoim patriotyzmem. W większości.

Po chwili jednak z miejsca podniósł się Agret. Spojrzał na hałasujących ludzi dookoła i pokręcił głową z dezaprobatą. Następnie zerknął na Denafira, na którego twarzy widniał uśmiech mściwej satysfakcji. Czarodziej jednak nie dał po sobie nic poznać. Z klasycznym kaistlanckim spokojem zajął miejsce technomaga i rozpoczął przemowę:

– Prawie sto lat pokoju… sto lat pełnych szczęścia. Zwieńczonych wspaniałymi odkryciami. Przypomnijcie sobie wyprawy na Kontynent Północny albo do Podziemnego Królestwa. Zdobyliśmy ogromną wiedzę, tyle się nauczyliśmy. I mówię tu o wszystkich, bo przecież również wy, technomagowie, zrobiliście wielki krok naprzód w waszej nauce, nieprawdaż? – Tu duża część osób pokiwała wolno głowami. – Moi drodzy… To złoty wiek. Wiek nauki i magii. Ileż moglibyśmy jeszcze osiągnąć, gdyby trwał dłużej? Ale nie! – Uniósł głos wyżej. – Po cóż trwać w tym pięknym stanie?! Lepiej wywołać jakąś bezsensowną wojnę! Przynajmniej tak chyba myśli całe Cesarstwo Anarchijskie. I w ten sposób prawdopodobnie cały nasz dobrobyt legnie w gruzach i od nowa będzie trzeba wszystko budować. Dlaczego?!

Umilkł spoglądając na zebranych w pomieszczeniu magów i technomagów.

– Właśnie… dlaczego? – zapytał sam siebie, po czym wskazał na wiszącą na ścianie mapę. – Czy ktoś zadawał sobie pytanie, z kim w ogóle będziemy walczyć? I po co? Odpowiem wam na to pytanie. Owym „wrogiem” są Leśne Elfy. Naród ponad pięćset lat mieszkający w Lenariolenie – spojrzał na północną część Nastilii. – Lud, który nic nam nigdy nie zrobił! Pierwszy raz od wieków Cesarstwo jest agresorem, a nie obrońcą!

To zdanie wywołało poruszenie. Rzeczywiście, wszelkie wcześniejsze wojny polegały na obronie, zawsze musieli walczyć we własnym kraju. Powoli w umysłach słuchaczy narastała okropna idea: Czyżby tym razem to my mieliśmy być tymi złymi?

– Moi drodzy – ponownie rzekł Agret do zebranych. – Jestem w stanie zrozumieć ciągłe konflikty z Mrocznym Cesarstwem. Nawet Wielka Wojna z Nieumarłymi, mimo iż została wywołana z naszego powodu, była właściwa i słuszna. Walczyliśmy z mrokiem. Staliśmy się orężem światła. A dlaczego? Bo zarówno nieumarli, jak i Warderlon, czcili Wielkiego Boga Ciemności. Władcę zniszczenia. Gdybyśmy pozwolili im trwać, sami w końcu zostalibyśmy pokonani. To smutna prawda. A teraz zastanówmy się, co mamy do Leśnych Elfów? Czy ich Bogini, władczyni natury, kiedykolwiek nam coś zrobiła? Czy pojawiła się w jakimkolwiek konflikcie? Otóż nie! Albowiem jest ona panią harmonii i równowagi. Nie wolno jej się mieszać. Dlatego właśnie jej narody trzymają się z dala od wielkiej polityki. Prawie zawsze są neutralne, nie licząc sytuacji, kiedy stają we własnej obronie. I tak dzieje się w tym przypadku! Leśne Elfy nie chcą wojny! Zostały po prostu przyparte przez Cesarstwo do muru i próbują ocalić własne życia, kraj i ziemie. Zastanówmy się, co zrobilibyśmy na ich miejscu? Czy nie zachowalibyśmy się tak samo?

Duża część osób pokiwała smutno głowami. Rzeczywiście, z tego punktu widzenia sprawa wyglądała nieco inaczej.

– Pomyślmy więc, co opętało naszych rzekomych „sojuszników”? Dlaczego nagle zaatakowali neutralne państwo? Czyżby uznali ich za zagrożenie? Ale przecież Leśne Elfy nigdy do niczego się nie mieszają… A może to jakaś osobista obraza, jakiej dopuścił się ich władca? Również nie, bo przecież Wielki Cesarz jest jednym z najbardziej cierpliwych i spokojnych ludzi. Nie dałby się sprowokować. Wielu powinno brać z niego przykład. A zatem… Co spowodowało tę wojnę?

Zebrani spojrzeli po sobie. Nikt jakoś nie kwapił się, aby odpowiedzieć na to pytanie.

– Powiem wam co – oznajmił nagle Agret. – Pieniądze. I władza. Imperialistyczne zapędy Cesarstwa. Wiecie, co kupujemy głównie od Anarchijczyków, prócz żywności? Drewno. Tony wszelkiego rodzaju drzew. A skąd cesarstwo bierze tyle tego surowca? Wycina lasy, rzecz jasna. Na Nastilii są dwie wielkie puszcze. Pierwsza to Eklawior, ale podczas Rewolucji Państw Światła podpisano pakt o nieagresji z mieszkającymi tam Algabiorczykami. Pozostała więc druga – Lenariolen. I od jakiś pięćdziesięciu lat się ją eksploruje, coraz głębiej wcinając się w las. I nagle okazuje się, że owa kraina również posiada swoich rdzennych mieszkańców! Leśne Elfy, oczywiście! Cesarstwo musi więc podjąć wybór – albo pokona elfy i w spokoju rozpocznie silną eksploatację, albo zawrze kolejny pakt i drewno będzie kupować. A to jest skrajnie nieopłacalne. Co więc robią Anarchijczycy? Szykują się na wojnę, wzywając jednocześnie swoich „sojuszników” dla zminimalizowania własnych strat. Moi drodzy… Nie powiecie mi chyba, że warto narażać życie za pieniądze. Dlatego nie dość, że nie powinniśmy reagować, to jeszcze należałoby skrytykować działania Cesarstwa! Bo nie dość, że kieruje nim żądza zysku, to jeszcze zamieniają się z obrońców w agresorów! Sami stają się siłą zniszczenia! Dlatego właśnie nie chcę nawet słyszeć o wysłaniu tam kogoś z nas.

Zamilkł, po czym udał się na swoje miejsce. O ile wcześniejsza przemowa technomaga wywołała spory aplauz, Agret spowodował pełną zamyślenia ciszę. Wszyscy zapewne w milczeniu rozważali argumenty obu stron. Większość jednak była świadoma, że na tym się nie skończy. Wręcz przeciwnie, dyskusja dopiero się rozkręcała.

Enerion Vadiner otrząsnął się w końcu z rozważań wywołanych przez przemowy obu stron i spojrzał na zebranych. Następnie pokiwał głową ze smutkiem. Z pewnością czekało go sporo roboty. Zerknął na przygotowane wcześniej dokumenty, ale nie znalazł tam nic, co mogłoby pomóc mu w obecnej sytuacji. Westchnął, po czym oznajmił dość głośno:

– Myślę, że to dobry moment na krótką przerwę. Dyskusje poprowadzimy dalej za jakieś dwadzieścia minut. – Chwilę po tych słowach czmychnął z sali.

Nagle ponownie rozległy się rozmowy. Kilku magów również wyszło, aby się przewietrzyć, bo w pomieszczeniu robiło się coraz bardziej duszno.

– No, to też nie było zbyt mądre – rzekł cicho Vernan do siedzącego obok technomaga.

– Mówisz? – odparł Nateris, majstrując coś przy założonym na oko technokularze. – Dla mnie dobry pomysł. Przynajmniej można skoczyć po przekąski.

– Ale on dał im czas na wymyślenie argumentów! To tylko pobudzi dyskusje.

– Czyli znowu wracamy do punktu wyjścia. Ciekawe, czy skończymy przed zmierzchem. W sumie to możesz teraz już wyjść, nic tu po tobie skoro nie chcesz dofinansowania.

Vernan zastanowił się, ale ostatecznie odparł:

– Zostanę.

– Bez powodu? – zdziwił się nieco technomag.

– Dyskusja mnie zaciekawiła. Ale wracając do tematu, to kto i dlaczego uczynił Eneriona przewodniczącym? Przecież on się zupełnie do tego nie nadaje.

– Nie wiem kto – odparł Netaris, dając jednocześnie znak służącemu, aby ten podszedł. – Ale podejrzewam, że z powodu który przed chwilą podałeś.

– Jak to?

– Gdy przewodniczący nie jest w stanie sam poprowadzić dyskusji, z łatwością można nim manipulować. Dzięki czemu każdy z członków rady może się wybić ze swoim wnioskiem. Każdy sprytny, oczywiście. Chociaż to dość smutne z punktu widzenia Eneriona…

Vernan pokiwał głową ze zrozumieniem. Nagle zaczął współczuć temu człowiekowi. Dano mu zadanie przewyższające jego możliwości, w dodatku skutecznie kierowano go na odpowiednie tematy. Nie chciałby się znaleźć na jego miejscu.

– A co sądzisz w ogóle o całej dyskusji? – Zapytał mag, gdy jego przyjaciel odprawił już sługę z nakazem przyniesienia czegoś do jedzenia.

– Weź, nawet nie pytaj – odparł Neratis kręcąc głową. – Nie cierpię, kiedy obie strony mają racje. Niezależnie, co wtedy zrobisz, i tak wyjdzie źle. Ale chyba jednak zwracam się ku pierwszemu rozumowaniu. Ku wywodowi Denafira.

– Bo to technomag? – spytał rozmówca, uśmiechając się kpiąco.

– Nie. Bo wiem, że bylibyśmy niczym bez Anarchijczyków. Jak i odwrotnie, oni bez nas też nie daliby rady przetrwać Wielkiej Rewolucji. W dodatku dostrzegam pewien paradoks w porównaniu Anarchii do Mrocznego Cesarstwa. Zauważ, że gdy Warderlon atakował jakieś państwo, nigdy nie zwracał się o pomoc do sojuszników. Działał sam, aby zebrać dla siebie wszystkie laury i zyski.

– A to nie dlatego, że im nie ufał?

– Możliwe. W ten sposób jednak, pomagając naszym sprzymierzeńcom, odróżnimy zarówno siebie, jak i Anarchię od Mrocznego Cesarstwa. A odmawiając pomocy, jeszcze bardziej upodobnimy. Argument znaczy mniej więcej: „Upodobnijmy Cesarstwo do Warderlonu (nie pomagajmy), bo upodabnia się ono do Warderlonu (jest agresorem)”. Co jest paradoksem.

– Technomagowie i wasze kombinowanie… – rzekł Vernan, kręcąc powoli głową.

– Magowie i wasze narzekanie. W rozumowaniu nie ma błędu. A co ty sądzisz o sprawie?

– Przychylam się do twojego wcześniejszego stwierdzenia – odparł czarodziej spoglądając na wiszącą na ścianie mapę. – Obie strony mają racje. Jakoś nie widzi mi się atakowanie Leśnych Elfów, zwłaszcza że ich bogini rzeczywiście nic nam nie zrobiła. Z drugiej strony jednak, decyzje Wielkiego Cesarza w zdecydowanej większości okazują się prawidłowe. A warunków sojuszu należy przestrzegać. Inaczej sami upodabniamy się do Mrocznego Cesarstwa.

– Jeszcze lepiej! – odparł Neratis wybuchając śmiechem. – „Upodobnijmy się do Warderlonu, bo Anarchia upodabnia się do Wardelonu”! Witamy w krainie paradoksów. Logika nigdy nie była mocną stroną magów.

– I kto tu narzeka…

Służący w końcu przyniósł trochę jedzenia. Nie było to jednak nic specjalnego. Najwyraźniej Rada nie miała zamiaru wydawać zbyt dużo na członków. Mimo to przyjaciele z radością spożywali posiłek, pamiętając jednak, aby zostawić choć trochę na czas dyskusji.

Wyglądało na to, że niedługo rozmowy zostaną wznowione. Kolejne osoby pojawiały się w drzwiach i zajmowały miejsca. W końcu wszedł również przewodniczący. Vernan spojrzał na niego ze współczuciem. Po kilku minutach brakowało tylko Denafira, broniącego koncepcji przestrzegania warunków sojuszu.

– Pewnie stchórzył – rzekł Agret, spoglądając na wyczekujących ludzi. Większość jednak nie mogła w to uwierzyć. Ostatecznie wysłano jakiegoś maga, aby ten poszukał zagubionego. Kilkanaście minut później technomag pojawił się w końcu w drzwiach, z przepraszającym wyrazem twarzy.

– Wybaczcie panowie, udałem się do biblioteki i podczas czytania całkowicie straciłem poczucie czasu. Możemy zaczynać? – Tu spojrzał na przewodniczącego, unosząc wysoko brwi. Ten zauważył, iż spóźniony mężczyzna trzyma w ręce jakieś dokumenty. Widocznie on również postanowił się przygotować do dyskusji. Enerion westchnął i pokiwał powoli głową.

– Powiedziałeś podczas swojej przemowy, że Cesarstwo zmieniło się z obrońcy w agresora, prawda? – zwrócił się Denafir do Agreta. Ten przytaknął. – Zauważ jednak, iż warunki sojuszu nie dopuszczają sytuacji, w której nie mamy pomagać. Niezależnie od tego, czy nasz sprzymierzeniec atakuje, czy jedynie się broni, trzeba ruszyć z odsieczą. Dlatego król zbiera wojsko, a my jako wierni poddani, powinniśmy do niego dołączyć. Ustalenia mówią jasno.

– No to trzeba je zmienić – odparował mag natychmiast. A widząc, że rozmówca unosi wysoko swe brwi, dodał dla wyjaśnienia. – Wyobraźmy sobie, iż w przyszłości Cesarstwo będzie dążyło do eliminacji kolejnych państw. Nie tylko tych zdecydowanie wrogich jak chociażby Warderlon, ale również neutralnych, czy wręcz przyjaznych. Nie mówię, że tak będzie, wiem, że to bardzo mało prawdopodobne. Załóżmy jednak hipotetyczną sytuacje. Czy w takim wypadku mamy ślepo podążać za naszymi „sojusznikami”? Nawet jeśli mielibyśmy walczyć z jakimś niewinnym narodem, który zawsze nastawiony był do nas przyjacielsko? Wyobrażacie sobie wojnę przeciwko… Plemionom Kharii, na przykład? Albo Algabiorczykom? Czulibyście się dobrze, zabijając dawnych sprzymierzeńców, którzy wielokrotnie nam pomagali, tylko dlatego, że mówią tak warunki sojuszu?

– Nie wydaje mi się, aby kiedykolwiek do tego doszło… – dodał Denafir wątpiącym głosem.

– Ja również, ale to hipotetyczna sytuacja. Dowodzi jednak, iż należy zmienić to przymierze.

– Nie uważasz jednak – Tu technomag rozłożył na kamiennym stole przyniesione wcześniej dokumenty – że byłoby to nieco nieuczciwe?

– Dlaczego?

– Przypomnijmy sobie Wielką Wojnę z Nieumarłymi – zaczął mężczyzna spokojnym głosem. – Jak wiadomo, miała miejsce prawie dwieście lat temu. Co było przyczyną jej wybuchu? Błąd jednego z magów niestety. W każdym razie, jeśli znacie historię, to wiecie co się zdarzyło. Deweriusz Desson – najsłynniejszy nekromanta zaczął nagle zamieniać wszystkich dookoła w nieumarłych. Złapano go i powieszono, ale niewiele to dało, bo powrócił zza grobu w formie licza i prowadził swą „plagę” dalej. Nieumarli rozprzestrzeniali się coraz szybciej, aż w końcu można było ich spotkać w całej Kaistlani. Oczywiście, wówczas do boju wkroczyliśmy my – Technomagowie i opanowaliśmy problem. Wtedy przybyli wezwani wcześniej Anarchijczycy, co doprowadziło ostatecznie do upadku Deweriusza i wojna się zakończyła. Cesarstwo co do joty wypełniło warunki…

– Ale to kompletnie inny przypadek – przerwał mu nagle Agret, co wywołało gniew na twarzy technomaga. – Wtedy się broniliśmy. Nie byliśmy agresorem tak jak teraz. Właśnie o tym mówiłem. Trzeba zmienić ustanowienia tak, aby dotyczyły wyłącznie obrony.

– A wiesz, co się wówczas działo w cesarstwie? – spytał Denafir spoglądając na rozmówcę z ukosa.

– Niezbyt dokładnie. Pewnie niewiele.

– Otóż właśnie nie! – wykrzyknął mężczyzna z wyrazem triumfu na twarzy. – Anarchijczycy wówczas również mieli kłopoty! Deweriusz Desson, główny nekromanta, wysłał na Nastilię oddział nieumarłych, aby ci rozpoczęli również tam jego plagę. I to im się udało! Po jakimś czasie sytuacja w cesarstwie wyglądała podobnie jak u nas. Wiecie jednak, co zrobił wówczas cesarz? Zostawił część żołnierzy pod wodzą jednego ze swoich dowódców, po czym ruszył na południe, na Kahvel do Kaistlani, aby nam pomóc. A wiecie dlaczego? Wiedział, że mamy większe problemy i być może nie damy sobie rady. Całkowicie wypełnił warunki sojuszu, mimo że wróg pojawił się również w jego kraju! A bez pomocy Anarchijczyków rzeczywiście byłoby wtedy z nami krucho. Zastanówmy się teraz – tu zwrócił się do zebranych. – Czy na pewno chcemy zmienić przymierze w krytycznym momencie, bo nie podoba nam się idea tej wojny, podczas gdy Cesarstwo nie zmieniło ich, mimo wielkiego ryzyka jakie ponosiło? Przecież my nie mamy nic do stracenia! A cesarz ryzykował życie wielu setek własnych braci! Czy naprawdę nie widzicie nieuczciwości planowanego przez nas postępowania? Przecież to karygodne!

Zamilkł nagle, po czym podał pierwszemu z brzegu magowi dokumenty, które przyniósł. Ten przeczytał, po czym podał je dalej. Rzeczywiście, jasno z nich wynikało, co się działo w Cesarstwie podczas Wielkiej Wojny z Nieumarłymi. Trudno było się spierać z wywodem Denafira.

– Nie jestem pewien – rzekł w końcu Agret po kilku minutach milczenia. – Czy owa pomoc nie wynikała z prostego faktu. Przecież Wielki Cesarz Enerias Kazner był pomysłodawcą i współtwórcą sojuszu. To chyba nic dziwnego, że za wszelką cenę chciał go przestrzegać.

– Być może, ale to niczego nie zmienia. W końcu mógł stworzyć przymierze tylko po to, by liczyć na naszą pomoc. A tak nie jest, bo raz już przybył nam z odsieczą. Zauważ, że w tym wypadku niestawienie się na jego wezwanie jest czymś więcej niż jedynie nieuczciwością. To wręcz niewdzięczność.

– Ależ odwdzięczymy się – odparł mag wznosząc oczy ku niebu. – Gdy nadejdzie „słuszna” wojna. Czyli przykładowo taka, w której Cesarstwo nie będzie agresorem a obrońcą.

– Wymówki. Oto czym są twoje argumenty. Wielki Cesarz również miał dobrą wymówkę, dobro swoich obywateli. A jednak ruszył nam na pomoc. Bez niego byśmy nie wygrali.

– To już kwestia sporna…

– Panie przewodniczący – powiedział Denafir, ignorując ostatni komentarz Agreta. – Zgłaszam wniosek o wstępne głosowanie.

Enerion, zadowolony, że wreszcie pojawiła się okazja na coś, z czym sobie znakomicie radził, wstał, rozprostował kości i zawołał stanowczo:

– Wniosek o głosowanie! Kto jest za wysłaniem oddziału magów i technomagów na wojnę w Lenariolenie ręka do góry! – Podniosły się liczne ręce. Szybko je zliczono i podsumowano głosy. – A kto uważa, że nie powinniśmy tego robić?

Po chwili zastępczyni przewodniczącego, czarodziejka wody Avineria, ogłosiła wynik:

– Obecnie sześćdziesiąt jeden procent za i trzydzieści przeciw. Reszta się wstrzymała.

– Deniquate – zaklął pod nosem Agret i dodał cicho. – To wyłącznie dlatego, że w Radzie jest więcej Technomagów.

– Słucham? – Zapytał od razu Denafir, będący na tyle blisko, że mógł usłyszeć rozmówcę. – Czyżbyś uważał, że jesteśmy od was gorsi?

– Nie gorsi – odparł czarodziej, zrozumiawszy, że popełnił taktyczny błąd. – Po prostu… wasza ignorancja religijnego aspektu tej sprawy trochę mnie odrzuca.

– Mag zarzuca technomagowi herezję! – zawołał głośno rozmówca, chcąc zwrócić uwagę wszystkich zebranych. – Mam wrażenie, że kiedyś już przez to przechodziliśmy. Czy ta dyskusja nigdy się nie skończy?

Większość słuchających uśmiechnęła się ze zrozumieniem. Religijność czarodziei już dawno stała się powszechnie znana, tak samo, jak zwątpienie w sens wyznawania bogów przez tych drugich. Nikt nie zaprzeczał rzecz jasna ich istnieniu. Powszechnie wiadome było, że to oni stworzyli narody i wpływają z bezkresnych połaci eteru na ich losy. Co do tego nie nikt nie miał najmniejszych wątpliwości. Kwestia oddawania im czci natomiast to zupełnie inna sprawa.

– Moi drodzy – zaczął powoli Agret, wiedząc, iż stąpa po bardzo grząskim gruncie. – Zastanówmy się nad błogosławieństwem, po którym debatujemy. Wiecie przecież wszyscy, że pochodzi od Elfickiego Boga Mądrości. Jest on władcą logiki, umysłu oraz ochrony. A także, według wielu kapłanów, samej magii. Jasne jest i zrozumiałe, dlaczego to pod jego patronatem obradujemy. Nie chcemy tu przecież emocjonalnych wywodów bądź nieracjonalnych dyskusji. A teraz zastanówmy się dokładnie, kim jest ten Bóg i skąd pochodzi. Większość Kaistlanów czci oczywiście Bezimiennego, co się chwali. My jednak potrzebujemy innej mocy, daru mądrości. A kto wyznaje Boga tej wspaniałej cechy? Możecie oczywiście podać Shandarie czy Plemiona Khari, ale… Głównym narodem są Wysokie Elfy. Właśnie dlatego nazywamy tego boga elfickim. A wiecie, kogo jeszcze oni wyznają? Boginię Natury! Tak samo jak ich… kuzyni – Leśne Elfy. Atakując więc tych ostatnich, pokażemy naszym sojusznikom, nie tylko wysokim elfom, ale także Algabiorczykom, jak bardzo gdzieś mamy ich bóstwo. Czulibyście się dobrze, gdyby ktoś wywołał wojnę z takim na przykład Kalwadorem Południowym, naszym bratem w wierze w Bezimiennego? Ja bym się, co najmniej, zirytował. Ponadto, gdyby kalwadorczycy poprosili mnie o pomoc w walce z wrogiem wiary, natychmiast bym wyruszył. Podobnie zrobią zapewne inni wyznawcy Bogini Natury, gdy Leśne Elfy będą potrzebowały wsparcia. Atak więc na jeden naród może spowodować konflikt z całą resztą. Naprawdę chcemy kolejnej wielkiej wojny? Niemal wojny światowej?

Zamilkł, chcąc zaobserwować efekt, ale Denafir nie dał mu tej możliwości:

– Zabawne… – rzekł powoli, specjalnie przedłużając to słowo. – Mówisz, że chętnie pomógłbyś wyznawcom Bezimiennego, gdyby cię wezwano, a takowej pomocy odmawiasz, kiedy Anarchijczycy, nasi bracia w wierze, jej tak bardzo potrzebują. Przeczysz sam sobie.

– Powiedziałem, iż ruszę z odsieczą, gdy zostaną zaatakowani. Nie mam zamiaru wspomagać agresorów. Gdyby to Cesarstwo zostało zaatakowane przez Leśne Elfy, a nie odwrotnie, z czystym sercem wsiadłbym na najbliższy statek i ruszył na Nastilię.

Denafir pokręcił głową z dezaprobatą, ale nie komentował. Po chwili odezwał się znowu:

– Mówisz, że gdy tylko rozpocznie się wojna w Lenariolenie, wyznawcy Bogini Natury ruszą obrońcom na pomoc. Otóż jest to błąd! – podniósł głos, aby wywrzeć lepszy efekt. – Gdybyś uważnie śledził politykę, wiedziałbyś, iż Wielki Cesarz, nim cokolwiek postanowił, skontaktował się najpierw z królem Wysokich Elfów i zapytał, co on sądzi o całej sprawie. I wiesz, co ten mu doradził? Aby jak najszybciej zebrał wojska i zmiótł mieszkańców Lenariolenu z powierzchni ziemi! Powód tego jest prosty, aczkolwiek mało znany. Leśne Elfy wywodzą się z bogatych rodów Wysokich Elfów, które sprzeciwiły się królowi i zostały wygnane z Kael-Kirii, ojczystej wyspy. Zatem, z punktu widzenia jej obecnych mieszkańców, są oni po prostu zdrajcami! A uwierz mi, wysokie elfy nigdy nie zapominają uraz. Są w końcu nieśmiertelne.

– To nie wyklucza innych narodów – odparł Agret gładko, demonstrując swój refleks.

– Kogo niby? Algabiorczyków? Smokonów? Sam przecież powiedziałeś, że wyznawcy Bogini Natury są neutralni, trzymają się z dala od polityki i nie mieszają się. Wątpię więc, aby jakkolwiek zareagowali. Zwłaszcza ci drudzy, którzy nie przestali się jeszcze izolować od reszty świata.

– Przyznaję, iż nie można tego przewidzieć. – uznał w końcu czarodziej przytakując powoli. – Jednak w przeciwieństwie do was, oni są bardzo religijni. Was najwyraźniej pozbawiono tej niezwykle ważnej cechy.

– Na Pana… – Załamał się prawie Denafir. – czy naprawdę musimy powtarzać tę głupią dyskusję? Pojawiła się ona już ponad dwadzieścia razy! W tym dziesięcioleciu rzecz jasna…

– Bo nadal nie rozumiecie wagi problemu – huknął Agret ignorując pojawiające się w pomieszczeniu głosy. – Zauważ, że Bezimienny, bóg którego czci zarówno Kaistlania, jak i Cesarstwo Anarchijskie, jest panem życia, ładu i tworzenia. A wy chcecie ruszać na wojnę! Aby zabijać, niszczyć i szerzyć rządy chaosu! Czy naprawdę nie widzicie w tym żadnej ironii? Żadnej niezgodności z waszą wiarą? Przecież to ewidentna zdrada!

– „Zdrada”, której dopuścił się Wielki Cesarz – odparował zręcznie technomag. – Nawet jeśli rzeczywiście coś z tego wyniknie, w co wątpię, to cała wina spadnie na niego.

– Jak śmiesz obrażać Eneriasa Kaznera?! – ryknął czarodziej z nagłym nieoczekiwanym gniewem. Po chwili przebywający w pomieszczeniu magowie również wyrazili głośno swoją dezaprobatę. W końcu cała sala pełna była krzyków kłótni i ogólnego rozgardiaszu.

– No, i to był błąd – powiedział Vernan do przyjaciela. Musiał się nieco przysunąć, aby ten go słyszał. – Prawie każdy Mag darzy Cesarza wielkim szacunkiem i nie pozwoli go tak po prostu krytykować.

– Dlaczego? – zapytał Neratis, obserwując kolejnych mężczyzn dołączających do dyskusji. – Znaczy… nic nie mam do władcy Anarchii, jego decyzje bardzo często okazują się prawidłowe. A i z charakteru jest sympatyczny, według tego co słyszałem. Żeby jednak go tak bronić…?

– Wy tego nie zrozumiecie – odparł czarodziej, uśmiechając się krzywo. – Wasz rozwój zawdzięczacie głównie Wielkiej Wojnie z Nieumarłymi. To wtedy się wykazaliście i król was zauważył. Stoicie więc właściwie na naszym błędzie. Bez niego zapewne w ogóle byście nie zaistnieli. Z nami jest inaczej. Nam dano możliwość rozwoju wraz z Wielką Rewolucją Krajów Światła. Przed nią Mroczne Cesarstwo blokowało każdy rodzaj magii u podbitych narodów. A kto jest twórcą i przyczyną całej tej rewolucji? Enerias Kazner, rzecz jasna! Bez niego by nas nie było, dlatego jesteśmy mu tak wdzięczni. W dodatku jest on przecież Kontrolerem Żywiołów, najpotężniejszym magiem, jakiego nosił ten świat. Jeśli więc nie za zasługi go szanujemy, to za potęgę. Bo w końcu, cytując Garderula: „Magia to Potęga!”.

– Aha… rozumiem. My stoimy na winach, a wy na zasługach. Kolejna rzecz, która nas odróżnia – rzekł Neratis, ponownie spoglądając na dyskutujących ludzi.

– A tak w ogóle, to dlaczego niemal wszyscy nie czcicie żadnych bogów? – zapytał Vernan z ciekawością. – Znaczy, mogę pojąć, że za którymś z nich nie przepadacie. Sam nie lubię Elfickiego Boga Wojny, mimo iż niektórzy z nas jego właśnie jego wyznają. Różnice w gustach są naturalne i nikogo nie dziwią. Ale żeby tak mieć coś przeciw wszystkim? Tego pojąć nie mogę, przecież personifikują chyba każdą możliwość, pogląd czy opinie. To tak jakby być zawsze przeciw niezależnie, o czym mowa. Gdzie tu sens?!

Technomag roześmiał się słysząc wywód przyjaciela i w końcu odwrócił się, aby na niego spojrzeć.

– Muszę przyznać, że jesteś pierwszą ze znanych mi osób, która spojrzała na to z tak racjonalnej strony. Rzeczywiście, w tym przedstawieniu nasze poglądy wyglądają trochę głupio.

– Dzięki, ale nadal nie wyjaśniłeś powodu waszego zachowania.

– A, to trzeba się udać do specjalisty – odparł Neratis i zawołał dość głośno. – Arion! Chodź no tutaj na chwilę!

Zawołany technomag odwrócił się, po chwili zastanowienia zaś, ruszył w ich stronę. Za nim podążył też jakiś czarodziej.

– Arion Fineris jest autorem książki „Bogowie a Śmiertelnicy”, najsłynniejszego dzieła ostatnich kilku lat, które opisuje dokładnie relacje między nami a bogami, z punktu widzenia czystej nauki – oznajmił przyjaciel, uśmiechając się szeroko, gdy nowi rozmówcy dostatecznie się już zbliżyli. – To tak, jakby kapłan podczas pisania dzieła zapomniał o wierze i wyznaniu, opisując jedynie suche fakty. W tym przypadku dochodzi jeszcze do całości nasza klasyczna, bezlitosna logika. Osobiście uważam, iż książka jest wspaniała.

– Przesadzasz trochę Neratisie – odparł nowo przybyły ze skromnością. – Ale dziękuję ci szczerze. Chociaż dzisiaj już zmieniłbym kilka drobnych faktów, które opisałem. Niestety, poglądy kształtują się bez przerwy, a nie sposób ciągle zmieniać raz wydanego dzieła. W każdym razie, jak mogę wam pomóc?

– Obecny tu czarodziej – Tu wskazał na Vernana. – bardzo chciałby wiedzieć, dlaczego technomagowie nie wyznają żadnego z bogów. Czy mógłbyś mu to wyjaśnić, jako specjalista w tej sprawie?

– Temat jest dość rozległy – zaczął Arion swobodnie – i ma mnóstwo odniesień oraz dowodów, więc będę skracał. Wszystko sprowadza się do klasycznej analizy opłacalności. Zastanówmy się, co nam bogowie dają. Oczywiście, przykładów są setki. Sam mogę wymienić chociażby Magię Bogów lub Wielką Rewolucje Krajów Światła, która z pewnego punktu widzenia nie wydarzyłaby się bez ich interwencji. Jednak Boska Magia niesie z sobą liczne ograniczenia, przez co staje się raczej uciążliwa niż przydatna, a cała ta rewolta nie byłaby potrzebna, gdyby wcześniej inny bóg nie namówił Warderlończyków do najazdu i okupacji. Każdy więc dar od nich otrzymany jest równoważony przez to, co nam zabierają…

– A całokształt Magii, otrzymanej podczas Objawienia na górze Othras? – przerwał mu Vernan, podając inny przykład. – Większość naszej wiedzy pochodzi przecież z tamtego okresu.

– Wysocy Elfowie znali magię już dużo wcześniej – odparował Arion natychmiast. – Owo objawienie nie było więc potrzebne. Sami doszlibyśmy do tej wiedzy.

– A magiczne istoty powstałe dzięki Bogini Natury? Jak na przykład Enty? Albo chociażby my, boskie narody światła?

– Nieumarli przywołani dzięki Bogu Wojny zdecydowanie równoważą nawet tak wspaniałe istoty, jak Enty. A co do boskich narodów, to zauważ, że prócz światła istnieją również te mroku, które zazwyczaj ulegają namowom swego boga i pragną podbić innych. Kolejne przykłady udowodnią prostą teorię: Bogowie tyle samo dają, co zabierają. Produkują tyle samo zła, co dobra. Gdybyśmy więc wszyscy zbiorowo przestali ich wyznawać, w ogólnym rozpatrzeniu nie zauważylibyśmy różnicy.

– To chyba lekka przesada – nie chciał się zgodzić Vernan.

– A także dopiero początek tematu – kontynuował Arion spokojnie. – Przejdźmy więc dalej. Jak wiadomo, bogowie stworzyli raje, abyśmy mieli się gdzie udać po śmierci. Oczywiście, nie każdy na to zasługuje, toteż wymyślono również powrót na ziemię – reinkarnację. Pomińmy tych, którzy poświęcili się Bogi Ciemności i oddali mu własną duszę… To bardzo mały ułamek. W każdym razie Bogowie stworzyli dla nas odpowiednie miejsca…

– Co raczej dowodzi, iż powinniśmy ich wyznawać – wtrącił się nagle przybyły z technomagiem czarodziej, nie przedstawiając się nawet. – W końcu to ich ziemie i bez boskiego zezwolenia raczej nie możemy tam ot tak wejść.

– Otóż właśnie nie! – wykrzyknął Arion z satysfakcją. – Wielka Księga Ringa mówi jasno: Bogowie, będąc świadomymi własnej stronniczości w ocenie śmiertelników, stworzyli sędziego, który miał całkowicie obiektywnie dokonywać selekcji, kto do raju pójdzie, a kto nie. I owa istota bierze pod uwagę jedynie czyny! A nie poglądy. Zatem, aby po śmierci wejść do raju, należy nie wyznawać, lecz dobrze postępować. Co również dowodzi, iż bogowie nie są nam potrzebni.

Vernan pokiwał głową. Rzeczywiście, z tej perspektywy wyglądało to nieco inaczej, niż dotąd sądził.

– A jeżeli Ring się mylił? – nie ustępował dyskutujący czarodziej.

– To w ogóle bym się do bogów nie zbliżał, bo nic o nich nie byłoby wiadome. Zauważ, że ponad dziewięćdziesiąt procent informacji czerpiemy z jego Wielkiej Księgi.

– No, ale dużo większe jest prawdopodobieństwo wejścia do raju, gdy się przestrzega tego, co mówi bóg. W końcu chyba on wie najlepiej prawda? Sam tworzył warunki. To nie on ocenia nasze czyny, przyznaję, więc nie warto za wszelką cenę próbować mu się przypodobać. Ale gdyby tak po prostu żyć zgodnie z jego zasadami?

– To nie wymaga wyznawania, jedynie wiedzy – oznajmił pewny siebie Arion. – Czczenie to raczej obchodzenie świąt, modlitwa i obrona boga w różnych sprawach. A także, najczęściej, słuchanie jego rozkazów. Brak tego nie przeczy dobrego życia.

– Ale niektórzy tej wiedzy nie posiadają… Tacy chłopi na przykład. Nie możesz wymagać, aby rozumieli, co mają robić.

– Dlatego nie próbujemy krzewić wszędzie idei braku wyznawania – tłumaczył cierpliwie technomag. – Jesteśmy świadomi okropnych konsekwencji, jakie by to miało. W dodatku nic nie mamy do osób wierzących – takich magów na przykład. Zauważ, że zazwyczaj to wy coś nam zarzucacie, a nie my wam. W każdym razie, jako ludzie inteligentni, bo wybacz, ale technomagia jest nauką, której nie zdołasz pojąć bez zdolności logicznego i samodzielnego myślenia, uważamy, iż nie potrzeba nam bogów mówiących co mamy robić, aby żyć godnie. Dajemy radę bez nich, dzięki wiedzy.

– Nie mogę zaprzeczyć logice tego wywodu – oznajmił Vernan gładząc się po brodzie. – Ale dostrzegam w niej jeden błąd. Bogowie wpływają na magię, kierują nią. Wyznając ich, otrzymujemy większą moc. Sam Enerias Kazner, kontroler żywiołów, jest przecież tego żywym dowodem.

– I tu dochodzimy do najważniejszego sporu między nami! – ogłosił głośno Arion wznosząc ręce ku niebu. – Moi drodzy, czym jest magia?

– Magia to moc dana nam przez bogów do zmieniania świata – powiedział odruchowo dyskutujący czarodziej.

– Magia to energia – odparował Neratis, uśmiechając się szeroko.

– Otóż to! Nigdy w tej kwestii się nie pogodzimy, ponieważ oba stwierdzenia leżą u podstaw naszych nauk. Pierwsze dało podwaliny Magii, a drugie pozwoliło zaistnieć Technomagii! Jeżeli więc uważamy, że Magia jest mocą, to wyznawanie bogów nabiera logicznego sensu. W końcu od nich ta moc pochodzi i zapewne to oni nią kierują. Czczenie jest więc konieczne. Jeśli jednak uznamy magię jedynie za energię, to bogowie nie mają nad nią żadnej kontroli. Powiedzieć by można więcej, według Wielkiej Księgi Ringa sami się z niej wyłonili. A zatem nie trzeba sobie nimi zaprzątać głowy. I właśnie dlatego czarodzieje od wieków uznawani są za najbardziej religijne osoby, a my, technomagowie, mimo iż powstaliśmy stosunkowo niedawno, już mamy opinie wątpiących, czy wręcz nawet heretyków. A zatem wszystko wyjaśnione. Co kończy dowód.

Zapadła cisza (o ile w pomieszczeniu gdzie trwa w tle napięta dyskusja, można mówić o ciszy). Obydwaj magowie w głowach analizowali długi wywód w poszukiwaniu błędów i powoli zbliżali się do konkluzji. W końcu ten nowo przybyły oznajmi głośno:

– Nie. Ja tam nadal się nie zgadzam. Według mnie to wciąż herezja. Nawet jeśli bardzo logiczna. – I odszedł od grona, nieco wzburzony.

Arion pokręcił głową z dezaprobatą. Wiedział jednak, że niektórych po prostu nie da się przekonać. Dowodziły tego powracające cyklicznie kłótnie obu stron na ten temat. I jakoś ani jedni, ani drudzy nie dawali się przekonać.

– Cytując ciebie Neratisie – powiedział Vernan, obserwując zdegustowaną minę autora wcześniejszego wywodu. – „Nie cierpię, gdy obie strony mają rację. Niezależnie co wtedy zrobisz, i tak wyjdzie źle”.

Przyjaciele spojrzeli na siebie, po czym wybuchli zgodnym śmiechem. Nawet Arion nagle się wypogodził. Rzekł chwilę potem:

– Ale tak na serio, to co o tym sądzisz? Rzadko się zdarza sytuacja, w której takie teorie nie wywołują w czarodzieju wzburzenia.

– Technomagom nie da się wytknąć braku racjonalizmu – powiedział mag, spoglądając na wciąż dyskutujących członków Rady. – W końcu to wasza specjalność, nie bez powodu nazywa się was „Wyznawcami Logiki”. Jednak twój wywód tak bardzo uderza w klasyczne myślenie większości ludzi, a także w to, jak zostaliśmy wychowani lub, w przypadku nas czarodziejów, nauczeni, że nie da się temu przyznać racji. To tak jakbyś tłumaczył Wielkiemu Cesarzowi, iż Warderlon w przyszłości mógłby być jego sojusznikiem. Przecież on w to nigdy nie uwierzy! W końcu zarówno historia, jak i jego wychowanie absolutnie temu przeczy. Dodatkowo przecież służy on Bezimiennemu, największemu wrogowi Boga Ciemności, którego wyznają Warderlończycy. Nie licz na sukces. To wygląda, jakbyś rzucał grochem o ścianę.

– Ale w rozumowaniu nie ma błędu… Czyżby Wielki Cesarz nie potrafił tego zobaczyć? Podobno też jest człowiekiem racjonalnym, a to raczej zachowanie idioty…

Vernan spojrzał na Ariona groźnie, uświadamiając mu, że właśnie popełnił ten sam błąd co Denafir podczas głównej dyskusji – obraził Eneriasa Kaznera.

– Wybacz – rzekł pośpiesznie, spuszczając z tonu. – Nie to miałem na myśli. I już chyba rozumiem. Aczkolwiek sprawia to, iż na marne wydałem moją książkę. Jej głównym celem było przecież wskazanie ludziom inteligentnym, że wyznawanie nie jest niezbędne i istnieje alternatywa. Teraz jednak widzę, iż nic z tego nie będzie. Szkoda.

– Nie przejmuj się – powiedział Neratis i machnął dłonią – dzieło dostało się do podstawy programowej Uniwersytetu Technomagii. Jeżeli nie wpłynie więc na wszystkich, to chociaż na przyszłe pokolenie naszych kolegów po fachu.

Arion uśmiechnął się nieco, widząc, że jego praca nie poszła na marne i westchnął. Następnie pożegnał się z obydwoma, oznajmiając, iż musi porozmawiać jeszcze z kilkoma osobami.

Przyjaciele zostali właściwie sami, wrócili więc do obserwacji głównej dyskusji. Okazało się, że Agret wciąż spiera się z Denafirem, używając jednak przy tym już nie tylko argumentów, ale również niezłych przekleństw. Technomag pozostawał jednak niewzruszony, miał, bowiem, po swojej stronie kilku sprzymierzeńców. Całe szczęście, że temat zszedł w końcu z Wielkiego Cesarza, bo kontynuowanie go prawdopodobnie doprowadziłoby do walki na coś więcej niż słowa.

Vernan westchnął przeciągle i zwrócił się do przyjaciela:

– W ten sposób niczego nie osiągniemy. Może spróbujemy ogarnąć ich jakoś?

– To chyba zadanie przewodniczącego, nie sądzisz? – odparł spoglądając na Eneriona, który w skupieniu przeglądał swoje dokumenty, nie zwracając uwagi na ogólny hałas.

– Nie wygląda, jakby miał na ochotę podjąć się tego zadania.

– Spróbujmy go zatem przekonać. Jakoś nie widzi mi się zastąpienie go w tej sytuacji.

Podeszli powoli do mężczyzny i opisali mu pokrótce problem. Ten spojrzał na dyskutujących magów i pokręcił w milczeniu głową. Wolał czekać, aż kłótnia sama się skończy.

– Ale to może potrwać wieki! – krzyknął Vernan, chcąc za wszelką cenę przemówić mu do rozsądku

– On ma rację, Enerionie – poparła ich nagle Avineria. – Jak tak dalej pójdzie, nie skończymy przed zmierzchem.

Mężczyzna westchnął w końcu, pokonany przez silny argument wstał i zawołał głośno:

– Proszę o spokój! Zachowujmy się jak ludzie! Nie życzę sobie tu przekleństw i wyzywania! Nie możecie uzgodnić sprawy spokojnie?! Widzicie? – zwrócił się do przyjaciół. – Oni mnie nie słuchają.

Nagle jego zastępczyni poderwała się i ryknęła na cały głos:

– Zachować ciszę! I siadać na miejsca!! Jesteście bandą barbarzyńców czy inteligencją kaistlanckiego narodu?!

Dyskutujący mężczyźni odwrócili się zdziwieni, słysząc damski głos. Kobiety na stanowiskach magów bądź technomagów dopiero się przyjmowały, więc większość nadal nie była przyzwyczajona do ich obecności. Skoro jednak już przerwano dyskusję, większość uznała, iż należy posłuchać nakazu. Ostatecznie hałas powoli ucichł, a członkowie rady powrócili na swoje miejsca. Również Vernan i Neratis nie mieli dłużej czego szukać przy stole przewodniczącego i udali się ponownie na krzesła.

Enerion Vadiner, zadowolony, że w końcu sytuacja się nieco uspokoiła, wypogodził się i rzekł powoli, aczkolwiek stanowczo:

– Rozumiem, panowie, waszą irytację i chęć jak najszybszego rozwiązania konfliktu, ale krzykami i przekleństwami niewiele zdziałacie. Mam bowiem silne wrażenie, iż sytuacja jest patowa. Czarodzieje za nic w świecie nie dadzą się przekonać w kwestii bogów i prawidłowości wojny, co moim zdaniem nie jest zbyt zaskakujące, a technomagowie świadomi swej przewagi liczebnej mogą spokojnie ignorować większość naszej argumentacji – Denafir, główny obrońca idei wspierania sojuszu, skrzywił się nieco, słysząc, iż jego solidną argumentację zdyskredytowano i uznano, że poparcie ma tylko dzięki liczebności kolegów po fachu – W takim wypadku niewiele można zrobić. Dlatego wnoszę o odroczenie problemu. Przeprowadzimy ogólnokrajowe referendum wśród obu profesji i w ten sposób dowiemy się dokładnie, co sądzi większość z nas, a nie tylko obecni, bardzo zainteresowani tematem. Co o tym sądzicie?

Zebrani zastanowili się. Było to dość mądre posunięcie, umożliwiające precyzyjne zbadanie sprawy. Jednak odwlekało to problem, a przecież wojna nie powinna czekać. Koncepcja więc nie zadowalała w pełni żadnej ze stron.

Agret, będąc świadom przewagi liczebnej technomagów w całej Kaistlanii, mógł się spodziewać niepomyślnego wyniku. Z drugiej strony, skoro upewnił się już w poprzednim głosowaniu, że tutaj zdecydowanie przegrywa, takie posunięcie stawało się jedynym możliwym wyjściem.

Denefir zaś, mimo iż znał dobrze swoich kolegów po fachu i mógł przewidywać zwycięstwo, wolał załatwić sprawę jak najszybciej. Z drugiej jednak strony, uniknięcie kolejnych kłótni i sprzeczek wydawało się kuszącą propozycją.

Obie strony miały zarówno wiele do stracenia, jak i do zyskania. Prędko więc rozważyły to w klasycznej analizie opłacalności. I wynik chyba był korzystny, bo po jakimś czasie doszło do zgody i zatwierdzenia koncepcji.

– A zatem postanowione – oznajmił głośno Enerion, uradowany rozwiązaniem problemu. – Już jutro roześlę wiadomości do wszystkich naszych braci i sióstr w całym kraju. W przeciągu czterdziestodnia powinniśmy mieć odpowiedź. To optymistyczna wersja co prawda, ale…

Przemowę przerwał mu nagły hałas otwieranych drzwi. Rozległy się liczne szepty, a do pomieszczenia wkroczył dostojnie ubrany rycerz, zajmujący się organizacją bezpieczeństwa w siedzibie Rady.

– Wybaczcie mi to najście, szanowni państwo – oznajmił, kłaniając się nieco. Nauczono go szacunku dla ich profesji. – Jednak przybył właśnie królewski posłaniec i domaga się on natychmiastowej rozmowy z wami. Niestety, jako człowiek króla, ma do tego prawo. Zechcecie się z nim zobaczyć?

Magowie i technomagowie zaskoczeni spojrzeli po sobie. Takie sytuacje zdarzają się raczej rzadko. Ciekawe, czego chciał od nich władca…

– Em… oczywiście, nie śmiemy odmawiać jego królewskiej mości… przyprowadź go prosze – rzekł zdezorientowany Enerion.

Kilka chwil później do sali wkroczył dziarski młodzieniec, ubrany w tradycyjny strój posłańca. W sumie nie musiał przebyć zbyt długiej drogi, bo obecna kwatera główna jego wysokości znajdowała się zaledwie kilka przecznic dalej, mimo to wyglądał, jakby większość trasy przebiegł.

– Szanowni członkowie Kaistlanckiej Rady Magii – rzekł uroczyście, wiedząc, że wygłasza niezwykle ważną wiadomość. – Jak wiecie Król, przebywający obecnie właśnie tutaj, w Luxnerze, już od dwóch dziesięciodni zbiera wojska i według oficjalnych komunikatów, planuje za trzy dni wypłynąć w kierunku Nastilii, aby pomóc naszym sojusznikom, Cesarstwu Anarchijskiemu, w wojnie. Z tego właśnie powodu wymaga od was rzetelnej informacji, na wsparcie ilu magów bądź technomagów może liczyć. Jest on świadom, iż nie przywykliście do pośpiechu oraz obcych wymagań, jednak sytuacja jest, jak wiecie, wyjątkowa. Dlatego właśnie nalega, abyście natychmiast określili, kogo wysyłacie – przerwał, aby pozwolić wszystkim przetrawić tę informację, po czym dodał: – Poczekam tu z godzinę i gdy tylko ustalicie szczegóły, natychmiast przekażę władcy waszą wiadomość.

Gdy tylko wyszedł, Vernan wraz z Neratisem wybuchli tłumionym od jakiegoś czasu, głośnym śmiechem, zagłuszonym na szczęście przez nagłe rozmowy osób dookoła.

– Do dzisiaj nie wierzyłem w przeznaczenie – powiedział prędko technomag do przyjaciela. – Ale w obecnej sytuacji chyba to zmienię. Takie rzeczy po prostu nie mają prawa zdarzać się same z siebie!

– Przesadzasz – odparł rozmówca, wciąż się uśmiechając. – ale przyznać muszę, że rzeczywiście jest to nieco nieprawdopodobne. I chyba wywoła kłopoty.

Miał rację. Po chwili kolejne osoby wznawiały dopiero co przerwaną dyskusję. Tym razem jednak Enerion nie pozwolił jej się nawet odpowiednio rozgrzać. Wstał i krzyknął głośno:

– Wzywam Agreta Menafisa i Denefira Qanera do przedstawienia kluczowych części każdej z koncepcji!

Wezwani podeszli do stołu przewodniczącego i spojrzeli na siebie groźnie. Obydwoje wiedzieli, iż dochodzi do kulminacyjnego momentu dyskusji. Po chwili oczekiwania, analogicznie jak na początku, zaczął technomag:

– A zatem dlaczego mielibyśmy dołączyć do tej wojny? Po pierwsze, z czystej wdzięczności. Anarchijczycy raz już nam pomogli i nieuczciwe byłoby odmówienie im wsparcia. Ponadto należy przestrzegać warunków sojuszu, bo jego trwałość określa właśnie historia wzajemnych relacji. W końcu zasady są przecież po to, aby ich przestrzegać! – zamilkł na chwilę, aby nabrać więcej powietrza. – Kolejnym argument stanowi fakt, iż wspieranie przyjaciół jest tym, co odróżnia nas od Warderlończyków. Oni działają sami, my możemy ruszyć razem. I, co właśnie przyszło mi do głowy, pragnę zauważyć, że jeżeli tego nie zrobimy, to król prawdopodobnie cofnie większość dofinansowań, które nam wypłaca…

– Aha! – krzyknął natychmiast Agret, przerywając mówcy. – wszystko jasne! Tobie chodzi po prostu o pieniądze! Nie o żaden patrioty…

– Zamilknij, Menafis – ryknął Enerion, nieźle już zdenerwowany. Czarodziej spojrzał na niego w gniewie. Nie lubił, gdy zwracano się do niego po nazwisku. – Prosiłem o podsumowanie, a nie wznowienie dyskusji. Denafirze – tu zwrócił się do technomaga. – Czy masz coś jeszcze do dodania?

– Nie. Myślę, że jednoznacznie udowodniłem, iż powinniśmy dołączyć do króla.

– Czyli twoja kolej Agrecie… – rzekł przewodniczący, spoglądając na wciąż wzburzonego mężczyznę.

– Dlaczego powinniśmy odmówić pomocy w inwazji? Powód jest jasny! Po pierwsze, nic nie mamy do Leśnych Elfów, z którymi Cesarstwo zamierza walczyć. Po drugie, jest to prosta droga do zbliżenia naszej polityki do wrogiego Warderlonu. Trzeba też zauważyć, iż jest to ewidentna zdrada wobec bogów! Nie tylko naszego, Bezimiennego, ale również kilku innych. I na koniec, bądźcie świadomi, iż takie działania mogą w przyszłości przysporzyć Kaistlanii licznych wrogów, na czym nasze profesje niewątpliwie stracą. Dlatego należy się wystrzegać ów czynów, a co za tym idzie nie dołączać do tej głupiej wojny. I to wszystko, co pragnę powiedzieć.

Zapadła cisza. Wszyscy w milczeniu analizowali w głowach całą przeprowadzoną wcześniejszą dyskusję. W tym czasie przemawiający usiedli w końcu na miejsca.

– Co zamierzasz? – zapytał cicho Vernan swojego przyjaciela.

– Nie zmieniłem zdania. Wciąż jestem za pomocą – odparł Neratis, również szeptem. – A ty?

– Ja się wstrzymam. I mam prośbę, zrób tak samo. Jak już mówiłeś, jest to sytuacja, w której obie strony mają racje, a technomag i mag, wspólnie wolący nie oceniać, najlepiej wyrażą ten pogląd.

– No… dobrze – odparł rozmówca, krzywiąc się nieco. – Ale jeśli wynik nie będzie rozstrzygnięty, to w kolejnym głosowaniu już tego nie zrobię.

Przewodniczący podniósł się z miejsca, wziął głęboki wdech, po czym zapytał głośno:

– Kto jest za udzieleniem aktywnej pomocy Anarchijczykom, zarówno przez magów, jak i technomagów? – Podniosły się liczne ręce. Prędko je podliczono. – A kto uważa że nie należy tego robić? – Również szybko zliczono głosy. Ostateczny wynik był już po chwili znany.

– Pięćdziesiąt pięć procent głosów za i trzydzieści cztery przeciw. Reszta się wstrzymała – oznajmiła oficjalnym tonem zastępczyni przewodniczącego – A zatem wniosek przechodzi!

– Nie!!! – ryknął nagle Agret, ku zaskoczeniu większości – to po prostu niemożliwe!

– A jednak – odparł Denefir, uśmiechając się kpiąco. – Tak trudno zrozumieć, że przegrałeś?

– Stul dziób, wcale nie przegrałem! Nie mam zamiaru przebywać w radzie, która nie potrafi dojść do prawidłowych wniosków! Niniejszym ogłaszam, że odchodzę z tej opanowanej przez heretyckich technomagów instytucji. Więcej mnie tu nie zobaczycie! Drodzy czarodzieje! Zgodzicie się zapewne, że to jedyne wyjście. Kto jest ze mną?!

Ku zdumieniu obydwu przyjaciół z miejsc zaczęły podnosić się kolejne osoby. Spoglądały one gniewnie na przewodniczącego, po czym z miną wyższości wychodziły z sali. Po kilku minutach jedynymi magami w pomieszczeniu byli Vernan, Enerion i Avineria.

– Chyba mamy rozpad Rady – rzekł Neratis wśród ogólnej wrzawy, jaka nastała. Nawet Denafir nie bardzo wiedział, co powiedzieć i tylko klął pod nosem.

– Tak trochę – odparł jego przyjaciel smętnym tonem. – W końcu doszło do tego, że dwa poglądy wobec magii nie mogą już współgrać. Miejmy nadzieję, że nie pójdzie to dalej i nie wyniknie z tego jakaś wojna. Potrafiłbyś sobie takową wyobrazić?

– Myślę, że tak, ale wolałbym nawet nie próbować. Przez ostatnie kilkaset lat staraliśmy się prowadzić naszą naukę z dala od drogi chaosu i destrukcji, ale mimo to moglibyśmy szybko na nią powrócić. Ale zostawmy temat. Przed nami ważniejsze pytanie. Co robimy?

– Ja muszę porozmawiać z przewodniczącym. Zaczekaj chwilę.

To powiedziawszy, ruszył ku dołowi. Wiedział, iż wygląda, jakby również zamierzał opuścić salę, ale nie dbał o to. W końcu dotarł do nieco już przybitego mężczyzny:

– Enerionie… Wiem, że sercem popierasz innych magów – zaczął powoli, starając się nie urazić rozmówcy. – a obowiązek trzyma cię twardo wciąż tutaj, na twoim stanowisku. Jednak w obecnej sytuacji pozostawanie w Radzie opanowanej przez technomagów nie ma większego sensu. Z pewnością będą chcieli mieć kogoś ze swojej profesji jako przewodniczącego. Przykro mi, ale chyba nic tu po tobie.

– On ma rację – odparła stojąca obok Avineria. – Chodźmy stąd Enerionie. Na niewiele się zdamy w tej sytuacji.

Mężczyzna pokiwał smutno głową, po czym zaczął pakować dokumenty. Po chwili, wraz ze swoją byłą zastępczynią, również opuścił salę.

– A zatem zostaliśmy pozbawieni i przewodniczącego – powiedział Neratis, gdy jego przyjaciel powrócił na miejsce. – A co z tobą? Pozostałeś sam.

– Owszem – odparł Vernan, uśmiechając się nieco. – Ale pamiętaj, że jestem magiem bitewnym. Obecnie w innej branży co prawda ale… na studia szedłem myśląc iż walka to mój żywioł. Przyznaję, że nie miałem jeszcze okazji doświadczyć wojny, jednak do niej właśnie zostałem wyszkolony. Z wielką chęcią wyruszę z wami. Nawet jeśli otaczać mnie będą sami „heretycy”.

Rozmówca pokiwał głową wyraźnie zadowolony i rzekł:

– Miło mieć cię po swojej stronie, przyjacielu.

Tymczasem Denefir, kierujący właściwie w tej całej dyskusji technomagami, nieśmiało zajął miejsce przewodniczącego i powiedział głośno:

– Nie traćmy czasu moi drodzy, król na nas liczy. A zatem? Kto zamierza iść na wojnę?

 

 

******

 

Rozpad Kaistlankiej Rady Magii oraz pomoc technomagów w wojnie z elfami spowodowały, iż wycofano królewskie dofinansowania dla magów. W konsekwencji doprowadziło to do ostatecznego końca czarodziejów na Kahvelu. Jakieś sto lat później, wpływy posiadali już prawie wyłącznie ich konkurenci, a Kaistlania została uznana za państwo Technomagiczne.

Wielu technomagów poległo na wojnie, do której zdecydowali się dołączyć. Ponadto zdominowanie przez nich środowisk naukowych przysporzyło im wielu przeciwników w innych krajach oraz pogłębiło niechęć między dwoma zajmującymi się magią profesjami.

Koniec

Komentarze

Moje pierwsze dzieło. Ze zbioru opowiadań „Magia w Naszej Dłoni”

Jeedrzeju, czy Dwie strony magii są dziełem skończonym, czy fragmentem czegoś większego?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zacząłem ale zabrakło mi motywacji gdy zaciąlem się o dwa akapity infodumpu – może wrócę.

Swoją drogą jeżeli to tekst samodzielny to nie powinien wynagać tylu wyjaśnień w przedmowie – i tak nie spamiętam tych suchych faktów bez kontekstu – to odpycha czytelnika. Szczególnie przy 60k znaków i założeniu, że w połowie miałbym zaglądać do przedmowy. Tekst powinien bronić się sam – chyba że to fragment, ale te czytane są niechętnie.

Na początku odniosłem też wrażenie, że zbytnio starasz się opisać każdy ruch czy gest postaci.

Postaram się zmotywować wrócić później i przeczytać :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Czytając nawet nie odczuwało się, żeby te wyjaśnienia były potrzebne.

Tekst tak jak napisałem, pochodzi ze zbioru opowiadań. Zamierzam po jakimś czasie wrzucić kolejne(o ile nie trafią do kosza oznaczone jako “do bani”). Zasadniczo można spokojnie je czytać oddzielnie, razem się nieco inaczej na nie patrzy, ale zupełnie nie przeszkadza to w zrozumieniu. Przynajmniej moim zdaniem.

W skrócie, nie ma większego powiązania pomiędzy moimi tekstami, prócz świata i wydarzeń w tle :)

 

Jeśli wilk uważa iż wyjaśnienia są zbędne, mogę je usunąć. Po prostu bałem się że czytelnik poczuje się zagubiony w nowym uniwersum.

Wszyscy zginiemy

Hmmm. Przeczytałam ponad jedną trzecią i nie wciągnęło. Ot, jacyś politycy sprzeczają się o pieniądze i udział w wojnie. Mnóstwo infodumpów, prawie w ogóle zdarzeń. Wprowadzasz na początek cały tłum, a ja nie wiem, kto jest kim, kto jest ważny, kto jest głównym bohaterem, jaki jest jego cel…

Jak na tyle komentarzy z bety, to wykonanie kiepskie. Interpunkcja, zapis dialogów do totalnego remontu, liczby cyframi, inne drobiazgi…

– Witaj Neratisie! Nawet nie wiesz, jak się cieszę, że Cię widzę. – rzekł, gdy tylko znalazł się dostatecznie blisko.

Przecinek przed wołaczem. Ty, twój, pan itp. w dialogach piszemy małą literą. Tylko w listach dużą. Błędny zapis dialogu.

Obydwoje spojrzeli na siebie, po czym zaśmiali się cicho.

Obydwoje to mężczyzna i kobieta. A wydawało mi się, że to dwóch facetów rozmawia.

– Jak wiadomo, ponad 300 lat temu,

Liczby w beletrystyce raczej zapisujemy słownie. A już w dialogach – obowiązkowo.

Babska logika rządzi!

Mnóstwo infodumpów, prawie w ogóle zdarzeń. Wprowadzasz na początek cały tłum, a ja nie wiem, kto jest kim, kto jest ważny, kto jest głównym bohaterem, jaki jest jego cel…

Dokładnie z tym miałem problem przy becie. I głównie z tego właśnie powodu odpadłem po pierwszym akcie (pierwszy raz nie byłem w stanie przebrnąć przez całość betowanego tekstu). Ten tekst wygląda jak dziesiąty rozdział trzeciego tomu jakiejś wielotomowej sagi, a nie samodzielne opowiadanie.

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Odnośnie interpunkcji, zapisu i innych drobiazgów:

Betujący wykonali kawał dobrej roboty wykrywając dziesiątki podobnych błędów i stanowcza większość ich uwag(około 95%) została uwzględniona. Sam też oczywiście szukałem. Nie tu więc tkwi problem. Przewiduje, iż po prostu znalazłem zbyt mało betujących, jak na tak długi tekst. Postaram się następnym razem poszukać więcej chętnych. Póki co natomiast, niewiele więcej mogąc zrobić, zapewniam że każdy kolejny komentarz z podobnymi uwagami, zostanie uwzględniony.

 

Odnośnie braku zdarzeń, niewciągnięcia, zbyt wielu informacji na raz i tym podobnych:

Ogólnie wszyscy czytający mieli podobne wrażenia, przy czym każdy w innym stopniu(Vercenvarda aż powstrzymało to przed czytaniem). Nie będę ukrywał więc, że dwa lata temu, gdy pisałem ów opowiadanie również się nad tym wszystkim zastanawiałem. Obawiałem się iż przez to, dzieło zostanie zdyskwalifikowane na wejściu. Ostatecznie jednak, wolałem je zachować jako lekcje.

Co ciekawe jedna z osób czytająca je niedługo po ukończeniu, która zupełnym przypadkiem wcześniej bardzo wciągnęła się w ów uniwersum i konflikt między magami a technomagami, dała ocenę 10/10. Uznaję to za dowód racji Vercenvarda – o wiele lepiej to opowiadanie się czyta, znając już ów świat(Dlatego bardziej nadawałoby się na rozdział książki).

W skrócie więc… Rozumiem krytykę i zgadzam się z nią w pełni. Jedyne jednak co mogę w obecnej chwili zrobić to zapewnić iż:

#LessonLearned

Wszyscy zginiemy

Jeedrzeju, najlepiej zaczynać od czegoś krótkiego, szorta czy opowiadania 10-20k znaków :-) A skoro już wiesz na co zwracać uwagę to nie liczba betujących odegra rolę a to ile razy przeczytasz tekst i dokonasz autokorekty + pozwolisz tekstowi odleżeć (min. tydzień, lepiej dwa) i przeczytasz go ponownie.

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Mytrix moja metoda pisania wygląda mniej więcej tak:

1.Piszę fragment jednego dnia. Następnego dnia poprawiam fragment który jest już napisany i pisze kolejny. Tak póki nie napiszę całości(więc początkowe fragmenty bywają sprawdzane i 5 razy)

2.Po napisaniu czekam tydzień nie patrząc na opowiadanie. Potem sprawdzam ponownie.

3.Wysyłam do kilku zaufanych osób. One szukają błędów i niedopracowań. Aktualizuje na bieżąco.

4.Przygotowuje tekst do wstawienia na moją stronę. Sprawdzam po raz kolejny.

5.Tekst trafia na stronę. Dopiero wówczas rozważam wrzucenie go tutaj, do betowania.

 

Jeżeli to nie wystarcza, naprawdę nie wiem ile razy miałbym jeszcze sprawdzać :D

 

A co do szortów… Niestety nope. Próbowałem. Nie potrafię ująć nic sensownego w tak zwięzłej formie. Dowodem jest fakt, iż ów opowiadanie które tu wstawiłem ma 25 stron, a jest NAJKRÓTSZE z wszystkich moich opowiadań :P

Wszyscy zginiemy

A co do szrotów… Niestety nope.

Tez wolałbym nie pisać SZRotów XD

“Tekst ma się bronić sam. Pewnie, tylko bywa tak, że nie broni się on nie ze względu na autora, tylko czytelnika" --- Autor cytatu pragnie pozostać anonimowy :)

Lepiej? :P

Wszyscy zginiemy

szRota łatwiej betować, nie musi być bardzo sensowny by popracować nad techniką i dopieścić – moim zdaniem :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

No i łatwiej go wyrzucić na szrot, jeśli coś nie zadziała. ;-)

Babska logika rządzi!

Uff, przebrnąłem przez ten zapis obrad Sejmu Magicznego.

Na wstępie pomysł nie jest zły, a odpowiednio doprawiony mógłby być ciekawy. Kłótnia o fundusze to ciekawy wstępniak, później podnosisz stawkę poprzez dodanie motywu pójścia na cudzą wojnę. Idea nader ciekawa – niestety zarżnięta przez kilka elementów wykonania.

Po pierwsze, dla mnie za bardzo rozwlekłeś kwestię złota. Nim się dyskusja skończyła, czułem się znudzony tą komediową sprawą. Choć podkreślę, sama w sobie zła nie jest. Ale nie widziałem tutaj jakiejś ważnej stawki, poza kwestią komu i ile hajsu się należy. Choć dla niektórych to ważne – zwłaszcza w środowiskach naukowych ;)

Kiedy jednak już podnosisz napięcie poprzez dyskusję o pomocy w niesprawiedliwej wojnie niepewnemu sojusznikowi, wtedy zabijasz ją długimi i pełnymi szczegółów monologami o historii. Niestety branie przykładu z Sejmu czy Senatu RP, dawanie długich przemówień to droga do utraty czytelnika. Stawiam diamenty przeciwko orzechom, że sporą ich część dałoby się skrócić do maks kilku zdań, a sens by pozostał.

Sprawy nie ułatwia dwóch przedstawionych komentatorów, którzy są ni to grupą szyderców, ni to sędziami na ringu. Zachowują się często, jakby sprawy ich nie dotyczyły, mówią bezemocjonalne komentarze “Kapitana Oczywistego”. Innymi słowy – rozładowują poczucie konfliktu, jakie czułbym z powodu całej dyskusji.

Tekst więc cierpi na nadmiar zbytecznego światotwórstwa. Trochę jak mistrz gry na sesji rpg, rzucasz każdy możliwy fragment, by gracze polubili uniwersum, które tworzysz. Ale opowiadanie to nie sesja, a czytelnicy to nie jej uczestnicy. Mniej a ciekawiej to znacznie lepsza strategia. Gdybyś wyciął tę całą wiedzę historyczną, zostawił tylko wzmianki o wojnie nieumarłych jako błędzie magów, sojuszu z cesarstwem, który obliguje do pomocy nawet w niesprawiedliwej wojnie oraz różnicach doktrynalnych to tylko byś zyskał.

Technicznie już ocenili poprzednicy, ja zwróciłem uwagę na kiepskie żonglowanie słowem “magia”, często i gęsto powtarzanym. Nie ułatwia tego fakt, że słowa “techmagowie” i “magowie” mają ten sam człon przez co o takie powtórzenia łatwo.

Podsumowując: jest tu pomysł, ale jeszcze warsztatowo musisz popracować, Autorze, by dało się przeczytać do końca. Trudna to praca, ale potrzeba. Chwytaj przydatne linki:

Dialogi – mini poradnik Nazgula: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dialogi – klasyczny poradnik Mortycjana: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Podstawowe porady portalowe Selene: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o betowaniu autorstwa PsychoFisha: Betuj bliźniego swego jak siebie samego

Poradnik łowców komentarzy autorstwa Finkli, czyli co robić, by być komentowanym i przez to zbierać duży większy “feedback”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Powodzenia!

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki za linki. Część tych wątków czytałem już przed betą, ale wygląda na to, że innne mi umknęły. W każdym razie z pewnością przydadzą się w przyszłości :)

Wszyscy zginiemy

Nowa Fantastyka