
Opowiadanie na konkurs: Kolej (na) Grabińskiego
Wylosowane hasło to: powiernik tej i tamtej strony grobu
Opowiadanie na konkurs: Kolej (na) Grabińskiego
Wylosowane hasło to: powiernik tej i tamtej strony grobu
Ostatni pociąg
Droga ciągnęła się bez końca z północy na południe. Przypominała długie, czarne pociągnięcie pióra opowiadające swoją historię każdemu, kto musiał nią wędrować.
Szczątki samochodów zamieszkiwały szkielety, których czarne kości wyglądały jak pomalowane farbą. Oczodoły utkwione w szarym, ambiwalentnym horyzoncie. Upiorni kierowcy gotowi wyruszyć w przerażające, nieznane trasy. Leje po bombach i pociskach artyleryjskich przywodzące na myśl kropki i przecinki wycięte w toksycznej ziemi, na równie toksyczną wodę.
Resztki ognisk i niejadalne fragmenty wyschniętych, ptasich skrzydeł. Malutkie czaszki zakopane w popiele, szczątki kolorowych ubranek.
Wozy pancerne i czołgi pędzące na południe, na front. Kiedyś tą drogą wędrowały prawdziwe legiony, dumni chłopcy, odważne dziewczęta. Czyści, silni, pewni swego wojownicy. Dzisiaj jedynie cień dawnej świetności.
Mikołaj szybko nauczył się, że nie należy rozgrzebywać popiołów dogasłych ognisk, ani patrzeć w twarz żołnierza, który walczył na froncie. Lepiej było patrzeć pod nogi i iść, iść, iść bez końca. Być tym chodzeniem. Unikać grozy, którą ludzie i Bóg odcisnęli na twarzach młodych ludzi. Nie patrzeć w zacięte, zimne oczy, nie przyglądać stopionym twarzom, nie szukać blizn ani zimnych, sztucznych kończyn obdarzonych ograniczoną autonomią.
Ludzie, którzy wciąż żyli, wiedzieli, że należy przestrzegać pewnych zasad, kodeksu wojennych praw. Tylko tak było można przetrwać; ocalić to, co zostało; dbać o wątły płomień świecy. Czekać i patrzeć, czy nadejdzie dzień, gdy bezpowrotnie zagaśnie.
Jakie zasady zapytacie?
Nigdy nie rozmawiaj z robotem, są równie pomylone i agresywne, jak cała reszta wojskowej machiny.
Nie idź w kierunku krzyków, nigdy nie idź w kierunku krzyków. To nie upiory ani demony wyją w nocy. To ludzie z krwi i kości albo to, co z nich zostało.
Nie stawiaj oporu.
Nie pytaj.
– Do kogo mówisz? Do kogo on mówi? – zdziwił się żołnierz, który nagle wyrósł na drodze przed samotnym wędrowcem.
Nie było odpowiedzi, jakby wszyscy słuchali wiatru i pomruku odległych bombardowań.
– Mikołaj Wargaszow?
Włóczęga skulił się, jakby właśnie usłyszał wyrok, jakby jakiś bezduszny sędzia skazał go na śmierć.
Nie odpowiada, pomimo że chce. Zbyt długo nie rozmawiał z drugim człowiekiem. Jego zęby są jak zrośnięte razem, usta zaszyte niewidzialnymi nićmi, igłę przeprowadził sam Bóg.
Żołnierze nie denerwują się, nie biją go i nie przeklinają. Bardzo dziwne. Niepokojące.
Jeden podchodzi do czarnego jak noc wozu terenowego i chwilę czegoś szuka wśród szpargałów, granatów i żelastwa. W końcu znajduje i wydobywa urządzenie, celuje nim w Wargaszowa i naciska spust. Elektroniczny przyrząd czyta go jak książkę. Dowiaduje się o nim wszystkiego, każdej rzeczy, która kiedyś była zapisana, podyktowana lub przekazana. Było tam jego imię i nazwisko, warszawski adres, gdy miasto wciąż istniało, imię żony, której twarz zapomniał. Jego zawód.
– Pisarz – zdziwił się żołnierz. – Pewnie bardzo przydatny fach.
Wszyscy tak drwili. I przed wojną i po tym jak wybuchła.
– Do samochodu, Mikołaju Wargaszowiczu – zarządził dowódca oddziału. – Podwieziemy cię na północ. Dasz odpocząć nogom.
Samochód ciął zakurzony asfalt, jak nożyczki stare prześcieradło. Mikołaj przyglądał się swojej eskorcie. Czyste mundury, zadbane karabiny, ludzie niezbyt zdeformowani, czyli jacyś ważni. Tacy co to jedzą i piją.
Jedzą i piją…
Włóczęga oblizał popękane wargi. Nieproszone myśli zaatakowały jak węże. Sery, chleb, woda, piwo, czekolada i herbata. Poruszył się trochę zbyt gwałtownie, czym zaniepokoił żołnierzy. Jeden spojrzał w jego kierunku. Mikołaj dostrzegł, że ma czerwone oczy. Czyli było gorzej, niż dotychczas przypuszczał – zwinęła go jednostka specjalna. Ktoś bardzo lubił tego chłopca, ktoś myślał, że to zuch i patriota, w nagrodę skierowano go do ośrodka genetycznego, gdzie uczone głowy mieszały w nim, bawiły się jego genami, tak jak kot bawi się kłębkiem. Musiał być nieźle poplątany w środku, nie tylko w głowie. Pewnie nie musiał spać ani jeść, ani nie czuł bólu. Jedyną ceną były duże, diabelsko świecące rubiny w czaszce.
– Idziesz z południa, chłopie? – zapytał inny żołnierz, przerywając wydawałoby się wiekuiste milczenie, które zaległo między mężczyznami.
– Tak – odezwał się Mikołaj, zastanawiając się, kiedy ostatnio rozmawiał z człowiekiem. Czy minęły już tygodnie, a może…?
– Widziałeś pustynię? – pytał dalej młody głos skryty za kominiarką, goglami i hełmem.
Tylko ktoś kto nie walczył, kto nie był tam, mógłby się tak interesować. Pustynia Wielkopolski, Warszawa starta na proch, pył bez końca wędrujący na wietrze. Widział to wszystko i o wiele więcej. Miliony zabitych, w tym jego rodzina, jego przyjaciele, jego żona. Zostały mu po tym pamiątki. Wróg nie używał broni atomowej, ale za to sięgnął po nowe, dotychczas nieznane instrumenty zagłady. Wojna i śmierć przeniknęły nie tylko życie, ale i sny. Ataki robiły coś, zmieniały w nas jakieś elementarne cechy, otwierały drzwi, których nawet Morfeusz lękałby się uchylić. Były też bomby prześwietleniowe i wiele innych. Szatański świat wyrzeźbiony dłońmi człowieka.
– Czy widziałeś go? – zapytał spragniony sensacji młodzieniec.
Czerwonooki spojrzał na nich z intensywnością walącego się domu. Cisza powróciła natychmiast. Mikołaj wiedział, o co pytał młody żołnierz. Na południu i na wschodzie nie było już kraju. Ludziom znudził się pokój, przestało ich interesować życie.
Oddaliśmy się śmierci. Na przepastnych polach posialiśmy bomby i pociski, wysłaliśmy młodych, aby upewnili się, że zakwitnie odpowiedni plon. Bóg był dla nas łaskawy, nigdy wcześniej nie widzieliśmy tak obfitych zbiorów. Nurzaliśmy się w ciemnościach, piliśmy zagładę niczym wino z niekończącego się kielicha. Zbrodnia za zbrodnię, cios za cios. Trupy zapełniły nieprzeliczone wagony kolejowe. Jednak nikt nie miał dość. Wszyscy czekali na kolejne koszmary, bitwy i rzezie. Czy zawsze tak było? Nie. Był sprzeciw, nie było zgody, ale w gruncie rzeczy nikt jej nie potrzebował. Decyzja zapadła dawno temu. Bilety zostały skasowane, drzwi zatrzasnęły się. Stacja końcowa była coraz bliżej i bliżej. Nie każdemu się to podobało. Artyści podnieśli sprzeciw. Desperacko opierali się nawałnicy, starali się powstrzymać zaćmienie serc i umysłów. Starali się wskrzesić miłość, stanąć po stronie braterstwa, wspierać nadejście złotego świtu. Odegnać zło czyhające za horyzontem. Teraz już ich nie ma. Odeszli. Okazało się, że dłonie, które mogą trzymać gitarę, równie dobrze nadają się do karabinu. I tak to szło. Sztuka wojny zastąpiła teatry, muzykę i książki, stare marzenia skazano na zapomnienie. Szło nam tak dobrze, że nie tylko zabijaliśmy ludzi, ale i cały świat. I wtedy pojawił się on. Zakopany głęboko. Błąd, niespodziewane zjawisko. Zgrzyt, rysa na perfekcyjnej teksturze otchłani. Mikołaj Wargaszow widział to na własne oczy. Opowiedziałby im wszystko, poznaliby prawdę, ale czerwone oczy krzyczały, wrzeszczały tak, jak zawodzą ludzie na pustkowiach. Te oczy wstrząsnęły Mikołajem. Widział w nich strach. Usłużnie niczego nie powiedział. Opuścił głowę i przymknął oczy, choć nie mogło to powstrzymać światła.
Nie rozmawiali z nim już więcej. Traktowali jak powietrze, towar, który nakazano im przewieźć. Monotonię zwalczali pogawędkami o broni i polityce, o wojnie i jej rychłym zakończeniu. Gadali o tym co wszyscy mężczyźni. W kółko powtarzali głupie, ale mądrze brzmiące banały mające ich wybawić od ciszy i myślenia.
– Jesteśmy – oświadczył przywódca żołnierzy. – Wysiadać.
Dotarli do bazy wojskowej, gdzieś pomiędzy Gdańskiem i pustynią. Wjechali przez bramę z siatki, minęli straże i resztę zabezpieczeń. Mikołaja zdziwił widok ludzi. Czystych, nieuzbrojonych ludzi. Przechadzali się, chodzili bez celu, dla przyjemności, tak jak się to robiło przed wojną. Były tu też kobiety i dzieci, żywe, niewinne dzieci. Odcięte od świata, jak sztuka mięsa od kości. Czy po to go przywieźli? Aby mu pokazać ten piękny raj? Przypomnieć jak było kiedyś? A może sprowadzono go po to, aby ich przerazić? W oczach przebywających tu ludzi widział odbicie tego, kim był. Jego okaleczenie, odzierająca z człowieczeństwa nędza były dla nich nie do zniesienia. Wszyscy myśleli o nim, o tym jaki był niepożądany. Ci gorzej wychowani obgadywali go otwarcie i wytykali palcami. Nikt go tu nie chciał, był czymś niemożliwym do zrozumienia i niepotrzebnym, jak prawda. Mikołaj nie musiał się długo zastanawiać nad uzasadnieniem swojej obecności. Pchnięto go w plecy, co było jasne jak słowa.
Eskorta prowadziła go w głąb kompleksu. Oprowadzali go, jakby był turystą, który dopiero co przybył na luksusowe wakacje. Mijali pełne ludzi baseny, luksusowe kawiarnie, galerie handlowe pełne ekskluzywnych towarów. To miejsce było domem przeszłości, światem, któremu ludzie z takim zapałem zadali śmiertelny cios. Właśnie w tym miejscu trwał duch dobrych czasów. Duch i jego niepodzielny pan i władca.
Szedł w stronę największego budynku. Światło promieniało z półmroku. Dochodziło z miejsc, w których go nie było. Mikołaj był praktycznie ślepy. Blask zaburzał kontury i prawdziwy wygląd świata. Ludzie tracili twarze. Wielu rzeczy musiał się domyślać. Tak jak wyglądu człowieka siedzącego za biurkiem. Kapitana statku zwanego Polska. Jego nienaganna fryzura, wystudiowana, mądra mina, staranna opalenizna. Doskonały starszy dżentelmen w nienagannym, ręcznie szytym garniturze; stylowy krawat, wybrany przez młodą sekretarkę, obsesyjnie dbającą o wygląd – tego oczekiwał szef.
– Mikołaj. Szkoda, że nie święty – zażartował polityk.
Nie odpowiedział mu uprzejmy śmiech. Wargaszow nie śmiał się od chwili, gdy jego żona zamieniła się w pył, rozbita na atomy. Jej atomy, mgła, którą się stała uderzyła w niego. Stopili się na niewidzialnym poziomie. Chociaż w ten sposób zostali na zawsze razem.
– Co się z tobą stało, chłopie? – indagował szef. Niecierpliwość wibrowała w jego głosie niczym poirytowana osa. – Jesteś chory, czy co?
Czar inteligencji i klasy pryskał z każdym wypowiadanym słowem. Lśniący człowiek bez twarzy, ukryty w swoim sanktuarium niczym młody Siddhartha Gautama, nie zdawał sobie sprawy z tego, co się stało ze światem. Nie wiedział, co śpi na pustyni.
– Jestem prześwietlony – odezwał się Mikołaj i aż zadrżał, słysząc dźwięk własnego głosu. – Proszę pana.
W ostatniej chwili przypomniał sobie o uprzejmości. To ona powstrzymała go od wymieniania całej litanii innych chorób, na które cierpiał wraz zresztą świata.
– Przykro mi, ale chciałbym cię zapewnić, że nasi doktorzy pracują niestrudzenie, aby odkryć lekarstwo na tę straszliwą chorobę i wszystkie innego przypadłości, za które odpowiedzialni są Ruscy.
Zapadła długa cisza. Przez ściany biura i pod drzwiami przepełzał odgłos dziecięcego śmiechu i nęcący zapach jedzenia. Zapach świeżo pieczonego chleba. Kiedy Mikołaj zdał sobie z tego sprawę, niemal ugięły się pod nim nogi.
– Mówi się dziękuję – pouczył go polityk.
– Dziękuję – odparł posłusznie Wargaszow, choć nie wiedział za co tak naprawdę dziękował, czy chodziło o to wspomniane, mityczne lekarstwo?
Skarga gospodarza zabrzmiała tak autentycznie, jakby osobiście nad nim pracował albo wręcz sam miał uczynić cud uzdrowienia.
– Dlaczego pan mnie wezwał? – zapytał Mikołaj, nie mogąc już wytrzymać dziwnej sytuacji.
Polityk splótł ręce. Rękawy podjechały mu do góry, odsłaniając złotego Rolexa.
– Konkretny facet, to lubię. Jesteś pisarzem, prawda? Potrzebujemy pisarza, kogoś twojego kalibru, chłopcze.
Ten dzień, facet i wszystko co się tu działo, przywoływało przeszłość. Dawne dni niczym wściekłe upiory galopowały na złamanie karku w jego głowie, musiały go dopaść, musiały o sobie przypomnieć. Kiedyś był pisarzem. To prawda. Przemądrzałym intelektualistą zakochanym w rosyjskiej literaturze, studiującym język polski, arogantem nie mogącym doczekać się sukcesu, ale to było w innym życiu, gdy sztuka kryła się w farbach i słowach, a nie w płonących łunach i tańczącym w świetle zmierzchu piasku.
– Napiszesz coś dla nas. Współczesną historię, opiszesz jak to było, jak uratowaliśmy świat – pan za biurkiem mówił od dłuższego czasu, ale Mikołaj nie słuchał. Wspomnienia szeptały zbyt głośno – twarz tonąca w piasku… otwierała oczy…
– My zapewnimy światu przyszłość, a ty dasz mu odpowiednią przeszłość.
– Świata już nie ma – poinformował dawny pisarz. – Przepadło. Nie powstrzyma pan wojny.
Pan polityk uśmiechnął się i z pewnym trudem podniósł się z krzesła, dźwigając swoją okazałą tuszę.
– My nie chcemy niczego powstrzymywać, chodź, coś ci pokażę.
Nie wrócili do basenów i ogrodów, zapach chleba i śmiech dzieci przepadł za pancernymi drzwiami i betonowymi ścianami. Wędrowali w dół, tam gdzie żyją ciemności, gdzie panują inne dźwięki. Mikołaj nie rozpoznawał zawodzeń radiowej cykady, ani piekielnego wycia przy jednej z wielu prób, natomiast natychmiast rozpoznał maszynę ukrytą w podziemnym hangarze.
Pociąg wyglądał, jakby budował się sam. Metalowe ramiona i pozbawione piór żurawie pracowały bez wytchnienia, aby ziścić sen wyśniony w trzewiach jakiegoś komputera.
– I co myślisz? – zapytał polityk, duma promieniała z jego głosu, olśniewając nawet najczarniejsze zakamarki zwątpienia.
Mikołaj drżał przebiegając wzrokiem po ścianach kolosa. Piętrowe wagony ozdobione płytami z brązu, w których laser wyrył płaskorzeźby godne antycznego świata. Elektryczna lokomotywa zdolna pociągnąć za sobą cały świat zostawiając w tyle wszystkie zmartwienia i koszmary zrodzone w ludzkich umysłach i powołana do życia ich omylnymi rękoma. Mikołaj nie mógł przestać myśleć o katastrofach i nieszczęściach, które pełzały i wiły się wśród przedziałów, przekładni, snuły swoje nikczemne pajęczyny pod pancerzem odlanym z brązu.
– Uciekniemy przed wojną, przed tym wszystkim, co czyha na zewnątrz – szeptał konspiracyjnie polityk. – Zaczniemy od nowa, z dala od zepsucia, nienawiści, nawet tej planety. I obiecuję ci, że ludzkość już nigdy nie popełni tych samych błędów, jeśli zrobisz to, o co prosimy, chłopcze. Obiecuję ci, że ostatni bilet przypadnie tobie.
Wargaszow zgodziłby się to zrobić w zamian za jedzenie, kawałek chleba i butelkę wody. Za jedną noc w cieple z dala od wojny. Ceną za bilet była uczciwość, ludzka godność, ale obie te rzeczy stracił dawno temu.
– Czy mogę najpierw coś zjeść? – zapytał nieśmiało.
***
Przydybały go w drodze na stołówkę. Kobiety w mundurach. Twarde spojrzenia, dumnie uniesione głowy. Perspektywa obiadu oddaliła się szybko. Ciągnięto go na spotkanie, tajną naradę, z dala od czujnych oczu szefa wszystkich szefów. Wargaszow znalazł się w kolejnym biurze. Na stole były mapy, malutkie czołgi i flagi – czerwone i niebieskie. Nawet kompas posłusznie wskazujący północ. Za tymi wszystkimi planami i zabawkami siedziała kobieta, której twarzy nie było. Mikołaj zmrużył oczy, ale i tak niewiele widział. Światło wylewało się na płótno świata i wszystko zmieniało, ukrywało przed jego ułomnym wzrokiem.
– Prześwietlenie – zdiagnozował kobiecy głos. – Promieniowanie stopiło kilka warstw skóry na twoich powiekach i uszkodziło nerwy oczu. Nawet kiedy je zamykasz, aby spać, wciąż widzisz, prawda?
– Prawda – przyznał Mikołaj.
Kobieta uśmiechnęła się, zadowolona ze stanu swojej wiedzy.
– Czy wiesz, kim jestem?
Była w mundurze, u pasa nosiła pistolet, ale nie mogło to zwieść nikogo.
– Jest pani politykiem.
Najeżyła się na to słowo, zmarszczyła nos i gniewnie, ale raczej na pokaz uderzyła delikatną, wypielęgnowaną dłonią w blat stołu. Jeden z zabawkowych czołgów podskoczył jakby wystraszony.
– Polityczką – poprawiła go. – Wy faceci wszyscy jesteście tacy sami.
Mikołaj zachwiał się i prawie upadł. Złapał się oparcia pustego krzesła.
– Przepraszam – wymamrotał słabo, zaskoczony, że nagle robi mu się ciemno przed oczami.
– Co z tobą, człowieku? – zdziwiła się polityczka. – Siadaj i odpocznij.
– Przepraszam. Jestem bardzo głodny – rzekł, przeklinając siebie w duchu, wiedząc, że takie myśli były bardzo niedobre.
– Zjemy później. Teraz liczy się przyszłość świata. Los biednych, pogardzanych ludzi. Czy wiesz, o czym mówię?
Czy chodziło o ofiary wojny? Ludzi porywanych i wywożonych w głąb Rosji, aby tam wiedli niewolnicze życie? Być może chodziło o przebudzającą się, nieśmiertelną istotę odporną na wszelką broń? Musiało o nią chodzić, o zgubę niedocenioną i zbyt długo ignorowaną.
– Ludzie są dyskryminowani, kobiety są dyskryminowane. Prezydent jest prawicowcem, czy zdajesz sobie z tego sprawę? Jeśli napiszesz jego historię, jego wersję!, to prawica wygra i będzie kierować pociągiem. Będą mieli swojego maszynistę i konduktora, będą zmieniali przekładnie i kontrolowali prędkość. Lewica nie może się na to zgodzić i ty nam pomożesz, zrozumiano?
– Myślałem, że chodzi o niego.
– Jakiego znowu „niego”? Myślisz o tej pustynnej bajce? Potwory śpiące na pustyni, tak? Nie ma o czym mówić. Nic tam nie ma. Ostatnio wysłane drony niczego nie znalazły.
Mikołaja przeszły ciarki. Polityczka równie dobrze mogłaby mu powiedzieć, że to jest z nimi w bazie. Wyglądało jednak na to, że nic jej nie martwi. Była zbyt zajęta. Zresztą pustynia była daleko, równie dobrze mogła być wczorajszym snem. Natomiast on widział grozę na własne oczy. Twarz wielkości miasta, ślepia wpatrzone w bure, zakurzone niebo, padlinożerne ptaki kołujące nad dziwolągiem, czekające na jego śmierć lub przebudzenie.
– Napisz naszą wersję historii – rozkazała. – Dla dobra wszystkich odtrąconych i przegranych, takich jak ty i inne ofiary wojny.
– Mam napisać dwie wersje? – upewniał się Mikołaj.
Polityczka przewróciła oczami.
– Tylko naszą, tylko prawdziwą.
– Już kazano mi napisać jedną wersję, pani przyjaciel nawet dał mi to.
Wskazał na grubą teczkę z faktami i ich interpretacjami, patriotycznymi motywami i odpowiednimi bohaterami politycznymi, a także datami, niekończącymi się, lejącymi się jak rzeka datami.
Kobieta chwyciła wszystko i wrzuciła do śmietnika. W zamian wręczyła pisarzowi własną teczkę.
– Masz – popukała żelowym paznokciem w tłusty zwał papierów. – Tu jest prawda. Dobrze to napisz, a miejsce w pociągu masz zagwarantowane.
– A jeśli nie napiszę?
– Lepiej napisz – groźba świstała w jej głosie niczym miecz wyciągany z pochwy.
***
Mikołaj zjadł i napił się herbaty, spędził czas z ludźmi, którzy choć trzymali się od niego z daleka i gardzili nim, dawali mu szczęście. Wystarczyło, że mógł na nich patrzeć. Dumnych, najedzonych i dobrze ubranych. Bezpiecznych, ukrytych przed rozszalałą, polującą śmiercią.
Ich spokój był jego spokojem. Całymi dniami mógł przysłuchiwać się ich rozmowom, a rozmawiali tylko o jednej rzeczy. Temat ekskluzywnego pociągu przyciągał ich uwagę. Dokąd pojadą? Ile będzie sypialni i jakie koktajle? Czy wszystkie bagaże się zmieszczą? Nie martwiło ich nic innego. Nie mieli czasu na zbrodnie wojenne, nieustannie przesuwający się front, który niczym wygłodniały wąż pełzł i pełzł, wiecznie przybliżając się do ich bezpiecznego domostwa. Nie obchodziły ich trakty, przy których ciągnął się niekończący się las ukrzyżowanych żołnierzy ani kulty kanibali niestrudzenie polujące na dzieci. Liczył się tylko wspaniały, nowoczesny, złoty pociąg czekający w trzewiach ziemi, aby zabrać ich z dala od tego przykrego snu.
Mikołaj chciałby być taki jak oni – beztroski, naiwny – ale wiedział, że czeka go odtrącenie. Był jedyną osobą z zewnątrz. Naruszał homogeniczność ich świata. Przypominał o ich tchórzostwie, zapłakanym świecie nędzy i rozpaczy. Bali się, że ich zainfekuje. Otworzy wrota, których już nigdy nie uda się zamknąć. Mikołaj współczuł im, dlatego pracował szybko i trzymał się na uboczu. Starał się nie razić ich swoją pokraczną formą. Nie wisieć nad nimi jak złe fatum. Nie wpływało to zbytnio na jego status w grupie, jego starania pozostały niedocenione. Wszystko zmieniło się dopiero, gdy oświadczył, że skończył pisać. Dopiero wtedy lud zaczął na niego patrzeć nieco przychylniej. Kto wie? Może ten brud i długa broda były wyrazem nie nędzy, a ekscentryczności?
W kompleksie zapanowała prawdziwie świąteczna atmosfera. Pani polityczka i pan polityk wygłosili przemowy. Kobiety udekorowały sale i korytarze kolorowymi szarfami i wstążkami, panowie wystroili się w najlepsze garnitury i pijąc, poważnie rozmawiali na tematy związane z pociągiem.
Wargaszow został zaproszony na audiencję z przywódcami społeczności, eskortował go ten sam odział, który wcześniej przywiózł go do bazy.
– Szybko się uwinąłeś, chłopcze – pochwalił polityk. – Twoja praca przejdzie do historii.
Asystenci wręczyli swoim szefom kopie dzieła Mikołaja Wargaszowa, a także streszczenia, które niezwłocznie zaczęli czytać. Nagle polityczka zsiniała, jakby jej szyję dosięgły niewidzialne ręce. Polityk zrobił minę kogoś, komu nasrano do pisuaru.
– Co to jest? – zapytał drżącym głosem. – Co to jest?!
– Myślisz, że to żart? – zawtórowała mu polityczka.
– To historia życia Mikołaja Fiodorowa. Człowieka, który nie potrzebował niczego. Filozofa wierzące w zmartwychwstanie ludzkości.
– Ty pokrako, ty cudaku! I co, myślisz, że taki jesteś? Pieprzony mesjasz – denerwowała się kobieta w odświętnym mundurze z medalami wpiętymi w pierś. – Na co czekacie? Brać go!
Rzucili się na niego jak wściekłe psy. Nie miał szans. Bito go i kopano, poniżano i opluwano jak najgorszego nikczemnika.
Nareszcie – pomyślał Mikołaj. Maski opadły, ziściło się to, na co czekał od chwili, gdy tylko postawił nogę w tym dziwnym skansenie dawnego świata.
***
Wyprowadzono go na scenę, gdzie w milczeniu oczekiwał go zgromadzony tłum.
Połowa ludzi ubrała się w kolor prawa i powagi, konserwatywnej tradycji i poważnych patriotycznych spraw. Druga połowa obnosiła się z barwami postępującego liberalizmu, wolności i społecznej tolerancji. Jednak dla prześwietlonych oczu Mikołaja Wargaszowa, oba te kolory były zaledwie różnymi odcieniami śmierci. Jako człowiek doświadczony, ktoś, kto od wielu lat czytał z księgi życia, wiedział, że śmierć nie przechadza się w czarnym, posępnym płaszczu. Śmierć jest obsceniczna! Zawsze gotowa do świętowania. Zdobi ją kalejdoskopowy szał barw, który każdego przyprawi o zawrót głowy. Śmierć to tęczowy, rajski ptak, którego skrzydła nigdy się nie męczą. Śmierć to cyniczny potwór na usługach ludzkości pozwalający nam objawić swoją prawdziwą naturę.
– W naszym pociągu przyszłości nie ma miejsca dla zdrajców! – grzmiała przebrana za żołnierza polityczka.
– Precz ze szpiegami, precz z rosyjskimi wpływami i rosyjskimi nazwiskami! – uzupełniał elegancko ubrany polityk.
Tłum falował i wył, transformował się za sprawą hipnotycznej demagogii i brutalnych, trybalistycznych potrzeb. Ludzie zamienieni w rządne krwi potwory skandowali jedno i tylko jedno, ostateczne słowo.
– Śmierć!
Przygotowano linę, ktoś związał ręce Mikołaja, ktoś podstawił stołek. Przerażony człowiek chciał coś powiedzieć, wyzwolić w sobie siłę, za sprawą której mógłby cofnąć czas, wrócić do chwil życia, przełożyć zakończenie. Przenieść się do świata w którym nie wybuchła wojna, do istnienia bez nienawiści. Mikołaj nie wiedział, że nawet Bóg tego nie potrafił.
Żołnierz na rozkaz kopnął stołek, lina zajęczała, jakby niezadowolona ze swojego przeznaczenia. Stopy pisarza zawisły w powietrzu, oddzielając go od świata i życia. Pierwotne szczęście zalało wszystkich obserwujących. Mężczyźni, kobiety i dzieci przekręcili w swych sercach straszliwy klucz okrucieństwa. Na ich oczach umierało zło i przeżywało dobro. Świat, ich świat powracał do swej doskonałej natury, gdzie majętność wyznaczała status, dobro było ich prawem, zło grzechem tych innych, ale nigdy ich brzemieniem.
Mikołaj bujał się na swej linie i patrzył na galerię wściekłych, mściwych twarzy, czerwonych, nabrzmiałych pod wpływem szybko krążącej krwi. Ich ekspresja powoli się zmieniała. W tych, którzy stali bliżej i widzieli, co się dzieje, rozkwitał strach. Jego blade barwy padały na wykrzywione oblicza niczym cień.
Wargaszow przyglądał się temu z doskonałą, zimną obojętnością. Stał się wahadłem nieznanego dotychczas zegara odmierzającego czas do niespodziewanej, lecz nieuniknionej, przemiany. Lina zniknęła. Pisarz wciąż unosił się w powietrzu, przyglądając się zgromadzonym. Czuł, że mają wiele pytań, jednak groza paraliżowała ich języki. Nie miał zresztą dla nich odpowiedzi, które mogliby zrozumieć, słów, w które mogliby uwierzyć. Po prostu wziął głęboki wdech i wchłonął ich w siebie. Porwał ich niczym wezbrana rzeka i zaniósł w ciemne niczym noc, nieznane miejsca. W ich krzykach brzmiała skarga, ich łzy miały smak zaskoczenia. Czuli to samo co Mikołaj, gdy wyruszył na pustynię Polski, pustynię śmierci. Wiedział czego chciał. Szedł po to, co zostało nam wszystkim obiecane. Z prochu powstałeś… chciał umrzeć w Warszawie. Powrócić na łono rodziny i przyjaciół. Nieśmiało marzył, miał nadzieję, że ich duchy wciąż tam są. Ich szkielety zasypane przez piasek mogły tańczyć w bezksiężycowe noce. Skoro pod miastem mógł spać zapomniany przez ludzi i czas tytan, czy było coś, co nie mogło się ziścić?
***
Przemierzał piaski. Wspinał się na wydmy, aby z ich grzbietów przyglądać się rachitycznym ruinom stolicy. Betonowe kości, powyginane stalowe pręty niczym wydobyte na wierzch ścięgna. Wszystko to tonęło w szarym bezkresie pustkowia, wolno lecz nieubłaganie zasypywane. Dom milionów ludzi już niedługo miał służyć wężom i skorpionom, a także dziwniejszym rzeczom. Było to jednak tylko tło, sen praszczura pogrążonego w ziemi. Jego widok zapierał dech w piersi. Jego matowa skóra, w której zmarszczkach zbierały się ogromne ilości wody miała kolor wczorajszych dni i dawno temu zadanej śmierci. Umieranie u jego bogu wydało się Mikołajowi właściwe. Stara istota miała być jego powiernikiem. Opowiadał jej o swoich troskach i złamanych marzeniach. Zwierzał się z sekretów i przepraszał za grzechy. Robił to, aż nadszedł dzień.
Pragnienie i słońce doprowadzały go do szaleństwa. Dalsza egzystencja była gorsza od przeminięcia. Od zapomnienia.
Pałac Kultury. Przyszedł tu, aby ze sobą skończyć.
Z ruin budynku rzucił się w otchłań, mknąc na spotkanie bezimiennej twarzy. Właśnie wtedy kolos otworzył oko. Wchłonął go. Wchłonęli się nawzajem. Nie było unicestwienia. Tylko życie, bezmiar, bezkres niekończącego się istnienia wszystkich rzeczy. Porzucał śmiertelność, był gotowy odejść na zawsze, tymczasem odnalazł miłosierdzie w przedśmiertnym, wiecznym śnie. Istota poprzedzająca wymyślenie Boga pragnęła ocalić ludzkość, wybawić ją, wyzwolić z pętli wiecznego cierpienia, które sama na siebie sprowadziła.
***
Żołnierze otworzyli ogień. Kule trafiały w ciało Mikołaja, ale nie mogły zabić człowieka, który już od dawna przestał być żywy.
– Dosyć – rozkazał nieswoim głosem i pochłonął strzelców, nie dając im nawet chwili, aby krzyknąć.
– Proszę, nie rób tego – załkał polityk uwięziony w ciele Mikołaja. – To nie moja wina. To był jej pomysł.
Ona nie pozostawała mu dłużna. Nawet w tej chwili, na progu nowej, nieznanej człowiekowi ery, pogrążali się w niekończącej się wojnie. Liczyli, że w niedoskonałości dostrzegą jakąś idealistyczną, doskonałą cząstkę prawdy lub Boga.
Obecność znała prawdę. Ludzie bali się, przeczuwali, że spotka ich kara, zostaną skazani na cierpienie, które miałoby odzwierciedlać ich winy. Wszakże tak było obiecane w księgach, taki był przywilej Boga. Mikołaj w ich oczach przestał być ofiarą, a stał się najstraszniejszym tyranem, którym jego wrogowie sami pragnęli być.
– Nie lękajcie się – pocieszył ich, choć wiedział, że nie zrozumieją.
Połączył ich, zmieszał ich umysły i wole. Z niezliczonych form, luster odbijających wszelkie prawdy, stworzył jedną, niepodzielną energię. Pozwolił im zobaczyć sekret istnienia. Nie był to jednak koniec, wciąż musiał złapać pociąg.
***
Szedł przez opustoszały kompleks. Ogrody pełne kwiatów, których nikt już nie zobaczy i baseny, których chlorowana woda pozostanie doskonale spokojna. Wszystko było przyozdobione. Z plakatów śmiały się nieme rodziny, za nimi w promieniach letniego dnia czekał pociąg mający zabrać wszystkich do przyszłości. Z sufitów zwisały kolorowe girlandy, w lodówkach chłodził się szampan.
Pociąg czekał na niego. Gotowy i doskonały w każdym calu. Piękny i bezduszny niczym maszyna, która go stworzyła. Wystarczyło wsiąść i ruszyć. Tylko dokąd? Nagle przy lokomotywie pojawił się człowiek. Machał i próbował zwrócić na siebie uwagę. Najwidoczniej nie wiedział, co się stało lub o to nie dbał.
– Jedziemy? – zapytał ubrany w mundur starszy człowiek. – Gdzie reszta?
– Są tutaj, są we mnie.
W starym nie było strachu ani zdziwienia. Z twarzy przypominającej stare kamienie nie dało się niczego wyczytać.
– Zabiłeś ich? – zapytał surowo.
– Nie – stwierdził Mikołaj. – Ocaliłem ich.
Kolejarz spojrzał na staromodny zegarek i wyszeptał coś najwyraźniej niezadowolony.
– Musimy jechać. Jesteśmy spóźnieni.
– Ale dokąd jedziemy?
– Zobaczysz.
***
Stary zawiadywał pociągiem, gdy ten z obsceniczną prędkością pędził z kraju do kraju, zatrzymując się po drodze w każdym mieście, którego bogactwo przewyższało ludzkie sumienie.
Podziemne perony były zawsze pełne. Zatłoczone ludźmi anonimowymi lecz majętnymi. Zdradzały ich kosztowne, nowiutkie maski przeciwgazowe, stroje od projektantów, którzy zdążyli stworzyć swoje imperia przed wojną. I tak praktyczne rury i aparaty tlenowe kontrastowały z wydekoltowanymi sukienkami, lśniącymi pantoflami na obcasach, czarnymi jak żądza garniturami i delikatnymi mokasynami, nienadającymi się do lawirowania wśród gruzów i popiołów. Maszynista i konduktor ostatniego pociągu przyglądali się w milczeniu ostatniemu pochodowi samowybranych Adamów i Ew targających faraonowe skarby do swojego nowego życia. Dusili się i dyszeli jak martwi od dawna górnicy z zamierzchłych wieków i choć nie potrzebowali masek gazowych, gdyż atmosfera nie była jeszcze tak zatruta, nosili je, aby chronić się od smrodu. Nie mogli i nie chcieli poczuć zapachu nowego świata. Wszystko pachniało jak stara, przepełniona popielniczka. Świat pocił się ogniem i popiołem, rozsiewał rozbite szkło, jakby coś mogło z niego wyrosnąć.
Pragnęli, potrzebowali swego marzenia w kształcie pociągu. Zapachu świeżości i pieniędzy, obietnicy kolejnej szansy na doskonałość. I choć pragnęli idealnego ładu i braterstwa, możliwego tylko wśród snów, przychodzili przygotowani na najgorsze. Każdy chciał przejąć władzę, znaleźć się na szczycie. Nikt nie miał zamiaru zapomnieć o starych krzywdach, niewyrównanych rachunkach. Wszyscy nosili przy sobie ukrytą broń. Nowoczesne, kompaktowe karabiny, sprawdzone pistolety, niezawodne noże. Przemycali ludzi wytrenowanych do perfekcji, gotowych zabijać i zginąć dla swojego mocodawcy. Mikołaj wiedział o tym wszystkim. Nie spodziewał się niczego innego. Wiedział jakich ludzi przyciągnie dobrobyt, słodka obietnica władzy. W dziejach zawsze wysuwali się na pierwszy plan. Wkładali na swoje głowy korony i tiary, nadawali sobie tytuły, ziemię i ludzi. Niewolili plemiona, narody, niszczyli i rozprzestrzeniali się w najodleglejsze zakątki ziemi. Takie było ich dziedzictwo, o tym śnili, aż w końcu ich piękny sen zamieniał się w koszmar ludzkości. Wargaszow czekał na nich z otwartymi ramionami. Przyjmował ich dary z ołowiu i hartowanej stali, cierpliwie wysłuchiwał modłów, błagań i skarg, aż w końcu pociąg musiał ruszać dalej.
Ruszali w tą wielką podróż połączeni, on stawał się nimi, oni nim, ale splatali się też w coś więcej, coś wyższego i lepszego, dziwniejszego.
W końcu zabrakło stacji i ludzi. Pociąg pędził w elektrycznej bezgłośności, doskonały, samotny.
– Panie Wargaszow? – zapytał stary, bezimienny motorniczy.
Mikołaj długo nie odpowiadał. Był zmęczony, senny. Chciał, oni wszyscy chcieli, odpocząć. Usunąć się z życia, z teraz.
– Mikołaju Wargaszow – przypomniał o sobie maszynista.
– Czego chcesz? – zapytał okaleczony żebrak, powiernik ludzkości. – Nie ma już stacji, nie ma już ludzi. Zostaliśmy tylko my.
Stary uśmiechał się tajemniczo, jego kamienna twarz odmieniła się za sprawą emocji, które dawno pogrzebane przebijały się teraz na powierzchnię, aby o sobie przypomnieć.
– Usiądź wygodnie, zapnij pasy i patrz, a ja zajmę się resztą.
Mikołaj umościł się w skórzanym fotelu podziurawionym przez pociski kaliber dziewięć milimetrów. Odprężył się, stał się jednością z otoczeniem. Nie znaczył więcej niż pozamykane na zawsze walizki z bagażami, nieprzeczytane książki, które starsza kobieta zostawiła na stoliku. Wargaszow chciał się pochylić, przeczytać tytuł, ale wtedy To się wydarzyło.
Wzbijali się gwałtownie, zostawiając za sobą pył i śmierć niestrudzenie zbierającą swe żniwo. Gwiazdy zastąpiły cierpienie i niepewność, cisza obiecywała błogi sen.
Pociąg rozpadła się. Wagony bezgłośnie odczepiły od siebie, rozdzielając na wieczność. Detonacje nie były nawet szeptem. Ogniste morze zalało bezmiar, przez ulotną chwilę walcząc o prawo do swego gwałtownego istnienia.
Maszynista zniknął. Przestał istnieć, jakby bez pociągu i pasażerów nie był już potrzebny. Mikołaj nie wiedział, czy spłonął w eksplozji, czy został wyssany w otchłań i zamarzł w lodowatych bezkresach kosmosu. A może stało się z nim coś jeszcze innego? Samotny pisarz myślał o kamiennej, skrywającej jakieś niewypowiedziane tajemnice twarzy konduktora. Jego patriarchalnej, ponurej obecności. Pożegnał się z nim bezgłośnie, tak jak i z całym światem.
Wargaszow przyspieszał, kręcił się coraz szybciej wokół własnej osi. Osiągał prędkości kosmiczne, umożliwiające robienie niewyobrażalnych rzeczy. Wirował, oni wirowali wraz z nim, wirował cały kosmos. Przecinali czas i przestrzeń niczym laser, dążąc na spotkanie planety, która mogłaby stać się ich łożem, miejscem, w którym będą czekać na kolejne przebudzenie.
Czerwonooki jak dla mnie bez kreski w środku.
wszystkie innego przypadłości,
inne
Ptzejmuące postapo, ale pociągi są dla mnie nieco zmarginalizowane.
"nie mam jak porównać samopoczucia bez bałaganu..." - Ananke
Dziękuje za komentarz, zawsze miło jak ktoś przeczyta. Czy pociągi są zmarginalizowane? Chciałem uniknąć zbyt bezpośredniego podejścia do tematu. Spodziewałem się, że będzie wiele dosłownych interpretacji. Do tego ten pomysł tak mocno przyssał się do mnie, że nie mogłem się od niego uwolnić :)
Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)
Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)
Początkowo mnie wciągnęło, trochę straciłem zainteresowanie w trakcie (może jestem zmęczony), ale do końca doszedłem całkiem gładko.
Mam z tym tekstem taki kłopot, że przeplatasz bardzo (!) fajne zdania (Droga […] Przypominała długie, czarne pociągnięcie pióra opowiadające swoją historię każdemu, kto musiał nią wędrować.) porównaniami lub metaforami, które no… nadają tekstowi akcent komiczny, a nie jestem pewien, czy taka jest twoja intencja. Przykładowo:
– Samochód ciął zakurzony asfalt, jak nożyczki stare prześcieradło.
- Nieproszone myśli zaatakowały jak węże.
- Czerwonooki spojrzał na nich z intensywnością walącego się domu.
- groźba świstała w jej głosie niczym miecz wyciągany z pochwy
Może to kwestia mojego odbioru, ale mam wrażenie, że czasami za mocno chcesz coś podkreślić i wychodzi za mocno, ocierając się o komizm albo banał (jak “czarny jak noc”). Bez takiej przesady, moim zdaniem, tekst byłby lepszy.
I jeszcze nurtują mnie “Oczodoły utkwione w szarym, ambiwalentnym horyzoncie.” – nic wcześniej ani później nie wyjaśnia dlaczego horyzont miałby być ambiwalentny. Może czegoś nie zrozumiałem.
Moje powieści: https://marmaxborowski.pl/kwestia-wyboru/
Poza tym, że w opowiadaniu występuje pociąg, nie znalazłam tu klimatu dzieł pisarza patronującego konkursowi, ale to już zmartwienie jurorów, nie moje.
Jest postapo, jest absurd, ale nie mogę powiedzieć, że dostrzegłam tu horror, do którego przywykłam. Owszem, opisujesz sprawy przerażające i nieludzkie, ale, być może, różnie rozumiemy pojęcie horroru.
Zdumiała mnie enklawa, do której trafił Mikołaj, bo nie umiem sobie wyobrazić jak w obliczu powszechnej zagłady i nicości, mogła funkcjonować w przedstawionym kształcie? Kto i skąd dostarczał żywność, wodę, prąd i wszystko, co jest niezbędne do życia w opisanym luksusie? Bo, jak zauważyłam, ludność, może z wyjątkiem żołnierzy, raczej poświęcała się błogiemu nicnierobieniu. Zastanawiam się też, jak mieszkająca tam ludność chciała wykorzystać pociąg – kto i kiedy budował tory i dokąd one miały prowadzić?
Nie czytało się Ostatniego pociągu najgorzej, ale też nie mogę powiedzieć, że to była satysfakcjonująca lektura, choć może, skupiona na wyłapywaniu niedoskonałości, nie wszystko należycie zrozumiałam.
Wykonanie pozostawia bardzo wiele do życzenia.
Oczodoły utkwione w szarym, ambiwalentnym horyzoncie. → Oczodoły tkwią czaszce, nie mogą utkwić w horyzoncie. Na czym polega ambiwalentność horyzontu?
Proponuję: Oczodoły skierowane na szary horyzont.
…przywodzące na myśl kropki i przecinki wycięte w toksycznej ziemi, na równie toksyczną wodę. → Nie rozumiem zdania – w jaki sposób można wyciąć coś w ziemi na wodę?
…nie przyglądać stopionym twarzom… → Pewnie miało być: …nie przyglądać się stopionym twarzom…
Jego zęby są jak zrośnięte razem… → Zbędne dookreślenie – czy coś może być zrośnięte osobno?
Samochód ciął zakurzony asfalt, jak nożyczki stare prześcieradło. → Czy mam rozumieć, że po przejechaniu samochodu asfalt był przecięty wzdłuż drogi?
Nieproszone myśli zaatakowały jak węże. → Czy węże atakują gromadnie?
Miliony zabitych, w tym jego rodzina, jego przyjaciele, jego żona. → Czy wszystkie zaimki są konieczne?
…aby upewnili się, że zakwitnie odpowiedni plon. → Plon to zbiory, plon nie kwitnie.
Eskorta prowadziła go w głąb kompleksu. Oprowadzali go… → Nie brzmi to najlepiej.
Światło promieniało z półmroku. Dochodziło z miejsc, w których go nie było. → Nie rozumiem – jak coś może dochodzić z miejsc, w których tego czegoś nie ma?
Jego nienaganna fryzura, wystudiowana, mądra mina, staranna opalenizna. Doskonały starszy dżentelmen w nienagannym… → Czy to celowe powtórzenie.
…odsłaniając złotego Rolexa. → …odsłaniając złotego rolexa.
https://sjp.pwn.pl/zasady/109-20-10-Nazwy-roznego-rodzaju-wytworow-przemyslowych;629431.html
– Napiszesz coś dla nas. Współczesną historię, opiszesz jak to było, jak uratowaliśmy
świat – pan za biurkiem mówił od dłuższego czasu, ale Mikołaj nie słuchał. → Brak kropki po wypowiedzi. Didaskalia wielką literą. Winno być:
– Napiszesz coś dla nas. Współczesną historię, opiszesz jak to było, jak uratowaliśmy
świat. – Pan za biurkiem mówił od dłuższego czasu, ale Mikołaj nie słuchał.
Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.
…z pewnym trudem podniósł się z krzesła, dźwigając swoją okazałą tuszę. → Zbędny zaimek – czy mógł podnieść cudzą tuszę?
…i powołana do życia ich omylnymi rękoma. → Czy aby na pewno ręce mogą się mylić?
Jeśli napiszesz jego historię, jego wersję!, to prawica wygra i będzie kierować pociągiem. -> Jeśli napiszesz jego historię, jego wersję, to prawica wygra i będzie kierować pociągiem!
Po słowach-wykrzyknikach stawiamy przecinek, a znak wykrzyknika na końcu zdania.
Wskazał na grubą teczkę… → Wskazał grubą teczkę…
Wskazujemy coś, nie na coś.
– Masz – popukała żelowym paznokciem w tłusty zwał papierów. → – Masz. – Popukała żelowym paznokciem w zwał papierów.
Zbędne dookreślenie, zwał papierów jest pokaźny/ gruby z definicji. Raczej nie mówi się, że tłusty.
– Lepiej napisz – groźba świstała w jej głosie… → – Lepiej napisz. – Groźba świstała w jej głosie…
…ani kulty kanibali niestrudzenie polujące na dzieci. → Czy tu na pewno miały być kulty? Kulty nie mają zdolności łowieckich. Polowali kanibale, nie kulty, więc: …ani kulty kanibali, niestrudzenie polujących na dzieci.
A może miało być: …ani zgraje kanibali, niestrudzenie polujących na dzieci.
…aby zabrać ich z dala od tego przykrego snu. → Nie wydaje mi się, aby miejscowy pociąg mógł zabrać kogoś z odległego miejsca.
Proponuję: …aby zabrać ich daleko od tego przykrego snu.
…eskortował go ten sam odział, który wcześniej przywiózł go do bazy. → Czy oba zaimki są konieczne?
Proponuję: …eskortą był ten sam odział, który wcześniej przywiózł go do bazy.
Asystenci wręczyli swoim szefom kopie dzieła… → Czy zaimek jest konieczny, czy wręczaliby dzieła cudzym szefom?
…w odświętnym mundurze z medalami wpiętymi w pierś. → A może wystarczy: …w odświętnym mundurze z medalami.
Wszak wiadomo, gdzie na mundurze nosi się medale.
Ludzie zamienieni w rządne krwi potwory… → Ludzie zamienieni w żądne krwi potwory…
Sprawdź znaczenie słów: rządny i żądny.
Mikołaj bujał się na swej linie… → Zbędny zaimek.
…ich łzy miały smak zaskoczenia. → Czyli jaki? Pytam, bo nie mam pojęcia, jak smakuje zaskoczenie.
Umieranie u jego bogu wydało się Mikołajowi właściwe. → Literówka.
…gdy ten z obsceniczną prędkością pędził z kraju do kraju… → Na czym polega obsceniczność czyli nieprzyzwoitość/ sprośność prędkości?
Wkładali na swoje głowy korony i tiary… → Czy zaimek jest konieczny?
…niszczyli i rozprzestrzeniali się w najodleglejsze zakątki ziemi. → …niszczyli i rozprzestrzeniali się w najodleglejszych zakątkach Ziemi.
Rozprzestrzeniać można się gdzieś, nie w coś. Zakładam, że miałeś na myśli planetę.
Ruszali w tą wielką podróż… → Ruszali w tę wielką podróż…
…śmierć niestrudzenie zbierającą swe żniwo. → Zbędny zaimek.
…walcząc o prawo do swego gwałtownego istnienia. → Jak wyżej.
…czy został wyssany w otchłań… → Chyba miało być: …czy został wessany przez otchłań…
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Przyjemnie się czytało :)
Przynoszę radość :)
Hej!
Podoba mi się początek, taki krajobraz po wojnie. Działa na wyobraźnię. Jedyny zgrzyt to przeskoki w czasie – tu teraźniejszy, tu przeszły, lepiej obrać jeden czas, wtedy łatwiej się czyta. ;)
przerywając wydawałoby się wiekuiste milczenie, które zaległo między mężczyznami.
Dziwnie brzmi. Chyba nie jechali wieczność, że to milczenie było wiekuiste.
Oddaliśmy się śmierci.
Od tego zdania potężny akapit, polecam rozbić na mniejsze części. Poza tym to jedno wielkie streszczenie.
Dobrze, że Mikołaj już przyszedł do kapitana statku, choć to zdanie trochę niejasne:
Kapitana statku zwanego Polska.
Kapitan nazywał się Polska? Czy może statek?
Tempo jest dość wolne, czeka się na wydarzenia, które nadchodzą poprzedzone długimi opisami. Na plus, że opisy są niezłe, więc tak nie męczą, ale trochę męczy tempo. I nie wiem, gdzie tu pociągi, raz były wspomniane wagony.
Jeśli piszesz z perspektywy Mikołaja, warto ujednolicić to, jak myśli o polityku: kapitan, pan, polityk, pan polityk, gospodarz, bo sporo synonimów używasz i przez to dziwnie się czyta. Synonimy nie są złe, ale tu jest ich nagromadzenie.
O, mamy pociąg, więc cieszę się, że opowiadanie konkursowe. :) Sama idea ucieczki pociągiem skojarzyła mi się ze “Snowpiercerem”. ;)
Polityczka – scena całkiem fajna, choć dość standardowa. Dwie siły: polityk i polityczka chcą, żeby napisać historię po ich myśli, każdy oferuje miejsce w pociągu, tylko teraz nie wiadomo, co czeka Mikołaja, jeśli którejś wersji nie napisze. Tego brakuje, tej wyraźnej groźby, konkretów, nie tylko “napisz”.
No i akcja rozgrywa się za szybko, żeby poczuć tu większe emocje: Mikołaj nic nie pisze, więc go wieszają, pach i już. A on zmienia się w coś, co połyka ludzi, wchłania ich.
Niestety, poczułam lekkie znużenie w trakcie lektury. Może motyw bohatera, który tak dużo potrafi, już mi się przejadł, a może coś innego. Nie wiem.
Pociąg pojawia się trochę bardziej na doczepkę, gdyby go nie było, moglibyśmy mieć samolot.
No i ludzie z ostatniej części są podobni do tych, co wsiadali do “Snowpiercera” – też tacy z pieniędzmi, żądni władzy.
Mam po prostu wrażenie, że za dużo opisów i wyjaśnień, a za mało akcji, bohaterów.
Nie powielałam już błędów wypisanych przez Reg, bo widziałam, że był komentarz. ;)
Pozdrawiam,
Ananke
Cześć,
Ciekawa postapokaliptyczna koncepcja. W drugiej części tekstu, już dość mocno surrealistycznej, musiałem się mocno skupić, żeby się nie pogubić. Zgrzytał mi trochę ten luksusowy, sterylny świat w enklawie, bo raczej w opisanej przez ciebie rzeczywistości nie byłoby to możliwe. Całkiem fajny tekst, chociaż odnośnie konkursu, to chyba ten pociąg jest tak trochę na dokładkę, w sensie pełni funkcję raczej drugorzędną w tekście.
Przejrzyj tekst pod kątem literówek i drobnych błędów językowych, bo pojawiają się w tekście licznie, na co już zwrócili uwagę zapewne regulatorzy. Chyba nie trzeba dwa razy powtarzać też tytułu.
Powodzenia i pozdrawiam.
Dziękuję za komentarze, cieszę się, że niektórym przypadło do gustu. Krytyka też jest mile widziana. Pozwala mi spojrzeć obiektywnej na niedociągnięcia i być może zastosować część uwag w przyszłych pracach.
Jkborysie, byłoby dobrze gdybyś wykorzystał uwagi zawarte w komentarzach i wprowadził poprawki w Ostatnim pociągu.
Owszem, wskazane jest także, abyś skupiał się na przyszłych pracach.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Regulatorzy zrobiłbym to, ale poprawa tekstu przez telefon to horror sam w sobie ;) Może znajdę sobie też kogoś na tym forum, kto udzieliłby mi rad przed wstawieniem tekstu.
W takim razie, Jkborysie, jestem przekonana, że zainteresuje Cię ten wątek: http://www.fantastyka.pl/loza/17
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.