- Opowiadanie: ac - W twojej niedoskonałości zbuduję dom swój

W twojej niedoskonałości zbuduję dom swój

Za inspirację posłużył: Jakub Różalski – Very severe winter...

 

Niestety bez mechów, ale w opisie konkursu (pomijając jego nazwę) nie było napisane, że są konieczne, więc... Posłużyłem się tą pracą, która mi najbardziej odpowiadała. Najwyżej tekst zostanie zdyskwalifikowany. :)

Mam nadzieję, że wybaczycie mi (o ile ktoś w ogóle o mnie pamięta) moją chwilową nieobecność na portalu. Żywię jeszcze większą nadzieję, że poniższy szort przypadnie wam choć troszkę do gustu.

Za wszelkie porady i uwagi, pozytywne, jak i negatywne już jestem wdzięczny. Miłego!

EDIT:

Scena kulminacyjna pod naporem opinii o tandecie i taniości została napisana od początku. Także nie ma co się dziwić, jak komentarze wydadzą się niezrozumiałe. :) Wszelkie uwagi wciąż w cenie!

Jakby szanowne jury zechciało rzucić na tekst okiem jeszcze raz, byłbym zobowiązany. Jeśli się zdarzy, że nie, rozumiem zgłoszeń jest dużo, a czasu nigdy specjalnie za wiele nie ma. :)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy, mr.maras, regulatorzy

Oceny

W twojej niedoskonałości zbuduję dom swój

 

 – Och, na litość boską! – stęknął Kessaiah, zrzucając z karku czarnego wilka. Dziki warkot zbierającego się do skoku zwierzęcia zagłuszył huk wystrzału. Kudłaty łeb eksplodował krwią i kawałkami mózgu. Ostatni wilk, z charakterystyczną blizną na nosie, umknął między drzewa.

– Ile was tu jeszcze jest?! – wrzasnął mężczyzna, szeroko rozkładając ręce.

Odpowiedziała mu cisza. Parujące ścierwa były z każdej strony, doskonale widoczne na białym śniegu. Czerwone smugi posoki niczym pociągnięte pędzlem w niewprawnej ręce tworzyły fantazyjne, choć makabryczne wzory.

Gdy czapa śniegu zsunęła się z iglastych gałęzi pobliskiego drzewa i z głuchym odgłosem uderzyła w ziemię Kessaiah odwrócił się szybko, zaciskając palce na rękojeści miecza. Rozbieganym spojrzeniem jasnych oczu spoglądał w mrok głębi lasu. Nie dostrzegł niczego. Wyprostował się i pociągnął nosem.

Wysoko podnosząc nogi, ostrożnie obszedł dookoła martwe wilki. Stworzenia dzikie, wychudzone, o wielkich kłach i pazurach. Nie patrzył na nie. Po środku, zwinięte jak noworodek, leżało olbrzymie, kudłate cielsko.

Wilkołak.

Rozmiarów większych od każdego człowieka. O łapach zdolnych odrywać kończyny, szczękach gruchoczących kości. Martwym spojrzeniem wpatrywał się wprost w niego. Kessaiah podszedł i uklęknął.

Spod grubego kożucha wyciągnął srebrny krzyż na rzemieniu i pochylając głowę, przeżegnał się starannie. Zmówił krótką modlitwę i złapał za rękojeść sztyletu sterczącego spomiędzy żeber potwora. Ostrze wysunęło się z obrzydliwym sykiem. Krew trysnęła gorącym strumieniem na śnieg.

Nacinając na wysokości mostka, rozpoczął skórowanie.

 

***

 

– Nie zapłacisz mi? – powtórzył głucho Kessaiah.

Karczmarz, opierając ręce na opasłych biodrach w nieco kobiecym geście, pokiwał głową. Ledwo usłyszał, co łowca do niego wychrypiał. W izbie panowała wrzawa i chaos. Goście tłoczyli się przy malutkich stołach. Podniesione głosy, śmiechy i uderzenia kufli o stół zlewały się w szum, który może istnieć tylko tam, gdzie mężczyźni po niewdzięcznej pracy przychodzą, by wydać ostatnie pieniądze, aby zapomnieć o głodzie i zimnie.

– Nie ma mowy – odparł mężczyzna za szynkwasem. Z cichym skrzypnięciem za jego plecami otworzyły się drzwi, zza których wyjrzała jasna główka. Chłopiec patrzył zafascynowany na oszpeconą bliznami twarz łowcy. Oglak machnął na niego ręką. – Poszedł mi stąd! Przybłęda, w dodatku niemowa – powiedział, jakby to wszystko wyjaśniało. Kessaiah zignorował to.

– Nie zapłacisz? – powtórzył.

– Co mam zrobić z tymi skórami? Widziałeś ostatnio jakiegoś handlarza? Komu mam je sprzedać? – oburzył się Oglak.

Kessaiah pokiwał głową, nie odrywając oczu od karczmarza. Czuł, jak krew się w nim gotuje, ale nie odpowiedział.

– Gdzie mój syn? – zapytał tylko. Złapał związany pęk czarnych skór i zarzucił sobie na ramię.

– Skąd mam wiedzieć? – odparł Oglak. – To on miał nas pilnować, nie ja jego.

Kessaiah zmełł w ustach przekleństwo i ruszył przez izbę, przeciskając się między pijanymi. Wychodząc, trzasnął drzwiami i nie obejrzał się za siebie.

 

***

 

Śnieg skrzypiał pod butami, gdy przechodził przez wioskę. Rozglądał się nerwowo, zastanawiając się, czy Izak nie śpi gdzieś w szopie. Przeszło mu przez myśl, że jeżeli nie znajdzie go krążącego wokół chat, złoi mu skórę. Po chwili go dostrzegł.

Izak stał niedbale oparty o drzewo. Kulił ramiona i chował twarz w wysokim kołnierzu grubego kożucha. Na policzkach wykwitły mu czerwone plamy od mrozu. Czujnym spojrzeniem obserwował las.

– Gdzie twój miecz? – przywitał się Kessaiah.

Młodzieniec odwrócił głowę i uniósł ciemne brwi.

– Miecz? Na wilki? – zapytał, posyłając ojcu uśmiech politowania.

– Tak, na wilki – odparł łowca. – Równie dobry na inne okazje.

Izak poruszył ramieniem, by strzelba wisząca na szerokim pasie zakołysała się łagodnie za jego plecami. Poklepał się też po biodrze, gdzie wisiał toporek o szerokim ostrzu.

– Poradzę sobie – stwierdził i wrócił wzrokiem do ściany lasu. – Zachowaj swój miecz na ludzi.

Kessaiah zaburczał pod wąsem i przestąpił z nogi na nogę.

– Masz chociaż krzyż? – zachrypiał.

– Tak, tato – odparł Izak, śmiejąc się.

Kessaiah, przyjrzał się smarkaczowi spode łba. Włosy zebrane w koński ogon. Pierwsze kępki zarostu na mocno zarysowanej szczęce. Najgorszy wiek, pomyślał. Najgorszy. Kiedy wydaje ci się, że wiesz wszystko, i nie dość, że wszystko, to jeszcze najlepiej ze wszystkich. A powłóczyste spojrzenia posyłane Izakowi przez wiejskie dziewczyny tylko pogarszały sprawę.

– Nie zaśnij – mruknął jak zwykle. – Jutro rano wynosimy się stąd. Bądź gotów.

Izak odwrócił się szybko i otworzył usta, by zaprotestować, ale zamarł w pół ruchu. Spojrzał ojcu w oczy i kiwnął tylko nieznacznie głową. Kessaiah, klnąc, odszedł w stronę wioski.

 

***

 

W chacie niepodzielnie panował bałagan, którego nie obdarzył nawet spojrzeniem. Pęk skór, który przytaszczył, z ulgą rzucił w kąt. Za skórami poleciały przemoczone buty i kurta. Miecz, noże oraz pistolety odłożył starannie na stół. Usiadł na sienniku i miał wielką ochotę zasnąć, ale tylko zwiesił na chwilę głowę.

Pomyślał, że jutro pokaże Izakowi, jak wyryć runy na ostrzu, aby nie musieć korzystać ze srebra. Proces nie był trudny, lecz pracochłonny. W sam raz na długie wieczory, które czekają ich w podróży dokądkolwiek.

Nie pamiętał kiedy zasnął.

 

***

 

Obudził się obolały i zziębnięty. Zaciskając w palcach srebrny krzyż, zmówił poranną modlitwę. Zebrał nieduży dobytek, który zmieścił się dwóch płóciennych torbach. Pistolety wetknął za pas. Miecze wziął oba, swój i Izaka. Przerzucił je przez ramię i zawiązał sznurkiem. Stwierdził, że tak będzie mu łatwiej to wszystko nieść.

Cichym burknięciem pożegnał chatę i wyszedł.

Gdy postawił pierwszy krok, śnieg chrupnął pod ciężkim butem. Przestraszony uniósł głowę i rozejrzał się. Dopiero ten odgłos pozwolił mu się zorientować. To go uświadomiło.

Cisza.

Gdy zdał sobie z tego sprawę, dzwoniła mu w uszach. Dobiegał do niego jedynie własny przyspieszony oddech oraz skrzypienie śniegu pod nerwowymi ruchami. Wypuścił torby z rąk.

– Nie, nie, nie… – powtarzał pod nosem, gdy wybiegał za chatę.

Czarne plamy na śniegu znieruchomiały, wlepiając w niego lśniące oczy. Kessaiah przełknął głośno ślinę. Słyszał cichy warkot dobywający się z wielu gardeł. Widział odsłaniane powoli kły.

Nieco pocieszył go widok stojącego nieopodal drewnianego krzyża, który uznał za dobry znak i już miał się przeżegnać, gdy przyjrzał mu się bliżej.

– Kurwa, prawosławny – mruknął.

Nigdzie nie dostrzegał Izaka. Nie widział też krwi, ani nie słyszał krzyków. Zasnął, gówniarz naprawdę zasnął, przeszło mu przez myśl. Wziął głęboki oddech.

– Izak! – wściekły ryknął z całych sił, aż zwierzęta cofnęły się pół kroku. Dopiero teraz zauważył, że jeden z wilków jest zdecydowanie większy od reszty. Potwór uniósł kudłaty łeb.

Drzwi szopy otworzyły się z hukiem, gdy wypadł z nich Izak. Potykając się, nerwowymi ruchami podciągał spodnie. Ogarnął przerażonym wzrokiem sforę.

Kessaiah z grymasem na twarzy posłał synowi mordercze spojrzenie i rozłożył szeroko ramiona. Pogroził mu palcem, niczym uczniakowi podczas reprymendy. Zobaczył, że Izak w odpowiedzi unosi strzelbę do oka i celuje wprost w niego. Poczuł jak złość ulatuje z niego, razem z krwią odpływającą z twarzy.

Usłyszał za sobą skrzypnięcie śniegu i odwracając się, zrozumiał. Wielki czarny wilk skoczył na niego. Łowca odruchowo zasłonił się i poczuł, jak kły zaciskają się na przedramieniu. Rozpoznał bliznę na nosie. Zdążył pożałować, że nie zastrzelił go kiedy miał okazję. Upadając, nadział zwierzę na miecz. Zrzucił z siebie cielsko i wyszarpnął rękę z zaciśniętych szczęk. Podwinął rękaw i gorączkowymi ruchami szukał obrażeń. Odetchnął z ulgą, widząc, że wilk nie przegryzł grubego kożucha.

Przewrócił się na brzuch. Dokładnie w porę, aby zobaczyć wilkołaka prężącego się do skoku. Huk wystrzału przetoczył się po wiosce, przygniatając przestraszone zwierzęta do ziemi. Potwór zamarłszy w pół skoku, upadł w puch. Izak odrzucił strzelbę. Złapał za toporek i rzucił się między oszołomione stworzenia. Kessaiah zerwał się na nogi, zaciskając w zgrabiałych palcach miecz. Był zły. Myśl, jak niewiele dzieliło go od wystrzału do pełnych gaci, odepchnął od siebie.

Dwóch łowców, ojciec i syn rzucili się w sforę. Zwierzęta padały pod wściekłymi ciosami srebra. Część umknęła w las, wyjąc i oglądając się na ścierwo wilkołaka. Izak dostrzegł uciekającego wilka i sprawnym rzutem posłał za nim toporek. Stworzenie padło z cichym piskiem.

Dysząc ciężko, mężczyźni spojrzeli na siebie. Wilkołak zarzęził głucho i uniósł szponiastą łapę w ich stronę. Izak wyszarpnął miecz zza pleców ojca i z całej sił wbił sztych w grubą czaszkę. Bestia wierzgnęła dziko kończynami i znieruchomiała.

Kessaiah odetchnął. Gdy Izak wyciągał miecz, ponad jego ramieniem widział szopę, z której ten wypadł. Dostrzegł wychylającą się zza drzwi jasną głowę o długich warkoczach. Widział, jak na dziewczęcych policzkach zakwitły już róże mrozu.

– Nie spałeś – powiedział.

– Nie spałem – odparł Izak, a kąciki ust zauważalnie mu zadrżały.

Kessaiah zaburczał pod nosem ni to zadowolony, ni rozgniewany. Machnął ręką.

– Ruszamy – wychrypiał tylko, odwracając się. – Nic tu po nas.

– Ja zostaję. – Usłyszał za sobą i spojrzał na syna spode łba. – Oni mnie potrzebują.

Łowca odwrócił wzrok w stronę szopy, sprawdzając, czy nikt więcej z niej nie wyjdzie. Potem rozejrzał się po wiosce, rozumiejąc o kim mówi.

– Oddaję – przerwał ciszę Izak, wyciągając w stronę ojca srebrne ostrze.

– Zachowaj go – burknął Kessaiah. – To dobry miecz.

– Na wilki – uśmiechnął się młodszy i zerknął na truchło wilkołaka. – I na inne okazje.

– Tak. Nie zaśnij – pożegnał się, posyłając mu ostatnie spojrzenie. Będzie modlił się o to, by ich losy nigdy więcej się ze sobą nie skrzyżowały.

– Nie zasnę.

 

***

 

Był już przy ostatniej chacie, gdy usłyszał za sobą dziecięcy krzyk. Odwrócił się i dostrzegł chłopca, którego widział w karczmie. Stał i patrzył wprost na niego.

– Jednak umiesz mówić – powiedział, choć nie był pewien, czy taki krzyk można uznać za mowę. Dzieciak, nie spuszczając łowcy z oczu, przebiegł między martwymi zwierzętami i zatrzymał się tuż przed nim.

– Co jest, mała paskudo? Nie boisz się? – zapytał Kessaiah, kucając.

Chłopiec rzucił mu się na szyję. Łowca objął go niepewnie. Spojrzał na niego i w stronę karczmy. Westchnął cicho. Wolną ręką ściągnął krzyż z karku i założył malcowi. Wstał, trzymając go na rękach.

– Chodź, mały – wychrypiał. – Daleka droga przed nami.

 

Koniec

Komentarze

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dopiero odgłos łamiącego się pod nogą zbitego lodu pozwolił mu się zorientować. Dopiero to go uświadomiło.

Cisza.

Gdy zdał sobie z tego sprawę, cisza dzwoniła mu w uszach. Dobiegał do niego jedynie jego przyspieszony oddech oraz skrzypienie śniegu pod nerwowymi ruchami. Wypuścił torby z rąk.

Trochę niefortunny fragment.

No i to skrzypienie śniegu, to bardziej pod butem, niż ruchem.

 

Nieco pocieszył go widok stojącego nieopodal drewnianego krzyża, który uznał za dobry znak i już miał się przeżegnać, gdy przyjrzał mu się bliżej.

– Kurwa, prawosławny.

Tutaj prychłem, niezłe.

 

Podobało się, nawet bardzo. Przyjemna odskocznia – prosta, ale solidna opowiastka pełna krwi, mięcha i smutku na kocu. Choć śmierć syna dało się wyczuć już wcześniej, kiedy wspomniałeś o jego młodym wieku i towarzyszących mu przywarach.

Nie umiem sobie dopasować tytułu do treści.

stn, dzięki za komentarz i wizytę! :) Cieszy mnie bardzo, że Ci się podobało. Zarówno prostoty, jak i końcowej śmierci syna nie zamierzałem ukrywać. Zdaję sobie sprawę, że ograny motyw, ale pasował mi za bardzo, by z niego zrezygnować. :)

Nieszczęsny fragment już poprawiam.

Tytuł – powstał chyba przed całym opowiadaniem. Główny bohater to głęboko wierzący katolik, traktujący poważnie zarówno rytuały, jak i wiarę samą w sobie. Zaś człowiekiem jest jakim jest. Nie zmienia to faktu, że on w Boga wierzy, a możliwe, że i Bóg ma jakąś wiarę też w niego. ;)

Jeszcze raz, dzięki!

Mnie się tytuł bardzo podoba. Zwabiłeś mnie tym jak ćmę.

 

Szort przyjemny, chociaż razi mnie ta nieszczęsna “kurwa”. Końcówka trochę zbyt szczęśliwa, jakbyś chciał szybko nadrobić za poprzednie nieprzyjemności. Bohater przekonywujący, choć taki trochę fizyczny nadludź, sceneria też miła dla oka (ucha?). Jedno pytanie, jak wielka była ta srebrna kula, że zdołała urwać cały łeb (rozumiem, że z karku)?

Żonglerze (rko?), bardzo się cieszę, że znalazłaś czas i chęć, by to przeczytać. A jeszcze bardziej, że tekst wydał Ci się przyjemny!

Mi tytuł również przypadł do gustu.

Zdaję sobie sprawę, że “kurwy”, zwłaszcza te nieszczęsne, nie każdemu odpowiadają. Zdałem się jednak na charakter postaci, a w mojej wyobraźni bohater klął często i gęsto. Cóż mogłem na to poradzić? ;)

Nadludź… Może troszkę. :) Bawiłem się tu nieco konwencją wiedźmina, bo i grafika jest do niego. Dodatkowo musiałem jakoś wytłumaczyć występujące na niej dwa miecze na garbie. :p

Bazując na tym, że bohater korzystał z czegoś na kształt broni skałkowej, a Internet mówi, że kula mogła mieć 1,75 cm średnicy, to wydawało mi się, że z bardzo bliskiej odległości może urwać to i owo. Przyznaję się, że ekspertem nie jestem, więc jak nie mam racji, niech mnie ktoś poprawi.

Jeszcze raz, dzięki za wizytę! :)

Może być i rze, i rko, mówta jak chceta. :)

 

Twój świat, Twoje kule, taki urok fantastyki, że wszystko (prawie) wolno. Po prostu mnie to ciekawiło. Do przeklinających bohaterów nic nie mam, jeno ta samotna K zabrzmiała mi dziwnie komicznie, co odjęło scenie nieco uroku. Rzadko też klnie się na widok krzyża, sam rozumiesz, że musiałam się przyczepić. :)

Komizm samotnej K, to gotowy tytuł na opowiadanie. :p

Rozumiem i dziękuję. ;)

Fajne :)

Dziękuję, Anet. :)

Szczerzyły na niego zębiska i wywalone języki

Konfuzja. Jak się szczerzy język? ;)

 

Spał głębokim snem, zmęczonego człowieka.

Zbędny przecinek.

 

mały chłopiec o jasnych, jak śnieg włosach

Zbędny przecinek.

 

Jasnowłosy wielkimi oczami skakał od niego do makabrycznie poranionych ciał. Kessaiah cierpliwie czekał, aż chłopiec się uspokoi. Po długiej chwili wysunął się na zewnątrz. Wytarł nos rękawem i spojrzał błyszczącymi oczami na brodatego mężczyznę.

Powtórzenie.

 

Przyjemna nawalanka, chociaż nieco łzawa pośrodku. (spoiler alert) Twist z przemianą syna zbyt łatwy do przewidzenia i działający trochę na zasadzie shockera. Generalnie pierwsza połowa podobała mi się bardziej, później tekst zmienił się w typowy horror klasy B (ale przynajmniej flaki były), momentami tchnący taniochą – vide scena śmierci Izaka.

Natomiast początek fajnie buduje atmosferę osaczonej – w pewnym sensie – i odizolowanej od świata wioski. Daje nadzieję na jakąś mroczną, intrygującą opowieść i, niestety, na tym polu czuję się zawiedziona.

 

Me dicen el desaparecido /Fantasma que nunca está /Me dicen el desagradecido /Pero esa no es la verdad

gravel, dzięki za wizytę i komentarz. :)

Błędy już poprawiam, a szczerzenie wywalonym językiem zostawię. Niech się szczerzą czym chcą. ;)

Przykro mi, że rozbudziłem oczekiwania, by w ogóle ich nie spełnić. Niemniej cieszę się, że choć początek Ci się podobał :)

Co do taniochy, to muszę odejść od ogranych motywów. Czasem się wydaje, że przejdzie, a potem jednak kiszka i to tania.

Dzięki!

No, trochę poleciałeś kliszami. Że Geralt, to rozumiem, taka grafika. Ale reszta?

W ten sposób dużo rzeczy można przewidzieć, a to mi odebrało kawał przyjemności z lektury.

Masz trochę usterek, ale nie tak znowu dużo.

Po środku, zwinięte jak noworodek, leżało olbrzymie, kudłate cielsko.

A na pewno nie przed środkiem? ;-)

Śnieg skrzypiał pod butami, gdy przechodził przez wioskę.

Co jest podmiotem w drugiej części i dlaczego śnieg?

Jednym szarpnięciem, zrywając z siebie amulet.

Co jednym szarpnięciem? Orzeczenie ktoś Ci podprowadził.

Babska logika rządzi!

Finkla, dzięki za wizytę i komentarz. :)

Za poprawki zaraz się wezmę. Dobrze, że chociaż nie ma ich aż tak dużo.

Powinienem się zaopatrzyć w Najbardziej ograne klisze w literaturze tom III Fantasy. Niby jak piszę, zdaję sobie sprawę, że nie jest to zbyt oryginalne, ale myślę sobie, że nie jest też takie złe. O, naiwności. ;)

Następnym razem poszukam mniej oczywistych rozwiązań. Dzięki! :)

A co tam kalki! Ważne, że w miarę zgrabnie napisane, choć z drugiej strony bez fajerwerków. W sam raz na 10k znaków. Przede wszystkim udana i wierna interpretacja wybranego obrazu. Fabuła może zaciekawić. Ogólnie na plus.

 

Przyczepię się tylko do:

wystrzelił srebrną kulę, która urwała Izakowi łeb

Co to za kaliber? Armata? wink

zrywoslaw, dzięki za wizytę i komentarz. :)

Cieszę się, że odebrałeś tekst na plus pomimo braku oryginalności. Tak, czy siak jest to element, nad którym muszę popracować. :p

Temat urwanego łba nie tylko Tobie wydał się podejrzany, więc wklejam moją odpowiedź z poprzedniego posta:

Bazując na tym, że bohater korzystał z czegoś na kształt broni skałkowej, a Internet mówi, że kula mogła mieć 1,75 cm średnicy, to wydawało mi się, że z bardzo bliskiej odległości może urwać to i owo. Przyznaję się, że ekspertem nie jestem, więc jak nie mam racji, niech mnie ktoś poprawi.

Z braku argumentów przeciwko tej tezie pozwoliłem sobie podtrzymać śmiercionośną moc jednoręcznej ręcznej armaty. :p

Dzięki!

Ha,! Prędkość początkowa takiego pocisku jest stosunkowo niewielka, więc łba nie urwie laugh

więc łba nie urwie

Ale tak ani trochę? ;) Już zostawię, ale zapamiętam na przyszłość. Dzięki!

Zgadzam się, że do oryginalnych tekst nie należy, ale przeczytałam bez przykrości. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Morgiana, Cieniu dzięki za wizytę i komentarz. :)

Dobrze, że chociaż bez przykrości. :p Dzisiaj wieczorem scenę kulminacyjną napiszę jeszcze raz, bo nie można tego tak zostawić. Jak Szanowne Jury uzna za stosowne, to zapozna się z tekstem ponownie (w końcu edytki dozwolone), a jak nie to dla własnej satysfakcji. :p

Spodobał mi się pomysł na wilkołaki, ale nie wiem jak to się stało, że Kes­sa­iah spędził w wiosce kilka miesięcy i nie zorientował się, że mieszkańcy są wilkołakami? Ciekawi mnie też, dlaczego wśród nich uchował się jeden chłopiec?

 

Ku­dła­ta czasz­ka eks­plo­do­wa­ła krwią i ka­wał­ka­mi mózgu. –> Czaszka mogła eksplodować, ale czy aby na pewno była kudłata?

 

Ła­pach zdol­nych od­ry­wać koń­czy­ny… –> O ła­pach zdol­nych od­ry­wać koń­czy­ny

 

Go­ście tło­czy­li się przy ma­lut­kich sto­łach. –> Zdaje mi się, że stoły w karczmach były raczej duże, masywne. Takie trudno było rozwalić w czasie bójki, a w miejsce zniszczonych malutkich stołów należałoby ciągle kupować nowe.

 

Z gło­śnym skrzyp­nię­ciem od­su­nął drew­nia­ne drzwi chaty, które słu­ży­ło im za schro­nie­nie… –> …która słu­ży­ła im za schro­nie­nie

Czy istniała możliwość, by drzwi chaty były inne, nie drewniane?

 

Za­uwa­żył, że jeden wilk jest o wiele więk­szy od resz­ty. Po­ru­szał się nie­zgrab­nie, jakby pró­bo­wał wstać. Kas­sa­iah za­uwa­żył błysk… –> Powtórzenie.

 

Po­twór trą­cił nosem głowę męż­czy­ny. –> Literówka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, dzięki za wizytę i komentarz. :)

Muszę pisać szorty. Czym mniej tekstu, tym mniej błędów. :p Poprawię je dzisiaj. A karczma była malutka, więc i stoły nie były największe. To taka karczma prowizorka. ;)

Bardziej widziałem tę historię w sposób, w którym wilki przyprowadzone przez tego z blizną zaatakowały wioskę w nocy/nad ranem i część mieszkańców została zabita, a część przemieniona. Widzę tu wilkołactwo raczej jako magiczny wirus, niż czekanie na pełnię.

A chłopiec miał szczęście i Kessaiah zdążył wyjść zanim zwierzęta go znalazły. :)

Dzięki!

I ja dziękuję za wyjaśnienia. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Powiem tak. Nierówny tekst. Są całe fragmenty, gdy piszesz rasowego szorta fantasy pomysłowo osadzonego w czasach broni palnej. Z fajnym klimatem, ciekawie przedstawionymi scenami, z dobrym stylem i ciekawym językiem. Potem coś zgrzyta i tekst kuleje. I znowu jest dobrze. Gdyby podszlifować byłoby soczyście i z biglem. 

Fabularnie rzeczywiście bez wielkich zaskoczeń, ale świat intryguje. Jest może i sztampowy, lecz w dłuższej formie polubiłbym bohatera i z zaciekawieniem dowiedział się więcej o tych zaśnieżonych okolicach. 

Kompozycyjnie można to lepiej skonstruować. Na przykład przemiana Izaka i reszty nieco z choinki. Zabrakło jakiegoś elementu budującego napięcie. Sygnału dla czytelnika. Jest zaskoczenie, ale z gatunku takich, które wyglądają jak przeskok albo skrót fabularny.

Kurwa, prawosławny – niezłe ;)

A zakończenie nawet dobre. Ten krzyż zakładany na szyje dziecka – dobrze pojechałeś. Czy Izak też był takim przybranym wychowankiem?

Klika dałem.

Ps. Tytuł zupełnie mi nie zagrał z fabułą. Ale to subiektywne wrażenie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

mr.maras dzięki za wizytę i komentarz. :)

Cieszę się, że znalazłeś pozytywy. Mógłbyś wskazać, które fragmenty wg Ciebie są ok, a które odstają na minus? Podczas pisania miałem pomysł i dobrze mi się pisało do nieszczęsnego fragmentu z przemianą, który jest zarówno sztampowy, jak i (podejrzewam) gorzej napisany. Wyszło to trochę tak, że wesoło naparzając w klawiaturę, spojrzałem na liczbę znaków i stwierdziłem, że muszę to szybko zamknąć i wyszedł taki potworek. :(

Planowałem to przerobić, ale nie wiem, czy jest już sens i czy zmieściłbym się z czymś lepszym w limicie znaków, a termin tuż, tuż.

Bardzo mnie cieszy, że spojrzałeś na Izaka jako na jednego z kilku (wielu) lub pierwszego z przygarniętych chłopców. Dokładnie o to mi chodziło. :) I tak, Izak jest takim adoptowanym w trybie natychmiastowym wychowankiem.

Po komentarzach widzę, że jest to zaskoczenie z gatunku: “o nie, znowu to”. ;) Dzięki za klika! A odpowiadając na PS:

Tytuł – powstał chyba przed całym opowiadaniem. Główny bohater to głęboko wierzący katolik, traktujący poważnie zarówno rytuały, jak i wiarę samą w sobie. Zaś człowiekiem jest jakim jest. Nie zmienia to faktu, że on w Boga wierzy, a możliwe, że i Bóg ma jakąś wiarę też w niego. ;)

Wybaczcie doubleposta, ale po Waszych uwagach postanowiłem zmienić nieco zakończenie. Dopisałem parę zdań wcześniej, parę usunąłem, aby zmieścić się w limicie. Praktycznie cała scena kulminacyjna napisana od początku plus delikatnie zmieniony finał.

Jakby ktoś znalazł czas i chęć, by przeczytać, to będę bardzo wdzięczny! Zwłaszcza te osoby, które widziały tekst w poprzedniej wersji.

Cierpię przez limit. Mam nadzieję, że w następnym opowiadaniu wszystko lepiej zagra.

Znajdę czas to przeczytam ponownie i skomentuję, a nawet wskażę o co mi chodziło. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Łojejku, to ja już żem myślał, że coś mam nie tak z głową, bo nie widzę tego, co wszyscy, a Ty tu piszesz, że zmieniłeś zakończenie. xD

Ogólnie niezły tekst, choć narracja jest miejscami nieco chaotyczna. Podobało mi się dużo akcji i nawalanka, w dobrym tego słowa znaczeniu.

Fabularnie czegoś mi brakuje, albo nie zrozumiałem do końca.

Masz też trochę brakujących przecinków.

 

Pozwoliłem sobie wyłuskać kilka zdań, które wyróżniły się na minus jak i na plus:

 

Dziki warkot zbierającego się do skoku zwierzęcia zagłuszył huk wystrzału.

Tu nie jest jasne, co zagłuszyło co. Owszem, można się domyślić, że huk wystrzału jest głośniejszy od warkotu, nawet dzikiego, ale jak się człowiek musi domyślać, to czytanie traci płynność i przyjemność. :)

 

Rozbieganym spojrzeniem jasnych oczu spoglądał w mrok głębi lasu.

Rozbiegane spojrzenie kojarzy mi się raczej z kimś uderzonym ciężkim przedmiotem w głowę, kto nie może skupić wzroku. Trudno też chyba takim spojrzeniem czegoś wypatrywać.

 

Czarne plamy na śniegu znieruchomiały, wlepiając w niego lśniące oczy.

To z kolei bardzo mi się podobało. Można by rzec, że to taki twist w obrębie jednego zdania. A przy tym bardzo obrazowy.

 

Poczuł jak złość ulatuje z niego, razem z krwią odpływającą z twarzy.

To również fajne. Znów mam wrażenie małego twistu w jednym zdaniu.

 

Nieco pocieszył go widok stojącego nieopodal drewnianego krzyża, który uznał za dobry znak i już miał się przeżegnać, gdy przyjrzał mu się bliżej.

– Kurwa, prawosławny.

XD Nic dodać, nic ująć. :)

Choć IMO taki żarcik trochę się gryzie z powagą sceny.

 

 

– Tak. Nie zaśnij – pożegnał się, posyłając mu ostatnie spojrzenie. Będzie modlił się o to, by ich losy nigdy więcej się ze sobą nie skrzyżowały.

Nie kumam, czemu ojciec powtarza mu, że ma nie zasnąć. Czegoś nie załapałem.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

El Lobo, dzięki za wizytę i komentarz. :)

Cieszę się, że uznałeś całość za niezłe. :)

Dodałem już do wstępu, że część została zmieniona, coby inni wiedzieli zawczasu. :p

Narracja może być trochę zakłócona poprzez edycję, gdzie musiałem trochę zdań wyrzucić. Ale może to też być mój brak umiejętności. Jedno z dwóch, albo oba!

Tu nie jest jasne, co zagłuszyło co. Owszem, można się domyślić, że huk wystrzału jest głośniejszy od warkotu, nawet dzikiego, ale jak się człowiek musi domyślać, to czytanie traci płynność i przyjemność. :)

Zostawię to już, ale zwrócę uwagę w przyszłości, żeby unikać podobnych “rozdwojeń”.

Rozbiegane spojrzenie kojarzy mi się raczej z kimś uderzonym ciężkim przedmiotem w głowę, kto nie może skupić wzroku. Trudno też chyba takim spojrzeniem czegoś wypatrywać.

Mi natomiast rozbiegane kojarzy się z rzucaniem, miotaniem spojrzeń, tak szybko z miejsca w miejsce. ;)

Choć IMO taki żarcik trochę się gryzie z powagą sceny.

Za bardzo oddawało charakter bohatera, bym mógł z tego zrezygnować. :p

Nie kumam, czemu ojciec powtarza mu, że ma nie zasnąć. Czegoś nie załapałem.

Tak się z nim żegnał za każdym razem, gdy zostawiał go na warcie i tak, koniec końców, pożegnał go ostatni raz. Wydaje mi się, że można wyłapać, że Kessaiah nie jest zbyt lotnym krasomówcą. ;)

Jeszcze raz, dzięki!

Widzisz, ja w ogóle nie załapałam, że chłopak został na warcie. Ale tak przez całą noc? Trochę niehumanitarne…

Babska logika rządzi!

– Gdzie mój syn? – zapytał tylko. Złapał związany pęk czarnych skór i zarzucił sobie na ramię.

– Skąd mam wiedzieć? – odparł Oglak. – To on miał nas pilnować, nie ja jego.

Wydawało mi się, że ten fragment wyjaśnia, jaką rolę pełni syn, że też jest łowcą, ale takim mniej doświadczonym i zamiast sam polować to strzeże wioski. No, ale to autora wina, że czegoś nie opisał wystarczająco. Pomyślę nad tym.

Niehumanitarne? Taka praca, co poradzisz? :)

A tu pomyślałam, że miał mieć oko na ludzi siedzących w knajpie, ale gdzieś polazł.

Babska logika rządzi!

Rozglądał się nerwowo, zastanawiając się, czy Izak nie śpi gdzieś w szopie. Przeszło mu przez myśl, że jeżeli nie znajdzie go krążącego wokół chat, złoi mu skórę.

To też uznałem za wystarczającą wskazówkę. :D

Raptem poszlaka – cały czas można różnie interpretować. Zobaczył w tej karczmie kogoś dziwnego i poszedł za nim między chaty.

Babska logika rządzi!

Szczerze mówiąc, nawet nie wiem jakim torem rozumowania można dojść do takiego wniosku, ale ok. :p Dodam jakieś wytłumaczenie, skoro powtarza się brak zrozumienia.

EDIT:

Dodane.

Już po terminie…

Może stąd, że pilnuje się na przykład dzieci. Nie przed zombiakami ani czymś podobnym, tylko przed własnymi pomysłami typu skakanie z szafy (przypilnuj, żeby odrobił lekcje). No i skoro bohater szuka syna w knajpie, to chyba chłopak nie miał łazić po obrzeżach wioski i strzec przed zagrożeniem z zewnątrz. A w ogóle to jeden człowiek nie bardzo może mieć oko na całą wieś.

Babska logika rządzi!

Już po terminie…

Usunięte.

Skoro karczmarz mówi, że miał ich pilnować, to skąd te dzieci? Dorosłych ludzi miał pilnować przed ich pomysłami?

Bohater nie szuka syna w knajpie, tylko będąc tam i załatwiając własne sprawy, przy okazji pyta.

A w ogóle to jeden człowiek nie bardzo może mieć oko na całą wieś.

Może, nie może. Musi. To wieś, a nie Malbork.

Można pilnować dorosłych ludzi, trzymając ich na muszce. Pilnować, żeby żaden nie sięgnął po broń, nie uciekł, nie przeszkodził w obrabianiu banku itp. W tym kierunku poszłam.

No, ale IMO wprowadzasz zamieszanie, bo jeśli chłopak grzecznie kręci się po wiosce, to karczmarz nie wie, gdzie on jest, więc po kiego grzyba bohater go pyta? Tylko dla zmylenia odbiorcy.

Malborku upilnować łatwiej, bo ogrodzony i ma ograniczoną liczbę wejść. A do wsi wilkołaki mogą się podkraść z każdej strony.

Babska logika rządzi!

Można pilnować dorosłych ludzi, trzymając ich na muszce. Pilnować, żeby żaden nie sięgnął po broń, nie uciekł, nie przeszkodził w obrabianiu banku itp. W tym kierunku poszłam.

I karczmarz, jak każdy szanujący się złoczyńca, przypomina bohaterowi, że są niepilnowani i teraz mogą wyciągnąć broń, napaść na bank etc.

No, ale IMO wprowadzasz zamieszanie, bo jeśli chłopak grzecznie kręci się po wiosce, to karczmarz nie wie, gdzie on jest, więc po kiego grzyba bohater go pyta? Tylko dla zmylenia odbiorcy.

Powtórzę: uznałem, że zdanie “to on miał pilnować nas” wyjaśnia, czym syn się zajmuje. Możliwe, że się przeliczyłem i nie doprecyzowałem.

Malborku upilnować łatwiej, bo ogrodzony i ma ograniczoną liczbę wejść. A do wsi wilkołaki mogą się podkraść z każdej strony.

Podejrzewam, że jednoosobowo jednak łatwiej wioski, którą całą widać, gdziekolwiek nie stanąć, a dodatkowo jest to (wg mnie) logiczne. Jeden strażnik wsi w takich warunkach, to i tak całkiem sporo, skoro nikt inny nie chciał tego robić, a samotny strażnik Malborka, cóż. To dopiero fantastyka

Nowa Fantastyka