Cześć Autorze i Wszyscy,
Dłuższą chwilę mnie nie było, ale dzięki wczesnym wieczorom będę znów mieć więcej czasu na zajrzenie i skomentowanie tego i owego.
Wchodzę więc i od razu widzę piórko. I to w SF! Nie byle co – rzuciłem się na tekst zachłannie. Napisany ciekawie, płynnie i niespiesznie prowadzi przez historię o modnym ostatnimi czasy motywie: AI. A właściwie jej interakcji z człowiekiem w odizolowanych środowisku i nieoczekiwanych tegoż konsekwencjach. Nienachalnie, acz nieodparcie nasuwa mi się skojarzenie z retro SF: humanoid z osadzoną świadomością, z rozterkami, będący opiekunem człowieka podczas rejsu kosmicznego. Tak już nieraz bywało, ale bynajmniej nie mamy tu odsmażanych ziemniaków. Przyznam, że wcześnie zatliła się w mej głowie myśl, że człowiek może nie być celem, a środkiem (wychowawczym). Myliłem się, ale chyba niecałkowicie…
Czytałem ostatnio trochę antologii anglojęzycznych i także na ich tle to opowiadanie wypada bardzo dobrze. Piórko zasłużone. Polecam.
Jednakże w kompulsywnym pędzie do udoskonalania nawet tego, co dobre, podzielę się kilkoma uwagami “racjonalizatorskimi”. Po pierwsze, cytując Alana: “Gdyby ktoś chciał kiedyś opowiedzieć o wyprawie człowieka na spotkanie z inną cywilizacją, z pewnością pominąłby ten długi i nużący fragment historii, w którym razem tkwimy.” No, może nie pominął, ale skrócił i uporządkował. Zabieg z przeskokami chronologii trochę nużył i gmatwał odbiór. Nie bardzo rozumiem dlaczego go zastosowano.
Po drugie, jak na “wiekopomne wydarzenie” wyprawa została zorganizowana nader beztrosko, prowizorycznie. Idzie mi głównie o miotającą się Cate i jej deficyty opekuńczo-wychowawcze. Co prawda pojawia się w tekście pośrednie usprawiedliwienie, ale – przyznam – nieprzekonujące: “Oczywiście takie rozwiązanie było nie do końca legalne i mocno wątpliwe z etycznego punktu widzenia. – Jednak dla najbogatszego człowieka na Ziemi, którego stać na zbudowanie statku międzygwiezdnego osiągającego jedną dziesiątą prędkości światła, żadne prawne i etyczne wątpliwości nie stanowiły problemu”.
Tyle ogólnie, a teraz garść szczegółów.
Pierwszy akapit miesza dwie narracje. Jedna romantycznie opisująca statek zbliżający się do końca podróży. Druga będąca w istocie kompletnie nieromatycznym infodumpem na temat działania androida. Nb. przeciwnikiem infodumpów nie jestem. Zwłaszcza w SF.
Statek zakończył trwające od trzynastu dekad wytracanie prędkości – albo coś trwa od trzynastu dekad (i nadal trwa, bo domyślna pętla "do" pozostaje otwarta), albo trwało przez trzynaście dekad (i już nie trwa)
złocistych, wirujących obiektów – "obiekt" to bardzo ogólne pojęcie. Jak wyobrazić sobie "obiekt"?
a ja zamykam oczy i sięgam w głąb siebie – ależ antropomorfizm! Pewnie z ich powodu nasunęło się skojarzenie z retro.
Zaskoczył mnie bolesny ucisk w piersi. Jakby skurcz serca, którego nawet nie posiadam. Wydarł z gardła nieludzki szloch – tu także jakoś tak retro. Ma pamięć ciała i narządów bez tych narządów?
zamknięte w komorze VL – nigdzie nie ma rozwinięcia skrótowca. A chociaż raz by się przydało.
wybranego do misji na Agef 2 przez Verna Rossa – co prawda pod koniec wyjaśnia się zgrubnie kto to ten Vern, ale tak ważną osobistość chciałbym poznać wcześniej.
Wybudzam się z fantomowych snów – nadmiarowość. Czy sny mogą być niefantomowe?
snów w samym środku pokładowej nocy – Antropomorfizacja, tym razem fizjologiczna. Cykl dobowy u androida?
Korzystam z czujników chemicznych, temperatury, ruchu i już po chwili odnajduję Alana na dolnym pokładzie w przedsionku reaktora – Cate posługuje się tylko analogami zmysłów ludzkich? Nie wykorzystuje jakiegoś rozszerzenia sensorycznego, czy też podłączenia do czujników pokładowych? Zrozumiałem to tak, że dokonuje odczytu czujników z jakiejś konsoli. Dlatego m.in. wizja opowiadania z deczka trąci myszką.
Wyłączam rozpraszający alarm, by w spokoju ocenić sytuację – Dlaczego dopiero po dotarciu na miejsce? Przecież już wypełnił funkcję budząc androida. A nikogo innego nie trzeba było alarmować. Swoją drogą, dlaczego android nie został wybudzony np. przez radiowe API?
Mogłabym wezwać serwitory, ale sama dezynfekuję rany na przegubach Alana – w sytuacji ratowania życia wezwałbym serwitory w chwili, gdy znalazłbym Alana. Zapewne przybyłyby szybciej niż Cate. Zawsze życie i zdrowie ratuje się bezzwłocznie, najszybszym dostępnym sposobem.
łańcuszek z diamentem, który posłużył za ostrze – wątpię czy diament w łańcuszku, czyli malutki, może posłużyć do rozcięcia skóry. Później wyjaśnia się, że to lonsdaleit, ale ten występuje w postaci mikrokryształów, więc wisiorek nie byłby monolityczny. Jeszcze później się wyjaśnia, że w gruncie rzeczy Alanowi nie szło o skuteczne samobójstwo. Hm, mimo to jakoś powątpiewam w drapanie skóry tępym wisiorkiem aż do stanu zagrożenia życia.
Nic dziwnego, że nie chciałam tego pamiętać. – Hmm, opiekunka tak robi? Jeden z przykładów ilustrujących niedoskonałości Cate w tej roli.
Naprawdę nie mam pojęcia, co siedziało w głowach tych specjalistów i jakie mieli kompetencje, ale nie przewidzieli bardzo prawdopodobnych konsekwencji takiej kumulacji nieszczęść – rzeczywiście dość beztrosko sobie poczynali. Wspominałem już o tym: wyprawa na stulecia, budżety, komitety, a rzucali kostką?
college – SJP PWN zawiera już "koledż". Choć ja i tak bym napisał "szkołę".
wirtualna cząstka w parze z antycząstką, łamiąc na niewyobrażalnie krótką chwilę zasadę zachowania energii – takie cząstki nie łamią zasad zachowania na https://pl.wikipedia.org/wiki/Cz%C4%85stka_wirtualna
Zaciskam dłonie i milczę, patrząc mu prosto w oczy, żeby mógł się przyjrzeć, jaką sprawił mi przykrość.
Dwoje! Jest nas dwoje! Chętnie powtórzyłabym swoją odpowiedź, ale tylko zaciskam dłonie i milczę, patrząc mu prosto w oczy, żeby mógł się przyjrzeć, jaką sprawił mi przykrość – chyba niecelowe powtórzenie?
Nie było takiej potrzeby. Poza tym zostałam aktywowana trzy godziny przed rozpoczęciem procesu dekrio twojego zarodka – czyli jednak nie było żywej istoty na pokładzie przez najprawdopodobniej większą część podróży – to w kontekście wcześniejszych postów o atmosferze i rozchodzeniu się dźwięków. Nb. dźwięki mogą się też rozchodzić po konstrukcji statku. Ale w gruncie rzeczy istnienie atmosfery w trakcie bezzałogowej części lotu niczemu nie przeszkadza.
sięgam do butli z wodorem stojącej u stóp Alana i zakręcam zawór. Jednocześnie nakazuję „Serendipity” zwiększenie zawartości tlenu – Wodór nie jest toksyczny, więc jeśli chciał spowodować eksplozję, to zwiększenie zawartości tlenu akurat zwiększy ryzyko zapłonu. W pewnych proporcjach mieszanki wodór+tlen zapłon może nastąpić nawet pod wpływem światła.
Inna sprawa, to dostęp Alana do zaplecza technicznego, niebezpiecznych przedmiotów i substancji. Na statku zdolnym do podróży międzyukładowych raczej by nie zabrakło zamykanych włazów lub drzwi.
Szum aparatury medycznej oraz ciche bzyczenie serwitorów wypełniają zagracone pomieszczenie a w powietrzu czuć intensywny i przykry zapach starości – brakuje przecinka przed "a"
statku pogrążonymi w kolorze sepii – wyczuwam, że lubisz ten odcień. A właśnie, wyciąłbym słowo "kolorze". "W sepii", jak np. "w czerwieni".
W głąb mnie zapuszczają się zimne szpikulce obcych i niezrozumiałych kodów nadawanych w pełnym spektrum fal elektromagnetycznych – hmm… kod to nie to samo, co sygnał.
Serdecznie pozdrawiam z Bladobłękitnej Kropki, तारान्तरयात्री [tɑːrɑːntərəjɑːtri]