- Opowiadanie: All - Imalgaton

Imalgaton

You are my li­fe­blo­od! 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Imalgaton

 

Hor­ror reali, nie­ist­nie­ją­cy świat pod­świa­do­mo­ści.

 

 

-Wte­dy spoj­rzał za sie­bie i po­wo­li ujaw­nia­ła mu się po­stu­ra ko­bie­ty. Na­bie­ra­ją­ca coraz to wy­raź­niej­sze­go ob­ra­zu, wchła­nia­ją­ca czerń z oto­cze­nia, wkrót­ce roz­wi­nę­ły się jej dłu­gie, roz­cze­sa­ne włosy się­ga­ją­ce pod­ło­gi. Nie zdą­żył mru­gnąć i po chwi­li miał przed sobą twarz po­cię­ta, szarą z pły­nem z niej wy­le­wa­ją­cym…

-Aaa! Już wy­star­czy!

-Sama chcia­łaś żebym po­czy­tał ci hor­ror przed snem. – Uśmiech­nął się od­kła­da­jąc

książ­kę na półkę obok łóżka.

-Chy­ba pójdę już spać…

-Do­brze có­recz­ko. – Po­ca­ło­wał małe stwo­rze­nie w czoło, po­pra­wił jej po­ściel i wstał, po­wo­li od­da­la­jąc się do drzwi – Do­brych snów.

 

 Od­da­la­jąc się od po­ko­ju córki, zszedł na dół po scho­dach, skrzy­pią­cych, drew­nia­nych. Mi­ja­jąc ścia­ny szare, z farbą zdar­tą jakby pa­zu­ra­mi. Wziął głę­bo­ki od­dech, po czym udał się w kie­run­ku kuch­ni. Spo­glą­da­jąc na sto­ją­ce zdję­cia na sza­fie, sta­nął na chwi­lę w miej­scu, pa­trząc na za­pie­czę­to­wa­ne ob­ra­zy szczę­ścia oraz na lo­dów­kę na zmia­nę. Osta­tecz­nie mach­nął w stro­nę swo­jej zmar­łej żony na zdję­ciu, się­gnął za to uchwyt po­jem­ni­ka, jed­nak ze­rwał się pod wpły­wem cią­głe­go uży­wa­nia i sta­ro­ści. Nie zwa­ża­jąc na to uwagi otwo­rzył lo­dów­kę by wyjąć z niej dwie bu­tel­ki piwa. Za­mknął po­jem­nik, w któ­rym to je­dze­nia tak na­praw­dę nie było, spoj­rzał na górę nie­umy­tych ta­le­rzy oraz na­czyń.

<Słoń­ce świe­ci­ło przez otwar­te okna kuch­ni, mała le­ża­ła na ka­na­pie, pod­czas gdy on pod­szedł do zmy­wa­ją­cej na­czy­nia ko­bie­ty. Ob­da­ro­wa­li sie­bie na­wza­jem uśmie­chem, za­czę­li roz­ma­wiać o przy­szło­ści ich córki, o szko­le, do któ­rej chcie­li­by ją wy­słać. Gdy już kuch­nia lśni­ła, po­de­szła ob­da­ro­wać go po­ca­łun­kiem>

 Jego warga za­czę­ła krwa­wić, gdy ręką ją do­tknął, nie prze­jął się tym zbyt­nio. Z al­ko­ho­lem w rę­kach za­siadł na sza­rej, po­dziu­ra­wio­nej przez zmar­łe­go kota ka­na­pie. Mru­czek miał na imię i lubił leżeć przy te­le­wi­zo­rze sto­ją­cym na­prze­ciw ka­na­py. Tak jakby było to jego miej­sce, w któ­rym cze­kał aż do­mow­ni­cy od­da­lą się od mebla, by za­cząć jego zdra­py­wa­nie. Włą­czył te­le­wi­zor by do­wie­dzieć się o licz­bie zmar­łych. Po­nie­waż tedy roz­prze­strze­nia­ła się plaga groź­nej cho­ro­by. Dla­te­go tego też stra­cił pracę. Za­ka­za­no lu­dziom wy­cho­dzić z domu, a za zła­ma­nie ta­kie­go prze­pi­su ka­ra­no na­tych­mia­sto­wą eks­ter­mi­na­cją. Za oknem cza­sem mógł zo­ba­czyć no­szą­cych maski ga­zo­we, ubra­nych w czar­ne stro­je katów. Prze­łą­czył na na­stęp­ny kanał, por­no­gra­fia, obraz na­gich ko­biet przed jego ocza­mi, na­ra­sta­ją­ca za­zdrość wy­ni­ka­ją­ca z braku in­tym­ne­go kon­tak­tu od lat. Wy­łą­czył złom, zwany te­le­wi­zo­rem, po czym po­ło­żył się wy­god­niej na ka­na­pie. Zmę­cze­nie oraz al­ko­hol zmu­sza­ło go do zmru­ża­nia oczu.

<Czło­wiek zo­ba­czył prze­dziw­ną kra­inę, była prze­peł­nio­na zie­le­nią oraz prze­pięk­ny­mi drze­wa­mi. Z drew­nia­nej chaty wy­do­by­wał się dym z ko­mi­na, jed­nak za­pach ja­kiej­kol­wiek po­tra­wy przy­rzą­dza­nej na­gra­dzał. Po­sta­wił kilka kro­ków za­sta­na­wia­jąc się o sta­nie swo­je­go ist­nie­nia.>

Nagły hałas do­bie­ga­ją­cy z od dawna nie­odwie­dza­ne­go po­ko­ju jego żony, po­sta­wił go na nogi. Wzbił się z ka­na­py jak sko­czek, zbi­ja­jąc przy tym bu­tel­kę piwa pod­ło­gę. Był to dźwięk wzbu­dza­ją­cy nie­pew­ność, stu­ka­nie w jakby mały skra­wek me­ta­lu. Wciąż po­bu­dzo­ny, po­tknął się o nogę dru­gie­go mebla, na któ­rym czę­sto za­sia­da­ła jego te­ścio­wa. Ła­piąc się za czoło, spoj­rzał na sie­dze­nie i uj­rzał przez do­słow­nie mo­ment syl­wet­kę star­szej ko­bie­ty, oce­nia­ją­cej go wzro­kiem. Prze­stra­szo­ny, wstał od­su­wa­jąc się od krze­sła. Po chwi­li zo­rien­to­wał się, że owego mebla nigdy nie było w sa­lo­nie. A jego te­ścio­wa nie­na­wi­dzi­ła go z ca­łe­go serca. Z ca­łe­go cha­osu prze­wró­cił się po­now­nie, tym razem o kwiat zie­lo­ny ro­sną­cy w do­nicz­ce obok te­le­wi­zo­ra. Zie­mia wdar­ła się do jego ust i nosa, kaszl­nął raz, dwa. Ale wsta­wać już nie chciał. Za­czął pła­kać w bru­dzie, mie­sza­jąc łzy z za­war­to­ścią do­nicz­ki. Jakiż to ża­ło­sny czło­wiek.

<Przed jego małym ist­nie­niem, roz­war­ły się ogrom­ne wrota mie­dzia­ne, za­far­bo­wa­ne w czer­ni z wy­rzeź­bio­ny­mi w nich twa­rza­mi, przed­sta­wia­ją­cy­mi okrop­ny ter­ror, mo­ment przed śmier­cią. Boso za­czął stą­pać, bo czar­nym szkle, mie­sza­ją­cym się z tego sa­me­go ko­lo­ru pod­ło­żem. Tu za­czy­na się twoja po­dróż śmier­tel­ni­ku. Za­po­mnij o cza­sie, za­po­mnij o sen­sie. Oh, jak pięk­ny obraz wzno­szą­cej się spi­ra­li ko­ścia­nej w nie­skoń­czo­ność krwi­stych nie­bios.>

 Gdy tak leżał, po­czuł na po­li­ku lek­kie dra­pa­nie, nie­prze­sta­ją­ce do­pó­ki nie otwo­rzył fi­nal­nie swych oczu. Stu­ka­nie zmie­ni­ło się w dzwo­nie­nie, ciche, umie­ra­ją­ce. Wstał już po­praw­nie tym razem, po­stał chwi­lę przed po­sta­wie­niem kroku. A gdy już ten po­sta­wił, po­czuł jak drza­zga wbiła mu się w stopę. Wtedy zo­rien­to­wał się, że był boso. Mógł przy­siąc, że nie zdej­mo­wał swo­ich śmier­dzą­cych, sta­rych butów. Jed­nak bar­dziej przej­mo­wał go wciąż nie­zi­den­ty­fi­ko­wa­ny hałas z po­ko­ju jego żony. Gdy już rękę na klam­ce po­ło­żył, coś po­cią­gnę­ło go za sobą w tył. Tak mocno, że wy­le­ciał za okno, bę­dą­ce na­prze­ciw po­ko­ju, do któ­re­go zmie­rzał. Zna­lazł się na ze­wnątrz, na ty­łach jego domu. Ko­szu­la opa­dła z jego ciała ze­rwa­na na wpół. Czerń nocy, brak świa­tła księ­ży­ca, zie­lo­ny gaz uno­szą­cy się jak mgła, gęsta, utrud­nia­ją­ca wi­dze­nie. Za­czął kasz­leć, dusić się. Wy­szedł od lat z domu. Prze­stra­szo­ny od razu, że zo­sta­nie za­mor­do­wa­ny za prze­by­wa­nie poza domem. Wstał szyb­ko, chcąc wró­cić przez okno, wło­cha­te stwo­rze­nie sta­nę­ło na jego prze­szko­dzie po dru­giej stro­nie ramy z ka­wał­ka­mi szkła. Wzrok miało duszę po­że­ra­ją­cy, czer­wo­ne, ma­lut­kie śle­pia w zle­pie czar­ne­go, smo­li­ste­go futra. O pasz­czy pa­skud­nej z prze­bi­tym wie­lo­ma igła­mi okiem po środ­ku macek śli­skich po­ru­sza­ją­cych się we wszyst­kie stro­ny. Od­biegł na­tych­miast nie pa­trząc za sie­bie.

<Po jed­nej stro­nie kat prze­bi­ja­ją­cy har­pu­nem ster­ty ciała, po dru­giej stro­nie to­czą­ca się w mazi, oleju orgia ludzi, two­rzą­cych razem skle­jo­ne­go z ciał po­two­ra. I wszyst­ko to oto­czo­ne czar­nym, ma­to­wym ma­te­ria­łem, o ży­łach świe­cą­cych na biało, ży­ją­cym. W tle zaś nie­skoń­czo­ny błę­kit, zmie­sza­ny z bielą i sza­ro­ścią, jak na­ma­lo­wa­ny pędz­lem ma­la­rza, pę­dził w nie­skoń­czo­ność. Bu­dow­le cią­gnę­ły się bez końca, jego stopy po­wo­li tra­ci­ły wszel­kie mię­śnie, od­sła­nia­jąc je­dy­nie kości. Spójrz na te dzie­ło, sto­ją­ce na pro­sto­kąt­nym ży­ją­cym ma­te­ria­le, pnące się we wszyst­kie stro­ny cha­otycz­nie do­cze­pia­jąc trój­ką­ty i koła. A tam jest i on. Wiecz­nie roz­my­śla­ją­cy po­twór.>

Bie­ga­jąc we wszyst­kie stro­ny, w końcu do­tar­ło do niego, że się zgu­bił. Tok­sycz­ne po­wie­trze za­czę­ło palić jego skórę. Tra­cąc na­dzie­je, padł na ko­la­na, i sku­lił się w na­dziei, że go znaj­dą i za­bi­ją. Tak jed­nak nie było, po­pchnię­ty przez nie­sa­mo­wi­tą siłę, sta­nął naglę na chod­ni­ku. Ale to nie było miej­sce, w któ­rym chciał się zna­leźć. Wkrót­ce to zza zie­lo­nej mgły za­czę­ły wy­ła­niać się po­two­ry, syl­wet­ką przy­po­mi­na­ją­ce ludzi, jed­nak ich twa­rze wzbu­dza­ją­ce w nim po­strach. Stwo­rze­nia ze sto­pio­ny­mi gło­wa­mi, zgo­to­wa­ny­mi, zmie­sza­ny­mi z ko­lo­ra­mi farb. Z mac­ka­mi wy­cho­dzą­cy­mi z ich szyi, śli­ski­mi, się­ga­ją­cy­mi w jego stro­nę. Za­czął ucie­kać naj­szyb­ciej jak po­tra­fił, rę­ko­ma spy­cha­jąc czy­ha­ją­ce na jego mięso po­two­ry. Jed­nak­że im dalej ucie­kał, tym za­czy­nał ro­zu­mieć, że od domu się od­da­la. Nagle przed jego osobą po­ja­wił się ja­kie­goś ro­dza­ju bu­dy­nek, zbu­do­wa­ny z czar­ne­go krysz­ta­łu. Po chwi­li, z bu­dow­li wy­do­by­ło się po­tęż­ne po­wie­trze roz­pra­sza­ją­ce całą zie­lo­ną mgłę. Jed­nak w raz z tok­sycz­ną chmu­rą, znik­nę­ło jego całe osie­dle, wszel­kie oto­cze­nie, jakie dotąd znał. 

Zo­sta­ła je­dy­nie ota­cza­ją­ca czar­ny bu­dy­nek biel. Gdy zwró­cił się ku bu­dyn­ko­wi, na jego dachu po­ja­wi­ło się ogrom­nych roz­mia­rów oko, o jasz­czu­rzej tę­czów­ce. Ob­dar­ty z ubrań, z cia­łem w dużej czę­ści sto­pio­nym, padł na ko­la­na i za­czął bła­gać oko o pomoc.

<Tym razem za­wi­ta­ło go pełne mia­sto lśnią­ce czar­nym ob­sy­dia­nem, mnó­stwo pną­cych się w górę ka­mie­ni­stych sta­lag­mi­tów, wy­cho­dzą­cych z domów, cią­gle jakby rzeź­bio­nych. Na­cię­cia na bu­dow­lach roz­cią­ga­ły się po całym oto­cze­niu, szkar­łat­ne żyły jak serce bi­ją­ce. A nad tym wszyst­kim le­wi­to­wa­ła prze­dziw­na kon­struk­cja, wy­cią­ga­ją­ca szare, dło­nie o trzech pal­cach, wi­ta­jąc wszyst­ko pod sobą. Po­mię­dzy rę­ko­ma mgli­sty­mi, wsz­cze­pio­ny w koń­czy­ny zle­pek oczu, dwa więk­sze, o źre­ni­cy kota, wiele po­mniej­szych, wciąż to mru­ga­ją­cych, ale już nie­otwie­ra­ją­cych się. Cała struk­tu­ra po­łą­czo­na była jakby z ko­rze­niem, jako je­dy­nym do­się­ga­ją­cym krwi­stych nie­bios. Wokół ko­rze­nia wiły się nie­bie­skie pną­cza, jak ga­ro­ty po­szu­ku­ją­ce szyi.>

-Bied­ne stwo­rze­nie, pode mną klęka. Dziec­ko, wyjdź z tego kosz­ma­ru, prze­stań tyle my­śleć.

-Brzmisz jak on… Brzmisz jak oni wszy­scy! – Wstał nagle ze­złosz­czo­ny – To nie moja wina, że nie żyje!

-Kie­dyś na­dej­dzie czas, gdy po­twór sta­nie się twym przy­ja­cie­lem, a smu­tek za­stą­pio­ny zo­sta­nie szczę­ściem. Po­głę­biasz się coraz bar­dziej we wła­snym umy­śle. Opuść te mia­sto, tam nic nie ma, je­dy­nie… Ruiny.

Gdy świa­tło za­bły­sło ośle­pia­jąc jego oczy, po­wró­cił do świa­ta prze­peł­nio­ne­go zie­lo­ną mgłą. Mógł za­uwa­żyć jak z nie­da­le­ka wpa­try­wa­ły się na niego po­two­ry o sto­pio­nych twa­rzach. Śmie­jąc się i szy­dząc z jego cier­pie­nia. Ob­li­zy­wa­ły je­dy­nie macki wy­cho­dzą­ce z ich szyi, wska­zu­jąc na niego pal­cem. Ku jego szczę­ściu, ob­ja­wił mu się jego dom. Po­biegł jak naj­szyb­ciej do schro­nie­nia, otwo­rzył stare, nie­bie­skie drzwi. Przed nim oka­zał się po­now­nie czar­ny po­twór z pa­skud­ną szczę­ką. Gdy ten wy­cią­gnął w jego stro­nę swoją ob­śli­zgłą fu­trza­ną łapę, ten prze­stra­szył się i uciekł za dom.

-Za­cze­kaj!

Nie usły­szał jed­nak wo­ła­nia po­two­ra, sły­szał kroki armii po­two­rów, chcą­cych udu­sić go w tok­sycz­nej mgle. Od­gło­sy opa­da­ją­cej fleg­my na pod­ło­że, krzy­ki do­cho­dzą­ce z pasz­czy stwo­rzeń. Nagle przed sobą uj­rzał ogrom­ny bu­dy­nek cho­dzą­cy na je­li­tach, gru­bych, sfor­mo­wa­nych w nogi czło­wie­cze. Całe było fleg­mi­ste, ocie­ka­ją­ce ślu­zem z rę­ko­ma oraz głową przy­po­mi­na­ją­cą wiel­kie drze­wo. Z bu­dyn­ku wy­szły dwa jesz­cze bar­dziej zde­for­mo­wa­ne kre­atu­ry. Nagie, błot­ni­ste ster­ty skle­jo­nych wnętrz­no­ści. O oczach nisz­czą­cych wnę­trze zdro­we­go czło­wie­ka, śle­pia rybie, wy­cen­tro­wa­ne pro­sto na niego. Nie zdą­żył już uciec, przy­gnie­cio­ny świa­tłem ko­lo­ru nie z tego świa­ta, do­cho­dzą­cym zza po­twor­nym bu­dyn­kiem, nie mógł już wstać. Za­bra­li go do środ­ka, ude­rzy­li błot­ni­sty­mi pię­ścia­mi, stra­cił przy­tom­ność.

<Je­steś w końcu, bałem się, że już nigdy do mnie nie wró­cisz. Witaj po­now­nie w moich skrom­nych pro­gach, tutaj mo­żesz po­czuć, co ze­chcesz. Choć wciąż cię nie ro­zu­miem, czemu nie chcesz wy­ko­rzy­stać tego, co ci ofe­ru­je? Wy­rzu­ca­łem twoją osobę tyle razy, nikt nie chce tutaj pytać ani my­śleć. Dla­te­go wszyst­ko wi­dzisz tak jak wi­dzisz. Po­zwól sobie od­po­cząć, nie przej­muj się tym, czy jest to praw­dzi­we czy nie, ciesz się, że mo­żesz to, choć w małym stop­niu mieć. Odejdź, odejdź i nie wra­caj póki nie zro­zu­miesz.>

Obu­dził się w prze­dziw­nym miej­scu, wzrok nie­wy­raź­ny, za­ma­za­ny. Choć ob­ra­zy na­rzę­dzi ostrych, prze­dziw­nych prze­wia­ły mu się od czasu do czasu, aż w końcu wró­cił do przy­tom­no­ści. Za­uwa­żył, że ręce i nogi zwią­za­ne miał ja­kimś dziw­nym, śli­skim ma­te­ria­łem. Pod­ło­że sta­no­wi­ło jakby wnę­trze żywej isto­ty, zie­lo­ne, bu­zu­ją­ce i bi­ją­ce. Nagle, usły­szał słowa dla niego ledwo zro­zu­mia­łe, do­cho­dzą­ce zza cie­li­stej ścia­ny.

-Żona zmar­ła, więc zo­stał sam z córką, tak? – Po­wie­dzia­ło stwo­rze­nie fleg­mi­ste o bia­łym ko­lo­rze.

-Moż­na tak po­wie­dzieć. Zabił żonę, a córkę okła­mał. – Gło­sem prze­śmiew­czym, gru­bym, mie­sza­ją­cym się od­gło­sa­mi chlu­po­ta­nia po­wie­dział drugi po­twór. – Nie­ste­ty, nie ma dla niego ra­tun­ku…

Sły­sząc te oszczer­stwa zna­lazł w sobie siłę by ze­rwać wią­żą­ce go pną­cza. Uciekł po dro­dze chwy­ta­jąc za ostry przed­miot, przy­po­mi­na­ją­cy kość, od­stra­szał na­po­tka­ne po­two­ry na dro­dze by osta­tecz­nie udać się do wyj­ścia. Na ze­wnątrz po­wi­ta­ła go zie­lo­na mgła, nadal gęsta i nie­skoń­czo­na. Biegł przed sie­bie, biegł ile miał sił w no­gach, znał miej­sce, w któ­rym scho­wał broń. Tam też po­sta­no­wił się udać.

<Zo­bacz, zo­bacz na pięk­no nie­ist­nie­ją­ce­go. Tyle bitew sto­czo­nych, tyle prze­la­nej krwi, cią­gła orgia kil­ku­set larw, ja­ki­mi je­ste­ście. Sko­rzy­staj głup­cze, chwy­taj za broń. Stań przed po­tęż­nym La­gi­ma­ro­nem i zro­zum, że Imal­ga­ton, nie ist­nie­je!

Wziął, zatem broń do ręki, ogrom­ną kosę i sta­nął przed be­stią się­ga­ją­cą krwi­stych nie­bios. Zni­kąd uro­sły mu skrzy­dła spa­czo­ne, czer­wo­no-czar­ne, po­dziu­ra­wio­ne, lecz jak się prze­ko­nał, po­tra­fią­ce wznieść go w po­wie­trze. La­gi­ma­ron chla­snął je­dy­nie przed sobą swą ogrom­ną macką, która już mi­liar­dy ko­biet prze­bi­ła. Pod­sko­czył, wy­le­wa­jąc po­wódź czar­ne­go śluzu. Czło­wiek zaś rzu­cił swą kosą w stro­nę głowy be­stii. Po­twór odbił broń oraz rzu­cił chłyst­kiem o bu­dy­nek. Na nim zmie­rzył się z kre­acja­mi po­tęż­ne­go La­gi­ma­ro­na, wbi­jał swoje ostrzę w głowy i brzu­chy błot­ni­stych stwo­rzeń, te je­dy­nie wy­bu­cha­ły krwią i bło­tem. Czło­wiek czu­jąc się pew­niej, rzu­cił kosą raz jesz­cze, tym razem na skos, tak, że unik­nę­ła zde­rze­nia z macką po­two­ra. W ułam­ku se­kun­dy, gdy to broń już za głową be­stii była, te­le­por­to­wał się do niej. Z ca­łych sił, wy­do­by­wa­jąc z sie­bie litry potu, na­cią­ga­jąc wszel­kie mię­śnie. Chla­snął kosą przed sie­bie, ści­na­jąc czar­ną głowę La­gi­ma­ro­na. To jest to! To jest świat, ja­kie­go ni­g­dzie in­dziej nie za­znasz! Haha! Ahaha!

Dla cie­bie jed­nak już za późno, że­gnaj na za­wsze i oby od­mę­ty po­śmiert­ne po­żar­ły twoją duszę.>

Osa­czo­ny przez po­two­ry, mając je­dy­nie gni­ją­cą ścia­nę za sobą i pi­sto­let w ręku, za­czy­nał tra­cić na­dzie­je. Zbli­ża­ły się po­wo­li, wy­da­jąc z sie­bie jakiś beł­kot i chlu­po­ta­nie. Nad jego głową le­wi­to­wał stwór o skrzy­dłach de­mo­na, czte­rech wciąż to po­ru­sza­ją­cych się. O gło­wie ośmior­ni­cy, ciele kozła. Ata­ku­jąc go świa­tłem po­ja­wia­ją­cym się i w chwi­li zni­ka­ją­cym. Jedno ze stwo­rzeń wy­cią­gnę­ło w jego stro­nę rękę, ten zaś przy­ło­żył broń do swo­jej głowy. Nagle, przy­je­chał czar­ny po­jazd, a z niego wy­sia­dło czar­ne, wło­cha­te stwo­rze­nie, nę­ka­ją­ce go wcze­śniej w jego wła­snym domu. Zaraz za nim, wy­szła ko­bie­ta. Jed­nak jej już nie zo­ba­czył. Bo za­mknął oczy, i po­cią­gnął za spust…

-Jak to się stało? – Spy­ta­ła już z po­wro­tem w miesz­ka­niu, opie­ra­jąc się o szu­fla­dę.

-Jego stan psy­chicz­ny po­gor­szył się znacz­nie. – Od­po­wie­dział ubra­ny w czar­ny, ele­ganc­ki gar­ni­tur psy­chia­tra. – Przy­sze­dłem jak za­wsze na wi­zy­tę te­ra­peu­tycz­ną, jed­nak wi­dział we mnie wroga, kogoś, przed kim ucie­kał.

-Mój drogi mężu, czemu? Wie­dzia­łam, że mało spę­dza­li­śmy razem czasu, pra­wie w cale, on pra­co­wał za dnia, a ja w nocy, ale ko­cha­łam go, na­praw­dę…

-Pro­szę się nie ob­wi­niać, pa­cjent był pod cią­głym stre­sem wy­ni­ka­ją­cym z pracy, wielu po­li­cjan­tów, szcze­gól­nie tych wraż­liw­szych, nie radzi sobie z peł­nio­nym obo­wiąz­kiem.

Do miesz­ka­nia nagle wpa­dła cięż­ko od­dy­cha­ją­ca star­sza ko­bie­ta, te­ścio­wa zmar­łe­go. Po­de­szła do swo­jej córki by objąć ją czule. Sama nie mogła uwie­rzyć, że tak po­rząd­ny męż­czy­zna za­cho­wał się w taki spo­sób. A od star­szej ko­bie­ty rów­nież miał wspar­cie, dużo razem roz­ma­wia­li, zwie­rzał jej swoje pro­ble­my. My­śla­ła, że nie jest tak źle, bio­rąc pod uwagę cią­gły nad­zór i pomoc pro­fe­sjo­nal­ne­go psy­chia­try. Gdy ubra­ny w czar­ny gar­ni­tur męż­czy­zna zda­wał re­la­cje ro­dzi­nie zmar­łe­go, pod nogi ze­bra­nych za­plą­tał się rudy kocur, wi­dząc smu­tek na twa­rzach swych wła­ści­cie­li, skie­ro­wał je­dy­nie swoją mord­kę ku pod­ło­żu.

-Na­praw­dę, pro­szę przy­jąć moje kon­do­len­cję, zro­bi­li­śmy wszyst­ko, co w na­szej mocy by pomóc temu czło­wie­ko­wi. – Za­trzy­mał się na chwi­lę przy­kła­da­jąc czar­ny beret do klat­ki pier­sio­wej. – W razie, czego, pro­szę nie wahać się z dzwo­nie­niem o pomoc, wiem, że stra­ta bli­skiej osoby jest cięż­ka.

-Dzię­ku­je­my dok­to­rze – od­po­wie­dzia­ła sta­rusz­ka.

-Pa­mię­tam jak opo­wia­dał mi o tym, jak chciał­by mieć có­recz­kę, by czy­tać jej na do­bra­noc, wspie­rać w roz­wo­ju i nauce… – uro­ni­ła łzy za­kry­wa­jąc oczy prawą ręką – Nagle po­sta­no­wił wy­biec na ulice, pół­na­gi latać jak opę­ta­ny a potem ata­ko­wać ludzi strzy­kaw­ką ze szpi­ta­la? Tak bar­dzo nie ro­zu­miem…

 

 

 

 

<I d o b r z e,  ż e  n i e r o z u m i e s z>

 

 

Cza­sem warto zna­leźć gra­ni­ce mię­dzy tym, czego pra­gnie­my, a tym,

co re­ali­stycz­nie mo­że­my mieć.

Życie otóż jest na tyle źle skon­stru­owa­ne, że za­wsze bę­dzie gor­sze od tego,

co mo­gło­by być.

Można albo sobie pomóc po­go­dzić się z tym fak­tem, bądź uto­nąć,

we wła­snych pra­gnie­niach.

Naj­go­rzej jest jed­nak, gdy nie wy­bie­rze­my żad­nej opcji, roz­my­śla­jąc nad tym,

która lep­sza.

 

Obej­mą cię teraz anio­ły.

 

Spo­czy­waj w po­ko­ju.

 

Ha­ha­ha­ha­ha!  

Koniec

Komentarze

Witaj.

Opo­wia­da­nie jest mocno po­gma­twa­ne, zatem (pomna na dys­ku­sje fo­ru­mo­we oraz roz­bież­no­ści sta­no­wisk w tym te­ma­cie), nie je­stem pewna, czy to cza­sem nie jest kla­sycz­ne bi­zar­ro. :) 

Ja w każ­dym bądź razie miej­sca­mi nie bar­dzo umiem na­dą­żyć za Two­imi my­śla­mi, pewne zda­nia wy­da­ją mi się za krót­kie, wręcz urwa­ne (moż­li­we, że się mylę, bo ja z kolei mam ten­den­cję do bu­do­wa­nia zbyt prze­cią­głych i dłu­gich). Po­ja­wia­ją się pewne uster­ki ję­zy­ko­we (np. nie zwa­ża­jąc na to uwagi, piwapod­ło­gę, po­li­ku, te dzie­ło, po środ­ku). 

Jest at­mos­fe­ra pew­ne­go nie­po­ko­ju, spo­tę­go­wa­na nie­do­mó­wie­nia­mi, ab­sur­dem sy­tu­acji, prze­ra­że­niem głów­ne­go bo­ha­te­ra, który czę­sto nie ro­zu­mie wy­da­rzeń, w ja­kich uczest­ni­czy. 

Gra­tu­lu­ję Ci wy­obraź­ni i po­ru­sza­nia dość trud­ne­go te­ma­tu epi­de­mii oraz po­dej­mo­wa­nych przez bo­ha­te­rów prób zmie­rze­nia się z nią. 

Po­zdra­wiam. 

Pe­cu­nia non olet

Pierw­sze co mi się rzu­ci­ło w oczy, to cza­sem bar­dzo dziw­na skład­nia, jak w “Jego warga za­czę­ła krwa­wić, gdy ręką ją do­tknął”, która cał­ko­wi­cie za­ni­ka, kiedy pro­ta­go­ni­sta wy­cho­dzi na ulicę. Daje to cza­sem in­te­re­su­ją­cy efekt, a cza­sem nie dzia­ła i trud­no mi po­wie­dzieć na ile jest to ce­lo­we, bo opo­wia­da­nie wy­da­je się nie­do­koń­czo­ne, miej­sca w któ­rych bra­ku­je ca­łych słów, prze­cin­ków, etc.

 

Ogól­nie jest to lo­ve­cra­ftow­skie bar­dzo po­wierz­chow­nie, za dużo w tym akcji i na­gro­ma­dze­nia hor­ro­ro­wych ele­men­tów jed­ne­go po dru­gim, pod­czas kiedy Lo­ve­craft ko­rzy­stał przede wszyst­kim z kon­tra­sto­wa­nia dziw­no­ści z re­ali­zmem i ko­twi­czył swoje po­two­ry i po­twor­ne zda­rze­nia w nauce, czę­sto po­da­jąc bar­dzo pre­cy­zyj­ne in­for­ma­cje jak dłu­gość głowy, albo go­dzi­na i mi­nu­ta ja­kie­goś wy­da­rze­nia.

 

Ma to jed­nak pewną at­mos­fe­rę, sam piszę rze­czy bę­dą­ce wła­ści­wie ko­lej­ką gór­ską kosz­ma­rów, więc nie mogę być zbyt kry­tycz­ny wobec ta­kiej struk­tu­ry. To co boli jed­nak, to dy­dak­tycz­ne za­koń­cze­nie i nie cho­dzi mi tylko o ści­sły finał, ale w ogóle o dia­lo­gi na­stę­pu­ją­ce po “twi­ście”, jeśli można go tak na­zwać – na pewno nie jest to sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce roz­wią­za­nie, bo “to był sen/wizja/cho­ro­ba psy­chicz­na” pra­wie nigdy nie są sa­tys­fak­cjo­nu­ją­ce. Za­sta­na­wia mnie, czy lu­dzie, któ­rzy ko­rzy­sta­ją z ta­kich tech­nik lubią je u in­nych?

No, nie­ste­ty, ja od­pa­dam już na “Hor­ror reali”, które nie ma sensu w żad­nym ję­zy­ku.

 

A dalej widzę błęd­ny zapis dia­lo­gów, błędy in­ter­punk­cyj­ne oraz si­le­nie się na grę formą, która nie­ste­ty nic nie wnosi.

A na ko­niec au­tor­skie pusz­cza­nie oka, że za­ło­ży­łeś, że czy­tel­nik nic nie zro­zu­mie.

Tylko w takim razie: po co? Nie masz aż tak spraw­ne­go pióra, żeby przy nie­zro­zu­mia­łej tre­ści styl albo forma były w sta­nie za­chwy­cić.

http://altronapoleone.home.blog

Czesc All. Nie­ste­ty, to Twoj ko­lej­ny tekst, ktory do mnie nie tra­fia ;( A co smut­niej­sze, więk­szośc uwag, jakie wrzu­ci­ła Dra­ka­ina, to po­wie­la­nie tych, ktore do­sta­leś pod wcze­sniej­szy­mi pu­bli­ka­cja­mi. Szko­da, ze nic z tym nie ro­bisz.

Kiedy od­wie­dzi­łem jeden z Two­ich wcze­śniej­szych dziw­nych tek­stów, za­wie­szo­nych mię­dzy prozą a li­ry­ką, peł­nych wy­du­ma­nych słów i dzi­wacz­nych kon­struk­cji zdań oraz wy­si­lo­ne­go słow­nic­twa, oka­le­czo­nych błę­da­mi wszel­kiej maści i nie­chluj­nym, utrud­nia­ją­cym lek­tu­rę za­pi­sem, pierw­sze co mi przy­szło do głowy, to braki warsz­ta­to­we, które Autor w ten spo­sób pu­dru­je.

W od­po­wie­dzi na uwagi czy­tel­ni­ków za­zwy­czaj za­pew­nia­łeś, że to wszyst­ko za­pla­no­wa­ne, że to głę­bia ja­ko­waś ukry­ta, że to taki styl, świa­do­my za­bieg itd.. Jed­nak każ­dym Twoim ko­lej­nym tek­stem, jaki prze­czy­ta­łem (a zaj­rza­łem do kilku z cie­ka­wo­ści dla po­twier­dze­nia swo­ich po­dej­rzeń) nie­ste­ty umac­nia­łeś mnie w opi­nii, że nie pa­nu­jesz nad ma­te­rią słowa, a Twoje próby sty­li­zo­wa­nia (np. nie­ty­po­wy, jakby ar­cha­icz­ny szyk zda­nia itp.), upar­cie po­wta­rza­ne w ko­lej­nych tek­stach, to ma­nie­ra, któ­rej nie po­tra­fisz się po­zbyć i wręcz uwa­żasz ją za efek­tow­ną za­le­tę, w sy­tu­acji, gdy jest ona po­waż­ną prze­szko­dą dla od­bior­cy.

Po­wyż­sze opo­wia­da­nie po­zba­wi­ło mnie wszel­kich złu­dzeń. Masz po pro­stu spore pro­ble­my z ja­snym wy­ra­ża­niem myśli, z prze­le­wa­niem swo­ich kli­ma­tycz­nych wizji na pa­pier/ekran. I nie uciek­niesz w ten chaos i skom­pli­ko­wa­ne kon­struk­cje sty­li­stycz­ne przed ko­niecz­no­ścią nauki pod­staw ję­zy­ka pol­skie­go, skład­ni, in­ter­punk­cji czy nawet za­pi­su dia­lo­gów.

Za­mie­rza­łem prze­ana­li­zo­wać po­wyż­szy tekst do­kład­nie, aka­pit po aka­pi­cie, ale pod­da­łem się i ogra­ni­czę się do wnio­sków ogól­nych. To jest udrę­ka dla czy­tel­ni­ka, nie­uda­na próba sty­li­za­cji na ja­kieś retro pi­sar­stwo. Kon­struk­cja zdań i ca­łe­go tek­stu, skład­nia, lo­gi­ka owych zdań – to wszyst­ko ku­le­je. Ca­łość na­bie­ra ko­micz­ne­go wręcz wy­ra­zu, a nie o taki efekt chyba cho­dzi­ło?

 Muzyk zanim za­cznie grać jazz i im­pro­wi­zo­wać, uczy się nut czy akor­dów, także ma­larz ku­bi­sta za­czy­na od pod­staw i udziw­nia do­pie­ro po opa­no­wa­niu warsz­ta­tu. Jeden po dru­gim czy­tel­ni­cy na tym por­ta­lu piszą, że nie ro­zu­mie­ją tego, co pi­szesz, ale nadal nie do­cie­ra do Cie­bie pro­sty fakt – oni nie dla­te­go nie ro­zu­mie­ją, że pi­szesz tak wspa­nia­łe wizje oni­rycz­ne, tak głę­bo­kie rze­czy i tak war­to­ścio­we. Oni nie ro­zu­mie­ją, bo pi­szesz nie­po­praw­nie, z błę­da­mi i nie­chluj­nie (je­steś na por­ta­lu 1,5 roku i nie za­uwa­ży­łeś dotąd, że w dia­lo­gach po myśl­ni­ku/pau­zie sta­wia­my spa­cję? Ale co tam por­tal! Nie czy­tasz ksią­żek?)

Jest tutaj (chyba) jakaś myśl. Są upar­cie po­wra­ca­ją­ce w Two­ich opo­wia­da­nich mo­ty­wy z po­gra­ni­cza weird, hor­ro­ru, oni­ry­zmu, wy­mie­sza­ne z ki­czem, gore czy pul­po­wy­mi hi­sto­ria­mi. Ale to wszyst­ko przy­po­mi­na w obec­nej for­mie potok słów opi­su­ją­cych ja­kieś senne wizje, śli­no­tok myśli ubra­ny w udziw­nio­ną i ku­la­wą sty­li­za­cję. Zarys fa­bu­ły, kli­mat, in­try­gu­ją­ce ob­ra­zy – to wszyst­ko scho­dzi na drugi plan sko­pa­ne przez wy­ko­na­nie, które ob­ra­ca treść w nie­zro­zu­mia­ły i nie­lo­gicz­ny na po­zio­mie scen, zdań i słowa beł­kot. Dla­cze­go beł­kot? Spójrz na pro­sty przy­kład:

Od­gło­sy opa­da­ją­cej fleg­my na pod­ło­że, krzy­ki do­cho­dzą­ce z pasz­czy stwo­rzeń.

Szyk (opa­da­ją­cej flag­my na pod­ło­że), gra­ma­ty­ka (stwo­rze­nia miały jedną pasz­czę? po­praw­na forma to paszcz), kicz, nie­za­mie­rzo­na gro­te­ska (od­gło­sy fleg­my, pasz­cza stwo­rzeń).

Po prze­czy­ta­niu spa­lić mo­ni­tor.

 Muzyk zanim za­cznie grać jazz i im­pro­wi­zo­wać, uczy się nut czy akor­dów, także ma­larz ku­bi­sta za­czy­na od pod­staw i udziw­nia do­pie­ro po opa­no­wa­niu warsz­ta­tu.

Przy­po­mnę rów­nież, że rze­ko­mo “spon­ta­nicz­ni” im­pre­sjo­ni­ści byli jeden w dru­gie­go wy­kształ­ce­ni w Aka­de­mii i do­sko­na­le wie­dzie­li, co od­rzu­ca­ją, od­rzu­ca­jąc tak na­praw­dę li tylko pre­fe­ro­wa­ne przez aka­de­mizm “wy­koń­cze­nie” ob­ra­zu. Po­zo­sta­wia­li go na eta­pie, który dla aka­de­mi­zmu był przy­go­to­waw­czy, ale do­sko­na­le umie­li­by do­pro­wa­dzić dzie­ło “do końca”, wy­gła­dzić je, by speł­nia­ło aka­de­mic­kie kry­te­ria.

 

oni nie dla­te­go nie ro­zu­mie­ją, że pi­szesz tak wspa­nia­łe wizje oni­rycz­ne, tak głę­bo­kie rze­czy i tak war­to­ścio­we. Oni nie ro­zu­mie­ją, bo pi­szesz nie­po­praw­nie, z błę­da­mi i nie­chluj­nie

Nie chwa­lę­cy się, moje eks­pe­ry­men­tal­ne opko z bi­zar­ro­we­go kon­kur­su, które mało kto ro­zu­mie, do­sta­ło mimo to zgło­sze­nie do piór­ka od wy­ma­ga­ją­ce­go czy­tel­ni­ka ;) Ergo, da się nie­zro­zu­mia­le, ale tak, że więk­szość czy­tel­ni­ków do­ce­nia warsz­tat. Wy­star­czy, jak sądzę, sza­no­wać tych czy­tel­ni­ków i język pol­ski.

http://altronapoleone.home.blog

Nie wiem za bar­dzo co na­pi­sać, tro­chę się już nie chce. Fa­bu­ła w tek­ście jest pro­sta i przed­sta­wio­na w ba­nal­ny spo­sób. I cięż­ko mi uwie­rzyć że może nie zo­stać zro­zu­mia­na. Zga­dzam się i wciąż pra­cu­ję nad gra­ma­ty­ką, or­to­gra­fią itp. Jed­nak­że do resz­ty nie będę się od­no­sić, pa­trząc po śred­niej wieku ko­men­tu­ją­cych, może po pro­stu nie jest to traf­na pu­bli­ka. Pi­sząc za­wsze chcia­łem odejść od tego co zo­sta­ło uzna­ne za “dobre” , “po­praw­ne” – po pro­stu coś do czego się przy­wy­cza­jo­no że jest dobre i się w tym tkwi czy­ta­jąc cały czas to samo. Fa­bu­ła okre­ślo­na schem­tem uzna­nym za po­praw­ne. Nie ob­ra­ża­jąc oczy­wi­ście ni­ko­go, tak myślę. Naj­pro­ściej i naj­traf­niej na­pi­sać że po pro­stu się nie po­do­ba i tyle, co zro­bisz – nic nie zro­bisz. Je­dy­ne co dodam od sie­bie (co nie jest ogól­nie za­ak­cep­to­wa­ne oraz roz­po­wszech­nia­ne) spró­bo­wać cze­goś eks­tra­or­dy­nar­ne­go, jak choć­by pi­sa­nie tekst spe­cjal­nie z błę­da­mi. (Po­wiedz­my że temat jest przed­sta­wia­ny przez bo­ha­te­ra, który za­czy­na za­po­mi­nać jak się piszę w danym ję­zy­ku, albo już go nie ob­cho­dzi czy pisze po­praw­nie, albo pisze żeby pisać. ) – Naj­prost­sze przy­kła­dy. Ale można zmy­ślać i zmy­ślać bez gra­nic. I tak jed­nak to nie zo­sta­nie "zro­zu­mia­ne". (Można coś lubić tego nie­ro­zu­mie­jąc – np. chaos – Wy­ni­ka­ją­cy z ni­cze­go, jed­nak ist­nie­ją­cy. Ale mniej­sza, ja się nie znam i nie będę tego za­prze­czać, mniej wię­cej tak ro­zu­mia­łem "two­rze­nie". 

Fi­na­li­zu­jąc za­prze­sta­je ośmie­ca­nia tego forum swo­imi sła­by­mi tek­sta­mi i po­zdra­wiam ser­decz­nie. 

All

All:

 

Fi­na­li­zu­jąc za­prze­sta­je ośmie­ca­nia tego forum swo­imi sła­by­mi tek­sta­mi i po­zdra­wiam ser­decz­nie. 

Witaj, All!

Myślę, że nie po­wi­nie­neś się pod­da­wać. :)

Ja piszę kosz­mar­nie (:wstyd:). Idąc za udzie­lo­ny­mi mi ra­da­mi oraz ko­men­ta­rza­mi na­praw­dę bar­dzo życz­li­wych Osób z tego Forum, do­strze­gam, ile jesz­cze czeka na mnie pracy. :) Muszę cier­pli­wie, krok po kroku, uczyć się pisać tak, jak trze­ba. Nie jest to łatwe, wia­do­mo: życie, masa obo­wiąz­ków, spra­wy bie­żą­ce i te za­le­głe… Czło­wie­ko­wi wy­da­je się, że prze­ka­zał, to, co chciał, tak, jak chciał, a jed­nak to nie­praw­da. :)

Komuś chcia­ło się po­świę­cić czas, wy­ja­śnić uster­ki, sko­ry­go­wać błędy, po­pra­wiać, aby pomóc. To ważne. :) To prze­cież jest dla na­sze­go dobra. :)

Jeśli czu­jesz po­trze­bę, PISZ! :)

Masz wizję, masz po­mysł, utrwa­laj go! I cier­pli­wie pra­cuj nad błę­da­mi. Ja tak robię. :)

Nikt od razu nie był ge­niu­szem, nie ma ludzi wszech­wie­dzą­cych. :) Każdy z nas musi uczyć się cze­goś no­we­go. :) Każdy po­peł­nia błędy. :)

Jesz­cze do­pi­szę przy edy­cji – wiek Czy­tel­ni­ków na­szych opo­wia­dań (o któ­rym wspo­mnia­łeś) świad­czy o tym, czy udało nam się za­in­te­re­so­wać jak naj­szer­sze Ich Grono. :) Ja aku­rat je­stem sama di­no­zau­rem. ;) Ponad 20 lat pracy z Mło­dzie­żą w LO. Naj­pierw to byli wie­ko­wo moi pra­wie ró­wie­śni­cy, potem mo­gła­bym być (zwa­ża­jąc na róż­ni­cę wieku) Ich mamą. I mo­żesz mi wie­rzyć, wie­dza Mło­dych Ludzi jest wszech­wie­dzą! :) Za­wsze chylę czoła przed tym, ile Oni mają wia­do­mo­ści oraz umie­jęt­no­ści w swo­ich gło­wach. :)

A, im wię­cej osób ko­men­tu­je, tym bar­dziej są One życz­li­we, serio. :)

Po­zdra­wiam ser­decz­nie. 

Pe­cu­nia non olet

All, jeśli chcesz, to na­pisz tekst o kimś, kto za­po­mi­na po­praw­ne­go wy­ra­ża­nia.

Ale zrób nie­po­praw­ne tylko jego kwe­stie.

Nar­ra­cję zo­staw pi­sa­ną pra­wi­dło­wo – tak, jak po­win­no to wy­glą­dać zgod­nie z przy­ję­ty­mi za­sa­da­mi.

Po­mysł wy­da­je się być cie­ka­wy.

 

Nie ob­ra­żaj się na za­sa­dy.

Bo to tro­chę tak, jak­byś naraz wy­wa­lił się na prze­pi­sy do­ty­czą­ce jazdy sa­mo­cho­dem.

Wiesz, jakby to się skoń­czy­ło?

 

W czym trud­ność, aby za­pa­mię­tać, że…

 

-Moż­na tak po­wie­dzieć. Zabił żonę, a córkę okła­mał. – Gło­sem prze­śmiew­czym, gru­bym, mie­sza­ją­cym się od­gło­sa­mi chlu­po­ta­nia po­wie­dział drugi po­twór. – Nie­ste­ty, nie ma dla niego ra­tun­ku…

… na po­cząt­ku po­win­na być pół­pau­za, a po niej spa­cja?

To na serio tylko kwe­stia odro­bi­ny Two­jej woli.

Jeśli Ty jej nie wy­ka­zu­jesz, to dla­cze­go inni mają to to­le­ro­wać?

 

Dalej: ko­men­tu­jesz zwy­kle wy­łącz­nie wła­sne tek­sty.

Masz 14 opo­wia­dań, w trzy­na­stu z nich zo­sta­wi­łeś łącz­nie 37 ko­men­ta­rzy.

Ja mam jedno opo­wia­da­nie wła­sne i 311 ko­men­ta­rzy.

 

Chciał­byś (jak każdy z nas) ko­men­ta­rzy życz­li­wych, bu­du­ją­cych, faj­nych, może i kry­tycz­nych.

Ale to też już wiesz, że “jak Kuba Bogu…”.

Aby do­stać ko­men­ta­rze fajne / życz­li­we, trze­ba naj­pierw W OGÓLE do­stać ko­men­ta­rze.

Gdy­byś wy­szedł tak nieco poza obręb wła­snych opo­wia­dań i za­chwy­tu nad nimi, po­czy­tał i sko­men­to­wał inne, zo­ba­czył, co do­świad­cze­ni użyt­kow­ni­cy punk­tu­ją, ła­twiej by­ło­by Ci kry­tycz­nie spoj­rzeć na swoje tek­sty.

 

Cze­kam na Twoje opo­wia­da­nie:

 

(Po­wiedz­my że temat jest przed­sta­wia­ny przez bo­ha­te­ra, który za­czy­na za­po­mi­nać jak się piszę w danym ję­zy­ku, albo już go nie ob­cho­dzi czy pisze po­praw­nie, albo pisze żeby pisać. )

Ale za­cho­waj po­praw­ność tam, gdzie bo­ha­ter nie wy­po­wia­da się bez­po­śred­nio.

 

PS.

Zda­nia koń­czy­my krop­ką:

Czyli:

(Po­wiedz­my że temat jest przed­sta­wia­ny przez bo­ha­te­ra, który za­czy­na za­po­mi­nać jak się piszę w danym ję­zy­ku, albo już go nie ob­cho­dzi czy pisze po­praw­nie, albo pisze żeby pisać).

Tu nie ma się co ob­ra­żać i strze­lać focha. Wrzu­casz tek­sty na pu­blicz­ne forum kry­tycz­no-li­te­rac­kie chyba nie po to żeby wszy­scy kle­pa­li Cię po ple­cach i za­chwy­ca­li się bez po­wo­du? Pi­szesz póki co z ba­bo­la­mi i żadne tłu­ma­cze­nia tego nie zmie­nią. Je­ste­śmy tu po to, żeby się od sie­bie uczyć i na­wza­jem po­pra­wiać swoje opo­wia­da­nia. Ale już na star­cie autor po­wi­nien (jak za­uwa­żył Si­lvan) dać z sie­bie wszyst­ko i upu­blicz­nić tekst w jak naj­lep­szej for­mie. A Tobie nie chcia­ło się nawet spa­cji po myśl­ni­kach zro­bić w dia­lo­gach. Masz pro­ble­my z szy­kiem zdań, więc nad tym pra­cuj jeśli ko­lej­ny od­bior­ca zwra­ca na to uwagę, ale Ty wo­lisz iść w za­par­te, że to taki za­mysł ar­ty­stycz­ny. Nawet twoje posty (nie­licz­ne) pod tek­sta­mi są nie­chluj­ne, więc nawet na tej pod­sta­wie widzę, że to nie żaden za­bieg ar­ty­stycz­ny, tylko po­waż­ne braki w ję­zy­ku pol­skim i warsz­ta­cie.

I chyba nie do­cie­ra do Cie­bie sedno tych uwag – to nie fa­bu­ła opo­wia­da­nia jest nie­zro­zu­mia­ła. To Twoje zda­nia są ko­śla­we i nie­po­praw­ne kon­struk­cyj­nie i gra­ma­tycz­nie. Mó­wi­my o pod­sta­wach.

Takie fochy wska­zu­ją na mło­de­go au­to­ra. Zatem wszyst­ko przed Tobą. Bierz się do ro­bo­ty, po­pra­wiaj, ulep­szaj, pra­cuj nad swo­imi sła­by­mi stro­na­mi. Masz po­my­sły, jest kli­mat, a nawet z tej sty­li­za­cji (jeśli ją do­pra­cu­jesz) mo­żesz uczy­nić swój atut. 

I jesz­cze jedno. Ja się nie ob­ra­żę, ale wy­jeż­dża­nie z wie­kiem do ko­biet to słabe jest…

Po prze­czy­ta­niu spa­lić mo­ni­tor.

Po­wiedz­my że temat jest przed­sta­wia­ny przez bo­ha­te­ra, który za­czy­na za­po­mi­nać jak się piszę w danym ję­zy­ku, albo już go nie ob­cho­dzi czy pisze po­praw­nie, albo pisze żeby pisać.

Na­pisz to w ten spo­sób, pro­szę bar­dzo. Roz­pad ję­zy­ka czy roz­pad oso­bo­wo­ści to bar­dzo cie­ka­wy temat li­te­rac­ki, choć mocno wy­eks­plo­ato­wa­ny, więc na­pi­sa­nie tu cze­goś no­we­go, świe­że­go i ory­gi­nal­ne­go nie jest łatwe. Nie­mniej czy­tel­nik musi wie­dzieć, że to jest za­mysł au­tor­ski. Twoje tek­sty są na­pi­sa­ne tak, że spra­wia­ją wra­że­nie nie­chluj­stwa, a nie za­my­słu. I na­praw­dę wy­ma­ga­nie od czy­tel­ni­ków, żeby spod warstw nie­na­da­ją­ce­go się do czy­ta­nia i na do­da­tek źle za­pi­sa­ne­go tech­nicz­nie ję­zy­ka wy­łu­ski­wa­li pro­stą fa­bu­łę, jest, no, aro­ganc­kie? Jeśli wiesz, że masz pro­ble­my z za­pi­sem myśli, po­proś ludzi o betę za­miast wrzu­cać ko­śla­we tek­sty do po­cze­kal­ni.

A je­że­li nie chcesz się uczyć, my Cię do tego nie zmu­si­my, bo nie je­ste­śmy na­uczy­cie­la­mi w szko­le, któ­rzy nie prze­pusz­czą le­ni­we­go ucznia do na­stęp­nej klasy, a je­dy­nie bandą spo­łecz­nie się wza­jem­nie wspie­ra­ją­cych au­to­rów. Pu­bli­ku­ją­cych, aspi­ru­ją­cych, po­cząt­ku­ją­cych – ale nawet ci z nas, któ­rzy mają już sporo osią­gnięć na kon­cie, kie­dyś za­czy­na­li i nie każdy od razu pisał ide­al­nie.

To jak z psy­cho­te­ra­pią – jeśli pa­cjent nie chce się le­czyć, naj­lep­szy spe­cja­li­sta mu nie po­mo­że.

http://altronapoleone.home.blog

Przy­kro mi, ale też nie na­le­żę do grupy do­ce­lo­wej. 

Je­dy­ne, co Ci mogę do­ra­dzić Au­to­rze, to nie bierz sobie do serca wszyst­kich opi­nii czy­tel­ni­ków, ale weź je prze­myśl.

 

Jest tu cie­ka­wy temat od stro­ny i psy­cho­lo­gii i hor­ro­ru. Na­to­miast jesz­cze brak Ci umie­jęt­no­ści, by go po­cią­gnąć. Za­wo­dzą nie tylko tech­ni­ka­lia wy­ko­na­nia, ale język, zwłasz­cza w naj­waż­niej­szych mo­men­tach. Widać w nich bo­wiem próbę roz­pa­le­nia emo­cji i cza­sem to nawet wy­cho­dzi. Jed­nak nie raz i nie dwa słowa i uło­że­nia zdań wy­cho­dzą mocno suche.

Tak więc tre­nuj, czy­taj in­nych i roz­kła­daj ich tek­sty na czyn­ni­ki pierw­sze – to po­mo­że Ci usta­lić, co oni ta­kie­go robią, że u nich wy­cho­dzi. A ode mnie przyj­mij te linki z tre­ścia­mi, które po­mo­gą na pro­ble­my tech­nicz­ne i nie tylko:

Dia­lo­gi – mini po­rad­nik Na­zgu­la: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/12794

Dia­lo­gi – kla­sycz­ny po­rad­nik Mor­ty­cja­na: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/2112

Pod­sta­wo­we po­ra­dy por­ta­lo­we Se­le­ne: http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/4550

Coś o be­to­wa­niu au­tor­stwa Psy­cho­Fi­sha: Betuj bliź­nie­go swego jak sie­bie sa­me­go

Temat, gdzie można pytać się o pro­ble­my ję­zy­ko­we:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/19850

Temat, gdzie można szu­kać spe­cja­li­stów do “ri­ser­czu” na wy­bra­ny temat:

http://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/17133 

Po­rad­nik łow­ców ko­men­ta­rzy au­tor­stwa Fin­kli, czyli co robić, by być ko­men­to­wa­nym i przez to zbie­rać duży więk­szy “fe­ed­back”: http://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842676 

Po­rad­nik Is­san­de­ra, jak do­stać się do Bi­blio­te­ki ;)

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842782 

Opis funk­cjo­no­wa­nia por­ta­lu i tu­tej­szych oby­cza­jów au­tor­stwa Dra­ka­iny:

https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842842 

Po­wo­dze­nia!

Won't so­me­bo­dy tell me, an­swer if you can; I want so­me­one to tell me, what is the soul of a man?

Prze­czy­ta­łam po­czą­tek i słaby warsz­tat mnie znie­chę­cił.

Dla­cze­go nie po­pra­wiasz nawet błę­dów wska­za­nych pal­cem?

Nie zwa­ża­jąc na to uwagi otwo­rzył lo­dów­kę by wyjąć z niej dwie bu­tel­ki piwa.

“Nie zwa­ża­jąc na to” albo “nie zwra­ca­jąc na to uwagi”. Brak dwóch prze­cin­ków. Za­imek spo­koj­nie można wy­wa­lić. Jeśli otwo­rzył lo­dów­kę, to wia­do­mo, że nie wyjął piwa z szu­fla­dy ze sztuć­ca­mi.

Po­sta­wił kilka kro­ków za­sta­na­wia­jąc się o sta­nie swo­je­go ist­nie­nia.

“My­śleć o” albo “za­sta­na­wiać się nad”. Znowu brak prze­cin­ka.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Nowa Fantastyka