- Opowiadanie: master-of-orion - Nadzorca

Nadzorca

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Nadzorca

 

Numer je­de­na­ście przy­gry­za kłyk­cie i ner­wo­wo bębni o blat. Kla­wi­sze wci­ska z nie­chę­cią, jak gdyby ob­le­pia­ła je ohyd­na maź.

Numer dzie­więć wbija wzrok w ekra­ny. Pra­wie wcale nie mruga i od ponad go­dzi­ny nawet nie drgnę­ła.

Numer czte­ry ma­su­je wiot­ki czło­nek, usi­łu­jąc do­pro­wa­dzić się do jesz­cze jed­ne­go or­ga­zmu. Nie prze­sta­je łkać.

Numer osiem­na­ście po­ru­sza bez­gło­śnie usta­mi, sku­lo­ny w kącie celi.

Tak, celi. Przy­naj­mniej ja tak to widzę, że obiek­ty znaj­du­ją się w ce­lach. Za­sta­na­wiam się, jak oni w swo­jej we­wnętrz­nej nar­ra­cji na­zy­wa­ją te prze­strze­nie ogra­ni­czo­ne gra­fi­to­wy­mi ścia­na­mi z dziw­ne­go two­rzy­wa, które daje się ugnia­tać jak gąbka, ale ziębi skórę jak metal. Jak okre­śla­ją tych dwa­dzie­ścia me­trów sze­ścien­nych nie­wo­li. Dy­żur­ka? Ste­row­nia? Może dum­nie – cen­trum do­wo­dze­nia? A może bar­dziej neu­tral­nie – sala albo pokój?

Ja swoją prze­strzeń na­zy­wam po pro­stu celą.

Każdą celę wy­po­sa­żo­no w same naj­po­trzeb­niej­sze rze­czy. Parę mebli: biur­ko z kla­wia­tu­rą, nie­wy­god­ne krze­sło, mier­na imi­ta­cja łóżka. Naj­wy­raź­niej Tamci wy­obra­ża­ją sobie ludz­kie łóżko jako sztyw­ną deskę przy­kry­tą czymś w ro­dza­ju bia­łe­go worka na śmie­ci. Do tego do­zow­nik z wodą – nie­po­ko­ją­co po­dob­ny do po­ideł­ka dla gry­zo­ni – i drugi z papką żyw­no­ścio­wą. Obu­dzi­łem się w tej nie­przy­jem­nej po­ście­li, mokry od potu, co naj­mniej czter­dzie­ści razy i jak dotąd nie wy­pa­dły mi zęby, dzią­sła mi nie krwa­wią ani nie łapią mnie skur­cze, więc wi­docz­nie kar­mią nas nie­źle. Nie zdzi­wił­bym się, gdyby papka sta­no­wi­ła ide­al­ną mie­szan­kę mikro– i ma­kro­ele­men­tów nie­zbęd­nych dla zdro­wia isto­ty ludz­kiej. Nic, tylko opa­ko­wać w ko­lo­ro­wą folię i sprze­da­wać jako karmę dla Homo sa­piens.

Nie za­po­mnia­łem o czymś? Ach, tak, oczy­wi­ście. Nad biur­kiem wiszą jesz­cze ekra­ny. Znie­na­wi­dzo­ne i bło­go­sła­wio­ne, da­ją­ce w po­dob­nych pro­por­cjach roz­pacz i wy­tchnie­nie od sza­ro­ści ścian. Czło­wiek nie­raz chciał­by je roz­bić – a cza­sem i pró­bu­je, za­wsze bez­sku­tecz­nie – by potem, po kilku nie­okre­ślo­nych mi­nu­to-kwa­dran­so-go­dzi­nach dzię­ko­wać Tam­tym, że w swo­jej nie­zmie­rzo­nej do­bro­ci umie­ści­li je w celi.

A więc budzę się po raz czter­dzie­sty pierw­szy… mniej wię­cej. Trud­no nie stra­cić ra­chu­by, a jesz­cze trud­niej zgad­nąć, ile czasu mi­nę­ło od za­śnię­cia i czy czło­wiek w ogóle spał. Może tylko za­mkną­łem na chwi­lę oczy? Sam nie wiem, mój zegar bio­lo­gicz­ny z pew­no­ścią roz­stro­ił się kom­plet­nie, try­bi­ki zgrzy­ta­ją i za­ci­na­ją się, czuję to w pier­si jako nie­re­gu­lar­ne pul­so­wa­nie. Znowu boli mnie głowa i ko­ła­cze mi serce. Kanał Di­sco­ve­ry na­uczył mnie wielu nie­przy­dat­nych rze­czy – jak się robi smycz­ki, czym żywią się re­ki­ny wie­lo­ry­bie i co się sta­nie, jeśli za­mon­tu­je­my sil­ni­ki ra­kie­to­we w for­dzie mu­stan­gu – ale dzię­ki niemu wiem, że lu­dzie ży­ją­cy w izo­la­cji oraz bez do­stę­pu do ze­ga­rów i świa­tła sło­necz­ne­go kom­plet­nie tracą po­czu­cie czasu. Sy­pia­ją krót­ko i czę­sto, przez co sporo prze­sza­co­wu­ją, ile czasu upły­nę­ło. A więc za­łóż­my ostroż­nie, że mi­nę­ły trzy ty­go­dnie. W sam raz, by wy­kształ­cić sobie nawyk.

To się chyba zga­dza, bo mam już swój po­ran­ny ry­tu­ał.

Na po­czą­tek parę łyków z do­zow­ni­ka. Potem płu­czę twarz, woda spły­wa do krat­ki. Jest czy­sta i świe­ża. Trze­ba być wdzięcz­nym za małe rze­czy. Przy­po­mi­na mi się mój przy­ja­ciel z dzie­ciń­stwa, dłu­go­wło­sa świn­ka mor­ska imie­niem Tu­pe­cik. Cza­sem przez ty­dzień nie zmie­nia­łem wody w po­ideł­ku, więc mój pupil mu­siał pić wstręt­ną, zie­lon­ka­wą ciecz.

Naj­wy­raź­niej Tamci po­tra­fią za­dbać o swo­ich pod­opiecz­nych le­piej niż pię­cio­let­nie dziec­ko. To do­brze, bio­rąc pod uwagę oko­licz­no­ści przed­wcze­snej śmier­ci Tu­pe­ci­ka.

Teraz trze­ba się za­ła­twić. Pró­bu­ję, cho­ciaż za bar­dzo mi się nie chce. Pę­cherz mam pra­wie pusty – czyli pew­nie krót­ko spa­łem, nie­ste­ty – więc z le­ni­stwa sikam do krat­ki pod do­zow­ni­kiem wody. Do­sta­je­my też za­my­ka­ne po­jem­ni­ki na nie­czy­sto­ści. Są z bia­łe­go two­rzy­wa i przy­po­mi­na­ją kar­to­no­we pu­deł­ka na pizzę. Po za­ła­twie­niu spra­wy na­le­ży taki basen za­mknąć i wsu­nąć w otwór w ścia­nie, a wtedy z otwo­ru po prze­ciw­nej stro­nie wy­su­nie się ko­lej­ny, czy­sty. Tego aku­rat nie do­wie­dzia­łem się z Di­sco­ve­ry, tylko z na­dru­ko­wa­nej na ścia­nie in­struk­cji, która spra­wia wra­że­nie, jakby ktoś prze­tłu­ma­czył ją na dwa­dzie­ścia sie­dem ję­zy­ków za po­mo­cą Go­ogle Trans­la­te. Jeśli ist­nie­je jakiś bóg, to wie, ile razy czy­ta­łem te ko­śla­we po­le­ce­nia, żeby zająć umysł… czym­kol­wiek.

Myję ręce. Bez mydła, bo o tym nie po­my­śle­li. Czas na śnia­da­nie. Ape­tyt stra­ci­łem dawno temu, ale tro­chę mnie ssie, więc niech bę­dzie. Przy­trzy­mu­ję przy­cisk, a do­zow­nik wy­ci­ska z sie­bie tro­chę sza­ro­zie­lo­nej pasty. Karma pra­wie nie ma smaku, jest jak zmie­lo­na tek­tu­ra z do­dat­kiem zie­le­ni­ny. Wa­rzyw­ne nuty ko­ja­rzą mi się z se­le­ro­wo-bro­ku­ło­wym smo­othie, które ro­bi­ła moja na­rze­czo­na. Wy­czu­wam też po­smak pre­pa­ra­tu biał­ko­we­go. Ale ze mnie ko­ne­ser. Tyle że jem rę­ka­mi, bo niby jak ina­czej?

Na ko­niec znów myję dło­nie i prze­płu­ku­ję usta. Świet­nie, po­ran­ny ry­tu­ał za­koń­czo­ny. Teraz muszę tylko znów zna­leźć sobie za­ję­cie na ko­lej­nych kil­ka­na­ście go­dzin. Do wy­bo­ru jest: fan­ta­zjo­wa­nie o innym miej­scu, re­cy­to­wa­nie na wpół za­po­mnia­nych wier­szy, ma­stur­ba­cja, śpiew, ćwi­cze­nia fi­zycz­ne. No i oczy­wi­ście praca przy biur­ku, przed tymi prze­klę­ty­mi ekra­na­mi. Kilka prze­bu­dzeń temu obie­ca­łem sobie, że już nie tknę kla­wia­tu­ry, ale per­spek­ty­wa wie­lo­go­dzin­nej mor­dę­gi czu­wa­nia wisi nade mną groź­nie, a czas roz­cią­ga się szyb­ciej niż daje radę upły­wać. Jest go coraz wię­cej i wię­cej.

Niech tam. Pod­da­ję się. I tak nic nie ma zna­cze­nia. Nie tutaj.

Od­pa­lam in­ter­fejs – jego dzia­ła­nie ob­ja­śniał inny ze­staw po­le­ceń, tym razem na ścia­nie przy biur­ku. Mam ob­ser­wo­wać dwa­dzie­ścia czte­ry obiek­ty, dwa tu­zi­ny ludzi ta­kich jak ja, ale peł­nią­cych inną funk­cję. Ludzi, któ­rych zmie­nio­no w bogów i nie­wol­ni­ków w jed­nej oso­bie.

A kim ja je­stem? Szpic­lem? Nad­zor­cą? Straż­ni­kiem? Czy mnie też ktoś ob­ser­wu­je?

Prze­łą­czam się mię­dzy ka­me­ra­mi.

Numer jeden śpi.

Numer dwa za­ła­twia się do pu­deł­ka.

Numer trzy robi pomp­ki.

Numer czte­ry stoi po­środ­ku celi i po­dry­gu­je ryt­micz­nie… Tań­czy? Ćwi­czy? Prze­ży­wa za­ła­ma­nie ner­wo­we? Nic mnie już nie zdzi­wi.

Numer pięć stuka w kla­wi­sze z po­nu­rym za­cię­ciem dziec­ka przy­cup­nię­te­go z lupą nad mro­wi­skiem. Jemu naj­wy­raź­niej po­do­ba się wła­dza, którą Tamci na siłę wci­snę­li obiek­tom do rąk. Od po­cząt­ku po­dej­rze­wa­łem go o psy­cho­pa­tię. Nawet nie chcę wie­dzieć, co on tam robi.

Dalej, dalej, dalej.

Numer osiem, numer dzie­więć…

O cho­le­ra! Nie ma dzie­wiąt­ki! Numer dzie­więć ucie­kła, a ja to prze­spa­łem!

Jak jej się to udało? Ob­ra­cam ka­me­rę. Ścia­na na prawo od do­zow­ni­ków jest czę­ścio­wo ob­dar­ta z sza­re­go two­rzy­wa, pod któ­rym kryło się coś, co wy­glą­da na szyb wen­ty­la­cyj­ny. Na pod­ło­dze, wśród strzę­pów pian­ki, leży po­gię­te pu­deł­ko na nie­czy­sto­ści i wy­ła­ma­na po­kry­wa otwo­ru, który wcią­ga zu­ży­te po­jem­ni­ki jak ma­gne­to­wid ka­se­ty VHS. To od tego miej­sca Dzie­wiąt­ka mu­sia­ła za­cząć zdzie­ra­nie two­rzy­wa. Chyba pod­wa­ży­ła jego kra­wędź pu­deł­kiem.

Spo­glą­dam przez ramię na ten sam otwór we wła­snej celi.

Pa­trzę na niego przez chwi­lę.

Wsta­ję, pod­cho­dzę i spraw­dzam pal­cem. Klap­ka chowa się gład­ko, od­sła­nia­jąc pła­ski, ciem­ny tunel. Pod prze­ciw­le­głą ścia­ną leży nie­uży­wa­ny po­jem­nik na od­cho­dy.

Myślę bar­dzo długo.

To dziw­ne, bo prze­cież po­wi­nie­nem na­tych­miast rzu­cić się do uciecz­ki, praw­da? A jed­nak per­spek­ty­wa opusz­cze­nia celi wy­da­je mi się ab­so­lut­nie nie­re­al­na. Zresz­tą nawet gdy­bym się wy­do­stał, to co dalej? Dzie­wiąt­ka wi­dzia­ła tylko jedną dwu­dzie­stą czwar­tą tego, co ja. Jeśli wie­rzyć ka­me­rom, to coś, w czym się znaj­du­je­my – czym­kol­wiek jest – ma mon­stru­al­ne roz­mia­ry. Prze­cho­dzą mnie ciar­ki. Oglą­dam się na ekra­ny, jak gdyby szu­ka­jąc w nich po­cie­chy…

…i moją uwagę przy­ku­wa mi­ga­ją­ca ikona, któ­rej jesz­cze nie wi­dzia­łem. Wzdy­cham i od­cho­dzę od otwo­ru. Nie uciek­nie. Kli­kam nową ikonę.

Ekran z ozna­cze­niem „9(!)” po­ka­zu­je Dzie­wiąt­kę prze­ci­ska­ją­cą się na czwo­ra­kach prze­wo­dem wen­ty­la­cyj­nym. Ka­me­ra sunie tyłem, po­ka­zu­jąc ko­bie­tę od przo­du – spo­co­ną twarz ob­le­pio­ną ru­dy­mi wło­sa­mi, za­cię­te spoj­rze­nie, po­ka­le­czo­ne dło­nie, po­licz­ki ubru­dzo­ne nie wia­do­mo czym.

Ka­me­ra. Coś mi tu nie pa­su­je. Na czym do­kład­nie jest umiesz­czo­na? Na dro­nie? Gdyby tak było, Dzie­wiąt­ka ra­czej by go za­uwa­ży­ła, chyba że jest na­praw­dę ma­leń­ki. W sumie, dla Tam­tych dron wiel­ko­ści musz­ki octów­ki to pew­nie pest­ka. A może to, co widzę, wcale nie jest wi­do­kiem z ka­me­ry, tylko wi­zu­ali­za­cją, CGI zmaj­stro­wa­nym na po­trze­by ludz­kich or­ga­nów wzro­ku? Może Tamci wy­kry­wa­ją jej obec­ność in­ny­mi me­to­da­mi, sen­so­ra­mi o ja­kich nam się nie śniło.

Albo może, tylko może… Dzie­wiąt­ka wcale nie ucie­kła. Może umar­ła – albo Tamci tro­chę jej w tym po­mo­gli. A potem sfin­go­wa­li uciecz­kę. Po co? Żeby spraw­dzić, czy i ja rzucę się do uciecz­ki? No jasne, prze­cież uciecz­ka szy­bem wen­ty­la­cyj­nym na ki­lo­metr za­la­tu­je fik­cją. Ale czy Tamci są bie­gli w fil­mo­wych kli­szach? Z pew­no­ścią mu­sie­li ob­ser­wo­wać nas dość długo, skoro ro­zu­mie­ją naszą tech­no­lo­gię kom­pu­te­ro­wą, naszą fi­zjo­lo­gię i nasze ję­zy­ki, skoro naj­wy­raź­niej do­my­śla­ją się, co uzna­my za zna­jo­me i in­tu­icyj­ne. Ale czy choć tro­chę ro­zu­mie­ją nas sa­mych? Naszą psy­chi­kę?

Może wła­śnie o to tutaj cho­dzi. Może to jeden wiel­ki eks­pe­ry­ment psy­cho­lo­gicz­ny.

Stru­mień moich pa­ra­no­idal­nych myśli zmie­nia się w rwącą rzekę, a tym­cza­sem na ekra­nie Dzie­wiąt­ka bez wa­ha­nia mija ko­lej­ne roz­wi­dle­nia. Prawo, prawo i znowu prawo. Chyba sto­su­je naj­prost­szą stra­te­gię, jaką można za­sto­so­wać w la­bi­ryn­cie – cią­gle trzy­ma się jed­nej ze ścian. Sztucz­ka nie spraw­dza się w każ­dym la­bi­ryn­cie, ale i tak jej ki­bi­cu­ję. Nie­za­leż­nie od tego, czy to na­praw­dę ona.

Oglą­dam thril­ler, który może, choć nie musi, być praw­dą.

Głów­na bo­ha­ter­ka o imie­niu Dzie­wiąt­ka, twar­da babka koło czter­dziest­ki, brnie na­przód. Jest pra­wie jak Ri­pley, tyle że ruda. Zaraz na­ko­pie złym ufo­kom do dupy. Jesz­cze raz skrę­ca w prawo…

I spada. Za­ła­mu­je się pod nią su­fi­to­wa krat­ka wen­ty­la­cyj­na, a ka­me­ra daje nura w ślad za Dzie­wiąt­ką. Za­mie­ram, gdy do­cie­ra do mnie, gdzie się zna­la­zła.

W roz­le­głej hali pa­nu­je gęsty, cy­no­bro­wy pół­mrok. Po­mię­dzy dwoma rzę­da­mi ogro­dzo­nych kra­ta­mi za­gród bie­gnie sze­ro­ki ko­ry­tarz, na śro­dek któ­re­go spa­dła Dzie­wiąt­ka. Ko­bie­ta leży na me­ta­lo­wej po­sadz­ce po­kry­tej mo­czem, krwią i in­ny­mi wy­dzie­li­na­mi. Nie po­ru­sza się. Za kra­ta­mi po­ru­sza­ją się za to chude, brud­ne, po­dra­pa­ne syl­wet­ki. Lu­dzie-wid­ma. Wolno otrzą­sa­ją się z ma­ra­zmu i pod­czoł­gu­ją się do krat. Nie do­wie­rza­ją wła­snym oczom, tak samo jak ja. Wy­cią­ga­ją ko­ści­ste ręce i pró­bu­ją jej do­się­gnąć, choć­by mu­snąć ją po­ła­ma­ny­mi pa­znok­cia­mi. Dzie­wiąt­ka nadal leży bez czu­cia, a uno­szą­ca się przed jej twa­rzą ka­me­ra opada wolno na pod­ło­gę. Część kadru za­sła­nia nie­okre­ślo­ny zle­pek bru­nat­no­czer­wo­nej ma­te­rii or­ga­nicz­nej.

Nagle do­strze­gam nad­cią­ga­ją­cy ma­ni­pu­la­tor. Po kra­tow­ni­cy krzy­żu­ją­cych się na su­fi­cie pro­wad­nic sunie w kie­run­ku Dzie­wiąt­ki me­ta­lo­wa pia­sta na­je­żo­na ro­bo­tycz­ny­mi ra­mio­na­mi. Wiem, że w plą­ta­ni­nie me­cha­nicz­nych macek znaj­du­ją się chwy­ta­ki, strzy­kaw­ki, ostrza i wiele in­nych na­rzę­dzi, do­bro­czyn­nych i strasz­nych. Lu­dzie-wid­ma też mu­sie­li go zo­ba­czyć albo usły­szeć, bo zry­wa­ją się jak opa­rze­ni, wci­ska­ją się jeden pod dru­gie­go, kryją się w pa­ni­ce w ką­tach nie­za­da­szo­nych za­gród. Kiedy widzę ich re­ak­cję, ten pier­wot­ny lęk, z jakim trak­tu­ją ma­ni­pu­la­tor, przy­po­mi­na mi się Szpon z „Toy Story” i na­boż­na cześć, jaką za­baw­ki da­rzy­ły łapę au­to­ma­tu. To po­rów­na­nie by­ło­by śmiesz­ne, gdyby nie było prze­ra­ża­ją­ce. Bo Szpon na­praw­dę „de­cy­du­je, kto od­cho­dzi, a kto zo­sta­je”.

Każdy z dwu­dzie­stu czte­rech Szpo­nów z dwu­dzie­stu czte­rech od­dziel­nych pie­kieł.

Do czy­je­go tra­fi­ła Dzie­wiąt­ka? Na pewno nie do swo­je­go, bo ktoś musi ste­ro­wać Szpo­nem – chyba że Tamci po­sta­no­wi­li uka­rać ją za uciecz­kę odro­bi­ną bo­le­snej iro­nii.

Wciąż ze­zu­jąc na obraz z ka­me­ry „9(!)”, na dru­gim ekra­nie go­rącz­ko­wo prze­łą­czam się mię­dzy obiek­ta­mi. Ten nadal śpi, tam­ten sie­dzi i nic nie robi, ta sika, ten znowu się ma­stur­bu­je…

O nie. Numer pięć. Tylko nie numer pięć.

Facet sie­dzi z nosem przy samym ekra­nie. Jest wy­raź­nie pod­eks­cy­to­wa­ny. Cho­ler­ny psy­cho­pa­ta. Pod­czas gdy po­zo­sta­li prze­ży­wa­li kry­zys eg­zy­sten­cjo­nal­ny albo ostre za­ła­ma­nie ner­wo­we, ten prak­tycz­nie od po­cząt­ku świet­nie się bawił.

Prze­łą­czam się na ka­me­ry z pie­kła numer pięć. Nie­ste­ty, mia­łem rację, jest u niego. Widzę z kąta hali, jak ma­ni­pu­la­tor unosi nie­przy­tom­ną ko­bie­tę i prze­su­wa jej ko­ły­szą­ce się bez­wład­nie ciało raz nad jedną za­gro­dę, raz nad drugą, jak gdyby numer pięć nie mógł się zde­cy­do­wać. Aż za do­brze wiem, że fak­tycz­nie ma z czego wy­bie­rać. Każdą z za­gród zmie­nił w osob­ny eks­pe­ry­ment. W po­li­gon do­świad­czal­ny pełen nie­szczę­śni­ków wy­tre­so­wa­nych jak szczu­ry Skin­ne­ra za po­mo­cą bo­le­snych kar i spo­ra­dycz­nych na­gród. Ma za­gro­dę gwał­ci­cie­li, za­gro­dę ka­ni­ba­li i za­gro­dę „roz­ry­wa­czy na strzę­py w ciągu pięt­na­stu se­kund, bo potem razi ich prą­dem”.

W gło­wie mi się nie mie­ści, czemu Tamci jesz­cze nie usu­nę­li go ze sta­no­wi­ska. Po co mam ob­ser­wo­wać obiek­ty i skła­dać na ich temat coś w ro­dza­ju ra­por­tów, skoro Tamci nic sobie z tego nie robią? W swoim in­ter­fej­sie mam długą listę słów klu­czo­wych, które przy­pi­su­ję po­szcze­gól­nym nu­me­rom. Piąt­kę na­zwa­łem „złym”, „okrut­nym”, „nie­od­po­wied­nim”, a z braku laku nawet „brzyd­kim” i „nie­ape­tycz­nym”; okre­śli­łem go chyba każ­dym do­stęp­nym na li­ście przy­miot­ni­kiem o pe­jo­ra­tyw­nym wy­dźwię­ku, ale ab­so­lut­nie nic z tego nie wy­ni­kło. Wła­śnie ta fru­stra­cja ka­za­ła mi dać sobie spo­kój z ekra­na­mi.

Może moje za­da­nie nie po­le­ga wcale na kon­tro­lo­wa­niu i nad­zo­rze. Może wcale nie je­stem tak ważny, jak chciał­bym my­śleć. Może po pro­stu Tamci w ten spo­sób ba­da­ją, jak oce­nia­my de­cy­zje swo­ich po­bra­tym­ców?

Tym­cza­sem Dzie­wiąt­ka od­zy­sku­je przy­tom­ność i za­czy­na się sza­mo­tać. Numer pięć prze­krzy­wia głowę i uśmie­cha się. Uśmie­cha! Nie wi­dzia­łem tego wy­ra­zu twa­rzy od ty­go­dni. Szpon prze­su­wa się w prze­ciw­le­gły kąt hali, a ja czuję ścisk w żo­łąd­ku. Ko­bie­ta wisi teraz nad rurą wlo­to­wą uty­li­za­to­ra, trzy­ma­na przez szczyp­ce ma­ni­pu­la­to­ra. Tamci naj­wy­raź­niej nie darzą ciał zmar­łych szcze­gól­nym re­spek­tem, bo we­dług in­struk­cji wszel­ką ma­te­rię or­ga­nicz­ną, w tym zwło­ki, na­le­ży umiesz­czać tam w celu prze­ro­bie­nia na pastę żyw­no­ścio­wą.

Prze­łą­czam się na bliż­szą ka­me­rę. Ostrza uty­li­za­to­ra – o któ­rym trud­no mi w tej chwi­li my­śleć ina­czej niż o ma­szyn­ce do mięsa – roz­krę­ca­ją się. Numer pięć jest za­chwy­co­ny. Ma ją na wi­del­cu. Naj­do­bit­niej, jak tylko się dało, po­ka­zał jej już na dzień dobry, że w pie­kle numer pięć to on jest nie­po­dziel­nym wład­cą życia i śmier­ci. Teraz bę­dzie mu­sia­ła mu się pod­po­rząd­ko­wać.

Albo i nie.

Dzie­wiąt­ka – mam ocho­tę krzyk­nąć – co ty ro­bisz? Prze­stań się szar­pać, głu­pia! Nie wy­ry­waj się, wszę­dzie, tylko nie tu. Ale ona ro­zu­mie. Pa­trzy na ostrza, potem na za­gro­dy i znów na ostrza. Ona już pod­ję­ła de­cy­zję, a psy­cho­pa­ta przy kla­wia­tu­rze tego nie do­strzegł.

Dzie­wiąt­ka za­pie­ra się no­ga­mi o jedno z me­cha­nicz­nych ra­mion, a potem, zdzie­ra­jąc sobie skórę i mięso z barku, rzuca się w jamę uty­li­za­to­ra.

Za­mie­ram.

Numer pięć ude­rza pię­ścią w blat biur­ka. Nie­na­wi­dzi, kiedy coś idzie nie po jego myśli.

Za­my­kam oczy. W ciem­no­ści pod po­wie­ka­mi wciąż widzę, jak ma­szy­na mieli jej ciało.

To się nie stało na­praw­dę. Oczy­wi­ście. Prze­cież jesz­cze przed chwi­lą kwe­stio­no­wa­łem praw­dzi­wość ob­ra­zów z kamer. Czy wi­dzia­łem to na wła­sne oczy? Jasne, że nie. Oglą­da­łem film i dałem się wcią­gnąć. Efek­ty spe­cjal­ne, CGI, dym i lu­stra.

…praw­da?

Iden­tycz­ny dy­le­mat mu­sie­li też pew­nie mieć moi pod­opiecz­ni, obiek­ty. Oni też pew­nie nie do­wie­rza­li, że te isto­ty w za­gro­dach to na­praw­dę lu­dzie, a nie wir­tu­al­ne imi­ta­cje w nie­zwy­kle re­ali­stycz­nej sy­mu­la­cji. Mimo to z po­cząt­ku mało który ko­rzy­stał ze swo­jej wła­dzy. Nie do­ty­ka­li kon­tro­li tem­pe­ra­tu­ry ani skła­du mie­szan­ki po­wietrz­nej, świa­tła włą­cza­li i ga­si­li tak re­gu­lar­nie, jak tylko po­tra­fi­li, a ma­ni­pu­la­to­ra uży­wa­li wy­łącz­nie do roz­da­wa­nia żyw­no­ści. Ale je­dze­nia było mało, a stło­cze­ni lu­dzie ro­bi­li się agre­syw­ni. Trze­ba było użyć Szpo­na do roz­dzie­le­nia wal­czą­cych, do po­wstrzy­ma­nia kogoś od gwał­tu, do prze­sie­dle­nia wi­no­waj­ców do za­gro­dy dla nie­po­kor­nych. Trze­ba było tro­chę prze­gło­dzić nie­grzecz­nych, żeby dla tych grzecz­nych wy­star­czy­ło po­ży­wie­nia. Trze­ba było am­pu­to­wać do­tknię­tą zgo­rze­lą koń­czy­nę i kau­te­ry­zo­wać ranę. I w ten spo­sób każdy stop­nio­wo wcho­dził w wy­zna­czo­ną mu rolę.

Za­sta­na­wiam się, czy obec­nie tym moc­niej wie­rzą w praw­dzi­wość swo­ich pod­opiecz­nych, czy też prze­ciw­nie – z każ­dym prze­bu­dze­niem coraz trud­niej im do­strzec w nich ludzi.

Tym­cza­sem numer pięć prze­su­wa ma­ni­pu­la­tor po hali, raz tu, raz tam. Pa­ni­ka roz­cho­dzi się wśród lu­dzi-widm jak fale na wo­dzie. Nie chcę już pa­trzeć na niego ani na jego przy­gnę­bia­ją­cą do­me­nę. Prze­łą­czam ekran na numer dwa­dzie­ścia dwa, który śpi snem spra­wie­dli­we­go. Tak jakby niebo nigdy nie zmie­ni­ło ko­lo­ru, jakby z chmur nie chlu­snął kwas, a my nie stra­ci­li­śmy przy­tom­no­ści, by obu­dzić się w me­ta­lo­wym, wie­lo­po­zio­mo­wym pie­kle.

Też bym tak chciał. Nie­ste­ty, wąt­pli­wo­ści nie dają mi spo­ko­ju. Mój umysł ucze­pił się hi­po­te­zy o kłam­li­wo­ści ekra­nów i nie­zmor­do­wa­nie two­rzy ko­lej­ne sce­na­riu­sze, ko­lej­ne wer­sje rze­czy­wi­sto­ści.

Muszę od­po­wie­dzieć sobie na py­ta­nie: co jest bar­dziej praw­do­po­dob­ne?

Że Dzie­wiąt­ka prze­chy­trzy­ła Tam­tych, do­strze­ga­jąc lukę w za­bez­pie­cze­niach, którą prze­oczy­li przed­sta­wi­cie­le bar­dziej za­awan­so­wa­nej tech­nicz­nie cy­wi­li­za­cji?

Że Tamci za­pro­jek­to­wa­li cele i prze­wo­dy wen­ty­la­cyj­ne w taki spo­sób, aby łatwo było uciec, a potem wpaść do któ­re­goś z pie­kieł?

Że dwa­dzie­ścia czte­ry pie­kła w ogóle nie ist­nie­ją, po­nu­me­ro­wa­ni lu­dzie grają w okrut­ną sy­mu­la­cję, a uciecz­ka Dzie­wiąt­ki zo­sta­ła sfin­go­wa­na przez Tam­tych?

Czy że wszyst­ko, co w ostat­nich ty­go­dniach zo­ba­czy­łem na ekra­nach, było kłam­stwem i ani obiek­ty, ani miesz­kań­cy pie­kieł nie ist­nie­ją, a ja jako je­dy­ny sie­dzę w sza­rej izo­lat­ce i od­cho­dzę od zmy­słów?

Bar­dzo po­wo­li wsta­ję od biur­ka; ciało ledwo mnie słu­cha. Na sztyw­nych, jakby nie swo­ich no­gach pod­cho­dzę do otwo­ru na zu­ży­te po­jem­ni­ki.

Na­ci­skam klap­kę. Za­glą­dam w ciem­ny tunel. Pusz­czam klap­kę.

Sia­dam na łóżku i wbi­jam wzrok w otwór.

Pa­trzę na niego bar­dzo, bar­dzo długo.

 

Koniec

Komentarze

Bar­dzo mi się po­do­ba­ło;) Faj­nie na­pi­sa­ne, barw­nie, wcią­ga­ją­co – ale skoro była pu­bli­ka­cja, to chyba nie ma co sie roz­wo­dzić nad warsz­ta­tem :P Dzię­ki za to pa­rę­na­ście minut przy­jem­nej lek­tu­ry:) Po­zdra­wiam

Li­va­rel, dzię­ki za opi­nię, miło, że Ci się po­do­ba­ło :)

Gra­tu­lu­ję pu­bli­ka­cji. Mi też się bar­dzo spodo­ba­ło. Udało Ci się świet­nie wy­kre­ować at­mos­fe­rę mroku, stra­chu, nie­pew­no­ści, ta­jem­ni­cy… Przy­po­mniał mi się “Cube”​, cho­ciaż Twoje opo­wia­da­nie jest oczy­wi­ście o czymś innym.

Na­pi­sa­ne płyn­nie, pla­stycz­nie, nie za­uwa­ży­łam żad­nych uste­rek. Dzię­ku­ję za bar­dzo dobrą lek­tu­rę. Prze­czy­ta­łam z przy­jem­no­ścią. Kli­kam :)

Ka­tia­72, dzię­ki! Sko­ja­rze­nie z “Cube” chyba fak­tycz­nie jest tra­fio­ne. Cóż, cza­sem czło­wiek pisze i pisze, męczy się nie wia­do­mo jak długi, a i tak wy­cho­dzi z tego gniot, a kiedy in­dziej kilka puz­zli w gło­wie do­pa­su­je się do sie­bie i opo­wia­da­nie prak­tycz­nie samo się na­pi­sze :D “Nad­zor­ca” był jeden z tych przy­pad­ków, za co dzię­ku­ję siłom rzą­dzą­cym wszech­świa­tem ;)

At­mos­fe­ra psy­cho grozy jest, bez­sprzecz­nie. Wła­ści­wie nie mam uwag, oczy­wi­ście można sobie po­dy­sku­to­wać, jak lu­dzie za­cho­wy­wa­li by się w ta­kiej sy­tu­acji, czy Twoje po­my­sły i wizje brzmią re­al­nie, ale kto to może tak na­praw­dę wie­dzieć?

Tro­chę przy­cze­pię się do typa numer pięć, który wy­raź­nie ma więk­sze pole ma­new­ru, ma rze­czy­wi­sty wpływ na in­nych, czego nie można po­wie­dzieć o po­zo­sta­łych. Dla­cze­go on i tylko on? Lubię we wszyst­kim lo­gicz­ne po­wią­za­nia, tu nie widzę ich zbyt wy­raź­nie, ale opo­wia­da­nie jest z tych mocno su­ge­styw­nych.

Po­zdra­wiam.

Dzię­ki, Dar­con. Hmm co kon­kret­nie za­su­ge­ro­wa­ło Ci, że że obiekt numer pięć ma więk­sze pole do ma­new­ru? Tzn. pew­nie cze­goś nie wy­ja­śni­łem albo wpro­wa­dzi­łem czy­tel­ni­ka w błąd, ale mam wra­że­nie, że na­pi­sa­łem, że każdy z nich ma do dys­po­zy­cji halę, szpon i parę usta­wień (świa­tła, mie­szan­ka po­wietrz­na itp). Typ nr 5 po pro­stu ma mniej­sze opory przed wy­ko­rzy­sta­niem peł­ne­go po­ten­cja­łu tych na­rzę­dzi – sen­sie, że nor­mal­ny czło­wiek, wi­dząc za­cho­wa­nie pod­opiecz­nych, które mu się nie po­do­ba, dla po­stra­chu po­ma­cha groź­nie szpo­nem, a psy­cho­pa­ta się nie bę­dzie szczy­pał i ode­rwie wi­no­waj­cy (albo “wi­no­waj­cy”) ręce.

Ja zro­zu­mia­łem jesz­cze ina­czej – że jeden z nich ma szpon, inny za­wia­du­je świa­tłem, inny tle­nem itd. Skoro wszy­scy ob­słu­gu­ją wszyst­ko to czy nie wcho­dzą sobie tro­chę w drogę?

Opo­wia­dan­ko wcią­ga, czyta się w na­pię­ciu. Przez chwi­lę my­śla­łem, że może dzie­wiąt­ka ucze­pi się tego szpo­na i nie spad­nie :)

 

Teraz, gdy na­pi­sa­łeś wy­ja­śnie­nie, rze­czy­wi­ście widzę w tek­ście taką in­for­ma­cję. Teo­re­tycz­nie wszyst­ko jest jasne, ale Rogas też wi­dział to tro­chę ina­czej. Czy­tel­nik wie tyle o świe­cie, ile na­pi­szesz. Dla­te­go zro­bię małą ana­li­zę, po­ka­zu­jąc opo­wia­da­nie od stro­ny czy­tel­ni­ka.

Na po­cząt­ku do­wia­du­je­my się, że jest ileś cel i część z “więź­niów”, ma do­stęp do kom­pu­te­ra. Póź­niej po­ja­wia się “nie­szczę­sny” mo­no­log bo­ha­te­ra. Nie­szczę­sny dla­te­go, że wy­bi­ja czy­tel­ni­ka z rytmu, co tak na­praw­dę się dzie­je w Twoim świe­cie, bo przez kawał tek­stu nie do­wia­du­je­my nic wię­cej, oprócz pro­ble­mów i za­cho­wań głów­ne­go bo­ha­te­ra i tego, co robi w celi. Czyli co wiemy? To, co w pierw­szym zda­niu tego aka­pi­tu.

Dalej jest in­for­ma­cja o dwu­dzie­stu czte­rech ce­lach i za­da­niu bo­ha­te­ra – ob­ser­wa­cja resz­ty osób w ce­lach. Czy jest info, że ma on do­stęp do ja­kieś hali i szpo­nu, czy też ma­ni­pu­la­to­ra? W ogóle do cze­go­kol­wiek, oprócz ob­ser­wa­cji? Nie. Ow­szem, jest mgli­ste zda­nie o bo­gach i nie­wol­ni­kach, które na tym eta­pie nie­wie­le mówi. Z in­nych więź­niów tylko piąt­ka sie­dzi przy kom­pie, a inni robią coś in­ne­go. Czy mają do­stęp do kom­pu­te­rów, nie­ko­niecz­nie. Ktoś tam ma, to wy­ni­ka z pierw­szych zdań opo­wia­da­nia.

Póź­niej mamy “walkę” dzie­wiąt­ki z piąt­ką za po­mo­cą szpo­na. Za­uwa­żam, że słowo “szpon” po­ja­wia się bez­po­śred­nio tylko w przy­pad­ku piąt­ki, a nasza wie­dza o do­stę­pie i moż­li­wo­ściach in­nych jest taka, jak wyżej. Do­pie­ro pod ko­niec tek­stu po­ja­wia się frag­ment:

Iden­tycz­ny dy­le­mat mu­sie­li też pew­nie mieć moi pod­opiecz­ni, obiek­ty. Oni też pew­nie nie­do­wie­rza­li, że te isto­ty w za­gro­dach to na­praw­dę lu­dzie, a nie wir­tu­al­ne imi­ta­cje w nie­zwy­kle re­ali­stycz­nej sy­mu­la­cji. Mimo to z po­cząt­ku mało który ko­rzy­stał ze swo­jej wła­dzy. Nie do­ty­ka­li kon­tro­li tem­pe­ra­tu­ry ani skła­du mie­szan­ki po­wietrz­nej, świa­tła włą­cza­li i ga­si­li tak re­gu­lar­nie, jak tylko po­tra­fi­li, a ma­ni­pu­la­to­ra uży­wa­li wy­łącz­nie do roz­da­wa­nia żyw­no­ści. Ale je­dze­nia było mało, a stło­cze­ni lu­dzie ro­bi­li się agre­syw­ni. Trze­ba było użyć Szpo­na do roz­dzie­le­nia wal­czą­cych, do po­wstrzy­ma­nia kogoś od gwał­tu, do prze­sie­dle­nia wi­no­waj­ców do za­gro­dy dla nie­po­kor­nych. Trze­ba było tro­chę prze­gło­dzić nie­grzecz­nych, żeby dla tych grzecz­nych wy­star­czy­ło po­ży­wie­nia. Trze­ba było am­pu­to­wać do­tknię­tą zgo­rze­lą koń­czy­nę i kau­te­ry­zo­wać ranę. I w ten spo­sób każdy stop­nio­wo wcho­dził w wy­zna­czo­ną mu rolę.

To jest zde­cy­do­wa­nie za późno, poza tym, widzę, że resz­ta ma do­stęp do ma­ni­pu­la­to­ra i usta­wień. Czy to jest to samo, co śmier­cio­no­śny szpon? Przy szpo­nie po­ja­wia się ogóle okre­śle­nie “trze­ba było”, które po­wta­rzasz trzy­krot­nie. :) Ale czy to jed­no­znacz­nie mówi “wszy­scy mogą”?

I tak, na końcu można to sobie wszyst­ko po­ukła­dać tak, jak wy­ja­śni­łeś w ko­men­ta­rzu, ale przy­zna­ję, że po­cząt­ko­we in­for­ma­cje są na tyle nie­peł­ne, iż nie za­ła­pa­łem tego pod­czas pierw­sze­go czy­ta­nia. Nie mam oczy­wi­ście o to pre­ten­sji, ale po­my­śla­łem, że spoj­rze­nie od mojej stro­ny po­zwo­li Ci uj­rzeć opko z innej per­spek­ty­wy.

Po­zdra­wiam.

 

RogasDar­con, dzię­ki Wam z cał­kiem innej per­spek­ty­wy spoj­rza­łem na tekst i na swój spo­sób prze­ka­zy­wa­nia in­for­ma­cji czy­tel­ni­ko­wi. Chyba już nie pierw­szy raz rze­czy dla mnie oczy­wi­ste są cał­kiem nie­oczy­wi­ste dla od­bior­cy. Muszę to prze­tra­wić i wy­cią­gnąć wnio­ski :) Dzię­ki za wni­kli­wą ana­li­zę, Dar­con!

Tamci naj­wy­raź­niej nie darzą ciał zmar­łych szcze­gól­nym re­spek­tem, bo we­dług in­struk­cji wszel­ką ma­te­rię or­ga­nicz­ną, w tym zwło­ki, na­le­ży umiesz­czać tam w celu prze­ro­bie­nia na pastę żyw­no­ścio­wą.

Czy to jest ta sama papka którą bo­ha­ter je na po­cząt­ku?

I czy oni mają tam na bie­żą­co uzu­peł­nia­nych lu­dzi-wid­ma?

 

I, cze­pia­jąc się, to nie je­stem pewna czy po ty­go­dniu woda w po­ideł­ku do­sta­nie glo­nów, zresz­tą, świn­ka chyba wy­pi­ła­by ją wcze­śniej.

 

Bar­dzo ok ;) 

I would pre­fer not to. // https://www.facebook.com/anmariwybraniec/

Fajny, kli­ma­tycz­ny tekst. Świet­nie two­rzysz at­mos­fe­rę za­du­chu, kon­tro­li i pa­ra­noi. Koń­ców­ka su­ge­styw­na na plus, ale tak samo mam py­ta­nia o numer pięć, co po­przed­ni­cy. Oso­bi­ście przy­ją­łem in­ter­pre­ta­cję Ro­ga­sa :)

Pod­su­mo­wu­jąc: faj­nie kli­ma­tycz­ny kon­cert fa­jer­wer­ków, za­słu­gu­ją­cy na klika.

Won't so­me­bo­dy tell me, an­swer if you can; I want so­me­one to tell me, what is the soul of a man?

Spodo­ba­ło mi się. Prze­czy­ta­łam tekst wczo­raj, a dzi­siaj rano dalej pa­mię­ta­łam, o czym był – a wierz mi, to wcale nie jest oczy­wi­ste ;-)

Nie­ja­sno­ści co do sys­te­mu za­rzą­dza­nia współ­więź­nia­mi nie prze­szka­dza­ły mi jakoś szcze­gól­nie, bo sku­pi­łam się na za­pę­tle­niach w umy­śle głów­ne­go bo­ha­te­ra. Gdyby to była dłuż­sza forma z na­ci­skiem na akcję, to fak­tycz­nie po­trze­bo­wa­ła­bym wię­cej wy­ja­śnień, bo wy­szło mi, że wszy­scy kon­tro­lu­ją wszyst­kich, a to chyba nie­wy­ko­nal­ne…

Wy­bra­nietz, na pewno tę samą papkę jedzą stło­cze­ni w pie­kłach lu­dzie-wid­ma. Głów­ny bo­ha­ter chyba woli się nie za­sta­na­wiać, czy do­sta­je inny pro­dukt, czy może tę samą “zie­lo­ną po­żyw­kę”. A pa­skud­na woda z po­ideł­ka jest opar­ta na fak­tach, więc nie wiem, może po pro­stu brat słabo czy­ścił ten po­jem­ni­czek :)

 

No­Whe­re­ManBar­dzo­Gru­ba­Lo­la, dzię­ki za opi­nię i za klika! Cie­szę się, że kli­mat pa­ra­noi jest wy­czu­wal­ny, bo oczy­wi­ście taki był za­mysł. A z tą mno­go­ścią moż­li­wych in­ter­pre­ta­cji to mi za­bi­li­ście ćwie­ka… Nikt ze zna­jo­mych nie dał znać, że to nie jest oczy­wi­ste – pew­nie każdy ro­zu­miał tekst po swo­je­mu i był pe­wien, że o to wła­śnie cho­dzi­ło :)

Faj­nie ope­ru­jesz na­stro­jem. Spodo­ba­ło mi się. Oczy­wi­ście ja z tych, co to za­wsze do­po­mi­na­ją się wię­cej in­for­ma­cji. Kim wła­ści­wie są Tamci?

Sy­tu­ację bo­ha­te­ra zro­zu­mia­łam tak: znaj­du­je się w celi, ma do dys­po­zy­cji biur­ko z mo­ni­to­ra­mi. Może na nich wy­świe­tlać 24 swo­ich “pod­wład­nych”. Każde z nich znaj­du­je się w iden­tycz­nej celi. Może “rzą­dzić” ilo­maś ludź­mi, mo­dy­fi­ku­jąc nie­któ­re wiel­ko­ści fi­zycz­ne i ma­ni­pu­lu­jąc szpo­nem. Or­ga­ni­za­to­rzy tak usta­wia­ją grę, że nie ma do­brych wład­ców. Bo­ha­ter ma obo­wią­zek pisać ra­por­ty o swo­ich “pod­wład­nych”.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Fin­kla, dzię­ki za ko­men­tarz i za de­cy­du­ją­ce­go klika ;) Twoja in­ter­pre­ta­cja po­kry­wa się z ofi­cjal­ną tj. moją wer­sją, tak to wła­śnie za­pla­no­wa­łem… z jedną drob­ną róż­ni­cą. Jed­nak żeby to wy­ja­śnić, muszę naj­pierw za­spo­ko­ić Twoją cie­ka­wość od­no­śnie Tam­tych, bo tak się skła­da, że tło fa­bu­lar­ne mam tro­chę wy­raź­niej za­ry­so­wa­ne, niż widać to w tek­ście (może kie­dyś po­ku­szę się o roz­wi­nię­cie).

Otóż Tamci są ko­smi­ta­mi, któ­rzy ob­ser­wo­wa­li nas od ja­kie­goś czasu. Ga­lak­tycz­ni przy­rod­ni­cy, ba­da­cze bios­fer. Nie chcie­li się wtrą­cać, ale gdy naszą pla­ne­tę na­wie­dzi­ła nie­spo­dzie­wa­na, acz za­czerp­nię­ta z po­wie­ści Grega Egana ka­ta­stro­fa (wy­buch su­per­no­wej, który do­pro­wa­dził do znisz­cze­nia war­stwy ozo­no­wej, zjo­ni­zo­wa­nia at­mos­fe­ry i ge­ne­ral­nie skre­śle­nia Ziemi z listy pla­net na­da­ją­cych się do za­miesz­ka­nia), po­sta­no­wi­li ura­to­wać nasz ga­tu­nek. Nie dla­te­go, że nas lubią, tylko dla samej bio­róż­no­rod­no­ści we wszech­świe­cie.

Wy­obraź sobie, że idziesz obok nie­wiel­kie­go stawu i wi­dzisz, jak do wody wle­wa­ją się tok­sycz­ne od­pa­dy. Wiesz, że w sta­wie miesz­ka­ją trasz­ki – nie są zbyt roz­gar­nię­te ani pięk­ne, ale za to rzad­kie, żyją tylko w tym jed­nym sta­wie. Więc bie­rzesz dwa wia­der­ka i ła­piesz kil­ka­dzie­siąt stwo­rzo­nek. Wiesz, że bez wody nie prze­ży­ją, więc wle­wasz tro­chę czy­stej wody. Pły­wa­ją sobie w wia­der­kach, tło­czą się, włażą jedna na drugą. To zna­czy, że się boją czy po pro­stu tak się za­cho­wu­ją? Trud­no stwier­dzić, to tylko głu­pie trasz­ki. Przy­po­mi­na Ci się, że są wod­no-lą­do­we i oba­wiasz się, że kiedy się zmę­czą, to utoną. Wrzu­casz im kilka ka­mie­ni, żeby mogły na nich od­po­czy­wać. Okej, trasz­ki ura­to­wa­ne.

Kiedy nie­siesz wia­der­ka, ka­mie­nie prze­su­wa­ją się, zgnia­ta­jąc kilka tra­szek. Wzru­szasz ra­mio­na­mi, trud­no, i tak wszyst­kich nie ura­tu­jesz, a to w końcu tylko głu­pie trasz­ki. Wrzu­casz im tro­chę larw ze skle­pu węd­kar­skie­go i je zo­sta­wiasz. Mu­sisz zająć się kil­ku­na­sto­ma in­ny­mi ga­tun­ka­mi, które – po­wiedz­my sobie szcze­rze – tro­chę bar­dziej Cię in­te­re­su­ją.

Wra­casz do tra­szek, a te cią­gle są ja­kieś po­bu­dzo­ne, włażą sobie na­wza­jem na głowy, roz­glą­da­ją się oczka­mi jak pa­cior­ki. Czego one jesz­cze chcą? Nie masz czasu za­sta­na­wiać się cały dzień nad emo­cjo­nal­ny­mi po­trze­ba­mi pła­zów, więc wpa­dasz na pe­wien po­mysł. Kto le­piej wie, czego po­trze­ba trasz­kom, niż same trasz­ki? Wy­bie­rasz dwa­dzie­ścia czte­ry osob­ni­ki, żeby to one opie­ko­wa­ły się po­bra­tym­ca­mi (w tym mo­men­cie sypie się moja me­ta­fo­ra ;D), a potem stwier­dzasz, że skoro już tak długo za­wra­ca­łaś sobie nimi głowę, rów­nie do­brze mo­żesz się cze­goś do­wie­dzieć o ich psy­cho­lo­gii. Wy­bie­rasz jed­ne­go „nad­zor­cę” (albo i wię­cej – nie wia­do­mo, ilu ich jest), żeby oce­niał po­stę­po­wa­nie de­cy­den­tów. Za po­mo­cą gar­ści tagów, rzecz jasna, bo to tylko głu­pie trasz­ki. A potem, za­do­wo­lo­na z sie­bie, zo­sta­wiasz wia­der­ka w ga­ra­żu. Wró­cisz rano.

I tak to mniej wię­cej widzę. Więc to nie jest tak, że „or­ga­ni­za­to­rzy tak usta­wia­ją grę, że nie ma do­brych wład­ców”, tylko po pro­stu nie za bar­dzo ro­zu­mie­ją ludzi, nie umie­ją się wczuć w ich sy­tu­ację i w sumie cho­dzi im ra­czej o to, żeby ga­tu­nek nie znik­nął, niż o sa­mo­po­czu­cie zła­pa­nych obiek­tów. Może wię­cej uwagi po­świę­ca­ją wie­lo­ry­bom.

Co do uciecz­ki Dzie­wiąt­ki – Tamci za­pro­jek­to­wa­li cele i prze­wo­dy wen­ty­la­cyj­ne w taki spo­sób, żeby po (prę­dzej czy póź­niej nie­unik­nio­nej) uciecz­ce wpaść z po­wro­tem do „ter­ra­rium”.

 

Dzię­ki.

No, to sta­wia Tam­tych w cał­kiem innym świe­tle. Ale skąd trasz­ki mo­gły­by o tym wie­dzieć?

Ale jed­nak ra­por­ty od ba­da­nych mo­gli­by czy­tać i od­su­nąć psy­cho­pa­tę, zanim po­psu­je swoją dział­kę ura­to­wa­ne­go ga­tun­ku.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Znowu boli mnie głowa i ko­ła­cze mi się serce.

 

Stru­mień moich pa­ra­no­idal­nych myśli zmie­nia się w rwącą rzekę

Do­da­nie w tym miej­scu okre­śle­nia burzy mi cały na­strój. Wia­do­mo, że myśli są pa­ra­no­idal­ne, nie po­trze­ba opi­sy­wać oczy­wi­sto­ści.

 

Że Dzie­wiąt­ka prze­chy­trzy­ła Tam­tych, do­strze­ga­jąclukę w za­bez­pie­cze­niach

 

Wstrzą­sa­ją­ce opo­wia­da­nie. A to dla­te­go, że widzę w nim nie­ja­ko lu­strza­ne od­bi­cie ludz­kie­go ga­tun­ku. Przy­szła mi do głowy i bar­dzo mi się spodo­ba­ła in­ter­pre­ta­cja, ja­ko­by to lu­dzie byli Tam­ty­mi. Gdyby po­chy­lić się nad me­to­do­lo­gią badań uzna­wa­nych za złoty stan­dard we współ­cze­śnie pro­wa­dzo­nych do­świad­cze­niach na­uko­wych, rzu­ci­ło­by się w oczy, że tak “my” jak i “tamci” dzia­ła­li­by­śmy z grub­sza tak samo. Je­stem w sta­nie wy­obra­zić sobie – i to bez pro­ble­mu – że gdyby ludz­kość na­tknę­ła się kie­dy­kol­wiek na obcy ga­tu­nek bar­dziej za­awan­so­wa­ny w roz­wo­ju niż bak­te­rie czy Pro­ti­sta, naj­pew­niej także za­czę­ła­by pro­wa­dzić na nich ba­da­nia, dając sobie do tego prawo tylko dla­te­go, że nie da­ło­by się z nim po­ro­zu­mieć i obcy nie po­tra­fił­by się sku­tecz­nie bro­nić.

Widzę tutaj mocne prze­sła­nie. Do­świad­cze­nie, które dla ba­da­cza jest zwy­kłą igrasz­ką, dla ba­da­ne­go może oka­zać się kosz­ma­rem, co gor­sza, wcale nie in­ten­cjo­nal­nie. Bar­dzo dobre opo­wia­da­nie.

Strasz­nie dobry tekst. Opo­wieść o trasz­kach na­le­ży ko­niecz­nie dać do przed­mo­wy. Obo­jęt­ność ob­cych ujęta w ten przy­rod­ni­czy spo­sób jest prze­ra­ża­ją­ca i prze­ma­wia do mojej wy­obraź­ni. 

Uwiel­biam dys­to­pie, więc będę cze­kał na ko­lej­ne dania od tego szefa kuch­ni.

Rzuca mi się w oczy in­spi­ra­cja eks­pe­ry­men­tem Mil­gra­ma i Stan­fordz­kim.

The fair bre­eze blew, the white foam flew, The fur­row fol­lo­wed free: We were the first that ever burst Into that si­lent sea.

Nie mam jesz­cze ta­kiej wpra­wy w ko­men­to­wa­niu, ale po­wiem, że bar­dzo mi się po­do­ba­ło!

Po prze­czy­ta­niu tego opo­wia­da­nia po­czu­łem się na­tchnio­ny do na­pi­sa­nia cze­goś wła­sne­go i od­kry­łem w sobie ga­tu­nek SF.

Piszę teraz opo­wia­da­nie na kon­kurs.

Życzę szczę­ścia i dal­szych suk­ce­sów!

MrBri­ght­si­de, dzię­ki, po­pra­wi­łem po­tknię­cia. Masz rację, tak jak więk­szość SF, tak i “Nad­zor­ca” sta­no­wi lu­stro, w któ­rym prze­glą­da się ludz­kość… My też byśmy tak pew­nie po­stą­pi­li z trasz­ko­po­dob­ny­mi ko­smi­ta­mi. A gdyby, nie daj Boże, przy­po­mi­na­li ka­ra­lu­chy…

 

Wi­sie­lec, rze­czy­wi­ście, znam oba eks­pe­ry­men­ty i mia­łem je z tyłu głowy pod­czas pi­sa­nia :)

 

Rgruz, ha, dla twór­cy nie ma chyba nic lep­sze­go niż zo­stać czy­jąś in­spi­ra­cją :) Dzię­ki, życzę wy­trwa­ło­ści i mnó­stwa cie­ka­wych po­my­słów!

Oczy­wi­ste było dla mnie, że ja­kieś obce isto­ty prze­pro­wa­dza­ją oso­bli­wy eks­pe­ry­ment z udzia­łem ludzi, jed­nak nie były dla mnie jasne mo­ty­wy, które owymi isto­ta­mi po­wo­do­wa­ły. Przy­pa­dek z trasz­ka­mi, opi­sa­ny w ko­men­ta­rzu, rzecz wy­ja­śnił.

 

papka sta­no­wi­ła ide­al­ną mie­szan­kę mikro– i ma­kro­ele­men­tów… –> …papka sta­no­wi­ła ide­al­ną mie­szan­kę mi­kro- i ma­kro­ele­men­tów

W tego typu kon­struk­cjach uży­wa­my dy­wi­zu, nie pół­pau­zy.

 

Ostrza uty­li­za­to­ra – o któ­rym cięż­ko mi w tej chwi­li my­śleć… –> Ostrza uty­li­za­to­ra – o któ­rym trud­no mi w tej chwi­li my­śleć

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Dzię­ki, reg, już po­pra­wiam :)

Fajne :)

Przy­no­szę ra­dość :)

“…mikro– i ma­kro­ele­men­tów…” – po mikro -, a nie –

 

“Cięż­ko nie stra­cić ra­chu­by” – Trud­no, a nie cięż­ko (cze­piam się, wiem ;)

 

“Zresz­tą[-,] nawet gdy­bym się wy­do­stał, to co dalej?”

 

“W sumie[-,] dla Tam­tych dron wiel­ko­ści musz­ki octów­ki to pew­nie pest­ka.”

 

“Nie­do­wie­rza­ją wła­snym oczom, tak samo jak ja.” – Nie do­wie­rza­ją osob­no

 

“Nie chcę już pa­trzeć na niego[-,] ani na jego przy­gnę­bia­ją­cą do­me­nę.”

 

Miło prze­czy­tać tekst, w któ­rym tak mało rze­czy jest do wy­no­to­wa­nia ;)

Ge­ne­ral­nie czy­ta­ło mi się do­brze, szyb­ko, bez kło­po­tu. Udało Ci się cał­kiem nie­źle stwo­rzyć kli­mat dusz­no­ści i za­mknię­cia, choć mnie nie do końca prze­ko­nał ten eks­pe­ry­ment czy co­kol­wiek to jest, za­cho­wa­nie ludzi itp. Zna­czy niby wszyst­ko jest na miej­scu, ale jak do­szłam do końca mia­łam od­czu­cie, że coś mi nie gra. Trud­no mi to wy­ja­śnić. Niby ro­zu­miem, że w za­mknię­ciu więk­szość ludzi po­pad­nie w ma­razm i ma­chi­nal­ne czyn­no­ści, ktoś inny – jeśli bę­dzie miał oka­zję – roz­wi­nie w sobie psy­cho­pa­tycz­ne skłon­no­ści itp… No nie wiem, pew­nie się cze­piam. W każ­dym razie pod kątem no­mi­na­cji będę mu­sia­ła się za­sta­no­wić i prze­spać z te­ma­tem ;)

"Nigdy nie re­zy­gnuj z celu tylko dla­te­go, że osią­gnię­cie go wy­ma­ga czasu. Czas i tak upły­nie." - H. Jack­son Brown Jr

“…mikro– i ma­kro­ele­men­tów…” – po mikro -, a nie –

Jose, to nie tak łatwo osią­gnąć, bo edy­tor w ta­kiej sy­tu­acji z au­to­ma­tu zmie­nia dywiz na pół­pau­zę. Mia­łam ana­lo­gicz­ny pro­blem w tek­ście i udało się do­pie­ro, kiedy Jeroh pod­su­nął mi jakiś ta­jem­ni­czy dywiz do sko­pio­wa­nia.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Ro­zu­miem ;)

"Nigdy nie re­zy­gnuj z celu tylko dla­te­go, że osią­gnię­cie go wy­ma­ga czasu. Czas i tak upły­nie." - H. Jack­son Brown Jr

Jo­se­he­im, dzię­ki za opi­nię i wy­ła­pa­nie uste­rek! Pół­pau­zę po­pra­wi­łem już drugi raz i znowu wró­ci­ła jak bu­me­rang, ale przy­naj­mniej teraz znam powód :) A co do Two­ich wąt­pli­wo­ści – oczy­wi­ście nie mam po­ję­cia, jak na­praw­dę by się za­cho­wa­li, ale wy­da­je mi się, że do­dat­ko­we stre­so­ry mogły wpły­nąć na stan psy­chicz­ny tych ludzi. Dużo rze­czy się na to zło­ży­ło: glo­bal­ny ka­ta­klizm (wzmian­ka o ko­lo­rze nieba i desz­czu kwasu), od­kry­cie, że ist­nie­ją ko­smi­ci, po­rwa­nie, izo­la­cja i de facto obóz kon­cen­tra­cyj­ny w piw­ni­cy [albo ra­czej 24, ale o tym nie wie­dzą]). Myślę, że przy czymś takim Gu­an­ta­na­mo się chowa…

Dobre, świet­ne, za­je­bi­ste, je­stem pod wra­że­niem.

Ser­wu­jesz nam tutaj hi­sto­rię, w któ­rej z ni­czy­ich ust nie pada ani jedno słowo a akcja jest, ge­ne­ral­nie, ra­czej umow­na; ot, sie­dzi facet w ja­kiejś izo­lat­ce, gapi się w ekran, kmini i re­la­cjo­nu­je sam w sumie nie wie co.

I tak przez całe zu­peł­nie przy­zwo­itej dłu­go­ści opo­wia­da­nie. W teo­rii po ja­kimś cza­sie – ra­czej prę­dzej niż wol­niej – wszyst­ko po­win­no więc za­cząć sia­dać; na­pię­cie słab­nąć, a sama hi­sto­ria nu­dzić i mę­czyć.

Tym­cza­sem – mimo tro­chę jed­nak od­czu­wal­ne­go braku tych dia­lo­gów i ja­kiejś ta­kiej bar­dziej na­ma­cal­nej akcji – na­pię­cie, za­miast opa­dać, wciąż po­wo­li na­ra­sta, aż wresz­cie na serio za­czy­na się udzie­lać czy­tel­ni­ko­wi.

Wa­lisz przez łeb na­praw­dę cięż­kim, so­lid­nym i kon­se­kwent­nie bu­do­wa­nym kli­ma­tem – istna psy­cho­za – a przy tym ten Twój ma­leń­ki świa­tek jest zbu­do­wa­ny cie­ka­wie i, mimo oczy­wi­stej nie­do­rzecz­no­ści, bar­dzo re­ali­stycz­nie. I dla­te­go wła­śnie tak dusz­no i prze­ra­ża­ją­co. Mnie w każ­dym razie kupił.

Rów­nie prze­ko­nu­ją­co wy­pa­da nar­ra­tor ze swo­imi wąt­pli­wo­ścia­mi, stra­chem, za­gu­bie­niem i de­spe­rac­ki­mi pró­ba­mi utrzy­ma­nia się na po­wierzch­ni; po­wierzch­ni za­rów­no w sen­sie kla­row­no­ści umy­słu jak i po­zo­sta­nia czło­wie­kiem. Co praw­da w tej dru­giej kwe­stii jest znacz­nie mniej na­ra­żo­ny na po­ku­sę ze­zwie­rzę­ce­nia, niż jego “pod­opiecz­ni”, bo, w prze­ci­wień­stwie do nich, nie ma żad­nej re­al­nej wła­dzy – mocy by chwa­lić i po­tę­piać, na­gra­dzać i karać, ale sy­tu­acja, w któ­rej się zna­lazł, już sama w sobie musi nisz­czyć w czło­wie­ku czło­wie­ka, i to na wielu róż­nych po­zio­mach. Mnie ten pro­ces – choć może odro­bi­nę zbyt po­wol­ny jak na tak długi czas – w wy­ko­na­niu Twoim i Two­je­go bo­ha­te­ra, ge­ne­ral­nie, prze­ko­nu­je.

Szyb­ki rzut okiem na po­zo­sta­łe nu­mer­ki też nie budzi więk­szych za­strze­żeń. Szcze­gól­nie faj­nie wy­pa­da tu ta prze­klę­ta piąt­ka, choć zde­cy­do­wa­nie le­piej by było, gdyby go­ściu nie był po pro­stu psy­cho­lem, tylko naj­słab­szym i naj­bar­dziej pry­mi­tyw­nym z “obiek­tów”. Znacz­nie bar­dziej wo­lał­bym móc ob­ser­wo­wać, jak fak­tycz­nie staje się… po­dzwie­rzę­ciem, niż do­stać jasny prze­kaz, że był nim od po­cząt­ku. No i wy­pa­da­ło­by to zde­cy­do­wa­nie bar­dziej wia­ry­god­nie, bo w końcu jaka jest szan­sa, że na taką garst­kę osób trafi się aku­rat jakiś psy­cho­pa­ta?

Mimo wszyst­ko jed­nak gość robi wra­że­nie, a po­rzą­dek w jego “małym zoo” – jesz­cze więk­sze.

Naj­bar­dziej ze wszyst­kie­go po­do­bał mi się chyba jed­nak opis tego, jak wszyst­kie “obiek­ty” po­wo­li wcho­dzi­ły w role bogów, nad­zor­ców i nie­wol­ni­ków dla swo­ich pod­opiecz­nych.

Ko­lej­ne spore plusy za otwar­ty, fra­pu­ją­cy finał i, ge­ne­ral­nie, im­po­nu­ją­cy kunszt pi­sar­ski. Bo tekst jest nie tylko świet­nie wy­wa­żo­ny pod wzglę­dem bu­do­wa­nia na­pię­cia, utrzy­my­wa­nia kli­ma­tu i tak dalej, ale też na­praw­dę prze­my­śla­ny i świet­nie na­pi­sa­ny.

Pod­su­mo­wu­jąc, choć wy­bra­łeś ra­czej nie­tu­zin­ko­wą i bar­dzo przy tym ry­zy­kow­ną drogę – na­praw­dę łatwo szło polec, de­cy­du­jąc się na two­rze­nie ta­kie­go wiel­gach­ne­go bloku opi­sów (bo tym w grun­cie rze­czy to opo­wia­da­nie jest) – udało Ci wyjść z tej próby zwy­cię­sko.

Je­stem pod na­praw­dę spo­rym wra­że­niem.

 

Peace!

"Za­ko­chać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, cza­sem pisać wier­sze." /FNS – Su­per­mar­ket/

Cień Burzy, ojej, ru­mie­nię się :) Dzię­ku­ję za wni­kli­wą i ob­szer­ną opi­nię; sam się dzię­ki Tobie co nieco do­wie­dzia­łem o wła­snym tek­ście ;) Kwe­stia ge­ne­zy piąt­ki (psy­cho­pa­ta od po­cząt­ku vs. psy­cho­pa­ta z obłę­du) jest cie­ka­wa i nie my­śla­łem o tym w ten spo­sób. Ta in­for­ma­cja zwrot­na jest dla mnie cenna.

Po­wiem tak: cho­dzi­ło mi ra­czej o bez­sil­ność bo­ha­te­ra wobec po­zor­nie lo­so­wych zda­rzeń (ta­kich jak mia­no­wa­nie psy­cho­pa­ty “bo­giem”) i dla­te­go zro­bi­łem z niego taką, a nie inną po­stać. A przy­naj­mniej tak mi się wy­da­je, bo wy­my­śli­łem go ra­czej pod­świa­do­mie i przez myśl mi nie prze­szło, że mógł­by się taki stop­nio­wo stać. Czy gdyby na po­cząt­ku był zdro­wy i em­pa­tycz­ny, i do­pie­ro póź­niej się “ze­psuł”, czy­tel­nik nie miał­by wra­że­nia, że sy­tu­acja w pie­kle numer pięć jest winą Tam­tych, bo to oni zła­ma­li psy­chi­kę piąt­ki? Na­to­miast w obec­nej sy­tu­acji Tamci po­peł­nia­ją ra­czej grzech za­nie­dba­nia. Zwy­czaj­nie nie do­pil­no­wa­li swo­ich “tra­szek w wia­drze” (patrz ko­men­tarz skie­ro­wa­ny do Fin­kli).

Dobry tekst, z moc­nym po­my­słem i so­czy­ście na­pi­sa­ny.

Na chwi­lę się po­gu­bi­łem przy tej nagle po­ja­wia­ją­cej się pię­tro­wo­ści (pod­opiecz­ni ob­ser­wo­wa­nych przez nar­ra­to­ra), ale przed koń­cem opo­wia­da­nia od­na­la­złem się sa­mo­dziel­nie i z grub­sza zgod­nie z in­ten­cja­mi au­to­ra. Byłem tylko prze­ko­na­ny, że nar­ra­tor rów­nież ma swoje pie­kło, któ­rym za­wia­du­je, a ob­ser­wa­cja po­zo­sta­łych obiek­tów sta­no­wi jego do­dat­ko­wy obo­wią­zek. Za­sta­na­wiam się, czy takie roz­wią­za­nie, z po­ka­za­niem czy­tel­ni­ko­wi wcze­śniej w miarę hu­ma­ni­tar­ne­go trak­to­wa­nia pod­opiecz­nych i po­ko­jo­we­go wy­ko­rzy­sta­nia szpo­nu przez nar­ra­to­ra nie uczy­ni­ła­by ca­łe­go po­my­słu bar­dziej czy­tel­nym.

Ale za­rzut mam wła­ści­wie tylko jeden – w przy­to­czo­nej wyżej ale­go­rii z trasz­ka­mi po­ka­za­łeś nam po­mysł jesz­cze więk­szy i cie­kaw­szy niż to co za­war­łeś w tek­ście (urze­kła mnie wzmian­ka o tym, że lu­dzie wcale dla ko­smi­tów nie muszą być pre­fe­ro­wa­nym obiek­tem za­in­te­re­so­wa­nia). In­ny­mi słowy – to bar­dzo dobre opo­wia­da­nie, ale zdra­dzi­łeś się, że mogło być jesz­cze lep­sze ;)

Świet­ny tekst. Żeby opo­wia­da­nie li­czą­ce po­ni­żej 20 ty­się­cy zna­ków zro­bi­ło na czy­tel­ni­kach duże wra­że­nie, po­trzeb­ny jest dobry po­mysł i jesz­cze lep­sze wy­ko­na­nie. Tak mamy w przy­pad­ku tego opka.

Cie­ka­wy na­strój bu­do­wa­ny od sa­me­go po­cząt­ku na pewno przy­ku­wa uwagę. Wy­li­cza­nie czyn­no­ści „nu­me­rów” też faj­nie pa­su­je do tek­stu. Ogó­łem, styl i kon­struk­cja na pewno na plus.

Za­koń­cze­nie? Też tra­fi­ło w mój gust i w sumie nie mam ocho­ty cze­piać się cze­go­kol­wiek. Twój ko­men­tarz rze­czy­wi­ście roz­ja­śnia parę spraw, ale i bez niego opo­wia­da­nie się broni. Co nie zmie­nia faktu, że chęt­nie po­czy­tał­bym wię­cej o lu­dziach-trasz­kach. W po­my­śle widzę jesz­cze duży po­ten­cjał.

Do­łą­czam do usa­tys­fak­cjo­no­wa­nych czy­tel­ni­ków. 

Czy­ta­łem kilka dni temu i pa­mię­tam, że opo­wia­da­nie wy­war­ło na mnie dobre wra­że­nie. Fa­bu­ła jest tu taka, jak mogła być w opo­wia­da­niu na 20k z po­dob­ny­mi za­ło­że­nia­mi: ra­czej pro­sta. Ale to nie ma żad­ne­go zna­cze­nia, skoro sty­lem i kli­ma­tem po­ry­wasz czy­tel­ni­ka w inny, strasz­ny świat. Sko­ja­rze­nia z “Cube” na­su­wa­ją się same – ale by­naj­mniej nie było od­twór­czo. Do tego garść kwe­stii psy­cho­lo­gicz­nych i fi­lo­zo­ficz­nych. Nie­do­po­wie­dze­nia wy­wa­żo­ne, zo­sta­wi­ły pole do roz­wa­żań, ale nie zdez­o­rien­to­wa­ną pust­kę w gło­wie. Sło­wem: prze­pis na bar­dzo dobry tekst. 

Je­dy­ne, czego mogę się przy­cze­pić to zu­peł­nie po­zba­wio­ny po­lo­tu tytuł. 

Nie będę się dłu­żej roz­pi­sy­wał. Je­stem na TAK. 

 

PS Jakiś czas temu Twoje opo­wia­da­nie wpa­dło mi w dyżur – mia­łem dobre prze­czu­cie, że spo­tkam się jesz­cze z Twoją twór­czo­ścią, choć nie jako dy­żur­ny, ale Lo­ża­nin. Tyle że to w sumie nie było prze­czu­cie. Po­tra­fisz pisać, Ma­ster-of-orio­nie ;)

https://www.facebook.com/matkowski.krzysztof/

Wra­cam z ko­men­ta­rzem piór­ko­wym.

Bu­du­jesz fajny na­strój i do końca go cią­gniesz. Choć kon­cept nie nowy, a pewne rze­czy zo­sta­ły nie­po­trzeb­nie nie­do­mó­wio­ne, to jed­nak po ca­ło­ści je­stem za­do­wo­lo­ny. Przed­sta­wie­nie bo­ha­te­ra i mno­gość in­ter­pre­ta­cji ca­łe­go eks­pe­ry­men­tu/wię­zie­nia na plus.

Stąd je­stem na TAK.

Won't so­me­bo­dy tell me, an­swer if you can; I want so­me­one to tell me, what is the soul of a man?

Opo­wia­da­nie bar­dzo cie­ka­we. Głów­nie dzię­ki nie­ty­po­we­mu po­dej­ściu. Niby pierw­szy kon­takt to temat mocno wy­eks­plo­ato­wa­ny, ale taki spo­sób po­dej­ścia jest da­le­ki od stan­dar­du.

Le­piej by było, gdy­byś nie mu­siał pisać ko­men­ta­rzy o trasz­kach, ale i tak wy­szło nie­źle.

Do­brze po­ka­za­ni uwię­zie­ni lu­dzie, zwłasz­cza ten psy­cho­pa­ta. No i jest komu po­ki­bi­co­wać.

Warsz­tat na po­zio­mie.

Je­stem na TAK, zna­czy.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

co­bold, Per­rux, fun­the­sys­tem, No­Whe­re­Man, Fin­kla – pięk­ne dzię­ki za Wasze opi­nie! I oczy­wi­ście dzię­ku­ję Loży za piór­ko. Po­sta­ram się od teraz być bar­dziej ak­tyw­nym na forum, aby uży­wać swo­jej nowo na­by­tej mocy w słusz­nej spra­wie :D

Trzy­ma­my za słowo. :-)

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Bar­dzo so­lid­ne opo­wia­da­nie. Przy­po­mnia­ło mi się opo­wia­da­nie z NF albo NFWS, w któ­rym były takie izo­lat­ki z ludź­mi, na któ­rych eks­pe­ry­men­to­wa­li obcy. Tam jed­nak po­mysł był roz­wi­nię­ty zu­peł­nie ina­czej. Tutaj cie­ka­wie wpro­wa­dzasz ele­ment wła­dzy – i to nada­nej na różne spo­so­by (a to przez ma­ni­pu­la­to­ry, a to przez oceny). Pe­sy­mi­stycz­ne, po­nu­re, miej­sca­mi szo­ku­ją­ce. I to szo­ku­ją­ce nie tylko bez­po­śred­nio (gdzie bo­ha­ter roz­wa­ża roz­ter­ki), ale i po­śred­nio (jest kilka miejsc, w któ­rych po­wi­nien mieć wąt­pli­wo­ści, a się do nich w ogóle nie od­no­si, jakby sam już po kilku ty­go­dniach przy­jął pewne rze­czy za normę).

Mocna wa­ria­cja na temat “eks­pe­ry­men­tu wię­zien­ne­go”. Nie­ste­ty ze smut­ny­mi wnio­ska­mi na temat ludz­kiej psy­chi­ki.

 

Lubię takie kli­ma­ty. Z jed­nej stro­ny do­brze po­ka­za­na idea pa­nop­ty­ko­nu, w któ­rym więź­nio­wie są rów­no­cze­śnie straż­ni­ka­mi, z dru­giej kła­nia się uwiel­bia­ny prze­ze mnie “Cube” z nie­do­po­wie­dze­niem, kto i dla­cze­go umie­ścił bo­ha­te­ra i jemu po­dob­nych w ce­lach; czy to kara, czy eks­pe­ry­ment, a może jedno i dru­gie rów­no­cze­śnie? Je­dy­ne, z czego zre­zy­gno­wał­bym w całym tek­ście, to bez­po­śred­nie, do­słow­ne na­wią­za­nia do rze­czy­wi­ste­go świa­ta (Go­ogle Trans­la­te, “Toy Story”) – bez nich zy­skał­by on nie­okre­ślo­ność cza­so­wą, która uczy­ni­ła­by go jesz­cze bar­dziej uni­wer­sal­nym.

Świet­nie na­pi­sa­ny tekst. Pro­fe­sjo­nal­nie. Ko­men­tarz z trasz­ka­mi wy­ja­śnił po­mysł, ale nie zna­la­złem tego w opo­wia­da­niu. Dla­te­go też, bra­ku­je mi tu za­koń­cze­nia wy­ja­śnia­ją­ce­go. Nie lubię być za­wie­szo­ny w próż­ni… To nie­zdro­we:)

Wiel­kie dzię­ki za ko­lej­ne ko­men­ta­rze (na które od­po­wia­dam z pew­nym po­śli­zgiem, ale le­piej późno niż wcale :))

Nie my­śla­łem w ten spo­sób o na­wią­za­niach do rze­czy­wi­ste­go świa­ta. Wy­da­wa­ło mi się, że ła­twiej się dzię­ki temu utoż­sa­mić z bo­ha­te­rem.

Nie mam po­my­słu, jak można by wpleść te trasz­ki do opo­wia­da­nia :)

Może pod ko­niec opwia­da­nia bo­ha­ter przy­po­mi­na sobie wła­sne eks­pe­ry­men­ty z trasz­ka­mi. ,,Czy tym razem MY je­ste­śmy trasz­ka­mi w bez­dusz­nych do­świad­cze­niach TAM­TYCH?’’ Lub – ostat­nia scena przed­sta­wia­ją­ca TAM­TYCH prze­pro­wa­dza­ją­cych do­świad­cze­nie (bez­dusz­nie i bez spe­cjal­ne­go za­an­ga­żo­wa­nia). Mimo wszyst­ko– super tekst.

Ładny tekst, bar­dzo po­rząd­nie bu­do­wa­ny kli­mat, za to mnie bra­ko­wa­ło, bio­rąc pod uwagę nar­ra­cję pierw­szo­oso­bo­wą, ja­kich­kol­wiek emo­cji w gło­wie głów­ne­go bo­ha­te­ra (obec­nych czy też prze­szłych, bo łatwo by­ło­by wspo­mnieć coś o tym, jak miło żyje się w klat­ce). Ale zdaje się, że włą­cza­jąc do tak mi­ni­mi­ma­li­stycz­nie bu­do­wa­nej nar­ra­cji uczu­cia, pro­sta hi­sto­ria mo­gła­by się łatwo syp­nąć, a ona już teraz wy­glą­da, jakby była spój­na na aby-aby. Ca­łość przy­po­mi­na­ła mi hol­ly­wo­odz­ki hor­ror, który stra­szy, do­pó­ki widz nie za­cznie się za­sta­na­wiać, o czym to w sumie było, ale jed­nak jest fajną roz­ryw­ką na jeden wie­czór. Spę­dzi­łam nad tek­stem kilka mi­łych chwil :)

www.instagram.com/mika.modrzynska.pisarka/

Bar­dzo dobra ro­bo­ta. Wcią­ga, bo jes świet­nie roz­pla­no­wa­nie. Sza­cu­ne­czek.

Witaj, moo.

Świet­na klau­stro­fo­bicz­na dys­to­pia. Je­dy­ne, czego mogę się przy­cze­pić to in­ter­tek­stu­al­ność (na­wią­za­nia do po­pkul­tu­ry spra­wia­ją, że tekst prę­dzej czy póź­niej się ze­sta­rze­je) oraz nar­ra­cja – tro­chę zbyt trzeź­wy i bar­dzo sta­bil­nie osa­dzo­ny na ziemi nar­ra­tor wzglę­dem tak de­pre­syj­nej sy­tu­acji. Jed­nak­że ro­zu­miem, że zmia­na sty­li­za­cji mo­gła­by uszko­dzić ogól­ne prze­sła­nie opo­wia­da­nia.

Przy­jem­ne sko­ja­rze­nia z El­li­so­nem i kon­cep­tem eks­pe­ry­men­tów wię­zien­nych, a ze śro­do­wi­ska gier (obec­nie peł­ne­go po­dob­nych wizji “nad­zor­czych”) np. z Pre­sen­ta­ble Li­ber­ty.

Po­zdra­wiam!

Warto cza­sem się­gnąć do Bi­blio­te­ki i wy­cią­gnąć stary ‘piór­ko­wy’ tekst. Przy­gnę­bia­ją­cy, ale cie­ka­wy. Do­brze się czyta. Po­le­cam. :)

Nowa Fantastyka