- Opowiadanie: katia72 - Jedna długa noc

Jedna długa noc

Tekst powstał w oparciu o polskie legendy...

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Jedna długa noc

I. Nowe gniazdo

 

Jestem legendą… To dobrze czy źle? W moim przypadku pewnie źle. Legendy żyją, póki pamiętają o nich ludzie, póki dziadkowie opowiadają o nas wnuczętom. A ile w nas prawdy, a ile kłamstwa? Któż to odgadnie?

Spojrzałam na czerwone trzewiki z powycieranymi czubami i sięgnęłam po klucz do mieszkania. Mojej własnej kawalerki na parterze. Z balkonem! Takim w porównaniu do reszty lokum całkiem sporym. Z trudem otworzyłam drzwi. Jak przez mgłę widziałam dziurkę, do której usiłowałam trafić. Pokryte kurzajkami, powykręcane reumatyzmem dłonie drżały, nie wiedziałam, czy ze starości, czy ze zdenerwowania. Maleńki przedpokój, podłoga wyłożona tanim linoleum imitującym ozdobne płytki, wieszaki, półka na buty i lustro… Podeszłam bardzo blisko, żeby przyjrzeć się odbiciu, po chwili mocno tego żałując. Ależ ja byłam brzydka. Wychudzona twarz, długi, zakrzywiony nos, wielka brodawka na prawym policzku, zmarszczki głębsze od wulkanicznych kraterów. I te oczy, przede wszystkim zmęczone, bardziej smutne niż złe, chore, umęczone jaskrą.

Usiadłam w fotelu, wyjrzałam przez okno. Blokowisko. Gdzieniegdzie samotna akacja, pani z pudlem na smyczy, dwóch wyrostków kopiących kamienie. Tyle byłam w stanie dostrzec. Niby sama zdecydowałam się na przeprowadzkę, ale… Od wieków mieszkałam w lesie, w ciągu dnia wsłuchując się w śpiew ptaków, a zasypiając przy wyciu wilków i pohukiwaniu sów. Miasto odwiedzałam jedynie w czasie polowań, z rzadka, by coś ukraść. Kwiecistą chustę lub blaszaną miskę dla kota. Albo… gazetę.

– Jak ja sobie dam radę? – zapytałam samą siebie. Ostatnią jedynką przygryzłam dolną wargę, westchnęłam. Zegar na ścianie wybił osiemnastą.

Ostrożnie obmyłam twarz, ciągle nie darzyłam zaufaniem bieżącej wody z kranu, a do prysznica nawet nie próbowałam się zbliżać. Kuśtykając, dotarłam do łóżka. Mimo iż wciąż było widno, a pościel drażniła mnie zapachem chemikaliów, już po chwili zapadłam w głęboki sen. Stres i zmęczenie ostatnich dni poważnie dały mi się we znaki.

Miauczenie kota, rechot żaby i syk węża. Jak oparzona wyskoczyłam spod kołdry, prawie że tracąc równowagę. Kościana noga nieprzyjemnie zachrzęściła.

– Tęsknimy za tobą. – Dobiegły do mnie nieme głosy zwierząt.

Odpowiedziałam im, również nie używając ust:

– Wracajcie do lasu, to nie miejsce dla was.

– I dla ciebie też nie. Wracaj z nami.

Ropucha wygodnie usadowiła się na moim ramieniu, kot mruczał, ocierając czarne cielsko o łydki, a żmija wpełzła na obwisłe piersi.

– My do ciebie należymy. Jesteśmy częścią twojej historii, twojego przeznaczenia.

– Ale ja chcę zmienić historię! – Tym razem krzyknęłam zarówno w głowie, jak i w rzeczywistości. – Nie mam zamiaru wracać do lasu!

– To my też zostajemy – zgodnie oznajmiły zwierzęta.

Zapaliłam światło. Trzecia nad ranem. Godzina demonów.

 

***

 

Gdy już słońce rozświetliło pokój, rozległo się pukanie. Błagalnie spojrzałam na leśnych przyjaciół. Żaba i wąż ukryły się pod łóżkiem, a kot wskoczył na fotel, udając, że smacznie śpi. Podreptałam do drzwi i oschłym tonem zapytałam:

– Kto tam?

– Alicja, mieszkam obok. Chciałam się tylko przywitać.

Wyszłam na korytarz, po czym siląc się na uśmiech, powiedziałam:

– Przepraszam. To znaczy miło mi poznać. Jagna. Przepraszam, że nie zapraszam do środka, ale mam straszny bałagan.

– Nie szkodzi. Wpadniesz później na herbatę? Ja praktycznie nigdzie nie wychodzę. Z powodu problemów z kręgosłupem. Lekarz powiedział, że to przez nadwagę i że powinnam się więcej ruszać, ale jak tylko zrobię krok, to mnie wszystko boli. Starość nie radość. Świeca się dopala każdego dnia…

– Tak, przyjdę.

Stałam jeszcze przez chwilę w milczeniu, a Alicja chrząknęła, zmrużyła powieki i takim trochę zrezygnowanym tonem wydukała:

– To… To czekam.

Świeca dopala się każdego dnia – powtórzyłam w myślach, dodając: – ale nie dla każdego.

Nieśmiertelność. Ludzie od zarania dziejów marzą o nieśmiertelności. Nieustannie walczą ze śmiercią, odkryciami medycyny przedłużając życie. Niektórzy z nich gotowi nawet są poddać się hibernacji tylko po to, by doczekać czasów, kiedy nieuleczalne choroby i starość będą jedynie przykrym wspomnieniem. W jakim celu? Życie to dramat, który należałoby dobrze rozegrać, bez zbędnych dłużyzn i bez wiecznego powtarzania wszystkiego na nowo… Tak, może mi łatwo było tak myśleć, bo osiągnęłam to, co nieosiągalne. Nieśmiertelność. I każdego dnia marzyłam o śmierci. Przekora Bogów.

Naciągnęłam trzewiki, nałożyłam chustę i wyruszyłam do sklepu. Upał. Spaliny i śmierdzący asfalt. Wwiercające się w głowę piski, śmiechy, szum, trzask… Docierały do moich uszu mimo bardzo słabego słuchu. Jakieś dziecko wskazało na mnie palcem i krzyknęło:

– Mamo, patrz! Jaka stara i brzydka. Czarownica!

Rzuciłam mu pełne złości spojrzenie, a moje lewe oko rozbłysło czerwienią. Chłopiec złapał matkę za rękę i wybuchnął płaczem.

Ech, chyba nigdy nie polubię dzieci. Małe, wredne, złośliwe istoty – pomyślałam.

Kiedy byłam jeszcze młoda i piękna… Miałam może piętnaście, może szesnaście lat, wracałam do domu z wiadrem pełnym wody i wtedy syn siostry, niespełna sześcioletni gówniarz podbiegł i kopnął w wiaderko. Woda ochlapała mnie od stóp do głów. Jaka ja byłam zła. A brat ropuchy umarł torturowany przez bliźniacze rodzeństwo, które zdecydowało się sprawdzić, czy jest w stanie skakać, posiadając jedynie dwie kończyny. Czarnulek z kolei kiedyś oberwał w głowę kamieniem, rzuconym przez cukierkową blondyneczkę z różowymi kokardami. Tylko żmii wszyscy się bali. Tak. Może zdołam się zaprzyjaźnić z Alicją, ale dzieci muszę zdecydowanie unikać.

Weszłam do cukierni. Na półkach wylegiwały się kremowe rolady, pierniki, pączki i ciasta, których nawet nie potrafiłam nazwać.

– Tak, słucham? – odezwała się młoda sprzedawczyni.

– Poproszę… Co pani poleca? – zapytałam uprzejmie.

– Nie wiem. To zależy, co pani lubi. Szarlotka? Wuzetka? – Kobieta wykrzywiła usta, zmarszczyła czoło. Pomyślałam, że pewnie chce jak najszybciej się mnie pozbyć, bym czasem nie odstraszała innych klientów.

– Am… Z galaretką i truskawkami – powiedziałam niepewnie.

– To tort. Nie możemy go pokroić.

– Wezmę cały.

Gdy już sięgałam po portmonetkę, przypomniałam sobie, że Alicja cierpi na nadwagę i prawdopodobnie nie powinna wcinać za dużo cukru, ale… Popatrzyłam na skrzywioną sprzedawczynię i po prostu zapłaciłam.

Sąsiadka, kiedy tylko zobaczyła mnie z ciastem w rękach, uśmiechnęła się od ucha do ucha, zaprosiła do salonu i poszła przyszykować herbatę. Rozmawiałyśmy o błahostkach. To znaczy, ona mówiła, a ja głównie słuchałam. O podwyżkach opłaty za wywóz śmieci, o pijaczku z siódmego piętra, któremu zdarza się spać na klatce schodowej, o dzieciach hałasujących pod balkonami i przyklejających balonówki do skrzynek na listy. Nawet się nie spostrzegłam, a zapadł zmrok.

 

***

 

Dni mijały niczym płynący z wysokiej góry strumień. Najpierw gwałtownie, szybko, a z czasem coraz wolniej, bardziej gładko i monotonnie. Przywykłam do dźwięku wody spuszczanej w toalecie, sztucznego oświetlenia, kanapek zamiast pieczonego mięsa, herbaty zamiast wywaru z ziół. Za namową Alicji odwiedziłam lekarza domowego, który skierował mnie do okulisty i laryngologa. Nosiłam okulary, leczyłam jaskrę, za tydzień miałam dostać aparat słuchowy… Tylko swoją kościaną nogę postanowiłam zostawić w spokoju.

Kiciuś doczekał się kuwety, a ropucha i żmija terrarium. Sąsiadka, kiedy po raz pierwszy ujrzała moje zoo, prawie że straciła przytomność. Spoczęła w fotelu, wypiła szklankę zimnej wody, którą jej podałam i wybiegła z mieszkania. Myślałam, że już nigdy więcej mnie nie odwiedzi, ale przyszła jeszcze tego samego dnia wieczorem. Jakby nigdy nic rozsiadła się wygodnie i ponad dwie godziny opowiadała o swojej byłej pracy w laboratorium chemicznym, pracowniczych wczasach nad Bałtykiem, przystojnym kierowniku, sobotnich potańcówkach. Przed wyjściem głęboko westchnęła, spojrzała na żabę i węża, po czym cicho zapytała:

– Ty się ich nie boisz?

– Nie – odpowiedziałam, marszcząc brwi.

Wzruszyła ramionami, uśmiechnęła się do kota i oznajmiała:

– Jak byłam mała, miałam psa. Ratlerka. Bardzo płakałam, gdy umarł.

Kiedy tylko zniknęła za drzwiami, usłyszałam w głowie głos ropuchy:

– Jaga, a jak ty umrzesz to my też?

– Nie wiem, chyba nie. Macie swoje własne legendy… Zresztą może mój plan się nie powiedzie i ludzie nigdy o mnie nie zapomną, nawet jeśli nie będę o sobie przypominać.

Żmija wygięła ciało, podniosła wysoko łeb, wysunęła język, po czym wycharczała:

– Ja nigdzie się nie wybieram. A tym bardziej w zaświaty.

Kot miauknął, wskoczył na kolana, a po chwili jego słodki głosik dotarł do moich szarych komórek:

– Jagusia, wróćmy do lasu. Mam dość tej karmy z puszki, tych fałszywych ludzi… A najbardziej dzieci.

– Idę spać – oznajmiłam trochę obrażonym tonem, a sama do siebie pomyślałam: – Może zwierzęta mają rację? Te nieznośne bachory wydzierające się wniebogłosy od poranka aż do nocy, zostawiające po sobie sterty śmieci, bazgrzące sprejem po ścianach…

Zatęskniłam za lasem, za mięsem, za strachem, który wzbudzałam w tych rozwrzeszczanych szczeniakach. Pięści same mi się zacisnęły. Leżałam, patrząc w popękany sufit, długo nie mogąc zasnąć. Podobnie jak moi nocni towarzysze. Chcąc nie chcąc, słyszałam, a raczej widziałam ich myśli. Kot bezszelestnie wtapiając się w tło, wędrował ciemnymi korytarzami w poszukiwaniu magii. Ropucha wpatrywała się w przestraszonego młodzieńca z innej epoki, a żmija pełzła wokół niemowlęcia wystrojonego w królewskie szaty. Tyk, tyk, tyk. Zegar wygrywał melodię życia. Czy da się zmienić bieg historii i oszukać los?

 

II. Słodkie wspomnienie

 

Upłynął rok, od kiedy zamieszkałam na kieleckim osiedlu. Byłam z siebie zadowolona. Coraz mniej przypominałam wiedźmę, a bardziej zwyczajną, schorowaną emerytkę.

Tego dnia obudziłam się wcześnie rano. Kiedy tylko otworzyłam oczy, poczułam, że coś jest nie tak, jak powinno. Po pierwsze widziałam wszystko wyjątkowo wyraźnie, a nie miałam nawet na nosie okularów. Dodatkowo bez aparatu byłam w stanie usłyszeć odgłosy pracującej klatkę obok śmieciarki. I nic mnie nie bolało. Powoli się podniosłam i podeszłam do lustra.

– Nie, nie, tylko nie to. Nie teraz… – załkałam.

Moje odbicie… Nie patrzyła już na mnie pomarszczona staruszka, tylko młoda, może to niestosowne, by tak o sobie mówić, ale… wyjątkowo urodziwa kobieta. Odetchnęłam głęboko, złapałam się za serce. Kot uciekł do łazienki, ropucha siedziała w ukryciu pod liściem, a żmija… Żmija gdzieś zniknęła. Usłyszałam rżenie koni, po czym poczułam intensywny zapach siarki. Zrobiło się ciemno, jakby nagle zapadła noc. Wtedy niczym spod ziemi wyrósł przede mną mężczyzna wystrojony w czarny kontusz z jedwabnym pasem w czarno-żółte pręgi i płomienistej barwy żupan.

– Wi… Wit… Witaj hra… hrabio – wyjąkałam, po czym padłam mu do stóp, szlochając: – Przepraszam, Manteufel, przepraszam.

Demon rzucił mi pełne złości spojrzenie, wydał z siebie przerażający, syczący dźwięk i pchnął mnie na podłogę.

– Co ty wyprawiasz? Jak mogłaś… – Wycharczał, po czym wyciągnął swoją kościstą dłoń. – Wstawaj.

Podniosłam się, cała drżąc, przycupnęłam na skraju łóżka i wydukałam:

– Myślałam, że o mnie zapomniałeś. – Westchnęłam, skrzyżowałam ręce na piersi, a po chwili milczenia wyjąkałam: – Prze… przecież… obie… obiecałeś, że bę… będziesz mnie odwiedzał przynajmniej raz w mie… miesiącu.

– Byłem zajęty. Tak czy inaczej, to nie powód, by… – Manteufel przywalił pięścią w stół. – By do jasnej cholery wyprawiać takie cyrki! Masz natychmiast wracać do lasu! I przestać udawać świętą!

Spuściłam wzrok, bałam się na niego patrzeć.

– Dlaczego nic nie mówisz? – krzyknął. – Gdy ktoś jest zły, to jest zły i nie da się tego zmienić! Użyłaś magii, by oszukać tych wszystkich naiwnych ludzi. Wkradłaś się do ich umysłów i zamydliłaś rzeczywistość. Schorowana kobiecina, mieszkanie socjalne, pomoc społeczna, emerytura za nic.

– Nie miałam innego wyjścia – wydukałam.

– Więc postanowiłaś budować swoje odkupienie na kłamstwie? Tą Alicją też manipulujesz, nie zdając sobie z tego sprawy. Nawet jeśli świadomie unikasz wyrządzania innym krzywdy, czynisz to podświadomie. Sprowadzasz na nich nieszczęścia, choroby i pecha… Bo taka jest twoja natura.

Rozpłakałam się.

– Dopiero teraz zauważyłeś, że zniknęłam. Nigdy mnie nie kochałeś – histeryzowałam.

– Spójrz w lustro. W twoich oczach kryje się zło. Bądź sobą! Muszę już iść. A ty wracaj do swojej chaty. Obiecuję, że będę częściej u ciebie gościł.

– Nie odchodź! Proszę! – Znowu padłam do jego stóp, a on nie zważając na mój szloch, rozpuścił się w powietrzu.

 

***

 

Czy chcieliście kiedykolwiek cofnąć czas? Wymazać wydarzenia ostatniego dnia? Mieć drugą szansę? Pewnie tak… Tylko, no właśnie. W tym pragnieniu bardziej chodzi o przewidywanie przyszłości niż cofanie czasu. Wrzuceni w te same okoliczności, bez znajomości konsekwencji swoich wyborów powtórzylibyśmy jedynie nasze błędy.

Hrabia zniknął, a ja znowu byłam brzydka i stara. Po prostu Baba Jaga. Za jeden słodki moment sprzedałam wieczność. Kogo powinnam za to winić? Manteufel prawdopodobnie miał rację, wina leżała we mnie. Już jako dziecko różniłam się od innych dziewczynek, zawsze bujająca w obłokach, marząca o tajemniczych zamkach, a później o księciu z bajki. Nie przepadali za mną zarówno rówieśnicy, jak i dorośli. Matka chyba nawet czuła przede mną strach. Raz usłyszałam jak mówiła do ojca, iż dzień przed moimi narodzinami przyśnił się jej odwrócony krzyż wbity w ociekającą krwią głowę kozła i że lepiej na mnie uważać. Dwie starsze siostry, jedna młodsza szybko wyszły za mąż, doczekały się potomstwa, ja wciąż wybrzydzałam. Ten za niski, tamten za głupi, temu brakuje błysku w oku…

Aż w końcu przyszła ta noc. Noc, której nigdy nie zapomnę. Wystroiłam się w kwiecistą spódnicę, białą, haftowaną bluzkę i wyszłam z domu. Słońce już powoli chowało się za horyzontem. Wciągnęłam w płuca rześkie, górskie powietrze. Do moich uszu dobiegła skoczna muzyka, a nogi same ruszyły do przodu. Powoli, trochę niepewnie otworzyłam drzwi karczmy. Świat zawirował i jakaś magiczna moc wciągnęła mnie na środek izby. Żadnych kobiet, tylko mężczyźni z piwem w ręku, roześmiani, hałaśliwi. Jeden z nich wykrzyknął:

– Witaj Jagusia! Chodź, pobaw się z nami! Zapraszamy do zabawy!

Tańce, hulanka, swawola. Boruta, Rokita, Smętek, Belzebub, Czart… Nie byłam w stanie zapamiętać imienia każdego z nich. Wszyscy po kolei trzymali mnie w swoich ramionach poza jednym, który stał w kącie i tylko bacznie się przyglądał. Miał krzaczaste brwi, całkiem duży nos, wysokie czoło, maleńkie zmarszczki wokół oczu, tylko jakich oczu… Od razu się w nich zakochałam. Piwne, duże, głębokie niczym jeziora. Ciałem przylegałam do moich tanecznych partnerów, lecz to od niego nie byłam w stanie oderwać wzroku. W końcu nie wytrzymałam i wyszeptałam Rokicie do ucha:

– Przepraszam, muszę odpocząć.

Spojrzał na mnie podejrzliwie, a ja spuściłam głowę i bez słowa podreptałam w kierunku nieznajomego. Tajemniczy dżentelmen delikatnie się uśmiechnął.

– A ty? Nie lubisz tańców? – zapytałam nieśmiało.

– Lubię, tylko nie takie.

– A mogę zapytać, jak masz na imię?

– Możesz, ale na razie ci nie odpowiem. Chodź… – Pociągnął mnie za rękaw, a ja nie protestując, dałam się zaprowadzić na górę.

Niewielki pokój, a pośrodku ogromne łoże. Woń konwalii z dodatkiem aromatu sosnowej żywicy… Mężczyzna marzeń rzucił mnie na łóżko, ściągnął spódnicę, rozerwał bluzkę i… nie pamiętam dokładnie, co się stało, ale wiem, że był to najpiękniejszy moment mojego życia i jedyny, w którym odczuwałam pełnię szczęścia. Niestety tylko moment. A czym jest moment w porównaniu do wieczności?

Gdy już wróciłam na ziemię, kochanek patrzył na mnie trochę z zadowoleniem, trochę z pogardą. Oschłym tonem powiedział:

– Jestem Hrabia Manteufel. Władca piekieł. W moich oczach na zawsze pozostaniesz młoda i piękna. Będę odwiedzał cię przynajmniej raz w miesiącu. Jednakże dla innych będziesz stara, brzydka, ślepa i głucha. A przede wszystkim zła. ZŁA, ZŁA, ZŁA… – Ostatnie słowo powtarzał w nieskończoność.

Wybuchnęłam płaczem i zbiegłam na dół. A tam… Belzebub zamienił się w ogromną muchę, latał, bzyczał, co jakiś czas uderzając w drewnianą podłogę, jakby próbował przeniknąć do nieistniejącej piwnicy. Boruta przywdział szaty mnicha, siedział nieruchomo w kącie, trzymając w rękach błyszczący czajnik. Rokita pokrył się mchem i roztaczał wokół siebie nieprzyjemny zapach mokradeł wymieszany z odorem zgnilizny. Smętek z kolei ubrany w strój pruskiego żołnierza podobnie jak ja zalewał się łzami.

Zakryłam dłońmi oczy, zacisnęłam zęby i zaczęłam sama do siebie powtarzać:

– To tylko sen. To tylko sen. Niedobry sen. Zaraz się obudzę.

Nie wiem, jak długo tak stałam, bezwiednie recytując swoją mantrę. Gdy odsłoniłam twarz, nie było już tancerzy, ani hrabiego, ani karczmy, tylko puste, ziemniaczane pole. Ze zgrozą spojrzałam na własne dłonie – pomarszczone, pokryte brązowymi plamami i paskudnymi kurzajkami, a do tego straszące żółtymi, połamanymi paznokciami.

Po chwili poczułam na ramieniu czyjąś rękę, obróciłam się i zobaczyłam zakonnika. Zakapturzony starzec, nic nie mówiąc, zabrał mnie do domu, tylko to już nie był mój dom. Rodzice umarli, dzieci sióstr dorosły. Jedno z nich zapytało:

– Kim jesteś? Czego od nas chcesz?

Odpowiedziałam milczeniem i odeszłam w stronę lasu.

Ta długa, magiczna noc kosztowała mnie całe życie. Zamieszkałam pośród drzew w wyczarowanej przez Manteufela chacie na kurzej łapie.

 

***

 

Ach, słodkie wspomnienie. Westchnęłam głęboko, założyłam szarą jesionkę i wyruszyłam do parku. Chłodny wiatr rozwiewał moje siwe włosy, a siedząca na gałęzi wrona krakała o nadchodzącej zimie. Zebrałam całą reklamówkę dębowych liści, chwilę odpoczęłam na drewnianej ławce i poczłapałam z powrotem do domu. Na klatce schodowej znowu śmierdziało moczem, a tablica ogłoszeniowa udekorowana była nieudanym wizerunkiem nagiej kobiety.

Ostrożnie wyjęłam liście, po czym spaliłam je w metalowej misce. Dym unosił się w całym mieszkaniu. Kot prychnął i uciekł na balkon, a ja zaczęłam kichać.

– Myślisz, że w ten sposób go przegonisz? – zapytała drwiąco żmija.

– Nie – odpowiedziałam, spojrzałam na nią ze złością, trzasnęłam drzwiami i podreptałam do Alicji.

Sąsiadka, gdy tylko wychyliła się na korytarz, niemalże krzyknęła:

– Jagna, pożar!

– Nie, nie, nic się nie dzieje. To moja wina, przypaliłam garnek – wymamrotałam.

– Wejdź, proszę. – Zaprosiła mnie do salonu. – Napijesz się herbaty?

Przytaknęłam, po czym usiadłam na kanapie i tępo patrzyłam na zegar. Gruba i chuda wskazówka. Gruba Alicja i chuda Jagna. Podobne i inne. Jedna ma sześćdziesiąt żyć więcej niż druga. Kiedyś zegar się zepsuje, wtedy obie umrą, tak naprawdę umrą, ich karma przestanie do nich wracać i już nie będzie istotne, jak szybko biegały po zegarowej tarczy. W oczach śmierci jesteśmy wszyscy równi, tak samo piękni, tak samo młodzi, tak samo mądrzy. Ach, jaka ja się czułam zmęczona.

Manteufel nie pozwoli mi tak po prostu odejść. Miłość do diabła pokonuje nawet kostuchę – pomyślałam i mimowolnie z całej siły wbiłam paznokcie w prawe kolano.

Alicja postawiła na stoliku parujący dzbanek i dwie filiżanki.

– Źle wyglądasz. Bardzo blada jesteś – powiedziała, patrząc na mnie badawczo. – Dobrze się czujesz?

– Nie – wydukałam.

– Co ci? – Położyła dłoń na moim chudym ramieniu. – Boli cię coś? Może powinnaś iść do lekarza? Wiesz, w naszym wieku… Martwię się o ciebie.

– Nic mi nie będzie. To… To tylko niestrawność. – Wypiłam łyk herbaty.

Kiedy wróciłam do siebie, w mieszkaniu wciąż czuć było intensywny zapach spalonych, dębowych liści. Dopiero po chwili spostrzegłam, że moje zwierzęta zniknęły. Kilkukrotnie próbowałam przywołać je siłą umysłu. Bezskutecznie.

Może to dobry znak? Może moja legenda odchodzi w zapomnienie?

Bardzo chciałam w to wierzyć, ale gdzieś w głębi serca czułam, że to nieprawda. Legendy takie jak ja tak po prostu nie wyparowują z ludzkiej pamięci. Na to potrzeba nie miesięcy, nie lat, tylko stuleci. Zbyt sławną byłam postacią, zbyt mocno wrytą w społeczną psychikę, by na własne życzenie przestać istnieć. Moja legenda cieszyła się większą popularnością od historii Manteufela, Smętka, ba, nawet Boruty…

Ale, ale, może chociaż powinnam się zmienić?

Postanowiłam, że od tej będę dobra, taka wręcz perfekcyjna, wielkoduszna i wspaniałomyślna. Polubię dzieci, nie tylko nie będę nikogo krzywdzić, ale będę aktywnie czynić dobro. Zapiszę się do jakiejś organizacji charytatywnej… Może, może nawet zacznę chodzić do kościoła? Nie poddam się hrabiemu. Siła woli.

Już następnego dnia wstałam wcześnie rano i zrobiłam zakupy dla Alicji. Niestety sąsiadka wcale się nie ucieszyła, a wręcz przeciwnie bardzo niemiło skomentowała moją pomoc:

– Myślisz, że jestem taka zupełnie niedołężna? Do sklepu jeszcze daję radę iść. A ty? Ty się powinnaś o siebie zacząć martwić… Może masz raka albo co…

Popatrzyłam na nią z wyrzutem, wtedy trochę się zreflektowała i wystękała:

– Prze… przepraszam. To… Ja… Bardzo dziękuję.

Organizacje charytatywne oznajmiły, że jestem za stara, by zostać ich pełnoprawnym członkiem, ale z chęcią zaakceptują wszelkie wsparcie finansowe. Ostatecznie moje wysiłki niesienia dobra zakończyły się zgodą rady administracyjnej bloku, bym mogła raz w tygodniu sprzątać klatkę schodową. Jeśli chodzi o kościół czułam się tam co najmniej nieswojo, a poza tym powtarzane w kółko modlitwy zwyczajnie mnie znudziły.

 

III. Nienawidzę swego stwórcy

 

Im bardziej próbowałam nie myśleć o Manteufelu w ciągu dnia, tym częściej hrabia odwiedzał mnie w snach. Czasami się go bałam, uciekając ciemnymi miejskimi uliczkami, a potem przez las aż do chaty na kurzej łapie, którą demon niszczył tupnięciem nogi. Rzadziej znowu go pożądałam i nie potrafiąc się powstrzymać, przywierałam do niego nagim ciałem w cieniu sosen. Z dnia na dzień czułam, jak moja wola słabnie, jak diabeł wnika w duszę głębiej i głębiej, jak pożera od środka wnętrzności.

I w końcu stało się to, czego już od pewnego czasu oczekiwałam. Alicja zachorowała. Oczywiście była już na coś chora, kiedy ją poznałam, miała podwyższone ciśnienie i cukrzycę, ale teraz zdiagnozowano u niej nowotwór lewej nerki. Kiedy tylko się o tym dowiedziałam, przypominałam sobie słowa hrabiego. To ja byłam źródłem chorób i nieszczęść. To ja rozsiewałam zło.

Patrzyłam na popielaty dywan, na małą plamę po herbacie, której nie byłam w stanie usunąć. Niektóre wydarzenia są nieodwracalne. Niektóre? Raczej wszystkie. Zadałam sobie pytanie:

– Czy jak odejdę do lasu, to Alicja wyzdrowieje?

I sama sobie odpowiedziałam:

– Pewnie nie. Choroby, nieszczęścia, katastrofy, rozpacz i lęk są wpisane w ludzką egzystencję podobnie jak diabły, czarownice i złe moce, niezależnie od tego, jak na nas wołają.

Stan zdrowia sąsiadki pogarszał się z tygodnia na tydzień. Dwie córki odwiedzały Alicję niemal codziennie, ale wpadały tylko na chwilę, by ją umyć, przyszykować coś do jedzenia, odkurzyć. Nie miały czasu wysłuchiwać historii z młodości matki. To ja siedziałam obok, trzymając za rękę i przytakując. Nawet nie wspominałam, że o tym, jak pomyliła pociągi na dworcu w Gdańsku i zamiast do Warszawy, pojechała do Wrocławia, opowiadała mi więcej niż dziesięć razy. Lekarze zaproponowali operację. Alicja odmówiła, argumentując, że jest za stara na to, by dać się pokroić. Zmarła trzy miesiące później.

Kupiłam czarny płaszcz, czarny kapelusz i czarne buty. Z wiązanką chryzantem poszłam na pogrzeb. Sosnowa trumna powoli, bardzo powoli zjeżdżała w dół, myślałam, że zamiast Alicji to ja powinnam w niej leżeć. Nie czułam smutku ani żalu, czułam nienawiść do samej siebie i swego stwórcy, kimkolwiek by on nie był.

 

***

 

Mieszkanie po Alicji wynajęło młode małżeństwo z dwójką dzieci. Coraz częściej odkładałam na półkę aparat słuchowy, by choć trochę odizolować się od nieustającego krzyku, hałasu, płaczu i pisku. Praktycznie od rana do wieczora siedziałam w fotelu, gapiąc się bezmyślnie na akacje i szare niebo. Zrezygnowałam ze sprzątania klatki, tłumacząc się problemami z kręgosłupem. Zakupy robiłam raz w tygodniu, zawsze wcześnie rano, kiedy ulice świeciły jeszcze pustkami. Tak, pragnęłam samotności, spokoju. Chciałam stać się przezroczysta zarówno w oczach innych, jak i swoich własnych.

Tej nocy hrabia znowu wdarł się do mojej głowy. Stał odwrócony tyłem, a po jego kontuszu pełzły białe, obślizgłe robaki. W pewnym momencie rozłożył ręce, wydał z siebie przeraźliwy, syczący dźwięk i spłonął. Obudziłam się zlana potem.

O dziewiątej przyszedł listonosz z emeryturą, a raptem dwadzieścia minut później rozległo się pukanie. Spojrzałam przez judasza i ujrzałam młodego mężczyznę w fartuchu roboczym.

– Kto tam? – zapytałam.

– Pracownik administracyjny. Kontrola instalacji gazowej.

Nieznajomy wszedł do przedpokoju, odłożył na bok plastikową skrzynkę, szeroko się uśmiechnął i powiedział:

– Jak się babcia miewa?

– Nie jestem niczyją babcią – odburknęłam, przyglądając mu się badawczo.

Miał niewielką bliznę pod lewym okiem, lekko garbaty nos, bardzo wąskie wargi. Śmierdziało od niego papierosami i tanią wodą kolońską.

– Byłaby babcia tak uprzejma i zrobiła mi kawę? Spałem tylko trzy godziny, ledwo się na nogach trzymam. – Zmarszczył czoło, rzucił mi figlarne spojrzenie, po czym rozsiadł się w fotelu. – Chwilę sobie odpocznę, jeśli to nie problem.

– Nie mam kawy ani herbaty, ale mogę panu zaparzyć miętę – odpowiedziałam, siląc się na trochę bardziej uprzejmy ton.

– Może być.

Poszłam do kuchni, wyciągnęłam pudełko z ziołami i dopiero wtedy sobie uświadomiłam, że mięta już się skończyła. Wróciłam do pokoju i stanęłam jak wryta. Zmęczony młodzieniaszek jakby nigdy nic z uśmiechem na ustach grzebał w moich szufladach.

– Co… co pan robi?

Gwałtownie się odwrócił. Podbiegł do mnie i z całej siły uderzył w brzuch. A ja? Nawet się nie przewróciłam, nawet nie jęknęłam… Moje oczy rozbłysły czerwienią, naprężyłam ciało niczym tygrys szykujący się do skoku, krzyknęłam i wbiłam pazury w jego szyję. Krew prysnęła na dywan, na zasłonkę, na regał i na mnie. Nieznajomy niemalże bezszelestnie osunął się na podłogę. Leżał nieruchomo we własnej posoce, a ja stałam nad nim, mocno zaciskając wargi.

 

***

 

Zło. Zło tkwi w naturze człowieka. Każdego człowieka? Czy są tacy, którzy są od niego wolni? Patrzyłam na zamordowanego przez mnie mężczyznę. Czy on był zły? Czy jedynie zniekształcony przez środowisko, w którym przyszło mu dorastać? Czy kierował nim szatan, czy to on sam urodził się diabłem? Czy w ogóle warto rozmyślać o pochodzeniu zła, jeśli tak naprawdę w życiu ważne są tylko skutki? Zamordowany już nie ożyje niezależnie od tego, dlaczego zginął. Czy ja byłam zła?

– Tak, ja jestem zła! Bardzo, bardzo zła! – krzyknęłam, rzuciłam okularami w terrarium, rozdeptałam aparat słuchowy i wyszłam, trzaskając drzwiami.

Kuśtykałam bocznymi uliczkami, próbując unikać ludzi niczym w moim śnie, w którym uciekałam przed Manteufelem. Zachlapana krwią, ze strużkami potu cieknącymi po czole, ze śliną kapiącą z ust kierowałam się na obrzeża miasta. Ci, których mijałam, zdawali się mnie nie zauważać. Nie wiedziałam, czy to demon uczynił swą kochankę niewidzialną, czy to ludzie po prostu woleli nie patrzeć na czarownicę. Szłam i szłam, i szłam. W oddali dostrzegłam Łysicę. Góra przyciągała silnej niż magnes. Już nie dreptałam, tylko frunęłam na niewidzialnej miotle.

Gdy już dotarłam do swojej chaty, w mojej głowie rozległy się głosy:

– Jaga wróciła! Jaga wróciła!

Kot zaczął ocierać się o kościaną nogę, ropucha wesoło rechotała, a żmija przyjęła kształt ósemki i falowała w rytm szumiących liści. Odetchnęłam głęboko, spojrzałam na księżyc w pełni, a potem na kurzą łapę ruchomego domku. Zakrzywione, długie szpony wbite w ziemię, pochlapane krwią podobnie jak moje pazury. Cienka, pokryta grudkami skóra i ta wyrażona w ułożeniu gotowość do nieustannej walki. Ach, poczułam się dobrze, ba, nawet bardzo dobrze.

Powoli otworzyłam drewniane drzwi, usiadłam przy stole, wciągnęłam powietrze. Po chwili podłoga zadrżała, ze ściany spadła aluminiowa chochla, wiatr przewrócił gliniany kubek. Hrabia Manteufel.

Diabeł nie odezwał się nawet słowem, złapał mnie w objęcia, mnie, młodą i piękną. I tańczył ze mną, tańczył, tańczył aż do białego rana. Jego konie rżały, kot miauczał, sowy groźnie pohukiwały, a gdzieś w oddali słychać było grzmoty. Demon wirował, a ja wraz z nim, przytulona do twardej piersi niczym stęsknione miłości dziecko. Na koniec gorąco mnie pocałował i zniknął. Leżałam naga na dębowych deskach, stara, głodna i zła. 

 

Koniec

Komentarze

Dobre. Przeczytałem z zainteresowaniem. Nareszcie coś bez babrania się w patologiach:). Przewrotne ujęcie tematu, wiarygodna psychologia postaci. I tylko dwie uwagi-sugestie: Skoro jagna nie wejdzie do kościoła, na cmentarz (poświęcona ziemia!) też nie. Jedno zdanie by się przydało– że nie mogła przekroczyć bramy albo coś… I druga sprawa– ostatnie zdanie (jestem legendą) . Niepotrzebne kompletnie. Z całej treści to wynika, a ono obniża wg mnie wagę całości.Tekst z czołówki konkursu.

I jeszcze jedna uwaga merytoryczna: Jagna nie mogła ai mieszkać, ani oddawać się diabłu na Łysej Górze, ani na Łysicy, bo od roku 1004 są to ziemie i szczyty poświęcone i zsakralizowane (klasztory, krzyże, kaplice). Skoro sama napisałaś, że nie może nawet ustać PRZY kościele… Już prędzej mogłaby się udać pod Ślężę na dolnym Śląsku, a konkretnie na szczyt Wieżyca, obok Ślęży, gdzie sabaty pogańskievtrwały do późnego średniowiecza, a kościół na Ślęży, postawiony jakośvtak dopiero w połowie XIX wieku, i tak płonął od piorunów średnio co 40-50 lat. Paradoksalnie – na Łysogóry twoja Jagna by nawet nie weszła – ziemia poświęcona niemal w całości. Warto takie drobiazgi sprawdzać, bo zgrzytają okrutnie. A nieotrzebnie;)

No nie sądziłem, że kiedyś dane mi będzie poznać wewnętrzny świat Baby Jagi. :)

Ano tak to już z życiem jest, że nigdy w pełni kolorowo, ma swoje blaski i cienie, coś za coś, choć wiele zmienia chyba sam akt akceptacji tego kim się jest, poczucie szczęścia lub nieszczęścia jest raczej subiektywnym stanem – mentalnym, emocjonalnym, nawet duchowym…

Zastanawia mnie… Nietypowo się ta kluczowa sytuacja odbywa. Jeżeli dobrze zrozumiałem, to Paskuda wziął ją na podstęp, narzucił swoją wolę, zamknął ją w tym życiu według własnego kaprysu…? Zabrakło mi trochę aktu woli Jagi, tego, że ponosi konsekwencje swojej decyzji.

Jeżeli to podstęp Diabła, to z kolei brakuje mi tu akcji, w której go Jaga wystrychnie na dudka i odwróci swój los. Ale wtedy nie mógłbym jej współczuć… :)

 

Tak pitolę sobie, ale tylko dla tego, Katiu, że od samego pomysłu po przecudowne wykonanie, bardzo mi się ta historia spodobała. Wciągnęła mnie od pierwszych zdań, gładko i przyjemnie doprowadziła do ostatniego łyka kawy. Świetny tekst! Trzymam kciuki! Powodzenia!

I jeszcze raz gratuluję ozdoby we włosach – pewnie niedługo też przeczytam…

 

Kurde… Jednak mnie kąsa ta bierność Jagi, ja tam bym temu… Ki Diabołowi pokazał! :D

Pozdrawiam!

 

No i co ja się będę rozpisywał?

RE-WE-LA-CJA! Czyli już wiem, jakie opowiadanie na pewno znajdzie się w antologii Naz. Mogę się założyć o dowolną stawkę!

Parę razy coś mi tam delikatnie zachrupało, ale to może Bogini ci wskaże.

Parę moich uwag technicznych:

– “Coraz mniej przypomniałam wiedźmę” – przypominałam;

– “Ale, ale, może chociaż powinnam ją zmienić?” – tu albo “ja powinnam” albo “powinnam się”;

– “I w końcu stało się to tego, czego już od pewnego czasu oczekiwałam”;

– “kierowałam się na obrzeża” – obrzeża czego?;

– “Góra przyciągała silnej niż magnez” – magnes.

 

W każdym razie – piękne, wciągające, poruszające itd itp. Brawo!!!

Miejsce na Twoją reklamę!

Rybaku – cieszę się, że w końcu któryś z moich tekstów trafił w Twoje gusta :) I bardzo słuszna uwaga o kościele i ziemi poświęconej… Po przemyśleniu usunę ten fragment z kościołem, bo Łysica mi bardzo pasuje, w sumie najwięcej czerpałam z legend świętokrzyskich… Jeśli chodzi o ostatnie zdanie, to jeszcze się zastanowię, czy je usuwać…

 

Majkubar – miło mi, że opowiadanie się ogólnie podobało. A z Jagną, ona trochę diabła sama do siebie zaprosiła i w sumie nie wiadomo, czy cała ta heca z przeprowadzką nie była jedynie kobiecym szantażem, bo hrabia złamał obietnicę i nie odwiedzał jej tak często, jakby tego pragnęła… Dziękuje bardzo za klika :)

 

Staruch – myślę, że gdyby to był Twój konkurs to może mogłabym liczyć na jakąś nagrodę, a tutaj zobaczymy… Coś nie mam szczęścia w konkursowych zmaganiach, ale oczywiście bardzo się cieszę, że tekst Ci się spodobał. I wielkie dzięki za poprawki :)

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i miłego dnia życzę :)

Dwie rzeczy rzuciły mi się w oczy:

-Tęsknimy za tobą

Brak spacji po myślniku.

– Jagusia, wrócimy do lasu.

Tu nie jestem pewien, ale nie powinno być “wróćmy”?

 

Przyjemnie się czytało. Podobało mi się. :)

ac – ​dziękuję za przeczytanie, wyłapanie błędów i cieszę się, że tekst Ci spodobał :)

Bardzo ciekawe ujęcie tematu – o tym, jak to “ciągnie wilka do lasu”, że często jesteśmy niewolnikami naszych legend i poglądów, z którymi brakuje nam sił do zmierzenia się.

Jak zawsze bardzo realistycznie odrysowujesz portret psychologiczny postaci, w tym wypadku Baby Jagi, i prowadzisz narrację, starając się przedstawić nam dramaty duszy bohatera. Narracja pierwszoosobowa jest tutaj szczególnie pomocna.

Zakończenie dosyć smutne, ale mnie to nie przeszkadza. Nie każdy ma siłę, by wygrać z własnymi uzależnieniami (bo tak interpretuję to zniewolenie Jagny od swej legendy i diabła). Może gdyby znalazły się kolejne osoby skłonne jej pomóc, to kto wie…

Podsumowując: jak to u Ciebie, emocjonalny i wielowarstwowy koncert fajerwerków. Kliczek się należy.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki NoWhereMan :) Za przeczytanie, komentarz i klika :) Narracja pierwszoosobowa sama mi się tu narzuciła i chyba rzeczywiście ułatwia ona oddać emocje i psychikę bohatera, chociaż pisząc w pierwszej osobie zwykle mam problem z nadużywaniem zaimków, ale coś za coś :)

Zakończenie miało być najpierw trochę bardziej optymistyczne, ale… Ostatecznie stwierdziłam, że legendy nie da się zmienić…

Pozdrawiam serdecznie :)

 

Ps. Ooo… Bardzo dziękuję za nominację, tego się szczerze pisząc nie spodziewałam…

Zgadzam się z przedmówcami, bardzo dobre opowiadanie.

Podoba mi się Twoje podejście do tematu legendy, podoba mi się bogate wnętrze bohaterki, podoba mi się warstwa językowa.

Niby “tylko” dwadzieścia osiem tysięcy znaków, ale zdołałam zupełnie przeniknąć do świata Twojej bohaterki. 

Zło. Zło tkwi w naturze człowieka. Każdego człowieka? Czy są tacy, którzy są od niego wolni? Patrzyłam na zamordowanego przez mnie mężczyznę. Czy on był zły? Czy jedynie zniekształcony przez środowisko, w którym przyszło mu dorastać?

Bardzo ładnie operujesz pytaniami retorycznymi. :)

Zgłaszam do biblioteki. :)

Rossa – ​bardzo dziękuję :) Zastanawiałam się, czy tekst nie jest za krótki, więc tym bardziej mnie cieszy fakt, iż te niecałe trzydzieści tysięcy znaków wystarczyło, by pokazać wnętrze mojej Baby Jagi :)

 

Miłego dnia :)

Sam pomysł na historię jest w miarę prosty i tutaj nie jest to wcale minusem. Dużo miejsca poświęcasz na wykreowanie Baby Jagi i robisz to po prostu świetnie. Wiarygodne myśli; krótkie zdania, wyliczenia, pytania… Tak, właśnie o to chodzi ;)

Tekst do szybkiego pochłonięcia za jednym razem, spisany na wysokim poziomie technicznym. Potrafisz zainteresować, opisując nawet proste i codzienne czynności. Z zakończenia jestem zadowolony, choć ostatnie zdanie rzeczywiście wydaje się trochę dodane na siłę.

Zasłużony klik ode mnie ;)

Perrux – ​to chyba mój pierwszy tekst, który Ci się spodobał, więc tym bardziej mi miło. I kolejny głos za usunięciem ostatniego zdania… więc zaraz zniknie.

Bardzo dziękuję za opinię i klika :)

 

Miłego wieczoru :)

Twoje opowiadania zawsze mnie wciągają bez reszty i tym razem było tak samo. Znów wiele emocji i pytań, a do tego ładnie wykreowana Jaga (bo to zła kobieta była?). Cóż mam więcej pisać, skoro poprzednicy powiedzieli już wszystko, co mnie samej nasunęło się po przeczytaniu Twojego opowiadania.

Muszę przyznać, że każdy Twój kolejny tekst jest coraz lepszy. :)

Życzę powodzenia w konkursie!

W niebanalny sposób napisałaś o Jadze, czarownicy z legendarną przeszłością. A najbardziej podoba mi się to, że ukazałaś ją w bardzo ludzkiej postaci – kobietę mocno w latach posuniętą, doświadczającą bolączek wieku starczego, brzydką i przywykłą do samotności, która jednakowoż potrafi zaprzyjaźnić się z sąsiadką, próbuje stać się lepsza…

Szalenie satysfakcjonująca lektura. ;)

 

zmarszcz­ki głęb­sze od gór­skich kra­te­rów. –> Jakkolwiek wulkany to góry, kratery bardziej kojarzą mi się z wulkanami, niż górami jako takimi.

 

a do prysz­ni­ców nawet nie pró­bo­wa­łam się zbli­żać. –> Piszesz, że bohaterka mieszka w kawalerce; czy tam jest więcej niż jeden prysznic?

 

po­wtó­rzy­łam w my­ślach, do­da­jąc: - ale nie dla każ­de­go. –> Zamiast dywizu powinna być półpauza.

 

zo­sta­wia­ją­ce po sobie ko­lek­cje śmie­ci–> Nie wydaje mi się, aby pozostawione śmieci można nazwać kolekcją.

Może: …zo­sta­wia­ją­ce po sobie sterty/ kupy/ stosy/ góry śmie­ci…  

 

ba­zgrzą­ce fla­ma­stra­mi po ścia­nach… –> Raczej: …ba­zgrzą­ce sprejem po ścia­nach/murach…

 

– Prze­pra­szam Man­teu­fel, prze­pra­szam. –> Czy nie powinno być: – Prze­pra­szam, Man­teu­ffel, prze­pra­szam.

 

Wy­bu­chłam pła­czem i zbie­głam na dół. –> Wy­bu­chnęłam pła­czem i zbie­głam na dół.

 

Nie wiem, jak długo tak sta­łam, na ślepo re­cy­tu­jąc swoją man­trę. –> Co to znaczy recytować na ślepo?

Może: Nie wiem, jak długo tak sta­łam, bezwiednie/ machinalnie/ mimowolnie re­cy­tu­jąc swoją man­trę.

 

Na ko­niec zło­żył mi go­rą­cy po­ca­łu­nek i znik­nął. –> Można złożyć pocałunek na czymś – np. na ustach/ dłoni/ czole/ policzku, można ucałować kogoś, ale nie można złożyć pocałunku komuś.

Może: Na ko­niec gorąco mnie pocałował i znik­nął.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Interesujące podejście do konkursu, fajna walka z własną naturą. Szkoda, że skazana na niepowodzenie.

Początek trochę mi się ciągnął, czekałam, aż coś się zacznie dziać, a tu opisy i budowanie bohaterki. Ale od wizyty diabła było w porządku.

Postać głęboka, relacja między sąsiadkami też dobrze pokazana.

No, wreszcie jest porządna legenda, a nie tylko znany człowiek.

Wykonanie niezłe, ale czasem coś mi zgrzytnęło.

Najpierw gwałtownie, szybko, żłobiąc podłoże, a z czasem coraz wolniej, bardziej gładko i monotonnie.

A to nie jest tak, że głazy ruszają powoli, dopiero potem się rozpędzają i zbierają kumpli? Fakt, jak się teren wypłaszcza, to w końcu się zatrzymują… Lepiej by mi ten opis pasował do wody spływającej z gór.

Postanowiłam, że od tej będę dobra, taka naprawdę dobra.

Czegoś tu zabrakło.

Babska logika rządzi!

Fajne, podobało mi się :)

Oj, Katiu, wiedziałam, że jak zajrzę, to wsiąknę. Masz dar usidlania czytelnika, pięknie kreujesz postacie, a na dodatek Twój warsztat pozwala Ci pokazać głębię uczuć. Niektóre zdania zapadają w pamięć wyobraźni, jak na przykład to, gdzie piszesz, że ciasta “wylegiwały się na półkach”. Po prostu miodzio.

Dokładam klika. 

"Czasem przypada nam rola gołębi, a czasem pomników." Hans Ch. Andersen ****************************************** 22.04.2016 r. zostałam babcią i jestem nią już na pełen etat.

O, właśnie taki finał!:) Aż rżnie po oczach!:D

 

Popieram ocenę zakończenia :)

Ciekawy tekst, efektowny, z przekonująco IMHO napisaną bohaterką. Zdecydowanie na plus.

AQQ – ​bardzo dziękuję za komentarz i cieszę, że lubisz moje teksty :)

 

Reg – ​po pierwsze, oczywiście bardzo dziękuję za łapankę, wszystko poprawiałam, poza Manteufelem, bo edytor poprawia mi na dwa “​ff”​, ale w Internecie znalazłam imię diabla przez jedno i już sama nie wiem, jak jest prawidłowo… :(

Poza tym bardzo mi miło, że opowiadanie Ci się spodobało :)

 

Finkla – poprawiałam wskazane przez Ciebie fragmenty i rzeczywiście tym razem starłam się przede wszystkim napisać na temat :) i pracować nad postacią, to chyba przez to ten wydłużony początek…

 

Anet – ​fajnie, że fajne :):):)

 

Bemik – bardzo dziękuję za wizytę i ostatniego klika :) I bardzo mi miło, że tekst Ci spodobał zarówno pod względem treści jak i warsztatu :)

 

Rybak – ​tak, chyba rzeczywiście jest teraz lepiej :)

 

Ninedin – dziękuję za komentarz i ​miło mi tekst wypadł na plus :)

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie i życzę udanego weekendu :)

Katio, miło mi, że uwagi okazały się przydatne i bardzo się cieszę, że mogę czytać Twoje coraz lepsze opowiadania. ;D

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, ładnie się rozwijasz. I piorunem.

Babska logika rządzi!

Reg, Finkla, dzięki, bardzo miło mi to czytać, aż się rumieńcem oblałam…

Jestem przekonana, że z rumieńcem Ci do twarzy. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

A ja tam bym wolała rysunek, żebym sama mogła porównać. ;-)

Babska logika rządzi!

Rysunki Katii są czarno-białe, z rumieńcem wyglądałaby pewnie jak umorusana. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cicho, niech Katia pokombinuje, jak oddać szary rumieniec. ;-)

Babska logika rządzi!

Na szaro, co najwyżej, mogą rumienić się szarytki i szaraczki. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Szary rumieniec… Moze by sie jakos dalo, ale gorzej z autoportretem :)

Oj tam, oj tam… Każda pani może się zarumienić na szaro, jeśli szarmancki pan powie jej coś charmant. :-)

Babska logika rządzi!

:):):)

Przyszedłem późno, więc w zasadzie nic dodać już nie mogę. Wszyscy zgadzają się, że tekst bardzo dobry, nawet Rybak ;-) Co i ja potwierdzam. Pomysł na Legendę prosty i znakomity – żadnego kombinowania i pakowania legendy na siłę do wcześniej istniejącego pomysłu. Wykonanie bardzo dobre. 

Coś tam zgrzytnęło mi w jakichś porównaniach (czytałem wczoraj), choćby to o spadających kamieniach, ale ktoś już zwrócił na to uwagę i zmieniłaś :-) 

Zgrzyty zgrzytami, ale nie sposób nie zwrócić uwagi na drugą stronę – na konstrukcje i metafory naprawdę znakomite. Ot choćby - 

Chłodny wiatr rozwiewał moje siwe włosy, a siedząca na gałęzi wrona krakała o nadchodzącej zimie.

Wyobraźnia sama zaskakuje, klimat sam się wyczuwa i jedno zdanie wystarczy za akapit opisu jesiennego spaceru staruszki. Tak się powinno pisać! 

Gdybym na upartego miał szukać jakichś mankamentów (bo to, że za krótkie i chciałbym więcej, to nie wada, co?) myślę, że poszedłbym za Majkubarem – trochę brakuje czegoś, co sugerowałby, że Jagna była zła juz wcześniej, ze Diabeł nie wybrał jej przypadkowo. Że wtedy, w karczmie, była w pełni świadoma tego, co się dzieje i jakie mogą być konsekwencje. Chciałbym, żeby było w niej coś naprawdę niezwykłego, coś co przyciągnęło do niej diabła. Nie tylko marzycielstwo i wybredność. 

Ale to klasyczne szukanie dziury. Tekst jest bardzo dobry, a Ty nie tylko, że nie obnizasz pułapów, a piszesz coraz lepiej.

Pozdrawiam! 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Thargone – ​bardzo dziękuję za rozbudowany komentarz i oczywiście bardzo się cieszę, że Tobie też opowiadanie przypadło go gustu. Jeśli chodzi o sugestię Twoją i Majkubara dopisałam dwa zdania. Nie wiem, czy teraz jest lepiej?

 

A z tymi pułapami coś sie boję obniżki… ale to chyba normalne, trudno cały czas pisać lepiej ;)

 

Pozdrawiam serdecznie :)

Thargone, z mojej strony to nic nadzwyczajnego. Po prostu wreszcie TREŚĆ w pełni harmonijnie dorównała FORMIE. Poprzednich opowiadań Autorki nie czytałem, więc poznawałem Jej pisanie niejako od nowa, a z tych, które czytałem, to jest zdecydowanie najlepsze dzięki niewydumanej na siłę tematyce, jej wartości także MORALNEJ, na co jako człek z późnego Średniowiecza, zwracam uwagę. Bo naprawdę uważam, że Twórcy wolno mniej. Dlatego że nim JEST.

 

Rybaku, ja troszkę się nabijałem z Ciebie. Naprawdę przepraszam, ale taki jestem ;-) I uwielbiam z Tobą dyskutować, jak z każdym, kto ma dużo w głowie. A co do Katii, to istotnie, zdarzało jej się babrać w paskudztwie, ale nie po to żeby w pusty sposób szokować, ale po to, by to i owo w czytelniku ruszyć. I, muszę przyznać, często skutecznie.

Katiu – z całą pewnością wkrótce napiszesz co słabego. Nie mówię o tekstach, które cofnęłaś, bo wydały Ci sie do bani. Chodzi mi o coś, co będzie Ci się wydawało naprawdę niezłe, ale w opinii innych wcale takie nie będzie. Normalne. Najważniejsze jest to, że Twoja krzywa rośnie ;-) 

Dla podkreślenia wagi moich słów, Siłacz palnie pięścią w stół!

Mi sie moje teksty zwykle przestaja podobac zaraz po ich ukonczeniu… ;) A po publikacji… Dobrze, ze wszystkich nie usuwam, ale tak na serio postaram sie z tej opcji za bardzo w przyszlosci nie korzystac :)

Katiu, podoba mi się ten tekst, lubię takie urokliwe i spokojne. Ten czytało mi się dobrze, jednak nie bez “ale”. Mam zastrzeżenia, ale trwa konkurs i nie śmiałabym krytykować czy wyrażać jakiekolwiek negatywne odczucia przed upływem terminu. Dlatego teraz ograniczę się do drobnych uwag technicznych, żeby pomóc: “…dzień przed moim porodem…” – kwestia językowa: wydaje mi się, że o “moim porodzie” może mówić tylko kobieta rodząca, nie zaś ktoś, kto był rodzony. I wskazówka: (wynikająca z jednego z zastrzeżeń) mogę nie mieć racji, ale może przepatrz sobie jeszcze technicznie, pod względem konsekwencji kwestie “bezgłośnych rozmów” między Jagą a zwierzakami z lasu. Pozdrawiam.

Blue-Ice, dziękuję bardzo za wszystkie uwagi i postaram się wprowadzić poprawki :) Pozdrawiam serdecznie.

Bardzo lubię opowieści o istotach borykających się z nieśmiertelnością i odkrywających jej złe strony, a także mieszanie planów czasowych, więc w oczywisty sposób mnie przekonuje :) Ładnie napisane, klimatyczne, troszkę brzezińskie, ale to komplement, no i mimo że bardzo współczesność, to obyło się bez “ozdobników” w postaci wulgaryzmów. Naprawdę, jedno z nielicznych opowiadań fantastycznych dziejących się w jakimś miejskim tu i teraz, w którym świat wydał mi się prawdziwy. Może dlatego, że nie wszyscy są piękni, niezwyczajni, tylko wręcz przeciwnie – zwykli do bólu, no i mają normalne imiona.

 

A tu drobiazgi. Jeżeli któraś z uwag językowo-typograficznych już była, to z góry przepraszam.

 

– Tęsknimy za tobą – Dobiegły do mnie nieme głosy zwierząt.

Albo kropka po tobą, albo dobiegły z małej litery. I “dobiegły mnie” a nie “do mnie”

 

– To my też zostajemy. – Zgodnie oznajmiły zwierzęta.

A tu bez kropki i z małej litery, jeśli taka składnia, albo “Zwierzęta były w tym względzie zgodne.”

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Drakaina – bardzo dziękuję za komentarz i oczywiście cieszę się, że opowiadanie Ci się spodobało :) Jeśli chodzi o wulgaryzmy, chyba rzeczywiście rzadko ich używam, chociaż w opowiadaniach i tak częściej niż w rzeczywistości :), ale czasem mam wrażenie, że moi bohaterowie wyrażają się trochę za grzecznie i przez to może sztucznie…

Zaraz skoryguję wskazane usterki.

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego wieczoru :)

Zupełnie nie odniosłam wrażenia sztuczności dialogów, co jest rzadkością :)

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

:):):) To bardzo się cieszę :)

Bardzo ładne, nostalgiczne opowiadanie, Katio. :) Czarownica, która idzie ze wsi do miasta. :) Ciekawostka. Pobyt w mieście wypada klimatycznie, smutno, bajkowo i zarazem realistycznie. Trójka towarzyszy w postaci żaby, kota i żmiji to dokładnie Twoje klimaty. :)

Trochę zabrało mi większej więzi pomiędzy Jagą a Hrabią Manteufelem. Tak, wiem, jest niemoc kobiety względem mężczyzny, nawet ładnie opisana, ale gdzieś tu zabrakło mi więcej emocji, co Tobie akurat, przychodzi w tekstach łatwo.

Czekam jednak na opowiadanie do plebiscytu rocznego. ;) Ale to jeszcze trochę, jak widzisz, dobrze się sprawdzają lżejsze i bardziej ocuglowane tematy. ;) Są nominacje i ochy… ale te roczne, to będzie Katii, tej Katii, uuuu ;) Mroczne, ciężkie i… jak Siedem. :) Tak, ktoś zawoła, co ma thriller o policjantach do prozy Katii? Ano dużo, tak samo mroczny, traumatyczny, surowy, poważny i jakże ku…a wciągający. Tak, jak Twoje, mroczne opowiadania. Tam reżyser trzymał jednak wszystko krótko za pysk i Ty też tak musisz potrafisz. ;)

Pozdrawiam.

Darcon, pożyjemy, zobaczymy :) Teraz chyba rzeczywiście trochę wyszłam z mroku i z pewnością odbija się to na moich opowiadaniach… A z twórczością jest niestety trochę tak, że albo będzie rozkwitać albo… Gdzieś w środku czuję, że przyjdzie taki dzień, że obudzę się rano i stwierdzę, że już nic więcej nie napiszę, ale mam nadzieję, iż nastąpi to bardzo szybko ;)

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego wieczoru :)

Przeczytałam opowiadanie. Kwalifikuje się do konkursu.

 

Udało mi się cokolwiek wyłuskać:

 

Rozważ wycentrowanie gwiazdek ;)

Przepraszam(+,) Manteufel, przepraszam.

kimkolwiek, by on nie był.

 

Opinia o fabule po zakończeniu konkursu.

Życzę powodzenia :)

Niewolnicy, zrzeszeni w słabości, boją się pana - samotnika, którego nie są w stanie kontrolować, którego mocy nie mają, a jego atencji nie mogą zdobyć. (Nietzsche)

Dziękuję Naz, gwiazdki wypośrodkowane i przecinki poprawione. Pozdrawiam serdecznie :)

Będę raczej powściągliwy w zachwytach, bo uważam, że czytywałem już Twoje lepsze teksty, Katio. Walka z własnymi demonami (co tutaj można odczytywać wręcz dosłownie), wypadła całkiem przekonująco. Prawdopodobnie to było elementem, który chciałaś wyeksponować i co raczej Ci się udało. Mam jednak wrażenie, że po macoszemu potraktowałaś inne elementy opowiadania, na przykład historii samej w sobie jest tutaj niewiele. Babka się wprowadza, zaprzyjaźnia, sąsiadka umiera, babka się wyprowadza. W międzyczasie retrospekcja. No porywające to to nie jest. Dalej podkreślasz wielokrotnie, że babka jest ZŁA, chociaż ewidentnie z jej zachowania wynika, że jest dobra. Wolałbym doświadczyć tego zła, gdyby biło ono z jej wypowiedzi, gestów, decyzji, i tak dalej. Nic takiego nie ma miejsca, prócz może sceny morderstwa z finału, które i tak zostało popełnione w afekcie. Najbardziej mi jednak doskwierał motyw legendy, który ledwie musnęłaś, a aż się prosił o lepsze rozbudowanie. Legenda nie bierze się stąd, że diabeł namaścił jakąś pannę i uczynił z niej wiedźmę. Zabrakło mi motywu powtarzania przez ludzi plotki, przeinaczania jej, być może nawet zrobienia z babki ofiary. Bohaterka z marszu stała się legendą, a tak to po prostu nie działa.

:( No cóż, akurat chciałam się przede wszystkim skoncentrować na legendzie i nawet ją opisałam w scenie tańców w karczmie dosyć dosłownie, więc szkoda, że nie wyszło. Ale tak już jest z opowiadaniami, jedno lepsze, drugie gorsze :)

Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia :)

Jeszcze nie czytałem tekstu, ale czekam już na Twe złote piórko :) Opowiadanie papierowe wytnę i powieszę w pokoju na ścianie, w formie plakatów :P 

No i te rysunki… ktoś tu ma artystyczną duszę i do tego talent :3

Stań się, kim jesteś.

Na razie się cieszę z brązowego :)

Napisane jak zawsze świetnie. Sam pomysł ciekawy, oryginalnie podchodzisz do znanego motywu od bliżej nieznanej strony, chociaż brakuje mi trochę jakiejś historii z pierwszego zdarzenia. Bo motyw zła (mimo że odniosłem wrażenie, że wiedźma wcale taka zła nie jest) i nieszczęśliwej miłości po prostu mnie nie zaspokoiły. Na szczęście mam jeszcze sporo Twoich tekstów do nadrobienia, coś na pewno mnie jeszcze zauroczy :D

Przede mną ugnie się każdy smok, bo w moich żyłach pomarańczowy sok!

Soku, dziekuje za przeczytanie i komentarz. Hm… chyba polecam tylko “Uciekajace barwy”, bo reszta jest raczej slabsza od Baby Jagi…

Pozdrawiam serdecznie

Nie bądź taka skromna Katiu. Naprawdę świetne opowiadanie, jak najbardziej “legendarne”​. Przeczytałem je jakiś czas temu ale z braku czasu nie skomentowałem, więc nadrabiam ;) Jak tylko zauważyłem że dorzuciłaś swoją cegiełkę do konkursu to zajrzałem i wciągnęło ;) Też uważam że miejsce w antologii Ci się należy. Pozdrawiam ;)

Enderku, bardzo dziękuję za miłe słowa i bardzo się cieszę, że opowiadanie Ci się spodobało. Odnośnie antologii… Opinie odnośnie tego tekstu są mocno zróżnicowane, więc zobaczymy :)

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia :)

Trochę mi się podobało, trochę nie ;-)

 

Zacznę od plusów – strona obyczajowa; podobała mi się bardzo; realistycznie, budujesz postać na drobiazgach, ale nie przytłaczasz nimi; postać sąsiadki – mimo, że nie gra pierwszych skrzypiec, poświęciłaś jej odpowiednio dużo uwagi, żeby sprawiała wrażenie “prawdziwej”; motyw z nielubieniem dzieci – ogólnie widać, że czujesz tę rzeczywistość i umiesz przekazać ją czytelnikowi.

Teraz minusy – scena w karczmie – mocno sztampowa, skojarzyła mi się z romansami a’la harlequin… – on, zimny, z pozoru niedostępny, przyglądający się z boku jak ona wiruje na parkiecie; i oczywiście to on z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu magicznie ją przyciąga… Potem płomienny seks z rzucaniem na łóżko i rozrywaniem szat ;-) Dalsza relacja diabła z czarownicą też taka trochę jakby niedopisana.

Motyw legendy – tu mam mieszane odczucia; bo bazujesz na wiedzy pozatekstowej czytelnika – nie pokazujesz w tekście jak powstawała legenda Baby Jagi – mamy początek i koniec a cały środek czytelnik ma dopowiedzieć sobie sam. Bo zamiana dziewczyny w staruchę i zamieszkanie tejże w lesie zdala od ludzi to trochę za mało w moim odczuciu na legendę trwającą przez wieki, w dodatku większą od legendy samego diabła; szczególnie, że dzisiejsi ludzie też chyba jakoś bardzo o Babie Jadze nie pamiętają.

I jeszcze kwestia zła – czarownica, wierzy że jest zła, ale czy taka jest naprawdę? Nie robi nic złego. Piszesz, że próbuje uciec przed swoją naturą – ale na czym jej natura polega już nie. Oprócz końcowego morderstwa nie dajesz dowodód na jej zło. Tylko że tu się też zaczęłam zastanawiać, czy to nie było tak, że czarownica bardziej wierzyła w to, jaką ją widział diabeł niż w to kim rzeczywiście była. Więc to nie jest zarzut – tylko takie moje dumania na temat tego, co się dzieje, gdy przyjmujemy cudzą wizję nas samych ;-)

 

Czytało się dobrze :-)

"Encumbered forever by desire and ambition, there's a hunger still unsatisfied. Our weary eyes still stray to the horizon, though down this road we've been so many times " Pink Floyd

Dogsdumpling – ​dziękuję bardzo za przeczytanie i opinię. Jeśli chodzi o scenę w karczmie w związku, że była to przytoczona legenda, trochę przeze mnie przerobiona, może rzeczywiście wyszła zbyt sztampowo i być może masz rację, że za bardzo opieram tekst na wiedzy pozatekstowej… Cóż, może następnym razem będzie lepiej :)

Pozdrawiam serdecznie :)

być może masz rację, że za bardzo opieram tekst na wiedzy pozatekstowej…

A wiesz, ja bym po prostu chciała więcej dobrego, a tak miałam wrażenie, że część historii zatrzymałaś dla siebie ;-)

"Encumbered forever by desire and ambition, there's a hunger still unsatisfied. Our weary eyes still stray to the horizon, though down this road we've been so many times " Pink Floyd

Hmm… Pewnie masz rację, ale teraz już nie będę zmieniać :) Postaram się mieć to na uwadze w przyszłości…

Miłego wieczoru :)

Katiu, Twoje opowiadania już od jakiegoś czasu trzymają wysoki poziom i miło widzieć, że to się utrzymuje. Jednak nie mógłbym tutaj z czystym sumieniem dać TAK-a. 

Piszesz bardzo dobrze, ale wciąż zdarzają się jakieś zdania z dziwnym szykiem, które byś wychwyciła, gdyby tekst dłużej odleżał. Przyznaj – ile dałaś mu odpocząć przed publikacją? ;) Jest więc ładnie, ale ta sama uwaga, co zawsze: mogłoby być lepiej. 

Pod kątem konkursowym jest bardzo fajnie. Świetny motyw: zapomnienie to śmierć legendy. Z opowiadań, które dotychczas czytałem, mało kto się wgłębiał w istotę legend. Użyłaś znanych legend, by stworzyć własną historię. Ale pod kątem piórkowym historia ta wydaje mi się nie dość własna… i zbyt prosta. 

Podoba mi się pierwsza część, Jaga jako zwyczajna staruszka. Mniej podoba mi się część dalsza, gdy wprowadzasz diabła. Najmniej podoba mi się końcowa scena morderstwa, zbyt łatwe rozwiązanie. 

Komentarz wyszedł mi nieco chaotyczny, co może oddaje to, że się wahałem. 

Fun, dziękuję bardzo za opinię i cóż, chyba mogę jedynie napisać, że sama raczej nie oczekiwałam, że co miesiąc będę dostawać piórka :) Jednakże już sama nominacja jest bardzo miła. Chyba rzeczywiście “Uciekające barwy”​ lepiej dopracowałam :)

Pozdrawiam serdecznie.

Przyznam, że czytało się dobrze, ale jednak czegoś mi tutaj zabrakło. Może tej plastyczności, jak w Uciekających barwach. Same przemyślenia na temat natury zła wyszły jak dla mnie zbyt oczywiste i trochę takie moralizatorskie. Za to spodobało mi się połączenie motywów Baby Jagi i legendarnych diabłów. Także tekst jest dobry, ale poprzedni spodobał mi się bardziej. :)

„Często słyszymy, że matematyka sprowadza się głównie do «dowodzenia twierdzeń». Czy praca pisarza sprowadza się głównie do «pisania zdań»?” Gian-Carlo Rota

SzyszkowyDziadku – ​dziękuję za wizytę i komentarz. Cóż chyba muszę sama przyznać, że obserwuję u siebie spadek formy i może przyda mi się jakiś urlop w pisaniu :)

Pozdrawiam serdecznie.

I ja, Katiu, pomarudzę ;(

Bo mam w przypadku tego opowiadania wrażenie pewnej chaotyczności, braku spójności tak pomysłu, jak i wykonania, nawrzucania zbyt wielu rzeczy, ale bez ich dogrania do końca. Najbardziej podobał mi się rozdział pierwszy, nie tylko ze względu na bardzo klimatyczną warstwę obyczajową, ale i fajny pomysł prawie nieśmiertelnej czarownicy, która próbuje dać się zapomnieć i w ten sposób zakończyć swoją egzystencję. Rozdział drugi z pojawieniem się Manteufla i retrospektywą wprowadza inny, ludowy klimat i tak naprawdę przerywa tamte rozważania, na które zdążyłem sobie narobić smaku. Faktycznie, pomysł ukarania kapryśnej dziewczyny jest znany z podań, ale to zupełnie inny rodzaj opowieści niż ta, którą wcześniej budowałaś. Jagnie z tego rozdziału brakuje psychologii, motywacji, jakiegoś oryginalnego rysu – to papierowa postać z opowieści-pogróżek odrzuconych kawalerów. I znowu – byłby to jakiś pomysł: bohaterka zaczyna jako figura z folkloru, a z czasem emancypuje się do dojrzałej, świadomej i zgorzkniałej kobiety. Ale to inny temat, wart pokazania we własnym, osobnym opowiadaniu. I rozdział trzeci, obiecujący powrót do tematyki pierwszego, przerwany słabo napisaną sceną morderstwa (w moim odczuciu niewiarygodne zachowanie młodego złodzieja, bardzo pospiesznie i bez pogłębienia pokazana reakcja Jagny). Sama końcówka znowu dobra, ale właśnie przez ten brak podbudowy taka trochę doklejona.

I znowu zapytam: jak długo pisałaś to opowiadanie? ;)

Cobold, dwa dni, oczywiście nie bez przerwy… Ale też nie mierzyłam w piórko, po prostu miałam ochotę napisać… Dzięki za przeczytanie i cóż, pozostanie mi jedynie zgodzić się z uwagami…

Miłej nocy :)

Jak ja dawno nie czytałam Twoich tekstów, Katiu, a jeszcze Ciebie pamiętam z okresu bardzo płodnego w teksty maści wszelkiej :)

Jak to u Ciebie, świetnie obudowane emocjonalnie, dało się wczuć w starość głównej bohaterki. Scena w karczmie – niby sztampowa, ale bardzo mi się spodobał motyw, że tańcowała sobie z tyloma diabłami, a wybrała tego jednego. Od początku było wiadomo, że historia Jagi nie może się skończyć się szczęśliwie, ale wzbudziłaś u mnie takie odczucia w niektórych partiach tekstu, że miałam nadzieję na zwycięstwo dobra. A tu klops ;)

Deirdriu, bardzo miło, że zajrzałaś, ostatnio trochę bardziej staram się skoncentrować na warsztacie niż tematach kontrowersyjnych :) I oczywiście cieszę, ze tekst Ci się spodobał.

Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia :)

Wracam z komentarzem piórkowym.

Skoro nominowałem, to muszę być na TAK :) Urzekło mnie ukazanie losów Baby Jagi w wielkim mieście, pokazanie jej przegranej walki z własnym, wewnętrznym “ja”. Jak zawsze potrafisz prowadzić narrację i pokazywać osobiste uczucia w bardzo satysfakcjonującym stylu. Stąd i nominacja i głos :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

NoWhereMan, dziekuje bardzo zarowno za taka, jak i nominacje. Nawet przy braku piorka nominacja bardzo cieszy, wiec jest mi bardzo milo, ze opowiadanie sie spodobalo. Pozdrawiam serdecznie i zycze milego wieczoru :)

Przybywam i ja, Twoja zmora.

 

Sympatyczny ten tekst. Zasadniczo tyle, aż tyle i tylko tyle mogę o nim powiedzieć, przynajmniej jeśli chodzi o pierwsze wrażenie.

Napisany jest naprawdę dobrze, choć kilka przecinków jeszcze się zawieruszyło – niemniej widzę progres, a to cieszy, oj cieszy – a przy tym, jak zwykle u Ciebie, znalazło się kilka perełek, które już same w sobie były wartością dodaną, dla której opłaciło się przeczytać to opowiadanie.

Sama opowieść jednak mnie nie przekonała, a przy tym i nie ruszyła za bardzo. Znaczy pomysł na Baba Jagę uwięzioną w swej nieśmiertelności i szukającą ratunku w zapomnieniu odnajduję jako całkiem ciekawy, lecz wiara w to, że przez samo zejście z widoku Jagna zdoła sprawić, iż jej postać wyparuje z ludzkiej pamięci, mitów, legend i Wikipedii, jest po prostu zbyt naiwna, by dało się ją przełknąć bez grymaszenia.

Wyjście z założenia, że Baba Jaga kierowała się logiką spod znaku: “No cóż, spróbować nie zaszkodzi”, trochę pomaga, ale – przynajmniej w moim wypadku – niedostatecznie.

Niby nie jest to jakiś wielki zonk, który dyskwalifikowałby to opowiadanie zupełnie, jednak, w zestawieniu z pozostałymi mankamentami – raczej drobnymi, ale jednak – opowiadanie wypada po prostu przyzwoicie i, że się powtórzę: sympatycznie. Ale nic ponadto.

Mankamenty, o których mówię – subiektywnie, rzecz jasna – to przede wszystkim liniowość i przewidywalność fabuły (ten kolo na końcu trochę na doczepkę; ot przyśpieszył tylko to, co i tak było nieuniknione), trochę dłużyzn (głównie wspomnienia z młodości Jagi) i osobiście męcząca mnie maniera narracyjna.

Punkt pierwszy tej wyliczanki można zasadniczo pominąć, bo co miało zostać powiedziane, już żem powiedział. Dodam tylko, że ten fałszywy gazownik, generalnie był jednak w punkt, bo i scena wyszła fajnie, i gość przekonująco wypadł, i moment był już odpowiedni, by pójść dalej, oszczędzając czytelnikowi niepotrzebnego przeciągania.

Z tymi dłużyznami natomiast i męczącą mnie manierą narracyjną, chodzi o to, że nie lubię, kiedy autor wplata w tekst niektóre fragmenty wręcz na siłę, bo po prostu one “muszą być”, przez co całość wypada zupełnie nienaturalnie.

Maleńki przedpokój, podłoga wyłożona tanim linoleum imitującym ozdobne płytki, wieszaki, półka na buty i lustro… Podeszłam bardzo blisko, żeby przyjrzeć się odbiciu, po chwili mocno tego żałując. Ależ ja byłam brzydka. Wychudzona twarz, długi, zakrzywiony nos, wielka brodawka na prawym policzku, zmarszczki głębsze od wulkanicznych kraterów. I te oczy, przede wszystkim zmęczone, bardziej smutne niż złe, chore, umęczone jaskrą.

Tu mamy ładny przykład tego, o czym mówię. Jest oczywiście opcja, że się mylę – w końcu co ja mogę wiedzieć o kobietach? – ale wydaje mi się, że jeśli Jagna żyła przez sześćdziesiąt żywotów, to zdążyła przyjrzeć się swojemu odbiciu i oswoić z nim już więcej niż dostatecznie dobrze, by nie mieć żadnego powodu robić to po raz kolejny. Żadnego, prócz jednego: pokazania tego odbicia czytelnikowi. Taki komunikat puszczony w świat: “Patrzcie, to ja, Baba Jaga, i jestem paskudna!”.

Pytanie tylko, po co, skoro później wielokrotnie zostało to powiedziane wprost. Podkreślanie brzydoty bohaterki też było, można rzec, cykliczne.

Podobnych fragmentów, zbędnych z punktu widzenia fabuły, ale mających wprowadzić czytelnika w pewne niuanse historii, było więcej. I to mnie właśnie męczyło; zamiast obrywania mięsem prosto w twarz, wolałbym coś bardziej subtelnego, mniej nachalnego, zgrabniej wplecionego w treść.

 

Krótko: Jak to u Ciebie, jest dobrze, fajnie i przyjemnie, ale wciąż brakuje mi czegoś więcej; przytupu i yebnięcia.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Nad tym tekstem stosunkowo długo się zastanawiałam. Ale w końcu postanowiłam rozstrzygnąć wątpliwości na korzyść oskarżonej. ;-)

Spodobała mi się walka z własnymi ograniczeniami. I że diabeł nie pomaga. Od tego w końcu jest.

Byłam na TAK, znaczy.

Babska logika rządzi!

Cieniu, to nie Ty jesteś moją zmorą, tylko ja Twoją :) Tak czy inaczej bardzo Ci dziękuję za przeczytanie i wnikliwy komentarz. Szczególnie uwagi o wpychaniu informacji na siłę. Wezmę je sobie do serca.

 

Finkla – ​bardzo dziękuję za taka :) Cieszę się, że tekst się spodobał.

 

Pozdrawiam serdecznie i miłego dnia :)

 

Proszę, Katiu, bynajmniej nie zmoro.

Tylko pamiętaj, że jam jeno cień marny i w swej marności omylny. Ale myślę, że jeśli trochę poeksperymentujesz, to nic złego się nie stanie.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Czasem ze mnie niestety prawdziwa zmora :) ale tak na serio to sobie porządnie Twój komentarz przeanalizowałam i postaram się w przyszłości uważać na tego typu błędy. Niestety mam wrażenie, że z każdym tekstem wpadam w inne pułapki, ale tak już chyba jest… I jak na razie się nie poddaję, bo pisanie tak czy inaczej bardzo mnie cieszy :)

I tego się trzymaj. Reszta przyjdzie sama.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Ile już było opowieści o pakcie z diabłem? No one knows. A co to opowiadanie wnosi do gatunku? No one knows. 

Jakoś nie chwyciła mnie lekko obyczajowa, spokojna, powolna historyjka o Babie Jadze. Niewiele się tu dzieje, a zbyt duża cześć tekstu to retrospekcja. Opowieść nie zrobiła wrażenia i niczym nie zaskoczyła.

Piszesz świetnie i bardzo lubię Twoje opowiadania, ale zazwyczaj jest w nich więcej akcji i fajerwerków. Nie tym razem.

Pozdrawiam!

"Ten świat ma dzikość w sercu i szaleństwo na twarzy" - "Dzikość serca"

Pietrek, dziękuję za przeczytanie i komentarz. Opowiadanie rzeczywiście wyszło jakieś takie spowolnione :(

Nowa Fantastyka