
Miałem czołg.
Zwyczajny, czworonożny, z jednym dwulufowym działem. Wykuty i odlany na kształt wyrównanej po bokach, spłaszczonej beczki, z wąskim, podłużnym wizjerem. Oznaczony łuszczącym się, białym „05”, niegdyś noszący na piersi malowidło zdradzieckiego, dwugłowego ptaka. Dziś z wymalowanym na samym środku kadłuba, rozpościerającym dumnie skrzydła białym orłem na czerwonym tle.
Czołg jak czołg. Nic wielkiego.
Ale ten był mój. I nie oddałbym go za żadne skarby.
Przypałętał się pewnego razu na nasze wzgórze, samotny, zagubiony, smutny jakiś. Nie wiedzieć czemu, bo mało kto zaglądał na nasze pole. Z oderwanego ramienia wciąż sypały się iskry, a drugie, krótsze, machało niezgrabnie działem, to kierując je w moją stronę, to zaś ku leżącej na hamaku Asieńce i łaszącemu się, leniwemu owczarkowi.
Po prawdzie to nie wiedziałem, jak powinno się należycie witać zbłąkany czołg. Z parą nie było u nas najlepiej, nie mówiąc nawet o elektryczności, a jedyny olej, jaki mogliśmy zaoferować, miał za moment zostać wylany na rozgrzewającą się patelnię. Do Armii nigdy nie trafiłem, nie wiedziałem, jak z czołgami rozmawiać, a tym bardziej jak nie rozmawiać. Postawiłem więc na jedną kartę. Oparłem strzelbę o framugę, od wewnątrz, co by się gość nie przestraszył, odpaliłem fajkę i skłoniłem się grzecznie, zdejmując kapelusz.
– Pochwalony! – zawołałem donośnie. Tak, by wiedział, że u nas sami porządni ludzie mieszkają. – Może napije się pan czego? Usiądzie na chwilę? Bo na tych czterech nogach to ciężko musiało być wchodzić tu, na górę. Przy zagrodzie plac się znajdzie.
Czołg chyba się takiego powitania nie spodziewał, bo przestąpił z nogi na nogę, wypuścił kolejną salwę iskier z widniejącej w miejscu utraconego ramienia plątaniny przewodów, skierował działa ku błękitnemu, upstrzonemu pojedynczymi obłokami niebu i osiadł nisko przed drzwiami. Westchnął przeciągle, wypuszczając słup pary z korpusu, po czym odrzucił niewielką, okrągłą pokrywę. Zawiasy skrzypnęły, właz rąbnął o metalowy kadłub, a ze środka powoli, z wyraźnym trudem wygramolił się mężczyzna. Ciężka, obładowana sprzętem kamizelka wyraźnie ciągnęła go w dół, szeroki, niedopasowany hełm z błyszczącymi czerwienią oczyma kołysał się na wszystkie strony na zbyt małej głowie.
Speszyłem się nieco i zaczerwieniłem, bo to oznaczało, że mam teraz dwóch gości do przyjęcia. Pyknąłem, wypuszczając kilka siwych kółek i otworzyłem usta, gotów do składania pokornych przeprosin.
– Kazimierzu Modrzewski – zadudnił gość spod opadającego teraz na prawą stronę hełmu, nie pozwalając mi dojść do głosu. – Na mocy prawa ustanowionego przez Jego Cesarską Mość, niniejsze gospodarstwo, wraz z podległymi mu terenami, oficjalnie zostaje przejęte przez siły Armii Carskiej. Przysługuje ci prawo dwudziestu czterech godzin na zebranie dobytku, po upływie wyznaczonego czasu ty i twoja rodzina zostaniecie siłą usunięci z terenu posiadłości.
Gość znieruchomiał i zacharczał urywanie pod hełmem. Westchnąłem w duchu, zakładając kapelusz i sięgając po skrytą wciąż za framugą, naładowaną strzelbę. „Biedaczek”, pomyślałem. „Nie dość, że taka niewdzięczna robota, to jeszcze pewno mu duszno w tym kombinezonie”.
– Dziękujemy za skorzystanie z naszych usług i życzymy miłego dnia. Ku chwale Cara! – wyrecytował tym samym, niewzruszonym głosem i zaczął powoli znikać w czeluści włazu.
Naprawdę było mi go szkoda. Szkoda było mi jego losu, jego pracy, warunków, w jakich dane mu było pełnić służbę. Szkoda mi było, że byłem szybszy. Szkoda mi było, że musiałem zepsuć mu ten jakże cudowny dzień. Bo to pewnie dobry człowiek był.
Wykonałem szybki znak krzyża, zacisnąłem palce na uchwycie strzelby i rzuciłem się przed siebie. W kilku długich susach pokonałem dystans dzielący mnie od gości. Wskoczyłem zgrabnie na jedną z ugiętych nóg i, korzystając z rozpędu, rzuciłem się na ramię czołgu, starając się go zbytnio nie uszkodzić. Wszak to nie on, a jego towarzysz chciał odebrać mi jedyny na tym świecie dom.
Wdrapałem się na żelazny kadłub, utrzymując równowagę dzięki dłoni zaciśniętej na jednej ze skierowanych w niebo luf i zajrzałem do środka, wpuszczając wpierw dwururkę. Mężczyzna w kombinezonie spojrzał na mnie, oczy hełmu błysnęły złowrogo. Zaciśnięta na dźwigni dłoń pociągnęła wajchę do siebie, wnętrze rozjaśniło się błyskiem różnokolorowych kontrolek. Czołg sapnął i zaczął podnosić się leniwie.
Pyknąłem, wypuszczając z ust kolejne, okalające za duży hełm kółeczko i ściągnąłem spust.
Ogień wylotowy błysnął mi przed oczami, chmura śrutu wypełniła kadłub, rzucając ciałem żołnierza jak szmacianą lalką. Rozbite światła i podziurawione panele sypnęły snopami iskier, czołg zachwiał się niebezpiecznie, niemalże mnie nie zrzucając i samemu nie spadając w dół stromego wzgórza, lecz po krótkiej chwili udało mu się złapać równowagę. Przestąpił z nogi na nogę, sapnął raz jeszcze, wypuszczając kolejne słupy dymu spomiędzy odnóży, wyprostował się dumnie i znieruchomiał. Chwyciłem mocniej strzelbę, wyciągnąłem ją z wnętrza włazu i zeskoczyłem na ziemię.
Spojrzałem na bladą ze strachu, oddychającą ciężko Asieńkę, na biegnącego ku mnie z wystawionym radośnie jęzorem owczarka, wreszcie na górujący nade mną, błyszczący w promieniach słońca, strzelający co jakiś czas niewielkim snopem iskier czołg. Oparłem strzelbę na ramieniu, uśmiechając się do niego i klepiąc go po twardej, wbitej w ziemię nodze.
– Jak mówiłem – powiedziałem wyraźnie, bo jemu, tak jak i mnie, zapewne też huczało w uszach po ostatnim strzale. – Tak długa droga zapewne was zmęczyła. Zapraszam, znajdzie się plac koło zagrody.
Czołg zasyczał.
***
Trzy dni później staliśmy wszyscy przed domem, obserwując malujące się na tle zachodzącego słońca sylwetki. Na początku rozmyte, niewyraźne, przelewające się i tworzące niekształtną, brunatną plamę. Zbliżające się z każdą chwilą, coraz wyraźniejsze, kroczące w pewnym, niezmiennym tempie, ugniatające ziemię ciężkimi butami i ostrymi, żelaznymi odnóżami. Brzęczące suchym szczękiem karabinów i niosącym się już z daleka, upiornym skrzypieniem czołgów. Tak bardzo odmiennych od mojego. Niosących na piersiach czarne, lśniące, dwugłowe ptaki. Pozbawionych dumnie rozpościerającego skrzydła, wymalowanego własnoręcznie orła.
Asieńka przytuliła się do mojego ramienia, owczarek ułożył się przy nodze, kładąc pysk na wysokim, skórzanym bucie. Tak samo jak my patrzył w dal, co jakiś czas podnosząc na mnie spojrzenie smutnych, błyszczących oczu. Tak samo jak my wiedział, kim są depczący naszą ziemię, wpatrujący się w nas czerwonymi wizjerami hełmów ludzie. Wiedział, po co im kroczące za nimi czołgi. Wiedział, w kogo zostaną za chwilę wycelowane lufy dział i karabinów. A jednak został z nami.
Tak samo jak czołg. Stał tuż obok, wyprostowany, wypolerowany, z dumą prezentując godło swojego kraju. Naszego kraju.
Tak samo jak my słuchał wystosowanych w naszą stronę oskarżeń i tak samo milczał. Z tym samym, niezłomnym spojrzeniem zajrzał w lufy karabinów. Aż w końcu, tak jak my, osunął się na ziemię. Wiedząc, że zginął wśród tych, którzy traktowali go jak swojego.
***
Mogłem wszystkiemu zaprzeczyć. Wyrzucić broń, zniszczyć maszynę, spakować dobytek i uciekać. Jak najdalej od wznoszącego się w powietrzu białego orła, jak najdalej od ziemi, którą kochałem ponad wszystko. Mogłem porzucić wszystko, co się dla mnie liczyło, mogłem ratować nas wszystkich.
Ale nie zrobiłem tego.
Bo od tamtego dnia, w którym zastrzeliłem carskiego żołnierza, miałem czołg. Zwyczajny, czworonożny, z jednym dwulufowym działem. Wykuty i odlany na kształt wyrównanej po bokach, spłaszczonej beczki, z wąskim, podłużnym wizjerem.
Czołg jak czołg. Nic wielkiego.
Ale ten był mój. I nie oddałbym go za żadne skarby.