- Opowiadanie: prosiaczek - Rozdzielenie

Rozdzielenie

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Rozdzielenie

 

Ten nie­wy­ra­zi­sty i ulot­ny mo­ment, kiedy od­dech zo­sta­je je­dy­nym, co sły­chać, zaś pod po­wie­ka­mi kra­ina snów za­czy­na wy­pły­wać ni­czym mar­twe zwie­rzę­ta na po­wierzch­nię wody, był naj­bar­dziej bło­gim, ja­kie­go Anna do­świad­cza­ła w swym życiu. Roz­cią­gnię­ty po­mię­dzy alu­mi­nio­wą budką a le­ci­wym świer­kiem hamak ła­god­nie otu­lał ra­mio­na i stopy. Na pier­si po­sta­wi­ła sobie por­ce­la­no­wą fi­li­żan­kę z za­pa­rzo­ną me­li­są. Upiła jeden łyk, po czym po­zwo­li­ła, by na­czy­nie od­da­ło ener­gię jej i prze­strze­ni. Przez mo­ment po­czu­ła cie­pło jak pod koł­drą.

Rano obu­dził ją deszcz. Kro­ple ude­rza­ły w ciało, w li­ście pa­pro­ci wal­czą­cych o prze­trwa­nie na ja­ło­wie­ją­cej ziemi nie­wiel­kiej wy­sep­ki. W kępki mchu pod­gry­za­ją­ce ko­rze­nie drzew i wi­szą­ce na tych ostat­nich doj­rze­wa­ją­ce szysz­ki. We wszyst­ko, co uzna­wa­ła za swój dom. Roz­chy­li­ła po­wie­ki i le­ża­ła dalej, wsłu­chu­jąc się w szum na­tu­ry. Szare chmu­ry, szare niebo i słoń­ce tej samej barwy sta­no­wi­ły nie­zmien­ny ele­ment każ­de­go dnia. Wes­tchnę­ła. Fi­li­żan­ka, prze­peł­nio­na, za­ko­le­ba­ła się na most­ku, prze­wró­ci­ła, sto­czy­ła na brzuch.

Anna wsta­ła i, zry­wa­jąc po dro­dze ka­wa­łek ro­śli­ny, sen­nym kro­kiem ru­szy­ła do jam­ni­ko­wa­tej budki. Dziś znowu bę­dzie po­ma­gać lu­dziom, któ­rych nie zna, lecz zanim za­cznie to robić, musi za­dbać o swych pod­opiecz­nych. Za­pa­li­ła w budce mdła­we świa­tło; za­bzy­cza­ło. Zdję­ła, rzu­ci­ła na grzej­nik mokrą ko­szul­kę, od­gar­nę­ła z bla­dej twa­rzy włosy, by le­piej wi­dzieć kry­ją­ce się w li­ściach pa­ty­cza­ki ro­ga­te, kiedy z mar­so­wą miną usia­dła na krze­seł­ku przed ter­ra­rium. Owa­dów było sześć, róż­nią­cych się głów­nie za­bar­wie­niem. Otwo­rzy­ła po­kry­wę i upu­ści­ła im parę liści. Ob­ser­wo­wa­ła, jak ucztu­ją, w dra­pież­nej czu­ło­ści, wła­ści­wej je­dy­nie tak drob­nym stwo­rze­niom, osku­bu­jąc ro­śli­nę gry­zą­cy­mi apa­ra­ta­mi gę­bo­wy­mi. Po­czu­ła bur­cze­nie w brzu­chu. Na bu­twie­ją­cym sto­li­ku obok stał to­ster. Nie­mra­wym ru­chem wrzu­ci­ła do niego dwie krom­ki pie­czy­wa. Cze­ka­ła. Na dachu budki znaj­do­wał się wiel­ki cy­no­wy lej, z któ­re­go desz­czów­ka spły­wa­ła rurą do garn­ka. Choć po dro­dze była fil­tro­wa­na, prze­waż­nie miała kwa­śny smak. Fi­li­żan­ką zgar­nę­ła wodę z dna i po­pi­ła kęsy su­che­go tostu. Je­dząc, pa­trzy­ła na ścia­ny, dawno temu ozdo­bio­ne czymś waż­nym, teraz puste, ze śla­da­mi w kształ­tach pro­sto­ką­ta – bla­dy­mi po­zo­sta­ło­ścia­mi cze­goś, o czym dawno za­po­mnia­ła.

Potem za­ło­ży­ła po­ło­wicz­nie wy­schłą ko­szul­kę i wy­szła na ze­wnątrz. Po desz­czu zo­sta­ła mżaw­ka. Nagle deszcz ustał. Ro­zej­rza­ła się, bez naj­mniej­szej na­dziei, że coś w kra­jo­bra­zie się zmie­ni­ło. Nie­da­le­ko ha­ma­ka rosły mle­cze. Pyłki unio­sły się na wie­trze, wi­ru­jąc, po­le­cia­ły teraz wy­so­ko. Wy­sep­kę, z każ­dym ro­kiem coraz mniej­szą, ota­cza­ła szara, nie­ru­cho­ma, pod­stęp­na woda. Dalej wid­niał stały ląd, gdzie ma­ja­czy­ło po­rzu­co­ne mia­sto, gi­gan­tycz­ne, przy­po­mi­na­ją­ce pra­daw­ną be­stię zde­chłą od ob­żar­stwa, która nim wy­zio­nę­ła ducha, wchło­nę­ła mi­lio­ny ki­lo­me­trów kwa­dra­to­wych. Anna przy­gry­zła wargę, ru­szy­ła przez błoto do serca wy­sep­ki – masz­tu nadaw­cze­go. Wspi­nacz­ka zaj­mo­wa­ła za­le­d­wie mi­nu­tę, lecz dla niej czas ten wy­da­wał się znacz­nie dłuż­szy, gdyż po­ko­nu­jąc ko­lej­ne metry, ze szcze­gó­ła­mi przy­po­mi­na­ła sobie po­czą­tek hi­sto­rii czło­wie­ka, z któ­rym za mo­ment się spo­tka. Sprze­da mu się. Ale co z tego, skoro od­da­wa­ła się lu­dziom od lat. Zanim jed­nak to zrobi, bę­dzie mu­sia­ła po­znać dal­szą część opo­wie­ści. Nie mogła się do­cze­kać.

Na górze pod­pię­ła efe­me­rycz­ne ka­bel­ki do krę­go­słu­pa i po­ty­li­cy i za­wi­sła w po­przek niby flaga, która nagle za­ło­po­ta­ła; cia­łem wstrzą­snął spazm, gdy jaźń po­szy­bo­wa­ła na sta­cję or­bi­tal­ną numer osiem.

 

***

 

Wa­ni­lio­we oko, a w nim żad­nych re­flek­sów, zero odbić. Skost­nia­łe od bo­le­snych wspo­mnień prze­szło­ści, już nawet nie prze­oble­ka­ją­cej się, lecz bę­dą­cej przy­szło­ścią bez cie­nia na­dziei. Oko. Tylko hip­no­ty­zu­ją­ca czerń i wa­ni­lio­wy obrys w kształ­cie elip­sy. I nie­zno­śna cisza. Trwa­ła zbyt długo, wrzy­na­ła się w mózg, po­wo­do­wa­ła mdło­ści. Gma­twa­ła czas i wy­krzy­wia­ła prze­strzeń. Bez­głos znie­kształ­cał myśli, unie­moż­li­wiał de­fi­ni­cję cze­go­kol­wiek. I nagle w od­da­li sta­cji or­bi­tal­nej numer osiem coś za­skrzy­pia­ło. Jak wszyst­ko inne, ko­smicz­ny pył, ko­me­ty, pla­ne­ty i gwiaz­dy, cała ta gma­twa­ni­na ciał nie­bie­skich, zim­nych i go­re­ją­cych, jak to wszyst­ko, z nie­zba­da­nych przy­czyn, rów­nież sta­cja zmie­ni­ła tra­jek­to­rię lotu. A może wciąż zmie­nia­ła? Znów roz­legł się jakiś dźwięk, jed­nak tym razem inny, za­po­wia­da­ją­cy nad­cho­dzą­ce wy­da­rze­nie. I ko­lej­ne od­gło­sy, bli­żej – z flau­ty w szkwał. Źre­ni­ca na­pęcz­nia­ła, spoj­rze­nie prze­cze­sa­ło prze­strzeń. Cien­kie ni­czym babie lato włosy za­fa­lo­wa­ły, kiedy po­ru­szył głową. W zdu­mie­niu roz­chy­lił usta, z któ­rych wy­pa­dła słom­ka, kre­śląc reszt­ką cie­czy dziw­ne kształ­ty. Więc przy­szła, po­my­ślał bez emo­cji. Sta­cja skrzy­pia­ła, ję­cza­ła, coś się gdzieś prze­le­wa­ło.

– Och, je­steś – po­wie­dział.

A przy­naj­mniej chciał to po­wie­dzieć, gdyż z gar­dła wy­do­by­ło się coś na kształt skrze­ku. Jesz­cze jej nie wi­dział, ale czuł obec­ność ko­bie­ty, tak jak wy­czu­wa się nik­ną­cą świa­do­mość. Pró­bu­jąc wy­łu­skać ją z prze­strze­ni, prze­ska­ki­wał spoj­rze­niem od jed­nej rze­czy do dru­giej. W punk­to­wo oświe­tlo­nym tu­ne­lu sta­cji numer osiem uno­si­ły się ty­sią­ce przed­mio­tów. Na każ­dym za­trzy­my­wał wzrok na mniej niż se­kun­dę, lecz to wy­star­czy­ło, by po­czuł pewne oży­wie­nie. Zu­peł­nie jakby trą­ca­jąc je wzro­kiem, trą­cał coś w swej duszy. Kubek z ini­cja­ła­mi kogoś bli­skie­go; A.V. Ska­fan­dry osób, które zde­cy­do­wa­ły się opu­ścić sta­cję, kiedy to jesz­cze było moż­li­we. Plu­szo­wy księ­życ w pełni, nie­mal­że na wy­cią­gnię­cie ręki. Sta­cja wy­da­wa­ła coraz wię­cej dźwię­ków. Coś za­ło­po­ta­ło, bli­sko, sta­now­czo zbyt bli­sko.

Wresz­cie uci­chło, a wraz z ciszą, tym razem inną, ja­śniej­szą, po­ja­wi­ła się ona. Zda­wa­ło się – zda­wa­ło? – że wy­pły­nę­ła z wa­ni­lio­we­go oka. Nada­ła prze­strze­ni wię­cej sensu. Na bia­łym po­lie­stro­wym ska­fan­drze na pier­si miała zegar od­li­cza­ją­cy czas czas, który po­zo­stał, zanim ko­bie­ta po­wró­ci do sie­bie. Mieli pół go­dzi­ny.

Przez chwi­lę na nią pa­trzył, w oba­wie, że to miraż. W końcu, a mi­nę­ło sześć minut, uwie­rzył.

– Je­stem – po­twier­dzi­ła.

Wzru­szył ra­mio­na­mi.

– To do­brze.

Anna prze­chy­li­ła głowę, ba­daw­czo go ob­ser­wu­jąc. Drob­ny męż­czy­zna tkwił w tym samym miej­scu, gdzie wi­dzia­ła go ostat­nio. I wiele razy wcze­śniej. Nie­zmien­ność ta, po­dob­nie jak wy­gląd tego czło­wie­ka, wzbu­dza­ła w niej nie­uświa­do­mio­ny opór. Miał na sobie ko­szul­kę z krót­kim rę­ka­wa­mi i spoden­ki. Osła­bio­ne bra­kiem gra­wi­ta­cji człon­ki zda­wa­ły się kru­che jak pier­nicz­ki. Wy­pra­na z emo­cji twarz, po­żół­kłe po­li­ki, usta ni­czym su­szo­ny po­mi­dor oraz te oczy – już nie wa­ni­lio­we, a zło­ci­ste, roz­iskrzo­ne.

– Długo mu­sia­łem na cie­bie cze­kać – po­wie­dział.

– Prze­cież za­wsze przy­cho­dzę, kiedy chcesz. Do­sta­łam sy­gnał od cie­bie wczo­raj. Mu­sia­łam się przy­go­to­wać.

Jed­nak wia­do­mość po­trze­bo­wa­ła mie­sią­ca, żeby do niej do­trzeć.

– Mo­gła­byś po­ja­wiać się czę­ściej. To po­twor­nie de­pry­mu­ją­ce tak tkwić tu sa­me­mu. Z tym wszyst­kim wokół i tym wszyst­kim w gło­wie. Uma­wiaj­my się od teraz na bie­żą­co.

Anna pod­le­cia­ła bli­żej, za­trzy­ma­ła się z boku, tak żeby on wi­dział ją kątem oka. Na­pię­cie ze­lża­ło.

– Wiem, przy­naj­mniej ogól­nie, za co zo­sta­łeś ska­za­ny – po­wie­dzia­ła ła­god­nie. – Sa­mot­ność to jed­nak zbyt wy­so­ka cena za brak wraż­li­wo­ści.

Wzdry­gnął się na te słowa. Na­stęp­nie uśmiech­nął, jakby ogól­ność jej wie­dzy uspo­ko­iła go. Wi­dzisz tylko mój zarys, po­my­ślał. Co bę­dzie, gdy uj­rzysz cały obraz? Pra­gnął na­ma­lo­wać swój por­tret moż­li­wie do­kład­nie, czyli, zgod­nie z fak­ta­mi, ła­god­nie, gdyż je­dy­nie wtedy bę­dzie mógł li­czyć na zro­zu­mie­nie Anny. Użyje słów ni­czym ter­pen­ty­ny – roz­mięk­czy co mrocz­niej­sze frag­men­ty.

– Uwol­nię cię – rze­kła z pew­no­ścią w gło­sie. – Wiem, gdzie je­steś. – To kłam­stwo, do­da­ła w my­ślach. – Mu­sisz je­dy­nie opo­wie­dzieć mi dalej swoją hi­sto­rię.

Męż­czy­zna mil­czał.

Znów to samo. Nie­chęć? Obawa? Dla­cze­go nie chciał kon­ty­nu­ować opo­wie­ści? Jak mo­gła­by go prze­ko­nać?

– Chcesz, abym po­ja­wia­ła się czę­ściej. Po co? Od­zy­wasz się coraz mniej.

– Chcę, żebyś tu była. Nie mu­sisz na­ma­wiać mnie do opo­wie­ści. Zro­bię to z przy­jem­no­ścią. I za­ra­zem wiel­kim bólem.

Zdzi­wi­ła się. Ze zdzi­wie­nia nie mogła wyjść, odkąd pół roku temu pierw­szy raz go spo­tka­ła. Przy­zwał ją ina­czej niż wszy­scy do­tych­cza­so­wi klien­ci. W inną prze­strzeń. Prze­nió­sł­szy się w jego miej­sce, oka­za­ło się, że Anna nie zmie­ni­ła po­wło­ki; brak drob­nych rą­czek, ni­skiej per­spek­ty­wy oraz po­czu­cia dzie­cię­cej nie­zbor­no­ści w pierw­szej chwi­li wpra­wił ją w osłu­pie­nie, w dru­giej wy­wo­łał nie­po­kój, gdyż spoj­rzaw­szy w uno­szą­ce się w sta­nie nie­waż­ko­ści lu­stro, zro­zu­mia­ła, że to wciąż ona – chuda, ły­ko­wa­ta, o twa­rzy stale wy­ra­ża­ją­cej nie w pełni wy­brzmia­łe za­sko­cze­nie – a prze­cież nie było po­wo­du, aby wzy­wać ją w pier­wot­nej for­mie. Przy­naj­mniej ona ta­kie­go nie do­strze­ga­ła i za każ­dym razem, gdy się do męż­czy­zny prze­no­si­ła, za­sta­na­wia­ła się, jaki jest ukry­ty cel wi­zy­ty. Nie mogła za­py­tać wprost, przy­naj­mniej jesz­cze nie teraz, klien­ci za­wsze wzy­wa­li ją w związ­ku z oso­bi­stym dra­ma­tem, więc po­my­śla­ła, że po­win­na za­cho­wać szcze­gól­ną de­li­kat­ność. A może cho­dzi­ło o ostroż­ność? Do­zna­ła wra­że­nia, że w pew­nym ulot­nym sen­sie zna tego czło­wie­ka. Wra­że­nie to, nagłe i przy­tła­cza­ją­ce, wy­wo­ła­ło w niej silną nie­chęć do wspo­mnień oraz za­wro­ty głowy. Nie wzbu­dza­ją­ce za­ufa­nia oczy z tę­czów­ką w kształ­cie elip­sy, jesz­cze przed chwi­lą roz­iskrzo­ne, teraz przy­ga­sły.

– Przy­bądź za mie­siąc – po­wie­dział męż­czy­zna, po czym wsu­nął słom­kę do ust i gło­śno siorb­nął.

***

 

Nie mogła prze­stać wy­mio­to­wać, a kiedy wresz­cie żo­łą­dek się uspo­ko­ił, pod­nio­sła się z ziemi, spoj­rza­ła na hamak, z któ­re­go spa­dła, po czym na no­gach mięk­kich jak z waty ru­szy­ła w stro­nę budki. Po dro­dze kil­ku­krot­nie mu­sia­ła się za­trzy­mać i usiąść, tak bar­dzo była wy­czer­pa­na. Głowę roz­sa­dzał nie­zno­śny ból, słab­ną­cy i na­si­la­ją­cy się w nie­ocze­ki­wa­nych mo­men­tach. Co się wy­da­rzy­ło? Dla­cze­go tak za­re­ago­wa­ła na spo­tka­nie z wa­ni­lio­wo­okim czło­wie­kiem? Ka­wa­łek przed budką, wy­zu­ta z resz­tek ener­gii ni­czym szma­ta wy­żę­ta z wody, na pół bez­wład­nie po­ło­ży­ła się na tra­wie peł­nej mle­czy. Za­snę­ła.

Z od­mę­tów nie­świa­do­mo­ści wy­pły­nę­ła cią­gnię­ta wi­ro­wa­niem, które ka­za­ło jej gwał­tow­nie usiąść, by mogła zwró­cić reszt­ki po­kar­mu i pły­nów. W isto­cie tar­gnę­ły nią spa­zmy, lecz prócz śliny i nie­mal bez­gło­śne­go prze­kleń­stwa nic wię­cej nie opu­ści­ło jej ust. Mdło­ści wez­bra­ły, toteż, zła na sy­tu­ację, wsu­nę­ła palec do gar­dła, by spro­wo­ko­wać od­ruch wy­miot­ny. Po­wtó­rzy­ła gest ża­ło­ści kil­ku­krot­nie, a prze­sta­ła, gdy zdrę­twia­ło jej gar­dło, zaś ból głowy za­głu­szył każdy dźwięk i wszel­ką myśl. Przy­ję­ła po­zy­cję pół­le­żą­cą, w pół drogi do snu, w prze­ra­ża­ją­cej nie­pew­no­ści tego, czy spo­wo­do­wa­ne przy­mknię­ciem po­wiek osu­wa­nie się w stan nie­przy­tom­no­ści jest uczu­ciem zwią­za­nym z przy­by­wa­ją­cym Mor­fe­uszem, czy ra­czej z nie­bez­piecz­nym wy­łą­cze­niem prze­cią­żo­ne­go or­ga­ni­zmu. W akcie roz­pa­czy ze­rwa­ła się i siłą woli pchnę­ła wiot­kie ciało w stro­nę budki. W środ­ku chwy­ci­ła fi­li­żan­kę i drżą­cą dło­nią się­gnę­ła do garn­ka po wodę. Zdą­ży­ła upić po­ło­wę i już za­czę­ła słab­nąć, więc po­ło­ży­ła się na boku pod ścia­ną, tak, żeby ple­ca­mi jej do­ty­kać; jakoś, jak­kol­wiek przy­spa­wać się do rze­czy­wi­sto­ści, do bycia tu, choć bo­le­sne­go, za­miast tam – druga stro­na wy­da­wa­ła się teraz zie­mią nie­zna­ną. Za­czę­ła głę­bo­ko od­dy­chać. Za­snę­ła.

Na ze­wnątrz wzmógł się wiatr, lu­nę­ło. Deszcz od go­dzi­ny upar­cie bęb­nił w alu­mi­nio­wy dach. Ciem­ność w budce roz­świe­tla­ła nie­wiel­ka lamp­ka na sto­li­ku; Anna wi­dzia­ła w bla­sku swoje nie­śmia­ło sple­cio­ne dło­nie. Pa­trzy­ła na nie, za­sta­na­wia­jąc się, dla­cze­go na sta­cji numer osiem nie zmie­ni­ła po­sta­ci. Cie­nie jej pal­ców pa­da­ły na fi­li­żan­kę z wodą, obok któ­rej stała pusz­ka z na­po­czę­tym ło­so­siem. Choć ból i za­wro­ty głowy mi­nę­ły, nie mogła sku­pić myśli, sła­bych, co rusz sy­pią­cych się ni­czym kar­cia­ny po­tęż­ny zamek. W gło­wie wi­ro­wa­ły py­ta­nia bez ja­snych od­po­wie­dzi. Kim był ten czło­wiek? Nie mogła od­szu­kać go w żad­nej bazie miesz­kań­ców Ukła­du Sło­necz­ne­go. To oczy­wi­ście miało sens, bio­rąc pod uwagę dru­gie py­ta­nie – gdzie znaj­do­wa­ła się sta­cja numer osiem? Skoro jaźń po­trze­bo­wa­ła aż mie­sią­ca, aby tam do­trzeć, a po­dró­żo­wa­ła z pręd­ko­ścią świa­tła, to cał­ko­wi­cie lo­gicz­ne, że sta­cja tkwi­ła w ja­kimś nie­zwy­kle od­le­głym, nie­zba­da­nym ob­sza­rze. To zaś czę­ścio­wo wy­ja­śnia­ło te po­twor­ne mdło­ści po po­wro­cie. Nigdy wcze­śniej nie była tak da­le­ko. Nigdy nawet nie są­dzi­ła, że to moż­li­we. Na samą zaś myśl, że na­stęp­nym razem znów nie bę­dzie jej tu ponad dwa mie­sią­ce – tam i z po­wro­tem plus czas na dys­ku­sję z męż­czy­zną – miała ocho­tę we­pchnąć w gar­dło palec.

Deszcz ustał. Męż­czy­zna na­le­gał, żeby przy­by­ła do niego za mie­siąc, więc już dziś mu­sia­ła tam le­cieć. Tego sa­me­go dnia, któ­re­go wró­ci­ła. Pa­ra­no­ja. Wsta­ła i za­czę­ła ner­wo­wo cho­dzić po budce. Wy­szła na ze­wnątrz, sen­nie ro­zej­rza­ła się po oko­li­cy, w nie­ocze­ki­wa­nej tę­sk­no­cie chcąc za­pa­mię­tać obraz lata. Od stro­ny sza­rych wód budkę ota­cza­ła tar­ni­na, któ­rej białe kwia­ty nada­wa­ły wy­sep­ce szczyp­tę de­li­kat­no­ści. Szła tam­tę­dy słabo już wi­docz­na ścież­ka, wy­dep­ta­na przez Annę, kiedy jesz­cze cho­dzi­ła do wody wy­rzu­cać nie­po­trzeb­ne przed­mio­ty z budki; jakie – nie pa­mię­ta­ła. Po dru­giej stro­nie zie­mia była albo ja­ło­wa, albo pło­ży­ły się przy niej liche ro­śli­ny, w tym mle­cze, kru­che jak po­pie­la­ty ko­niec pa­pie­ro­sa, któ­re­mu wy­star­czy drgnię­cie, ka­prys wia­tru, by roz­paść się w ni­cość. Dalej, od kiedy się­ga­ła pa­mię­cią, nie­zwru­sze­nie trwał za­gaj­nik, strze­gą­cy nad­szarp­nię­te­go zębem czasu masz­tu nadaw­cze­go, na szczy­cie co parę se­kund mi­ga­ją­ce­go akwa­ma­ry­no­wy­mi lamp­ka­mi, go­to­wy­mi ocho­czo słać sy­gnał w bez­chmur­ne, wła­śnie roz­bu­dza­ne nad­cho­dzą­cym wie­czo­rem niebo. Wokół tego wszyst­kie­go wspo­mnia­ne szare wody, ciche, zdra­dziec­kie, dra­pież­ne, me­to­dycz­nie po­chła­nia­ją­ce wy­sep­kę, nie­gdyś bę­dą­cą wiel­ką wyspą. Po­wie­trze prze­sy­cał za­pach kwia­tów, kwa­śne­go desz­czu oraz nad­cho­dzą­cej zmia­ny.

Na ho­ry­zon­cie w prze­stwór wzbił się nie­zna­ny ptak. Wiatr był słaby, pie­ścił jej przy­po­mi­na­ją­ce babie lato włosy, kiedy Anna spoj­rza­ła na wy­sep­kę ostat­ni raz, będąc już na górze. Kiedy tu wróci, tar­ni­na wyda owoce, mle­cze znik­ną, po­dob­nie jak wiele in­nych ro­ślin, niebo zaś przy­sło­nią paź­dzier­ni­ko­we chmu­ry. Mróz skuje zie­mię, także jej ciało, choć ubra­ła się w naj­cie­plej­sze rze­czy. Rzęsy oszro­ni, po­wie­ki przy­mar­z­ną, a serce zwol­ni, nie­pew­nie od­li­cza­jąc czas po­wro­tu wła­ści­ciel­ki. Wszyst­ko po to, by mogła usły­szeć hi­sto­rię wa­ni­lio­wo­okie­go czło­wie­ka. Chcia­ła przy nim być. Po­trze­bo­wa­ła tego, nie prze­szko­dzą żadne mdło­ści. Całe życie, pra­gnąc kon­tak­tu, po­ma­ga­ła innym, jed­nak do­pie­ro teraz do­świad­czy­ła bli­sko­ści, może nie­ide­al­nej, nie­sta­bil­nej, ha­mo­wa­nej jej czy jego obawą, ale to nie prze­szka­dza­ło, by pra­gnąć dalej się zbli­żać. Ro­biąc to, wi­dzia­ła sie­bie, wi­dzia­ła jego, wi­dzia­ła nie­wy­raź­ny splot ich losów. Wciąż pra­co­wa­ła, męż­czy­zna wciąż był klien­tem, nie­mniej czuła, że tym razem ona jest czymś wię­cej niż na­rzę­dziem. Kimś.

Wiatr za­marł. Usły­sza­ła swój głę­bo­ki wdech. Wy­dech. Za­bez­pie­czy­ła ciało klam­ra­mi przed spad­nię­ciem, za­mknę­ła oczy i przy­su­nę­ła ka­bel­ki do po­ty­li­cy. Zanim się pod­pię­ła, prze­łknę­ła coś, co nie było śliną. Potem z tyłu za­ła­sko­ta­ło, kar­kiem spły­nął potok dresz­czy i po­le­cia­ła w roz­pa­lo­ne gwiaz­da­mi niebo.

 

***

 

Moja hi­sto­ria za­czę­ła się dawno temu, jesz­cze zanim po­ja­wi­łaś się ty. Tak, do­brze sły­szysz, zanim po­ja­wi­łaś się ty, bo zna­li­śmy się już kie­dyś, choć mo­żesz tego nie pa­mię­tać. Albo nie chcieć pa­mię­tać. Prze­pra­szam, nie po­wi­nie­nem teraz o tym mówić, po­nie­waż bę­dziesz miała na­tu­ral­ną po­trze­bę, by wie­dzieć wię­cej, a ja naj­pierw muszę przy­bli­żyć wy­da­rze­nia, które miały miej­sce dużo wcze­śniej oraz znacz­nie póź­niej. Bądź cier­pli­wa, obie­cu­ję, że po­znasz praw­dę. Zro­zu­miesz, dla­cze­go chcia­łem, żebyś po­ja­wi­ła się u mnie oso­bi­ście. Zro­zu­miesz także, dla­cze­go dzie­li nas tak okrut­na prze­strzeń…

Uro­dzi­łem się w epoce schył­ku, kiedy lu­dzie za­czę­li nie­śmia­ło prze­no­sić się w inne miej­sca ko­smo­su. Moja matka była in­ży­nie­rem ge­ne­tycz­nym, pro­wa­dzi­ła ważne ba­da­nia i w domu po­ja­wia­ła się do­pie­ro wie­czo­ra­mi. Pa­mię­tam ga­sną­ce pro­mie­nie sło­necz­ne w prze­szklo­nym ar­bo­re­tum, prze­su­wa­ją­ce się i gęst­nie­ją­ce cie­nie, at­mos­fe­rę fe­brycz­ne­go nie­po­ko­ju. Ro­śli­ny od­dy­cha­ły, a ja wraz z nimi, w ocze­ki­wa­niu na matkę, która mogła, choć nie mu­sia­ła, po­ja­wić się przed moim snem. Wpa­da­ła do domu w ja­kimś ro­ze­dr­ga­niu. W de­li­kat­nym na­pię­ciu, jakie czło­wiek ma w związ­ku z mgli­stym po­czu­ciem, że za­po­mniał o czymś waż­nym, lecz nie ma siły dalej wal­czyć z co­dzien­no­ścią, zo­sta­je ten stan pół-ocze­ki­wa­nia, po­ło­wicz­nej go­to­wo­ści do dzia­ła­nia, dziw­ne­go za­wie­sze­nia mię­dzy ży­ciem a umie­ra­niem; nie­wy­brzmia­ły gest, choć dło­nie drżą. Matka w roz­trze­pa­nych wło­sach, z roz­bie­ga­nym spoj­rze­niem mo­drych oczu wa­chlo­wa­nych trze­po­tli­wym ru­chem gę­stych rzęs. Po­licz­ki, czoło, wła­ści­wie cała twarz błysz­cza­ła jej w prze­ja­wie po­czy­nio­ne­go wy­sił­ku. Cza­sem, w prze­lo­cie, po­gła­ska­ła mnie po gło­wie, choć gest ten miał w sobie wię­cej au­to­ma­ty­zmu niż au­ten­tycz­ne­go cie­pła. Cza­sem na mo­ment za­trzy­ma­ła wzrok na mojej twa­rzy, i tak pa­trzy­ła na mnie albo prze­ze mnie; będąc dziec­kiem nigdy nie byłem w sta­nie tego roz­strzy­gnąć, a teraz, z per­spek­ty­wy czasu, czuję, że matka na swoj dziw­ny, dra­ma­tycz­ny spo­sób wal­czy­ła o czas dla swego dziec­ka. W przy­pły­wach po­czu­cia winy mie­wa­ła mo­men­ty, kiedy za­le­wa­ła mnie swą uwagą, jak gdyby pra­gnę­ła skom­pen­so­wać w tych zry­wach nie­ustan­ny brak obec­no­ści. Roz­czu­la­ła się, mó­wi­ła słod­kim gło­si­kiem, nie­do­pa­so­wa­nym do sied­mio­let­nie­go chłop­ca, z oczu dło­nią prze­cie­ra­ła bro­kat łez, na­iw­nie są­dząc, że tego nie widzę, a prze­cież nie mo­głem nie wi­dzieć, w za­sko­cze­niu i nie­uf­no­ści, że zaraz się za­koń­czą, chło­nąc wspól­ne chwi­le, niby sma­ko­ły­ka­mi sycąc się nimi na zapas.

Kie­dyś oj­ciec za­rzu­cił jej, że tak roz­wi­ja­ła wła­sną ka­rie­rę, tak roz­ra­sta­ła go­dzi­ny pracy i obo­wiąz­ki, że prze­strzeń dla nas ob­kur­czy­ła się do wiel­ko­ści ziar­na gro­chu. Pa­mię­tam te słowa do­kład­nie, wy­brzmia­ły ostro, za­rzu­tem, lecz nie przy­nio­sły żad­nych zmian. Oj­ciec na­stęp­ne­go dnia skon­tak­to­wał się ze mną i spę­dzi­li­śmy razem pół dnia. Na wi­de­oro­zmo­wie, gdyż miesz­kał na sta­cji or­bi­tal­nej, gdzie zaj­mo­wał się spra­wa­mi, które mia­łem zro­zu­mieć wiele lat póź­niej.

Oj­ciec chciał dać mi cie­pło, lecz nie mógł. Matka pra­gnę­ła tego, lecz nie po­tra­fi­ła. Wy­cho­wa­łem się w po­czu­ciu nie­sta­bil­no­ści. Bra­ko­wa­ło mi ducha matki, bra­ko­wa­ło ciała ojca. W wiel­kim domu peł­nym ciszy i krą­żą­cych ko­ry­ta­rza­mi ro­bo­tów sprzą­ta­ją­cych nie mo­głem uciec od sa­mot­no­ści, nie­po­ko­ju oraz myśli, któ­rych, prze­cież do­pie­ro kształ­tu­ją­cych się w mło­dym umy­śle, nie umia­łem do końca zro­zu­mieć. Le­ża­łem w łóżku, czy­ta­jąc nie­zli­czo­ne po­wie­ści i opo­wia­da­nia. To­pi­łem czas w roz­cią­ga­nych do gra­nic ab­sur­du se­ria­lach. Spa­ce­ro­wa­łem w ogro­dzie, uda­jąc, że do­glą­dam ro­ślin albo robię inne ważne rze­czy. Łą­czy­łem się z od­le­głą szko­łą, z twa­rza­mi uczniów i na­uczy­cie­li, pła­ski­mi, pa­trzą­cy­mi nie na mnie, lecz mój obraz ide­al­nie wy­świe­tla­ny po dru­giej stro­nie. Szu­ka­łem sensu, do­świad­cza­jąc świa­ta, sta­ra­jąc się, by i on do­świad­czał mnie.

Zo­ba­czy­łem ją, pra­co­ho­licz­kę, rano, po prze­bu­dze­niu. Matka zmar­ła przy moim łóżku, sie­dząc na fo­te­lu. Pół­otwar­te usta, dłoń wy­krzy­wio­na w ge­ście świad­czą­cym o po­szu­ki­wa­niu roz­wią­za­nia ko­lej­ne­go pro­ble­mu. Pa­trzy­łem na nią i cze­ka­łem na po­go­to­wie, na które do­dzwo­ni­łem się za trze­cim razem – nie­źle jak na ośmio­let­nie dziec­ko w szoku. Parę lat póź­niej od ojca do­wie­dzia­łem się, że do­sta­ła wy­le­wu, praw­do­po­dob­nie kiedy spa­łem. Nie miała już nawet czasu, żeby żyć. Ostat­nie chwi­le spę­dzi­ła przy mnie, pew­nie prze­czu­wa­jąc swój ża­ło­sny finał.

W ko­lej­nych la­tach mia­łem tylko ojca, a wła­ści­wie jego fonię i wizję. Atra­pa peł­no­wy­mia­ro­wej re­la­cji, po­dob­nie jak po­ko­je pełne ciszy oraz pra­cu­ją­cych w tle sztucz­nych in­te­li­gen­cji – ma­kie­ta miesz­ka­nia. Uczy­łem się, skoń­czy­łem stu­dia, do­sta­łem do­brze płat­ną pracę w in­sty­tu­cie. Oj­ciec nigdy nie po­pro­wa­dził mnie w życiu, nie po­mógł pod­jąć żad­nej de­cy­zji, zatem na­uczy­łem się sa­mo­dziel­no­ści. Przy­zwy­cza­iłem się, na ile to tylko moż­li­we, do sa­mot­no­ści. Bo choć mia­łem zna­jo­mych, to nigdy nie prze­sta­łem, gdzieś głę­bo­ko w sercu, czuć się jak­bym kro­czył obcą, ja­ło­wą pla­ne­tą. W okre­sie wcze­snej mło­do­ści tej pust­ki po ro­dzi­cach nie zdo­ła­łem za­ko­pać żadną re­la­cją ani żad­nym ro­man­tycz­nym związ­kiem. Do­pie­ro w wieku trzy­dzie­stu dwóch lat po­zna­łem ko­bie­tę, z którą zwią­za­łem się na po­waż­nie. Pra­co­wa­ła jako ana­li­tycz­ka por­tów na sta­cjach or­bi­tal­nych i pla­ne­tar­nych, a jako że z po­wo­dów zdro­wot­nych w mło­dym wieku prze­szła na rentę, wspól­nie po­sta­no­wi­li­śmy po­więk­szyć ro­dzi­nę. Po­sia­da­li­śmy pię­cio­ro wspa­nia­łych dzie­ci, które miały wspa­nia­łą matkę oraz bez­na­dziej­ne­go ojca. Cho­ciaż bar­dzo sta­ra­łem się tego nie robić, po­sze­dłem w ślady ro­dzi­ców. Jakby prze­szłość nie po­zwo­li­ła mi wy­brać praw­dzi­wie wła­snej drogi. Zresz­tą, swoje dzia­ła­nia mocno ra­cjo­na­li­zo­wa­łem, bo­wiem tym, co od­cią­gnę­ło mnie od ro­dzin­nych pie­le­szy, była praca nad oszu­ka­niem śmier­ci. Uwa­ża­łem, że jeśli uda mi się zna­czą­co prze­dłu­żyć ludz­kie życie, a w tam­tym okre­sie wie­rzy­łem w to bez za­chwia­nia, to prze­cież zy­skam na tym i ja, i dzie­ci. Zy­skam tyle czasu, że będę mógł ob­da­ro­wać uwagą i obec­no­ścią każde z po­tom­stwa w stop­niu prze­kra­cza­ją­cym ludz­kie moż­li­wo­ści. To dla ich dobra – brzę­cza­ło mi w gło­wie.

Czas… Mu­si­my za­koń­czyć dzi­siej­sze spo­tka­nie. Je­stem dosyć zmę­czo­ny. Zo­bacz­my się za dwa mie­sią­ce.

Anna nie od­ry­wa­ła spoj­rze­nia od wa­ni­lio­wo­okie­go czło­wie­ka, aż miała wra­że­nie, że w nie wla­tu­je.

 

***

 

Wy­sep­ka prze­obra­zi­ła się, doj­rza­ła. Paź­dzier­ni­ko­wa aura skuła zie­mię mro­zem, prze­trze­bi­ła zie­leń krze­wów oraz pu­szy­stość mle­czy. Zda­wa­ło się, le­d­wie, na gra­ni­cy świa­do­mo­ści, że szara woda wdar­ła się głę­biej na wy­sep­kę. Anna po­wstrzy­ma­ła od­ruch prze­tar­cia oczu oszro­nio­ną dło­nią, od­pię­ła ka­bel­ki, kilka razy po­zgi­na­ła i roz­pro­sto­wa­ła nogi i ra­mio­na, po czym ze­szła na dół.

W budce coś się zmie­ni­ło. Z prze­peł­nio­ne­go garn­ka ule­wa­ła się woda. Na sto­li­ku i pod­ło­dze ka­łu­ża od­bi­ja­ła nie­wy­raź­nie świa­tła i jej przy­gar­bio­ną syl­wet­kę. Nie­do­je­dzo­ne tosty ob­kur­czy­ły się, sple­śnia­ły. W ter­ra­rium pa­ty­cza­ki ro­ga­te za­mar­ły w inny niż zwy­czaj­nie spo­sób. Anna za­mru­ga­ła, nagle zdzi­wio­na tym wszyst­kim, za­czy­na­jąc ro­zu­mieć, że mu­sia­ło minąć wię­cej czasu, niż są­dzi­ła. Zer­k­nę­ła na elek­tro­nicz­ny ka­len­darz na ścia­nie. Trze­ci li­sto­pa­da. Wy­szła na ze­wnątrz. Wy­sep­kę otu­la­ła rzad­ka mgła, ponad którą, za szarą wodą, uj­rza­ła roz­po­ście­ra­ją­ce się w nie­skoń­czo­ność na wschód i za­chód mia­sto.

Wró­ci­ła do budki, chwy­ci­ła ple­cak i za­czę­ła się pa­ko­wać. Pusz­ki z ło­so­siem, kra­ker­sy, woda, to­reb­ki her­ba­ty, śpi­wór, kom­pak­to­wy na­miot, grzej­nik przy­tro­czo­ny liną do bocz­nej ścia­ny ple­ca­ka. Nie tyle bez kon­kret­ne­go planu, co nawet bez jed­nej szcze­gól­nej myśli, po pro­stu to zro­bi­ła, pod wpły­wem im­pul­su, jakby, znie­wo­lo­na nie­zna­ną de­ter­mi­ni­stycz­ną siłą, nie mogła po­stą­pić ina­czej. Na­stęp­nie, igno­ru­jąc we­zwa­nia po­przed­nich klien­tów, wy­szła na ze­wnątrz i uło­ży­ła ciało na ha­ma­ku. Prze­le­ża­ła sporo czasu, nim wy­ru­szy­ła na po­now­ne spo­tka­nie z czło­wie­kiem.

 

***

 

Moje prace nad oszu­ka­niem śmier­ci po­le­ga­ły na two­rze­niu po­włok dla… tego wszyst­kie­go, co nas sta­no­wi, czyli duszy, oso­bo­wo­ści, cha­rak­te­ru i tem­pe­ra­men­tu. Pra­gną­łem, aby czło­wiek, któ­re­go ciało jest zbyt stare lub zo­sta­ło nie­od­wra­cal­nie uszko­dzo­ne, miał moż­li­wość funk­cjo­no­wać ko­lej­ne lata. Oczy­wi­ście wią­za­ło się to z pew­ny­mi pro­ble­ma­mi. Trud­no od­na­leźć się w spraw­nej, jędr­nej po­wło­ce, kiedy pa­mięć pod­po­wia­da, że po­win­naś czuć ból tu i tam, gubić od­dech, czy re­ago­wać znacz­nie wol­niej na ze­wnętrz­ne bodź­ce. Obce od­bi­cie w lu­strze po­cząt­ko­wo wpra­wia w osłu­pie­nie, widok in­nych dłoni wy­wo­łu­je nie­po­kój… Są­dzisz, że to wszyst­ko znasz? W końcu wcho­dzi­łaś w nie­zli­czo­ne ciała. Tylko że zmia­na na stałe jest czymś innym, głęb­szym, trud­niej­szym.

Pierw­szy pro­blem, jaki po­ja­wił się w mojej pracy, był na­tu­ry mo­ral­nej. Nie po­tra­fi­łem prze­wi­dzieć kon­se­kwen­cji zwią­za­nych z fak­tem bycia w dwóch cia­łach jed­no­cze­śnie. Świa­do­mość nie tyle była prze­no­szo­na, co re­pli­ko­wa­na, zatem jesz­cze przez pe­wien okres żyła także w sta­rym ciele. Jeden z pa­cjen­tów, wi­dząc sie­bie w nowej sko­ru­pie, nie do końca wia­do­mo z ja­kie­go po­wo­du, po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, w do­dat­ku roz­sze­rzo­ne, gdyż miał pa­ra­no­ję, że zna­jo­mi i współ­pra­cow­ni­cy są nim wła­śnie – trzy­dzie­sto­ma sko­ru­pa­mi z wtło­czo­ną – roz­rze­dzo­ną – jego świa­do­mo­ścią. Po tej tra­ge­dii zro­zu­mia­łem, że po­ten­cjal­nych kan­dy­da­tów po­wi­nie­nem spraw­dzać psy­cho­lo­gicz­nie, wy­na­ją­łem więc psy­cho­lo­gów, psy­chia­trów, nawet ewo­lu­cjo­ni­stów oraz an­tro­po­lo­gów za­przą­głem do pracy. Nie­ste­ty lista prze­wi­dzia­nych skut­ków ubocz­nych – za­bu­rze­nia lę­ko­we, de­re­ali­za­cja, de­per­so­na­li­za­cja, epi­zo­dy de­pre­syj­ne i wiele in­nych – nie wy­czer­pa­ła za­gad­nie­nia w naj­mniej­szym stop­niu. In­ne­go ochot­ni­ka, po prze­nie­sie­niu świa­do­mo­ści, do­pa­dła mi­łość wła­sna – upo­jo­ny uczu­ciem do sie­bie po­sta­no­wił się zwią­zać z wła­snym od­bi­ciem, co po­czy­nił, po praw­nych per­tur­ba­cjach trans­mi­to­wa­nych, na gra­ni­cy ob­sce­ny, w świa­to­wych te­le­wi­zjach, osta­tecz­nie le­ga­li­zu­jąc ten nie­jed­no­znacz­ny, po­je­ba­ny zwią­zek. Hi­sto­ria in­ne­go, mło­de­go męż­czy­zny wy­cho­wu­ją­ce­go sie­bie w nowym ciele, po­ka­za­ła nie­zwy­kłą siłę sa­mo­współ­czu­cia, które z cza­sem prze­ro­dzi­ło się w cho­ro­bli­wą za­zdrość, sta­no­wią­cą przy­czy­nę mor­der­stwa; pi­sa­no, że to nowy ro­dzaj sa­mo­bój­stwa. Jak gdyby kon­flikt świa­ta we­wnętrz­ne­go tego nie­szczę­śni­ka zo­stał wy­wle­czo­ny w celu uka­za­nia zło­żo­no­ści ludz­kiej psy­chi­ki. Teatr gro­te­ski, nie ma co. Ko­lej­ny pa­cjent ob­se­syj­nie pra­gnął za­cho­wać wspól­ne wspo­mnie­nia, zatem z „prze­nie­sio­nym sobą” cho­dził wszę­dzie i każde zda­rze­nie oma­wiał z nim, aby naj­drob­niej­sze szcze­gó­ły mogli pa­mię­tać moż­li­wie po­dob­nie. Do­pro­wa­dzi­ło to oby­dwu do za­bu­rze­nia ob­se­syj­no-kom­pul­syj­ne­go, gdzie i jeden, i drugi co chwi­lę do­py­ty­wa­li się, nawet będąc tuż obok sie­bie, o po­strze­ga­ną rze­czy­wi­stość, w oba­wie, że gdy ich linia pa­mię­ci roz­dzie­li się, nie będą w sta­nie w wy­star­cza­ją­cym stop­niu na­wza­jem się ro­zu­mieć. Strasz­ne, strasz­ne rze­czy miały miej­sce.

Opo­wia­dam ci o tym, po­nie­waż chcę, żebyś wie­dzia­ła, jak prze­no­si­ny wpły­wa­ją na psy­chi­kę. Nigdy nie po­zo­sta­wia­ją jej bez uszczerb­ku. Dla­te­go zro­zu­miem, jeśli po­sta­no­wisz nigdy wię­cej nie przyjść, kiedy do­wiesz się, jak po­to­czy­ła się dal­sza część tej hi­sto­rii. Mam też na­dzie­ję, że mając tę świa­do­mość, wresz­cie mi wy­ba­czysz. Zanim jed­nak ci ją opo­wiem, mu­si­my zro­bić prze­rwę.

Anna, zdzi­wio­na ucię­ciem w takim mo­men­cie, głę­bo­ko spoj­rza­ła w wa­ni­lio­we oczy męż­czy­zny, szu­ka­jąc w nich zło­śli­wo­ści. Do cien­kich jak ży­let­ka ust po­wę­dro­wa­ła słom­ka. Czyż­by nie­znacz­nie się uśmie­chał? Cza­pecz­ka ze śmi­gieł­kiem, którą dziś za­ło­żył, ja­kimś spo­so­bem wciąż trzy­ma­ła się na zbyt dużej w sto­sun­ku do ciała gło­wie.

– Wy­ba­czę? – za­py­ta­ła. – Co mia­ła­bym ci wy­ba­czyć?

– Póź­niej. Tym­cza­sem roz­gość się na sta­cji – po­wie­dział, wy­pusz­cza­jąc z ust słom­kę. – Za­ła­twi­łem ci dłuż­szy pobyt.

Anna da­rem­nym ge­stem spró­bo­wa­ła uło­żyć włosy. Dłuż­szy pobyt? Jakim cudem? Za­wsze dla klien­tów miała dwie i pół go­dzi­ny.

– A jeśli wolę wró­cić do domu?

– A wo­lisz?

Mil­cza­ła.

– Poleć, gdzie chcesz. Sta­cja jest spora. Po­zwie­dzaj. Ja muszę pobyć sam.

Czu­jąc cie­ka­wość i sub­tel­ne na­pię­cie, od­bi­ła się od męż­czy­zny stopą. Za­krztu­sił się, w prze­strze­ni roz­kwi­tła chmu­ra na­po­ju, ale nic nie po­wie­dział. Po chwi­li zo­rien­to­wa­ła się, że ma ska­fan­der z sil­nicz­ka­mi po­ma­ga­ją­cy­mi po­ru­szać się w ze­ro­wej gra­wi­ta­cji. La­wi­ro­wa­ła mię­dzy uno­szą­cy­mi się, po­rzu­co­ny­mi przed­mio­ta­mi. Spo­glą­da­ła za sie­bie, pa­trząc, czy wa­ni­lio­wo­oki czło­wiek wciąż tam jest. Był, krę­cił się wokół wła­snej osi, w po­kracz­nym tańcu wy­ma­chu­jąc no­ga­mi i ra­mio­na­mi.

Mi­nę­ła obłok ping­pon­go­wych pi­łe­czek i przy­spie­szy­ła w kie­run­ku mi­ga­ją­cej na zie­lo­no lamp­ki. Wrota bez­sze­lest­nie roz­chy­li­ły się i Anna wle­cia­ła do śluzy. Nie wie­dzia­ła, dla­cze­go to robi, prze­ko­na­na jed­no­cze­śnie, że wła­śnie tak po­win­na się za­cho­wy­wać, zgod­nie ze skryp­tem, bar­dziej wy­czu­wa­nym niż zna­nym i ro­zu­mia­nym, wy­ry­tym gdzieś u pod­sta­wy czasz­ki, skryp­tem na­pi­sa­nym przez dziw­ne, bez­cza­so­we do­świad­cze­nie. Mimo wszyst­ko za­czę­ła za­sta­na­wiać się, czy to bez­piecz­ne. Teo­re­tycz­nie nawet je­śli­by tu zgi­nę­ła, po­win­na obu­dzić się na Ziemi, a je­dy­ny efekt nie­po­żą­da­ny sta­no­wił­by brak ak­tu­ali­za­cji umy­słu.

Kiedy wy­szła ze śluzy, w swe klesz­cze chwy­ci­ła ją gra­wi­ta­cja. Ru­szy­ła mo­no­chro­ma­tycz­nym ko­ry­ta­rzem. Głu­cho wszę­dzie, cicho wszę­dzie, tylko wła­sne kroki wy­bi­ja­ją­ce rytm po­wścią­gli­wej cie­ka­wo­ści. Pierw­szym miej­scem, do któ­re­go do­tar­ła, oka­za­ło się wiel­kie po­miesz­cze­nie przy­po­mi­na­ją­ce uni­wer­sy­tec­ką ga­le­rię. Na dole roz­cią­ga­ły się brą­zo­we sto­li­ki, wszyst­kie puste, i w takim samym ko­lo­rze krze­sła, wiele nie­po­do­su­wa­nych. Skoro, co po­li­czy­ła, krze­seł było trzy­dzie­ści, to wła­śnie mniej wię­cej tyle osób za­miesz­ki­wa­ło sta­cję? Zatem gdzie byli? Może trwa­ła noc i wszy­scy spali? W każ­dym razie po­czu­ła ja­kieś dziw­ne roz­cza­ro­wa­nie. Odkąd tkwi­ła na Ziemi, nigdy nie wi­dzia­ła wię­cej niż kilku osób naraz, a teraz zna­la­zła się w miej­scu, gdzie było to moż­li­we – o czym nie raz śniła w budce albo na ha­ma­ku pod wieżą nadaw­czą – lecz, iro­nia losu, nie spo­tka­ła ani jed­nej żywej duszy. Jed­nak­że w związ­ku z nie­sta­bil­ną i nie­zro­zu­mia­łą wię­zią, która łą­czy­ła Annę i ojca, z nikim nie czuła się bez­piecz­nie, przez co w każ­dym po­twier­dze­niu sa­mot­no­ści od­naj­do­wa­ła po­cie­sze­nie.

Wyżej cią­gnę­ły się trzy pię­tra pełne pro­wa­dzą­cych Bóg wie dokąd drzwi. Od­kle­iw­szy spoj­rze­nie od dłu­giej lady, nad którą tkwił wy­bla­kły neon „Co tylko ze­chcesz”, po tym jak se­kun­dę wcze­śniej po­cią­gnę­ła moc­niej nosem, pra­gnąc wy­ło­wić choć­by naj­lżej­szą nutę za­pa­chu do­bie­ga­ją­ce­go wła­śnie stam­tąd – kuch­ni – za­czę­ła po sta­cji krą­żyć, uważ­nie przy­glą­da­jąc się na­pi­som, kształ­tom, bar­wom oto­cze­nia, da­rem­nie pró­bu­jąc zro­zu­mieć, czym jest to miej­sce. Z każ­dym ko­lej­nym kro­kiem na­ra­sta­ła w niej tę­sk­no­ta za czymś nie do końca zro­zu­mia­łym, nie w pełni wy­brzmia­ła obiet­ni­ca trą­ca­ła w Annie bo­le­sne stru­ny, któ­rych ist­nie­nia do­tych­czas nie była świa­do­ma.

Wcho­dzi­ła do ko­lej­nych po­miesz­czeń, nie­po­ko­ją­co pu­sta­wych, ste­ryl­nych, nie­do­koń­czo­nych prze­strze­ni, swą nie­rze­czy­wi­sto­ścią spra­wia­ją­cych, że w Annie ro­dzi­ła się po­trze­ba, którą te miały za­spo­ko­ić. Bo wła­śnie tak było, czuła to w trze­wiach – wszyst­kie te miej­sca po­wsta­ły z myślą o pew­nych de­fi­cy­tach, for­mo­wa­nych niby ero­zje bocz­ne bez­dusz­ną siłą rzeki. Miała w gło­wie, w duszy mnó­stwo ta­kich wy­pa­czeń, ob­sza­rów sa­mot­nych, za­nie­dba­nych, cza­sem wręcz po­rzu­co­nych, w słod­kiej i dusz­nej me­lan­cho­lii wa­ha­ją­cych się mię­dzy cze­ka­niem na zba­wie­nie a po­zo­sta­niem w obec­nej for­mie. Bo to nie­peł­ne do­świad­cze­nie miało w sobie coś utu­la­ją­ce­go, tro­chę po­dob­nie jak życie na wy­sep­ce, gdzie gra­ni­ce męt­ne­go kra­jo­bra­zu były nie­wi­docz­ne.

Jed­nak w nie­któ­rych po­ko­jach znaj­do­wa­ła wię­cej rze­czy, niż się spo­dzie­wa­ła. Po­skła­da­ne w kost­ki i po­roz­wie­sza­ne w sza­fach ubra­nia, w ła­zien­kach nie­na­po­czę­te ko­sme­ty­ki. O, a tam bruż­dżą­ca po­ściel bi­żu­te­ria mi­go­ta­ła w świe­tle fio­le­to­wej lamp­ki noc­nej za­wie­szo­nej nad łóż­kiem. Za­baw­ki dla dzie­ci w róż­nym wieku, od drew­nia­nych kloc­ków, przez sa­mo­cho­dzi­ki i puz­zle, aż po kon­so­le do gier oraz ho­lo­gra­ficz­ne sza­chy, za­miast zwy­kłych figur przed­sta­wia­ją­ce ja­kichś ludzi – jakby wal­czą­ce ze sobą ro­dzi­ny.

Po­sta­no­wi­ła zatem wró­cić do wa­ni­lio­wo­okie­go czło­wie­ka. Miała mnó­stwo pytań.

 

 

 

– Czym jest ta sta­cja? – za­py­ta­ła, uno­sząc głos, bo do­pie­ro do­la­tu­jąc do czło­wiecz­ka. – Dla kogo zo­sta­ła stwo­rzo­na?

Wa­ni­lio­wo­oki męż­czy­zna uśmiech­nął się, bar­dzo, bar­dzo nie­znacz­nie. Nie od­po­wie­dział na jej py­ta­nie, lecz Anna, w nie­cier­pli­wej eks­cy­ta­cji, nie zdą­ży­ła wy­ha­mo­wać i nie­mal­że się z nim zde­rzy­ła. Wiel­kie, sze­ro­ko otwar­te oczy lu­stru­ją­ce prze­strzeń, a w nich od­bi­cie tego wszyst­kie­go; na nie do końca jaw­nym po­zio­mie prze­szła jej przez głowę myśl, że sta­cja sta­no­wi jego od­bi­cie oraz, w jesz­cze bar­dziej mgli­stym sen­sie, prze­dłu­że­nie.

Potem spoj­rze­nie czło­wiecz­ka za­mar­ło, stę­ża­ło, a Anna, ko­ry­gu­jąc sil­nicz­ka­mi po­zy­cję w prze­strze­ni, zo­rien­to­wa­ła się, że za­czął kon­ty­nu­ować opo­wia­da­nie hi­sto­rii.

To było dla mnie bar­dzo trud­ne. Nie­zno­śne wręcz. Za­bro­ni­li wy­ko­ny­wa­nia mi dal­szych badań. Twier­dzi­li, że to nie­etycz­ne, pry­mi­tyw­ne eks­pe­ry­men­ty, które służą je­dy­nie mo­je­mu ego. Skoro tak, po­my­śla­łem w wy­bu­chu zło­ści, to się zajmę tym na wła­sną rękę. Po­ka­żę im, że nie mieli racji. Nie będę po­trze­bo­wał po­mo­cy tych ob­sra­nych ze stra­chu dy­le­tan­tów, łaski bez. Do celu za­mie­rza­łem do­trzeć za wszel­ką cenę. Uzna­łem, że mogę sam sie­bie prze­nieść. Zro­bi­łem to pod­czas pięk­nej je­sien­nej aury. Li­ście w parku ze­zło­cił czas, po­wie­trze prze­sy­cił słod­ki za­pach gni­ją­cych ro­ślin. Pa­mię­tam twa­rzycz­ki moich dzie­ci, poza jedną, zdzi­wio­ne za­wsze, kiedy po­ja­wia­łem się w domu, zu­peł­nie jak­bym był obcym z obcej pla­ne­ty. Jed­nak tam­te­go dnia pa­trzy­ły na mnie ina­czej, wy­czu­wa­jąc, że ma na­stą­pić coś nie­zwy­kle waż­ne­go, toteż prze­chy­la­ły głowy, na­słu­chu­jąc klu­czo­wych słów, które nie pa­da­ły, ni­czym psia­ki rzew­nym spoj­rze­niem bła­ga­ją­ce o spa­cer. Wy­ra­ża­ły nawet coś na kształt współ­czu­cia lub obawy, lecz to nie prze­szko­dzi­ło mi w par­ciu do celu, wszak ro­bi­łem to z myślą o idei – po­świę­ca­łem i sie­bie, i je dla sie­bie i dla nich. Przy­tu­li­łem każdą po­cie­chę z osob­na i wszyst­kie naraz – aż wy­trzesz­czy­ły oczy w zdzi­wie­niu oraz z braku tlenu – co zro­bi­łem z uczu­ciem wiel­kim jak nigdy przed­tem, gdyż wie­dzia­łem, że na­stęp­nym razem mo­że­my zo­ba­czyć się znacz­nie póź­niej.

Pierw­sze spo­tka­nie z po­wło­ką, do któ­rej się prze­nio­słem, a wła­ści­wie prze­ko­pio­wa­łem, po­cząt­ko­wo nie wy­wo­ła­ło szcze­gól­nych emo­cji. Mimo że była moim od­bi­ciem – nie tylko men­tal­nym, lecz także wi­zu­al­nym. Do­pie­ro gdy za­czę­ła do mnie mówić i we­szli­śmy w ja­kieś dziw­ne se­man­tycz­ne sprzę­że­nie, zro­zu­mia­łem ro­dzą­ce się z tej zna­jo­mo­ści im­pli­ka­cje; wy­czu­wa­łem, jak wy­czu­wa się ko­niusz­kiem ję­zy­ka smak nie­zna­nej a fa­scy­nu­ją­cej po­tra­wy, nie­unik­nio­ne kon­se­kwen­cje ro­dzą­ce­go się nie­na­sy­ce­nia.

Na­zwa­łem go Alter, lecz on wy­brał sobie inne imię – Adam. Nie śmia­łem kwe­stio­no­wać jego au­to­no­mii, z dru­giej stro­ny pew­nym nie­po­ko­jem przej­mo­wa­ła mnie myśl, że na­zwał się tak w związ­ku z po­trze­bą bycia pierw­szym, tym ory­gi­nal­nym. Ta idea za­sia­ła we mnie ziar­no pa­ra­noi.

Co cie­ka­we, wraz z upły­wem czasu ja i Adam nie tylko na­by­wa­li­śmy nowe wspo­mnie­nia oraz ko­lej­ne umie­jęt­no­ści, ale rów­nież pa­mięć daw­nych lat, se­lek­tyw­nie, pod wpły­wem no­wych do­świad­czeń, na­bie­ra­ła in­ne­go wy­dźwię­ku. I tak o ile mój obraz matki po­zo­stał bez zmian, o tyle u Adama zmie­nił się dość mocno – jego bar­dzo udane związ­ki z ko­bie­ta­mi sta­no­wi­ły swo­iste ko­rek­cyj­ne do­świad­cze­nie dla po­strze­ga­nia ro­dzi­ciel­ki, którą za­czął wi­dzieć w świe­tle ła­god­niej­szym, jakby ostre kon­tu­ry jej po­sta­ci zmięk­czy­ło znaj­du­ją­ce się poza moim za­się­giem zro­zu­mie­nie. Że­brzą­cym za­wsze dawał parę gro­szy, nie po­tra­fiąc przejść obok nich obo­jęt­nie. Wy­brał zawód pie­lę­gnia­rza, w któ­rym pier­wia­stek sa­mo­po­świę­ce­nia two­rzył całe dłu­gie wzory che­micz­ne. O sobie za­po­mi­nał, jak w na­tu­ral­nej obo­jęt­no­ści za­po­mi­na się o ze­szło­rocz­nym śnie­gu. W isto­cie, Adam stał się czło­wie­kiem ła­god­niej­szym ode mnie, nawet moim dzie­ciom z tą po­wło­ką było ła­twiej niż ze mną na­wią­zać kon­takt, skró­cić dy­stans. Pa­trząc, jak się do Adama przy­tu­la­ją, czu­łem wzbie­ra­ją­cą za­zdrość wy­mie­sza­ną z żalem, że nie po­tra­fię być takim ojcem. Oczy­wi­ście nie wi­dzia­ły nas w tym samym cza­sie, nie myśl, że je­stem zu­peł­nie bez­myśl­nym czło­wie­kiem lub ja­kimś zwy­rod­nial­cem. Nie na­ra­ził­bym ich na żadne nie­bez­pie­czeń­stwo, chcia­łem dla całej piąt­ki tego, co naj­lep­sze. W związ­ku z tym zde­cy­do­wa­łem, że naj­le­piej bę­dzie, jeśli Adam czę­ścio­wo mnie za­stą­pi, przy­naj­mniej do czasu, aż skoń­czę eks­pe­ry­ment. Na­tu­ral­nie nie opusz­cza­ła mnie za­zdrość, zatem po­zwa­la­łem mu na ogra­ni­czo­ny kon­takt – dzie­ci wi­dy­wa­ły go raz na ty­dzień. Ja, w związ­ku z coraz mniej­szym za­in­te­re­so­wa­niem moją osobą, po­sta­no­wi­łem po­ja­wiać się w ich życiu coraz rza­dziej, raz na dwa ty­go­dnie, mie­siąc. Pew­nie za­sta­na­wiasz się, co na to moja żona. Otóż o ni­czym nie wie­dzia­ła. Była świę­cie prze­ko­na­na, bied­na isto­ta, że nie ma żad­ne­go roz­dwo­je­nia. Żeby się nie zde­ma­sko­wać, Adam, przed moimi wi­zy­ta­cja­mi, mu­siał zda­wać re­la­cję, co się dzia­ło przez okres jego po­by­tu. Włącz­nie z tym, jak pier­do­lił Marię. Chwi­la­mi wi­dzia­łem, że mu to nie do końca od­po­wia­da, że jest w nim dziw­na etycz­na część, która ma­lu­je w sza­rych oczach al­te­ra ślad buntu, osta­tecz­nie jed­nak za­wsze speł­niał moje po­le­ce­nia, po­dob­nie jak do matki ży­wiąc do mnie bez­za­sad­ne współ­czu­cie, z czego ko­rzy­sta­łem bez chwi­li wa­ha­nia.

Uzna­łem to za do­sko­na­ły spo­sób opty­ma­li­za­cji życia i przy­stą­pi­łem do ko­lej­nych prze­nie­sień. Tak, ro­bi­łem to wie­lo­krot­nie, za każ­dym razem wy­ko­rzy­stu­jąc ko­lej­ne­go sie­bie do waż­nych celów. Na­stęp­ni po Ada­mie za­miesz­ki­wa­li już inne prze­strze­nie – sta­cje or­bi­tal­ne, księ­ży­ce, stat­ki-mia­sta. Byli bio­lo­ga­mi, in­ży­nie­ra­mi mo­le­ku­lar­ny­mi, po­eta­mi, dzien­ni­ka­rza­mi, ewo­lu­cjo­ni­sta­mi, eko­lo­ga­mi… Roz­ra­sta­łem się, roz­ra­sta­ła się także moja ro­dzi­na, gdyż po­wło­ki, co oczy­wi­ste, po­sia­da­ły po­dob­ne do moich pra­gnie­nia – uwie­dze­nie ko­bie­ty i na­ro­bie­nie jej gro­mad­ki dzie­ci. Chęć po­sia­da­nia po­tom­stwa do­trwa­ła do mo­men­tu, kiedy roz­sia­łem geny dwie­ście czter­na­sty raz. Jak wszyst­ko, jak każde pra­gnie­nie, wresz­cie wy­ga­sło, jed­nak­że nie dało, nie w pełni, ocze­ki­wa­ne­go świę­te­go spo­ko­ju, po­nie­waż za każ­dym razem wi­dząc ko­lej­ne­go nie-SIE­BIE speł­nia­ją­ce­go się w roli ojca, od­czu­wa­łem głę­bo­ki żal. Mimo to moja po­trze­ba spę­dza­nia czasu z ro­dzi­ną zo­sta­ła czę­ścio­wo, po­śred­nio – bo przez „po­śred­ni­ków” – za­spo­ko­jo­na. Po cóż więc mia­łem dalej pra­co­wać? Na do­miar złego zgu­bi­łem z oczu śro­dek, który miał mnie do­pro­wa­dzić do głów­ne­go celu, a środ­kiem tym było dłuż­sze życie. Za­miast je roz­cią­gać w jed­nym ciele, zwy­czaj­nie prze­no­si­łem się w ko­lej­ne i ko­lej­ne po­wło­ki.

Mu­sisz teraz się sku­pić. Mó­wiąc o tym, jaki byłem i co czu­łem, mówię z per­spek­ty­wy swego pierw­sze­go wcie­le­nia je­dy­nie czę­ścio­wo. Sły­szysz głos wielu, gdyż z mnie-PIERW­SZE­GO ożyła ponad setka po­włok. Resz­ta to już efekt nie­pla­no­wa­ny. Poza ar­ty­sta­mi ro­dzi­li się też na­ukow­cy, zaś część z nich po­sta­no­wi­ła po­dą­żać znaną, wy­dep­ta­ną ścież­ką, czyli ko­pio­wać jaźń w ko­lej­ne ciała i pro­wa­dzić eks­pe­ry­men­ty, coraz to dziw­niej­sze, coraz mniej zro­zu­mia­łe dla zna­czą­cej grupy mnie.

Pew­ne­go dnia, jak już wspo­mnia­łem, ja-PIERW­SZY prze­sta­łem pra­gnąć spę­dzać czas z ro­dzi­ną. Wi­dzia­łem w tym gorz­ką kon­se­kwen­cję czasu – cze­goś, iro­nia, o co prze­cież wal­czy­łem. Upły­wa­ją­ce lata roz­my­ły po­trze­bę na­pra­wie­nia błę­dów moich ro­dzi­ców, mimo to nie osła­bi­ły nie­chę­ci do matki i ojca, co było iskrą, która nie po­zwo­li­ła od­pu­ścić. Ow­szem, moje nie­zli­czo­ne ro­dzi­ny żyły szczę­śli­wie, lecz moja pier­wot­na wciąż cze­ka­ła, aż będę mógł spę­dzać wię­cej chwil wła­śnie z nią. Co praw­da moją nie­obec­ność kom­pen­so­wał Adam, póź­niej zaś inny alter, lecz z pew­no­ścią żona i dzie­ci czuli, mu­sie­li czuć, na nie­świa­do­mym po­zio­mie, że bra­ku­je im cze­goś waż­ne­go. Że to­czą­ce się w domu życie w głów­nej mie­rze przy­po­mi­na teatr, a mo­men­ty szcze­ro­ści – kiedy po­ja­wia­łem się w trak­cie za­ba­wy, po­sił­ku, nie­spo­dzie­wa­nie na czy­ichś uro­dzi­nach – są ulot­ne ni­czym sen. Jak wspo­mnia­łem, dzie­ci do Adama lgnę­ły, po­dob­nie Maria, przy­kle­ja­ła się do niego ni­czym mucha do lepu, a kiedy przy­by­wa­łem ja, bu­rzy­łem tę fan­ta­sma­go­rię, szczę­ście scho­dzi­ło z twa­rzy­czek niby po­wie­trze z ba­lo­nów. Maria wię­dła; kwiat w po­sęp­nym cie­niu góry. Cier­pia­łem, bo wi­dzia­łem, że praw­da, którą im daję, nie jest tym, czego chcą.

Jed­nak jedno z dzie­ci za­wsze przy­glą­da­ło mi się ina­czej od resz­ty. Lgnę­ło do mnie, za każ­dym razem, gdy się po­ja­wia­łem, trak­to­wa­ło bio­lo­gicz­ne­go ojca jak kró­li­ka wy­ska­ku­ją­ce­go z ka­pe­lu­sza. Za­sko­cze­nie, cie­ka­wość, ra­dość, wi­dzia­łem całe spek­trum przy­jem­nych emo­cji na drob­nej, dziew­czę­cej twa­rzycz­ce. Buźka drża­ła, jakby prze­świad­czo­na, że chcąc po­dzie­lić się wszyst­kim, co w duszy gra, musi w jed­nej chwi­li po­mie­ścić przy­naj­mniej kilka afek­tów, co da­wa­ło ko­micz­ny re­zul­tat, bo oczy chcia­ły się zmru­żyć, jed­no­cze­śnie będąc wy­ba­łu­szo­ny­mi, ustecz­ka roz­cią­gnąć w uśmie­chu, choć inna siła roz­sze­rza­ła je w kształt „o”. Przy tym dziew­czyn­ka nie od­stę­po­wa­ła mnie na krok, bez­u­stan­nie coś mó­wi­ła, za­da­wa­ła py­ta­nia, szu­ka­ła czu­ło­ści i cie­pła, wcze­pia­jąc się drob­ny­mi rącz­ka­mi w moje uda, szyję, ca­łu­jąc mnie w czoło, po­licz­ki, ramię, i tak nie­mal­że się zle­wa­li­śmy, sta­wa­li­śmy jed­nym cu­dacz­nym bytem, a cała ta jej blusz­czo­wa­tość nie­odmien­nie spra­wia­ła, że czu­łem ogar­nia­ją­cą ciało bło­gość. Do­pie­ro z od­le­głej per­spek­ty­wy zda­łem sobie spra­wę, że wła­śnie wtedy byłem praw­dzi­wie szczę­śli­wy, że to z jej po­wo­du, pod­czas sa­mot­nych badań nad ko­lej­ny­mi po­wło­ka­mi, od­czu­wa­łem naj­do­tkliw­szy ból, ja­kie­go czło­wiek może do­świad­czyć – emo­cjo­nal­ny. Po­trze­bo­wa­łem jej, a ona mnie, lecz zda­łem sobie z tego spra­wę zbyt późno, w innej już po­wło­ce, ze świa­do­mo­ścią, że tamta wer­sja mnie umar­ła, zaś ten-ja nie może się z pier­wot­ną ro­dzi­ną skon­tak­to­wać, po­nie­waż prze­pro­wa­dzi­ła się w nie­zna­ne miej­sce. Praw­do­po­dob­nie Maria, bo tak miała na imię żona, zo­rien­to­waw­szy się w sy­tu­acji – nikt nie chciał­by zo­stać tak per­fid­nie okła­ma­ny – po­sta­no­wi­ła prze­ciąć łą­czą­cą mnie z nimi tok­sycz­ną pę­po­wi­nę.

– To strasz­ne – po­wie­dzia­ła Anna, gdy za­pa­dła długa cisza, nie znaj­du­jąc in­nych słów.

Wa­ni­lio­wo­oki czło­wie­czek za­krę­cił śmi­gieł­kiem na cza­pecz­ce, wydął usta.

– Teraz mu­sisz wró­cić do domu, nie mogę bar­dziej prze­dłu­żać po­by­tu. Chciał­bym, żebyś po­szu­ka­ła tam cze­goś. To ważne, je­że­li chcesz zro­zu­mieć tę hi­sto­rię. Dam ci ko­or­dy­na­ty.

Zanim zdą­ży­ła za­pro­te­sto­wać, była już w domu.

 

***

 

Na dole przy­po­mnia­ła sobie o ple­ca­ku. Prze­cież była już spa­ko­wa­na! Czy on o tym wie­dział? Co tu się roz­gry­wa­ło?

Niżej, za po­la­ną mar­twych mle­czy, przy brze­gu stał mo­stek, na końcu któ­re­go, przy­wią­za­na gru­bym sznu­rem, znaj­do­wa­ła się nie­wiel­ka łódka. Za­skrzy­pia­ła, za­ko­le­ba­ła się, kiedy Anna do niej we­szła, rzu­ca­jąc ple­cak na dziób i z wes­tchnie­niem sia­da­jąc na rufie. Wio­sła, za­nu­rzo­ne w sza­rych wo­dach, wy­da­ły przy­jem­ny dźwięk, jakby mla­śnię­cie po­łą­czo­ne z sze­le­stem. Po­wo­li od­da­la­ła się od wy­sep­ki. Mia­sto rosło w chwi­lach, kiedy spo­glą­da­ła gdzie in­dziej, po­nie­waż pa­trząc na nie bez prze­rwy, miała wra­że­nie sta­nia w miej­scu. Znaj­do­wa­ło się od wy­sep­ki czte­ry go­dzi­ny pły­nię­cia w miarę szyb­kim tem­pem. Kilka razy za­trzy­my­wa­ła się, zmę­czo­na, spra­gnio­na i głod­na. Łuski mar­twych ryb lśni­ły w słoń­cu, raz uj­rza­ła nawet ja­kieś więk­sze stwo­rze­nie. Wy­da­wa­ło się, że szare wody skry­wa­ją rów­nież przed­mio­ty, opa­da­ją­ce, wzno­szą­ce się, za­wsze po­zo­sta­ją­ce w spo­rej od­le­gło­ści od po­wierzch­ni i w związ­ku z tym nie­wy­raź­ne. Pa­trząc w tył, zdzi­wi­ła się, po­nie­waż po­ziom sza­rych wód znaj­do­wał się na wy­so­ko­ści most­ka, za­le­wał więc czę­ścio­wo wy­sep­kę. To dla­te­go miała mokre buty, które nie mo­gły­by się tak bar­dzo za­mo­czyć pod­czas wio­sło­wa­nia. Pręd­ko o tym po­strze­że­niu za­po­mnia­ła.

Wy­sep­ka nikła, las z wy­sta­ją­cym ponad ko­ro­ny drzew masz­tem nadaw­czym ob­kur­czył się i przy­blakł. Anna za­czę­ła za­sta­na­wiać się nad wła­snym ży­ciem, jakby miało się wkrót­ce za­koń­czyć. Wspo­mi­na­ła pa­cjen­tów, zwłasz­cza tych ostat­nich, któ­rych, sku­piw­szy się na wa­ni­lio­wo­okim męż­czyź­nie, nie bez żalu po­rzu­ci­ła. Ojców i matki cier­pią­cych po stra­cie dziec­ka. Wcie­la­jąc się w te młode dusze, po­ma­ga­ła ro­dzi­com prze­pra­co­wać trau­mę, po­go­dzić się ze stra­tą, prze­stać prze­ży­wać tra­gicz­ne zda­rze­nie tak, jakby od­gry­wa­ło się wciąż na nowo. Choć sta­no­wi­ło to nie tylko jej pracę, ale rów­nież fi­lo­zo­fię życia, wy­wo­ły­wa­ło za­ra­zem tę­sk­no­tę za re­la­cja­mi, któ­rych w sa­mo­po­świę­ce­niu wy­rze­kła się mając dwa­dzie­ścia sześć lat. Sa­mo­po­świę­ce­nie w końcu prze­la­ło się, spra­wi­ło, że nie była w sta­nie nie czuć żalu i roz­cza­ro­wa­nia.

Do­pły­nę­ła do piasz­czy­ste­go brze­gu, na któ­rym spo­czy­wa­ło tru­chło orki. Widok ten wy­wo­łał w niej silne, skłę­bio­ne emo­cje. Otwar­ta pasz­cza oce­anicz­ne­go dra­pież­ni­ka za­mar­ła w bez­gło­śnym na­wo­ły­wa­niu. Anna przez mo­ment czuła wzbie­ra­ją­ce mdło­ści, które za­koń­czy­ło bek­nię­cie. Za­rzu­ci­ła na ramię ple­cak i wy­tarł­szy zbie­ra­ją­ce się w ką­ci­kach oczu łzy, wy­szła z łodzi. Mia­sto znaj­do­wa­ło się jesz­cze da­le­ko stąd, za ja­ło­wą kra­iną sza­ro­ści, czer­ni i beżu. Sta­lo­we niebo prze­ciął klucz szu­ka­ją­cych lep­sze­go miej­sca pta­ków. Opu­ści­ła plażę, wkra­cza­jąc na piasz­czy­stą ścież­kę bie­gną­cą przez morze po­pie­la­tej ko­so­drze­wi­ny. Przez nie­okre­ślo­ny czas je­dy­nym dźwię­kiem był chrzęst pia­sku pod bu­ta­mi.

Po nie­dłu­giej wę­drów­ce, na otwar­tej prze­strze­ni, po­sta­no­wi­ła roz­bić obóz. Roz­ło­ży­ła na­miot ze śpi­wo­rem, wy­ję­ła pusz­ki z ło­so­siem i na­po­cząw­szy je, wolno żując rybę, mi­mo­wol­nie wró­ci­ła wspo­mnie­nia­mi do okre­su dzie­ciń­stwa. Po­po­łu­dnio­wych zabaw z ro­dzeń­stwem w roz­cią­ga­ją­cym się pod miesz­ka­niem sa­dzie. Ko­ją­ce­go sze­le­stu liści ja­bło­ni, za­pa­chu ziemi i całej tej bal­sa­micz­nej aury za­po­mnie­nia w za­ba­wie. Cza­sa­mi na­wo­ły­wa­nia z bal­ko­nu matkę, lę­ko­wej tak, że w zie­lo­nych, szkli­stych oczach od­bi­cie świa­ta za­wsze drża­ło. Ojca, prze­waż­nie do­peł­nia­ją­ce­go ob­ra­zu sie­lan­ki, lecz jed­no­cze­śnie za­zwy­czaj dziw­nie od­le­głe­go. W nocy, po fan­ta­stycz­nej hi­sto­rii opo­wie­dzia­nej na do­bra­noc, przy­kry­wa­ją­ce­go ją pur­pu­ro­wą koł­drą, choć aku­rat to wspo­mnie­nie po­ja­wi­ło się i na­tych­miast zni­kło, jakby wy­ło­ni­ło się z nie­świa­do­mo­ści, zo­sta­wia­jąc po sobie blady po­wi­dok. Za­gu­bio­na w me­an­drach pa­mię­ci za­snę­ła.

Do mia­sta do­tar­ła pod wie­czór. Gó­ro­wa­ło nad nią tak bar­dzo, że aby zo­ba­czyć szczy­ty wie­żow­ców, mu­sia­ła mocno od­chy­lić głowę. Spoj­rza­ła jesz­cze na ko­or­dy­na­ty, które do­sta­ła od wa­ni­lio­wo­okie­go męż­czy­zny, zanim za­głę­bi­ła się w chłód mar­twej me­tro­po­lii. Szła pu­sty­mi, sze­ro­ki­mi uli­ca­mi, gdzie szkie­le­ty po­rzu­co­nych sa­mo­cho­dów po­kry­wa­ła rdza, pędy nie­zna­nych ro­ślin i mech, a przy­naj­mniej tak to sobie wy­obra­ża­ła, gdyż rze­czy­wi­stość oka­za­ła się zu­peł­nie inna – gra­dien­ty czer­ni nie po­zwo­li­ły na do­kład­ną ocenę oto­cze­nia, lecz Anna była nie­mal pewna, że zna­la­zła się w miej­scu nie tylko opusz­czo­nym, lecz rów­nież za­po­mnia­nym przez ludzi oraz mapy. Bio­rąc pod uwagę roz­mia­ry mia­sta, wy­da­wa­ło się to nie­re­al­ne. Nie mogła wejść do żad­ne­go bu­dyn­ku, bo żadne drzwi nie chcia­ły się otwo­rzyć. W me­trze nie kur­so­wa­ły po­cią­gi. Na uli­cach nie spo­strze­gła czło­wie­ka, zwie­rzę­cia czy choć­by ja­kie­go­kol­wiek ruchu, wszyst­ko za­mar­ło, nawet wiatr za­stygł, a sły­sza­ła je­dy­nie swe ciche kroki oraz, w bez­za­sad­nym ocze­ki­wa­niu co chwi­lę za­trzy­mu­jąc się, drżą­cy od­dech, ła­sko­czą­cy ramię, kiedy, ocze­ku­jąc za­gro­że­nia wła­śnie stam­tąd, spo­glą­da­ła za sie­bie. Miesz­ka­jąc na wy­sep­ce, nigdy nie do­świad­czy­ła ani świa­teł pły­ną­cych z mia­sta, ani dźwię­ków wy­brzmie­wa­ją­cych z niego. Dla­te­go nie po­win­na się dzi­wić temu, co za­sta­ła, jed­nak do­pie­ro teraz do­tar­ło do niej w pełni, że me­tro­po­lia istot­nie jest mar­twa, zaś faktu tego nie po­tra­fi­ła w żaden spo­sób uza­sad­nić. Ta nie­wy­ja­śnial­ność wzbu­dzi­ła w niej lęk. Potem po­my­śla­ła, że lu­dzie prze­nie­śli się na or­bi­ty oraz sta­cje-mia­sta w ko­smo­sie i nikt nie zo­stał na Ziemi. Tylko w takim razie dla­cze­go nikt nie za­brał jej ze sobą, skoro peł­ni­ła tak ważną funk­cję? Nagle przy­po­mnia­ła sobie coś, co odłą­czo­ne i ze­pchnię­te na jej dno, gniło w sfe­rze nie­świa­do­mo­ści. Otóż w okre­sie do­ra­sta­nia sama miesz­ka­ła w krą­żą­cym po mar­sjań­skiej or­bi­cie mie­ście. To wła­śnie tam cho­dzi­ła do li­ceum, a potem na stu­dia psy­cho­lo­gicz­ne na naj­lep­szym uni­wer­sy­te­cie, po któ­rych ro­bi­ła do­dat­ko­we szko­le­nia, aby móc wy­ko­ny­wać ak­tu­al­ny zawód. Tak wiele za­po­mnia­ła… Ro­zu­mia­ła, że frag­men­ta­ry­za­cja pa­mię­ci sta­no­wi­ła w tam­tym cza­sie je­dy­ne wyj­ście po­zwa­la­ją­ce nie roz­sy­pać się psy­chicz­nie. Na sta­cji na­wią­za­ła war­to­ścio­we re­la­cje, kilka roz­kwi­tło do rangi przy­jaź­ni, które w tam­tym okre­sie zda­wa­ły się nie­zby­wal­ne i au­ten­tycz­ne ni­czym – Jak miała na imię? Klara? Jak wy­glą­da­ła? Obraz się roz­mył – więc au­ten­tycz­ne ni­czym dud­nią­cy w lamp­ce wina śmiech drob­nej-blon­dyn­ki-brat­niej-du­szy. Ożyło także wspo­mnie­nie ob­li­cza matki, po­god­ne­go, szcze­re­go, ki­pią­ce­go od dumy, bo Anna wła­śnie do­sta­ła się na wy­ma­rzo­ne stu­dia. Te i wiele in­nych ob­ra­zów wy­par­ła, bo je­dy­nie w wy­par­ciu po­tra­fi­ła zno­sić nie­moż­ność po­wro­tu na sta­cję.

Zie­mia… Są­dząc, że wła­śnie tam prze­by­wa, chcia­ła od­szu­kać ojca, który ją po­rzu­cił. I zo­sta­ła, przy­sto­so­wa­ła się do pra­co­wa­nia z tej smut­nej pla­ne­ty, za­czę­ła ko­rzy­stać z masz­tów nadaw­czych sta­rej ge­ne­ra­cji, by w prze­rwach mię­dzy obo­wiąz­ka­mi móc dalej pro­wa­dzić po­szu­ki­wa­nia, które osta­tecz­nie od­pu­ści­ła. Z nie­zna­ne­go po­wo­du nie mogąc wró­cić na sta­cję, osia­dła na po­tęż­nej wy­spie, z bie­giem czasu ob­kur­cza­ją­cej się, aż do ak­tu­al­nych ża­ło­snych roz­mia­rów wy­sep­ki, gdzie przez wiele lat do nie­daw­na żyła. Ina­czej niż w for­mie prze­szłej nie mogła my­śleć o swoim życiu w budce, w związ­ku z czym czuła smu­tek oraz tę­sk­no­tę, nie do­pie­ro for­mu­ją­cą się, nie­ja­sną, lecz bo­le­śnie wy­raź­ną, jakby po­wsta­łą na fun­da­men­cie wie­lo­let­niej roz­łą­ki z domem.

Pręd­ko do­tar­ła na miej­sce za­zna­czo­ne na mapie przez wa­ni­lio­wo­okie­go męż­czy­znę. Znaj­du­ją­cy się na ty­łach mia­sta bu­dy­nek po fa­bry­ce, w ca­ło­ści prze­aran­żo­wa­ny na ar­bo­re­tum, bę­dą­cy za­ra­zem jed­nym prze­past­nym po­miesz­cze­niem z prze­szklo­ny­mi ścia­na­mi oraz takim samym su­fi­tem zbie­ra­ją­cym brud tego świa­ta trzy­dzie­ści me­trów nad zie­mią. Po ro­śli­nach zo­sta­ły do­ni­ce, gdzie­nie­gdzie ślady próch­na. Na środ­ku znaj­do­wał się maszt nadaw­czy, przy­po­mi­na­ją­cy syn­te­tycz­ną wierz­bę pła­czą­cą. Pędy ka­bel­ków opa­da­ły nie­mal­że na zie­mię, po­zwa­la­jąc pod­piąć się bez ko­niecz­no­ści wcho­dze­nia na górę. Usia­dła pod nim, rzu­ca­jąc na zie­mię ple­cak.

Zja­dła rybę i tosty.

Za­snę­ła.

Chwy­ci­ła ka­bel­ki i ru­szy­ła na spo­tka­nie.

 

***

 

Cie­szę się, że zna­la­złaś ogród. Żywię sen­ty­ment do tego miej­sca oraz na­dzie­ję, że rów­nież tobie się tam spodo­ba. Łą­cząc się z tam­tej­sze­go masz­tu, bę­dziesz mogła prze­by­wać na sta­cji tyle czasu, ile ze­chcesz.

Wra­ca­jąc. Opo­wie­dzia­łem zda­rze­nia ma­ją­ce miej­sce przed po­zna­niem cie­bie oraz te, które na­stą­pi­ły póź­niej, jed­nak nie w pełni i wła­śnie teraz chciał­bym wąt­ki-po do­koń­czyć. Wie­rzy­łem, że cel uświę­ca środ­ki, dla­te­go pra­gnąc skon­tak­to­wać się z pier­wot­ną ro­dzi­ną, nie prze­bie­ra­łem w środ­kach. Muszę przy­znać się do strasz­nych rze­czy, a ty mu­sisz zro­zu­mieć, iż nie mia­łem in­ne­go wy­bo­ru. W końcu ich od­szu­ka­łem. Maria nie chcia­ła mnie znać, po­dob­nie czwór­ka dzie­ci – część z nich uzna­ła mnie za sza­leń­ca, w końcu nie wy­glą­da­łem jak ja-pierw­szy, część, uwie­rzyw­szy w moją hi­sto­rię, nie po­tra­fi­ła wy­ba­czyć po­czy­nio­nych im ran. Tra­ci­łem na­dzie­ję, kiedy do­wie­dzia­łem się o ostat­niej córce. Po­sta­no­wi­łem na­wią­zać z nią kon­takt, jed­nak­że, ku mo­je­mu nie­po­mier­ne­mu za­sko­cze­niu, do­wie­dzia­łem się, że córka nie może wcho­dzić z żadne kon­tak­ty spo­łecz­ne poza tymi za­wo­do­wy­mi. Do­zna­łem szoku, nie ro­zu­mia­łem, nie po­tra­fi­łem zna­leźć sen­sow­ne­go po­wo­du tłu­ma­czą­ce­go tak nie­ludz­ką re­stryk­cję. To co, miała całe czy też znacz­ną część tegoż spę­dzić w sa­mot­no­ści? Któż wpadł na tak po­ro­nio­ny po­mysł? Sta­ra­łem się obejść tę chorą za­sa­dę, lecz było to nie­moż­li­we. Do­dat­ko­wo nie wie­dzia­łem, gdzie się znaj­du­je – nie mo­głem córki zlo­ka­li­zo­wać. Ab­surd ten do­pro­wa­dził mnie do sza­leń­stwa. Nie po­tra­fi­łem na co dzień nor­mal­nie funk­cjo­no­wać, wciąż o niej my­śla­łem, za­sta­na­wia­łem się, co robi i jak się czuje, i w tym na­tło­ku roz­wa­żań za­po­mi­na­łem o hi­gie­nie oraz po­sił­kach. W przy­pły­wie sza­leń­stwa po­sta­no­wi­łem od­wie­dzić córkę oso­bi­ście, co skoń­czy­ło się nie­mal­że moją śmier­cią, gdyż po­ko­na­nie setek jed­no­stek astro­no­micz­nych bez sen­sow­ne­go przy­go­to­wa­nia do ta­kiej po­dró­ży – naj­więk­szy he­ro­icz­ny kre­ty­nizm, na jaki się zdo­by­łem – nie mogło mieć lżej­sze­go fi­na­łu niż wy­cień­cze­nie or­ga­ni­zmu, w tym znacz­na atro­fia mię­śni oraz spo­wo­do­wa­ne awa­rią sys­te­mów na stat­ku licz­ne od­mro­że­nia.

Nie mo­głem się skon­tak­to­wać z Anną, ale wciąż mia­łem kon­takt z nie­mal­że wszyst­ki­mi in­ny­mi ro­dzi­na­mi. Tu za­czy­na się moja zbrod­nia. Zanim wię­cej o niej opo­wiem, chcę, abyś wró­ci­ła na Zie­mię, po­nie­waż jest coś, co pra­gnę, żebyś zro­bi­ła.

– Je­steś…

– Tak – od­parł, zanim do­koń­czy­ła. – Cze­ka­łem na to spo­tka­nie.

 

***

 

Zatem był jej ojcem – ta myśl sma­ko­wa­ła słod­ko-gorz­ko, była obrzy­dli­wie ły­ko­wa­ta, więc Anna pró­bo­wa­ła nie tyle jakoś ją prze­tra­wić, co przy­naj­mniej prze­żuć. Pod jedną ze ścian, pełną zie­lo­nych mi­kro­or­ga­ni­zmów, zna­la­zła po­kry­tą war­stew­ką pa­ty­ny klapę. Po­cią­gnę­ła uchwyt, metal zgrzyt­nął, za­ję­czał i jej oczom uka­za­ły się scho­dy nik­ną­ce w mroku. Wzię­ła la­tar­kę i nie bez wa­ha­nia ru­szy­ła na dół. Czuła, że tym razem prze­szłość nie chce wy­pły­nąć, więc musi się w nią za­głę­bić.

W po­ko­ju peł­nym półek z za­ku­rzo­ny­mi, zbu­twia­ły­mi książ­ka­mi stał ka­ta­falk. Na nim po­nu­ro spo­czy­wa­ła ko­mo­ra hi­ber­na­cyj­na. Obła, grynsz­pa­no­wa, tchną­ca wil­go­cią nie­zli­czo­nych lat. Przy­su­nę­ła do po­wierzch­ni dłoń, opusz­ki mu­snę­ły or­ga­nicz­ną chro­po­wa­tość, mięk­ką pod sil­niej­szym na­ci­skiem, ście­ra­ją­cą się po­dob­nie jak kurz z okna, tyle że nie tak suchą. Pod tą sub­tel­ną po­wło­ką uj­rza­ła le­żą­ce­go na wznak czło­wie­ka, go­łe­go, tak in­ten­syw­ne­go bla­de­go, że mu­sia­ła zmru­żyć po­wie­ki. Twarz, jakby ce­lo­wo bu­du­jąc na­pię­cie, od­sło­ni­ła na końcu. Gdy to zro­bi­ła, przez uła­mek se­kun­dy miała ocho­tę od­sko­czyć. W ciągu paru ko­lej­nych za­pie­kły ją łzy, choć jesz­cze nie ro­zu­mia­ła, dla­cze­go. Wresz­cie, uprze­dzo­ne ła­sko­ta­niem w gło­wie, przy­szło olśnie­nie, które tąp­nę­ło gdzieś w jej wnę­trzu, roz­le­wa­jąc się przez ciało na prze­mian fa­la­mi zimna i go­rą­ca. Anna od­szu­ka­ła ojca, praw­dzi­we­go, w doj­mu­ją­cym po­czu­ciu nie­rze­czy­wi­sto­ści ab­sur­dal­nie rze­czy­wi­ste­go.

Włą­czy­ła fazę wy­bu­dza­nia. Po bli­sko pół go­dzi­nie, zda­wa­ło się za­war­tej w paru mru­gnię­ciach oczu, szczęk­nę­ło, roz­legł się sze­lest i klapa ko­mo­ry otwo­rzy­ła się. Ka­bel­ki, na­prę­żo­ne, od­pię­ły się od bla­de­go ciała, zwiot­cza­ły. Oj­ciec nie prze­sta­wał śnić. Anna za­czę­ła do niego mówić, do­ty­ka­ła twa­rzy, ści­ska­ła dłoń, pod­no­si­ła ramię. Cze­ka­ła, aż się wy­bu­dzi, jed­no­cze­śnie my­śląc, co mu powie, kiedy otwo­rzy oczy. Gdy to się nie wy­da­rzy­ło, w przy­pły­wie roz­pa­czy wsu­nę­ła mu ręce pod pachy, przy­cią­gnę­ła do sie­bie, przy­tu­la­jąc, i nie­zdar­nie wy­cią­gnę­ła na ze­wnątrz. Na ziemi głowa prze­krę­ci­ła się na bok, uka­zu­jąc szla­chet­ny pro­fil. Do skro­ni przy­lgnę­ły ciem­ne włosy. Pod dolną po­wie­ką sieć na­czy­nek two­rzy­ła roz­ło­ży­stą ko­ron­kę. Cho­ciaż usta gi­nę­ły w rzad­kiej bro­dzie, Anna wi­dzia­ła je wy­raź­nie, na­da­ją­ce twa­rzy wyraz po­god­ne­go za­my­śle­nia, które rów­nież wy­par­ła z pa­mię­ci. Dziw­ne, my­śla­ła teraz, za­pa­mię­ta­ła ojca czę­ścio­wo, je­dy­nie z tych wspól­nie spę­dzo­nych chwil, gdy czuła się z nim do­brze, bez­piecz­nie. Na­to­miast za­mknię­te trzy­ma­ła mo­men­ty pełne lep­kie­go nie­po­ko­ju zwią­za­ne­go ze zmia­ną, jaka w ojcu re­gu­lar­nie za­cho­dzi­ła, zmia­ną nie­uchwyt­ną, jakby w ciągu jed­nej nocy coś pod­mie­nia­ło au­ten­tycz­ny obraz do­sko­na­łą imi­ta­cją, nie­wy­czu­wal­ną dla matki oraz resz­ty ro­dzeń­stwa, lecz wy­czu­wal­ną dla niej, po­strze­ga­ną ni­czym kilka krzy­wych po­cią­gnięć pędz­lem na płót­nie jego oso­bo­wo­ści. Do­zna­ła na­głej fru­stra­cji, gdyż klę­ka­jąc przy ciele le­żą­cym na ziemi, nie była w sta­nie roz­strzy­gnąć, z którą wer­sją do czy­nie­nia ma w tej chwi­li.

Przy­naj­mniej w końcu po­ję­ła, że oj­ciec nie żyje.

 

 

***

 

 

Od­dy­cha­ła su­chym po­wie­trzem. Wsta­ła, z tru­dem po­de­szła do masz­tu nadaw­cze­go. Chcia­ła się pod­łą­czyć, lecz nie miała wy­star­cza­ją­co ko­or­dy­na­cji w kru­chych dło­niach. To bez zna­cze­nia, fru­stra­cja, wraz z upły­wa­ją­cy­mi mie­sią­ca­mi, nie­ubła­ga­nie sła­bła. Na po­cząt­ku Anna czuła złość, po­nie­waż pra­gnę­ła wró­cić na sta­cję, ale on, z ja­kie­goś po­wo­du, naj­wy­raź­niej jej tam nie chciał. Ko­cha­ła ojca. Ostat­nim razem, kiedy tam po­le­cia­ła, wy­krzy­cza­ła mu w twarz, że jest po­two­rem, że ża­łu­je, iż jest jej ojcem, nie po­wi­nien był się w ogóle uro­dzić. A może rzu­ci­ła się na niego z pię­ścia­mi? W dło­niach czuła ból, który mu za­da­ła. A jeśli nic nie zro­bi­ła, tylko go przy­tu­li­ła i cała w ża­ło­snych łzach wy­szep­ta­ła do ucha, że wy­ba­cza po­twor­ne czyny, któ­rych się do­pu­ścił? Nie miała pew­no­ści, co do­kład­nie się wy­da­rzy­ło, choć czę­sto śniła o re­gu­lar­nych po­wro­tach na sta­cję i roz­mo­wach z ojcem, który w pra­gnie­niu od­pusz­cze­nia win, za każ­dym razem, za­wsze nie­sku­tecz­nie, szu­kał innej drogi do jej serca, aż wresz­cie się pod­dał. Czyż­by wy­par­ła coś, co wy­pły­wa­ło w snach niby mar­twe zwie­rzę­ta na po­wierzch­nię wody? Jak było rze­czy­wi­ście? Prze­szłe i obec­ne wy­da­rze­nia zle­wa­ły się i prze­ni­ka­ły ni­czym ko­lo­ro­we ru­cho­me pia­ski w szkle.

Po­de­szła do sie­dzą­ce­go pod masz­tem ojca. Do­tknę­ła skóry opi­na­ją­cej żu­chwę. Zmie­nił się kli­mat jej we­wnętrz­ne­go pej­za­żu. Nagle go przy­tu­li­ła, za­le­wa­jąc sie łzami, tar­ga­na gło­śnym szlo­chem. Ści­ska­ła ciało mocno, z ca­łych sił, aż coś trzesz­cza­ło, a tkan­ki bo­le­śnie się na­prę­ża­ły. Nie­na­wi­dzi­ła ojca i do­pie­ro teraz po­zwa­la­ła sobie na tę roz­ry­wa­ją­cą serce emo­cję. Pękła jakaś kość, trza­snę­ło, zaś ów trzask prze­szedł w gwał­tow­nie ro­sną­cy szum na ze­wnątrz. To roz­sza­la­łe fale ata­ko­wa­ły mia­sto.

 

 

***

 

 

Cza­pecz­ka ze śmi­gieł­kiem prze­krzy­wi­ła się. W wa­ni­lio­wych oczach coś się po­ru­sza­ło, jakby świetl­ne nitki krą­żą­ce po or­bi­cie źre­ni­cy.

– Ty je­steś moim pierw­szym dziec­kiem. Chcia­łem cię od­szu­kać, co zro­bi­łem, chcia­łem cię po­znać, czego rów­nież do­ko­na­łem. Wszy­scy twoi klien­ci byli od­le­gły­mi ite­ra­cja­mi mojej osoby. Moimi al­te­ra­mi. Ko­lej­ny­mi wer­sja­mi… Przez nich tylko mo­głem cię do sie­bie ścią­gnąć. W tym celu… – wes­tchnął i zda­wa­ło się, że skru­cha owio­nę­ła cały tunel, wszyst­kie uno­szą­ce się w nim przed­mio­ty. – W tym celu do­pro­wa­dza­łem do śmier­ci al­te­rów.

Anna nie wie­dzia­ła, co po­wie­dzieć. Po­rzu­ci­ła swoją pracę, po­rzu­ci­ła prze­ży­wa­ją­cych prze­dłu­ża­ją­cą się ża­ło­bę osie­ro­co­nych ro­dzi­ców, żeby wresz­cie zająć się wła­sną duszą, lecz osta­tecz­nie bal­sam dla niej oka­zał się tru­ci­zną.

– Mo­głeś po pro­stu się ze mną skon­tak­to­wać – rze­kła wresz­cie, w nie­do­wie­rza­niu krę­cąc głową.

– Na­praw­dę są­dzisz, że do­pu­ścił­bym się ta­kie­go czynu, gdy­bym miał inne wyj­ście? – Po­smut­niał, zdjął cza­pecz­kę. – Och, Ania… Mu­sia­łem do cie­bie do­trzeć. Mu­sia­łem oca­lić naszą ro­dzi­nę. Przy­naj­mniej to, co z niej zo­sta­ło. Wiesz, pa­mię­tam za­do­wo­lo­ne ustecz­ka, kiedy przy­cho­dzi­łem do domu. Szczę­ście jed­nak nie do końca się­ga­ło two­ich oczu. Mimo mło­de­go wieku gdzieś w głębi wie­dzia­łaś, że praw­dzi­wy ja nie­dłu­go znów znik­nę. To roz­szar­py­wa­ło mi serce. – Nagle wa­ni­lio­we oczy zmie­ni­ły się, oj­ciec stał się od­le­glej­szy w jakiś bliż­szy spo­sób. – Pa­mię­tam, jak kła­dłem ci na czole dłoń, kiedy za­nu­rza­łaś się w sen. Sie­dzia­łam na krze­śle przy łó­żecz­ku i pa­trzy­łem na bło­gość, która ma­lo­wa­ła twoją twarz. Czu­łaś się wtedy bez­piecz­nie, do­brze. Prze­ga­pi­łem ten czas, prze­ga­pi­łem wiele zmian w życiu wła­sne­go dziec­ka i wiem, że ten ma­gicz­ny okres już nigdy nie wróci.

– Mo­głeś się zwy­czaj­nie ze mną po­łą­czyć – wy­szep­ta­ła.

Po­krę­cił głową.

– Tylko przez cier­pie­nie przy­rod­nich ro­dzin mo­głem do cie­bie do­trzeć. Nie po­łą­czy­ła­byś się ze mną w innym wy­pad­ku, po­nie­waż sy­gnał byłby zbyt słaby. Księ­życ, Mars, Jo­wisz, Uran, obłok Oorta, wzmac­nia­łem sy­gnał od sta­cji do sta­cji, od sta­cji do mia­sta, od mia­sta do sta­cji…

– Je­steś zbrod­nia­rzem.

Gry­mas bólu prze­ciął mu twarz.

– Zbrod­nia jest złym okre­śle­niem. – Za­wa­hał się. – Teraz są tu, na sta­cji. Bo wcze­śniej ich prze­nio­słem. Spójrz.

Śluzy w tu­ne­lu za­czę­ły się otwie­rać, wy­le­cia­ły z nich dzie­ci w róż­nym wieku. Dry­fo­wa­ły w kie­run­ku Anny i ojca, roz­ma­wia­jąc ze sobą, krę­cąc bącz­ki, pro­stu­jąc ciała jak stru­ny lub kuląc się ni­czym em­brio­ny, nie­któ­re ro­ze­śmia­ne, inne po­pła­ku­ją­ce. Po­zna­wa­ła te twa­rze, ko­ja­rzy­ła ze zdjęć po­ka­zy­wa­nych przez ro­dzi­ców w ża­ło­bie. Ko­ja­rzy­ła z lu­ster, kiedy się w nie wcie­la­ła.

– Ty je strau­ma­ty­zo­wa­łeś – wy­szep­ta­ła Anna.

Wy­cią­gnę­ła dłoń w nie­wy­brzmia­łym ge­ście zło­ści. Mil­cza­ła.

– Są tu też ich ro­dzi­ce. Nie ro­zu­miesz? Mają teraz tyle czasu dla sie­bie, ile tylko ze­chcą.

– To twoje ma­rze­nie.

– Może fak­tycz­nie chcę mieć ich bli­sko sie­bie. Te ro­dzi­ny są moim prze­dłu­że­niem. Ale przede wszyst­kim cho­dzi o cie­bie.

– Skrzyw­dzi­łeś ich.

– Masz rację… Może masz rację, lecz zro­bi­łem to, po­nie­waż chcia­łem cię, po­przez kon­kret­ne do­świad­cze­nia… Chcia­łem pomóc ci od­zy­skać toż­sa­mość. Pra­co­wa­łaś tak dużo, od­wie­dzi­łaś tak nie­zli­czo­ne miej­sca, a w każ­dym z nich zo­sta­wi­łaś cząst­kę sie­bie, nie­świa­do­mie… Och, prze­cież nie mo­głaś się nie roz­sy­pać.

Anna wie­dzia­ła, że oj­ciec ma rację. Pró­bu­jąc stłu­mić emo­cjo­nal­ny ból zwią­za­ny z opusz­cze­niem przez ojca, w ab­so­lut­nym za­po­mnie­niu po­świę­ca­ła się dla in­nych.

– Ale to ty da­wa­łeś mi te wszyst­kie zle­ce­nia – mó­wi­ła w szoku, nie po­tra­fiąc pojąć, jak oj­ciec mógł usu­nąć tyle wspa­nia­łych ist­nień, żeby od­zy­skać z nią kon­takt.

– Ja, ow­szem, ja. Roz­bi­łem cię na setki ma­lut­kich ka­wa­łecz­ków, a potem po­skle­ja­łem. Re­kom­po­zy­cja. Kon­tro­lo­wa­na dy­so­cja­cja. Ro­zu­miesz? Teraz ci to wszyst­ko mówię. Je­stem szcze­ry do bólu. I obie­cu­ję, że już nigdy cię nie opusz­czę. Wy­ba­czysz mi?

– Chcę wró­cić.

– Oba­wiam się, że to nie­moż­li­we. Je­ste­śmy mi­liar­dy ki­lo­me­trów od Ziemi. Wła­ści­wie od miej­sca, gdzie nie­gdyś ist­nia­ła.

– Chcę wró­cić!

– Je­steś tu od nie­zli­czo­nych lat. Wciąż wal­czę o twoje prze­ba­cze­nie. Kiedy go nie do­sta­ję, wczy­tu­ję cię, zanim się o wszyst­kim do­wie­dzia­łaś i roz­ma­wiam z tobą ina­czej. Chcę do cie­bie do­trzeć. Na­praw­dę nie wiem już, jak. Ko­cham cię.

– Chcę wró­cić!

– Skła­dam cię i roz­kła­dam na nowo. Daj mi szan­sę. Je­ste­śmy ro­dzi­ną.

– Chcę wró­cić!!!

W oczach męż­czy­zny za­drżał smu­tek.

 

 

Za­czerp­nę­ła głę­bo­ko po­wie­trza, wy­trzesz­cza­jąc oczy. Kil­ka­dzie­siąt me­trów pod nią znaj­do­wa­ła się zna­jo­ma wy­sep­ka. Dalej szare, nie­ru­cho­me wody, za nimi mia­sto, choć dziw­nie bli­sko. Zwi­sa­ła bez­wład­nie na masz­cie nadaw­czym, głową w dół, więc wi­dzia­ła wszyst­ko z tej nie­przy­jem­nej per­spek­ty­wy. Za­mknę­ła oczy, wzię­ła kilka spo­koj­nych od­de­chów, po czym wy­swo­bo­dzi­ła nogi spo­mię­dzy me­ta­lo­wych oże­bro­wań masz­tu i ze­szła na dół. Czu­cie zna­jo­mej ziemi pod no­ga­mi wzbu­dzi­ło w niej nie­zno­śnie am­bi­wa­lent­ne emo­cje. Scho­dząc bo­wiem, czuła się nie­re­al­nie – pa­trzy­ła na kra­jo­braz ota­cza­ją­cy wy­sep­kę. Zmie­nił się, poza mia­stem do wy­sep­ki przy­bli­żył się sta­tek, wcze­śniej nik­ną­cy na ho­ry­zon­cie. Za­miast klu­czy pta­ków na nie­bo­skło­nie uj­rza­ła ptaki czmy­cha­ją­ce w ko­ro­ny drzew, by świer­go­tać i pisz­czeć. Maszt nadaw­czy nie słał w ko­smos sy­gna­łów. W sza­rych wo­dach pły­wa­ło stwo­rze­nie, żywe, wście­kłe.

W budce pa­ty­cza­ki za­ja­da­ły li­ście. Ktoś stał przy ter­ra­rium. Po­stać miała kap­tur, skry­wa­ją­cy nie tylko głowę, ale, są­dząc po ma­te­ria­le opi­na­ją­cym, także garb. Anna po­de­szła, lecz zaraz się za­trzy­ma­ła, sły­sząc głos:

– Wszyst­ko się zlewa.

– Kim je­steś?

Po­stać od­wró­ci­ła się, zrzu­ca­jąc kap­tur. Pod spodem krył się łeb orki. Otwo­rzy­ła pysk, uka­zu­jąc wiel­kie zęby oka­la­ją­ce po­tęż­ny język. Dra­pież­nik oce­anów wydał prze­cią­gły sy­gnał dźwię­ko­wy. Minął ją i wy­szedł na ze­wnątrz. Anna do­strze­gła, że po­stać nie miała nóg, po­ru­sza­ła się na ogo­nie, ru­chem peł­za­ją­cym.

Po­szli na brzeg, a wła­ści­wie spo­tka­li się w po­ło­wie drogi, gdyż szare wody za­la­ły wy­sep­kę aż do za­gaj­ni­ka.

Dra­pież­na, bez­cza­so­wa nie­świa­do­mość wy­rzu­ca­ła na nowy brzeg nie­zli­czo­ne przed­mio­ty, część zo­sta­wia­jąc, nie­któ­re za­bie­ra­jąc z po­wro­tem w swe od­mę­ty. Rze­czy te, naj­wi­docz­niej chcąc tu ko­niecz­nie zo­stać, jakby oko­py­wa­ły się w gli­nia­stej, roz­pulch­nio­nej ziemi. Albo, pod­my­wa­ne fa­la­mi, żło­bi­ły w niej ślady ni­czym łzy na brud­nym po­licz­ku. Pa­trzy­ła na te przed­mio­ty z drą­żą­cym serce smut­kiem. Zdję­cie Drogi Wa­ni­lio­wej, na­wią­zu­ją­cej nazwą do Drogi Mlecz­nej – świetl­ną de­ko­ra­cję, którą oj­ciec stwo­rzył w jej dzie­cię­cym po­ko­ju. Od­bi­ja­ła się w jego oczach, kiedy w brza­sku owej ma­gicz­nej ilu­mi­na­cji opo­wia­dał Annie hi­sto­rie na do­bra­noc. Ka­wa­łek dalej ocean wy­pluł te­le­skop. Oglą­da­li razem gwiaz­dy, za­sta­na­wia­jąc się, jakie im­pli­ka­cje niosą ze sobą po­twor­ne od­le­gło­ści dzie­lą­ce je od Ziemi. Tuż przy jej sto­pie zegar, po­ja­wił się na mgnie­nie oka, zaraz za­bra­ny z po­wro­tem przez wodny jęzor, lecz Anna zdą­ży­ła zo­ba­czyć ten przed­miot do­kład­nie. Z epoki wik­to­riań­skiej, fi­ne­zyj­nie zdo­bio­ny, tu po­zła­ca­ny, tam po­sre­brza­ny, z kla­sycz­ny­mi wska­zów­ka­mi, po­prze­ty­ka­ny­mi or­na­men­ta­mi na­wią­zu­ją­cy­mi do sym­bo­lu nie­skoń­czo­no­ści, wska­zów­ka­mi od­mie­rza­ją­cy­mi czas, jaki po­zo­stał jej z ojcem, zanim po­now­nie znik­nie, zo­sta­wia­jąc po sobie rzed­ną­cą aurę cie­pła i bez­pie­czeń­stwa.

Orka wpeł­znie zaraz dalej, wy­cią­gnie do Anny płe­twę. Woda wy­pu­ści w głąb wy­sep­ki macki ła­sko­czą­ce stopy. Część Anny nie bę­dzie chcia­ła tam iść, świa­do­ma, że tym spo­so­bem ska­za­ła­by się na za­po­mnie­nie. Wy­rzu­ci­ła­by się po­dob­nie jak wy­rzu­ci­ła ob­ra­zy ro­dzi­ców, po któ­rych na ścia­nach budki po­zo­sta­ły białe ślady. Wy­par­ła­by się ostat­nie­go ba­stio­nu. Ale prze­cież wy­sep­kę i tak po­chło­nie, wy­trzy­ma­ła wiele se­zo­nów, nie mogła wiecz­nie od­pie­rać ata­ków sza­rych wód. Za­to­nie, to nie­od­wra­cal­ne. Po­zo­sta­wa­ło jedno. Unu­rzyć się.

Za­miast tego mogła wró­cić do masz­tu i wspiąć się na szczyt. Tam, ob­ser­wu­jąc ki­pią­ce szare wody, ude­rza­na gwał­tow­nie przy­bie­ra­ją­cy­mi na sile po­dmu­cha­mi wia­tru, przy­wią­zać ciało li­na­mi, pod­piąć ka­bel­ki do krę­go­słu­pa. Co się wy­da­rzy? Bę­dzie trwać tak, za­wie­szo­na jak na krzy­żu, w zma­ga­niu z ideą prze­ba­cze­nia, w po­szu­ki­wa­niu frag­men­tów roz­bi­tej toż­sa­mo­ści. Nawet nie wie­dzia­ła, gdzie jest na­praw­dę, ob­ra­zy ze sta­cji ko­smicz­nej i mia­sta, wra­że­nio­wo, emo­cjo­nal­nie, na­kła­da­ły się na ten obec­ny. Anna po­twor­nie się bała, lecz miała świa­do­mość, że jeśli nie chce dłu­żej trwać w tym mdlą­cym sta­nie, musi zwy­mio­to­wać swe życie.

Woda, w coraz więk­szym wzbu­rze­niu, wy­rzu­ca­ła na­stęp­ne i na­stęp­ne przed­mio­ty. Ska­fan­der próż­nio­wy zsu­wa­ją­cy się z fi­gur­ki astro­nau­ty. Pur­pu­ro­wą koł­drę z wi­ze­run­ka­mi stwo­rzeń głę­bi­no­wych, którą oj­ciec przy­kry­wał Annę po hi­sto­rii na do­bra­noc. Hi­sto­rii o po­etach i bio­lo­gach. Fale wez­bra­ły, wzmógł się szum, plusk i chlu­pot.

Anna rów­nie do­brze mogła obu­dzić się na ha­ma­ku, z pełną fi­li­żan­ką na pier­si, i nie­uf­nie roz­chy­liw­szy po­wie­ki, ob­ser­wo­wać pła­czą­ce niebo. Igno­ru­jąc spię­trzo­ne stosy rze­czy wy­rzu­co­nych na wy­sep­kę, o które bę­dzie się po­ty­kać.

Albo wró­cić na sta­cję.

Lub do mia­sta.

Coś ła­sko­ta­ło łydkę. Kuc­nę­ła, woda ob­ję­ła bio­dra. Pur­pu­ro­wa koł­dra owi­nę­ła się wokół nogi. Wzię­ła ją w dło­nie, na­pęcz­nia­łą, pach­ną­cą solą oraz glo­na­mi, po czym za­czę­ła wy­cią­gać z toni. Koł­dra oka­za­ła się dłuż­sza, niż pa­mię­ta­ła, więc cof­nę­ła się na suchy ląd, nie pusz­cza­jąc ma­te­ria­łu. Miała chyba ze dwa metry. Wró­ci­ła do serca wy­sep­ki, po dro­dze wy­ży­na­jąc ją z wody. Zda­wa­ło się, że koł­dra wchło­nę­ła pół oce­anu. Sta­jąc pod masz­tem, za­rzu­ci­ła głę­bi­no­we stwo­rze­nia na barki i spoj­rza­ła na wieżę nadaw­czą. Na szczy­cie lamp­ki za­mi­go­ta­ły, jakby za­pra­sza­jąc na opo­wieść.

 

Koniec

Komentarze

Witaj.

 

Nie­zwy­kłe opo­wia­da­nie. Je­stem pod wiel­kim wra­że­niem. Sporo nie­sa­mo­wi­tych wąt­ków, sple­cio­nych razem, mnó­stwo ta­jem­nic, stop­nio­wo od­kry­wa­nych. I trud­nych, ludz­kich/nie­ludz­kich dra­ma­tów, jak to w życiu bywa. Po­ru­szo­ne ogrom­ne tra­ge­die, do­ty­ka­nia emo­cji na pewno tu nie bra­ku­je.

 

Z tech­nicz­nych:

… przy­po­mi­na­ła sobie po­czą­tek ho­sto­rii czło­wie­ka, z któ­rym za mo­ment się spo­tka. – li­te­rów­ka

Wi­dzisz tylko moj zarys, po­my­ślał. – i tu

Matka w roz­trze­pa­nych wło­sa­sach, z roz­bie­ga­nym spoj­rze­niem mo­drych oczu – i tu

… po­peł­nił sa­mo­bój­stwo, w do­dat­ku roz­szrzo­ne, gdyż miał pa­ra­no­ję, że zna­jo­mi… – tu rów­nież

Mam też na­dzie­ję, że mając świa­do­mość, wresz­cie mi wy­ba­czysz. – tu też

…nie­po­ko­ją­co pu­sta­wych, sterl­nych, nie­do­koń­czo­nych prze­strze­ni, swą nie­rze­czy­wi­sto­ścią spra­wia­ją­cych,… – tutaj też

… głę­bo­ko spoj­rza­ła w wa­ni­lio­wo­okie oczy męż­czy­zny, szu­ka­jąc w nich zło­śli­wo­ści. – styl

Za­bro­ni­li mi wy­ko­ny­wać dal­szych badań. – styl

 

A zatem dalej już nie wy­pi­su­ję, pod kątem li­te­ró­wek i spraw tech­nicz­nych trze­ba po­pra­wić ca­łość.

 

Osob­ne brawa za pięk­ne imię bo­ha­ter­ki.

 

Po­zdra­wiam, po­dwój­ny klik. :)

Pe­cu­nia non olet

Pro­siacz­ku, muszę przy­znać, że czy­ta­łam z dużym za­in­te­re­so­wa­niem, bo oso­bli­wa wy­da­ła mi się sy­tu­acja i praca Anny, zwłasz­cza kiedy od­wie­dzi­ła oso­bli­we­go męż­czy­znę. Jed­nak kiedy ten za­czął opo­wia­dać o wła­snej prze­szło­ści, gu­bi­łam się. I choć przyj­mu­ję do wia­do­mo­ści, że pra­co­wał nad wy­dłu­że­niem życia, to nie poj­mu­ję po­wie­la­nia się męż­czy­zny. In­ny­mi słowy, Pro­siacz­ku, chyba nie do końca zro­zu­mia­łam Twoje opo­wia­da­nie.

Nie wy­klu­czam też, że po­ty­ka­jąc się na licz­nych uster­kach, nie do końca po­tra­fi­łam sku­pić się na tre­ści, al­bo­wiem wy­ko­na­nie… No cóż, mogło być lep­sze.

 

Na pier­si po­ło­ży­ła sobie por­ce­la­no­wą fi­li­żan­kę z za­pa­rzo­ną me­li­są.Na pier­si po­sta­wi­ła sobie por­ce­la­no­wą fi­li­żan­kę z za­pa­rzo­ną me­li­są.

Z po­ło­żo­ne­go na­czy­nia wy­le­je się jego za­war­tość.

 

Przez mo­ment po­czu­ła się cie­pło jak pod koł­drą. → Mo­że­my czuć cie­pło, ale czy można czuć się cie­pło?

Może: Przez mo­ment było jej cie­pło jak pod koł­drą.

 

i po­pi­ła kęsy su­che­go tosta. → …i po­pi­ła kęsy su­che­go tostu.

 

Ję­dząc, pa­trzy­ła na ścia­ny… → Li­te­rów­ka.

 

Po desz­czu zo­sta­ł mżaw­ka. […] Nie­da­le­ko ha­ma­ka rosły mle­cze. Pyłki unio­sły się na wie­trze, wi­ru­jąc, po­le­cia­ły teraz wy­so­ko. → Czy w mżaw­ce pyłki kwia­to­we uno­si­ły­by się po­le­cia­ły wy­so­ko?

 

przy­po­mi­na­ła sobie po­czą­tek ho­sto­rii czło­wie­ka… → Li­te­rów­ka.

 

Wa­ni­lio­we oko […] Oko. Tylko hip­no­ty­zu­ją­ca czerń i wa­ni­lio­wy obrys w kształ­cie elip­sy. → Co jest wa­ni­lio­we­go w oku? Nijak nie umiem zo­ba­czyć w wa­ni­lii ni­cze­go czar­ne­go w kształ­cie elip­sy, ko­ja­rzą­cej się z okiem.

Za­sta­na­wiam się, czy aby nie po­my­li­łeś wa­ni­lii z mig­da­łem.

 

Trwa­ła zbyt długo, wży­na­ła się w mózg… → Trwa­ła zbyt długo, wrzy­na­ła się w mózg

 

W zdu­mie­nu roz­chy­lił usta… → Li­te­rów­ka.

 

Na bia­łym po­lie­stro­wym ska­fan­drze na pier­si miała zegar, który od­li­czał czas, który po­zo­stał, zanim ko­bie­ta po­wró­ci do sie­bie. → A może: Na pier­si bia­łego po­lie­stro­wego ska­fan­dra miała zegar od­li­cza­ją­cy czas, po­zo­sta­ły ko­bie­cie do po­wrotu do sie­bie.

 

Miał na sobie ko­szul­kę z krót­kim rę­ka­wem i spoden­ki. → Miał na sobie ko­szul­kę z krót­kimi rę­ka­wami i spoden­ki.

Ko­szu­le i ko­szul­ki mają za­wsze dwa rę­ka­wy.

https://obcyjezykpolski.pl/koszula-z-krotkimi-rekawami/

 

Z tym wszyst­ki wokół i tym wszyst­kim w gło­wie. → Li­te­rów­ka.

 

Wi­dzisz tylko moj zarys, po­my­ślał. Co bę­dzie, gdy uj­rzysz cały obraz? ->Li­te­rów­ka.

Pro­po­nu­ję: Wi­dzisz tylko mój zarys – po­my­ślał. Co bę­dzie, gdy uj­rzysz cały obraz?

Tu znaj­dziesz wska­zów­ki, jak można za­pi­sy­wać myśli bo­ha­te­rów.

Uwaga do­ty­czy także za­pi­su myśli w całym opo­wia­da­niu.

 

wsu­nął słom­kę do ust i gło­śno sior­bął. → Li­te­rów­ka.

 

Zdą­ży­ła upić po­ło­wę i już za­czę­łą słab­nąć… → Li­te­rów­ka.

 

Dalej, od kiedy się­ga­ła pa­mię­cią, nie­zwru­sze­nie trwał za­gaj­nik… → Li­te­rów­ka.

 

w prze­stwór wzbił się nie­na­ny ptak. → Li­te­rów­ka.

 

Matka roz­trze­pa­nych wło­sa­sach, z roz­bie­ga­nym spoj­rze­niem… → Być może matka mogła być we wło­sa­sach, ale nijak nie mogła być we wło­sach.

Pro­po­nu­ję: Matka z roz­trze­pa­ny­mi wło­sa­mi i roz­bie­ga­nym spoj­rze­niem

 

czuję, że matka na swoj dziw­ny… → Li­te­rów­ka.

 

prze­cie­ra­ła dło­nią z oczu bro­kat łez… → Czy aby do­brze ro­zu­miem, że miała dłoń z oczu?

A może miało być: …dło­nią prze­cie­ra­ła oczy z bro­katu łez

Choć nie ukry­wam, że nie umiem zo­ba­czyć bro­ka­tu łez. :(

 

tak roz­ra­sta­ła go­dzi­ny pracy i obo­wiąz­ki… → Coś może się roz­ra­stać, np. drze­wo, ale nie można roz­ra­stać cze­goś – tu czasu i obo­wiąz­ków.

Pro­po­nu­ję: …tak wy­dłu­ża­ła go­dzi­ny pracy i mno­ży­ła obo­wiąz­ki

 

Matka pra­gne­ła tego… → Li­te­rów­ka.

 

Spa­ce­ro­wa­łem ogro­dem→ Spa­ce­ro­wa­łem w ogro­dzie

 

Mie­li­śmy pię­cio­ro wspa­nia­łych dzie­ci, które miały wspa­nia­łą matkę… → Czy to ce­lo­we po­wtó­rze­nia?

 

Pra­gną­łęm, aby czło­wiek… → Li­te­rów­ka.

 

w do­dat­ku roz­szrzo­ne, gdyż miał pa­ra­no­ję… → Li­te­rów­ka.

 

oraz an­tro­po­lo­gów za­przę­gną­łem do pracy. → …oraz an­tro­po­lo­gów za­przę­g­łem do pracy.

 

nawet będąc tuż odok sie­bie… → Li­te­rów­ka.

 

że mając świa­do­mość… → …że mając świa­do­mość

 

głę­bo­ko spoj­rza­ła w wa­ni­lio­wo­okie oczy męż­czy­zny… → Brzmi to fa­tal­nie – wa­ni­lio­wo­oki mógł być męż­czy­zna, ale oczy nie mogą być wa­ni­lio­wo­okie, tak jak nie­bie­skie oczy nie mogą być nie­bie­sko­okie.

 

w po­kracz­nym tań­czu wy­ma­chu­jąc… → Li­te­rów­ka.

 

Pierw­szym miej­scem, do któr­go do­tar­ła… → Li­te­rów­ka.

 

pra­gnąc wy­ło­wić choby naj­lżej­szą nutę… → Li­te­rów­ka.

 

nie­po­ko­ją­co pu­sta­wych, sterl­nych, nie­do­koń­czo­nych… → Li­te­rów­ka.

 

O, a tam bruż­dżą­ca po­ściel bi­żu­te­ria… → Co to zna­czy, że bi­żu­te­ria bruź­dzi­ła po­ściel?

 

Za­bro­ni­li mi wy­ko­ny­wać dal­szych badań.Za­bro­ni­li mi wy­ko­ny­wania dal­szych badań.

 

to się zajmę tym na wła­sną rękę. Po­ka­żę im, że mieli rację. → W dru­gim zda­niu chyba miało być:. Po­ka­żę im, że nie mieli racji.

 

po­sta­no­wi­łem po­ja­wiać się w ich ży­ciach coraz rza­dziej… → …po­sta­no­wi­łem po­ja­wiać się w ich ży­ciu coraz rza­dziej

Życie nie ma licz­by mno­giej. https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Zycie;20113.html

 

Była świę­cie prze­ko­na­na, bied­na ista­ta, że… → Li­te­rów­ka.

 

ży­wiąc do mnie bez­sa­sad­ne współ­czu­cie… → Li­te­rów­ka.

 

nie w pełni, ocze­ki­wan­go świę­te­go spo­ko­ju… → Li­te­rów­ka.

 

znaną, wy­dep­ta­ną ścięż­ką… → Li­te­rów­ka.

 

życie w głow­nej mie­rze przy­po­mi­na teatr… → Li­te­rów­ka.

 

buty, które nie mogł­by się tak bar­dzo za­mo­czyć… → Li­te­rów­ka.

 

któ­rych, w sku­pie­niu na wa­ni­lio­wo­okim męż­czyź­nie, nie bez żalu po­rzu­ci­ła. → …któ­rych, sku­piw­szy się na wa­ni­lio­wo­okim męż­czyź­nie, nie bez żalu po­rzu­ci­ła.

 

Roz­ło­ży­ła na­miot ze szpi­wo­rem… → Li­te­rów­ka.

 

żując rybę, mi­mol­nie wró­ci­ła… → Li­te­rów­ka.

 

Cza­sa­mi na­wo­ły­wa­nia z bal­ko­nu matki… → Czy do­brze ro­zu­miem, że tam był bal­kon matki?

Pro­po­nu­ję: Cza­sa­mi na­wo­łu­ją­cej z bal­ko­nu matki

 

do­sta­ła się na wu­ma­rzo­ne stu­dia. → Li­te­rów­ka.

 

su­fi­tem zbie­ra­ją­cym bród tego świa­ta… → …su­fi­tem zbie­ra­ją­cym brud tego świa­ta

Sprawdź zna­cze­nie słów bródbrud.

 

które na­stą­pi­ły po­źniej… → Li­te­rów­ka.

 

Nie po­tra­fi­łem na co­dzień nor­mal­nie funk­cjo­no­wać… → Nie po­tra­fi­łem na co­ dzień nor­mal­nie funk­cjo­no­wać

 

chcę, abyś wró­ci­ła na zie­mię… → …chcę, abyś wró­ci­ła na Zie­mię

 

Po­cią­gnę­ła za uchwyt, metal zgrzyt­nął→ Po­cią­gnę­ła uchwyt, metal zgrzyt­nął

 

uj­rza­ła le­żą­ce­go na wznak czło­wie­ka, go­łe­go, bla­do­ścią tak in­ten­syw­ne­go… → Czy do­brze ro­zu­miem, że czło­wiek był in­ten­syw­ny bla­do­ścią?

 

Anna za­czę­ła do niego mowić… → Li­te­rów­ka.

 

wsu­nę­ła mu ręce pod pachy, przy­ci­gnę­ła do sie­bie… → Li­te­rów­ka.

 

Po­de­szła do sie­dzią­ce­go pod masz­tem ojca. → Li­te­rów­ka.

 

Pa­trzy­ła na te przed­mio­ty ze drą­żą­cym serce smut­kiem. -> Pa­trzy­ła na te przed­mio­ty z drą­żą­cym serce smut­kiem.

 

Tuź przy jej sto­pie… → Li­te­rów­ka.

 

Pur­pu­ro­wą kol­drę z wi­ze­run­ka­mi stwo­rzeń… → Li­te­rów­ka.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Bruce, Reg, bar­dzo dzię­ku­ję za od­wie­dzi­ny. Oraz wy­ła­pa­nie błę­dów – wstyd, ale wzią­łem na klatę i już po­pra­wi­łem ;-)

 

Bruce, miło mi czy­tać takie słowa, dzię­ku­ję. Daje mi to na­dzie­ję, że jesz­cze umiem stwo­rzyć coś cie­ka­we­go. :-)

 

Reg, cóż, szko­da, że nie zro­zu­mia­łaś na swój spo­sób, ale faj­nie, że po­mi­ja­jąc błędy, do­brze Ci się czy­ta­ło. :-)

 

 

Dzię­ku­ję, po­zdra­wiam, po­wo­dze­nia. :)

Pe­cu­nia non olet

Ech, Pro­siacz­ku, chyba nie pierw­szy raz zda­rzy­ło mi się czy­tać Twoje opo­wia­da­nie nie bez przy­jem­no­ści, mimo że nie do końca je po­ję­łam.

A skoro po­pra­wi­łeś uster­ki, myślę że mogę udać się do kli­kar­ni. ;)

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Heh, nawet dla mnie, ga­moń­ka, coś zo­sta­ło…

 

po dro­dze wy­ży­na­jąc ją z wody.

wyżymając, ko­niecz­nie…

Fajne opko.

dum spiro spero

Tech­nicz­nie, draż­ni­ły mnie w kilku miej­scach do­okre­śle­nia opi­sów, które pa­so­wa­ły jak pięść do nosa. Miej­sca­mi ta sztucz­ka ma bar­dzo fajny efekt, miej­sca­mi mam wra­że­nie, że to po­zo­sta­ło­ści nie­zbyt uważ­nej re­dak­cji (np. wkła­da­ła dwa palce po to, by zwy­mio­to­wać– po co to to do­okre­śle­nie celu? Te wy­trzesz­czo­ne oczy dzie­ci – po co do­okre­sla­nie o np. braku tlenu?).

Myślę też, że opo­wia­da­ją­cy dziw­ny męż­czy­zna mo­men­ta­mi mie­sza ci się z nar­ra­to­rem trze­cio­oso­bo­wym i w jego wy­po­wie­dI po­ja­wia­ją się li­te­rac­kie opisy. Nie wiem, czy to za­bieg ce­lo­wy, ale wy­trą­cał mnie z lek­tu­ry.

W nie­któ­rych miej­scach mam wra­że­nie, że słowa są do­bra­ne przy­pad­ko­wo lub za­bra­kło Ci za­mien­nych, bar­dziej 'gład­kich'. okre­śleń. To także prze­ry­wa płyn­ną lek­tu­rę. Po­now­nie: czy to za­bieg ce­lo­wy?

 

Będą spo­ile­ry.

 

Opo­wia­da­nie o mo­ty­wie nie­no­wym (re­pli­ka­cja/prze­nie­sie­nie świa­do­mo­ści), ale w po­głę­bio­nym uję­ciu. Na kan­wie kon­flik­tu mię­dzy ojcem, pra­gną­cym od­ku­pie­nia, a córką (do­my­śle­nie się tej re­la­cji, przez pierw­sze alu­zje męż­czy­zny, jest super łatwe dla czy­tel­ni­ka i roz­bra­ja na­pię­cie z kul­mi­na­cyj­ne­go od­kry­cia), po­ja­wia się dość prze­ra­ża­ją­ca wizja za­sto­so­wa­nia pew­nej tech­no­lo­gii. Motyw frag­men­to­wa­nia pa­mię­ci, w celu oca­le­nia re­pli­ko­wa­nej oso­bo­wo­ści przed de­wia­cja­mi na­tu­ry psy­cho­lo­gicz­nej, bę­dą­cy­mi nie­od­łącz­ny­mi efek­ta­mi peł­nej re­pli­ka­cji, bar­dzo cie­ka­wy. Ale­go­rycz­ny obraz "zni­ka­ją­ce­go rdze­nia oso­bo­wo­ści", ma­le­ją­cej wy­sep­ki w mar­twym świe­cie, gdzie bra­ku­je wy­raź­nych wspo­mnień i morze nie­pa­mię­ci po­chla­nia coraz więk­sze ob­sza­ry , bar­dzo mi się spodo­bał.

Naj­bar­dziej jed­nak po­dzi­wiam kon­se­kwen­cję bu­do­wy po­sta­ci ja-pierw­sze­go, który nawet szu­ka­jąc kon­tak­tu z córką nie po­tra­fi wy­rwać się ze swo­ich na­wy­ków i torów, który za­nu­rzył się w swoim od­kry­ciu i jego za­sto­so­wa­niu tak bar­dzo, że stał się pa­ro­dią, mrocz­ną, kre­ato­ra, który nawet wła­sną córkę pró­bu­je zmu­sić do prze­ba­cze­nia, re­kom­po­nu­jąc po­zo­sta­łe frag­men­ty jej pa­mię­ci i oso­bo­wo­ści do po­żą­da­ne­go skut­ku… Bar­dzo in­try­gu­ją­ca wizja, pełna pe­sy­mi­stycz­nej oceny czło­wie­ka.

 

Fa­bu­lar­nie opo­wia­dasz za­wsze cie­ka­we hi­sto­rie, pro­siacz­ku. Mam wra­że­nie jed­nak, że z ja­kie­goś po­wo­du wy­ko­na­nie lekko kuś­ty­ka, jaoby bylo nie­roz­ru­sza­ne, bez roz­grzew­ki, niby idzie, a ma lek­kie za­chwia­nia rów­no­wa­gi. Bi­blio­te­kę kli­kam bez wa­ha­nia, a co z resz­tą – jesz­cze myślę. 

 

Dzię­ku­ję za cie­ka­wie spę­dzo­ny czas!

"Świ­ryb" (Ba­ilo­ut) | "Fi­sho­lof." (Cień Burzy) | "Wiesz, je­steś jak brud i za­raz­ki dla ma­lu­cha... niby syf, ale jak dzie­cia­ka uod­par­nia... :D" (Emel­ka­li)

Cześć, Psy­cho­fi­shu. Dzię­ki za od­wie­dzi­ny i opi­nię. Faj­nie, że mo­głem cie­ka­wie spę­dzić czas przy opo­wia­da­niu. 

 

Nie wiem, jak to jest z tą po­to­czy­sto­ścią tek­stu i ję­zy­kiem. Mam ten­den­cje do kom­pli­ko­wa­nia chyba, ale sta­ram się nad tym pa­no­wać/pra­co­wać ;-) Jak po­dasz, które słowa są “chro­po­wa­te”, to się przyj­rzę.

 

Dzię­ku­ję za bi­blio­te­kę i głos :-)

 

 

Cześć pro­siacz­ku.

Po­do­ba­ło mi się. Za­rów­no ze wzglę­du na język (przez który bar­dzo do­brze mi się pły­nę­ło), jak i za­pre­zen­to­wa­ną hi­sto­rię. Faj­nie od­kry­wa­łeś karty, spo­koj­nie pre­zen­tu­jąc ko­lej­ne ele­men­ty in­try­gi i trzy­ma­jąc moją uwagę. I do­ce­niam rów­nież bu­do­wę cha­rak­te­ru Anny i jej ojca.

Gdy­bym miał zwró­cić na coś uwagę, to na struk­tu­rę hi­sto­rii. Sam fakt, że więk­szość tek­stu sta­no­wi po­wo­li od­kry­wa­na hi­sto­ria ojca Anny nie prze­szka­dza bar­dzo, ale miej­sca­mi bra­ko­wa­ło mi tego sku­pie­nia się na obec­nej sy­tu­acji – i tak uwa­żam, że w szcze­gól­no­ści z fi­na­ło­wej sceny (tam, gdzie koń­czy swą opo­wieść) można było wy­ci­snąć wię­cej i przed­sta­wić w spo­sób ja­śniej­szy.

Tym nie­mniej na tyle przy­pa­dło mi do gustu, żeby zgło­sić do bi­blio­te­ki i do no­mi­no­wal­ni (mimo pew­nych wąt­pli­wo­ści, myślę, że opo­wia­da­nie po­win­no zo­stać pod­da­ne gło­so­wa­niu).

Слава Україні!

Masz bar­dzo cha­rak­te­ry­stycz­ny styl, opi­so­wy, z roz­bu­do­wa­ny­mi po­rów­na­nia­mi, nor­mal­nie mi to nie prze­szka­dza, ale scien­ce fic­tion wy­ma­ga od czy­tel­ni­ka nieco więk­sze­go sku­pie­nia, a taki styl w tym nie po­ma­ga. Tro­chę też za szyb­ko od­kry­wasz karty, wła­ści­wie od razu do­my­śli­łam się, co łączy bo­ha­te­rów. Mimo tego czy­ta­łam z za­in­te­re­so­wa­niem i jed­nak udało Ci się mnie za­sko­czyć roz­ma­chem tego, co gość uczy­nił. Faj­nie wplo­tłeś w opko motyw frag­men­to­wa­nia pa­mię­ci, na to przy­znam nie wpa­dłam. Wyspa wy­da­wa­ła mi się po pro­stu wyspą i od­kry­cie tego mo­ty­wu pra­wi­ło mi sporo fraj­dy. Mocno to do­łu­ją­ce, że od­kry­cie po­szło aku­rat w taką stro­nę, ale z li­te­rac­kie­go punk­tu wi­dze­nia po­mysł pierw­szo­rzęd­ny.

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Cześć, Pro­siacz­ku!

 

Nie­ste­ty wiel­kim fanem SF nie je­stem i oba­wiam się, że to mogło wpły­nąć na moją ocenę tek­stu.

Druga rzecz, to forma, która mnie nie ku­pi­ła. Masz w tek­ście wiel­kie bloki tek­stu – cza­sem jest to opo­wieść męż­czy­zny, cza­sem opis – i choć wg. mnie ład­nie skła­dasz zda­nia i można przez tekst ład­nie prze­pły­nąć, to zda­rzy­ło mi się na tych opi­sach wy­łą­czyć. Nie wiem, czy wszyst­kie były też po­trzeb­ne (pierw­szy z brze­gu przy­kład – dłu­ga­śny opis wy­mio­to­wa­nia).

Cała kon­cep­cja wy­da­je się dość cie­ka­wa, choć przy­znam, że chyba nie wszyst­ko po­ją­łem wła­ści­wie. Po­do­ba­ły mi się wia­ry­god­ne opisy za­cho­wań ko­lej­nych ko­pio­wa­nych ludzi (po­czą­tek eks­pe­ry­men­tów).

Opo­wia­da­nie po­ru­sza istot­ne kwe­stie re­la­cji w ro­dzi­nie, po­ka­zu­je je w spo­sób gorz­ki, ale też wia­ry­god­ny, co rów­nież za­li­czę na plus.

W ostat­niej czę­ści ude­rzy­ła mnie zmia­na kon­wen­cji, któ­rej chyba nie po­ją­łem – po­stać orki nie tra­fia do mnie, może jest to zwią­za­ne z nie­zro­zu­mie­niem wcze­śniej­szych rze­czy. Ja je­stem zwy­czaj­ny, pro­sty czy­tel­nik :/

Pod­su­mo­wu­jąc, widzę tu prze­my­śla­ny szkie­let SF, ale ugrzę­złem w opi­sach i za­wi­ło­ściach, przez co nie mogę lek­tu­ry za­li­czyć do tych w pełni sa­tys­fak­cjo­nu­ją­cych.

 

Po­zdrów­ka!

Nie za­bi­ja­my pie­sków w opo­wia­da­niach. Nigdy.

Cześć, pro­siacz­ku!

Nie­ste­ty, je­stem na NIE.

Przy­znam bez bicia, że na po­cząt­ku Twoje opko mnie prze­ra­zi­ło; dłu­ga­śne sci-fi spod Two­je­go pióra mo­men­tal­nie na­su­nę­ło mi myśl, że bę­dzie cięż­ko i hard­ko­ro­wo, i pew­nie nie wszyst­ko zro­zu­miem. Na szczę­ście ele­ment scien­ce po­da­łeś w spo­sób czy­tel­ny i przy­stęp­ny nawet dla ta­kie­go saj­fa­jo­we­go ułom­ka jak ja ;)

Hi­sto­ria jest zaj­mu­ją­ca, cho­ciaż ku­pu­ję ją nie bez za­strze­żeń. Skala pla­nów wa­ni­lio­wo­okie­go wy­da­je się mało wia­ry­god­na, kar­ko­łom­na, a mi za­bra­kło w tek­ście wy­ja­śnie­nia, jak udało mu się osią­gnąć do­kład­nie taki cel, jaki za­mie­rzał. Zo­sta­wiasz zbyt wiele w do­my­śle (”Udało mu się i tyle”), tym­cza­sem tak mi­ster­ny plan aż się prosi o nieco więk­szą szcze­gó­ło­wość.

Kon­cept nie­no­wy, ale po­da­ny w cie­ka­wy spo­sób; faj­nie, że sku­pi­łeś się na dwóch tylko po­sta­ciach, mię­dzy któ­ry­mi roz­gry­wał się cały dra­mat. Lubię takie gar­gan­tu­icz­ne kon­cep­ty, ga­me-chan­ge­ry, któ­rych re­per­ku­sje autor po­ka­zu­je na bar­dzo małej sce­nie, na dwóch le­d­wie po­sta­ciach. Tutaj był ogrom­ny po­ten­cjał, ale, nie­ste­ty, nie wy­brzmia­ło mi to.

Przede wszyst­kim od­bi­łam się od stylu. Zda­nia bar­dzo ładne i po­etyc­kie są­sia­du­ją z na­zbyt roz­bu­cha­ny­mi, wręcz wpa­da­ją­cy­mi w pur­pu­rę: bro­kat jej łez, gest ża­ło­ści w kon­tek­ście wpy­cha­nia sobie w gar­dło pal­ców, by zwy­mio­to­wać, itp. Zda­rza­ły się mo­men­ty, w któ­rych zda­nia sta­wa­ły się tak dłu­gie i gęste od przy­miot­ni­ków, że mózg mi się po pro­stu wy­łą­czał i sens umy­kał. W do­dat­ku te dłu­ga­śne aka­pi­ty… A przy tym język nie jest wy­szli­fo­wa­ny per­fek­cyj­nie, po­ja­wia­ły się w tek­ście licz­ne nie­zręcz­no­ści. Albo zda­nia, któ­rych nijak nie po­tra­fię zin­ter­pre­to­wać i wy­obra­zić sobie tego, co opi­su­ją: dłoń wy­krzy­wio­na w ge­ście świad­czą­cym o po­szu­ki­wa­niu roz­wią­za­nia ko­lej­ne­go pro­ble­mu.

Opo­wia­da­nie opi­sa­mi stoi. Lubię opisy, uwa­żam, że tekst bez do­brych opi­sów jest jak film bez sce­no­gra­fii, ale Twój tekst wzbu­dził we mnie po­czu­cie, że oglą­dam jakiś art­so­wy eks­pe­ry­ment spoza głów­ne­go nurtu, gdzie przez dzie­sięć minut trwa uję­cie źdźbeł trawy szu­mią­cej na wie­trze. W do­dat­ku spora część nie­wie­le wnosi, służy głów­nie sztucz­ne­mu pom­po­wa­niu zna­ków.

Bo­ha­ter­ka jest w tym wszyst­kim jak jedno z tych źdźbeł: po­la­tu­je w kie­run­kach wy­zna­cza­nych przez nar­ra­cję, rów­nie szara i ni­ja­ka jak ota­cza­ją­cy ją świat. Bar­dzo mało w niej emo­cji, więc trud­no w niej do­strzec czło­wie­ka z krwi i kości; a to z kolei po­wo­du­je, że nie je­stem w sta­nie się z nią zwią­zać lub jej współ­czuć.

Za­an­ga­żo­wa­nie w tekst po­czu­łam do­pie­ro we frag­men­cie o skut­kach ubocz­nych wcho­dze­nia w nowe ciało. Tutaj zro­bi­ło się gro­te­sko­wo, ma­ka­brycz­nie i nie­po­ko­ją­co (szko­da, że ten frag­ment ma formę stresz­cze­nia, bo wydał mi się naj­cie­kaw­szy), i wresz­cie za­czę­ła wy­ła­niać się głów­na kon­cep­cja, oś fa­bu­lar­na; nadal jed­nak przy­gnie­cio­na nad­mia­rem opi­sów i śla­ma­zar­no­ścią wy­da­rzeń. Tak na­praw­dę więk­szość dzie­je się za­ku­li­so­wo, do­wia­du­je­my się o nich ze wspo­mnień, stresz­czeń, in­tro­spek­cji. Ten brak ak­tyw­no­ści "na ekra­nie" mnie, jako czy­tel­ni­ka, zdy­stan­so­wał od prze­żyć bo­ha­ter­ki i utrud­niał sku­pie­nie się na opo­wie­ści. Sedno, prze­kaz, wła­ści­wą treść opo­wia­da­nia trze­ba wy­grze­by­wać spod ozdob­nej, go­tyc­kiej wręcz nar­ra­cji.

Koń­ców­ka z orką wpra­wi­ła mnie w kon­fu­zję i przy­znam, że nie po­ję­łam, co się wy­da­rzy­ło.

Pod­su­mo­wu­jąc: widzę tu cie­ka­wy po­mysł na ka­me­ral­ną, a jed­no­cze­śnie pełną roz­ma­chu opo­wieść, która za­gu­bi­ła się gdzieś pod nie­skoń­czo­ny­mi opi­sa­mi.

three go­blins in a trench coat pre­ten­ding to be a human

Hej, Pro­siacz­ku

U mnie bę­dzie NIE. Tag psy­cho­lo­gia wy­ko­rzy­sta­łeś w mak­sy­mal­ny spo­sób, bu­du­jąc skom­pli­ko­wa­ną po­stać ojca, który do­pusz­cza się wszyst­kie­go, byle od­zy­skać córkę. Stra­cił ją z wła­snej winy i ta stra­ta oraz próba od­ku­pie­nia wy­brzmie­wa tutaj bar­dzo praw­dzi­wie.

Więk­szość tek­stu to mo­no­log ojca oraz opisy wyspy. Opo­wieść Pierw­sze­go czy­ta­łem z cie­ka­wo­ścią, ostat­ni dia­log rów­nież bar­dzo dobry – sta­no­wi jakby zwień­cze­nie ca­ło­ści opo­wia­da­nia. Ro­zu­mia­łem czyny ojca, przed­sta­wi­łeś je na tyle wia­ry­god­nie, że ko­lej­ne po­dej­mo­wa­ne de­cy­zje sta­no­wi­ły na­tu­ral­ną kon­se­kwen­cję po­przed­nich. Pra­co­ho­lizm i prze­kła­da­nie pracy nad ro­dzi­nę to po­waż­na spra­wa i wy­da­je się, że jesz­cze długo bę­dzie pro­ble­mem (a nawet uro­śnie w obec­nym kul­cie efek­tyw­no­ści).

Nie­ste­ty, treść zo­sta­ła po­grze­ba­na pod formą. Wiele opi­sów zdaje mi się zu­peł­nie nie­po­trzeb­nych, np. ko­lej­ne czyn­no­ści Anny na wy­spie albo opisy tego miej­sca, spra­wy nie po­lep­sza­ją zda­nia – na­praw­dę za­zdrosz­czę umie­jęt­no­ści two­rze­nia skom­pli­ko­wa­nych, dłu­gich kon­struk­cji, ale mia­łem tutaj wra­że­nie prze­sy­tu – by­wa­ły zda­nia dłu­gie, okra­szo­ne me­ta­fo­ra­mi i po­rów­na­nia­mi, które tra­ci­ły przez to pier­wot­ny sens. Z tru­dem czy­ta­łem ko­lej­ne bloki tek­stu, nie dla­te­go, że były blo­ka­mi, lecz dla­te­go, że nie wi­dzia­łem w nich sensu – za­da­wa­łem sobie py­ta­nie, czemu aku­rat TO po­ka­zu­jesz? Jeśli wyspa sta­no­wi jakiś obraz sa­mot­no­ści, to zde­cy­do­wa­nie jest tego za dużo, jeśli cho­dzi o coś in­ne­go, wy­bacz, nie zro­zu­mia­łem.

Myślę, że hi­sto­ria jest cie­ka­wa, po­mysł rów­nież, cho­ciaż pew­nie po­ma­ru­dził­bym na pewne braki re­per­ku­sji w związ­ku z two­rze­niem ko­lej­nych klo­nów, ale to nie hi­sto­ria – moim zda­niem – na 70k zna­ków.

Orka na ko­niec wy­sko­czy­ła jak kró­lik z ka­pe­lu­sza. Czy przed­sta­wia czas, który upły­nął dla Anny? Nowa, in­te­li­gent­na forma życia? Nie wiem.

Z pew­no­ścią przed­sta­wi­łeś cie­ka­wą lek­tu­rę, nie ża­łu­ję czasu, ale nie zo­sta­łem po­rwa­ny w wy­star­cza­ją­cym stop­niu, abym oddał głos na tak.

Po­zdra­wiam ser­decz­nie

Sorry, Win­ne­tou, ale ja też będę na NIE.

Po­mysł mia­łeś cie­ka­wy. Tylko potem on gdzieś się roz­mył.

Od­bi­łam się od tek­stu na wielu po­zio­mach.

Na po­cząt­ku draż­ni­ły mnie wa­ni­lio­we oczy. Jak ob­ja­wia się ich wa­ni­lio­wość? Sma­kiem? Fuj, chyba jed­nak nie. Za­pa­chem? Eeee, oczy mają za­pach? Można go po­czuć, od­fil­tro­wać od resz­ty za­pa­chów twa­rzy i ciała? Bo smak i za­pach to IMO naj­waż­niej­sze cechy wa­ni­lii. Kolor? No, to by miało sens w od­nie­sie­niu do oczu, ale jaki to wła­ści­wie kolor? Jo­gur­tu wa­ni­lio­we­go, płat­ków kwia­tu na nim przed­sta­wio­ne­go czy laski wa­ni­lii? Oczy w kre­mo­wym albo żół­tym ko­lo­rze ra­czej nie wy­stę­pu­ją. A jeśli cho­dzi­ło o brą­zo­we, to wy­bra­łeś ma­sa­krycz­nie okręż­ną drogę, żeby to po­ka­zać.

Ta wa­ni­lio­wa drza­zga być może na­sta­wi­ła mnie ne­ga­tyw­nie do resz­ty tek­stu.

Nie po­tra­fi­łam zro­zu­mieć dziew­czy­ny. Jak kto­kol­wiek może się go­dzić na takie wa­run­ki – dwa mie­sią­ce po­dró­ży, żeby po­pra­co­wać przez chwi­lę? A potem ko­lej­ny cykl. W ogóle nie ma życia. Łyk­nę­ła­bym, gdyby była jakąś AI, ale nie wy­glą­da. A i wtedy by­ło­by to strasz­ne mar­no­traw­stwo.

Fa­ce­ta za­li­czam do ka­te­go­rii bo­ha­te­rów z serii “ma wszy jak ru­skie czoł­gi i nie wie, co go gry­zie”. No, jeśli od­da­je się przed­miot A w za­mian za przed­miot B, to znisz­cze­nie B nie przy­wró­ci A. Coś ta­kie­go może zda­rzyć się w han­dlu (rzad­ko, bo jeśli świa­do­mie i z pre­me­dy­ta­cją nisz­czysz zakup, to nikt nie uzna re­kla­ma­cji), ale nigdy w sen­sie en­tro­pii i bez­pow­rot­nej utra­ty A już na wstę­pie. Czego on nie ro­zu­mie?

Dla­cze­go dziew­czy­na go nie roz­po­zna­ła? No, moż­li­we, że on ma­ni­pu­lu­je jej pa­mię­cią, ale tu wra­ca­my do wszy. Nie mógł­by na­pi­sać pro­gra­mu, stwo­rzyć an­dro­ida, który bę­dzie re­ago­wał zgod­nie z pro­gra­mem? Za­ję­cie prost­sze, cel moż­li­wy do osią­gnię­cia, a wynik bę­dzie tak samo sztucz­ny, jak w po­wyż­szej hi­sto­rii.

Otocz­ki nie ro­zu­miem. Pa­ty­cza­ki nie po­win­ny po­zdy­chać bez kar­mie­nia przez dwa mie­sią­ce? Owady ogól­nie nie słyną z dłu­go­wiecz­no­ści. Trud­no po­go­dzić takie hobby z taką pracą.

Jak facet może wy­ma­gać, żeby dziew­czy­na wró­ci­ła za mie­siąc, skoro po­dróż w te i z po­wro­tem za­bie­ra dwa?

Po­dró­żo­wa­nia też nie kumam. Jeśli dziew­czy­na wy­sy­ła samą świa­do­mość, to ciała przez tyle czasu nie trafi szlak? Nie udusi się po kilku mi­nu­tach? A jeśli jest bez­cie­le­sna, to dla­cze­go nie może zo­stać dłu­żej? Co ją wiąże z bazą?

No i jesz­cze sto­su­nek licz­by zna­ków do wy­da­rzeń mi nie leży. Strasz­na ga­du­ła z tego fa­ce­ta. Po­wi­nien wie­dzieć, że ma mało czasu, a opo­wia­da o nie­istot­nych szcze­gó­łach.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Och, jak ja nie lubię pisać ta­kich ko­men­ta­rzy, jaki muszę nie­ste­ty na­pi­sać :(

Czyli: uwa­żam, że masz tu świet­ny po­mysł na­pi­sa­ny “na odwal”, choć efek­ciar­sko. Sorry za to mocne okre­śle­nie, ale ono naj­le­piej stresz­cza moje od­czu­cia przy lek­tu­rze.

Bo tak: jedną z moich uko­cha­nych po­wie­ści wszech cza­sów jest Rę­ko­pis zna­le­zio­ny w Sa­ra­gos­sie z jego szka­tuł­ko­wą struk­tu­rą, ale tam ona służy bu­do­wa­niu fa­bu­ły i dy­na­mi­ki, no i to po­wieść, która ma ponad dwie­ście lat, na­to­miast u Cie­bie od­nio­słam wra­że­nie, że dłu­ga­aaaaśne bloki opo­wie­ści “Adama” są pój­ściem na skró­ty. Od razu po­wiem: nie wiem, jak z tego wy­brnąć, bo on jej rze­czy­wi­ście opo­wia­da. Może jed­nak przej­ściem do jego per­spek­ty­wy, kiedy opo­wieść prze­ra­dza się we wspo­mnie­nie i on to wszyst­ko na nowo prze­ży­wa? Wła­śnie jak u Po­toc­kie­go, gdzie w ko­lej­nych opo­wie­ściach mamy fa­bu­łę, dia­lo­gi i tak dalej. Tu mamy nie­ste­ty mo­no­ton­ne bloki tek­stu, które w pew­nym mo­men­cie za­czę­łam od­ru­cho­wo prze­wi­jać :(

 I tych blo­ków, tych tak na­praw­dę in­fo­dum­pów odzia­nych w szaty opo­wie­ści, mamy kilka. Tekst jest bar­dzo długi, nie dzie­je się w nim pra­wie nic – bo cała hi­sto­ria jest w fa­bu­le, a nie w akcji. I okej, nie je­stem fe­ty­szyst­ką dy­na­mi­zmu ani ak­tyw­no­ści bo­ha­te­ra. Po­do­ba mi się po­mysł, żeby głów­nym punk­tem wi­dze­nia była “Anna”, nie­ro­zu­mie­ją­ca ob­ser­wa­tor­ka. Nie­mniej prak­tycz­ne roz­wią­za­nie ta­kiej per­spek­ty­wy już mnie nie za­chwy­ca, bo za dużo opo­wia­dasz, za mało po­ka­zu­jesz. Tak, w ta­kiej per­spek­ty­wie to nie jest łatwe, ale nie jest też nie­wy­ko­nal­ne.

Uwa­żam też, że w obec­nej for­mie tekst jest prze­ga­da­ny, na­to­miast dłu­gość by­ła­by od­po­wied­nia albo i za mała, gdy­byś ujął to w fa­bu­lar­nie i nar­ra­cyj­nie cie­kaw­szą formę.

Naj­więk­szym plu­sem do­dat­nim są po­sta­cie – uwa­żam, że wy­my­śli­łeś je do­brze, wia­ry­god­nie, i po­ka­zu­jesz prze­ko­nu­ją­co, ale one za­słu­ży­ły na lep­sze po­trak­to­wa­nie. Że jest mię­dzy nimi jakaś więź, da się do­my­ślić dość wcze­śnie, ale to naj­mniej­szy pro­blem.

 

Od­bi­jam się też trosz­kę od ję­zy­ka, który – mia­łam chwi­la­mi wra­że­nie – ma ozdob­no­ścią i prze­ła­do­wa­niem me­ta­fo­ra­mi ma­sko­wać miał­kość po­da­nia fa­bu­ły. Nie wszyst­kie me­ta­fo­ry są tra­fio­ne, a przede wszyst­kim jest ich tro­chę za dużo.

 

W efek­cie po prze­czy­ta­niu ca­ło­ści mam wra­że­nie, że to jest szkic, spi­sa­ny po­mysł na coś, co mo­gło­by być świet­ną mi­kro­po­wie­ścią, może nawet po­wie­ścią, ale jako opo­wia­da­nie się nie spraw­dza.

 

Tech­nicz­nie po­praw­nie, choć in­ter­punk­cja cza­sem szwan­ku­je. To, co mnie moc­niej za­trzy­ma­ło sty­li­stycz­nie lub kon­cep­cyj­nie, masz po­ni­żej.

 

Fi­li­żan­ka, prze­peł­nio­na, za­ko­le­ba­ła się na most­ku,

Już kiedy pi­sa­łeś o sta­wia­niu “na pier­si” mia­łam wąt­pli­wo­ści co do tego za­bie­gu. Tu już nie mam: wy­obra­żasz sobie bar­dzo zde­cy­do­wa­nie męski tors. Spró­buj po­sta­wić fi­li­żan­kę na ko­bie­cych cyc­kach, nawet nie­zbyt du­żych. Spró­buj ją po­sta­wić na ko­bie­cym most­ku. No way.

 

Anna wsta­ła i, zry­wa­jąc po dro­dze ka­wa­łek ro­śli­ny, sen­nym kro­kiem ru­szy­ła

Ra­czej: ze­rwaw­szy. Ogól­nie uwa­żaj na imie­sło­wy przy­słów­ko­we współ­cze­sne.

 

cy­no­wy lej, z któ­re­go desz­czów­ka spły­wa­ła rurą do garn­ka. Choć po dro­dze była fil­tro­wa­na, prze­waż­nie miała kwa­śny smak. Fi­li­żan­ką zgar­nę­ła wodę z dna i po­pi­ła kęsy su­che­go tostu.

No i w ostat­nim zda­niu pod­mio­tem jest już desz­czów­ka, a nie Anna.

 

Po desz­czu zo­sta­ła mżaw­ka. Nagle deszcz ustał.

W sumie już go nie było, tylko mżaw­ka.

 

Nie­da­le­ko ha­ma­ka rosły mle­cze. Pyłki unio­sły się na wie­trze

Na pewno pyłki?

 

pod­pię­ła efe­me­rycz­ne ka­bel­ki

SJP PWN: efe­me­rycz­ny «krót­ko­trwa­ły, szyb­ko prze­mi­ja­ją­cy»

 

W dru­gim “roz­dzia­li­ku” masz nie­zbyt fajny head hop­ping: “A przy­naj­mniej chciał to po­wie­dzieć” to punkt wi­dze­nia czło­wie­ka ze sta­cji, a potem wraca per­spek­ty­wa Anny.

 

Wa­ni­lio­we oko

Imho to jest si­le­nie się na ory­gi­nal­ność, bo chyba nikt tak nie okre­śla ko­lo­ru oczu, a jakoś nie wy­da­je mi się, żeby ten kolor okre­śla­ny jako wa­ni­lio­wy był na tyle cha­rak­te­ry­stycz­ny, żeby to uspra­wie­dli­wiał. Jak dla mnie te wa­ni­lio­we oczy i wa­ni­lio­wo­oki czło­wiek brzmią pre­ten­sjo­nal­nie. Zwłasz­cza że nie tłu­ma­czysz tak na­praw­dę, że miał oczy w nie­ty­po­wym ko­lo­rze.

To niby póź­niej się tłu­ma­czy, ale imho słabo.

 

po­żół­kłe po­li­ki

po­licz­ki (li­te­rów­ka?)

 

Anna nie od­ry­wa­ła spoj­rze­nia od wa­ni­lio­wo­okie­go czło­wie­ka, aż miała wra­że­nie, że w nie wla­tu­je.

W co wla­tu­je?

 

Z prze­peł­nio­ne­go garn­ka ule­wa­ła się woda. Na sto­li­ku i pod­ło­dze ka­łu­ża od­bi­ja­ła nie­wy­raź­nie świa­tła i jej przy­gar­bio­ną syl­wet­kę.

Syl­wet­kę wody?

 

igno­ru­jąc we­zwa­nia po­przed­nich klien­tów

Po­przed­nich?

 

Kiedy wy­szła ze śluzy, w swe klesz­cze chwy­ci­ła ją gra­wi­ta­cja.

 

Ze zdzi­wie­nia nie mogła wyjść, odkąd pół roku temu pierw­szy raz go spo­tka­ła.

Wyjść ze zdzi­wie­nia to oczy­wi­ście po­praw­ny fra­ze­olo­gizm, ale on nie znosi zmia­ny szyku. Nie mogła wyjść ze zdzi­wie­nia. Inna spra­wa, że on tu śred­nio pa­su­je. Plus: ra­czej od kiedy a nie odkąd.

 

Po­wtó­rzy­ła gest ża­ło­ści

To o pro­wo­ko­wa­niu wy­mio­tów? Eg­zo­tycz­ne

 

Matka w roz­trze­pa­nych wło­sach, z roz­bie­ga­nym spoj­rze­niem mo­drych oczu wa­chlo­wa­nych trze­po­tli­wym ru­chem gę­stych rzęs.

Uch, pur­pu­ra ;) Plus roz­trze­pa­ne włosy to nie­zbyt tra­fio­ny fra­ze­olo­gizm. Oraz zde­cy­do­wa­nie nad­miar przy­miot­ni­ków/imie­sło­wów przy­miot­ni­ko­wych, przy­da­wek ogól­nie.

 

cała twarz błysz­cza­ła jej w prze­ja­wie po­czy­nio­ne­go wy­sił­ku

Też to trosz­kę eg­zal­to­wa­nie nie­na­tu­ral­ne, plus za­imek zbęd­ny i w ogóle w złym miej­scu

 

zaś faktu tego nie po­tra­fi­ła w żaden spo­sób uza­sad­nić

→ tego faktu zaś…

Spój­ni­ki zaś i bo­wiem idą na dru­gim (albo ewen­tu­al­nie dal­szym) miej­scu w zda­niu, nie na po­cząt­ku. To już wcze­śniej było, ale za­po­mnia­łam wpi­sać.

 

Zie­mia… Są­dząc, że wła­śnie tam prze­by­wa, chcia­ła od­szu­kać ojca, który ją po­rzu­cił.

Tu już ab­so­lut­nie nie mia­łam wąt­pli­wo­ści, jaki jest zwią­zek mię­dzy tą dwój­ką. Wcze­śniej, że jakiś jest, było oczy­wi­ste, ale przy­da­ło­by się mimo wszyst­ko wię­cej fo­re­sha­do­win­gów. 

 

grynsz­pa­no­wy

Grynsz­pan – Wi­ki­pe­dia, wolna en­cy­klo­pe­dia

 

Nie bar­dzo wiem, co ten przy­miot­nik ma ozna­czać w kwe­stii ka­ta­fal­ku…

 

Coś ła­sko­ta­ło łydkę. Kuc­nę­ła, woda ob­ję­ła bio­dra.

Łydka kuc­nę­ła ;)

http://altronapoleone.home.blog

Cześć!

 

Cie­ka­wy po­mysł jak i roz­wi­nię­cie idei trans­fe­ru świa­do­mo­ści. Wy­ko­rzy­stu­jąc nieco ogra­ny motyw kon­flik­tu dziec­ka z ro­dzi­cem po­ka­zu­jesz moż­li­we im­pli­ka­cje, jakie może nieść ze sobą roz­wój tech­no­lo­gicz­ny. Mocno po­sze­dłeś w war­stwę psy­cho­lo­gicz­ną (kosz­tem wszyst­kich in­nych aspek­tów), sku­pia­jąc się na mo­ral­nych i spo­łecz­nych im­pli­ka­cjach ta­kie­go stanu rze­czy. Wy­szło bar­dzo socjo (wręcz roz­bi­łeś na atomy, nie siląc się na zwię­złość) i cał­kiem w sumie cał­kiem faj­nie, choć nie mogę się wy­zbyć wra­że­nia, że nieco wy­biór­czo po­trak­to­wa­łeś temat (w któ­rym sie­dzą tony nie­wy­ko­rzy­sta­ne­go po­ten­cja­łu) i po­ka­za­łeś go z na­szej (lat 20. XXI per­spek­ty­wy), nieco ogra­ni­czo­nej per­spek­ty­wy, co nie­zbyt współ­gra z moż­li­wo­ścia­mi, o któ­rych opo­wia­da pan w cza­pecz­ce. Ale o tym póź­niej, bo wy­szło, po­do­ba­ło się, zro­bi­ło wie­czór i coś czuję, że zo­sta­nie w gło­wie na jakiś czas (a ile po­my­słów się na­ro­dzi­ło…)

 

Je­że­li coś mę­czy­ło w tek­ście to ga­wę­da: opo­wieść w opo­wie­ści w takim roz­mia­rze po­tra­fi się dłu­żyć, zwłasz­cza je­że­li wy­glą­da mocno in­fo­dum­po­wo i budzi ry­zy­ko scrol­lo­wa­nia, ale pod ko­niec do­sko­na­le wy­ko­rzy­stu­jesz całą zbu­do­wa­ną scenę, a że ja oso­bi­ście lubię spój­ne, po­trzeb­ne i słu­żą­ce kre­acji in­fo­dum­py, to ku­pu­ję.

 

Bar­dzo spodo­ba­ła mi się scena z koł­drą. W ode­rwa­niu od resz­ty ba­nal­na i pach­ną­ca blagą, ale w opo­wia­da­niu do­sko­na­le pod­bu­do­wa­na i ob­ra­zu­ją­ce tę­sk­no­tę bo­ha­ter­ki, która „po­zna­ła dobro i zło”. Tyle na dziś. Piór­ko­wo je­stem na TAK, jutro albo w ty­go­dniu wpad­nę z dłuż­szym ko­men­ta­rzem.

 

Po­zdra­wiam!

„Po­szu­ki­wa­nie praw­dy, która, choć­by naj­gor­sza, mo­gła­by tłu­ma­czyć jakiś sens czy choć­by kon­se­kwen­cję w tym, czego je­ste­śmy świad­ka­mi wokół sie­bie, przy­no­si je­dy­ną moż­li­wą od­po­wiedź: że samo po­szu­ki­wa­nie jest, lub może stać się, ową praw­dą.” J.Kaczmar­ski

Nie­ste­ty nie dałem rady. Od po­ło­wy mę­czy­łem się i prak­tycz­nie już nie czy­ta­łem, za­glą­da­łem. Sorry. Nie je­stem tar­ge­tem ta­kich tek­stów. Je­stem pro­sty czy­tacz.

Po­do­ba­ło mi się :)

Przy­no­szę ra­dość :)

Nowa Fantastyka