- Opowiadanie: Joker246 - Motel na drodze

Motel na drodze

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Motel na drodze

*

– De­cy­zją na­sze­go szla­chet­ne­go króla, pana Kar­mi­la­su ogła­sza się, że do­ku­men­ty muszą tra­fić z po­wro­tem w ręce ba­ro­no­wej Port­trings.

Urzęd­ni­cy oku­pu­ją­cy cały pokój za­czę­li mię­dzy sobą szep­tać. Jedni z wy­raź­nym nie­za­do­wo­le­niem, inni z ulgą. Jesz­cze inni, w zde­cy­do­wa­nej mniej­szo­ści, rzu­ca­li mówcy pełne groź­by spoj­rze­nia. Mówca prze­tarł chu­s­tecz­ką czoło i prze­wró­cił kart­kę spo­czy­wa­ją­cą przed nim. Jesz­cze tylko kilka li­ni­jek… chyba go nie zlin­czu­ją, nim zdąży prze­czy­tać do końca?

– Jed­no­cze­śnie usta­lo­no, że do­ku­men­ty razem z prze­sył­ką do­star­czo­ne zo­sta­ną oso­bi­ście przez hra­bie­go Wal­ter­sa, wie­lo­let­nie­go przy­ja­cie­la króla Kar­mi­la­su.

– A czy hra­bia jest god­nym za­ufa­nia czło­wie­kiem? – za­py­tał sta­rzec z pierw­sze­go rzędu. Kilka par oczu zwró­ci­ło się w jego stro­nę, z sali padły takie same py­ta­nia, ale mówca scho­wał kart­ki do kie­sze­ni spodni.

– Nic wię­cej nie mam do do­da­nia – po­wie­dział mówca i ski­nął pal­cem na hra­bie­go Wal­ter­sa. Hra­bia wszedł na scho­dy, po­ko­nu­jąc po dwa stop­nie naraz i sta­nął obok męż­czy­zny. Na­stą­pi­ło prze­ka­za­nie do­ku­men­tów zwi­nię­tych w rulon i małej pa­czusz­ki, za­wi­nię­tej w sztyw­ny pa­pier. – Hra­bio, te do­ku­men­ty są bar­dzo ważne, król na­le­gał, żeby to wła­śnie pan je do­star­czył ba­ro­no­wej.

– Nie za­wio­dę – po­wie­dział Wal­ters i scho­wał wszyst­ko głę­bo­ko pod ka­ftan. Męż­czy­zna sto­ją­cy na­prze­ciw niego wy­glą­dał, jakby miał pa­lą­cą po­trze­bę, żeby coś jesz­cze dodać. – Chciał­by pan jesz­cze coś po­wie­dzieć?

– Hra­bio, jeśli mogę…

– Pro­szę uprzej­mie.

– Do­ku­men­ty te, gdyby wpa­dły w nie­po­wo­ła­ne ręce, mo­gły­by nawet przy­czy­nić się do upad­ku Kar­mi­la­su. Za­kła­dam, że ro­zu­mie pan to, hra­bio. Zresz­tą, będąc tak bli­sko króla…

– Wiem, co za­wie­ra­ją te pa­pie­ry – mówca zro­bił wiel­kie oczy, nie spo­dzie­wał się, żeby kto­kol­wiek oprócz króla i ba­ro­no­wej mógł­by znać treść tych ści­śle taj­nych do­ku­men­tów! – Bar­dziej niż pan zdaję sobie spra­wę, jak ważne są za­war­te tam dane, jak bar­dzo… nie­bez­piecz­ne. Pod moim okiem za­rów­no pa­pie­ry, jak i pacz­ka dotrą bez­piecz­nie do ba­ro­no­wej. Król mi ufa, nie wy­ba­czył­bym sobie, gdy­bym go za­wiódł.

– Ufam, że wie pan, co mówi, hra­bio. Nie mnie to zresz­tą oce­niać – Wal­ters po­kle­pał męż­czy­znę po ra­mie­niu i objął szyb­kim spoj­rze­niem salę z ludź­mi. Kilka chwil wy­star­czy­ło, by oce­nił, iż póki co nie jest tu bez­piecz­ny. Do­pó­ki do­ku­men­ty nie tra­fią do ba­ro­no­wej, ni­g­dzie nie bę­dzie bez­piecz­ny. Uniósł rękę w ge­ście po­ko­ju i wy­szedł za­ma­szy­stym kro­kiem z po­ko­ju.

*

Wszę­do­byl­ską ciszę prze­rwał nagły tę­tent kopyt. Unio­sły się tu­ma­ny kurzu, pia­sek i żwir przy­le­pi­ły się do okien wiel­kie­go, sa­mot­ne­go bu­dyn­ku. Koń pędem wpadł na plac, zro­bił trzy kółka i za­trzy­mał się przy po­idle. Hra­bia Wal­ters ze­sko­czył z sio­dła i przy­wią­zał ru­ma­ka do słup­ka. Po­kle­pał go po grzy­wie i po­wo­li skie­ro­wał się w stro­nę drzwi. Za­pa­dał zmierzch, wiel­kie cie­nie po­wo­li za­czy­na­ły tań­czyć na ścia­nach i dro­dze. Hra­bia za­trzy­mał się przed drzwia­mi i otrze­pał spodnie z kurzu. Na drogę za­ło­żył pro­stą tu­ni­kę i spodnie, ale przy­krył wszyst­ko sta­rym i wy­słu­żo­nym płasz­czem. Nie każdy po­wi­nien wie­dzieć, że jest kimś waż­nym. Przy­naj­mniej nie teraz, póki nosi przy sobie tak ważną prze­sył­kę…

Otwo­rzył drzwi i do jego noz­drzy od razu do­szedł za­pach wy­pie­ka­ne­go cia­sta. W środ­ku było przy­jem­nie cie­pło, mimo że, jak na je­sien­ny dzień, aż tak zimno nie było. Wal­ters trza­snął drzwia­mi, chcąc zwró­cić czy­jąś uwagę, ale nikt się nie zja­wił. Ru­szył w głąb mo­te­lu.

Sta­nął u stóp wy­so­kich i stro­mych scho­dów, na samym ich szczy­cie ma­ja­czy­ły uchy­lo­ne drzwi, a za nimi wił się jakiś cień. Hra­bia za­wo­łał, a cień za­trzy­mał się na chwi­lę, po czym zza drzwi wy­chy­li­ła się blond głowa. Była to ko­bie­ta nie­brzyd­ka, ale spra­wia­ła wra­że­nie, jakby wiecz­nie cze­goś się oba­wia­ła, jakby coś ukry­wa­ła. Po­wo­li sta­nę­ła na szczy­cie scho­dów i otar­ła dło­nie o far­tuch.

– Czym… mogę panu słu­żyć? – za­py­ta­ła chra­pli­wie i wtedy hra­bia zdał sobie spra­wę, że mimo dość mło­dzień­cze­go wy­glą­du, musi mieć ona co naj­mniej ponad czter­dziest­kę na karku. Nie po­dzie­lił się z nią jed­nak tym spo­strze­że­niem.

– Szu­kam noc­le­gu, od dwóch dni je­stem w dro­dze – od­parł Wal­ters i po­sta­wił jedną nogę na pierw­szym stop­niu. Ko­bie­ta in­stynk­tow­nie się tro­chę od­su­nę­ła, hra­bia po­sta­no­wił za­pa­mię­tać tę re­ak­cję – Czy to jest motel? Czy może się mylę? Szyld wska­zu­je…

– To jest motel – uprze­dzi­ła go ko­bie­ta – Ale… musi pan po­roz­ma­wiać z mężem. Jest w kuch­ni, na lewo od pana.

Hra­bia po­dzię­ko­wał ko­bie­cie i wszedł we wska­za­ne drzwi. To wła­śnie tam sku­mu­lo­wa­ły się wszel­kie miłe za­pa­chy, jakie do­cie­ra­ły do niego, odkąd tylko tu wszedł. Męż­czy­zna, naj­pew­niej mąż ko­bie­ty ze scho­dów, nucił coś i wiel­ki­mi dłoń­mi ugnia­tał cia­sto. Inne już skwier­cza­ło miło w wiel­kim piecu. Wal­ters chrząk­nął, a męż­czy­zna spoj­rzał na niego spło­szo­ny. Szyb­ko jed­nak uśmiech­nął się, ale hra­bia miał wra­że­nie, że uśmiech był nie­na­tu­ral­ny… jakby wy­mu­szo­ny.

– Gość? – spy­tał krót­ko męż­czy­zna, a hra­bia ski­nął przy­jaź­nie głową. Po­czuł, jak pa­czusz­ka coraz bar­dziej mu ciąży. Jest prze­wraż­li­wio­ny, w każ­dym widzi wroga, każdy prze­jaw do­brej woli uzna­je jako akt agre­sji… musi czym prę­dzej po­zbyć się tej pacz­ki, ina­czej osza­le­je! – Za­pra­szam do głów­ne­go po­ko­ju, nie bę­dzie­my roz­ma­wiać w kuch­ni.

Wła­ści­ciel za­pro­wa­dził hra­bie­go do po­ko­ju z wiel­ki­mi scho­da­mi. Wal­ters zo­ba­czył, że drzwi na szczy­cie są już do­mknię­te, a po ko­bie­cie nie zo­stał nawet ślad. Skoro jest żoną wła­ści­cie­la, na pewno jesz­cze się po­ja­wi…

– Pro­szę wy­ba­czyć pewne opóź­nie­nie, ja­kie­go na pewno pan do­znał, ale mało mamy od­wie­dza­ją­cych.

– Czyż­by? Po­sta­wi­li­ście motel przy głów­nym trak­cie po­mię­dzy sto­li­cą, a Wit­ten­ge­rem. Każdy, kto chce do­je­chać z jed­ne­go mia­sta do dru­gie­go musi się u was za­trzy­mać.

– Pro­blem w tym, że się nie za­trzy­mu­ją – wła­ści­ciel usiadł na mięk­kim fo­te­lu, hra­bie­mu za­pro­po­no­wał twar­de krze­sło przy okrą­głym sto­li­ku – Długa po­dróż? Zmę­cze­nie aż bije od pana. Cho­ler­cia, sam je­stem już nie­źle za­spa­ny, gdy na pana pa­trzę!

– Dwa dni w sio­dle, niech mi pan wie­rzy, nie ma w tym nic przy­jem­ne­go – go­spo­darz po­ki­wał głową, jakby do­sko­na­le wie­dział, o czym tam­ten mówi. Choć naj­praw­do­po­dob­niej nigdy nawet nie do­sia­dał praw­dzi­we­go ru­ma­ka… – Jutro po­wi­nie­nem do­trzeć do Wit­ten­ge­ru i w końcu będę mógł tro­chę od­po­cząć. Ale nie prze­trwał­bym dzi­siej­szej nocy bez stra­wy i od­po­czyn­ku… wasz motel spadł mi jak cud z nieba!

– Słu­ży­my po­mo­cą! – za­śmiał się go­spo­darz, hra­bia lekko uniósł wargi. Nie miał siły na po­waż­niej­szy uśmiech. Usły­szał skrzyp­nię­cie pod­ło­gi za sobą i szyb­ko się od­wró­cił. Do­słow­nie za fo­te­lem stała ko­bie­ta ze scho­dów… nawet nie sły­szał, kiedy do niego po­de­szła!

– Witam pana – po­wie­dzia­ła i wy­cią­gnę­ła rękę. Wal­ters de­li­kat­nie uca­ło­wał grzbiet jej dłoni – Tym razem bar­dziej ofi­cjal­nie. Prze­pra­szam za to, co stało się na scho­dach, ale byłam tro­chę za­sko­czo­na. Jak mój mąż panu po­wie­dział, gości u nas jak na le­kar­stwo. Obec­nie motel jest pusty i nie spo­dzie­wa­łam się ni­ko­go o tej porze.

– Nie musi się pani tłu­ma­czyć – od­parł wspa­nia­ło­myśl­nie hra­bia, ko­bie­ta lekko ski­nę­ła mu głową. Jej mąż przy­glą­dał się całej sce­nie ze szcze­rym za­chwy­tem. Mimo wszyst­ko hra­bia wo­lał­by już spo­cząć w łóżku… ale pacz­ka i do­ku­men­ty. Mia­ły­by być nie­strze­żo­ne całą noc? Musi je do­brze scho­wać.

– Do­brze – po­wie­dział go­spo­darz i wstał, hra­bia po­dą­żył za jego przy­kła­dem – Widzę, że na­praw­dę nie­źle pana po­tur­bo­wa­ło pod­czas tej jazdy. Obie­cu­je­my panu wspa­nia­łą ko­la­cję i potem spo­czy­nek. U nas, jak w domu, nikt panu przez całą noc nie prze­szko­dzi.

– A gdzie to pan się tak spie­szy, jeśli wolno mi spy­tać? – za­py­ta­ła cał­ko­wi­cie już roz­ocho­co­na roz­mo­wą wła­ści­ciel­ka. Wal­ters prze­niósł na nią zmę­czo­ne oczy i uśmiech­nął się lekko.

– Do Wit­ten­ge­ru. Mam… coś do za­ła­twie­nia.

– Spra­wy wagi pań­stwo­wej? – za­py­tał męż­czy­zna i wy­mie­ni­li z żoną ra­do­sne spoj­rze­nia. Hra­bia po­czuł, jak po ple­cach prze­bie­ga­ją mu ciar­ki. Skąd, do cho­le­ry, mogli wie­dzieć, że w ogóle jest jakoś po­wią­za­ny z po­li­ty­ką Kar­mi­la­su?!

– To zbyt duża nad­in­ter­pre­ta­cja – za­żar­to­wał Wal­ters, pró­bu­jąc wyjść cało z opre­sji – Po­wiedz­my… ktoś czeka na bar­dzo ważne in­for­ma­cje. Tyle, cała fi­lo­zo­fia. Jeśli można… bar­dzo by mi za­le­ża­ło, żeby ko­la­cja była po­da­na za chwi­lę.

– Klient nasz pan! – wy­krzyk­nę­ła ra­do­śnie wła­ści­ciel­ka i po­gna­ła do kuch­ni. Hra­bia w tym cza­sie wy­cią­gnął z kie­sze­ni sa­kiew­kę, chcąc roz­li­czyć się od razu z go­spo­da­rzem. Męż­czy­zna de­li­kat­nie za­mknął jego dłoń na miesz­ku.

– Płat­no­ścia­mi zaj­mie­my się póź­niej – rzekł po­god­nie – Naj­pierw przy­jem­ność, potem przy­kry obo­wią­zek.

*

Hra­bia skoń­czył po­si­łek naj­szyb­ciej jak po­tra­fił i po­dzię­ko­wał go­spo­da­rzom. Ko­bie­ta od­pro­wa­dzi­ła go pod sam pokój i prze­ka­za­ła uro­czy­ste „do­bra­noc” od wła­ści­cie­li mo­te­lu. Raz jesz­cze za­pew­ni­ła go też, że nocą jest cał­ko­wi­cie bez­piecz­ny, oraz nic nie za­kłó­ci jego spo­ko­ju. Wal­ters po­dzię­ko­wał jej uprzej­mie, otwo­rzył drzwi i wszedł do środ­ka.

Pokój był skrom­nie urzą­dzo­ny… a wła­ści­wie oprócz ład­nie na­kry­te­go łóżka i dwóch ma­łych ko­mó­dek nie było tu nic. Może prócz wiel­kie­go okna wy­cho­dzą­ce­go bez­po­śred­nio na staj­nię. Wal­ters wi­dział przez szyby, jak go­spo­darz wpro­wa­dził jego ru­ma­ka do staj­ni i za­mknął wrota. Potem za­su­nął za­sło­ny.

Wy­cią­gnął spod płasz­cza ru­lo­nik z do­ku­men­tów i pacz­kę. Ro­zej­rzał się po po­ko­ju, ale uznał, że ni­g­dzie nie bę­dzie bez­piecz­niej, niż przy nim. Wsu­nął więc wszyst­ko pod po­dusz­kę. Potem ścią­gnął płaszcz i po­wie­sił na opar­ciu łóżka. Zdjął buty i wśli­zgnął się pod koc. Usnął nie­mal na­tych­miast, cho­ciaż jego celem było jesz­cze szyb­kie prze­my­śle­nie sy­tu­acji.

Obu­dził się nie­ca­łą go­dzi­nę póź­niej z po­twor­nym uczu­ciem w pę­che­rzu. Wstał i wy­szedł na ko­ry­tarz. Wcze­śniej cały motel ską­pa­ny był w świe­tle wielu lamp, teraz za­le­gły w nim ciem­no­ści i tylko mały pro­my­czek świe­cy ja­rzył się na par­te­rze, co ozna­cza­ło, że ktoś jesz­cze nie śpi. Wal­ters otwo­rzył pierw­sze drzwi na­prze­ciw swo­je­go po­ko­ju, ale był to tylko inny pokój. Spraw­dził kilka ko­lej­nych, zero śladu ja­kie­go­kol­wiek wy­chod­ka. Po­wie­ki same mu się kle­iły, ale czuł, że zaraz eks­plo­du­je, jeśli nie odda moczu. Prze­szedł na drugą stro­nę ko­ry­ta­rza i otwo­rzył pierw­sze z brze­gu drzwi.

*

– Wy­szedł – szep­nę­ła ko­bie­ta cza­ją­ca się pod scho­da­mi. Jej mąż sie­dział przy sto­li­ku o jed­nej tylko świe­cy i czy­tał jaką małą no­wel­kę. Odło­żył książ­kę i chył­kiem pod­biegł do żony.

– Po co wy­cho­dził? My­śla­łem, że su­kin­syn już śpi! – po­wie­dział szep­tem męż­czy­zna i pró­bo­wał wy­pa­trzeć, czy gość się nie zbli­ża. Ale mu­siał chyba pójść w głąb ko­ry­ta­rza, póki co byli dla niego nie­wi­docz­ni.

– Nie wiem, może… mu­siał się wy­szczać! W każ­dym razie mo­że­my spró­bo­wać prze­szu­kać pokój. Resz­tą zaj­mie­my się, gdy bę­dzie spał, ale teraz…

– Nie­po­trzeb­ne ry­zy­ko – za­wy­ro­ko­wał wła­ści­ciel i za­czął się wy­co­fy­wać – Po­cze­ka­my, aż uśnie, zro­bi­my co mamy do zro­bie­nia i wtedy do­pie­ro prze­szu­ka­my pokój.

– To już jest nudne! Po­trze­ba ma­łe­go uroz­ma­ice­nia…

– Nawet nie wiesz, kim on jest! A co, jeśli to jakiś ry­cerz? Po­de­rżnie nam gar­dła, nim zdą­ży­my choć­by po­ma­chać mu ręką na do wi­dze­nia! Po­wie­dzia­łem, zro­bi­my tak, jak za­wsze. Nie in­te­re­su­je mnie, czy ci się nudzi, czy nie. I tak jest świet­na za­ba­wa, czy nie?

– Chcę iść teraz!

Mąż spoj­rzał na żonę, przez chwi­lę miał wręcz ocho­tę ją ude­rzyć. Dla­cze­go musi być taka upar­ta, a przez to rów­nież nie­od­po­wie­dzial­na?! W końcu jed­nak… po­czuł, że rze­czy­wi­ście by­ło­by tro­chę wię­cej ad­re­na­li­ny. Ry­zy­ko wy­kry­cia, ewen­tu­al­ne próby wy­tłu­ma­cze­nia się, albo walka! Kie­dyś był dobry w si­ło­wa­niu się na rękę, więc po­dej­rze­wał, że jeśli do­szło­by do bójki…

– Niech ci bę­dzie, ale tylko ten jeden raz! – ko­bie­ta kla­snę­ła w dło­nie, cicho i ostroż­nie. Potem za­czę­li się wspi­nać po scho­dach. Omi­ja­jąc skrzy­pią­ce deski, które znali tak do­brze… tyle razy mu­sie­li już je omi­jać…

*

Hra­bia Wal­ters ro­zej­rzał się szyb­ko po po­ko­ju, znowu brak ja­kie­go­kol­wiek wy­chod­ka! Już miał za­mknąć drzwi, gdy jego uwagę przy­ku­ła mała plam­ka pod drzwia­mi szafy. Wy­glą­da­ła, jakby po­ja­wi­ła się tu już do­brych parę mie­się­cy temu, zdą­ży­ła bo­wiem cał­ko­wi­cie za­schnąć. Tar­ga­ny oczy­wi­stą ludz­ką cie­ka­wo­ścią, prze­kro­czył próg i pod­szedł do szafy. Przy­kuc­nął nad plam­ką.

Bez wąt­pie­nia była to krew. Hra­bia brał udział w nie­jed­nej po­tycz­ce i bi­twie, oraz wi­dział skut­ki za­ma­chów i re­wo­lu­cji. Do­brze znał kon­sy­sten­cję i kolor krwi. Prze­je­chał po niej lekko pal­cem, ale tak jak przy­pusz­czał, była cał­ko­wi­cie ze­spo­lo­na z de­ska­mi w pod­ło­dze. Pod­niósł się i uważ­nie przy­pa­trzył drzwiom szafy. Krwa­we smugi cią­gnę­ły się od klam­ki, aż po sam dół, ale były bar­dzo do­brze zmyte. Tylko uważ­niej­sze przy­pa­trze­nie się po­zwa­la­ło je do­strzec. Wal­ters zła­pał za ob­ro­to­wą gałkę i prze­krę­cił. Pstryk­nę­ło i drzwi za­czę­ły ustę­po­wać bez prze­szkód.

*

Wła­ści­cie­le po­wo­li we­szli do po­ko­ju Wal­ter­sa. Był pusty, nie zdą­żył jesz­cze wró­cić. Go­spo­darz od razu rzu­cił się w stro­nę płasz­cza prze­wie­szo­ne­go przez opar­cie, a jego żona, wie­dzio­na słyn­nym ko­bie­cym in­stynk­tem, od­gar­nę­ła po­ściel i za­czę­ła prze­szu­ki­wać jego łóżko. Nie mi­nę­ło dużo czasu, a wy­cią­gnę­ła trium­fal­nie spod po­dusz­ki pacz­kę i rulon do­ku­men­tów.

– Otwórz pacz­kę – rzu­ci­ła do męża i po­da­ła mu za­wi­niąt­ko – Ja spraw­dzę, czy nie są to aby ja­kieś akty wła­sno­ści!

– Cięż­ko scho­dzi ten cho­ler­ny… pa­pier! – męż­czy­zna z tru­dem za­czął roz­ry­wać ko­lej­ne war­stwy, prze­sył­ka sta­wa­ła się coraz mniej­sza, a ko­bie­ta z wy­raź­nym za­in­te­re­so­wa­niem za­czę­ła stu­dio­wać listy. Po ja­kimś cza­sie jej mina zrze­dła i prze­ra­żo­nym wzro­kiem wpa­trzy­ła się we wła­ści­cie­la za­jaz­du. Mąż zo­ba­czył to spoj­rze­nie i cze­kał w nie­pew­no­ści, co to jest.

– To jakiś pa­mięt­nik – po­wie­dzia­ła po chwi­li ko­bie­ta i prze­kart­ko­wa­ła jesz­cze parę stron. Atra­ment w nie­któ­rych miej­scach był za­ma­za­ny, trud­no było roz­szy­fro­wać nie­któ­re słowa – Chyba ja­kiejś ba­ro­no­wej, tak przy­naj­mniej kilka razy jest wspo­mnia­ne. Opi­su­je swoje mał­żeń­stwo i to, co się dzia­ło po nim… to strasz­ne, co ten męż­czy­zna z nią wy­ra­biał!

– Ma jakąś war­tość dla nas? – za­in­te­re­so­wał się męż­czy­zna, pró­bu­jąc czy­tać nad ra­mie­niem żony, ale słabe świa­tło tylko jed­nej świe­cy unie­moż­li­wia­ło mu za­da­nie. Ko­bie­ta po chwi­li kiw­nę­ła głową.

– Koń­czy się dosyć… nie­spo­dzie­wa­nie. Po­dej­rze­wam, że ba­ro­no­wa chcia­ła­by od­zy­skać te do­ku­men­ty czym prę­dzej.

– Może taką misję ma ten cały ob­dar­tus – za­uwa­żył mąż i po­wró­cił do roz­ry­wa­nia prze­sył­ki – My­ślisz, że mo­gli­by­śmy tym kogoś szan­ta­żo­wać? Tę ba­ro­no­wą, albo jej męża?

– Ba­ro­no­wa wście­kła­by się, gdyby jej ta­jem­ni­ca mogła uj­rzeć świa­tło dzien­ne, ko­cha­nie. Wy­ko­rzy­sta­nie tych li­stów do szan­ta­żu… uczy­ni­ło­by nas bo­ga­ty­mi! – uważ­nie spoj­rza­ła na od­pa­ko­wa­ną prze­sył­kę, był to jakiś mały, zdo­bio­ny nożyk. Rę­ko­jeść wy­sa­dza­na była dwoma dia­men­ta­mi, a ostrze no­si­ło na sobie za­krze­płą krew. Koń­ców­ka była cał­ko­wi­cie stę­pio­na. – To szty­let? Spójrz na te dia­men­ty… muszą być warte kro­cie.

– Dodaj jesz­cze pie­nią­dze od tej ba­ro­no­wej za pa­mięt­nik… słon­ko, sta­li­śmy się naj­więk­szy­mi bo­ga­cza­mi w na­szej bran­ży! Kom­plet­nym przy­pad­kiem.

– Trze­ba jesz­cze do­koń­czyć to, co za­czę­li­śmy – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta i spoj­rza­ła na uchy­lo­ne drzwi – Chodź, za­cza­imy się na dole, bę­dzie­my wi­dzie­li, kiedy ten ku­rier wróci do po­ko­ju.

 

 

*

Wal­ters padł na ko­la­na i zwy­mio­to­wał pro­sto na dywan. Gdy tylko uchy­lił szafę, wy­padł z niej trup ko­bie­ty, cał­ko­wi­cie ob­dar­tej ze skóry i bez twa­rzy. Ta­kich okro­pieństw nie do­świad­czył na żad­nej woj­nie. Ale kto mógł­by…

– Cho­ler­ni psy­cho­pa­ci – szep­nął do sie­bie i chył­kiem wy­mknął się z po­ko­ju.

Gdy pod­szedł pod swoje drzwi, świe­ca na dole nadal się pa­li­ła. Wśli­zgnął się do swo­je­go po­ko­ju naj­ci­szej jak umiał i za­mknął drzwi. W zamku nie było klu­cza, więc mu­siał dzia­łać szyb­ko. Na­rzu­cił na sie­bie płaszcz i od­su­nął po­dusz­kę. Do­ku­men­ty le­ża­ły tam, gdzie je zo­sta­wił, więc we­pchnął je za płaszcz i miał już wy­cho­dzić, gdy…

– Gdzie szty­let? – za­py­tał pustą prze­strzeń i jesz­cze raz zaj­rzał pod po­dusz­kę. Za­pa­ko­wa­nej prze­sył­ki ni­g­dzie nie było. Spoj­rzał pod łóżko i zo­ba­czył pełno po­dar­te­go pa­pie­ru i ro­ze­rwa­ne­go sznur­ka. Byli w jego po­ko­ju i za­bra­li szty­let – Za­tłu­kę ich!

Od­wró­cił się, w ide­al­nym mo­men­cie usko­czył w bok, a ostrze świ­snę­ło obok jego ucha. Na­past­nicz­ką była wła­ści­ciel­ka, wi­dział jej twarz w bled­ną­cym świe­tle świe­cy sto­ją­cej na ko­mo­dzie. Ko­bie­ta za­ata­ko­wa­ła po­now­nie, ale tym razem hra­bia zła­pał ją za rękę, wy­krę­cił w nad­garst­ku, a szty­let upadł z ło­sko­tem na deski.

Wła­ści­ciel po­ja­wił się nagle przed nim, nawet nie zwró­cił uwagi, kiedy tam­ten wszedł do po­ko­ju. Po­czuł, jak do­sta­je pię­ścią w twarz i upadł na plecy. Po­ty­li­cą ude­rzył w ścia­nę. Męż­czy­zna prze­pchnął się obok swo­jej żony i zła­pał hra­bie­go za koł­nierz, po czym rzu­cił nim o okno. Szyba wy­bi­ła się, a Wal­ters zdą­żył zła­pać się wy­stę­pu w murze.

Głowa na­past­ni­ka po­ja­wi­ła się w oknie, jego twarz prze­ci­nał zwa­rio­wa­ny uśmiech.

– Pa, pa ptasz­ku! – wy­krzyk­nął męż­czy­zna i za­mach­nął się to­por­kiem, ale Wal­ters pu­ścił się i spadł z pię­tra na piasz­czy­stą drogę.

*

Nie po­tra­fił po­wstrzy­mać krzy­ku, gdy coś trza­snę­ło, a jego lewa noga wy­gię­ła się nie­na­tu­ral­nie w tył. Go­spo­darz w oknie za­klął po­tęż­nie i krzyk­nął coś do żony, po czym trza­snął drzwia­mi. Hra­bia pró­bo­wał wstać, ale noga od­mó­wi­ła mu po­słu­szeń­stwa. Spoj­rzał za sie­bie, wrota staj­ni nie były za­mknię­te na ry­giel, za­czął peł­znąć w ich stro­nę.

Z każ­dym ru­chem okrop­ny ból prze­szy­wał całe jego ciało. Zda­wa­ło mu się też, że staj­nia w ogóle się nie przy­bli­ża, jest tak samo da­le­ko, jak była. Mimo wszyst­ko pod­cią­gnął się znowu i trze­ci i rów­nież czwar­ty raz.

Drzwi wej­ścio­we otwo­rzy­ły się z hu­kiem i wła­ści­ciel pod­biegł do czoł­ga­ją­ce­go się Wal­ter­sa. Sta­nął nad nim w roz­kro­ku i pod­niósł to­po­rek wy­so­ko nad głowę. Hra­bia ze­brał całą siłę, jaką w sobie miał i ude­rzył pię­ścią w ko­la­no na­past­ni­ka. Męż­czy­zna wrza­snął i upadł, to­po­rek wbił się obok stopy Wal­ter­sa. Hra­bia po­czuł przy­pływ nowej siły i za­czął peł­znąc dwa razy szyb­ciej, nie zwa­ża­jąc na ból i otę­pie­nie, które po­wo­li brało nad nim górę. Do­tarł do staj­ni i po­cią­gnął wrota.

Jego koń wy­sko­czył na­tych­miast, pra­wie tra­tu­jąc swo­je­go pana i za­czął krą­żyć w ga­lo­pie do­oko­ła dzie­dziń­ca. Wal­ters spoj­rzał na go­spo­da­rza, męż­czy­zna stał już na wy­pro­sto­wa­nych no­gach i schy­lał się po wbity w zie­mię to­po­rek.

– Argin, jazda do mnie! – krzyk­nął Wal­ters, a jego rumak od razu zna­lazł się przy nim. Hra­bia zła­pał za sio­dło i pod­cią­gnął się do góry. Ból był już nie do wy­trzy­ma­nia, ale hra­bia wie­dział, że albo teraz, albo nigdy.

Gdy tylko zna­lazł się na sio­dle, wła­ści­ciel był już przy nim i po­cią­gnął go za lewą nogę. Coś trza­snę­ło po­now­nie, Wal­ters zdu­sił krzyk w gar­dle i ob­ró­cił konia. Go­spo­darz prze­wró­cił się na tyłek i pró­bo­wał za­sło­nić rę­ka­mi. Argin nie dał się uspo­ko­ić nawet przez hra­bie­go i stra­to­wał wła­ści­cie­la. Męż­czy­zna kilka razy drgnął na ziemi, ale pra­wie wszyst­kie kości miał po­ła­ma­ne. Za­rzę­ził, splu­nął krwią na wła­sną twarz i umarł.

*

– Złaź z konia! – krzyk­nę­ła żona wła­ści­cie­la sto­ją­ca w drzwiach. Jej wzrok błą­dził od mar­twe­go męża do hra­bie­go sie­dzą­ce­go w sio­dle, nie wie­dzia­ła, na czym się sku­pić. W jed­nej dłoni trzy­ma­ła zwi­nię­ty w rulon pa­mięt­nik ba­ro­no­wej, w dru­giej pa­lą­cą się świe­cę. Wal­ters po­ma­cał swój płaszcz i zo­rien­to­wał się, że mu­sia­ła za­brać mu do­ku­men­ty, gdy leżał na ziemi w swoim po­ko­ju – A spró­buj tylko ja­kichś sztu­czek, to wszyst­ko to pój­dzie z dymem!

– To są ważne pa­pie­ry, ko­bie­to – ostrzegł hra­bia, lekko po­pę­dza­jąc konia. Za­trzy­mał się w po­ło­wie od­le­gło­ści od żony go­spo­da­rza – Jeśli je znisz­czysz, znaj­dą się lu­dzie go­to­wi do­ko­nać ze­msty. Lu­dzie gorsi ode mnie.

– Za­mor­do­wa­łeś mi męża!

– Wy chcie­li­ście za­mor­do­wać mnie. Je­ste­śmy kwita, praw­da? Cho­ciaż inni lo­ka­to­rzy, któ­rzy zgi­nę­li pod wa­szym da­chem… – wła­ści­ciel­ka zro­bi­ła prze­ra­żo­ną minę. Jak mógł to od­kryć? Gdzie wła­ści­wie się pa­łę­tał po nocy? – Nie rób scen, oddaj do­ku­men­ty, a od­ja­dę. Nie wspo­mnę o tym, co się tu wy­da­rzy­ło i nikt nigdy nie bę­dzie cię nie­po­ko­ił. Po­cho­wasz męża i za­sta­no­wisz się, co dalej. To chyba roz­sąd­na pro­po­zy­cja, co?

– Zejdź z sio­dła!

Wal­ters wes­tchnął i po­wo­li zszedł na zie­mię. Mu­siał jed­nak oprzeć się o ru­ma­ka, bo lewa noga wciąż pro­mie­nio­wa­ła nie­moż­li­wym bólem. Gdy tylko zna­lazł się na ziemi, ko­bie­ta prze­łknę­ła ślinę. Nie miała żad­ne­go planu, nie wie­dzia­ła, co po­win­na mu teraz roz­ka­zać.

– Co mam teraz zro­bić? – za­py­tał Wal­ters, pró­bu­jąc jak naj­mniej sta­wać na lewej nodze.

– Ja… ja oddam ci pa­pie­ry, a ty zo­sta­wisz mi szty­let. I tak pękł, gdy wy­krę­ci­łeś mi rękę, ostrze ode­rwa­ło się od rącz­ki. Ale te dia­men­ty… ze­psu­ty nóż na nic ci się nie zda, a ja będę miała od czego za­cząć. Zga­dzasz się, czy mam… – po­trzą­snę­ła ręką, w któ­rej trzy­ma­ła do­ku­men­ty. Hra­bia, mimo naj­szczer­szych in­ten­cji, nie mógł przy­stać na jej pro­po­zy­cję.

– Przy­sią­głem, że oddam w od­po­wied­nie ręce pa­pie­ry i prze­sył­kę. Nie mogę oddać tylko jed­ne­go. Je­steś chyba zmu­szo­na…

Wła­ści­ciel­ka prze­su­nę­ła świe­cę wyżej, a cały pa­mięt­nik naraz sta­nął w pło­mie­niach. Hra­bia z po­śpie­chu rzu­cił się do przo­du, sta­nął na lewej nodze i runął twa­rzą w piach. Pod­niósł głowę, ale nie mógł zro­bić wię­cej, pa­pie­ry były tra­wio­ne przez bez­li­to­sny ogień. Gdy pra­wie całe się do­pa­li­ły, ko­bie­ta rzu­ci­ła je razem ze świe­cą na drogę, gdzie do­ko­na­ły swego ży­wo­ta. Potem zza pa­zu­chy wy­cią­gnę­ła ostrze i rę­ko­jeść szty­le­tu.

– Druga pro­po­zy­cja – po­wie­dzia­ła, a Wal­ters, z po­mo­cą ru­ma­ka, po­wo­li sta­nął znowu na nogi – Oddam ci za­krwa­wio­ne ostrze, a rącz­kę z dia­men­ta­mi wezmę ja. Ina­czej i to znisz­czę, a ty nie zdą­żysz mnie po­wstrzy­mać.

– Niech… bę­dzie – po­wie­dział w końcu hra­bia, prze­grał – Nie będę się wy­kłó­cał. Ale te pa­pie­ry… bę­dzie miała pro­ble­my. I to nie­ma­łe. Daj mi ostrze!

Ko­bie­ta po­wo­li po­de­szła do niego i prze­ka­za­ła mu ostrze. Wyjął je z jej dłoni, ale nie miał za­mia­ru ata­ko­wać. Ko­bie­ta sta­nę­ła na­prze­ciw niego, try­um­fu­ją­ca. Hra­bia dy­go­tał, tra­cił coraz wię­cej ener­gii, a ból w ogóle nie malał. Zda­wał się wręcz… na­si­lać.

– Wiesz… szko­da tylko tych do­ku­men­tów – po­wie­dzia­ła z iro­nicz­nym uśmie­chem – Na pewno ba­ro­no­wa bar­dzo chcia­ła­by od­zy­skać… pa­mięt­ni­ki!

– Czy ty je czy­ta­łaś? – spy­tał Wal­ters, w jego oczach czaił się ukry­ty cały czas obłęd. Nie mogła… nie po­win­na w ogóle za­glą­dać w te pa­pie­ry! Co ona sobie my­śla­ła? Prze­cież… to nie może się tak… – Wiesz, że nie po­win­naś, praw­da?

– Czyż­by? – ko­bie­ta otwo­rzy­ła usta, bo chcia­ła dodać coś jesz­cze, ale ostrze ode­rwa­ne od rę­ko­je­ści za­to­pi­ło się w jej gar­dle. Chwy­ci­ła hra­bie­go za koł­nierz, pró­bo­wa­ła coś po­wie­dzieć, po­pro­sić go o li­tość… o pomoc… Wal­ters chwiał się na no­gach, w oczach coraz bar­dziej mu ciem­nia­ło. Zmę­cze­nie… ból… znisz­czo­ne do­ku­men­ty… pa­ni­ka.

*

Nie pa­mię­tał wjaz­du do mia­sta. Mu­siał stra­cić przy­tom­ność w oko­li­cach bram. Na szczę­ście Argin za­cho­wał przy­tom­ność umy­słu i do­pro­wa­dzić jeźdź­ca do celu. Gwar­dzi­ści, wi­dząc hra­bie­go Wal­ter­sa chwie­ją­ce­go się w sio­dle, za­nie­śli go do me­dy­ka i we­zwa­li ba­ro­no­wą. Ko­bie­ta opu­ści­ła ojca, z któ­rym aku­rat spo­ży­wa­ła obiad i czym prę­dzej po­bie­gła do hra­bie­go.

Klęk­nę­ła obok jego łóżka w chwi­li, gdy za­czął otwie­rać oczy. Jego nie­przy­tom­ne spoj­rze­nie utknę­ło na niej tylko na chwi­lę, ale po­znał ją. Otwo­rzył usta i po­wie­dział coś, ale bar­dzo cicho.

– Po­wtórz, hra­bio – po­pro­si­ła ko­bie­ta i przy­su­nę­ła się bli­żej.

– Stra­co­ne – po­wie­dział le­żą­cy męż­czy­zna i znowu ze­mdlał.

Tego dnia ba­ro­no­wa do­sta­ła pierw­sze­go w życiu za­wa­łu serca. Ura­to­wa­no ją w ostat­niej chwi­li.

 

Koniec

Komentarze

Po ty­tu­le byłam pewna, że mam do czy­nie­nia z hor­ro­rem, więc z za­sko­cze­niem zo­ba­czy­łam ka­te­go­rię fan­ta­sy. Motel pa­su­je mi tu jak pięść do nosa, nie lep­szy byłby za­jazd, go­spo­da czy obe­rża?

Za­cho­dzę w głowę, jak głów­ny bo­ha­ter w zu­peł­nych ciem­no­ściach – nie ma wzmian­ki o tym, by miał ze sobą ja­kieś źró­dło świa­tła, za to jest wspo­mnia­ne, że pa­li­ła się jedna świe­ca, ale na par­te­rze – do­strzegł “małą plam­kę pod szafą”. I dla­cze­go wła­ści­cie­le za­jaz­du nie za­mknę­li na klucz pokoi, w któ­rych trzy­ma­ją swoje trupy?

Ogól­nie – jest po­mysł, jest akcja, choć nie­ste­ty tekst mnie nie po­rwał. Być może dla­te­go, że nie zro­zu­mia­łam zu­peł­nie, co było w tych waż­nych pa­pie­rach i czemu ba­ro­no­wa tak prze­ży­wa­ła ich utra­tę. Może je­stem bar­dzo nie­do­myśl­na, nie wy­klu­czam. Choć pierw­sze wra­że­nie nie było w sumie takie mylne, był to taki hor­ror w kli­ma­tach fan­ta­sy. ;)

deviantart.com/sil-vah

“Nie dam ciała” – na to hasło z ust hra­bie­go trosz­kę się uśmiech­nę­łam – po pro­stu ra­czej tu nie pa­su­je, jest zbyt ko­lo­kwial­ne. 

“Tuszę, że ro­zu­mie pan to, hra­bio” – bar­dzo zróż­ni­co­wa­ny styl: od pra­wie po­tocz­ne­go do ta­kie­go sty­li­zo­wa­ne­go na ar­cha­icz­ny. Przez to po­sta­ci stra­ci­ły w moich oczach na au­ten­tycz­no­ści.

“Ma jakąś war­tość dla nas?” – skła­dnio­wo tak o, na­tu­ral­niej by­ło­by “Ma dla nas jakąś war­tość?”

 

No, nie je­stem za­chwy­co­na. Przede wszyst­kim nie po­tra­fię sobie wy­obra­zić, co ta­kie­go mogło być w do­ku­men­tach, które prze­ra­zi­ły wszyst­kich. Pa­mięt­nik, nawet pi­kant­ny, ja­kiejś hra­bi­ny ra­czej nie wy­wo­łał­by ta­kie­go efek­tu. Chyba, że spra­wa jest mocno po­li­tycz­na, ale z opka to nie wy­ni­ka.

Tytuł su­ge­ru­je, że opo­wieść toczy się w cza­sach współ­cze­snych, motel to sto­sun­ko­wo nowe słowo. Też nie wiem, jakim cudem bo­ha­ter doj­rzał plam­kę krwi po ciem­ku. Oba­wiam się rów­nież, że w cza­sach grubo przed sa­mo­cho­da­mi zawał skoń­czył­by się zgo­nem.

Wy­ko­na­nie mo­gło­by być lep­sze.

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Przede wszyst­kim, Jo­ke­rze­246, skąd przy­szło Ci do głowy, aby miej­scem wy­da­rzeń uczy­nić motel???

Wszak mo­te­le po­wsta­ły z myślą o klien­tach zmo­to­ry­zo­wa­nych, po­dró­żu­ją­cych sa­mo­cho­da­mi.

Co do Two­jej opo­wie­ści, czy­ta­ło się ją źle – po­mysł wątły, hi­sto­ria mało wia­ry­god­na i w do­dat­ku nie­lo­gicz­na, że o fa­tal­nym wy­ko­na­niu nie wspo­mnę.

Zwro­ty: – Nie dam ciała…/ – Klient nasz pan…/ – Cho­ler­ni psy­cho­pa­ci…/ …tro­chę wię­cej ad­re­na­li­ny. – nie mają racji bytu w tym opo­wia­da­niu.

Mam na­dzie­ję, że Twoje przy­szłe opo­wia­da­nia będą cie­kaw­sze i znacz­nie le­piej na­pi­sa­ne.

 

– De­cy­zją na­sze­go szla­chet­ne­go króla, pana Kar­mi­la­su ogła­sza się, że do­ku­men­ty muszą tra­fić z po­wro­tem w ręce ba­ro­no­wej Port­trings – urzęd­ni­cy oku­pu­ją­cy cały pokój za­czę­li mię­dzy sobą szep­tać. ―>

– De­cy­zją na­sze­go szla­chet­ne­go króla, pana Kar­mi­la­su ogła­sza się, że do­ku­men­ty muszą tra­fić z po­wro­tem w ręce ba­ro­no­wej Port­trings.

Urzęd­ni­cy oku­pu­ją­cy cały pokój za­czę­li mię­dzy sobą szep­tać.

Tu znaj­dziesz wska­zów­ki, jak za­pi­sy­wać dia­lo­gi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

do­star­czo­ne zo­sta­ną przez oso­bi­ście przez hra­bie­go Wal­ter­sa… ―> Dwa grzyb­ki w barsz­czy­ku.

 

Hra­bia po­ko­nał scho­dy co dwa stop­nie i sta­nął obok męż­czy­zny. ―> Czy to zna­czy, że do drugi sto­pień nie zo­stał po­ko­na­ny?

A może miało być: Hra­bia wszedł na scho­dy, po­ko­nu­jąc po dwa stop­nie naraz i sta­nął obok męż­czy­zny.

 

małej pa­czusz­ki, oplą­ta­nej sie­cią sztyw­ne­go pa­pie­ru. ―> Jakoś nie widzę sztyw­ne­go pa­pie­ru w cha­rak­te­rze sieci.

Może: …małej pa­czusz­ki, szczel­nie za­wi­nię­tej w sztyw­ny pa­pier.

 

– Ufam, że wie pan, co pan mówi, hra­bio. ―> Nie brzmi to naj­le­piej.

Pro­po­nu­ję: – Ufam, że pan wie, co mówi, hra­bio.

 

Do­pó­ki do­ku­men­ty nie tra­fia do ba­ro­no­wej… ―> Li­te­rów­ka.

 

W górę unio­sły się tu­ma­ny kurzu… ―> Masło ma­śla­ne – czy coś może unieść się w dół?

Wy­star­czy: Unio­sły się tu­ma­ny kurzu

 

wiel­kie­go bu­dyn­ku, je­dy­ne­go w spo­rej od­le­gło­ści. ―> W spo­rej od­le­gło­ści od czego?

Pro­po­nu­ję: …wiel­kie­go bu­dyn­ku, je­dy­ne­go na spo­rej prze­strze­ni. Lub: …sa­mot­nie sto­ją­ce­go wiel­kie­go bu­dyn­ku.

 

Koń pędem wpadł na plac, zro­bił trzy kółka i za­trzy­mał się przy wo­do­po­ju. ―> Czy to na pewno był wo­do­pój?

Pro­po­nu­ję: Koń pędem wpadł na plac, zro­bił trzy kółka i za­trzy­mał się przy po­idle.

 

Hra­bia za­trzy­mał się przed drzwia­mi i wy­trze­pał spodnie z kurzu. ―> Ra­czej: Hra­bia za­trzy­mał się przed drzwia­mi i otrze­pał spodnie z kurzu.

 

Na drogę za­ło­żył pro­sta tu­ni­kę spodnie… ―> Li­te­rów­ki.

 

Sta­nął u stóp wy­so­kich i stro­mych scho­dów, na samym ich szczy­cie ma­ja­czy­ły uchy­lo­ne drzwi, a za nimi wił się jakiś cień. ―> Skoro scho­dy były stro­me i wy­so­kie, a ma­ja­czą­ce drzwi tylko uchy­lo­ne, to jak hra­bia mógł wi­dzieć, co dzie­je się za nimi?

 

jakby cos ukry­wa­ła. ―> Li­te­rów­ka.

 

Czym… mogę panu pomóc? ―> – Czym… mogę panu słu­żyć? Lub: W czym… mogę panu pomóc?

 

hra­bia po­sta­no­wił za­pa­mię­tać re­ak­cję ―> …hra­bia po­sta­no­wił za­pa­mię­tać re­ak­cję.

Do czego było mu to po­trzeb­ne?

 

wszel­kie po­zy­tyw­ne za­pa­chy… ―> Nie po­wie­dzia­ła­bym o za­pa­chu, że jest po­zy­tyw­ny.

Pro­po­nu­je: …wszel­kie miłe za­pa­chy

 

Inne już skwier­cza­ło miło w wiel­kim piecu. ―> Czy cia­sto, pie­kąc się, skwier­czy?

Za SJP PWN: skwier­czeć «o sma­żą­cych się skwar­kach, tłusz­czu itp., o pa­lą­cej się świe­cy: wy­da­wać trzesz­czą­cy od­głos»

 

do­sko­na­le wie­dział, o czym tamte mówi. ―> Li­te­rów­ka.

 

Mam… cos do za­ła­twie­nia. ―> Li­te­rów­ka.

 

Hra­bia skoń­czył swój po­si­łek… ―> Zbęd­ny za­imek – czy hra­bia jadł­by cudzy po­si­łek?

 

Wcze­śniej cały motel ską­pa­ny był w świe­tle wielu lamp… ―> Po co ta ilu­mi­na­cja, skoro było tam tylko dwoje wła­ści­cie­li?

 

że rze­czy­wi­ście by­ło­by tro­chę wię­cej ad­re­na­li­ny. ―> Skąd w tym świe­cie wie­dzia­no, co to ad­re­na­li­na?

 

przy­pa­trzył drzwiom szafy. Krwa­we smugi cią­gnę­ły się od klam­ki… ―> Szafy nie mają kla­mek.

 

Krwa­we smugi cią­gnę­ły się od klam­ki, aż po sam dół, ale były bar­dzo do­brze zmyte. ―> Jak może być wi­docz­ne coś, co zo­sta­ło bar­dzo do­brze zmyte?

 

od razu rzu­cił się w stro­nę płasz­cza prze­rzu­co­ne­go przez opar­cie, a jego żona, wie­dzio­na słyn­nym ko­bie­cym in­stynk­tem, od­rzu­ci­ła po­ściel… ―> Nie brzmi to naj­le­piej.

 

Nie mi­nę­ło dużo czasu, nim wy­cią­gnę­ła trium­fal­nie z pod po­dusz­ki pacz­kę i stos do­ku­men­tów. ―> Nie mi­nę­ło dużo czasu, a wy­cią­gnę­ła trium­fal­nie spod po­dusz­ki

Skąd stos do­ku­men­tów, skoro wcze­śniej były zwi­nię­te w rulon?

 

za­czę­ła stu­dio­wać listy. Po ja­kimś cza­sie jej mina zrze­dła i prze­ra­żo­nym wzro­kiem wpa­trzy­ła się we wła­ści­cie­la. ―> Czy do­brze ro­zu­miem, że wpa­trzy­ła się we wła­ści­cie­la li­stów?

 

za­uwa­żył mąż i po­wró­cił do roz­ry­wa­nia prze­sył­ki… ―> Jak ro moż­li­we, że w cza­sie kiedy żona prze­czy­ta­ła pa­pie­ry, mąż nie zdo­łał od­pa­ko­wać za­wi­niąt­ka?

 

ba­ro­no­wą, albo jej męża? ―> ba­ro­no­wą, albo jej męża?

 

Zo­bacz na te dia­men­ty… ―> Zo­bacz te dia­men­ty… Lub: Spójrz na te dia­men­ty

Można zo­ba­czyć coś, ale nie można zo­ba­czyć na coś

 

W amku nie było klu­cza… ―> Li­te­rów­ka.

 

zo­ba­czył pełno po­dar­te­go pa­pie­ru i ro­ze­rwa­nej taśmy. ―> Ja­kiej taśmy, bo chyba nie kle­ją­cej?

 

wi­dział jej twarz w bled­ną­cym świe­tle świe­cy le­żą­cej na ko­mo­dzie. ―> Świe­ca le­żą­ca na ko­mo­dzie grozi po­ża­rem! Zde­cy­do­wa­nie bez­piecz­niej jest świe­cę po­sta­wić.

 

krzyk­nął cos do żony… ―> li­te­rów­ka.

 

Z każ­dym jego ru­chem okrop­ny ból prze­szy­wał całe jego ciało. ―> Czy oba za­im­ki są ko­niecz­ne?

 

Cos trza­snę­ło po­now­nie… ―> Li­te­rów­ka.

 

Mu­siał jed­nak po­de­przeć się o ru­ma­ka… ―> Mu­siał jed­nak o­­przeć się o ru­ma­ka

Pod­pie­ra­my się czymś, nie o coś.

 

pa­pie­ry były tra­wio­ne przez bez­li­to­sny ogień. Gdy pra­wie cały się do­pa­lił, ko­bie­ta rzu­ci­ła go razem ze świe­cą na drogę, gdzie do­ko­nał swego ży­wo­ta. ―> Pi­szesz o pa­pie­rach, więc: Gdy pra­wie całe się do­pa­liły, ko­bie­ta rzu­ci­ła je razem ze świe­cą na drogę, gdzie do­ko­nały swego ist­nie­nia.

Pa­pie­ry nie żyją.

 

chcia­ła dodać cos jesz­cze… ―> Li­te­rów­ka.

 

pró­bo­wa­ła cos po­wie­dzieć… ―> Li­te­rów­ka.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Nie po­rwa­ło mnie :(

Przy­no­szę ra­dość :)

Nowa Fantastyka