- Opowiadanie: cobold - Der Fischerkönig

Der Fischerkönig

Wszelkie podobieństwo do zdarzeń i postaci, tak historycznych, jak i fikcyjnych, jest całkowicie zamierzone.

Innymi słowy: cały cobold.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Der Fischerkönig

Okolice Neuschwanstein, styczeń 1886

 

Tej nocy sanie miały kształt łabędzia.

W zaprzęgu biegły cztery siwe konie; ozdoby z piór na ich łbach przyjemnie komponowały się z błękitem gwardyjskich mundurów. Na srebrne tarcze i hełmy ze skrzydełkami von Pranckh niestety nie wyraził zgody.

Zawieszona na dziobie latarnia otaczała sanie bańką blasku, wewnątrz której wirowały białe płatki. Zamknięty w śnieżnej kuli król nie miał wątpliwości, że głównym zadaniem towarzyszącej mu eskorty jest pilnować, by nie odjechał zbyt daleko. Pochodnie w rękach jadących wierzchem gwardzistów migały raz z jednej, raz z drugiej strony. Ludwig otulił się mocniej niedźwiedzim futrem, odchylił do tyłu, zamknął oczy i słuchał muzyki, która wciąż brzmiała w jego głowie.

Pojawi się tu rycerz

W niezwykłej, lśniącej zbroi

Mąż cnoty tak przeczystej

Nieznanej na tej ziemi

Minęli przełęcz i konie przyspieszyły. Droga opadała łagodnymi zakrętami. Pokryte ciężkim śniegiem gałęzie zwieszały się po bokach, zmuszając żołnierzy do zmiany szyku i jazdy z tyłu, za saniami. Ludwig przez chwilę poczuł się wolny. Pędził przez ciemność górskiej nocy, samotny władca bezludnej krainy, poza czasem i przestrzenią. Bajkowy król, król legend, szalony król.

Sanie gwałtownie zahamowały i skręciły w głąb lasu. Płatki śniegu rozproszyły się, odsłaniając stojące po obu stronach kolumny prostych drzew. Jak rzędy wiernych wojsk, jak tłumy poddanych, czekały tu na niego, nie bacząc na noc i chłód, gotowe na sekretne spotkanie. Zmęczone konie prychały, drewniany łabędź podskakiwał na nierównościach drogi, a król pozdrawiał świerki, jodły i modrzewie.

Pojawi się tu znikąd

On rycerz najprawdziwszy

Szlachetny i niewinny

Obrońca i zwycięzca

Jeszcze dwa ostre zakręty, na których sanie niebezpiecznie trzeszczały i wypadli na dużą polanę, oświetloną płonącym pośrodku ogniskiem. Powożący z fantazją wprowadził zaprzęg w boczny poślizg, sypnęło śniegiem spod płóz, konie, prowadzone pewną ręką, zatrzymały się prawie w miejscu. Po chwili pojawili się zziajani gwardziści. Król uspokoił ich gestem.

Kapelmistrz poderwał się z miejsca przy ognisku, by podbiec do sań. Ludwig sięgnął po leżący obok na siedzisku kuferek, zawahał się przez chwilę, przycisnął skrzyneczkę do piersi, wstał, a następnie, odsuwając zaskoczonego muzyka, sam ruszył w kierunku środka polany. Zatrzymał się obok sporego, częściowo nakrytego tkaniną głazu i rozejrzał, szukając odpowiedniego miejsca. Kapelmistrz znów doskoczył, szarpnął za brzeg materiału, odkrywając przy tym leżące na kamieniu urządzenie, strzepnął warstewkę śniegu i złożył u stóp monarchy biało-błękitną, bawarską szachownicę.

Król podziękował skinieniem głowy, pochylił się, by postawić na fladze swój kuferek. Drżącymi rękoma uniósł wieko, po czym wyjął ze środka jeden z miedzianych cylindrów. Uniósł go do twarzy i ucałował ze wzruszeniem. Odkręcił pokrywkę, wysunął owiniętą aksamitem zawartość, rozchylił brzegi materiału, a następnie delikatnie chwycił w dwa palce niewielki, srebrny walec. Podszedł do stojącego na kamieniu urządzenia, wciąż bez niczyjej pomocy umieścił na nim trzymany w ręku przedmiot, docisnął metalowe ramię, poprawił dużą, prostą tubę i chwycił za sterczącą z boku korbę. Spojrzał jeszcze na czerwone twarze zgromadzonych gwardzistów, na migoczące w blasku ognia sylwetki drzew, na bajkowy sierp księżyca… I zakręcił.

Z tuby popłynęła muzyka:

Cud, cud, cud się tu zdarzył!

Cud niewidziany i niesłyszany! 

Król nie przestawał kręcić korbą, a polanę wypełniały głosy chóru, brzmienie orkiestry, słowa śpiewane przez Lohengrina i piękną Elzę. Dźwięki zapisane na metalowym walcu, w Szwajcarii, gdzie ukrywał się wygnany przez królewskich wrogów mistrz Wagner. Poezja i melodia, nieśmiertelne, niepokonane, wieczne i żywe, obecne tutaj, w katedrze nocy.

Konie niespokojnie przebierały nogami, gwardziści ziewali. Gałęzie drzew lekko uginały się pod ciężarem sów, które przyleciały słuchać muzyki ze swoim królem. Rycerz Łabędzia śpiewał:

I nigdy nie możesz mnie o to zapytać

I nigdy nie próbuj nawet zrozumieć

Skąd tu przyszedłem

Jakie me imię

I kim naprawdę, naprawdę jestem

Czapa śniegu opadła z pobliskiego drzewa. Ludwig drgnął, trącając lekko metalowy walec. Diamentowa igła wyskoczyła ze swojej ścieżki.

…skąd tu przyszedłem

Jakie me imię

I kim naprawdę, naprawdę jestem.

 

* * *

 

Camelot, poza czasem

 

Lohengrin, rycerz łabędzia, stał na brzegu jeziora, kiedy usłyszał wezwanie. Wiedział, że wiele jest jeszcze na świecie królestw, które wymagają jego pomocy. Nie wątpił też, bo zwątpienie było mu obce, że kiedyś, na końcu drogi, otrzyma swoją nagrodę.

Klasnął w dłonie. Z porastających brzeg szuwarów wypłynął dostojny łabędź, ciągnący za sobą łódź w kształcie muszli. Lohengrin rozejrzał się wokół i upewniwszy się, że nikt go nie obserwuje, zzuł buty i podciągnął do kolan wąskie spodnie. Brodząc przez płytką wodę, dotarł do łodzi. Wsiadł do środka, poprawił hełm, rozstawił szeroko nogi, dla pewności podparł się mieczem oraz długą tarczą i, modląc się w duchu, aby tym razem podróż nie trwała zbyt długo, wypowiedział na głos nazwę miejsca i czasu, skąd go wzywano.

 

* * *

 

Monachium, luty 1886

 

Przy okazji ostatniego w tym sezonie balu kostiumowego, von Pranckh, po długich namowach, wyraził zgodę, aby gwardzistów obecnych na sali przebrano za morskie stwory z „Tristana i Izoldy”. Ludwig sam wybrał dla siebie strój Króla Rybaka. To miało być jego prywatne pożegnanie z karnawałem.

Siedział zatem na tronie, ucharakteryzowany na starego władcę, w prostej koronie, z długą, siwą brodą i z zadowoleniem obserwował defilujące przed nim postaci. Młode dziewczęta, dla których była to ostatnia tej zimy okazja do złamania czyjegoś serca, wdzięcznie prezentowały się w strojach średniowiecznych księżniczek. Te bardziej zdeterminowane, albo nie przejmujące się już konwenansami, wybrały przebrania kuszących kobiet-kwiatów z „Parsifala”, czy też nawet mieszkanek Góry Wenus z „Tannhausera”. O słuszności ich decyzji świadczyły tłumy otaczających je młodzieńców w obcisłych, kolorowych rajtuzach i watowanych wamsach, jak również dojrzałych mężczyzn w strojach herosów i kupców. Twarze dostojnych matron płonęły purpurą, nie wiadomo czy z oburzenia, czy na skutek ciasnoty opinających je pancerzy walkirii. Ambasadorowie, posłowie i szpiedzy sąsiednich królestw słabo kryli się pod postacią zbójców i piratów.

Jedyne, czego Ludwig mógł żałować, to faktu, że zabawa odbywała się w starym, znienawidzonym Residenz, zamiast w którymś z jego własnych zamków. Wnętrza Neuschwanstein, legendy obleczonej w kamień, nie były jeszcze gotowe. Mały, słodki Linderhof nie pomieściłby tych tłumów. Był jednak jeszcze Herrenchiemsee, kopia Wersalu przewyższająca pod każdym względem oryginał, pałac z tysiącem żyrandoli i salą lustrzaną, który doskonale nadawałby się na miejsce balu. Cóż z tego, ministrowie, książęta i generałowie kręcili nosami na propozycję opuszczenia stolicy i spędzenia nocy na środku zamarzniętego jeziora. Ludwig musiał cieszyć się tym, co zdołał uzyskać. Zbyt długo był królem, by nie rozumieć, że nie można mieć wszystkiego.

Orkiestra przygrywała proste walczyki, na prawdziwą muzykę czas miał nadejść po północy. Kolorowe pary wirowały w tańcu. Król zwrócił uwagę na samotnego młodzieńca, stojącego po przeciwnej stronie sali. Długi, biały płaszcz skrywał połyskującą błękitem kolczugę. Spod hełmu zwieńczonego figurą łabędzia spływały na ramiona perłowe włosy. Młody rycerz niespokojnie wodził wzrokiem po sali. Ludwig poczekał, aż spojrzy w jego stronę i przyzwał go gestem. Chłopiec ruszył przez środek parkietu, a tańczące pary rozstępowały się na jego drodze. Zbliżył się do stóp tronu, skłonił i przyklęknął na jedno kolano.

Król poczuł się zażenowany. Nikt od dawna nie traktował go z podobną atencją.

– Wiesz, że ten strój jest zwykle zarezerwowany dla mnie? – zapytał, udając gniew.

Młody człowiek pochylił jeszcze niżej głowę, wytrzymał tak chwilę, po czym podniósł wzrok na Ludwiga. Jego brwi i rzęsy miały ten sam śnieżny kolor co włosy. Oczy, jak kryształy lodu, nie pasowały do łagodnej, pozbawionej zarostu twarzy.

– Wybacz, Panie, pierwszy raz goszczę w tym miejscu i nie znam dobrze obyczajów – odpowiedział melodyjnym głosem.

Ludwig musiał w duchu przyznać, że szczupły chłopiec prezentuje się w kostiumie łabędziego rycerza znacznie lepiej niż on sam. Sięgnął po następne ciastko z ruchomego stolika. Sztuczna broda przeszkadzała w jedzeniu.

– Skąd do nas przybywasz, dzielny młodzieńcze? – zapytał.

Coś błysnęło w lodowych oczach, po czym biały rycerz pochylił głowę w milczeniu.

– Odpowiadaj, kiedy król pyta! – zniecierpliwił się Ludwig.

– Z odległej krainy, niedostępnej twym krokom.

Król skinął głową z aprobatą. Bal kostiumowy rządził się swoimi prawami.

 

* * *

 

Oszołomiony Lohengrin wycofał się sprzed tronu. Wszystko wyglądało jak w opowieści Parsifala – chory, zraniony władca i cierpiące wraz z nim królestwo. A to znaczyło, że był blisko.

Na razie potrzebował czasu, żeby się rozejrzeć i upewnić. Musiał też, póki co, unikać króla, który zadał już pierwsze zakazane pytanie.

Ruszył zatem powoli po obwodzie sali. Zgromadzeni rycerze i dworzanie rozstępowali się na boki, nawet nie zaszczyciwszy go spojrzeniem, jakby niósł ze sobą groźną zarazę. Zbliżył się od tyłu do pary rozprawiających ze sobą wojowników i zatrzymał w odległości pozwalającej przysłuchiwać się rozmowie. Potężny mężczyzna z przepaską na oku, w napierśniku ze stalowych płyt, krótkiej spódniczce i sznurowanych wysoko sandałach perorował:

– Ja rozumiem: zdrowe, niemieckie tradycje. Ale ta moda na francuszczyznę… I to teraz, w czasie wojny?!

– Nasz Ludwig umyślił sobie, że będzie kolejnym Królem Słońce! – odpowiedział mu drobniejszy rozmówca, wsparty o krótką włócznię. Twarz o przebiegłym wyrazie wieńczył hełm z małymi różkami.

– Doprawdy, ta podróż do Paryża była zupełnie niepotrzebna. – Jednooki pokręcił głową.

– Wielu osobom się to nie podoba. Zresztą, proszę spojrzeć na gwardzistów… Taki wstyd!

Olbrzym przesunął opaskę na czoło, po czym zbliżył do twarzy umocowany na końcu krótkiej różdżki okrągły okular. Ślepe dotychczas oko jakby gwałtownie urosło, zamrugało, a usta wojownika wykrzykiwał grymas pogardy.

– Błazenada!

Lohengrin wzdrygnął się na widok tego przejawu czarnej magii. Ominął mężczyzn szerokim łukiem i skierował się w stronę dalszego rogu sali.

– Kanclerz Bismarck osobiście darzy Jego Wysokość znaczną sympatią… – Usłyszał dobiegający z boku stłumiony głos, wyraźnie ważący każde słowo.

– Ale…? –  Ktoś drugi zachęcał do kontynuowania.

– Ale w polityce ceni sobie przewidywalnych partnerów. – Odpowiedź miała już bardziej zdecydowany charakter.

Rozmawiający ubrani byli w długie płaszcze, ich twarze kryły się w cieniu kapturów.

– Bawaria wywiązuje się ze swoich sojuszniczych zobowiązań.

– Jak dotychczas…

Rycerz Łabędzia nic nie rozumiał z tej rozmowy, lecz ton, którym były wypowiedziane ostatnie słowa, tylko potwierdził jego przypuszczenia co do kondycji królestwa. Chory kraj, chory król…

Jego zadumę przerwał gwałtowny wybuch śmiechu. Spojrzał w tamtą stronę i dostrzegł grupę dziewiczych wojowniczek. Chyba dziewiczych, nigdy nie był biegły w tych sprawach. Spod rogatych hełmów wystawały grube warkocze, jakby plecione z konopnych powrozów. Sterczące stożki napierśników falowały poniżej odsłoniętych gorsów. Lohengrin, zawstydzony, wbił wzrok w podłogę.

– Mówi się, że jest zupełnie pod wpływem cesarzowej Sissi. Dlatego zerwał zaręczyny z księżniczką Sophią. Choć mówi się też zupełnie inne rzeczy… Rozumie pani, co mam na myśli?

– Niemożliwe!

– Tak się mówi.

I znowu śmiech.

Odwrócił się, zażenowany jeszcze bardziej. Przez całą długość sali poszukał wzrokiem króla.

Starzec wciąż siedział na swoim miejscu, choć dotknięte niemocą ciało powoli zsuwało się z tronu. Zadarty płaszcz odsłaniał blade, spuchnięte łydki, skrępowane rzemykami sandałów. Dłonie zaciskały się na rzeźbionych poręczach. Broda drżała, jakby przesłonięte nią usta cały czas coś szeptały. Spod obrzękniętych powiek błyskały przerażone oczy.

Trzęsąca się ręka sięgnęła nagle do dźwigni po prawej stronie tronu. Król pociągnął i stojący obok podest z pustymi naczyniami jakby zanurzył się pod ziemię, zostawiając po sobie kwadratowy otwór w podłodze. Orkiestra właśnie zakończyła swój utwór. Równocześnie zamilkły rozmowy i na moment zapadła zupełna cisza. Rycerz Łabędzia zadrżał. Po chwili w otworze coś zamigotało. Zabrzmiały fanfary rozpoczynające kolejną melodię. Z podłogi ponownie wyłonił się podest, niosący na sobie pojedynczy złoty kielich. Czerwone kamienie, zdobiące jego powierzchnię, wyglądały jak wielkie krople krwi.

Lohengrin był już pewien. Nie bacząc na, i tak lekceważących go, dworzan, ruszył zdecydowanym krokiem w kierunku tronu. Gorączkowo szukał słów, słów godnych chwili, na którą przygotowywał się od zawsze, ale nigdy nie miał być gotowy.

Dotarł już do połowy sali, gdy drogę zastąpił mu bogato odziany młodzieniec. Trefione blond loki opadały na ramiona, a delikatna dłoń dzierżyła lirę.

– Szaleństwo, zupełne wariactwo – tłumaczył piskliwym tonem. – Mieliśmy nadzieję, że wystarczy wygnać tego oszusta Wagnera. Ale gdzie tam, Jego Wysokość znalazł sobie nową zabawkę.

– Zamki? – zapytał towarzyszący mu mężczyzna o wyglądzie kupca.

– Nic innego. – Młodzieniec wzniósł ręce pełnym wzburzenia gestem. Trzymał lirę w dziwny sposób. – I te mechaniczne zabawki. Ale najgorsze było Herrenchiemsee, kaprys za szesnaście milionów marek! Najdroższy pałac świata, który powstał tylko po to, by Jego Wysokość spędził tam jedną noc. A skarbiec królestwa świeci pustkami!

Lohengrin, zniecierpliwiony ich pustą rozmową, wyminął śpiewaka i kupca i prawie wpadł na zakapturzoną postać, jedną z tych, których rozmowę podsłuchiwał wcześniej. Towarzyszył jej, również już znajomy, człowieczek w hełmie z małymi różkami.

– Książę Luitpold byłby gotów przejąć obowiązki… – mówił ten mały. – Potrzebna jest tylko opinia lekarska.

– Ale kto się odważy? – zapytał ostrożny głos spod kaptura.

– Znaleźliśmy już odpowiedniego człowieka. Ma doświadczenie w podobnych sprawach.

Lohengrin spojrzał we wskazanym włócznią kierunku. W rogu sali dostrzegł sylwetkę odzianą w sięgający ziemi, ciemny płaszcz. Spod czarnego kapelusza wystawała maska w kształcie długiego, ptasiego dzioba. Choć małe otworki u jego nasady dodatkowo przesłonięte były okularami, Lohengrin i tak wiedział, że ukryte za maską oczy cały czas wpatrują się w niego.

 

* * *

 

Holnstein, jak zwykle pojawił się przed tronem znienacka, tak jakby się skradał. Ludwig zakrztusił się winem i odstawił puchar na stolik.

– Wasza Wysokość pozwoli sobie kogoś przedstawić. – Mały intrygant w hełmie z różkami raczej zakomunikował, niż zapytał.

Król łaskawie skinął głową. Nie miał specjalnego wyboru.

Obok Holnsteina stał człowiek w przebraniu średniowiecznego lekarza dżumy. Skłonił się nisko i dopiero teraz zdjął z głowy kapelusz i ptasią maskę. Resztki włosów nad uszami stroszyły się śmiesznie, a zaczerwieniona twarz z krótką, starannie przystrzyżoną brodą budziła sympatię i zaufanie.

– Von Gudden, być może Wasza Wysokość pamięta? – przedstawił się nieznajomy.

Ludwig nie pamiętał.

– Lekarz brata Waszej Królewskiej Mości – dodał stojący przed tronem, widząc brak zrozumienia w oczach monarchy.

Wszyscy próbowali zapomnieć. Otto, młodszy od Ludwiga o trzy lata, wobec bezdzietności władcy oficjalny następca tronu, od dawna już przebywał w zamku Fürstenried, izolowany z uwagi na chorobę psychiczną.

– Czyżby coś przydarzyło się mojemu drogiemu bratu? – Król, pełen niepokoju, dźwignął się na tronie.

– Ależ skąd. Wasza Wysokość może być spokojny. Jego stan jest zupełnie stabilny.

Czyli nie leczą go w ogóle – pomyślał Ludwig.

– Czemu zatem zawdzięczam wizytę doktora? – zapytał.

Obok von Guddena pojawił się nagle stryj Luitpold w przebraniu Odyna. Odsłoniętym okiem zerkał w dół, na Holnsteina. Sprawiło to, że król domyślił się odpowiedzi, zanim ta padła z ust lekarza:

– Wysoka rada uznała, że powinienem spędzić trochę czasu z Waszą Królewską Mością. Porozmawiać…

Holnstein i Luitpold pokiwali zgodnie głowami.

To dobrze, że chcieli chociaż rozmawiać. Diagnozę u Ottona postawili bez żadnego badania.

 

* * *

 

Pałac Linderhof, kwiecień 1886

 

Lohengrin podążał za królem. W czasie balu nie udało mu się już zbliżyć do władcy, porwali go ze sobą dwaj wojownicy i człowiek w ptasiej masce. Odnalazł go dopiero w małym, bajkowym pałacyku, pośrodku magicznego ogrodu.

Król wyglądał znacznie młodziej niż poprzednio, choć wciąż rzucała się w oczy jego choroba. Widocznie napój z kielicha nie działał tak szybko. Siedział, zgarbiony, w sali pełnej złota i zwierciadeł, i spoglądał przez wysokie okno na położony przed pałacem staw z tryskającą fontanną. Kiedy Lohengrin pojawił się obok, władca spojrzał na niego bez zdziwienia, pokiwał głową i powiedział:

– Pamiętam cię. Byłeś na balu. – Uśmiechnął się. – Wszyscy nosili maski, przebrania, tylko ty byłeś prawdziwy.

Rycerz nie wiedział, co odpowiedzieć. Dobrze, że król nie zadawał pytań. Może wystarczyło tylko słuchać?

– Podoba ci się tutaj? Gdybym miał władzę i pieniądze takie jak Bismarck, zbudowałbym jeszcze dziesięć podobnych pałaców. I teatr. Teatr w każdym mieście. – Król nie patrzył na Lohengrina, tylko obserwował powierzchnię stawu za oknem. – Uwierzysz, że odmówili mi środków na przygotowanie jednego przedstawienia? Powiedzieli, że są ważniejsze sprawy…

Lohengrin rozejrzał się po sali. Szklane tafle na ścianach w nieskończoność powtarzały obraz jej wnętrza. Wystarczyło, by poruszył się lekko, a jego odbicie umykało w głąb zwierciadła i pojawiało znienacka w zupełnie innym miejscu.

– Wojny i polityka. Gdybyż to jeszcze były wojny takie jak kiedyś, a nie gierki przesuwające granice o jedną czy dwie rzeki. Ale jakie czasy, tacy bohaterowie. Wiesz chociaż, jak się nazywał mój poprzedni minister wojny? – Król wcale nie oczekiwał odpowiedzi. – Na starość został dowódcą gwardii pałacowej, pilnuje, żebym nie przesadził z błazeństwami… Porządny człowiek. Tylko że za pięćdziesiąt lat zupełnie nikt nie będzie pamiętał jego nazwiska. Ani nikogo innego z tego dworu. Bo kimże byliby Hektor i Achilles bez Homera?

Promienie słońca odbijały się od rozpylonych przez fontannę kropelek wody i jak plamki tęczy wpadały przez okno do zwierciadlanej pułapki. Przez chwilę połyskiwały na powierzchni kolejnych złoconych elementów, by w końcu utonąć bezpowrotnie w głębi któregoś z luster.

– Wagner jest Homerem naszych czasów. Ale oni są ślepi, widzą tylko kilka lat do przodu. Przepędzili go. Cóż z tego, że źle się prowadził, oszukiwał, trwonił moje pieniądze? Kto będzie o tym pamiętał w przyszłym stuleciu? Zostaną tylko opery.

Król zamilkł. Lohengrin podszedł do niego bliżej. Było zupełnie tak, jak we wspomnieniach Parsifala. Stał obok cierpiącego człowieka, naprawdę chciał go uzdrowić, ale nie mógł wydukać tego najprostszego pytania.

– Jesteś jeszcze młody. Zapamiętasz mnie? – Władca nagle spojrzał prosto na niego.

Rycerz Łabędzia przytaknął. Król ukrył twarz w dłoniach. Kiedy podniósł ją ponownie, oczy mu błyszczały.

– Ja też cię nie zapomnę. Jak masz na imię?  

– Lohengrin.

Król zacisnął powieki, jakby raziło go światło.

– Niech i tak będzie – powiedział cicho.

Do komnaty wkroczyli dwaj gwardziści. Minęli Lohengrina bezceremonialnie, tak jakby go tutaj w ogóle nie było, podeszli do króla i skłonili się sztywno.

– Wasza Wysokość, czas na rozmowę z doktorem.

 

* * *

 

W podziemiach zamku Linderhof Ludwig kazał kiedyś wybudować sztuczną grotę z jeziorem. W dawnych, lepszych czasach żeglował spokojnie po jego powierzchni w rzeźbionej łodzi, ukryta orkiestra wykonywała fragmenty muzyki, a sprowadzone zza oceanu elektryczne żarówki, migocząc pod sklepieniem w kolorowych lampionach, dopełniały baśniowego nastroju.

Dzisiaj musiał dzielić miejsce w łodzi z doktorem van Guddenem, żarówki dla bezpieczeństwa zastąpiono lampami naftowymi, a miejsce orkiestry zajęli doskonale widoczni na brzegach gwardziści. Jakby na pociechę, tuż obok, w swojej małej łódeczce, unosił się na wodzie Rycerz Łabędzia.

– Na czym dokładnie polega moja choroba? – zapytał Ludwig.

– Wasza Wysokość… za dużo marzy – odpowiedział z wahaniem lekarz.

– Za dużo, powiadasz?

– Więcej niż to bezpieczne.

– Dla mnie? – nie zrozumiał król.

– Dla kraju.

– Dla tego kraju? Możliwe, że masz rację. Ale zdradzę ci sekret, doktorze. – Król pochylił się w stronę van Guddena. – Zjawił się kiedyś u mnie pewien człowiek, który obiecał wyruszyć w świat, jeśli trzeba będzie nawet do Ameryki, żeby znaleźć dla mnie kraj, ziemię, którą można kupić i objąć we władanie. Tam mógłbym wreszcie powołać do życia państwo z moich planów, królestwo sztuki, artystów i filozofów, królestwo piękna. Zaopatrzyłem go w odpowiednie fundusze i udzieliłem szczegółowych wskazówek. – Ludwig przerwał na chwilę i uniósł znacząco palec. – Do dzisiaj nie wrócił z pustymi rękami, a zatem jest jeszcze nadzieja.

– Całkiem możliwe, panie, że zawłaszczył twoje pieniądze i ukrywa się teraz w Austrii lub we Francji – skwitował brutalnie von Gudden.

– Owszem, z logicznego punktu widzenia to dopuszczalne wytłumaczenie. – Spokojnie pokiwał głową Ludwig. – Tylko po co wierzyć w takie rzeczy?

– Jesteś królem, nie możesz…

– Posłuchaj sam siebie! – żachnął się Ludwig. Łódź zakołysała się niebezpiecznie, a gwardziści poruszyli nerwowo na brzegu. –  Jestem królem, więc nie mogę? A od czegóż są królowie, jeśli nie po to, by zmieniać świat? By czynić go lepszym, piękniejszym…

Von Gudden milczał. Król nie doczekawszy się odpowiedzi, przeniósł wzrok na Lohengrina. Lekarz dostrzegł ten gest, sięgnął po leżące na dnie wiosło i odepchnął dryfującą obok łódkę z rycerzem.

– Ty też go widzisz? – zdziwił się Ludwig.

– Dobrym lekarzom to się zdarza – speszył się doktor. I dodał szybko: – Ale ja wiem, że on nie jest prawdziwy.

– Lohengrin nie jest prawdziwy?! – Król wzburzył się ponownie. Wstał i byłby wypadł z łodzi, gdyby doktor go nie złapał za rękę. – Jest prawdziwszy, niż my wszyscy razem wzięci!

Von Gudden próbował siłą posadzić Ludwiga na ławeczce, ale król wyrywał się w kierunku unoszącej się obok zjawy. Rozkołysana łódka wzbudzała kolejne fale. Światło lamp naftowych odbijało się od drżącej powierzchni wody, błyszczące cętki miotały się po sklepieniu groty, szukając drogi ucieczki. Doktor przyzwał na pomoc gwardzistów. Kilkunastu żołnierzy wbiegło po pas do wody, otoczyli łódź i wyciągnęli ją z jeziora. Król skapitulował, podtrzymywany pod ramiona wysiadł na brzegu, pozwolił okryć się kocem i wyprowadzić z groty.

Do wpatrującego się wciąż w grę świateł na wodzie doktora podszedł, ukryty dotychczas w cieniu, książę Luitpold.

– To chyba wystarczy? – zapytał.

Lekarz, nie odwracając się, pokiwał głową. Książę, za jego przykładem, spojrzał uważnie na środek jeziora, ale nie dostrzegłszy tam nic wartego uwagi, odmaszerował, zabierając ze sobą gwardzistów.

Von Gudden szepnął w stronę wody:

– Odejdź stąd! Nie widzisz, że to ty jesteś przyczyną jego cierpienia?

 

* * *

 

Camelot, poza czasem

 

Hiperborejskie wino, pite ze zwykłych kielichów, nie dawało nieśmiertelności, ale pozwalało na chwilę o niej zapomnieć.

– Widziałem Graala – wyznał Lohengrin.

Wyblakłe proporce na ścianach słabo tłumiły echo w pustej, kamiennej sali.

– I cóż z tego? – odpowiedział Parsifal. – Wszyscy kiedyś widzieli. Ja widziałem, Lancelot, Galahad… Nawet Bors, choć tylko przez chwilę i z daleka. Widziałeś i co? Przywiozłeś go ze sobą?

– Nie.

– No widzisz.

Zamilkli nad swoimi kielichami. Mijały minuty, a może lata.

– O co chodzi z tymi pytaniami? Dlaczego on nie może zadać właśnie tych trzech? Dlaczego ja nie potrafię po prostu spytać, jak mu pomóc? – zagadnął wreszcie Lohengrin.

– Żyjemy w innych światach. Jesteśmy dla nich legendą, jak oni dla nas. A kiedy zadajesz pytanie, zabijasz jakąś legendę.

Rycerz Łabędzia zastanowił się przez chwilę nad tymi słowami.

– Ja nie muszę pytać, ja wiem.

 

* * *

 

Nad brzegiem jeziora Würmsee, czerwiec 1886

 

Spacerowali plażą o zmierzchu. Doktor okazał się całkiem wdzięcznym rozmówcą: inteligentnym, oczytanym, choć może nieco zbyt przewidywalnym w swoich opiniach. Król zastanawiał się, czy mogliby zostać przyjaciółmi. Gdzieś w innym miejscu i czasie, w innym świecie. Bo w tym świecie von Gudden cały czas pilnował, żeby Ludwig podczas przechadzki znajdował się między nim a wodami jeziora.

– Chciałbym ci podziękować, doktorze, za to że namówiłeś von Pranckha, by odwołał tych swoich gwardzistów.

– To ja się cieszę, panie, że twój stan pozwala na ograniczenie środków bezpieczeństwa – odpowiedział lekarz.

Szli samym brzegiem. Doktor wciąż napierał z prawej. Z lewej tafla jeziora kusiła chłodną głębią.

– A jak tam książę Luitpold? Jak sobie radzi? – zagadnął król.

– Bardzo dobrze, Wasza Wysokość. Spotkał się dzisiaj z wysłannikiem kanclerza Bismarcka.

Coś poruszyło się w przybrzeżnych krzakach. Ludwig udawał, że tego nie słyszy.

– Ci dwaj zawsze się doskonale rozumieli… Poczciwy stryjaszek, prosty i przewidywalny. Chyba faktycznie byłby teraz lepszym królem niż ja.

– Proszę tak nawet nie myśleć – oburzył się von Gudden. – Jeśli rekonwalescencja będzie dalej przebiegać zgodnie z planem, Wasza Wysokość już wkrótce wróci do Monachium, do swoich obowiązków.

Ludwig, spychany przez doktora, wdepnął jedną nogą w wodę. Po lustrzanej fali pomknęła pojedyncza zmarszczka. I zaraz wróciła do stóp króla.

Lohengrin stał w swojej łodzi, tuż przy samym brzegu. Twarz albinosa, zimna jak księżyc, odcinała się na tle stalowego nieba.

– Niech Wasza Wysokość nie zwraca na niego uwagi! – zawołał lekarz.

– Mam udawać, że go tutaj nie ma?

– Nic nie trzeba udawać! – Von Gudden wydawał się bardzo zdenerwowany. – Wystarczy nie patrzeć, nie odzywać się, nie zadawać mu żadnych pytań. Sam zniknie.

Król, raz za razem, przenosił wzrok z twarzy lekarza na oblicze rycerza.

– Nie chcę… – wyszeptał cicho.

Von Gudden wbiegł kilka kroków do wody, stanął przed Lohengrinem, chwycił za burtę jego łodzi i próbował ją odepchnąć. Kiedy ustąpiła, zachwiał się i upadł z pluskiem na kolana. Podniósł się niezgrabnie, ociekając wodą i wykrzyczał:

– Mówiłem, żebyś stąd odszedł! Czyż ten człowiek nie wycierpiał już wystarczająco wiele?

Rycerz Łabędzia przez chwilę patrzył na niego z powagą. Ostrożnie, zachowując balans, wyszedł z łodzi i stanął, po kolana w jeziorze, naprzeciw lekarza. Podniósł obie ręce i położył je na ramionach von Guddena, tak jakby chciał go przytulić. Przerażony doktor tylko otworzył usta i łapał powietrze, jak ryba wyciągnięta z wody. Lohengrin uniósł nieco dłonie, rozchylił palce, objął nimi szyję lekarza i zacisnął. Odwrócił wzrok w stronę króla.

Król patrzył.

Bezwładne ciało osunęło się do wody.

Król zrozumiał.

Lohengrin ruszył w jego kierunku. Pierwsze gwiazdy pojawiły się w głębi jeziora.

Król zapytał:

– Kim naprawdę, naprawdę jesteś?

 

 

* * *

 

 

Ciała Ludwika II Wittelsbacha i jego lekarza odnaleziono na brzegu jeziora Würmsee, nocą 13 czerwca 1886 roku. Za oficjalną przyczynę śmierci obu mężczyzn uznano nieszczęśliwy wypadek. Tron po swoim bracie objął Otton Wittelsbach, jednak wobec jego choroby regencję powierzono księciu Luitpoldowi.

Królestwo Bawarii przestało istnieć w 1918 roku.

Ludwik przeszedł do legendy jako Bajkowy Król.

 

 

Fragmenty libretta opery „Lohengrin” Ryszarda Wagnera w tłumaczeniu własnym.

Koniec

Komentarze

Piękne! I niebanalne! Ręce same składają się do oklasków.

 

Mam tylko trzy techniczne uwagi:

– “Rycerz Łabędzia” jest pisany raz dużą, raz małą literą;

– “Tych dwoje zawsze się dobrze rozumiało” – to byli mężczyźni, czyli “dwóch”;

– “Po lustrzanej fali pomknęła pojedyncza zmarszczka. I zaraz wróciła do stóp króla” – fale nie wracają do miejsca “narodzin”; a może coś źle zrozumiałem?

 

W każdym razie – prawdziwa czytelnicza uczta :)!

Miejsce na Twoją reklamę!

O ile dobrze pamiętam, to i kobold, Twoje alter-ego, pochodzi z germańskiego folkloru. I dla mnie trochę takim złośliwym potworkiem jesteś – chowasz przede mną skarb za mnogością nawiązań, których często nie łapię.

Przyszedłem tu z bolejącym sumieniem, bo czytałem Twoje opko z NF (Panny dworskie), ale nigdy nie mam jak rozsiąść się, co by komentarz napisać. Tutaj się poprawiam. ;)

Jest pod Twoim ściana z opowiadań konkursowych, ale walnąłeś w nią z armaty. Trochę mnie to smuci, bo na dole jest moje, które najpewniej przysypiesz gruzem.

W sumie to sięgnąłeś po ciekawy miks – legendy arturiańskie są znane i powszechnie uznane za ciekawe (ba, taki Wiedźmin używa ich jako podpory do świata przedstawionego), a tutaj wjechałeś z historią i folklorem niemieckim. A ten jest mi prawie że obcy, boję się więc, że coś mi umknęło (jak już wspomniałem w koboldziej przedmowie do tego komentarza). Ale spokojnie – bohaterów marszu weselnego (i całej opery) znam doskonale. Spodziewałem się nawet, że będziesz chciał jakiś legendarny mariaż w tekście przeprowadzić. ;) Czytelników rozgrywasz sprytnie, bo umiejętnie przetwarzasz i opowiadasz stare historie na nowo. Jest nawet takie powiedzenie, że kto nie zna historii, to musi przeżyć ją jeszcze raz. Ja się nie lubię tak łatwo dać oszukiwać, ale Twoje fantastyczne parafrazy kupiły mnie nie tylko ich ciekawym przeplotem, ale smutnym, baśniowym klimatem – lubię smutne historie.

Jestem ciekawy opinii pozostałych czytelników i ich odpowiedzi na ostatnie zadane w tekście pytanie – to więc jeszcze przemilczę.

Na pióro Cię nie zgłoszę, bo nie takiej fantastyki szukam i nie taką chcę promować (choć opowiadanie i tak jest baaaardzo sycące, a wypromuje się samo), zrobią to zapewnie inni. Ja szukam tekstów hard sci-fi, w których świat przedstawiony jest metaforą, z której zdjęto apostrofy – jest więc brutalną dla bohaterów codziennością, w których implikacjach technologiczno-społecznych muszą żyć i się z nimi zmieniać. Twoje dzieła są metaforami, pięknymi – ale dla mnie ukrytymi zbyt głęboko w przeszłości.

Ale rzucam swojego kilka do biblioteki, pierwszego ever. ;)

Dzięki, chłopaki (choć nie wiem, czy mogę się tak do Was zwracać, biorąc pod uwagę średnią Waszego wieku)!

 

Staruchu – “dwoje” już poprawiłem, dziękuję. Rycerz Łabędzia jest pisany małą literą chyba tylko raz, gdy nie stanowi synonimu imienia Lohengrin, tylko występuję po nim, jako określenie funkcji (?). Bałem się, że w tym drugim przypadku używając dużych liter  wprowadzę w konsternację czytelników nie znających legendy o Lohengrinie. Ale przemyślę jeszcze tę decyzję. A fala wróciła do stóp króla, bo odbiła się od łódki rycerza ;)

 

Stn – uspokój swoje sumienie. Wystarczy mi świadomość, że “Panny” przeczytałeś, choć to nie Twój rodzaj fantastyki. I tym bardziej cieszę się tego komentarza i klika. Właściwie słowa “chowasz przede mną skarb za mnogością nawiązań, których często nie łapię” mógłbym odnieść też do mojego odbioru Twoich opowiadań. Dlatego dobrze, że gusta czytelników są tak różne, i dlatego nikomu przysypanie gruzem nie grozi ;) Fajnie, że historia Lohengrina nie jest Ci obca, bo właśnie jej hermetyczności obawiałem się najbardziej.

Mnie uratowała (w tym konkretnym przypadku) muzyka klasyczna, której zdarza mi się posłuchać (jak wieczór "siądzie"). A i wołaj jak zechcesz, gdybym nie miał narzeczonej, a Ty miałbyś córkę, to sprawdziłbym, czy jeszcze nie "chłopczyk". :P No nic, milknę i obserwuję za kolejnymi komentarzami (jestem ciekaw, co inni wyłowią z sieci, którą zaplotłeś). Ale i też dostrzegam jedno, czasem niepotrzebnie zamykam się na jeden typ fantastyki – jak koń z klapkami na oczach idąc w jednym, znanym kierunku.

Jedyne, co udało mi się w tym tekście samodzielnie wyłapać, to że fala odbiła się od łódki rycerza.

Nie no żartuję, tak źle nie było.

O ile Arturiańskie nawiązania są oczywiste, to legendy Łabędziego rycerza i germańskiego folkloru zbytnio  nie znam, więc nie potrafię wyłapać nawiązań.

Za to czytało się prima sort, a wyjątkowo ciekawie wypadł rycerz, który właściwie prawie tylko obserwował aż do ostatniej sceny.

Nie dziwię się, że bajkowego króla trzeba było usunąć. Ludzie nie są gotowi na tak drastyczne zmiany ku lepszemu :D

Generalnie podobało się bardzo. Kawał solidnego, stylistycznie ciekawego tekstu, z odniesieniami do postaci historycznych – cały cobold.

 

Pozdrawiam!

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Zniewalająca koncepcja z tym przywoływaniem postaci z Camelot. Wręcz wytrawna, powiedziałbym. Element fantastyczny nie jest może zbyt okazały, ale nadrabia jakością i daje dużo satysfakcji. Miejsce i czas akcji, nie widywane przeze mnie zbyt często, tylko podkręcały ciekawość. Wreszcie król – wyalienowany, niezrozumiany, zakładnik własnego dworu – ujął mnie szczególnie. Po mistrzowsku odmalowałeś jego piękny umysł.

Nie rozumiem zachowania doktora. Dwór wmawiał królowi chorobę psychiczną, jeśli dobrze zrozumiałem, oraz że rycerz jest jedynie omamem. Jak więc lekarz mógł widzieć rycerza, podchodzić do niego, wchodzić z nim w interakcję?

Skoro dwa światy są dla siebie wzajemnie legendą, to rycerz pragnie zmienić jej treść, ingerując, mordując króla? Do tego to król przyzywa przybysza z Camelot, stąd co, sam pragnie umrzeć? Działa pod naciskiem dworu i to oni chcą go zabić? A może oczekuje zupełnie czegoś innego, a spotyka śmierć?

Mam mnóstwo pytań, które nie pozwalają mi osiągnąć zachwytu. Chyba muszę poczekać na więcej komentarzy.

W istocie – cały Cobold.

Za to w tym wydaniu, które bardzo lubię – bardziej refleksyjno-melancholijnym niż komediowym ;P

 

Największe plusy za immersję (mróz kąsał, a wesele upoiło Counta, jakby sam w nim uczestniczył) i za bohaterów (poczciwina z tego króla). Początek intryguje muzyką i postacią Lohengrina.

Arturiańskie legendy znam tak średnio i trochę żałuję, że nie poświęciłeś im większej ilości znaków. Te fragmenty w Camelocie niosły fajny, baśniowy ładunek. Rozumiem jednak, że mogłoby to rozwodnić fabułę i spowolnić tempo, które, w istocie, jest całkiem wartkie.

Tak czy inaczej, powiązanie ich z królestwem Bawarii całkiem błyskotliwe. Imię Lohengrina kiedyś słyszałem, ale dla lepszej wizualizacji musiałem sobie jednak to i owo odświeżyć.

No i dlatego takie opowiadania budzą moje wątpliwości – czytelnik nie znający legendy/poematu nie będzie wiedział, w jakiej części adaptujesz mit, a w jakiej sam kreujesz opowieść. Czy to źle? Sam nie wiem – po prostu rozmyślam ;D

Pod kątem tematyki konkursowej z pewnością wyszło bardzo dobrze.

Warsztat na Coboldzim, wysokim poziomie. Ta “katedra nocy” szczególnie mi się spodobała :)

Rozważyłbym jedynie, czy fragmentów utworów nie napisać kursywą, w jednym miejscu zlewają się z narracją.

Tytuł – pasuje (i nawet dałem radę przetłumaczyć, choć z niemieckim Count na bakier, o!), ale nie lubię takich krótkich i obcojęzycznych. Przede wszystkim krótkich ^^

 

No dobra, za klasowy klimacik tekstu stawiam hrabiowski stempel jakości, a nad zakończeniem i implikacjami pytań muszę jeszcze pokontemplować. I poczytać o legendach ;)

 

Trzym się ciepło.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Najpierw klik. Komentarz wieczorem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Dziękuje bardzo za kolejne komentarze i kliki. Wyjątkowo tym razem chciałbym się powstrzymać od autorskiej interpretacji zakończenia, choć jestem bardzo ciekaw Waszych odczytań.

Mytrix – a ja myślałem, że z tą niemczyzną właśnie do Ciebie trafię ;) Sam nie znam ani słowa po niemiecku i tłumaczyłem sobie tego Wagnera z angielskiego przekładu. I gdzie Wy ten folklor widzicie?

MrBrightside – Lekarz jest tutaj postacią operującą na pograniczu światów, stąd jego specjalne umiejętności. W powszechnym odbiorze sprowadza się to do tego, że uważamy, iż każdy psychiatra jest trochę nienormalny. Co do pozostałych pytań, na razie milczę.

Count – no cieszę się, że w końcu zadowoliłem! Fragmenty opery faktycznie były początkowo kursywą, ale ponieważ nie potrafię w portalowym edytorze wyrównać ich do wspólnej krawędzi, wyśrodkowane każdym wersem z osobna zlewały mi się graficznie z nagłówkami poszczególnych rozdziałów. Co do tytułu – a “Fischer King” to zły tytuł był?

Po lekturze opowiadania przejrzałem komentarze, no bo wydawało mi się że czegoś nie zrozumiałem. Ale nie, metafory, smutny klimat, upadek, legenda arturiańska… Najbliżej mi do opinii Stn-a, nie tego szukam na NF, nie takie opowiadania skłaniają mnie do refleksji. Dobrze napisane, ale jak dla mnie brak błysku, brak pomysłu. Mówi się że wszystko już zostało wymyślone, wszystko już było, są tylko odgrzewane kotlety. Ale nawet stary pomysł można ubrać w nowe szatki, dodać szczyptę ironii, przenieść na inną planetę… A w tej opowieści jakoś mi tego zabrakło. Nie ma nowej legendy, tylko odgrzana stara wagnerowska. Sorki ale nie mój klimat.

Piękne, klimatyczne opowiadanie, Coboldzie. Splotłeś legendę arturiańską z szalonym Ludwikiem II, przedstawionym tutaj, jako legendarny Król Rybak, który według legendy miał czuwać nad Świętym Graalem. Przy okazji pokazałeś przez chwilę Graala. Chyba, że Graalem nie był kielich, który właściwie tylko mignął przez chwilę, a zupełnie coś innego? Może było nim uwielbienie króla dla sztuki, muzyki?

Muszę sobie jeszcze poukładać na spokojnie w głowie wszystkie wątki. 

Napisane świetnie, wciągnęło, ale można się było tego spodziewać.

 

Co do tytułu – a “Fischer King” to zły tytuł był?

Hehe, jeszcze gorszy, bo w bardziej mainstreamowym języku ;)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Chodzi o zacny film z Jeffem Bridgesem i Robinem Williamsem? To “Fisher King”.

A wracając do fali – ok, doszedłem do tego, że się odbiła ;). Ale dalej to fizycznie mi nie gra – fala to nie pojedyncza zmarszczka, a po odbiciu i powrocie interferuje z falą macierzystą. To nie pies na smyczy, który biegnie i wraca :).

Chyba, że to fantastyczna fala pojedyncza ;).

Miejsce na Twoją reklamę!

Opowieść urzeka od pierwszego zdania. Klik :)

Edytka: Spóźniłam się :)

... życie jest przypadkiem szaleństwa, wymysłem wariata. Istnienie nie jest logiczne. (Clarice Lispector)

No to dobijam do Biblioteki :)

Z początku tytuł mnie przeraził – w czwartej klasie nasz pożałowania godny germanista katował klasę z “Króla Olch” Goethego i tak mi ten tytuł zapadł w pamięć, że po zobaczeniu “Króla Rybaków” z lekka poczułem się niespokojny ;)

Wykonanie, jak to u Ciebie, nienaganne. Do tego wspiera ono ogólną prezentację utworu, mającego sobie coś z opery czy teatru (ten podział na sceny, bohaterowie). Umysł króla wychodzi tutaj najlepiej – “piękny umysł” na pograniczu szaleństwa i realności, niby ze świata, a zarazem obok niego.

Całość może lekko psuje mi fakt, że utwór nosi znamiona właśnie takiego XIX wiecznego tworu, gdzie logika zdarzeń ma mniejsze znaczenie od konstrukcji psychicznej postaci. Stąd nawet nie próbuję sobie tłumaczyć elementów, na które zwrócił uwagę MrBrightside – podejrzewam, że, podobnie jak uwaga o psychiatrach, nawiązują one do rzeczy słabo przeze mnie, prostego inżyniera-elektronika-informatyka znanych :)

Podsumowując: bardzo dobra, teatralna wręcz fantastyka. Nie wszystko z niej pojmuję, ale nie szkodzi – koncert fajerwerków i tak jest piękny :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Hm, ale Ludwik Bawarski to właśnie nie fantastyka. Niesamowicie ekscentryczny (mówiąc łagodnie) władca. Wystarczy spojrzeć na disnejowy zamek – czyli właśnie Neuschwanstein. Za wyjątkiem Camelotu, reszta to (jak pamiętam) najprawdziwsza prawda :). 

Miejsce na Twoją reklamę!

Hm, ale Ludwik Bawarski to właśnie nie fantastyka.

Jeśli to do mnie, to zdaję sobie z tego sprawę, jednak tekst jest w jakiś sposób fantastyczny przez motyw Camelotu. Więc nazwałem go “fantastyką” ;) Inna sprawa, że ja i systematyka “fantastyczna” inna od s-f jesteśmy ze sobą na bakier, więc mogłem jak najbardziej popełnić błąd :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Podziękowań ciąg dalszy:

Enderku, cenię sobie Twoją opinię. Wiedziałem, że to nie jest tekst dla każdego. Ale byłem też przekonany, że znajdą się czytelnicy, dla których lektura może być przyjemnością. Zaskoczony jestem jedynie proporcjami.

AQQ – dokładnie o to chodziło! Choć, co się tyczy tego, czym lub kim jest Graal, byłbym ostatnim zarozumialcem przypisując sobie tę wiedzę ;)

Staruchu – punkt dla Ciebie!

Fleur – i tak mi miło!

NoWhereMan – ja też nie chciałbym wszystkiego tłumaczyć, nie tak rozumiem legendę.

Istotnie, piękny i nastrojowy tekst. Utożsamienie Króla Rybaka z Ludwikiem Wttelsbachem znakomite. To jeden z tych pomysłów, które wydają się proste i oczywiste, a jednak w prostocie i oczywistości owej – genialne. 

I właśnie postać króla wyszła najlepiej. Człowiek na pograniczu rzeczywistości i mitu, balansujacy na krawędzi baśni. Pragnący, by świat był lepszym miejscem. Można powiedzieć – podwójnie tragiczny, bo mimo ewidentnych objawów szaleństwa miał w sobie mnóstwo mądrości, niezbyt pasującej do świata, w którym przyszło mu żyć, ba, a nawet, jako europejski monarcha, odgrywający jkąś tam, niepoślednią rolę w tym świecie.

Lecz reszta… Cóż, znajomość, choćby pobieżna, legend aruriańskich oraz prawdziwej historii ostatniego (w zasadzie przedostatniego) króla Bawarii jest niezbędna do zrozumienia tekstu. Mimo to, niezupełnie pojąłem zakończenie, nie zrozumiałem roli posłańca, nie wiem dlaczego zrobił to, co zrobił (tak, wiadomo jak skończył król Ludwik i jego lekarz, historia musiała się tak zakończyć, ale dlaczego akurat za pomocą Lohengrina? Co chcieli osiągnąć ci z Camelotu?) 

Może rację ma NWN, że logika zdarzeń ma tu mniejsze znaczenie. Ale jestem skłonny poprzeć opinię Enderka (nie do końca, raczej w tym jednym punkcie) – brak błysku.

Świetnie napisane opowiadanie, ale czy poza znakomitym pomysłem na postać króla, pozostanie na długo w mojej pamięci? Wątpię.

Choć może znaczenie ma fakt, że po Coboldzie spodziewam się czegoś niezwykłego. Tu jest świetnie, ale jeszcze nie niezwykle.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Bo widzisz, Thargone, pomysły na opowiadania o Ludwiku Bawarskim i Królu Rybaku chodziły mi osobno po głowie od dłuższego czasu, aż któregoś ranka skleiły się w jeden i nie chciały puścić.

Wykorzystanie postaci historycznych w opowiadaniu ma swoje wady i zalety. Do pierwszych należy to, że autorowi odpada problem z infodumpami. Jeśli czytelnik jest zainteresowany, sam je sobie znajdzie na Wikipedii. Gorzej jeśli nie jest zainteresowany, ale to już wina autora, że nie potrafił zaintrygować.

Większy problem to fakt, że skoro piszę o ludziach, którzy kiedyś żyli, i których śmierć jest tajemnicą, to tak powinno zostać. Literackie tłumaczenie tej tajemnicy jest niestosowne i zarazem może stanowić oskarżenie wobec innych, rzeczywistych, choć też już nieżyjących ludzi.

Co zatem chciałem zrobić? Chciałem pokazać Ludwika jako kogoś więcej niż “szalonego króla od disnejowskich zamków”. Ale chciałem też pokazać argumenty tych, którzy uważali, że należy go od władzy odsunąć. Chciałem rozstawić te figury na szachownicy, pokazać możliwe ruchy, ale nie wskazywać który z nich jest tym “prawdziwym”.

Bo w sensie metaforycznym króla zabiło zamiłowanie do legend. I w tym samym sensie, tajemnicza śmierć przeniosła Ludwika do legendy, czyli tam gdzie chciał się znaleźć – i to chciałem pokazać w ostatniej scenie.

Co do motywacji Lohengrina – mieszkańcy Camelotu to Obcy. Chciałem pokazać, że myślą inaczej niż my i są w tej swojej odmienności nieprzewidywalni i groźni. I dlatego nie wiadomo do końca czym jest poszukiwany przez nich Graal i czemu ma służyć. A wbrew popkulturowej interpretacji podobnie jest z Graalem ze źródłowych, arturiańskich tekstów.

A wracając do fali – ok, doszedłem do tego, że się odbiła ;). Ale dalej to fizycznie mi nie gra – fala to nie pojedyncza zmarszczka, a po odbiciu i powrocie interferuje z falą macierzystą. To nie pies na smyczy, który biegnie i wraca :).

Chyba, że to fantastyczna fala pojedyncza ;).

Oczywiście, że to fantastyczna fala! Weźmy poprawkę na to, że odbiła się od elementu fantastycznego – łódki Rycerza Łabędzia, łódki nie z tego świata, więc takie odbicie mogło nieść za sobą różne konsekwencje. A może to tylko król zobaczył tę odbitą falę a w rzeczywistości nic nie napotkała?

W końcu to nie portal fizyków-zapaleńców :D

Ale jakaś część fali przecież by wróciła, nawet rozbijając się o kolejne na mniejsze.

"Jak się ktoś utopił to nie znaczy, że się utopił tylko, że się nie utopił i popełni samobójstwo." - Borowik

Literackie tłumaczenie tej tajemnicy jest niestosowne i zarazem może stanowić oskarżenie wobec innych, rzeczywistych, choć też już nieżyjących ludzi.

A ja tu dostrzegłam małą sugestię, odnośnie wyjaśnienia okoliczności śmierci Ludwiga. Kiedy idą brzegiem jeziora, Gudden pilnuje żeby król znajdował się między nim a wodami jeziora, a później napiera z prawej. Ja odebrałam to tak, że jednak doktor przyczynił się do jego śmierci.

Nie mam w tej chwili czasu, żeby to głębiej analizować, ale mam jeszcze kilka teorii. :D

 

Sugestii jest więcej: odwołane straże, spotkanie Luitpolda z ludźmi Bismarcka, coś, co się tam porusza w krzakach.

Z drugiej strony może lekarz chciał ochronić króla i zasłaniał go swoim ciałem przed czymś co miało przyjść od strony lądu. Albo po prostu pilnował, żeby ten nie uciekł w trakcie przechadzki…

Laurką tego opowiadania niech będzie fakt, że wywołuje tak żywą dyskusję nad przebiegiem zdarzeń. :) Baśniowe przeżycie. Urzekłeś mnie (choć dopiero w komentarzu) tym, że przedstawiłeś rycerzy Camelotu jako Obcych. Jak myślę o tym z tej perspektywy, podoba mi się jeszcze bardziej.

Piękne, bajkowe, widowiskowe, po prostu Coboldowe :) Trochę musiałam pogooglować, żeby w pełni docenić tekst, ale z pewnością nie żałuję poświęconego na to czasu.

Rzeczywiście rewelacyjny pomysł na połączenie Ludwiga Bawarskiego i Króla Rybka, i bardzo ciekawa realizacja konkursowego tematu legendy. Cóż, mogę jedynie podziękować za wyjątkowo satysfakcjonującą lekturę i życzyć powodzenia w konkursie :)

W teatralne i klasyczne tony grasz, Coboldzie. Pomysł na opowiadanie ciekawy – tak bohaterów jak i estetyczny ton - a początek opowiadania …styczeń 1886 po prostu mistrzowski – zachwycający, subtelnie trącający czułe struny. Dalej się czytało, ale coś uciekło i nie chciało wrócić. Nie wiem, co… Ale atutem opowiadania jest na pewno element edukacyjny. 

Powodzenia w konkursie. 

Piękne, z klimatem i bajkowe. Choć nie do końca orientuję się we wszystkich nawiązaniach,to naprawdę miło się czytało. Jestem pod wrażeniem ;)

Czy ja wiem, czy cały? Jak dla mnie ten tekst jest przecoboldowany i niedocoboldowany jednocześnie. 

Wcześniej nawiązywałeś do bardziej oczywistych rzeczy: mitologii, Biblii, popkultury. Tu sięgnąłeś (przede wszystkim) po operę. A ja nie miałem pojęcia, że coś takiego jak “Lohengrin” istnieje. Gdyby nie przedmowa, mógłbym nawet nie podejrzewać, że nawiązujesz do jakiegoś dzieła. Piszesz w którymś komentarzu, że wykorzystanie postaci historycznych może/powinno skłonić czytelnika do googlowania. Tylko jak tu googlować, kiedy na dobrą sprawę nie wiem, co jest Twoje, a co historyczne? 

No właśnie, z tym mam problem: czerpałeś wielkimi garściami z historii i legend. Tak bardzo, że nie wiedziałem, co jest, a co nie jest wytworem Twojej wyobraźni. 

 Lubię nowe opowieści, które w ciekawy sposób przetwarzają stare historie. Zazwyczaj wiem wtedy, że ich autorzy grają w otwarte karty. Nie ukrywają, że wykroczyli poza granice inspiracji. 

Tutaj nie wiem, co przetwarzasz, więc samego sposobu przetworzenia nie mogę docenić. (Prawie nie mogę. Bo Lancelota, Graala itd. znam. Ale brakuje mi innych, bardziej kluczowych elementów układanki). 

A teraz wyobraź sobie, że zmieniasz wszystkie imiona i nazwy własne na zupełnie przypadkowe. Mniej więcej to otrzymałem. (Mniej więcej – bo jednak parę rzeczy rozpoznałem). Może to wina mojej ignorancji. 

Więc co zostaje? Kunsztu pisarskiego nie można Ci odmówić, to dobrze wiesz. Świetnie się odnajdujesz w takich klimatycznych, ładnych opisach (jestem ciekaw, jak sprawdziłbyś się w pisaniu o rzeczach brzydkich, odrażających – może podszyj się kiedyś za Counta? ;)). Obrazy pięknie odcisnęły się w mojej głowie.

Opowieść snujesz bardzo subtelnie, żeby nie rzecz – oszczędnie. Niektórym to przypadło do gustu, mnie zostawiło z niedosytem. 

Początek jest (mimo zacnego pierwszego zdania) ładny, ale – moim zdaniem – nudny. Już kilka razy to mówiłem: mam problem z Twoimi początkami, choć potem się wciągam. Tutaj po popisowym opisie jazdy saniami nie dostałem niczego zasysającego. Gdzie tu jakieś emocje? 

Sam pomysł przenikających się światów legend bardzo dobry. Chyba można było wycisnąć z tego więcej – może nawet tyle, że załatałoby dziurę po nieznajomości opery. 

Innymi słowy: mnie nie podeszło. Ale wiem, że potrafisz też inaczej, bardziej “dla wszystkich”. Dlatego tekst uznaje za niedocoboldowany. Zabrakło mi czegoś, co dotychczas w Twoich tekstach dostawałem. A jednocześnie opowiadanie wydaje mi się przecoboldowane, bo widzę, że ciągnie Cię do tych nawiązań, historii, kostiumów, klasyki.

ciągnie Cię do tych nawiązań, historii, kostiumów, klasyki.

a żebyś Ty wiedział, jak ja z tym walczę ;) 

 

Dzięki, Fun, za szczery komentarz. Właściwie takiego odbioru się spodziewałem, gdy na hasło “Jestem legendą” do głowy przyszła mi ta układanka. Ale, że się odczepić nie chciała, to zaryzykowałem i opisałem ją najlepiej jak potrafiłem. Nie zgodzę się tylko z tym, że kluczowa dla odbioru jest znajomość opery. Zdawałem sobie sprawę, że z trzech składowych to właśnie historia Lohengrina jest najmniej obecna w powszechnej świadomości i dlatego jako istotny element wziąłem z niej tylko zakazane pytania i przedstawiłem je w pierwszej scenie. Bardziej bałem się o rozpoznawalność Ludwika i kwestię pytania, które trzeba zadać Królowi Rybakowi.

W pewnym sensie chciałem powtórzyć to, co nie wyszło w “Drugim Królestwie” (widać to zresztą w stylistyce). Tym razem ujawniłem tożsamość bohaterów i starałem się dać więcej konkretu. I myślę, że efekt jest lepszy. Masz rację, że ciągnie mnie w kierunku quasi-historycznego realizmu magicznego, ale nauczyłem się też, że to wcale nie jest takie łatwe, jak myślałem. Mam dużo przemyśleń, co do plusów i minusów wykorzystywania gotowych bohaterów. I na razie wracam do postaci i światów budowanych (i pokazywanych) od zera.

I jeszcze jedno – tak sobie myślałem pisząc, że skoro nagrodą w konkursie ma być pokazanie się w antologii prezentującej na zewnątrz nasz portal, to zaryzykuję i będę sobą. Nawet za cenę przecoboldzienia ;)

 

Przeczytałam już jakiś czas temu, ale mam kłopot z komentarzem. Z jednej strony ładne, nastrojowe i wymagające wkładu pracy a nie tylko wyobraźni, z drugiej – mam uraz do historii i musiałam ostro przegooglować, żeby wiedzieć kto jest kim. Gdybym tylko umiała zrozumieć, to bardzo by mi się podobało, ale bez pomocy wiki, nie wiedziałabym nawet jak to ugryźć, a po googlaniu i tak wiem, że coś mi umyka. Niemniej, cieszę się, że przeczytałam, bo zwróciłeś mi uwagę na parę istotnych rzeczy :)

Cobolda powinni zatrudnić do promocji tej książki ;) Bez tego opowiadania na pewno nie zwróciłabym uwagi na taką pozycję, a tak – czuję się zaintrygowana i skłonna dorwać i przeczytać :)

Książkę rzeczywiście polecam, korzystałem. Jest też blisko czterogodzinny film Viscontiego (nie przebrnąłem do końca). Z Ludwikiem zetknąłem się na stażu w Monachium. W Bawarii jest prawdziwą ikoną popkultury, a jego zamki generują poważny odsetek dochodów z turystyki. Na mnie jednak największe wrażenie zrobiła powozownia z jego karocami i saniami.

Miejsce na pudle. Bezapelacyjnie!:D No i Wagner!

Opowiadanie bardzo klimatyczne i lektura była czystą przyjemnością :) Niestety, jak wszystkie dobre utwory, było za krótkie :D Podobnie jak Count poczułem niedosyt w kwestii wydarzeń na Camelocie. Bez komentarza pod opowiadaniem w życiu bym się nie domyślił, że to Obcy.

 

Jeżeli chodzi o samego króla Ludwika, to chichotem historii jest fakt, że te same zamki, których budowę uważano za marnotrawstwo pieniędzy, dziś ponoć przynoszą spore dochody dzięki turystom. Choć nie wiem czy król by się z tego ucieszył :)

Przybyłam, przeczytałam. Jak już wiadomo, opowiadanie kwalifikuje się do konkursu.

 

Uwagi:

 

„Czyli nie leczą go w ogóle” – pomyślał Ludwig. ← formatka fantazmatowa przewiduje kursywę ;)

a nie gierki przesuwające granice o jedną, czy dwie rzeki.

został dowódcą gwardii pałacowej, pilnuje(+,) żebym nie przesadził

jeśli nie po to(+,) by zmieniać świat?

13. czerwca ← fajny zapis, dopiero teraz sobie wygooglałam i się dowiedziałam, co oznacza kropka przy cyfrze ;) Ale jednak tutaj przeczytasz, że w tym wypadku nie powinno jej być.

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Rybak – dziękuję, Królu!

Światowider – ale wiesz, z tymi Obcymi, to nie chodziło mi o Obcych, tylko o… Obcych ;) W sensie: nie o kosmitów od Scotta i Gigera, tylko nie-ludzi, istoty kierujące się zupełnie niezrozumiałą dla nas logiką.

Naz – właśnie zabiłaś kropkę…

Światowider – ale wiesz, z tymi Obcymi, to nie chodziło mi o Obcych, tylko o… Obcych ;) W sensie: nie o kosmitów od Scotta i Gigera, tylko nie-ludzi, istoty kierujące się zupełnie niezrozumiałą dla nas logiką.

Rozumiem, że raczej nie są to kosmici (chociaż kto wie?), ale to że są to nie-ludzie, też nie było dla mnie takie oczywiste ;)

No właśnie, król też zrozumiał dopiero w ostatniej scenie.

Hmmm. Kilka ciekawych pomysłów. Pożenienie historycznego króla z legendami arturiańskimi. Z Wagnerem sam wziął ślub. ;-) Wzywanie Lohengrina świetne.

Coboldowe nawiązania do znanych postaci.

Minus jest taki, że pamiętałam, jak ta bajka się kończy, więc nie było suspensu, nie było zaskoczenia. Smutna historia. BTW, wydawało mi się, że to właśnie w przypadku Ludwiga lekarz postawił diagnozę bez rozmowy z pacjentem. No i jak dla mnie – trochę za wolno się to wszystko rozkręcało.

Widzę, że czerpałeś z legend całymi garściami: Bajkowy Król, Artur i jego banda, a na dodatek Graal. Nietuzinkowe podejście do konkursowego tematu.

Szacun za tłumaczenie tekstu opery.

Warsztatowo bardzo dobrze, nie zauważyłam nic, czego bym się mogła czepić.

Babska logika rządzi!

Nie mam zastrzeżeń, Coboldzie.

Przeczytałam opowiadanie z ogromną przyjemnością i wyznam, że niezwykle spodobało mi się splecenie wątków baśniowych z historycznymi, w dodatku w sposób, który uznałam za bardzo naturalny. Nie naginasz historii do potrzeb opowieści i nie wykorzystujesz postaci baśniowych, w sposób postaciom tym nieprzystojący.

Nie będę powtarzać dobrych opinii wyrażonych przez wcześniej komentujących, tylko podpiszę się pod nimi i dołączę do grona czytelników bardzo usatysfakcjonowanych lekturą Króla Rybaka.

 

PS

Ech, gdybyż Ludwik II Bawarski wiedział, że wznosząc Neu­schwan­ste­in, buduje zamek disneyowski… No cóż, żywa legenda.

 

a spro­wa­dzo­ne zza oce­anu elek­trycz­ne ża­rów­ki, mi­go­cząc pod skle­pie­niem w ko­lo­ro­wych lam­pio­nach, do­peł­nia­ły ba­śnio­wy na­strój. –> Chyba powinno być: …do­peł­nia­ły ba­śnio­wego na­stroju.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki, dziewczyny! Czekałem na Was ;)

Minus jest taki, że pamiętałam, jak ta bajka się kończy, więc nie było suspensu, nie było zaskoczenia.

Prorokini jakaś, czy co? Bo ja, gdy brałem się do pisania, nie wiedziałem, jak się to skończy. To znaczy wiedziałem, czym się skończyć musi, ale nie wiedziałem – jak. Tak jest chyba ze wszystkimi opowiadaniami historycznymi ;)

 

Chyba powinno być: …dopełniały baśniowego nastroju.

Też nad tym myślałem. Ale wyszło mi, że “dopełniać” łączy się z biernikiem, a nie (paradoks!) dopełniaczem. Łatwiej by było z “baśniową atmosferą”.

No dobrze – wiedziałam, czym się musi skończyć. Ogólnie z historycznymi tak jest, ale akurat tę historię pamiętałam.

Babska logika rządzi!

Gdy, zatrzymany na drodze, okazujesz policji prawo jazdy, dopełniasz formalności.

Wszechobecne ruiny dopełniały obrazu zniszczenia.

Gustownie dobrane drobiazgi dopełniają wystroju wnętrza.

Świeża zieleń i pierwsze kwiaty dopełniały wiosennego nastroju.

Jeśli w zdaniu byłaby baśniowa atmosfera, według mnie powinno ono brzmieć: …dopełniały baśniowej atmosfery.

 

Coboldzie, pozostanę przy swoim zdaniu, choć mogę się mylić – nie jestem polonistką ani językoznawczynią. Może wypowie coś ktoś znający się na rzeczy.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Sprawdziłem w korpusie języka polskiego – oczywiście, że masz rację, Reg.

Choć “dopełnianie formalności” może być mylące, bo to mogą być “te formalności”. Z pewnością jednak dopełnia się obowiązku albo przyrzeczenia. Jednak celownik. Polska język, fajna język. 

Poprawiłem. Ale napiszę jeszcze kiedyś takie opowiadanie (no może drabble), w którym nie znajdziesz żadnego błędu! ;) 

Pewien Użytkownik kiedyś wygłosił przepowiednię, że jeśli powstanie opko, w którym Reg ani AdamKB nie znajdą błędu, to nastąpi koniec świata. Więc może się aż tak nie przykładaj. ;-)

Babska logika rządzi!

To byłaby piękna Apokalipsa. Szkoda, że wcześniej o tym nie pomyślałam. :)

Malutki dribbelek? Haiku? Złota myśl? One-linerek?

Poprawiłem. Ale napiszę jeszcze kiedyś takie opowiadanie (no może drabble), w którym nie znajdziesz żadnego błędu! ;) 

Coboldzie, piszesz świetnie, więc wcale nie będę zdziwiona, jeśli przy Twoim następnym opowiadaniu będą mogła oddać się wyłącznie przyjemności lektury. ;)

 

Pewien Użytkownik kiedyś wygłosił przepowiednię, że jeśli powstanie opko, w którym Reg ani AdamKB nie znajdą błędu, to nastąpi koniec świata.

Tak, były takie przepowiednie. Ale nie bądź taka skromna, Finklo, o Tobie też pisano. ;)

http://www.fantastyka.pl/opowiadania/pokaz/12287

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ale z apokalipsą nikt mnie póki co nie wiąże. ;-)

Babska logika rządzi!

W świcie Michałka z opowiadanka A po calipso… nastąpiła apokalipsa. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jeden zamek to jeszcze nie apokalipsa, a lody nie koniec świata. ;-)

Babska logika rządzi!

Jeden zamek, a dla Michałka to był cały świat. ;)

Istotnie, lody to nie koniec świata, ale …są gronkowce na tym świecie… (W.Młynarski, Szajba) ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Oj tam, oj tam. Odgrażał się, że będą inne zamki. To jeszcze nie koniec. ;-)

Babska logika rządzi!

Bardzo ładny obrazek. 

Widzę, Coboldzie, że wyrobiłeś już sobie charakterystyczny styl :). Serdecznie gratuluję. 

Bardzo podobał mi się wątek baśniowy i czytałem z przyjemnością. Urzekłeś mnie szczególnie początkiem – potem poszło już błyskawicznie, wciągnąłem się. 

Opowiadanie jest dla mnie w pierwszej trójce :).

Niezwykle satysfakcjonująca lektura. 

Opowiadanie przeczytałam bardzo szybko, wciągnęło mnie niemal od pierwszych linijek. Podobało mi się… wszystko. To chyba najmądrzejsze, co przychodzi mi na myśl. :D

Bardzo mocno trzymam kciuki za wysokie miejsce w konkursie. :)

 

 

Widzę, Coboldzie, że wyrobiłeś już sobie charakterystyczny styl :).

Staram się tych stylów mieć kilka w repertuarze :)

 

Opowiadanie jest dla mnie w pierwszej trójce :).

Bardzo mocno trzymam kciuki za wysokie miejsce w konkursie. :)

Dzięki! Ale wiecie, że wszystko w Waszych rękach ? ;)

Ładne, podobało mi się :)

Cóż tu można dodać, do tej salwy oklasków? Można chyba jedynie przyłączyć się do braw. Naprawdę udany tekst, napisany wprawnym piórem. Barwne opisy i niebanalny koncept. Łatwo zniechęcić się do uczestnictwa w konkursie z takim tekstem, jako uczestnikiem, ale nadal chcę spróbować swych sił… Czas pokaże, czy cokolwiek z tego wyjdzie. Wracając jednak, do Twojego dzieła. Nie znam się na germańskim folklorze, więc pewnie sporo mi umknęło smaczków. O rycerzu łabędziu pierwszy raz tutaj przeczytałam, ale prowadzisz opowieść na tyle wprawnie, że to nie przeszkadza. Można powiedzieć, że po mistrzowsku operujesz kategorią “intertekstualności”. Jeśli czytelnik zna nawiązania, bawi się tym lepiej, ale laikowi nie przeszkadza to cieszyć się dobrą lekturą. Chylę czoła. 

Jeśli czytelnik zna nawiązania, bawi się tym lepiej, ale laikowi nie przeszkadza to cieszyć się dobrą lekturą.

Warstwy, cebula ma warstwy, ogry mają warstwy…

O to mi właśnie chodziło. Dziękuję!

Ciekawe tło historyczno-legendarne, choć tekst wyszedł przez to trochę hermetyczny. Przynajmniej z mojej perspektywy. Ale doczytałem sobie potem o tym bajkowym królu i kolesiu od łabędziowej łódki. Ciekawi ludzie. No i w sumie hermetyczność nie jest czymś zawsze złym. Człowiek się czegoś dowie. :)

Natomiast poza tłem i postaciami, sama historia nie za bardzo mnie zainteresowała, nie wciągnęła. Ale to już kwestia mojego gustu, bo do niczego konkretnego nie mogę się przyczepić, wszystko jest na swoim miejscu. Także doceniam oryginalny temat i dekoracje, ale treści raczej nie zapamiętam na dłużej.

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

Początek do gwiazdek mnie nie uwiódł. Piszesz bardzo miękko, leniwie, wręcz onirycznie, a opisujesz sceny dynamiczne, przez co odczuwałam dysonans podczas czytania i sposób narracji nijak mi nie pasował do jazdy saniami, pędu koni, chłodu zimy.

Dalej też jest miękko i onirycznie, ale narracja dużo bardziej pasuje do przedstawianych wydarzeń, przez co dałam się wciągnąć historii. Jest nieuchwytnie i subtelnie, klimatycznie. Bardzo spodobały mi się sceny spoza czasu. Pomysł na przenikanie się światów i legend ciekawy – nienachalny, ale odpowiednio obecny. I mimo nienajlepszej znajomości realiów historycznych opowieść jest dla mnie zrozumiała.

Swoją drogą zawsze mnie dziwiły te ptasie maski do walki z dżumą…

Dobry tekst.

 

– Jesteś jeszcze młody. Zapamiętasz mnie? – Władca nagle spojrzał prosto na niego.

Dziadku, pali licho historię! Jeżeli zaszczepiłem Ludwika w Twojej pamięci, to legenda spełniła swoje zadanie ;) Dzięki za lekturę i komentarz!

 

Dogsdumpling, celna obserwacja. Przyznam, że nie zwróciłem na to uwagi, a wydawało mi się dotychczas, że różnicowanie dynamiki narracji przychodzi mi w sposób naturalny. Tutaj najwyraźniej klimat chwili został zdominowany przez klimat całości. Bo jak się nad tym zastanowię, to sam kulig też widzę taki oniryczny, półrealny.

Ciekawy tekst. Przed oczyma miałem “Księżniczkę Sissi” połączoną z legendami arturiańskimi, trochę na myśl przyszło mi też “Saint Seiya” czy jak kto woli “Rycerze Zodiaku”, chyba przez tego Rycerza Łabędzia. Bardzo duży plus za umiejętne wykorzystanie faktów historycznych. Fajne refleksje na temat funkcjonowania legend w społeczeństwie (rozmowa rycerzy z okrągłego stołu). Zakończenie jest dość otwarte, ja interpretuje je jako XIX-wiecznego Mr.Robota – Lohengrin byl dla mnie po prostu wydzieloną częścią osobowości króla, która w końcowej fazie życia przejęła kontrolę nad ciałem i zaatakowała doktora, przez co obaj utopili się w szarpaninie nad jeziorem. Styl jest OK, ale jakoś nie urzekł mnie magicznością. Nominuję do piórka za ładnie poprowadzoną historię i motywy historyczne.

 

Sugestie poprawek:

 

przycisnął skrzyneczkę do piersi, wstał i odsuwając zaskoczonego muzyka, sam ruszył w kierunku środka polany.

“wstał i[+,] odsuwając zaskoczonego muzyka, sam ruszył” lub “wstał[+,] odsuwając zaskoczonego muzyka, i sam ruszył”

 

Kapelmistrz poderwał się z miejsca przy ognisku i podbiegł do sań. Ludwig sięgnął po leżący obok na siedzisku kuferek, zawahał się przez chwilę, przycisnął skrzyneczkę do piersi, wstał i odsuwając zaskoczonego muzyka, sam ruszył w kierunku środka polany. Zatrzymał się obok sporego, częściowo nakrytego tkaniną głazu i rozejrzał, szukając odpowiedniego miejsca. Kapelmistrz znów doskoczył, szarpnął za brzeg materiału, odkrywając przy tym leżące na kamieniu urządzenie, strzepnął warstewkę śniegu i złożył u stóp monarchy biało-błękitną, bawarską szachownicę. Król podziękował skinieniem głowy, pochylił się i postawił na fladze swój kuferek. Drżącymi rękoma uniósł wieko i wyjął ze środka jeden z miedzianych cylindrów. Uniósł go do twarzy i ucałował ze wzruszeniem. Odkręcił pokrywkę, wysunął owiniętą aksamitem zawartość, rozchylił brzegi materiału i delikatnie chwycił w dwa palce niewielki, srebrny walec. Podszedł do stojącego na kamieniu urządzenia, wciąż bez niczyjej pomocy umieścił na nim trzymany w ręku przedmiot, docisnął metalowe ramię, poprawił dużą prostą tubę i chwycił za sterczącą z boku korbę. Spojrzał jeszcze na czerwone twarze zgromadzonych gwardzistów, na migoczące w blasku ognia sylwetki drzew, na bajkowy sierp księżyca… I zakręcił.

Masz dużo “i” w tym fragmencie.

 

I kim naprawdę, naprawdę jestem

Czapa śniegu opadła z pobliskiego drzewa. Ludwig drgnął, trącając lekko metalowy walec. Diamentowa igła wyskoczyła ze swojej ścieżki.

…skąd tu przyszedłem

Formatowanie w tym miejscu nie wygląda najlepiej, oddzieliłbym narrację od wiersza enterami.

 

długą tarczą i[+,] modląc się w duchu, aby tym razem podróż nie trwała zbyt długo

Zabrakło przecinka, rozpoczynasz wtrącenie.

 

w prostej koronie, z długą[+,] siwą brodą

Przecinek oddzielający przymiotniki.

 

poprawił dużą[+,] prostą tubę i chwycił za sterczącą z boku korbę.

jw.

 

młodzieńców w obcisłych[+,] kolorowych rajtuzach

jw.

 

wnętrza Neuschwanstein,  legendy obleczonej w kamień

Dwie spacje pomiędzy pogrubionymi słowami.

Orkiestra przygrywała proste walczyki, na prawdziwą muzykę czas miał nadejść po północy. Kolorowe pary wirowały po parkiecie. Król zwrócił uwagę na samotnego młodzieńca, stojącego po przeciwnej stronie sali. Długi, biały płaszcz skrywał połyskującą błękitem kolczugę. Spod hełmu zwieńczonego figurą łabędzia spływały na ramiona perłowe włosy. Młody rycerz niespokojnie wodził wzrokiem po sali. Ludwig poczekał, aż spojrzy w jego stronę i przyzwał go gestem. Chłopiec ruszył przez środek sali, a tańczące pary rozstępowały się na jego drodze.

Powtórzenia.

 

Oczy[-,] jak kryształy lodu[-,] nie pasowały do łagodnej

Pozbyłbym się tych przecinków. Nie mogę tu dopatrzyć się elipsy orzeczenia, a porównanie na mój gust jest raczej integralne niż wtrącone. Patrz: http://www.jezykowedylematy.pl/2010/11/skladnia-porownan/ i https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Przecinek-przed-jak;16291.html 

 

– Odpowiadaj, kiedy król pyta! – Zniecierpliwił się Ludwig.

– Z odległej krainy, niedostępnej twym krokom.

Król uśmiechnął się z aprobatą. Bal kostiumowy rządził się swoimi prawami.

 

* * *

 

Oszołomiony Lohengrin wycofał się sprzed tronu.

Koncentracja zaimków zwrotnych.

 

chory, zraniony władca i cierpiące wraz z nim królestwo. A to znaczyło, że był blisko.

Na razie potrzebował czasu, żeby się rozejrzeć i upewnić. I musiał, póki co, unikać króla, który zadał już pierwsze zakazane pytanie.

Ruszył zatem powoli po obwodzie sali. Zgromadzeni rycerze i dworzanie rozstępowali się na boki, nawet nie zaszczyciwszy go spojrzeniem, jakby niósł ze sobą groźną zarazę. Zbliżył się od tyłu do pary rozprawiających ze sobą wojowników i zatrzymał w odległości pozwalającej przysłuchiwać się rozmowie. Potężny mężczyzna z przepaską na oku, w napierśniku ze stalowych płyt, krótkiej spódniczce i sznurowanych wysoko sandałach perorował:

– Ja rozumiem: zdrowe, niemieckie tradycje. Ale ta moda na francuszczyznę… I to teraz, w czasie wojny?!

Znowu nagromadzenie “i”.

 

Nasz Ludwig umyślił sobie, że będzie kolejnym królem Słońce!

Dużą. https://historia.org.pl/2016/03/15/10-faktow-o-ludwiku-xiv/ podpunkt drugi.

 

lecz ton, którym były wypowiedziane ostatnie słowa[+,] tylko potwierdził jego przypuszczenia co do kondycji królestwa

Przecinek, kończysz wtrącenie.

 

Zadarty płaszcz odsłaniał blade[+,] spuchnięte łydki

Przecinek między przymiotnikami.

 

Obok von Guddena pojawił się nagle stryj Luitpold w przebraniu Odyna. Odsłoniętym okiem zerkał w dół, na Holnsteina. Sprawiło to, że król domyślił się odpowiedzi, zanim ta padła z ust lekarza:

– Wysoka rada uznała, że powinienem spędzić trochę czasu z Waszą Królewską Mością. Porozmawiać…

Holnstein i Luitpold pokiwali zgodnie głowami.

To dobrze, że chcieli chociaż rozmawiać. Diagnozę u Ottona postawili bez żadnego badania.

Powtórzenie.

 

porwali go ze sobą dwaj wojownicy i człowiek w ptasiej masce. Odnalazł go dopiero w małym, bajkowym pałacyku, pośrodku magicznego ogrodu.

Król wyglądał znacznie młodziej niż poprzednio, choć wciąż rzucała się w oczy jego choroba. Widocznie napój z kielicha nie działał tak szybko. Siedział, zgarbiony, w sali pełnej złota i zwierciadeł[+,] i spoglądał przez wysokie okno na położony przed pałacem staw z tryskającą fontanną. Kiedy Lohengrin pojawił się obok, władca spojrzał na niego bez zdziwienia, pokiwał głową i powiedział:

Nagromadzenie “i”, zabrakło przecinka kończącego wtrącenie.

 

który obiecał wyruszyć w świat, jeśli trzeba będzie nawet do Ameryki[+,] i znaleźć dla mnie kraj

Przecinek kończący wtrącenie.

 

który obiecał wyruszyć w świat, jeśli trzeba będzie nawet do Ameryki i znaleźć dla mnie kraj, ziemię, którą można kupić i objąć we władanie. Tam mógłbym wreszcie powołać do życia państwo z moich planów, królestwo sztuki, artystów i filozofów, królestwo piękna. Zaopatrzyłem go w odpowiednie fundusze udzieliłem szczegółowych wskazówek. – Ludwig przerwał na chwilę i uniósł znacząco palec. – Do dzisiaj nie wrócił z pustymi rękami, a zatem jest jeszcze nadzieja.

– Całkiem możliwe, panie, że zawłaszczył twoje pieniądze ukrywa się teraz w Austrii lub we Francji

Znowu nadmiar “i”.

No rest for the Wicked

Bajkowy tekst. Zanim zacząłem czytać, spodziewałem się czegoś w tym stylu. Czekają na mnie jeszcze “Panny dworskie”, trzymam na jakiś wyjazd.

Zastanawiałem się, jak ubrać wrażenia, ale przeglądając komentarze, trafiłem na Funa. I sporo z jego słów mogłyby być moimi. Darowałbym sobie rozważanie o googlowaniu lub nie, bo nie googluje. :) Nie zgadzam się także z ostatnim jego akapitem. Mimo, że to nie są moje klimaty, podobało mi się (choć wszędzie śnieg na gałęziach i te jeżdżące sanie na początku, trochę męczyły).

Czy to jest Twoje, czy nie? Cóż, Twoje, przecież Ty to napisałeś. :) Lubię jak zbacza się czasem z obranych ścieżek i my, czytelnicy, dostajemy coś, co nie do końca identyfikujemy z Autorem. Nawet jeśli to nie jest w nasz deseń. Przyszło mi właśnie do głowy, czy wolałbym drugiego Lothara? Nie, raczej nie, ale nie powiem, będę czekał na coś bliżej SF niż operze.

 

No to się dobrze składa, Darconie, bo tuż po północy do ściągnięcia ze strony Fantazmatów pierwszy tom antologii. A w nim, na samym końcu, moje opowiadanie - zdecydowanie SF i chyba najbardziej lotharowe od czasów Lothara ;)

To pewnie zajrzę.

Wickedzie,

wybacz, że najpierw odpowiedziałem Darconowi, ale nie mogłem przepuścić okazji zareklamowania “Fantazmatów” ;)

Lohengrin byl dla mnie po prostu wydzieloną częścią osobowości króla, która w końcowej fazie życia przejęła kontrolę nad ciałem

– chciałem zostawić taką możliwość interpretacji mniej fantastycznym czytelnikom. Ale ze względu na brzytwę Lema nie jest to mój ulubiony kierunek ;)

 

Dziękuję bardzo za wnikliwą lekturę i wszystkie uwagi. Powtórzenia muszę rzeczywiści przetrzebić, Króla Słońce już poprawiłem, o przecinkach najpierw trochę doczytam. Na portalowe formatowanie nie ma siły, te fragmenty libretta wyglądałyby lepiej, gdyby dało się wyrównać je do jednej linii. 

Pozdrawiam!

 

Ech, jak ja nie lubię tych wszystkich brzytw :) No racja, choć portal jest dość rozwinięty, to brakuje wszystkich opcji formatowania z edytora tekstu.

No rest for the Wicked

A ja znalazłam literówkę, co za to dostanę? Apokalipsę? Ciastko? :)

 

Z poważnym komentarzem wrócę jutro, bo jestem niezadowolona i muszę się najpierw doedukować :)

apokalipsy mam od ręki, na ciastko musiałabyś też poczekać do jutra ;)

I co ja mam zrobić? Lubię słodkie, ale… czekać aż tyle? No, niech będzie. Apokalipsy zostawię Regulatorce na specjalne okazje ;D

mam słodką apokalipsę:

 

Jaka piękna, dziękuję! Aż się wzruszyłam <3

 

~*~

 

Nie wiem dlaczego, ale to opowiadanie wydawało mi się inne niż te twoje teksty, które czytałam, mimo, paradoksalnie, kilku podobieństw. Oczywiście znów jest mnóstwo nawiązań – i pewnie połowa nadal do mnie nie dotarła, bo nie jestem tak zachwycona, jak moi poprzednicy. 

 

Nie wiem, ile akapitów minęło, niż wciągnęłam się w tekst. Początek jest pięknie napisany i zachwycałam się niemal każdym zdaniem, ale też bez problemu odrywały mnie od tekstu rzeczy tak fascynujące jak zmarszczki na kocu czy plamy na ścianie. Dopiero od balu coś zaskoczyło i mnie zaciekawiło. Muszę jednak powiedzieć szczerze, że gdybyś ten tekst publikował anonimowo, to pewnie nie dotarłabym tak daleko.

 

Szalenie podobała mi się postać króla. Mam wrażenie, że dawno już nie czytałam historii, w której król byłby czymś więcej, niż królem. A u ciebie jest pełnokrwistą postacią, bohaterem tragicznym. Fajnie, że nie było tu standardowego kontrastu zły król-dobrzy poddani – lub na odwrót – a tylko ludzie o różnym sposobie pojmowania świata i różnych priorytetach.

 

Sporo chaosu wprowadziło to, jak wielkie jest natężenie prawdziwych tudzież literackich bohaterów. To oczywiście ciekawe smaczki, a ja lubię reinterpretacje legend, ale uważam, że nawet takie historie powinny się bronić jako samodzielne całości. A nie jestem pewna, czy twój tekst się broni. Może być też, że tworzysz dla inteligentniejszego czytelnika niż księżniczka jednorożców ;) Komentarze czytelników też nie przyniosły mi odpowiedzi, których poszukiwałam. Nie potrafię ustalić, ile z twojej historii faktycznie się działo, a ile istniało tylko w głowach bohaterów. Ale to chyba specjalnie jest tak napisane, żeby pozostawić czytelnikowi swobodę wyboru. I to akurat mi się podobało :3

 

Aha, może to nic nowego, ale napisane było prześlicznie – jak to u ciebie. Koniec końców, nie mogę powiedzieć, żebym była bardzo zadowolona z lektury, ale też nie żałuję poświęconego na nią czasu :)

Kocham XIX wiek, kocham Wagnera, mam słabość do Ludwika Bawarskiego, zachwycałam się niegdyś “Ludwigiem” Viscontiego (i boję się do niego wracać, żeby się nie rozczarować), więc może miałam trochę wygórowane oczekiwania wobec tego tekstu. Pomijając drobiazgi (np. nie wiem, co to ma być hiperborejskie wino), nie gra mi tu chyba nadmiar zbyt oczywistych skojarzeń. Pomysł mi się podoba, zwłaszcza na historyjkę o królu, ale coś mi albo stylistycznie, albo symbolicznie nie grało; może trochę też irytował chaos wprowadzany przez nadmiar bohaterów? Może wolałabym w tym przypadku coś nieco bardziej metaforycznego, eterycznego, nieuchwytnego? Nie potrafię na razie tego ująć w słowa, może jeszcze raz przeczytam i wymyślę bardziej konkretne uwagi ;)

Kam_mod – namieszałaś mi w głowie tą opinią ;) Bo piszesz, że w sumie to takie sobie, ale właściwie we wszystkich kolejnych zdaniach chwalisz.

tylko ludzie o różnym sposobie pojmowania świata i różnych priorytetach.

Ale to chyba specjalnie jest tak napisane, żeby pozostawić czytelnikowi swobodę wyboru.

Z tych dwóch zdań jestem bardzo zadowolony, bo o to mi mniej więcej chodziło.

 

gdybyś ten tekst publikował anonimowo, to pewnie nie dotarłabym tak daleko.

– a to już w ogóle najpiękniejsze czytelnicze wyznanie wierności ;)

 

Rozumiem, że główny problem to fakt, że wykorzystuję gotowe zdarzenia historyczne, nie dodając wiele od siebie. To fakt, z którym trudno się nie zgodzić. Ale to w tym przypadku bardzo świadomy wybór (ja w ogóle dużo myślę i wolno piszę;) Uważam, że pisząc o postaciach realnych (w tym historycznych) należy bardzo wystrzegać się ich instrumentalnego, czy protekcjonalnego traktowania. Dopisywanie własnych scen, podsumowujących, interpretujących, oceniających ich życie jest niebezpiecznie blisko tego, czego chciałbym uniknąć. Stąd ograniczam się do układania puzzli z tego, co realne. Pytanie, czy są czytelnicy, których interesuje to w podobnym stopniu jak mnie?

Bo to wcale nie jest takie nietypowe dla mnie opowiadanie. W pewnym sensie to młodszy brat “Drugiego Królestwa” :)

 

Drakaino – witam na portalu. Przejrzałem inne Twoje komentarze i zajrzałem do Twojego opowiadania – cieszę się, że do nas dołączyłaś.

Kocham XIX wiek, kocham Wagnera, mam słabość do Ludwika Bawarskiego, zachwycałam się niegdyś “Ludwigiem” Viscontiego

nadmiar zbyt oczywistych skojarzeń

– ale zdajesz sobie sprawę, że to nietypowe zainteresowania? ;) Jest też sporo czytelników, dla których tekst był zupełną abstrakcją, choć ostatecznie skłonił ich do zapoznania się z Ludwikiem. Trudno jest trafić w złoty środek, nie twierdzę, że mi się to udało, ale myślę, że jestem bliżej tego środka niż obu ekstremów. Sam o Ludwiku wiedziałem sporo, ale np. nie kojarzyłem, że był takim entuzjastą nowych technologii – ten wątek mnie zaskoczył i chciałem go podkreślić w opowiadaniu.

nie wiem, co to ma być hiperborejskie wino

Hiperborejskie wino to nic innego jak wino z Hiperborei;) Pomyślałem sobie, że w świecie poza czasem mogą się krzyżować różne legendy. A ponieważ dodatkowo wg. niektórych wersji Hiperborea była krainą wiecznego i łatwego życia, której mieszkańcy zaskakująco często popełniali samobójstwo, uznałem że to może być ciekawy trop dotyczący tego kim są i czego szukają rycerze okrągłego stołu.

może jeszcze raz przeczytam?

to zwykle dobrze robiło moim tekstom ;)

Bo piszesz, że w sumie to takie sobie, ale właściwie we wszystkich kolejnych zdaniach chwalisz.

To jest absolutnie twoja wina, coboldzie, i twojego warsztatu. Piszesz na takim poziomie, że potrafiłbyś sprzedać najbzdurniejszą historię i jeszcze czytelnik byłby zachwycony – tak jak tu byłam bohaterami i poszczególnymi scenami. Ale, gdy zachwyt opadł, w głowie pojawiło się pytanie “Kami, ile ty z tego tak właściwie zrozumiałaś”, a odpowiedzi nie mam do tej pory ;)

 

Rozumiem, że główny problem to fakt, że wykorzystuję gotowe zdarzenia historyczne, nie dodając wiele od siebie.

Nie, głównym problemem – dla mnie, oczywiście – jest fakt, że opowiadanie sprzedajesz w pakiecie z kilkoma stronami z wikipedii, bo znacząco wykraczasz poza wiedzę powszechną (w przeciwieństwie do np. mitologii czy nazwisk najsłynniejszych malarzy renesansowych).

 

 

Choć, z drugiej strony, nie takie rzeczy autorom pozwalano robić :) Pamiętam, że czytanie Wojny i pokoju było drogą przez mękę właśnie ze względu na przypisy, tłumaczące pisane po francusku, wielostronicowe listy. Więc może twój hipsteryzm to jest po prostu ścieżka ludzi wybitnych ;D

Dobra, Kam, dość tego słodzenia;) Mów lepiej, gdzie ta literówka!

Jak już się czepiamy literówek, to dodam, że zauważyłem usterki przy zapisie dialogów :D

– Odpowiadaj, kiedy król pyta! – Zniecierpliwił się Ludwig.

Albo dziwny szyk, albo “zniecierpliwił” jest błędnie z dużej. Powinno być raczej:

– Odpowiadaj, kiedy król pyta! – zniecierpliwił się Ludwig.

albo

– Odpowiadaj, kiedy król pyta! – Ludwig się zniecierpliwił. 

Tu poniżej też dziwny szyk.

– Doprawdy, ta podróż do Paryża była zupełnie niepotrzebna. – Pokręcił głową jednooki.

Bo przecież sensowniej brzmi “Jednooki pokręcił głową”. 

– Kanclerz Bismarck osobiście darzy Jego Wysokość znaczną sympatią… – Usłyszał dobiegający z boku stłumiony głos, wyraźnie ważący każde słowo.

Tutaj można by dyskutować, ale jeśli sens zdania jest taki: “Usłyszał, że kanclerz darzy Jego Wysokość sympatią”, to “usłyszał” powinno być jednak z małej. 

– Dla mnie? – Nie zrozumiał król.

Tutaj tak samo jak w pierwszym przypadku: albo “nie” z małej, albo szyk do zmiany. 

Coś mam z tym szykiem, nie pasuje mi podmiot na początku, na mój nos didaskalium lepiej łączy się z wypowiedzią przez czasownik. Intuicyjnie pisałbym z małej litery, ale “zniecierpliwił” czy tym bardziej “usłyszał” gębowe nie są.

Wyraził zniecierpliwienie gębą, nie? Tak samo mógł się oburzyć albo zaprzeczyć. Słyszenie trudniej uzasadnić, ale mnie też się podoba małą.

Babska logika rządzi!

nie pasuje mi podmiot na początku

Też tak czasem mam. Ale Fun ma rację – przy czasownikach niegębowych stosuje się normalny szyk podmiot + orzeczenie. Tylko przy gębowych jest odwrotnie.

Nie widzę tylko nic złego w zdaniu ze słyszeniem – tam przed Usłyszał jest podmiot domyślny, więc wszystko jest ok.

Ta "gębowość" to uproszczenie. Chodzi o to, żeby zdanie – jako wypowiedź rozpoczęta wielką literą i zakończona kropką – miało sens (ozdwierciedlony także w poprawnym zapisie).

Ta "gębowość" to uproszczenie.

Ale tak łatwiej zapamiętać. Choć oczywiście ma to swoje uzasadnienie :-)

No dobra, będę pisał, jak mi intuicja podpowiada ;)

“Zniecierpliwił” i “nie zrozumiał” z małej, “Jednooki” na początek, “usłyszał” zostaje, jak jest.

 

EDIT: Wprowadziłem też poprawki sugerowane przez Wickeda. Dzięki jeszcze raz!

 

P.S. Dogsdumpling – propsy za sygnaturkę ;)

A, dziękuję :-)

Taak. Jest to piękne opowiadanie. To prosty i wyświechtany przymiotnik, ale ja tam wciąż wierzę w jego nieśmiertelność ;)) :) Gratuluję.

Zasadniczo nie lubię wprawdzie fantasy “kostiumowego”, jeśli moge się tak wyrazić, ale jeżeli mnie podstępem złapie i wciągnie…

Opowieść obrazowa, czy może raczej: muzyczna, wysmakowana, bajkowy świat taki…namacalny. W niektórych miejscach to niemal łezka poetycka mi się w oku zakręciła. Tak do zanurzenia się… no wprost jak muzyka, która jest akurat moim chlebem i powszednim, i świątecznym. Jeśli jest tu wakat na skrzypce, to ja w tej orkiestrze chętnie pograłabym Wagnera :) Pozdrawiam – i powodzenia :)

Dobra, Kam, dość tego sło­dze­nia;) Mów le­piej, gdzie ta li­te­rów­ka!

No już dobrze, dobrze, psze pana, proszę na mnie nie krzyczeć :(

 

Mówi się, że jest zupełnie pod wpływem cesarzowej Sissy

Z tego co wiem, Sissi się nie odmienia (choć jeśli jest inaczej, to chętnie się douczę).

No i kto tu jest nie w temacie? ;)

Dzięki, poprawiłem.

Za obiecaną drugą lekturą spodobało mi się bardziej :) Nadal mam wrażenie lekkiego nadmiaru postaci, ale złożyło się w końcu w całość. W zasadzie w tej chwili nie bardzo leży mi tylko pierwsze pojawienie się Lohengrina w świecie rzeczywistym – wydaje mi się zbyt sztampowe. Aha, mam wrażenie, że perłowy i śnieżnobiały (tu: o włosach) to dwa zupełnie inne kolory. Mam na dodatek wyjątkową idiosynkrazję do określania włosów jako perłowe, ale to kwestia jednostkowa zapewne.

 

Mam na dodatek wyjątkową idiosynkrazję do określania włosów jako perłowe…

Drakaino, czy ta idiosynkrazja obejmuje też Dziewczynę o perłowych włosach? ;)

https://www.youtube.com/watch?v=6Z0JVH6e8O0

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Piosenka jest mi dość obojętna, ale tytuł – tak. Chyba że oryginalnie po węgiersku, bardzo lubię brzmienie tego języka, a ostatnio się go sporo nasłuchałam z dość dziwacznych nieturystycznych powodów ;)

W zasadzie w tej chwili nie bardzo leży mi tylko pierwsze pojawienie się Lohengrina w świecie rzeczywistym – wydaje mi się zbyt sztampowe.

A czyż opera, w klasycznym wydaniu, nie powinna być sztampowa?

 

Aha, mam wrażenie, że perłowy i śnieżnobiały (tu: o włosach) to dwa zupełnie inne kolory.

Zwykłem się chełpić tym, że w przeciwieństwie do stereotypowego faceta, mam jednak zdolność rozróżniania więcej niż czterech kolorów. Oczywiście, że żadnej kobiecie nigdy nie dorównam, będę się jednak upierał, że perłowy i śnieżnobiały (choć akurat tego przymiotnika nie widzę w tekście) to nie są zupełnie inne kolory, i że król, w zależności od warunków świetlnych i aktualnego stopnia egzaltacji, mógł użyć obu tych słów na określenie koloru włosów albinosa.

 

EDIT: Ten moment, kiedy widzisz świeży komentarz Reg pod swoim opowiadaniem i zastanawiasz się, co znowu schrzaniłeś…

 

 

No cóż, w takim razie dobrze, że przynajmniej język nie sprawił przykrości. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka