
„Bijecie się o honor? A my o naszą wolność. Czyli każdy walczy o to, czego mu brak.”
Gen. Wieniawa-Długoszewski do carskiego oficera, który zapytał: o co walczą Polacy?
Odległa błyskawica jak iskra przeskoczyła między niebem a ziemią. Spadnie deszcz, pomyślał porucznik Rozwadowski. I zgasi wszystkie pożary. Schłodzi cielsko bestii.
Odór spalin płynął z wiatrem ku zniszczonym okopom, gdzie skryli się ostatni żywi strzelcy batalionu odwodowego. Jak wystraszone dzieci tłoczyli się przy poruczniku Rozwadowskim. Porucznik przeliczył ich w myślach: dwunastu strzelców. Tyle zostało z batalionu odwodowego. Dwunastu chłopców, którzy jeszcze nigdy nie byli w takim strasznym boju jak dziś. Nigdy wcześniej nie walczyli z bestią.
Przed ich oczyma otwiera się widok na zaścielone trupami przedpole okopu. Nad zrytą szrapnelami ziemią kłębi się dym z płonących tankietek i miesza z mlecznymi smugami dogasających granatów dymnych. W tym rozrzedzonym dymie widać ciemny zarys bestii. Słychać też niewyraźne głosy sołdatów, którzy swoim starym zwyczajem dobijają rannych strzelców. Co godzinę rozbrzmiewa groźny pomruk, gdy bestia przepala silniki turbodiesli. W takich chwilach Rozwadowski przymyka oczy i czeka, aż wiatr przywieje słodkawy odór spalin.
To oczekiwanie powoli staje się nieznośne, bo każdy z pomruków może przerodzić się w wycie: wtedy bestia, rwąc pazurami ziemię, ruszy w ich stronę.
Do Rozwadowskiego przysunął się strzelec Jakacki.
– Panie poruczniku, co teraz z nami będzie? – zapytał drżącym głosem.
Rozwadowski nie odpowiedział, tylko splunął przed okop. Strzelec chciał jeszcze o coś zapytać, ale nie zdążył: w kłębach szarego dymu, wysoko nad ziemią, błysnęły szperacze bestii, a warkot silników pracujących na biegu jałowym przeszedł w ogłuszający ryk. Bestia zakolebała się na potężnych łapach i ruszyła w ich stronę.
– Szykujcie się… – mruknął Rozwadowski. – Idzie po nas!
Ziemia zaczęła drżeć pod ich stopami.
Porucznik Rozwadowski dobrze pamiętał tamten świt nad Wilią, gdy po raz pierwszy zadrżała ziemia, a z mroku ustępującej nocy wyłoniła się bestia. Natychmiast skoczyła do niej kawaleria z lancami i uniesionymi szablami. Tylko syknęły miotacze ognia i całe przedpole utonęło w morzu ognia. Posłane ze wsparciem dwa pułki piechoty zostały zmienione w mrowie rozbieganych ogników, które bestia zaczęła gasić uderzeniami mechanicznych ostrzy.
Wtedy batalion odwodowy dostał rozkaz wycofania się z pola walki. Cofali się przed bestią aż na przedpola Warszawy, gdzie ustanowiono ostatnią linię obrony.
Zostali skoszarowani w podziemnych bunkrach i krytych okopach. Jako batalion odwodowy mieli na samym końcu włączyć się do nadchodzącej bitwy. Strzelcy zebrali się przy ambrazurach, skąd dobrze słyszeli odgłosy walki na powierzchni. Jak stłumione echo bitwy sprzed lat: krzyki mordowanych żołnierzy, szczekanie karabinów maszynowych, monotonne dudnienie baterii dział. Ponad tym wszystkim przerażający ryk bestii.
W końcu bestia zniszczyła ostatnie szańce. Przetoczyła się po umocnieniach i okopach, zdeptała baterie dział polowych, rozniosła na strzępy tankietki, a potem zaczęła walić pociskami burzącymi: betonowe schrony zapadały się jak domki z kart. Najstraszniejszy był miotacz płomieni: niezmordowany, wciąż plujący ogniem, jakby bestia uwzięła się, że tego dnia spali cały znany świat.
Siedzieli w półmroku, blisko siebie, jak wystraszone zwierzęta ściśnięte w pradawnej jaskini. Na powierzchni szalała bestia. Wybuchy pocisków, niczym kroki pradawnego olbrzyma, wprawiały w drżenie cały bunkier. Płomienie lampek naftowych rzucały na ściany chybotliwe cienie.
Nagle zaczął sypać się tynk, podniósł się kurz z podłogi, odezwały się butelki stojące na stole. Wszyscy podnieśli głowy i usłyszeli pomruk bestii, której dwustu tonowe cielsko właśnie przetoczyło się nad ich schronieniem.
Wtedy padł rozkaz:
– Idźcie dzieci…
I otworzyły się włazy bunkrów, i białe światło zalało wystraszone twarze strzelców. A gdy ich oczy przywykły już do tego światła, zacisnęli ręce na karabinach i ruszyli na powierzchnię.
Bestia już na nich czekała. Rozparta potężnymi łapami na gruzach, kopcąca spalinami i dymem z rozgrzanych luf karabinów, potężnych dział i znienawidzonych miotaczy ognia. Wolno obróciła się w stronę połyskujących bagnetów i hełmów, ponad którymi powiewały sztandary wyszywane złotymi literami: Bóg, Honor i Ojczyzna.
Batalion odwodowy szedł do swej ostatniej bitwy.
Nad polem walki panowała upiorna cisza. Strzelcy batalionu odwodowego dobrze wypełnili swój żołnierski obowiązek: walczyli do ostatniej kropli krwi. I ginęli w wybuchach pocisków burzących, wdeptani w ziemię, rozerwani na strzępy seriami karabinów, spaleni do kości przez miotacze ognia.
Porucznik Rozwadowski, skryty w okopie z resztkami swojej kompani, z bezsilności zgrzytał zębami.
Naprzeciw zimna bryła żelaza; oszalała, nadżarta ogniem i wybuchami granatów, plująca olejem, dymiąca spalinami z uszkodzonych tłumików, dumnie kroczy po ziemi, którą objęła w niepodzielne posiadanie. W wyciu turbodiesli i zgrzycie maszynerii słychać płacz bestii: I nie został mi już żaden świat do podbicia…
W powietrzu wirują płatki sadzy, wpadają na na korpus stalowego olbrzyma, oznaczają ciemnym obrysem jego sylwetkę na tle zachmurzonego nieba. I rozpływają się w burzowej ciemności.
Na ziemię spadają pierwsze krople deszczu. Rozwadowski nie słyszy ich syku, gdy parują na rozgrzanych tłumikach bestii. Skryci w okopie strzelcy nie mogą oderwać od niej wzroku.
Deszcz z całą mocą dudni na stalowym cielsku, wypłukuje z porowatego metalu błoto i smar, zmywa sadzę i plamy oleju, które spływają po spawanych płytach, po osłonach, i rozpływają się dookoła niczym olbrzymie plamy atramentu. Rozwadowski z zapartym tchem obserwuje to przedziwne misterium, w czasie którego spod wieloletniego brudu wyłania się bestia w swej najczystszej postaci: stal i żelazo zaklęte przez ludzi w śmiercionośny kształt.
W siekącym deszczu Rozwadowski prowadzi swoich strzelców przez zniszczone okopy. Kryją się w ruinach bunkra, gdzie porucznik w krótkich żołnierskich słowach objaśnia swój plan na zabicie bestii. Strzelcy słuchają i kiwają głowami z żarliwością apostołów nowej religii. Pomiędzy nimi, niczym ciało i krew, krążą łódki z amunicją i granaty, które szeregowy Kamiński zbiera do plecaka. Ostatnią butelkę z benzyną zatrzymuje dla siebie porucznik Rozwadowski.
Bestia węszy na przedpolu. Wygląda strasznie: broczy olejem, dymi, a silniki wyją na najwyższych obrotach. Olbrzymie lufy sprzężonych karabinów maszynowych kołyszą się w takt jej kroków.
Wtedy po raz pierwszy strzelcy dostrzegli człowieka, który objął bestię w posiadanie: niewyraźny kształt w skórzanym płaszczu i masce przeciwgazowej, skryty za otwartym włazem na szczycie stalowego korpusu. Porucznik Rozwadowski popatrzył na swoich apostołów, a potem ze ściśniętym gardłem szepnął:
– Idźcie dzieci…
Podrywają się do biegu. Najmłodszy ze strzelców, osiemnastoletni Jakacki, dopada rozprutej tankietki, uruchamia karabin maszynowy i teraz kropi seriami po pancerzu bestii. Kolejnych dwóch, pod wodzą Kamińskiego, ciska granaty. Pozostali w ataku na bagnety rzucają się na sołdatów krążących między łapami bestii.
Porucznik Rozwadowski czekał skryty w leju po bombie. Nie potrafił oderwać wzroku od tego stalowego potwora, od tej bestii nieubłaganie kroczącej w rozbryzgach błota i krwi. Patrzył na śmierć swoich strzelców: Jakacki zginął w zdeptanej tankietce, Kamińskiego i strzelców z granatami ścięły serie karabinów maszynowych. Niedobitki batalionu odwodowego jeszcze walczą z sołdatami ochrony.
Bestia jest już zmęczona zabijaniem: przystaje, dyszy śmierdzącym dymem, po jej korpusie gęstymi strugami spływa olej z podziurawionego pancerza, pod stalowymi blachami słychać zgrzytanie nierówno pracujących przekładni i jęki zdławionych silników.
Porucznik Rozwadowski podrywa się z ziemi i biegnie w stronę nieruchomej bestii. Dopada ją, łapie rękoma za osłonę potężnej łapy, podciąga się i powoli wspina po stalowym pancerzu. Porucznik nie dba już o nic: rozbryzgi oleju parzą jego twarz, dłonie płoną od rozgrzanych blach, a on niestrudzenie pnie się po rozdygotanym cielsku. Jest już na szczycie. Z góry spogląda na zrujnowany świat.
Bestia wolno rusza, stalowe łapy depczą skłute bagnetami ciała strzelców, a Rozwadowski zapiera się plecami o niską wieżę artyleryjską i szuka wzrokiem wyrwy w osłonie silników. W końcu dostrzega poszarpaną ranę w pancerzu, odsłaniającą rozedrgane turbodiesle.
Porucznik przyciska kolbę karabinu do ramienia, daje ognia, kropi obficie zawory, tłumiki i chłodnice. Błyskają iskry rykoszetów i zaczyna tryskać ropa. Rozwadowski poprawia granatem, który znika w wyrwie pancerza. Wybuch wstrząsa bestią.
Turbodiesle krztuszą się, dymią i gasną.
Rozwadowski wydaje z siebie okrzyk zwycięstwa, dla pewności wywala resztę amunicji w drugi silnik, przetacza się po wieży i przyklęka nad zamkniętym włazem. Łomem podważa wieko. Z wnętrza bestii dobiegają krzyki i przekleństwa.
Porucznik wrzuca do środka płonącą butelkę z benzyną.
Stłumiona eksplozja wstrząsa stalowym cielskiem. Rozlega się skomlenie zamkniętych w środku ludzi, a przez otwarty właz buchają kłęby czarnego dymu. Stalowe łapy uginają się pod bestią, która wolno osiada na ziemi i nieruchomieje z cichym westchnieniem jak umierające zwierzę. Przerażeni sołdaci już dawno uciekli w kierunku swoich linii.
Ostatni żywi strzelcy wspięli się po korpusie martwej bestii i stanęli za plecami porucznika Rozwadowskiego. Nie powiedzieli żadnego słowa, tylko z przestrachem spoglądali ku odległej linii wzgórz. Porucznik splunął na tłustą od ropy ziemię.
– Nie cofniemy się nawet o krok… – warknął.
Przetarł twarz brudną ręką. Znów splunął.
Zimny wiatr od Wschodu niósł w ich stronę słodkawy odór spalin.