- Opowiadanie: maciekzolnowski - Cerber z Kamieńca

Cerber z Kamieńca

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Cerber z Kamieńca

Zimą, w jedną z tych nocy, kiedy śnieg z deszczem siecze twarz jak drobnymi igiełkami, ruszyłem z Dobrzykowic w stronę Kamieńca Wrocławskiego. Tuż za przejazdem kolejowym skręciłem w polną drogę, której nigdy wcześniej nie znałem. Intuicja szeptała, że za kwadrans będę na jej końcu – nowa kreska na mapie, nowe „byłem tu”.

Późna godzina, zero świateł, wiatr wciska lodowate krople za kołnierz. Mimo to szedłem. Ciekawość zawsze była silniejsza niż rozsądek.

Po jakichś dziesięciu minutach droga urwała się ślepo. Przed sobą miałem wysoką, czarną siatkę i za nią – samotny, masywny budynek. Nie willa, nie rezydencja – pałac na uboczu, jakby ktoś zapomniał go postawić w odpowiednim miejscu. Ciemne okna, brak świateł, tylko kontur dachu rysujący się na tle granatowego nieba.

Zamarłem. Kto buduje coś takiego w środku pól? Kolejny informatyk z kompleksem Boga? Kolekcjoner, który chowa w garażu coś, czego nie powinien?

Wyobraźnia już puszczała wodze: podziemne tunele, lasery przecinające korytarze, ciche buczenie serwerowni wielkości boiska. Stałem tak może pół minuty, kiedy usłyszałem głosy. Niskie, urywane komendy, jakby ktoś wydawał rozkazy przez radiotelefon – ale bardzo daleko.

A potem zobaczyłem to.

Z mgły i mroku wyłonił się kształt. Wysoki, geometryczny, pulsujący zimnym, niebieskawym światłem. Kanciasty tułów, długie kończyny, głowa bez twarzy – tylko jasne, rytmiczne źródło światła zamiast oczu. Ruszył w moją stronę. Powoli. Celowo.

Serce uderzyło tak mocno, że poczułem je w gardle. Nie myślałem – odwróciłem się i rzuciłem do ucieczki. Biegłem po śliskim błocie, potykałem się, charcząc z wysiłku. Głosy narastały, jakby ktoś sterował tą maszyną zza oceanu, przez gogle i satelitę.

Wtem – latarnia. Jedyna w promieniu kilometra. Po chwili w jej żółtym kręgu stanął mężczyzna w kurtce i pies. Duży, kudłaty kundel w jaskrawozielonej, świecącej obroży LED. Właściciel mówił do niego spokojnie, rytmicznie, jak ludzie uspokajają psy.

Zatrzymałem się. Dyszałem. Spojrzałem za siebie.

Nie było hologramu. Nie było robota. Był tylko ten pies – biegnący w moją stronę, merdający ogonem, z obrożą migającą w rytm kroków. Zielone światło odbijało się od mokrego asfaltu i mgły, tworząc aureolę, która z dwudziestu metrów wyglądała dokładnie tak.

Parsknąłem krótkim, nerwowym śmiechem – takim, który sam siebie zaskakuje. Potem zapadła cisza. Tylko oddech i odległe szczekanie psa, które już nie brzmiało groźnie.

Kilka dni później wróciłem tam za dnia. Słońce stało nisko, szare, zimowe. „Pałac na uboczu” okazał się kaplicą cmentarną – małą, ceglana, z blaszanym daszkiem. Za siatką ciągnęły się rzędy nagrobków, większość pochylona, porośnięta mchem, z zeszłorocznymi liśćmi zalegającymi w literach imion i dat. Na jednym z nich ktoś niedawno postawił mały, plastikowy wazonik z sztucznymi chryzantemami – jaskrawożółtymi, absurdalnie kolorowymi na tle szarości.

Stałem tam chwilę, patrząc na tabliczkę z godzinami mszy. Potem spojrzałem na drogę, którą uciekałem tamtej nocy.

W głowie wciąż miałem obraz pulsującego cerbera.

A jednak najstraszniejsze w całej historii było co innego: jak łatwo moja własna głowa zamieniła zwykłego psa w potwora, a cmentarz w tajną bazę szalonego geniusza.

Czasem najgroźniejszy cerber nie czai się za siatką. Czasem siedzi w nas i czeka na odpowiednią pogodę, żeby wyjść na spacer.

Koniec

Komentarze

Trochę dziwna konstrukcja niektórych słów, np. “w mą”, nie lepiej tutaj użyć w “w moją”? Ciekawa koncepcja, ale mam poczucie braku dopełnienia, jakiegoś sensu stojącego za tym shortem. Oczywiście to tylko moje osobiste odczucie po przeczytaniu całości.

Dzięki, Gn00me. To tylko szort (short, jak kto woli), zwykła anegdota bez pointy i wyraźnego zakończenia. 

Masz w tych swoich tekstach ciągle wyczuwalnego ducha Grabowskiego, co pisałem Ci już niejednokrotnie, Maćku. Bywa, że Twoje teksty ujmują, bywa, że ciekawią, zdarza się, że zaskakują, jednak tym razem niestety jakoś nie siadło, nie wiem czy to z powodu braku fantastyki, czy z powodu prostoty scenki ¯\_(ツ)_/¯

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Myślę, że z powodu prostoty scenki. Ot, z życia wzięty szort, ale dziękuję za wizytę i pozostawienie komentarza. Pozdrawiam ciepło! :) 

Hmmm. Pod koniec zaczęłam się zastanawiać, czy bohater nie ma jakichś kłopotów ze wzrokiem. OK, był zmierzch i padał śnieg, ale facet żadnej z nowych rzeczy, które zobaczył, nie zinterpretował zgodnie z prawdą. To po co łazi i patrzy, skoro nic z tego nie ma?

Babska logika rządzi!

Ot, taki z niego łazik, powsinoga. Ja go akurat rozumiem. Dzięki za wizytę i pozostawienie komentarza.

Bohater wydaje się panikarzem :) Na przyszłość warto zapamiętać, że kursowanie pomiędzy Dobrzykowicami a Kamieńcem Wrocławskim nie jest bezpieczne.

Rzuciło mi się kilka niewielkich błędów stylistycznych, ale czytało się spoko.

 

Pozdrawiam!! laugh

„Temu, kto nie wie, do jakiego portu zmierza, nie sprzyja żaden wiatr.“ - Seneka Starszy

Witaj.

Nowa odsłona opowieści o spacerach i poznawaniu opisywanych okolic. :) Nieliczne potknięcia językowe traktuję jako naturalne przy przekazywaniu tak dramatycznych przeżyć Twojego bohatera. :) 

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Dzięki Wam, Drodzy Moi, ale będę wdzięczny za ich wskazanie.

Rzuciło mi się kilka niewielkich błędów stylistycznych…

Dzięki Wam, Drodzy Moi, ale będę wdzięczny za ich wskazanie.

Rzuciło mi się kilka niewielkich błędów stylistycznych…

 

Maćku, mnie zatrzymały nieco te zdania:

“Oczami wyobraźni widziałem automatyka albo ekscentrycznego robotyka, który ma nie do końca jasne sprawy w tych swoich czterech ścianach i nie potrzebuje świadków ani intruzów”.

“Pragnąłem jak najszybciej wrócić do głównej i Dobrzykowic”.

Pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Wszystko jasne, Bruce. Dzięki, zobaczę, co można z tym zrobić. :)

Początek odrobinę przekombinowany. W tak krótkim tekście mamy bardzo dokładnie opisane myśli i plan wycieczki bohatera, które ostatecznie nie dają nam za wiele. Ale patrząc na zdolność protagonisty do bujania w obłokach nic dziwnego, że miał aż takie urojenia. Patrząc na niego chciałoby się zapytać: “Brałeś dzisiaj leki?”.

Można się czepiać, że nie ma tu fantastyki, ale myślę, że większy problem stanowi po prostu lekka bezbarwność tekstu. W moim odczuciu brak tutaj emocji. Wycieczka w nieznane nie napawała niepokojem, urojony dom szalonych naukowców nie przerażał, a punkt kulminacyjny mnie nie rozbawił, wybacz. 

Ostatecznie jest to stosunkowo realistyczna historyjka z rodzaju tych, które opowiada się komuś, by pośmiać się z naszej głupoty, choć w tym konkretnym przypadku uważałbym, żeby rozmówca nie stwierdził, że obcuje z wariatem. 

Pozdrawiam 

NP

Zapraszam na mój kanał YouTube

Dziękuję Nikodemie. Również pozdrawiam! :-) 

Jest to stosunkowo realistyczna historyjka z rodzaju tych, które opowiada się komuś, by pośmiać się z naszej głupoty.

I ja tak ją odbieram. A że narrator jest fantastą, a nawet wariatem, to już inna sprawa. Ale chyba zdarzyło się Wam, ludziska, dopisywać w głowie biografię przypadkowo napotkanych osób? Nie mówcie, że nie. Widzimy dziewczynę albo starowinkę jadącą tramwajem i na podstawie wyglądu rzeczonej osoby oraz jej zachowania wymyślamy historyjkę do niej pasującą. Ot, taka dziwna trochę zabawa. Nie wierzę, że nie zdarzyło Wam się to.

 

Maćku, osobliwe przygody spotykają Twoich bohaterów, wędrujących po okolicznych drogach i bezdrożach. Tym razem wyobraźnia przerosła rzeczywistość, ale i tak nieźle się czytało. ;)

 

dróż­kę, która wie­dzie nie wia­do­mo gdzie. → …dróż­kę, która wie­dzie nie wia­do­mo dokąd.

 

kto bu­du­je takie oka­za­łe bu­dow­le z dala od cy­wi­li­za­cji… → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …kto wznosi takie oka­za­łe bu­dow­le z dala od cy­wi­li­za­cji…

 

Ogro­dze­nie wokół ogro­du skła­da­ło się z siat­ki… → Nie brzmi to najlepiej. A poza tym, skoro było ciemno i ledwo widział budynek, to nie wydaje mi się, aby w mroku dostrzegł ogród.

Proponuję: Posiadłość ogrodzona była siatką

 

jak i te wła­śnie au­dio-kon­fe­ren­cje, za po­mo­cą któ­rych prze­sy­ła­li oni dźwięk… → …jak i te wła­śnie au­diokon­fe­ren­cje, za po­mo­cą któ­rych prze­sy­ła­li dźwięk

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Bardzo się cieszę, Reg, nie ma to, jak stanąć oko w oko z Tobą i Twoją łapanką, poprawki zostały naniesione i opowiadaniu wyszło to na dobre, raz jeszcze dziękuję. :-)

Bardzo proszę, Maćku. Cieszę się, że uważasz poprawki za korzystne dla opowiadania. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

O, mój ulubiony cykl podróżniczy :) Die-journey tutaj.

Zimą tego roku wybrałem się na niedługi spacer z Dobrzykowic do Kamieńca Wrocławskiego. Tuż przed Kamieńcem skręca się w polną dróżkę, która wiedzie nie wiadomo dokąd. Intuicja podpowiadała mi, że jeśli będę nią szedł przez dziesięć, piętnaście minut, to dojdę do końca i w ten sposób zaliczę nową, nieznaną mi trasę.

Nie wiem, czy to błąd, ale lekkie zamieszanie czasowe.

Zastanawiałem się, kto wznosi takie okazałe budowle z dala od cywilizacji i czy ma coś może do ukrycia.

Niefortunny szyk.

Oczami wyobraźni widziałem automatyka albo ekscentrycznego robotyka, który ma niejasne sprawy w swoich czterech ścianach i nie potrzebuje świadków ani intruzów.

Hmm, nie lepiej “podejrzane”? “Niejasne” brzmi, jakby się w nich gubił.

Muszę wyznać, że budynku wyraźnie nie widziałem

2 x w, dość specyficznie się czyta, to zamierzone?

gdyż było już ciemno.

Lekki zgrzyt.

Posiadłość ogrodzona była siatką, zza której w pewnej chwili usłyszałem dziwne głosy.

Sugeruję to “pewnej” zamienić.

Ujrzałem też ledwie dostrzegalne kontury czegoś, co wyglądało na roboto-strażnika.

Hmm, mi ta zbitka nieco zgrzyta, może “rozmazane”?

To coś zdawało się składać z samego tylko, lekko pulsującego światła i przywodziło na myśl laser albo hologram.

Znowu, minimalny zgrzyt, może “wyłącznie” albo “w całości”?

I właśnie musiało mnie zwęszyć, bo zaczęło kierować się w mą stronę.

Gubię się i może czegoś nie rozumiem, ale co i rusz trafiam na zbitki, które z jednej strony brzmią bardzo wiarygodnie jako spontaniczna gawęda, ale mają układy dźwięków i sylab, które tak jakoś mi zgrzytają…

 

“Interpretacja” – lekki zgrzyt, zbyt formalnie brzmi jak na taką sytuację, ale być może patrz poniżej.

Ich sposobem na strzeżenie domostwa – zakładałem – stały się więc wirtualne wizyty za pomocą specjalnego hełmu, który odpowiadał zarysowi głowy zautomatyzowanego strażnika, jak i te właśnie audiokonferencje, za pomocą których przesyłali dźwięk, strasząc tym samym złodziei albo zwykłych ciekawskich.

To zdanie nieco się rozchodzi przez wtręty i złożoną konstrukcję. 2 x wi

Wiedziałem, że jest źle, bardzo źle. Nikomu nie życzę znalezienia się w podobnej sytuacji. I gdy tak biegłem, spanikowany i blady, w pewnej chwili zauważyłem kątem oka, jak pies ze swoim właścicielem wchodzą w strefę światła bijącego z pobliskiej latarni. Pies ma na sobie świecącą obróżkę, a pan nieprzerwanie do niego gada. A więc to, co brałem pierwotnie za ultranowoczesny dziwotwór było tak naprawdę małym pieskiem? Parsknąłem śmiechem i zwolniłem kroku, bo i tak wszystkie drogi prędzej czy później doprowadzą mnie do Dobrzykowic.

Znowu wtręt w innym czasie, co jest dla mnie lekkim zgrzytem.

Dopiero po jakimś czasie dowiedziałem się, że to, co błędnie brałem za dom na uboczu [chyba przecinek] to była tak naprawdę kaplica, zaś obejście znajdujące się za potężnym ogrodzeniem to nic innego [chyba przecinek] jak cmentarz.

Gawędziarska swada i nietypowa przygoda w swojskim klimacie, czyli dokładnie to, czego się spodziewałem, wypada mi powiedzieć nie bez zadowolenia.

 

Mam wrażenie, że mogę nie łapać jakieś wyrafinowanej zawiłości językowej.

facebook.com/tadzisiejszamlodziez

Dzięki Ci GreasySmooth za drobiazgową łapankę, co umiałem poprawić, poprawiłem, najgorsze są te zamieszania czasowe, na które obecnie pomysłu nie mam, to znaczy nie wiem, czym je zastąpić, raz jeszcze: wielkie, wielkie dzięki! :-)

Przeczytane! Przykładasz się do obrazowania i idzie ci to dobrze, ponieważ widziałem to co próbujesz opisać. Czytając inne komentarze widzę, że nie jest to jedyna historia spacerkowa. Zawitam do nich, jeśli los pozwoli, a moje ścieżki poprowadzą do twoich opowiadań. Pozdrawiam

Kto wie? >;

nie jest to jedyna historia spacerkowa. Zawitam do nich, jeśli los pozwoli…

Nie, nie jest jedyna, sporo mam na swym koncie górskiego wędrowania, tak więc zapraszam serdecznie. :-) 

Typowy tekst dla Ciebie, Autorze :) Krótki, mocno opisowy, gdzie widzenie narratora to raczej pretekst. Całość wyszła w porządku, ale bez wielkich fajerwerków, bo na końcu miałem jak Finkla – co facet właściwie widział? Ale jak pisałem, to raczej pretekstowy motyw do opisu przyrody :)

Won't somebody tell me, answer if you can; I want someone to tell me, what is the soul of a man?

Dzięki, NoWhere, masz rację, co do pretekstowości motywu, z drugiej strony nie byłbym sobą, gdybym tego… “spotkania” z nieznanym nie opisał.

Nowa Fantastyka