- Opowiadanie: El Lobo Muymalo - Próba pojedynczo ślepa

Próba pojedynczo ślepa

Zapraszam, życząc strasznej lektury.

 

Ukłony dla Rosebelle i NoWhereMan za pomoc!

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Próba pojedynczo ślepa

112 me­trów

 

Pro­fe­sor dok­tor ha­bi­li­to­wa­ny Jan Par­dec­ki zgiął się w pół i niemal zwy­mio­to­wał. Z tru­dem opa­no­wał tor­sje, wziął kilka głębokich oddechów. Otarł czoło, spoj­rzał za sie­bie. Da­le­ko za nim, w głę­bo­kiej do­li­nie, nie­bie­ska­we świa­tła roz­pra­sza­ły mrok. Od la­bo­ra­to­rium dzie­li­ło go przy­naj­mniej sto me­trów. Zmu­sił się do dal­sze­go biegu, sko­czył w pa­pro­cie.

Jesz­cze przed kilkoma godzinami miał po­waż­ne obiek­cje wobec spa­ce­rów po lesie. Z uwagi na klesz­cze. Za­kra­wa­ło na ab­surd, jak wiele zmieniło się od tamtej pory. Pro­fe­sor miał teraz zgoła inny pro­blem.

Ktoś nie po­zwa­lał mu się zabić.

Było ciemno. Profesor w ostatniej chwili zobaczył zmurszały wykrot, skoczył, zawadził o drzewo stopą, upadł na gruby dywan pożółkłych liści. Zerwał się i pognał dalej, wpadając w gęste chasz­cze, kalecząc twarz i dłonie setką drobniutkich cierni. Sza­ro­zie­lo­ny gar­ni­tur prze­mókł od pokrytych rosą liści, ale Jan Pardecki nie zwró­cił na to uwagi. Nie przy­pusz­czał, że po­tra­fi biec tak szyb­ko. Pę­dził, mimo że w lesie było ciem­no.

Choć oko wykol.

 

 

20:01

 

Kiedy wcze­śniej tego dnia Par­dec­ki otwo­rzył drzwi ga­bi­ne­tu, od razu za­uwa­żył, że Kuba za­ło­żył czar­ny golf. Ten, który nosił zawsze, gdy miał lep­szy na­strój.

Profesor spojrzał na biały, plastikowy zegarek, leżący tuż obok sterty papierów na małym stoliku. Usiadł cięż­ko w bor­do­wym fo­te­lu, za­ło­żył nogę na nogę. Na sto­li­ku po­sta­wił fi­li­żan­kę ze zwisającą na sznureczku zieloną plakietką. Zapachniało bergamotką. Z wysłużonej skó­rza­nej tecz­ki wyjął notes, prze­ło­żył kart­kę, do ręki wziął dłu­go­pis. Po­dłuż­ne cie­nie kładły się na twa­rzy Kuby.

Młody czło­wiek, tak jak zwy­kle, wpa­try­wał się w pod­ło­gę. Prze­cze­sał pal­ca­mi zmierz­wio­ną czu­pry­nę, po­pra­wił oku­la­ry, uśmiech­nął się nie­śmia­ło.

– Myślałem, że pan też wyjechał – powiedział. Głos miał piskliwy. – Tak jak wszyscy.

– Jak mógłbym pominąć naszą rozmowę? – Profesor odwzajemnił uśmiech. – Jak się dziś czu­jesz?

– Chyba le­piej. Wczo­raj nawet coś pi­sa­łem.

– Na­praw­dę? Przeczytasz?

Kuba uniósł głowę, spojrzał na Pardeckiego czarnymi oczami, a potem znów opuścił wzrok.

– Wstydzisz się – stwierdził profesor.

Chłopak kiwnął głową.

– Może później? – zapytał.

– W porządku. Pisałeś już kiedyś?

Kuba skinął ponownie, westchnął, popatrzył w sufit.

– Pisałem dla jednej… dziewczyny – powiedział. – Listy miłosne, wie pan. Kiedy byłem jeszcze wrażliwym romantykiem.

– Już nie jesteś?

Kuba wziął głęboki oddech, głośno wypuścił powietrze.

– Ech, życie mnie zmieniło. Kiedyś było inaczej. Zupełnie inaczej. W liceum zakochałem się w takiej wrednej Gośce.

Profesor roześmiał się, zakrztusił, łzy napłynęły mu do oczu.

– Dlaczego wrednej? – zapytał, strzepując kropelki herbaty ze srebrnego krawata.

– No… Nie naprawdę wrednej, tylko wie pan, tak mi się powiedziało. – Kuba przymknął oczy. – Była bardzo szczupła, chuda nawet. Niektórzy twierdzili, że wpadnie w anoreksję. Miała takie czarne loki, które opadały jej na oczy. Kiedy chodziła po korytarzu zdawało się, że nic nie widzi i zaraz na kogoś wpadnie. A kiedyś… Kiedyś chciała spisać ode mnie zadanie z niemieckiego. Siedziałem wtedy na ławce i powtarzałem słówka. Pamiętam, że najpierw poczułem zapach perfum, takich słodkich, tanich. Ale ładnych. Podniosłem głowę i ujrzałem te czarne loki. A kiedy je odgarnęła… Pierwszy raz w życiu zobaczyłem, jakie miała oczy.

– Piękne?

– Mhm. Wielkie, piwne. Piękne. Przegadaliśmy wtedy całą przerwę i pół niemieckiego. Czułem się, jakbym znał ją od zawsze. Chyba już wtedy mnie wzięło, choć jeszcze długo nie dopuszczałem do siebie tej myśli. Tego uczucia.

– Byliście razem?

Kuba uśmiechnął się, wolno pokiwał głową.

– Wspaniałe czasy – powiedział. – Widywaliśmy się codziennie, a na wakacjach to i ze dwa razy dziennie. Kiedyś rodzice dali jej szlaban i wtedy, pamiętam, wszedłem do jej pokoju po drabinie, ha, serio, jak ten gość w serialu… Kojarzy pan? Ja też zapomniałem, jak się nazywał. I gość, i serial. Mniejsza o to. Raz pojechaliśmy nad Solinę. Wyobraża pan sobie? Domek w lesie, jezioro marzeń i my, tylko we dwoje. Plaża, spacery, wspólne posiłki. A nocami… – Kuba zamyślił się.

– Kiedyś – podjął – zapomnieliśmy zrobić zakupy i skończyło się na kolacji w McDonaldzie. Ale i tak było niesamowicie, chyba najlepszy wieczór tamtych wakacji. Gosia karmiła mnie kawałkami hamburgera, a potem zjadaliśmy frytki, biorąc je razem do ust, z obu stron, i kończąc pocałunkiem. Ludzie gapili się, jakbyśmy byli nienormalni. O północy szaleliśmy na tym placu zabaw, który jest przy każdym McDonaldzie, aż nas wyprosili, powiedzieli, że to tylko dla dzieci.

Profesor napił się herbaty. Zielona plakietka wpadła do kubka. Kuba uśmiechał się do wspomnień.

– Wiersz – powiedział nagle.

– Słucham?

– Pytał pan, co napisałem. Wiersz. Chce pan po­słu­chać?

– Pew­nie. – Pro­fe­sor po­pra­wił się w fo­te­lu, za­pi­sał coś w swoim no­te­si­ku.

Kuba za­kasz­lał. Z kie­sze­ni wyjął kart­kę zło­żo­ną na czte­ry czę­ści i za­czął czy­tać.

 

 

228 me­trów

 

Myślałem, że pan też wyjechał. Tak jak wszyscy.

Za­trzy­mał się, jęk­nął z bólu. Teraz w trze­wiach pa­li­ło go żywym ogniem. Oparł się, sa­piąc, o starą olchę, a stado pta­ków od­fru­nę­ło z ko­ro­ny drze­wa. Otarł pot z czoła, zdjął ma­ry­nar­kę, rzu­cił w zarośla. I po­biegł.

 

 

20:28

 

Kuba spojrzał znad kartki, a biały zegarek tykał miarowo w ciszy, która zapadła. Cie­nie prę­tów przecinały twarz młodego człowieka. Kuba za­krztu­sił się, prze­tarł oczy. Po­pa­trzył w pod­ło­gę i wes­tchnął cier­pięt­ni­czo.

– Nie skomentuje pan?

Profesor napił się herbaty. Zaschło mu w ustach, jakby to on czytał. Spojrzał na chłopaka łagodnie. Od­sta­wił fi­li­żan­kę.

– Nie znam się na poezji, ale myślę, że ten wiersz wiele mówi o tobie – powiedział.

– Czyli jest kiepski. Dlatego pan tak mówi. Na wierszach nie trzeba się znać, wiersze się czuje.

– Wolałbym rozmawiać o tobie, nie o poezji.

– To zabawne. Wie pan, kto był niespełnionym artystą?

– Jest wielu niespełnionych artystów.

– Hitler.

– Nie widzę związku.

– Widzi pan, widzi. Wydaje się panu, że już wszystko pan o mnie wie.

– A ja myślę – Pardecki wycelował w Kubę palec wskazujący – że to tobie się wydaje. Przecież nie umiesz czytać w myślach. Uważasz, że już cię zaszufladkowałem, a tak naprawdę tylko umieszczasz we mnie swoje własne przekonania.

Par­dec­ki napił się her­ba­ty. Kuba za­czął kasz­leć.

 

 

278 me­trów

 

Wie pan, kto był niespełnionym artystą?

Pro­fe­sor musiał przystanąć. Zgiął się w pół i jęknął głośno, przyciskając ręce do brzucha. Było coraz go­rzej. Miał wra­że­nie, że coś chce z niego wyjść, rozdzierając przy tym żołądek na strzępy. Teraz wyraźnie sły­szał szyb­kie kroki, wo­ła­nie, coraz głośniejszy szelest krzaków.

Wie pan?

 

 

20:43

 

Kuba pa­trzył w pod­ło­gę, wy­ła­my­wał palce. Czoło zmarsz­czo­ne, usta za­ci­śnię­te.

– Już czwartek – po­wie­dział. – Jutro przypływa prom. Będę mógł wró­cić do domu?

– Roz­ma­wia­li­śmy o tym. Wiesz, że to nie jest dobry pomysł.

Kuba wes­tchnął. Ukrył twarz w dłoniach.

– Cho­dzi o tego kota, tak? – zapytał po chwili.

– Między in­ny­mi. Choć miałem raczej na myśli pielęgniarza. Jak on się nazywał?

– Nie wiem. I mam to gdzieś.

– Chciał­bym o tym po­mó­wić. O twojej, nazwijmy to, wybuchowości.

– Czego jesz­cze pan nie wie?

– Uparcie twierdzisz, że to przez tabletki. A jednak już podczas wywiadu wstępnego, zanim rozpoczęliśmy eksperyment, twoje wypowiedzi wskazywały na wysoki poziom agresji. Jak może pamiętasz, w MMPI uzyskałeś…

– Czego pan oczekuje?

– Szczerości.

Kuba parsknął. Po­pa­trzył w bok, na ścia­nę. Pro­fe­sor uniósł otwar­te dło­nie.

– Słu­chaj, nie oce­niam cię. Ale ważne jest, by o tym rozmawiać.

Chłopak wes­tchnął i spoj­rzał na Pardeckiego.

– To te tabletki.

Profesor zmarsz­czył czoło, za­pi­sał coś w no­te­sie.

– Przyjmijmy… – Założył okulary. – Przyjmijmy, że tak jest. W jaki sposób ci szkodzą?

– Nie wiem. Na po­cząt­ku było okej. Do­pie­ro jakoś po dwóch ty­go­dniach za­czą­łem czuć się dziw­nie.

– Dziw­nie?

– Ro­bi­łem się strasz­nie wście­kły. Nie wie­dzia­łem, co mam zro­bić z tą zło­ścią. Nie mo­głem jej w żaden spo­sób stłu­mić ani roz­ła­do­wać. Pil­no­wa­łem się, za­my­ka­łem w po­ko­ju i wy­rzu­ca­łem klucz, ale to było sil­niej­sze. Wy­wa­ża­łem drzwi, a potem i tak robiłem te straszne rzeczy. Jakbym był uza­leż­nio­ny. Jak­bym cał­ko­wi­cie tra­cił nad sobą kon­tro­lę. Wstydzę się tego.

Kubą wstrzą­snę­ły tor­sje. Za­kasz­lał, a potem roz­pła­kał się. Pro­fe­sor pa­trzył na niego ze współ­czu­ciem. Młody człowiek obtarł oczy rękawem swetra.

– Ale ja na­praw­dę nie je­stem po­two­rem! – łkał.

Pardecki podał mu pu­deł­ko z chu­s­tecz­ka­mi. Chło­pak wziął jedną i otarł łzy.

– Kuba – Profesor spojrzał znad okularów. – Dlaczego kłamiesz?

Oczy chłopaka były zaczerwienione od płaczu. Pociągnął nosem.

– Ja kłamię?

– Od samego początku. Tak się składa, że mam tu zdję­cie Małgorzaty. I wiem jak było naprawdę, czytałem raporty. Nigdy nie byliście razem na wakacjach, w ogóle nigdy nie byliście parą! Być może ty tak twierdzisz, ale ona mówiła co innego. I wiem, jak wyglądał wasz spacer. – Pro­fe­sor wyjął z tecz­ki fo­to­gra­fię. – Boże, kłamałeś nawet co do koloru jej włosów!

Kuba spoj­rzał na zdjęcie i po­now­nie wy­buch­nął pła­czem.

– Nie muszę ci chyba przypominać – pod­jął Pardecki – że miało to miejsce na długo przed eksperymentem.

Kuba spu­ścił głowę. Otarł oczy wierz­chem dłoni.

– Ja nie chcia­łem… – po­wie­dział cicho. – Ja na­praw­dę nie chcia­łem.

 

 

322 metry

 

Ja nie chciałem.

Bo­la­ło jak dia­bli. Coś, co zalegało w żołądku, zdawało się ważyć dwa razy więcej, niż jeszcze przed chwilą. Pro­fe­sor splu­nął, otarł pot z czoła, ale nie zatrzymał się.

Ja na­praw­dę nie chcia­łem.

 

 

20:53

 

– Panie pro­fe­so­rze?

– Tak?

Kuba za­ci­skał dło­nie na prę­tach klat­ki.

– Może mógł­bym je od­sta­wić?

Pro­fe­sor po­krę­cił głową.

– Nie mo­że­my teraz prze­rwać. Przecież wyszedłeś warunkowo, chcesz wrócić do więzienia?

– Wyszedłem, a nadal siedzę w klatce. 

– Otrzymałeś też honorarium. Ile to było?

– Czter­dzie­ści ty­się­cy. Ale to nie­waż­ne. Coś jest nie tak.

– Wszyst­kie po­ten­cjal­ne skut­ki ubocz­ne były ci znane.

– Widać nie wszystkie. Coś jest nie tak.

– Co ta­kie­go?

– Znowu je­stem strasz­nie wście­kły. W każ­dej chwi­li mogę wy­buch­nąć.

Pro­fe­sor zdjął okulary, przetarł zaparowane szkła mankietem koszuli.

– Zgłosiłeś to lekarzowi prowadzącemu?

Kuba popatrzył na niego, unosząc brwi i wytrzeszczając czarne oczy. Parsknął.

– Powiedział, że tak ma być.

– Dlaczego mu nie wierzysz? Zresztą myślałem, że już to wyjaśniliśmy. Ale powtórzę: od dzie­ciń­stwa od­zna­cza­łeś się wy­so­kim po­zio­mem agre­sji. Prze­pro­wa­dzi­li­śmy wy­wiad, wy­peł­nia­łeś testy…

Kuba za­kasz­lał.

– Myli się pan – po­wie­dział cicho. – Nie aż tak wysokim, jak teraz.

Pro­fe­sor wolno po­krę­cił głową.

– Myli… – Kuba zaka­szlał znowu, brzydko, gardłowo. – … się pan.

– Za­ufaj mi. Ta substancja nie ma dzia­ła­nia psy­cho­ak­tyw­ne­go, nie pokonuje bariery krew-mózg. Agre­sja jest w tobie i tylko ty je­steś za nią od­po­wie­dzial­ny.

Chłopak zła­pał się za brzuch.

– Więc je­stem po­two­rem? – wycharczał.

– Tego nie po­wie­dzia­łem.

– Ale tak pan po­my­ślał.

Kubą wstrzą­snę­ły tor­sje. Jęknął, zgiął się w pasie, przycisnął ręce do brzucha. Po kolejnym skurczu z jego ust wy­su­nę­ło się coś cien­kie­go i ciem­ne­go. Wy­glą­da­ło jak krót­ki patyk. Kuba wytrzeszczył oczy, kilka razy prze­łknął ślinę. Po­mógł sobie ręką i we­pchnął to coś z po­wro­tem do gar­dła.

Pro­fe­sor po­czuł za uchem zimną struż­kę. Zga­nił się za nie­roz­sąd­ny lęk, który się w nim po­ja­wił.

– Widział pan to?

– Wszystko w normie. Owszem, zapewne nie jest to przyjemne, ale poświęcasz się dla dobra nauki. Zresztą nie za darmo.

Kuba otarł usta rę­ka­wem czar­ne­go golfa. Pokręcił głową, uśmiech­nął się zło­śli­wie.

– Nic pan nie rozumie. – Zmrużył oczy. – Jak pan myśli, dlaczego trzymają mnie w klatce?

– Wiesz dobrze dlaczego.

– Chcę znać pana opinię.

– Zaatakowałeś pielęgniarza, a nie chcieliśmy przypinać cię do łóżka. Klatka być może wygląda okrutnie, ale w rzeczywistości jest bardziej humanitarna niż pasy. Nie mówiąc o kaftanie. A ty nie zagrażasz sobie, tylko innym.

Kiedy profesor mówił, Kuba cały czas energicznie kręcił głową, z zamkniętymi oczami i szeroko rozciągniętymi w uśmiechu, zaciśniętymi wargami.

– Nie, nie i jeszcze raz – nie. Nie ma pan pojęcia, co tu się dzieje.

– A ty masz?

– Może.

– Więc powiedz mi.

Kuba pokręcił głową.

– Pan uważa mnie za potwora. I kłamcę. I tak pan nie uwierzy.

– Siedzisz w klatce, bo jesteś agresywny. Koniec tematu! – profesor podniósł głos.

Kuba zamyślił się. Przytknął do ust palec wskazujący, jak gdyby szukał w głowie odpowiednich słów.

– Niech mi pan powie tylko jedno. – Jego oczy błyszczały. – Czy myśli pan… Czy myśli pan, że klatka to dobre zabezpieczenie? Nie lepsza byłaby, dajmy na to, pancerna szyba?

Profesor roześmiał się, a raczej chciał roześmiać, lecz z jego gardła, coraz bardziej zaciśniętego, wydobyło się jedynie urwane parsknięcie.

– Za dużo amerykańskich filmów – powiedział. – Przez szybę nie mógłbym z tobą rozmawiać.

Mimo usilnych starań jego głos nie zabrzmiał tak pogodnie, jak by sobie tego życzył. Kuba uśmiechnął się triumfalnie, lecz po sekundzie uśmiech ten zgasł i zastąpił go wyraz dojmującej pogardy.

– Teraz wiem już na pewno – powiedział. – Pańska ignorancja w kwestiach bezpieczeństwa zdradza wszystko. Nie ma pan pojęcia, na czym polega ten eksperyment.

Profesor poczuł dziwny skurcz w żołądku. Zrobiło mu się gorąco, odruchowo otarł czoło wierzchem dłoni. Było mokre. Kuba uśmiechnął się leciutko.

– Mylisz się – powiedział Pardecki. Przełknął ślinę. – Mylisz się.

Kuba przechylił głowę, uniósł brwi.

– Więc dlaczego klatka? – zapytał znowu.

– Bo jesteś agresywny, do jasnej cholery!

– Proszę się nie denerwować. Nie wie pan, ale spieszę wyjaśnić. Klatka jest po to, żeby dać panu złudzenie bezpieczeństwa. Powtarzam – złudzenie. Żeby pan nie uciekł. A jednocześnie mnie – Kuba wstał z krzesła, zgarbiony, z załzawionymi oczami i czołem lśniącym od potu – umożliwić wydostanie się z niej.

– Bzdura. Dlaczego mieliby to robić? – Profesor z niezadowoleniem zauważył, że jego głos drży. Sięgnął do pudełka z chusteczkami. Wyjął jedną i otarł czoło.

– Taki pan mądry i wykształcony, a nie rozumie pan podstawowej sprawy – powiedział młody człowiek. – Ten eksperyment nie jest przeprowadzany na mnie, ale na panu, profesorze. Pan jest tą, jak wy to mówicie, zmienną zależną, a ja – niezależną. Badaniu podlega oddziaływanie mnie – Kuba wskazał palcem na siebie – na pana.

Pardecki przełknął ślinę. Zacisnął dłonie na drewnianych podłokietnikach. Leżący na kolanach profesora notatnik zamknął się z cichym klapnięciem.

– Doprawdy – żachnął się Pardecki. – Ty naprawdę uwielbiasz kłamać. Ale ta historyjka jest wyjątkowo niespójna. Wszystko pokręciłeś. Mogłeś się bardziej postarać.

 

Aby teo­rię uznać za praw­dzi­wą, nie­wy­star­cza­ją­ca jest sama ob­ser­wa­cja zja­wi­ska. Ko­niecz­ny oka­zu­je się sze­reg stan­da­ry­zo­wa­nych eks­pe­ry­men­tów, zgod­nych z me­to­do­lo­gią nauk, powtarzalnych i kontrolowalnych. Jeśli prze­pro­wa­dze­nie ta­kich badań jest nie­moż­li­we, nie mamy do czy­nie­nia z ni­czym wię­cej, jak z do­my­sła­mi.

W niektórych publikacjach, zwłaszcza z nurtu psychodynamicznego, natknąć się można na opisy bezprzedmiotowego odczucia lęku, które ma jakoby towarzyszyć kontaktowi z osobami o cechach antyspołecznych. Odczucie to jednak, jako takie, jest nieweryfikowalne naukowo i tym samym zdumiewającym jest, jak poważnie traktują je uznani, zdawałoby się, przedstawiciele różnych szkół psychoterapeutycznych.

 

prof. dr hab. n. med. Jan Pardecki

wykład z psychologii klinicznej dla studentów IV roku Uniwersytetu Warszawskiego

 

 

20:59

 

Już od pewnego czasu profesor wypierał narastający w nim lęk. Lęk, który teraz narastać przestał. Zamiast tego – wybuchł, nagle i dojmująco, jak gdyby całe ciało Pardeckiego krzy­cza­ło, że zaraz sta­nie się coś złego. Lęk natarczywy, przenikliwy, świdrujący umysł jak wiertło udarowe. Ale zu­peł­nie nie­ra­cjo­nal­ny. Dla­te­go pro­fe­sor nie uciekł.

Zamiast tego siedział i czuł, że w głowie mu wiruje. Całe jego ciało stężało. Kuba zacisnął dłonie na stalowych prętach. Wsunął pomiędzy nie głowę najdalej jak potrafił, aż nacisk naciągnął skórę na jego twarzy, paskudnie ją deformując.

– Nie wolno przeprowadzać eksperymentów, które wiążą się z ludzką śmiercią – powiedział, wytrzeszczając szkliste oczy. – Ale przecież to nie będzie eksperyment. To będzie wypadek. Mimo zachowania procedur bezpieczeństwa. Podwójna korzyść. Badanie wykonane, świadkowie nie istnieją. Ale ja nie spełnię ich zachcianek, o nie. Znajdą pana żywego i cały świat dowie się, co tu się dzieje. Congratulations! – zawołał, nagle rozbawiony. – You played yourself.

Profesor nie znał angielskiego, obywał się bez niego całe życie i nie widział powodu, by to zmieniać. Z tego, co Kuba powiedział, zrozumiał tylko "gratulacje". Ale nie miało to znaczenia, bo i tak pięć sekund później wszystko stało się jasne.

Kuba za­mknął oczy i na­piął wszyst­kie mię­śnie. Dyszał głośno, raz po raz gwał­tow­nie wcią­gając brzuch, uci­ska­jąc prze­po­nę. Charczał, jakby chciał zwy­mio­to­wać. Z jego ust coś się wy­su­nę­ło. Wy­glą­da­ło jak metrowej długości wąż, kabel lub… macka. Czarne, o grubości kciuka, po­kry­te zazębiającymi się szerokimi łuskami. Wygięło się jak kobra, za­wi­sło w powietrzu, kołysząc się wolno przed głową chłopaka.

Notes spadł na pod­ło­gę. Pro­fe­sor roz­dzia­wił usta.

Pot spły­wał mu po twa­rzy. Głos drżał. Pardecki miał mięk­kie nogi. Macka po­wo­li ru­szy­ła ku niemu.

– Kuba, pro­szę. Ja nie chciałem cię skrzywdzić. Myślałem, że…

Prze­śli­znę­ła się mię­dzy prę­ta­mi klat­ki, otar­ła o jeden z nich, pozostawiając lepką maź.

 Spa­ra­li­żo­wa­ne stra­chem mię­śnie pro­fe­so­ra od­ma­wia­ły po­słu­szeń­stwa. Stał jak za­mu­ro­wa­ny. Macka za­wi­sła w po­wie­trzu kilka cen­ty­me­trów od jego twa­rzy. Kończyła się wiązką cieniutkich, białawych żyłek. Żyłki wy­su­nę­ły się nieco, za­fa­lo­wa­ły, łaskocząc w koniec nosa. Zalśniły na niebiesko.

Nagle Pardecki od­zy­skał wła­dzę w ciele. Obrócił się i sko­czył do drzwi. Zła­pał klam­kę. Wy­star­czy, by ją na­ci­snął, a znaj­dzie się w ko­ry­ta­rzu. Tam zo­ba­czy go ochro­na.

Runął na pod­ło­gę, kiedy coś zła­pa­ło go za kost­kę. Lecąc w dół, przy­wa­lił o klamkę czołem. Macka oplo­tła się wokół nie­bie­skiej skar­pe­ty i po­cią­gnę­ła go, aż prze­je­chał ple­ca­mi po pod­ło­dze i wyrżnął o klat­kę. Wtedy chwyt puścił. Pardecki ze­rwał się znowu i po­biegł do drzwi. Zanim ich do­padł, coś twardego i ośli­złe­go oplo­tło mu szyję, szarpnęło w tył, aż stracił dech i upadł na plecy. Następnie macka odwinęła się z jego szyi i profesor łapczywie zaczerpnął powietrza. Zanim, oszołomiony, zdołał wstać, poczuł jak zimne, mokre żyłki pełzną mu do ucha.

 

 

21:02

 

Czuł się dziw­nie. Korytarz przed sobą widział jak przez mgłę. Białe ściany zdawały się teraz niebieskawe, obraz przed oczami kołysał się, rytmicznie przybliżał i oddalał. Profesor szedł naprzód, stawiając niezdarnie nogę za nogą. Kie­rował się do stró­żów­ki, choć wcale tego nie chciał. Nie chciał tam iść, za­pu­kać do drzwi i obu­dzić ochro­nia­rza. Ale właśnie to zro­bił.

– Co panu jest? – Człowiek, który otworzył, nosił niebieskawą koszulę i łysiał na potęgę. Resztki włosów po bokach głowy zgolone miał krótko, przy samej skórze. Nazwisko, napisane na przyczepionej do koszuli plakietce, rozmywało się w oczach profesora. Pardecki domyślał się jednak, że jest to Paweł, bodajże Mazur, zatrudniony ledwie kilka tygodni wcześniej.

– Nie. Klucz. Do. Klat­ki – powiedział profesor, mimo że wcale powiedzieć tego nie chciał. Jego głos był prawie normalny, choć zabrzmiał obco, jakby posługiwał się nim ktoś inny. Paweł Mazur zmarsz­czył czoło.

– Nie ma mowy. Nie jest pan upo­waż­nio­ny.

Pro­fe­sor cze­kał na to, co zrobi jego ciało. Na słowa, które wypowie kontrolowany zewnętrznie język. W miarę swobodnie mógł myśleć, ale poza tym był tylko biernym obserwatorem wydarzeń. Ze sobą w roli głównej. Czuł, jak pot spływa mu do oczu, ale nie mógł otrzeć czoła.

– Co panu jest? – za­py­tał ochro­niarz.

– Chodź. Chodź.

Pro­fe­sor cof­nął się o krok, a Paweł Mazur wy­szedł za nim.

– Pan idzie do domu! – po­wie­dział.

Pro­fe­sor szedł tyłem. Wzrok kie­ro­wał przed sie­bie, ale nie pa­trzył na ochro­nia­rza. Mazur od­piął ka­bu­rę, położył dłoń na pistolecie. Ale kiedy Pardecki w końcu od­wró­cił się i ochro­niarz zo­ba­czył czarny przewód, biegnący od ucha profesora do pomieszczenia naprzeciwko, było już za późno. Macka wyskoczyła z głowy Pardeckiego, szarpiąc nim gwałtownie, aż profesor zatoczył się i wywrócił. Przed jego oczami w jednej sekundzie nastała ciemność, jakby ktoś zga­sił świa­tło.

 

 

396 metrów

 

Oparł się o drzewo, sapiąc ciężko. Podwinął nogawkę, dotknął łydki. Już nie krwawiła, została na niej tylko ciemna zaschnięta plama. Miał pecha. Rana okazała się draśnięciem.

 

 

21:05

 

Z tru­dem otwo­rzył oczy. W pra­wym uchu czuł prze­raź­li­wy ból. Świa­tło w po­ko­ju zdawało się ja­skra­we, aż pie­kły go oczy. Z wy­sił­kiem ob­ró­cił się na plecy. Po­ma­cał ucho, było mokre. Spojrzał na swoją dłoń i zo­ba­czył, że jest uma­za­na krwią. Zdał sobie spra­wę, że jest w po­ło­wie głu­chy.

Potem zo­ba­czył Kubę. Chłopak stał obok klatki, w środku zaś znajdował się teraz Paweł Mazur. Do jego ucha z gardła chłopaka biegł długi, czar­ny prze­wód. Ochroniarz wyglądał, jakby szeroko otwierał usta, gdyż dolna szczęka obwisła mu bezwładnie. Z kącika warg cie­kła ślina.

Pro­fe­sor wstał. Za­krę­ci­ło mu się w gło­wie, czar­ne plamy za­wi­ro­wa­ły przed ocza­mi. Za­to­czył się, pró­bu­jąc iść w kie­run­ku drzwi.

Roz­legł się huk, aż zabolały uszy. W ścia­nie pojawiła się dziura, try­snę­ła z niej fontanna pyłu. Po ko­lej­nym wy­strza­le pro­fe­sor po­czuł w łydce palący ból. Po­tknął się, upadł na stolik, łamiąc go swoim ciężarem, a ułożone w stertę dokumenty rozleciały się wkoło. Mały plastikowy zegarek potoczył się na środek pomieszczenia, gubiąc po drodze przeźroczystą osłonkę. Profesor krzyknął krótko, potem zacisnął zęby. Spojrzał w dół. Nogawka jego spodni była rozdarta, widoczna pod nią noga czerwona od krwi.

– Stój – po­wie­dział Paweł Mazur.

Miał dziw­ny głos. W ręce trzy­mał pi­sto­let.

– To. Nie. Ko­niec.

Mazur ce­lował do profesora spo­mię­dzy prę­tów. Twarz stojącego obok Kuby była ciemnoczerwona, oczy za­łza­wio­ne. Wystająca z gardła macka lśniła od ściekającej śliny.

– Ta­blet­ki – po­wie­dział ochro­niarz. Ude­rza­jąc o pręty klatki, sztyw­nym ru­chem wska­zał drugi stół, większy, stojący przy przeciwległej ścianie gabinetu. Na bla­cie leżał po­ma­rań­czo­wy po­jem­nik o kształ­cie cy­lin­dra.

– Kuba, pro­szę. Nie musisz tego robić.

Huk wy­strza­łu. Pył wy­pry­snął ze ścia­ny pięć centymetrów od głowy Pardeckiego.

– Ta­blet­ki.

Pro­fe­sor do­kuś­ty­kał do sto­li­ka. Otwo­rzył po­jem­nik. Pi­guł­ki były duże i białe, z ciem­no­zie­lo­ny­mi krop­ka­mi.

– Wszyst­kie.

Spoj­rzał na ochro­nia­rza. Mazur oczy miał otwar­te, ale nie­wi­dzą­ce i szkli­ste jak u trupa. Czarny przewód błyszczał w świetle jarzeniówki.

 

 

21:11

 

Pro­fe­sor zamachnął się z całej siły. Kuba od­ru­cho­wo za­sło­nił twarz. Pojemnik uderzył go w przedramię, a pi­guł­ki roz­sy­pa­ły się po pod­ło­dze. Na sekundę pozbawiona kontroli ręka ochro­nia­rza podrygnęła, puściła broń i pi­sto­let wypadł z klatki, przelatując pomię­dzy prę­ta­mi. Upadł pod stół. Kuba wy­szarp­nął mackę z ucha Ma­zu­ra.

Pro­fe­sor rzu­cił się do drzwi, ale przewód znów oplótł mu szyję. Wil­got­ne wło­so­wa­te czuł­ki wpeł­zły do ucha. Pardecki padł na czwo­ra­ki, potem wolno schy­lił głowę i zaczął zja­dać pi­guł­ki jak pies, ustami i językiem zgarniając je z podłogi. Ta chwi­la dłu­ży­ła mu się nie­mi­ło­sier­nie, ta­ble­tek mu­sia­ło być kil­ka­dzie­siąt. Zjadł wszyst­kie. Kuba po­ru­szył tu­ło­wiem i za­har­czał. Macka puściła profesora i z cichym chrobotem wsunęła się chłopakowi do gardła.

Po mi­nu­cie Pardecki za­czął beł­ko­tać. Od­zy­ski­wał przy­tom­ność. Kuba uśmiech­nął się.

– Zja­dłeś strasz­nie dużo – po­wie­dział. – Mi da­wa­li tylko jedną dzien­nie. Zo­ba­czy­my, kto tu jest po­two­rem.

Pro­fe­sor ru­szył się nagle i po­czoł­gał do le­żą­ce­go na pod­ło­dze pi­sto­le­tu. Ale Kuba był szyb­szy. Trza­snę­ła macka i broń śmignęła w prze­ciw­le­gły kąt po­ko­ju. Kiedy czar­ny prze­wód prze­la­ty­wał obok klat­ki, Mazur się­gnął po­mię­dzy prę­ta­mi i zła­pał go. Macka była śli­ska jak ryba. Paweł z całej siły za­ci­snął pię­ści. Wy­star­czy, jeśli wy­trzy­ma kilka se­kund.

– Ucie­kaj! – wrza­snął.

Pro­fe­sor ze­rwał się na nogi i za­to­czył. Po se­kun­dzie od­zy­skał rów­no­wa­gę i uciekł.

– Bę­dziesz taki sam! – Usły­szał za sobą, kiedy do­pa­dał ze­wnętrz­nych drzwi. – Taki sam!

 

 

454 metry

 

Szczę­ście w nie­szczę­ściu, po­my­ślał pro­fe­sor, kiedy wychynął z krzaków i zobaczył stare, suche drze­wo. Gruba gałąź ster­cza­ła aku­rat na wy­so­ko­ści jego głowy. Za­trzy­mał się, ła­piąc od­dech. Kuba był młody, a Pardecki miał już prze­cież swoje lata. Ale chyba mu uciekł.

Po­czuł silny skurcz żo­łąd­ka. Coś twar­de­go peł­zło prze­ły­kiem do ust.

Już bli­sko.

Wsłuchał się w otaczający go las. Cisza. Był sam. Od­piął pasek i wy­su­nął go ze szlu­fek. Oksy­do­wa­na klam­ra za­lśni­ła w świe­tle księ­ży­ca.

Szyb­ciej!

Za­wie­sił pasek na ga­łę­zi. Koń­ców­kę prze­wlókł przez klam­rę. Drugi ko­niec owi­nął sobie wokół szyi i za­wią­zał. Po­dob­no wy­star­czy ugiąć ko­la­na. Przy­naj­mniej gałąź wy­da­wa­ła się so­lid­na. Szczę­ście w nie­szczę­ściu.

Coś wal­nę­ło go w kark, aż za­ko­ły­sał głową. Po­czuł jak zimny, ośli­zgły wąż owija mu szyję i wpeł­za do ucha. Nie­zgrab­ny­mi ruchami roz­wią­zał pętlę i od­piął klam­rę. Rzu­cił pasek da­le­ko w za­ro­śla. Wtedy macka opuściła jego głowę.

Zo­ba­czył okrą­głe oku­la­ry, lśnią­ce w blasku księ­ży­ca. Kuba poruszył tu­ło­wiem i macka ze świ­stem prze­cię­ła po­wie­trze, po czym gład­ko wsu­nę­ła mu się do gar­dła. Chyba do­cho­dził do wpra­wy.

Chłopak splu­nął. Zdjął oku­la­ry i prze­tarł oczy pal­ca­mi. Uśmiech­nął się sze­ro­ko.

– Nie po­zwo­lę ci umrzeć – po­wie­dział. – Wzią­łeś tyle, że pój­dzie szyb­ko. Po­cze­ka­my tu, aż bę­dziesz taki jak ja.

Pro­fe­sor zgiął się w pół, kiedy tar­gnę­ły nim tor­sje. Kwa­śne soki żo­łąd­ko­we na­pły­nę­ły mu do ust. Czuł, że twar­de coś, co peł­zło przez jego prze­łyk, zna­la­zło się już w gar­dle. Z oczu po­cie­kły mu łzy.

– Kuba – wycharczał. – Pro­szę… Pozwól… mi… – Skur­cze wy­miot­ne. – Nie chcę…

– Być taki jak ja?

Młody człowiek zbli­żył się do po­chy­lo­ne­go pro­fe­so­ra. Po­ło­żył mu rękę na ra­mie­niu, na­chy­lił się do jego twa­rzy, spoj­rzał w oczy. Ro­ze­śmiał się gło­śno, aż z po­bli­skie­go drze­wa od­fru­nę­ły ptaki, trze­po­cąc skrzy­dła­mi wśród liści. Nagle pro­fe­sor skrę­cił tułów i z całej siły, z głośnym jękiem, rąb­nął Kubę pię­ścią. Tra­fił w pod­bró­dek. Kuba zrobił krok w tył, niezgrabnie, chaotycznie zamachał rękami, zatoczył się, a potem runął bezwładnie na ściółkę. Pro­fe­sor po­biegł.

 

 

497 me­trów

 

Po­biegł naj­szyb­ciej jak po­tra­fił. 

Mokre li­ście i ga­łąz­ki bez­li­to­śnie sma­ga­ły twarz. Jesz­cze kilka go­dzin wcze­śniej żywił po­waż­ne obiek­cje wobec spa­ce­rów po lesie. Z uwagi na klesz­cze. Za­kra­wa­ło na ab­surd, jak wiele się zmie­ni­ło. Pro­fe­sor miał teraz zgoła inny pro­blem.

Za plecami usły­szał kroki, szyb­ki bieg po ze­schłych li­ściach.

Pa­ni­ka. Ro­zej­rzał się. Roz­ło­ży­ste drze­wo. Gałęzie rosnące dość nisko. Ostat­ni raz wchodził na drzewo pięć­dzie­siąt lat temu, ale… Rękoma złapał jeden z ko­na­rów, o niż­szy oparł stopę. Z tru­dem i sa­pa­niem dźwi­gnął się i piął w górę. Chropowata kora obtarła mu skórę na policzku. Na sterczących ga­łąz­kach rozdarł spodnie, po­ka­le­czył ręce, a ułamany kikut dziab­nął go w oko, ale pro­fe­sor brnął dalej. Kiedy Kuba po­ja­wił się pod drze­wem, Pardecki był już całkiem wysoko.

Macka wy­strze­li­ła w górę. Profesor zro­bił duży, ry­zy­kow­ny krok. Prze­ło­żył nogę nad zmurszałą ga­łę­zią i zna­lazł się po dru­giej stro­nie pnia. Macka, go­niąc go, owi­nę­ła się wokół drze­wa. Pardecki prze­ska­ki­wał na ko­lej­ne konary, przy każ­dym kroku będąc pewnym, że tym razem spad­nie.

Po­tknął się, stra­cił rów­no­wa­gę. W ostat­niej chwi­li sta­nął na suchej gałęzi. Mokre od potu dłonie oparł o pień. Macka za­chro­bo­ta­ła gdzieś w wyższych partiach drzewa. Prze­śli­znę­ła się nad grubym konarem i ru­nę­ła na profesora z góry.

Po­czuł zna­jo­me zimno, kiedy ośli­zły prze­wód oplótł mu szyję. Macka za­ci­snę­ła się mocno, aż zaczął się dusić.

Wtedy roz­legł się trzask.

Sucha gałąź, na któ­rej stał, pękła. Runął w dół. Ściskający jego szyję przewód rozciągnął się, na­prę­ży­ł, zatrzeszczał pod ciężarem ciała.

Kuba roz­luź­nił uchwyt. Szyja Pardeckiego wy­śli­znę­ła się ze zwo­jów. Kiedy le­ciał w dół, szo­ru­jąc brzuchem o pień drze­wa, zo­ba­czył uła­ma­ną gałąź. Szczę­ście w nie­szczę­ściu, po­my­ślał, zanim kikut wbił mu się w oko.

Wrza­snął, jakby nie był czło­wie­kiem.

Wy­rżnął o zie­mię, przetur­lał się na plecy. Z pustego oczodołu krew buchała obficie, zalewając mu twarz. Wpływała do pozostałego oka, do nosa, ściekała po policzkach na pożółkłe liście. W ustach czuł jej metaliczny posmak. Krzyczał jak opętany, wci­ska­jąc w oczodół nasadę dłoni. Wstał, zatoczył się, potknął o wystający z ziemi korzeń. Wpadł na twardy pień drzewa, osunął się na kolana.

– Ja nie wie­dzia­łem, sły­szysz?!

Przetarł palcami jedyne oko. Rozejrzał się. Kuba znik­nął.

– Sły­szysz?!

Padł na czwo­ra­ki. Krew pły­nę­ła wart­ko.

– Zaraz się wy­krwa­wię. Za­bi­łeś mnie, ty su­kin­sy­nu! – Roześmiał się dziko, histerycznie, odrzucając głowę w tył, a jego głos niósł się po lesie. – Zabiłeś mnie!

Potem nagle zamilkł. Padł na zie­mię, wy­czer­pa­ny za bar­dzo, żeby dalej ta­mo­wać krwo­tok. Szczę­ście w nie­szczę­ściu, po­my­ślał, kiedy przed ocza­mi miał już tylko ciem­ność.

A kiedy całkowicie opuściła go świadomość, z jego żołądka, poprzez przełyk, gardło i rozdziawione usta, z chrobotem wypełzł czarny, pokryty łuskami wąż.

Koniec

Komentarze

Niby jest wszystko. ładny styl, budowanie napięcia, interesujące postaci, ale ostatecznie mam mieszane uczucia. Wąż/macka wysuwająca się z ust kojarzy mi się z kiczowatymi horrorami, co kłóciło mi się z klimatem opowiadania. Nie wiem też o co w tym wszystkim chodziło. Dlaczego wyhodowali w Kubie tego potworka i pozwolili puścić w świat? Mam też wrażenie, że zabrakło jakiegoś tła – gdzie się znajdują, po co, itp. Przyznam, że ciężko mi sformułować konkretne zarzuty.

Ogólnie uważam, że opowiadanie jest dobre, tylko nie dotarło do mnie. Chyba nie pojąłem wszystkiego w prawidłowy sposób, stąd wątpliwości.

Ślę pozdrowienia (według internetowego savoir-vivre, bo podobno nie powinno się pisać “pozdrawiam”) :)

Czaszka mówi: klak, klak, klak!

Dzięki za komentarz.

Cieszę się, że ogólnie nie było źle. :)

Kuba poddał się eksperymentowi za kasę i skrócenie wyroku, a wypuszczony został celowo, żeby przetestować jak “poradzi” sobie z profesorem, a przy okazji dla pozbycia się świadka – czyli profesora właśnie. Może za słabo to pokazałem.

Bez savoir-vivre ani rusz, dlatego ja też ślę pozdrowienia, zamiast ordynarnie pozdrawiać. ;)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Kuba spojrzał znad kartki, a biały zegarek tykał miarowo w ciszy, która zapadła.

 

Z trudem otworzył oczy. W prawym uchu czuł przeraźliwy ból. Światło w pokoju zdawało się jaskrawe, aż piekły go oczy. Z wysiłkiem obrócił się na plecy. Pomacał ucho, było mokre. Spojrzał na swoją dłoń i zobaczył, że jest umazana krwią. Zdał sobie sprawę, że jest w połowie głuchy.

Zbyt dużo zdań o podobnej konstrukcji; rytm robi się monotonny.

 

Mokre liście i gałązki bezlitośnie smagały mu twarz.

 

Ciekawa próba. Naturalnie wypadły dialogi, do tego uwiodło mnie wspominanie przez Kubę dziewczyny – nawet jeśli nieistotne fabularnie, to bardzo ładnie napisane. Co do narracji – życzyłbym sobie więcej urozmaicenia w konstrukcjach zdań, bo zbyt często bazujesz na schemacie. Wartka akcja cechuje się krótkimi frazami, zgoda, ale odrobina urozmaicenia by nie zaszkodziła. Fabularnie – zrozumiałem, że tabletki nie leczyły Kuby, lecz wywoływały w nim jego stan. Zabrakło mi szerszego kontekstu tej sytuacji – co to za badania, kto za tym stoi, dlaczego akurat taki wąż. Bez tego pościg z końcówki, choć pełen akcji, wypada nudnawo, bo jedyną niewiadomą czynisz, czy profesor przeżyje, czy nie. Zabrzmi to brutalnie, ale mało kogo to obejdzie, czytelnik pragnie mięcha, a mięchem są tutaj poskąpione informacje o etiologii węża. Na koniec jeszcze wspomnę, że bardzo fajny wstęp z tym “ktoś nie pozwalał mu się zabić”. Chwyta.

Podobało mi się mniej więcej do połowy, gdy mogłem śledzić rozwój interesującej relacji profesor – Kuba. Potem, gdy zaczęła się horrorowa jazda, już mniej. Może to przez to, o czym pisał Skull – nie bardzo wiadomo co jak i dlaczego. To znaczy wiadomo, ze Kuba robił dla kasy i skrócenia wyroku, wypuszczeni zostali celowo, i tak dalej, ale brakuje mi wyjaśnień kto przeprowadzał eksperyment, po co, na czym on polegał… Mimo, że tekst napisany sprawnie, zabrakło jakiegoś backgroundu. Choć przeczytałem że przyjemnością! 

Jak zwykle, ordynarnie pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

W dużej części zgadzam się ze Skulem. Ta wyłażąca z gardła macka kojarzy się z horrorem. “Obcy”? I nie mieści mi się we łbie taki eksperyment, w wyniku którego dwa zabójcze osobniki zaczynają hasać sobie po świecie. No, trzeba być idiotą, żeby coś takiego zorganizować. Wiadomo, że musi pójść źle. I usunięcie świadka mnie nie przekonuje. Tym bardziej, że on dorobił się własnej macki.

Edytka: Fajny tytuł. Intryguje i brzmi naukowo-medycznie.

Kuba poruszył tułowiem i zaharczał.

Ojjj. Paskudny ortograf.

Babska logika rządzi!

Dziękuję za komentarze.

 

MrBrightside:

Cieszę się, że wiele elementów przypadło Ci do gustu. Opis dziewczyny, jak słusznie zauważyłeś, sam w sobie nie miał znaczenia dla fabuły. Jego zadaniem było stworzenie obrazu Kuby jako wrażliwego chłopaka, którego można polubić. Właśnie po to, żeby potem zniszczyć ten obraz z hukiem. ;) Bardzo trafna uwaga z konstrukcją zdań. Dzięki za konkretne rady i klika. 

Fabularnie – zrozumiałem, że tabletki nie leczyły Kuby, lecz wywoływały w nim jego stan.

Właściwie nie miały go leczyć, ale właśnie ten stan wywołać, natomiast nie aż tak intensywny, jak to miało miejsce. Chyba problem ten sam, na który wszyscy zwracają uwagę – zbyt wiele rzeczy pozostawiam “w domyśle”.

 

 

thargone:

Podobało mi się mniej więcej do połowy, gdy mogłem śledzić rozwój interesującej relacji profesor – Kuba.

A ja właśnie miałem wątpliwości, czy ta część nie była za bardzo rozbudowana. Cieszę się, że nie i że przeczytałeś z przyjemnością. Pozdrawiam. :)

 

Finkla:

I nie mieści mi się we łbie taki eksperyment, w wyniku którego dwa zabójcze osobniki zaczynają hasać sobie po świecie.

Eksperyment miał miejsce na wyspie odciętej od świata, a profesor dorobił się macki dlatego, że eksperymentatorzy źle przewidzieli zachowanie Kuby, sądząc, że on po prostu zabije profesora. Ale wiem, że tłumaczenie w komentarzu to musztarda po obiedzie, zapewne za słabo to pokazałem (patrz niżej).

W “Obcym” chyba nie było takiej macki, ale nie jestem pewien. ;)

 

Ojjj. Paskudny ortograf.

Dzięki za wyłapanie, poprawiony. Z ulgą stwierdzam, że inne przypadki charczenia zapisałem poprawnie. ;)

 

Wszyscy: Zwracacie uwagę, że zbyt wiele elementów fabuły pozostaje bez wyjaśnienia i opowiadaniu brakuje szerszego kontekstu. Zatem moje noworoczne postanowienie brzmi: więcej wyjaśniać. :)

 

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

No, nie zauważyłam, że to wyspa ani inna odcięta od świata część. Zdecydowanie – trzymaj się postanowienia i powodzenia w realizacji. :-)

Babska logika rządzi!

Solidne opowiadanie, sprawnie napisana fabuła, za to plusy. Nie gubiłem się, mimo kilku zwrotów akcji wszystko przedstawiłeś przejrzyście. Pomysł może niezbyt wyrafinowany, ale historię uplotłeś ciekawą i spójną, to ważne.

Zgrzytała mi jedna rzecz, postawa profesora podczas terapii, rozmowy. Trochę nieprofesjonalna, jak na profesora. ;)

Profesor roześmiał się, zakrztusił, łzy napłynęły mu do oczu.

Chłopak nie powiedział nic śmiesznego. I profesor, który się śmieje z rozmówcy…

Przecież nie umiesz czytać w myślach. Uważasz, że już cię zaszufladkowałem, a tak naprawdę tylko umieszczasz we mnie swoje własne przekonania.

Profesor/terapeuta nie tłumaczy się pacjentowi podczas sesji.

– Od samego początku. Tak się składa, że mam tu zdjęcie Małgorzaty. I wiem jak było naprawdę, czytałem raporty. Nigdy nie byliście razem na wakacjach, w ogóle nigdy nie byliście parą! Być może ty tak twierdzisz, ale ona mówiła co innego. I wiem, jak wyglądał wasz spacer. – Profesor wyjął z teczki fotografię. – Boże, kłamałeś nawet co do koloru jej włosów!

Tu już całkiem lipa, od strony psychologicznej. Zarzuty do pacjenta? Jaki psycholog/profesor tak robi?

Całościowo utwór jednak się broni, wartka akcja na końcu trzyma w napięciu. Finał satysfakcjonujący. Podobało mi się.

Pozdrawiam.

 

Dzięki, Darconie, miło mi, że się podobało i dzięki za klik!

 

Jeśli chodzi o profesora to tak: z jednej strony zależało mi na tym, żeby – mówiąc wprost – nie był on zbyt dobrym terapeutą. Z tego powodu popełnia trochę błędów, jak choćby zignorowanie uczucia lęku (które przecież posiada znaczenie diagnostyczne i ignorowanie go w terapii to “a big no-no”). 

Z drugiej strony, nie ze wszystkim się zgodzę. :)

 

Profesor roześmiał się, zakrztusił, łzy napłynęły mu do oczu.

Chłopak nie powiedział nic śmiesznego. I profesor, który się śmieje z rozmówcy…

W moim zamyśle profesor śmiał się ze stwierdzenia “wredna”, jednak nie miał na celu wyśmiewania Kuby, tylko był rozbawiony tym sformułowaniem o dziewczynie, która się przecież chłopakowi podobała. Tutaj może ja zawaliłem bardziej niż profesor, skoro nie było w tym nic śmiesznego. ;)

 

Przecież nie umiesz czytać w myślach. Uważasz, że już cię zaszufladkowałem, a tak naprawdę tylko umieszczasz we mnie swoje własne przekonania.

Profesor/terapeuta nie tłumaczy się pacjentowi podczas sesji.

Wg mnie to nie jest tłumaczenie się, tylko zwracanie pacjentowi uwagi na sposób jego myślenia. W terapii jak najbardziej pożądane.

 

Tu już całkiem lipa, od strony psychologicznej. Zarzuty do pacjenta? Jaki psycholog/profesor tak robi?

To rzeczywiście było mało terapeutyczne, ale tu już właśnie chodzi o niezbyt wysoki profesjonalizm profesora i też o sytuację, która przecież terapią nie jest (teraz mogłem to pokazać, a na początku chciałem, żeby wyglądało właśnie na terapię).

 

Czy profesor może być tak nieprofesjonalny? Z doświadczenia stwierdzam, że tak, niestety. I tylko żal mi pacjentów, którzy myślą (i mają ku temu powody!), że jeśli ktoś ma “prof.” przed nazwiskiem to na pewno jest ekspertem w tym co robi. Można się mocno naciąć.

 

Pozdrawiam i jeszcze raz dzięki!

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Rozumiem pomysł na profesora. W takim razie dodałbym mu jakiś cech fizycznych (niedbały wygląd, rozczochranie, tudzież inne) lub zachowania (nerwowy tik, powtarzalne, mało sensowne, czynności), które “zdyskredytują” go, jako fachowca, w oczach czytelnika.

Co czytelnik to opinia ;-) 

Mi właśnie najbardziej podobało się to, że scena, która na początku wyglądała jak terapeutyczne spotkanie, szybko zaczęła przeradzać się w coś zupełnie innego, właśnie za sprawą zmian w zachowaniu Kuby i dziwnego "niepsychologicznego" podejścia profesora. 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Darcon, świetny pomysł, czytelnik nie nastawiały się wtedy na “modelową” postać, z jaką kojarzy się tytuł profesora. Odnotowuję. :)

 

Thargone, cieszę się, że tak to odebrałeś, bo tak właśnie chciałem to przedstawić. :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Mogłabym napisać, że to niezłe opowiadanie, gdyby informacje umieszczone w komentarzach znalazły się w tekście. A tak tylko czytałam i zastanawiałam się, o co tu chodzi i do końca nie byłam pewna, że właściwie pojęłam to, co przeczytałam.

 

- Jak się dziś czu­jesz? –> Zamiast dywizu powinna być półpauza. 

 

Za­ci­snął dło­nie na drew­nia­nych opar­ciach fo­te­la. –> Fotel ma jedno oparcie, za plecami siedzącego. Dwa są podłokietniki.

 

prof dr hab. n. med. Jan Par­dec­ki –> prof. dr hab. n. med. Jan Par­dec­ki

 

Mazur od­piął ka­bu­rę, po­ło­żył dłoń na chwy­cie pi­sto­le­tu. –> Nie znam się broni, dlatego muszę zapytać – co to jest chwyt pistoletu

 

Do jego ucha z ust chło­pa­ka biegł długi, czar­ny prze­wód. Ochro­niarz wy­glą­dał, jakby sze­ro­ko otwie­rał usta, gdyż dolna szczę­ka ob­wi­sła mu bez­wład­nie. Z ką­ci­ka ust cie­kła ślina. –> Powtórzenia.

 

po­zba­wio­na kon­tro­li ręka ochro­nia­rza wierz­gnę­ła… –> Ręce nie wierzgają. Wierzgać można nogami.

 

Kuba po­ru­szył tu­ło­wiem i za­har­czał. –> Kuba po­ru­szył tu­ło­wiem i za­char­czał.

 

Szczę­ście w nie­szczę­ciu, po­my­ślał… –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Patrz, nawet nie zauważyłem, że wpadło do poczekalni :)

Opinię znasz po becie, ale krótko w komentarzu, by system rejestrujący dyżurnych uwzględnił.

Tak więc pomysł tu jest, przedstawiasz go nieźle. Trochę mnie myliły te dwie linie fabularne, ale po poprawkach wyszło to dużo lepiej.

Niezły, nawet jeśli nieduży, koncert fajerwerków. Przeanalizuj teraz recenzje innych czytelników, pomyśl co poprawić i pisz dalej ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Reg,

dziękuję za łapankę, poprawione.

 

Mazur odpiął kaburę, położył dłoń na chwycie pistoletu. –> Nie znam się broni, dlatego muszę zapytać – co to jest chwyt pistoletu

To, za co się chwyta pistolet. ;) https://pl.wikipedia.org/wiki/Chwyt_pistoletowy

Ale zmieniłem, bo brzmiało tak sobie.

Diablo teraz żałuję, że poskąpiłem informacji, ale cóż, cieszę się, że chociaż potencjał był. :)

 

NoWhereMan

Dzięki jeszcze raz.

Wiem co poprawić, bo opinie Czytelników są dość jednoznaczne. :)

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Cieszę się, że mogłam pomóc. I dziękuję za wyjaśnienie. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja też znam już tekst, skoro betowałam. Mnie się podoba, jak już pewnie wiesz… Nie wiem, może po prostu mam mniej naukowe podejście, bo niespecjalnie się zastanawiałam nad tym kto i po co przeprowadzał taki eksperyment. Ponadto nie wydawało mi się, żeby dla treści opowiadania było to coś o dużym znaczeniu. Sądziłam raczej, że to rodzaj informacji, które można sobie dopowiedzieć. Wyszłam z założenia, iż eksperyment jest może wojskowy, że pracują nad jakąś tajną bronią, a za obiekt wzięli sobie jakiegoś delikwenta, za którym nikt nie będzie tęsknił. Natomiast sama historia i jej rozwinięcie wydały mi się ciekawe, a ja nie jestem wielką fanką horrorów, więc dla mnie to dużo znaczy. Podoba mi się motyw dwóch wyznaczników narracji: odległości i czasu. Dialogi też wypadają naturalnie (choć widziałam, że było to coś, z czym nie wszyscy się zgodzili). Tak, czy siak, ode mnie głos do biblioteki jest.

Pierwsza połowa tekstu mi się podobała. Lubię takie dialogi, szczególnie, gdy są napisane tak dobrze jak w Twoim tekście. Potem, niestety, zaczyna się akcja i wszystko zmierza do sztampowego zakończenia. Ale tak to już jest z horrorami. Za to napisane interesująco, odpowiednio budowałeś napięcie i świetnie skonstruowałeś dialogi. Podsumowując: mieszane uczucia, ale ogólnie bardziej na plus niż na minus :)

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Dzięki za nowe komentarze.

 

Rosebelle

dzięki jeszcze raz za betę i za klika. Wasza pomoc była dla mnie bardzo ważna.

Cieszę się, że się podoba. :) Też właśnie wychodziłem z założenia, że te informacje mogę pozostawić do dopowiedzenia sobie. Widzę jednak, że większości Czytelników tego brakuje, więc będę próbował teraz pisać trochę inaczej. 

 

Soku

Bardzo mi miło, że tyle aspektów Ci się podobało i że uważasz dialogi za świetnie skonstruowane. Dobrze też, że bardziej na plus. ;)

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Nadrabiania zaległości ciąg dalszy!

Hmm… Zadałeś mi tym tekstem solidny dylemat. Z jednej strony część psychologiczno-dialogowa wypadła wyśmienicie (w wykreowane postacie można jak najbardziej uwierzyć), dlatego opowiadanie z początku szalenie mi się podobało. Me gusta! :)

Sam początek sugerował intensywny horror i już nie mogłem się doczekać jak ze wstępu wejdziesz i poprowadzisz dreszczowiec. Tutaj niestety historia wypada gorzej. Sam motyw ucieczki “podmiotu” z jakiegoś podejrzanego eksperymentu jest ciekawy, a jednak w Twojej wizji czegoś mi zabrakło. Czego? Tu mam właśnie dylemat :P

Podsumowując, stworzyłeś porządny tekst z bombastyczną częścią pierwszą i… mniej udaną drugą. Zastanawiałem się nad tym, ale za to pierwsze dobre wrażenie i świetne dialogi Ci się należy. *klik*

 

Pozdrawiam serdecznie, Amigo! :) 

Jai guru de va!

Muchas gracias, Amigo, por el kommentarz y por el klikko!

Bardzo mi miło, że tak Ci się podobała pierwsza część. Z drugiej strony odrobinkę się obawiam o moje wyczucie (czy też jego brak), bo szczerze przyznam, że wydawała mi się ta część przydługa i zastanawiałem się, czy jej nie skrócić, co by Czytelników nie zanudzić. A tymczasem Tobie, ale też innym komentującym, szczególnie przypadła do gustu. Anyway, skoro szalenie Ci się podobało, to cieszę się bardzo i kłaniam, zamiatając piórkiem podłogę. ;)

Co do drugiej, brzydszej córki (czyt. części opowiadania) to jak myślisz, Amigo, czy gdybym podał więcej informacji, zarysował jakiś background, więcej spraw wyjaśnił, to byłoby lepiej? Czy to może być to “coś”, czego brakuje? Pytam, bo takie uwagi zgłaszali poprzedni komentujący, a ja też bardzo ciekawy jestem co mogę poprawić.

 

I ja pozdrawiam! :)

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Wydaję mi się, że więcej nieco wspomnianego backgroundu byłoby just so so! ;)

Jai guru de va!

Całkiem przyzwoite opowiadanie, nie rozumiem, czemu jeszcze nie ma go w bibliotece.

Nie przeszkadza mi, że właściwie nie wiadomo, na czym polegał ten eksperyment. Tajemnicze tabletki powodują, że komuś rośnie w środku wąż, który strzela macką i ogólnie podnosi poziom agresji. (Hmmm… Jak to sobie streściłam, nie brzmi zbyt interesująco. Prawdopodobnie to jest powód, dla którego to inni piszą opowiadania). Niemniej podobało mi się.

Przeczytałam z przyjemnością :)

 

Jaka miła niespodzianka. :)

Dziękuję, Anet, za odwiedziny i za ostatecznego klika do Biblioteki (wykańczające uderzenie, jak w golfie ;)).

Cieszę się bardzo, że sprawiło przyjemność. Fabułę odczytałaś zgodnie z moim zamysłem, a co do pisania opowiadań, to Ty potrafisz robić to bardzo ładnie, sam widziałem. 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Kłaniam się uprzejmie :)

Początek całkiem ciekawy i klimatyczny, zainteresował mnie. Horror jest na tyle niewdzięczny, że bardzo trudno utrzymać jego odpowiednio duszny i straszny poziom. W moim odczuciu udało Ci się to połowicznie. Do momentu w którym mieliśmy dużo zagadek i tajemnic było fajnie, później jak Kuba zmienił się w potwora trochę siadło. Szkoda, że nie pociągnąłeś dalej tematu eksperymentu i tej biednej dziewczyny, bo cały czas się zastanawiam, co tam się wydarzyło. ;)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki za odwiedziny. Cieszę się, że choć częściowo się podobało.

A ja właśnie miałem wątpliwości, czy wątek rozmowy nie jest zbyt długi i nudny, i czy nie lepiej byłoby szybciej przejść do akcji. Jak widać nie. :)

A co się wydarzyło – no, oczywiście bardzo dużo i to rzeczy niebanalnych. ;)

 

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Chyba mam jak inni. Pierwsza połowa naprawdę wciąga, dobre dialogi, tajemnicza postać Kuby i pytanie, jakie pojawia się w głowie czytelnika – co to za eksperyment? – i które podtrzymuje napięcie. Gdyby tylko utrzymać cały tekst na takim poziomie, byłoby naprawdę dobrze. Niestety druga połowa prezentuje nieco inny poziom – jak zauważył Skull, kiczowatego horroru. 

Co jeszcze? Klimat poczułem, czytało się dosyć szybko. Napisałeś dobre opowiadanie, El Lobo ;)

 

Edit: Jeszcze pytanie. A tytuł skąd się wziął?

No to cieszę się, że chociaż pierwsza połowa wyszła dobrze. :)

 

Tytuł – próba pojedynczo ślepa to – w skrócie – badanie naukowe, w którym osoby badane nie wiedzą, na czym owo badanie polega. Miało to być nawiązanie do profesora, który sam jest obiektem badań, choć nie zdawał sobie z tego sprawy. Po drugie, już w znaczeniu dosłownym, odnosi do tego, co dzieje się z profesorem w zakończeniu.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Nowa Fantastyka