- Opowiadanie: NobbyNobbs - Męska noc

Męska noc

Witam. 

 

Z racji tego, że opowiadanie jest dosyć długie z góry dziękuję każdemu kto poświęci czas by przeczytać je całe. Proszę o wszystkie wasze opinie i komentarze.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Męska noc

-Dostałem! – wrzasnął mężczyzna głosem pełnym bólu chwytając się za brzuch. Gdy spojrzał na dłoń cała była oblepiona czerwoną mazią.

-Schowaj się  i nie wychylaj. – krzyknął jego towarzysz zza niedużej skały

-Jest ich zbyt wielu, już po nas. – odparł ten pierwszy, kładąc się za innym głazem, sterczącym pionowo z ziemi. – prawa flanka padła, zasadzka na lewej flance w krzakach też się nie udała. Znaleźli go i zastrzelili. Wzięli nas w krzyżowy ogień, a z tyłu słyszę jak ktoś się tu czołga. Za chwile tu będą.

-Nie pomagasz mi, zamknij się i udawaj martwego. – odpowiedział kompan raz po raz starając się wynurzyć i odpowiedzieć strzałami na atak. Wrogowie dobrze wiedzieli gdzie jest i za każdym razem kule świstały mu tuż nad głową. Usiadł zasapany za osłoną z głazów. Rozejrzał się wokoło i próbował coś wymyślić, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Po chwili spojrzał ze zmarszczonym nosem na leżącego kompana.

-Czy to boli, gdy się obrywa?– zapytał krzywiąc się i skinął w kierunku jego brzucha.

-Tak, cholernie. – spojrzał na towarzysza i gdy ujrzał strach w jego oczach, dodał siląc się na uśmiech – ale tylko na początku. Już nic nie czuje – powoli ułożył się schowany za małym głazem – Nie możesz tu zostać, zaraz wezmą Cię w krzyżowy ogień i będzie po Tobie, uciekaj stąd. To twoja jedyna szansa.

Wiedział dobrze, bez komentarza przyjaciela, że nie może pozostać w miejscu. Był osaczony i za chwile przeciwnicy wejdą do jego kryjówki i dorwą go. Musi wziąć się w garść i coś szybko wymyślić. Wychynął lekko jednym okiem zza głazu i rozejrzał się. Znajdował się na niewielkim wzniesieniu, a przed nim przez jakieś 100 m roztaczała się łąka. Kończyła się otaczającym ją półksiężycem lasem. To właśnie stamtąd ostrzeliwali go wrogowie. Ucieczka w trawy za nim nie wchodziła w grę. Słyszał jak ktoś tam się nieustannie podczołguje, a nawet gdyby udało mu się go lub ich załatwić nie mógł później walczyć mając za osłonę jedynie wysokie trawy. Jedyną swoją szansę widział w ucieczce na prawy brzeg lasu i schowanie się między drzewami. Stamtąd mógł prowadzić atak idąc przez las w stronę jego centrum eliminując rozciągnięte siły wroga.

Podjął decyzje, że tak zrobi. Przypomniał sobie wszystkie filmy, którymi żył w młodości. Sylvestrer Stallone i Arnold Schwarceneger rozbijający w pojedynkę całe armie. Jason Statham i Stevenem Segal, samotne wilki wymierzający sprawiedliwość hordom wrogów. Tak, czuł że jemu też się uda. Jest stworzony do walki, całe życie czekał by móc się sprawdzić.

Wystarczyło tylko dobiec do linii drzew na prawej flance i w biegu zastrzelić jedynego wroga, którego tam wcześniej dostrzegł. Później jakoś to będzie. Skupił się, wrzasnął, wyskoczył zza zasłony głazu i ciągle krzycząc pobiegł w stronę lasu.

Po czterech krokach dostał trzy strzały: jeden w plecy między łopatki od człowieka, który czaił się w trawie za nim, jeden w pierś i jeden centralnie między oczy. Upadł w biegu przetaczając się po ziemi. Strzały nie ustępowały.

– Ała kurwa, dostałem! – wrzasnął z bólu

Strzały ucichły. Ale po trzech sekundach padł jeszcze jeden godząc go w ramie.

-Dostałem powiedziałem! – wrzasnął zdenerwowany.

-Została mi ostatnia kulka, szkoda było zmarnować. – odpowiedział uśmiechając się mężczyzna w mundurze wyłaniający się z wysokich zarośli. Zdążył już ściągnąć maskę ochronną. Podszedł do niebieskiej flagi wbitej pośrodku kamiennego kręgu. Podniósł ją tryumfalnie nad głowę i powiedział udawanym, patetycznym tonem:

-Zwycięstwo! Panowie walczyliście dzielnie. Wasz spryt, upór i determinacja są godne podziwu. – Zrobił pauzę na złośliwy uśmiech i kontynuował już zwykłym głosem – Jedna rada na przyszłość: nie zaczynajcie pić wódki przed grą. – Uśmiechnął się promiennie od ucha do ucha. – Jeden z panów, który czaił się na nas w krzakach usnął i obudził się dopiero jak na niego nadepnąłem. Był tak zdezorientowany, że nie wiedział gdzie i kim jest. Minutę musieliśmy go trzymać we troje, bo próbował nas bić swoją bronią. Dobrze, że miał maskę bo jeszcze by nas pogryzł. Chyba miał koszmar, źle zniósł nagłe wybudzenie przez facetów w maskach.

– Dwójka, która broniła was z flanki tak się pociła od wódki, że im kompletnie maski zaparowały – dodał śmiejąc się drugi z napastników, który przybył na miejsce – obijali się o drzewa.

W międzyczasie reszta zawodników obu drużyn zeszła się do nich. W sumie dziesięciu facetów. Podziękowali sobie za grę,  cała piątka drużyny napastników życzyła reszcie dobrej zabawy i odmaszerowali w stronę lasu, gdzie jakiś kilometr dalej zostawili samochody na leśnej drodze.

-Gdybyś nie wyskoczył zza tych głazów, wygralibyśmy. Nie mieli już prawie amunicji. Dwóch z nich strzelało samym powietrzem dla postrachu – powiedział mężczyzna, który wcześniej przyszedł z lewej flanki od strony lasu. Był wyraźnie starszy od reszty, zmarszczki na twarzy i cera palacza wskazywały, że ma jakieś 40 lat, ale na ustach igrał uśmiech nastolatka. Był niewysoki, miał na sobie niedopasowany mundur, który wydymał mu się przy kostkach.

– Lepiej się nie odzywaj się Dziadek. Mnie dogadujesz, a sam usnąłeś w krzakach – ogryzł się niedoszły Rambo, wysoki, dobrze zbudowany brunet o długiej zmierzwionej czuprynie, która od potu oklejała mu całe czoło. Miał dwadzieścia parę lat jak reszta towarzystwa, oczywiście prócz mężczyzny, którego nazwał Dziadkiem.

-Nie usnąłem, zaskoczyli mnie jak przeczyszczałem szybkę w masce! – zaprzeczył wybuchając Dziadek

-Taaaak – odparł ironicznie trzeci towarzysz. Był średniego wzrostu. Na głowie miał kruczoczarne, krótko i elegancko ścięte włosy. Właśnie wrócił z lasu. – twoje chrapanie słyszałem  na drugim końcu tego zagajnika. Myślałem, że to przelatujący samolot, ale dźwięk urwały twoje wrzaski gdy nadepnął na ciebie tamten.

Wszyscy parsknęli śmiechem

– Na pewno zrobił to celowo bo nie dało się Ciebie nie słyszeć – dodał czwarty, piegowaty rudzielec.

Dziadek żachnął się, ale po chwili też się zaśmiał.

-Ściemniasz Adaś – odpowiedział do średniego wzrostu czarnego przystojniaka – ale dziś jest Twoje święto i nie nakopie Ci do dupy.

Święto o którym mowa to nic innego jak wieczór kawalerski. Adaś miał za dwa tygodnie wziąć ślub ze swoją ukochaną Moniką. Czwórka jego kumpli zebrała się by uczcić to zdarzenie, ostatnią  imprezą w prawdziwie męskim stylu. Znaczyło to dla nich zabawę w wojnę, pieczenie kurczaków na rożnie i chlanie do porzygu i nieprzytomności.

Dziadek nazwał ich pedałami gdy przedstawili mu pomysł na wieczór. Odkąd dowiedział się, że jego najlepszy kumpel z pracy się oświadczył (przy czym na samym początku nie omieszkał nazwać go idiotą i próbował mu to wybić z głowy) nie mógł doczekać się tego wieczoru. Raz po raz snuł przed swoim kumplem Adasiem wizje wieczoru w którym kolejno zwiedzają coraz to ciekawsze kluby nocne. Trzymając w zębach dziesięciozłotowe banknoty wciskają striptizerkom je między piersi. Kupują prywatne tańce w VIP roomach i wybiegają bez płacenia. Na koniec wynajmą apartament w centrum miasta gdzie zabiorą poznane w klubach chętne tancerki, które skończą wcześniej pracę lub przy niepowodzeniu zamówią jakieś przez internet z dowozem na wynos. Najpierw zaproponował, że pojadą do Katowic gdzie mieszkał dwa lata. Oprowadzi ich po najlepszych klubach i przedstawi swoim ulubionym dziewczynom. W jednym klubie miały tańczyć bliźniaczki z Japonii (chociaż jak domyślał się Adaś równie dobrze mogły być z Laponii, a dziadek łyknąłby wszystko co mu powiedzą), ale szybko sobie przypomniał, że ma tam zakaz wstępu. Po krótkim zastanowieniu doszedł do wniosku, że wszędzie w Katowicach już go dobrze znają i mogą ich nie wpuścić. Raz napomknął, żeby pojechać do Krakowa, ale przypomniał sobie, że dla odmiany to tam jego wydymano. Podczas jednej z wizyt w jednym z większych lokali urwał mu się film. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że dopiero zaczynał imprezę i jeszcze był na etapie drugiego piwa. Rano obudził się u siebie w łóżku i w ubraniu. Próbując sobie przypomnieć co się stało wygrzebał z kieszeni paragon od taryfiarza. Mało nie dostał zawału. Trzeba zaznaczyć, że dziadek mieszkał wtedy w Wieliczce i całą drogę najwyraźniej wracał taksówką. Ale najgorsze dopiero go czekało. Po sprawdzeniu stanu konta, okazało się, że nie tylko stracił wszystkie swoje oszczędności, które przywiózł z Norwegii i za które miał przeżyć następne dwa lata, ale także miał głęboki debet. Gdy wrócił do klubu i próbował odzyskać pieniądze stracił jedynkę i musiał zapożyczyć sie u mamusi na ceramiczna protezę. To zmusiło go do znalezienia nowej pracy. Tak właśnie poznał Adama.

Mimo frywolnego życia Dziadek był wykształconym i doświadczonym człowiekiem i znalazł pracę jako księgowy w firmie produkującej szeroko rozumiane słodycze. Jako, że praca w księgowości jest raczej domeną kobiet, Dziadek znalazł się w toksycznym dla siebie środowisku uprzejmych żmij. Musiał się szybko dostosować, schować swoje prawdziwe ja i wytrzymywać codziennie 8 godz. słuchania o pończoszkach, bolerkach, balejażu, hybrydach, zalotkach, kolce Jasia, rzygach Stasia, weekendzie w Spa, co ona sobie wyobraża przychodząc do pracy w tej obcisłej sukience w której widać jakie ma zajebiste ciało a ja nie i w sumie to powinna lniany worek na siebie ubierać bo na mnie też by się mogli gapić wszyscy a ta franca zawyża standardy.

 Adaś, jedyny księgowy w 10 osobowej drużynie był dla dziadka jak woda na pustyni. Mimo, że byli swoimi przeciwnościami (dziadek uważał, że to przez przebywanie z samymi babami Adam zniewieściał) szybko się zaprzyjaźnili. Dziadek traktował Adama jak swoje wyzwanie. Za punkt ambicji obrał sobie zrobienie z niego prawdziwego mężczyznę. Widział umysł kolegi jako nieskazitelnie białe płótno, na którym ktoś dziecięcą ręką i kolorowymi farbkami wymalował malutkie, piękne i naiwne idee, którymi kierował się w życiu. Adaś wszystkim mówił "dzień dobry", "dziękuję" i "przepraszam". Puszczał przodem kobiety w drzwiach, na pierwszą randkę szedł z kwiatami, wierzył w miłość od pierwszego wejrzenia, przeznaczenie i socjalizm. Dziadek marzył by móc upaprać to jego białe płótno swoimi brudnymi rękami. Zamaczać palec w błocie i namalować na nim ogromne jędrne piersi, i wielką pupę, i następne piersi, mniejsze sterczące nieco na boki. Dużo piersi i dużo pup. Zaciapałby te jego wszystkie naiwne wierzenia i namalował na czym na prawdę świat stoi.

Niestety gdy się poznali, było już według Dziadka dla Adasia za późno. Ciągle szukał prawdziwej miłości. Mimo to Adaś był jedyną osobą, która śmiała się z jego wulgarnych żartów i której spokojnie mógł powiedzieć co myśli. Opowiadał mu o swoich wszystkich szalonych przygodach, o wszystkich kobietach, które miał i których naiwność często bezwstydnie wykorzystywał, a Adam nigdy nie moralizował go, ale zawsze słuchał z uśmiechem i śmiał się z zabawnych historii.

Czasami gdy wychodzili na miasto Adam zgadzał się być jego skrzydłowym, ale nie był dobrym pomocnikiem podrywu, bo jak bardzo bogatego Dziadek by nie udawał, dziewczyny skupiały się głownie na Adamie. Przystojniacha jeden.

– No panowie, czas przygotować biesiadę bo zbliża się wieczór – rzucił Marek.

Wszyscy udali się na kilometrową wycieczkę po prowiant do samochodu. W jednej dużej chłodni turystycznej i kilku torbach przynieśli wszystko co było im potrzebne: schłodzone w lodzie piwa, pięć flaszek wódki, jedna duża litrowa butla Jacka Danielsa, dwa zamarynowane w całości kurczaki, śpiwory i całą resztę drobiazgów potrzebną na całą noc. Zabrali ze sobą nawet namiot, ale nikomu nie chciało się go rozkładać. Noc miała być ciepła i pogodna. Był czerwiec, a od kilku dni panowały upały. Na obóz wybrali miejsce gdzie wcześniej była ich "baza", którą bronili. Z ziemi wystawało tam wiele pojedynczych głazów i kilka większych około metrowych obelisków. Znajdowało się to na niewielkim wzniesieniu. Nie było tam wysokich traw a jedynie miękkie mchy tworzące zielony dywan na ziemi i porastające głazy.

-Świetne miejsce, tu nawet pachnie inaczej. – stwierdził Adam kręcąc nosem -Jakby jakąś przyprawą. Jak znaleźliście to miejsce?

-Rok temu mierzyłem tę okolicę i liczyłem drzewa. – odpowiedział wyciągając piwa z przenośnej lodówki Rambo Marek, który z zawodu był geodetą – Zapamiętałem dobrze to miejsce bo mieliśmy tu kupę przygód. Obiecałem sobie, że tu nie wrócę, ale jak Rudy zadzwonił, że szuka jakiegoś miejsca na odludziu na twoją  imprezę, od razu o tym pomyślałem

-To miejsce jest przepiękne – wpadł w zachwyt Rudy – widoki jak z kalendarza. Te cudownie powyginane drzewa, te nagie, majestatycznie wyrastające z mchów białe skały. Te zapachy, które przypominają jakieś nieuchwytne przyjemne wspomnienie z dzieciństwa…

-Te Rudy, zawiało taką gejozą, że boję się obok Ciebie spać – rzucił Dziadek przerywając mu wywód.

-A właśnie, co robi dwunastopak gumek w torbie? Przecież żadnych lasek z nami nie ma – zapytał Rurek, niski blondyn, który wcześniej oberwał kulkę w brzuch – Rudy, przerażasz mnie.

-Czy tam pisze z boku XXL? – warknął Rudy – Nie? To nie moje!

-To moje, odłóż je – rzucił Dziadek marszcząc brwi

-Miało nie być żadnych panienek! – zganił go wyraźnie rozdrażniony Adam – prosiłem Cię o to wiele razy.

– Oj nie panikuj, żadnych panienek nie zamawiałem. I nie mów mi, że nie masz ochoty na porządny striptiz, tylko Monika z góry Ci zabroniła. Znam Cię. I tak jutro zżerałyby Cię wyrzuty sumienia i poleciałbyś jej wszystko powiedzieć. Na żadną konspiracje nie ma co liczyć z twojej strony. Ba, miałbyś wyrzuty sumienia nawet jak sama Ci je zamówiła! Prezerwatywy machinalnie wrzuciłem do torby. Zawsze mam je przy sobie. Jak mówią, przezorny zawsze ubezpieczony. Miałem może nadzieje że się opamiętacie i po tej całej zabawie w wojnę zapakujemy się w samochody i skoczymy na miasto.

-Swoją drogą ta okolica jest naprawdę ciekawa – wrócił do poprzedniego tematu Rurek, który nie słuchał wciąż zapatrzony w otaczający ich krajobraz – Weźmy te drzewa – Wskazał pojedyncze i nieliczne porastające polane poniżej wzgórka – Teren tam jest płaski, a wszystkie wygięte są w jedną stronę. Nie mają prostych pni i nie są przechylone u nasady jakby powyginał je jakiś podmuch wiatru, ale całe wyginają się w łuk i dopiero korony skierowane są do góry. To raczej niespotykane. A te skały – wskazała skinieniem otaczające ich monolity – do gór jeszcze kawałek. Oprócz nich nie spotkaliśmy w okolicy żadnych innych skał, a co dopiero wapieni. I ten zapach – zaciągnął się z uśmiechem – to chyba jakieś zioła.

-Tak, możliwe -przytakną Marek – Kiedy mierzyliśmy okolice zauważyliśmy, że kręci się tu jakaś babcia. To było dziwne bo nie spotkaliśmy się z żadnym domem w promieniu wielu kilometrów, a mierzyliśmy dosyć spory teren. Zbliżyłem się do niej z ciekawości. W ręku miała sierp a przez ramie przewieszoną torbę zrobioną ze zwykłej chusty. A w niej kupę jakiegoś zielska. Mruczała coś pod nosem i ścinała zioła w tym miejscu. Nie zauważyła mnie. Wtedy właśnie mi się tu spodobało. Ten płaski głaz po środku idealnie mógł posłużyć za stół, bo wokół niego jest kilka mniejszych na których można wygodnie siedzieć. Później razem z resztą ekipy jadaliśmy tu posiłki i zostawialiśmy część mniej kosztownego sprzętu, żeby nie tachać go codziennie ze sobą. Kto mógłby nam coś ukraść na takim odludziu? Żywego ducha w odległości wielu kilometrów. To był błąd. Pewnego ranka gdy tu przyszliśmy zastaliśmy tą starą jędze jak demoluje nasze rzeczy. Wściekła rozrzucała, tłukła i cięła swoim sierpem wszystko co wpadło jej w ręce. Dobiegliśmy do niej żeby ją uspokoić, ale gdy kumpel próbował ją chwycić, ta raniła go sierpem w ramię. Próbowałem ją złapać od tyłu, ale jędza wywinęła się i ugryzła mnie. Do dziś mam ślad! Rana goiła się dwa miesiące, musiałem wziąć antybiotyk bo wdała się infekcja. Uwierzycie ? W końcu ją obezwładniliśmy, ale musieliśmy zadzwonić na policję bo nie chciała się uspokoić.

-Tak po prostu się na was rzuciła? Nic nie mówiła? – zapytał szczerze zaciekawiony Rudy.

-Niewiele, wyglądała na stukniętą mimo że ubrana była całkiem schludnie. Ot zwykła starowinka, którą można spotkać na ulicy. Dostała prawdziwej furii, wrzeszczała i szamotała się. Jedyne co zrozumiałem to to, że mamy się wynosić. Nawet gdy ją obezwładniliśmy i próbowaliśmy z nią rozmawiać, ta tylko sapała i patrzyła na nas ze wściekłością.

-Nie domyślasz się czym mogliście ją tak wkurzyć? Może któryś z waszych spotkał ją wcześniej w lesie i coś jej zrobił? – dopytywał Rurek leżąc na boku i łuskając w zębach ziarna słonecznika

-Nie, nie sądzę. To były same dobre chłopaki, nie w głowie im żarty. Byłem tam najmłodszy, reszta to stateczni tatusiowie. Gdyby coś się wydarzyło na pewno by powiedzieli. Tylko ja ją wcześniej widziałem. Skłaniałbym się raczej ku temu, że to miejsce uznawała za swój zielnik lub coś takiego i stwierdziła, że jej go niszczymy. Albo była po prostu chora psychicznie i coś jej stuknęło.

– Mogłeś o tym wcześniej wspomnieć – Oburzył sie Dziadek – A jak ta starucha zastanie nas tu nad ranem nawalonych i popodrzyna nam gardła we śnie?

-Niemożliwe, zmarła tej samej nocy w areszcie. Podobno cały czas dyszała z wściekłości i popatrywała krzywo na wszystkich. Od czasu do czasu dostawała szału, szarpała kraty i krzyczała tak, że nikt nie mógł jej zrozumieć. W końcu opadła z sił, przewróciła się i już nie wstała. Przynajmniej tak mówiła policja gdy później nas przesłuchiwali. Mieli problem z ustaleniem kim jest. Nie wiem jak się to później skończyło. To była pierwsza rzecz, przez którą mam złe wspomnienia związane z tym miejscem.

-Aż się boję zapytać o drugą – rzucił Adam przystawiając butelkę piwa do ust

-Nic takiego, po prostu sprzęt nam ciągle nawalał i praca, która miała nam zająć miesiąc przeciągła się do dwóch. Nie łapie tutaj żaden sygnał komórkowy czy GPS, a na dodatek ciągle padały nam baterie w sprzęcie.

Biesiada trwała w najlepsze. Nazbierali zapas patyków na całą noc i rozpalili ognisko obok kamiennego stołu. Kurczaki piekły się na rożnie wspartym na dwóch wbitych w ziemię patykach w kształcie liter Y znalezionych w lesie. Na kilku skałach świeciły się świeczki, które przyniósł i pozapalał Rudy. Gdy zapadł zmierzch nadało to okolicy romantycznego klimatu. Nie obyło się bez kąśliwych uwag i insynuacji, że chce sie do nich dobrać, ale bronił sie tłumacząc, że to świeczki na komary. Dziadek, Adam i Marek siedzieli na głazach, a Rudy i Rurek na karimatach. Gdy opróżnili ostatnie piwa mimowolnie przerwali rozmowy o zarabianiu pieniędzy by wsłuchać się w koncert świerszczy, który nie wiadomo kiedy się zaczął i ciągle nabierał na sile. Gdy było już całkiem ciemno dostrzegli, że spomiędzy traw wyłaniają się wątłe światełka. Najpierw kilka pojedynczych, ale z upływem czasu pojawiało się ich coraz więcej. Każde z osobna poruszało się swoją własną drogą. Kręciły się wkoło, unosiły się i opadały, gasły i znów się zapalały. Patrzyli na ten spektakl jak urzeczeni. Marek i Rurek mieli rozdziawione usta. Adam i Rudy uśmiechali się tylko, a Dziadek starał się okazywać obojętność. Gdy chmury zasłoniły księżyc i wszystko wokół pokryła całkowita ciemność, a nie podniecane ognisko zaniedbane przez rozkojarzonych mężczyzn zaczęło przygasać, ujrzeli że cała polana i pobliskie lasy mienią się światełkami. Wydawało się, że cała okolica aż faluje od ich ruchów. Rudy chciał coś powiedzieć, wyrazić swój podziw, ale powstrzymał się, bo wiedział że kumple wyśmieją jego liryzm.

– Co to jest? – zapytał zapatrzony w spektakl światełek Rurek

– Nigdy nie widziałeś świetlików? – rzucił szczerze zdziwiony Adam

– Nie, tylko na filmach. Nie wiedziałem, że to tak wygląda na żywo. I że może być ich tak wiele.

-Ja też widzę cos takiego po raz pierwszy– dodał Marek.

-Smutne życie miastowego dziecka – powiedział z ironią Adam

-Nigdy jako dzieci nie nocowaliście na dworze ? – zapytał Rudy

-Jakoś nigdy mnie to nie pociągało – odpowiedział Marek – gdybyś usnął gdzieś u nas na trawniku na dzielnicy to mógłbyś się obudzić bez portfela i z prezerwatywą w dupie.

Rudy zadławił sie piwem ze śmiechu.

-Mnie ojciec często zabierał na ryby. Nocowaliśmy w namiocie nad jeziorem. Byłem też razem z Rudym przez kilka lat harcerzem – powiedział Adam.

-No po Rudym jeszcze bym się tego spodziewał, ale nie po tobie – rzucił szyderczo Dziadek

-O co Ci chodzi ? – zapytał zdenerwowany Rudy

-Noo, o te fikuśne czapeczki, spodenki, podkolanówki. Jak z teledysku Village People -zaśmiał się.

-Po pierwsze, co byś sobie o mnie nie myślał, to że jestem modelem nie znaczy, że jestem gejem – odgryzł się Rudy – Po drugie: Ile miałeś lat gdy po raz pierwszy miałeś nagą pierś w ustach? Pierś twojej matki się nie liczy.

Dziadek milczał przez chwilę i odpowiedział zmieszany odwracając głowę, jakby coś z boku go zainteresowało.

-Siedemnaście.

Adam parsknął

-Ostatnio jak się spiłeś na imprezie firmowej i o tym rozmawialiśmy mówiłeś że dwadzieścia.

-Musiało mi się pomylić, nie pamiętam żebym Ci cos takiego mówił – rzucił trochę zakłopotany.

Rudy zaśmiał się, a Dziadek wciąż wpatrywał się w Adama podejrzliwie zastanawiając się, co jeszcze mógł mu powiedzieć, czego nie pamięta.

-No widzisz, a średnia wieku harcerza tracącego dziewictwo to 16 lat. Nie wyobrażasz sobie co się dzieje na tych obozach. Swoje pierwsze nagie piersi widziałem w wieku 12 lat. Podglądaliśmy przez okno za barakiem kąpiące się dziewczyny. Pierwszy seks na żywo widziałem w wieku 14 lat gdy poszedłem się wylać w krzaki. Usłyszałem jakieś sapanie i gdy sie podkradłem zobaczyłem jak dwóch piętnastolatków obraca jedną szesnastkę. Takie rzeczy były tam na porządku dziennym.

-A ty kiedy miałeś swojego pierwszego penisa w ręce? Własny się nie liczy. – dogryzł mu uśmiechnięty Dziadek

-Spierdalaj – powiedział Rudy i śmiejąc się rzucił w Dziadka sporym patykiem. Ten, aby nie oberwać odchylił się do tyłu i spadł z kamienia na którym siedział.

Wszyscy wybuchli śmiechem.

Żartowali sobie z siebie tak jeszcze przez długi czas. Druga flaszka wódki poszła w ruch. Rudy wpatrując się w niknące powoli świetliki zapytał:

-Który dzisiaj jest ?

– Dwudziesty pierwszy chyba – odpowiedział Rurek krztusząc się po ostatnim kieliszku

-Przesilenie letnie. Noc świętojańska. Najkrótsza noc w roku.

-Znaczy że musimy się pospieszyć, zostały nam jeszcze prawie cztery flaszki wódy i whiskey – dodał szczerząc się Dziadek.

-Za czasów naszych przodków Słowian to było piękne święto, Noc Kupały – kontynuował Rudy odwróciwszy wzrok w stronę ognia – Było to święto płodności. Ludzie bawili się i tańczyli wokół ognisk. Łączyli się w pary, odchodzili w lasy i uprawiali seks. Zresztą pewnie nie tylko w pary. Wtedy ludzie byli bardziej rozwiąźli. To był obyczaj i na leśne orgie panowało ogólne przyzwolenie – dokończył rozmarzonym głosem.

-I co jeszcze robili? – zapytał nagle Dziadek, chyba po raz pierwszy tak zasłuchany, kiedy Rudy mówił o jakiś ciekawostkach

-Różne rzeczy, dziewczyny puszczały wianki na wodzie i szukały czegoś po lasach.

-Pewnie bolca – rzucił Dziadek sam śmiejąc się ze swojego żartu – dobrze, że wianki puszczały, a nie się – dorzucił starając się rozbawić towarzyszy, ale poziom jego dowcipu powoli przestawał kogokolwiek bawić.

Śmiech przerwał mu głośny huk sowy, która siedziała na samotnym drzewie, tuż nad nimi. Wszyscy się wzdrygnęli, a Rurek niemal podskoczył ze strachu, bo nikt nie słyszał kiedy sowa przyleciała. Jej długi głęboki głos był nad wyraz donośny w otaczającej ich ciszy. Rurek już od dłuższej chwili z niepokojem rozglądał się wpatrując się w ciemność.

-Mało przez tą cholerę zawału nie dostałem – krzyknął Dziadek i cisnął pustą butelką po piwie w stronę sowy. Butelka przeleciała tuż obok niej, a ta nie zareagowała, tylko namolnie nie odrywając wzroku zaczęła się w niego wpatrywać.

-Rurku, wszystko w porządku?– zapytał roztrzęsionego kolegę  Adam.

-Tak… – odpowiedział starając sie uśmiechnąć – Po prostu… mówiłem już, że pierwszy raz nocuję w terenie. To głupie, ale jesteśmy pośrodku niczego i gdy tak wpatruję się w ciemność zaczynają mi się przypominać wszystkie horrory, które oglądałem przez ostatni rok.

-Wszyscy tak chyba mają – odpowiedział z uśmiechem Adam – nie wpatruj się w ciemność bo wzrok zaczyna płatać figle. Gdy za długo będziesz wpatrywał się w coś nieruchomego w ciemności, jakiś krzak, głaz czy pochylone drzewo to zacznie ci to przypominać jakąś poczwarę. Ba, po jakiś czasie zacznie Ci się wydawać że nawet się porusza. To takie złudzenie.

Marek odwrócił się w stronę ciemności i zaczął się w nią głęboko wpatrywać. Po dobrej minucie wzdrygnął się i pospiesznie odwrócił wzrok do ogniska. Adam i Rudy spojrzeli na siebie i uśmiechnęli sie porozumiewawczo.

-Horrory to nic – powiedział Rudy strzepując pozostałości po wypitej wódce z kieliszka na trawę – wiesz, że to zmyślona historia powstała w głowie scenarzysty. Gorzej jak oglądasz jakieś "niby-autentyczne" nagrania w sieci. W dzień wydają się tak niedorzeczne i tak oczywiście swingowane, że są aż śmieszne. Ogolony zdechły pies który ma być Chupacabrą, facet w kostiumie z "Planety małp", który ma być Sasquatchem, ciemne zjawy w opuszczonych budynkach, białe bezrękie duchy, które chodzą jak paralitycy. I oczywiście ufoludki. Ale w ciemną noc – uśmiechnął się nad ogniskiem do Rurka, uśmiechem który miał go przestraszyć – wtedy już nie jesteś tego taki pewien.

Rozpoczęcie takiego tematu w środku nocy, przy ognisku, z dala od cywilizacji i po sporej zaprawie alkoholowej jest jak otwarcie Puszki Pandory. Przez następną pół litrówkę każdy sypał zasłyszanymi opowieściami o duchach. A to babcia Adama opowiadała jak to na wojnie w lesie obok jej wsi AK zrobiło zasadzkę na kolumnę z zaopatrzeniem dla niemieckiej armii i wyrżnęli ich do nogi. Od tamtej pory ludzie mówią, że słychać czasem z lasu rżenie koni i krzyki, a i babcia wracając koło lasu z nabożeństwa, widziała jakiś cień, który chowa się za drzewami. A to koleżanka Rurka za młodu wracając nocą polną dróżką od koleżanki minęła zakapturzonego człowieka z latarnią, który zniknął zaraz gdy się obróciła by na niego spojrzeć. Wujek Marka opowiadał o koledze, który wyprowadził się z kupionego domu bo w nocy po kuchni latały talerze, a i meble lubiły same się poprzestawiać. Każdy gdzieś słyszał takie opowieści i wysłuchiwał je jak bajki, nigdy do końca nie wierząc w to co słyszy. Ale w świetle ogniska każda taka bajka nabierała innego wymiaru. Za każdym razem gdy jakieś leśne zwierzę zaszeleściło w trawie bądź krzakach Rurek i Marek nie przyzwyczajenie do leśnych odgłosów natury wzdrygali się, chodź niektóre głośniejsze szelesty dochodzące z lasów uciszały wszystkich by dokładnie wsłuchać się w dźwięk i upewnić się, że nic się nie zbliża. Co prawda w tej okolicy nie powinno być żadnych groźnych dzikich zwierząt, ale wyobraźnia robi swoje. Gdy Rurek zarzekał się, że dźwięk który właśnie usłyszeli musiało wykonać jakieś duże zwierzę, Adam tłumaczył, że w cichą noc słuch jest tak wyczulony, że szczur biegnący przez trawy brzmi jak szarżujący dzik. Tylko Dziadek śmiał się z ich opowieści i nie dołożył żadnej swojej cegiełki, a gdy w pobliskich krzakach usłyszeli szelest tak głośny, że nawet Rudy i Adam na chwilę się zaniepokoili, Dziadek wyszedł w ciemność szeleszcząc pod stopami trawą w stronę owych krzaków mówiąc, że idzie się odlać. Jednak po niecałej minucie gdy zniknął im z oczu usłyszeli wrzask:

– Co jest kuuuurwa? – głos  w którym na początku pobrzmiewała nuta zdziwienia, a później przerażenia.

Wraz z krzykiem usłyszeli dźwięk szeleszczących krzaków. Krzyk się nagle urwał, ale krzaki nadal szeleściły

Wszyscy zwrócili się w stronę tego dźwięku i nasłuchiwali

-Dziadek, siusiaka sobie w malinowym chruśniaku podrapałeś? – krzyknął z ironią Rudy

Żadnego odzewu. Mimo to krzaki nadal szeleściły wskazując na to, że ktoś się w nich gwałtownie porusza

-Dziadek ! – Krzyknął Adam

Cisza

-Jaja sobie pewnie robi – rzucił nie tak pewnym już głosem Marek

Po kilku sekundach bezowocnych nawoływań dobrze już zaniepokojeni towarzysze wstali i zaczęli się wpatrywać w ciemność z których dochodził ów szelest. Prawie nic nie mogli dostrzec poza kręgiem światła w którym byli. Nagle chmury rozstąpiły się i blade światło księżyca w pełni, zalało okolicę, ukazując w szarości kontury otaczającego ich świata. W tym samym momencie szelest krzaków ucichł. Mężczyźni wytężyli wzroki i mimo odległości dojrzeli białą postać wśród krzaków w miejscu skąd wcześniej dochodziły dźwięki.

– Dziadek? – Spróbował ostatni raz Marek, ale jego głos nie był w połowie pewny jak wcześniej i brzmiał, jakby nie do końca chciał by dotarł do celu

Wpatrywali się skonsternowani w białą postać i zdawało się, że ona wpatruję się w nich. Rurek na dobre już przerażony zrobił kilka niepewnych kroków w tył tak, że znajdował się za plecami swoich kolegów. Nagle biała postać, bez jakiejkolwiek przyczyny wystrzeliła w milczeniu w ich kierunku. Przerażeni mężczyźni wciąż skierowani twarzą w jej stronę zaczęli cofać się na ugiętych nogach. Teraz, gdy się poruszała, w blasku księżyca widzieli już kształt tego stworzenia. Wyglądało jak dwie biegnące nogi i sam tułów bez rąk i głowy. Potwór zbliżał się do nich niemiłosiernie szybko. Adam i Marek cofając się potknęli się o dwa głazy, które wcześniej służyły im za krzesła i przetoczywszy się wylądowali na plecach. Rurek nie wytrzymując napięcia odwrócił się i ruszył biegiem za siebie. Po zaledwie kilkunastu krokach coś gwałtownie wystrzeliło mu dokładnie spod nóg i gdy przerażony upadał na ziemię, to coś przeleciało mu nad głową jak jakaś zjawa z głośnym furkotem i straszliwym, opętańczym, gulgotem. Dopiero po chwili szoku zorientował się, że to tylko bażant.

Chcący kontynuować ucieczkę zerwał się szybko na równe nogi i spojrzał w stronę obozowiska. Momentalnie się zatrzymał. Ujrzał Marka słaniającego się ze śmiechu na ziemi, Adama z wpół obolałą a wpół uśmiechniętą twarzą, który rozmasowywał sobie plecy i wściekłego Rudego który szarżował na ów białą poczwarę goniąc ją wokół ogniska i starając się kopnąć w miejsce gdzie najwyraźniej ma pośladki. Ów poczwarą okazał się Dziadek ubrany w zbyt duże kalesony naciągnięte po szyję i z rękami schowanymi wewnątrz nich. Gdy Rurek zbliżył się do ognia ogólna wesołość zwróciła się w jego stronę, bo to on uciekł najszybciej i najdalej.

-Tylko ty mógłbyś wpaść na równie debilny pomysł – ocierając łzy z policzka rzucił w stronę Dziadka Marek.

Gdy się już uspokoili zasiedli do kamiennego stołu, bo kurczaki były już gotowe. Byli bardzo dobrze wstawieni. Pocięli je używając wojskowego noża i bezceremonialnie jedli je samymi rękami. Po rękach i brodzie spływał im tłuszcz, który wycierali od czasu do czasu w rozchełstane mundury, które mieli na sobie, a w przypadku Dziadka w białe kalesony, bo resztę odzienia zostawił w krzakach do których nie chciało mu się wracać. Rurek znów zaczął wpatrywać się w przestrzeń wokół nich, ale tym razem nie ze strachem, ale z ciekawością na otaczające ich głazy których biel była teraz znacznie lepiej widoczna w blasku księżyca. Niektóre niewidoczne wcześniej kamienie między trawami teraz dzięki księżycowi kontrastowały z otoczeniem.

-Nie widziałem tego wcześniej, wyglądało że te głazy są tu porozrzucane bez ładu. Zauważyliście, że siedzimy w centrum niemal idealnego kamiennego kręgu?

Żaden z kolegów nie zwrócił uwagi na ten komentarz, gdyż zajęci byli dyskusją, kto ostatni pił wódkę, opróżnił butelkę i nie przyniósł nowej. Dziadek machnął ręką, jeszcze raz przetarł z tłuszczu dłonie i chwiejnym krokiem zbliżył się do torby z której wyciągnął ostatnią już flaszkę i telefon.

-Eeee miało być bez telefonów – Napomniał go Marek

-To dotyczyło was i kontaktów z waszymi wścibskimi panienkami – odpowiedział Dziadek – Przepraszam Rurek, chodziło mi o ich dziewczyny – wskazał na resztę – nie mówiłem o twojej mamie. Twoja mama słusznie się o Ciebie niepokoi.

Uśmiechnął się złośliwie, a reszta też się zaśmiała

-Gdyby wam pozwolić mieć włączone telefony co chwilę rozbrzmiewały by dzwonki: a to połączenie, a to sms'ik. Za wszelką cenę starałyby się wam popsuć zabawę. Odchodzilibyście co chwila w ciemność, żeby porozmawiać, przeprosić, udowodnić że jesteście trzeźwi, że nie ma tu żadnych dziewczyn. Zamiast skupić się na piciu i zabawie zawsze któryś z was by zamulał, bo dziewczyna się obraziła. Mimo tego, że już dawno wiedziały o tej imprezie, mimo zapewnień że jesteście grzeczni, mimo tłumaczeń, że to najważniejszy wieczór w życiu waszego kumpla; nie, nie Adam – spojrzał na niego znacząco – wcale wesele nim nie jest; mimo tego wszystkiego, one zawsze znajdą sposób żeby wmówić wam że robicie coś złego i mają prawo się na was gniewać.

-Bez przesady, Julka mi ufa i nie ma nic przeciwko, że tu jesteśmy – zaoponował Marek

-Ty się lepiej nie odzywaj, bo ostatnio jak wyszliśmy na piwo do pubu to siedziałeś najpierw pół godziny na telefonie pisząc sms'y, a później zniknąłeś gdzieś na półtora godziny. I nie mów mi, że miałeś sraczkę, bo Rurek widział jak stoisz przed wejściem i gęsto tłumaczysz coś do telefonu – odgryzł Dziadek

-Ale to była całkiem inna sytuacja – bronił się Marek – dwa dni wcześniej mieliśmy małą kłótnie i najwyraźniej nie wszystko sobie wyjaśniliśmy.

-A o co ta kłótnia ?

-Nie wyniosłem śmieci

-I widzisz o czym ja mówię! – wybuchł Dziadek – I musiała to wyciągać akurat jak poszedłeś z kolegami na piwo?!

Wszyscy się uśmiechnęli, zamruczeli i pokiwali głowami z aprobatą. Marek otwarł usta żeby coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnował i umilkł. Dziadek przerwał gwałtownie wesołość kompanów.

-A wy co, lepsi?! – spojrzał na trójkę osłupiałych kolegów – Rudy, ty nawet wstydu nie masz. Wyciągasz telefon przy kolegach nie kwapiąc się by odejść od stołu i dzwonisz do swojej: "Żabusia już śpi? Żabusia niech się lepiej już położy bo jutro wczesne wstawanko". Porzygać się można. Czy tak mówi prawdziwy mężczyzna do swojej kobiety? Jaja Ci ucięli w tej agencji modelów? A ty Adaś – zwrócił się już nie ze złością, ale z wyraźnym żalem w głosie – nie poznaję Cię już. Nie poznaję chłopaka z którym wychodziłem wieczorami na miasto. Pamiętasz jak potrafiliśmy bawić się do białego rana. Jak podrywaliśmy dla mnie dziewczyny. Graliśmy dwóch dzianych anglików, którzy nie znają polskiego, prosiliśmy je żeby nas oprowadziły po mieście, a po całonocnej zabawie ja zabierałem je do wynajętego apartamentu. Wyszło drożej niż za prostytutki, ale za to jaka zabawa. Albo pamiętasz jak chodziliśmy na miasteczko studenckie i zagadywałem grupki grillujących studentów. Ty podchodziłeś po chwili i wręczałeś mi piwo mówiąc "dzięki profesorze za wszystko, nigdy panu tego nie zapomnę". Później wypytywałem laski o problemy na uczelni i obiecywałem wstawiennictwo u wszystkich profesorów, których rzekomo znałem. Nawet nie mam wyrzutów sumienia o to co działo się potem. Ty ze swoim urokiem nigdy nie miałeś problemu żeby coś poderwać, ale przyznaj, że moja bezczelność dodawała Ci odwagi. Było tego o wiele, wiele więcej. To były chyba najlepsze dwa lata mojego życia. A teraz? Kiedy do mnie ostatnio zadzwoniłeś, żeby zaprosić mnie na piwo. Gdybym nie wyciągał Cię na siłę, w ogóle nie widzielibyśmy się poza pracą. Nie masz czasu dla starego przyjaciela? Co się z Tobą stało?

– Zakochałem się – odpowiedział cicho po długiej pauzie.

Dziadek umilkł wyraźnie zbity z tropu. W końcu usiadł ciężko koło niego. Po chwili ciszy i wpatrywania się w ogień uśmiechnął się i poklepał go po ramieniu.

-Tak w ogóle to po co Ci był ten telefon? – zapytał Rudy

-Sprawdzałem tylko, czy moje panienki dzwoniły. Powinny już dawno być. Ale telefon nie działa. Chyba się rozładował.

-Miało nie być panienek! – przypomniał mu rozzłoszczony Adam

-Oj nie będzie, żartowałem tylko – uśmiechnął się i puścił oko Adamowi, a Adam wcale nie był pewny czy na pewno żartował – rozmarzyłem się tylko bo straszliwie mi się zachciało.

Minęła długa chwila ciszy, gdy wszyscy wpatrywali się w ogień, aż w końcu odezwał się Rurek.

-Może zagramy w "nigdy nie"?

-A może rozbierz się i popilnuj swoich ubrań jak się nudzisz – prychnął Marek

-Nie, daj spokój, to fajna gra – bronił go Adam – Chodzi o to że mówisz o czymś, czego nigdy nie robiłeś, a gdy ktoś inny to robił musi się napić. Dobra Rurek zaczynaj.

-Nigdy nie byłem we Francji – uśmiechnął się i uniósł w górę kieliszek

-Ale wymyśliłeś – prychnął Rudy i pociągnął z kieliszka – ubaw po pachy. Słuchaj tak to się robi: nigdy nie – uniósł kieliszek – uprawiałem seksu z murzynką

Chwila ciszy i konsternacji. Dziadek niemrawo uniósł dłoń i wypił do dna. Wszyscy z niedowierzeniem zaczęli się uśmiechać.

-Co ? Jak? Gdzie? Kiedy? – wyrzucił z siebie Marek

-Z niejednego pieca się chleb jadło – rzekł z nieukrywaną dumą wciąż wpatrując się w ogień.

-Dobra to teraz moja kolej – powiedział Adam napełniając kieliszek Dziadka – nigdy nie uprawiałem seksu z murzynką za darmo.

Dziadek spojrzał krzywo na Adama, ale nie uniósł kieliszka. Cała czwórka prychnęła śmiechem i wyrazili opinie, że można się było tego spodziewać. Następny był Marek.

-Nigdy nie uprawiałem seksu w trójkącie…

Znów Dziadek uniósł kieliszek w stronę ust i ku zaskoczeniu wszystkich zrobił to równocześnie z Rudym, ale gdy obaj niemal dotykali nimi ust, Marek dodał:

-…z dwiema kobietami

Tylko Dziadek przechylił kieliszek. Rudy z wyrazem zmieszania na twarzy opuścił go. Po trwającej kilka sekund ciszy z trzech szeroko rozwartych szeroko ust wybrzmiał w końcu głośny zgodny ryk:

-Cooo ?!

Tylko Dziadek siedział niewzruszony i prychnął

-Wiedziałem że jesteś trochę homo.

-Nie jestem ani trochę homo – warknął Rudy – To, że obracałem laskę z innym facetem i widziałem nagiego faceta nie znaczy, że mnie on kręci.

Widząc, że Dziadek tylko się uśmiecha i że to do niego nie trafiło dodał.

-A ty to może pornosów nie oglądasz? Nie widzisz tam gołych facetów obracających laski? Ja miałem to samo tylko na żywo – wycedził wyraźnie obruszony Rudy

Dziadek chciał coś odpowiedzieć, ale najwyraźniej argument do niego dotarł i zamknął usta. Reszta wciąż z niedowierzaniem spoglądała na Rudego. Po Dziadku spodziewali by się wszystkiego, a rewelacje dokonywane za opłatą nie robiły na nich wrażenia. Za to po Rudym nikt by się tego nie spodziewał. Rudy długą chwile wzbraniał się przed opowiedzeniem tej historii, ale gdy kumple zaczęli snuć obrzydliwe domysły odnośnie cycatej kuzynki albo starej szefowej w końcu się złamał.

-To co wam wcześniej mówiłem… o tym jak byliśmy na obozie harcerskim i podejrzałem… tak naprawdę to byłem ja.

Koledzy milczeli skonsternowani, ale wciąż się uśmiechali. Po chwili Marek pierwszy odwrócił wzrok na Adama, a po nim zrobiła to pozostała dwójka słuchaczy. Adam chwilę przyglądał się ich pytającym twarzom i gdy naszło go zrozumienie wybuchł:

-Na mnie nie patrzcie, nie uczestniczyłem w tym, przecież się nie napiłem. Ja też jestem w szoku, wcześniej mnie też opowiadał, że tylko to widział.

Z powrotem spojrzeli na Rudego.

-Nie ma się czym chwalić. Nie mówiłem nikomu o tym, bo do dziś się tego wstydzę.

-Była brzydka, gruba? Czego się tu wstydzić? – rzucił Dziadek

-Ta historia tylko po części była prawdą. Grzaliśmy browarki w pokoju razem z Adamem i kolegami, a że zachciało się wszystkim w jednym czasie i latryny były zajęte poleciałem dosyć daleko do lasu. Gdy tak sobie sikałem spokojnie usłyszałem gdzieś niedaleko ciche pojękiwania. Postanowiłem to sprawdzić i zakradłem się bliżej. Wychylając się zza sosny w gęstych krzakach zobaczyłem kobietę, która trzyma się gałęzi i w zwisie oplata nogami czyjąś szyję tak, że jego głowa była między jej kroczami. Robił jej dobrze ustami. Widziałem ich dosyć dobrze, księżyc świecił mocno i promienie muskały jej ciało. Widziałem wyraźnie każdy szczegół jej ciała z wyjątkiem twarzy, która była skryta w cieniu gałęzi. Miała małe, ale jędrne piersi. Sutki sterczały jej jakby salutowały. I ten umięśniony brzuch. Widziałem każdy z segmentów jej sześciopaka, była cała napięta gdy trzymała się tej gałęzi. Przez chwilę zwisała nawet na jednej ręce bo chwyciła drugą jej partnera za włosy i docisnęła do siebie mocniej. Byłem nastolatkiem, widok ramiączka od stanika na obojczyku dziewczyny, czy suszące się na sznurku damskie stringi powodowały, że leciałem do kibla zwalić sobie gruchę. Wtedy nie było takiego dostępu do Internetu. Jak ktoś dorwał playboya do wypożyczał go za kasę. Nie mówcie, że też tak nie mieliście…

-No już nie tłumacz się Rudy – powiedział Dziadek – wyciągnąłeś pałkę i zrobiłeś co trzeba. Co dalej?

Rudy spojrzał z wyrzutem na Dziadka, ale kontynuował.

-Długo to nie trwało, ale w chwili uniesienia złamałem niechcący wystającą z sosny suchą gałązkę, której się trzymałem…

-Chwila uniesienia – prychnął Marek – zgrabny eufemizm

Koledzy syknęli na niego cicho żeby się zamknął zasłuchani w opowieść. Rudy kontynuował jakby nic nie usłyszał.

– Parka usłyszała to, przerwali zabawę i nagle oboje odwrócili do mnie głowy. W ułamku sekundy, za nim schowałem się za drzewo zobaczyłem, że ten chłopak to Marcin. Marcin Rusiński.

-To ten wielki szesnastolatek, którego tak nienawidziłeś? Na każdym kroku próbował ci dopiec. Za każdym razem gdy cię mijał popychał cię lub podkładał nogę.

-Nie mogliście mu nakopać do dupy? – zapytał Dziadek

-Byliśmy przestraszonymi czternastolatkami, a on był wielki i wysportowany. No, przynajmniej wtedy wydawał nam się wielki jak na swój wiek. Miał wtedy pewnie maksymalnie metr siedemdziesiąt wzrostu.

-I co dalej? – przerwał im gwałtownie zasłuchany Rurek

-Nie usłyszałem kiedy mnie podeszła, nawet nie zdążyłem schować sterczącej fujary do spodni.

-Kto ? – ryknęli wszyscy zgodnie jednym chórem gdy pauza Rudego przeciągła się za długo

-Drużynowa Karina – Odpowiedział cicho Rudy wpatrując się ogień.

-Co? – wrzasnął Adam unosząc się z kamienia – Karina?! Przecież każdy z nas wtedy o niej marzył. Ona była przepiękna. Szczupła, wysportowana, twarda a zarazem dowcipna. Chyba każdy chociaż raz brandzlował się myśląc o niej, a gdy raz kąpała się przy wszystkich ze swoimi dziewczynami w bikini w jeziorze, w męskim kiblu zabrakło papieru. Miała wtedy dwadzieścia parę lat. Naszym drużynowym był wtedy… – kontynuował powoli cichnąc

-Jej mąż – dokończył za Adama Rudy.

Wszyscy pozostali słuchacze unieśli wysoko brwi w niemym zdumieniu. Ciszę przerwał Marek

-Ohohoho, robi się oraz ciekawiej, kontynuuj.

-No więc w ciszy wyszła zza drzewa za którym się chowałem i gdy ją zobaczyłem na twarzy miała wyraz gniewu. Badała mnie z góry na dół jakby się zastanawiając co ze mną zrobić. Byłem przestraszony bo wtedy myślałem tylko o tym, że to ja zrobiłem coś złego i nakryto mnie z fujarą na wierzchu. W końcu zatrzymała wzrok na mojej sterczącej pałce, uśmiechnęła się jakby ją olśniło i powiedziała, że nie ładnie jest tak podglądać i musi mnie ukarać. Zrobiła krok w moją stronę, ja krok w tył, ale chwyciła mnie za fujarę i nie mogłem uciec. Zamiast bólu poczułem dreszcz który przeszedł mnie po całych plecach. Pierwszy raz jakaś kobieta trzymała mnie za prącie. Pogłaskała mnie po policzku, uklękła i zaczęła robić loda. Ach te nastoletnie lata kiedy mogłem raz za razem. Marcin wyjrzał zza drzewa żeby zobaczyć co się dzieję i nieco się zdziwił, a później ostro wkurzył. Wyglądało, że chce się ulotnić obrażony, ale Karina nie przerywając wypięła tyłek i klepnięciem w swój pośladek zaprosiła do wejścia. Nie powiem że mi się to podobało, że do nas dołącza, ale byłem usidlony, jeszcze nigdy nie czułem się tak dobrze, a wierzcie mi, długo jeszcze nie spotkałem kobiety która dorównała temu co ona potrafiła. Marcin dał się przekonać widokiem jej tyłka i wszedł w nią jak w masło. Karina siłowała się z moim penisem nie wiedząc że ledwo co skończyłem w krzakach. Marcinowi nie szło za dobrze. Po paru ruchach w króliczym tempie doszedł i opadł bez sił oparty o drzewo. Karina kazała mi go zmienić i jechałem z nią opartą o drzewo. Wiła się, sapała, zagryzała pięść żeby nie krzyczeć a ja dalej i dalej ile sił. Przez kilkanaście minut starałem się z całych sił dojść, ale chyba prawie całkiem wypróżniłem się przy pierwszym razie. Karinka nie mogła już utrzymać się na nogach i opadła na czworaki. Kiedy w końcu w niej skończyłem położyła się koło Marcina i ciężko dysząc mówiła jaki jestem zajebisty. To właśnie wtedy Marcin mnie znienawidził. Sam nie podołał i był świadkiem jak ja jej dogadzam. Pewnie był w niej zakochany i wyżywał się na mnie za to co zaszło. Oczywiście kazała nam obiecać, że nic nikomu nie powiemy i rozeszliśmy się bez słowa.

-Skoro było jej tak dobrze, nie próbowała cię jeszcze raz zaciągnąć do lasu ? – zapytał podejrzliwie Dziadek

-To była ostatnia noc wyjazdu, a za rok już sie nie pojawiła, zresztą jej mąż też nie. Podobno urodziło im się dziecko – powiedział przygnębionym głosem

-Szkoda, ale co pobzykałeś to twoje – rzucił Marek

-Nie jestem wcale z tego taki dumny, ona miała męża – odpowiedział lekko podenerwowanym tonem

-Byłeś tylko dzieciakiem i cię wykorzystała, to nie twoja wina – odpowiedział Dziadek tonem pełnym uciechy – nie jeden zazdrościłby ci tej przygody. Masz co teraz wspominać i opowiadać kolegom przy ognisku.

Rudy nie podzielał uciechy reszty kolegów. Siedział wpatrzony w ognisko. Rurek również wyglądał jakby się nad czymś zastanawiał. Walcząc ze sobą przez chwilę w końcu zapytał.

-Rudy, to dziecko jest rude?

Śmiech ustał. Wszyscy umilkli. Rudy mimo, że milczał do tej pory i patrzył w ognisko zmieszał się jeszcze bardziej. Po chwili ciszy chwycił butelkę wódki i pociągnął dwa mocne łyki. Zaciągnął się rękawem, przetarł twarz i powiedział:

-Nie wiem. Robiłem wszystko żeby się tego nie dowiedzieć.

Nastała długa cisza przerywana tylko trzaskaniem drewna w płomieniach.

-To co, teraz moja kolej – odezwał się Dziadek nalewając sobie i Rurkowi do kieliszka, uśmiechając się promiennie – nigdy nie odbiło mi na tyle, żeby się oświadczyć.

Adam łyknął szybko swoją porcje, a po chwili wahania i zdumieniu reszty Marek powiedział:

-Miała to być niespodzianka, ale niech już będzie – i pociągnął z kielicha. Rozległy się wiwaty i gratulacje zaskoczonych kolegów. Tylko Rudy nadal wpatrywał się w ogień, a Dziadek prychnął i machnął ręką. Po serii pytań o to jak się oświadczył i kiedy ślub, Rudy wciąż patrząc w ogień, całkowicie zmieniając temat zapytał:

-Dziadek, czemu tak nienawidzisz kobiet?

-Nienawidzę? Co ci przyszło do głowy ? – powiedział szczerząc zęby – ja kocham wszystkie kobiety: małe, duże, grube, chude, Azjatki, murzynki, białe, blondynki, rude. Wszystkie.

– Nie o to mi chodzi. Pytam, czemu tak bardzo nimi gardzisz. Czemu traktujesz kobiety tylko jak rozrywkę. Czemu boisz się związać. Za każdym razem gdy dowiadujesz się że któryś kumpel ma się ożenić wściekasz się i go wyśmiewasz. Czemu nie wierzysz, że może się udać. Masz 40 lat i nigdy się nie miałeś nikogo na dłużej. Masz tak od zawsze czy któraś zrobiła Ci krzywdę, tak że teraz się ich po prostu boisz?

Te ostatnie słowa sprawiły, że uśmiech znikł z twarzy Dziadka, a zastąpił je grymas gniewu.

-Co ty możesz wiedzieć o życiu gówniarzu. Kiedy ja podrywałem panienki ty jeszcze mówiłeś na gówna papu.

-Czyli trafiłem – odpowiedział niewzruszony wybuchem kolegi Rudy – sparzyłeś się.

Nie odpowiedział. Usiadł ciężko na kamieniu i chwycił się za głowę. Był już dobrze wstawiony i zebranie myśli zajęło mu dosyć długą chwilę. W końcu podniósł twarz na której malowało się sztuczne rozbawienie.

-Tak bardzo chcesz wiedzieć? No dobra, to siadajcie kurwie, Dziadek opowie wam zajebistą historie – zrobił krótką pauzę by upewnić się czy wszyscy go słuchają i kontynuował – kiedyś byłem taki jak ty. Młody, naiwny, zakochany. Miałem jakieś 23 lata i dziewczynę o imieniu Alicja. Była przepiękna – rozmarzył się unosząc wzrok w stronę gwiazd. – szczupła, zgrabna. Miała piersi, które idealnie mieściły się w moich dłoniach. Jej włosy były długie i czarne jak bezgwiezdna noc, ale miały połysk jak jedwab. Miała wielkie ciemne oczy, jak dwa węgielki. Była cudowna, silna, ale jednocześnie delikatna. Rozumieliśmy się bez słów. Przy niej czułem, że naprawdę coś znaczę. Byliśmy ze sobą dwa lata, a rok mieszkaliśmy razem w Krakowie. Miałem wobec niej poważne plany, ba, nawet zacząłem ciułać na pierścionek zaręczynowy. Dałbym sobie za nią rękę uciąć, no i jak mówił klasyk: dzisiaj popierdalałbym bez ręki. Studiowała socjologię, ale żeby zarobić na życie pracowała jako kelnerka. Pewnego razu sięgnąłem po jej portfel, chyba żeby rozmienić sobie kasę. Miała w nim paragon z restauracji w której pracuje z datą tamtego dnia, na którego odwrocie ręcznie napisany był adres, kod do klatki i podpis: "500 euro for the night. Hope to see you". Oczywiście zdziwiony poszedłem od razu do niej, żeby zapytać co to. Wybuchła szczerym śmiechem i powiedziała mi, że zostawiła go by mi pokazać. Jej klient w restauracji, stary niemiecki zwyrol zostawił to na stoliku. Trochę się zdenerwowałem, że dostaje w pracy takie propozycje, ale w sumie też mnie to rozbawiło i powiedziałem jej w żartach, żeby następnym razem wzięła od razu z góry zaliczkę. W ten sam dzień wieczorem umówiłem się z dwoma kumplami na piwo, a ona była dziewczyną, która nigdy nie miała z tym żadnego problemu i powiedziała, że też wyskoczy na miasto z koleżankami. Mimo, że byłem wtedy niepoprawnym romantykiem jak ty rudzielcu, to gdy popiłem, trochę mi odbijało. Zresztą moi kumple byli tacy sami. No i spiliśmy się dosyć mocno. Opowiedziałem im o tej sytuacji i wpadliśmy na genialny plan, żeby odwiedzić tego wstrętnego szwaba, który przyjeżdża do Polski ze swoją brudną forsą i próbuje bałamucić nasze piękne kobiety. Mój kumpel Kazik, który przypominał rudego Hagrida z Harrego Pottera stwierdził, że zwykła pogadanka to za mała kara i wymyślił coś znacznie gorszego. Wierzcie mi, na trzeźwo nawet ja bym się na coś takiego nie zgodził. Poszliśmy we trójkę do pobliskiego sexshopu z wypożyczalnią strojów i znaleźliśmy pasujące na nas lateksowe ciuchy. Schowaliśmy stroje pod czarnymi płaszczami i ubraliśmy czarne czapki policyjne, tak, że wyglądaliśmy jak parodia amerykańskiego policjanta. Wzięliśmy ze sobą boomboxa, no wiecie, taki dawny odtwarzać płyt. Poszliśmy pod ten adres, wstukaliśmy kod, który oczywiście pasował i zapukaliśmy do drzwi. Otworzył niski, jegomość w wieku około 50 lat. Był opalony jakby właśnie wrócił z egzotycznej wyprawy, a w ustach miał rządek idealnych bialusieńkich zębów, które kontrastowały z jego opalenizną. Ubrany był w garnitur i czuć było od niego zapach drogich perfum. Najwyraźniej był pewny swego bo dobrze się przygotował. Światło miał przygaszone. Na stole czekała kolacja ze świecami. Spodziewał się całkiem innego gościa i na twarzy miał wyraz skrajnego zdziwienia. Nie daliśmy mu nic powiedzieć i od razu weszliśmy do środka. Przez chwilę chyba faktycznie myślał, że jesteśmy z policji bo nie protestował. Dopiero gdy byliśmy w środku oprzytomniał i zaczął nas wypytywać po angielsku co się dzieje. Milczeliśmy stojąc ramię w ramię w rozkroku blokując wyjście i lustrowaliśmy pomieszczenie zza ciemnych okularów. W końcu Franek – bo tak miał na imię trzeci kumpel – wyciągnął spod płaszcza boomboxa, postawił na komodzie i włączył. Z głośników poleciał dźwięk piosenki "Gunther – ding ding dong song". Jak nie znacie to polecam posłuchać. Piosenka w stylu wczesnych lat 90 – dziesiątych. Jest o dotykaniu genitaliów nazywanych tam "Tra la la" lub "Ding ding dong". Równocześnie zrzuciliśmy z siebie płaszcze. Nie wyobrażacie sobie jaką miał minę. Szkoda, że nie miałem aparatu. Kadr żywcem wyjęty ze starego czarno-białego filmu grozy. Mieszanka przerażenia, niedowierzania i bezsilności. Mieliśmy na sobie tylko lateksowe majtki z szelkami, a na nogach coś na kształt skórzanych czapsów westernowych. Franek zaczął tańczyć nie odrywając stóp od podłogi, poruszając tylko na zmianę zgiętymi ramionami i odwracając głowę. Ja oblizałem wulgarnie wargi, a Kazik widząc, że Niemiec zbiera się do krzyku nakazał mu palcem ciszę. Nie pomogło. Niemiec z wrzaskiem rzucił się do wyjścia, ale tylko odbił się od wielkiego brzuszyska Kazika i upadł na ziemię. Znowu wstał i wrzeszcząc pobiegł w stronę okna, ale zdążyłem go złapać nim tam doleciał. Związałem mu z tyłu ręce jego własnym paskiem, a Kazik zatkał mu usta taką piłeczką na pasku, który zakłada się na głowę. Franek wciąż tańczył swoje jakby był w transie. Podsunąłem mu paragon pod oczy i powiedziałem po angielsku, że dziękuję za zaproszenie. Potem zdarłem z niego ciuchy, a on piszczał z przerażenia jak dziewczynka. Zlaliśmy mu trochę gołą dupę paskiem, potańczyliśmy nad nim, popsikaliśmy mu tyłek olejkiem jakbyśmy zaraz mieli się do niego dobrać i zostawiliśmy płaczącego, ssącego kciuk i zwiniętego w kłębek na podłodze.

Wszyscy słuchali z niedowierzaniem i rozbawieniem na twarzach. Po chwili przedłużającej się pauzy, gdy już zdawało się, że skończył opowiadać, Rurek nie wytrzymał i zapytał:

-No, ale co to ma do twojej dziewczyny?

Dziadek umilkł, jakby zbierał się na odwagę by to powiedzieć, ale w końcu wyrzucił to z siebie.

-Spotkaliśmy ją na klatce schodowej gdy wracaliśmy – odpowiedział z widoczną trudnością.

Zatkało ich. Rurek rozejrzał się po twarzach kolegów i zapytał dla pewności:

-Znaczy, że szła do niego ?

-Nie kurwa, schody myła w seksownej bieliźnie pod płaszczykiem – wybuchnął Dziadek.

Znowu nastała chwila głuchej ciszy, gdy wszyscy prócz Dziadka spoglądali na siebie z wyrazem zdumienia i przygnębienia na twarzach. Trwało by to pewnie jeszcze długo, ale ciszę przerwał głośny szelest pobliskich krzaków. Zaraz po nim usłyszeli, że coś przebiegło po trawie tuż za granicą światła padającego z ogniska, ale że chmury zasłoniły księżyc i poza kręgiem światła panowała ciemność, nic nie dostrzegli. Rudy mógłby przysiąc, że rozpoznał cichy tupot ludzkich stóp. Spojrzał na Adama i zrozumiał, że on też jest zaniepokojony. Naraz ta myśl wydała mu się tak niedorzeczna, że gdy Adam odwrócił do niego twarz z pytającym wzrokiem machnął tylko ręką i powiedział cicho:

-Sarna

Adam się uspokoił.

-Kochałem ją jak nigdy nikogo. – kontynuował z tępym wzrokiem Dziadek jakby nic się nie wydarzyło – Ufałem jej i wierzyłem, że to prawdziwa miłość. Ale byłem młody i głupi. Długo płaciłem za wszystko czym ją obdarzyłem.  Nie mogłem się pozbierać. Piłem, ćpałem, szukałem ukojenia i czułości w przygodnym seksie. Nauczyłem się, że nikomu nie można do końca zaufać. To była dobra lekcja, ale drogo mnie kosztowała. Dziś byłbym nawet wstanie przeprosić tego Niemca, bo wykorzystałem jego trik dwa razy. W Odessie i w Albanii. Za każdym razem poskutkowało. To nie jego wina, że chciał sobie poużywać na wczasach. Mam taką teorię, że wszyscy faceci rodzą się takimi głupiutkimi romantykami jak ty Rudy. To kobiety raniąc ich sprawiają, że stają się zimnymi cwaniakami.

-Nie wszystkie takie są – włączył sie do dyskusji Marek

-Co ty tam możesz wiedzieć. Jesteś zakochany po uszy i ogłupiały. Nawet jakby przyprawiała ci rogi nie dostrzegłbyś tego. Gdyby ktoś przyniósł Ci zdjęcie na dowód, że Cię zdradza, i tak byś nie uwierzył– żachnął się Dziadek

Marka wyraźnie to zdenerwowało, ale po chwili zastanowienia odezwał sie spokojnym tonem.

– Zdziwiłbyś się.

-To znaczy?

-Też mam swoją historię – umilkł, ale gdy zobaczył wyczekujące wpatrzone w siebie oczy kolegów po chwili wahania kontynuował – Też zostałem zraniony, a mimo to wiem, że Julka taka nie jest. Miałem 18 lat gdy poznałem pewną dziewczynę. Chodziłem wtedy do liceum razem z Adamem. Nie byłem zbyt popularnym dzieciakiem. Od kilku lat walczyłem z ciężkim trądzikiem i do tego dosyć szybko urosłem przez co byłem szkieletem. Dopiero w tym czasie udało mi się względnie dojść do ładu ze swoim ciałem. Mimo to, przez te wszystkie lata ciężko było u mnie z poczuciem własnej wartości. Wszystko zmieniło się, gdy mój starszy brat, który był na studiach zaprosił mnie do siebie na weekend i razem z jego znajomymi zabrał mnie do klubu. Jedna z jego koleżanek przyprowadziła kumpele. Nie była to miłość od pierwszego wejrzenia, po prostu gdy byłem trochę podpity zaprosiłem ją do tańca bo sama też się trochę krępowała bawić przy nie-swoim-towarzystwie. Od słowa do słowa zaczęliśmy rozmawiać w trakcie tańca, potem na zewnątrz przy papierosku i nawet nie wiem kiedy minęło nam tak na rozmowie kilka godzin. W końcu poszliśmy wszyscy na mieszkanie mojego brata. Studiowała prawo, co mi bardzo imponowało. Co ja mówię, w końcu zainteresowałem sobą jakąś dziewczynę i to 4 lata starszą studentkę. Dla nastolatka to nie lada wyczyn! Gdy większość ludzi rozeszła się do domów  a niedobitki spały w łóżkach i na podłodze, ja całowałem się z nią bez opamiętania na kanapie. Później poszliśmy do łazienki i po raz pierwszy miałem w rękach nagą pierś. Nie była seks bombą, nie zwróciłbym pewnie na nią uwagi na ulicy. Miała tu i ówdzie za dużo: trochę za grube nogi i tyłek, za duży brzuszek. Miała ogromne piersi, ale zaczynały powoli przegrywać nierówną walkę z grawitacją. Mimo wszystko była nawet zgrabna i miała w sobie coś ciekawego. Nie doszło do niczego więcej w tej łazience poza obmacywaniem, ale to była tylko kwestia czasu. Zaczęła zapraszać mnie do siebie, miała własne mieszkanie, które kupili jej dziani rodzice. Gdy przyjeżdżałem do niej na weekendy, bziliśmy się bez opamiętania całymi dniami, wychodząc z mieszkania tylko gdy kończyło nam sie piwo i popcorn. Na początku robiliśmy to potajemnie, bo wstydziła sie przyznać przed rodzicami, że spotyka się z młodszym facetem. Mimo, że na początku umówiliśmy się, że chodzi nam tylko o seks, pierwsza złamała się i wyznała mi miłość. Nie byłem pewny czy ją kocham, czy po prostu pożądam, ale widziałem jak jej zależy, więc też oddałem się uczuciu. To był pierwszy raz kiedy poczułem, że jestem dla kogoś ważny i naprawdę kochany – przerwał i wpatrzył się w przestrzeń – Sielanka nie trwała długo. Gdy w końcu zaprosiła mnie do domu szybko się okazało, że jej rodzice mnie nie tolerują, mimo że nie okazywali tego wprost. Po ignorowali mnie przy stole gdy jedliśmy obiad. Rozmawiali tylko z nią.  To było żenujące. Byłem tylko nastolatkiem i sam nie miałem śmiałości, żeby próbować przebić ten mur. A oni najwyraźniej uznali, że ich córka zasługuje na kogoś więcej niż gołodupego chłystka w starym pordzewiałym mitsubishi. – westchnął i uśmiechnął się do kolegów – wiem, że to zabrzmi patetycznie, ale wtedy nie przejmowałem się tym, bo myślałem że nasza miłość nam wystarczy.

-Oczywiście się myliłeś – wtrącił sie Dziadek przechylając kieliszek, z uśmiechem w którym nie było cienia rozbawienia.

-Tak, trwało to wszystko zaledwie kilka miesięcy. Matka zaczęła jej mówić, że gdyby kiedyś planowała ślub to bez intercyzy się nie obejdzie, bo inaczej nie dostanie nic z ich majątku. Oczywiście wtedy byłem daleki od planowania takich rzeczy, ale gdy sie o tym dowiedziałem, powiedziałem jej że jak mnie nie będzie pewna,  to nie ma po co brać ślubu, a skoro tak, to po co intercyza. Zresztą, powiedziałem, że nic nie chce od jej rodziców.

Matka zabrała ją na kilkutygodniową wycieczkę do Ameryki Południowej i jak sądzę, przekabacała ją, że to między nami nie ma sensu. Dodatkowo w Meksyku poznała bogatego, śniadego Hiszpana, który również był na wycieczce i przygrywał jej wieczorem przy ognisku na gitarze. Jak mogłem się z nim mierzyć. Jeszcze przed powrotem napisała mi, że to koniec. Tak jak ty, załamałem się. Utraciłem nie tylko całe poczucie własnej wartości, którą udało mi się dzięki niej zbudować, ale skończyłem w gorszym stanie niż byłem wcześniej.

-Taaaak – rzekł prostując ramiona Dziadek – Nigdy nie wygrasz z mamusią i pieniędzmi. Ale co Cię to nauczyło? Znów jesteś zgłupiały przez panienkę.

-Nauczyło mnie by nie brać się za kobiety z bogatych domów. Są rozwydrzone i nie potrafią żyć bez bogactwa. Wszystko co mają dostały na tacy i nie doceniają tego wartości. Mimo ich zapewnień, że tak nie jest. Pewnie nawet same w to wierzą, ale natury nie oszukasz. Tak wiem, powiesz mi, że wszystkim kobietom zależy na pieniądzach. I nie będę się z tym sprzeczał. Każdej zależy na stabilności i dobrym bycie. Tak jak facetom na ładnym ciele. Ale gdy obsypiesz zwykłą kobietę złotem, doceni to. Dziewczyna z bogatego domu zauważy tylko jak zacznie jej czegoś brakować. Julka potrafi docenić wszystko co dla niej robię.

Znów coś zaszeleściło, jakby w konarach pobliskiego drzewa, które jednak skryte było w ciemności. Nie zwróciliby na to uwagi, gdyby zaraz po tym nie nastąpiło ciche tąpnięcie, jak gdyby coś zeskoczyło z drzewa. Zaraz po tym znów usłyszeli znacznie wyraźniejszy szelest wskazujący, że coś lub ktoś przebiega tuż za granicą światła i ucicha w oddali. Rudy i Dziadek zerwali się na równe nogi, Rurek rozglądając się nerwowo i zbliżył się w stronę ogniska, a Adam sięgnął do torby po jedyną latarkę jaką ze sobą zabrali. Tylko Marek zdawał się nie zwracać uwagi na całą sytuacje i wciąż wpatrywał się zamyślony w ogień. Adam włączył latarkę i skierował ją w miejsce, gdzie ostatnim razem słyszeli hałas. Latarka świeciła tylko przez jakieś trzy sekundy nim zaczęła mrugać, by później całkiem zgasnąć. Ta krótka chwila wystarczyła im by dojrzeć w ciemności żółte odbijające światło ślepia należące do lisa, który momentalnie się spłoszył i uciekł.

-Pierwszy raz widzę lisa na żywo – zaciekawił się Rurek

-Byłem pewny, że słyszę kroki – dodał zdziwionym głosem Dziadek

-Gdy długo przebywać w takiej ciszy wszystko wydaje się głośniejsze i umysł płata ci figle – powiedział Adam wciąż bez skutku mocując się z latarką i dodał – chyba bateria się rozładowała.

-Myślałem, że lisy nie chodzą po drzewach, a ten chyba zeskoczył z gałęzi – zauważył Rudy

-Może po prostu coś co chciał upolować siedziało na gałęzi, a on to spłoszył – odpowiedział Adam

Uspokojeni wrócili na swoje  miejsca. Gdy Adam opróżnił ostatnią butelkę wódki napełniając kieliszek, Dziadek ruszył do turystycznej lodówki i wyciągnął litrową butelkę whiskey. Napełnił pięć plastikowych kubków na jedną trzecią wysokości i dosypał do nich lodu, którym wypełniona była lodówka

-No, czas na moje ulubione. Gentelmen's drink – wypowiedział to poprawną angielszczyzną mimo stanu pozwalającemu większości ludzi tylko na gaworzenie i rozdał wszystkim kubki – Skoro tak ładnie zaczęliśmy sie przed sobą otwierać, to ktoś jeszcze ma może jakąś ciekawą opowieść o swojej miłości.

Po chwili milczenia Rudy odezwał się z wahaniem:

-W liceum…

-Ty już opowiadałeś – przerwał mu Dziadek

-Nie kochałem się w drużynowej, to znaczy tak jak wszyscy, pragnąłem jej ale nic poza tym! Nie chcesz to nic nie powiem. – obruszył się

-No dobra, dobra już, przepraszam – powiedział  wyraźnie pijackim głosem i machnął ręką zachęcająco – kontynuuj

-To nie jest tak pikantna opowieść jak wasze, bo nigdy nie doszło do żadnej konsumpcji, więc się nie napalajcie. W liceum miałem w klasie koleżankę. Świetna dziewczyna, wyszczekana, pewna siebie. Wszyscy ją lubili. Zawsze nosiła na szyi słuchawki, a gdy zakładała je na głowę wyglądała trochę jak kocica. Ruda kocica.

-Trafił swój na swego– szturchnął go z wyszczerzony Marek, który już wrócił myślami do teraźniejszości

Rudy odpowiedział mu uśmiechem i kontynuował

-Tak na prawdę, zakochałem się w niej od pierwszego wejrzenia, chociaż dochodziło to do mnie powoli. Nigdy tak naprawdę nie dawałem sobie u niej szans, zawsze kręcili się wokół niej starsi faceci, a ja byłem chudym, piegowatym rudzielcem, któremu wszyscy nie pozwalali o tym zapomnieć. Nie miałem niczego czym mógłbym jej zaimponować. Byłem zwykłym szarakiem w tłumie licealistów. Mimo to zaprzyjaźniliśmy się. Pewnie głównie przez mojego najlepszego kumpla z ławki z którym ciągle się trzymałem. On był ciekawy. Był wysokim atletycznie zbudowanym brunetem, miał dołeczki w policzkach i gdy się uśmiechał dziewczyny ściągały majtki przez głowę. A co najważniejsze, grał na perkusji. Coś takiego nie mogła puścić płazem tak zakochana w dobrym rock'u dziewczyna jak Karolina.

-Karolina ? Znałem kiedyś pewną Karolinę… – rozmarzył się Dziadek, ale wszyscy gwałtownie go uciszyli zasłuchani w opowieść Rudego.

-Spędzaliśmy ze sobą coraz więcej czasu – kontynuował Rudy – siadaliśmy razem we trójkę na przerwach, po szkole chodziliśmy razem na pizzę, czasem odprowadzaliśmy ją do domu. Super kumple. Tylko, że ja zaczynałem chcieć coraz więcej. Kiedyś, gdy Krzyśka nie było w szkole – bo tak miał na imię mój kumpel – poszliśmy z Karoliną do biblioteki miejskiej. Snuliśmy się między półkami szukając czegoś ciekawego do czytania i jakoś tak mimochodem zawędrowaliśmy do działu z poezją. Nie wiedzieć kiedy, wylądowaliśmy na podłodze każdy ze swoim tomikiem w ręce i spędziliśmy tam kilka godzin przytuleni do siebie. Opierała się na moim ramieniu, a zapach jej włosów, jej skóry doprowadzał mnie do obłędu. Chciałem, żeby ta chwila trwała wiecznie – Upił łyk swojego drinka i uśmiechnął się z oczami pusto wpatrzonymi w ogień – Ale nie trwała.  Wtedy to coś urosło we mnie do niewyobrażalnych rozmiarów. Znaleźliśmy między sobą jakąś wspólną nić. Myślałem, że coś między nami zaskoczyło w tej bibliotece, ale później zachowywała się jak gdyby nigdy nic. Żyliśmy tak jak wcześniej, we trójkę w przyjaźni. Ale ja już tak nie mogłem. Może nie wykorzystałem okazji, może powinienem zrobić coś więcej, ale miałem wrażenie, że im bardziej próbuję sie do niej zbliżyć, tym bardziej się ode mnie oddalała. A może mi sie tylko zdawało. Ale przez frustrację stałem się natarczywy, co było żałosne bo nie miałem do niej żadnego prawa. Frustrację pogłębiała niewyobrażalna, niezaspokajana rządza. Gdy szła korytarzem i patrzyłem jak jej szerokie biodra falują, miałem wrażenie, że cały świat porusza się razem z nimi.  Gdy szła przede mną po schodach w górę, musiałem przystawać i zaciskać dłoń na barierce, bo nie mogłem wytrzymać ze swoim pożądaniem. Było coraz gorzej, a na dodatek zacząłem być zazdrosny o Krzyśka. Gdy spotykałem ich razem na korytarzu, miałem wrażenie, że im w czymś przeszkadzam. Zdawałem sobie sprawę w jakim jestem stanie i że mogę mieć urojenia, ale to było silniejsze ode mnie. Wiecie, życie nastolatka przypomina bycie ciągle naćpanym. Wszystkie, nawet najmniejsze problemy zdają się nas do reszty przytłaczać. Kiedy się śmiejemy, to śmiejemy się do utraty tchu i to z byle głupoty. Dlatego też jesteśmy wtedy wrażliwsi. Tak samo jest z miłością. Gdy zakochujemy się, nawet w najmniej odpowiedniej osobie, nawet w aktorce z reklamy mydełka Fa, to kochamy bez hamulcy, najmocniej, fatalnie. Dopiero później uczymy się kontroli nad emocjami. Ale ma to swoją cenę. Nawet zdobycie szczytu najwyższej góry świata nie da nam tyle emocji co ucieczka ze szkoły na piwo i potajemna wycieczka do innego miasta. Tak więc, gdy widziałem uśmiech na jej twarzy zdawało się, że cały świat promienieje, a gdy była smutna, co zdarzało się jej coraz częściej, wszystko zdawało się być szare. Próbowałem ją pocieszać, ale nie chciała nic mówić i stawała się opryskliwa. Później już niemal codziennie chodziła przygnębiona. Gdy pewnego dnia znów podjąłem próbę by dowiedzieć się co ją tak smuci, kazała mi po prostu spierdalać. Wkurzyłem się nie na żarty, ale zostawiłem ją bez słowa. Mimo, że paliło mnie w środku ze złości i rozżalenia nie odezwałem się do niej ani słowem i unikałem jej towarzystwa aż do końca szkoły. Ona zresztą też nie szukała kontaktu ze mną. Straciłem w ten sposób też przyjaciela, bo mimo, że Krzysiek o nic nie pytał, wiedział, że się unikamy, ale koniec końców wybrał ją. Trwało to ponad rok. Uświadomiłem sobie, że przyjaźń jaka była miedzy nami, była tylko moim urojeniem i wyobrażałem sobie za dużo. Cała ta sytuacja, mimo, że nigdy między nami do niczego nie doszło kosztowała mnie tak jak ciebie Marek dużo zdrowia. Znienawidziłem się. Uważałem, że jestem nic nie wart. Patrzyłem w lustro z odrazą i pytałem siebie, jak w ogóle mogłem dopuścić do siebie myśl, że taka dziewczyna jak ona mogła by się mną zainteresować. Podcinałem się żyletką by ukarać się za bycie beznadziejnym człowiekiem.

Nastała długa chwila milczenia, gdy wszyscy, mimo że całkowicie pijani rozmyślali nad tym co usłyszeli i czekali na koniec opowieści. Dziadek nie wytrzymał i zapytał jako pierwszy.

-No jak to się z nią skończyło ? Przecież powodzi Ci się najlepiej z nas wszystkich. Jesteś bogaty, popularny, dziewczyny sie o ciebie zabijają.

-Paradoksalnie to dzięki niej. Przyszedł moment gdy musiałem sobie powiedzieć: albo ze sobą skończę, albo wezmę się w garść. Uratowała mnie nowa pasja. Zacząłem fotografować. Najpierw naturę, później wszystko. Zarejestrowałem się na portalu dla pasjonatów fotografii i na zdjęcie profilowe wkleiłem swoje samodzielnie zrobione zdjęcie przy użyciu statywów i lamp własnej roboty. Wyszło genialnie, jakbym miał świeczki w oczach. Jakiś agent poszukujący modeli znalazł mnie tam. Moja, jak zawsze uważałem ułomność, stała się moim atutem. W tej branży poszukują ludzi z wyrazistym i nietuzinkowym wyglądem a moja ruda głowa i piegowata gęba wpasowała się w sam raz. Pewnie nie zdecydowałbym się, gdy mi to zaproponowali, ale przypomniałem sobie Karolinę i stwierdziłem, że nie chce być już nikim i muszę spróbować. Kobiety są czynnikiem, który zmusza nas do działania. Żądza i potrzeba podziwu dają nom moc twórczą i kreatywność, sprawiają że w ogóle chce nam się wyjść z łóżka i zacząć działać. Gdyby na ziemi nie było kobiet, pewnie nadal siedzielibyśmy w jaskiniach.

Uśmiechnął się do kolegów i po chwili przerwy kontynuował.

Jeśli chodzi o nią i o Krzyśka, to miałem rację. Do dziś są razem. Okazało się, że kiedy miała takie okresy smutku, facet w którym się kochała i z którym zaczynała kręcić, dał jej kosza i wybrał inną. Tylko Krzysiek potrafił do niej dotrzeć i ją pocieszyć. I tak już zostali razem. Jestem im wdzięczny bo to dzięki nim nauczyłem się być silny i teraz jestem tym kim jestem. Widzimy się raz na kilka lat i…

-Cicho – przerwał gwałtownie przytłumionym głosem Adam i zaczął się powoli unosić – słyszycie to ?

Przez ułamek sekundy Rurkowi i Markowi zdawało się, że słyszą jakby coś szurało po trawie w dość dużej odległości. Dziadek najwyraźniej też to słyszał bo uniósł się ciężko dysząc i chwiejnym krokiem podszedł do ogniska.

-Koniec tego – powiedział podniesionym głosem, wyciągnął z ognia jedno z palących się polan i rzucił w kierunku z którego dochodził ten dźwięk. Gdy płonące polano było w połowie drogi usłyszeli  plusk wody, a gdy patyk doleciał do celu również usłyszeli plusk i z sykiem zgasł zanurzając się w wodzie.

-Nie wiedziałem, że tam jest jakaś woda – powiedział Rudy

-Pewnie jakaś mała rzeczka, albo duża kałuża – odparł Adam

-Jakieś pomysły harcerze, co to mogło być? – rzucił trochę zaniepokojony Marek

Rudy i Adam spojrzeli na siebie

-Może bóbr?– zgadywał Rudy – te skubańce mogą mieć nawet półtora metra długości i kilkanaście kilo wagi. Żerują nocą, pewnie wyszedł z wody obgryzać drzewa. Nie panikujcie. Do beskidów jeszcze szmat drogi. Nie ma tu żadnych groźnych zwierząt, co najwyżej sarny, zające, czasem trafi się jakiś bóbr albo dzik. Nawet jeleni tu chyba nie ma

-Dziki? Tu chodzą dziki? – Przestraszył się Rurek – Przecież one są niebezpieczne. Atakują ludzi…

-Bajek się naoglądałeś – machnął na niego ręką Rudy – wszystkie dzikie zwierzęta boją się i unikają ludzi. Dziki faktycznie czasami uczą się wyjadać śmieci i zbliżają się niebezpiecznie blisko do ludzi, ale to się zdarza raczej w miastach. Tu nawet wsi żadnej nie ma w pobliżu. Z daleka będą nas omijać, gdy zobaczą ogień.

Rurek trochę się uspokoił i wrócił na miejsce. Nie przyszło mu to z łatwością, bo nogi też mu się już dobrze chwiały. Po drodze potknął się z cichym przekleństwem o nie duży głaz i ciężko opadł na swoją karimatę. Wszyscy poszli za jego przykładem. Tylko Marek próbował jeszcze wygrzebać z toreb coś do zjedzenia, ale nie została im już nawet ani jedna paczka chipsów. Rudy, w akompaniamencie przekleństw Dziadka, który w ostatniej chwili uratował resztki swojego drinka, bezceremonialnie zrzucił wszystko ze stołu i wyłożył się na nim na wznak by utkwić wzrok w gwiazdach. Adam, przy aprobacie reszty stwierdził, że nie po to przywozili tu alkohol, żeby z nim wracać i rozlał resztę pozostałego ciemnego trunku do kubków i rozdał wszystkim.

-To co, ktoś jeszcze chciałby się podzielić swoimi żalami, opowiedzieć o swoich kobietach, spełnionych czy niespełnionych pragnieniach? – zapytał Marek kręcąc kubkiem by roztopić lód w szklance – alkohol nam się kończy, jedzenie też, a i sił niektórym zaczyna brakować – spojrzał znacząco na Dziadka, który siedząc wciąż w samych kalesonach, po raz trzeci próbował zawiązać sobie buta .

Po chwili milczenia wszyscy spojrzeli w stronę Adama. Gdy to spostrzegł uniósł ręce w obronnym geście.

-Nie mam nic do opowiedzenia. Przecież wszyscy wiecie, że Monika jest moją pierwszą miłością. Poznałem ją w dzieciństwie i mimo, że życie rozłączyło nas na lata, to gdzieś w głębi zawsze na nią czekałem i nie miałem innych kobiet. Nie zamierzam wam opowiadać szczegółów mojego pożycia z przyszłą żoną.

-Chłopaki, on tak na poważnie? Gdy wychodziliśmy na panienki tylko pomagał mi podrywać i mimo, że panny się do niego kleiły nigdy przy mnie nie skorzystał. Znacie go dłużej niż ja. Nigdy nie spotykał się z innymi dziewczynami?

Adam nie dał się wypowiedzieć reszcie i sam szybko odpowiedział.

-Próbowałem spotykać się z innymi dziewczynami, ale zawsze kończyło się na kilku randkach. Nigdy nie poczułem tego czegoś.

Koledzy pokiwali głowami i przyznali mu bez entuzjazmu rację, jakby fakt, że Adam nigdy nie miał innej kobiety ich przygnębiał.

– Myślałem nawet przez jakiś czas, że jest gejem – dodał Marek – ale razem z nami komentował walory panienek i kilka razy poszedł na randkę, więc uznałem, że jest po prostu bardzo wybredny. Nigdy nie mogłem tego zrozumieć, wiele bym dał, żeby dobrać się do chociaż połowy lasek, które się do niego przystawiały.

Dziadek uniósł brwi, ale pokiwał głową ze zrozumieniem. Nie skomentował tego w żaden sposób, tylko westchnął i powiedział:

-W takim razie chyba pozostało położyć się spać…

Już miał, położyć się na swojej karimacie, gdy ciszę przerwał głos Rurka.

– Byłem po pierwszym semestrze studiów… – zaczął cicho Rurek mówiąc z opuszczoną głową.

Nastała cisza i koledzy znieruchomieli patrząc ze zdziwieniem na niskiego blondyna. Gdy spostrzegł ich reakcję wyraźnie uniósł się gniewem i rzucił:

-Naprawdę myślicie, że nigdy nie miałem kobiety? Bo co, bo po studiach wróciłem do mamy? Bo jestem niski, noszę okulary i jestem programistą? No to mnie słabo znacie. I nie Dziadek – patrząc na jego uniesioną brew gwałtownie zaprzeczył – nigdy nie płaciłem.

Dziadek uniósł ręce w obronnym geście. Wszyscy szybko zaczęli zaprzeczać jego słowom i Adam dodał:

-Przepraszam, nie o to chodzi. Wszyscy jesteśmy pijani, a poza tym nigdy chętnie nie opowiadałeś o swoich podbojach.

Rurek przyjął to wytłumaczenie i gdy upewnił się po twarzach reszty zgromadzonych, że nie ma na nich cienia drwiny kontynuował przerwane zdanie.

-Byłem po pierwszym semestrze studiów i za wyróżniające wyniki w nauce dostałem się na darmowy obóz wakacyjny dla wybranych. Był to tygodniowy wyjazd na mazury. Wiecie, ogniska, gitara, kajaki i te sprawy. Okazało się, że większość bywalców to stała ekipa, która jest zapisana do jakiegoś koła naukowego. Wszyscy się tam znali, a ja byłem oczywiście najmłodszy, reszta była na ostatnim semestrze lub nawet już na magisterce. Mimo to byli dla mnie w porządku. To nie były typy imprezowych cwaniaczków, tylko sami mózgowcy. Ludzie z którymi można pograć całą noc w gry planszowe, zapalić coś lub nawet pograć w nocy w podchody. Wierzcie mi, było super. Mieli naprawdę dużo dystansu do siebie. No więc drugiej nocy zasiedliśmy w świetlicy, gdzie urządzaliśmy imprezy co noc od pierwszego dnia do końca wyjazdu. Piliśmy i rozmawialiśmy przy stole, chociaż przyznam, że nie czułem się wtedy jeszcze tak pewnie i nie próbowałem wychodzić poza szereg. Raczej siedziałem, słuchałem, śmiałem się z żartów. I obserwowałem ludzi. To moje ulubione zajęcie na imprezach. Patrzę na ludzi i ich słucham, starając się analizować kim są. Jestem dobry w rozgryzaniu ludzi.

-Taki z Ciebie domorosły psycholog? – zapytał pijackim głosem Dziadek – kto by się spodziewał? To może powiesz nam kim jesteśmy?

-Dziadek, proszę Cię, nawet gdybym Cię nie znał wystarczy na Ciebie spojrzeć żeby Cię ocenić.  Podstarzały zawsze opalony kawaler, który za wszelką cenę stara się wyglądać na 15 lat młodszego niż jest, przez co wygląda raczej jak gwiazda disco polo ze zbyt dużą ilością żelu na głowie. Wieczny zawadiaka, kawalarz, który próbuje zapełnić samotność i pustkę po krzywdach jakie zaznał od kobiet przelotnymi znajomościami. Pod płaszczykiem pogardy chowasz tak naprawdę strach przed tym, że mógłbyś kogoś do siebie dopuścić i ten ktoś znów by Cię skrzywdził.

Dziadek patrzył na niego z grymasem na twarzy. Gdy ten skończył swoją tyradę Dziadek spróbował się zaśmiać, ale nie wyszło to autentycznie. W końcu tylko machnął ręką i nic nie powiedział

-O was nie będę się rozwodził. Nie znam was tak dobrze jak Adama. Marek wyglądasz na dobrego człowieka, ale podejrzewam że jesteś typem faceta, który jest spokojny dopóki się nie wkurwi. Nie jedną gębę obiłeś, gdy ktoś Ci zalazł za skórę. Rudy to romantyk, który może godzinami zachwycać się gwiazdami i mgłą nad jeziorem. Od zawsze chciałeś zajmować się sztuką, ale nie miałeś żadnego spektakularnego talentu więc zająłeś się modelingiem, który chodź trochę pozwolił Ci się zbliżyć do świata w którym chciałbyś żyć. Adam, gdybym Cię nie znał nie wierzyłbym, że tacy ludzie wciąż istnieją. Gdybyś urodził się 500 lat temu na pewno miał być zbroję i białego konia. Wierzysz w miłość i ludzi, a tą naiwną wiarę podtrzymuje fakt, że od zawsze byłeś przystojny i uzdolniony i nikt nie ważył ci się zaleźć za skórę.  Masz ten komfort, że nigdy nie sparzyłeś się na ludziach, ale też zawsze żyłeś w porządku z innymi, więc nikt nie chciał ci dogryźć, no chyba że z zazdrości. Ale ty takich rzeczy nie zauważasz.

Adam nie wiedział czy dziękować, zaprzeczać czy się zezłościć. Uśmiechnął się tylko, a Rudy i Marek unieśli brwi i lekko pokiwali głowami.

-Kontynuuj opowieść – powiedział Dziadek, obrócony do nich plecami wpatrując się w ciemność

-Była tam taka dziewczyna. Siedziała ze wszystkimi, ale  usadowiła się w kącie na końcu ławy. Czytała książkę, chyba Hamingwaya albo Bułhakowa. Mimo to słuchała wszystkich, i gdy ktoś powiedział coś śmiesznego lub zwrócił się do niej, unosiła wzrok znad książki i uśmiechała się. Ciągle piła herbatę i gdy jej się kończyła cała czas parzyła sobie nową. Zaintrygowała mnie. Była outsaiderką nie będąc outsaiderką. Rozumiecie? Gdyby chciała być sama po prostu została by w pokoju. A ona siedziała w towarzystwie i czytała książkę. Wszyscy się z nią liczyli, mimo, że nie szukała uwagi. Nie była pięknością i nie pociągała mnie w ten sposób, a mimo to miała w sobie jakiś dziwny magnetyzm. Nie mogłem jej rozgryźć. Była mniej więcej mojego wzrostu, no, może trochę wyższa. Miała cienkie blond włosy, które sięgały jej ramion i lekko się kręciły, przez co gdy szła, włosy unosiły jej się jakby była pod wodą. Gdy ścisnąłeś mocniej jej bladą, cienką skórę, od razu powstawał siniak.

-A więc docisnąłeś ją – przerwał mu szczerząc się Marek

Rurek uśmiechnął sie półgębkiem, chodź starał się zachować powagę i kontynuował ignorując tę uwagę.

-Była bardzo szczupła, może na granicy nie zdrowej wagi, dlatego nie było na czym oka zawiesić, a jednak…  

Próbował znaleźć słowa, które najwyraźniej mu nie przychodziły, więc kontynuował opowieść z innego miejsca.

-Impreza trwała na dobre, piliśmy, graliśmy w "kim jestem", potem nawet tańczyliśmy. Nie mogłem oderwać od niej wzroku, a mogłem długo na nią patrzeć bez obaw, że mnie na tym złapie, bo przez większość czasu wzrok miała skierowany w książkę. Raz czy dwa razy gdy podnosiła głowę chyba mnie przyłapała, ale nie zareagowała. Ludzie powoli zaczęli się wykruszać i wracać do pokoi, aż zostaliśmy tylko we czwórkę, ja i przyjemna parka, z którą się zagadałem. W pewnym momencie Dorota wstała – bo tak miała na imię – i powiedziała, że idzie się przewietrzyć bo za dużo wypiła. Darek, jedyny chłopak prócz mnie, który pozostał przy stole, obejmując swoją dziewczynę zapytał mnie czy z nią nie pójdę, bo jest późno i ciemno. Zgodziłem się, a Dorota kiwnęła tylko głową na znak zgody. Opatuliła się kocem, który leżał na kanapie i wyszła w ciemność. Po chwili byliśmy już poza światłem domku i zbliżaliśmy się do ciemnej plaży i przystani. Próbowałem nieśmiało zagadać. Pytałem jak się bawiła, jak minęła jej impreza, a ona nic nie odpowiadała. Uśmiechała się tylko nie patrząc na mnie i zaczesywała włosy za ucho. Po kilku krokach, po prostu odwróciła się do mnie… i… – zamilkł najwyraźniej szukając słów.

-Wyruchała Cię – rzucił Rudy

-Tak – przytaknął z uśmiechem Rurek

-Tak! – krzyknęli wszyscy równocześnie unosząc pięści w powietrze.

-To był dla mnie szok – kontynuował Rurek wyraźnie podnieconym głosem – najpierw mnie pocałowała, a potem zaciągła na plażę nad jeziorem i bez słowa rozłożyła koc na ziemi. Przywarła do mnie ustami i przewróciła. Całe szczęście, miałem przy sobie gumkę. Przyznaję, nie poradziłem sobie za dobrze. Doszedłem po paru ruchach, nie miałem zbyt dużego doświadczenia. W zasadzie to był mój drugi raz, chociaż nawet nie wiem czy ten pierwszy się liczy – tu Rurek wyraźnie zmarkotniał, ale zaraz się ożywił – Zaśmiała się tylko i pierwsze słowa jakie od niej usłyszałem to: "typowe, przedwczesny wytryska nastolatka". Wstała, zaczęła się ubierać i iść z powrotem do domku. Było mi cholernie wstyd. Zacząłem ją prosić, żeby dała mi jeszcze jedną szansę. Powiedziałem, że mam jeszcze jedną gumkę w torbie i zaraz z nią wrócę. O dziwo, nie dała się długo prosić. Zgodziła się i powiedziała, że będzie czekać w kuchni, która znajdowała się w oddzielnym budynku z małą jadalnią. O tej porze nikogo tam nie było. Poleciałem szybko do pokoju, niechcący budząc swojego współlokatora i wymyśląjąc na prędce jakieś durne wytłumaczenie co robię i dlaczego znów wychodzę. Pobiegłem do kuchni. Było w niej ciemno i mimo, że nie miała zaświecać światła, żeby nikt się nie zorientował to wchodząc przeszło mi przez głowę, że może mnie wystawiła. Myliłem się. Jej ślad stanowiły rozrzucone ubrania, które mnie do niej doprowadziły. Siedziała na blacie ze stali nierdzewnej, który stanowił część aneksu kuchennego. Za sobą miała okno, zza którego lekko świecił księżyc, toteż moje przywykłe do ciemności oczy widziały ją dobrze. Była naga, ale owinęła się tym samym kocem, na którym wcześniej leżeliśmy. Gdy mnie zobaczyła uśmiechnęła się i rozwarła szeroko nogi, jakby na zachętę. Była tam, no wiecie, trochę owłosiona. Normalnie by mnie to może ciut obrzydziło, ale ona taka po prostu była – inna niż wszyscy. Podobała mi się taka. Nie czekała długo. Zerwałem z siebie ubrania, założyłem gumkę i wbiłem się  w nią. Od razu poczułem, że tym razem będzie inaczej, więc po kilku chwilach rozgrzewki parłem z pełną szybkością. Zachowanie ciszy kosztowało mnie dużo wysiłku, gdyż tak jak mówiłem cały aneks był z blachy nierdzewnej i każde uderzenie nogami powodował kakofonie sztućców lub huk. Parę razy do tego doprowadziliśmy i bałem się, że ktoś przyjdzie sprawdzić co się dzieje, ale kazała mi nie przestawać. Chwyciła mnie mocniej za pośladki i docisnęła do siebie, po czym poczułem, że coś spływa mi po udzie. Była bardzo mokra, ale nie sądziłem, że może być aż tak. Zapytałem czy wszystko w porządku bo myślałem, że może mnie obsikała, ale tylko machnęła ręką i kazała kontynuować. Nie śmiejcie się tak. Nie wiedziałem wtedy co to!

Rudy i Marek tylko spojrzeli na siebie znacząco ale nie przerwali Rurkowi opowieści. Nagle Dziadek zerwał się na równe nogi, obrócił w stronę ciemności i krzyknął:

-No więc zwierzaczki, nadszedł chyba czas żeby nam przerwać opowieść i poszurać tu i ówdzie.

Przez chwilę nie działo się nic i panowała absolutna cisza, po czym w niedalekiej ciemności usłyszeli, że coś przebiega z jednych krzaków w drugie.

-Dziękuję, zrobiłyście swoje, teraz już nie straszcie tych miłych panów. Ja na dzisiaj mam dość, idę się odlać i spać – Ruszył w ciemność i mruknął coś do siebie cicho pod nosem, ale nikt tego nie dosłyszał

-No więc jadę z nią dalej, a ona jeszcze kilka razy zbryzgała mnie swoimi sokami – kontynuował Rurek – w końcu zaczęło mnie wkurzać, że ciągle muszę uważać żeby nie hałasować, a do tego blat był trochę za wysoki i musiałem stawać na palcach, żeby do niej dosięgnąć. Strasznie męczące. Gestem poprosiłem żeby zeszła. Gdy wylądowała no posadce nogi ugięły się pod nią i lekko się o mnie oparła. Obróciłem ją tyłem do siebie i tylko sapnęła: "ty jeszcze?". Zrozumiałem, że jest już zadowolona, więc stwierdziłem, że moja kolej, żeby skończyć. Dawałem z siebie wszystko, jechałem ile fabryka dała. Mimo to  trochę mi to zajęło bo nie mogła ustać na nogach i musiałem co chwila przerywać. Położyła twarz na blacie, z rozłożonymi rękami i musiałem jej przewiązać pasek przez biodra, żeby podtrzymywać jej tyłek. Co chwila pryskała na mnie swoimi płynami, tak że już nawet stałem w kałuży. Gdy skończyłem, musiałem ją trzymać, bo ledwo łapała oddech. Patrzyła na mnie z uśmiechem i głaskała mnie po włosach, całkiem inaczej niż wcześniej, bez cienia wyższości. Ucałowała  mnie namiętnie na pożegnanie i powiedziała, że jutro widzimy się w tym samym miejscu i o tej samej porze. W dzień udawaliśmy, że nic nie zaszło, a co noc spotykaliśmy się w tej kuchni. Trwało to do końca turnusu. W ostatni dzień zapytała mnie, czy jeszcze się zobaczymy. Nie kochałem jej i czułem się tak męsko widząc jak jej ze mną dobrze i jak ją udobruchałem, że nie zależało mi na niej. Łatwo przyszło, więc następna, lepsza, przyjdzie równie łatwo i szybko. Już wiedziałem przynajmniej na co mnie stać. Odpowiedziałem jej, że może kiedyś i nie zabrałem od niej kontaktu.

-Dziś żałujesz – stwierdził raczej niż zapytał Rudy

-Przez następne kilka lat szukałem kobiety. Zdarzały się przelotne znajomości, ale nie było w tym nic ciekawego. Z żadną nie było mi tak dobrze, jak z nią. Nigdy więcej nie poczułem się tak męski. Po latach samotności coś mnie tknęło i znalazłem ją na facebooku. Ma dziś męża i uśmiechniętą dwójkę dzieci.

W ciszy i bez słowa, ze zrozumieniem pokiwali głowami.

-Czasami trzeba łapać to co rzuca nam los i nie puszczać. Nie doceniamy tego co mamy dopóki tego nie stracimy. Okazja ucieknie jak zając i więcej już się nie pokaże – wyrecytował zamyślony Marek.

-Marek! Mareczku! Maruniu! – skandował z udawanym zachwytem Rudy – toż ty poeto winieneś zostać!

-A jak! – zaśmiał się Marek – tobie się nie udało więc na mnie się wyżywasz?

Marek rzucił w Rudego niemal opróżnionym kubkiem po drinku. Kubek z pacnięciem uderzył go w głowę i pozostałość zazwartości rozlała się po nim. Zapiszczał z bólu, bo trochę alkoholu dostało mu się do oka.

-Wody dajcie, muszę przepłukać!

-My tu wody nie przywoziliśmy – Zaśmiał się Marek

Rudy zaklął ciągle próbując wytrzeć sobie oczy. Straszliwie go piekło. Musiał oczyścić oko, bo inaczej nie wytrzyma z bólu. Przypomniał sobie o rzeczce, którą wykryli wcześniej, rzucając polanem w stronę dziwnego dźwięku i chwiejąc się na nogach pobiegł w tamtą stronę.

Gdy Marek przysiadł z powrotem na swoje miejsce i przestał się śmiać, Adam zaczął rozglądać się dookoła.

-Gdzie Dziadek – zapytał – długo już nie wraca.

Pozostała przy ognisku dwójka też zaczęła się rozglądać.

-Może usnął w krzakach, był w złym stanie – zgadywał Rurek

-Dobra idę go poszukać – zaproponował Marek – siedźcie tu, bo wy też się pogubicie – po czym wstał i niepewnym krokiem udał się w stronę, w którą wcześnie poszedł Dziadek. Po kilku krokach zniknął w gęstym mroku.

Adam i Rurek siedzieli w milczeniu zbyt zmęczeni i pijani, by chciało im się jeszcze rozmawiać. Adam zaczynał żałować tych ostatnich drinków, bo coś zaczynało go kręcić w żołądku i bał się, że może to się skończyć nie długo wymiotami. Rurek czuł, że ma dość już od dawna, a lata praktyki życia studenckiego nauczyły go kiedy powinien przestać pić, żeby nie obudzić się w toalecie z ogoloną głową. Nie odmówił whiskey, żeby nie wyjść na najsłabszego, ale wylewał je po kryjomu w mech pod nogami. Mimo to, żeby dobrze skupić wzrok musiał zamykać jedno oko.

– Coś długo nie wraca – powiedział Rurek tempo wpatrując się w ogień

-Rudego też gdzieś wcięło – nagle uświadomił sobie Adam i wstał by spróbować wypatrzyć go w ciemnościach – cholera, mam nadzieję, że nie wpadł do tej rzeczki – zrobił kilka kroków w stron miejsca, gdzie zniknął Rudy, ale coś przebiegło mu drogę tuż na granicy kręgu światła padającego z ogniska. Towarzyszył temu – Adam był tego pewny – kobiecy chichot. Na dodatek zdawało mu się, że przez ułamek sekundy ujrzał dłoń i zarys kobiecego ciała – Cofnął się gwałtownie zaskoczony. Odwrócił się do Rurka. Ten też stał już na dwóch nogach, a wyraz jego twarzy potwierdził, że nie przywidziało mu się.

-Ty… ty też to widziałeś? – zapytał kolegi

-Nic nie widziałem, ale powiedz mi, jakie zwierze wydaje taki dźwięk?

Oboje zaczęli rozglądać się nerwowo.

-Heej, chodź do nas – zawołał Adam

Po sekundzie, znów usłyszeli znajomy chichot, tym razem tuż za plecami. Towarzyszył temu nagły podmuch wiatru. Był na tyle lekki, że nie uznali go za nic niezwykłego, lecz wystarczył by zgasić wszystkie świeczki stojące na kamieniach, ustawione tam wcześniej przez Rudego. Krąg światła wyraźnie się zmniejszył. Gdy się odwrócili, Rurek na ułamek sekundy zdążył dostrzec niknącą w ciemności ludzką piętę.

– Kto tu jest? – zapytał spokojnie Adam

Odpowiedziała mu cisza.

– Myślisz o tym co ja myślę? – zapytał Rurek

-Jeśli myślisz o tym, że Dziadek jednak zamówił striptizerki, to tak.

Rurek uśmiechnął się tylko w odpowiedzi i oparł o kamienny stół. Mimo, że był już zmęczony ta myśl mu się nawet spodobała. Nie był fanem takich rozrywek, ale alkohol i wspomnienia o gorącym romansie rozbudziły w nim chęć na trochę zabawy.  Było by to najlepsze zakończenie tego wieczoru jakie mógł sobie w tej chwili wyobrazić. Dziewczyna tańcząca nago wokół ogniska, lub wijąca się na kamiennym stole. Uśmiechnął się do swoich myśli. Gdy znów przebiegła na granicy światła Rurek rzucił się w tym kierunku próbując ją uchwycić, ale złapał tylko powietrze. Zaledwie sekundę później zobaczył ręce, które sięgają po niego z ciemności próbując go chwycić i instynktownie cofnął się z powrotem do światła. Minęły go o włos, ale jeden paznokieć ranił Rurka pozostawiając pojedynczy, cienki krwawy ślad na przedramieniu.

-Ałłłłłł – syknął Rurek, ale uśmiechnął się zaraz – drapieżna jakaś. No chodź tu do nas, nie wiesz, że faceci są wzrokowcami i lubią popatrzeć?

-Rurku, ja na prawdę nie mam ochoty – powiedział załamując ręce – prosiłem Dziadka, żeby nie robił mi takich niespodzianek. Monika zabije mnie jak się dowie, a ja nie potrafię jej okłamywać. Będę miał kłopoty jak mnie o to zapyta.

-Dobra, dobra – uspokoił go Rudy – ale oni się tam już pewnie bawią w najlepsze.

-No to idź, baw się z nimi – rzucił lekko zirytowany Adam – ja idę spać. Tylko sprowadź później wszystkich, żeby się nie pogubili w nocy – położył się na karimacie, zwinął śpiwór w wałek i podłożył sobie pod głowę.

Rurek zastanowił sie chwilę, czy zostawiać tak solenizanta, ale chuć wzięła górę i zrobił krok w stronę nocy. Zatrzymał się jednak i wpatrzył się w ciemność z niepokojem. Nie miał ochoty wchodzić tam sam, noc pośrodku pustkowia trochę go przerażała.

-Może przyjdziesz tu do nas chociaż na chwilkę. Napijemy się, pogadamy sobie – wskazał na stół i przypomniał sobie, że nie maja już alkoholu – no, chociaż zagrzejesz się na chwilę przy ogniu. Zmarzniesz tam a robi się już trochę chłodno.

Nie było odzewu, ale po chwili ktoś stanął tuż na granicy ciemności. Tylko delikatne promyki światła muskały ciało przybyszki, ale to wystarczyło, by rozpoznać wszystkie kształty. Zaledwie kilka metrów od nich stała naga kobieta i uśmiechała się w stronę Rurka, przygryzając lubieżnie dolną wargę. Po chwili uniosła dłoń, która na moment została oświetlona blaskiem ogniska i powoli, ruchem palca wskazującego zaprosiła Rurka by do niej podszedł.

Blondyn, ze zdumieniem pochylił głowę by lepiej się przyjrzeć i przystąpił krok w stronę kobiety. Jego zdumione oczy rozwarły się szerzej, a usta poruszyły się bezgłośnie. W końcu powiedział cicho, jakby do siebie

 – To nie możliwe, co ty tu… – ale nie dokończył. Uśmiechnął się tylko i ruszył w jej kierunku. Stała przed nim wysoka blondynka o lekko kręconych włosach i bladej skórze.  Była bardzo szczupła. Miała malutkie piersi, w zasadzie niewiele poza sterczącymi sutkami, wąskie biodra i szczupłe nogi. Mimo tych niewielkich krągłości bił od niej nieziemski seksapil. Jedną ręką opierała się o biodro, drugą uniosła do ust i przygryzła palec, po czym rozchyliła nieco usta i wydała niemy jęk wysuwając lekko głowę w stronę Rurka. Nie było w tym ani krzty wymuszonej gry, a tylko wyraźna ekstaza i uniesienie. Rurek szedł w jej kierunku jak urzeczony, gdy ta odwróciła się kręcąc zamaszyście chudymi biodrami i ruszyła w stronę ciemności

W tej samej chwili Adam zerwał się na równe nogi próbując zatrzymać kolegę. Coś mu się nie podobało w tej scenie. Długie, poplątane, nienaturalnie zielone włosy kobiety, a na dodatek wplątane w nie suche liście i cienkie gałązki wywoływały w nim głęboki niepokój. Nie widział on tak jak Rurek, szczupłej blondynki. W zasadzie nie wiele widział, prócz zarysu kobiety i gęstwiny włosów. Na dodatek dłoń kobiety, gdy przez moment znalazła się w świetle również była zielona. Ale nie to właśnie najbardziej zaniepokoiło Adama, bo mógłby to wszystko zrzucić na karb alkoholu i złego światła. To właśnie nagła dziwna zmiana zachowania Rurka najbardziej nim wstrząsnęła. Rurek wpatrywał się w nią jak zahipnotyzowany z rozdziawionymi ustami. Adam nie zdziwiłby się gdyby pociekła mu ślina z usta. Skoczył w kierunku kolegi wołając go ale nie zdążył go złapać. Gdy ten przekroczył granicę światła powiedział tylko jeszcze z utęsknieniem:

-Dorota… –  i zniknął w ciemności. Adam pewnie pobiegł by za nim, ale w tej samej chwili drogę zastąpiła mu inna kobieta.

***

Dziadek szedł przez łąkę potykając się o własne nogi. Obraz miał tak rozdwojony, że musiał przymykać jedno oko, żeby iść prosto. Mimo to, nie widział za wiele. Chciał trafić do miejsca, w którym wcześniej się rozebrał, żeby przy okazji opróżniania pęcherza pozbierać swoje rzeczy, bo robiło mu się trochę chłodno. Minął krzew i drzewo, za którym był pewny, znajdzie malinowy chruśniak. Ubrania leżały tak jak je zostawił, więc zanim je pozbierał wysikał się na bok. Gdy zbierać ciuchy zorientował się, że coś jest nie tak. Ubrania zostawił na skraju ściany malinowych krzewów, a tu zamiast tego rosły gęsto wysokie paprocie. Podrapał się po głowie w zamyśleniu, ale rozsądek zrzucił to na karb pijaństwa. Już miał się obrócić gdy jego wzrok przykuło dziwne delikatne światło wydobywające się spomiędzy paproci kilka kroków w głąb zarośli. Pomyślałby, że to świetliki, ale one już dawno zniknęły i światło miało inny kolor. Było białe, wręcz trupio blade. Dziadek zbliżył się do źródła światła i rozchylił liście. To co zobaczył kompletnie go zaszokowało. Był to śnieżnobiały kwiat, z którego płatków bił cudowny blask. Nie potrafił określić gatunku kwiatu, gdyż zwinięty był w pączek, a do tego nie był w tej kwestii ekspertem. Nie często zdarzało mu się je kupować. Nie był miłośnikiem kwiatów, ale ten widok wprowadził go w absolutny zachwyt. Kwiat był cudowny. Dziadek wyciągnął rękę by go dotknąć, a może i nawet zerwać. Gdy jego dłoń zbliżyła się, kwiat zaczął rozchylać swe płatki, a z wnętrza wydobyło się ciche jęknięcie, jak pomruk dziecka przecierającego oczy ze snu. I już Dziadek miał dotknąć kwiatu gdy coś delikatnie pogładziło jego plecy. To było jak pieszczota palcem i Dziadek momentalnie poderwał się i odwrócił.

Dwa kroki przed sobą ujrzał ciemną sylwetkę jakieś osoby. Dziadek przestraszył się i cofnął gwałtownie. Istota zareagowała doskakując i chwyciła Dziadka za ramiona powstrzymując go przed wdepnięciem w kwiat. Gdy weszła w krąg światła tworzony przez cudowną roślinę mężczyzna oniemiał z wrażenia. Przez pierwszą chwilę nie mógł uwierzyć w to co widzi i usilnie wpatrywał się próbując się upewnić, że się nie myli. Nie było możliwości pomyłki. To była osoba ze zdjęcia, które chował w nocnej szufladzie nienawidząc się, że nie może go wyrzucić. Wszystko było na miejscu: Krzywy palec u stopy, pieprzyk pod piersią i koło prawego oka.

-Alicja – wyszeptał uwalniając ręce z jej uścisku. Podniósł dłoń do jej czoła i zasunął kosmyk niesfornych włosów za ucho. To był ich zwyczaj. Kobieta uśmiechnęła sie szeroko.

Wyglądała dokładnie tak, jak wtedy gdy widział ją ostatni raz prawie dwadzieścia lat temu. Nie wzbudziło to w nim żadnych podejrzeń. Wpatrywał się w nią jak urzeczony. Stała przed nim oto w całej okazałości. Cudowna, piękna, młoda. Miała duże czarne oczy i twarz mającą w sobie coś azjatyckiego. Duże piersi, a przy tym niewiarygodnie smukłe ciało. Była o głowę mniejsza od Dziadka i musiała ją zadzierać do góry by spojrzeć mu w oczy. Postąpiła krok w jego stronę, ale w tym momencie przypomniał sobie co mu zrobiła. Zalała go fala wspomnień i emocji. Jego umysł w szalonym tempie zaczął krążyć od skrajności w skrajność. Najpierw przypomniał sobie moment, kiedy dowiedział się, że chciała go zdradzić i towarzysząca temu rozpacz i gniew. Później tęsknota jaką czuł oraz pustkę, jaką za sobą zostawiła. Przypomniał sobie wszystkie cudowne chwile spędzone z nią i to jak marzył o ponownym spotkaniu. Mimo oczu zalanych łzami dał się pogłaskać po głowie i przytulić. Pod dotykiem jej dłoni i bliskości jej ciała naszła go nagła rządza. Chwycił ja gwałtownie za piersi, a później uniósł chwytając za pośladki. Gdy się oswobodziła położyła się w paprociach na plecach i rozłożyła szeroko nogi. Gestem dłoni zachęciła go do wstępu. Skorzystał.

***

Rudy chwiejąc się na nogach z wszystkich sił starał się nie przewrócić. Nie widział prawie nic, bo oczy szczypały go za każdym razem gdy je otwierał. Szukał drogi po omacku, bo znał tylko kierunek w który powinien się udać. Po kilku potknięciach i towarzyszących temu przekleństwach usłyszał w końcu szum wody. Zwolnił trochę, by nie wpaść nieopatrznie do strumienia i kierując się słuchem ruszył w jego kierunku. Gdy słyszał, że jest prawie na miejscu stracił grunt pod nogami i turlając się jakieś półtora metra w dół wylądował w wodzie. Przez chwilę miotał się w panice, aż w końcu udało mu się stanąć na nogi. Wody było do pasa. Nic dziwnego, że nie widzieli tej rzeczki wcześniej. Koryto było na tyle głębokie, że stojąc na brzegu ledwo sięgałby głową ponad poziom łąki. Grzęznąc w mule i przeklinając doczłapał się do brzegu i wyszedł z wody. Wciąż szczypały go oczy. Kucnął nad taflą i trzymając nad nią twarz płukał oczy jedną ręką. Nagle coś go zaniepokoiło. Kątem oka dostrzegł jakiś ruch w wodzie. Obrócił się i mimo, że miał jeszcze dużo wody w oku, jak przez mgłę dostrzegł, że coś płynie pod wodą. Było zaledwie jakieś dwa metry od niego i płynnie poruszało sie pod powierzchnią, niczym olbrzymi sum wyginając swoje szerokie ciało na boki. Dostrzegł jeszcze, że głowa tej istoty jest czerwona. Poderwał się gwałtownie i odskoczył do tyłu. Przetarł jeszcze raz oczy i zamrugał by rozwiać mgłę. W miejscu gdzie widział ten ruch zobaczył tylko długie trawy rosnące pod wodą, które sięgały powierzchni i unosiły się na falując w nurcie rzeki. Rudy zaśmiał się sam do swojej głupoty. Nie wyjaśniało to, czemu wydawały mu się czerwone, ale zrzucił to na karb podrażnionych oczu. Oczy jeszcze trochę go bolały więc znów nachylił się nad wodą, żeby się opłukać. W momencie, gdy włożył ręce w wodę poczuł, że coś dotyka. Pomacał to dokoła i wyczuł… dłonie. Co gorsza poruszały się i na moment go uchwyciły, ale od razu się wyrwał się i znów uskoczył do tyłu. Osłupiały ze strachu oparty plecami o ścianę koryta patrzył jak istota wynurza się z wody. W tym samym momencie księżyc wyszedł zza chmur. Ujrzał, że z wody wynurza się głowa z długimi rudymi włosami, a za nim smukłe kobiece ciało, które wynurzyło się do pępka. Długie włosy zasłaniały piersi kobiety i większość ciała. Mimo, że wyszła z wody włosy miała całkiem suche, czego zresztą nie zauważył zbyt zszokowany zajściem. Spojrzała na Rudego i uśmiechnęła się. Znał tą twarz. Znał ją aż za dobrze, bo zbyt często przywoływał ją w pamięci. Miał ją przed oczami za każdym razem, gdy decydował się podejmować w życiu ryzyko, gdy nadarzała się okazja by osiągnąć coś wielkiego. Gdy miewał gorsze dni i rozmyślał nad straconymi szansami pod prysznicem lub z głową na poduszce. Twarz kobiety przez którą czuł, że jest nikim i która motywowała go do działania, by stać się kimś ważnym.

To była ona, jego szkolna miłość, Karolina.

Wyglądała tak jak kiedyś, nic się nie zmieniła. Nie zdziwiło go to. Może to było zwykłe zamroczenie alkoholem. Może to nagłe ziszczenie najskrytszych marzeń i wiążący się z tym wybuch najróżniejszych uczuć. A może coś więcej. Był zbyt zamroczony by zorientować się w absurdzie tej sytuacji. Oto kobieta, w której kochał się w młodości wyszła naga z wody pośrodku pustkowia. Przestał racjonalnie myśleć. Zamiast przerażenia poczuł karuzele emocji, które tłumił w sobie przez wiele lat. Poczuł radość, że znów się spotykają. Żal za stracone lata i smutek z powodu tego, że go nie wybrała. Nienawiść do samego siebie i znowu euforię za to, że w końcu tu jest i przyszła właśnie dla niego. Na jej twarzy odczytał wszystko to co pragnął od niej usłyszeć. Skruchę, że postąpiła źle. Zapewnienie, że tak naprawdę od zawsze to był on i tylko on. Aż wreszcie żądzę i pragnienie, by się do niej zbliżył i żeby w końcu, po tylu latach mogła być jego. Wiedział, że ma męża i dzieci. On też właśnie zaczynał nowy związek i był szczęśliwy. Nie chciałby jej, im, tego zrobić. Świadomość tego gdzieś próbowała przedostać się do jego umysłu i go otrzeźwić. Zawahał się. Wyczuła to i w jakby w odpowiedzi rozchyliła włosy zasłaniające jej piersi i zarzuciła je za głowę. To był argument, a w zasadzie dwa, które znów kompletnie go zamroczyły. Nigdy nie widział jej nago. Raz tylko, gdy przechodził koło damskiej szatni na sali gimnastyczne zobaczył przez uchylone drzwi jej nagie plecy i fragment zapięcia stanika. Dostarczyło mu to materiału do fantazjowania przez następny miesiąc. Gdy chodzili do szkoły ciągle  wyobrażał sobie jak wygląda nago i właśnie taką ją zobaczył. Gibkie wysportowane ciało. Małe, ale jędrne i sterczące piersi. Piękne, ciało nastoletniej kobiety.

Uśmiechnęła się promienie i zaprosiła go gestem by do niej podszedł. By byli w końcu razem. Wszystko wokół niej było jakby zamazane. Istniała tylko ona i on. Wiedział, że wszystko będzie dobrze.

Gdyby nie dziwna niemoc umysłowa pewnie uświadomiłby sobie dziwną analogię sytuacji do jego ulubionego utworu literackiego. Utworu, do którego uwielbiał wracać i dla którego miał swój specjalny rytuał. Gdy tylko czuł taka potrzebę gasił światło, zapalał świecę i z nogami przy zapalonym kominku i lampką wina w ręce aplikował sobie element baśniowy do życia codziennego i przenosił się na brzeg cudownego jeziora Świteź.

***

Nagły szelest liści na gałęzi ukrytego w ciemnościach drzewa po jego prawej sprawił, że Marek odwrócił się i zmienił kierunek poszukiwań Dziadka. Nie wiedział, że tylko krok dzielił go od nadepnięcia na jego leżące w trawie ubrania.

-Dziadek? – syknął w ciemność i udał się w kierunku hałasu.

Po chwili brodzenia w trawach ujrzał zarys samotnie rosnącego drzewa po środku łąki.

-Dziadek!- zawołał teraz nieco głośniej

Nikt nie odpowiedział, lecz po chwili znów usłyszał szelest liści i tym razem zobaczył ruch na jednym z konarów. Nie wiele widział prócz zarysu drzewa, lecz miał wrażenie, że konar jest nienaturalnie gruby, jakby było na nim coś więcej. Czyżby Dziadek znów się wygłupiał i wspiął się na drzewo, żeby ich wystraszyć gdy będą go szukać?

Podszedł bliżej i nabrał pewności, że ktoś jest na drzewie, przylegając płasko do gałęzi i najwyraźniej go obserwując.

-Złaź Dziadek. Pijany jesteś, spadniesz i coś sobie połamiesz! Nie masz już 15 lat.

Postać na drzewie wyraźnie się poruszyła na te słowa. Jednak przy tym ruchu jej oczy wyraźnie błysnęły w ciemności zielenią, jak u drapieżnego kota. Marek wzdrygnął się na ten widok i zrobił krok w tył. Może to był jakiś drapieżnik? W Polsce żyją Rysie, ale tu? Nic innego chyba nie wychodzi na drzewa. Nim jego przerażenie sięgnęło zenitu księżyc wyjrzał zza chmur rozświetlając okolicę. Ujrzał, że na drzewie siedzi człowiek, a co więcej, kobieta. Naga kobieta. Niemal od razu zeskoczyła z drzewa, na co Marek rzucił się do przodu by ją złapać, lecz nie zdążył. Wysokość gałęzi na której siedziała, raczej nie pozwalała normalnemu człowiekowi na wylądowanie bez jakiejkolwiek kontuzji. Co więcej, kobieta wydawała się lekko ociężała. Mimo to z gracją wylądowała na ziemi uginając nogi tak, że rękami dotknęła ziemi. Uniosła się i kocimi, seksownymi, powolnymi ruchami, kołysząc szerokimi biodrami, lekko wystającym brzuchem i wielkimi piersiami ruszyła w jego kierunku. Nie od razu ją poznał, ale gdy to zrobił, stracił kompletnie rozum…

***

Adam cofnął się gwałtownie i potknął o jeden z głazów lądując z powrotem w pobliżu ogniska. Kobieta zrobiła kilka kroków po kręgu światła i zatrzymała na jego granicy bliżej Adama. Stała nago, dumnie wypinając te dwie rzeczy, które przeciętny mężczyzna mógłby nie wypuszczać nigdy z rąk. Powiedzieć że była piękna to duże niedomówienie. Ta kobieta była uosobieniem ideału piękna Adama. Miała duże jędrne piersi, szerokie biodra i uda. Szczupły brzuch nie był jednak wychudzony i tak jak resztę ciała pokrywała lekko warstwa tłuszczyku. Dzięki temu jej skóra wyglądała na miękką i jedwabistą w dotyku. Dziewczyna uśmiechnęła się figlarnie ukazując urocze dołeczki na policzkach i okręciła się dookoła prezentując swoje wdzięki. Miała długie ciemne włosy, które zafalowały w powietrzu przy tym ruchu. Stanęła na palcach i obróciła się bokiem prezentując się z profilu, po czym znów obróciła się przodem i muskając się delikatnie opuszkami palców po bokach ciała przesunęła je od bioder po piersi, by płynnie skończyć ruch wyrzucając ramiona w powietrze i uśmiechając się promienie, jakby właśnie zakończyła jakąś skąplikowaną akrobację.

Ten uśmiech rozbrajał Adama, miał w sobie coś niewinnego. Chciał pognać w stronę dziewczyny, wziąć ją w ramiona i nagrodzić jej wspaniałą prezentację z której była najwyraźniej tak dumna, zwłaszcza, że teraz zachęcała go do tego gestem. Adam jednak opamiętał się i zrzucił z twarzy szeroki uśmiech, przypominając sobie o swojej narzeczonej. Zganił się w myślach za to co chciał zrobić i pokręcił odmownie głową, jakby na potwierdzenie cofając się od niej jeszcze bliżej ognia. Dziewczyna zrobiła smutną minę, która była nieziemsko urocza. Teatralnie udała zastanowienia i pstryknęła palcami jakby wpadła na jakiś genialny pomysł. Wtem z ciemności wyszła druga kobieta, nieco wyższa od tamtej i z o wiele, wiele większymi piersiami. Cóż, takie piersi, wespół z tak szczupłym ciałem raczej nie były naturalnie spotykane w przyrodzie, a mimo to Adam był przekonany, że takie są. Pierwsza dziewczyna z pięknym uśmiechem obeszła tyłem nowo przybyłą koleżankę przejeżdżając ręką po jej ramionach i objęła ją od tyłu łapiąc mocno za ogromne piersi. Zrobiła przy tym minę jakby właśnie odkryła coś bardzo ciekawego. Potem podeszła od przodu do cycatej koleżanki i zaczęła całować ją po piersiach znów gestem zachęcając go, żeby do nich dołączył. Adam był tak podniecony, że z trudem powstrzymywał się, by nie złapać się za krocze.

-Nie, nie, proszę, dajcie mi spokój. Tak nie można…– wydukał błagalnym tonem

Kobieta, również zrobiła błagalną minę, a gdy to nie poskutkowało, udała, że się zastanawia i znów pstryknęła palcami. Z boku wyskoczyła kolejna kobieta robiąc spektakularną gwiazdę i lodując przy koleżankach w szpagacie. Gdy wstała widać było, że jest wyraźnie niższa i szczuplejsza od koleżanek, ale miała duże, krągłe pośladki. Obróciła się tyłem do Adama wypinając i kręcąc wielką pupą, a uśmiechnięta koleżanka pacnęła ją w pośladek otwartą dłonią. Teraz wszystkie trzy gestem zachęcały go do dołączenia. Adam nie widział kim one są, ale był przekonany, że gdzieś już je widział.

Nie mógł na to dłużej patrzeć, wiedział, że jeszcze chwila i się złamie. Walczył z myślami, by nie wyobrażać sobie co mógłby z nimi robić. Ratunek przyniosła mu myśl swojej narzeczonej. Wyobrażał ją sobie w białej sukni na ślubnym kobiercu, później w jego ramionach w trakcie pierwszego tańca, później w noc poślubną… nie, nie, nie, to nie pomagało. Przypomniał sobie chwile, kiedy wspólnie się śmiali z żartu, który mógł bawić tylko ich dwoje. Z wspólnej nocy na plaży pod gołym niebem. Z wspólnych górskich wypraw, wspólnych przygód na rzekach i jeziorach gdzie gubili drogę wśród sitowi płynąc kajakiem by zdążyć przed nocą. Pomyślał o ich wspólnych planach i marzeniach. Wszystko to uspokoiło go i gdy otworzył oczy, kobiety znikły. Adam wstał i rozejrzał się dookoła, ale nie dostrzegł nikogo. Na niebie pojawiła się jasna łuna. Teraz to zaledwie promień, ale wskazywała, że nie długo nadejdzie świt. Delikatnie rozpraszała mrok nocy i Adam widział już prawie całą okolicę.

– Dziadek! Marek! Rudy! Rurek! – nawoływał swoich przyjaciół opuszczając kamienny krąg i ruszył w stronę łąki.

***

 

-Panie Dolewski, Pan chyba nie rozumie powagi sytuacji! – mężczyzna w garniturze zwrócił się z gniewem w głosie do Adama. Było ich dwóch, obaj ubrani w garnitury. Pierwszy – elegancki, średniego wzrostu szczupły jegomość w średnim wieku. Garnitur miał idealnie dopasowany, pod szyją zwisał cienki grafitowy śledź na tle śnieżnobiałej koszuli. Włosy miał krótko przystrzyżone, ujawniały głębokie zakola na skroniach. Policzki również gładko ogolone. Mężczyzna miał w sobie coś z drapieżnego ptaka. Z uwagą i spokojem wpatrywał się w Adama.

Drugi, który właśnie się odezwał wyglądał na nieco nieokrzesanego. Wielki mężczyzna z masą nieokiełznanych włosów na głowie. Również miał głębokie zakola, ale przez znacznie dłuższe niezadbane blond włosy, które to podkreślały i szeroki wąs wydawał sie niesłusznie starszy. Miał na sobie garnitur jak kolega, ale nie był już tak dobrze dopasowany. Krawat staromodny, rozszerzający się w dół kremowy jęzor, z złotym  wzorem w wijące się pnącza. Nawet gdy siedział widać było, że jest bardzo wysoki i masywny. Spod pół garnituru wystawał spory brzuch. Mężczyzna miał w swoim wyglądzie jakąś dzikość. Adam nawet nie wiedział kim są. Czy to śledczy i prokurator? Czy jakaś inna jednostka? Był w takim szoku, że nie zarejestrował tego gdy mu się przedstawiali.

 – Jeśli nie będziesz współpracował, nie wyjdziesz przed swoim ślubem – dodał.

Adam drżącymi rękami obracał kubek wpatrując się w kawę. Ślub? Jakie to miało teraz znaczenie?

-Już wam mówiłem, to były striptizerki, które zamówił Dziadek, znaczy Marcin, Marcin Ziębala.– odpowiedział z głosem pełnym udręki, jakby powstrzymywał się przed wybuchem płaczu.

Po chwili ciszy i uważnego wpatrywania się w Adama, jakby próbował zajrzeć w głąb jego umysłu, elegant odezwał się spokojnym głosem:

– Dobrze, wróćmy do tego jak znalazł pan swoich kolegów, a w zasadzie jak pan twierdzi, jednego – Piotra Rurkowicza. Proszę jeszcze raz opowiedzieć jak to było.

Adam zawahał się chwilę zbierając w sobie odwagę. Zrobił głęboki wdech i zaczął mówić wpatrując się w blat stołu.

-Zaraz po tym gdy odeszły, słońce zaczęło wstawać i oświetliło łąkę. Wtedy, kilkadziesiąt metrów dalej dostrzegłem go leżącego w trawie. Podbiegłem do niego i próbowałem go obudzić, ale nie reagował. Miał otwarte oczy i otwarte usta, był siny i pod nosem miał krew. Nie oddychał i nie miał pulsu. Krzyczałem, wołając chłopaków o pomoc, ale żaden się nie odezwał.

-Czy zwrócił pan na coś szczególnie uwagę, gdy go pan znalazł. Coś w jego wyglądzie, położeniu? Cokolwiek co pana zdziwiło – zapytał elegant.

-Tak – zmieszał się i jeszcze bardziej ucichł po czym spojrzał mu w oczy spode łba – miał zdjęte spodnie i penis na wierzchu. Nie wyglądał jakby się przewrócił. Leżał sobie wygodnie na plecach.

Ta uwaga kompletnie nie zdziwiła mężczyzn.

-Co było dalej ?

-Próbowałem go reanimować, a gdy to nic nie dawało, wziąłem go na ręce i przeniosłem do samochodu. Tam zadzwoniłem po karetkę, bo telefon zostawiłem w bagażniku, i wyjechałem jej naprzeciw.

-Więc nie widziałeś reszty ciał? – zapytał grubszy, nieco obcesowo

Adam wzdrygnął się na słowo ciała. Wciąż, nie mógł uwierzyć, że to była prawda.

-Nie – zaprzeczył wpatrując się w blat – nie widziałem ich.

Po krótkiej pauzie wielki blondyn znów zadał pytanie:

-Jak myślisz, dlaczego pan Rurkiewicz leżał w takiej pozycji ze spuszczonymi spodniami?

-To chyba oczywiste – prychnął Adam – uprawiał seks z tą prostytutką!

 -Sekcja zwłok wykazała, że przyczyną jego śmierci był rozległy wylew spowodowany zbyt wysokim ciśnieniem krwi. Najprawdopodobniej wywołany ogromnym szokiem emocjonalnym. Strachem bądź euforią.

Adam nie wiedząc co powiedzieć zmilczał tę uwagę.

-Panie Adamie – zwrócił sie do niego drugi – zbadaliśmy wszystkie ślady w pobliżu waszego obozu, łącznie ze śladami kół na jedynej leśnej drodze, która prowadzi w tamte okolice. Oprócz waszego samochodu, oraz śladów kół samochodu towarzyszy z którymi graliście nie było tam żadnych innych. Nie przyszły chyba na nogach kilkunastu kilometrów. Przesłuchaliśmy tamtą grupę, która wcześniej się z wami bawiła i powiedzieli, że nikogo więcej tam z wami nie było.

-One przyszły przed wchodem. – odpowiedział wciąż wpatrując się w kawę – a tamci odjechali jeszcze przed zachodem.

-Jak długo przed wschodem przyszły? – warknął ten groźniejszy – minutę, godzinę, dwie?

-Ja… – zaczął, ale się zawahał – nie wiem. Może godzinę, może więcej. Chyba słyszeliśmy je tam wcześniej. Nie wiem ile chowały się w ciemnościach.

Mężczyźni w garniturach wymienili znaczące spojrzenia.

-Czy brali panowie jakieś narkotyki? – zapytał ten spokojniejszy

-Nie– Adam podniósł gwałtownie głowę – w życiu nic nie brałem

Spokojniejszy zamyślił się chwilę bawiąc się długopisem i kontynuował

-A czy któryś z kolegów mógłby podać panom narkotyki wbrew waszej woli ?

Gdy zobaczyli pytającą twarz Adama, wyglądającego jakby z trudem rozumiał co się do niego mówi, "zły policjant" nie wytrzymał i po chwili nerwowego wiercenia się w fotelu rzucił:

 – No wiesz, od czasu tej durnej komedii o Vegas ludziom przychodzą różne głupie pomysły: Heej, naćpajmy się, będzie fajnie, jak w tym filmie! A potem wpadają pod samochody, znajduje się ich nagich, wyziębniętych w rowach, albo przeskakują przez ogrodzenie w zoo, żeby pogłaskać niedźwiedzia. Czy któryś z twoich kolegów mógł podać wam po kryjomu jakieś dragi?

Adam zaszokowany uniósł brwi. Do tej pory nawet nie dopuszczał myśli, że mógłby być na haju. Rozważył przez chwilę tę możliwość. Chłopaki lubili czasem zajarać, chociaż co do Rurka nie miał pewność. Nigdy nie przyłapał ich na braniu niczego ostrzejszego. Co prawda Dziadek opowiadał, że próbował różnych specyfików za młodu, ale stanowczo odradzał tego Adamowi. Rudy? Kto wie jak ludzie bawią się w świecie mody. Zaraz jednak odrzucił tę myśl. Ani Rudy, ani Marek nie podaliby mu nic nie pytając go o zdanie. Wiedzieli jaki stosunek ma do narkotyków. Zresztą wszystko było takie realne. Na pewno nie czuł się naćpany. To prawda, był bardzo pijany, ale nie wyczuwał w tym stanie nic nadzwyczajnego. A te kobiety… były takie prawdziwe.

-Nie – zaprzeczył gwałtownie kręcąc głową – raczej nie byłem naćpany. Te kobiety tam były. -Widząc niedowierzające i lekko pobłażliwe spojrzenie mężczyzn dodał – No nie wiem, poszukajcie śladów stóp, sprawdźcie połączenia w telefonach chłopaków. Zwłaszcza Marcina! -dodał wyraźnie się unosząc

-Myśli Pan, że tego nie zrobiliśmy– zapytał spokojnym głosem "dobry policjant" – sprawdziliśmy bilingi nawet do miesiąca wstecz, bo w dzień zdarzenia panowie nie mieli prawie żadnych połączeń, oprócz połączeń z rodziną. Po godzinie siedemnastej żaden z panów nie miał już żadnego połączenia. Nic, żadnych prostytutek. Sprawdziliśmy dokładnie cały teren i nie znaleźliśmy żadnych bosych śladów, a jak pan twierdził, były kompletnie nagie.

Przerwał na chwilę badając wzrokiem Adama a gdy ten się nie odzywał podjął znowu:

-Dlaczego tak się pan upiera, że jakieś kobiety zrobiły pana kolegom krzywdę. Tak, to naprawdę dziwne, że niemal wszyscy zostali znalezieni nadzy od pasa w dół. Ale wszyscy zginęli w całkiem inny sposób. Piotr Rurkiewicz miał wylew. Marek Różalski znaleziony z licznymi głęboki otarciami, również na prąciu. Nabawił się ich najpewniej ocierając się o pobliskie drzewo, bo miał na nim dosyć sporo żywicy. Chociaż tak naprawdę zmarł z powodu niedotlenienia. Co dziwne, oprócz ty dziwnych otarć nie znaleźliśmy żadnych śladów duszenia. Miał uśmiech na twarzy gdy go znaleźliśmy. Wygląda na to, że zmarł od hiperwentylacji.

-Co to znaczy? – zapytał Adam głosem, który wskazywał na to, że nie koniecznie chce znać odpowiedź.

-To znaczy, że zmarł od zapowietrzenia, które mogło wystąpić w skutek ataku paniki lub…. śmiechu. W całej mojej karierze spotkałem się tylko z jednym takim przypadkiem i obyło się bez żadnych zarzutów. Wnuczkowie w czasie zabawy po prostu załaskotali dziadka na śmierć.

-Ale… ale jak to możliwe? Jak do tego doszło?! – Adam spojrzał z niedowierzaniem na policjantów. Wiedział już, że jego koledzy nie żyją. Dowiedział się tego już będąc w szpitalu. I mimo, że wciąż nie mógł w to uwierzyć informacje o sposobie śmierci przyjaciela wprowadziły go w osłupienie.

-Liczyliśmy, że pan nam to wyjaśni – odrzekł elegant. Gdy nie doczekał się niczego więcej od Adama kontynuował wywód,

-Maksymilian Walbrychski utopił się. Znaleziono go w płytkiej rzeczce zaplątanego w trawy kilkadziesiąt metrów od miejsca, gdzie jak wskazują ślady wpadł do wody.

Adamowi zaszkliły się oczu i znów się rozpłakał. Próbował tłumić szloch ręką. Mimo tego, że w naturalny sposób drogi Adama i Rudego się rozeszły, wciąż pozostawał jego najbliższym przyjacielem.

-Poszedł tylko obmyć oczy, bo oblał się alkoholem! – wycedził wciąż szlochając

Gdy Adam trochę się uspokoił, mężczyzna kontynuował.

-Cóż, tą śmierć najprościej uznać za wypadek. Pijany zatoczył sie i poślizgnął wpadając do wody. Tam dostał szoku termicznego, lub zaplątał się o coś. Ale cztery przypadki naraz to już nie przypadki. Najtrudniej wyjaśnić jednak śmierć pana Marcin Ziębala, najstarszego z panów. Otóż pan Marcin się wykrwawił. Ale nie z powodu żadnej głębokiej rany, ale z setek, bądź nawet tysięcy malutkich zadrapań. Pan Marcin został znaleziony w malinowym chruśniaku, zaplątany w krzewy tak bardzo, że aż trudno wyjaśnić jak tego dokonał. Był całkowicie nagi, tylko przy kostkach miał kalesony. Leżał brzuchem w dół.

Adam był tak zszokowany, że nie wiedział co powiedzieć. Spoglądał to na jednego, to na drugiego, jakby oczekiwał odpowiedzi.

-Widzę, że pana to nie bawi panie Adamie – zaczął krótkowłosy elegant – ale w takim razie niech pan nam powie, czemu próbuje pan z nas zrobić idiotów?

Adama wyraźnie zdziwiło to pytanie

-Co ma pan na myśli?

-Opisał nam pan dokładnie wygląd kobiet, które wdzięczyły się przed panem. Ma pan na prawdę dobrą pamięć i nasi specjaliści od portretów pamięciowych wykonali bardzo dobrą robotę. Ale najwyraźniej zakpił sobie pan z nas, albo naprawdę ma pan coś nie tak z głową.

-Słucham? – zapytał całkiem zdezorientowany i trochę podenerwowany tą insynuacją – co pan przez to rozumie?

-A to, że nawet nie musieliśmy tego wrzucać w komputer żeby ustalić kim one są – wrzasnął unosząc się ze stołka wielki mężczyzna – pierwszy z brzegu młody szeregowy wymienił ich nazwiska. To gwiazdki porno! I to jedne z najpopularniejszych! Nie możliwe by tu były bo siedzą w Ameryce!

Adam był pewny, że gdzieś wcześniej już je widział, ale dopiero teraz uświadomił sobie, że to może być prawda. Faktycznie, oglądał z nimi filmy. Ale to przecież niemożliwe. Absurd sytuacji kompletnie nie pozwolił jego umysłowi przyjąć tego do wiadomości.

Widząc zamyślenie na twarzy Adama mężczyzna kontynuował.

-Mamy kilka opcji -zaczął ten wielki głosem pełnym dławionej wściekłości – Albo byliście naćpani, albo pomógł pan jakoś zejść swoim znajomym z tego świata. Opcji z wizytą tajemniczych, mściwych prostytutek, które w niewiadomy sposób wykończyły twoich kolegów z braku jakichkolwiek śladów niestety wykluczam. Czwartej opcji, że wszystkie te wypadki i napady psychozy czterech mężczyzn, które nastąpiły niemal równocześnie, są przypadkiem również nie uwierzę. Dlatego niech nam pan powie, co się tam wydarzyło naprawdę.

Adamem nagle wstrząsnęły spazmy płaczu. Ręce drżały mu jak na mrozie. Widząc, że nie otrzymają od niego już żadnej odpowiedzi obaj mężczyźni podnieśli się z krzeseł zbierając leżące na nim dokumenty i udali się do wyjścia. Spokojniejszy zawahał się i rzucił ostatnie słowa przez ramię, zanim w końcu wyszedł i zamknął za sobą drzwi:

-Jest pan wolny, nie mamy nic na pana. Życzę udanej ceremonii.

 

Koniec

Komentarze

Przeczytałem tylko początek, Nobbynobbsie. Powiem Ci też od razu, żebyś nie miał złudzeń. Fanów ani wielu odczytów tu nie zdobędziesz. Zarejestrowałeś się niedawno, to Cię trochę wprowadzę. To jest chyba najlepszy portal w Polsce, jeśli chodzi o pisarstwo. Wiele osób tutaj naprawdę wie, z czym to się je. A Twój tekst? Nie stawiasz kropek na końcach zadań, źle zapisujesz dialogi. I to, co charakterystyczne dla początkującego piszącego, dokładnie opisujesz czynności, aby czytelnik na pewno wiedział, o co Ci chodzi. Czyli:

-Jest ich zbyt wielu, już po nas – odparł ten pierwszy, kładąc się za innym głazem, sterczącym pionowo z ziemi – prawa flanka padła, zasadzka na lewej flance w krzakach też się nie udała. Znaleźli go i zastrzelili. Wzięli nas w krzyżowy ogień, a z tyłu słyszę jak ktoś się tu czołga. Za chwile tu będą.

-Nie pomagasz mi, zamknij się i udawaj martwego – odpowiedział kompan  raz po raz starając się wynurzyć i odpowiedzieć strzałami na atak. Wrogowie dobrze wiedzieli gdzie jest i za każdym razem kule świstały mu tuż nad głową. Usiadł zasapany za osłoną z głazów. Rozejrzał się wokoło i próbował coś wymyślić, ale nic nie przychodziło mu do głowy. Po chwili spojrzał ze zmarszczonym nosem na leżącego kompana.

-Czy to boli, gdy się obrywa?– zapytał krzywiąc się i skinął w kierunku jego brzucha

-Tak, cholernie – spojrzał na towarzysza i gdy ujrzał strach w jego oczach, dodał siląc się na uśmiech – ale tylko na początku. Już nic nie czuje – powoli ułożył się schowany za małym głazem – Nie możesz tu zostać, zaraz wezmą Cię w krzyżowy ogień i będzie po Tobie, uciekaj stąd. To twoja jedyna szansa.

Poza ty, dużo nieporadności w Twoim pisaniu. Najlepiej będzie, jak poczytasz sobie piórkowe opowiadania i postarasz się wyciągnąć wnioski dla siebie.

Z jednej strony chwała Ci, że sieknąłeś 120 tys znaków, z drugiej, raczej słabe to jest, przynajmniej początek, w sumie nie przeczytałem całości. Jeszcze trzeba potrenować, polecam krótkie formy, a nie takie kobyły. Szybciej osiągniesz jakiś postęp.

Pozdrawiam.

@Darcon bardzo dziękuję za komentarz. Na pewno wezmę Twoją opinię pod uwagę. Niemniej przykro mi, że nie przeczytałeś całości ani nie przebrnąłeś chociaż przez wstęp. Przyznaję, że to moje pierwsze opowiadanie i skupiałem się bardziej na treści niż na poprawnej stylistyce. Chciałbym jeżeli to możliwe żebyś mi wskazał jak powinien wyglądać poprawnie zapisany dialog (to spowoduje, że krytyka będzie konstruktywna). Fanów nie szukam, po prostu chciałem się podzielić tym co siedzi w mojej głowie. A czy będę się szkolił na kobyłach czy na krótkich tekstach, uważam, że nie ma to znaczenia dla progresu nauki stylistyki (miałby dla umiejętności budowania historii i fabuły, ale do niej się nie odniosłeś więc rozumiem, że nie o to Ci chodzi). Jeszcze raz dziękuję za opinię i pozdrawiam.

A i jeszcze jedno. Rozumiem, że dokładne opisywanie wydarzeń i otoczenia może być niepoprawne i będę się na przyszłość tego wystrzegał, ale w tym wypadku obecność i wygląd skał ma znaczenie dla fabuły w przyszłości.

Przykro mi to pisać, ale ani początkowy fragment o strzelaniu, ani kolejny, o planowaniu rozrywek, nie zdołały mnie zainteresować w najmniejszym stopniu.

Może gdyby Męska noc byłą napisana w miarę poprawnie, starałabym się dotrwać do końca, ale wybacz, NobbyNobbs, nie wymagaj bym musiała brnąć przez tekst pełen błędów, powtórzeń, literówek i innych usterek, że o nie najlepiej skonstruowanych zdaniach, źle zapisanych dialogach i zlekceważonej interpunkcji nie wspomnę.

Nie wiem czy twierdząc: A czy będę się szkolił na kobyłach czy na krótkich tekstach, uważam, że nie ma to znaczenia dla progresu nauki stylistyki… zdajesz sobie sprawę, że długość zaprezentowanego opowiadania ma ogromne znaczenie. Mało kto bowiem ma tyle czasu, by wyławiać błędy i usterki w tak obszernym tekście. Gdybyś zawitał do nas z krótszym opowiadaniem, pewnie mógłbyś liczyć na większe zainteresowanie.

Mam wrażenie, że może przydać Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17

 

-Do­sta­łem! – wrza­snął męż­czy­zna gło­sem peł­nym bólu chwy­ta­jąc się za brzuch. –> Do­sta­łem! – wrza­snął męż­czy­zna gło­sem peł­nym bólu, chwy­ta­jąc się za brzuch.

Źle zapisujesz dialogi. Pewnie przyda się poradnik: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

 

zaraz wezmą Cię w krzy­żo­wy ogień i bę­dzie po Tobie, ucie­kaj stąd. –> …zaraz wezmą cię w krzy­żo­wy ogień i bę­dzie po tobie, ucie­kaj stąd.

Zaimki piszemy wielka literą, kiedy zwracamy się do kogoś listownie. Ten błąd pojawia się wielokrotnie.

 

a przed nim przez ja­kieś 100 m roz­ta­cza­ła się łąka. –> …a jakieś sto metrów przed nim roz­ta­cza­ła się łąka.

Liczebniki zapisujemy słownie, nie używamy symboli. Ten błąd pojawia się wielokrotnie.

 

Koń­czy­ła się ota­cza­ją­cym ją pół­księ­ży­cem lasem. –> Raczej: Koń­czy­ła się ota­cza­ją­cym ją pół­koliście lasem.

 

Sy­lve­strer Stal­lo­ne i Ar­nold Schwar­ce­ne­ger… –> Sy­lve­ster Stal­lo­ne i Ar­nold Schwar­ze­ne­gger

 

Jason Sta­tham i Ste­ve­nem Segal… –> Jason Sta­tham i Ste­ve­n Seagal

 

Wy­star­czy­ło tylko do­biec do linii drzew na pra­wej flan­ce i w biegu za­strze­lić… –> Powtórzenie.

 

go­dząc go w ramie. –> Literówka.

 

obu­dził sie do­pie­ro jak na niego na­dep­ną­łem. –> Literówka.

 

Mi­nu­tę mu­sie­li­śmy go trzy­mać we troje […] źle zniósł nagłe wy­bu­dze­nie przez fa­ce­tów w ma­skach. – Skoro budzili go faceci, to: Mi­nu­tę mu­sie­li­śmy go trzy­mać we trzech

Troje to grupa damsko-męska.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Napisz szorta lub krótkie opowiadanie, wtedy da się popracować nad podstawami.

Gdy już opanujesz podstawy, będzie można czytać dłuższe teksty :-)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Doczytałam do końca. Jest jakiś pomysł, ale skrzywdzony wykonaniem. Ja też sugerowałabym trenowanie na krótszych formach. Dla stylu długość nie ma większego znaczenia, ale opinii dostaniesz więcej. No i łatwiej poprawiać typowy błąd w trzech stronach tekstu niż w trzydziestu.

IMO, zachwiana jest kompozycja. Bardzo długo musiałam czekać, aż zacznie się dziać coś ciekawego. Olbrzymia większość tekstu to faceci chlejący i ględzący o dupach. No, mnie to niespecjalnie zainteresowało.

Oprócz tego mnóstwo innych błędów. Interpunkcja, zapis dialogów, powtórzenia, literówki, brak spacji przy myślnikach, problemy z pisownią łączną/ rozdzielną i dużymi literami…

To tylko przykłady:

– Nie możesz tu zostać, zaraz wezmą Cię w krzyżowy ogień i będzie po Tobie, uciekaj stąd.

Ty, twój, pan itp. w dialogach piszemy małą literą. Tylko w listach dużą.

Znajdował się na niewielkim wzniesieniu a przed nim przez jakieś 100 m roztaczała się łąka.

Liczby w beletrystyce raczej słownie i na ogół nie używa się skrótów. BTW, przecinek po “wzniesieniu”.

roztaczała się łąka. Kończyła się otaczającym ją półksiężycem lasem.

Powtórzenie.

– Ała kurwa, dostałem!

Aua. Przecinki dookoła “kurwa”, bo to wtrącenie.

Był wyraźnie starszy od reszty, zmarszczki na twarzy i cera palacza wskazywały, że ma jakieś 40 lat,

To palić można dopiero po ukończeniu 40? No i z tymi zmarszczkami to IMO przesadzasz.

w sumie to powinna lniany worek na siebie ubierać

Ubrań się nie ubiera.

wściekłego Rudego który szarżował na ów białą poczwarę goniąc ją wokół ogniska

“Ów” odmienia się przez przypadki i rodzaje. BTW, przecinki po “Rudego” i “poczwarę”.

nigdy nie – uniósł kieliszek – uprawiałem seksu z murzynką

“Murzynka” dużą literą.

tak, że jego głowa była między jej kroczami.

To ile ona miała tych kroczy? Jakaś mutantka, bliźniaczka syjamska? ;-)

Pod dotykiem jej dłoni i bliskości jej ciała naszła go nagła rządza.

Sprawdź w słowniku, co znaczy “rządza”. Możesz się zdziwić.

Babska logika rządzi!

Finklo, szacun, że zaatakowałaś te 120k :)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Jeśli wygląd terenu ma znaczenie dla przyszłej fabuły, poświęć mu jakiś cały akapit w momencie, gdy akcja zwalnia. Niech któryś z bohaterów zwróci na niego uwagę, zainteresuje się, wtedy to samo (jeśli ciekawie to opiszesz) zrobi czytelnik.

Dziękuję za wszystkie głosy krytyki. Tego właśnie oczekiwałem. Szczególnie Finkla i regulatorzy bo poświęciliście dużo czasu na pokazanie mi moich błędów. Jeżeli pozbieram się po tej krytyce to przy następnym tekście na pewno wezmę je pod uwagę. Pozdrawiam :)

To jeszcze tylko wspomnę o akapitach bryłach, warto te megabloki tekstu podzielić na mniejsze (nawet bez wycinania słów, a chociażby enterem)

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Dobrze Mytrix pisze, można bunkry z nich budować.

Darcon, odnośnie wyglądu terenu. W późniejszym fragmencie tekstu zastosowałem taki zabieg jaki proponujesz.

Ufff, przebrnąłem.

Od razu wspomnę – na końcu tekstu jest jakaś kosmicznie długa pauza, jakbyś naklikał enterów ile fabryka dała. Dla samej higieny czytelników mógłbyś kliknąć “edytuj” i je usunąć. (Chyba, że to tylko u mnie się tak dziwnie wyświetla.)

Podejrzewam, że obszerne bloki tekstu wynikają z przekonania, że jedna wypowiedź w dialogu powinna znajdować się w jednym akapicie. Wcale tak nie jest. Ale spoko, sam kiedyś tak robiłem ;) Co do pozostałych kwestii technicznych to wszyscy chyba już wszystko powiedzieli, podkreślę tylko zapis dialogów. To się rzuca w oczy od razu i nie zdziwiłbym się, gdyby to kogoś po prostu całkowicie zniechęciło.

Dialogi są koszmarnie za długie. I nie chodzi tylko o zapis w blokach. Po prostu jest to przegadane. Brnąc przez kolejne fale przekleństw i dup, miałem wrażenie, że tonę w jakimś strumieniu świadomości. Gadanie, gadanie, gadanie, na dodatek sztuczne. Ilość i długość tych opowieści o podbojach jest nieproporcjonalnie duża, do całej fabuły. Rozumiem temat i fabułę, ale tutaj proporcje są mocno zaburzone. Mniej więcej w połowie zacząłem się gubić i ziewać. Całość można by spokojnie skrócić o 1/3 albo i więcej. Wtedy byłoby to lżejsze w odbiorze. Niestety też nie do końca poczułem klimat opowieści. Nie wiem, czy zamierzałeś zrobić z tego horror, thriller, czy opowieść sensacyjną? Oznaczenie opowiadania wskazuje “horror”, ale nie poczułem tego. Ale spoko, horror to bardzo trudny gatunek, sam się nigdy nie podjąłem, więc i tak jesteś do przodu mając na koncie taką ambitną próbę.

Mam nadzieję, że nie zarzucisz tego tekstu z myślą, że następny będzie lepszy. Spróbuj z nim jeszcze powalczyć :)

@Caern bardzo dziękuję za przeczytanie całości i opinię. Faktycznie na razie porzuciłem tę opowieść na rzecz innego, prostszego tekstu, ale na pewno kiedyś go poprawię i przeredaguję. Twoje wskazówki są bardzo konstruktywne.

Nowa Fantastyka