- Opowiadanie: maciekzolnowski - Ryba z porcelany i inne dziwy

Ryba z porcelany i inne dziwy

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Ryba z porcelany i inne dziwy

Mio­do­bra­nie

To było dawno. Miesz­ka­łem w sen­nej chat­ce na stoku mię­dzy­po­ko­le­nio­wej prze­pa­ści, która w sen­sie wy­łącz­nie sym­bo­licz­nym dzie­li­ła wszyst­kich człon­ków fa­mi­lii. Ja byłem młody i mały, a oni sta­rzy i duzi. Ot, i cała prze­paść. Ro­dzin­ka była cał­kiem licz­na i roz­ta­cza­ła nade mną pa­ra­sol ochron­ny roz­po­star­ty ponad Ra­cła­wią, jak cudny ar­cha­niel­ski fir­ma­ment. Mowa nie o jed­nym, lecz o wielu pa­ra­so­lach (zło­żo­nych z cio­tek i wu­jasz­ków), które kła­dły się cie­niem i chro­ni­ły przed ku­szą­cym bla­skiem świa­ta ze­wnętrz­ne­go, bla­skiem świa­tła Ra­cła­wii, które czło­wie­ka ośle­pia­ło, a za­ra­zem też olśnie­wa­ło. Ja byłem bez­piecz­ny, byłem w środ­ku, w ko­ko­nie. Naj­chęt­niej w sło­necz­ne dni lata przyj­mo­wa­łem tę za­po­bie­gli­wą do­bro­czyn­ność ze stro­ny bab­ci­nej sio­stry, cioci Jadzi i jej męża, wuja Wła­dy­sła­wa.

Wu­jo­stwo miesz­ka­li w po­bli­żu rampy ko­le­jo­wej w stru­pie­sza­łym, pa­mię­ta­ją­cym nie­miec­kich wy­sie­dleń­ców domu z na­giej cegły, który znaj­do­wał się na kre­sach ra­cła­wic­kiej pa­no­ra­my i wraz z buj­nym ogro­dem oraz pa­sie­ką two­rzył pępek, ple­xus so­la­ris ów­cze­sne­go mego graj­doł­ka. Ten mur ce­gla­ny do­mo­stwa, jak prze­su­szo­ny zgred, gubił kru­chą za­pra­wę ni­czym so­lar­ny Pan ja­jecz­ną swą żółć i był wszyst­kim tym, na co stać było i czego w isto­cie pra­gnę­li wła­ści­cie­le, za­po­mnia­ni w swych skan­se­nach, za­sty­gli w dziw­nych star­czych po­zach, za­skle­pie­ni pro­po­li­sem ró­ża­nych oku­la­rów na ła­wecz­ce w ogród­ku, pie­lę­gnu­ją­cy ogól­niej­szą ideę cho­dzą­cej za­cno­ści i do­bro­ci.

Ogród był pięk­ny pięk­nem czy­stym! Rosło w nim małe drzew­ko owo­co­we, małe, choć bar­dzo szcze­gól­ne, z któ­re­go biło nie­wy­czer­pa­ne źró­dło ży­wi­cy, sub­stan­cji dziw­nej i fa­scy­nu­ją­cej. Lu­bi­łem wy­obra­żać sobie, że ży­wi­ca jest ko­mu­nią, a drzew­ko – to sam Chry­stus Zmar­twych­wsta­ły. Tu wi­dy­wa­ło się uło­żo­ne w skos i od­dzie­la­ją­ce grząd­kę od grząd­ki cegły, które po­chy­liw­szy się bo­go­boj­nie wiel­bi­ły cio­cię i jej złoty dom, za­my­ślo­ne, za­du­ma­ne, na­boż­ne cegły. Mrów­ki, które się temu przy­glą­da­ły z wła­ści­wej sobie per­spek­ty­wy, mo­dli­ły się pracą oraz mrów­czym śpie­wem. Tu ogni­ste sło­necz­ne ję­zo­ry sa­pa­ły nad gło­wa­mi, jak dra­go­ny nę­ka­ją­ce ja­gniąt­ka, co zbłą­dzi­ły wśród pia­sków pu­sty­ni.

I tak wstą­piw­szy w ro­dzin­nych zie­leń­ców pie­le­sze, co po la­tach jesz­cze tak żywo stoją mi przed ocza­mi mymi, w pie­le­sze bujne, zie­lo­ne, ob­fi­te, znaj­do­wa­ło się naraz na samym dnie głę­bo­kie­go po­po­łu­dnia, które spało i śniło swój sen po­obied­ni w list­kach i ga­łę­ziach lipy dziw­nie świe­żej, won­nej, szem­rzą­cej na wie­trze i wia­trem pod­szy­tej. Był to ten ro­dzaj po­po­łu­dnia, kiedy dzień za­my­śla się nad sobą, pała za­du­mą wobec sie­bie i na wskroś sie­bie, jakby pę­dził w tym swoim roz­pę­dze­niu het na prze­łaj, ku ro­ze­dr­ga­nym do roz­dy­go­ta­nia nocom, dwóm, trzem, czte­rem…

W dni lip­co­we, sierp­nio­we, złote, jak ten wła­śnie, któ­re­go wszyst­kie mi­nu­ty pa­ła­ły bla­skiem i ośle­pia­ły świa­tłem, skan­sen prze­ista­czał się w spraw­ną ma­chi­nę pełną przo­dow­ni­ków i z cicha bzy­czą­cych bo­ha­te­rów. A znie­sio­ne z olim­pij­skie­go stry­chu i prze­nie­sio­ne na­pręd­ce z tel­lu­rycz­nej ko­mór­ki – za­wsze jed­na­ko­wo ciem­nej i strasz­nej – szły nagle w ruch za­ku­rzo­ne ak­ce­so­ria: wy­ci­skar­ka do miodu, wiel­ka ni­czym pral­ka Fra­nia, pod­ku­rzacz psz­cze­lar­ski, od­waż­ni­ki od sę­dzi­wej wagi i inne atry­bu­ty wu­jo­wej obec­no­ści.

Ów siwy ły­sie­ją­cy sta­rzec kró­lo­wał nad tym ręką Mi­da­sa wła­da­ją­ce­go Fry­ga­mi. A czego się tknął, na­tych­miast prze­ista­cza­ło się w me­ta­le szla­chet­ne i mlecz­ną am­bro­zję. „Trut­niąc” u jego boku, ła­su­cho­wa­łem, ogry­za­jąc pla­stry sze­ścio­kąt­nych uśmiesz­ków, a wraz z nimi – małe sło­necz­ka. I ob­li­zu­jąc co chwi­la umo­ru­sa­ny swój py­chol.

Nie­opo­dal pa­sie­ki znaj­do­wał się kom­po­stow­nik ko­mu­nal­ny w kształ­cie wiel­kiej mu­ro­wa­nej wanny, z któ­re­go na okrą­gło wy­le­wa­ło się wpie­nio­ne po­wie­trze i roz­le­wa­ło po na wpół zdzi­cza­łych sa­dach i ogro­dach. Wiecz­nie wy­czu­wa­ło się tu za­pach gni­ją­cych ja­błu­szek, usy­cha­ją­ce­go kopru, ki­szą­ce­go się na grząd­ce w sosie wła­snym, jak na so­lar­nej pa­tel­ni, ogó­ra­sa: Pal­la­sa, Echio­na czy in­ne­go Toasa z rodu Gi­gan­tów.

Naj­waż­niej­szy był jed­nak ów stary dom, który jako ca­łość – cien­ki, wy­pro­sto­wa­ny, nie po­chy­la­ją­cy się wcale… i z tymi wiecz­nie sple­cio­ny­mi z tyłu rą­sia­mi-ko­lum­na­mi pod­czas no­bli­we­go drep­ta­nia w miej­scu – upodob­nił się z cza­sem do ko­cha­ne­go i ar­cy­mą­dre­go wuj­ka-psz­cze­la­rza. Po­marsz­czył się, po­si­wiał, po­ko­chał lipę mio­do­daj­ną, która tu obok rosła, a wuj o imie­niu Wła­dek – eme­ry­to­wa­ny ko­le­jarz – roz­sma­ko­wał się w życiu pro­win­cjo­nal­nym, osia­dłym i nie­ru­cha­wym. W naj­wyż­szym jed­nak stop­niu do mą­dro­ści i wuj­ko­wej si­wi­zny do­rósł strych. Nam, dzie­ciom po­zo­sta­wa­ło bez­piecz­ne przy­zie­mie dołu, gdzie można się było po­ba­wić i sobie po­ga­niać.

Ten po­nie­miec­ki dom mnie kupił cały i spra­wił, że od­da­łem sie­bie za srebr­ni­ki, za tych parę ciem­nych kątów, które mi ofia­ro­wał, a z któ­rych wy­cho­dzi­ły nocą zło­śli­we gnomy, za tych kilka ak­ce­so­riów dro­gie­go krew­nia­ka: parę ta­jem­ni­czych mo­sięż­nych od­waż­ni­ków, osza­ła­mia­ją­co eks­tra­wer­tycz­nych pod­ku­rza­czy, bom­bo­wych ka­pe­lu­szy ochron­nych o siat­ce drob­nej, wzo­rzy­stej, mi­ster­nie wy­ko­na­nej. Tu mie­sza­ły się i łą­czy­ły w im­po­nu­ją­cą jed­ność różne świa­ty, wiele róż­nych świa­tów i ko­lo­ry­tów: ko­le­jar­skie, psz­cze­lar­skie, kre­so­wiac­kie, pa­triar­chal­ne, pe­ere­low­skie, ka­to­lic­kie, przy­gra­nicz­ne… A wszyst­ko to do­oko­ła chło­nę­ło oko za­ko­cha­ne­go w la­tach osiem­dzie­sią­tych dziec­ka szczę­śli­we­go. Czło­wie­ka nic nie dzi­wi­ło: zdana od sa­me­go po­cząt­ku na klę­skę tre­su­ra kur (nie­zbyt w końcu by­strych stwo­rzeń), fru­wa­nie ku­zy­nek po nie­osią­gal­nym dla ni­ko­go gzym­sie czy droż­dże, które nie chcia­ły prze­stać ro­snąć i za­le­wa­ły, za­ta­pia­ły kuch­nię i Ra­cła­wię. No i była też rybka, o któ­rej za chwi­lę.

 

Ryba z por­ce­la­ny

Cóż za dy­na­mizm, co za na­pię­cie nie­by­wa­łe tkwi­ło w tej sce­nie ro­dza­jo­wej, któ­rej ślady dziś jesz­cze znaj­du­ję na dnie pa­mię­ci, w my­ślach, ma­rze­niach i kosz­ma­rach! Gdy­bym wska­zać miał na ów przed­miot-ar­te­fakt, ten jeden je­dy­ny, w któ­rym zisz­cza się schył­ko­wość i nie­do­umar­łość pe­ere­lu – epoki zu­peł­nie dla mnie ge­nial­nej, choć prze­cież obiek­tyw­nie rzecz uj­mu­jąc bez­na­dziej­nej – mu­siał­bym wska­zać na por­ce­la­no­wą rybę sto­ją­cą w ja­dal­ni u cioci Jadzi.

Cio­cia Ja­dzia – sio­stra naj­uko­chań­szej babci, sama bę­dą­ca w isto­cie naj­uko­chań­szą i naj­mil­szą sercu isto­tą i epa­tu­ją­ca nie­by­wa­łą wprost pra­wo­ścią i do­bro­cią – miesz­ka­ła na da­le­kich ru­bie­żach Pół­no­cy, na kre­sach wiecz­nie sło­necz­nej Ra­cła­wii, gdzie na szczy­tach dzie­cię­cej wy­obraź­ni, ponad które to szczy­ty wkra­czać było rze­czą nie­po­dob­ną i ze wszech miar nie­po­żą­da­ną, wręcz nie­bez­piecz­ną, wzbie­ra­ły i łą­czy­ły się w sze­re­gi ki­czo­wa­te domki ko­le­jo­we, licz­ne, wy­nio­słe i z ciem­nej nie­otyn­ko­wa­nej cegły, nie­sta­re, bo le­d­wie stu­let­nie.

I była też ryba – owa tan­det­na oso­bli­wość za­ku­pio­na, zdaje się, za Gier­ka albo Ja­ru­zel­skie­go, dawno, dawno temu. Dys­kret­ni, pełni ta­jem­ni­cze­go wdzię­ku i wy­na­laz­cze­go za­pa­łu wdzię­czy­li się pro­sto z chiń­skiej za­sta­wy Azja­ci – po­my­sło­wi Chiń­czy­cy, wa­lecz­ni Wiet­nam­czy­cy, dziel­ni La­otań­czy­cy, go­to­wi w każ­dej chwi­li rzu­cić się z dzi­da­mi, har­pu­na­mi i zabić bi­du­lę, po­żreć ją celem za­własz­cze­nia ja­kiejś zu­peł­nie nie­osią­gal­nej dla ro­dza­ju ludz­kie­go mą­dro­ści. Ale ona wcale się ich nie bała i go­to­wa była zgi­nąć, polec w walce, jeśli zaj­dzie ta­ko­wa po­trze­ba.

Po­ły­sku­ją­ce to stwo­rze­nie było modre, po tro­sze gra­na­to­we, po tro­sze błę­kit­ne, a błę­kit, jak wia­do­mo, nie ko­ja­rzy się z je­dze­niem. Mimo to lu­dzie Orien­tu mie­rzy­li przy­szłą zdo­bycz chci­wie i z nie­po­ha­mo­wa­nym ape­ty­tem, a ona miała ich stale na oku, swym je­dy­nym w swoim ro­dza­ju rybim oku.

Kar­cia­ni bo­ha­te­ro­wie, asy i kró­lo­wie pod­li­zy­wa­li się oło­wia­nym żoł­nie­rzy­kom, znie­sio­nym z olim­pij­skie­go stry­chu przez wu­jasz­ka Wła­dy­sła­wa, a te – du­ma­ły nad bab­ci­ny­mi re­cep­tu­ra­mi, ob­li­zu­jąc co chwi­la wargi i ogry­za­jąc pa­znok­cie.

I tak do po­łu­dnia cała izba pę­ka­ła już od uta­jo­nych sił i na­pięć, hu­cza­ła od nie­po­ha­mo­wa­nych eks­cy­ta­cji i afek­tów, a ar­chi­pe­lag wiecz­nie sło­necz­nej Ra­cła­wii, tutaj spro­wa­dzo­ny do nie­po­zor­nej bryły od ścia­ny do ścia­ny, wy­peł­niał się mio­do­wy­mi aro­ma­ta­mi, ko­rzen­ny­mi wo­nia­mi, śmie­ta­no­wy­mi in­gre­dien­cja­mi, któ­rych mo­le­ku­ły uno­si­ły się teraz gęsto w po­wie­trzu, niby dym z ty­be­tań­skich, a więc także azja­tyc­kich ka­dzi­de­łek. Wszyst­ko pły­wa­ło w błę­ki­cie ścian ku­chen­nych i błę­ki­tem było wszyst­ko, co pły­wa­ło, co nu­rza­ło się, ta­pla­ło, bro­dzi­ło i fa­lo­wa­ło. A bab­cia, jak nie­ustra­szo­ny ad­mi­rał flo­tyl­li azja­tyc­kiej, re­cy­to­wa­ła prze­pi­sy na ku­li­nar­ne zwy­cię­stwo, pie­kąc z cio­cią prze­pysz­ne torty – wyspy sma­ków na na­szych eg­zo­tycz­nie wy­glą­da­ją­cych ta­ler­zach.

Mam ten ob­ra­zek stale w mej pa­mię­ci i nigdy go już nie wy­ma­żę, nigdy go nie za­po­mnę. Cio­cia Ja­dzia stoi i wy­glą­da jak por­ce­la­no­wa ryba z mi­nio­nej, spo­wi­tej mgła­mi, ko­lo­ra­mi ge­nial­nej epoki. To samo za­tro­ska­nie, to ko­ko­sze­nie się wiecz­ne, jakby cio­tu­nia sama była una gal­li­na de cor­ral, to mosz­cze­nie się ser­decz­ne tuż przy piecu.

Ach, gdy­bym tak wska­zać miał na ów jeden przed­miot, w któ­rym zisz­cza się ca­luch­na magia i fe­ty­szyzm to­wa­ro­wy pe­ere­lu, mu­siał­bym wska­zać na tę niemą isto­tę sto­ją­cą w ga­blot­ce. O, cóż za dy­na­mizm, co za na­pię­cie tkwi­ło w tej utrwa­lo­nej sce­nie ro­dza­jo­wej, któ­rej ślady wciąż jesz­cze od­kry­wam na dnie pa­mię­ci, w my­ślach jak zmy­ślo­ne ptaki ulot­nych, w ma­rze­niach jak cukry i miody prze­słod­kich, w kosz­ma­rach tak od­py­cha­ją­cych, jak roz­kła­da­ją­ce się tru­chło psa.

 

Kra­nów­ka

Było w Ra­cła­wii prze­peł­nio­ne szme­rem i szep­tem mły­nów­ki źró­deł­ko, co lśni­ło zło­tem, sre­brzy­ło się sre­brem i ro­dzi­ło nie­wy­po­wie­dzia­ną ta­jem­ni­cę, która są­czy­ła się z gar­dzie­li kro­pel­ka po kro­pel­ce, jak w kro­plów­ce. Ten ob­ja­wio­ny tak nie­ocze­ki­wa­nie ka­wa­łek wod­ne­go uni­wer­sum zaj­mo­wał mnie i po­ru­szał do głębi. Wy­cho­dził nagle z pod­zie­mi, jak ar­te­rie snów głę­bo­kich i szczę­śli­wych, i już był na wierz­chu, na wi­do­ku. A zda­wał się nie­skoń­czo­no­ścią i nie­koń­czą­cą się ob­fi­to­ścią. Mia­łem ci ja u sie­bie zu­peł­nie po­dob­ny wy­trysk i wy­bryk na­tu­ry.

Mama sta­wia­ła mnie za­wsze na sto­łecz­ku ku­chen­nym tuż przed kra­nem i po­rzu­ca­ła na pa­stwę bez­kre­snych chwil let­nich z le­ją­cą się nie­prze­rwa­nie, jak w po­to­ku, wodą, od­krę­ciw­szy uprzed­nio ten ma­gicz­ny kurek ob­fi­to­ści. Mo­głem tak sie­dzieć i sie­dzieć ca­ły­mi nie­raz go­dzi­na­mi i kon­tem­plo­wać ob­ja­wio­ny, od­kry­ty, wy­do­by­ty z Ha­de­su świat hy­dro­lo­gicz­ny, pod­czas kiedy mama zaj­mo­wa­ła się domem. Ja śpie­wa­łem, a ona się krzą­ta­ła: pra­so­wa­ła, od­ku­rza­ła, go­to­wa­ła…

I kiedy tak, urze­czo­ny i za­fa­scy­no­wa­ny, nu­ci­łem to ar­ka­dyj­skie mur­mu­ran­do, kry­sta­licz­na ciecz sta­wa­ła się nagle drga­ją­cą na­pię­tą stru­ną skrzy­piec, długą nicią pa­ję­czą, zwiew­ną, po­ły­sku­ją­cą wstąż­ką. A błysz­cza­ła ci ona cud­nie, a bry­lo­wa­ła w pro­my­kach słoń­ca wpa­da­ją­ce­go przez uchy­lo­ne okno od stro­ny Za­sied­mio­gó­rza, bo był tam w po­bli­żu taki ogród, któ­re­go zwać ina­czej nie mogę.

Łzy Matki Ziemi ge­ne­ro­wa­ły ko­ją­ce, pra­wie nie­sły­szal­ne szep­ty i tony, które skrzęt­nie na­gry­wa­łem me­to­dą na dwa ma­gne­to­fo­ny firmy Ka­sprzak. Po­le­ga­ła ona na tym, że na­przód re­je­stro­wa­łem pierw­szą linię dźwię­ko­wą, potem do­gry­wa­łem do niej drugą i ko­lej­ną, i tak wkoło Ma­cie­ju. I już nagle ze skrom­ne­go stru­mycz­ka robił się na mym wie­lo­śla­dzie cały wspa­nia­ły Wo­do­spad Nia­ga­ra, a ja umie­ra­łem, umie­ra­łem, po trzy­kroć umie­ra­łem! Taśmę ma­gne­tycz­ną można było potem ciąć i po­wie­lać i sprze­da­wać na por­cje i gramy. Wiła się, pełna drgań i uta­jo­nych plą­sów, po­ły­sku­ją­ca jak złota rybka, wiła się i przy­po­mi­na­ła smuż­kę wody, tak samo wąską i, zdać by się mogło, dziw­nie od­święt­ną, stroj­ną w po­łysk, a za­ra­zem też ete­rycz­ną pod po­dmu­cha­mi z mych ust i nosa mego po­cho­dzą­cy­mi.

Ach ta wspa­nia­ła kra­nów­ka, co nikła w końcu gdzieś w po­skrę­ca­nej po­kręt­nie gar­dzie­li ście­ku i wię­cej się już nie po­ja­wia­ła, nie po­ka­zy­wa­ła. Bez­pow­rot­nie stra­co­na, tak zu­peł­nie, zu­peł­nie prze­gra­na mej uwagi wy­bran­ka gi­nę­ła rów­nie bo­ha­ter­sko i bez­sen­sow­nie, co żoł­nie­rze na z góry prze­gra­nej woj­nie.

Koniec

Komentarze

Sen­ty­men­tal­ny wiel­ce tryp­tyk, od­wo­łu­ją­cy się do naj­pięk­niej­szych Two­ich wspo­mnień. Umiesz, Maćku, przy­wo­łać ob­ra­zy od­ma­lo­wa­ne tak żywo, że jak­kol­wiek nic się z nimi pew­nie rów­nać nie da, to budzą one we mnie tę­sk­no­tę za tym, co mi­nio­ne, choć cią­gle ważne i naj­mi­lej wspo­mi­na­ne – czas bez­tro­skie­go i szczę­śli­we­go dzie­ciń­stwa.  

 

Wuj­wie miesz­ka­li w po­bli­żu rampy ko­le­jo­wej… → Chyba miało być: Wu­jo­stwo miesz­ka­li w po­bli­żu rampy ko­le­jo­wej

 

robił się na mym wie­lo­śla­dzie cały po­tęż­ny Nia­ga­ra→ Nia­ga­ra jest ro­dza­ju żeń­skie­go.

Pro­po­nu­ję: …robił się na mym wie­lo­śla­dzie cały po­tęż­ny Wo­do­spad Nia­ga­ra

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

No, praw­dę na­pi­sa­łeś w przed­mo­wie. Fan­ta­sty­ki nie ma, fa­bu­ły też nie widzę…

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Ale chyba nie masz nic prze­ciw­ko ar­cyw­spa­nia­łej kra­nó­wie? Ponoć za­wie­ra czte­ry razy mniej mi­kro­pla­sti­ku, co woda bu­tel­ko­wa­na. ;)

Dzię­ki, Reg. Ko­lej­ne po­praw­ki za nami, ko­lej­ne świę­ta za nami, chwa­ła Bogu! :))

Bar­dzo pro­szę, Maćku. Oby jak naj­mniej po­pra­wek w przy­szło­ści i jesz­cze mniej wszel­kich świąt. ;)

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Kra­nó­wa nie jest zła. Po­dob­no w Łodzi jest jedna z lep­szych.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Cześć!

 

Na­stro­jo­wy tekst prze­sy­co­ny wspo­mnie­nia­mi i tę­sk­no­tą za tym, co już za nami. Przy­jem­nie po­wspo­mi­nać bez­tro­skie czasy dzie­ciń­stwa, kiedy jesz­cze czas dłu­żył się lu­dziom cza­sa­mi. Czy jest to fan­ta­sty­ka? Nie wiem, bar­dziej chyba prze­kaz ma­rzeń. Fa­bu­ły ja­kiejś spe­cjal­nej nie stwier­dzi­łem, ale czy­ta­ło się bar­dzo przy­jem­nie.

 

Po­zdra­wiam!

„Po­szu­ki­wa­nie praw­dy, która, choć­by naj­gor­sza, mo­gła­by tłu­ma­czyć jakiś sens czy choć­by kon­se­kwen­cję w tym, czego je­ste­śmy świad­ka­mi wokół sie­bie, przy­no­si je­dy­ną moż­li­wą od­po­wiedź: że samo po­szu­ki­wa­nie jest, lub może stać się, ową praw­dą.” J.Kaczmar­ski

Łodź (jak to łódź) kra­nó­wą stoi (na wo­dzie stoi).

 

Dzię­ki. Do­brze po­wie­dzia­ne, Krar: tę­sk­no­ta za tym, co za nami. 

Tech­nicz­nie do­brze na­pi­sa­ne, ale ilość ozdob­ni­ków i ko­lo­ro­we zda­nia spra­wia­ją, że trud­no od­róż­nić wy­da­rze­nia po­waż­ne od nie­po­waż­nych. Naj­czę­ściej od­biór jest na ko­rzyść tych dru­gich.

No i za­bra­kło mi tu fan­ta­sty­ki i ja­kiejś kon­kret­nej fa­bu­ły.

Na­dzie­je chyba się speł­nia­ją, skoro jest ich coraz mniej.

Dzię­ki, Sa­gitt, prze­do­brzy­łem tym razem. 

Nowa Fantastyka