- Opowiadanie: maciekzolnowski - Porcje Beskidów

Porcje Beskidów

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Porcje Beskidów

Moje Beskidy, niczym dziecięce puzzle, rozsypują się tu i tam. Tak trudno je odnaleźć i złożyć w jedną całość.

Dziś w Górkach Wielkich odkryłem trasę, której – choć trudno mi w to uwierzyć – wcześniej nie znałem. Do tej pory sądziłem, że przemierzyłem każdy metr tej wsi. A jednak się myliłem. Przypomniałem sobie, że tę drogę pokonałem raz, zaraz po przeprowadzce, kilka lat temu, z Adasiem z Krakowa. Czyżbym trafił na Szlak Wspomnień?

Szedłem trawersem myśliwskim, który długo wydawał mi się ślepą ścieżką. Prowadził na polankę, o której wiedziałem tylko tyle, że istnieje. Przez lata nie potrafiłem na nią trafić – a dziś się udało. Trawers doprowadził mnie w końcu do zupełnie egzotycznej części miejscowości. Jakże dziwne to uczucie: nagle znaleźć się w innym świecie.

Najpierw był las. Potem stare domostwa o sypiącym się, zszarzałym tynku – biedne, mizerne. Zastanawiałem się, kto mieszka w tych na pierwszy rzut oka opuszczonych chałupach. Tubylcy? Zbieracze runa? Przybysze z pradziejów? W oknach żarzyły się krwistoczerwone lampiony, w powietrzu unosił się zapach juchy zaszlachtowanych kogutów. W jednej chałupie duchy grały w karty, w innej kanibale rozwalili się przed starym telewizorem, wcinali płaty soczystego mięsa i dudlili bimber prosto z gwinta.

Ci kanibale – ach, ten miejscowy folk-horror – to wcale nie relikty słowiańskich demonów, lecz przybysze z wielkich miast. Przyjechali tu po „autentyczne doświadczenie”, kupili chałupy za grosze, pomalowali je na instagramowo, a teraz pożerają wszystko, co tradycyjne: ciszę, widok, stary sad, nawet powietrze. Zjadają Beskidy kawałek po kawałku, zostawiając po sobie jedynie resztki – powietrzne frytkownie, plastikowe tarasy i opowieści o tym, jak tu „dziko”. A my, starzy mieszkańcy, możemy tylko patrzeć, jak trawią nas żywcem.

Ile jest Beskidów w Beskidach? Może dziesięć procent, a może dwa. To klimat, który ginie w cywilizacji mozaikowej – nowe miesza się ze starym, piękne z brzydkim, biedne z bogatym, tradycyjne z nowoczesnym, niepowtarzalne z szablonowym, ludowe z napływowym. Tę szczególną atmosferę tworzą przede wszystkim starzy ludzie, stare drzewa i stare domy.

Brnąłem więc w ekstrakt góralsko-ludowy, w polskość i słowiańskość, w południce i chochoły. Potem skończył się las; minąłem wrota miejscowości, stare zabudowania i góreckie opłotki. Wdepnąłem w śmierdzącą kupę nowoczesności i nijakości. Czy kanibale mnie dopadli? Gonili, aż wreszcie capnęli? Nie – nic podobnego. Ale to dzięki nim, ich nienasyconemu apetytowi, mam teraz o czym pisać.

Co zapamiętałem? Drewniane chatki ze stromymi, strzechą krytymi dachami. Limbę na zakręcie ścieżyny. Kapliczkę na rozstaju dróg. Pofałdowany teren, zdziczałe sady, tarasy widokowe – kiedyś ogrody lub poletka. Zabudowę kaskadową, ślepe wjazdy upstrzone drzewami i chaszczami, potęgujące wrażenie głębi i intymności. Stare drzewka owocowe, z kropelkami wody na poskręcanych gałązkach. Mgłę – widomy znak, że las i łąka oddychają. Drabinki oparte o ściany szop niczym łęki przyporowe o mury katedr. Wysoki kamienny pas podmurówki starego góreckiego domu. Samotną limbę na krańcu wąwozu, na krańcu świata. Różne oblicza ciszy; wszak zimą w lesie jest wyjątkowo cicho i spokojnie. Grudniową szarówkę, błoto, mokry, topniejący śnieg, brak konturów – i mnóstwo zapomnianych zakamarków, które urzekają właśnie tym, że zostały zapomniane.

Ech, moje Beskidy. Rozsypują się jak puzzle – i tak trudno je złożyć w koherentną całość.

Koniec

Komentarze

Oj, Maćku, nie udało się, nie tym razem.

Masz dobry styl, ale czasami zapędzasz się i przedobrzasz. Potrafisz namalować słowami obraz tego, co chcesz pokazać. Natomiast akurat tutaj nic poza obrazem nie umieściłeś.

Historia donikąd nie dąży, wydarzenia nie mają ciągłości, struktury. Po przeczytaniu w ogóle nie rozumiem sensu choćby akapitu o legendzie. Po co wspominałeś o Adamie, tylko po to, by zaraz w ogóle o nim zapomnieć? Naturalnie spodziewałem się, że historia jakoś do niego wróci, a tu nic.

Przedostatni akapit to ściana tekstu, w której serwujesz czytelnikom kolejny obrazek – zamiast jakiegoś zakończenia. 

 

Moje Beskidy, niczym dziecięce puzzle, rozsypują się tu i tam i tak trudno jest je odnaleźć i scalić w całość.

Zdanie ciężko zrozumieć ze względu na nagromadzenie “i”. Sugeruję zastąpić drugie “i” przecinkiem bądź kropką. No i “scalić w całość”? Brzydki pleonazm. Sugeruję “złączyć w całość”. Masz też ten sam błąd na samym końcu tekstu.

 

Do tej pory sądziłem, że spenetrowałem każdy metr kwadratowy wsi, w której mieszkam.

Słowo kłóci się ze stylizacją. Sugeruję “odkryłem”, albo “przemierzyłem”, ale z tym drugim musisz zmienić metr kwadratowy na metr.

 

Stworzyłem także, przy tej sposobności, pewną legendę, która nie wydaje się być prawdziwa,

To, co następuje później, nie jest legendą. Poza tym “stworzyłem” od razu sprawia, że czytelnik mocno skłania się ku temu, że historia nie jest prawdziwa. Sugeruję “przypomniałem sobie historię”, zachowana będzie dwuznaczność, bo pamięć ludzka nie jest idealna, więc historia może być prawdziwa, bądź nie, tak jak piszesz w dalszej części zdania.

 

ale, no cóż…

Po “ale” rozpoczynającym zdanie (składowe) nie stawia się przecinka.

 

że mianowicie dzisiejszą trasę pokonałem już raz, zaraz po tym, jak po raz pierwszy, wiele lat temu, sprowadziłem się do Górek Wielkich.

to, o czym tu piszę,

“Tu” można wywalić.

 

A więc, tego dnia, szedłem trawersem myśliwskim, który, jeszcze do niedawna, wydawał mi się „ślepą dróżką” i wiódł mnie do polanki, o której wiedziałem wcześniej, że istnieje, a do której nie potrafiłem za Chiny Ludowe przez dłuższy czas trafić.

Po pierwsze, nie jestem pewien, o jaki dzień ci chodzi w pierwszej części zdania. Albo powinno tam być “dzisiejszego dnia”, jeśli piszesz o samotnej wycieczce, albo “tamtego dnia”, jeśli cofasz się w narracji do wydarzeń z “legendy”. Po drugie, przekombinowane zdanie. Po trzecie, nie widzę powodu umieszczenia “ślepej dróżki” w cudzysłowie.

 

I dlaczego w powietrzu unosi się zapach juchy zaszlachtowanych czarnych kogutów?

Czy narrator potrafi po zapachu rozpoznać kolor koguta? Sugeruję:

I dlaczego w powietrzu unosi się zapach juchy zaszlachtowanych – dałbym głowę, że czarnych – kogutów?

 

chrupali płaty soczystego mięcha

Skoro “chrupali”, to nie “soczystego”. Soczyste mięso jest miękkie. Sugeruję “wcinali płaty soczystego mięcha”.

 

Beskidy to klimat, który ginie w cywilizacji mozaikowej, gdzie nowe miesza się ze starym, ładne z brzydkim, biedne z bogatym, tradycyjne z nowoczesnym, niepowtarzalne z szablonowym, ludowe z napływowym, swojskie z obcym, i tak dalej.

To zdanie naprawdę mi się podobało! Na koniec trochę je skrzywdziłeś i odebrałeś mu uroku. Sugeruję usunięcie końcówki, ale przyznaję od razu, że tutaj to tylko kwestia gustu.

 

No więc, z początku, szedłem,

Tutaj pierwsze dwa przecinki nie są konieczne, sugeruję je opuścić, bo masz ich spore nagromadzenie.

 

Może, bo: i co, i jak kiedyś było – któż to wie?

Brak konsekwencji interpunkcyjnej. Wtrącenie powinieneś z dwóch stron oddzielić myślnikami.

 

poletka-tarasiki widokowe, zarośnięte drzewami i krzaczorami,

Co to za tarasy widokowe, które są zarośnięte ograniczającą widoczność roślinnością? Możesz zamienić “zarośnięte” na przykład na “upstrzone”, bo to pierwsze słowo ma inny wydźwięk, oznacza pełniejsze pokrycie.

ironiczny podpis

Dzięki za cenne uwagi, Issander. Napracowałeś się bardziej ode mnie zdaje się. ;)

Maćku, pamiętam Twoją Sieczkarkozadę (czy jakoś tak) i liczyłam, że tutaj będzie choć trochę podobnie.

Niestety, jak na obrazek, to szorcik jest trochę za mało dopieszczony. Pojawiają się powtórzenia, niektóre zdania nie są zbyt zgrabne, ale to już wypunktował Issander. 

 

Trzy części tekstu są według mnie zbyt “ulotnie” powiązane, bo tak naprawdę scala je tylko główny bohater i Beskidy, a to trochę mało.

 

Według mnie, jeśli w szorcie niezbyt wiele się dzieje, to przynajmniej warsztatowo powinien być na tip-top. Tutaj odrobinkę do cudmiodowności zabrakło.

 

Tym razem mnie nie urzekłeś, ale może następnym… kto wie :)?

“Tym razem mnie nie urzekłeś”. Muszę się bardziej postarać, wiem, wiem; dzięki i pozdrawiam serdecznie już w Nowym Roku.  :-)

Czyżbym przeczytała inny tekst, nie ten o którym piszą Issander i Iluzja?

Mnie się spodobało opisanie wrażeń z grudniowego spaceru po dawno niewidzianej okolicy i porównanie tego, co zapamiętane i zapomniane, z tym co widzi się po latach.

 

Wci­na­li płaty so­czy­ste­go mię­cha, dud­niąc bim­ber z gwin­ta. –> Czy na pewno dudniąc, czy aby nie miało być: …dudląc bim­ber z gwin­ta.

 

Dwie, trzy drew­nia­ne chat­ki ze stro­mym da­chem, po­kry­te strze­chą… –> Dwie, trzy chatki z jednym dachem?

Może: Dwie, trzy drew­nia­ne chat­ki ze stro­mymi da­chami, ­kry­tymi strze­chą

 

We­szła mi do głowy mgła, wpły­nę­ła, wśli­zgnę­ła się… mgła – jako wid­mo­wy znak tego, że i las, i łąka od­dy­cha­ją i żyją sobie. –> Mam wrażenie, że rzeczona mgła nie była widmowym znakiem, a chyba widomym znakiem.

 

sa­mot­ną limbę, ro­sną­cą na po­bo­czu dróż­ki… –> Dróżki nie mają poboczy.

Proponuję: …sa­mot­ną limbę, ro­sną­cą na skraju dróż­ki

 

bo zimą w lasie – to fakt znany – jest wy­jąt­ko­wo spo­koj­nie. –> Czy to literówka, czy celowy zapis?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dzięki za Twą czujność, Droga Reg. Poprawiłem literówki, naprawiłem usterki. Cieszę się, że mój ostatni spacer przypadł Ci do gustu. Ze względów rodzinnych, osobistych, jest to moje pożegnanie z Górkami, ale nie – z górami. O, nie! I tak, masz rację, Issander komentował inny nieco tekst. 

Skoro to Twoje rozstanie z Górkami Wielkimi, to musze przyznać, że pożegnałeś się z nimi bardzo ładnie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No, przynajmniej uprzedzasz o braku fantastyki.

Dlaczego właściwie zarzucasz mieszkańcom kanibalizm? Są kogutami czy istnieją jakieś inne przesłanki?

Babska logika rządzi!

Niezdrowo pobudzona wyobraźnia daje o sobie znać. Znowu. Ale mogłoby być nawet tak od biedy, że to mieszkańcy są kogutami. Ludzie poumierali, a zwierzęta same o siebie się troszczą. Zresztą, prawdę mówiąc, właśnie tak zapamiętałem ten obraz nędzy i rozpaczy, tę część mojej wioski, na swój sposób, beznadziejną. Dzięki za wizytę i komentarz! :-) 

Nowa Fantastyka