- Opowiadanie: Algir - Lekcja kunsztu

Lekcja kunsztu

Się odgrażałem na SB, że spalę w internetach tekst, który przynosi mi nieszczęście. No to palę ;) Tekst wysyłałem na kilka konkursów, zawsze odpadał. Dostałe kilka opinii zwrotnych, większość negatywnych (standardowo: mieszanie czasów i takie tam ;)). A ja jestem z tego tekstu zadowolony. Jest napisany dokładnie tak, jak chciałem, i dotyka spraw, które mnie poruszają i zmuszają do zastanowienia. Tylko się nikomu nie podoba.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

NoWhereMan

Oceny

Lekcja kunsztu

Nagły błysk światła, a potem szum, zwiastujący śmierć krzemowej elektroniki. Impuls elektromagnetyczny zabija bez litości: wypala żyły układów scalonych, topi wszystkie elementy. W całym mieście gasną ekrany komputerów i telewizorów, milkną telefony, ustają wyświetlacze zegarów. Podniebne transportery rudy spadają na ziemię jak kamienie. W kopalni zatrzymują się wszystkie linie transmisyjne i gasną silniki maszyn. Nastaje nieznośna cisza.

Jardel unosi swój monstrualny łeb, z niepokojem patrzy w niebo. W jego rozszerzonych źrenicach gaśnie blask dalekiej eksplozji. Z dachu wieżowca Jardel widzi świat zastygły w nieruchomym kadrze: bielejące w słońcu miasto, statki transportowe z ładowniami wypełnionymi rudą, smugę kondensacyjną pozostawioną przez nadlatujący pocisk z ładunkiem EMP.

Blask eksplozji rozpływa się w słońcu.

Jardel zamyka oczy, a gdy ponownie je otwiera, widzi potężne transportowce rudy nieubłaganie pikujące ku ziemi. W upiornej ciszy spadają na budynki w dzielnicy mieszkalnej. Z dołu, w perspektywicznym skrócie, obserwują je ludzie zgromadzeni na ulicach. Tysiące oczu i wykrzywionych strachem twarzy.

Ponad miastem unoszą się pierwsze dymy pożarów. Ulicami przelewa się rozhisteryzowany tłum. Słychać wycie ręcznych syren.

Jardel z przeciągłym rykiem osuwa się na beton. Impuls elektromagnetyczny poraził elektronikę jego egzoszkieletu: potwornie spuchnięte, naznaczone sinymi pręgami nogi nie są w stanie samodzielnie unieść potężnego cielska. Z obrzydliwym trzaskiem pęka lewa kość goleniowa, z otwartej rany wypływa krew i biały miąższ. Jardel z nienawiścią patrzy w niebo. Jest bezbronny. Rozżalony na cały zachodni świat.

W myślach szacuje straty stada. Zna już imię pierwszej ofiary: to Silly, mała dziewczynka z rozrusznikiem serca, które porażone impulsem elektromagnetycznym zatrzymało się na zawsze. Matka tuli do serca to stygnące ciało, odgania natarczywe robactwo i dzieli się swym bólem z Jardelem. Ze wszystkich zakątków miasta spływają myśli i skargi. Rozpacz mężczyzny, na którego dom spadł transportowiec. W upiornym żarze, który topi gliniane ściany domostwa, została jego rodzina. Żona, dwójka dzieci, brat. Ich myśli umilkły.

Ból spływa ulicami miasta wprost do głowy Jardela. Od Akebe, która straciła matkę. Od Uraalo, który zaraz umrze. Od Serutu, Ogami, Ebru i innych. Od bliskich dwustu trzydziestu sześciu ludzi, którzy tego dnia już stracili życie. Jardel każdą skargę porządkuje w myślach, wspiera i daje siłę, by przetrwać. Jest dobrym przywódcą stada. Cierpi wraz z nim.

Nie lękajcie się.

Nikomu z was już nie stanie się krzywda.

Oni przyszli po mnie.

 

 

Nadchodzili od strony wzgórz mając za plecami rozpalone afrykańskie słońce. Nie rzucali cieni. Wyschnięta ziemia dymiła pod ich stopami. Szli rozproszeni, zachowując kilkunastometrowe odstępy, a idący z przodu dowódca nadawał rytm ich wędrówce. Niebo ponad nimi znaczyła smuga kondensacyjna odlatującego transportowca wojskowego.

Nie widać ich w słońcu, nie widać ich w cieniu. Czterech najemników, każdy w nanokombinezonie z maskowaniem cyfrowym, wszyscy z kompozytowymi karabinami w rękach. Nie mają imion, żadnych cech szczególnych, ani wspomnień, zablokowanych mentalnie na czas operacji. W armii nazywa się ich Operatorami Taktyczni. Dwie litery, a potem cyfra. OT4 dowodzi grupą uderzeniową. Gdy schodzą ze wzgórz w stronę miasta, na piaszczystej ziemi widać tylko ślady ich butów o identycznym wzorze bieżnika.

Wynurzyli się z chmury pyłu wzniesionej przez odlatujący wojskowy transportowiec. Cztery zamazane sylwetki przecięte ostrymi liniami karabinów przyciśniętych do piersi. Poruszają się w szyku marszowym: każdy osłania swój sektor, czerwone wiązki celowników laserowych metodycznie omiatają teren dookoła. W nagrzanym powietrzu przed nimi wiruje rój dronów, mapa terenu jest nanoszona w czasie rzeczywistym, każdy ruch zostaje wykryty z wyprzedzeniem, a informacja przekazana do autonomicznych systemów bojowych każdego z operatorów. Potrafią wyczuć ofiarę z odległości dziesięciu kilometrów, a potem zabić bez litości. Na tej spalonej słońcem ziemi znają położenie każdego kamienia, każdego domu z gliny i każdego człowieka.

Przybyli z miasta wieżowców i kolorowych neonów, leżącego po drugiej stronie Atlantyku. Wcześniej w trójwymiarowych symulatorach rozpracowali każdy wariant operacji. Już wielokrotnie zlikwidowali cyfrowy hologram Jardela.

Teraz przybyli na afrykańską ziemię, by zabić go po raz ostatni.

Zmierzają w stronę słupów dymu wznoszących się ponad miastem. Już słyszą wycie syren i krzyki rozpaczy. Ze szczytu wzniesienia mają doskonały widok na miasto. Przez cyfrowe lornetki oglądają ten dziwny twór z kamienia, gliny i blachy. W centrum rzędy glinianych chałup pobielonych wapnem, niewielki plac i dawne budynki państwowe. W dalszym planie kilka tysięcy kilometrów ziemi przetworzonej na kopalnię odkrywkową i pasy startowe dla transporterów. Obraz pocięty kolumnami dymu. Zamazany w gęstym powietrzu, które dygocze od słońca. Ponad miastem góruje potężny szkielet wieżowca.

Gdzieś tam jest ich cel.

Jardel.

Szybko schodzą ze wzgórza w stronę kanału ściekowego, który od północy stanowi granicę miasta. Na brzegu przykucnął murzyński chłopiec o imieniu Mogazi: ze stopami w wodzie i wychudzonymi rękoma opartymi na kolanach, patrzy na chmury dymu nad miastem. W zaciśniętych dłoniach trzyma zgniłe resztki jedzenia wygrzebane w ściekach.

Operatorzy przeprowadzają test podczerwieni, oceniają również ślad termiczny chłopca nad brzegiem kanału. Sprawdzają zakres detekcji czujników biomechanicznych, działanie systemu programowania amunicji, trajektorii lotu pocisków i detekcji celu. Podchodzą bliżej, a Mogazi wciąż ich nie widzi, zapatrzony w ciemne chmury dymu nad miastem.

OT2 zbliża się do chłopca na odległość wyciągniętej ręki. Z pobliskiego wzgórza ubezpieczają go pozostali operatorzy. Celowniki kompozytowych karabinków automatycznie zaznaczają cel. Wiązki laserowe liżą skronie chłopca. Nagle Mogazi dostrzega ślady butów na piasku, słyszy jeszcze syk egzoszkieletu, a w jego oczach pojawia się strach – w następnej chwili chłopiec leży twarzą w brudnej wodzie, a z jego otwartej czaszki unosi się smuga dymu. Piękny, techniczny strzał z dwustu trzydziestu trzech metrów przy zmiennym wietrze.

Na dachu wieżowca Jardel łapie się za głowę.

Mogazi, tylko nie ty!

To znak czytelny w każdym języku. Są już blisko.

Rozpoczęło się polowanie.

 

 

Jardel jest wspaniałym przywódcą stada: pięknie odrutowany, ponad ćwierćtonowy samiec o masywnym, pozbawionym włosów ciele. W zasięgu myśli nie ma żadnego rywala. Ostatniego przegonił przed dwoma laty, a jego miot wydusił gołymi rękoma. Teraz wszystkie samice w stadzie należą do niego.

Pod skórą na jego skroniach pulsują wszczepy zamontowane w odwiertach w czaszce, a wiązki przewodów oplatają głowę i byczy kark jak korona cierniowa. Ma ohydnie zniekształconą twarz; głęboko osadzone oczy, cofnięta szczęka i spiłowane zęby upodabniają ją do pyska dzikiego zwierzęcia.

W zwykłe dni jego masywną sylwetkę widać z daleka, gdy okryty białą togą przechadza się między swymi poddanymi. Opiera ciężkie dłonie na ich głowach, a oni rozstępują się jak morze. Ziemia drży pod jego bosymi stopami. Nikt nie ma odwagi, by unieść wzrok i spojrzeć mu w oczy. Jardel niepodzielnie rządzi swoim stadem, wszyscy wiedzą, jaka drzemie w nim siła. Potrafi jednym ruchem ręki skręcić kark dorosłego mężczyzny. Ten wspaniały samiec Jardel.

Stworzył piękne stado, które liczy ponad sto pięćdziesiąt tysięcy osobników. Najniżej w hierarchii stoją dzieci, ale tylko te, które nie mogą unieść kilofa lub broni. Potem starcy i kobiety. Robotnicy. Handlarze. Najwyżej jest kasta wojowników, którymi Jardel uwielbia się otaczać.

Jardel lubi spoglądać na świat z dachu zrujnowanego wieżowca. Wszystko, co jest w zasięgu wzroku i myśli, należy do niego. Każdy przedmiot, człowiek i zwierzę.

Przed świtem brudnymi ulicami przesuwa się pochód niepiśmiennych robotników, zmierzających do kopalni położonych za miastem. Codziennie w pocie czoła zjeżdżają windami w głąb afrykańskiej ziemi, by w ciemnych tunelach wydobywać złoto, rudę uranu i diamenty. Tysiące z nich mieszka tam na stałe, wielu od lat nie widziało słońca. Nieprzerwany szereg niewolników znika w sztolniach i wyrobiskach, by z pomocą ciężkiego sprzętu, monstrualnych świdrów, koparek, młotów pneumatycznych, a na końcu własnych rąk o sczerniałych, pokruszonych paznokciach, wyrywać ze skał wszelkie dobra tej ziemi.

Dalsze miejsce w hierarchii stada zajmują ludzie od dystrybucji: magazynierzy, kierowcy ciężarówek i ci, którzy w afrykańskim żarze przeliczają urobek. Odrobinę wyżej są niewolnicy odpowiedzialni za segregację i kilometry taśm transmisyjnych, po których przesuwają się wyrwane z ziemi skarby: złoto do złota, diamenty oddzielnie, ruda do hut, fabryk i zakładów. Krzem na zachód. Wróci za kilka miesięcy w postaci układów scalonych do sterowników maszyn, komputerów i telefonów.

Jeszcze wyżej są pracownicy dystrybucji; niektórzy z nich, po latach pracy, zamieszkali w kontenerach i zasypiając, nie widzą gwiazd nad pustynią. Ponad nimi wszystkimi stoją ludzie z bronią, wśród nich starsze dzieci; oddziały kastowych wojowników pilnujący porządku, sprawni sędziowie i egzekutorzy. Patrzą bez wyjątku na ręce każdego, od zawszonego starca wydobywającego rudę na końcu tunelu, poprzez kierowców ciężarówek, magazynierów i inżynierów, którzy nad deskami kreślarskimi i przed ekranami komputerów urzeczywistniają jardelowską wizję państwa samowystarczalnego. Armia podzielona na kasty, ponad każdą dowódca, nad nim kolejny i jeszcze dwóch następnych, po drodze kilku doradców, a na szczycie samotny Jardel. U jego stóp wszystkie kobiety stada.

W chwili obecnej Jardel jeszcze żyje: oddycha, zjada ostatni posiłek, kopuluje, poci się i wydala. Ma świadomość wyroku, który na nim ciąży. Wiele lat temu, w zaciszu klimatyzowanego gabinetu, gdzie trwała narada zarządu wielkiej korporacji, została sformułowana myśl, która od dawna mieszkała w głowach obecnych.

Trzeba zabić Jardela.

Zabrać jego złoto.

Diamenty.

Uran.

Może kobiety. Ale tylko zdrowe.

Na pewno dzieci. Niech pracują dla nas.

Ale Jardel wciąż żyje. Nie może tego stanu rzeczy zmienić trucizna, kule snajperów, podstawiona kobieta z obcego stada, eksplozja samochodu pułapki czy wysadzenie w powietrze całej ulicy. W akcie desperacji przeprowadzono zmasowany ostrzał rakietowy z udziałem helikopterów bojowych, ale wszystkie spadły z nieba. Przed zachodnią bramą miasta wciąż stoją porwane korpusy czołgów, wszystkie oblepione wyschniętymi ciałami żołnierzy jednostek pancernych, którzy przed kilkoma miesiącami próbowali siłą wkroczyć do miasta.

Po ostatniej próbie znów zebrał się zarząd korporacji. Eleganccy mężczyźni w markowych garniturach podjęli ostateczną decyzję: wyślemy najlepszych ludzi, niewielki oddział zaopatrzony w cuda zachodniej techniki. Niech zapolują na Jardela. Kiedy plan został zaakceptowany, prezes korporacji uniósł wypielęgnowaną dłoń, a wszystkie oczy spojrzały w jego stronę. To musi być kara za wcześniejsze niepowodzenia, powiedział. To musi być pokaz siły, który zostanie na długo w pamięci tych dzikusów. Lekcja kunsztu zachodniej technologii zabijania.

Gdy skończyła się pora deszczowa, i żar słońca objął w posiadanie afrykańską ziemię, ponad miastem rozkwitł blask ładunku elektromagnetycznego. Ustało życie wszelkiej elektroniki. Misterny system zabezpieczeń, sterowany myślą Jardela, został wyeliminowany. Stado nie ma dokąd uciekać. Lwy wyruszyły na polowanie.

 

 

Oto oni.

Zbiegają ze wzgórz w stronę miasta zbudowanego z gliny, blachy i drewna. Nie widać ich w słońcu, nie widać ich w cieniu.

Przed nimi niewielka grupa czarnych kobiet: z uniesionymi głowami patrzą w niebo, zupełnie nieświadome nadchodzącego niebezpieczeństwa. Znaczniki celowników laserowych omiatają ich ciała, systemy detekcji namierzają najwrażliwsze kobiece organy: serca. One już podświadomie wiedzą, że nadchodzi czas zabijania. Jest w nich odwieczna mądrość kobiet wychowanych w cieniu walk plemiennych. Dzielą się tymi myślami z Jardelem, a stary samiec kiwa głową z podziwu nad mądrością tych kobiet. Nadchodzi czas zabijania, lecz inny od tych wcześniejszych: pozbawiony odwiecznej zawziętości, wyrachowany i zimny. Typowo zachodni.

Dowódca grupy, OT4, prosi o zgodę na likwidację celów cywilnych. Koordynator z miasta wieżowców i neonów potwierdza: zabijcie ich wszystkich!

To musi być pokaz siły, który zostanie na długo w pamięci tych dzikusów.

Lekcja kunsztu.

Ceramiczne karabiny plują oszczędnym, synchronicznym ogniem, a kobiety osuwają się na ziemię jak zwiędłe kwiaty. Następuje zadziwiające przeobrażenie: martwe kobiety z istot żywych zmieniają się w przedziwne figury z czarnego wosku. Leżą w przeróżnych pozach, z rozrzuconymi rękoma, twarzami wyszczerzonymi do słońca i oczami sklejonymi piaskiem. Wiatr targa cienistym materiałem ich sukien. Ciemna krew paruje na piasku.

Jardel z pochyloną głową zaciska pięści na dachu wieżowca. Każda śmierć daje mu siłę do planowania odwetu. Zdechła cała elektronika, nie działają systemy ochronne, lufy wyrzutni rakiet sterowanych myślą Jardela tępo patrzą w niebo. Ale wciąż pozostały ludzkie dłonie zdolne dźwigać karabiny, granaty i ręczne wyrzutnie rakiet. Normalny widok na tej wyschniętej afrykańskiej ziemi.

Operatorzy wchodzą do miasta. Ich drogę znaczą trupy parujące krwią w gorącym afrykańskim słońcu. Zabijają bez litości i bez potrzeby.

Pozostawiają znaki dla Jardela.

Idziemy po ciebie, skurwysynu!

W cieniu hangarów z blachy nerwowe dłonie sięgają po karabiny. Młodzi chłopcy w wyblakłych koszulkach, szortach i klapkach zrobionych z opon samochodowych szykują się do walki. Ich wychudzone torsy opinają pasy z amunicją. Kieszenie brudnych spodenek obciążają granaty i magazynki z amunicją. Zgrzytają odciągane suwadła karabinów. Starzy mężczyźni tylko kiwają głowami.

Na wojnę zawsze posyła się młodych chłopców.

Odważnych i zapalczywych.

Zardzewiałe półciężarówki odpalają za pierwszym razem; pod cienkim dachem hangaru przetacza się warkot silników, zgrzyt skrzyń biegów, odgłos piasku wyrzucanego spod kół. Karabiny maszynowe zamontowane na pakach kołyszą czarnymi pyskami. Nerwowe uderzenia pięści w dachy półciężarówek. Radosne okrzyki. Młodzi chłopcy rozpoczynają swą morderczą inicjację. Dziś będą polować na lwy.

Jardel wydaje w myślach rozkazy. Tłumy ludzi przemykają ulicami. Wśród nich chłopcy z kałasznikowami, starymi rosyjskimi wyrzutniami RPG i wychudzonymi twarzami, w których lśnią wygłodniałe oczy. Wiejący z południa wiatr ciska w ich twarze drobinki piasku.

Samotne kobiety rozpaczają w pustych domach. One przeżyły to już wielokrotnie. Dlatego wychodzą na ulice. Wypatrują swoich synów, braci i mężów. Padają na kolana. Łapią ich za ręce. Proszą. Te młodsze rozdzierają szaty. Pokazują piersi i łona. Znów proszą: zostań w domu! Jest w nich odwieczna mądrość matek, córek i kochanek, które wkrótce będą rozpaczać nad ciałami swych bliskich. Odwieczny lament kobiet znów rozlegnie się na tej ziemi.

Operatorzy są już w zasięgu myśli Jardela. Stary przywódca stada zastyga z przymkniętymi oczami. Węszy. Półciężarówki na pełnym gazie przecinają wąskie ulice miasta. Tłum ludzi z bronią przetacza się między niskimi budynkami z gliny.

Zachodnie systemy detekcji automatycznie zaznaczają cele: młodych chłopców, tych najgłośniejszych, najodważniejszych, szykujących się do roli przywódców. Ich głowy wybuchają trafione pociskami z ceramicznych karabinów. Rozedrgany tłum rozpływa się po uliczkach miasta. Operatorzy biegną wśród dymiących ciał. Systemy tłumienia dźwięku zamontowane w hełmach wyciszają krzyki umierających ludzi. Tętno pozostaje na stabilnym poziomie. Zabili już sto dwadzieścia trzy osoby i wciąż nie mają dość.

Tak polują lwy.

Kolejny krzyk bólu dociera do umysłu Jardela. Ten wspaniały samiec nie potrafi zrozumieć, dlaczego lwy krążą po mieście, dlaczego zabijają bezbronnych ludzi. Dlaczego na jednej z ulic wyczyścili wszystkie domy; zamordowali chłopców z bronią, ich matki i braci. Odchodząc podłożyli ogień. Krew płynie ulicami. Jardel przywołuje ostatnie, przedśmiertne obrazy: cztery smugi cienia sunące ulicami miasta i mordujące bez litości.

Jardel wytęża wzrok. Myśli intensywnie.

Już czas, żeby przyszli po mnie.

 

 

OT2 kopnięciem okutego buciora wyważa wiklinowe drzwi najbliższej lepianki. Wpadają w ciemność wraz z granatem zaopatrzonym w trzy sekundowy wyzwalacz. Powiew wybuchu wyrzuca za próg śmieci, skrawki materiału i kobiecą rękę. W kłębach dymu operatorzy wbiegają do środka, mijają poszarpane zwłoki pięcioosobowej rodziny, po drewnianej drabinie wspinają się na płaski dach budynku. Stamtąd mają dobry widok na miasto.

Mierzonymi strzałami zabijają kilku mężczyzn biegnących wąską ulicą i przeskakują na następny dach. Odtąd poruszają się w pełnym słońcu: ich niewyraźne cienie liżą pokryte słomą dachy. Operatorzy przeskakują na kolejne budynki, czasem przystają, zabijają wszystkich ludzi w zasięgu wzroku i ruszają w dalszą wędrówkę po dachach. W głębi miasta budynki stoją w większej odległości, więc muszą zejść na ziemię.

Na końcu uliczki drogę zagradza półciężarówka z ciężkim karabinem ustawionym w obrotowej podstawie. Stojący za nim chłopiec nie zdejmuje palca ze spustu, rozgrzana do czerwoności lufa wypluwa pociski, grzechocze taśma w podajniku z amunicją. W chmurze pyłu, który zakrył najemników, widać dwa szybkie błyski wystrzałów. To automatyczny system detekcji namierzył dwa obiekty: chłopiec na pace ciężarówki i kierowca. Ojciec i syn. Obaj giną w tej samej sekundzie.

Z dachu wieżowca Jardel spogląda na swoje miasto. Widzi łuny pożarów w miejscach, gdzie spadły transportery z rudą. Widzi też rozszalały tłum biegnący w panice ulicami miasta. Błyski wystrzałów, chmury krwawego dymu wzbijane przez granaty, i ciała ludzi leżące na drodze operatorów. Jardel posyła kolejne oddziały: bosonogich chłopców z karabinami w dłoniach, ich ojców i starszych braci. Kolejne półciężarówki z karabinami na pakach. Najlepszych wojowników, zaprawionych w walkach plemiennych, zaopatrzonych w dobre zachodnie karabiny, granaty i wyrzutnie RPG. Wszystko na próżno.

Do głowy Jardela spływają kolejne skargi. Nikt nie sprosta tym niewidzialnym ludziom, którzy zabijają bez litości. Doświadczenia tysięcy lat walk plemiennych są niczym w starciu z zachodnią technologią. Jardel dyszy ze złości. Tego dnia już zginęło ponad trzysta sześćdziesiąt osób, a do zachodu słońca pozostało jeszcze dużo czasu. Jardel zadaje sobie pytanie: dlaczego noc ma powstrzymać rzeź? Ci ludzie z zachodu będą mordować bez końca. Nie zatrzyma ich noc, nie zatrzyma ich dzień.

 

 

Do świtu zginęło jeszcze dwieście siedemdziesiąt osób. Nad nocnym miastem dwukrotnie przelatywał wojskowy transporter, zrzucając zapasy amunicji. Za każdym razem, gdy ładunek na spadochronie dotykał ziemi, pojawiała się przy nim niestrudzona grupa operatorów: ładowali broń, uzupełniali zapasy, naprawiali uszkodzenia w egzoszkieletach. A potem szli w miasto mordować bez litości. Tysiące lat ewolucji, rozwoju nauki i taktyki wojennej, nie zmieniły odwiecznych praw rządzących polowaniem: trzeba wybrać ofiarę, oddzielić od stada i osaczyć, jeżeli będzie się opierać – zamęczyć pościgiem, a potem, kiedy już obojętność zagości w jej spojrzeniu, rozerwać jej gardło.

O świcie nadszedł czas upragnionego odpoczynku. Operatorzy przykucnęli na skraju niewielkiego placu, otoczeni dymiącymi ciałami pomordowanych ludzi, i posilali się w milczeniu. Spod zasłon hełmów nie widać ich twarzy, gdy przeżuwają jedzenie wyciągnięte z podgrzewaczy chemicznych, popijają napoje energetyczne, aplikują dożylnie sterydy i napowietrzacze krwi. Systemy ochronne nanokombinezonów na bieżąco podają ilość energii potrzebnej do zbilansowania ubytku masy ciała spowodowanej wysiłkiem.

Zabijanie to ciężka praca. Trzeba uzupełnić straty.

Stojący na dachu budynku Jardel nie potrafi zrozumieć ich zachowania. Zabili już prawie tysiąc osób, niosą śmierć po uliczkach miasta i nawet na krótką chwilę nie zbliżają się do wieżowca. Wkrótce opary z gnijących ciał czuć będzie na najwyższym piętrze budynku.

Jardel próbuje dotrzeć do ich umysłów, lecz napotyka rzecz niebywałą: wspomnienia operatorów usunięto i założono blokady farmakologiczne. Nie liczy się nic, poza zabiciem Jardela. Żadnych wspomnień, marzeń, emocji, niczego, co mogłoby spowodować ich słabość. Tylko zwierzęcy atawizm, każący zabijać bez litości. Trzeba się temu przyjrzeć. Poszukać słabych punktów.

W południe operatorzy dotarli do huty żelaza i wymordowali wszystkich ludzi, którzy stanęli im na drodze. OT2 w pościgu za małym chłopcem zapędził się na pasy startowe unieruchomionych transporterów rudy. Stał już ze stopą opartą na zakrwawionym ciele malucha, gdy w słuchawce hełmu rozległ się głos dowódcy:

– Gdzie jest OT3?

Operator zerknął na holograficzny wyświetlacz, błyskawicznie namierzył pozycję OT3 na mapie topograficznej. Ciemny nieruchomy punkt w plątaninie linii wyznaczających ulice miasta.

– Widzę go na radarze.

– Sprawdź, co się z nim dzieje. Melduj na bieżąco.

– Tak jest.

OT2 ruszył sprintem w stronę miasta. W pełnym biegu obrócił się, jego twarz widoczna w pęknięciu zasłony mignęła ponad przyciśniętym do ramienia karabinem, omiótł wzrokiem teren za sobą i zniknął między budynkami. Poruszał się skokami, od jednej zasłony do kolejnej, od wraku samochodu do załomu glinianego muru, potem szybkie wychylenie i rzut oka na ulicę przed nim, krótkie spojrzenie na dachy sąsiednich budynków i sprint do kolejnej zasłony. Miniaturowe drony krążące ponad jego głową na bieżąco aktualizują mapę terenu.

Dudnienie wojskowych butów odbija się od ścian budynku i powraca zwielokrotnione.

Jest już blisko. Zza sterty śmieci widzi leżący na piasku hełm OT3. Zwalnia, przyklęka, mierzy z karabinu. Autonomiczny system bojowy ocenia odległość, wyświetla siatkę obrazu: OT3 siedzi za stertą śmieci z kolanami przyciśniętymi do piersi, dłońmi obejmuje głowę. Broń leży zagrzebana w piasku u jego stóp.

OT2 zbliża się powoli, omiata lufą karabinu teren przed sobą. Przyklęka naprzeciw skulonego operatora.

– Co się z tobą dzieje?

OT3 podnosi głowę, ukazując brudną twarz z odciśniętymi na policzkach śladami własnych dłoni. Przekrwione oczy zdają się nieludzko zmęczone.

– On wszedł do mojej głowy…

– Kto?

– Jardel…

– To niemożliwe. Mamy blokady mentalne.

– Był we mnie. – OT3 starł pot z twarzy. Drżały mu wargi. – Słyszałem jego głos.

– Co powiedział?

– Tylko jedno zdanie.

– Jakie?

– Otwórz oczy.

– To niemożliwe. Wstań! Musimy biec!

– Boję się.

OT2 na chwilę zamknął linię nasłuchową i w tym czasie powiedział:

– Bierz się w garść! Jeżeli ktoś się o tym dowie, będziesz skończony. Idziemy!

– Ty pierwszy.

– Nie – warknął OT2. – Nie wolno łamać schematu. Ruszaj!

Operator kiwnął głową, podniósł hełm (Zakładaj! – warknął OT2), posłusznie założył go na głowę, wzdrygnął się i zgarbiony wyszedł zza sterty śmieci. OT2 ruszył za nim. Pobiegli wąską uliczką w stronę punktu zbiorczego.

– Co on ci zrobił? – zapytał OT2.

– Nie wiem. – Odpowiedź zagłuszyły trzaski. – Kazał mi tylko otworzyć oczy.

– Uruchomiłeś skaner mentalny?

– Tak. Niczego nie wykrył. Żadnych ubytków.

Przebiegli już kilkanaście kroków wąską uliczką, gdy OT2 gwałtownym zrywem zmienił kierunek biegu, zatrzymał się przed drzwiami niewielkiej chałupy, kopnięciem wyważył drzwi i wbiegł do środka. W półmroku dostrzegł kobietę z dzieckiem na ręku, zgasił oboje dwoma strzałami, i przykucnął obok ściany. Biegnący za nim OT3 zatrzymał się na progu.

– Wchodź!

OT3 powoli wszedł do środka. Odchylił zasłonę hełmu, spojrzał na zakrwawione ciała leżące na podłodze, a potem zwrócił wykrzywioną złością twarz w stronę OT2.

– Co ty zrobiłeś, skurwysynu?

 

 

Siedzieli oparci plecami o ścianę naprzeciw stygnących ciał kobiety i dziecka. Lufy karabinów doczepionych ukośnie do przednich paneli pancerzy już zdążyły ostygnąć. Wcześniej zamknęli drzwi i we wnętrzu panował przyjemny półmrok. Spowijał ich szum owadów krążących nad ciałami.

– Posłuchaj… – OT2 z trudem wypowiadał każde słowo. – Jeżeli Jardel przedarł się przez blokadę, mógł zrobić z tobą wszystko. Sprawdziłeś protokoły?

OT3 nie odpowiedział. Siedział z opuszczoną głową. OT2 musiał powtórzyć pytanie.

– Tak – odpowiedział po długim namyśle. – Jardel wprowadził tylko jedną modyfikację.

– Kurwa! Jaką?

OT3 spojrzał na towarzysza.

– Przywrócił wszystkie wspomnienia.

– Ja pierdolę! I co teraz?

– Nie wiem. Boję się.

– Pamiętasz wszystko?

– Tak. – OT3 nabrał powietrza w płuca i powiedział: – Nazywam się Jose Ortis. Mam dwadzieścia trzy lata, żonę i dwuletnią córeczkę.

– Nic z tego nie rozumiem? Dlaczego zrobił tylko to?

Ortis przysunął się do OT2.

– Ja wciąż o nich myślę. O Annie i naszej córce. Boję się umrzeć…

– O, kurwa!

 

 

Kilka minut później znów byli w drodze. Biegli wąską uliczką, gdy system wczesnego ostrzegania wyświetlił komunikat i wizualizację: trzy uzbrojone cele skryte za rogiem drewnianego budynku. Dwa z nich wybiegły jednocześnie, a OT2 również oddał dwa strzały, zaliczając dwa trafienia w głowę. Trzeci cel, młody chłopiec z kałasznikowem, pozostawał w ukryciu. OT2 rzucił granat błyskowy, a po eksplozji dopadł obiekt i wystrzelił z przyłożenia. Obrzucił beznamiętnym wzrokiem ciało dygoczące na piasku, sprawdził pozostałe odczyty i odwrócił twarz w stronę Ortisa. Operator stał z opuszczoną głową nad zakrwawionymi trupami.

– Nie będę zabijał dzieci – wyszeptał.

– Za mną – warknął OT2.

Na końcu ulicy otrzymali wezwanie od dowódcy, OT4. Przystanęli z karabinami przyciśniętymi do piersi. OT2 dotknął opuszkami palcami mikrofonu umieszczonego na hełmie.

– Cel osiągnięty. – Głos dowódcy był pewny i silny. – Wyeliminowaliśmy tysiąc obiektów. Przystępujemy do realizacji drugiej części planu. Zbiórka w punkcie sześćdziesiąt trzydzieści. Bez odbioru.

Ortiz popatrzył z przestrachem na OT2. Drżały mu ręce. OT2 dotknął jego ramienia.

– To za chwilę się skończy – powiedział. – Ruszamy do punktu zbiorczego!

Ortiz złapał go za ramię.

– Tylko nic im nie mów. Proszę…

Biegli skrajem ulicy, gdy OT2 poczuł dziwne ukłucie w skroni. Potknął się, zgubił kroki, karabin zaplątał się między kolanami, i operator runął w pył drogi.

Otwórz oczy.

Posłusznie wykonał polecenie. W pierwszym odruchu nie wiedział, gdzie się znajduje. Zamrugał powiekami. A potem nadeszło objawienie.

Nazywał się Como Faria i miał dziewiętnaście lat.

 

 

Wszystko się zmieniło.

Como, wciąż na kolanach, popatrzył na trzymany w rękach karabin. Z okopconej lufy unosiła się smuga szarego dymu. Gdy poruszył palcami, zakrzepła krew na jego rękawicach zaczęła kruszyć się i odpadać. Spojrzał bezradnie na Ortisa.

– Nazywam się Como Faria… – wyszeptał.

Ortis położył dłoń na jego ramieniu.

– Musimy iść do punktu zbiórki. Trzeba przerwać misję.

Ruszyli biegiem. Po drodze mijali ludzkie ciała: już stygnące, zakrwawione, podobne do woskowych figur znieruchomiałych w przeróżnych pozach. Niektóre płonęły, a strzępy porwanych ubrań wiatr unosił do nieba jak płatki sadzy. Przebiegali obok pustych glinianych domostw, gdzie w ciemnościach za wyważonymi drzwiami leżały kolejne ciała. Smugi zakrzepłej krwi mieszały się z kurzem i piaskiem. Como przystanął nad ciałem młodej dziewczyny.

– To wszystko my zrobiliśmy?

Ortis tylko kiwnął głową.

Punkt zbiórki został wyznaczony w cieniu starego wieżowca. Pobudzone adrenaliną serce Como łomocze pod żebrami, płuca dyszą jak miechy, a on biegnie w syku egzoszkieletu, z karabinem przyciśniętym do ramienia.

I myśli intensywnie.

O matce, która czeka na niego w domu. Dom stoi na wzgórzu, ma drewnianą werandę i duże okna. Matka ma siwe włosy i spracowane dłonie. Myśli też o dziewczynie, jej wilgotnych ustach i udach pachnących lawendą. Wciąż czuje zapach jej ciała. I ciepło, dużo ciepła. Widzi jej wilgoć połyskującą na palcach. Myśli o zmarłym ojcu, który w ostatnich słowach kazał dbać o rodzinę i być dobrym człowiekiem. O siostrze, która w tym roku skończy dwanaście lat.

Como Faria zaczyna rozumieć, że zrobi wszystko, żeby wrócić do swoich bliskich.

Stojący na dachu wieżowca Jardel zmrużył oczy.

Niektóre rzeczy nigdy się nie zmieniają.

 

 

Operatorzy już czekali na miejscu zbiórki. Odwróceni plecami do siebie, z karabinami omiatającymi poszczególne sektory, w każdej chwili gotowi do zabijania. Autonomiczne systemy detekcji wskazały właściwe pozycje: Como Faria i Ortis natychmiast zajęli swoje miejsce w schemacie. Na znak OT4 grupa przesunęła się w bezpieczne miejsce, do niemal całkowicie zasypanego piaskiem parkingu w podziemiach wieżowca. Przykucnęli w cieniu betonowych kolumn podtrzymujących strop. Rój elektronicznych dronów wzniósł się ponad ich głowy i rozpłynął po wnętrzu parkingu. Wkrótce zaczęły napływać sygnały zwrotne.

– Czysto. Brak żywych wrogów.

Samotny Jardel czeka na dachu wieżowca.

Operatorzy przykucnęli w kole, na znak dowódcy odsunęli zasłony hełmów.

Faria spogląda na te twarze zaprawionych w walce żołnierzy i ma pewność, że jego własna wygląda podobnie: pociemniała od brudu, z nieludzko zmęczonymi oczami, okolona gęstą brodą posklejaną potem. Dotyka dłonią napuchniętych powiek, zapadniętych policzków, opuszkami palców wyczuwa zarost na policzkach, który w każdej części świata jest synonimem męskości. Wszyscy mężczyźni wysłani na wojnę zapuszczają brody. Faria ociera pot z twarzy. OT4 na wirtualnej mapie kreśli plan misji.

– Przystępujemy do szturmu. – Jego głos, rozbrzmiewający w słuchawkach, jest bardzo mocny; zdecydowany. – Jardel jest na dachu. Czeka. – Wskazane miejsce podświetla się na czerwono. – Przed nami dziesięć pięter. Nie ma potrzeby działania w ukryciu. Klatki schodowe są drożne, chociaż zasypane gruzem. Po likwidacji Jardela transportowiec zabierze nas z dachu. To nasz punkt ewakuacji.

OT4 spojrzał na twarze operatorów. Kiwnęli głowami.

– Ruszamy! – warknął dowódca. Nagle jego głos przeszedł w szept: – Dorwiemy skurwiela…

Como odruchowo poderwał głowę. Spojrzał w oczy OT4 i dostrzegł w nich strach. To samo wyczytał w oczach Ortisa. I OT3. Como Faria westchnął przeciągle.

– Was też dopadł?

Twarz OT4 przybrała wyraz nieruchomej maski. Ruchem dłoni nakazał wyłączenie linii nasłuchowej. Kiedy umilkły mikrofony, powiedział:

– Tak.

OT2 z wyrazem ulgi usiadł na betonie. Karabin oparł na skrzyżowanych nogach.

– Mnie też – powiedział. – Przywrócił wszystkie wspomnienia.

Operatorzy opuszczają głowy.

Stojący na dachu wieżowca Jardel unosi ręce w geście triumfu.

Tak dociera się do prawdy.

 

 

W podziemiach wieżowca następuje osobliwe misterium: bezimienni operatorzy zmieniają się w ludzi z krwi i kości. Odzyskują pełną władzę nad wspomnieniami. Teraz ich płuca przetwarzają tlen, serca pompują krew, a mięśnia pracują w jednym konkretnym celu: przeżyć.

I wrócić do domu.

Wcześniej jednak następuje przedziwna spowiedź, poprzedzona uściskiem dłoni.

– Nazywam się Como Faria i mam dziewiętnaście lat. Mieszkamy z rodzicami w Nowym Orleanie. Mam też dziewczynę, która ma na imię Anna i jest prześliczna. Myślę, że po powrocie do domu poproszę ją o rękę. Kupię kwiaty, pierścionek i wszystko, co tam potrzeba, i pójdę do jej rodziców.

– Nazywam się Jose Ortis, mam dwadzieścia sześć lat. Mam cudowną żonę i córeczkę. Jeszcze przed misją, przed założeniem blokady, schowałem zdjęcie mojej rodziny rękawie munduru. Żeby zawsze były ze mną.

– Nazywam się Dan Anton, ale wszyscy mówią na mnie Chudy. Mam dwadzieścia jeden lat. Do służby wstąpiłem zaraz po osiemnastych urodzinach. Nigdy nie spałem z dziewczyną.

– Nazywam się Arnutowicz i od dwudziestu trzech lat dowodzę jednostkami specjalnymi. Niedługo kończę z tą robotą. Potem jeszcze kilka lat za biurkiem i emerytura. Szkoda, że Jardel to spierdolił.

– Szkoda.

 

 

Siedzieli z opuszczonymi głowami. Niedbale ciśnięte karabiny leżały poza zasięgiem rąk. Z bezradnością w oczach patrzyli na swoje twarze: zarośnięte, spocone, naznaczone smugami brudu i okopcone dymem prochowym. Po długim milczeniu jako pierwszy przemówił Arnutowicz.

– Musimy dostać się na dach, bo nie możemy zmienić punktu ewakuacji. A to oznacza, że nadal musimy zabić Jardela. Nic się nie zmieniło.

– Możemy się wycofać poza miasto – wtrącił Ortis. – Tam nas odbiorą.

– I co im, kurwa, powiemy?

– Prawdę.

– Że zjebaliśmy sprawę? Że zabiliśmy tysiąc osób i odpuściliśmy na ostatniej prostej? Że Jardel wciąż żyje?

Arnutowicz gwałtownie zamilkł. Pozostali operatorzy również się nie odzywali. Po chwili dowódca znów zaczął mówić.

– Jeżeli to się wyda, to już nie wrócimy do domu. Blokada mentalna ma nas chronić przed wspomnieniami. Przed wszystkim, co może nas zdekoncentrować w czasie misji. Chroni też naszych zleceniodawców: po jej zerwaniu będziemy wszystko pamiętać.

– Nie rozumiem. – Como Faria uniósł dłoń. – O czym ty mówisz?

Arnutowicz westchnął.

– Ile misji bojowej pamiętasz? – zapytał.

– Żadnej.

– No właśnie. Bo w czasie misji jesteś tylko ciałem, które wykonuje ustalone wcześniej cele. Nie martwisz się o własne życie. Idziesz do walki nie dbając o konsekwencje. Nie masz żadnych oporów moralnych. Liczy się tylko cel. Potem wracasz, inżynierowie zdejmują blokadę i cyk! – Arnutowicz strzelił palcami. – Wracasz do codziennych zajęć. Teraz będzie inaczej. Dlatego musimy to zrobić.

– Co takiego?

– Zabić Jardela.

 

 

Podnieśli się w zupełnej ciszy z karabinami w rękach. Opuścili zasłony hełmów, odruchowo zajęli miejsca w schemacie: Ortis i Chudy osłaniali boczne sektory, a Arnutowicz dbał o zabezpieczenie terenu za nimi.

Como Faria szedł na szpicy.

Jego serce jak oszalałe tłukło się między żebrami. Czuł oszałamiające dudnienie krwi w skroniach. Dłonie zaciśnięte na karabinie drętwiały z wysiłku. Szli tuż przy wysokiej betonowej ścianie parkingu, a leżący na podłodze gruz zgrzytał pod butami. Przed nimi majaczyła ciemna gardziel klatki schodowej.

Zatrzymali się przed wejściem. Po raz ostatni sprawdzili stan amunicji i egzoszkieletów, a autonomiczne systemy bojowe naniosły na wirtualną mapę odczyty dronów. Dziesięć pięter wieżowca ponad ich głowami było zupełnie pustych. Na dachu czekał Jardel.

Z rozpostartymi rękoma przywoływał ich do siebie.

Chodźcie do mnie.

Wszyscy.

Byli już w połowie drogi, gdy zaczęły szaleć odczyty dronów. Przystanęli zaniepokojeni, opuścili karabiny, a Arnutowicz wyświetlił trójwymiarową mapę. I zaklął ze złości.

Tłum ludzi zmierzał w stronę wieżowca. Już przetoczył się przez parking i wpłynął na wąską klatkę schodową. Stado ruszyło ratować swego przywódcę.

Na przedzie biegną młodzi chłopcy. Z wysiłkiem dźwigają ciężkie karabiny. Dłonie zaciskają na granatach i maczetach. Ich bose stopy wzniecają kurz na schodach. Za nimi podążają bracia, ojcowie, matki i córki. Wśród nich oszalała z rozpaczy matka malutkiej Silly, której serce zatrzymało się na zawsze. Zapłakany mężczyzna, który widział stopione ciała swej rodziny. Jest też Akebe, który stracił matkę. Uraalo, które jeszcze nie umarł. Jest też ojciec młodego chłopca o imieniu Mogazi, zabitego nad brzegiem kanału. Jest Serutu, Ogami, Ebru i inni. Wielu innych.

Wbiegają na ciasną klatkę schodową, wprost pod lufy karabinów. Gorące pociski żłobią ich ciała, ciskają na beton, rozrywają na strzępy. Rzucone w tłum granaty powstrzymują ich tylko na chwilę, wystarczającą zaledwie na rozłożenie min burzących.

Operatorzy wbiegają na wyższą kondygnację i zdalnie odpalają detonatory.

Potworny huk eksplozji zostaje automatycznie wytłumiony przez systemy ochronne nanokombinezonów. Przez betonową konstrukcję wieżowca przetacza się podmuch eksplozji, drży podłoga pod stopami, ze ścian sypie się gruz. Jardel z trudem utrzymuje równowagę.

Szkielet wieżowca wciąż góruje nad miastem zbudowanym z gliny i drewna. A kiedy opada dym eksplozji, oczom operatorów ukazuje się straszny widok: nieruchome ciała zmieszane z gruzem, oblepione pyłem i krwią. Kolejne figury z czarnego wosku. I nietknięte schody.

Arnutowicz z rozmachem uderzył dłonią w betonową ścianę.

– Dobra zachodnia technologia – warknął.

Z głębi klatki słychać skowyt umierających ludzi. I krzyki tych, którzy szli po ich ciałach. Ortis upadł na kolana. Odrzucił ze wstrętem karabin. Zdjął hełm. Popatrzył błędnym wzrokiem na operatorów.

– Już tak dalej nie mogę…

Opuścił wzrok na zakrwawione ręce. Arnutowicz potrząsnął go za ramię.

– Zaraz tu będą. Chodź z nami!

– Nie.

W dłoniach Ortisa pojawiło się pogniecione zdjęcie. Wyprostował je na udzie. Popatrzył.

– Nie będę więcej zabijał dzieci.

Zostawili go wśród okrzyków dobiegających z głębi klatki schodowej.

 

 

Byli już na ostatnim piętrze wieżowca, gdy tuż za nimi rozległ się tupot bosych stóp na schodach. I gniewne chłopięce okrzyki. Arnutowicz przystanął z lufą karabinu zwróconą w stronę schodów poniżej. Como i Chudy również się zatrzymali. Arnutowicz, nie odwracając głowy przekrzywionej nad celownikiem karabinu, powiedział:

– Zaraz tu będą. Trzeba ich zatrzymać.

– Musimy dopaść Jardela.

– Dopadniemy. Ale ktoś musi powstrzymać ten tłum.

Zapadła nieznośna cisza. Arnutowicz odwrócił głowę w stronę operatorów. Nagle wszyscy trzej zgodnie unieśli zasłony hełmów i dostrzegli swoje przestraszone oczy.

– Ktoś musi ich zatrzymać – powtórzył Arnutowicz. – Jeden z nas. Musimy mieć czas, żeby dorwać Jardela.

Como opuścił wzrok. Patrzył na swoje dłonie zaciśnięte na karabinie i myślał intensywnie. Myślał o dziewczynie, która gdzieś tam na niego czeka. O matce i o domu na wzgórzu. Spojrzał z nadzieją na Ortisa.

– Ja mam żonę i dziecko – usłyszał. – Chcę je zobaczyć.

Spojrzał na Arnutowicza.

– Jestem już stary. Nie poradzę sobie z nimi.

Spojrzał w końcu na siebie. Zobaczył dziewiętnastoletniego chłopca o błyszczących oczach i jasnych włosach, któremu wciśnięto broń do ręki i kazano zabijać innych ludzi. Czekający na dachu Jardel pokiwał głową: to prawda znana od tysięcy lat, może nawet od zawsze.

Como Faria również dociera do prawdy. Zmieniają się epoki, mapy państw, zmieniają się ustroje i ludzie u władzy, lecz jedna rzecz nigdy się nie zmienia: na wojnę zawsze posyła się młodych chłopców. Pomimo rozpaczliwych błagań wszystkich kobiet, które tych chłopców kochają. A oni…

– Pierdolę to!

Como Faria uniósł głowę. Dostrzegł wyraźną ulgę na twarzach operatorów.

– Ja ich zatrzymam! – warknął.

Arnutowicz z wdzięcznością uderzył go w ramię. Na jego pobrużdżonej zmarszczkami twarzy pojawił się cień uśmiechu. Otarł dłonią spocone czoło, do którego przylgnęły kosmyki siwych włosów.

– Idź, Como… Jesteś najmłodszy…

Na wojnę zawsze posyła się młodych chłopców. To prawda znana od tysięcy lat.

Jardel spokojnie czekał na dachu. Patrzył z góry na miasto zbudowane z gliny i drewna. U stóp wieżowca widział rozszalałe stado. Słyszał ich głosy i myśli, pełne atawistycznej furii skierowanej przeciw przybyszom z zachodu. Za chwilę zostanie zburzony stary porządek. Zniknie, zastąpiony przez nowy, zachodni: czysty, sterylny i zimny.

Stary samiec miał świadomość, że tak naprawdę zmieni się tylko człowiek patrzący z góry na swoich poddanych. Bo piekło nigdy się nie zmienia.

Kiedy przyszli po niego, słońce stanęło w zenicie: oślepiający blask spłynął na ziemię, odbarwił na biało miasto, dach wieżowca i twarz Jardela. Stary samiec stał na skraju dachu, odwrócony do nich plecami. Zamknął oczy. A potem runął w pustkę.

 

 

Como Faria również czekał. Stał z dumnie uniesioną głową jak młody byk na arenie. Dyszał ciężko w oparach krwi z przepoconego nanokombinezonu. Dłonie zaciskał na karabinie. Słyszał szum nadlatującego transportera. Patrzył na schody, którymi nadbiegał rozszalały tłum. Z przodu biegli młodzi chłopcy. Odważni i zapalczywi. Podobni do niego. Ich nagie stopy wzbijały biały pył, który osiadał na twarzach.

Samotne kobiety płakały w pustych domach.

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Wyzwanie podejmuję.

Duszoszczypatielne i nie w moich klimatach (bojowy cyberpunk – nie dla mnie), ale większych problemów technicznych nie widzę. Ot, parę drobiazgów: pomieszane czasy (popraw! nie ma dla nich uzasadnienia), "wzrok" tam, gdzie lepsze byłoby "spojrzenie" (obrzucił spojrzeniem), "atawizm” użyty ni z gruszki, ni z jabłka, jedna czy dwie literówki, "z bezradnością w oczach" (postaraj się nie hipostazować), "osoby" zamiast "ludzi" (zabiliśmy tysiąc ludzi). Mam wrażenie, że lepiej by było tym zleceniodawcom wykorzystać roboty, skoro ich elitarni żołnierze to "tylko ciała" – ale może to babski pragmatyzm. Opisy pewnie mogłyby być jeszcze bardziej sugestywne – ale nie wiem, czy wtedy dałoby się to wytrzymać emocjonalnie.

I tyle.

Postanowienie na rok 2018: robić ćwiczenia stylistyczne!

Mam mieszane uczucia. Podoba mi się pomysł i świat, całość klimatyczna, choć może czasem trochę za bardzo operujesz kliszami (ale że to okołocyberpunkowe, to chyba nie da się tego uniknąć…). Nie przeszkadzałyby mi przeskoki z czasu teraźniejszego na przeszły, gdyby były konsekwentne: np. jak punktem widzenia jest Jardel – teraźniejszy, w pozostałych cząstkach – przeszły.

Natomiast trochę jak dla mnie jest to za rozwlekłe – mniej więcej w połowie zaczęło mnie trochę nużyć (mimo że lubię militarne klimaty), potem zaczęło się na szczęście coś dziać.

Niemniej uważam, że to znacznie lepszy tekst od mnóstwa, które czytałam w różnych pokonkursowych antologiach…

 

Skądinąd, czy imię Jardel coś znaczy?

 

Nie mam w tej chwili możliwości na łapankę, ale jedno zdanie wynotuję, bo mnie uderzyło:

 

“Na dachu wieżowca Jardel łapie się za głowę.” Nie pasuje mi to stylistycznie – on jest cały czas na takim raczej podniosłym dramatycznym, czy wręcz tragicznym, tonie, a łapiemy się za głowę zazwyczaj jednak z powodu rzeczy błahych, głupkowatych itd., a nie prawdziwych tragedii.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Ech, Algirze. Przeczytałem sobie przedmowę i nawet Cię rozumiem, ale za tymi sprawami mogłaby iść lepsza realizacja. Niestety, nie ująłeś mnie tym tekstem, sprawy i owszem, może i są widoczne, ale chyba za bardzo się na nich skupiłeś, bo warstwa logiczna zupełnie siadła.

Ot, taki przykład:

Piękny, techniczny strzał z dwustu trzydziestu trzech metrów przy zmiennym wietrze.

Ale dla kogo ten strzał jest piękny i przesłania zabójstwo? Dla narratora? Przecież Operatorzy Techniczni nie odczuwają zbyt wiele, podobno są “zaprogramowani” na zabijanie. Wyciąganie piękna z zabójstwa to rzecz określająca różnego rodzaju dewiantów, a oni chyba nimi nie są.

Nie podobał mi się pomysł sterowania myślowego elektroniką. Jakoś do mnie nie przemawia, mam na myśli Jardela i jego “wyeliminowanie misternego systemu zabezpieczeń”. W ogóle jego postać jest dla mnie niezrozumiała. Niby ma moc, jest potężny, a stoi na tym swoim wieżowcu i stoi, całe opowiadanie.

O ile pamiętam, “stado” Jardela liczyło sto pięćdziesiąt tysięcy osób, a OTeciaki zabijają “raptem” tysiąc osób, w skali wojny, nie nazwałbym tego zagładą, chaosem, w ogóle czymś wielkim, a opisujesz to jako prawdziwą rzeź. To znaczy zabójstwo tysiąca osób jest oczywiście okrutne, ale to nawet nie jeden procent populacji, dla Jareda z jego podejściem, poczuwaniem się jak Bóg, to chyba niewielka strata. DLa OTeciaków chyba też, więc w czyich oczach to rzeź? W Twoich Autorze. :) Dalej ci młodzi chłopcy, biegający w klapkach z opon samochodowych i te kilkanaście razy pojawiające się określenie “miasta z gliny i drewna”, naprawdę, więcej wiary w czytelnika, że to zapamięta.

Na deser serwujesz “kałasznikowy ze starymi, rosyjskimi wyrzutniami RPG”. Wiadomo przecież, że ciemnota i zacofanie to musi być rusek albo coś po ruskim, albo coś ruskiego.

Jest kilka plusów, polujące “lwy” i “myśliwi” wypuszczeni na polowanie. Jest postać Jardela, niestety, niewykorzystana, za dużo się na stał, jak dla mnie. Pomijam już powrócenie wspomnień u żołnierzy, też niezbyt odkrywcze.

Podsumowując, widać, że miałeś pomysł i sprawy, które chciałeś poruszyć, ale tak się na nich skupiłeś, że powstało chaotyczne opowiadanie.

Spodobał mi się pomysł na walkę odczłowieczonych żołnierzy. Ale mam wrażenie, że zbytnio ją przeciągasz. Wiesz, jedna śmierć to tragedia, milion to statystyka. I Tobie, z tym tysiącem na koncie, już bliżej statystyki. Mnie też te powtarzające się opisy zaczęły nużyć. Oczywiście, że na wojnę posyła się młodych chłopców. Starzy są za słabi, a kobiety mają za dużo rozumu.

IMO, więcej wyjaśnień jak działa przywódca stada, kosztem walk.

Z wykonaniem nie jest źle.

W armii nazywa się ich Operatorami Taktyczni.

Tu się gramatyka posypawszy.

OT2 zbliża się do chłopca na odległość wyciągniętej ręki. […] Piękny, techniczny strzał z dwustu trzydziestu trzech metrów przy zmiennym wietrze.

No to długie mieli ręce.

Babska logika rządzi!

Przeczytałem i nie rozumiem paru rzeczy.  Definiowanych pytaniem. Po co? 

 

Po co  były wcześniej te czołgi, śmiegłowce szturmowe, snajperzy, podesłane zamochowczynie, skoro można było wcześniej wysłać tych czterech superżołnierzy i byłoby pozamiatane?

 

Po co zrzucać na spadochronach amunicję do jatki na ulicach, skoro jedna czy dwie bomby paliwowo-tlenowe  dałyby taki sam efekt? Tak na marginesie wiedząc gdzie spadną zasobniki, można rejon ich lądowania przykryć ogniem np. moździerzy. One tak samo jak kałachy i RPG nie potrzebują elektroniki i pozwalają na wykończenie tych OT. Można by też zamiast ganiać cienie w aktywnym kamuflażu po prostu ostrzeliwać zasobniki. Pozbawieni amunicji i baterii OT musieliby się wycofać, względnie zostaliby zabici podczas próby uzupełniania amunicji. 

 

Po co tak przedłużać czas misji? Przecież z każą godziną “stado” Jardela uruchamiałoby wyeliminowaną wcześniej elektronikę.  Samoloty z zasobnikami zaczęłyby spadać tak jak wcześniej śmigłowce szturmowe.  

 

Po co Jardel kiedy udało mu się zhakować tych tam OT nie napuścił ich na siebie?  Skoro i tak nie mieli wspomnień wystarczyło wprowadzić im nowy cel misji np. likwidacja innych OT, pokazanie kolegom żonglerki odbezpieczonymi granatami, albo coś w tym stylu. 

 

Po co blokować żołnierzom wspomnienia na czas misji? Z badań jakie dotyczyły żołnierzy od II Wojny Światowej po czasy współczesne wynika, że 2% populacji ma skłonności socjopatyczne i jest im absolutnie obojętne kogo zabijają. Do takiego czteroosobowego zespołu OT powinno dać się wyselekcjonować takich ludzi.  

Czekaj, MPJ, czy chcesz powiedzieć, że wystarczy, jeśli komuś nie jest wszystko jedno, kogo zabija, i już nie jest socjopatą?

Babska logika rządzi!

Hmm, sporo pytań. Gorzej, że na większość nie znam odpowiedzi ;) Ale spróbuję, co tam…

Tak sobie wymyśliłem, że ładunek EMP załatwi sprawę – skasuje elektronikę i stado będzie musiało wrócić do bardziej tradycyjnych metod. Dlaczego rzeź? No bo lekcja kunsztu (w sumie, to mogli się przecież zakraść i skasować Jardela po cichu). Dlaczego Jardel nie załatwił OT? Może chciał im coś udowodnić, nie wiem. Dlaczego blokada mentalna? Żeby dzień później nie mieć kaca. A Jardel to imię piłkarza, którego kiedyś bardzo lubiłem.

Ja wiem, że to żadne wyjaśnienia, ale naprawdę, nie wiem. Moje teksty w sprawach logiki często przypominają boksera, który chwieje się przy linach.

Dziękuje pięknie za komentarze.

Klimat jaki lubię… do czasu.

Poetycki opis cyberpunkowej rzezi od strony Jardela jest najmocniejszą. Podoba mi się, choć zgodzę się z poprzednikami, że nie raz i nie dwa poniosło Ciebie w opisach. W efekcie dostajemy takie kwiatki jak to:

maskowaniem cyfrowym

A teraz powiedz mi, czym kamuflaż cyfrowy różni się od analogowego? ;) Moim zdaniem należy uważać z przymiotnikami określającymi elementy technologii. Od niewłaściwie używanych określeń, takich jak “kwantowy”, “cyfrowy”, “hadronowy”, “grawitonowy” boli mnie często brzuch ze śmiechu ;)

Ale poza tym część Jardela jest naprawdę fajna. Niestety mocno zaniża ją część od strony operatorów, kiedy budzą się w nich wspomnienia. Wtedy hamujesz z poetyckością, a pojawia się prostota, która jakoś nie pasowała mi do tekstu. Może dlatego, że pojawiła się nagle za 1/3 tekstu i burzy dotychczasowy przepływ. Ta część jest też prosta, zwykłe przeżycia ludzi, które jakoś mocno też nie wybijają się ponad cyberpunkowy standard.

Podsumowując: dwie przeplatane części tego koncertu fajerwerków średnio ze sobą współgrają. Fajny motyw od strony Jardela przypadł mi do gustu, ale już motywy we fragmentach OTeków – nie. Jednak klik za pomysł i pierwszą część się należy.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Finklo może nie do końca mi o to chodziło, ale doświadczenia różnych wojen wskazują, iż ludzie którym  jest obojętne kogo zabijają zazwyczaj zostają asami lotnictw, wojsk pancernych, snajperami itd. Co więcej kilku z najskuteczniejszych snajperów po wojnie wracało do zawodu np drwal, cieśla i nie miało żadnych dziwnych syndromów stresu po walce typowych dla współczesnych żołnierzy z USA. 

 

Algir w moim prywatnym odczuciu kunsztem byłoby przeniknięcie przez te wszystkie zastępy bojowników Jardela bez jednego strzału. Likwidacja szefa stada i zniknięcie bez śladu. Wielogodzinna uliczna jatka jakoś tak nie kojarzy mi się z kunsztem ale raczej z zawaloną misją w stylu “Helikopter w ogniu”. 

 

 

Nie bardzo wiem, czemu służyło wybijanie ludzi, skoro Jardel potrafił przywrócić Operatorom wspomnienia, co sprawiło, że stali się bezużyteczni. No cóż, Lekcja kunsztu raczej niespecjalnie przypadła mi do gustu.

 

W armii na­zy­wa się ich Ope­ra­to­ra­mi Tak­tycz­ni. –> Wydaje mi się, że chyba: W armii na­zy­wa się ich Ope­ra­to­ra­mi Tak­tycz­nymi/ Operatorzy Taktyczni.

 

urze­czy­wist­nia­ją jar­de­low­ską wizję pań­stwa sa­mo­wy­star­czal­ne­go. –> …urze­czy­wist­nia­ją Jar­de­low­ską wizję pań­stwa sa­mo­wy­star­czal­ne­go.

 

z roz­rzu­co­ny­mi rę­ko­ma, twa­rza­mi wy­szcze­rzo­ny­mi do słoń­ca… –> Można wyszczerzyć zęby w uśmiechu, ale nie można wyszczerzyć twarzy.

 

ocza­mi skle­jo­ny­mi pia­skiem. –> Oczu nie można skleić, ale można skleić powieki.

 

Wiatr targa cie­ni­stym ma­te­ria­łem ich su­kien. –> Raczej: Wiatr targa cie­nkim ma­te­ria­łem ich su­kien.

Za SJP PWN: cienisty 1. «osłonięty od słońca i światła» 2. «dający cień»

 

z gra­na­tem za­opa­trzo­nym w trzy se­kun­do­wy wy­zwa­lacz. –> …z gra­na­tem za­opa­trzo­nym w trzyse­kun­do­wy wy­zwa­lacz.

 

OT2 do­tknął opusz­ka­mi pal­ca­mi mi­kro­fo­nu umiesz­czo­ne­go na heł­mie. –> OT2 do­tknął opusz­ka­mi pal­ców mi­kro­fo­nu umiesz­czo­ne­go na heł­mie.

 

Bez od­bio­ru Ortiz po­pa­trzył z prze­stra­chem na OT2. –> Literówka.

Wcześnie napisałeś, że OT3 nazywa się Jose Ortis.

 

Ortiz zła­pał go za ramię. –> Jak wyżej.

 

scho­wa­łem zdję­cie mojej ro­dzi­ny rę­ka­wie mun­du­ru. –> Pewnie miało być: …scho­wa­łem zdję­cie mojej ro­dzi­ny w rę­ka­wie mun­du­ru.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka