- Opowiadanie: Wolfy - Czerwone światełko

Czerwone światełko

Hej to moje pierw­sze opo­wia­da­nie tutaj :) Liczę,że się spodo­ba.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Oceny

Czerwone światełko

 

Bob ze zło­ścią prze­rzu­cił ko­lej­ny stos pa­pie­rów. Nie po­win­no go tu już być. Wszyst­ko przez tego pier­do­lo­ne­go no­we­go ma­na­ge­ra Jana. Gdyby nie jego głu­po­ta nie trze­ba by było na jutro przy­go­to­wy­wać ze­sta­wień go­dzi­no­wych dla pro­jek­tu, ale Jan się uparł, że zwięk­szy to pro­duk­tyw­ność ze­spo­łu i po­mo­że zwięk­szyć fun­du­sze na pro­jek­tu u kie­row­nic­twa. Nor­mal­nie Bob dałby to za­da­nie któ­re­muś ze sta­ży­stów, jed­nak jak na złość cała trój­ka była na urlo­pie.

-Szlag by to do­cho­dzi 21-syk­nął Bob po spoj­rze­niu na zegar na­ścien­ny-Chy­ba nigdy nie opusz­czę tego biura. 

Znaj­do­wał się na 3 pię­trze cał­kiem po­kaź­ne­go biu­row­ca kor­po­ra­cji Me­ga­te­chX. Bu­dy­nek miał kształt kan­cia­stej pod­ko­wy, a na jej koń­cach mie­ści­ły się mniej­sze nie­open­spaj­so­we ga­bi­ne­ty pra­cow­ni­ków wyż­sze­go szcze­bla. Bob jako głów­ny ar­chi­tekt pro­jek­tu mógł li­czyć na taki oto przy­jem­ny mały po­ko­ik o wy­mia­rach ok 7m2. Ode­rwał wzrok od ciągu liczb które od 4 go­dzin pró­bo­wał uło­żyć w jakiś sen­sow­ny spo­sób by wy­ka­zać jak wiele czasu wy­ma­ga pro­jekt, ale jed­no­cze­śnie nie mógł prze­kro­czyć do­zwo­lo­nej licz­by nad­go­dzin. Spoj­rzał na biur­ko.

-Ech po­wi­nie­nem tu tro­chę po­sprzą­tać…

Cięż­ko wstał od biur­ka i za­gar­nął masę pu­stych to­re­bek po chip­sach i żel­kach do pod­ręcz­ne­go śmiet­ni­ka.

-Kie­dyś tyle nie żar­łem….to wszyst­ko przez te de­adli­ne-sap­nął pa­trząc na dół na brzuch który za­sła­niał jego stopy.-Hmm…przy­dał­by się ko­lej­na kawa, przy oka­zji tro­chę się prze­spa­ce­ru­je. Kuch­nia jest na końcu po dru­giej stro­nie biura.

Bob wy­szedł ze swo­je­go ga­bi­ne­tu na wspól­ny ko­ry­tarz. Ze wzglę­du na porę na holu świe­ci­ła się tylko co 3 ja­rze­niów­ka. Mimo to ko­ry­tarz w tej czę­ści był dość jasny, więk­szośc ze­spo­łu Boba wy­szła dziś późno z pracy i nie po­ga­si­li świa­teł w są­sied­nich open­spa­ce po­miesz­cze­niach. 

-Pew­nie myślą że prąd jest za dar­mo-rzu­cił Bob-No cóż firma płaci…

Spo­koj­nie po­drep­tał na przód. W dal­szej czę­ści biuro było już znacz­nie ciem­niej­sze.

Bob nie chcąc za szyb­ko dojść do kuch­ni skrę­cił w głąb jed­ne­go z ciem­nych open­spa­ce. Je­dy­ne świa­tło w po­miesz­cze­niu po­cho­dzi­ło z diod kom­pu­te­rów oraz z okna. Omiótł wzro­kiem po­miesz­cze­nie, stan­dar­do­wy układ 8 biu­rek uło­żo­nych w 2 rzędy po 4. W bla­dym świe­tle do­strzegł na jed­nym z biu­rek ta­lerz z nie­do­koń­czo­ną cze­ko­la­dą.

-Cóż sam się pro­sił-po­wie­dział Bob i wziął ostat­nie 2 rzędy.

Za oknem widać było peron kolei miej­skiej. Cał­kiem mocno oświe­tlo­ny, obok zaś po­grą­żo­ną w mroku drogę we­wnętrz­ną i lasek. O tej porze był tu zni­ko­my ruch. Bob ru­szył dalej wzdłuż ko­ry­ta­rza. Tym razem po­sta­no­wił skrę­cić w od­no­gę po prze­ciw­nej stro­nie. Tutaj za oknem roz­ta­czał się widok na mały park oto­czo­ny z każ­dej stro­ny przez biu­row­ce. “Parki biz­ne­so­we” tak to teraz na­zy­wa­no. Zie­leń, ławki, re­stau­ra­cja, małe bo­isko do ko­szy­ków­ki. Wszyst­ko by pra­cow­nik nie mu­siał ni­g­dzie da­le­ko od­cho­dzić w cza­sie prze­rwy albo co gor­sza pracy. Bob znał na pa­mięć karte dań tej re­stau­ra­cji, od kilk lat jadł głów­nie tam, stek wo­ło­wy po­la­ny sosem grzy­bo­wym jego nr 1 w tym mie­sią­cu. W są­sied­nich biu­row­cach do­strzegł jesz­cze kilka oświe­tlo­nych po­miesz­czeń, pra­cu­sie jak on albo nie­roz­gar­nię­ci pra­cow­ni­cy za­po­mnie­li po­ga­sić świa­tła. Ro­zej­rzał się po po­ko­ju, ciem­ność da­wa­ła kom­fort szpe­ra­nia w biu­rach in­nych osób bez wy­rzu­tów su­mie­nia i obaw że ktoś go zo­ba­czy. Pod­niósł zdję­cie z blatu do świa­tła, ru­do­wło­sa ko­bie­ta na tle lasu przy­tu­la­ła kota na smy­czy. Prych­nął, nigdy nie ro­zu­miał po co lu­dzie łażą po jakiś la­sach czy gó­rach…i jesz­cze do tego cią­gną ze sobą bied­ne zwie­rza­ki. To­tal­ne mar­to­tra­stow urlo­pu. Sam był mie­siąc temu na urlo­pie w Egip­cie, nie ru­szał się z ho­te­lu, ale w sumie nie było po­trze­by basen i bar były prze­cież w jego ob­rę­bie. Jego żona Oli­wia co praw­da pró­bo­wa­ła go wy­cią­gnąć na jakiś bazar, ale osta­tecz­nie wybił jej to z głowy. W końcu nawet opie­kun wy­ciecz­ki mówił że poza ho­te­lem bywa nie­bez­piecz­nie. Ara­bu­sy miały jakąś ko­lej­ną re­wo­lu­cję i przez ulice prze­wa­la­ły się pro­te­sty. Pro­te­sty które po­li­cja chęt­nie roz­wią­zy­wał gu­mo­wy­mi ku­la­mi, ale za to cena wy­ciecz­ki był o 50% niż­sza. Na ko­lej­nym biur­ku stało zdję­cie piąt­ku osób z pi­sto­le­ta­mi i kom­bi­ne­zo­na­mi do pa­int­bal­lu. Roz­po­znał wśród nich ru­do­wło­są.

-Ah tak to pew­nie te spo­tka­nia in­te­gra­cyj­ne z ze­szłe­go roku! Do­brze, że się z nich wy­krę­ci­łem. Wzię­li­by się do ro­bo­ty a nie…-burk­nął Bob.

Rzu­cił jesz­cze okiem na kor­ko­wą ta­bli­ce ze­spo­łu który re­zy­do­wał w tym po­ko­ju. Była pełna memów o kor­po­ra­cjach, parę ob­raz­ków na­wią­zy­wa­ło chyba do klien­ta ze­spo­łu. Sta­ży­sta Danny też kie­dyś pró­bo­wał tak samo urzą­dzić ich ta­bli­ce, ale Bob szyb­ko go prze­ko­nał że w tak po­waż­nym pro­jek­cie to nie przej­dzie. Ru­szył dalej, tym razem już tylko po­bież­nie pa­trzył na mi­ja­ne po­grą­żo­ne w mroku po­miesz­cze­nia. Minął w po­ło­wie drogi drzwi wyj­ścio­we z ka­me­rą która po­ru­szy­ła się śle­dząc jego ruch. Stan ochro­niarz z dołu pew­nie i tak spał. Do­tarł do kuch­ni, świe­ci­ły się w niej wszyt­skie świa­tła i wy­glą­da­ła jak jasny kwa­drat po­śród oce­anu mroku. Au­to­mat z kawą był dar­mo­wy, Bob na­ci­snął dwu­krot­nie na opcje “czar­na” dzię­ki temu od razu miał pełen cały kubek, a nie jakąś ża­ło­sną fi­li­żan­kę. Opadł z sap­nię­ciem na pla­sti­ko­we białe krze­sło, po tak dłu­gim spa­ce­rze na­le­ża­ła się chwi­la prze­rwy. Był już dziś mocno zmę­czo­ny, zegar w kuch­ni wska­zy­wał na 21;20. Naj­chęt­niej wró­cił­by już do domu…choć pew­nie Oli­wia będzi mu truć, że za późno wraca. Pew­nie też obu­dzi Tom­mie­go, ba­chor niby 10 lat a wciąż przy­cho­dzi do nich w nocy bo boi się sam spać.

Bob po­cią­gnął łyka kawy. Na śnież­no­bia­łych ścia­nach kuch­ni zro­bio­no mural z od­rzu­to­wym sa­mo­cho­dem. Pew­nie na­wią­zu­ją­cym do rze­ko­mej in­no­wa­cyj­no­ści firmy. Za­my­ślił się, faj­nie by­ło­by mieć takie auto, nie tra­cił­by 3 go­dzin dzien­nie na do­jaz­dy do biura. Na 38. uro­dzi­ny spra­wił sobie Forda Mu­stan­ga, uży­wa­ne­go ale w do­brym sta­nie, jed­nak i tak uty­kał rano w gi­gan­tycz­nych kor­kach w cen­trum. Po­now­nie rzu­cił okiem na zegar, 21;26. Pora ru­szać do biur­ka. Z kub­kiem w ręce wy­szedł z kuch­ni. Po­czuł dziw­ny chłód na karku.

-Brrr…pew­nie jakiś idio­ta za­po­mniał za­mknąć okno.

Obej­rzał się za sie­bie, słabo oświe­tlo­ny ko­ry­tarz koń­czył się w mroku, cięż­ko było do­strzec tam co­kol­wiek, a mimo to dałby głowę, że ktoś otwo­rzył tam okno na oścież. Upił ko­lej­ny łyk kawy, cie­pły napój spra­wił, że po­czuł się le­piej. Za­czął iść w kie­run­ku swo­je­go ga­bi­ne­tu. Prze­szedł kil­ka­set me­trów do rogu bu­dyn­ku i sta­nął za­sko­czo­ny na skrę­cie. Nor­mal­nie po­win­ny się tutaj świe­cić bla­do­żół­te ja­rze­niów­ki, lecz teraz wszyst­kie po­ga­sły, a za­miast na nich na gór­nej czę­ści ścia­ny świe­cił się wąski czer­wo­ny pasek LED-ów.

-Co do cho­le­ry?-Bob nie­znacz­nie się cof­nął. Na ko­ry­ta­rzu który wła­śnie minął świa­tła świe­ci­ły się nor­mal­nie. Pa­mię­tał, że te LEDy wska­zu­ją drogę do wyj­ścia ewa­ku­acyj­ne­go. Czyż­by w bu­dyn­ku coś się wy­da­rzy­ło? Nie czuł za­pa­chu dymu, jed­nak wizja śmier­ci w po­ża­rze biu­row­ca nieco go prze­stra­szy­ła. Coś mu pod­po­wia­da­ło, że po­wi­nien za­wró­cić…tylko po co prze­cież je­dy­ne wyj­ście z biura znaj­do­wa­ło się na ko­ry­ta­rzu przed nim. Skok z 3 pię­tra na pewno nie wy­szedł­by mu na dobre. Pod­jął de­cy­zję, może przy wyj­ściu spra­wa się wy­ja­śni. Szyb­kim kro­kiem ru­szył przed sie­bie. Po­miesz­cze­nia po bo­kach wy­da­wa­ły mu się jesz­cze mrocz­niej­sze niż przed­tem, wciąż wi­dział gdzie­nie­gdzie diody kom­pu­te­rów i dru­ka­rek ale nic poza tym. Przy­śpie­szył. Do drzwi wyj­ścio­wych już lekko pod­biegł. Za prze­szklo­ny­mi drzwia­mi znaj­do­wał się rząd wind oraz drzwi pro­wa­dzą­ce na scho­dy prze­ciw­po­ża­ro­we. Zde­ne­ro­wo­wa­ny spoj­rzał w oko ka­me­ry nad drzwia­mi i na­ci­snął przy­cisk łą­cze­nia z re­cep­cją. Jeśli bu­dy­nek rze­czy­wi­ście jest ewa­ku­owa­ny to po­wi­nien usły­szeć jakiś ko­mu­ni­kat, głu­pio by­ło­by wy­bie­gać z bu­dyn­ku bez po­trze­by. Jeśli Stan nie od­bie­rze to znak, że trze­ba wiać. Go­rącz­ko­wo na­ci­skał przy­cisk łą­cze­nia, po 5 se­kun­dach na ekra­nie po­ja­wił się szary obraz Stana z re­cep­cji. Wy­glą­dał na za­spa­ne­go. Bob ode­tchnął z ulgą.

-Hej tutaj Bob Ska­win­sky, z Me­cha­Te­chuX.-czuł jak drży mu głos-Czy coś się stało? Na ko­ry­ta­rzu palą się świa­tła ewa­ku­acyj­ne, po­wi­nie­nem ucie­kać czy coś?

Ziar­ni­sty sza­ro­bu­ry obraz Stana po­ru­szył się.

-Hej. Nie nic mi o tym nie wia­do­mo, mam pod­gląd na wszyst­kie pię­tra i każde wy­glą­da w po­rząd­ku. Wczo­raj w bu­dyn­ku byli elek­try­cy, mieli wy­mie­niać oka­blo­wa­nie na 3 pię­trze. Pew­nie coś spa­pra­li i ty­le-po­wie­dział ochro­niarz.

-Czy­li mogę spo­koj­nie wró­cić do pracy?

Obraz roz­je­chał się nieco i za­trzy­mał.

-Tak jasne, wszyst­ko w po­rząd­ku.

-Okey…

Bob zwol­nił guzik łą­cze­nia. Dał się wy­stra­szyć jak dziec­ko, o mało by nie wy­biegł z biura. Jutro na spo­tka­niu mu­siał­by się tłu­ma­czyć czemu ra­por­ty nie go­to­we. Wciąż jed­nak wa­li­ło mu serce.

-Bob stary ogar­nij się, zro­bisz te ra­por­ty, zdasz jutro, a potem weź­miesz ty­dzień urlo­pu-sta­rał się uspo­ko­ić-To pew­nie przez tą kawę je­stem taki zde­ner­wo­wa­ny.

 Już spo­koj­niej­szym kro­kiem po­szedł dalej przed sie­bie. Na za­krę­cie oka­za­ło się że część biura gdzie ma ga­bi­net rów­nież jest ską­pa­na w le­do­wej czer­wie­ni. Wbrew roz­sąd­ko­wi czuł nie­po­kój. Nie po­do­ba­ły mu się te wszyst­kie ciem­ne po­miesz­cze­nie w około, ledy da­wa­ły za mało świa­tła. Po do­tar­ciu pod drzwi ga­bi­ne­tu od­krył, że rów­nież tu wy­sia­dło świa­tło. Na­ci­snął klam­kę i wszedł do środ­ka, ledwo wi­dział kon­tu­ry przed­mio­tów.

-No nic, dziś już tego nie skoń­cze. Nie dam rady pra­co­wać bez lam­py-po­wie­dział sam do sie­bie. To dziw­ne, ale przed­tem było sły­chać co jakiś czas po­ciąg a teraz ota­cza­ła go cisza. Zbli­żył się do okna. Nic, pust­ka. Jego okno wy­cho­dzi­ło na nie­oświe­tlo­ną część torów ale mimo wszyst­ko nie po­win­no być tam aż tak ciem­no. Ner­wo­wo prze­łknął ślinę. Wy­cią­gnął te­le­fon by sobie po­świe­cić przy pa­ko­wa­niu lecz też coś w nim krzy­cza­ło by spraw­dził jak z za­się­giem sieci. Na górze wid­niał napis tylko po­łą­cze­nia alar­mo­we. Co­kol­wiek sko­pa­li ci elek­try­cy mu­sia­ło mieć wpływ też na za­sięg, tak to sobie tłu­ma­czył. Po­śpiesz­nie za­pa­ko­wał wszyst­kie swoje rze­czy do akt ak­tów­ki, ku­si­ło go żeby po­świe­cić te­le­fo­nem przez okno, ale zre­zy­gno­wał.

Wy­szedł na ko­ry­tarz. Szyb­ko do­szedł do rogu i skrę­cił w po­szu­ki­wa­niu wyj­ścia. Do­szedł na śro­dek holu, tam gdzie po­win­ny być drzwi. Za­stał tylko białą ścia­nę z upior­ną czer­wo­ną po­świa­tą. 

-Cho­le­ra co tu się dzie­je? Prze­cież tu po­win­ny być drzwi.-czuł jak pot po nim spły­wa. Oparł się ple­ca­mi o ścia­nę. Za­rów­no po lewej jak i pra­wej cią­gnął się się biały ko­ry­tarz w ciem­no­kr­wi­stej po­świa­cie. Nagle coś w nim drgnę­ło. Na końcu holu po lewej, nagle zga­sło świa­tło. Na­stęp­nie zgasł ko­lej­ny seg­ment ledów. Teraz była tam już tylko ciem­ność ab­so­lut­na.

-Kur­wa mać-szep­nął Bob, po­czuł nie­przy­jem­ne ukłu­cie w klat­ce pier­sio­wej. Na razie od tej prze­ra­ża­ją­cej ot­chła­ni dzie­li­ło go kil­ka­na­ście le­do­wych seg­men­tów. Jego umysł krzy­czał, że za wszel­ką cenę nie może zna­leźć się poza świa­tłem. Wy­strze­lił bie­giem ko­ry­ta­rzem w prawo, byle być dalej od ciem­no­ści. Do­padł do rogu, czuł że z tru­dem od­dy­cha. Biegł dalej. Nagle zo­ba­czył oko ka­me­ry i in­ter­kom. Był mon­to­wa­ny w ścia­nę, ale obok nie było żad­nych drzwi. Lita biała ścia­na. 

-Nie, nie..to…nie­moż­li­we-za­czął ner­wo­wo dra­pać po ścia­nie.-Za­raz…in­ter­kom….Stan…

Wci­snął guzik, spo­glą­da­jąc za sie­bie. Wciąż na całej dłu­go­ści świe­ci­ły się czer­wo­ne pasy.

-Kur­wa mać…od­bierz-wy­sa­pał.

Ekran in­ter­ko­mu roz­świe­tlił się sza­ro­ścią. Obraz był pełen pi­xe­lo­wych za­kłó­ceń.

-Stan! Cho­le­ra słu­chaj nie wiem co się dzie­je! Nie mogę wyjść!-wy­krzy­czał jed­nym tchem Bob, kosz­to­wa­ło go to pa­lą­cym bólem w płu­cach.

-Za późno…-głos z in­ter­ko­mu brzmiał jakby ktoś mówił z bar­dzo da­le­ka.

-Co? Na co za późno?! Wy­puść mnie ty po­je­bie!-wrza­snął.

-Za póź…-głos prze­ro­dził się w zbit­kę trza­sków i pi­sków, i skoń­czył sy­gna­łem roz­łą­cze­nia.

Ekran zgasł, a Bob zo­ba­czył w in­ter­ko­mie tylko swoje znie­kształ­co­ne od­bi­cie. Kro­ple potu spły­wa­ły mu po czole. Wy­glą­dał jakby po­sta­rzał się o 10 lat. 40 latek o twa­rzy 50 latka.

-Ty kurwo…-pi­snął jesz­cze i ci­snął w in­ter­kom ak­tów­ką.

Wtem przy­po­mniał sobie o po­stę­pu­ją­cej ciem­no­ści, spoj­rzał w bok, parę me­trów od niego ziała nie­prze­rwa­na ciem­na pust­ka.

Zo­sta­ła już tylko jedna droga, na­tych­miast rzu­cił się do uciecz­ki. Do­bieg do końca ko­ry­ta­rza jaki mu po­zo­stał. Zna­lazł się małym po­ko­ju do pracy wspól­nej. Cała ścia­na tego po­miesz­cze­nia skła­da­ła się z gi­gan­tycz­ne­go okna, da­ją­cych w dzień dużo świa­tła. Pod­biegł do niego. Pa­li­ło go w płu­cach i prze­ły­ku, a w klat­ce czuł nie­zno­śny ucisk. W szy­bie zo­ba­czył swoje od­bi­cie, ledwo stał na no­gach. Padł na ko­le­ga, wy­su­płał te­le­fon z kie­sze­ni i po­świe­cił. Nie­wie­le to dało. Zo­ba­czył w od­da­li jakiś punkt. Mały kwa­drat. Mały czer­wo­ny kwa­drat. Zda­wa­ło mu się że to okno w biu­row­cu na­prze­ciw­ko. W dole po­win­na być ka­mien­na ścież­ka z la­tar­nia­mi i park. Nawet jeśli biu­ro­wiec rze­czy­wi­ście tam był to jego fun­da­men­ty to­nę­ły w ciem­no­ści..ale nie zwy­kłej, w tej ciem­no­ści coś zda­wa­ło się ru­szać, było to fa­lu­ją­ce ciem­ne bagno. Spoj­rzał ze zgro­zą za sie­bie. Mrok był coraz bli­żej, kra­wę­dzie po­ko­ju zda­wa­ły się roz­pły­wać w nim. Mógł­by spró­bo­wać skoń­czyć przez okno, ale nie miał sił się dźwi­gnąć.Oparł się ple­ca­mi o szybę i mocno za­ci­snął oczy, czuł że pła­cze. A potem na­sta­ła ciem­ność.

Epi­log

 Matt pod­je­chał swoim zde­ze­lo­wa­nym Oplem pod biu­ro­wiec. Te 2 ty­go­dnie urlo­pu na­praw­dę do­brze mu zro­bi­ły. Pra­wie w ogóle się nie wściekł szu­ka­jąc miej­sca. Po dro­dze chciał jesz­cze za­ha­czyć o au­to­mat z prze­ką­ska­mi. Już przed wej­ściem wi­dział, że przy re­cep­cji bu­dyn­ku ze­brał się spory tłum. Wy­tę­żył wzrok na prze­dzie, zo­ba­czył Jana ich me­na­go. Udało mu się jakoś prze­pchnąć.

-Cześć Jan, co się dzie­je?– spy­tał.

Mię­dzy re­cep­cją, a win­da­mi roz­wi­nię­to po­li­cyj­ną taśmę. 

-Cho­dzi o Boba, sprzą­tacz­ka zna­la­zła go dziś w biu­rze. Mar­twe­go.-od­parł Jan ga­piąc się w windy.

Jedna z nich się otwo­rzy­ła, 2 sa­ni­ta­riu­szy pcha­ła nosze. Pod białą płach­tą le­ża­ło coś du­że­go, za­pew­ne Bob. Przed nich wy­szedł po­li­cjant z proś­bą o ro­zej­ście się. Tłum umilkł i roz­stą­pił się. Nosze ze skrzy­pem opu­ści­ły bu­dy­nek. Jan zła­pał po­li­cjan­ta za ramię.

-Ekh..przepra­szam to…to był mój pod­wład­ny co się stało?-za­py­tał.

-Ah czyli zna pan do­brze ofia­rę. To do­brze.-od­su­nął Jana de­li­kat­nie na bok z dala od tłu­mu-Praw­do­po­dob­nie to serce, koleś wypił chyba z 5 kaw. Le­karz stwier­dził że zgon na­stą­pił około 21;30. Nie wiem co on tu robił o tej porze, może bę­dzie pan w sta­nie od­po­wie­dzieć na kilka pytań o zmar­łym? Za­pra­szam na chwi­lę do ra­dio­wo­zu.

-Uch jasne, po­mo­gę jak mo­gę-wy­du­sił Jan. Oboje wy­szli z bu­dyn­ku.

Matt po­zo­stał przy ta­śmie i po­grą­żył się w roz­wa­ża­niach czy to ozna­cza dzień wolny.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Cześć!

Na po­cząt­ku kwe­stie tech­nicz­ne, które udało mi się wy­ha­czyć.

Dziw­nie za­pi­su­jesz dia­lo­gi. Po pau­zie po­win­na być spa­cja, a Ty za­pi­su­jesz wszyst­ko jed­nym cią­giem. W sen­sie… Dia­log po­wi­nien wy­glą­dać tak:

 – Szlag by to do­cho­dzi dwu­dzie­sta pierw­sza – syk­nął Bob po spoj­rze­niu na zegar na­ścien­ny – Chyba nigdy nie opusz­czę tego biura. 

Poza tym li­czeb­ni­ki na­le­ży za­pi­sy­wać słow­nie ;)

I in­ter­punk­cja, mam wra­że­nie, była uży­wa­na w dość lo­so­wych miej­scach.

 

po­mo­że zwięk­szyć fun­du­sze na pro­jek­tu – na pro­jekt

co 3 ja­rze­niów­ka – co trze­cia ja­rze­niów­ka

To­tal­ne mar­to­tra­stow urlo­pu – mar­no­traw­stwo 

Pro­te­sty które po­li­cja chęt­nie roz­wią­zy­wała

świe­ci­ły się w niej wszyt­skie świa­tła – wszyst­kie

miał pełen cały kubek – W sumie wy­star­czy na­pi­sać, że miał pełen kubek :P

To pew­nie przez tą kawę – TĘ kawę

 

Co do samej opo­wie­ści… Mam wra­że­nie, że była tro­chę… Przy­dłu­ga, roz­cią­gnię­ta. Za­bra­kło też od­po­wied­nie­go kli­ma­tu, żeby wczuć się w grozę, którą od­czu­wał głów­ny bo­ha­ter. 

Za­koń­cze­nie było dość dziw­ne, jakby cze­goś za­bra­kło, ja­kie­goś wy­ja­śnie­nia, czemu bo­ha­te­ro­wi przy­da­rzy­ły się te wszyst­kie rze­czy. No czuć taki pe­wien nie­do­syt. Ale to tylko moje zda­nie i każdy może mieć inne.

Po­zdra­wiam ser­decz­nie! ;)

Bar­dzo się sobie dzi­wię, że dałem radę prze­czy­tać po­mi­mo fa­tal­nej in­ter­punk­cji. Bra­ku­ją­ce spa­cje to dla czy­tel­ni­ków bar­dzo po­waż­ne utrud­nie­nie.

Zga­dzam się z oceną tek­stu za­war­tą w po­przed­nim ko­men­ta­rzu. Prak­tycz­nie o ni­czym, akcja wręcz szcząt­ko­wa, hor­ro­ru w nim tyle, co kot na­pła­kał.

Przy­kro mi, ale za nic po­chwa­lić nie można… Chyba tylko za samą chęć pi­sa­nia.

Jakiś po­ten­cjał w tym jest: z po­pra­wio­ną in­ter­punk­cją, or­to­gra­fią i za­pi­sem dia­lo­gów by­ło­by to ćwi­cze­nie warsz­ta­to­we z pi­sa­nia hor­ro­ru w za­mknię­tym bu­dyn­ku. Fa­bu­lar­nie też nie jest ory­gi­nal­ne, ale stop­nio­wa­nie na­pię­cia ci wy­cho­dzi, a to nie­źle wróży ko­lej­nym pró­bom.

Ten tekst czyta się fa­tal­nie, ze wzglę­du na fakt, że za­pi­sa­ny jest bez po­sza­no­wa­nia reguł za­pi­su dia­lo­gów w pol­sz­czyź­nie. To może brzmieć jak cze­pial­stwo, ale wierz mi – od­po­wied­nie znaki i spa­cje w od­po­wied­nich miej­scach spra­wią, że czy­tel­ni­ko­wi bę­dzie znacz­nie ła­twiej przy­swo­ić tekst. Nie cho­dzi o po­praw­ność dla samej po­praw­no­ści (choć tro­ska o język to rzecz cenna), tylko o to, że mamy pewne za­sa­dy i się do nich przy­zwy­cza­ja­my, a bez nich – źle się czyta.

Tu jest jesz­cze mnó­stwo ro­bo­ty, ale warto ją zro­bić, bo jak to od­ro­bisz, to na­stęp­ny tekst, jaki na­pi­szesz, bę­dzie lep­szy, a my pod nim bę­dzie­my dys­ku­to­wać o two­ich li­te­rac­kich po­my­słach, a nie o za­pi­sie :)

ninedin.home.blog

Cześć, Wolfy.

Hmm…przy­dał­by się ko­lej­na kawa, przy oka­zji tro­chę się prze­spa­ce­ru­je. Kuch­nia jest na końcu po dru­giej stro­nie biura.

Tro­chę dziw­nie brzmi to dru­gie zda­nie.

Błędy tech­nicz­ne po­ka­za­li ci już inni, więc ja się sku­pię na fa­bu­le.

Uwa­żam, że hi­sto­ria była tro­chę prze­dłu­żo­na. Do po­ło­wy czy­ta­łem ją z musu, póź­niej się nawet wcią­gną­łem, ale do peł­ne­go za­cie­ka­wie­nia za­bra­kło kli­ma­tu.

Za­koń­cze­nie też nie po­wa­la, nie do końca wiemy co się stało. Jest dużo al­ter­na­tyw i tro­chę po­czu­łem się nie­na­sy­co­ny. Ocze­ki­wa­łem wiel­kie­go “bum”, nie do­sta­łem cze­goś ta­kie­go. Mimo wszyst­ko na­pię­cie bu­du­jesz świet­nie (tro­chę brak warsz­ta­tu psuje to uczu­cie) , a to do­brze wróży na przy­szłość. 

Mam na­dzie­ję, że się nie po­dasz i bę­dziesz pisał dalej. Cze­kam na twoje ko­lej­ne tek­sty. :)

Po­wo­dze­nia!

 

 

Sen jest dobry, ale książ­ki są lep­sze

Nie będę ory­gi­nal­na. Nie­ste­ty nie przy­ło­ży­łeś się do tego tek­stu. Po­mysł fajny i bu­do­wa­nie na­pię­cia wy­szło ci spraw­nie, ale po­wi­nie­neś jesz­cze raz prze­czy­tać tekst i po­pra­wić błędy. Nie­ste­ty wy­glą­da to tak, jak­byś sam nie chciał prze­czy­tać tego, co na­pi­sa­łeś, bo gdy­byś do tek­stu wró­cił to wiele z tych błę­dów byś po­pra­wił. Za­cie­ka­wi­łeś mnie i inni też po­twier­dza­ją, że po­dą­ża­li w na­pię­ciu w ślad za bo­ha­te­rem, a psują to wszyst­ko pro­ste błędy. Na­stęp­nym razem sprawdź raz jesz­cze i po­praw, bo pi­szesz cie­ka­wie! Dys­ku­sja o wa­lo­rach i błę­dach w fa­bu­le i sty­li­sty­ce, albo prze­my­śle­nia i od­czu­cia po lek­tu­rze zni­ka­ją, bo wszy­scy sku­pia­ją się na braku ostat­nie­go szli­fu. Szko­da.

 

dovio

Za­koń­cze­nie było dość dziw­ne, jakby cze­goś za­bra­kło, ja­kie­goś wy­ja­śnie­nia, czemu bo­ha­te­ro­wi przy­da­rzy­ły się te wszyst­kie rze­czy.

To aku­rat jest w tek­ście – zo­stał po go­dzi­nach ;)

-Szlag by to do­cho­dzi 21-syk­nął Bob po spoj­rze­niu na zegar na­ścien­ny-Chy­ba nigdy nie opusz­czę tego biura.

– Szlag by to tra­fił, do­cho­dzi dwu­dzie­sta pierw­sza – syk­nął Bob po spoj­rze­niu na zegar ścien­ny. – Chyba nigdy nie opusz­czę tego biura.

Po­rad­nik za­pi­su dia­lo­gów.

Cyfry za­pi­su­je­my słow­nie.

Sporo błę­dów w opku. Na przy­szłość pro­po­nu­ję betę, z czym się to je, do­wiesz się tutaj. Jest kli­ma­cik nie­po­ko­ju, ale bra­ku­je mi ja­kie­goś roz­wią­za­nia, od­po­wie­dzi na py­ta­nia, co się wła­ści­wie stało i dla­cze­go.

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Nowa Fantastyka