- Opowiadanie: PanDomingo - Na tratwie żyje się wesoło

Na tratwie żyje się wesoło

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Na tratwie żyje się wesoło

 – Panno Ró­życz­ko, mu­sisz do tego pa­ni­czy­ka pły­nąć? – spy­tał buń­czucz­nie. – Z nami, fli­sa­ka­mi, nie bę­dzie ci le­piej?

– Skow­ron­ku, le­d­wom z wami parę go­dzin na tra­twie, a już chce­cie mnie do za­ło­gi zwer­bo­wać? – od­rze­kła sie­dzą­ca na drew­nia­nej skrzy­ni sza­tyn­ka w zie­lo­nej sukni po­dróż­nej.

Skow­ro­nek po­cią­gnął łyk do­bre­go, psze­nicz­ne­go piwa, po czym od­sta­wił kufel na dekę becz­ki. Sie­dział na skrzy­ni wy­ło­żo­nej szma­tą, a za pod­ło­kiet­ni­ki słu­ży­ły mu worki z żytem. Ca­łość przy­po­mi­na­ła tron. Wstał z gra­cją, ni­czym ksią­żę albo przy­naj­mniej dwo­rak. Albo wiej­ski akro­ba­ta, do któ­re­go w isto­cie było mu naj­bli­żej. Teraz pa­sa­żer­ka mogła po­dzi­wiać całą jego szczu­płą syl­wet­kę odzia­ną w jasną ko­szu­lę i białe fli­sac­kie sza­ra­wa­ry, prze­wią­za­ne bru­nat­no­zie­lo­nym pasem, bar­wio­nym sa­mo­dziel­nie, lecz nie­udol­nie.

– Słu­chaj, pa­nien­ko, com umy­ślił:

 

Na tra­twie żyje się we­so­ło,

Tu się je, pije i śpi w koło.

Ró­życz­ko, moja ty droga,

Czyż to nie jest po­dróż błoga?

 

Jakby na po­twier­dze­nie tych słów tuż obok do­mo­ro­słe­go poety wzbi­ła się do lotu cy­ra­necz­ka. Ochla­pa­ła go przy tym, a jej kwa­ka­nie brzmia­ło jak szy­der­czy śmiech. Róża za­chi­cho­ta­ła.

– Bła­gam, za­mknij się, Skow­ron – ode­zwał się z tyłu tra­twy łysy męż­czy­zna.

Na­stęp­nie wy­cią­gnął fajkę. Już miał za­cząć ją na­bi­jać zwy­kłym ty­to­niem, gdy uznał, że na te bła­zeń­stwa bę­dzie po­trze­bo­wał cze­goś wię­cej. Z wy­słu­żo­nej żoł­nier­skiej delii, nie zdej­mo­wa­nej nawet pod­czas naj­więk­szych upa­łów, wyjął tytoń ba­ro­de­ań­ski. Dla więk­szo­ści pa­la­czy był on cuch­ną­cy i w żad­nym wy­pad­ku nie­wart swej ceny. Jed­nak nie dla niego. Przy­po­mi­nał o sta­rych, do­brych cza­sach. Gdy nie mu­siał pra­co­wać z mło­dzi­ka­mi, po­pi­su­ją­cy­mi się po­żal-się-wier­sza­mi przed byle dziew­ką. Gdy ota­cza­li go twar­dzi męż­czyź­ni i in­te­li­gent­ne ko­bie­ty. Gdy jego kom­pa­ni my­śle­li o czymś wię­cej niż wie­czor­na po­chę­dóż­ka. Gdy li­czy­ła się idea. To wspo­mnie­nie przy­no­si­ło smu­tek, ale też swego ro­dza­ju spo­kój.

– Cy­ru­li­ku, nie martw się, dla cie­bie też coś mam.

Na po­ora­nej bli­zna­mi twa­rzy Cy­ru­li­ka po­ja­wił się gry­mas re­zy­gna­cji. Za­pa­lił fajkę pod­ręcz­nym krze­si­wem i za­to­nął we wspo­mnie­niach, a Skow­ro­nek za­czął:

 

Mój kom­pa­nie, Cy­ru­li­ku,

Na fli­sie przy­gód bez liku.

Nuda tutaj widok rzad­ki…

 

– Ale pła­cić trza po­dat­ki – ode­zwał się niski głos z na­brze­ża wy­ry­wa­jąc Cy­ru­li­ka z za­du­my.

Głos koń­czą­cy za­rów­no wiersz, jak i we­so­łą at­mos­fe­rę na tra­twie, na­le­żał do ni­skie­go, pięć­dzie­się­cio­let­nie­go męż­czy­zny. Jak wska­zy­wa­ły barwy jego lnia­nej tu­ni­ki na­rzu­co­nej na kol­czu­gę, na­le­żał do sta­ro­ściń­skiej stra­ży pa­tro­lu­ją­cej oko­licz­ne szla­ki, nie tylko lą­do­we. Jak można się było do­my­ślić po wieku i tuszy, był tego pa­tro­lu do­wód­cą. To­wa­rzy­szy­ło mu trzech mło­dzie­niasz­ków, dwóch ni­skich, go­ło­wą­sych bru­ne­tów i wy­so­ki, prysz­cza­ty ru­dzie­lec.

– Za­trzy­mać się – roz­ka­zał, pod­no­sząc rękę.

Skow­ro­nek spoj­rzał na swego kom­pa­na. Cy­ru­lik kiw­nął głową przy­zwa­la­ją­co.

– Czym mo­że­my słu­żyć sza­now­nym panom straż­ni­kom? – Skow­ro­nek ukło­nił się nie­dba­le.

– Kon­tro­la – od­rzekł do­wód­ca – i pobór na­leż­nych po­dat­ków.

– Ależ panie…

– Kro­stek – do­wód­ca przy­zwał ru­dziel­ca ręką – wcho­dzi­my. Resz­ta, bierz­cie konie. Spo­tka­my się za za­ko­lem, tam gdzie zwy­kle.

Skow­ro­nek odbił od brze­gu. Tra­twa znów wolno dry­fo­wa­ła z nur­tem rzeki. Do­wód­ca roz­po­czął in­spek­cję od worka z jabł­ka­mi.

– Kro­stek, zo­bacz! Taki fli­sak, ten to ma do­brze! – Straż­nik skon­tro­lo­wał smak jabł­ka wy­cią­gnię­te­go z worka. – Jadła do­sta­tek.

Zo­ba­czyw­szy na wpół na­peł­nio­ny kufel, wy­rzu­cił nad­gry­zio­ny owoc w wodę.

– Na­pit­ków do­sta­tek. – Do­wód­ca dopił piwo jed­nym hau­stem. – Ale żeby fli­sa­ki dziew­kę sobie wzię­li na tra­twę to, jako żywo, jesz­czem nie wi­dział.

Sta­nął dum­nie z rę­ka­mi na bio­drach, wy­pi­na­jąc okrą­gły brzuch.

– I po coś ty na tego straż­ni­ka szedł, Kro­stek? Nie mó­wi­ła ci ma­tu­la, że na fli­sa­ka le­piej?

– Kiedy fli­sak po­dat­ki musi pła­cić, panie Dzię­ga – ode­zwał się Kro­stek, ostu­ku­ją­cy skrzyn­ki.

– Ano wła­śnie, Kro­stek. Po­dat­ki. – Dzię­ga po­ki­wał głową, uda­jąc za­smu­co­ne­go. – Jak tam szło to nasze prawo?

– To było tak… – Rudy otwo­rzył usta. Jak pies ziaje, by się schło­dzić, tak Kro­stek roz­wie­rał pasz­czę, by ostu­dzić mózg przy wy­sił­ku umy­sło­wym. Po­trze­bo­wał paru se­kund w tej po­zy­cji. – „Fli­sak, każ­den jeden, zo­bo­wią­zan do opła­ty gro­szy dwu­dzie­stu…”

– Czyli razem sześć­dzie­siąt – wtrą­cił do­wód­ca.

– „…wy­jąw­szy fli­sa­ków kró­lew­skich – re­cy­to­wał dalej Kro­stek – ksią­żę­cych et sta­ro­ściń­skich, któ­rzy wolni są od opłat”.

– Czter­dzie­ści – spro­sto­wał Cy­ru­lik. – Ona nie jest „fli­sak, każ­den jeden”.

– Ja tylko pa­sa­żer­ka – włą­czy­ła się do roz­mo­wy Róża. – Płynę do na­rze­czo­ne­go, pana…

– Na to chyba pa­ra­gra­fu nie macie, co? – ode­zwał się Skow­ro­nek.

Dzię­ga spoj­rzał z na­dzie­ją na pod­wład­ne­go, ten jed­nak ka­pi­tu­lu­ją­co roz­ło­żył ręce.

– Za­dzi­wia­ją­cy śro­dek trans­por­tu jak na pa­nien­kę – za­uwa­żył Dzię­ga. – Na­rze­czo­ny po­wo­zu nie za­pew­nił?

– Gdyby drogi były le­piej pil­no­wa­ne – Róża wy­raź­nie za­ak­cen­to­wa­ła ostat­nie słowo – to może i by za­pew­nił. Ale, jak widać, na tra­twach wię­cej straż­ni­ków niż na go­ściń­cach.

Dzię­ga chwi­lę mil­czał, po czym splu­nął w wodę.

– Pięć­dzie­siąt – od­rzekł w końcu Cy­ru­lik. – I ani gro­sza wię­cej. I kwit po­dat­ko­wy dla nas.

– Niech bę­dzie.

Dzię­ga już ra­chun­ko­wał, czter­dzie­ści dla sta­ro­sty, sześć dla mnie, czte­ry dla chło­pa­ków, od rana mam już uzbie­ra­ne dwa­dzie­ścia, a dzień się jesz­cze nie skoń­czył. Niech no tylko trafi się coś więk­sze­go, niż te dwu­oso­bo­we łajby, i może z pół zło­te­go się uzbie­ra. Bę­dzie na ładne bu­ci­ki dla mojej Po­lu­si. A może nawet…

Wzrok Dzię­gi przy­ku­ła nie­wiel­ka, stara skrzy­nia, po­sta­wio­na mię­dzy wor­ka­mi z żytem.

– Ten ku­fe­rek mi jesz­cze po­każ­cie.

– Ten? – burk­nął Cy­ru­lik. – Toż to nie towar. Moje wła­sne szpar­ga­ły.

– Po­każ­cie, mówię.

– Kiedy tam nic do oglą­da­nia… – Cy­ru­lik sta­nął mię­dzy skrzy­nią a straż­ni­kiem.

– Ożeż, ty kmiot­ku! – Tłu­ste ciało Dzię­gi skry­wa­ło nie­spo­dzie­wa­ną siłę. Wy­star­czy­ło ude­rze­nie otwar­tą dło­nią w twarz, by od­rzu­cić Cy­ru­li­ka na bok.

Dzię­ga nie cze­kał. Otwo­rzył skrzy­nię.

– Co do…!

Cy­ru­lik wy­do­był z rę­ka­wa bal­wier­ską brzy­twę i spraw­nym, wy­ćwi­czo­nym ru­chem pod­ciął na­chy­lo­ne­mu Dzię­dze gar­dło. Jed­no­cze­śnie owi­nął je szmat­ką, by krew nie roz­la­ła się po tra­twie. Do­wód­ca stra­ży padł. Ucho­dzi­ło z niego życie. Na dru­gim końcu tra­twy Skow­ro­nek za­rzu­cił Krost­ko­wi sznur na szyję. Nie był tak do­świad­czo­ny jak kom­pan, ale i ofia­ra na­le­ża­ła do tych słab­szych. Chwi­lę póź­niej straż­ni­cy byli mar­twi.

Gdy fli­sa­cy ła­pa­li od­dech, o swoim ist­nie­niu przy­po­mnia­ła im Róża. Wy­ce­lo­wa­ła w Cy­ru­li­ka nie­wiel­ki pi­sto­let skał­ko­wy. Stała wy­pro­sto­wa­na. Ręce jej nie drża­ły, pew­nie trzy­ma­ła broń. W jej oczach nie było krzty za­wa­ha­nia. Widać, że nie po raz pierw­szy ce­lu­je w czło­wie­ka.

– Pa­nien­ko, nie bój się nas, my nic… – za­czął nie­wzru­szo­ny Cy­ru­lik.

– Teraz ja mówię – wtrą­ci­ła sta­now­czym gło­sem su­ge­ru­ją­cym, że to nie ona po­win­na się bać. – Od­da­je­cie…

– Ró­życz­ko… – spró­bo­wał Skow­ro­nek, zbli­ża­jąc się do sto­ją­cej tyłem do niego Róży.

– Jesz­cze jedno słowo i od­strze­lę mu łeb. – Nawet nie od­wró­ci­ła się do niego. – Jak mó­wi­łam, od­da­je­cie co znacz­niej­sze to­wa­ry, zwłasz­cza żyw­ność. Zboże mo­że­cie sobie zo­sta­wić. Ryb sobie na­ło­wi­cie. – Po chwi­li do­da­ła: – I tę skrzyn­kę też biorę.

– Skrzyn­ki nie bie­rzesz – od­rzekł wciąż spo­koj­ny Cy­ru­lik.

– Biorę. Banda za­aran­żu­je napad. Za­bój­stwo straż­ni­ków, ra­bu­nek to­wa­rów i moje po­rwa­nie.

– Jaka znowu ban…

Skow­ro­nek zro­bił o krok za da­le­ko. Po­czuł na twa­rzy sma­gnię­cie po­wie­trza. To strza­ła wy­strze­lo­na ze stro­ny nad­brzeż­nych za­ro­śli. Chło­pak prze­łknął gło­śno ślinę. Za­marł.

– Na­stęp­na nie wy­lą­du­je w rzece – za­pew­ni­ła Róża, nadal nie od­wra­ca­jąc się od Cy­ru­li­ka. – Straż­ni­cy nie od­pusz­czą za­bój­com kom­pa­nów i po­ry­wa­czom dziew­ki. Kto wie, może je­stem córą ja­kie­go moż­ne­go pana? Wy spo­koj­nie od­pły­wa­cie. Od­szko­do­wa­nie po­kry­wa wam stra­ty.

– Rób jak chcesz, skrzy­nia zo­sta­je – wy­ce­dził Cy­ru­lik. Do­pie­ro obec­ność bandy go za­nie­po­ko­iła. Szyb­ko za­czął na­ra­stać w nim gniew.

– Im bar­dziej opo­nu­jesz, tym bar­dziej chcę ją mieć. – Na jej twa­rzy za­go­ścił szel­mow­ski uśmiech. – To jak? Cze­ka­my w tym sta­nie, aż do­pły­nie­my do straż­ni­ków? Aż opo­wiem im, jak to w amoku za­mor­do­wa­li­ście tę dwój­kę i chcie­li­ście czy­hać na moją cnotę? Po paru dniach u kata bę­dzie­cie ma­rzyć o stry­czku.

– Skrzy­nia…

– Zli­tuj­że się! De­cy­zja, teraz!

Na łysej czasz­ce Cy­ru­li­ka po­ja­wi­ła się żyła, ozna­ka gnie­wu. Spoj­rzał jed­nak przed sie­bie. Zaraz za­czną się zbli­żać do miej­sca spo­tka­nia z po­zo­sta­ły­mi na lą­dzie straż­ni­ka­mi. Wes­tchnął jakby wy­pusz­cza­jąc z sie­bie cały gniew i po­ki­wał z re­zy­gna­cją głową. Róża scho­wa­ła pi­sto­let do ukry­tej kie­szon­ki sukni i za­gwiz­da­ła na pal­cach.

– Nie masz po­ję­cia, z kim wła­śnie za­dar­łaś – wark­nął. – Po­ża­łu­jesz tego. Bę­dziesz bła­gać o śmierć.

Z gę­stwi­ny po prze­ciw­le­głej od go­ściń­ca stro­nie rzeki wy­ło­ni­ła się grupa sza­rych, za­kap­tu­rzo­nych po­sta­ci. Przy­cią­gnę­li tra­twę dłu­gim drew­nia­nym drą­giem z że­la­zny­mi ha­ka­mi.

– Cy­ru­li­ku, nie in­te­re­su­je mnie to. Nie wiem, kim je­ste­ście, i o to nie pytam. Wiem, że tacy z was fli­sa­cy, jak ze mnie pa­nien­ka w opre­sji.

Banda za­czę­ła prze­sta­wiać to­wa­ry, żeby szyb­ciej je zwi­nąć w trak­cie fał­szy­we­go na­pa­du.

– Wła­ści­wie… Przy­da­ło­by mi się dwóch ta­kich, jak wy – cią­gnę­ła Róża. – U mnie jak na fli­sie. Jadło jest, na­pi­tek jest. Nawet i dziew­ki się znaj­dą. Byle z wła­snej woli chcia­ły, bo jajca po­ury­wam. A i w łu­pach udział dobry. Lep­szy za­ro­bek niż na tra­twie. Po całej za­ba­wie ze stra­żą mogę wy­słać kogoś po was. Tra­twę się za­to­pi, uzna­ją was za nie­bosz­czy­ków i wi­taj­ wol­no­ści.

– Pod­pi­sa­łaś na sie­bie wyrok śmier­ci. – Cy­ru­lik po­krę­cił głową.

– Nie pierw­szy, nie ostat­ni – pod­su­mo­wa­ła. – Go­to­wi? No to gramy. Gwał­tu! Gwał­tu! Mor­du­ją, ra­bu­ją! Po­mo­cy!

 

***

 

Tym­cza­sem tuż za za­ko­lem rzeki dwóch go­ło­wą­sych straż­ni­ków ocze­ki­wa­ło przy­pły­nię­cia tra­twy.

– Ta pa­nien­ka z tra­twy nie wy­da­wa­ła ci się zna­jo­ma? – spy­tał straż­nik.

– Ja tam się za dziew­ka­mi nie oglą­dam – od­po­wie­dział drugi.

– Ta, a Po­lu­sia Dzię­gówna? – za­kpił. 

– Po­lu­sia to co in­ne­go!

– Ty durny, my­ślisz, że Dzię­ga córkę za cie­bie wyda? 

Jego to­wa­rzysz prze­mil­czał tę uwagę.

– Mia­łem wra­że­nie, jak­bym ją już gdzieś wi­dział – cią­gnął pierw­szy ze straż­ni­ków. – Na ob­raz­ku ja­kimś.

– O swo­ich świń­skich ob­raz­kach gadaj z chło­pacz­ka­mi przy kar­tach.

– Z tych ob­raz­ków to bym ją pa­mię­tał. Wiesz, że mam jedną z tą karcz­mar­ką z obe­rży Pod Rybią Łuską? Zna­czy z nią młodą, bo teraz… – Mach­nął ręką. – Tę dziew­kę to ską­d­inąd… Jakby z pla­ka­tów ja­kichś…

W tym mo­men­cie straż­ni­cy usły­sze­li krzy­ki do­cho­dzą­ce z rzeki. Uj­rze­li za­mie­sza­nie. Awan­tu­ry na tra­twie, zwłasz­cza ze straż­ni­ka­mi, to rzecz rzad­ka. Ale o wiele mniej czę­ste, nie­sły­cha­ne wręcz, było to, co na­stą­pi­ło chwi­lę po krzy­kach. Na tra­twie po­ja­wił się jakby wie­lo­barw­ny, le­wi­tu­ją­cy, ob­ra­ca­ją­cy się wokół wła­snej osi ośmio­ścian wiel­ko­ści co naj­mniej dwóch koni po­sta­wio­nych na sobie. Jakby mało było za­dzi­wia­ją­cych zda­rzeń, no­wo­ pow­sta­ły obiekt wcią­gnął tra­twę oraz wszyst­ko i wszyst­kich, któ­rzy się na niej znaj­do­wa­li.

Straż­ni­cy zo­sta­wi­li konie Dzię­gi i Krost­ka i ga­lo­pem udali się do mia­sta.

 

***

 

Tra­twa prze­sta­ła wi­ro­wać. Róża kuc­nę­ła przy jej skra­ju i zwró­ci­ła po­si­łek. Skow­ro­nek po­zie­le­niał na twa­rzy, lecz żal mu było psze­nicz­ne­go piwa. Nie po­ma­gał ude­rza­ją­cy ze­wsząd odór obor­ni­ka po­łą­czo­ny z dzi­wacz­nie sło­nym, jakby mor­skim, za­pa­chem.

– Łap­cie ła­du­nek! – krzyk­nął Cy­ru­lik. Dzwo­ni­ło mu w uszach, le­d­wie się trzy­mał, ale nie dawał tego po sobie po­znać. – Gdzie skrzy­nia?!

Wszy­scy rzu­ci­li się do ra­to­wa­nia to­wa­rów, jed­nak tej jed­nej skrzy­ni nie było.

– Przy­kryj ciała! – syk­nął Cy­ru­lik do Skow­ron­ka, do­strze­gł­szy zmie­rza­ją­cych ku nim ludzi na wo­dzie. – Ty – zwró­cił się do Róży – pi­sto­let w go­to­wo­ści. – Herszt­ka bandy nie przy­wy­kła do przyj­mo­wa­nia roz­ka­zów, ale przy­tak­nę­ła, sta­ra­jąc się, by było to przy­tak­nię­cie to­wa­rzy­sza broni, a nie pod­ko­mend­ne­go.

Naj­pierw zo­ba­czy­li, że nad­jeż­dża­ją­cych było dwóch. Na­stęp­nie, że jeden z nich trzy­mał skrzy­nię. Ich skrzy­nię. Do­pie­ro potem, że ich śro­dek trans­por­tu to by­naj­mniej tra­twa, szku­ta, łódka czy zwy­kła dłu­ban­ka. Przy­by­sze je­cha­li konno. A wła­ści­wie to pły­nę­li na ko­nio­po­dob­nych stwo­rze­niach, któ­rych góra była jak naj­bar­dziej koń­ska, lecz dół przy­po­mi­nał bar­dziej kacz­kę.

– Ał­da­wizd az oc, zrtap! – rzekł wyż­szy z nich, przy­glą­da­jąc się z roz­ba­wie­niem fli­sa­kom.

– Je­zrog obla, in­a­jip me­ikin­wep – od­po­wie­dział po­waż­nie niż­szy, trzy­ma­jący skrzy­nię.

– Na­bi­ja­ją się z na­szej tra­twy – szep­nął Skow­ro­nek do to­wa­rzy­szy. – I z nas.

– Ro­zu­miesz ten beł­kot? – za­py­tał rów­nie cicho Cy­ru­lik. Teraz poj­mu­ję, czemu to cie­bie przy­dzie­li do tej ro­bo­ty, po­my­ślał.

– Azsaw ałyb ainy­zrks? – zwró­cił się niż­szy do tra­twia­rzy.

– Oni mówią po na­sze­mu, tylko… wspak. Będę tłu­ma­czył – rzekł Skow­ro­nek, po czym zwró­cił się do przy­by­szy w ich ję­zy­ku: – Skrzy­nia nasza. Od­da­cie ją?

– Choć­by­śmy chcie­li, to nie mo­że­my – od­rzekł z uda­wa­ną li­to­ścią wyż­szy. – Prawo mówi: „Co do wody wpad­nie i nie jest na dnie, do króla na­le­ży, podać mi gu­lasz do wieży”.

– Cie­ka­wost­ka: ostat­nia część prawa jest praw­do­po­dob­nie po­mył­ką ko­pi­sty… – za­czął en­tu­zja­stycz­nie niż­szy.

– Nie za­nu­dzaj przy­by­szy – urwał drugi. – Po­ru­sza­ją się po na­szych rze­kach, a nie znają pod­sta­wo­wych praw. Nie ob­cho­dzą ich twoje sen­sa­cje ju­ry­stycz­ne.

Niż­szy za­milkł wy­raź­nie obu­rzo­ny.

– Jakie ich prawo? O co tu… – Cy­ru­lik prze­rwał, gdy Róża po­trzą­snę­ła jego ra­mie­niem. Spoj­rzał we wska­zy­wa­nym przez nią kie­run­ku na nie­bie.

Uj­rzał tam le­cą­cą… ła­wi­cę okoni. Po obu stro­nach rzeki za­miast zwy­kłych drzew były drze­wa z ka­mie­nia­mi w miej­scu liści. Woda była dość mętna, jed­nak dał radę doj­rzeć, że to co pod nią pływa, pra­wie na pewno jest go­łę­biem. Zde­cy­do­wa­nie to oni byli tu przy­by­sza­mi.

– Co­kol­wiek z tra­twy za skrzy­nię – za­su­ge­ro­wał Cy­ru­lik, kry­jąc ogar­nia­ją­cy go nie­po­kój. Spoj­rzał na Skow­ron­ka jako tłu­ma­cza.

– Nie, nie od­da­my im ni­cze­go – sprze­ci­wił się sta­now­czo Skow­ro­nek ku zdzi­wie­niu star­sze­go kom­pa­na. – Co mo­że­my zro­bić, żeby do­stać skrzy­nię z po­wro­tem?

– Ano… – Wyż­szy po­dra­pał się po bro­dzie. – Król pew­nie bę­dzie li­cy­to­wał. Mo­że­cie wy­ku­pić. O tam – wska­zał kie­ru­nek za nim – pro­sto rzeką, nie prze­oczy­cie.

– Za ile dni bę­dzie au­kcja? – Skow­ro­nek prze­tłu­ma­czył py­ta­nie Cy­ru­li­ka.

– Dni? – Po­trzą­snął z roz­ba­wie­niem głową. – A któż wie, kto bę­dzie rzą­dził za parę dni! Li­cy­ta­cja bę­dzie jesz­cze dziś. Ale małe szan­se, że tym wy­na­laz­kiem do­pły­nie­cie przed zmro­kiem…

Od­wró­ci­li wierz­chow­ce. Wyż­szy rzu­cił jesz­cze:

– To coś za wami ma stąd znik­nąć, nie ta­ra­suj­cie.

Od­je­cha­li, czy też od­pły­nę­li, w kie­run­ku sie­dzi­by króla.

A to, co za nimi było, sta­no­wi­ło wier­ną kopię ośmio­ścia­nu, który wy­stra­szył go­ło­wą­sych straż­ni­ków.

– To nas tu prze­nio­sło, gdzie­kol­wiek je­ste­śmy – rze­kła Róża. – I to nas też za­bie­rze.

Wzię­ła jedno z wio­seł i za­czę­ła od­py­chać tra­twę w stro­nę ośmio­ścia­nu. Cy­ru­lik ją zła­pał.

– Bez skrzy­ni nie wra­ca­my! – wark­nął. – Choć­by­śmy mieli pły­nąć do…

– A płyń­że se sam! Pusz­czaj! – Ko­bie­ta za­czę­ła się­gać po pi­sto­let.

– Różo! – wtrą­cił się Skow­ro­nek, roz­dzie­la­jąc ich. – Żad­ne­go strze­la­nia w tym miej­scu! Pa­le­nia też! – zwró­cił się do Cy­ru­li­ka. – I spójrz­cie – wska­zał na le­cą­ce­go oko­nia. – Bez skrzy­ni skoń­czy­my…

Okoń spo­czął na ośmio­ścia­nie. Zmie­nił się w ka­mień i spadł do wody. 

– …wła­śnie tak – do­koń­czył.

Róża za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy przy­pad­kiem nie do­sta­ła apo­plek­sji na tra­twie, a to wszyst­ko to ja­kieś chore ma­ja­cze­nia.

– Skrzy­nia… – do­po­wie­dział Skow­ro­nek. – To co w niej jest, to klucz. A to są drzwi. Z za­bez­pie­cze­niem. Ma­gicz­nym.

– Ma­gicz­nym… – wy­szep­ta­ła z re­zy­gna­cją w gło­sie Róża. – Ale dla­cze­go…?

– Gruby mu­siał otwo­rzyć skrzy­nię, a ktoś tego nie za­uwa­żył. – Spoj­rzał zna­czą­co na Cy­ru­li­ka.

Kom­pan za­mam­ro­tał pod nosem coś jakby „szpi­cuj się”.

– Ar­te­fakt dzia­ła z opóź­nie­niem. Wy­star­czy wy­ja­śnień? Mo­że­my już pły­nąć, za­wo­do­wa oszust­ko i kró­lo­wo gra­san­tów?

 

***

 

– Skow­ron – Róża nie zdrob­ni­ła jego imie­nia – czy ty już tu byłeś?

Na twa­rzy Skow­ron­ka po­ja­wił się gry­mas dziec­ka przy­ła­pa­ne­go na kłam­stwie. Cy­ru­lik za­ję­ty wio­sło­wa­niem uda­wał, że nie jest za­in­te­re­so­wa­ny opo­wie­ścia­mi, choć cie­ka­wi­ło go to o wiele bar­dziej niż Różę. Nie­wie­le wie­dział o mło­dym to­wa­rzy­szu.

– Można tak po­wie­dzieć – od­po­wie­dział chło­pak zdaw­ko­wo.

– Można tak po­wie­dzieć… – po­wtó­rzy­ła, nie prze­sta­jąc wio­sło­wać. – Je­ste­śmy w ja­kiejś dzi­wacz­nej kra­inie…

– Świe­cie Lu­strza­nym, Zwier­cia­dla­nym, róż­nie mówią – Skow­ro­nek pró­bo­wał prze­jąć kon­tro­lę nad kie­run­kiem, w jakim zmie­rza­ła ta kon­wer­sa­cja – albo Od­wró­co­nym, Kon­trar­nym, na Opak, Wspak…

– A ty wci­skasz mi tu ja­kieś pier­do­ły o na­zew­nic­twie. – Róża nie da­wa­ła za wy­gra­ną. – Co się tutaj dzie­je, do ja­snej cho­le­ry? – Sta­ra­ła się trzy­mać nerwy na wodzy, jed­nak bez ochro­ny le­śnych łucz­ni­ków nie szło jej to za do­brze. – Jaki Świat Wspak? Jak w kar­na­wa­ło­wych za­ba­wach miesz­czu­chów?

– Z grub­sza ten sam. Nie wiem czy w każ­dej, ale aku­rat w tej buj­dzie jest ziar­no praw­dy. Praw­dę mó­wiąc, nie wszyst­ko jest tak zu­peł­nie od­wrot­nie, zo­bacz cho­ciaż­by…

– Skow­ron, prze­stań pie­przyć! – Róża opu­ści­ła wio­sło.

– Wio­słuj! – wtrą­cił Cy­ru­lik.

– Kim je­ste­ście i co jest w skrzyn­ce? – Nie zwra­ca­ła uwagi na po­ucze­nia Cy­ru­li­ka.

– Nie pora na to, wio­słuj do cho­le­ry!

– To na­pa­da­nie bied­nych fli­sa­ków zwy­kle tak nie wy­glą­da? – Skow­ro­nek pró­bo­wał od­wró­cić kota ogo­nem.

– Na­pa­da­my ich panów i pra­co­daw­ców, fli­sa­cy nic na tym nie tracą – od­szczek­nę­ła.

– Do wio­sło­wa­nia! – krzyk­nął Cy­ru­lik, sa­me­mu prze­sta­jąc wio­sło­wać. – Już!

Wy­star­czy­ła chwi­la nie­uwa­gi. Nagle po­czu­li mocne ude­rze­nie. Za­chwia­li się. Tra­twa osia­dła na brze­gu ostro­wu.

 

***

 

Był to ostrów za­miesz­ka­ły, gdyż znaj­do­wa­ła się na nim mała drew­nia­na chat­ka, dość zwy­czaj­na, w prze­ci­wień­stwie do jej oto­cze­nia. Wokół rosły pod­grzyb­ki dwu­krot­nie prze­wyż­sza­ją­ce dom, a u ich pod­nó­ży dało się doj­rzeć mi­nia­tu­ro­we lipy i klony. Z nie­wiel­kiej budy wy­biegł bury kocur roz­mia­rów po­rząd­ne­go psa i za­czął ob­szcze­ki­wać in­tru­zów miauk­nię­cia­mi. Przy­wo­ła­ło to bro­da­te­go star­ca w świe­żo po­pla­mio­nej ko­szu­li.

– Fi­le­mon! Spo­kój! – roz­ka­zał w miej­sco­wym ję­zy­ku. Kot ucichł, jed­nak wciąż po­ka­zy­wał kły.

– Prze­pra­sza­my, już od­pływ… – Cy­ru­lik nie chciał kło­po­tów.

– Nie szko­dzi, nie szko­dzi, rzad­ko mam gości. – Za­uwa­ży­li, że ich przy­pad­ko­wy go­spo­darz nie tylko ro­zu­mie Cy­ru­li­ka, ale teraz też sam nie mówi wspak. – A gości z ro­dzin­nych stron to już w ogóle! Przy­jem­nie sły­szeć swoj­ską mowę. 

Uśmiech­nię­ty zła­pał się pod boki i przyj­rzał się go­ściom.

– A niech mnie, Skow­ro­nek? – Pod­szedł bli­żej.

– Stryj­cio…

– Skow­ron­ku! Kopę lat, mój chłop­cze! – Uści­snął go. – Wy­do­ro­śla­łeś! Ta pan­ni­ca, to twoja?

Róża wy­cią­gnę­ła pi­sto­let.

– Pa­nien­ko, nie chcia­łem ura­zić. – Stryj­cio ni­czym się nie zra­ża­jąc po­kle­pał ją po ra­mie­niu. Wska­zał im ręką, żeby we­szli za nim do środ­ka. – Wła­śnie ja­dłem ko­la­cję. Zna­czy na wasze to bę­dzie obiad. Chodź­cie.

– Mó­wi­łem – szep­nął Skow­ro­nek do ban­dyt­ki. – Żad­ne­go wy­ma­chi­wa­nia bro­nią!

– Na­pi­je­cie się? – kon­ty­nu­ował już w środ­ku Stryj­cio. – Moc­niej­sze­go nic nie mam, król przed­wczo­raj­szy wy­my­ślił re­kwi­zy­cję wszyst­kich trun­ków w pro­mie­niu dzie­się­ciu ty­się­cy okoni, zna­czy tych, od wczo­raj liczy się już w ko­niach: to bę­dzie… A pies ich lizał! Jeden dzień po­rzą­dzą, zmian na­ro­bią, weź się połap. No, o czym to ja?

– Stryj­ciu…

– Jak mój brat? Jak się ma Ko­ry­fe­usz? W do­brym zdro­wiu? – pytał, na­kła­da­jąc jed­no­cze­śnie przy­by­szom nie­za­chę­ca­ją­cą papkę z kotła. Mimo tego Róży za­bur­cza­ło w brzu­chu.

– W do­brym – od­rzekł za Skow­ron­ka Cy­ru­lik.

– Pra­cu­jesz dla niego? Pil­nuj tego urwi­poł­cia. – Wska­zał cho­chlą na chło­pa­ka. – Wiesz, że jak był mały…

– Stryj­ciu – po­wstrzy­mał go Skow­ro­nek, jed­no­cze­śnie ła­piąc się­ga­ją­cą po łyżkę rękę Róży.

– Ko­ry­fe­usz dalej pro­wa­dzi ba­da­nia? – Sta­rzec usiadł do stołu. – Kiedy re­wo­lu­cja? Nie mów­cie, że wła­śnie po to…?!

– Stryj­ciu – prze­rwał gło­śno Skow­ro­nek, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę Róży. – Dzię­ku­je­my ser­decz­nie. Wiesz, że nie mo­że­my jeść nic miej­sco­we­go. Za­sa­da rów­no­wa­gi mię­dzy­świa­to­wej.

– Tak, tak – wes­tchnął. – A co z rewo…

– Pły­nie­my po ar­te­fakt. Do mia­sta. Trafi jesz­cze dziś na li­cy­ta­cję.

– Jesz­cze dziś?! Niech no…! To już zaraz! Bierz­cie konie! Zo­staw­cie ła­du­nek u mnie! Ru­szać się! Ru­szać!

 

***

 

Roz­ła­do­wa­ną i za­przę­żo­ną w kacz­­ko­nie tra­twą wpły­nę­li ka­na­łem do Mia­sta. Jak wy­ja­śnił po dro­dze Skow­ro­nek, Mia­sto miało ofi­cjal­ną nazwę, jed­nak swego czasu ko­lej­ni wład­cy zmie­nia­li ją tak czę­sto, że nikt już nie mógł się po­ła­pać, która była pra­wo­wi­ta, więc za­czę­to mówić po pro­stu – Mia­sto. Jed­nak spra­wa dziw­ne­go na­zew­nic­twa ze­szła na da­le­ki plan, gdy zo­ba­czy­li, jak mia­sto wy­glą­da. Pierw­sze, co im się rzu­ci­ło w oczy, to brak ja­kich­kol­wiek murów, czy nawet wałów obron­nych. Potem uj­rze­li domy, ka­mien­ne bądź ce­gla­ne bu­dow­le na drew­nia­nych pod­mu­rów­kach. Oczy­wi­ście wej­ścia do nich znaj­do­wa­ły się nie na par­te­rze czy pierw­szym pię­trze, a na ostat­niej kon­dy­gna­cji, a drzwi otwie­ra­ły się do góry, a nie w bok. Ze ścian par­te­ru wy­ra­sta­ły ko­mi­ny. Z nich nie wy­do­by­wał się dła­wią­cy, czar­ny dym, a… bańki my­dla­ne. Dzię­ki temu, Mia­sto było naj­czyst­szym, naj­mi­lej pach­ną­cym mia­stem, w jakim kie­dy­kol­wiek przy­by­sze mieli oka­zję, ba, nawet ma­rze­nie, być.

Za­cu­mo­wa­li tra­twę, mając na­dzie­ję, że jest to bez­płat­ne, i po­bie­gli w stro­nę gó­ru­ją­ce­go nad mia­stem zamku. Naj­prost­sza droga wio­dła jed­nak przez za­tło­czo­ną ulicę pełną prze­krzy­ku­ją­cych się na­wza­jem stra­ga­nia­rzy. Mogli po­dzi­wiać ko­lo­ryt lo­kal­ne­go życia. Ktoś się awan­tu­ro­wał, że sprze­daw­ca wci­snął mu świe­że jabł­ka, za­pew­niw­szy wcze­śniej o ich nie­ska­zi­tel­nej zgni­ło­ści. Jeden z ry­ba­ków re­kla­mo­wał się ha­słem „Druga świe­żość, tylko u mnie!”. Jakiś dzie­ciak latał wy­krzy­ku­jąc „Psu­cie obu­wia! Psu­cie obu­wia!”. Gdzieś mi­nę­li ulicz­ne­go por­tre­ci­stę ma­lu­ją­ce­go swo­ich klien­tów w jak naj­brzyd­szy, naj­bar­dziej wy­na­tu­rzo­ny spo­sób. Po tym kar­na­wa­le cu­dow­no­ści Cy­ru­lik wolał się nawet nie za­sta­na­wiać, jak wy­glą­da­ją tutaj usłu­gi roz­ryw­ko­we. Na­to­miast uwagę Róży zwró­cił jeden, po­wta­rza­ją­cy się nie­mal u każ­de­go prze­chod­nia ele­ment ubio­ru: wy­so­kie po ko­la­na skó­rza­ne buty. Takie, które nosi się w naj­gor­szą plu­chę, na po­ło­wy albo na ro­man­tycz­ne spa­ce­ry po ba­gnach, ale nie w sło­necz­ne, let­nie dni w mie­ście.

– Co oni z tymi bu­ta­mi?

– Chyba stara moda. Kie­dyś za­miast ulic były ka­na­ły… – Skow­ron­ko­wi nie dane było skoń­czyć, gdyż wła­śnie do­tar­li na przed­zam­cze.

– Przed­miot numer dwa­dzie­ścia czte­ry. – Usły­sze­li mocny głos au­kcjo­nera. – Skrzy­necz­ka z eg­zo­tycz­ne­go drew­na, nie­usta­lo­nej pro­we­nien­cji, wy­mia­ry około osiem ty­sięcz­nych konia sze­ścien­ne­go. Uwaga! Za­war­tość skrzyn­ki jest nie­zna­na! Roz­po­czy­nam li­cy­ta­cję! – Na placu roz­le­gło się ude­rze­nie ku­chen­nym wał­kiem w pul­pit.

– Dam wieś! – za­wo­łał bosy męż­czy­zna w pro­stej, ciem­nej ko­szu­li.

– Dam trzy konie! – za­li­cy­to­wa­ła ko­bie­ta wy­stro­jo­na w ele­ganc­ką suk­nię.

– Dam kota! – krzyk­nął męż­czy­zna w gro­no­sta­jo­wym płasz­czu pod­szy­tym mie­nią­cy­mi się w słoń­cu ka­mie­nia­mi szla­chet­ny­mi.

– No dalej, kto da ­mniej? – krzy­czał au­kcjo­ner. Po chwi­li ude­rzył w pul­pit. – Kot po raz pierw­szy! 

Wśród li­cy­tu­ją­cych za­pa­no­wa­ło drob­ne po­ru­sze­nie. Au­kcjo­ner wal­nął wał­kiem ko­lej­ny raz.

– Kot po raz drugi!

– Nic!

Za­pa­dła cisza. Oczy wszyst­kich na placu zwró­ci­ły się na chwi­lę w stro­nę dziw­nej sza­ty­no­wło­sej przy­bysz­ki w zie­lo­nej sukni, po czym z po­wro­tem w kie­run­ku au­kcjo­ne­ra. Ten w za­kło­po­ta­niu wyjął spod pul­pi­tu tekst usta­wy o au­kcjach kró­lew­skich i po­śpiesz­nie go prze­wer­to­wał. Wy­pro­sto­wał się i ode­zwał się do li­cy­tu­ją­cych.

– Wła­ści­wie… – za­bur­czał. Kro­pla potu spły­nę­ła mu po czole. – Jest to zgod­ne z pra­wem…

Roz­le­gło się szem­ra­nie, jed­nak nikt nie od­wa­żył się za­brać głosu.

– Nic po raz pierw­szy!

– Nic po raz drugi!

– Nic po raz trze­ci! Sprze­da­ne! Skrzy­necz­ka na­le­ży do panny w zie­lo­nej su­kien­ce!

W ten oto spo­sób pewna panna ob­ró­ci­ła w perzy­nę cały sys­tem au­kcji. Tym samym do­la­ła jedną, nad­mia­ro­wą kro­plę dez­or­ga­ni­za­cji do i tak już wy­peł­nio­nej cha­osem czary eko­no­mii Świa­ta Wspak.

 

***

 

– Wiel­kie nieba! – za­krzy­czał Stryj­cio, wi­dząc tra­twę, a za nią go­re­ją­cą łunę nad mia­stem. – Co się stało?

Trój­ka z tra­twy za­czę­ła na­pręd­ce ła­do­wać towar z po­wro­tem, uwa­ża­jąc, by nic nie wy­pa­dło. Stryj­cio kiwał głową, gdy opo­wia­da­li mu prze­bieg li­cy­ta­cji.

– Po za­bra­niu skrzyn­ki wy­bie­gli­śmy z placu – koń­czył opo­wieść Skow­ro­nek. – Au­kcjo­ner chyba mu­siał do­koń­czyć li­cy­ta­cję resz­ty to­wa­rów, lu­dzie darli się, nie mogli usta­lić, kto pierw­szy po­wie­dział „nic”. Jak wy­pły­wa­li­śmy to zdaje się, że w ruch po­szły pię­ści. A teraz… – Chło­pak chciał po­ka­zać ręką pło­ną­ce mia­sto, jed­nak na ho­ry­zon­cie do­strzegł coś wię­cej. – Psia­ju­cha, to sztan­dar kró­lew­ski! – ryk­nął, rzu­ca­jąc jesz­cze szyb­ciej ostat­nie worki Cy­ru­li­ko­wi. – Jak nic gonią za nami!

– Król-idio­ta mu­siał wydać jakiś de­kret, który od­wró­cił całe prawo! – wy­ja­śnił Stryj­cio.

– Prawo dzia­ła tu wstecz?! – spy­ta­ła Róża, która jako herszt­ka roz­bój­ni­ków na pra­wie znała się le­piej niż grodz­ki ju­ry­sta.

– Takie uroki jed­no­dnio­władz­twa – od­rzekł Stryj­cio. – Ru­szaj­cie już! Konie zo­staw­cie na rzece. Tylko rzuć­cie lejce na ląd, bo je stra­cę. No płyń­cie już! Spró­bu­ję jakoś za­trzy­mać po­ścig.

– Nie, Stryj­ciu, nie wy­chy­laj się – za­opo­no­wał Skow­ro­nek. – Prze­cież król nie da ci póź­niej żyć.

– Co? Skow­ron­ku – uspo­ka­jał sta­rzec – tej łaj­zie zo­sta­ło może pięć, sześć kwa­dran­sów pa­no­wa­nia. A potem elek­cja no­we­go wład­cy. Obec­ny jak wróci do ho­do­wa­nia ka­ra­si pocz­to­wych, to bę­dzie mógł mi na­sko­czyć!

 

***

 

Tym­cza­sem na brzeg rzeki po­dą­żał or­szak sta­ro­ściń­ski. Po dzie­wię­ciu pie­chu­rów z rusz­ni­ca­mi po bo­kach, sze­ściu kon­nych ry­ce­rzy i lekko pod­pi­ty, wy­rwa­ny z karcz­my cho­rą­ży. Za nimi kilku pa­choł­ków z go­to­wy­mi dłu­ban­ka­mi, gdyby trze­ba było pod­pły­nąć. Na­stęp­nie szedł miej­sco­wy mistrz al­che­mii, Ukwap, wraz ze swo­imi go­ść­mi ze stron od­le­głych: mi­strzem Ma­tey­em i uczniem Ja­da­mem. Kroku pró­bo­wał im do­trzy­my­wać pod­sta­rza­ły ka­płan Jawor, który swą obec­ność tłu­ma­czył nie­do­sko­na­ło­ścią al­che­mii. I na końcu sam pan Sta­ro­sta z dwoma go­ło­wą­sy­mi straż­ni­ka­mi.

Gdy do­tar­li do miej­sca, w któ­rym miało znaj­do­wać się to nie­opi­sy­wal­ne we­dług nich dziwo – zo­ba­czy­li je­dy­nie po­tur­bo­wa­ną tra­twę, choć z peł­nym za­ła­dun­kiem.

– Wy ła­chu­dry! – Sta­ro­sta za­mach­nął się bu­ła­wą. – Roz­bi­tą łajbę mi po­ka­zu­je­cie?

Straż­ni­cy pró­bo­wa­li uni­kać ude­rzeń i jed­no­cze­śnie się tłu­ma­czyć. Po­słano część ludzi w dłu­ban­kach do spraw­dze­nia łajby.

– Panie – za­wo­ła­li po przej­rze­niu ła­dun­ku – tu leżą dwa ciała!

Straż­ni­cy prze­łknę­li ślinę.

– W straż­ni­czych uni­for­mach! Jeden z nich to Dzię­ga, drugi jakiś młody rudy!

– Co to jest? Za­sadz­ka? W go­to­wo­ści! – za­krzy­czał Sta­ro­sta, po czym zwró­cił się do go­ło­wą­sów. – W zmo­wie je­ste­ście ze zbój­ca­mi! Za­mor­do­wa­li­ście do­wód­cę i wła­sne­go to­wa­rzy­sza! Do lochu z nimi! Niech kat się zaj­mie tymi łaj­da­ka­mi!

 

***

 

– Tu się roz­sta­nie­my – rzekł sucho Cy­ru­lik, gdy we­szli głę­biej w las. Przy­sta­nę­li.

Po po­wro­cie ze Świa­ta Wspak nie mieli wiele czasu. Ku ich za­sko­cze­niu nikt na nich nie cze­kał. Ale spo­dzie­wa­li się, że w każ­dej chwi­li może się ktoś po­ja­wić, więc ucie­kli, ła­piąc na­pręd­ce tro­chę za­pa­sów. I oczy­wi­ście skrzy­necz­kę, z którą Cy­ru­lik już się nie roz­sta­wał.

– Pro­po­zy­cja wciąż ak­tu­al­na – po­wie­dzia­ła Róża. – Znaj­dzie się miej­sce w ban­dzie. Może od­pusz­czę wam nawet etap la­try­nia­rzy i awan­su­je­cie od razu na no­si­wo­dów. – Uśmiech­nę­ła się.

Cy­ru­lik po­krę­cił głową. W mię­dzy­cza­sie zdą­żył już za­pa­lić upra­gnio­ną fajkę. Zda­wa­ło się, że kącik jego ust lekko się pod­niósł.

– Mamy ocze­ki­wać strza­ły mię­dzy ocza­mi?

– Ostat­nia pro­po­zy­cja: ty uchy­lasz swój wyrok śmier­ci na mnie, a ja od­wo­łu­ję za­wo­dy strze­lec­kie z wa­szy­mi gło­wa­mi za­miast tarcz.

Cy­ru­lik i Róża uści­snę­li sobie ręce. Był to jed­nak bar­dziej uścisk wład­ców fi­na­li­zu­ją­cych per­trak­ta­cje o lo­sach kró­lestw niż ser­decz­ne po­że­gna­nie przy­ja­ciół.

– Jeden wyrok śmier­ci mniej – rze­kła.

– Oni tu w ogóle są? Ob­ser­wu­ją? – wtrą­cił Skow­ro­nek.

– Nie wiem – od­po­wie­dzia­ła Róża, roz­kła­da­jąc ręce i uśmie­cha­jąc się ta­jem­ni­czo. – Może tak, może nie. Że­gnaj, Skow­ron­ku.

Od­wró­ci­ła się i ru­szy­ła w swoją stro­nę. Za­trzy­ma­ła się jed­nak po paru kro­kach.

– Skow­ron­ku, ostat­nia rzecz – za­wo­ła­ła. – Mó­wi­łeś o rów­no­wa­dze mię­dzy na­szym świa­tem a Świa­tem Wspak. Je­że­li Stryj­cio jest z na­sze­go świa­ta, to zna­czy, że ktoś ze Świa­ta Wspak jest tutaj, praw­da?

Skow­ro­nek wzru­szył ra­mio­na­mi i wy­re­cy­to­wał:

 

Pro­sty chło­pak je­stem,

Od­po­wie­dzi nie znam,

I znać nie chcę.

Koniec

Komentarze

A ja Jim je­stem pro­sty,

po­do­ba­ło mi się,

po cóż pisać dłuż­sze posty ;-)

 

 

Fajna wa­ria­cja na temat Ali­cji po dru­giej stro­nie lu­stra.

Prop­sy za kota Fi­le­mo­na. Je­dy­ne pra­wil­ne imię dla kota – poza Bo­ni­fa­cym oczy­wi­ście!

Bar­dzo fajne te od­zyw­ki stra­ga­nia­rzy i psuj­bu­tów.

Humor, zwro­ty akcji – cze­góż chcieć wię­cej?

 

Po­wo­dze­nia w kon­kur­sie!

en­tro­pia nigdy nie ma­le­je // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Dziw­ny jest świat, gdzie bo­gacz żyje w bie­dzie,

a żoł­nierz na ko­nio­kacz­ce je­dzie,

lecz z uśmie­chem na ustach po­wiem wie­cie,

Pa­nie­Do­min­go, niech ci się w kon­kur­sie wie­dzie.

 

EDIT.

Kon­rad był, Kon­rad łypał,

Kon­rad Jima ma­chi­na­cje wi­dział.

 

HA­HA­HA!!!

Za te ry­mo­wa­ne ko­men­ta­rze dzię­ku­ję,

Cie­szę się, że i Jim, i Kon­rad apro­bu­je ;)

Za­chwy­ci­ły mnie konie.

Poza tym opo­wia­da­nie fajne, bo nie­prze­wi­dy­wal­ne.

I Ró­życz­ka wie­lo­wy­mia­ro­wa i – w od­róż­nie­niu od wielu in­nych opo­wia­dań – nie za­chwy­ca­ją­co pięk­na, szla­chet­na i słod­ka;)

W więk­szo­ści opo­wia­dań męż­czyź­ni są cie­kaw­si od ko­biet, a tu nie.

"nie mam jak po­rów­nać sa­mo­po­czu­cia bez ba­ła­ga­nu..." - Anan­ke

Mogła być saga, a jest try­lo­gia,

zbierz­cie się poeci,

nie­chaj wyj­dzie an­to­lo­gia!

Przy­był Amon i prze­czy­tał,

a po­nie­waż dobry z niego chło­pak,

musi po­wie­dzieć, że bar­dzo mu się spodo­bał

ten Twój Świat na Opak. 

 

Nie umiem w rymy, ale czy­ta­łem z nie­kła­ma­nym za­in­te­re­so­wa­niem i dużą przy­jem­no­ścią ;) Udana lek­tu­ra, brawo. Bar­dzo nie­na­chal­ny humor, pełno zwro­tów akcji, za­ska­ku­jesz czy­tel­ni­ka na każ­dym kroku. Faj­nie wy­kre­owa­łeś rów­nież bo­ha­te­rów i super Ci wy­szedł za­pre­zen­to­wa­ny świat. Oprócz tego wszyst­kie­go, cał­kiem nie­złe wy­ko­na­nie.

Uśmiech­ną­łem się przy prze­pi­sie prawa wzbo­ga­co­nym o ko­men­dę do­star­cze­nia gu­la­szu do wieży, spodo­bał mi się bar­dzo opis tar­go­wi­ska w Świe­cie na Opak. Dużo tego, ale nie będę wszyst­kie­go wy­mie­niać, żeby nie spo­ile­ro­wać ewen­tu­al­nym nowym czy­tel­ni­kom.

Oczy­wi­ście za­skar­żę gdzie trze­ba.

 

Jeśli coś można by­ło­by po­pra­wić, to od­są­czyć tekst z nad­mia­ru za­im­ków, na przy­kład tutaj:

Przy­po­mi­nał mu o sta­rych, do­brych cza­sach

To wspo­mnie­nie przy­no­si­ło mu smu­tek, ale też swego ro­dza­ju spo­kój.

W prze­cin­ki nie­zbyt umiem, ale tutaj ewi­dent­nie za­bra­kło:

– Cy­ru­li­ku, nie martw się(+,) dla cie­bie też coś mam.

I jesz­cze kilka głu­po­tek:

król przed­wczo­raj­szy wy­my­ślił re­kwi­zy­cje wszyst­kich trun­ków w pro­mie­niu dzie­się­ciu ty­się­cy okoni,

Czy nie miało być re­kwi­zy­cję?

Jak tam szło te nasze prawo?

to nasze prawo

Ro­zu­miesz ten beł­kot? – za­py­tał rów­nie cicho Cy­ru­lik. Teraz ro­zu­miem, czemu to cie­bie przy­dzie­li do tej ro­bo­ty, po­my­ślał.

Może poj­mu­ję?

 

Po­zdro,

Amon

A Si­lva­na jesz­cze nie bylo, Za­iste, gdzieś mu się zmyło. Ale nad­ro­bi wkrót­ce, Gdy usią­dzie przy… Cho­le­ra. Cho­dzi­ło o piwo.

Si­lvan,

 

Gdy usią­dzie cier­pli­wie przy…

A Tra­twa do­da­na do ko­lej­ki.

“Kiedy lu­dzie mówią ci, że coś jest nie tak albo im się nie po­do­ba, pra­wie za­wsze mają rację. Kiedy mówią ci, co do­kład­nie we­dług nich jest źle i jak to na­pra­wić, pra­wie za­wsze się mylą”. Neil Ga­iman

Am­bush, dzię­ku­ję za wi­zy­tę! Sta­ra­łem się wy­kre­ować cie­ka­wą po­stać ko­bie­cą i widzę, że mi się udało :)

Amon­Ra, cie­szę się, że się po­do­ba­ło. Dzię­ku­ję za ła­pan­kę, zaraz po­pra­wię tekst :)

si­lva­nie, miłej lek­tu­ry i smacz­ne­go trun­ku, jaki by on nie był ;)

Pro­sty chło­pak je­stem, pro­sty jak cho­le­ra,

po­pro­szę o numer Two­je­go de­ale­ra :)

 

Bar­dzo mi się po­do­ba­ło! Prze­wró­ci­łeś mój świat na drugą stro­nę. Hi­sto­ria jest cie­ka­wa, spój­na i do­pra­co­wa­na.

Prze­cze­pił­bym się do psa, który ziaja i do jed­nej ob­raz­ki z karcz­mar­ką.

Poza tym, Aj­ca­le­wer!

“Kiedy lu­dzie mówią ci, że coś jest nie tak albo im się nie po­do­ba, pra­wie za­wsze mają rację. Kiedy mówią ci, co do­kład­nie we­dług nich jest źle i jak to na­pra­wić, pra­wie za­wsze się mylą”. Neil Ga­iman

Po­przed­ni­cy pięk­ne rymy na­pi­sa­li,

opo­wia­da­nie słusz­nie po­chwa­li­li,

ale ja to nie umiem w te kloc­ki,

więc idę oglą­dać do­bra­noc­ki laugh

 

Uff to utwier­dza mnie w prze­ko­na­niu, że nie umiem w rymy.

Opo­wia­da­nie mi się po­do­ba­ło, sze­ścian mnie zu­peł­nie za­sko­czył, tak samo Róża – ban­dyt­ka (ale nie sztam­po­wa bo­ha­ter­ka ko­bie­ca za­wsze ma u mnie plusa!). Cie­ka­wy świat, ale mam spory nie­do­syt, tj. chcia­ła­bym usły­szeć o nim wię­cej, szcze­gól­nie o zwie­rzę­tach/ro­śli­nach. Choć tro­chę za­czę­łam się za­sta­na­wiać jak wy­glą­da eko­no­mia świa­ta na Wspak cool

Ko­lej­ny nie­do­syt mam po nie­wy­ja­śnie­niu zu­peł­nie te­ma­tu ośmio­ką­ta, Skow­ron­ka, skąd miał go Cy­ru­lik itp. Nie mówię, żeby od­sła­niać wszyst­ko, ale zde­cy­do­wa­nie za dużo zo­sta­ło nie­do­po­wie­dzia­ne (to jak dać dziec­ku cu­kie­rek, ten otwie­ra sre­ber­ko, na­pa­wa się wi­do­kiem i wtedy ktoś mu go za­bie­ra).

 

Kilka ła­pa­nek:

Skow­ro­nek spoj­rzał na Cy­ru­li­ka. Kiw­nął głową przy­zwa­la­ją­co

Pod­miot? Bo ja nie wiem czy Skow­ro­nek czy Cy­ru­lik?

 

– Bła­gam, za­mknij się, Skow­ron – ode­zwał się z tyłu tra­twy łysy męż­czy­zna.

Męż­czy­zna wy­cią­gnął fajkę

Jak wyżej? Skow­ron? Dzię­ga?

I po coś ty na tego straż­ni­ka szedł, Kro­stek? Nie mó­wi­ła ci ma­tu­la, że na fli­sa­ka nie le­piej?

Jak wyżej, nie do końca je­stem pewna kto to po­wie­dział, wy­ja­śnia się kilka li­ni­jek póź­niej.

Jak pies ziaja, by się schło­dzić, tak Kro­stek roz­wie­ra pasz­czę, by ostu­dzić mózg przy wy­sił­ku umy­sło­wym

Tu mi mocno zgrzy­ta gra­ma­tycz­nie – spe­cem nie je­stem ale “tak Kro­stek roz­wie­rał…”?

– Nie masz po­ję­cia, z kim wła­śnie za­dar­łaś – wark­nął. – Po­ża­łu­jesz tego. Bę­dziesz bła­gać o śmierć.

Hmm, jakoś mi nie pa­so­wa­ła re­ak­cja do Cy­ru­li­ka. Zbyt na­pom­po­wa­na? Jesz­cze chwi­lę wcze­śniej był zmę­czo­ny i tę­sk­nił za sta­ry­mi cza­sa­mi?

Wy­mi­gać się nie wy­pa­da

Od ry­mo­wa­ne­go ko­men­ta­rza

Czy­ta­ło się bar­dzo miło

Aż żal, że już się skoń­czy­ło

 

Lekko, śmiesz­nie i ab­sur­dal­nie, świet­nie się ba­wi­łam! Moje serce zde­cy­do­wa­nie skra­dła scena z au­kcją <3 Do­łą­czam się do po­chwał dla Ró­życz­ki, naj­cie­kaw­sza po­stać ;)

Po­zdra­wiam!

„Bóg jest Panem anio­łów i ludzi, i elfów” – J.R.R. Tol­kien

An­dy­ql, faj­nie, że się po­do­ba­ło,

mi­łych słów, nigdy za mało :)

 

Pies użyty wy­łącz­nie w ce­lach po­rów­naw­czych, a “świń­ski ob­ra­zek z karcz­mar­ką”, byśmy znie­lu­bi­li przy­naj­mniej jed­ne­go ze straż­ni­ków.

 

Shan­ti, dzię­ku­ję za uwagi wni­kli­we,

teraz moje od­po­wie­dzi moż­li­we:

 

Od­no­śnie do opi­sów świa­ta, tak mo­głem roz­sze­rzyć i biję się w pierś, że tego nie zro­bi­łem. Nie mam nic na swoje uspra­wie­dli­wie­nie, pro­szę o niski wy­miar kary ;)

Jeśli cho­dzi o nie­do­po­wie­dze­nia, głów­nie w sce­nie ze Stryj­ciem daję tro­chę wska­zó­wek, że może cho­dzić o szer­szy po­li­tycz­ny kon­tekst, ale też nie chcia­łem się na tym za bar­dzo sku­piać z obawy o “zbyt wiele grzy­bów w barsz­czu”. Wątek wy­ja­śnia­ją­cy, co i po co mógł­by w isto­cie bar­dziej za­gma­twać. Ale biorę tę uwagę do serca i przy na­stęp­nych opo­wia­da­niach po­sta­ram się, by ta­kich pro­ble­mów nie było.

Dzię­ku­ję za ła­pan­kę. My­śla­łem, że pod­mio­ty w tych zda­niach będą jasne, ale wi­docz­nie się my­li­łem. Wpro­wa­dzę po­praw­ki :)

A co do na­stro­ju Cy­ru­li­ka, od mo­men­tu, gdy wspo­mniał stare czasy, zdą­żył już za­mor­do­wać czło­wie­ka, sa­me­mu być na ce­low­ni­ku pi­sto­le­tu Ró­życz­ki i wła­śnie stra­cił tak ważny dla sie­bie przed­miot (dla któ­re­go zabił). Mógł się więc tro­chę “na­pom­po­wać”.

 

na­ti-13-98, au­kcji ta­kich ra­czej nie wpro­wa­dzę,

ale fan­klub Ró­życz­ki roz­wa­żę :)

Stary Bar­tek znów toczy swe gadki:

nie­odro­słą od ziemi dzie­ci­ną

będąc, rzu­cił dom ojca i matki,

i jął spły­wać nad morze z wi­ci­ną*.

Opo­wia­dał nam o tym od nowa,

jak spo­tka­ła go pewna het­man­ka,

a choć znamy ten wątek,

niech się ple­cie osno­wa,

więc po­trze­ba mu dolać do dzban­ka!

 

* Wi­ci­na – fli­sac­ka barka lub tra­twa rzecz­na; słowo bli­skie wy­mar­cia, choć znane jesz­cze Do­ro­szew­skie­mu, a dzia­twie szkol­nej ewen­tu­al­nie za spra­wą Przą­śnicz­ki (”przy­szedł do Kró­lew­ca mło­dzie­niec z wi­ci­ną”).

 

 

Tyle ty­tu­łem wstę­pu – a teraz ogól­niej o opo­wia­da­niu. Po­do­ba­ło mi się, je­stem za­do­wo­lo­ny z lek­tu­ry. Temat roz­bój­ni­czek pra­wie wcale nie był eks­plo­ato­wa­ny w pol­skiej li­te­ra­tu­rze i warto z nim eks­pe­ry­men­to­wać (za­kła­dam, że czy­ta­łeś Tet­ma­je­row­skie Or­li­ce). Szko­da, że nie opo­wia­dasz wię­cej o jej kom­pa­nii i re­la­cjach we­wnątrz niej, o co­dzien­nym funk­cjo­no­wa­niu – wy­da­je się, że może to być obie­cu­ją­cy ma­te­riał na kon­ty­nu­ację. Motyw świa­ta na opak może ogra­ny, ale wpro­wa­dzasz go tutaj z pewną gra­cją i po­my­słem. Spró­bu­ję teraz zro­bić bar­dzo przy­pad­ko­wą i cha­otycz­ną ła­pan­kę, zwra­ca­jąc przy tym uwagę też na kwe­stie me­ry­to­rycz­ne oraz po­zy­tyw­ne aspek­ty.

 

Z nami, fli­sa­ska­mi, nie bę­dzie ci le­piej?

Na pewno fli­sa­ska­mi za­miast fli­sa­ka­mi, to ce­lo­we?

od­sta­wił kufel na deko becz­ki.

Czy ra­czej nie na dekę? (Po­kry­wa to ina­czej “deka”, nie “deko”, cho­ciaż nie mam pew­no­ści co do od­mian lo­kal­nych.)

ode­zwał się z tyłu tra­twy łysy męż­czy­zna.

Męż­czy­zna wy­cią­gnął fajkę.

Jeden i ten sam. Czy nie le­piej na­pi­sać “Na­stęp­nie wy­cią­gnął fajkę”?

– Ale trza pła­cić po­dat­ki

Chyba le­piej brzmia­ło­by “Ale pła­cić trza po­dat­ki” (bar­dziej ryt­micz­nie).

Nie mó­wi­ła ci ma­tu­la, że na fli­sa­ka nie le­piej?

Lo­gicz­ne by­ło­by że na fli­sa­ka le­piej.

Niech no tylko trafi się coś więk­sze­go, niż te dwu­oso­bo­we łajby i może z pół zło­te­go się uzbie­ra.

Prze­ci­nek po “łajby” (do­mknię­cie wtrą­ce­nia).

Ryb sobie na­ło­wi­cie. – Po chwi­li do­da­ła – i tę skrzyn­kę też biorę.

Pro­po­no­wał­bym zapis… – Po chwi­li do­da­ła: – I tę skrzyn­kę też biorę.

Nie wiem, kim je­ste­ście i o to nie pytam.

Prze­ci­nek po “je­ste­ście” (do­mknię­cie wtrą­ce­nia, sy­tu­acja ana­lo­gicz­na do po­przed­niej).

Nawet i dziew­ki się znaj­dą. Byle z wła­snej woli chcia­ły, bo jajca po­ury­wam.

Nie tak bym sobie wy­obra­żał Różę. Nie sądzę, aby przy­wód­czy­ni ta­kiej bandy mogła sobie po­zwo­lić na oka­zy­wa­nie wzglę­dów słab­szym. W mojej wer­sji jesz­cze by do­ło­ży­ła od sie­bie ki­jasz­kiem lub kolbą pi­sto­le­tu, ale to prze­cież Twoja wizja.

Tra­twę się za­to­pi, uzna­ją was za nie­bosz­czy­ków i wi­taj­cie wol­no­ści.

“Wol­ność” tu chyba miała być w wo­ła­czu, więc wy­ma­ga przed sobą prze­cin­ka.

z tą karcz­mar­ką z Pod Rybią Łuską?

Ta­kiej formy ra­czej się nie używa. Mo­gło­by być z obe­rży Pod Rybią Łuską albo spod Ry­biej Łuski (ład­niej­sze, ale nie­jed­no­znacz­ne).

Jakby mało było za­dzi­wia­ją­cych zda­rzeń no­wo­pow­sta­ły obiekt wcią­gnął tra­twę

Prze­ci­nek przed nowo po­wsta­ły i pi­sow­nia wła­śnie osob­na (je­dy­nym imie­sło­wem tra­dy­cyj­nie wcie­la­ją­cym przy­słó­wek nowo jest “na­ro­dzo­ny”).

– Ał­da­wizd az oc, zrtap!

Z miej­sca przy­po­mnia­ło mi się Siód­me wta­jem­ni­cze­nie i smut­ny wy­pa­dek z ma­szy­ną do nauki po­przez pod­świa­do­me na­gry­wa­nie (”Atąk-jurt elop”).

„Co do wody wpad­nie, i nie jest na dnie, do króla na­le­ży, podać mi gu­lasz do wieży”.

– Cie­ka­wost­ka: ostat­nia część prawa jest praw­do­po­dob­nie po­mył­ką ko­pi­sty…

To się zda­rza. Praca ko­pi­sty jest roz­pacz­li­wie od­móż­dża­ją­ca, po paru go­dzi­nach nie takie rze­czy można prze­pu­ścić.

Po obu stro­nach rzeki za­miast zwy­kłych drzew były drze­wa z ka­mie­nia­mi za­miast liści.

Warto by­ło­by usu­nąć to po­dwo­jo­ne “za­miast”.

– Co­kol­wiek z tra­twy za skrzy­nię – za­su­ge­ro­wał Cy­ru­lik

Tutaj dałeś mylny trop – przez mo­ment byłem pra­wie pe­wien, że opacz­ni straż­ni­cy spró­bu­ją za­brać Różę.

Skow­ro­nek pró­bo­wał prze­jąć kon­tro­lę nad kie­run­kiem w jakim zmie­rza­ła ta kon­wer­sa­cja

Prze­ci­nek przed “w jakim”.

Co się tutaj dzie­je do ja­snej cho­le­ry?

Prze­ci­nek przed “do ja­snej”.

bez ochro­ny strzel­ców wy­bo­ro­wych

Nie je­stem pe­wien, czy to pa­su­je do ogól­nej wizji – może bez ochro­ny le­śnych łucz­ni­ków?

od wczo­raj liczy się już w ko­niach to bę­dzie…

Naj­le­piej myśl­nik lub dwu­kro­pek przed “to bę­dzie”.

Jeden dzień po­rzą­dzą zmian na­ro­bią, weź się połap.

Prze­ci­nek przed “zmian”.

nie­za­chę­ca­ją­ca papkę

Bra­ku­je ogon­ka.

Wiesz, że nie mo­że­my jeść nic miej­sco­we­go. Za­sa­da rów­no­wa­gi mię­dzy­świa­to­wej.

To bar­dzo lo­gicz­ne (wy­da­je się praw­do­po­dob­ne, że ami­no­kwa­sy mają nie­wła­ści­wą chi­ral­ność, cho­ciaż na tym po­zio­mie roz­wo­ju nauki bo­ha­te­ro­wie oczy­wi­ście nie mogą o tym wie­dzieć).

kacz­ko­ko­nie

Nie le­piej brzmia­ła­by wer­sja krót­sza: kacz­ko­nie?

Potem uj­rze­li domy, ka­mien­ne bądź ce­gla­ne bu­dow­le na drew­nia­nych pod­mu­rów­kach.

Na­praw­dę mi się spodo­bał ten frag­ment opisu świa­ta przed­sta­wio­ne­go!

nie na par­te­rze czy pierw­szy pię­trze

Pierw­szym pię­trze.

Za­cu­mo­wa­li tra­twę, mając na­dzie­ję, że jest to bez­płat­ne i po­bie­gli w stro­nę gó­ru­ją­ce­go nad mia­stem zamku.

Prze­ci­nek po “bez­płat­ne” (do­mknię­cie wtrą­ce­nia).

ro­man­tycz­ne spa­ce­ry po ba­gnach

Zna­ko­mi­ty po­mysł – muszę kie­dyś spró­bo­wać!

– Nic po raz drugi!

W tym mo­men­cie nad­peł­znął Śli­mak Za­gła­dy.

– Dam mło­de­go in­te­li­gen­ta z za­li­czo­ną ma­tu­rą na pięć!

jako herszt­ka roz­bój­ni­ków na pra­wie znała się le­piej niż grodz­ki ju­ry­sta.

Dobre, zu­peł­nie wia­ry­god­ne! Z pew­no­ścią przy­da­wa­ło­by się to przy jej za­ję­ciu. Samo słowo “herszt­ka” też zgrab­nie do­bra­ne.

tej łaj­zie zo­sta­ło mu może pięć, sześć kwa­dran­sów pa­no­wa­nia.

Słów­ko “mu” zbęd­ne.

wy­rwa­ny z karcz­my cho­rą­ży Za nimi kilku pa­choł­ków

Mię­dzy cho­rą­żym a pa­choł­ka­mi po­win­na być w tym or­sza­ku krop­ka.

Był to jed­nak bar­dziej uścisk wład­ców fi­na­li­zu­ją­cych per­trak­ta­cje o lo­sach kró­lestw, niż ser­decz­ne po­że­gna­nie przy­ja­ciół.

Prze­ci­nek przed “niż” zbęd­ny (nie ma od­ręb­nych orze­czeń).

Że­gnaj Skow­ron­ku.

Prze­ci­nek.

Skow­ro­nek wzru­szył ra­mio­na­mi i wy­re­cy­to­wał

Bar­dzo wy­raź­nie su­ge­ru­jesz, że wła­śnie Skow­ro­nek po­cho­dzi z opacz­ne­go świa­ta, ale jak w takim razie mógł­by mieć stry­ja, który po­cho­dzi z (mniej wię­cej) na­sze­go świa­ta? Sto­sun­ki po­kre­wień­stwa czy­nią taki układ ra­czej nie­moż­li­wym.

 

I to na razie wszyst­ko. Udany, in­spi­ru­ją­cy tekst. Myślę, że po wy­łu­ska­niu błę­dów bę­dzie się na­le­ża­ło zgło­sze­nie bi­blio­tecz­ne.

Po­zdra­wiam!

Choć nie umiem pisać rymów,

piszę coś tu dla za­sa­dy:

Prze­czy­ta­łem, [rym do “rymów”]

tekst był lekki i cie­ka­wy

 

Lekki nie­do­syt zwią­za­ny ze świa­tem na opak, chcia­ło­by się spę­dzić tam chwi­lę dłu­żej, ale to co było – po­do­ba­ło mi się. Po­mysł cie­ka­wy, w miarę do­brze przed­sta­wio­ny, humor mi się po­do­bał, a scena au­kcji chyba naj­bar­dziej :P

Слава Україні!

Śli­ma­ku Za­gła­dy,

dzię­ku­ję za twe rady!

 

Pla­no­wa­łem jesz­cze wró­cić do po­sta­ci Róży, a po tak po­zy­tyw­nym od­bio­rze jej po­sta­ci czuję się nawet zo­bo­wią­za­nym, by na­pi­sać jakąś kon­ty­nu­ację.

Na wszyst­kie su­ge­ro­wa­ne zmia­ny się zga­dzam i już je wpro­wa­dzi­łem.

A jeśli cho­dzi o re­la­cję Skow­ron­ka i Stryj­cia, to nie­ko­niecz­nie jest to re­la­cja ro­dzin­na. Spe­cjal­nie pi­sa­łem Stryj­cio wiel­ką li­te­rą, by za­su­ge­ro­wać, że jest to bar­dziej przy­do­mek czy pseu­do­nim (jak Cy­ru­lik). Ale ro­zu­miem, że mogło to być nie do końca czy­tel­ne.

 

Go­lodh, koń­czą mi się rymy,

faj­nie, że się po­do­ba­ło,

je­stem szczę­śli­wy ;)

Czy­ta­łem z przy­jem­no­ścią. Z po­cząt­ku wy­glą­da­ło to na ra­do­sny spływ tra­twą, ale sy­tu­acja eska­lo­wa­ła w mgnie­niu oka – trupy, na­pa­dy, ukry­te toż­sa­mo­ści. Potem bar­dzo cie­ka­wy od­wró­co­ny świat z mnó­stwem faj­nych po­my­słów. Zga­dzam się z nie­któ­ry­mi ko­men­ta­rza­mi, że za dużo zo­sta­ło nie­do­po­wie­dzia­ne, ale może roz­wa­żysz dal­szą część przy­gód tej we­so­łej kom­pa­nii.

Kli­kam i po­zdra­wiam. Bar­dzo dobre.

Za­na­is, dzię­ku­ję za od­wie­dzi­ny! W ewen­tu­al­nej kon­ty­nu­acji po­sta­ram się na­pra­wić te nie­do­po­wie­dze­nia.

Po­zdra­wiam i dzię­ku­ję za klika :)

Sa­mo­zwań­czy Lotny Dy­żur­ny-Par­ty­zant; Nie­ofi­cjal­ny czło­nek sto­wa­rzy­sze­nia Mal­kon­ten­tów i Hi­po­chon­dry­ków

CM, witam ju­ro­ra, dzię­ku­ję za wi­zy­tę :)

Po­czą­tek tro­chę mnie znu­dził, ale za to dal­sza część za­cie­ka­wi­ła i już po­zo­sta­łam na tra­twie :). Ogó­łem fajne opo­wia­da­nie z ko­lo­ry­tem. Opo­wieść dla mnie miała fli­sac­ki kli­mat (choć pew­nie mi mało po­trze­ba w tym wzglę­dzie). A i po­mysł świa­ta na wspak spodo­bał mi się – zwłasz­cza li­cy­ta­cja. Głów­na bo­ha­ter­ka wy­gry­wa :). Daje klika :).

 

Po­wo­dze­nia w kon­kur­sie :)

Mo­ni­que.M, dzię­ku­ję za ko­men­tarz! Wi­docz­nie mu­sia­łem po­cząt­ko­wo znu­dzić, żeby le­piej wy­brzmia­ły plot twi­sty. Sta­ra­łem się nadać tego fli­sac­kie­go kli­ma­tu, to cie­szę się, że się udało. Witaj w gro­nie wiel­bi­cie­li Róży :)

Po­zdra­wiam i dzię­ki za klika :)

Albo wiej­ski akro­ba­ta, do któ­re­go w isto­cie było mu naj­bli­żej. Teraz można było po­dzi­wiać całą jego szczu­płą syl­wet­kę odzia­ną w jasną ko­szu­lę

Takie małe po­wtó­rze­nie mi się rzu­ci­ło w oczy. :D

 

Ogól­nie to cie­ka­wy tekst. Byłam za­sko­czo­na, że Róża oka­za­ła się ban­dyt­ką i bar­dzo mi się ten po­mysł spodo­bał. Świat na opak nie jest może ni­czym spe­cjal­nie ory­gi­nal­nym, ale ci jed­no­dnio­wi wład­cy nieco go uroz­ma­ici­li. Oraz Skow­ro­nek ze swoim stry­jem, któ­rzy wspo­mnie­li to i owo o rów­no­wa­dze. Naj­bar­dziej po­do­ba mi się aspekt au­kcji, przez który spło­nę­ło Mia­sto.

Mo­men­ta­mi mam wra­że­nie nieco to­por­nie się czy­ta­ło. Pró­bo­wa­łam dojść, skąd wzię­ło mi się to wra­że­nie, ale przy­zna­ję, że nie wiem. Może coś jest ze struk­tu­rą zdań.

Ponoć robię tu za mo­de­ra­cję, więc w razie po­trze­by - pisz śmia­ło. Nie gryzę, naj­wy­żej na­pusz­czę na Cie­bie Lu­cy­fe­ra, choć Księż­nicz­ki na­le­ży bać się bar­dziej.

Verus, po­wtó­rze­nie wy­eli­mi­no­wa­ne. Dzię­ki za ko­men­tarz, cie­szę, że tekst za­cie­ka­wił. Do­brze, że zwró­ci­łaś mi uwagę na to­por­ność. Jak nieco od­pocz­nę od tek­stu, prze­ana­li­zu­ję go w po­szu­ki­wa­niu przy­czy­ny.

Na po­cząt­ku nie bar­dzo wie­dzia­łam, czego się spo­dzie­wać z fli­sa­ka­mi i po­dat­ka­mi, a potem nagle się oka­za­ło, że nic nie jest tym, na co wy­glą­da­ło i jakoś mi się po­pły­nę­ło z nur­tem opo­wie­ści. Świat wspak – bar­dzo za­baw­ne i in­te­re­su­ją­ce miej­sce, chęt­nie bym do niego wró­ci­ła. Jed­no­dnio­we pa­no­wa­nie kró­lew­skie chyba naj­bra­dziej mi się spodo­ba­ło. No i li­cy­ta­cja oczy­wi­ście. “Nic” pro­sto z mostu było na­le­ży­cie za­ska­ku­ją­ce. Z po­sta­ci przy­padł mi do gustu szcze­gól­nie Stryj­cio :)

adan­ba­reth, dzię­ku­ję za miłe słowa. Może jesz­cze opi­szę jakąś przy­go­dę w Świe­cie Wspak :)

Wi­taj­że, Panie Do­min­go :)

 

Za­czy­na­my tę ma­sa­krę.

 

Skow­ro­nek po­cią­gnął łyk do­bre­go, psze­nicz­ne­go piwa, po czym od­sta­wił kufel na dekę becz­ki.

Pierw­sza ma­sa­kra, to piwo psze­nicz­ne. Pysz­ne i orzeź­wia­ją­ce, więc słowo po­chwal­ne za wybór się na­le­ży ;)

 

Sie­dział na skrzy­ni wy­ło­żo­nej szma­tą, a za pod­ło­kiet­ni­ki słu­ży­ły mu worki z żytem. Ca­łość przy­po­mi­na­ła tron. Wstał ru­chem peł­nym gra­cji, ni­czym ksią­żę albo przy­naj­mniej dwo­rak. Albo wiej­ski akro­ba­ta, do któ­re­go w isto­cie było mu naj­bli­żej. Teraz pa­sa­żer­ka mogła po­dzi­wiać całą jego szczu­płą syl­wet­kę odzia­ną w jasną ko­szu­lę i białe fli­sac­kie sza­ra­wa­ry owi­nię­te sa­mo­dziel­nie, lecz nie­udol­nie bar­wio­nym bru­nat­no­zie­lo­nym pasem.

Na­stęp­nie wy­cią­gnął fajkę. Już miał za­cząć ją na­bi­jać zwy­kłym ty­to­niem, gdy uznał, że na te bła­zeń­stwa bę­dzie po­trze­bo­wał cze­goś wię­cej. Z wy­słu­żo­nej żoł­nier­skiej delii, nie zdej­mo­wa­nej nawet pod­czas naj­więk­szych upa­łów, wyjął tytoń ba­ro­de­ań­ski. Dla więk­szo­ści pa­la­czy był on cuch­ną­cy i w żad­nym wy­pad­ku wart swej ceny. Jed­nak nie dla niego. Przy­po­mi­nał o sta­rych, do­brych cza­sach. Gdy nie mu­siał pra­co­wać z mło­dzi­ka­mi, po­pi­su­ją­cy­mi się po­żal-się-wier­sza­mi przed byle dziew­ką. Gdy ota­cza­li go twar­dzi męż­czyź­ni i in­te­li­gent­ne ko­bie­ty. Gdy jego kom­pa­ni my­śle­li o czymś wię­cej niż wie­czor­na po­chę­dóż­ka. Gdy li­czy­ła się idea. To wspo­mnie­nie przy­no­si­ło smu­tek, ale też swego ro­dza­ju spo­kój.

W pierw­szej chwi­li za­czą­łem się za­sta­na­wiać, czy nie ma tu nad­mia­ru zbęd­nych in­for­ma­cji. Może mi­ni­mal­nie, ale póź­niej zro­zu­mia­łem, że tak bu­du­jesz świat. I – na szczę­ście – już póź­niej za wiele ta­kich opi­sów nie było ;)

 

 

 

– Za­trzy­mać się – roz­ka­zał[+,] pod­no­sząc rękę.

Choć mi­strzem prze­cin­ków się nie nazwę, tu chyba bra­ku­je?

 

– Na­pit­ków do­sta­tek. – Do­wód­ca skoń­czył piwo jed­nym hau­stem.

Hmmm…

Skoń­czyć to za­koń­czyć jakąś czyn­ność (np. skoń­czył pić). A “piwo” to nie czyn­ność. Więc może “dopił”?

Chyba. Gło­śno myślę, sam się ucząc przy tym :)

 

– Ja tylko pa­sa­żer­ka – włą­czy­ła się do roz­mo­wy Róża. – Płynę do na­rze­czo­ne­go, pana…

– Na to chyba pa­ra­gra­fu nie macie, co? – ode­zwał się Skow­ro­nek.

To dru­gie zda­nie, to takie ostro pro­wo­ka­cyj­ne ;>

Tro­chę tak, jakby do chcą­cych się przy­chrza­nić panuf po­li­szjan­tuf rze­kło się: Nie macie szans, nie znaj­dzie­cie ni­cze­go, o co mo­gli­by­ście się do mnie do­wa­lić.

A za­kład, że znaj­dą? :D

 

Na dru­gim końcu tra­twy Skow­ro­nek za­rzu­cił Krost­ko­wi sznur na szyję. Nie był tak do­świad­czo­ny jak kom­pan, ale i ofia­ra na­le­ża­ła do tych słab­szych. Po chwi­li straż­ni­cy nie żyli.

Walka :D To, co lubię, mój konik :D

Mam tu pewną wąt­pli­wość. Sznur jest gruby. To nie ga­ro­ta. Łajba mała, jak sam pi­sa­łeś wcze­śniej: “dwu­oso­bo­wa”. Ktoś du­szo­ny, ktoś, kto stał z pew­no­ścią rzu­cił­by się w tył, łajba bu­ja­ła­by się, ktoś du­szo­ny za­ry­zy­ko­wał­by nawet wy­pad­nię­cie za burtę, ad­re­na­li­na spra­wi­ła­by, że byłby sil­niej­szy.

Wrzu­cam tak luźno, do prze­my­śle­nia i ure­al­nie­nia pew­nych zda­rzeń :) Wy­star­czy, aby Skow­ro­nek (od razu po za­rzu­ce­niu sznu­ra) oba­lił / pod­ciął Krost­ka.

 

Skow­ro­nek zro­bił o krok za da­le­ko. Po­czuł pęd po­wie­trza sma­ga­ją­cy mu twarz. To strza­ła wy­strze­lo­na ze stro­ny nad­brzeż­nych za­ro­śli. Chło­pak prze­łknął gło­śno ślinę. Za­marł.

Le­go­las :D

 

Po paru dniach u kata bę­dzie­cie bła­gać o stry­czek.

– Skrzy­nia…

– Zli­tuj­że się! De­cy­zja, teraz!

Na łysej czasz­ce Cy­ru­li­ka po­ja­wi­ła się żyła, ozna­ka gnie­wu. Spoj­rzał jed­nak przed sie­bie. Zaraz za­czną się zbli­żać do miej­sca spo­tka­nia z po­zo­sta­ły­mi na lą­dzie straż­ni­ka­mi. Wes­tchnął jakby wy­pusz­cza­jąc z sie­bie cały gniew i po­ki­wał z re­zy­gna­cją głową. Róża scho­wa­ła pi­sto­let do ukry­tej kie­szon­ki sukni i za­gwiz­da­ła na pal­cach.

– Nie masz po­ję­cia, z kim wła­śnie za­dar­łaś – wark­nął. – Po­ża­łu­jesz tego. Bę­dziesz bła­gać o śmierć.

Może jedno z bła­gań za­mie­nić na “ma­rzyć”?

 

– Cy­ru­li­ku, nie in­te­re­su­je mnie to. Nie wiem, kim je­ste­ście, i o to nie pytam. Wiem, że tacy z was fli­sa­cy, jak ze mnie pa­nien­ka w opre­sji.

Celne :)

 

– Po­lu­sia to co in­ne­go!. 

Zbęd­na krop­ka.

 

Na tra­twie po­ja­wił się jakby wie­lo­barw­ny, le­wi­tu­ją­cy, ob­ra­ca­ją­cy się wokół wła­snej osi ośmio­ścian wiel­ko­ści co naj­mniej dwóch koni po­sta­wio­nych na sobie.

Uff, do­brze, że nie me­trów :)

 

 

Straż­ni­cy zo­sta­wi­li konie Dzię­gi i Krost­ka i ga­lo­pem udali się do mia­sta.

Czy to coś wnosi?

 

Skow­ro­nek po­zie­le­niał na twa­rzy, lecz żal mu było tego psze­nicz­ne­go piwa.

Ha­aaaaaaaa :D

 

– Przy­kryj ciała! – syk­nął Cy­ru­lik do Skow­ron­ka, do­strze­gł­szy zmie­rza­ją­cych ku nim ludzi na wo­dzie. – Ty – zwró­cił się do Róży – pi­sto­let w go­to­wo­ści. – Herszt­ka bandy nie przy­wy­kła do przyj­mo­wa­nia roz­ka­zów, ale przy­tak­nę­ła, sta­ra­jąc się, by było to przy­tak­nię­cie to­wa­rzy­sza broni, a nie pod­ko­mend­ne­go.

Hm, a tu mam au­ten­tycz­ną wąt­pli­wość.

Skąd oni (zwłasz­cza Cy­ru­lik / Skow­ro­nek) wie­dzie­li od razu, na pew­nia­ka, że to ro­bo­ta stro­ny trze­ciej?

Skąd wie­dzie­li, że to nie jakaś sztucz­ka Róży i na­tych­miast za­pro­po­no­wa­li jej wspól­ną obro­nę?

 

– Ał­da­wizd az oc, zrtap! – rzekł wyż­szy z nich, przy­glą­da­jąc się z roz­ba­wie­niem fli­sa­kom.

– Je­zrog obla, in­a­jip me­ikin­wep – od­po­wie­dział po­waż­nie niż­szy, trzy­ma­ja­cy skrzy­nię.

Po ja­kie­mu to? Słow­nik go­ogla nic nie prze­tłu­ma­czył.

Żar­tu­ję :D Brawo za ję­zy­ki wła­sne. To od razu na­da­je świa­tu głębi.

Nawet, jeśli to język wspak, co nieco trud­no uza­sad­nić :P

 

– Oni mówią po na­sze­mu, tylko… wspak. Będę tłu­ma­czył. – Skow­ro­nek od­po­wie­dział przy­by­szom w ich ję­zy­ku. – Skrzy­nia nasza. Od­da­cie ją?

Hm. Chyba za­pi­sał­bym to mi­ni­mal­nie ina­czej. Ten zapis su­ge­ru­je, że już pierw­sze zda­nie jest skie­ro­wa­ne do przy­by­szy i to w innym ję­zy­ku.

 

– Oni mówią po na­sze­mu, tylko… wspak. Będę tłu­ma­czył – rzekł Skow­ro­nek, po czym zwró­cił się przy­by­szy w ich ję­zy­ku: – Skrzy­nia nasza. Od­da­cie ją?

 

 

Co do wody wpad­nie, i nie jest na dnie, do króla na­le­ży, podać mi gu­lasz do wieży”.

Czy pierw­szy prze­ci­nek nie jest zbęd­ny?

 

– …wła­śnie tak – do­koń­czył. Róża za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy przy­pad­kiem nie do­sta­ła udaru na tra­twie, a to wszyst­ko to ja­kieś chore ma­ja­cze­nia. – Skrzy­nia, to co w niej jest, to klucz. A to są drzwi. Z za­bez­pie­cze­niem. Ma­gicz­nym.

Ten dia­log też nieco nie gra. Róża, jako pod­miot dru­giej czę­ści nar­ra­cji zdaje się wy­po­wia­dać na­stęp­ną kwe­stię, a prze­cież nie ona to mówi. Czyli:

 

– …wła­śnie tak – do­koń­czył.

Róża za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czy przy­pad­kiem nie do­sta­ła udaru na tra­twie, a to wszyst­ko to ja­kieś chore ma­ja­cze­nia.

– Skrzy­nia… – dodał cicho (do­po­wie­dział / rzekł nagle / rzu­cił / szep­nął / wark­nął) Skow­ro­nek. – W niej jest, to klucz. A to są drzwi. Z za­bez­pie­cze­niem. Ma­gicz­nym.

 

Ale brawo za nie­uf­ność, za brak ak­cep­ta­cji cze­goś nie­na­tu­ral­ne­go.

 

Skow­ron – Róża nie zdrob­ni­ła jego imie­nia – czy ty już tu byłeś?

Na twa­rzy Skow­ron­ka po­ja­wił się gry­mas dziec­ka przy­ła­pa­ne­go na kłam­stwie. Cy­ru­lik za­ję­ty wio­sło­wa­niem uda­wał, że nie jest za­in­te­re­so­wa­ny opo­wie­ścia­mi, choć cie­ka­wi­ło go to o wiele bar­dziej niż Różę. Nie­wie­le wie­dział o mło­dym to­wa­rzy­szu.

– Można tak po­wie­dzieć – od­po­wie­dział chło­pak zdaw­ko­wo.

Tu chyba nie gra pod­miot.

Ostat­ni jest Cy­ru­lik. Więc “od­po­wie­dział chło­pak zdaw­ko­wo” od­no­si się do Cy­ru­li­ka, a nie Skow­ron­ka.

 

 

– Świe­cie Lu­strza­nym, Zwier­cia­dla­nym, róż­nie mówią – Skow­ro­nek pró­bo­wał prze­jąć kon­tro­lę nad kie­run­kiem, w jakim zmie­rza­ła ta kon­wer­sa­cja – albo Od­wró­co­nym, Kon­trar­nym, na Opak, Wspak…

Z tego, co ro­zu­miem w kwe­stii dia­lo­gów, tego typu wtrą­ce­nia (nar­ra­cję) wsta­wia­my w miej­scu, gdzie po­wi­nien być prze­ci­nek. Przed “albo” prze­cin­ka być ra­czej nie po­win­no, więc nie je­stem pe­wien, czy tu jest to ok. Ale to do upew­nie­nia się.

 

– A ty wci­skasz mi tu ja­kieś pier­do­ły o na­zew­nic­twie – Róża nie da­wa­ła za wy­gra­ną. –

To ra­czej nar­ra­cja, niż di­da­ska­lia, więc po “na­zew­nic­twie” dał­bym krop­kę.

 

Fi­le­mon! Spo­kój! – roz­ka­zał w miej­sco­wym ję­zy­ku.

:D

 

– Nie szko­dzi, nie szko­dzi, rzad­ko mam gości – za­uwa­ży­li, że ich przy­pad­ko­wy go­spo­darz nie tylko ro­zu­mie Cy­ru­li­ka, ale teraz też sam nie mówi wspak.

Tu rów­nież nar­ra­cja. Po “gości” krop­ka, “za­uwa­ży­li” wiel­ką.

 

– Skow­ron­ku! Kopę lat, mój chłop­cze! – Uści­snął go. – Wy­do­ro­śla­łeś! Ta pan­ni­ca, to twoja?

Róża wy­cią­gnę­ła pi­sto­let.

Śmie­chłem :D

 

– Stryj­ciu – prze­rwał gło­śno Skow­ro­nek. Róża za­uwa­ży­ła, w jakim mo­men­cie wszedł mu w słowo.

Hm. Tu mocno su­ge­ru­jesz czy­tel­ni­ko­wi, że nie ro­zu­mie Two­je­go za­mia­ru. Jak dla mnie ciut zbyt mocno.

Za­pi­sał­bym:

 

– Stryj­ciu – prze­rwał gło­śno Skow­ro­nek, zwra­ca­jąc na sie­bie uwagę Róży. – …

 

Naj­prost­sza droga wio­dła jed­nak przez za­tło­czo­ną drogę pełną prze­krzy­ku­ją­cych się na­wza­jem stra­ga­nia­rzy. Kątem oka mogli po­dzi­wiać ko­lo­ryt lo­kal­ne­go życia.

Po­wtó­rzon­ko.

Druga rzecz, to czy­ta­łem, żeby wy­strze­gać się okre­śle­nia “kątem oka”. I czy kąt oka może po­dzi­wiać?

 

– Chyba stara moda. Kie­dyś za­miast ulic były ka­na­ły… – nie dane było Skow­ron­ko­wi skoń­czyć, gdyż wła­śnie do­tar­li na przed­zam­cze.

Ra­czej:

– Chyba stara moda. Kie­dyś za­miast ulic były ka­na­ły… – Skow­ron­ko­wi nie dane było skoń­czyć, gdyż wła­śnie do­tar­li na przed­zam­cze.

 

– Chyba stara moda. Kie­dyś za­miast ulic były ka­na­ły… – nie dane było Skow­ron­ko­wi skoń­czyć, gdyż wła­śnie do­tar­li na przed­zam­cze.

– Przed­miot numer dwa­dzie­ścia czte­ry – po­wie­dział gło­śno au­kcjo­ner – skrzy­necz­ka z eg­zo­tycz­ne­go drew­na, nie­usta­lo­nej pro­we­nien­cji, wy­mia­ry około osiem ty­sięcz­nych konia sze­ścien­ne­go. Uwaga! Za­war­tość skrzyn­ki jest nie­zna­na! Roz­po­czy­nam li­cy­ta­cję! – Na placu roz­le­gło się ude­rze­nie ku­chen­nym wał­kiem w pul­pit.

To “po­wie­dział gło­śno au­kcjo­ner” su­ge­ru­je, że już roz­ma­wia­li z nim, znają go, itd.

Za­pi­sał­bym ra­czej:

 

– Przed­miot numer dwa­dzie­ścia czte­ry. – Usły­sze­li mocny głos au­kcjo­ne­ra. – Skrzy­necz­ka z eg­zo­tycz­ne­go drew­na…

 

No i “Sezon Burz” aż w ko­ściach po­czu­łem :D

 

– No dalej, kto da naj­mniej? – krzy­czał au­kcjo­ner. Po chwi­li ude­rzył w pul­pit. – Kot po raz pierw­szy! 

Świet­ne :D

Co praw­da, au­kcjo­ne­rzy py­ta­ją: kto da wię­cej, a nie: kto da naj­wię­cej, więc tu za­py­tał­bym: kto da mniej?

 

W ten oto spo­sób pewna panna ob­ró­ci­ła w perzy­nę cały sys­tem au­kcji. Tym samym do­la­ła jedną, nad­mia­ro­wą kro­plę dez­or­ga­ni­za­cji do i tak już wy­peł­nio­nej cha­osem czary eko­no­mii Świa­ta Wspak.

Hmm. Czy to po­trzeb­ne? Czy to znowu nie jest zbyt na­chal­ne pro­wa­dze­nie czy­tel­ni­ka za rącz­kę?

 

 

– Po za­bra­niu skrzyn­ki wy­bie­gli­śmy z placu – koń­czył opo­wieść Skow­ro­nek. – Au­kcjo­ner chyba mu­siał do­koń­czyć li­cy­ta­cję resz­ty to­wa­rów, lu­dzie darli się, nie mogli usta­lić, kto pierw­szy po­wie­dział „nic”. Jak wy­pły­wa­li­śmy to zdaje się, że w ruch po­szły pię­ści. A teraz…

Chło­pak chciał po­ka­zać ręką pło­ną­ce mia­sto, jed­nak na ho­ry­zon­cie do­strzegł coś wię­cej.

– Psia jucha, to sztan­dar kró­lew­ski! – ryk­nął, rzu­ca­jąc jesz­cze szyb­ciej ostat­nie worki Cy­ru­li­ko­wi. – Jak nic gonią za nami!

Ten dia­log rów­nie do­brze mógł­by wy­glą­dać tak:

 

– Po za­bra­niu skrzyn­ki wy­bie­gli­śmy z placu – koń­czył opo­wieść Skow­ro­nek. – Au­kcjo­ner chyba mu­siał do­koń­czyć li­cy­ta­cję resz­ty to­wa­rów, lu­dzie darli się, nie mogli usta­lić, kto pierw­szy po­wie­dział „nic”. Jak wy­pły­wa­li­śmy to zdaje się, że w ruch po­szły pię­ści. A teraz… – Chło­pak chciał po­ka­zać ręką pło­ną­ce mia­sto, jed­nak na ho­ry­zon­cie do­strzegł coś wię­cej. – Psia jucha, to sztan­dar kró­lew­ski! – ryk­nął, rzu­ca­jąc jesz­cze szyb­ciej ostat­nie worki Cy­ru­li­ko­wi. – Jak nic gonią za nami!

 

Miej­sco­wy mistrz al­che­mii Ukwap wraz z jego go­ść­mi ze stron od­le­głych: mi­strzem Ma­tey­em i uczniem Ja­da­mem.

Jak dla mnie, tu bra­ku­je orze­cze­nia :)

 

 

Pró­bo­wał do­trzy­my­wać im kroku pod­sta­rza­ły ka­płan Jawor, który swą obec­ność tłu­ma­czył nie­do­sko­na­ło­ścią al­che­mii.

Kroku pró­bo­wał im do­trzy­my­wać pod­sta­rza­ły ka­płan…

 

– Wy ła­chu­dry! – Sta­ro­sta za­mach­nął się bu­ła­wą. – Roz­bi­tą łajbę mi po­ka­zu­je­cie?

Straż­ni­cy pró­bo­wa­li uni­kać ude­rzeń i jed­no­cze­śnie się tłu­ma­czyć. Sta­ro­sta po­słał część ludzi w dłu­ban­kach do spraw­dze­nia łajby.

Po­wtó­rze­nie.

 

– Co to jest? Za­sadz­ka? W go­to­wo­ści! – za­krzy­czał Sta­ro­sta, po czym zwró­cił się do go­ło­wą­sów. – W zmo­wie je­ste­ście ze zbój­ca­mi! Za­mor­do­wa­li­ście do­wód­cę i wła­sne­go to­wa­rzy­sza! Do lochu z nimi! Niech kat się zaj­mie tymi łaj­da­ka­mi!

Brawo za czuj­ność i nie­uf­ność.

Z dru­giej stro­ny, Sta­ro­sta nieco nie za szyb­ko stwier­dził winę?

Tzn: jaki w tym sens, żeby go­ło­wą­sy po do­ko­na­niu mor­der­stwa, spro­wa­dza­li na miej­sce kaźni za­stę­py stra­ży i Sta­ro­stę? Po co mie­li­by sobie robić pod górę? Tu widzę pierw­szy i je­dy­ny zgrzyt lo­gicz­ny.

 

– Tu się roz­sta­nie­my – rzekł sucho Cy­ru­lik, gdy we­szli głę­biej w gęsty las.

Usu­nął­bym.

 

 

– Mamy ocze­ki­wać strza­ły mię­dzy ocza­mi?

Strza­ły, gdzie? Mię­dzy. Mię­dzy kogo, co: mię­dzy oczy.

 

 

No dobra.

Pier­dół­ko­wa­te rze­czy ogól­nie wy­mie­nia­łem.

Bar­dziej mnie in­te­re­su­je, co ich prze­nio­sło? Albo nawet: co za­ini­cjo­wa­ło prze­no­si­ny?

Dla­cze­go nie można było przejść przez ośmio­ścian wstecz (i coś za­mie­nia­ło się w ka­mień?)

 

Ogól­nie cał­kiem nie­zła hi­sto­ria przy­go­do­wa, przy któ­rej przed­nio się ba­wi­łem :)

Nudy nie było, akcji nie brało, za­sko­cze­nia rów­nież.

Udany tekst :)

Gra­tu­la­cje!

 

Sa­ra­Win­ter, witam ju­ror­kę i dzię­ku­ję za pięk­ny ob­ra­zek :)

 

si­lvan, dzię­ku­ję za ma­sa­krę! Chyba wszyst­kie po­praw­ki i uwagi wpro­wa­dzi­łem.

Piwo psze­nicz­ne – w ta­kich wa­run­kach naj­lep­szy wybór ;)

Opisy na po­cząt­ku – wła­śnie o zbu­do­wa­nie świa­ta i po­sta­ci mi cho­dzi­ło.

– Ja tylko pa­sa­żer­ka – włą­czy­ła się do roz­mo­wy Róża. – Płynę do na­rze­czo­ne­go, pana…

– Na to chyba pa­ra­gra­fu nie macie, co? – ode­zwał się Skow­ro­nek.

To dru­gie zda­nie, to takie ostro pro­wo­ka­cyj­ne ;>

Tro­chę tak, jakby do chcą­cych się przy­chrza­nić panuf po­li­szjan­tuf rze­kło się: Nie macie szans, nie znaj­dzie­cie ni­cze­go, o co mo­gli­by­ście się do mnie do­wa­lić.

A za­kład, że znaj­dą? :D

Jak by chcie­li, to by zna­leź­li. Nawet po do­sta­niu ła­pów­ki Dzię­dze było mało i za­in­te­re­so­wał się pewną skrzy­necz­ką. Skoń­czy­ło się to dla niego nie­cie­ka­wie :p

Co do sceny walki – dzię­ki za prze­my­śle­nia, przy­da­dzą się w kon­stru­owa­niu lep­szych scen w przy­szło­ści.

– Przy­kryj ciała! – syk­nął Cy­ru­lik do Skow­ron­ka, do­strze­gł­szy zmie­rza­ją­cych ku nim ludzi na wo­dzie. – Ty – zwró­cił się do Róży – pi­sto­let w go­to­wo­ści. – Herszt­ka bandy nie przy­wy­kła do przyj­mo­wa­nia roz­ka­zów, ale przy­tak­nę­ła, sta­ra­jąc się, by było to przy­tak­nię­cie to­wa­rzy­sza broni, a nie pod­ko­mend­ne­go.

Hm, a tu mam au­ten­tycz­ną wąt­pli­wość.

Skąd oni (zwłasz­cza Cy­ru­lik / Skow­ro­nek) wie­dzie­li od razu, na pew­nia­ka, że to ro­bo­ta stro­ny trze­ciej?

Skąd wie­dzie­li, że to nie jakaś sztucz­ka Róży i na­tych­miast za­pro­po­no­wa­li jej wspól­ną obro­nę?

Chyba tylko dzię­ki temu, że chwi­lę po te­le­por­ta­cji po­ma­ga­ła im zbie­rać towar. Ale tak, przy­zna­ję, nie uza­sad­ni­łem tego. Dzię­ku­ję za wy­tknię­cie :)

W ten oto spo­sób pewna panna ob­ró­ci­ła w perzy­nę cały sys­tem au­kcji. Tym samym do­la­ła jedną, nad­mia­ro­wą kro­plę dez­or­ga­ni­za­cji do i tak już wy­peł­nio­nej cha­osem czary eko­no­mii Świa­ta Wspak.

Hmm. Czy to po­trzeb­ne? Czy to znowu nie jest zbyt na­chal­ne pro­wa­dze­nie czy­tel­ni­ka za rącz­kę?

Może rze­czy­wi­ście tro­chę pro­wa­dze­nie za rącz­kę, ale chcia­łem pod­kre­ślić, że to nie tylko roz­wa­li­ło au­kcję, ale mocno na­ru­szy­ło fun­da­men­ty całej go­spo­dar­ki. I chwi­lę póź­niej mia­sto nie pło­nie, bo ktoś prze­grał li­cy­ta­cję, ale dla­te­go że są praw­dzi­we za­miesz­ki.

– Co to jest? Za­sadz­ka? W go­to­wo­ści! – za­krzy­czał Sta­ro­sta, po czym zwró­cił się do go­ło­wą­sów. – W zmo­wie je­ste­ście ze zbój­ca­mi! Za­mor­do­wa­li­ście do­wód­cę i wła­sne­go to­wa­rzy­sza! Do lochu z nimi! Niech kat się zaj­mie tymi łaj­da­ka­mi!

Brawo za czuj­ność i nie­uf­ność.

Z dru­giej stro­ny, Sta­ro­sta nieco nie za szyb­ko stwier­dził winę?

Tzn: jaki w tym sens, żeby go­ło­wą­sy po do­ko­na­niu mor­der­stwa, spro­wa­dza­li na miej­sce kaźni za­stę­py stra­ży i Sta­ro­stę? Po co mie­li­by sobie robić pod górę? Tu widzę pierw­szy i je­dy­ny zgrzyt lo­gicz­ny.

Sta­ro­sta po in­for­ma­cjach od go­ło­wą­sów spo­dzie­wał się zo­ba­czyć ja­kieś “cu­dacz­ne coś, co wcią­gnę­ło tra­twę”. Za­miast tego uj­rzał miej­sce zbrod­ni (mogło to dla niego wy­glą­dać jak pew­ne­go ro­dza­ju groź­ba – “z tobą zro­bi­my tak samo”). Był poza bez­piecz­nym gro­dem (kto wie, może zaraz ktoś na niego wy­sko­czy z lasu?), a z tego bez­piecz­ne­go miej­sca wy­wie­dli go pod pre­tek­stem (w jego poj­mo­wa­niu fał­szy­wym pre­tek­stem) wła­śnie ci go­ło­wą­si straż­ni­cy – ich wina. Ale mo­głem to le­piej uza­sad­nić w samym tek­ście, przy­zna­ję.

Bar­dziej mnie in­te­re­su­je, co ich prze­nio­sło? Albo nawet: co za­ini­cjo­wa­ło prze­no­si­ny?

Dla­cze­go nie można było przejść przez ośmio­ścian wstecz (i coś za­mie­nia­ło się w ka­mień?)

A to zda­wa­ło mi się, że wy­ja­śni­łem tu:

– Skrzy­nia… – do­po­wie­dział Skow­ro­nek. – To co w niej jest, to klucz. A to są drzwi. Z za­bez­pie­cze­niem. Ma­gicz­nym.

– Ma­gicz­nym… – wy­szep­ta­ła z re­zy­gna­cją w gło­sie Róża. – Ale dla­cze­go…?

– Gruby mu­siał otwo­rzyć skrzy­nię, a ktoś tego nie za­uwa­żył. – Spoj­rzał zna­czą­co na Cy­ru­li­ka. Kom­pan za­mam­ro­tał pod nosem coś jakby „szpi­cuj się”. – Ar­te­fakt dzia­ła z opóź­nie­niem. Wy­star­czy wy­ja­śnień? Mo­że­my już pły­nąć, za­wo­do­wa oszust­ko i kró­lo­wo gra­san­tów?

Nie­opi­sa­ny ar­te­fakt znaj­du­ją­cy się w skrzyn­ce był nie­ak­tyw­ny, do­pó­ki skrzy­nia nie zo­sta­ła otwo­rzo­na przez Dzię­gę. Ar­te­fakt po­trze­bo­wał chwi­li, by za­ini­cjo­wać otwar­cie por­ta­lu (no tak, przy­zna­ję, że nie wy­ja­śni­łem, po co ar­te­fak­to­wi ta chwi­la – uznaj­my, że sam Skow­ro­nek znał tylko ogól­ni­ko­wo dzia­ła­nie ar­te­fak­tu ;)). Aby przejść przez por­tal, na­le­ża­ło mieć przy sobie ten ar­te­fakt – w innym wy­pad­ku dzia­ła ma­gicz­ne za­bez­pie­cze­nie, zmie­nia­ją­ce w ka­mień.

Cie­szę się, że ogó­łem się po­do­ba­ło :)

Bar­dzo się po­do­ba­ło ;)

A “ma­sa­kra” to prze­cież żart.

To ra­czej pier­do­ły były, niż po­waż­ne uster­ki.

 

– Skrzy­nia… – do­po­wie­dział Skow­ro­nek. – To co w niej jest, to klucz. A to są drzwi. Z za­bez­pie­cze­niem. Ma­gicz­nym.

– Ma­gicz­nym… – wy­szep­ta­ła z re­zy­gna­cją w gło­sie Róża. – Ale dla­cze­go…?

– Gruby mu­siał otwo­rzyć skrzy­nię, a ktoś tego nie za­uwa­żył. – Spoj­rzał zna­czą­co na Cy­ru­li­ka. Kom­pan za­mam­ro­tał pod nosem coś jakby „szpi­cuj się”. – Ar­te­fakt dzia­ła z opóź­nie­niem. Wy­star­czy wy­ja­śnień? Mo­że­my już pły­nąć, za­wo­do­wa oszust­ko i kró­lo­wo gra­san­tów?

Nie­opi­sa­ny ar­te­fakt znaj­du­ją­cy się w skrzyn­ce był nie­ak­tyw­ny, do­pó­ki skrzy­nia nie zo­sta­ła otwo­rzo­na przez Dzię­gę. Ar­te­fakt po­trze­bo­wał chwi­li, by za­ini­cjo­wać otwar­cie por­ta­lu (no tak, przy­zna­ję, że nie wy­ja­śni­łem, po co ar­te­fak­to­wi ta chwi­la – uznaj­my, że sam Skow­ro­nek znał tylko ogól­ni­ko­wo dzia­ła­nie ar­te­fak­tu ;)). Aby przejść przez por­tal, na­le­ża­ło mieć przy sobie ten ar­te­fakt – w innym wy­pad­ku dzia­ła ma­gicz­ne za­bez­pie­cze­nie, zmie­nia­ją­ce w ka­mień.

Ok, to tro­chę słabo to zro­zu­mia­łem – w sen­sie tak, że otwar­cie skrzyn­ki spo­wo­do­wa­ło po­ja­wie­nie się “drzwi” – czyli ośmio­ścia­nu. Bo jeśli skrzy­nia (za­war­tość) jest klu­czem do “drzwi”, ochro­ną przed ma­gicz­nym za­bez­pie­cze­niem, to w takim razie co spo­wo­do­wa­ło po­ja­wie­nie się ośmio­ścia­nu?

Czyli widzę pe­wien szko­puł lo­gicz­ny.

Ar­te­fakt jed­no­cze­śnie otwie­ra por­tal, ale i po­zwa­la przez niego przejść. To po co za­bez­pie­cze­nie?

W sen­sie, skoro por­tal się po­ja­wia, to zna­czy, że ktoś użył / miał / po­sia­dał ar­te­fakt.

Limit? :)

 

EDIT:

– Mamy ocze­ki­wać strza­ły mię­dzy ocza­mi?

Strza­ły, gdzie? Mię­dzy. Mię­dzy kogo, co: mię­dzy oczy.

 

A i tu zwąt­pi­łem.

Może mię­dzy kim / czym? Może wtedy “ocza­mi” było ok. Cho­le­ra!

si­lvan, oczy­wi­ście wiem, że “ma­sa­kra” to żart ;)

Za­bez­pie­cze­nie dla wzmoc­nie­nia efek­tu: bez klu­cza nie tylko nie przej­dziesz, ale jesz­cze zo­sta­niesz uka­ra­ny za samą próbę przej­ścia ;)

Ale zgo­dzę się, tro­chę szko­puł lo­gicz­ny jest z tą skrzy­necz­ką i nie chcę teraz do­bu­do­wy­wać lo­gi­ki po fak­cie. Przy na­stęp­nych opo­wia­da­niach na pewno uważ­niej przyj­rzę się po­dob­nym kwe­stiom.

A ze strza­łą i ocza­mi przy­znam, że sam już nie wiem :P Zdaje mi się, że pier­wot­na wer­sja “mię­dzy (kim? czym?) ocza­mi” jest po­praw­na i ją zo­sta­wię.

Hi­sto­ria, co tu dużo mówić, cał­kiem zaj­mu­ją­ca,

Aż żal, że tak szyb­ko do­tar­łam do końca.

 

Fajny po­mysł prze­isto­czy­łeś w nie­złą i zaj­mu­ją­cą hi­sto­rię, za­baw­ną i dość ab­sur­dal­ną. A choć opi­sa­łeś kilka dość nie­co­dzien­nych i nie­ocze­ki­wa­nych wy­da­rzeń, opo­wieść oka­za­ła się cał­kiem spój­na, przy czym po­stać herszt­ki obu­dzi­ła ocho­tę na ko­lej­ne opo­wia­da­nie z Różą.

No i skrzyn­ka – cały czas budzi wiel­kie emo­cje, a do ostat­niej krop­ki nie wiemy, co za­wie­ra­ła, zu­peł­nie jak wa­liz­ka w Pulp Fic­tion. ;D

 

Wstał ru­chem peł­nym gra­cji, ni­czym ksią­żę… ―> Jakoś nie widzi mi się wsta­wa­nie ru­cha­mi.

Pro­po­nu­ję: Wstał z gra­cją, ni­czym ksią­żę

 

białe fli­sac­kie sza­ra­wa­ry owi­nię­te sa­mo­dziel­nie, lecz nie­udol­nie bar­wio­nym bru­nat­no­zie­lo­nym pasem. ―> Dla­cze­go warte pod­kre­śle­nia jest sa­mo­dziel­ne, lecz nie­udol­ne owi­nie­cie sza­ra­wa­rów? Czy wy­god­nie się cho­dzi w owi­nię­tych sza­ra­wa­rach?

A może miało być: …białe fli­sac­kie sza­ra­wa­ry, prze­wią­za­ne bru­nat­no­zie­lo­nym pasem, bar­wio­nym sa­mo­dziel­nie, lecz nie­udol­nie.

 

był on cuch­ną­cy i w żad­nym wy­pad­ku wart swej ceny. ―> …był on cuch­ną­cy i w żad­nym wy­pad­ku nie­wart swej ceny.

 

W czym mo­że­my słu­żyć sza­now­nym panom straż­ni­kom? ―> Czym mo­że­my słu­żyć sza­now­nym panom straż­ni­kom?

Choć ro­zu­miem, że Skow­ro­nek nie mu­siał mówić po­praw­nie.

 

Jak pies ziaja, by się schło­dzić… ―> Jak pies ziaje, by się schło­dzić

 

Niech no tylko trafi się coś więk­sze­go, niż te dwu­oso­bo­we łajby… ―> Chyba nie na­zwa­ła­bym tra­twy łajbą.

 

Po­czuł pęd po­wie­trza sma­ga­ją­cy mu twarz. ―> To było po­je­dyn­cze sma­gnię­cie, nie sma­ga­nie.

Pro­po­nu­ję; Po­czuł na twa­rzy sma­gnię­cie po­wie­trza. Lub: Po­czuł na twa­rzy pęd po­wie­trza.

 

Przy­cią­gnę­li tra­twę dłu­gim drew­nia­nym drą­giem z że­la­zny­mi ha­ka­mi. ―> Taki drąg na­zy­wa się bosak.

 

uzna­ją was za nie­bosz­czy­ków i wi­taj­cie, wol­no­ści. ―> …uzna­ją was za nie­bosz­czy­ków i wi­taj­ wol­no­ści.

 

– Ta, a Po­lu­sia Dzię­go­wa? – za­kpił. ―> Skoro Po­lu­sia była córką Dzię­gi, to: – Ta, a Po­lu­sia Dzię­gó­wna? – za­kpił

Dzię­go­wa to żona Dzię­gi.

 

Tra­twa skoń­czy­ła wi­ro­wać. ―> Ra­czej: Tra­twa prze­sta­ła wi­ro­wać.

 

od­po­wie­dział po­waż­nie niż­szy, trzy­ma­ja­cy skrzy­nię. ―> Li­te­rów­ka.

 

Teraz poj­mu­ję, czemu to cie­bie przy­dzie­li do tej ro­bo­ty, po­my­ślał. ―> Nie ma błędu w takim za­pi­sie myśli, ale może ze­chcesz zaj­rzeć do po­rad­ni­ka: Zapis myśli bo­ha­te­rów

 

– Gruby mu­siał otwo­rzyć skrzy­nię, a ktoś tego nie za­uwa­żył. – Spoj­rzał zna­czą­co na Cy­ru­li­ka. Kom­pan za­mam­ro­tał pod nosem coś jakby „szpi­cuj się”. – Ar­te­fakt dzia­ła z opóź­nie­niem. Wy­star­czy wy­ja­śnień? Mo­że­my już pły­nąć, za­wo­do­wa oszust­ko i kró­lo­wo gra­san­tów? ―> Nar­ra­cji nie za­pi­su­je­my z di­da­ska­lia­mi. Winno być:

– Gruby mu­siał otwo­rzyć skrzy­nię, a ktoś tego nie za­uwa­żył. – Spoj­rzał zna­czą­co na Cy­ru­li­ka.

Kom­pan za­mam­ro­tał pod nosem coś jakby „szpi­cuj się”.

– Ar­te­fakt dzia­ła z opóź­nie­niem. Wy­star­czy wy­ja­śnień? Mo­że­my już pły­nąć, za­wo­do­wa oszust­ko i kró­lo­wo gra­san­tów?

Tu znaj­dziesz wska­zów­ki, jak za­pi­sy­wać dia­lo­gi: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/

 

Psia jucha, to sztan­dar kró­lew­ski! ―> Psia­ju­cha, to sztan­dar kró­lew­ski!

 

spy­ta­ła Róża, a ta jako herszt­ka roz­bój­ni­ków… ―> …spy­ta­ła Róża, która jako herszt­ka roz­bój­ni­ków

 

Po dzie­wię­ciu pie­chu­rów z rusz­ni­ca­mi po bo­kach… ―> Dla­cze­go mieli rusz­ni­ce po bo­kach?

 

Na­stęp­nie szli miej­sco­wy mistrz al­che­mii Ukwap wraz z jego go­ść­mi ze stron od­le­głych: mi­strzem Ma­tey­em i uczniem Ja­da­mem. ―> Na­stęp­nie szedł miej­sco­wy mistrz al­che­mii, Ukwap, wraz ze swo­imi go­ść­mi ze stron od­le­głych: mi­strzem Ma­tey­em i uczniem Ja­da­mem.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Fa­jow­skie, za­baw­ne opko. Świat wspak i przy­go­dy gro­mad­ki po­do­ba­ły się mi się, a nawet prze­czy­ta­la­bym wię­cej. :-) Zwro­ty akcji są nie­spo­dzie­wa­ne. Hi­sto­ria spój­na. 

 

 

Po­wo­dze­nia w kon­kur­sie!

Lo­gi­ka za­pro­wa­dzi cię z punk­tu A do punk­tu B. Wy­obraź­nia za­pro­wa­dzi cię wszę­dzie. A.E.

re­gu­la­to­rzy, dzię­ku­ję za od­wie­dzi­ny i ła­pan­kę. Przy skrzy­necz­ce rze­czy­wi­ście in­spi­ro­wa­łem się tro­chę Pulp Fic­tion ;)

Asy­lum, dzię­ki! Sta­ra­łem się, żeby było fa­jow­skie i za­baw­ne :)

Bar­dzo pro­szę, Panie Do­min­go. ;)

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Cał­kiem sym­pa­tycz­ne opo­wia­da­nie, ogry­wa­ją­ce różne mo­ty­wy po­pkul­tu­ro­we i to od ta­kich daw­nych (świat na opak) po dzi­siej­sze (Fi­le­mon), po dro­dze mając jakąś Mi­la­dy sko­ja­rzo­ną z róż­ny­mi Księż­nicz­ka­mi Zło­dziei.

Przy­znam, że z po­cząt­ku było dość po­wol­nie i za­sta­na­wia­łam się, do czego zmie­rzasz, za to potem akcja przy­spie­szy­ła tak, jakby gonił ją kon­kur­so­wy limit ;) Przez to jest tro­chę dys­pro­por­cja mię­dzy szcze­gó­ło­wo­ścią opi­sów i po­wol­nym tem­pem czę­ści pierw­szej, a skró­to­wo­ścią dru­giej, zwłasz­cza od chwi­li przy­by­cia do Stryj­cia.

Trosz­kę mi też chwi­la­mi umy­ka­ły mo­ty­wa­cje fli­sa­ków, a za­koń­cze­nie rzuca na to wpraw­dzie ja­kieś świa­tło, ale np. o ile coś mi nie umknę­ło, pu­ści­łeś wątek re­wo­lu­cji – spo­dzie­wa­łam się ja­kichś wy­ja­śnień, ale ich nie do­sta­łam. O co z nią cho­dzi, czy za­koń­cze­nie ma z nią zwią­zek?

Re­alia wy­da­ją mi się takie ogól­nie sie­dem­na­sto­wiecz­ne, skoro już broń skał­ko­wa, a poza tym taka mocna “sta­ro­polsz­czy­zna”, nie je­stem spe­cja­list­ką od epoki, ale wy­glą­da­ją sen­sow­nie.

Ogól­nie cie­ka­wa lek­tu­ra, chęt­nie bym się do­wie­dzia­ła cze­goś wię­cej o tym świe­cie, no i w wer­sji, którą prze­czy­ta­łam, so­lid­na tech­nicz­nie. Rzu­ci­ły mi się w oczy pewne dro­bia­zgi, jesz­cze nie­wy­chwy­co­ne:

 

– Skow­ron­ku, le­d­wom z wami parę go­dzin na tra­twie, a już chce­cie mnie do za­ło­gi zwer­bo­wać

Tę wy­po­wiedź za­koń­czy­ła­bym py­taj­ni­kiem.

 

Jakby na po­twier­dze­nie tych słów[-,] tuż obok do­mo­ro­słe­go poety

 

– Ożeż[+,] ty kmiot­ku!

 

Po chwi­li straż­ni­cy nie żyli.

To się nie­faj­nie ry­mu­je.

 

nie nie­po­ko­je­ni

For­mal­nie wedle obec­nej normy po­win­no być razem. Ale i razem, i osob­no wy­glą­da w tek­ście li­te­rac­kim tak sobie

 

Cze­ka­my w tym sta­nie, aż do­pły­nie­my do straż­ni­ków?

Tu mi się za­wie­si­ła lo­gi­sty­ka – do ja­kich straż­ni­ków mają do­pły­wać? Nie są aby wła­śnie koło nich i czę­ści nie po­za­bi­ja­li?

 

lecz żal mu było tego psze­nicz­ne­go piwa

Wy­wa­li­ła­bym “tego”, bo w naj­bliż­szym są­siedz­twie nie ma mowy o piwie i tro­chę nie wia­do­mo, do czego się za­imek od­no­si. Mo­żesz go za­stą­pić ja­kimś bar­dziej kon­kret­nym przy­miot­ni­kiem. Za­im­ki to w ogóle ZUO.

 

nie do­sta­ła udaru

Do sub­tel­nej sty­li­za­cji chyba le­piej pa­so­wa­ła­by apo­plek­sja?

http://altronapoleone.home.blog

Ojej­ciu, ależ to się do­brze czy­ta­ło. Dzia­ło się sporo, po­sta­cie, a przede wszyst­kim Ró­życz­ka – świet­ne i za­ska­ki­wa­łeś co parę aka­pi­tów. Sporo smacz­ków (szcze­gól­nie po­do­bał mi się kocur wiel­ko­ści psa ob­szcze­ku­ją­cy in­tru­zów miauk­nię­cia­mi) spra­wia­ło, że gęba mi się uśmie­cha­ła prak­tycz­nie przez cały czas. świat na opak był re­we­la­cyj­ny, li­cy­ta­cji i jej za­koń­cze­nie po pro­stu pięk­ne. Cie­ka­we, że nikt na to wcze­śniej nie wpadł ;) Sło­wem, za­do­wo­lo­na z lek­tu­ry je­stem bar­dzo i liczę, że mnie do Two­je­go świa­ta jesz­cze kie­dyś zbie­rzesz :)

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

dra­ka­ino, dzię­ku­ję za ko­men­tarz. Na po­cząt­ku tro­chę roz­wle­kłem opisy, żeby zbu­do­wać świat i potem móc tro­chę po­pę­dzić z akcją, ale jeśli taka dys­pro­por­cja rzuca się w oczy, to po­sta­ram się nad tym po­pra­co­wać. Wątek re­wo­lu­cji miał su­ge­ro­wać, że Cy­ru­lik i Skow­ro­nek nie są pierw­szy­mi lep­szy­mi fli­sa­ka­mi, ale są czę­ścią cze­goś więk­sze­go i ar­te­fakt w ich rę­kach nie znaj­du­je się przy­pad­ko­wo. Re­alia sta­ra­łem wzo­ro­wać na sie­dem­na­sto­wiecz­nych, więc cie­szę się, że wy­glą­da­ją sen­sow­nie.

Cze­ka­my w tym sta­nie, aż do­pły­nie­my do straż­ni­ków?

Tu mi się za­wie­si­ła lo­gi­sty­ka – do ja­kich straż­ni­ków mają do­pły­wać? Nie są aby wła­śnie koło nich i czę­ści nie po­za­bi­ja­li?

Wi­docz­nie za słabo to za­zna­czy­łem:

– Kro­stek – do­wód­ca przy­zwał ru­dziel­ca ręką – wcho­dzi­my. Resz­ta, bierz­cie konie. Spo­tka­my się za za­ko­lem, tam gdzie zwy­kle.

Skow­ro­nek odbił od brze­gu. Tra­twa znów wolno dry­fo­wa­ła z nur­tem rzeki. Do­wód­ca roz­po­czął in­spek­cję od worka z jabł­ka­mi.

Dwóch straż­ni­ków kon­tro­lu­je tra­twę pod­czas pły­nię­cia, a po­zo­sta­łych dwóch ma cze­kać na “na­stęp­nym przy­stan­ku”. Dla­cze­go kon­tro­lu­ją “w biegu”, a nie na spo­koj­nie przy brze­gu? Po pierw­sze czas to pie­niądz, a pie­niądz ma wła­dzę: kupcy nie mogą się skar­żyć, że ja­kieś kon­tro­le spo­wal­nia­ją im han­del. Po dru­gie jest to ko­rzyst­ne dla straż­ni­ków, uni­ka­ją­cych w ten spo­sób przy­pad­ko­wych wścib­skich oczu – mogą sobie po­pró­bo­wać, po­na­rze­kać czy po­wy­mu­szać bez udzia­łu zbęd­nych świad­ków. Po­dob­nie dla ewen­tu­al­nych prze­myt­ni­ków. Może jest to trud­niej­sze lo­gi­stycz­nie, ale poza tym ko­rzy­ści prze­wa­ża­ją dla każ­dej ze stron.

Po­zo­sta­łe dro­bia­zgi na­pra­wio­ne :)

 

Ir­ka­_Luz, miło mi, że się po­do­ba­ło, może jesz­cze kie­dyś wrócę do tego świa­ta :)

Panie Do­min­go – w za­sa­dzie od de­dlaj­nu do ogło­sze­nia wy­ni­ków nie wpro­wa­dza­my po­pra­wek, ale myślę, że na takie dro­bia­zgi jury przy­mknie oko ;)

 

Co do re­wo­lu­cji: tak, można się do­my­ślić, że oni są czę­ścią cze­goś więk­sze­go, ale jak ani nie fe­ty­szy­zu­ję, ani nie de­mo­ni­zu­ję strzel­by Cze­cho­wa, tu aku­rat ona wy­sko­czy­ła, bo ow­szem, mamy wy­pra­wę do mia­sta, mamy dzi­wacz­ną li­cy­ta­cję, ale re­wo­lu­cja – a to wiel­kie słowo! – znika. Może gdyby to było mniej wy­eks­po­no­wa­ne, nie rzu­ci­ło­by się w oczy jako coś, o czym autor za­po­mniał ;)

http://altronapoleone.home.blog

dra­ka­ino, ups, mam na­dzie­ję, że ta nie­zna­jo­mość prawa mi nie za­szko­dzi. Wię­cej po­pra­wek (do ogło­sze­nia wy­ni­ków) nie zro­bię, a za zro­bio­ne ża­łu­ję ;) Ale tak na serio dzię­ku­ję za in­for­ma­cję, gdzieś mi umknę­ła ta za­sa­da.

Może rze­czy­wi­ście tro­chę wy­sko­czy­łem z tą re­wo­lu­cją. Na przy­szłość będę ostroż­niej­szy z po­dob­ny­mi kwe­stia­mi.

Nie przej­muj się aż tak bar­dzo :) Ale po­nie­waż je­steś dość nowym użyt­kow­ni­kiem, za­pew­ne nie wszyst­ko jest oczy­wi­ste. To po pro­stu zwy­czaj, gdyby jurki chcia­ły nie­ty­ka­nia ni­cze­go, to by to za­zna­czy­ły – i od­wrot­nie: gdyby wszel­kie zmia­ny były do­zwo­lo­ne w do­wol­nym mo­men­cie, też by to było w re­gu­la­mi­nie :)

 

Nie wiem, czy do­tar­ło do Cie­bie moje wie­ko­pom­ne dzie­ło czyli po­rad­nik Por­tal dla żół­to­dzio­bów? Jest tam omó­wio­na więk­szość pytań, jakie za­da­ją użyt­kow­ni­cy, nie­ko­niecz­nie cał­ko­wi­te świe­żyn­ki :)

 

Po­wo­dze­nia!

http://altronapoleone.home.blog

Wie­ko­pom­ne dzie­ło do­tar­ło i sta­ram się do niego sto­so­wać :)

Po­do­ba­ło mi się, cie­ka­wy ten świat. Cał­kiem za­baw­na, miła lek­tu­ra. Choć pew­nie je­dy­ne, co z niej za­pa­mię­tam, to fakt, że była za­baw­na i mi się po­do­ba­ło. Tak, “przy­jem­na” to słowo naj­od­po­wied­niej­sze, takie coś, co czyta się dla czy­stej roz­ryw­ki, ale nie da huś­taw­ki emo­cjo­nal­nej.

– Mó­wi­łem – szep­nął Skow­ro­nek do ban­dyt­ki. – Żad­ne­go wy­ma­chi­wa­nia bro­nią!

 – Na­pi­je­cie się? – kon­ty­nu­ował już w środ­ku Stryj­cio. – Moc­niej­sze­go nic nie m

Myśl­nik się prze­su­nął.

Ma­Skrol, dzię­ku­ję za ko­men­tarz. W czy­stą roz­ryw­kę ce­lo­wa­łem, więc cie­szę się, że ją do­star­czy­łem :)

Udany tekst! Po­do­ba­ła mi się kon­se­kwent­na sty­li­za­cja i prze­ko­nu­ją­cy język, jak rów­nież z po­cząt­ku siel­ska at­mos­fe­ra na tra­twie, a póź­niej nagła od­mia­na sy­tu­acji. Szcze­gól­nie do­brze wy­pa­dła tutaj po­stać Róży – bar­dzo mi się spodo­ba­ło, kiedy na­iw­na pa­nien­ka oka­za­ła się twar­dą przy­wód­czy­nią bandy. Ogól­nie fa­bu­ła wcią­ga­ła, a ta­jem­ni­ca skrzy­ni na­praw­dę cie­ka­wi­ła. Świat Wspak bar­dzo po­my­sło­wy, a co ważne, prze­my­śla­ny i trzy­ma­ją­cy się – spe­cy­ficz­nej, co praw­da, ale jed­nak – lo­gi­ki.

Szko­da tylko, że szyb­ko się skoń­czy­ło, a do końca nie wy­ja­śni­ło się, o co cho­dzi­ło ze skrzy­nią. Jasne, mogło to być coś w stylu pulp­fic­tio­no­wej wa­liz­ki, ale bio­rąc pod uwagę, że to krót­kie opo­wia­da­nie, aż chcia­ło­by się wię­cej.

deviantart.com/sil-vah

Silva, dzię­ku­ję za ko­men­tarz! Bar­dzo mi miło, że się po­do­ba­ło :)

Po­czą­tek wydał mi się jakiś taki strasz­nie nie­mra­wy. Le­ni­we to-to, prze­ga­da­ne – ot, taka po­ga­węd­ka bo­ha­te­rów o ni­czym szcze­gól­nym. Wszyst­ko to w do­dat­ku z dość spe­cy­ficz­ną sty­li­za­cją, która – jeśli tylko tekst bę­dzie “po­waż­ny” – ma wszel­kie dane, by nawet po­ło­żyć to opo­wia­da­nie.

Takie więc od­czu­cia to­wa­rzy­szy­ły wpro­wa­dze­niu, na­to­miast trze­ba przy­znać, że im dalej w tekst, tym wra­że­nia lep­sze.

Sty­li­za­cja, jak pi­sa­łem, wy­da­ła mi się ry­zy­kow­na. Przede wszyst­kim dla­te­go, że przy wpro­wa­dze­niu nie wie­dzia­łem jesz­cze, z jakim ro­dza­jem opo­wia­da­nia będę miał do czy­nie­nia. W ko­lej­nych aka­pi­tach oka­zu­je się jed­nak, że idziesz w takie dosyć ba­śnio­we kli­ma­ty, do któ­rych aku­rat wspo­mnia­na sty­li­za­cja pa­su­je bar­dzo do­brze. W do­dat­ku wszyst­ko opo­wie­dzia­ne jest bar­dzo lekko, po­ma­gasz też sobie odro­bi­ną hu­mo­ru, co spra­wia, że po­szcze­gól­ne ele­men­ty faj­nie się ze sobą uzu­peł­nia­ją. Już krok bli­żej do cie­ka­we­go opo­wia­da­nia. :)

Tekst, jak przed chwi­lą za­zna­czy­łem, cha­rak­te­ry­zu­je pewna ba­śnio­wość. Ta sty­li­za­cja nie jest szcze­gól­nie mocna. Opo­wia­da­nie wy­da­je się być ra­czej nią „maź­nię­te”. Na tyle, by czy­tel­nik mógł to za­uwa­żyć, a jed­no­cze­śnie nie po­ry­wasz się tu na tekst w pełni sty­li­zo­wa­ny. Taki, w któ­rym owa sty­li­za­cja gra pierw­sze skrzyp­ce i rze­czy­wi­ście sta­no­wi wio­dą­cy ele­ment opo­wia­da­nia.

Czy „Na tra­twie…” po­trze­bo­wa­ło moc­niej­szej sty­li­za­cji? Myślę, że nie. Ona jest wy­czu­wal­na, do­da­je opo­wia­da­niu bar­dziej in­dy­wi­du­al­ne­go cha­rak­te­ru. Jak pi­sa­łem, faj­nie kom­po­nu­je się z resz­tą ele­men­tów, a przede wszyst­kim uprzy­jem­nia lek­tu­rę, co jest o tyle ważne, że tempo mo­men­ta­mi bywa wolne, a i fa­bu­lar­nie wiel­kich fa­jer­wer­ków ocze­ki­wać nie na­le­ży. Widać, że sta­wiasz tu na inne ele­men­ty i do­brze, by te po­tra­fi­ły się wy­bro­nić. Sty­li­za­cja radzi z tym sobie cał­kiem nie­źle.

Humor? Fajny. Do­brze współ­gra przy tym z nutą ab­sur­du za­war­tą w tek­ście. To nie jest wio­dą­cy ele­ment opo­wia­da­nia, nie ma też go jakoś szcze­gól­nie dużo, ale swoje dla „Na tra­twie…” robi. Spra­wia, że opo­wia­da­nie czyta się przy­jem­niej, ciut szyb­ciej, bo i opo­wieść staje się dzię­ki niemu lżej­sza. Do­brze pod­kre­śla lek­kie prze­ry­so­wa­nie bo­ha­te­rów, wpro­wa­dza parę za­baw­nych smacz­ków. To nie jest oczy­wi­ście tekst hu­mo­ry­stycz­ny, ra­czej taki ba­śnio­wo-sym­pa­tycz­ny, więc nie ma co się jesz­cze sze­rzej nad tym aku­rat ele­men­tem roz­wo­dzić. Do­sta­je okre­ślo­ne za­da­nie w opo­wia­da­niu, wy­wią­zu­je się z tej roli do­brze. Tyle po­win­ni­śmy od niego ocze­ki­wać i do­kład­nie tyle daje.

Ele­ment na plus, zna­czy. :-)

Świat…

Czego tu nie ma. :D

La­ta­ją­ce oko­nie, ka­ra­sie pocz­to­we, pod­grzyb­ki prze­ra­sta­ją­ce domy. Świat wspak, sam w sobie, nie jest pew­nie czymś szcze­gól­nie od­kryw­czym, co na dzień dobry wy­wo­ła efekt „wow!”. Na­to­miast po­szcze­gól­ne ele­men­ty skła­da­ją­ce się na ten świat są tak po­zy­tyw­ne od­je­cha­ne, że na­praw­dę trud­no ich nie do­ce­nić.

Po­ka­zu­jesz nam świat mo­men­ta­mi dość ab­sur­dal­ny, na­to­miast ta ab­sur­dal­ność wy­da­je się być przy­jem­nie nie­na­chal­na. Nie ma tu sko­ma­so­wa­ne­go ostrza­łu dzi­wac­twa­mi czy prze­su­wa­nia ko­lej­nych gra­nic wa­riac­twa, byle tylko na siłę ten tekst uatrak­cyj­nić. Owe la­ta­ją­ce oko­nie i po­dob­ne im cuda po­ja­wia­ją się głów­nie jako do­dat­ki, aku­rat wtedy, kiedy można ubar­wić świat i opo­wieść. Jed­no­cze­śnie do­rzu­casz owych oso­bli­wo­ści na tyle dużo, że można już pisać o okre­ślo­nej cha­rak­te­ry­sty­ce świa­ta. Nie mogę Ci tu ra­czej za­rzu­cić wci­śnię­cia paru ab­sur­dal­nych ele­men­tów celem stwo­rze­nia atra­py świa­ta. Parę razy po­tra­fi­łeś się w tym tek­ście przy­jem­nie po­ba­wić, jak choć­by w przy­pad­ku tej od­wró­co­nej mowy. Udało Ci się przy tym wkom­po­no­wać ab­surd w opo­wia­da­nie w taki spo­sób, że dość na­tu­ral­nie po­łą­czył się on z ba­śnio­wą sty­li­za­cją. Oczy­wi­ście, trze­ba też uczci­wie za­uwa­żyć, że nie jest to świa­to­twór­stwo szcze­gól­nie za­awan­so­wa­ne. W dłuż­szej per­spek­ty­wie jest to świat jed­nak do za­po­mnie­nia. Na­le­ży też za­uwa­żyć, że ze wzglę­du na kon­struk­cję, może on ra­czej wy­wo­ły­wać uśmiech niż fa­scy­no­wać czy wcią­gać. Ogól­nie rzecz bio­rąc, świat z pew­no­ścią jest za­le­tą tek­stu. Cha­rak­te­ry­sty­ka opo­wia­da­nia ciut go ogra­ni­cza, jeśli cho­dzi o zło­żo­ność i struk­tu­rę, ale też po­zwa­la wpro­wa­dzić nie­zwy­kle wdzięcz­ną nutkę sza­leń­stwa, która z pew­no­ścią wy­róż­ni tekst na tle in­nych kon­kur­so­wych świa­tów.

Fa­bu­ła? Jed­nak tro­chę zbyt licha. Ta fa­bu­ła ge­ne­ral­nie nie ma tu zbyt wielu ar­gu­men­tów, by zro­bić na czy­tel­ni­ku od­po­wied­nie wra­że­nie. Owo „jed­nak” bie­rze się zaś stąd, że do ocze­ki­wań na­le­ży przy­ło­żyć wła­ści­wą miarę. Dla­te­go zanim wy­ja­śnię, dla­cze­go na­zwa­łem fa­bu­łę lichą, uczci­wie za­zna­czę, że ze wzglę­du na ga­tu­nek tek­stu nie mia­łem wy­gó­ro­wa­nych ocze­ki­wań. Cza­sem, przed oce­nie­niem da­ne­go ele­men­tu na­le­ży sobie zadać py­ta­nie, ile w tej kon­wen­cji rze­czy­wi­ście da się zro­bić.

Było już w tym ko­men­ta­rzu o lekko ba­śnio­wym kli­ma­cie, hu­mo­rze. Po­ja­wi­ła się też wzmian­ka o prze­ry­so­wa­niu. W ta­kich tek­stach tro­chę trud­niej po­rwać fa­bu­łą. Liczy się przede wszyst­kim dobór i kon­wen­cja sty­li­za­cji, od­po­wied­ni po­ziom ma­low­ni­czo­ści i prze­ry­so­wa­nia. Rów­nież trzy­ma­nie się cha­rak­te­ry­sty­ki ga­tun­ku.

Fa­bu­łą po­rwać trud­niej, tym nie mniej tutaj do­sta­je­my taki tro­chę krót­ki pro­gram obo­wiąz­ko­wy zbu­do­wa­ny wokół skrzy­ni. Moc­niej uwagę przy­cią­ga­ją świat, ab­surd, bo­ha­te­ro­wie. Na po­zio­mie za­do­wo­le­nia z lek­tu­ry to jesz­cze wy­star­cza. Czy­ta­ło mi się faj­nie, spę­dzi­łem miło czas. Na­to­miast, kiedy przy­cho­dzi oce­niać tekst pod kątem wy­róż­nie­nia, wtedy takie opo­wia­da­nie po­trze­bu­je mak­sy­mal­nie dużo ar­gu­men­tów, by po­ka­zać, że jed­nak jest tro­chę przed in­ny­mi. I na tym po­zio­mie ocena fa­bu­ły wy­pa­da nieco go­rzej, bo ona jed­nak żad­nych ar­gu­men­tów nie daje.

No to zo­sta­li nam jesz­cze bo­ha­te­ro­wie.

Na pewno do­brze do­pa­so­wa­ni do kon­wen­cji. Na pewno różni. Na pewno każ­de­go z nich można jakoś scha­rak­te­ry­zo­wać. Lekko prze­ry­so­wa­ni, dosyć sym­pa­tycz­ni, o cie­ka­wych imio­nach, które (choć nie­prze­sad­nie wy­myśl­ne) po­tra­fią zwró­cić uwagę i dość szyb­ko za­pa­da­ją w pa­mięć.

Głów­ną za­le­tą bo­ha­te­rów jest to, że faj­nie trzy­ma­ją się kon­wen­cji opo­wia­da­nia. Oni mają być jed­nym z ele­men­tów two­rzą­cych okre­ślo­ny kli­mat opo­wia­da­nia i ze swo­jej roli wy­wią­zu­ją się do­brze. Z dru­giej stro­ny żadne z nich nie zo­sta­ło chyba na­kre­ślo­ne (albo wręcz prze­ry­so­wa­ne) na tyle mocno, by wybić się na tle resz­ty (choć piszę to jed­nak z drob­ny­mi wąt­pli­wo­ścia­mi, bo ta Róża jed­nak na­pi­sa­na faj­nie). By spra­wić, że całe opo­wia­da­nie bę­dzie ko­ja­rzo­ne wła­śnie z jed­nym z nich.

Pod­su­mo­wu­jąc: przy­jem­ne w od­bio­rze opo­wia­da­nie, które do­brze trzy­ma się wy­bra­nej przez Cie­bie kon­wen­cji. A za­ra­zem cier­pią­ce jed­nak na brak ta­kiej zde­cy­do­wa­nej war­to­ści do­da­nej, która jesz­cze moc­niej pchnę­ła­by tekst w kie­run­ku wy­róż­nie­nia.

Po­dzię­ko­wał za udział w kon­kur­sie.

Sa­mo­zwań­czy Lotny Dy­żur­ny-Par­ty­zant; Nie­ofi­cjal­ny czło­nek sto­wa­rzy­sze­nia Mal­kon­ten­tów i Hi­po­chon­dry­ków

Pan­Do­min­go, zde­cy­do­wa­łam się zgło­sić Twoje opo­wia­da­nie w wątku z no­mi­na­cja­mi do piór­ka. Tekst jest bar­dzo od­świe­ża­ją­cy, przy­jem­ny, spraw­ny tech­nicz­nie; akcja kon­se­kwent­nie po­pro­wa­dzo­na; po­sta­ci cha­rak­te­ry­stycz­ne i od­róż­nia­ją­ce się od sie­bie. Do tego na­praw­dę nie­źle po­my­śla­ny świat Wspak i otocz­ka ta­jem­ni­cy wokół skrzy­ni. Będę wy­pa­try­wać ko­lej­nych Two­ich tek­stów.

deviantart.com/sil-vah

CM, bar­dzo dzię­ku­ję za roz­bu­do­wa­ną opi­nię. Już wiem nad czym po­pra­co­wać przy na­stęp­nych tek­stach.

Silva, dzię­ku­ję za zgło­sze­nie do no­mi­na­cji do piór­ka! Cie­szę się, że uzna­łaś opo­wia­da­nie za tak dobre. Bar­dzo to mo­ty­wu­ją­ce :)

Ko­men­tu­ję jako opo­wia­da­nie bi­blio­tecz­ne i w tej ka­te­go­rii mi się po­do­ba­ło bar­dzo ;) Z pew­no­ścią ten tekst jest fajny i przy­jem­ny, a także – jak padło w in­nych ko­men­ta­rzach – od­świe­ża­ją­cy. Lekko, płyn­nie, przy czy­ta­niu nie czuć ob­ję­to­ści opo­wia­da­nia. No pły­nie się przez niego. Fa­bu­ła na­da­ją­ca się dla czy­tel­ni­ków w róż­nym wieku. A przy oka­zji jest tu jakiś taki po­wiew fa­mi­lij­ne­go kina fan­ta­stycz­ne­go. No przy­jem­ne to.

Ta pan­ni­ca, to twoja?

Róża wy­cią­gnę­ła pi­sto­let.

O jak prych­ną­łem XD

 

wil­ku-zi­mo­wy, miło mi, dzię­ku­ję za ko­men­tarz :)

Pa­nie­Do­min­go, hej!

Od sa­me­go po­cząt­ku nie mo­głam wgryźć się w to opo­wia­da­nie, ale to pew­nie dla­te­go, że nie je­stem wiel­ką fanką tra­dy­cyj­ne­go, że tak to ujmę, fan­ta­sy w do­dat­ku tak sty­li­zo­wa­ne­go. Ale im dalej w las tym było przy­stęp­niej, co można uznać za plus, ale rów­nież za minus. Na plus, przy­naj­mniej dla mnie jest wła­śnie ta przy­stęp­ność ję­zy­ko­wa, ale to znowu zna­czy, że tekst nie jest na­pi­sa­ny równo. Na po­cząt­ku dia­lo­gi są ciut inne, póź­niej znowu bar­dziej „no­wo­cze­sne”. Takie przy­naj­mniej mia­łam od­czu­cie, ale jesz­cze do­pusz­czam moż­li­wość, że zro­bi­łeś to ce­lo­wo. Język po dru­giej stro­nie lu­stra wy­da­je się być nieco inny.

Do bo­ha­te­rów przej­dę teraz. No, nie­źli są. Nie jacyś szcze­gól­nie in­try­gu­ją­cy, ale nie mdli od nich. Ró­życz­ka to taka ty­po­wa ko­biet­ka z ja­ja­mi, da­ła­bym jej jesz­cze jakąś inną, ko­bie­cą cechę i by­ła­by faj­niej­sza. Ale, nie mam tu co ma­ru­dzić. Prze­ja­skra­wio­nych po­sta­ci też bym nie chcia­ła.

Fa­bu­ła moim zda­niem jest w po­rząd­ku. Za­sko­czy­łeś mnie już na samym po­cząt­ku, kiedy to z ko­biet­ki ofia­ry robi się ko­bie­ta opraw­ca. Nie spo­dzie­wa­łam się i faj­nie, zgrab­nie Ci to wy­szło. Póź­niej bo­ha­te­ro­wie są po­nie­kąd pod­da­wa­ni oto­cze­niu i dziw­nym zja­wi­skom, rzu­ca­ni mię­dzy świa­ta­mi i nie mają wpły­wu na wy­da­rze­nia, ale mnie to wcale nie prze­szka­dza. Nie za­wsze jest tak, jak sobie bo­ha­ter po­sta­no­wi.

Wszyst­ko, co do tej pory opi­sa­łam było takie pięć na dzie­sięć. Po­praw­ne, ale nie po­wa­la­ją­ce. Jest w tym opo­wia­da­niu jed­nak pe­wien ele­ment, który bar­dzo przy­padł mi do gustu – świa­to­twór­sw­to. Po­do­bał mi się ten ośmio­ścian, po­do­bał mi się od­wró­co­ny świat, a scena li­cy­ta­cji, nie dość, że za­baw­na, to do­brze przed­sta­wio­na.

Tech­nicz­nie nie­źle. Nie po­ty­ka­łam się.

Pod­su­mo­wu­jąc; Na po­cząt­ku mia­łam opory, ale osta­tecz­nie je­stem za­do­wo­lo­na z lek­tu­ry.

Sa­ro­Win­ter, dzię­ku­ję za wy­punk­to­wa­nie pro­ble­mów, będę nad tym pra­co­wał. Miło mi, że mimo wszyst­ko byłaś za­do­wo­lo­na z lek­tu­ry :)

(: .hci­kat je­cę­iW .ołęnh­ce­im­śU .aind ke­tąz­cop an erboD

(: zrat­ne­mok az ikę­izD !oła­bo­dop ęis eż ,ęis ęz­se­ic ,57o­la­oK

Sze­ro­ko po­je­cha­łeś panie Pi­sa­rzu, i tak jak lubię (sze­ro­ko uśmiech­nię­ty czy­tel­nik). Fan­ta­zja ułań­ska, a i warsz­tat godny. Czy­ta­ło się świet­nie i czy­ta­ło­by się dłu­żej z wiel­ką przy­jem­no­ścią. 

Tak fi­lo­zo­ficz­nie tro­chę: jeśli świat na opak to lo­gicz­nie-od­wrot­ne po­win­no być nie­lo­gicz­ne?smiley

pa­te­tro­nu­sie, miło po­wi­tać sze­ro­ko uśmiech­nię­te­go czy­tel­ni­ka :)

Lo­gi­ka mi pod­po­wia­da, że lo­gicz­nie-od­wrot­ne w świe­cie na opak po­win­no być nie­lo­gicz­ne. Ale jak coś jest nie­lo­gicz­ne, to wcale nie musi być lo­gicz­ne, czyli nie musi być nie­lo­gicz­ne, a może być nawet lo­gicz­ne. Więc, zgod­nie z lo­gicz­ną nie­lo­gicz­no­ścią świa­ta na opak, mam na­dzie­ję, że nic nie wy­ja­śni­łem i wszyst­ko jest teraz ciem­ne ;)

Do­kład­nie, nie­lo­gicz­nie zga­dzam się z au­to­rem, ale na opak :)

Sym­pa­tycz­ny tekst. Z cza­sem na­bie­ra lek­ko­ści i czyta się przy­jem­nie.

Ład­nie po­sza­la­łeś ze świa­to­twór­stwem. W efek­cie wy­szedł bo­ga­ty w szcze­gó­ły zwier­cia­dla­ny świat. Ale jakim cudem on się trzy­ma kupy, to nie wiem…

Bo­ha­te­ro­wie też ni­cze­go sobie, zwłasz­cza pan­ni­ca.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Fin­klo, dzię­ku­ję za ko­men­tarz. Rze­czy­wi­ście, mam tu tro­chę świa­to­twór­cze sza­leń­stwo ;) Cie­szę się, że po­sta­cie wy­szły do­brze, może jesz­cze po­ja­wią się gdzieś w przy­szło­ści .

Cześć!

 

Bar­dzo kli­ma­tycz­ny po­czą­tek. Do­brze za­ry­so­wa­łeś ton opo­wie­ści (kon­tro­la, po­dat­ki – po­da­ne z lek­kim przy­mru­że­niem oka – to lubię). Nie­któ­re po­sta­cie (szcze­gól­nie do­wód­ca stra­ży i jego rudy po­moc­nik) wy­szły tro­chę sztam­po­wo, ale Róża i „fli­sa­cy” na plus.  

Dia­lo­gi cał­kiem nie­złe, acz­kol­wiek za­wie­sza­łem się cza­sem na atry­bu­cjach. Są tro­chę zbyt “róż­no­rod­ne”, a cza­sem za­nad­to roz­bu­do­wa­ne, jak na mój gust oczy­wi­ście, co w pew­nym mo­men­cie od­ry­wa­ło mnie od wy­po­wie­dzi, bo śro­dek cięż­ko­ści był prze­nie­sio­ny na di­da­ska­lia.

Na przy­kład:

 

– Gdyby drogi były le­piej pil­no­wa­ne – Róża wy­raź­nie za­ak­cen­to­wa­ła ostat­nie słowo – to może i by za­pew­nił. Ale, jak widać, na tra­twach wię­cej straż­ni­ków niż na go­ściń­cach.

Wy­ja­śnie­nia nar­ra­to­ra są tu moim zda­niem zbęd­ne i dia­log staje się mniej dy­na­micz­ny. Nie jest to zaś roz­mo­wa dżen­tel­me­nów z York­shi­re. ;-)

 

Inny przy­kład:

 

– Można tak po­wie­dzieć – od­po­wie­dział chło­pak zdaw­ko­wo.

Z samej wy­po­wie­dzi wy­ni­ka, że jest zdaw­ko­wa. Pod­po­wiedź znów zbęd­na.

 

Kre­acja świa­ta na opak to duży atut opo­wia­da­nia. Nie do końca jasne są dla mnie za­sa­dy, które rzą­dzą tym uni­wer­sum (z jed­nej stro­ny dia­lo­gi dzia­ła­ją zu­peł­nie wspak, ale ko­la­cją staje się obiad, a nie śnia­da­nie ;-)), lecz nie ma sensu roz­kła­dać tego na czyn­ni­ki pierw­sze, bo jest kli­ma­cik i kon­kret­na roz­ryw­ka. Dużo w tek­ście nie­na­chal­ne­go, in­te­li­gent­ne­go hu­mo­ru (na­wią­za­nie do lex retro non agit wy­ko­rzy­sta­łeś ide­al­nie w takim uni­wer­sum).

Skrzyn­ka jako Mac­Guf­fin tro­chę mnie nie prze­ko­na­ła. Od razu sko­ja­rzy­ło mi się z wa­liz­ką, w któ­rej rze­ko­mo miała zo­stać umiesz­czo­na dusza Mar­sel­lu­sa Wal­la­ce’a (i to do­brze), jed­nak zgrzyt­nę­ło mi przede wszyst­kim, że przed au­kcją nie po­zna­no jej za­war­to­ści (lub nie wy­ja­śnio­no li­cy­tan­tom dla­cze­go, no chyba że to ele­ment świa­ta na opak ;-)). To tro­chę taki fa­bu­lar­ny wy­trych.

 

Na­stęp­nie szedł miej­sco­wy mistrz al­che­mii, Ukwap, wraz ze swo­imi go­ść­mi ze stron od­le­głych: mi­strzem Ma­tey­em i uczniem Ja­da­mem. Kroku pró­bo­wał im do­trzy­my­wać pod­sta­rza­ły ka­płan Jawor, który swą obec­ność tłu­ma­czył nie­do­sko­na­ło­ścią al­che­mii.

Można by spró­bo­wać unik­nąć po­wtó­rze­nia. ;-)

 

Ge­ne­ral­nie mi się po­do­ba­ło, cho­ciaż „Dziś peł­nia” lep­sza, ale to do­brze, bo widać po­stę­py. ;-)  

 

Po­zdra­wiam!

"Kozy mają mnie w nosie, a psy na ogo­nie." T. Ra­łow­ski

Fi­li­pie­Wi­ju,

dzię­ki za od­wie­dzi­ny.

Dia­lo­gi cał­kiem nie­złe, acz­kol­wiek za­wie­sza­łem się cza­sem na atry­bu­cjach. Są tro­chę zbyt “róż­no­rod­ne”, a cza­sem za­nad­to roz­bu­do­wa­ne, jak na mój gust oczy­wi­ście, co w pew­nym mo­men­cie od­ry­wa­ło mnie od wy­po­wie­dzi, bo śro­dek cięż­ko­ści był prze­nie­sio­ny na di­da­ska­lia.

Wła­śnie w pierw­szej wer­sji tek­stu atry­bu­cje były tak skąpe, że do­sta­wa­łem głosy, że nie wia­do­mo, kto co mówi. Wi­docz­nie po po­praw­kach prze­sa­dzi­łem w drugą stro­nę ;p

Kre­acja świa­ta na opak to duży atut opo­wia­da­nia. Nie do końca jasne są dla mnie za­sa­dy, które rzą­dzą tym uni­wer­sum (z jed­nej stro­ny dia­lo­gi dzia­ła­ją zu­peł­nie wspak, ale ko­la­cją staje się obiad, a nie śnia­da­nie ;-)), lecz nie ma sensu roz­kła­dać tego na czyn­ni­ki pierw­sze, bo jest kli­ma­cik i kon­kret­na roz­ryw­ka. Dużo w tek­ście nie­na­chal­ne­go, in­te­li­gent­ne­go hu­mo­ru (na­wią­za­nie do lex retro non agit wy­ko­rzy­sta­łeś ide­al­nie w takim uni­wer­sum).

Dzię­ku­ję. Świa­to­twór­czo chcia­łem tu tro­chę po­sza­leć, ale jed­nak z na­ci­skiem na przy­go­dę bo­ha­te­rów. Gdy­bym chciał stwo­rzyć świat na opak, który da­ło­by się roz­ło­żyć na czyn­ni­ki pierw­sze i wy­trzy­mał­by kry­ty­kę ana­li­zu­ją­cych go czy­tel­ni­ków, to pew­nie samo przed­sta­wie­nie zasad dzia­ła­nia świa­ta za­ję­ło­by z pół, jeśli nie więk­szość, opka. Ale to może innym razem ;)

Skrzyn­ka jako Mac­Guf­fin tro­chę mnie nie prze­ko­na­ła. Od razu sko­ja­rzy­ło mi się z wa­liz­ką, w któ­rej rze­ko­mo miała zo­stać umiesz­czo­na dusza Mar­sel­lu­sa Wal­la­ce’a (i to do­brze), jed­nak zgrzyt­nę­ło mi przede wszyst­kim, że przed au­kcją nie po­zna­no jej za­war­to­ści (lub nie wy­ja­śnio­no li­cy­tan­tom dla­cze­go, no chyba że to ele­ment świa­ta na opak ;-)). To tro­chę taki fa­bu­lar­ny wy­trych.

Tro­chę fa­bu­lar­ny wy­trych, ale tro­chę też chcia­łem zro­bić z tego “ta­jem­ni­czą li­cy­ta­cję”. W zwy­kłej skrzyn­ce mogło być za­rów­no nic, jak i ja­kieś dro­go­cen­ne przed­mio­ty – z pew­no­ścią pod­bi­ja to na­pię­cie wśród li­cy­tu­ją­cych. Wiem, że w praw­dzi­wym świe­cie nic ta­kie­go, ra­czej, nie mia­ło­by miej­sca, ale to w końcu świat na opak ;)

Ge­ne­ral­nie mi się po­do­ba­ło, cho­ciaż „Dziś peł­nia” lep­sza, ale to do­brze, bo widać po­stę­py. ;-)

Dzię­ki!

Za resz­tę uwag też dzię­ku­ję i po­zdra­wiam :)

Przy­jem­nie się czy­ta­ło :)

Przy­no­szę ra­dość :)

Anet, dzię­ku­ję :)

Nowa Fantastyka