- Opowiadanie: WyrmKiller - Post mortem

Post mortem

Opo­wia­da­nie łączy nieco we­ir­du z re­ali­zmem ma­gicz­nym. Jest nieco sza­leń­stwa, które lubię.

Na­tchnął mnie do na­pi­sa­nia tego opo­wia­da­nia mo­ment, gdy prze­cho­dzi­łem obok wy­so­kie­go bu­dyn­ku, od któ­re­go za­czę­ło krę­cić mi się w gło­wie. Z po­my­słu ro­dzi­ły się ko­lej­ne po­my­sły i po­wsta­ło coś na wzór ko­men­ta­rza i nie­ty­po­wej hi­sto­rii.

 

Edit: Dzię­ku­ję za betę!

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Post mortem

Mar­ge­ri­ne sta­nę­ła przed Ter­mi­nu­sem. Wstrzy­ma­ła od­dech, opa­no­wa­ła drże­nie rąk, reszt­ka­mi sił wal­czy­ła z ko­ła­ta­ją­cym ser­cem.

Szczyt bu­dyn­ku krył się w chmu­rach na tyle wy­so­ko, że Mar­ge­ri­ne nie po­tra­fi­ła doj­rzeć dachu ani naj­wyż­szych pię­ter. Jakby Ter­mi­nus był fi­la­rem po­wstrzy­mu­ją­cym nie­bio­sa przed ru­nię­ciem ludz­ko­ści na głowę. Stwo­rzo­ny z nie­zna­ne­go jej ma­te­ria­łu, przy­po­mi­na­ją­ce­go bladą, ludz­ką skórę, łą­czył się po­przez pio­no­we bal­ko­ny z wyż­szy­mi kon­dy­gna­cja­mi. Wy­su­nię­te, he­ba­no­we dra­bi­ny zwi­sa­ły ni­czym tru­ją­cy bluszcz z po­zła­ca­nych ob­ra­mo­wań okien. Tam, gdzie koń­czy­ły się jedne, a za­czy­na­ły dru­gie pię­tra, ogień bu­chał z po­kry­tych sadzą dysz.

Gdyby tylko mogła, omi­nę­ła­by Ter­mi­nu­sa sze­ro­kim łu­kiem. Bu­dy­nek na­pa­wał ją grozą, spra­wiał, że z tru­dem łą­czy­ła myśli w sen­sow­ne idee. Prze­kro­czy­ła próg, a po chwi­li ścia­ny za­trza­snę­ły się za nią, za­my­ka­jąc Mar­ge­ri­ne w pu­łap­ce bez wyj­ścia.

– Nie­zna­na isto­ta we­wnątrz Ter­mi­nu­sa. Czym prę­dzej zi­den­ty­fi­kuj się!

Me­cha­nicz­ny, skrzy­pli­wy głos pły­nął z wy­su­nię­te­go ni­czym kaczy dziób gło­śni­ka. Mar­ge­ri­ne doj­rza­ła go na su­fi­cie, tuż na głową, skąd wy­plu­wał ko­lej­ne hasła.

– Ter­mi­nus jest jed­nost­ką pod ści­słym nad­zo­rem. Je­dy­nie upo­waż­nie­ni mają wstęp. Je­że­li ocze­ku­jesz na wi­zy­tę, skon­tak­tuj się z głów­nym dy­rek­to­rem.

– Ni­ko­go tu nie bę­dzie, ludz­kość upa­dła – rze­kła Mar­ge­ri­ne, spo­dzie­wa­jąc się, że gło­śnik po­zo­sta­nie głu­chy na jej słowa.

– Ludz­kość ist­nie­je. Je­steś jej przy­kła­dem, isto­to – od­parł nie­ocze­ki­wa­nie me­cha­nicz­ny głos.

– Nie na długo.

– Za­wróć czym prę­dzej. Je­dy­nie au­to­ry­zo­wa­ny per­so­nel może do­stać się na wyż­sze pię­tra.

– Nawet gdy­bym chcia­ła, nie mogę tego zro­bić. Je­steś tu ze mną uwię­zio­ny, gło­sie z pusz­ki.

– Na­zy­wa­ją mnie Trev. Je­stem obiek­tem ob­ser­wa­cyj­no-in­for­ma­cyj­nym. Nie spra­wu­ję żad­nej wła­dzy w Ter­mi­nu­sie.

Szcze­rość ma­szy­ny za­dzi­wi­ła Mar­ge­ri­ne. Mo­gła­by z ła­two­ścią wy­cią­gnąć z niej ści­śle tajne in­for­ma­cje.

– Jak naj­szyb­ciej do­sta­nę się na szczyt?

– Naj­wyż­sze pię­tro na­le­ży w ca­ło­ści do głów­ne­go dy­rek­to­ra. Ab­so­lut­ny zakaz wej­ścia.

– Do­brze, więc, jak mogę zo­ba­czyć się z głów­nym dy­rek­to­rem?

Mi­nę­ła chwi­la nim ma­szy­na zdo­ła­ła po­zy­skać in­for­ma­cje. W tym cza­sie Mar­ge­ri­ne ro­zej­rza­ła się po wnę­trzu Ter­mi­nu­sa. Chłod­ne, nie­przy­stęp­ne me­ta­lo­we ścia­ny po­kry­wa­ła przy­po­mi­na­ją­ca ikrę tkan­ka. Roz­sze­rza­ła się co kilka se­kund, a na­stęp­nie ma­la­ła, zu­peł­nie jak płuca pró­bu­ją­ce zła­pać od­dech.

– Głów­ny dy­rek­tor jest nie­obec­ny, pro­szę wró­cić jutro.

Mar­ga­ri­ne wtar­gnę­ła na klat­kę scho­do­wą. Nie cze­ka­ła na ko­lej­ne słowa ma­szy­ny. Mu­sia­ła do­stać się na szczyt Ter­mi­nu­sa, nawet je­że­li mia­ło­by to ozna­czać zgubę. Przy­rze­kła, że ura­tu­je ludz­kość, ina­czej jej dusza nigdy nie zazna spo­ko­ju.

 

*

 

Czę­sto wra­ca­ła wspo­mnie­nia­mi do chwil, gdy życie uko­cha­nych osób nie zo­sta­ło jej ode­bra­ne. Miesz­ka­ła nie­opo­dal Ter­mi­nu­sa, była świad­kiem jego bu­do­wy. Po­cząt­ko­wo przy­po­mi­nał szkie­let, bez mię­śni, tłusz­czu i skóry. W takim sta­nie nie prze­ra­żał Mar­ge­ri­ne. Mogła go­dzi­na­mi się w niego wpa­try­wać (miała ku temu dobrą oka­zję, okno jej po­ko­ju wy­cho­dzi­ło wprost na plan bu­do­wy), po­dzi­wia­jąc po­tę­gę ludz­kich rąk.

– Przy­ję­li mnie w ad­mi­ni­stra­cji – rzekł Khan, star­szy brat o po­cią­głej i tru­pio bla­dej twa­rzy.

– Nie masz żad­ne­go do­świad­cze­nia – skwi­to­wa­ła Mar­ge­ri­ne.

– Nie cie­szysz się, że bra­ci­szek do­stał w końcu po­rząd­ną fuchę?

– Sta­rzy ci pew­nie za­ła­twi­li.

– Tak, zde­cy­do­wa­nie. Jako ro­bo­le mają dużo do po­wie­dze­nia.

– Ty też kie­dyś tam tra­fisz – oświad­czył pro­ro­czo Khan.

– Może. – Wyj­rza­ła przez okno. Ro­bot­ni­cy uwi­ja­li się ni­czym mrów­ki, by zdą­żyć z wy­koń­cze­niem drogi wjaz­do­wej. – Czemu mia­ła­bym nie chcieć tra­fić do Ter­mi­nu­sa? Każ­de­go tam cią­gnie.

– Fakt. Wszyst­kie drogi pro­wa­dzą do Rzymu? Bujda. Wszyst­kie drogi pro­wa­dzą do Ter­mi­nu­sa.

Khan do­łą­czył do Mar­ge­ri­ne przy oknie.

– Nikt nie wie, co ma się w nim znaj­do­wać.

– I?

– Tak tylko mówię. Nie po­zna­łem żad­nych szcze­gó­łów co do ro­bo­ty. Je­dy­nie, że ma to zwią­zek z ad­mi­ni­stra­cją. Po­dej­rza­ne.

– Je­ste­śmy tylko nic nie­zna­czą­cym plank­to­nem. Le­piej nie za­da­waj zbęd­nych pytań i skup się na for­sie.

– Chcę, żebyś wie­dzia­ła, że cię ko­cham.

Mar­ge­ri­ne przyj­rza­ła się Kha­no­wi, jakby ten przed chwi­lą ude­rzył się w głowę.

– W sen­sie jak brat sio­strę. Żebyś tylko ni­cze­go sobie nie po­my­śla­ła w tej po­my­lo­nej głów­ce.

– Skąd taka ocho­ta na zwie­rze­nia? Nie żeby mi to nie schle­bia­ło. Można po­wie­dzieć, że cie­bie też nieco to­le­ru­ję.

Uśmiech­nę­ła się szy­der­czo.

Khan prze­rzu­cił nogi przez okno i usiadł na pa­ra­pe­cie.

– Co byś zro­bi­ła, gdy­byś miała oka­zję spo­tkać się z bo­giem?

– Ale je­steś dzi­siaj mę­czą­cy, stary.

– Nie, nie, po­słu­chaj, to bar­dzo istot­ne, jakby wszyst­ko od tego za­le­ży. Dobra? Pro­ste py­ta­nie, pro­sta od­po­wiedź. Bóg, jeden, z ja­kiej­kol­wiek re­li­gii, naj­po­tęż­niej­sza isto­ta na świe­cie mo­gą­ca jedną myślą zmieść świat z po­wierzch­ni ziemi. Co ro­bisz?

Miała ocho­tę po­wie­dzieć, że spra­wia, aby Khan już nigdy w życiu się nie ode­zwał, ale za­sta­no­wi­ła się chwi­lę. Nie­koń­czą­ca się moc. Gdyby tylko isto­ta boska mo­gła­by speł­nić jej jedną za­chcian­kę. Czło­wiek nie po­wi­nien mie­rzyć się z taką po­tę­gą. Nie jest ku temu stwo­rzo­ny. Łam­li­we ciało, umysł po­dat­ny na ma­ni­pu­la­cję. Ludz­kość zo­sta­ła stwo­rzo­na, by prze­grać walkę ze wszech­świa­tem. Ale żeby tak stać się bo­giem…

– Deser lo­do­wy na każde śnia­da­nie – od­par­ła.

Khan rzu­cił w nią po­dusz­ką.

– Okrop­na je­steś, wiesz o tym? Ja bym spra­wił, żeby świat stał się spra­wie­dli­wym miej­scem. Dla­cze­go jedni, jak nasi sta­rzy, mają za­pier­dzie­lać rę­ko­ma uwa­lo­ny­mi bło­tem, a inni po­pi­ja­ją ra­do­śnie kawkę na raj­skich wy­spach i trze­pią za to hajs? Z tym świa­tem jest coś nie tak, mówię ci, mordo.

Mar­ge­ri­ne wra­ca­ła wspo­mnie­nia­mi wła­śnie do tych słów. Do roz­my­ślań o na­tu­rze ludz­kiej. Do mo­men­tu, gdy miała jesz­cze Khana przy sobie, a nie po­cho­wa­ne­go w zbio­ro­wej mo­gi­le.

 

*

 

– Nie­au­to­ry­zo­wa­ne­mu per­so­ne­lo­wi wstęp wzbro­nio­ny! – grzmiał Trev.

Tylko tyle mógł uczy­nić. Wy­rzu­cać z sie­bie ko­mu­ni­ka­ty bez żad­nej mocy spraw­czej.

– Nie na­le­żę do per­so­ne­lu – oznaj­mi­ła Mar­ge­ri­ne. – Za­mie­rzam do­stać się na sam szczyt Ter­mi­nu­sa i nic nie mo­żesz z tym zro­bić!

Prze­krzy­ki­wa­li się tak jesz­cze długo. Me­cha­nicz­ny Trev za­wia­da­miał o za­ka­zie wstę­pu, a or­ga­nicz­na Mar­ge­ri­ne się z nim prze­ko­ma­rza­ła. Osta­tecz­nie sta­nę­ło na tym, że ko­bie­ta przy­cup­nę­ła zmę­czo­na wspi­nacz­ką i za­py­ta­ła:

– Dla­cze­go skon­stru­owa­li cie­bie tak bez­u­ży­tecz­ne­go?

– Zo­sta­łem stwo­rzo­ny z wiarą, iż po­zba­wio­na duszy isto­ta nie może spra­wo­wać wła­dzy ab­so­lut­nej.

– Jakoś po­sia­da­nie duszy nie prze­szko­dzi­ło ludz­ko­ści wy­bi­jać się co pa­rę­na­ście lat.

– Panno Mar­ge­ri­ne?

– Za­pa­mię­ta­łeś moje imię? Jak uro­czo.

– Je­stem wy­po­sa­żo­ny w moduł ucze­nia się. Dla­cze­go wspo­mi­na­łaś o upad­ku… ludz­ko­ści?

Ostat­nie słowa wy­ma­wiał z tru­dem, jakby bun­to­wał się prze­ciw opro­gra­mo­wa­niu.

– Poza Ter­mi­nu­sem nie ma ni­cze­go. Zie­mia to pusta sko­ru­pa wy­ssa­na z wszel­kich ener­gii wi­tal­nych. A ludz­kość? Zmie­cio­na przez wojny, głód i cho­ro­by.

– W mojej bazie da­nych ist­nie­je wzmian­ka o epi­de­mii.

– Tak, lu­dzie za­czę­li umie­rać.

– Co się stało z Kha­nem, pa­nien­ki bra­tem?

– Słu­cham?

Mar­ge­ri­ne ze­rwa­ła się na równe nogi.

– Ty kupo złomu, skąd wiesz o nim co­kol­wiek?

– Po­sia­dam dane ro­dzin wszyst­kich pra­cow­ni­ków. Khan miał objąć sta­no­wi­sko w ad­mi­ni­stra­cji, ale po szko­le­niu zmarł…

– Prze­stań. Na li­tość boską, prze­stań!

– Miał nie­speł­na dwa­dzie­ścia sześć lat, o rok star­szy od pa­nien­ki. Cał­kiem uta­len­to­wa­ny, skoń­czył szko­łę mu­zycz­ną, ale nigdy nie wią­zał ka­rie­ry z mu­zy­ką.

– Po­wie­dzia­łam, żebyś za­milkł!

– Od­szedł do­kład­nie rok po śmier­ci ro­dzi­ców. Zgi­nę­li w tra­gicz­nym wy­pad­ku w pod­zie­miach. Ciała zo­sta­ły tak zma­sa­kro­wa­ne przez gruzy, że z tru­dem je roz­po­zna­no.

Mar­ge­ri­ne rzu­ci­ła się na naj­bliż­szą roz­dziel­nię. Wy­ry­wa­ła kable, wy­krę­ca­ła przy­ci­ski, ude­rza­ła w skrzyn­kę, że aż roz­cię­ła dłoń, a krew spły­nę­ła na po­kry­te tkan­ką ścia­ny, gdzie po chwi­li zo­sta­ła po­żar­ta. Trev prze­ma­wiał dalej, wy­mie­nia­jąc ro­dzin­ne tra­ge­die, zu­peł­nie jakby czer­pał z tego sa­dy­stycz­ną ra­dość.

– Je­stem Trev, jed­nost­ka ob­ser­wa­cyj­no-in­for­ma­cyj­na, stróż Ter­mi­nu­sa.

 

*

 

– Na­po­tkasz na swej dro­dze stró­ża – rze­kła Bel­lo­na, gdy Mar­ge­ri­ne wra­ca­ła z po­grze­bu Khana.

Ko­bie­ta, owi­nię­ta pur­pu­ro­wym płasz­czem, z chu­s­tą w kwia­ty na gło­wie i toną ko­ra­li na szyi, stała w bra­mie wjaz­do­wej. Bel­lo­nę znał każdy, choć nikt nie wie­dział, skąd po­cho­dzi­ła. Po­ja­wi­ła się w Alkaz, ro­dzin­nej mie­ści­nie Mar­ge­ri­ne, prze­szło dwa­dzie­ścia lat przed roz­po­czę­ciem bu­do­wy Ter­mi­nu­sa. Przy­nio­sła ze sobą prze­są­dy, prze­po­wied­nie i opo­wie­ści, o któ­rych nikt nie sły­szał. Skar­by za­ko­pa­ne w od­le­głych kra­inach peł­nych po­two­rów, wy­mar­łe ludy pa­ra­ją­ce się magią, cy­wi­li­za­cje po­tra­fią­ce wzbi­jać się w prze­stwo­rza i do­ty­kać gwiazd. Opo­wia­da­ła o tym, jakby sama wszyst­kie­go do­świad­czy­ła. Grup­ki dzie­ci zbie­ra­ły się wokół jej domu, sta­rej przy­cze­py ob­wie­szo­nej mi­ga­ją­cy­mi lamp­ka­mi, wy­słu­chi­wa­ły dłu­gich hi­sto­ry­jek i cze­ka­ły na ta­jem­ne wróż­by. Z cza­sem dzie­ci do­ra­sta­ły, a ona po­zo­sta­wa­ła nie­zmien­na, jakby za­klę­ta w cza­sie.

– Długa droga przed tobą, droga Mar­ge­ri­ne – mó­wi­ła, głasz­cząc bez­dom­ne­go kota, który przy­lgnął do jej nogi. – Przed każ­dym z nas. Nie widzę wiele do­bre­go.

– Pro­szę, zo­staw mnie samą.

– Po­wia­da­ją, że cier­pie­nie uszla­chet­nia. – Ujęła dłoń Mar­ge­ri­ne z mat­czy­ną czu­ło­ścią. – Ale nie ma w nim nic pięk­ne­go. Jest czę­ścią czło­wie­czeń­stwa, a je­dy­nym po­cie­sze­niem jest to, że nie po­dą­żasz tą ścież­ką sama.

– Je­że­li już mu­sisz, wy­wróż mi coś do­bre­go! Niech cho­ciaż jedna rzecz wnie­sie do mo­je­go życia ra­dość.

Bel­lo­na spu­ści­ła wzrok. Ko­ra­le za­gra­ły przy­gnę­bia­ją­cą me­lo­dię.

– Na­de­szły czasy końca. Ludz­kość odej­dzie w ciszy, tuląc się do pier­si po­nu­rej ko­stu­chy. – Spoj­rza­ła na Ter­mi­nu­sa wzro­kiem peł­nym roz­pa­czy. – Naj­więk­sza kre­acja czło­wie­ka. Mo­nu­ment trwal­szy niż ze spiżu. Prze­trwa wszyst­ko, nawet każ­de­go z nas. Od­naj­dziesz w nim uko­je­nie duszy, droga Mar­ge­ri­ne, ale nic wię­cej.

– Je­że­li to naj­więk­szy ludz­ki cud, dla­cze­go nie zdoła zba­wić ludz­ko­ści? Na dia­bła go bu­do­wa­no?

– Od­po­wiedź na te py­ta­nia nie ist­nie­je. Ter­mi­nus nie jest czło­wie­kiem, nie ma mocy spraw­czej, je­dy­nie pod­da­je się na­szej woli i przy­bie­ra wobec niej swój kształt. Je­że­li tak się sta­nie, a stać tak się musi, na szczy­cie od­naj­dziesz to, czego bę­dziesz pra­gnę­ła.

Bel­lo­na przy­tu­li­ła Mar­ge­ri­ne, któ­rej oczy za­la­ły się łzami.

– Po­mo­dlę się za Khana, by od­na­lazł w za­świa­tach wła­ści­wą drogę. Ale cie­bie nie będę mogła ochro­nić. Już się wię­cej nie spo­tka­my.

Mar­ge­ri­ne nie uwie­rzy­ła w jej słowa. Bel­lo­na ist­nia­ła wiecz­nie, za­pew­ne od cza­sów, gdy świat po­wstał w Wiel­kim Wy­bu­chu. Nie mogła od tak odejść.

Świat wy­mie­rał. Nie­zna­na ludz­ko­ści cho­ro­ba zbie­ra­ła żniwo. Zu­peł­nie jakby ko­stu­cha przy­cho­dzi­ła po każdą duszę z osob­na i pro­wa­dzi­ła w ostat­nią drogę. Nie oszczę­dza­ła ni­ko­go, czy to sta­rych, czy też mło­dych, scho­ro­wa­nych, w pełni sił, wła­da­ją­cych pań­stwa­mi i tych, któ­rzy nic nie mieli. Nie było żad­nych symp­to­mów ani le­kar­stwa. Czło­wiek padał w jed­nej chwi­li na zie­mię, jakby wy­rwa­no z niego duszę. Nie jęk­nął przy tym, nie wył z bólu, nie ronił łzy, od­cho­dził w spo­ko­ju. Kres ludz­ko­ści nad­szedł, tak jak mó­wi­ła Bel­lo­na, w ciszy.

Ona rów­nież ode­szła. Nie spo­tka­ły się już wię­cej z Mar­ge­ri­ne, cho­ciaż dziew­czy­na doj­rza­ła przez uchy­lo­ne okno, jak ciało wróż­bit­ki uno­si­ło się do nie­bios na aniel­skich skrzy­dłach.

 

*

 

Mar­ge­ri­ne le­ża­ła przy ka­dziach wy­peł­nio­nych po­ma­rań­czo­wym pły­nem, w któ­rych pły­wa­ły zde­for­mo­wa­ne ludz­kie ciała. Nie miała sił, by się pod­nieść. Po po­licz­kach spły­wa­ły jej łzy, a ścia­ny Ter­mi­nu­sa po­ły­ka­ły je ni­czym naj­smacz­niej­szą po­tra­wę. Za po­pę­ka­ną szyb­ką do­strze­gła twarz przy­po­mi­na­ją­cą ob­li­cze Khana, uwiecz­nio­ną w gry­ma­sie, jakby ktoś na­dep­nął mu przed chwi­lą na stopę. Znała ten widok z lat dzie­ciń­stwa, gdy ba­wi­li się, a jemu coś nie wy­cho­dzi­ło. Nie­na­wi­dził prze­gry­wać i za­wsze było to po nim widać. Tym razem prze­grał walkę z ży­ciem.

– Dla­cze­go go tu widzę? Po­wi­nien być w gro­bie. Po­wi­nien od­po­czy­wać snem wiecz­nym.

– Nie wy­kry­wam obec­no­ści ludz­kie­go ciała we­wnątrz kadzi – oznaj­mił wszech­obec­ny Trev. – Co­kol­wiek wi­dzisz, musi być two­rem two­je­go umy­słu, pa­nien­ko Mar­ge­ri­ne.

– Prze­stań się ze mną draż­nić! Za­wsze roz­po­znam twarz brata.

– W przy­pad­ku oma­mów za­le­ca się za­ży­cie…

– Za­mknij się w końcu! Nie, po­cze­kaj, chcę wie­dzieć jedno. – Pod­nio­sła się reszt­ka­mi sił. – Jaki jest cel Ter­mi­nu­sa? Po co zo­stał zbu­do­wa­ny?

– Ter­mi­nus po­wstał z za­my­słem stwo­rze­nia naj­po­tęż­niej­szej ludz­kiej kre­acji, mo­gą­cej zła­mać za­sa­dy pa­nu­ją­ce w ota­cza­ją­cej nas rze­czy­wi­sto­ści.

– Po­wiedz mi, ma­szy­no, czy je­że­li Ter­mi­nus jest tak po­tęż­ny, zdoła przy­wró­cić ludz­kość?

– Nie po­tra­fię od­po­wie­dzieć na to py­ta­nie.

– Okła­mu­jesz mnie, wiem o tym.

Mar­ge­ri­ne zła­ma­ła bez pro­ble­mu rurkę wy­cho­dzą­cą ze ścia­ny.

– Jeśli nie wy­ja­wisz mi wszyst­kich se­kre­tów, roz­bi­ję ten cyrk w drob­ny mak.

– Ter­mi­nus nie ma se­kre­tów. Jest miej­scem…

Ude­rzy­ła w kadź. Ciało we­wnątrz za­trzę­sło się, jakby miało za chwi­lę ożyć.

– Jest miej­scem tor­tur! Przez to prze­klę­te gówno stra­ci­łam ro­dzi­ców i brata. Śmierć mogła we­drzeć się do na­sze­go świa­ta tylko przez obrzy­dli­stwo prze­czą­ce wszel­kim za­sa­dom. Ma­rze­nie ludz­ko­ści o bo­sko­ści. – Splu­nę­ła. – A mo­gli­śmy żyć jak krety, zu­peł­nie ślepi, ale szczę­śli­wi.

Wle­pi­ła wzrok w twarz Khana. Uwie­rzy­ła, że je­dy­nie śpi, ocze­ku­jąc na to, że za chwi­lę zo­sta­nie zbu­dzo­ny przez uko­cha­ną sio­strę. Po­miesz­cze­nie z ka­dzia­mi nie koń­czy­ło się. Gdyby po­świę­ci­ła na to czas, doj­rza­ła­by każdą isto­tę ludz­ką, którą spo­tka­ła kie­dy­kol­wiek za życia.

Wzno­wi­ła wę­drów­kę.

– Ob­wi­niasz sie­bie za śmierć brata – stwier­dził Trev, gdy Mar­ge­ri­ne mi­ja­ła po­ko­je biu­ro­we.

– Skąd mo­żesz to wie­dzieć, ma­szy­no?

Prze­ni­kli­wy umysł Treva prze­stał już ją dzi­wić. Po­tra­fił wy­czy­tać z niej wszyst­ko.

– Wie­rzysz, że ja­kimś cudem mo­głaś go ochro­nić. Byłaś jego stró­żem, obroń­cą wy­cią­ga­ją­cym ze wszyst­kich ta­ra­pa­tów. Je­dy­nie przed śmier­cią nie zdo­ła­łaś go uchro­nić.

– Wszyst­ko na­pro­stu­ję. Takie jest moje prze­zna­cze­nie.

– Prze­zna­cze­nie, w które nawet nie wie­rzysz.

Trev ob­ja­wił się w po­sta­ci stwo­rzo­nej z błę­kit­ne­go, roz­my­wa­ją­ce­go się ho­lo­gra­mu.

– Czym do­kład­nie je­steś, ma­szy­no?

– Już ci o tym mó­wi­łem. Je­stem stró­żem tego miej­sca. Rów­nież i twoim. Za­szłaś da­le­ko, dalej niż mo­gła­byś są­dzić. Spoj­rza­łaś kosz­ma­rom pro­sto w oczy i się nie zlę­kłaś.

– Te­sto­wa­łeś mnie – stwier­dzi­ła. – Je­steś obrzy­dli­wy, tak samo jak cały Ter­mi­nus.

– Ter­mi­nus złą­czył się nie­ro­ze­rwal­nie z ludz­ko­ścią. I nie mówię tutaj o struk­tu­rze, gdzie nabył cie­le­snej formy. Otóż po­łą­czył się z naj­po­tęż­niej­szym ludz­kim do­świad­cze­niem, od­czu­wa­niem śmier­ci.

Trev sta­rał się ująć dłoń Mar­ge­ri­ne, lecz ho­lo­gra­mo­wa po­stać prze­nik­nę­ła ciało.

– Mu­sisz wy­ba­czyć moją po­cząt­ko­wą grę. Nie byłem pe­wien, czy twój umysł na­sta­wi się na dal­szą wę­drów­kę w od­mę­ty Ter­mi­nu­sa.

– Ni­cze­go nie je­stem ci winna. – Od­rzu­ci­ła dłoń Treva. – Ze wszyst­kim mu­sia­łam się zmie­rzyć sama.

– Do­świad­cze­nie to jest do­świad­cze­niem sa­mot­ni­czym, praw­da. Ale jako stróż Ter­mi­nu­sa mogę cię wspo­móc.

– Mie­sza­jąc mi w gło­wie.

Ro­ze­śmia­ła się. Miała już tego dosyć. Ileż czasu zmar­no­wa­ła błą­dząc we wspo­mnie­niach? Wszyst­ko zda­wa­ło się tak nie­re­al­ne, jakby ciało zo­sta­wi­ła pod no­ga­mi Ter­mi­nu­sa i po­zo­sta­ła wę­dru­ją­cym po pust­ko­wiach du­chem.

– Za­pro­wadź mnie na szczyt. Pora to za­koń­czyć – roz­ka­za­ła.

Trev zmie­rzył ją wzro­kiem po­zba­wio­nym oczu. Po chwi­li pstryk­nął w palce.

Ścia­ny Ter­mi­nu­sa roz­stą­pi­ły się, uka­zu­jąc windę.

– Tym do­trze­my na sam szczyt.

– Dotrę tam sama. Ni­g­dzie się stąd nie ru­szasz.

– Nie­waż­ne, gdzie się udasz, za­wsze będę obok.

– W takim wy­pad­ku za­milcz i znik­nij mi z oczu.

Trev speł­nił jej ży­cze­nie, roz­mył ho­lo­gra­mo­wą po­stać, gło­śni­ki wsu­nął w ścia­ny i po­że­gnał się z Mar­ge­ri­ne, zo­sta­wia­jąc na pod­ło­dze wi­sio­rek z ko­ra­la­mi.

 

*

 

Zda­wa­ło się, że droga na szczyt za­ję­ła całą wiecz­ność.

Gdy do­sta­ła się do sali tro­no­wej, całej ską­pa­nej w bieli, stra­ci­ła ludz­ką po­stać. Przy­po­mi­na­ła teraz Treva – nie­biań­skie­go ducha.

Roz­sia­dła się wy­god­nie na tro­nie. Nie cze­ka­ła na nic in­ne­go. Nie roz­my­śla­ła nad ko­lej­no­ścią dzia­łań. Wie­dzia­ła, czego pra­gnie.

– Niech ludz­kość ożyje i wej­dzie pod moje pa­no­wa­nie – roz­ka­za­ła Ter­mi­nu­so­wi.

Świa­tłość po­chło­nę­ła mo­lo­cha po­kry­te­go ludz­ką tkan­ką.

Mar­ge­ri­ne zna­la­zła się na raj­skiej łące, po­ro­śnię­tej ską­pa­ny­mi w po­ran­nej rosie kwia­ta­mi, z mar­mu­ro­wą świą­ty­nią w samym cen­trum. Uj­rza­ła tam Khana, ca­łe­go w bieli, wi­ta­ją­ce­go sio­strę uśmie­chem na twa­rzy.

Czym prę­dzej po­bie­gła w jego stro­nę.

Prze­wró­ci­ła się na stop­niach świą­ty­ni i na ko­la­nach po­dą­ży­ła przed ob­li­cze brata.

– Wie­dzia­łam, że znów cię ujrzę.

Khan zbli­żył dłoń do jej po­licz­ka.

– Ni­cze­go in­ne­go nie pra­gnę­łam. Po­ko­na­łam śmierć, byle tylko jesz­cze raz cie­bie uj­rzeć.

Pod­ło­ga świą­ty­ni za­ła­ma­ła się. Ru­nę­li oboje w głąb cze­lu­ści, trzy­ma­jąc się za dło­nie.

Mar­ge­ri­ne ock­nę­ła się w sali tro­no­wej. Usta­wio­ne w sze­re­gu nagie ciała wpa­try­wa­ły się we wład­czy­nię Ter­mi­nu­sa twa­rza­mi po­zba­wio­ny­mi oczu. Roz­po­zna­ła wśród nich ro­dzi­ców, Khana, są­sia­dów, dal­szych bli­skich, bra­ko­wa­ło tam je­dy­nie Bel­lo­ny.

 Pra­gnę­ła do nich pod­biec, uści­skać, opo­wie­dzieć, jak bar­dzo się za nimi stę­sk­ni­ła, lecz nie mogła tego uczy­nić. Przy­twier­dzo­na do tronu przez moc Ter­mi­nu­sa po­tra­fi­ła je­dy­nie wy­da­wać roz­ka­zy pod­wład­nym.

– Ra­duj­my się! Oto tra­fi­li­śmy do świa­ta, gdzie po­nu­ra ko­stu­cha nie może się do­stać.

Ter­mi­nus za­wrzał. Pię­tra za­trzę­sły się, pło­mie­nie buch­nę­ły z dysz, oży­wio­ne ciała schro­ni­ły się w ką­tach nie ro­zu­mie­jąc, z czym mają do czy­nie­nia.

Je­dy­nie Mar­ge­ri­ne po­zo­sta­ła spo­koj­na. Od­na­la­zła miej­sce pełne har­mo­nii. Zdo­ła­ła prze­kształ­cić po­twor­ność Ter­mi­nu­sa w coś pięk­ne­go – ostat­ni ba­stion ludz­ko­ści.

 

*

 

Ludz­kość od wie­ków pra­gnę­ła jed­ne­go – wy­grać nie­rów­ną walkę ze śmier­cią. Ter­mi­nus im to umoż­li­wił. Naj­więk­szy twór ludz­kich rąk, ol­brzym, któ­re­go szczyt mie­ścił się głę­bo­ko w chmu­rach tam, gdzie bo­skie isto­ty wła­da­ły nie­po­ję­ty­mi si­ła­mi. Dla jed­nych niebo, dla in­nych pie­kło, Ter­mi­nus po­chła­niał dusze zmar­łych, po­zwa­la­jąc prze­żyć poza nisz­czą­cą świa­do­mość pust­ką.

Mar­ge­ri­ne nigdy nie prze­ży­ła epi­de­mii ci­chej śmier­ci. Zmar­ła tak jak Khan, są­sie­dzi i resz­ta świa­ta. Jej ciało spo­czę­ło przed wej­ściem do Ter­mi­nu­sa. Ale na swój spo­sób prze­ży­ła, mo­du­lu­jąc po­śmiert­nie be­stię we­dług wła­snych upodo­bań.

Wie­rzy­ła, że pro­wa­dzi od­ro­dzo­ną ludz­kość ku świa­tłu. Pra­gnę­ła, by jej los w końcu miał zna­cze­nie. I cho­ciaż za życia nie po­tra­fi­ła tego uczy­nić, po śmier­ci od­na­la­zła złud­ne uko­je­nie.

Ludz­kość prze­trwa­ła, po­ko­nu­jąc śmierć i za­wie­rza­jąc całe nie­ist­nie­nie po­zba­wio­nej duszy isto­cie. Wy­gra­na, któ­rej nikt nie mógł sobie wy­obra­zić. Złą­czo­na w jed­ność z Ter­mi­nu­sem, za­sta­na­wia­ła się mo­men­ta­mi, czy też wszyst­ko nie jest ilu­zją. Czy bli­scy, któ­rzych od­zy­ska­ła nie byli je­dy­nie two­rem jej umy­słu. Nie za­sta­na­wia­ła się nad tym długo. Praw­da nie była tym, czego pra­gnę­ła. Stała się boską isto­tą, koń­cem i nowym po­cząt­kiem.

Nawet za ty­siąc lat, gdy ścia­ny Ter­mi­nu­sa ru­nę­ły na pust­ko­wia, dusze ludz­kie prze­trwa­ły, tań­cząc i ra­du­jąc się w kró­lew­skich sa­lach Mar­ge­ri­ne.

 

Koniec

Komentarze

Lek­tu­ra wpro­wa­dzi­ła mnie w stan po­mie­sza­nia z po­plą­ta­niem. Mo­nu­men­tal­ny Ter­mi­nus jako co? Zbio­ro­wy gro­bo­wiec, prze­cho­wal­nia dusz, czy rów­nież nie­roz­po­zna­ny za­bój­ca ludz­ko­ści? Mar­ge­ri­ne jako kto? Ostat­nia ży­ją­ca? Je­dy­na wy­bra­na do roli pseu­do­bo­gi­ni?

Po­mi­mo tych pytań czy­ta­ło się cał­kiem nie­źle. Tekst może spra­wić wra­że­nie ta­kie­go lekko nie­zde­cy­do­wa­ne­go w aurze, lekko za­ba­ła­ga­nio­ne­go w fa­bu­le, ale pod ko­niec te wra­że­nia słab­ną i za­ni­ka­ją. Więc nie jest źle…

Hej, AdamKB!

Dzię­ku­ję za ko­men­tarz. Cie­szę się, że osta­tecz­nie przy­naj­mniej część się roz­ja­śni­ła. Moim za­my­słem było stwo­rze­nie hi­sto­rii nie­oczy­wi­stej, zwłasz­cza, że lubię takie hi­sto­rie, w któ­rej dzie­je się wiele rze­czy, czę­sto rze­czy nie­do­po­wie­dzia­nych. Każda in­ter­pre­ta­cja tego tek­stu może być wła­ści­wa. Wszyst­ko dzie­je się w aurze do­my­słów i nie­pew­no­ści.

Po­zdra­wiam!

Witaj.

Mnó­stwo wy­mie­sza­nych sko­ja­rzeń, wąt­ków, wy­da­rzeń, scen… Dość cie­ka­wy wynik spa­ce­ru obok prze­ra­ża­ją­ce­go bu­dyn­ku. :) Fajna re­la­cja z bra­tem, taka ser­decz­na, swoj­ska, miło się o niej czy­ta­ło. I cie­ka­we te dy­wa­ga­cje o wy­obra­że­niu sobie roz­mo­wy z bó­stwem. ;) Prze­ra­ża­ją­ca wizja za­gła­dy ludz­ko­ści, wy­pad­ków, cho­rób, epi­de­mii… 

Kwe­stii tech­nicz­nych do­strze­głam nie­du­żo.

Po­zdra­wiam ser­decz­nie. :)

Pe­cu­nia non olet

Cześć, Bruce!

Dzię­ku­ję za przy­by­cie i ko­men­tarz. Do­świad­cze­nie po­śmiert­ne wy­obra­ża­łem sobie jako coś za­wi­łe­go, dla­te­go też jest dużo scen w opo­wia­da­niu (tych, co dzie­ją się w Ter­mi­nu­sie i wspo­mnień). Też cią­gnie mnie do za­wi­ło­ści, dziw­nych wy­da­rzeń i nie­wy­tłu­ma­czal­nych rze­czy. Takie opo­wia­da­nia naj­le­piej mi się pisze. Za­pew­ne muszę się bar­dziej nad nimi sku­pić, by obraz był bar­dziej czy­tel­ny.

I miło, że re­la­cja z bra­tem przy­pa­dła ci do gustu. Sta­ra­łem się, żeby była dosyć na­tu­ral­na i ser­decz­na.

Po­zdra­wiam!

Sta­ra­nia wy­szły cał­kiem nie­źle. :)

Po­zdra­wiam, i ja dzię­ku­ję. :)

Pe­cu­nia non olet

Stwo­rzo­ny z nie­zna­ne­go jej ma­te­ria­łu, przy­po­mi­na­ją­ce­go bladą, ludz­ką skórę, łą­czył się po­przez pio­no­we bal­ko­ny z wyż­szy­mi kon­dy­gna­cja­mi. ← Ter­mi­nus?

Czę­sto wra­ca­ła wspo­mnie­nia­mi do chwil, gdy życie jej uko­cha­nych osób nie zo­sta­ło ode­bra­ne. ← ?

Po­mysł in­te­re­su­ją­cy. Nie­do­po­wie­dze­nie czym wła­ści­wie był Ter­mi­nus, po­zwa­la czy­ta­ją­ce­mu snuć wła­sne przy­pusz­cze­nia.

 

Hej, Koalo!

Dzię­ku­ję za ko­men­tarz i miło mi, że po­mysł wydał się Ci in­te­re­su­ją­cy.

Są tu cie­ka­we po­my­sły, ale wy­szło dość cha­otycz­nie. Ko­niec koń­ców nie wiem, kim są bo­ha­te­ro­wie i jak to się stało, że Mar­ge­ri­ne prze­ję­ła wła­dzę nad pro­jek­tem. Dla­cze­go aku­rat ona, na czym ta wła­dza po­le­ga­ła – omany, an­dro­idy, ho­lo­gra­my, klony?

Praw­do­po­dob­nie zbyt wiele po­zo­sta­ło w Two­jej gło­wie.

Ale nie czy­ta­ło się źle.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Po­czą­tek za­in­try­go­wał, więc sta­ra­łam się do­ciec, czym był Ter­mi­nus i czemu bo­ha­ter­ce tak za­le­ża­ło, aby do­stać się na jego szczyt. Nie­ste­ty, do­czy­ta­łam do końca i nie wiem, co mia­łeś na­dzie­ję opo­wie­dzieć.

Ow­szem, w ko­men­ta­rzu wy­zna­łeś, że chcia­łeś na­pi­sać hi­sto­rię nie­oczy­wi­stą, ale mam wra­że­nie, że prócz nie­oczy­wi­sto­ści wkra­dło się tu także sporo za­mę­tu.

Gdyby ci, któ­rzy źle o mnie myślą, wie­dzie­li co ja o nich myślę, my­śle­li­by o mnie jesz­cze go­rzej.

Aha, za­po­mnia­łam wspo­mnieć, że Ter­mi­nus ko­ja­rzył mi się z Lemem i to tro­chę de­kon­cen­tro­wa­ło.

Bab­ska lo­gi­ka rzą­dzi!

Hej, Fin­klo! Hej, re­gu­la­to­rzy!

Dzię­ku­ję za przy­by­cie i ko­men­ta­rze. Szko­da, że nie przy­pa­dło do gustu, ale miło, że nie czy­ta­ło się źle. Chcia­łem, żeby każdy mógł sam zin­ter­pre­to­wać, czym jest do­kład­nie jest Ter­mi­nus i jaki los spo­tkał Mar­ge­ri­ne. Całe opo­wia­da­nie dzie­je się po śmier­ci, dla­te­go też sta­ra­łem się zbu­do­wać at­mos­fe­rę nie­pew­no­ści i za­gu­bie­nia, zwłasz­cza, gdy w grę wcho­dzi bu­dy­nek ła­mią­cy za­sa­dy pa­nu­ją­ce w rze­czy­wi­sto­ści.

Na przy­szłość po­sta­ram się nieco bar­dziej rzu­cić świa­tło na wy­da­rze­nia w hi­sto­rii, cho­ciaż nie obie­cu­ję ;)

Po­zdra­wiam ser­decz­nie!

Tro­chę się po­gu­bi­łam. Za­po­wia­da się cie­ka­wie, ale im dalej w las, tym wię­cej nie­do­po­wie­dzeń. I osta­tecz­nie nie wiem, po co po­wstał Ter­mi­nus, kim wła­ści­wie była bo­ha­ter­ka i czy w ogóle była żywa. Jest po­mysł, ale przy­da­ło­by się go tro­chę roz­ja­śnić.

Chcia­ła­bym w końcu prze­czy­tać coś opty­mi­stycz­ne­go!

Nowa Fantastyka