- Opowiadanie: wilk-zimowy - Gdzie me serce, gdzie mój duch?

Gdzie me serce, gdzie mój duch?

Grafika Jakuba Różalskiego, która była inspiracją do tekstu, to:

Jakub Różalski / Tytuł obrazu: “Robot Medic”:

https://www.artstation.com/artwork/28WB

 

Wcześniej rozpatrywałem inne pomysły, opierające się o inne grafiki, ale ich nie dałoby się zmieścić w założonym limicie.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Gdzie me serce, gdzie mój duch?

Wystrzały, salwy moździerzy, krzyki konających. Smród potu zmieszanego z prochem i krwią. Tego jednak sanitariusz nie czuł. Nie dane mu było rozpoznawać jakichkolwiek woni. Potrafił za to z wielką wprawą zszywać najgroźniejsze rany, działać cuda nawet w sytuacjach, w których najlepsi chirurdzy uniwersytetów w Wiedniu, Paryżu, czy Londynie mogliby co najwyżej eksperymentować albo podać morfinę lub opium. On przeciwnie. Patrzył na obrażenia i rozumiał, jak działają przerwane mięśnie i ścięgna. I co najważniejsze, pracował w najcięższych warunkach. Nie okazywał senności bądź zmęczenia. Tamował krwawienia, odkażał, zszywał co się dało.

Dwie godziny temu oddział stoczył poważną potyczkę. Lżej ranni zostali wysłani pod eskortą do okolicznej wsi. Tych, których nie można było ruszać do czasu udzielenia im pierwszej pomocy, nieustannie łatał. Był najlepszy, ale jak każdy człowiek miał swoje ograniczenia. Nawet jeśli sam człowiekiem nie był. By uratować gasnące życia, potrzebował czasu. Ten zaś się skończył, gdy okazało się, że pokonany wczoraj oddział nie był jedynym w okolicy. Sami co prawda także czekali na posiłki, ale cóż z tego…

Zacisnął kolejną nić. Jeszcze kilka pociągnięć i nieprzytomny żołnierz zachowa szanse na przetrwanie. O ile w warunkach bitewnych uda się utrzymać higienę. Jeśli pył unoszący się wokół i pokrywający pancerz sanitariusza nie dostanie się do ran.

– Przerwij i wynoś się do wsi! – ryknął podbiegający do niego sierżant.

Sanitariusz uniósł głowę. Emblematy Czerwonego Krzyża wymalowane na jego korpusie i torbie były poplamione zarówno zaschniętą, jak i świeżą krwią.

– Jest jeszcze dwóch pacjentów – powiedział głucho.

– Zaraz nas tu wybiją, zakuta pało, won pomóc we wsi! – rzucił jeszcze podoficer i pognał z powrotem ku taborowi, zza którego ostrzeliwali się jego podwładni.

Opancerzone, a mimo to precyzyjne, palce zawiązały ostatnie szwy. Zaczął wstawać i dokładnie w tym momencie jakaś zabłąkana kula trafiła w jego korpus. Nie mogła uczynić mu krzywdy, jednak gdy rykoszetowała, trafiła prosto w szyję właśnie otwierającego oczy, ledwo co odratowanego nieszczęśnika.

Gdyby ktoś obserwował tę scenę, mógłby przysiąc, że w lekko opalizujących szkłach osadzonych w miejsce oczu pojawił się smutek. Przez ułamek sekundy liczne – choć drobne – wgniecenia na nieprofilowanej blasze zastępującej twarz robota, przypominałyby komuś takiemu bruzdy i blizny. To jednak musiałaby być tylko gra wyobraźni, błądzenie umysłu zmęczonego trwającą od miesięcy wojną.

Chwilę później ów ktoś pognałby na spotkanie z kulami lub bagnetami.

Takich spostrzeżeń nigdy nie przekazuje się dalej.

 

 

* * * *

 

Sanitariusz nie tylko reagował na polecenia. Oprócz autonomii działania posiadał również pamięć. Wiedział, że powstawał w słabo oświetlonym, zagraconym warsztacie. Budujący go doktor Baum co chwila przechodził pomiędzy czterema długimi stołami, na których rozstawione były różne mechanizmy. Proste, chociażby tłoki, ale i te zaskakujące precyzją wykonania, jak zębatki zegarowe.

Co jakiś czas efekty tych prac próbował podłączyć do siedzącego na krześle na samym środku robota, zwykle uprzednio testując przez podłączenie do któregoś z ustawionych pod prawą ścianą silników. Tych zaś było co najmniej kilka – zarówno parowych, jak i spalinowych, zespolonych z rurami wychodzącymi na zewnątrz budynku.

Była jednak i ściana po lewej, wraz z ustawionymi pod nią wielkimi, zamykanymi na ciężkie kłódki, metalowymi szafami. Z nich doktor Baum wyciągał co jakiś czas sporych gabarytów słoje. Ich zawartość również miała ogromne znaczenie w jego pracach. Właśnie dzięki wyciąganym z nich preparatom mógł nauczyć sanitariusza sztuki zszywania ran.

Nie, nie przez obserwację. Gdyby tak to wyglądało, nigdy by nie dorównał nawet najbardziej podrzędnym felczerom polowym. Sekret tkwił w czymś zupełnie innym. Choć jak wielokrotnie powtarzał Baum, za wcześnie, by się tym chwalić światu. A potem, pewnego dnia, pozwolił sanitariuszowi wyjść z warsztatu i zaprowadził go do oficera wojskowego. Na przemian rozmawiali zgodnie i się kłócili. Konstruktor wielokrotnie powtarzał: „to nie maszyna krocząca, tu są inne ograniczenia”. W końcu odesłał robota z wojskowym.

Było to w drugim miesiącu wojny światowej.

Od tego czasu sanitariusz uratował setki rannych. Nie zdołał pomóc tysiącom. Zapamiętał wszystkich, których twarze można było rozpoznać.

 

* * * *

 

Gdy dotarł do wsi, zastał pobojowisko. Wrogie wojsko musiało być bardziej rozproszone, niż sądzili, skoro tędy też przeszli. Choć może to zbyt słabe określenie. Ranni zostali dobici, żołnierze, którzy ich osłaniali, zastrzeleni co do jednego. Atakujący nie oszczędzili nielicznych mieszkańców wsi.

Przeżyło tylko dwoje cywilów w jednym z domów, niepozornym, położonym na uboczu innych zabudowań. Nieprzytomnemu mężczyźnie niewiele mógł pomóc – jego obrażenia wewnętrzne były zbyt rozległe. Zdołał za to ustabilizować stan kobiety, u której kule cudem ominęły organy.

Siedział na starym, drewnianym krześle, w tle słysząc wybuchłą ledwo co kanonadę. Posiłki musiały w końcu przybyć i natknąć się na wroga. Sądząc po odgłosach, tym razem oprócz piechoty i moździerzy, na polu bitwy pojawiły się maszyny kroczące. Zanim tam wyruszy, by ratować kolejne życia, będzie musiał jeszcze odczekać, by zmienić opatrunek pacjentce.

– Niedaleko… – wyszeptała kobieta.

– Oceniam, że kilometr lub dwa stąd – odparł sanitariusz, korzystając z głośnika ukrytego za maską zastępującą twarz.

Uniosła brwi w wyrazie ni to strachu, ni zdziwienia. Była jednak zbyt osłabiona, by reagować w pełni normalnie.

– Działasz sam. I mówisz. Majaczę?

– Nie. Tak mnie zbudowano.

– Nie ma takich robotów. Mój kuzyn przed wojną pracował w zakładach technicznych. Mówił, że samodzielne maszyny mogą służyć tylko do bardzo prostych zadań.

– Ja leczę. To jest proste, gdy wiesz, jak działa ludzkie ciało.

Przypatrzyła mu się.

– To nie jest proste. A ty zachowujesz się jak człowiek… Pozwól mi w to wierzyć – dodała cicho, zanim zdążył zaprzeczyć.

– Ludzie czują. Ja nie.

Skrzywiła się nagle, ale po chwili znów spojrzała na niego.

– Właśnie się pożaliłeś. Masz jakieś imię? Ja nazywam się Dorota.

– Doktor Baum wołał na mnie Blaszany. Nie powinnaś teraz tyle mówić.

– Kiedy z tobą rozmawiam, mniej myślę o bólu. Mówisz po polsku. Czyli zbudowali cię u nas. Czemu nie używamy więcej maszyn?

– Doktor mówił, że nasze fabryki nie poradzą sobie z budową tak potężnych konstrukcji, jakich używają obce armie. Ale możemy budować mniejsze. I inaczej.

Sięgnął do klapy na swym przedramieniu i ją otworzył. W środku można było zobaczyć pracujące tłoki, przekładnie i mechanizmy, ale też połączone z nimi ścięgna.

– Mam w sobie większość organów. Nawet mózg.

 

* * * *

 

Nie powiedział, że wiele swych zdolności zawdzięczał nauce na samym sobie i wymianie części organicznych na zastępcze, wyjmowane ze słojów z formaliną. Gdy Baum parokrotnie dla zabicia czasu wchodził w dyskusje z robotem, zdarzało mu się napomknąć o początkach swoich prac. Punktem wyjścia, jak twierdził, były zapomniane, wygrzebane w jednym z antykwariatów, pisma żyjącej w dziewiętnastym wieku Angielki, doktor Shelley.

Czasem pozwalał też Blaszanemu przejąć inicjatywę w rozmowie. Jak mówił, by sprawdzić jak mózg działa z maszyną.

– Czuję pustkę. Czy będę kiedyś jak człowiek? – zapytał pewnego dnia sanitariusz.

– Nie, na szczęście – odparł konstruktor. – Twój mózg może czuć emocje, ale zabezpieczyłem cię przed tym. Jeśli nauczysz się kochać, zaczniesz wybierać kogo ratować, zamiast skupiać się na pracy. Gdyby po wojnie zaszła taka potrzeba, będzie to można łatwo zmienić, ale to chyba nie jest dobry pomysł.

– Dlaczego?

Doktor jednak nie odpowiedział.

 

* * * *

 

Otworzył inną klapę, tym razem na korpusie, ukazując wolną przestrzeń wielkości dwóch pięści. Wokół pracowało mnóstwo małych urządzeń, z których wystawało kilka rurek.

– To nie serce czuje. Jednak wraz z nim brak mi też ducha – powiedział, by po chwili zamknąć osłonę.

Dorota chwilę milczała. Spróbowała pokręcić głową, ale zaraz jej twarz przeciął nieprzyjemny grymas.

– Robot-poeta. Znalazł swojego ducha, a dalej twierdzi, że nie czuje. Wiesz, że te rurki wyglądają tak, jakby twój doktor planował jednak dać ci serce? Trochę strach pomyśleć skąd miałby je wziąć – powiedziała powoli. – Powiedz, przeżyję?

– Tak.

– A jeśli komuś nie zdołasz pomóc, czy…

Huk zagłuszył słowa Doroty, gdy nagle zawalił się strop jednokondygnacyjnego domu.

 

* * * *

 

Blaszany wygrzebał się spod gruzu. Pancerz miał twardy, zdolny wytrzymać nawet eksplozję granatu, więc i teraz nic mu się nie stało. Stanu pacjentki nie musiał sprawdzać. Ledwo uchroniona przed śmiercią, została zabita w źle wycelowanym ostrzale wsparcia artyleryjskiego. Anonimowy mężczyzna też zginął na miejscu, choć jego ciało nie zostało całkowicie zasypane.

Odtworzył w pamięci końcówkę rozmowy.

Spojrzał na nadal ciepłe ciało. Zmarłemu leżącemu w nie do końca zawalonej części izby już nic ono nie pomoże. Otworzył swoją torbę medyczną, narzędzia w środku przetrwały w idealnym stanie. Sięgnął po nie i przystąpił do pracy. Gdy skończył, walki nadal trwały, zmieniło się jednak coś innego.

W jego korpusie biło świeżo podłączone serce. Przepompowywało zastępujący krew płyn, którego przepływem wcześniej sterował system tłoków. Sanitariusz odnotował coś nowego. Coś, co pozwoliło spojrzeć na świat dookoła w nowych barwach. Dojść do wniosku, iż właśnie on może coś zmienić.

Serce.

To nie ono wywołuje emocje. Ale widać jego obecność lub brak była przełącznikiem tego, o czym wspomniał doktor Baum.

Opuścił ruiny na wpół zburzonego budynku. Walki przesunęły się bliżej i najwyraźniej trwały tuż za porośniętym drzewami pagórkiem.

Chwycił drwalską siekierę leżącą obok rozsypanych szczap drewna i ruszył w kierunku toczącej się potyczki. Nie obchodziło go, na czyje wojska natknie się najpierw.

Jego serce i ducha przepełniała nienawiść.

 

Koniec

Komentarze

Ładnie uczłowieczyłeś tego Blaszanego i dałeś mu jeszcze serce. Teraz rozumiem wątpliwości Bauma.

Tekst bardzo nastrojowy i emocjonalny, mimo iż bohaterem jest, wydawałoby się, bezduszna maszyna. Też się zastanawiałam nad tą grafiką, bo uważam, że jest świetna. 

A tu ci się chyba cosik posypało:

Dwie godziny temu oddział, który niedawno stoczył poważną potyczkę.

Klikam.

Dzięki za komentarz i wyłapanie baboła, już poprawione!

A ta grafika… Od razu pomyślałem, że bardzo ten sam świat, co obrazki "mechowe", a zarazem bardzo inny kąt widzenia. Kiedyś będę musiał siąść do tych pozostałych pomysłów, bo obrazy JR naprawdę podsuwają wiele wyobrażeń i to w różnych perspektywach.

Inny kąt widzenia, bo ten nieszczęsny robot już na pierwszy rzut oka wzbudza litość, a mechy nie. :)

Bo to robot, któremu ręce opadają na widok tego, co ludzie robią.

Veni, vidi, legi.

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Cieszy mnie, że ktoś użył tego obrazu – ja sama wahałam się między blaszanym sanitariuszem a tym, czego koniec końców wybrałam. Powiem Ci, wilku, że miałam nadzieję na taką historię, którą napisałeś, smutną i po raz kolejny oczerniającą ludzkość – dla niektórych to będzie pewnie odgrzewany temat, ale mi w zupełności odpowiada perspektywa robota uwikłanego w ludzką krzywdę, głupotę i beznadzieję. W swojej zemście ma moje błogosławieństwo. Napisane przyjemnie, choć widziałam parę przecinkowych zgrzytów – których oczywiście teraz nie mogę znaleźć… Podsumowując, lektura udana.

Mnie również podobał się ten poruszający tekst o losach robota sanitariusza. Dobrze napisane pod względem technicznym. Styl opowiadania ładnie współgra z grafiką JR. Nie wiem, co jeszcze mogę dodać. Podobało mi się, nominuję do biblioteki i trzymam kciuki za powodzenie w konkursie!

Żongler, Rosebelle – dzięki za komentarze. To tylko opowieść, ale gdy pomyśleć o ludziach, którzy faktycznie ratują życie w takich warunkach, a nikt o nich nie pamięta gdy dochodzi do rozdawania orderów, to się robi bardzo smutno…

o pierwszej wojnie światowej, zanim okazała się, że pierwsza, mówiło się wielka wojna 

 

dobrze, że robot na koniec nie wybuchnął łzami. i że dopóki był robotem, to leczył, jak się uczłowieczył, to zaczął zabijać.

bardzo smutne, że co kogoś połatał, to mu pacjenta zabijali.

 

i podoba mi się odwrócenie – zwykle ludzie się mechanizują, tu mechanizm się mięśniuje.

Sny umarłych. Rocznik polskiego weird fiction: https://web.facebook.com/phantomboooks/ ;)

Bardzo mi się podobało; miałam wrażenie, że w historii Bauma i Blaszanego trochę wychodzi tu takie odwrócenie motywu doktora Frankensteina i jego monstrum (tyle że robot sam siebie przetwarza na pół-człowieka i humanizuje, w bardzo niestety ludzki sposób). 

Jak na razie jest to chyba mój prywatnie ulubiony tekst z tych konkursowych.

Ojej ojej ojej :) Napisałeś opowiadanie według mojego ulubionego obrazka Różalskiego (niestety sama nie miałam na niego pomysłu), a na dodatek przywołując jedną z moich ulubionych książek z dzieciństwa (choć najbardziej ulubiona z tej serii była ta o Kubusiu Dyniogłowym).

Już za to miałbyś mój głos, gdyby nie to, że tu nie ma głosowania…

A poza tym bardzo mi się podoba i pomysł, i wykonanie, i postacie.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

Wybranietz, Ninadin, Drakaino – dziękuję za miłe komentarze :)

 

@Wybranietz – z wojną oczywiście masz rację. Poważny błąd, jak również niepamięć :( Jednak z pewnych powodów zostawię taką wersję. Co do wybuchu łez – nie wiem na ile udanie, ale robiłem co mogłem, by zmylić oczekiwania czytelników co do kierunku, jaki ostatecznie obierze Blaszany :)

 

@Ninedin Trochę się obawiałem, ze wzmianka o Mary Shelley będzie za mało widoczna. Dobrze, ze jednak się myliłem :)

 

@Drakaina No ten obraz, znajdujący się pod koniec galerii, mocno porusza. Swoją drogą mocno kojarzy mi się z piosenką Albionu “Sarajevo”.

Re: wielka wojna – we Francji nadal się tak mówi, mimo że oczywiście istnieje też pojęcie pierwszej wojny światowej.

Historia to uzgodniony zestaw kłamstw.

No właśnie m.in. dlatego zostawiam nazwę, która historycznie była błędna. Drugi powód: jeśli na tekst trafiłaby osoba znająca obrazy JR, ale nie znająca nazwy Uniwersum 1920+, mogłaby skojarzyć nazwę z wojną niemającą odpowiednika w naszym świecie. Tym bardziej, że wzmianki o maszynach kroczących może w ogóle kierować skojarzenia w stronę Wojny światów. Tak więc mimo, że błąd wynikający z braku pamięci z czasów szkolnych (raz jeszcze biję się w pierś), to jednak stanowiący “naprowadzacz” czytelnika.

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Hmm… sama zaczęłam pisać opowiadanie właśnie do tego obrazu i nawet kreowałam bohatera odrobinę zbliżonego do Twojego Blaszanego… Bardzo udany tekst, ładnie napisany, nastrojowy, dobrze nakreślone postacie. Przeczytałam z przyjemnością. Kliczek i powodzenia w konkursie.

Dzięki za komentarz Katiu. W ogóle to najpierw przyszedł mi do głowy tytuł, potem dopiero zaczęły się formować zarysy tekstu.

Też tak czasem mam… Hmm, nawet często :) A tytuł Twojego opowiadania też udany, taki trochę romantyczny i trochę smutny…

Fajne :)

Dzięki!

Zabawne, ale i ja musze napisać,  że ta grafika jest urzekająca i również myślałam o niej jako inspiracji :) Ciesze się,  że dostała swój tekst, w dodatku bardzo udany. 

Z początku nieco przeszkadzało mi przegadanie i jakieś usterki interpunkcyjne. Potem było płynniej, zresztą skupiłam się już w pełni na opowieści.  Jest ponura i kryje się w niej pesymistyczna wizja, ale przy tym też bajkowa – i przez nawiązanie, i narrację, i klimat.

Werweno, dzięki za opinię. W smutny sposób jest to pocieszające, że właśnie ten obraz JR tak przemawia do ludzi.

O! Bohater nie zabija, tylko ratuje życie. Jaka miła odmiana. :-)

Jakoś mi się robot z obrazka kojarzył z Pinokiem…

Ładne opowiadanie. Fakt, w paskudnym świetle stawia ludzi. Ale nie wszyscy zabijają. Rzekłabym nawet, że mniejszość.

Napisane przyzwoicie.

Babska logika rządzi!

Dzięki Finklo :)

Widać robot ten ma to do siebie, ze z taką lub inną postacią większość z nas doszukuje się podobieństw. Mi przyszedł do głowy Blaszany Drwal.

Kolor ma taki drewniany… :-)

Babska logika rządzi!

Albo jest pokryty pyłem?

Trocinami? ;-)

A najbardziej, to przypomina takie ludziki dla malarzy, które służą za modele.

Babska logika rządzi!

Tak, też miałem to skojarzenie :-) Co prawda nie od strony kolorystycznej, ale kształt jest bardzo charakterystyczny :-)

Dla mnie, to ewidentnie C-3PO w kapelutku. ;p

To też. :-)

Babska logika rządzi!

To mi przypomniało mema "tymczasem na Podlasiu", ale on jest raczej w innym klimacie i dotyczy bardziej pokojowej cywilizacji ;-)

Całkiem przyjemne opowiadanie. :)

"Myślę, że jak człowiek ma w sobie tyle niesamowitych pomysłów, to musi zostać pisarzem, nie ma rady. Albo do czubków." - Jonathan Carroll

Dzięki Morgiano :-)

Sama przyjemność czytania. A tematyka też bardzo mi bliska, jako że jestem wielkim fanem Asimova :) Tekst naprawdę wciągający, dobry klimat. Z początku pomyślałem, że gdyby nie konkurs, to opowiadanie powinno być dłuższe, ale po drugim przeczytaniu stwierdziłem, że nie. Jest tyle, ile trzeba.

Ha, żebyś wiedział, jak kombinowałem, czy gdzieś po drodze nie dołożyć praw robotyki bardziej wprost :-) Ale koniec końców wrzucenie ich między wierszami wydało mi się lepsze. Cieszę się, że ten wątek został zauważony :-) Z długością, to ja w ogóle dobrze czuję się w takich krótszych formach, przekroczyć 10K to już dla mnie spore wyzwanie :( Dzięki za opinię!

Klimatyczne – bezsprzecznie. Czytając, czuje się zapach prochu i oddycha się kurzem bitewnych pól. Ale przede wszystkim jest to mądre i przesiąknięte humanizmem opowiadanie o tym, że czyny ludzi bywają tak okrutne, że nawet blaszany stwór nie wytrzymuje. Dzięki za przyjemność czytania. 

To i ja wspomnę, Wilku, że zawiesiłem się na tej grafce, bo ma w sobie coś bardzo przyciągającego i wiercącego w emocjach oraz wyobraźni. Cieszę się, że oddałem pole skrzatom, ponieważ czuję wyraźnie, że blado bym wypadł w porównaniu z Twoim dziełkiem – genialne!

Zacznę od środka (silne wrażenie), od grafy właśnie – ten akapit, w którym opisujesz sanitariusza pozamiatał mnie, dosłownie!

Klimat, atmosfera opowiadania wspaniała. Historia skonstruowana bardzo przejrzyście, kapitalnie odsłaniasz kolejne fakty, aspekty podjętych rozważań i napisałeś ją rzetelnie i (podkreślam) jednocześnie klimatycznie.

Nawiązanie do Mary cieszy, w zupełności wystarczające i klarowne, dobrze, że nie przesadzone, że jednak swoją opowieść tu rozwijasz.

I puenta super – bez “łopatologi” doskonale pokazana pułapka uczuć i emocji, czyli biegunowość.

Czego bym nie napisał o tym opku będzie marne wobec literackiej i każdej innej jego wartości…

Kurde, i to jest tekst na 10k…

Gratuluję, Wilku, i dzięki za lekturę! Zostaje ze mną. Pozdrawiam! ;)

Corneliusie, Majkubrze, dzięki za odwiedziny i rzucenie okiem na tekst!

 

A co do tego, jak co wypada, Majkubarze, widząc jak piszesz, myślę, że to mógłby być ciekawy tekst, masz tendencję do opisywania tematów w zupełnie innych perspektywach, niż to robi większość osób (przez kalejdoskop, przez zmianę środowiska głównych postaci itp.).

Dzięki, Wilku, każda taka uwaga jest na wagę złota. :)

Aż chciałoby się zacytować: “A co on jest, k…, robocop?” ;)

 

A poważnie, to bardzo udany tekst. Historia naprawdę ciekawa, intrygująca i emocjonująca. Zaintrygowała mnie postać Blaszanego oraz różne związane z nim “technikalia”. No i zakończenie – genialne. Już byłem pewny, że wyposażony w serce robot zacznie szerzyć miłosierdzie i nawoływać do pokoju, a tu patrz – bierze siekierę i hajda. Bardzo realistycznie i, cóż, po ludzku.

Napisane dobrze, choć momentami przydałoby się więcej obrazowości. Ale to może kwestia gustu.

 

Tych, których nie można było ruszać, do czasu udzielenia im pierwszej pomocy nieustannie łatał.

Ale łatanie to już chyba jest pierwsza pomoc? :)

 

Klikałbym, gdyby było jeszcze coś do klikania.

Paper is dead without words; Ink idle without a poem; All the world dead without stories; /Nightwish/

Dzięki El Lobo. Zaskoczyć czytelnika to spore wyzwanie :-) 

Co do zacytowanego zdania – kogo można było przenieść, od razu przenieśli. Kto musiał czekać na pierwsza pomoc, to tej pierwszej pomocy udzielał na miejscu właśnie sanitariusz.

.

 

Peace!

"Zakochać się, mieć dwie lewe ręce, nie robić w życiu nic, czasem pisać wiersze." /FNS – Supermarket/

Śniąca, Cieniu, NoWhereManie – dzięki za lekturę :) 

“Dwie godziny temu oddział stoczył poważną potyczkę.”

Hmm… Jeżeli poważną, to chyba nie była to już potyczka. Chyba lepsze byłoby poważne starcie. Nie bitwę, ale starcie.

Jeszcze wrócę.

Pozdrówka.

Dzięki za przybycie, RR.

Mam nadzieję, że jako całość (klimat, treść itp.) się podobało.

Czekam wiec na ponowną wizytę :-)

 

Powiem Ci, że początkowo (przed wrzuceniem na portal) było właśnie starcie. Potem zmieniłem na “poważną potyczkę”, która ma w tym przypadku sugerować, że pomimo ostrego przebiegu, walka sprzed dwóch godzin trwała krótko i angażowała mniejsze oddziały – bo w sumie słowo to odnosi się właśnie do wielkości walczących oddziałów, od biedy czasu trwania starcia. Większe zgrupowania były w pobliżu, wrogi jest w tle początkowej sceny, “swój” ściera się z wrogiem później, w okolicy wsi.

Nie wiem czy Cię przekonuję tym wyjaśnieniem, taki jednak był mój tor myślenia przy podmianie słowa. Jeśli jednak więcej osób zgłosi, że coś jest nie tak z tym zdaniem, to przyjdzie mi podmienić.

 

Ja, tak po prostu, lubię wyrazy odpowiadające temu, co wynika z treści. Może lepsza i bardziej odpowiednia byłaby utarczka. Link-> http://doroszewski.pwn.pl/haslo/potyczka/

Jeszcze, według mnie, mamy drugi taki lapsus. Chyba chodzi o oddziały skoncentrowane, a nie rozproszone… Ale to w sumie detal.

Jeżeli idzie o całość – bardzo dobre opowiadanie, zasłużenie biblioteczne. Opowiada ciekawą, kompletną historię, wyjaśnia, z konieczności skrótowo, genezę powstania bohatera, interesująco przedstawia jego losy.  No i jest dramatyczne, i to tak naturalnie, jakby od niechcenia.

Dla mnie tekst piórkowy.

Pozdrówka.

Z tym rozproszeniem/koncentracją to fakt, palnąłem trochę… I myślę, ze tu będzie w ogóle dodać jedno zdanie, żeby to w pełni płynnie zabrzmiało. Ale to już po konkursie, bo modyfikacja pojedynczych słów to jedno, a dopisek to już osobna sprawa.

Dzięki raz jeszcze!

 

NMZC dziękować.

Zastanowiłem się jeszcze, czy nie byłoby lepiej zamieścić grafikę na początku opowiadania. Obraz klimatyczny wielce i, jak na Różalskiego, jednak nietypowy. W sumie realistyczny, ale mocno działa na wyobraźnię. A tak jednak niknie.

Ale to kwestia gustu. 

Pozdrówka.

Potrafił za to z wielką wprawą zszywać najgroźniejsze rany, działać cuda nawet w sytuacjach, w których najlepsi chirurdzy uniwersytetów w Wiedniu, Paryżu, czy Londynie mogliby co najwyżej eksperymentować albo podać morfinę i opium

Jednoczesne podanie tych dwóch środków brzmi jak przepis na depresję oddechową. Opium zawiera m.in. morfinę oraz kodeinę metabolizowaną w ludzkim organizmie do morfiny, więc łączenie tych medykamentów nasiliłoby wywoływane efekty, możliwie narażając życie pacjenta. Zamień “i” na “lub” albo jakiś inny spójnik rozłączny.

 

Tych, których nie można było ruszać[-,] do czasu udzielenia im pierwszej pomocy[+,] nieustannie łatał.

Przesuń przecinek z za “ruszać” za “pomocy”. W tym punkcie jest kończone wtrącenie, nie wcześniej.

 

Opancerzone, a mimo to precyzyjne[-,] palce zawiązały ostatnie szwy.

 

Ten przecinek jest raczej zbędny, ale nie dam sobie za to ręki uciąć. Chociaż skoro mamy tak wprawnego robota-chirurga… :)

 

To jednak musiałaby być tylko gra wyobraźni, błądzenie umysłu zmęczonego trwającą od miesięcy wojną.

Chwilę później ów ktoś pognałby na spotkanie z kulami lub bagnetami.

Takich spostrzeżeń nigdy nie przekazuje się dalej.

Mocny fragment, spodobało mi się.

 

na których rozstawione były różne mechanizmy. Proste, chociażby tłoki, ale i te zaskakujące precyzją wykonania, jak zębatki zegarowe.

Technicznie rzecz ujmując, wymienione obiekty same w sobie nie są mechanizmami, a jedynie ich elementami. Do mechanizmów możemy zakwalifikować np. serwomechanizm, przekładnie.

 

Choć może to zbyt słabe określenie.

Wziąłbym to w cudzysłów.

 

żołnierze, którzy ich osłaniali[+,] zastrzeleni co do jednego

Przecinek kończący wtrącenie.

 

Siedział na starym, drewnianym krześle, w tle słysząc wybuchłą ledwo co kanonadę.

Nie podoba mi się szyk, wrzuciłbym “ledwo co” przed “wybuchłą”.

 

były zapomniane, wygrzebane w jednym z antykwariatów[-,] pisma żyjącej w dziewiętnastym wieku Angielki, doktor Shelley.

Raczej zbędny przecinek.

 

Jak mówił, by sprawdzić[+,] jak mózg działa z maszyną.

Przecinek, powtarza ci się “jak”.

 

– Czuję pustkę. Czy będę kiedyś jak człowiek? – Zapytał pewnego dnia sanitariusz.

Małą literą.

 

Trochę strach pomyśleć[+,] skąd miałby je wziąć

Przecinek.

 

Zbędny enter na końcu opowiadania.

 

Ciekawa historia robota, który okazuje się być cyborgiem. Ładnie opisałeś jego przemianę i zwrócenie się przeciwko ludziom.

No rest for the Wicked https://www.facebook.com/thewickedg/

Wicked, dzięki za wypunktowanie przecinków. Większość poprawek naniosę po konkursie. Większość, bo kilka elementów pozostanie (np. enter na końcu jest w pełni zamierzony).

W ogóle to starałem się owego cyborga rozpisać tak, by był elementem wzbogacającym świat 1920+, a jednocześnie nie kolidującym z innymi obrazami. Takie wejście w świat z próbą unikania odtwórczości, a zarazem z pobawieniem się istniejącymi motywami.

W sumie to przerzuciłem to i na lub już teraz, ale z większymi poprawkami poczekam (zresztą jeszcze tu Reg nie zaglądnęła, pewnie też coś wskaże). Raz jeszcze dzięki Wicked!

zza którego ostrzeliwali się jego podwładni.

Brzmi to jakby podwładni ostrzeliwali się nawzajem.

Chwilę później ów ktoś pognałby na spotkanie z kulami lub bagnetami.

Takich spostrzeżeń nigdy nie przekazuje się dalej.

To bardzo ładne.

Z nich doktor Baum wyciągał co jakiś czas sporych gabarytów słoje. Ich zawartość również miała spore znaczenie w jego pracach.

Powtórzenie.

Ładne, poruszające. Dorotka, Strach na Wróble, Drwal. Brakowało lwa i odwagi, czy nie wyłapałem? :) Bardzo dobry tekst.

Dzięki za odwiedziny, AC. Przez jakiś czas planowałem wrzucić kapitana Ozowiewa dowodzącego oddziałami rosyjskimi, ale trudno było znaleźć miejsce, które nie zaburzałoby reszty opowieści. Za to zaskoczyłeś mnie Strachem Na Wróble, bo podobnie jak i Lwa, jego nie wrzucałem :-) Dla tych, którzy pamiętają wersję książkową jest za to Frank Baum (no i nawiązanie do Mary Shelley).

Główny bohater kojarzył mi się jednocześnie ze Strachem na Wróble (ten jego mózg, dzięki któremu mógł leczyć!) i Drwalem, dopiero teraz widzę, że to nadinterpretacja. :) Dodałem trochę od siebie, ale i tak mi się podobało. To tylko dowód, że tekst działa na wyobraźnię. ;)

Jeżeli tekst można interpretować na różne sposoby, to tym lepiej :-) 

Kurde, nie wpadłam na Czarnoksiężnika z Krainy Oz… Tekst nabiera nowego znaczenia. Blaszany idzie szukać załogi, będzie ekipa antybohaterów terroryzująca czasy Wielkiej Wojny. Wilku, bierz się za część drugą :D

:D

A miałem opory czy na końcu drwalska siekiera zamiast samej siekiery nie będzie zbyt mocnym wyeksponowaniem :-) A tutaj masz Żonglerko o doktorze Baumie ;-) Nie wiem czy “część druga” jest dobrym określeniem, ale w tekście są zaszyte furtki do opowieści pobocznych :-)

 

22 czerwca, nominacji do piórek tylko cztery, trzeba coś z tym zrobić i wziąć się za czytanie.

Jestem pod wrażeniem. Pomysł świetny, do grafiki pasuje idealnie.

Jak dla mnie mogłoby się skończyć nawet na zawaleniu domu, jako syzyfowa praca mechanicznego sanitariusza. A kończy się dalej, nadając całości jeszcze jeden aspekt. Sam nie wiem, czy przez to opowiadanie podoba mi się bardziej, czy mniej, ale na pewno jest ciekawsze. Serce, które nadaje złe cechy człowieka wbrew wszystkim konotacjom. Dobra, już się nie waham. Podoba mi się bardziej i to dużo bardziej.

Troszkę mnie razi “Cię” i “Zapytał”, ale to szczegóły, da się przełknąć.

In a perfect world man like me would not exist. But this is not a perfect world.

Dzięki Kordylianie. "Zapytał" nawet już powyżej wskazał Wicked, za to "Cię" to już błąd szkaradny, aż sam się zszokowałem, ze coś takiego popełniłem :( Dobrze, że wyłapujecie tutaj takie rzeczy.

Co do samej treści, o wojnie zawsze ciężko pisać, zwłaszcza gdy zderza się bierność z działaniem… Cieszę się, że moment zakończenia koniec końców udany.

Wilku!

 

Mega. SPOILER ALERT!

 

Budzący sympatię robot do ratowania ludzkiego życia, który się uczłowiecza tylko po to, by stać się koszmarnie podobny ludziom przez nienawiść – być może za jakiś czas pojmie, że nienawiść do tego, czym sam się stał?

Klimat?

Płynna opowieść, kompletna, że względu na objętość miejscami skrótowa (ale to akurat dobrze: zagęszcza, uwypukla główny problem)?

Zło wojny oglądane z małej perspektywy bohatera?

Napisane dobrze?

 

Wszystko jest. Dla mnie bomba.

 

Jedno pytanie: u kobiety kule ominęły organy czy kluczowe organy?

Loco! Fisholof.(Cień Burzy) .::||::. "Wiesz, jesteś jak brud i zarazki dla malucha... niby syf, ale jak dzieciaka uodparnia... :D" (Emelkali)

Kawał porządnego szorta. Są fajnie zarysowane realia, bijące z tekstu emocje i przede wszystkim idealnie dobrany do ilustracji pomysł. Na wielki plus zakończenie. Ogólnie bardzo dobrze mi się czytało.

Powodzenia w konkursie :)

@PsychoFishu, dzięki za dobre słowa.

Co do organów… Wyobraziłem to sobie jako postrzał, w którym kula nie narusza właściwych organów, choć po drodze uszkadza układ krwionośny. Nie znam się jednak na medycynie i w sumie właśnie zacząłem się zastanawiać czy z punktu widzenia medycyny układ krwionośny jest/nie jest narządem… Hm. Czy jest na sali ktoś po studiach medycznych?

 

@Belhaj, dzięki za lekturę :) 

Bardzo dobry szort, Wilku. Jest porządna treść, płynne dialogi, teza i wnioski, a wszystko uszyte wojennym klimatem. Wrzucasz czytelnika bez marszu w środek akcji i dobrze Ci to wychodzi. Sporo szortów w tym konkursie ma kuśtykające początki, tu wszystko jest jak trzeba.

Słaby punkt to decyzja o zamontowaniu sobie serca, znaczy tu i teraz. Mogło to nastąpić wcześniej. Przydałoby się zdanie lub dwa, które zakamuflowane, przeczyłyby takiej możliwości. Jednak nie będę narzekał. W końcu mi się podobało. :)

Pozdrawiam.

Dzięki Darconie. Dialogów bardzo się bałem, bo to krytyczny punkt, którym najłatwiej zaburzyć klimat – nie masz pojęcia jaką satysfakcję daje komentarz mówiący, że ten element jest ok :)

 

Nowa Fantastyka