- Opowiadanie: Stefan Wu - Pęknięcie

Pęknięcie

Opowiadanie ukazało się pierwotnie w OkoLicy Strachu (nr 3/2017).

Zapraszam do czytania i komentowania.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy III, NoWhereMan

Oceny

Pęknięcie

 

Nie usłyszeli tego od razu. Albo raczej usłyszeli, ale nie zrozumieli.

Później nawet nie pamiętał, jak naprawdę to brzmiało.

Jak pękająca kość kurczaka?

Dopiero widoczny we wstecznych światłach skłębiony kształt sprawił, że wcisnął hamulec. Zgasił jointa w samochodowej popielniczce. Kazał jej zostać w środku. Wysiadł, cofnął się, oświetlony przez czerwone światła postojowe.

To one sprawiły, że na drodze pojawił się jego rozedrgany cień. Miał nadzieję, że będzie tak szedł w nieskończoność. Ale to oczywiście było niemożliwe. Zajęło mu tylko kilka oddechów i już stał nad dziwnym zawiniątkiem. Nie było wcale krwi, dopóki go nie podniósł. Wtedy krew pojawiła się na jego koszuli. Czuł bicie serca na swoim sercu, ale tylko przez chwilę, a później nic więcej.

– Co to? – wołała z samochodu. – Co to?

Czy był sens kłamać? Nie…

Ale musiał coś zrobić. Musiał coś zrobić szybko. Jego mózg działał jak świeżo naoliwiona maszyna.

 

Paweł miał dobre przeczucia co do domu, chociaż pierwsza noc nie była łatwa.

Wciąż potykali się o pudła, wciąż walczyli z najprostszymi sprawami. Gdzie są ręczniki? Gdzie jest herbata?

Ale w domu był coś solidnego, coś, co sprawiało, że czuł się tu bardziej na swoim miejscu niż gdziekolwiek indziej. Poza tym czy poprzedni właściciel nie wyczerpał limiyu pecha, kiedy upadł w łazience i roztrzaskał sobie głowę?

Tej części historii domu Paweł nie przekazał rodzinie. Kiedy rano mył zęby, dostrzegł cienkie jak włos pęknięcie w porcelanowej ściance zlewu. Czy to tutaj uderzyło czoło mężczyzny? Opuszkami palców przeciągnął po zlewie aż do punktu, gdzie odpływała woda, i istotnie znalazł na palcach nieco sproszkowanej substancji w kolorze miedzi, która mogła być zaschniętą krwią.

Umył dłonie. Nie było sensu robić z tego wielkiej sprawy.

 

Przy śniadaniu Pszczółka rysowała, wpychając tost z dżemem do ust. Jej miodowe, kręcone włosy poruszały się jak małe sprężyny.

Pochylił się nad rysunkiem. Promień słońca padał na wielkiego, nastroszonego czernią wilka. Strzałka prowadziła od wilka do lisa, a kolejna od lisa do zająca.

– Kto jest na szczycie łańcucha? – zapytała Pszczółka.

– Człowiek – powiedział Paweł.

Nie wydawała się przekonana.

– A nie tygrys?

Zauważył, że kółko wózka inwalidzkiego wjechało w małą szczelinę w parkiecie. Ostrożnie, aby nie przeszkodzić córce, przesunął wózek. Po siedmiu latach życia Pszczółki, a po pięciu wózka inwalidzkiego, patrzył na każdą podłogę i zastanawiał się, jak będzie sobie na niej radził wózek. Paweł nadawał podłogom medale za gładkość: brąz dla powierzchni z problemami, srebro dla takich, które były komfortowe i złoto dla ideałów, takich jak lotniska. Wózek Pszczółki był ozdobiony czerwonymi płomieniami i błękitnymi błyskawicami, jak wóz wyścigowy.

A jednak Paweł go nienawidził. Nienawidził ledwo uchwytnego skrzypienia kółek.

Pszczółka miała wszystkie dary.

Za wyjątkiem nóg.

Ale to miało się zmienić.

Kasia stanęła na progu kuchni. Jej oczy były podkrążone, nawet pod warstwą pudru. Otarła usta Pszczółki z dżemu. Nieco zbyt mocno.

– Jesteś gotowy? – zapytała.

– Mamy dużo czasu.

Rzuciła mu spojrzenie: Nie pieprz mi tu.

– Daniel! – krzyknął Paweł.

Starszy syn siedział w łazience od kwadransa. Paweł zawiązał krawat, ale jak zwykle nie było idealnie. Kasia poprawiła węzeł.  

Daniel wyszedł z łazienki, długi, chudy i trochę przerażający. Wzrok wbity w podłogę i wełniana czapka naciągnięta głęboko na głowę.

– Po co ci czapka? – zapytał Paweł.

Daniel nie spojrzał na niego. Jego barki napięły się.

– Jezu, co za różnica?

Paweł odpuścił. Myślał, że w nowym domu poprawi się pomiędzy nim a Danielem, ale nie zanosiło się na to. Kasia podała Danielowi talerz. Przez moment Paweł sądził, że zacznie go karmić. Daniel nie był podobny do Pawła ani nawet do Kasi. Był podobny do jej ojca i bez wątpienia za cztery lata, kiedy pójdzie na studia, stanie się facetem, o którego będą zabijały się dziewczyny. Na razie nie był ani dzieckiem, ani mężczyzną.

Kasia siorbała czarną kawę, która stanowiła całe jej śniadanie.

Jej arystokratyczny nos zmarszczył się, zerknęła na zegarek.

– Sprawdziłeś, czy nie ma korków?

– Jakich korków? – zapytał.

Wzruszyła ramionami. Zapewne korciło ją, żeby pojechać do kliniki limuzyną jej ojca. Użyć szofera, może nawet użyć pieniędzy tatusia.

Czuł ssanie w żołądku, ale nie był w stanie nic przełknąć.

– Na piętrze nie ma ciepłej wody – powiedział Daniel. – Ten dom jest do dupy.

Kasia pogładziła go po dłoni.

– Wiem, skarbie.

Wiesz?, pomyślał Paweł.

Daniel zassał wewnętrzną stronę policzka. Naładował masła orzechowego na tosta i wepchnął go do ust.

– Nowa szkoła ssie.

Na koszulce Daniel nosił podobiznę Draculi, do tego bojówki i glany, nawet w czerwcu.

Pszczółka skończyła swoje dzieło.

– Kto mieszka w piątym pokoju? – zapytała.

– Nie mamy piątego pokoju, skarbie – powiedział Paweł.

Pszczółka wycelowała palec w ścianę kuchni.

Paweł spojrzał w tę stronę i poczuł pulsowanie pod czaszką.

Za ścianą powinien być salon, ale nagle zrozumiał, o czym mówi jego córka. Coś się nie zgadzało w rozkładzie domu.

Miał piętnaście lat doświadczenia w budowaniu dróg i wiaduktów,

a jednak kupił dom i nie zauważył, że w jego centrum, wciśnięty pomiędzy kuchnię i salon, jest jeszcze jeden pokój. Wąski, to fakt, ale jednak pokój.

– Zajmę się tym, kiedy wrócimy. Daniel, zachowujesz się jak dorosły przez dwie godziny.

Daniel coś mruknął. Czapka ściśle przylegała do jego czaszki.

Jak zmieścił tam wszystkie te długie włosy?, pomyślał Paweł. Ale nie miał czasu na kolejną kłótnię. Musieli jechać do kliniki.

 

– Chcesz poznać sekret? – zapytał Daniel, kiedy drzwi zatrzasnęły się za rodzicami.

Pszczółka nie lubiła sekretów. Chciała zostać sama. To, co powiedział tato, nie dawało jej spokoju. Człowiek wyżej niż tygrys? Jaki miało to sens?

Pukiel włosów opadł jej na oko. Próbowała go zdmuchnąć, ponieważ ręce miała zajęte nowym rysunkiem.

Daniel sięgnął długą ręką i poprawił pukiel. Jego dłonie były duże, prawie tak jak dłonie taty, ale paznokcie obgryzione do krwi. Podniosła wzrok i krzyknęła. Próbowała cofnąć wózek, ale trzymał go drugą ręką.

On, Daniel. Choć przez moment była pewna, że to ktoś inny. Okrągła głowa, zupełnie gładka, poza brwiami. Daniel ogolił włosy, które wcześniej były tak długie jak jej, tylko nieco ciemniejsze. Wyglądał teraz jak chuligan, naprawdę strasznie. Użył maszynki do golenia, aby pozbyć się resztki włosów. Tu i ówdzie na jego skórze widniały długie, czerwone rozcięcia, w miejscu, gdzie żyletka zdarła trochę skóry. Płytkie wgłębienia wypełnione błyszczącą krwią. Zastanawiała się, czy zostaną po nich blizny.

– Dlaczego to zrobiłeś? – zapytała.

Wyszczerzył zęby.

– Sekret – powiedział. – Nie zrozumiesz, bo nie chodzisz do szkoły.

– Miałeś śliczne włosy.

– Nie chcę być śliczny. Jezu.

– Rodzice się wściekną.

Daniel złapał wózek i odciągnął ją od stołu.

– Dlatego będziesz trzymała buzię na kłódkę. Albo przyjdę w nocy i ogolę ciebie.

– Zostaw mnie w spokoju.

Ale Daniel pchał wózek, coraz szybciej i szybciej. Z kuchni do salonu, z salonu do długiego, ciemnego korytarza, przez oszklony taras i znowu do kuchni. Wbijała palce w oparcie, ponieważ wiedziała, że jeżeli jej brat nagle się zatrzyma, wypadnie z wózka. Będzie leżała bezradnie na podłodze i Daniel każe jej błagać o pomoc.

Daniel zwolnił.

– Jak wykombinowałaś, że jest tu dodatkowy pokój? – zapytał.

– Po prostu – powiedziała. Czuła jego pot. Dlaczego ona nie pachniała tak źle jak Daniel? A może tak było, po prostu tego nie czuła?

Jej brat znowu się rozpędzał.

– Co ty na to, żebyśmy sprawdzili, co jest w środku?

 

Kasia zapaliła, kiedy tylko ruszyli. Spojrzał na nią, ale się nie odezwał. Otworzył okno. Osiedle leżało na przedmieściach, ale lokalizacja była obiecująca. Niecały kilometr dalej budowano nowe centrum handlowe. Sto metrów od ich domu już błyszczał nowoczesny kompleks. Siłownia, pizzeria, apteka. Wszystko dla ciała. Nic dla ducha. Sprawdził czas. Mieli ponad godzinę do spotkania i tylko dwadzieścia minut drogi do kliniki.

– Jak mogłeś nie zauważyć? – zapytała Kasia.

– Czego?

Spojrzała na niego spod półprzymkniętych powiek.

– Pokoju.

– To mniej niż pokój.

Wypuściła dym przez nos i odgoniła go dłonią.

– Ale to nie ten dom?

Milczał przez chwilę i udawał, że reguluje gps-a. Udawał, że musi uważać na drogę, choć była pusta.

– To nie ten dom.

– Jesteś pewny?

– Tak.

– Na sto procent? Bo jeśli tak…

– To nie ten pieprzony dom.

Wyrzuciła niedopałek przez okno. Wylądował na czyimś trawniku.

Paweł patrzył na okolicę. Już nie wydawała się tak doskonała. Osiedle było pełne identycznych ulic, a ulice pełne identycznych domów.

Czternaście lat wcześniej były tu niekończące się pola zrytej ziemi, z której jak obce ciała wyrastały szkielety domów. Wśród nich musiał być ten, który kupili.

Jakbyśmy podróżowali przez równoległe światy, pomyślał. Widział w każdym domu inną wersję siebie. Inną wersję Kasi. Inne wersje dzieci.

A później pomyślał, że to może być ten dom, i musiał się powstrzymać, żeby nie zwymiotować.

 

– Procedura, w gruncie rzeczy, jest prosta – powiedział mężczyzna w brązowym garniturze. Siedział za tanim biurkiem. Na biurku stały sztuczne kwiaty. Ściany były zielonkawe, światło ostre i zła cera mężczyzny, łącznie ze śladami po ospie, była doskonale widoczna.

Paweł poprawił się na krześle. Kasia była blada. Przed mężczyzną w garniturze leżał cienki plik papierów i wieczne pióro.

– Więc nie ma szans, że coś pójdzie nie tak? – zapytał Paweł.

Mężczyzna uśmiechnął się grzecznie. Złożył dłonie w piramidę.

Robert zastanawiał się, czy poniżej linii stołu jest człowiek, czy może jakiś rodzaj maszyny.

– Doktor Grogger nigdy się nie pomylił – powiedział ospowaty. – Dlatego jego usługi nie są tanie. Wykonuje tylko kilka zabiegów w miesiącu. Wiecie, do kiedy ma zarezerwowane terminy?

Paweł był zmęczony. Płacili za operację, nie za słuchanie faceta w garniturze.

– Siedem lat – powiedział mężczyzna – Grogger ma terminy do 2024 roku.

– Rozumiemy – powiedziała Kasia – ale czy nie ma żadnego niebezpieczeństwa?

Ospowaty przeniósł na nią leniwe spojrzenie. Jego powieki wydawały się za grube, jakby wykonane zostały nie z ciała, ale z kawałków gumy.

– To precyzyjna operacja. Grogger przetnie kręgi dziewczynki i jej rdzeń kręgowy. Wiecie, że problemem nie są jej nogi. Problemem jest rdzeń. Trzeba wyciąć martwy kawałek, naciągnąć nowo powstałe końce i połączyć. Pomyślcie o tym jak o dwóch kawałkach gumy.

– Wszyscy lekarze odradzają zabieg – powiedział Paweł. – Twierdzą, że to niemożliwe do zrobienia.

Mężczyzna wzruszył ramionami.

– Ciągle możecie zrezygnować. To stanie się jutro. Albo możemy spotkać się za siedem lat.

Podsunął im papiery.

Pióro nie chciało pisać i w końcu ospowaty wyciagnął z szuflady jednorazowy długopis. Podpis Pawła wyglądał niezdarnie.

Ospowaty zabrał papiery i wstał, pokazując, że czas bycia miłym się skończył. Okazało się, że poniżej pasa ma grube nogi obleczone tym samym, ohydnym brązowym materiałem.

– Przywieźcie małą wieczorem – powiedział. – Inaczej pieniądze i termin przepadną.

 

Z powrotem w domu, cisza wwierciła się Pawłowi pod czaszkę.

Pomyślcie o tym jak o dwóch kawałkach gumy.

– Pszczółko?

Dziewczynka nie odpowiedziała. Popołudniowe słońce dawało męczące, jednostajne światło. Na ich podwórku jedynie małe kępki chwastów wyrastały z czarnej ziemi.

Musiał zamówić trawę. Domowy budżet i tak już trzeszczał w szwach.

Kolejne podwórko, którego mały fragment mógł dostrzec ponad drewnianym płotem, miało trawę tak zieloną, że wyglądała jak obraz olejny. Takiej właśnie trawy chciał dla Pszczółki.

Nie miał pojęcia, czym zajmą się przez najbliższe godziny. Czy nie mogą zawieźć jej do kliniki już teraz? Dziewczynki nie było w jej pokoju. Małe łóżko było starannie zaścielone, ale puste.

Wspiął się na piętro. Zapukał do Daniela. Żadnej odpowiedzi.

Otworzył drzwi. Chłopak leżał na łóżku, nogi i ramiona skrzyżowane, oczy zamknięte, czapka na głowie i wielkie słuchawki na uszach. Ostra, metalowa muzyka była słyszalna nawet przez długość pokoju.

Potrząsnął synem.

Daniel syknął. Ściągnął słuchawki.

– Jezu, nie widzisz że jestem zajęty?

– Gdzie jest Pszczółka?

Oczy Daniela były puste. Nie oddawały nic w zamian.

– Skąd mam wiedzieć?

– Skąd masz wiedzieć? – Paweł poczuł, jak wzbiera w nim wściekłość. Daniel był pomyłką. Powinien był wiedzieć od początku.

Wyszedł z pokoju, ponieważ bał się, że jeszcze chwila i zrobi coś, czego będzie żałował.

Znalazł Kasię na tarasie. Próbowała zapalić papierosa, ale nie mogła poradzić sobie z zapalniczką. Nie spojrzała na niego. Jej usta drżały. Stała nad pustym wózkiem Pszczółki. Wózek był skierowany w stronę ściany i Paweł zdał sobie sprawę, że za tą ścianą musi być miniaturowy pokój, o którego istnieniu nie wiedzieli wcześniej.

Pszczółka zniknęła. Ale było coś jeszcze.

 

Kasia zadzwoniła do swojego ojca, który miał kontakty w policji. Normalnie Paweł nigdy by się na to nie zgodził, ale sytuacja nie była normalna. Potrzebowali detektywa.

Nie chciał patrolu, ani facetów, których głównym zajęciem jest wlepianie mandatów za picie w parku.

– Czego dokłanie państwo oczekują? – zapytał detektyw. Stali na tarasie, nad pustym wózkiem.

– Musimy znaleźć córkę – powiedział Paweł – w ciagu kilku godzin.

Detektyw był niższy niż Paweł, żuł gumę i drapał się karku. Skóra na jego nosie i czole była tak mocno opalona, że kwalifikowała się do oparzeń słonecznych.

– Proszę wybaczyć – powiedział – ale czy państwa córka nie jest niepełnosprawna? Nie mogła nigdzie pójść.

– Kto mówi, że poszła? Ktoś ją zabrał.

Detektyw pokręcił głową i kucnął naprzeciw ściany. Była obita draperią w rozetę. Wyciągnął dłoń o krótkich palcach z linią brudu za paznokciami i dotknął pionowych rys. Były głębsze niż draperia, sięgały w głąb ściany. Na podłodze poniżej osiadła warstwa sproszkowanego tynku.

– Gdzie jest pies? – zapytał detektyw.

– Nie mamy psa.

– Więc kto zrobił te ślady?

Paweł potarł skroń.

– Pan chyba nie rozumie powagi sytuacji.

Detektyw posłał mu znużone spojrzenie. Wyjrzał przez przeszklony taras. Dalej ciągnęła się pusta droga, przygotowana na przyjęcie tuzina identycznych domów.

– Ładna okolica – powiedział detektyw. – Może ktoś z rodziny, na przykład dziadkowie, zabrał małą na spacer?

– O czym pan mówi? Ktoś ją porwał. Niech pan wezwie ludzi.

– Jakich ludzi? 

Prawdziwych policjantów, pomyślał Paweł, ale nie odezwał się. Kasia zniknęła w kuchni. Lód zagrzechotał w szklance.

– Ktoś musiał wejść przez taras – powiedział Paweł – a córka pewnie otworzyła zapadkę od wewnątrz.

Detektyw z powątpiewaniem popatrzył na szklane drzwi tarasu.

– Mówił pan, że syn był w domu?

 

Daniel powiedział, że zostawił Pszczółkę w kuchni i poszedł do siebie. Powiedział, że nikt nie wspominał o niańczeniu. Detektyw słuchał bez szczególnego zainteresowania.

– Czy za tą ścianą nie ma dodatkowego pokoju? – zapytał.

Paweł był świadom brzmienia własnego głosu, kiedy mówił:

– Musi tam być pusta przestrzeń, to się zdarza.

– Tak? – zapytał detektyw, jakby nie sądził, że to naprawdę się zdarza.

Kasia siedziała pod dziwnym kątem na fotelu, skóra wokół jej oczu i ust była napięta. Wyobraził sobie zmarszczki, które pojawią się tam za kilka lat.

Trzymała pustą szklankę w dłoniach. Jej głos był lekko zniekształcony, jak zawsze tuż przed tym, kiedy miała się upić.

– Niech pan wezwie posiłki – powiedziała. – Niech ktoś zacznie jej szukać.

Detektyw westchnął.

– Wolałbym poczekać.

– Na co?

– Jesteście bogaci, prawda?

Paweł musiał się ruszyć, żeby nie powiedzieć czegoś, czego będzie żałował.

–  Mój ojciec… – zaczęła Kasia.

– Nie jesteśmy – przerwał jej Paweł. – Wszystkie oszczędności wydaliśmy na operację.

Detektyw przygryzał wargę, aż stała się biała.

– Przyślę techników. Ale radzę ją przełożyć.

 

– Nie – powiedział ospowaty. – Nie możemy przełożyć operacji.  

– Nasza córka zaginęła – powiedzial Paweł. – Potrzebujemy czasu.

Coś trzeszczało po drugiej stronie słuchawki.

– Grogger nie będzie zadowolony.

– Sytuacja jest jedna na milion.

Ospowaty przykrył słuchawkę dłonią i coś mówił, jego głos był jednak niezrozumiały. Paweł wyobraził sobie, że nie mówi w ludzkim języku. Dlaczego nigdy nie widziałem Groggera?, pomyślał.

– Przywieźcie ją jutro w południe – powiedział ospowaty ludzkim głosem. – Albo termin przepadnie.

 

Jeździł identycznymi ulicami, zataczając coraz większe kręgi, coraz dalej od domu, jak od epicentrum wybuchu. Raz wydało mu się, że widzi Pszczółkę na placu zabaw, wśród innych dzieci. Przeszedł pomiędzy huśtawkami, kolekcjonując coraz więcej wrogich spojrzeń od rodziców, którzy siedzieli wokół, znużeni i spoceni. W końcu stało się jasne, że się pomylił. Dziewczynka, która wziął za Pszczółkę, nie była niepełnosprawna. Balansowała na brzegu piaskownicy i recytowała coś, co nie miało sensu, jakby wygłaszała dziecięce kazanie.

Szukał dalej. Ulice były puste, osiedle rozrastało się na południe, jak plaga pochłaniająca ziemię. Gdzie jesteś, gdzie jesteś? Słowa obracały się w jego głowie.

Nadchodził wieczór, ale temperatura nie spadła, jakby nie pochodziła od czerwonego słońca, ale emanowała wprost z ziemi.

 

Kiedy wieczorem wszedł do kuchni, wszyscy siedzieli przy stole. Tak właśnie pomyślał. Wszyscy.

Kasia i Daniel. Detektyw na jego miejscu. Tak jakby to detektyw należał do rodziny, a Paweł znalazł się poza nią. Po półprzymkniętych oczach Kasi poznał, że jest pijana. Daniel trzymał dłonie na stole. Na środku stołu leżało otwarte pudełko pizzy. Nikt nie jadł. Kawałki sera zastygły w pomarańczowe pasma.

– Poszczęściło ci się, Paweł? – zapytał detektyw.

– Co?

– Trafiłeś na jakiś trop?

Przyjrzał się policjantowi, szukając dowodu, że to była drwina.

Od strony tarasu nadeszła drobna policjantka z walizką w dłoni.

Miała dziwny wyraz twarzy.

– Co się dzieje? – zapytał Paweł.

– Wygląda na to, że zidentyfikowaliśmy porywacza – powiedział detektyw.

– Jak?

– Odciski palców. Na wózku waszej córki.

– Czyje odciski?

– Dziewczyny, która zaginęła lata temu. Jako dziewczynka.

Kasia zbladła, a później zrobiła się błękitna. Skóra na jej twarzy była niemal przezroczysta. Podtrzymując się ściany, poszła do łazienki.

Detektyw patrzył na niego.

– Nie rozumiem – powiedział Paweł.

Detektyw ścisnął mostek nosa dwoma palcami.

– Stara sprawa, sprzed czternastu lat. Dziewczynka miała siedem lat. Rodzice zgłosili zaginięcie. Mieszkali kawałek stąd, zanim oddano do użytku tę cześć osiedla.

To niemożliwe, pomyślał Paweł.

Jego wzrok mimowolnie powędrował w stronę ściany. Kiedy czternaście lat wcześniej szukał miejsca, aby to ukryć, aby ukryć zawiniątko, pojechał na nową cześć osiedla. Znalazł dom, który miał już wybudowany parter i zamurował to w środku, pomiędzy ścianami, w miejscu, gdzie nikt nigdy tego nie znajdzie.

Zawiniątko było dziewczynką. Martwą, tego był pewny.

Pogrzebał ją czternaście lat temu. Była tylko złym snem. 

Sny nie zostawiają odcisków palców.

Usiadł przy stole. Lampa dawała blade światło. Sięgnął po kawałek zimnej pizzy.

– Więc co robiła przez czternaście lat? – zapytał.

Detektyw wstał.

– Żyła na ulicy? Ćpała? To miasto daje nieskończone możliwości. Chciałem poinformować, że robimy postępy.

Paweł pokiwał głową.

Sądził, że detektyw wyjdzie, ale on wciąż opierał czerwone pięści na stole.

– O co chodzi? – zapytał Paweł.

Detektyw spojrzał na Daniela i chłopiec wstał, jakby to spojrzenie go odepchnęło. Powlókł się do swojego pokoju. Jego oczy były przekrwione tak bardzo, jakby wstrzyknął sobie w nie barwnik.

– Uruchomiłem duże siły, żeby ci pomóc – powiedział detektyw. – Sądziłem, że się dogadaliśmy.

Paweł nie rozumiał, czego oczekuje detektyw. Aż nagle dotarło to do niego.

– Chce pan pieniędzy?

– Twój teść jest kumplem mojego szefa. Ale biznes to biznes.

– Nie mam pieniędzy.

Twarz detektywa zapadła się.

– Przecież jesteście bogaci?

– Mówiłem…

Detektyw przytknął gruby palec do ust, jakby uciszał dziecko.

– Jutro – powiedział. – Z rabatem to będzie dziesięć patyków. Albo mogę odwołać ludzi, którzy przetrząsają parki i meliny.

Paweł zauważył, że koszula i marynarka detektywa, choć wymięte, były szyte na miarę.

– Jutro – powiedział Paweł.

Detektyw uśmiechnął się szeroko. Jego kły były pożółkłe. Kiedy odchodził, poklepał Pawła po ramieniu.

– Ślady na ścianie – powiedział – to paznokcie, a nie pazury. Miłej nocy.

 

Kasia leżała na kafelkach w łazience. Zwymiotowała na sedes i na podłogę. Jej oczy były otwarte. Pomógł jej wstać.

– Jak to możliwe? – wybełkotała.

– Niemożliwe – powiedział Paweł. – On kłamie.

Jej oczy się nie poruszały.

– Będziemy smażyć się w piekle.

Uderzył ją w usta. Jej głowa odskoczyła, a krew natychmiast pojawiła się na wargach.

– Jaka jest pierwsza zasada? – zapytał.

– To był tylko sen – wyrecytowała nieprzytomnie.

– Jak jest druga zasada?

– Nigdy nie mówimy o śnie. To, co się wyśniło, nie jest niczyją sprawą.

Złapał ją za nadgarstki i zacisnął, aż poczuł, że sprawia jej ból.

– Pamiętaj o tym – powiedział.

Patrzyła na niego pustym wzrokiem.

Czy mogę jej ufać?, pomyślał.

Chciał powiedzieć coś jeszcze, ale zdał sobie sprawę, że ktoś stoi za drzwiami.

Otworzył je gwałtownie. Daniel wbijał wzrok w podłogę.

Wyglądał, jakby chciał coś powiedzieć, jakby obracał słowa w ustach.

– O co chodzi? – zapytał Paweł.

– Co powiedział policjant?

Kasia weszła pomiędzy nich i dotknęła policzka Daniela.

– Powiedział, że ją znajdą. Nie bój się skarbie.

Daniel pokiwał głową, zupełnie nieprzekonany.

– Ale operacja…

– Znajdziemy ją wcześniej.

 

Noc była gorąca. Paweł wziął zimny prysznic. Kiedy wyszedł, drzwi do pokoju Daniela były zamknięte. Kasia leżała na łóżku, wciąż w kostiumie, który miała na sobie przez cały dzień.

Co teraz?, pomyślał Paweł. Co jest prawdziwe?

Sprawdził, o której otworzą bank. Powinno udać mu się wydobyć jeszcze sumę, której oczekiwał detektyw.

 

Obudził się w ciemności przetykanej światłem księżyca. Był w łóżku sam. Leżał, zastanawiając się, co go obudziło, próbując oddzielić warstwy snu od rzeczywistości, aż zrozumiał, co to było.

Dźwięk drapania. Monotonny, jakby wykonywany przez maszynę. Słyszał, jak coś drapie w ścianę i miał wrażenie, jakby ścianka jego czaszki była bardzo cienka, jakby to właśnie ją coś drapało.

Zszedł na taras. Wózek Pszczółki stał w tym samym miejscu. Drapanie było głośniejsze. Przyłożył ucho do ściany, na tyle blisko, że poczuł na płatku ucha zimny kamień. Drapanie było jeszcze wyraźniejsze i wtedy zrozumiał, że traci to. Że jego umysł ześlizguje się w otchłań.

– Pszczółko? – zapytał cicho.

Drapanie ustało na sekundę, ale wróciło ze zdwojoną siłą. Pobiegł do kuchni i zobaczył w c8iemności skulony kształt. Spojrzały na niego błyszczące oczy. 

Paweł bał się poruszyć.

– Pszczółko?

Dobiegły go spazmy płaczu. Zapalił światło. Kasia przeciągnęła dłonią po policzku, zostawiając na nim krwawe smugi. Ściana obok niej była zryta paznokciami. Długie bruzdy biegły pionowo i regularnie, tworząc prostokąt podrapanego tynku i krwi, niemal jak małe drzwi.

Zaprowadził ją do łazienki. Miała gorączkę.  

Dwa jej paznokcie były oddzielone od ciała.

Zaniósł ją do samochodu, położył na tylnym siedzeniu i zawiózł na pogotowie.

„Upadła” nie brzmiało najlepiej.

– Żona miała mały wypadek – powiedział.

Szpital śmierdział detergentem i starością. Każda powierzchnia wyglądała na tak brudną, że dotknięcie jej mogło wywołać natychmiastowe zakażenie. Doktor nosiła klapki i poplamiony fartuch.

– Musi zostać na noc – powiedziała. – Może pan poczekać.

– Nie mam czasu – powiedział.

Wzruszyła ramionami.

Kiedy wyszedł ze szpitala, noc była gotowa odejść. Świt nabrzmiewał na horyzoncie, podświetlał płaski i nieludzki pejzaż miasta.

 

Próbował dodzwonić się do detektywa, ale mu się nie udało.

Co teraz?, pomyślał.

Musiał pojechać od banku po pieniądze, odebrać Pszczółkę od detektywa i pojechać do kliniki.

Co wtedy?

Wtedy detektyw będzie próbował go szantażować dalej. Szantażować wiedzą o tym, co Paweł zamurował w ścianie domu czternaście lat wcześniej. Jak detektyw mógł się o tym dowiedzieć? Nie miało to znaczenia. Nie po tym, jak Pszczółka będzie chodziła.

 

Wrócił do domu. Daniela nie było w jego pokoju. Z garażu zniknął jego BMX. Być może mylił się co do Daniela, może chłopak nie był taki zły. Sytuacja z Pszczółką naprawdę go rozbiła.

 

Założył świeżą koszulę i krawat, aby w banku poszło łatwiej. Co, jeżeli nie pójdzie? Cóż, musiał zdobyć pieniądze. W ten czy inny sposób.

Stał na progu, kiedy usłyszał drapanie. Brzmiało niemal tak samo, jak dźwięk, który wydawały paznokcie Kasi, ale jednak nieco inaczej. Jakby ktoś zamurowany za ścianą próbował się uwolnić.

Wtedy zrozumiał, że Pszczółka jest w środku. Tylko to miało sens. Tamto coś wciagnęło ją do drugiego świata.

Po drugiej stronie, pomyślał.

W garażu znalazł łom. Zaczął rozbijać tynk i ostrym końcem wyciągać zaprawę spomiędzy cegieł. Pot ciekł mu po krzyżu i po twarzy. Jego dłonie spuchły, a palce zdrętwiały, przez co nie czuł, kiedy pojawiły się na nich odciski. Po kwadransie udało mu się uwolnić jedną cegłówkę. Podważył ją łomem i rzucił na parkiet.

Poczuł gorące i wilgotne powietrze, jak zapach niewietrzonej piwnicy.

Drapanie urwało się.

Tracę to, pomyślał. Tracę rozum.

Dziura po cegłówce była atramentowo czarna. Wsunął w nią najpierw dłoń, później ramię po łokieć, później całe ramię. Po drugiej stronie było wystarczająco dużo miejsca, bez wątpienia cały pokoik. Nie był w stanie dosięgnąć drugiej ściany. Ale jego palce trafiły na coś innego. Na miękkie włosy. Loki, które zawsze opadały jej na twarz. Policzki Pszczółki były zimne. Złapał ją za ramię i potrząsnął. Nagle przestał ją czuć, jakby upadła albo cofnęła się, jakby jego dotyk ją zranił.

Zaczął pracować łomem tak szybko, jak tylko potrafił. Wybijał zaprawę, łapał cegłówkę w palce i wyrywał. Zaczął broczyć krwią, ale pracował dalej, ustalając jedynie kolejność, w jakiej wyciągał cegły, poszerzając otwór do momentu, kiedy mógł kucnąć i wpełznąć do środka.

Wnętrze było jeszcze gorętsze, niż się spodziewał. Światło nie przenikało do środka. Wyciągnął dłonie przed siebie i ostrożnie zrobił dwa małe kroki, zanim dotknął ściany. Zrobił zwrot w lewo i powtórzył procedurę. Sześć małych kroków.

– Tatusiu? – usłyszał.

Słowa były słabe jak szept, niemal bezcielesne, ale były tam, nie tylko w jego głowie. Poszedł w tę stronę, czując, jak wali mu serce, słysząc jak krew tętni w uszach. Siedziała pod ścianą. Jej nogi leżały bezwładnie na podłodze. Była zimna, chudsza niż dzień wcześniej, oplątana pajęczynami. Chciał coś powiedzieć, ale wszystkie słowa wydawały się zbędne.

Chwycił ją w ramiona i zaniósł do samochodu. Przykrył kocem. Dał sobie spokój z wózkiem. Zdał sobie sprawę, że nie będzie go więcej potrzebował. Jego oczy w lusterku były czerwone i błyszczące, jak oczy kogoś, kogo nie znał.

 

Ospowaty spojrzał na na dziewczynkę i jego twarz zmieniła się, szczęka lekko opadła.

– Spóźnił się pan – powiedział.

– Powiedziałeś „w południe”. – Głos Pawła był chrapliwy.

Ospowaty wskazał na zegar.

Rozbijanie ściany musiało mu zająć dłużej, niż sądził. Była 13.00.

– Co jej się stało? – zapytał ospowaty.

– Gdzie jest Grogger?

– Wyszedł, przykro mi.

– Kiedy?

Meżczyzna wyciągnął chustkę i wytarł nos.

– Kilka minut temu, powiedziałem…

Ale Paweł nie słuchał. Był już na korytarzu, pomalowanym na ten sam bladozielony kolor, i przywołał windę, ale nie miał cierpliwości, aby na nią czekać. Zbiegł po schodach i znalazł się na parkingu, kiedy zdał sobie sprawę, że nie ma pojęcia jak wygląda Grogger. Zobaczył taksówkę, która zatrzymala się w odległym końcu parkingu, i mężczyznę, który wsiadł do środka. Paweł pobiegł, nie wprost na taksówkę, która już ruszyła, ale pod kątem, żeby dotrzeć do bramy szybciej niż ona. Słońce było oślepiające, a ciężar na jego ramionach coraz większy. Potknął się i niemal przewrócił.

Taksówka dojechała do bramy, kiedy był w połowie parkingu, zakręciła, wyjechała na ulicę i zaczęła nabierać prędkości. Gonił ją do bramy i krzyczał. Kawałek dalej, kiedy przestał już widzieć szczegóły, taksówka zatrzymała się. A później powoli zawróciła.

 

Grogger mył dłonie.

– Ma pan szczęście, że zobaczyłem pana w lusterku – powiedział po angielsku.

Był drobnym, łysym mężczyzną. Nie wyglądał na cudotwórcę. Paweł patrzył na dłonie, która miały rozciąć rdzeń. Jedyne takie dłonie na całym świecie. Wyglądały normalnie: białe dłonie z drobnymi czarnymi włosami.

Nie wiedział, co powiedzieć, więc nie odezwał się.

– Dziewczynka jest w złym stanie – powiedział Grogger.

– Doszło do wypadku.

– W bardzo złym stanie. W takiej sytuacji nic nie mogę obiecać.

– Ale będzie chodziła?

Grogger nie odpowiedział. Owrócił się i przez wahadłowe drzwi wszedł na salę operacyjną. Paweł zobaczył długi stół i fragment delikatnego białego ciała w miejscu, którego nie okrywała ochronna płachta. Kilka nieruchomych postaci w maskach chirurgicznych i lateksowych rękawiczkach patrzyło na niego. Drzwi zamknęły się i po chwili usłyszał wycie elektrycznej piły.

 

Zamknął oczy tylko na moment, w długim, pustym korytarzu, słysząc szum maszyny z napojami.

Otworzył oczy i Grogger stał przed nim. Nie wiedział, ile czasu minęło.

Zaraz będę wiedział, pomyślał. Grogger był blady.

– Niech pan pójdzie za mną – powiedział.

 

Widział ją przez szybę. Leżała na łóżku, z głową odwróconą tak, że nie widział jej twarzy. Jej pierś pod białym prześcieradłem unosiła się miarowo. Nie widział nóg, ale przecież nie o nogi chodziło.

Grogger położył mu dłoń na ramieniu i mocno ścisnął.

Co to znaczy?, pomyślał.

– Były komplikacje – powiedział Grogger. – Nigdy tak mocno nie walczyłem.

– Ale…

– Żyje – powiedział Grogger.

– Żyje?

Chirurg uśmiechnął się. Był to spokojny uśmiech Boga, który siódmego dnia otwiera piwo.

– I będzie chodzić – powiedział. – Naprawiliśmy tę młodą damę.

– Mogę do niej wejść?

– Jeszcze nie. Będzie spała przez kilka godzin.

 

Paweł przycisnął czoło do szyby i czekał. To była jedyna rzecz, którą mógł zrobić.

Komórka zawibrowała w jego kieszeni.

– Gdzie jesteś? – zapytał detektyw.

Paweł nie chciał podnosić głosu.

– O co chodzi?

Detektyw uderzył językiem o podniebienie.

– Wiesz dobrze, o co chodzi. Gdzie są pieniądze?

– Nie poszedłem do banku.

– A miałeś cały dzień. Cholerna szkoda.

– Tak – powiedział Paweł. – Jeżeli to wszystko…

– To nie wszystko. Nie myśl, że uda ci się mnie spławić.

– Nie mam na to czasu.

Detektyw wypuścił powietrze przez zęby.

– Pozwolę ci się cieszyć. Na razie. Dziwi mnie tylko, że nie chcesz przy niej być.

– Przy kim nie chcę być?

Kolejna pauza, tym razem dłuższa.

– Przy swojej córce. Twój syn zawiózł ją wczoraj na stację kolejową i zostawił. Żart, który nie wyszedł. Już są w domu.

Paweł rozłączył się.

Kilka godzin, powiedział Grogger. Ale to nie był ten przypadek.

Uniósł wzrok. Łóżko było puste, pościel leżała na podłodze. Cienka rurka kroplówki wisiała luźno.

Para jej oddechu osiadała na szybie. Nawet nie przypominała Pszczółki. Jedynie jej loki. Jej blade wargi uniosły się i zobaczył ostre zęby.

Powoli przeciągnęła długimi paznokciami po szybie.

Koniec

Komentarze

Nie usłyszeli tego od razu. Albo raczej usłyszeli, ale nie zrozumieli.

Później nawet nie pamiętał, jak naprawdę to brzmiało.

Osobiście nie znoszę rozpoczynania tekstu od takiego bezosobowego nie wiadomo czego. Tym bardziej, jeśli mieszasz te domyślne podmioty – w jednym zdaniu masz liczbę mnogą, w następnym pojedynczą. Jeżeli napiszesz “Kowalscy nie usłyszeli (…) a potem nie pamiętali”, to ich postaci będą dla czytelnika tak samo obce, co przy niewprowadzaniu podmiotu – jednak fragment od razu wygląda bardziej elegancko.

 

To one sprawiły, że na drodze pojawił się jego rozedrgany cień.

Czyj cień? Gościa z samochodu, czy kształtu, który zauważył? Kolejna pułapka zastosowanej narracji.

 

nie wyczerpał limiyu pecha

 

kiedy upadł w łazience i roztrzaskał sobie głowę?

Tej części historii domu Paweł nie przekazał rodzinie. Kiedy rano mył zęby, dostrzegł cienkie jak włos pęknięcie w porcelanowej ściance zlewu.

Pęknięcie będzie na ściance. W ściance raczej szczelina/szczerba.

 

Miał piętnaście lat doświadczenia w budowaniu dróg i wiaduktów,

a jednak kupił dom i nie zauważył, że w jego centrum, wciśnięty pomiędzy kuchnię i salon, jest jeszcze jeden pokój. Wąski, to fakt, ale jednak pokój.

Zbędny enter.

 

Grogger ma terminy do 2024 roku.

Liczby w dialogach zapisuje się słownie.

 

Daniel trzymał dłonie na stole. Na środku stołu leżało otwarte pudełko pizzy.

 

Daniela nie było w jego pokoju. Z garażu zniknął jego BMX. Być może mylił się co do Daniela

 

Paweł patrzył na dłonie, która miały rozciąć rdzeń. Jedyne takie dłonie na całym świecie. Wyglądały normalnie: białe dłonie z drobnymi czarnymi włosami.

 

Widział ją przez szybę. Leżała na łóżku, z głową odwróconą tak, że nie widział jej twarzy. Jej pierś pod białym prześcieradłem

 

Napisane na tyle poprawnie, że lekko mi się czytało, chociaż często straszysz powtórzeniami. Bezpodmiotowe fragmenty we wstępie, ale też gdzieś w środku opowiadania, też mi się nie podobały. Sama historia spektakularna nie jest. Są dziury – skoro Daniel chce zachować w tajemnicy, że się ogolił, po co pokazuje głowę siostrze? Skoro postaci wiedzą o dodatkowym pokoju prawie od początku, dlaczego nikt tam nie zagląda aż do samego końca? Paweł mówi, że znalazł zawiniątko, zaś wg policji zaginiona dziewczynka miała siedem lat – a zawiniątko sugeruje niemowlę. Kto zbiera odciski palców od siedmiolatków do bazy danych?

Niemniej udało Ci się mnie zaskoczyć w końcówce. Spodziewałem się, że detektyw zaszantażuje Pawła porwaniem jego żony. Sympatyczna niespodzianka.

 

 

Podobało mi się, ciekawa historia, napisane też dobrze, wkradło się jedynie nieco literówek.

Świetnie stworzyłeś postacie i przedstawiłeś ich zachowanie, zwłaszcza w przypadku ospowatego i detektywa.

Zabrakło mi jednak spójności. Dziewczynka, którą odnalazł Paweł, przypominała Pszczółkę, ale nie do końca i na tym jej rola się kończy. A co z tą zaginioną, którą zamurowali? Czy to była ta dziewczynka? Jeśli tak, to chyba powinna być starsza? Dlaczego na wózku pszczółki znaleziono odciski palców tej zmarłej, a jednocześnie nie odegrała ona w opowiadaniu żadnej roli? Co właściwie stało się na drodze? Ktoś wyrzucił zawiniętego niemowlaka i oni go przejechali? Czegoś tu brakuje. Niestety widzę w fabule sporo takich dziur.

 

Poniżej to co mi zazgrzytało (poza wymienionymi przez MrBrightside):

 

Nie było wcale krwi, dopóki go nie podniósł. Wtedy krew pojawiła się na jego koszuli. Czuł bicie serca na swoim sercu

 

Paweł odpuścił. Myślał, że w nowym domu poprawi się pomiędzy nim a Danielem, ale nie zanosiło się na to. Kasia podała Danielowi talerz. Przez moment Paweł sądził, że zacznie go karmić. Daniel nie był podobny do Pawła ani nawet do Kasi. – jakoś niezbyt dobrze brzmi tyle imion w tak krótkim fragmencie.

 

Zastanawiała się, czy zostaną po nich blizny. – nie wiem czy nie za bardzo “dorosłe” przemyślenia jak na tak małą dziewczynkę

 

Musiał zamówić trawę. Domowy budżet i tak już trzeszczał w szwach. – brzmi to tak, jak gdyby trzeszczący w szwach budżet był powodem, dla którego Paweł musiał zamówić trawę, a raczej nie o to chodziło

 

Jej głos był lekko zniekształcony, jak zawsze tuż przed tym, kiedy miała się upić. – raczej zniekształcony głos to znak, że jest coraz bardziej pijana; w tej chwili brzmi jakby miała taki głos już kiedy ma zamiar się upić ;)

 

Mieszkali kawałek stąd, zanim oddano do użytku tę cześć osiedla. – dziwne to zdanie, niby logiczne, ale trudne w odbiorze; 

 

Drapanie było jeszcze wyraźniejsze i wtedy zrozumiał, że traci to. Że jego umysł ześlizguje się w otchłań. – “traci to” to, zdaje mi się, kalka z angielskiego “to lose it” nie brzmi najlepiej

 

Świt nabrzmiewał na horyzoncie, – czy świt może “nabrzmiewać”? Dziwnie to brzmi

 

Nie widział nóg, ale przecież nie o nogi chodziło. – dlaczego nie o nogi? Przecież w operacji chodziło o nogi właśnie. Domyślam się, że po tym, co powiedział Grogger Paweł zaczął się bać o życie Pszczółki, ale jeśli tak, to dobrze byłoby to napisać.

 

Para jej oddechu osiadała na szybie. Nawet nie przypominała Pszczółki. Jedynie jej loki. Jej blade wargi uniosły się i zobaczył ostre zęby. – bardzo fajne, ciarki przeszły. Ale (zawsze jest jakieś ale ;)) brakuje mi tu czegoś. Np. co się stało z obecnymi w tej sali lekarzami?

 

Pomimo wyżej wymienionych przeczytałem z zaciekawieniem i przyjemnością.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Hej, Stefanie. Mniej mi się to podobało niż Upadek. Dlatego, że więcej w nim dziur logicznych, które ładnie wypunktował Ci MrB. Dodatkowo utwór kładzie mi zamieszkanie w domu, w którym Paweł zamurował zawiniątko. Za żadne skarby nikt tego by nie zrobił, nie i koniec, finito, za Chiny Ludowe.

Warsztat dobry, ale to już w poprzednim tekście pokazałeś. Podobają mi się Twoje dialogi, są naturalne, niewymuszone. Dobrze budujesz napięcie, finał mnie także zaskoczył. Tylko te nieścisłości.

Nie ma co się zbytnio rozpisywać. El Lobo też Ci parę potknięć znalazł. Trochę niedopracowany utwór w szczegółach, ale dobrze napisany. Będę czekał na kolejne opka, oby bardziej spójne.

Punkt ode mnie masz, bo rzemieślniczo jest w porządku, a dziury większe widywałem.

Nie przekonały mnie dziury w fabule.

Skąd policja miała odciski palców zaginionej siedmiolatki? Jeśli nawet pobrali z zabawek, to po co? Żeby latać po szkołach i porównywać?

Operacja wycięcia kawałka rdzenia kręgowego wydaje mi się bardzo dziwna. Nie znam się, ale wydaje mi się, że najważniejsze w rdzeniu są aksony. No, a po przecięciu aksonu raczej szlag trafia komunikację.

Też mi się wydaje, że nigdy nie kupiliby podobnego domu. I jakim cudem zamurowane dziecko przeżyło? Bo duchowi lekarz chyba nie robiłby operacji? No, nie rozumiem, co tam właściwie się stało. I coś mi się wydaje, że to nie ma wyjaśnienia.

Starszy brat cholernie antypatyczny. Trochę trudno mi było uwierzyć, że nastolatek może być tak głupi i podły. Ale ogólnie bohaterowie fajni.

Masz trochę literówek.

Babska logika rządzi!

Mnie także rzuciły się w oczy dziury w fabule., które wypunktował Tobie zwłaszcza MrBrightside. Jednak spostrzegłem je dopiero na koniec, gdy już w głowie zacząłem układać sobie historię Pawła, Kasi, Daniela i Pszczółki. Bo napisałeś tekst tak, że wciągnął mnie bez reszty i zaintrygował rozwiązaniem. Potrafisz tworzyć napięcie i klimat tajemnicy, a także na swój sposób wyrazistych bohaterów.

Teraz pokombinuj nad konstrukcjami fabularnymi, by były bardziej spójne ;)

Podsumowując: dobry koncert fajerwerków, tworzący odpowiedni klimat i napięcie – stąd masz klika. Gdyby jeszcze do tego był bardziej spójny wewnętrzne… ;)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Serdecznie dziękuję za wszystkie komentarze. 

Dały mi do myślenia, zwłaszcza, że są ze sobą tak zgodne.

Zawsze miałem się za mocnego w logice, tymczasem wygląda na to, że i w mikro i w makroskali często nie wiadomo co “autor miał na myśli”. Cieszy mnie, że mam teraz jasność co należy poprawić i nad czym pracować.

Pozowoliłem sobie w tym opowiadaniu na większy luz: Młoda para zabija na drodze dziewczynkę. Paweł zamurowuje ciało w domu, który jest we wczesnej fazie budowy. Czternaście lat później, już z własnymi dziećmi, wprowadzają się do tego właśnie domu. Osobiście lubię takie trochę przegięte zbiegi okoliczności. Wydają mi się one prawdziwsze niż się powszechnie sądzi. W końcu to Paweł kupował dom. Oczywiście, że nigdy nie kupiłby domu z trupem w środku. Chyba, że to on zrobił trupa trupem i jego działania mniej mają do czynienia z racjonalnością, a więcej ze starannie zepchniętym do podświadomości poczuciem winy. Nazwałbym to nawet taką wyższą, “artystyczną” logiką, ale wyjdzie na to, że bronię swojego błędu do upadłego.

Zabita (a jednak żywa) dziewczynka, która mieszka w ścianie domu to także twór, którego nie potrafię sklasyfikować. Nie jest duchem ani zombie, nie starzeje się, ale podobnie jak w przypadku Pszczółki, jej kręgosłup jest zepsuty, więc Grogger ją “naprawia”.

Wiele innych kwestii, jak na przykład odciski palców, to już faktycznie skok na głęboką wodę: uznałem, że policja byłaby w stanie po prostu ściągnąć je w domu zaginionej dziewczynki.

Aha, jeszcze jedno – dlaczego siedmioletnia dziewczynka leży na drodze (gdyby stała, to przecież by ją zauważyli wcześniej)? Trochę za mała, żeby wypuścić samą z domu bez opieki, trochę za duża, żeby nie wiedzieć, jak się zachować na ulicy.

Policja pewnie mogłaby pobrać te odciski palców, tylko po co? Przecież tak się nie szuka zaginionych dzieci. Bardziej by ich interesowały fotografie i w co była ubrana.

No i skąd te odciski palców zamurowanego dziecka na wózku?

Babska logika rządzi!

No cóż, lubię horrory, ale Pęknięcie nie spodobało mi się. Opowiedziana historia wydała mi się bardzo nieprawdopodobna, w dodatku pełna nieścisłości, które wskazali już wcześniej komentujący. Trudno mi sobie też wyobrazić, że Paweł nie zauważył, że dziewczynka, którą zawiózł na operację, to była jego córką. Mało zrozumiała jest sytuacja, kiedy matka zaginionej Pszczółki upija się. Dlaczego policyjny detektyw domaga się łapówki?

Wykonanie pozostawia nieco do życzenia.

 

Zga­sił jo­in­ta w sa­mo­cho­do­wej po­piel­nicz­ce. Kazał jej zo­stać w środ­ku. –> Popielniczka chciała wysiąść?

 

Kiedy rano mył zęby, do­strzegł cien­kie jak włos pęk­nię­cie w por­ce­la­no­wej ścian­ce zlewu. Czy to tutaj ude­rzy­ło czoło męż­czy­zny? Opusz­ka­mi pal­ców prze­cią­gnął po zle­wie… –> Powtórzenie.

W łazienkach instaluje się raczej umywalki.

 

Wiesz?, po­my­ślał Paweł. –> Po pytajniku nie stawiamy przecinka. Ten błąd pojawia się jeszcze kilkakrotnie w dalszej części opowiadania.

https://sjp.pwn.pl/zasady/;629839

 

Na­ła­do­wał masła orze­cho­we­go na tosta i we­pchnął go do ust. –> Na­ła­do­wał masła orze­cho­we­go na tost i we­pchnął go do ust.

 

Mil­czał przez chwi­lę i uda­wał, że re­gu­lu­je gps-a. –> Mil­czał przez chwi­lę i uda­wał, że re­gu­lu­je GPS-a.

 

Sie­dział za tanim biur­kiem. Na biur­ku stały sztucz­ne kwia­ty. –> Powtórzenie.

 

Ro­bert za­sta­na­wiał się, czy po­ni­żej linii stołu jest czło­wiek… –> Kim jest Robert?

 

w końcu ospo­wa­ty wy­cia­gnął z szu­fla­dy jed­no­ra­zo­wy dłu­go­pis. –> Literówka.

 

– Czego do­kła­nie pań­stwo ocze­ku­ją? –> Literówka.

 

– Mu­si­my zna­leźć córkę – po­wie­dział Paweł – w ciagu kilku go­dzin. –> Literówka.

 

De­tek­tyw był niż­szy niż Paweł, żuł gumę i dra­pał się karku.  –> Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: De­tek­tyw był niż­szy od Pawła, żuł gumę i dra­pał się po karku.

 

kuc­nął na­prze­ciw ścia­ny. Była obita dra­pe­rią w ro­ze­tę. –> Czy ściana na pewno była obita tkaniną ułożoną w dekoracyjne fałdy? Czy draperia była w jedną rozetę?

 

– Nasza córka za­gi­nę­ła – po­wie­dzial Paweł. –> Literówka.

 

ko­lek­cjo­nu­jąc coraz wię­cej wro­gich spoj­rzeń od ro­dzi­ców… –> …ko­lek­cjo­nu­jąc coraz wię­cej wro­gich spoj­rzeń ro­dzi­ców

 

Dziew­czyn­ka, która wziął za Psz­czół­kę… –> Literówka.

 

Po­biegł do kuch­ni i zo­ba­czył w c8iem­no­ści sku­lo­ny kształt. –> Literówka.

 

Tamto coś wcia­gnę­ło ją do dru­gie­go świa­ta. –> Literówka.

 

Dał sobie spo­kój z wóz­kiem. Zdał sobie spra­wę… –> Powtórzenie.

 

Ospo­wa­ty spoj­rzał na na dziew­czyn­kę… –> Dwa grzybki w barszczyku.

 

Roz­bi­ja­nie ścia­ny mu­sia­ło mu zająć dłu­żej, niż są­dził. Była 13.00. –> Roz­bi­ja­nie ścia­ny mu­sia­ło trwać dłu­żej, niż są­dził. Była trzynasta.

 

Meż­czy­zna wy­cią­gnął chust­kę i wy­tarł nos. –> Literówka.

 

Zo­ba­czył tak­sów­kę, która za­trzy­ma­la się… –> Literówka.

 

Owró­cił się i przez wa­ha­dło­we drzwi wszedł na salę ope­ra­cyj­ną. –> Literówka.

 

Drzwi za­mknęły się i po chwi­li usły­szał wycie elek­trycz­nej piły.

Za­mknął oczy… –> Powtórzenie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka