- Opowiadanie: mr.maras - Drugi człowiek

Drugi człowiek

Kiedyś sobie coś zaplanowałem i obiecałem, więc wypada domknąć temat tym złotym piórkiem. Opowiadanie ukazało się w numerze 08/24 Nowej Fantastyki. Za betę dziękuję Edwardowi Pitowskiemu, Michałowi Pe, Outta Sewerowi, Staruchowi oraz Zanaisowi. Za redakcję dziękuję Ninedin. Wersja zamieszczona tutaj, jest, zdaje się, wersją sprzed ostatecznej korekty, ale mam nadzieję, że nie zostało zbyt wiele babolków.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Drugi człowiek

Delikatne tąpnięcie podłogi potwierdza, że „Serendipity” wyłączyła ciąg główny. Teraz, daleko na horyzoncie zalegającej na obu pokładach ciszy, słychać jedynie słabe zawodzenie jonowych silników manewrowych i przytłumione buczenie generatora sztucznej grawitacji. 

 

[reszta w zbiorze autorskim, który ukaże się wktótce]

Koniec

Komentarze

Kto wie, może uda się zdobyć kilku nowych czytelników?

Po przeczytaniu spalić monitor.

Kto wie, może uda się…

Ja wiem. :)

“Kiedy ludzie mówią ci, że coś jest nie tak albo im się nie podoba, prawie zawsze mają rację. Kiedy mówią ci, co dokładnie według nich jest źle i jak to naprawić, prawie zawsze się mylą”. Neil Gaiman

A to bardzo zacne opowiadanie. Tylko czemu bez złotego piórka?

 

Pozdrawiam i klikam bibliotekę (może kogoś zachęci, a mój komentarz do tekstu jest tutaj: https://www.fantastyka.pl/hydepark/pokaz/32092)

„Poszukiwanie prawdy, która, choćby najgorsza, mogłaby tłumaczyć jakiś sens czy choćby konsekwencję w tym, czego jesteśmy świadkami wokół siebie, przynosi jedyną możliwą odpowiedź: że samo poszukiwanie jest, lub może stać się, ową prawdą.” J.Kaczmarski

Zatem życzę miłej (mam nadzieję) lektury, Andyql.

 

Hej, Krarze85, wiem, znam Twój komentarz, raz jeszcze za niego (i lekturę) dziękuję. Złotego nie ma, bo Psychofish najwidoczniej rzadziej ostatnio zagląda na portal (i do poczty), a pisałem do niego kilka dni temu. Ale pewnie prędzej czy później zajrzy.

Za klika oczywiście dziękuję.

Po przeczytaniu spalić monitor.

O! Wreszcie wpadło :)

Znasz moją opinię z bety, więc powtarzać się nie będę, ale napisze dla innych, jeśli lurkną w komentarze – ten tekst to kawał dobrego science fiction, warstwę science traktujące z szacunkiem. Zaś warstwą fiction pokazujące, że pierwszego kontaktu można użyć nie jako motywu głównego, ale również w charakterze tła dla historii, traktującej o… Starczy spoilerów ;)

A ten fragment wciąż uważam za wybitny:

A on leży u moich stóp. Poturbowany, zasmarkany, poniżony. 

Zwycięski.

Oczywiście klikam bibliotekę. A złote piórko pewnie na dniach Ci przydzielą.

 

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Raz jeszcze dzięki, Outta, za betę i dobre słowo. No i za tę zachętę dla czytelników bardzo dziękuję.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Sporo wody upłynęło w Białej (to poprawna nazwa rzeki, płynącej przez Białystok) od czasu, gdy czytałem tutaj coś równie porządnego.

Cała pisanina, co i dlaczego misię, streszczona w postaci polecenia do Biblioteki.

Pozdrawiam

 

Było dobre na becie, jest i teraz.

Tekst ma wysoki poziom wejścia i utrzymuje go do końca. Brak tu dynamizmu i scen akcji, ale nie ma też dla nich miejsca; to powolna opowieść, bardziej do smakowania niż wchłonięcia na szybko – restauracja, nie fast food ;)

Interakcja człowieka z maszyną wypada przekonująco, tak samo psychika bohatera, który nie chce i nie potrafi pogodzić się z losem. Może zazdrości maszynie, może pragnie dla niej równie okrutnego losu. Opowiadanie tak w Twoim stylu, że poznałbym nawet po anonimie ;)

Gratuluję debiutu w NF :)

Cieszę się, AdamieKB, że tekst wydał Ci się porządny i dziękuję za klika!

 

Hej, Zanaisie, raz jeszcze dziękuję za betę, dzięki rownież za miłe słowa (o tej restauracji zwłaszcza) i gratulacje. A uwagę o moim stylu biorę za dobrą monetę, bo myślę, że fajnie mieć własny styl rozpoznawalny przez czytelników :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Trafiło do biblioteki, zanim zdążyłem kliknąć. Spotkanie robot(ki) spragnionej człowieczeństwa i odrealnionego wirtualnie człowieka jest wyborne. Zainspirowało mnie by powrócić do dawno rozpoczętego opowiadania o podobnej tematyce.

Pozdrawiam

Dziękuję, Niklolzollernie, za odwiedziny, lekturę i komentarz. Fajnie, że zainspirowało do powrotu do pisanie Twojego tekstu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ciekawe, w jaki sposób było słychać na pokładzie opisywanego na początku tekstu statku kosmicznego dźwięki, na przykład silników jonowych? Hmm.. Czyżby wypełniała ten kosmiczny wehikuł jakaś atmosfera? Fale akustyczne to drgania, niektóre są przez nas, ludzi, odbierane, inne nie, ale potrzebują materii do ich przenoszenia. 

Interesująca niedoróbka narracyjna.

P:ozdrówka.

Witam, Rogerze. Przyznam, że nie rozumiem Twojego zapytania. Tak, wnętrze statku kosmicznego wypełniała "atmosfera". Myślę, że wnętrze każdego statku kosmicznego, na pokładzie którego są ludzie wypełnia mieszanka gazowa niezbędna do oddychania. Być może chodziło Ci o dźwięk silników w postaci hałasu wywołanego ich pracą (jakiegoś odrzutu na przykład) na zewnątrz, którego w próżni nie słuchać? Bo mi chodziło o dźwięki jakie mogłyby wydawać urządzenia będące częścią statku, podłączone do innych urządzeń na statku i dlatego słyszalne na jego pokładzie wypełnionym wspomnianą już "atmosferą" a przy tym pewnie przekazujące dźwięk (np. wywołany wibracjami) powstały przy ich pracy reszcie kadłuba, co również byłoby słyszalne w jego wnętrzu. Nie muszę się nawet uciekać w tej odpowiedzi do sztuczek typu "bohaterka miała masę innych, niedostępnych ludziom zmysłów".

Szkoda, że zakończyłeś lekturę na pierwszym akapicie. Pozdrawiam

Po przeczytaniu spalić monitor.

I właśnie tak w fizyce jest…

Chodziło mi o to, że narratorem w pierwszej części jest sztuczna inteligencja. No. Dla sztucznej inteligencji atmosfera wewnątrz statku kosmicznego jest niepotrzebna, prawda? Ale ona istnieje, bo dźwięki się rozchodzą.

Więc: jednym zdaniem należało zaznaczyć, że wewnątrz statku mamy atmosferę, powiedzmy, powietrze, i dlatego sztuczna inteligencja/narrator “słyszy”/odbiera/identyfikuje dźwięki. Ale nie, takiego zdania nie ma. Dla mnie błąd.

Dlatego napisałem, że jest to niedoróbka narracyjna, bo zatrzymałem się przy tych pierwszych passusach i zacząłem się zastanawiać, co się dzieje, porzucając dalsze czytanie. 

Przy okazji śmiało można powiedzieć, że korekta redakcyjna “NF” się nie popisała. Takowa chyba istnieje…

Pozdrówka.

Nie podzielam Twojej opinii, Rogerze. "Serendipity" była statkiem, który miał dostarczyć człowieka żyjącego na jego pokładzie na inną planetę, bohaterka też miała żyć w warunkach jak najbliższych tego, jak żyłby człowiek (a nie np. w próżni). Znalazłbyś to w tekście. Zresztą człowiek na pokładzie statku "pojawia się" w fabule już niedługo po wstępie, więc albo nie doczytałeś nawet do trzeciego podrozdzialiku opowiadania, (a to znaczy, że nawet nie wiesz, czy bohaterka na pokładzie była sama na początku opowiadania, ani kim była dokładnie), albo błędnie zakładasz, że statek przystosowany jako środowisko ludzkiego członka załogi, w którym miał spędzić kilkadziesiąt lat życia powinien być pozbawiony atmosfery. Podsumowując, żadnej "niedoróbki" tu nie dostrzegam. Pozdrawiam. 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ja też, szczerze powiedziawszy, nie zgadzam się z Twoją opinią, Rogerze. Nawet jeśli nie byłoby powietrza w większości statku, to praca silników powoduje drgania, które musza przenosić się po elementach konstrukcyjnych, co może objawiać się buczeniem lub zawodzeniem tam, gdzie to powietrze jest. Polecam doczytać do końca, bo naprawdę warto.

Pozdrawiam serdecznie

Q

Known some call is air am

Dołączam do tych, którzy nie widzą Twojego problemu, Rogerze. Obecność powietrza na pokładzie jest całkowicie logiczna i nie wymaga żadnego dodatkowego wyjaśnienia.

Pozdrawiam

Gratulacje bardzo dobrego opowiadania i debiutu w NF :)

Marasie, z przyjemnością dołączam do grona usatysfakcjonowanych czytelników, albowiem niezwykle spodobała mi się niespieszna, ale szalenie zajmująca historia podróży kosmicznej człowieka i jego towarzyszki-robota. Szczególnie przypadło mi do gustu, że narratorką uczyniłeś właśnie Cate.

Gratuluję złotego piórka. :)

 

Ob­ser­wu­ję w mil­cze­niu, jak zrzu­ca ubra­nia… → Ob­ser­wu­ję w mil­cze­niu, jak zrzu­ca ubra­nie

Ubrania wiszą w szafie, leżą na półkach i w szufladach. Odzież, którą ktoś ma na sobie to ubranie.

 

Wsadź sobie w syn­te­tycz­ną dupę te ra­chun­ki! – Wy­bu­cha, czer­wie­nie­jąc na twa­rzy.– Wsadź sobie w syn­te­tycz­ną dupę te ra­chun­ki! – wy­bu­cha, czer­wie­nie­jąc na twa­rzy.

 

– Zatem po­zwól, że coś za­su­ge­ru­ję. Kon­ty­nu­uję, zdej­mu­jąc z twa­rzy ka­wał­ki ma­ka­ro­nu.– Zatem po­zwól, że coś za­su­ge­ru­ję – kon­ty­nu­uję, zdej­mu­jąc z twa­rzy ka­wał­ki ma­ka­ro­nu.

 

jakiś cięż­ki przed­miot spada mi na głowę. Upa­dam. → Nie brzmi to najlepiej.

 

– To obrzy­dli­we.Stwier­dza i bie­rze za­mach… → – To obrzy­dli­we – stwier­dza i bie­rze za­mach

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cieszę się, Outta i Zanasie, że nie mieliście problemów z atmosferą na pokładzie „Serendipity”. Może gdyby Roger doczytał tekst do końca, znalazłby jakieś rzeczywiste niedoróbki (pewnie takie są) z korzyścią dla autora, bo z tych wydumanych niczego dla siebie nie wyciągnę na przyszłość.

 

Dziękuję, Edwardzie, także za betę oczywiście!

 

Raduję mnie fakt, że opowiadanie przypadło Ci do gustu, Reg, a Cate zdała mi się najlepszą kandydatką na narratora tej historii. Dziękuję za lekturę, miłe słowa i za wskazanie babolków, muszę teraz skonfrontować Twoje uwagi z tekstem w NF, bo ten tutaj jest sprzed ostatecznej korekty. Oczywiście dla komfortu czytelników portalu poprawię je tutaj. Jeśli poszły w druku, nic już nie jestem w stanie poradzić w tym temacie.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, cieszę się Twoją radością i miło mi, że mogłam się przydać. I raz jeszcze powiem, że to była bardzo satysfakcjonująca opowieść. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Gratuluję.

Nie ‘leży’ mi “horyzont ciszy”. Czytam dalej.

…stanę na powierzchni świata, z którego wysłano Inwitację. ← dlaczego nie po prostu zaproszenie?

Wciągnęło i niczego już wątpliwego nie widziałem. Niezależnie od tego, że opowiadanie zostało wydrukowane, złote pióro należy się jemu i autorowi za treść. Usatysfakcjonowany czytelnik pozdrawia Autora. :)

Dzięki wielkie, Reg! Ty się nie przydajesz, Ty jesteś wręcz niezbędna i konieczna pod tekstem na tym portalu.

 

Hej, Koalo75! Cieszę się, że „nieleżący” Ci horyzont ciszy nie odstraszył od dalszej lektury :) 

Dlaczego Inwitacja, a nie po prostu zaproszenie? Bo pomyślałem sobie, że gdyby ludzkość dostała zaproszenie od innej cywilizacji, ubrałaby je zaraz w jakieś wielkie słowo.

Fajnie, że wciągnęło. Kolejny usatysfakcjonowany czytelnik niezwykle mnie raduje. Dziękuję za lekturę i miły komentarz!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Cześć, marasie. Na wstępie ogromne gratulacje za publikację. Nie będę się mocno rozpisywał, gdyż nie jestem "fachowcem" od porządnego science fiction (sam, gdy piszę SF, raczej jest to bardzo miękkie SF, ponieważ jestem raczej technologicznym lebiodą i wolę zgłębiać inne dziedziny), a Twój tekst do takiego z całą pewnością zaliczyć trzeba. Należy jednak przyznać, że to kawał porządnego pisania, popartego dużą wiedzą. Sam motyw sztucznej inteligencji pragnącej być człowiekiem miodzio. Tekst płynie powoli jak unosząca się na spokojnym oceanie łajba, nie jak statek kosmiczny, ale podróż nią jest satysfakcjonująca, gdyż podczas tego spokojnego rejsu możemy podziwiać nietuzinkowe zdolności autora oraz ciekawą, zajmującą relację dwójki pasażerów. Pozdrawiam!

Marasie, bardzo dziękuję za uznanie – to szalenie motywujące. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witaj, Reaulc!

 

Na wstępie chciałbym Ci pogratulować srebrnego piórka, które oznacza, że zapewne już wkrótce będziesz mógł się pochwalić złotym. Dziękuję za wizytę i miły komentarz oraz gratulacje. Powyższy tekst to jak najbardziej soft SF, ja na jakieś hardy też jestem za cienki. Bardzo cieszy mnie, że wskoczyłeś na pokład mojej „łodzi” i rejs sprawił Ci frajdę. Również pozdrawiam!

 

Nie, Reg, motywujące to są ciepłe słowa od Ciebie pod opowiadaniem.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie, będziemy się kłócić, co kogo i jak motywuje? ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Możemy śmiało uznać, że motywujemy się obustronnie i z wzajemnością :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Salomon lepiej by tego nie powiedział! :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli, co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Cześć Autorze i Wszyscy,

Dłuższą chwilę mnie nie było, ale dzięki wczesnym wieczorom będę znów mieć więcej czasu na zajrzenie i skomentowanie tego i owego. 

Wchodzę więc i od razu widzę piórko. I to w SF! Nie byle co – rzuciłem się na tekst zachłannie. Napisany ciekawie, płynnie i niespiesznie prowadzi przez historię o modnym ostatnimi czasy motywie: AI. A właściwie jej interakcji z człowiekiem w odizolowanych środowisku i nieoczekiwanych tegoż konsekwencjach. Nienachalnie, acz nieodparcie nasuwa mi się skojarzenie z retro SF: humanoid z osadzoną świadomością, z rozterkami, będący opiekunem człowieka podczas rejsu kosmicznego. Tak już nieraz bywało, ale bynajmniej nie mamy tu odsmażanych ziemniaków. Przyznam, że wcześnie zatliła się w mej głowie myśl, że człowiek może nie być celem, a środkiem (wychowawczym). Myliłem się, ale chyba niecałkowicie…

Czytałem ostatnio trochę antologii anglojęzycznych i także na ich tle to opowiadanie wypada bardzo dobrze. Piórko zasłużone. Polecam.

Jednakże w kompulsywnym pędzie do udoskonalania nawet tego, co dobre, podzielę się kilkoma uwagami “racjonalizatorskimi”. Po pierwsze, cytując Alana: “Gdyby ktoś chciał kiedyś opowiedzieć o wyprawie człowieka na spotkanie z inną cywilizacją, z pewnością pominąłby ten długi i nużący fragment historii, w którym razem tkwimy.” No, może nie pominął, ale skrócił i uporządkował. Zabieg z przeskokami chronologii trochę nużył i gmatwał odbiór. Nie bardzo rozumiem dlaczego go zastosowano.

Po drugie, jak na “wiekopomne wydarzenie” wyprawa została zorganizowana nader beztrosko, prowizorycznie. Idzie mi głównie o miotającą się Cate i jej deficyty opekuńczo-wychowawcze. Co prawda pojawia się w tekście pośrednie usprawiedliwienie, ale – przyznam – nieprzekonujące: “Oczywiście takie rozwiązanie było nie do końca legalne i mocno wątpliwe z etycznego punktu widzenia. – Jednak dla najbogatszego człowieka na Ziemi, którego stać na zbudowanie statku międzygwiezdnego osiągającego jedną dziesiątą prędkości światła, żadne prawne i etyczne wątpliwości nie stanowiły problemu”.

Tyle ogólnie, a teraz garść szczegółów.

Pierwszy akapit miesza dwie narracje. Jedna romantycznie opisująca statek zbliżający się do końca podróży. Druga będąca w istocie kompletnie nieromatycznym infodumpem na temat działania androida. Nb. przeciwnikiem infodumpów nie jestem. Zwłaszcza w SF.

Statek zakończył trwające od trzynastu dekad wytracanie prędkości – albo coś trwa od trzynastu dekad (i nadal trwa, bo domyślna pętla "do" pozostaje otwarta), albo trwało przez trzynaście dekad (i już nie trwa)

złocistych, wirujących obiektów – "obiekt" to bardzo ogólne pojęcie. Jak wyobrazić sobie "obiekt"?

a ja zamykam oczy i sięgam w głąb siebie – ależ antropomorfizm! Pewnie z ich powodu nasunęło się skojarzenie z retro.

Zaskoczył mnie bolesny ucisk w piersi. Jakby skurcz serca, którego nawet nie posiadam. Wydarł z gardła nieludzki szloch – tu także jakoś tak retro. Ma pamięć ciała i narządów bez tych narządów?

zamknięte w komorze VL – nigdzie nie ma rozwinięcia skrótowca. A chociaż raz by się przydało.

wybranego do misji na Agef 2 przez Verna Rossa – co prawda pod koniec wyjaśnia się zgrubnie kto to ten Vern, ale tak ważną osobistość chciałbym poznać wcześniej.

Wybudzam się z fantomowych snów – nadmiarowość. Czy sny mogą być niefantomowe?

snów w samym środku pokładowej nocy – Antropomorfizacja, tym razem fizjologiczna. Cykl dobowy u androida?

Korzystam z czujników chemicznych, temperatury, ruchu i już po chwili odnajduję Alana na dolnym pokładzie w przedsionku reaktora – Cate posługuje się tylko analogami zmysłów ludzkich? Nie wykorzystuje jakiegoś rozszerzenia sensorycznego, czy też podłączenia do czujników pokładowych? Zrozumiałem to tak, że dokonuje odczytu czujników z jakiejś konsoli. Dlatego m.in. wizja opowiadania z deczka trąci myszką.

Wyłączam rozpraszający alarm, by w spokoju ocenić sytuację – Dlaczego dopiero po dotarciu na miejsce? Przecież już wypełnił funkcję budząc androida. A nikogo innego nie trzeba było alarmować. Swoją drogą, dlaczego android nie został wybudzony np. przez radiowe API?

Mogłabym wezwać serwitory, ale sama dezynfekuję rany na przegubach Alana – w sytuacji ratowania życia wezwałbym serwitory w chwili, gdy znalazłbym Alana. Zapewne przybyłyby szybciej niż Cate. Zawsze życie i zdrowie ratuje się bezzwłocznie, najszybszym dostępnym sposobem.

łańcuszek z diamentem, który posłużył za ostrze – wątpię czy diament w łańcuszku, czyli malutki, może posłużyć do rozcięcia skóry. Później wyjaśnia się, że to lonsdaleit, ale ten występuje w postaci mikrokryształów, więc wisiorek nie byłby monolityczny. Jeszcze później się wyjaśnia, że w gruncie rzeczy Alanowi nie szło o skuteczne samobójstwo. Hm, mimo to jakoś powątpiewam w drapanie skóry tępym wisiorkiem aż do stanu zagrożenia życia.

Nic dziwnego, że nie chciałam tego pamiętać. – Hmm, opiekunka tak robi? Jeden z przykładów ilustrujących niedoskonałości Cate w tej roli.

Naprawdę nie mam pojęcia, co siedziało w głowach tych specjalistów i jakie mieli kompetencje, ale nie przewidzieli bardzo prawdopodobnych konsekwencji takiej kumulacji nieszczęść – rzeczywiście dość beztrosko sobie poczynali. Wspominałem już o tym: wyprawa na stulecia, budżety, komitety, a rzucali kostką?

college – SJP PWN zawiera już "koledż". Choć ja i tak bym napisał "szkołę".

wirtualna cząstka w parze z antycząstką, łamiąc na niewyobrażalnie krótką chwilę zasadę zachowania energii – takie cząstki nie łamią zasad zachowania na https://pl.wikipedia.org/wiki/Cz%C4%85stka_wirtualna

 

Zaciskam dłonie i milczę, patrząc mu prosto w oczy, żeby mógł się przyjrzeć, jaką sprawił mi przykrość.

Dwoje! Jest nas dwoje! Chętnie powtórzyłabym swoją odpowiedź, ale tylko zaciskam dłonie i milczę, patrząc mu prosto w oczy, żeby mógł się przyjrzeć, jaką sprawił mi przykrość – chyba niecelowe powtórzenie?

Nie było takiej potrzeby. Poza tym zostałam aktywowana trzy godziny przed rozpoczęciem procesu dekrio twojego zarodka – czyli jednak nie było żywej istoty na pokładzie przez najprawdopodobniej większą część podróży – to w kontekście wcześniejszych postów o atmosferze i rozchodzeniu się dźwięków. Nb. dźwięki mogą się też rozchodzić po konstrukcji statku. Ale w gruncie rzeczy istnienie atmosfery w trakcie bezzałogowej części lotu niczemu nie przeszkadza.

sięgam do butli z wodorem stojącej u stóp Alana i zakręcam zawór. Jednocześnie nakazuję „Serendipity” zwiększenie zawartości tlenu – Wodór nie jest toksyczny, więc jeśli chciał spowodować eksplozję, to zwiększenie zawartości tlenu akurat zwiększy ryzyko zapłonu. W pewnych proporcjach mieszanki wodór+tlen zapłon może nastąpić nawet pod wpływem światła.

Inna sprawa, to dostęp Alana do zaplecza technicznego, niebezpiecznych przedmiotów i substancji. Na statku zdolnym do podróży międzyukładowych raczej by nie zabrakło zamykanych włazów lub drzwi.

Szum aparatury medycznej oraz ciche bzyczenie serwitorów wypełniają zagracone pomieszczenie a w powietrzu czuć intensywny i przykry zapach starości – brakuje przecinka przed "a"

statku pogrążonymi w kolorze sepii – wyczuwam, że lubisz ten odcień. A właśnie, wyciąłbym słowo "kolorze". "W sepii", jak np. "w czerwieni".

W głąb mnie zapuszczają się zimne szpikulce obcych i niezrozumiałych kodów nadawanych w pełnym spektrum fal elektromagnetycznych – hmm… kod to nie to samo, co sygnał.

Serdecznie pozdrawiam z Bladobłękitnej Kropki, तारान्तरयात्री [tɑːrɑːntərəjɑːtri]

Dzięki, Reg!

 

 

Witam, Tārāntarayātrī. Twoje uwagi zawsze w cenie! Dziękuję za tak rozbudowany i szczegółowy komentarz oraz masę ciekawych uwag. Odniosę się do części z nich, tych najistotniejszych z mojego punktu widzenia. Nie skomentuję odniesień/zarzutów do „retrowatości” tekstu, bo owszem, jest to bardzo oldskulowy tekst i jest mi z tym bardzo dobrze :). To przecież cały ja! Jest też kilka uwag typu: Ty, Tārāntarayātrī, byś to widział inaczej, do których też nie ma sensu się odwoływać, bo ja widziałem to inaczej itd.

 

Nienachalnie, acz nieodparcie nasuwa mi się skojarzenie z retro SF […] Tak już nieraz bywało, ale bynajmniej nie mamy tu odsmażanych ziemniaków. 

Mam nadzieję!

 

Myliłem się, ale chyba niecałkowicie…

Nie zaprzeczam, nie potwierdzam.

 

Czytałem ostatnio trochę antologii anglojęzycznych i także na ich tle to opowiadanie wypada bardzo dobrze. Piórko zasłużone. Polecam.

Bardzo mi miło. 

 

No, może nie pominął, ale skrócił i uporządkował. 

Dla mnie jest w sam raz. Przyznasz, że to kwestia gustu.

 

Zabieg z przeskokami chronologii trochę nużył i gmatwał odbiór. Nie bardzo rozumiem dlaczego go zastosowano.

Z kilku powodów. Jeden w ważniejszych jest taki, że nie chciałem spalić tajemnicy opóźnienia lotu.

 

Po drugie, jak na „wiekopomne wydarzenie” wyprawa została zorganizowana nader beztrosko, prowizorycznie. Idzie mi głównie o miotającą się Cate i jej deficyty opekuńczo-wychowawcze. 

Bohaterowie też to zauważyli. Pretensje proszę zgłaszać do tego psychopaty Verna Rossa.

 

Co prawda pojawia się w tekście pośrednie usprawiedliwienie, ale – przyznam – nieprzekonujące.

Mam też liczniejsze, jak dotąd, głosy przekonanych czytelników, więc zostawmy ten temat.

 

Pierwszy akapit miesza dwie narracje. Jedna romantycznie opisująca statek zbliżający się do końca podróży. Druga będąca w istocie kompletnie nieromatycznym infodumpem na temat działania androida. Nb. przeciwnikiem infodumpów nie jestem. Zwłaszcza w SF.

Zatem gdzie minusy? ;)

 

złocistych, wirujących obiektów – "obiekt" to bardzo ogólne pojęcie. Jak wyobrazić sobie "obiekt"?

Mam wrażenie, że jeśli coś wygląda obco i dziwnie, i jest obiektem, to najlepiej nazwać to obiektem.

 

zamknięte w komorze VL – nigdzie nie ma rozwinięcia skrótowca. A chociaż raz by się przydało.

Masz rację, pewnie by się rzeczywiście przydało, założyłem, że czytelnik łatwo to skojarzy z Virtual Life. Ja zawsze wierzę w czytelnika :)

 

wybranego do misji na Agef 2 przez Verna Rossa – co prawda pod koniec wyjaśnia się zgrubnie kto to ten Vern, ale tak ważną osobistość chciałbym poznać wcześniej.

To ju zależy od preferencji. Ja takiego typa nie chciałbym wcale poznawać ;)

 

łańcuszek z diamentem, który posłużył za ostrze – wątpię czy diament w łańcuszku, czyli malutki, może posłużyć do rozcięcia skóry. Później wyjaśnia się, że to lonsdaleit, ale ten występuje w postaci mikrokryształów, więc wisiorek nie byłby monolityczny. Jeszcze później się wyjaśnia, że w gruncie rzeczy Alanowi nie szło o skuteczne samobójstwo. Hm, mimo to jakoś powątpiewam w drapanie skóry tępym wisiorkiem aż do stanu zagrożenia życia.

Widziałem na zdjęciach spore kawałki tego kryształu i nigdzie nie napisałem, że był malutki. Wiedziałem również (oczywiście też na zdjęciach) te kryształy w różnych kształtach, także z dosyć ostrymi krawędziami.

 

Naprawdę nie mam pojęcia, co siedziało w głowach tych specjalistów i jakie mieli kompetencje, ale nie przewidzieli bardzo prawdopodobnych konsekwencji takiej kumulacji nieszczęść – rzeczywiście dość beztrosko sobie poczynali. Wspominałem już o tym: wyprawa na stulecia, budżety, komitety, a rzucali kostką?

To jest misja/inicjatywa prywatna. Coś jak Musk i Mars, albo S.R. Hadden z „Konatktu” Sagana, tyle że tamci nie są/nie byli takimi psychopatami jak Ross. 

 

Zaciskam dłonie i milczę, patrząc mu prosto w oczy, żeby mógł się przyjrzeć, jaką sprawił mi przykrość.

Dwoje! Jest nas dwoje! Chętnie powtórzyłabym swoją odpowiedź, ale tylko zaciskam dłonie i milczę, patrząc mu prosto w oczy, żeby mógł się przyjrzeć, jaką sprawił mi przykrość – chyba niecelowe powtórzenie?

Powiem tak… To jest jakaś masakra, że to przeszło i poszło w druku, więc teraz patrząc z aktualnej perspektywy, gdy tekst już został wydrukowany, mogę tylko powiedzieć, że to było jak najbardziej zamierzone powtórzenie i nie zmienię zdania nawet poddany wymyślnym torturom. W sumie to powtórzenie mi się nawet podoba ;) . 

 

Ale w gruncie rzeczy istnienie atmosfery w trakcie bezzałogowej części lotu niczemu nie przeszkadza.

Też tak uważam :) . Alan miał być obudzony i spędzić dorosłe życie na pokładzie statku, więc był on przystosowany dla człowieka. Poza tym Cate miała żyć możliwie podobnie, jak żyłby człowiek na pokładzie statku. Pierwszy akapit, o którym była dyskusja, dzieje się po śmierci Alana i nie widziałem powodu, dla którego atmosfera miałaby być usunięta ze statku.

 

 Wodór nie jest toksyczny, więc jeśli chciał spowodować eksplozję, to zwiększenie zawartości tlenu akurat zwiększy ryzyko zapłonu. 

Chodziło o stężenie wodoru, które w połączeniu z tlenem w odpowiednich proporcjach daje mieszankę wybuchową, którą łatwo „odpalić”. Mój sprytny (jak mi się wydawało) pomysł polegał na szybkim rozcieńczeniu zwartości wodoru w pomieszczeniu poprzez dodanie sporej ilości tlenu, aby stężenie wodoru zostało gwałtownie obniżone, ale słyszałem też opinię, że lepiej byłoby np. wpuścić tam szybko więcej azotu. Być może mój pomysł skończyłby się katastrofą, ale nie znalazłem jednoznacznych odpowiedzi na ten temat.

 

W głąb mnie zapuszczają się zimne szpikulce obcych i niezrozumiałych kodów nadawanych w pełnym spektrum fal elektromagnetycznych – hmm… kod to nie to samo, co sygnał.

Tak. Obcy wysyłali do niej kody (kombinacje sygnałów) zapisane na wiele sposobów. Takie tam próby nawiązania kontaktu maszyny z maszyną.

 

Raz jeszcze dziękuję za ten zacny komentarz!

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Delikatne tąpnięcie podłogi potwierdza, że „Serendipity” wyłączyła ciąg główny. Teraz, daleko na horyzoncie zalegającej na obu pokładach ciszy, słychać jedynie słabe zawodzenie jonowych silników manewrowych i przytłumione buczenie generatora sztucznej grawitacji

Mam jakieś mgliste wrażenie, że to będzie opowiadanie science-fiction. :P

Dlatego specjalny algorytm układu nadrzędnego losowo wymazuje starsze wspomnienia i ich echa, naśladując zawodną pamięć człowieka.

Powinien jeszcze zniekształcać dane i łączyć jedne wspomnienia z drugimi. Do tego najważniejsze obliczenia dokonywać powinien bez wiedzy robota(?). Wtedy byłby to jakiś obraz bulgoczącego chaosu w naszych głowach.

Gdy Alan rozluźnia palce, wyjmuję z jego dłoni łańcuszek z diamentem, który posłużył za ostrze.

Przecięcie sobie żył łańcuszkiem wymagałoby ogromnej determinacji. Podobnie diamentem. Jasne, wiem, najtwardszy kamień, tnie szkło – ale co innego przeciąć taflę szkła, a co innego elastyczną skórę. Musiałby mieć – ten diament – nieźle zaostrzoną krawędź.

Tam mam prawdziwą rodzinę. Lepszej nie będę miał i nigdy nie miałem. Wolę spędzić resztę życia odwiedzając ich puste groby niż marnować kolejny dzień z tobą. 

W sumie… to warte rozważenia.

Czy jakkolwiek pojmowana “autentyczność” stwierdza wyższość danych odczuć, wrażeń, wspomnień nad tymi wygenerowanymi komputerowo. Zdaje mi się, że to rozgraniczenie, które zniknie w umysłach naszych wnuków albo prawnuków.

W ostatnich lata podciągnął się w kilku kwestiach

Literówka.

co uszkodziła tępa krawędź diamentu

To jak on sobie tym żyły podciął?

Vern Ross osiągnął wyższy szczebel ewolucji człowieka. Był świadomym psychopatą

Czyli w takim kierunku zmierzamy.

Obcy świat jest na wciągnięcie ręki

Literówka.

A więc tak to się zaczyna. W obliczu tych wszystkich niezwykłych chwil, które już wkrótce odzyskam, bledną nagle cuda obcego świata.

Czytałem już kiedyś to opowiadanie, ale dopiero teraz przyszła mi do głowy możliwa interpretacja jego zakończenia – maszyna odnajduje piękno w biologicznym życiu. Czy będzie chciała je rozwijać pod swoim protektoratem? To pytanie, na które mógłbyś odpowiedzieć, potrafisz, chętnie przeczytam.

 

Dobra robota i gratulacje!

Spokojnie. Tak naprawdę mnie tu nie ma.

Przeczytałem wersję papierową, ale nie podzieliłem się opinią, więc nadrabiam ;)

 

Interesujące opowiadanie, choć zastanawiam się, czy w wersji skróconej nie było lepsze – bo jednak trochę się powtarzasz w tych wywodach. Zbyt wiele masochizmu Alana, rozterek, które właściwie prowadzą donikąd. Jest to oczywiście psychologicznie wartościowe i interesujące, czytelnicy ceniące sobie taką literaturę z pewnością będą ukontentowani.

Podobało mi się, że wziąłeś na tapetę okres podróży kosmicznej, który zwykle jest pomijany, jako ten najnudniejszy. Nie postawię “Drugiego człowieka” obok “Non stop” Aldissa, ale to jednak teksty innego nurtu.

Mam też pewne wątpliwości koncepcyjne. Niezbyt kupuję całą tę inwestycję i jej realizację. Mówiąc dosadnie – każdy człowiek dostałby pierdolca w takich warunkach, więc nie przysłużyłby się ani jako ambasador, ani nauczyciel/towarzysz dla AI. A przy takiej misji, takich włożonych w nią pieniądzach, wszystko powinno być dopięte na ostatni guzik. Program szkoleniowy skwitowałeś:

Naprawdę nie mam pojęcia, co siedziało w głowach tych specjalistów i jakie mieli kompetencje, ale nie przewidzieli bardzo prawdopodobnych konsekwencji takiej kumulacji nieszczęść.

Wydaje mi się to po prostu dość wygodnym rozwiązaniem fabularnym, a tego przecież potrzebowałeś, by wyjaśnić zachowanie Alana.

Na koniec jeszcze słowo o zaburzonej chronologii – ja to kupuję. Zwykle w takich sytuacjach gubię się bez reszty (prosty człowiek ze mnie ^^), ale u Ciebie wszystko rozumiałem, więc zrobione umiejętnie.

 

Ach, no dobra, jedno mi umknęło (aczkolwiek mam domysł), więc byłbym wdzięczny za podpowiedź – co się stało z pozostałymi zarodkami na pokładzie?

 

Tyle ode mnie, pzdr.

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

Dobre. Podobało się. Byłoby super odchudzone o 10 procent z zapętleń. Dynamiczniejsze. Ale i tak warte piórka.

Już tylko spokój może nas uratować

Dobre. Podobało się. Byłoby super odchudzone o 10 procent z zapętleń. Dynamiczniejsze. Ale i tak warte piórka.

Już tylko spokój może nas uratować

Tutaj masz, Primagenie, ten fragment, który Ci umknął:) No, powiedzmy, że masz, że to ten fragment i że on umknął;)

Uczucie, jakie pojawia się w chwili, gdy dokonuję wyboru, trudno opisać. Od tej pory ten jeden zarodek stanie się moim oczkiem w głowie. Nadaję mu imię Alan, bo po prostu wiem, że ma się nazywać Alan.

 

To mogło być naprawdę piękne wspomnienie i pozbyłam się go z żalem. Nie chciałam pamiętać, co zrobiłam z pozostałymi zarodkami.

 

 

Known some call is air am

Cześć, Marasie!

Przeczytałam chwilę temu i powracam teraz. Przyznaję, że chciałam sprawdzić, czy tekst zostanie na dłużej w mojej głowie. Okazuje się, że: tak, ale

Ale nie tak wyraźnie, jakbym sobie życzyła.

 

Motyw “pary człowieka i robota” dawno już przerobiono (przemielono?) na przyjemną i łatwo dostępną przekąskę (korzystając z analogii jedzenia), którą nie bez powodu unieśmiertelniono, jest bowiem dobra: robot mierzy się z wcale nie zerojedynkową problematyką robotycznej natury, a człowiek-filozof duma nad tym, czym jest człowieczeństwo. Było, jest i będzie. Był Dick, Asimov, Lem, jest Obcy, będą kolejne gry, filmy, opowiadania…

Przez cały czas zastanawiałam się, czy (i kiedy) porzucisz ten schemat lub przejmiesz stery z rąk autopilota, by nie skręcał zbytnio w stronę kliszy.

Wydaje mi się, że jako tło dla opowiadania i moc wyjściowa jest całkiem w porządku – pewna uniwersalność to as z rękawa doświadczonego pisarza, który ułatwia czytelnikowi zanurzenie się w świecie przedstawionym i zapewnia komfort zrozumienia, o co chodzi, w kontekście głównej linii fabularnej. Tylko. Mój problem polega na tym, że fabuła jest sama w sobie równie schematyczna i pospolita, co obsadzone role: znużonego, przegranego człowieka i walczącego o zwycięstwo robota, zdołowanego swoją rolą narzędzia do naprawy ludzkich błędów. Fabuła jest słusznie wzbogacona dodatkami i zacnie przyprawiona (kontynuując analogię jedzeniową) dylematem Cate-Jane; zgrabną, momentami bardzo celną narracją (lecz momentami zdecydowanie przegadaną – o tym później); i, co najbardziej doceniam, bogatą warstwą science. Nie wątpię, że sama terminologia i zbudowany z jej pomocą klimat jest gratką do poczytania dla czytelników łaknących tego rodzaju przyjemności, dodatkowo okraszoną stylem retro wyżej wymienionych klasyków. Samo wierne odwzorowanie tej nostalgii zasługuje na pochwałę. Przyznaję, że sama lubię styl retro. Lecz lubię go zmieszanego z czymś więcej – jak z dobrym remake’m, który nie tylko miło połaskocze w te same miejsca, co oryginał, ale wciąż potrafi zaskoczyć, dostarczyć nowych emocji, wypełnić pustkę melodią lub zagłuszyć nią niedociągnięcia czy przedawnienia. Nie sugeruję tutaj oczywiście, że tekst miałby być jakąś manifestacją lub produktem czegoś; jest przede wszystkim formą rozrywki, i tak, pewnej rozrywki dostarcza.

Na plus na pewno minimalizm: duet dopełniających się postaci oraz dobra klaustrofobiczna atmosfera statku.

 

Co do narracji – monotonia scen jest moim zdaniem na tyle potrzebna, że opisane wydarzenia mają być monotonne. To podróż przez przerażającą przestrzeń kosmiczną, której nikt nie spędza przyjemnie, podczas której bohaterowie i czytelnik męczą się na tyle, by z niecierpliwością oczekiwać końca. A gdy koniec następuje, mają poczuć ulgę. Ta swoista gra emocjami to konieczny szantaż w tak ułożonej chronologii. Widać, że tekst jest przemyślany.

 

Jako że nieco znużyła mnie etyczna kwestia hodowania ludzi, dużo bardziej zaciekawiło mnie końcowe dotarcie do celu i konfrontacja z obcymi. Przyznam, że spodziewałam się zaciemnienia kamery. Albo jeszcze gorzej, sztampy – obcy to obcy, a człowiek wcale nie pojmie przedstawionej sytuacji. Jednak narratorem nie jest człowiek, i tym błyszczy końcówka. Przyznam – choć konfrontacja była streszczona – jest satysfakcjonującą kulminacją warstwy fiction, szczególnie ze względu na bezstronność i redukcję warstwy emocjonalnej. Gdzie mimo swoich pragnień o byciu człowiekiem, analityczna maszyna przejmuje kontrolę. Scena jest zdecydowanie najbardziej wyrazistym i „wyróżniającym się” elementem w tekście. To na pewno zapamiętam – lubię cosie, które mnie zastanawiają, dają początek myśli (niekoniecznie twórczej). Ale mimo powyższego: szkoda, że jest tylko jedna taka scena.

 

Najsłabiej w opowiadaniu wypada, imo, tytuł ;) Dlaczego nie po prostu: „Serendipity”?

Btw, samo pojęcie jest na tyle ciekawe, że (kto do tej pory się z nim nie spotkał) polecam zerknąć na objaśnienie, choć polska Wikipedia niezupełnie jest satysfakcjonującą wykładnią wiedzy na ten temat, ale może być dobrym wejściem do tej rabbithole ;)

Pozdrawiam i gratuluję publikacji!

 

Hej, Geki! Oczywiście mi tu komentujesz, żebym napisał komentarz pod Twoim opowiadaniem, a ja tu tylko przelotem jestem. Cóż, chyba będę musiał zrobić wyjątek. Faktyczny obraz bulgoczącego chaosu w naszych głowach to byłby strasznie długi opis i pewnie zupełnie niezrozumiały. Serio oglądałem te kryształy, bo już w redakcji pytała o to samo Ninedin. Jak chcesz się bardzo okaleczyć, ale tak, żeby to miało symboliczne znaczenie dla kogoś innego, to dasz radę takim kryształem bez problemu. Oczywiście masz rację, pochodzenie bodźców dostarczanych do naszego mózgu nie ma większego znaczenia w sumie dla samego mózgu. Od dawna wystarczy np. popieścić prądem tu i tam i są efekty.

Dzięki za wyłapanie literówek, kurde, sprawdziłem i obie poszły niestety w publikacji.

Dziękuję serdecznie za wizytę, lekturę i ciekawe uwagi. „Maszyna" była niewątpliwie zachwycona życiem, ale pozostawię ją w tym zachwycie, bo powrotu do tej historii nie przewiduję.

 

Witam, CountPrimagena i na wstępie gratuluję publikacji w NF!

Znam dobrze kilku zwolenników skracanie wszystkiego, ale widziałem też w NF opowiadania na 100 tysięcy znaków i tam to dopiero był lament, jakie to długie. A moje ma dokładnie tyle stron co Twoje, więc jestem pewny, że i Ty będziesz czytał jakieś opinie, że można je było skrócić :). Jak słusznie zauważyłeś, pewnie będą i tacy, dla których będzie w sam raz, albo wręcz za krótkie. Bo obaj wiemy, że nigdy nie zadowoli się wszystkich.

Co do misji. Tak, tego potrzebowałem, tak to sobie wyobraziłem i nad konsekwencjami takiej wyprawy się chciałem pochylić. Może trochę ekstremalnej z naszego punktu widzenia, ale jestem przekonany, że mój bogacz nie jest najbardziej ekstrawaganckim i pokręconym bogaczem w fantastyce, literaturze a pewnie i w historii. Fajnie, że pomieszanie chronologii Tobie przypasiło, bo był tu głos, że nie pasi, a w becie miałem, że pasi itd. I znów wracamy do stwierdzenia, że nie da się zadowolić wszystkich, podobny dwugłos miałem w sprawie warunków misji i psychopaty, który za nią stał. Co do pozostałych zarodków, to myślę, że Cate je po prostu zniszczyła, wykazując się nie po raz ostatni „nieprzewidywalnością". Wybrała sobie jednego Alana i zajęła się jego wychowywaniem.

Dzięki za lekturę i ciekawe uwagi!

 

Hej, Rybaku3!

Cieszę się, że się podobało i wydało interesujące. Na 10% odchudzanie to ewentualnie bym przystał pod kątem dynamiki. Ale ja zawsze mam za dużo materiału i potem odchudzam, więc w mojej opinii to jest już odchudzone. Dzięki za lekturę i miłe słowo.

 

Witam również Żongler. Akurat skończyłem pisać odpowiedź dla poprzednich komentujących, gdy wpadł taki długi komentarz od Ciebie, więc będę go musiał na spokojnie ogarnąć w kolejnym podejściu.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Popełnię świadomie portalowe wykroczenie i wkleję komentarz pod komentarzem, żeby Żongler zauważyła, że odpowiedziałem na jej komentarz.

 

Hej, Żongler! Miło, że zajrzałaś.

 

Ale nie tak wyraźnie, jakbym sobie życzyła.

Mnie satysfakcjonuje, że coś zostało, chociaż podobno wszystko, co zostało wypowiedziane przed „ale”, nie ma żadnego znaczenia.

 

Motyw „pary człowieka i robota” dawno już przerobiono (przemielono?) na przyjemną i łatwo dostępną przekąskę (korzystając z analogii jedzenia), którą nie bez powodu unieśmiertelniono, jest bowiem dobra: robot mierzy się z wcale nie zerojedynkową problematyką robotycznej natury, a człowiek-filozof duma nad tym, czym jest człowieczeństwo. Było, jest i będzie. […] Przez cały czas zastanawiałam się, czy (i kiedy) porzucisz ten schemat lub przejmiesz stery z rąk autopilota, by nie skręcał zbytnio w stronę kliszy.

Próbowałem coś w tym kociołku zamieszać i spojrzeć na trochę inny układ. Maszyna nie jest do końca maszyną, a jej dylematy nie dotyczą tylko człowieczeństwa, ale też tożsamości, bo być może najpierw swoje człowieczeństwo utraciła, a teraz chce je z powrotem odzyskać. Z kolei człowiek jest tutaj postawiony przed własnymi dylematami i ma dylematy maszyny w głębokim poważaniu. Itd.

 

Mój problem polega na tym, że fabuła jest sama w sobie równie schematyczna i pospolita, co obsadzone role: znużonego, przegranego człowieka i walczącego o zwycięstwo robota, zdołowanego swoją rolą narzędzia do naprawy ludzkich błędów. 

No właśnie mam nadzieję, że jest w moim opowiadaniu nieco więcej. I nie jest tak schematycznie i pospolicie, jak to odbierasz, chociaż oczywiście masz prawo do takiej opinii. Mnie cieszyły pytania czytelników, czy Cate odtwarza swoje utracone wspomnienia po raz pierwszy? Czy potwierdza swoje człowieczeństwo, czy nie potwierdza, kolejno odhaczając punkty, które wspominał Alan: kłamstwo, współczucie, miłość, zabójstwo itd.? Czy na to człowieczeństwo zasługuje, wcielając się w matkę? Czy okazała litość, czy była tylko bezduszną egoistką? Ratowała życie Alana, czy wydłużała jego piekło? Albo czy Alan jest, jak piszesz, po prostu przegrany, czy może przechodzi fazy buntu, wyparcia, akceptacji itd. aż do oszukanej (ale zarazem spowodowanej ludzkim gestem) nagrody w postaci fałszywego lądowania itd. I czy to nie jakaś alegoria naszego życia? Itd.

 

dodatkowo okraszoną stylem retro wyżej wymienionych klasyków. Samo wierne odwzorowanie tej nostalgii zasługuje na pochwałę. Przyznaję, że sama lubię styl retro. Lecz lubię go zmieszanego z czymś więcej – jak z dobrym remake’m, który nie tylko miło połaskocze w te same miejsca, co oryginał, ale wciąż potrafi zaskoczyć, dostarczyć nowych emocji, wypełnić pustkę melodią lub zagłuszyć nią niedociągnięcia czy przedawnienia.

Tak, retro to cały ja. Nie wyzbędę się tego oldskulowego sznytu, bo go lubię. Ale miałem nadzieję, którą podtrzymywali w swoich głosach inni czytelnicy, że właśnie korzystając z arsenału retro, coś tam nowego i od siebie przemyciłem. Skoro uważasz inaczej, to znaczy, że udało się tylko częściowo, lub wcale z Twojego punktu widzenia. Takie porażki wliczone są w ryzyko, bo nie ma szans zadowolić wszystkich.

 

Ale mimo powyższego: szkoda, że jest tylko jedna taka scena.

Miałem nadzieję, że ze dwie się chociaż takie znajdą ;) A tak serio, to powiem szczerze, że od innych czytelników nie miałem żadnych głosów na temat zakończenia, a jeśli im się coś jakoś szczególnie podobało to zupełnie inne fragmenty opowiadania. Jak widać, nie ma reguły.

 

Najsłabiej w opowiadaniu wypada, imo, tytuł ;) 

A widzisz. Tytuł jest bardzo ważny, bo nie chodzi tutaj tylko o pytanie, czy na pokładzie był jakiś drugi człowiek, czy może jednak był tylko jeden, ale również o to, co się w tym czasie wydarzyło na Ziemi. Dla mnie ten tytuł dopowiada treść tekstu. 

 

Dlaczego nie po prostu: „Serendipity”? 

To jest już moje drugie opowiadanie, w którym statek kosmiczny nazywa się „Serendipity” i właściwie to ukradłem nazwę z tamtego drugiego opowiadania, bo to się miało ukazać jako pierwsze, a nazwa bardzo mi się podoba, ma super znaczenie i tutaj też pasowała.

 

Dziękuję, Żongler, za lekturę tekstu, obszerny i ciekawy komentarz oraz wszystkie uwagi. Cieszę się, że jakieś plusy mimo wszystko znalazłaś. Każdy nowy czytelnik jest na wagę złota, każda uwaga cenna. Po to m.in. wrzuciłem opowiadanie na portal (poza tym, że miałem kiedyś cel, żeby dostać siódme piórko, ale złote), żeby mnie tu przejechali i zwalcowali porządnie, bo na LC wpadły pozytywne opinie, które mogły uśpić moją czujność i dodać +6 do Pychy i +4 do Samozadowolenia. Kubełek zimnej wody zawsze się przydaje.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Czy od razu zimna woda? Chyba najwyżej letnia, Marasie ;)

 

No właśnie mam nadzieję, że jest w moim opowiadaniu nieco więcej. I nie jest tak schematycznie i pospolicie, jak to odbierasz, chociaż oczywiście masz prawo do takiej opinii. Mnie cieszyły pytania czytelników, czy Cate odtwarza swoje utracone wspomnienia po raz pierwszy? Czy potwierdza swoje człowieczeństwo, czy nie potwierdza, kolejno odhaczając punkty, które wspominał Alan: kłamstwo, współczucie, miłość, zabójstwo itd.? Czy na to człowieczeństwo zasługuje, wcielając się w matkę? Czy okazała litość, czy była tylko bezduszną egoistką? Ratowała życie Alana, czy wydłużała jego piekło? Albo czy Alan jest, jak piszesz, po prostu przegrany, czy może przechodzi fazy buntu, wyparcia, akceptacji itd. aż do oszukanej (ale zarazem spowodowanej ludzkim gestem) nagrody w postaci fałszywego lądowania itd. I czy to nie jakaś alegoria naszego życia? Itd.

 

Tak, tylko te pytania będą zawsze, są na tyle ogólne, że osadzone w konwencji, są wręcz nierozdzielną częścią fundamentów. Wynikają samoistnie z relacji „robot-człowiek”. W sensie: są poruszone tak czy siak, wprost lub pośrednio, samym pojawieniem się w tekście tego zestawienia. Wydaje mi się, że odpowiedź leży przede wszystkim w konkretnym podejściu autora. Czy obrał jakąś stronę, czy tekst to próba polemiki, czy też jest to pytanie rzucone do otwartej sali, byleby tylko zostało rzucone.

Nie wiem, czy dobrze opisuję, co mam na myśli. Nie mam na celu spłycenia powyższych; są to ważne i ciekawe pytania. Czy zastanawiałam się nad nimi podczas lektury? Myślę, że moje wnioski były dość ogólnikowe, klasyczne właśnie. Na koniec robot zostaje robotem, a człowiek człowiekiem.

 

W tej historii, imo, najciekawiej wypada metafora piekła “wiecznego powrotu” i hm, pewna utylitarna okrutność. Dopatrzyłam się też interpretacji statku-matki jako metafory ciąży i dorastania/dojrzewania, w każdym tego słowa znaczeniu (fizycznym i psychicznym). Tylko to wszystko jest w miarę subiektywne. To niekoniecznie znaczy, że taka metafora była celowo zasiana w tekście. I nie sugeruję tutaj, że każda przygoda w kosmosie musi być obowiązkowo wielowymiarowym studium nad człowieczeństwem, szczególnie jeśli autor pisze przygodówkę sci-fi, nie traktat filozoficzny – i nawet jeśli takie pytania pojawiają się samoistnie podczas czytania.

 

Wydaje mi się, że melancholia i, powiedzmy, psychiczna filigranowość Cate/Jane pasuje jak ulał do klasycznych dylematów sci-fi (czym jest tożsamość, dusza, itd.) i to jest poniekąd to retro; jednakże była tu również okazyjna furtka dla groteski i horroru wypaczonego rodzicielstwa, do mocnego podjęcia decyzji, jednoznaczności. Wydaje mi się, że te „mocniejsze” motywy wciąż tkwią tuż pod powierzchnią, mimo krwawych scen w tekście. Pewnym przedawnieniem (? „sztampa” może jest lepszym słowem) postaci kobiecych jest to, że baba chodzi i smęci, jest wiecznie zagubiona i pełna refleksji, ale ostatecznie pozostaje bierna wobec swojej roli i misji. Zatem melancholijna kobieta-android łatwo wpada w kliszę – o to mi mniej więcej chodzi – szczególnie w odniesieniu do roli matki Alana, być może trochę krzywdzi fajny potencjał jej postaci. A może właśnie taki dokładnie był Twój zamiar, aby taka była ta postać. Jeśli chcesz mojej opinii – myślę, że dobrym posunięciem byłoby właśnie wyrwanie jej z tej kliszy. Jednak to wyłącznie moje zdanie, i może lekki wgląd w to, jak widzę tekst. Rozumiem jednak zwycięstwo strony retro ;)

mr.marasie, staram się unikać opisywania tego, jak (inaczej) bym coś widział. Opisałem to, co wg mnie jest lub nie jest prawdopodobne lub racjonalne. Ale, jak widać, nie zawsze przekaz oddaje intencje. Jako jego autor jestem odpowiedzialny za podanie go w jak najczytelniejszej formie. Ciągle się uczę dawać informację zwrotną.

Pierwszy akapit miesza dwie narracje. […]

– Zatem gdzie minusy? ;)

Da się budować mieszając Lego Technics z Lego Duplo, ale bardziej będą pasować do siebie klocki z jednej serii, np. samochód wyjdzie bardziej “samochodowy” z Technics, a dom – analogicznie – z Duplo. Wybacz tą metaforę, jakoś natrętnie się wepchnęła. Po prostu obie części aż się proszą o oddzielenie gwiazdką.

Mam wrażenie, że jeśli coś wygląda obco i dziwnie, i jest obiektem, to najlepiej nazwać to obiektem.

W SJP jedna z definicji brzmi “przedmiot, który można zobaczyć lub dotknąć”. Hm, może masz rację. Ja się zawiesiłem na tym zdaniu z powodu olbrzymiej pojemności tego pojęcia. Obiektów małych, czy dużych? Wirujących wokół statku, wokół własnej osi, a może wokół siebie? O jakim kształcie lub formie? A może tylko bezforemne iskry światła?

To jest misja/inicjatywa prywatna. Coś jak Musk i Mars […]

Ostatnią rzeczą, którą można zarzucić SpaceX jest działanie beztroskie, chaotyczne czy impulsywne. Bezwzględne dążenie do celu? – tak, ale zaplanowane, przemyślane.

Tak. Obcy wysyłali do niej kody (kombinacje sygnałów) zapisane na wiele sposobów. Takie tam próby nawiązania kontaktu maszyny z maszyną.

Kombinacja sygnałów może być kodem, ale “kod” – podobnie jak “obiekty” – jest pojęciem szerokim. Kod może być niesiony w modulowanym sygnale radiowym, albo w fali dźwiękowej, w każdej formie energii. Ale nie jest nośnikiem, więc nie może “zapuszczać się zimnym szpikulcem”. Poza tym, aby kod mógł być rozpoznany jako kod, musi trafić do organu zdolnego ocenić, czy jakiś kod tam jest. Niekoniecznie musi zostać zrozumiany. Np. ludzka mowa w formie modulowanych drgań ośrodka (sygnał) trafia tak samo do ucha, jak i do wątroby. Ale wątroba nie rozpozna w drganiach kodu. Ucho zresztą też nie, dopiero mózg odbierze sygnały elektryczne i stwierdzi, że odbiera mowę. Nawet, jeśli jej nie zrozumie.

Serdecznie pozdrawiam z Bladobłękitnej Kropki, तारान्तरयात्री [tɑːrɑːntərəjɑːtri]

Cześć ponownie, Żongler.

 

Oczywiście, znam zasadę śmierci autora, a tekst żyje swoim życiem. To, co autor miał na myśli, a czego czytelnik nie widzi, się nie liczy, a to, co czytelnik widzi, a czego autor nie miał na myśli, to wartość dodana.

Nie szedłem w stronę, w którą Ty byś poszła, bo zadowoliły mnie takie kwestie, jakie wymieniłem wcześniej, ale też nieśmiałe pytania o wersję człowieka 2.0 i kierunek, w jakim może iść cywilizacja wysoko rozwinięta itd. Decyzja o wyeliminowaniu czynnika ludzkiego jako przestarzałej wersji człowieka, która nie jest już reprezentatywna dla ludzkości, ale jako strata, błąd, bo jednak ludzka słabość to jakaś wartość, co odkrywa też i Cate. Albo to, że prawdopodobnie zapętlona wymazywaniem wspomnień Cate odgrywała ten scenariusz nie pierwszy raz podczas podróży i za każdym razem życie i człowieczeństwo okazywało się największą wartością itd. Do czego zmierzam? Serio starałem się tutaj upchać coś więcej, ale jeśli to i tak w twoich oczach sztampa, schematy i pospolitość i nic poza retro, to cóż mogę na to powiedzieć? Przyjmuje z pokorą opinię czytelniczki.

Ale jedna rzecz mnie pociesza. Skoro żałujesz, że nie poszedłem w stronę groteski i horroru wypaczonego rodzicielstwa, to znaczy, że mamy zupełnie inne fundamenty, cele, wrażliwość i zainteresowania wynikające zapewne z masy czynników, lektur itd. A tego nie przeskoczymy i nie ma się co o to obrażać. Po prostu żyjemy w innych przemyśleniach, sprawach, tekstach, które nas interesują. To nie jest obrona mojego tekstu, bo powinienem pisać tak, żeby zadowolić w miarę szerokie spektrum odbiorców, chociaż wszystkich się nie da. Nie jest to również zarzut, tylko fakt i normalna sprawa. Ktoś mi napisał, bodajże Cobold, że ja piszę opowiadania, które sprawiają największą frajdę miłośnikom SF po czterdziestce (pewnie jeszcze miał na myśli facetów w szczególności) i pewnie dlatego jemu się akurat podobało. I ja to biorę w ciemno :). Jako autor hobbysta będę usatysfakcjonowany taką akurat wąską grupą zadowolonych czytelników, bo sam się do niej zaliczam (wiekowo itd.).

Dzięki za ciekawe uwagi i pozdrawiam.

 

Witaj ponownie, Tārāntarayātrī!

 

Dostałem od Ciebie bardzo cenny i ciekawy komentarz i na pewno z niego skorzystam w przyszłości. Moja uwaga o pominiętych kwestiach odnosiła się do przypadków, gdy opisałeś to, co wg Ciebie jest lub nie jest prawdopodobne, lub racjonalne, a dla mnie po prostu było czymś w tekście, co opisałem tak, a nie inaczej, bo uznałem to za słuszne i racjonalne. Ale oczywiście masz prawo uważać inaczej. 

Zatem tam, gdzie widziałem np. stwierdzenia typu: „Swoją drogą, dlaczego android nie został wybudzony np. przez radiowe API?”, „w sytuacji ratowania życia wezwałbym serwitory”, „Hmm, opiekunka tak robi?” nie wchodziłem w jałową zapewne dyskusję, bo musiałbym odpowiedzieć coś w stylu: bo nie został, może nie miała API, bo została inaczej wybudzona, może serwitory nie były wystarczające do tego zadania? Może Cate chciała sama tym się zająć? A czy Cate była typową opiekunką? Itd. itd. i moglibyśmy się przekomarzać tygodniami.

 

– Zatem gdzie minusy? ;)

Da się budować mieszając Lego Technics z Lego Duplo […]

– moje zapytanie dotyczyło stwierdzenia, że lubisz infodumpy :). Ale i tego, dlaczego miałbym rozdzielać jakieś fragmenty tekstu gwiazdkami czy czymkolwiek, bo są napisane w innej, nazwijmy to „estetyce”? Co w tym złego lub niewłaściwego? Co do samego oddzielanie gwiazdką, to Tobie by pasowało rozdzielić, mi pasowało nie dzielić i pozostaniemy w impasie, bo trudno tutaj obiektywnie stwierdzić kto ma rację i dlaczego.

 

Ja się zawiesiłem na tym zdaniu z powodu olbrzymiej pojemności tego pojęcia. Obiektów małych, czy dużych? 

Na początku tekstu, żeby nie dowalać ciężkiego opisu, pozostawiłem „w eskorcie złocistych, wirujących obiektów”, ale bliższy ich opis znalazł się na końcu opowiadania. Wirowały, były złociste, rozmiar pominąłem.

 

Ostatnią rzeczą, którą można zarzucić SpaceX jest działanie beztroskie, chaotyczne czy impulsywne. Bezwzględne dążenie do celu? – tak, ale zaplanowane, przemyślane.

 

Odpowiem tak – mój miliarder jest psychopatą, człowiekiem ponad prawem, podobnych było w literaturze całe mnóstwo, akurat Musk wykazuje objawy skretynienia na innych płaszczyznach, to fakt, więc jego podobieństwo do Rossa dotyczy innych kwestii – bogacz, program kosmiczny, rozwój nowoczesnych technologii itd. Bohater „Kontaktu” działa jakby bardziej z partyzanta i w ukryciu, do tego również w pośpiechu, ale jeszcze lepszym przykładem może być inny fikcyjny bogacz np. Peter Weyland z „Prometeusza”. Ale jestem również pewien, że nawet teraz gdzieś np. w Azji jakiś bogacz opłaca, powiedzmy, badania nad klonowaniem ludzi, mając w dupie prawo, etykę i samopoczucie obiektów badań. 

 

Tak. Obcy wysyłali do niej kody (kombinacje sygnałów) zapisane na wiele sposobów. Takie tam próby nawiązania kontaktu maszyny z maszyną.

Kombinacja sygnałów może być kodem, ale “kod” – podobnie jak “obiekty” – jest pojęciem szerokim. Kod może być niesiony w modulowanym sygnale radiowym, albo w fali dźwiękowej, w każdej formie energii. Ale nie jest nośnikiem, więc nie może “zapuszczać się zimnym szpikulcem”. 

 

Kod: 

1. «umowny system znaków umożliwiający przetworzenie informacji oraz odczytanie jej przez osoby znające ten system lub przez urządzenia pracujące w tym systemie»

2. «informacja zapisana w tym systemie znaków»

 

Mamy zatem obcą cywilizację maszyn, która wysyła w szerokim spektrum zakodowane na różne sposoby informacje do innej i obcej dla nich maszyny, próbując nawiązać jakieś porozumienie i przekazać jakieś informacje. Zimne szpikulce to metaforyczne, a nie dosłowne określenie, padające z punktu widzenia maszyny, która uważa się za człowieka i ma oddawać jak nieludzkie i obce są dla niej te umowne systemy znaków wysyłane do niej przez inne maszyny. W sumie to świadomie dosyć poetyckie sformułowanie, które miało lekko zajeżdżać poetyką cyberpunka. Jeśli uważasz je za nietrafione, to nic na to nie poradzę. 

 

Raz jeszcze dziękuję za ciekawy komentarz i pozdrawiam.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ktoś mi napisał, bodajże Cobold, że ja piszę opowiadania, które sprawiają największą frajdę miłośnikom SF po czterdziestce (pewnie jeszcze miał na myśli facetów w szczególności) i pewnie dlatego jemu się akurat podobało.

Coś w tym musi być :)

Known some call is air am

No i jak dla mnie gites :)

Po przeczytaniu spalić monitor.

Hm, jako fanka retro (w tym miłośniczka Obcego i całkiem przeciętna fanka Lema, której zdarzyło się napisać o nim pracę naukową), czy jestem częścią serduszka facetem po czterdziestce? Wiedziałam…

 

Dodam, że chyba nazbyt skupiłeś się na negatywnych słowach w moim komentarzu, kosztem tych pozytywnych. Zatem podkreślę, że takie też tam były. ;)

Pozdrawiam!

Hm, jako fanka retro (w tym miłośniczka Obcego i całkiem przeciętna fanka Lema, której zdarzyło się napisać o nim pracę naukową), czy jestem częścią serduszka facetem po czterdziestce? Wiedziałam…

Napisałem, że NAJWIĘKSZĄ frajdę mają faceci po 40. lubiący SF i cytowałem Cobolda. To nie wyklucza przecież BRAKU frajdy części facetów po 40. lubiących SF, ani mniejszej lub większej frajdy u innych grup czytelników itd. Co nie zmienia faktu, że jako „niefacetpo40” potwierdzasz w jakimś stopniu taką opinię :). A Staruch, Outta, Rybak, Cobold i paru innych znanych mi facetów po 40. lubiących SF, którym się opko podobało, też potwierdzają tę opinię poniekąd, ale patrząc z drugiej strony. Wiadomo, że to skrót myślowy, ale coś w tym chyba jest, jak zauważył Outta.

 

Dodam, że chyba nazbyt skupiłeś się na negatywnych słowach w moim komentarzu, kosztem tych pozytywnych. Zatem podkreślę, że takie też tam były. ;)

To był zdaje się jak do tej pory pierwszy, tak wyraźnie negatywny komentarz (chociaż wcześniej ktoś gdzieś nazwał cały dział prozy polskiej z tego numeru miałkim), w którym padły słowa typu pospolita, sztampa, schematy, klisze, autopilot itp. Poza tym pochwaliłaś, zdaje się, monotonię narracji :), nostalgię, minimalizm i coś jeszcze, ale w zasadzie podobała Ci się tylko jedna, krótka scena finałowa, która wywołała jakieś tam myśli, ale niestety "niekoniecznie twórcze" :). Tytuł też Ci się nie podobał :). Możemy zatem uznać, że odnosząc się tylko do krytycznych uwag, skupiłem się na sednie Twojego komentarza :). No i w rozwinięciu dostrzegam spowity mgiełką (a właściwie ukrywany pod niewinnym słowem „przedawnienie”) zarzut opisywania postaci kobiecej w jakiś jak rozumiem archaiczny sposób (pytanie, czy Twoim zdaniem to bardziej wynika z mojego wieku, czy płci?) i mogę się chyba cieszyć, że nie padło słowo dziaderski ;) . Rozumiem również, że gdybym poszedł w groteskę lub horror macierzyństwa, wtedy moje podejście do kobiecej postaci byłoby mniej „przedawnione”?

Wszystko to oczywiście nie znaczy, że oburzam się na Twoją opinię. Rozumiem, że nie tego oczekiwałaś i spotkało Cię jakieś rozczarowanie, ale pewnie takich rozczarowanych czytelników i czytelniczek znajdzie się jeszcze mnóstwo. Twierdzę tylko, że obraz tekstu, który wyłania się z Twojego komentarza, a jaki byłby dla Ciebie bardziej interesujący i wart lepszego zapamiętania, to zupełnie nie moje klimaty i rozmija się z tym, co chciałem napisać. Dlatego wspominam o zadowolonych 40-letnich miłośnikach SF, bo pewnie taka grupa rzeczywiście prędzej się odnajdzie w podobnych tematach i schematach, pospolitych kliszach i oldskulowym retro. I ma to zapewne jakieś logiczne wytłumaczenie.

 

Pozdrawiam!

Po przeczytaniu spalić monitor.

I znów wracamy do stwierdzenia, że nie da się zadowolić wszystkich

W istocie. W pewnym momencie dochodzi się jednak do momentu, w którym próby zadowolenia wszystkich przestają rozwijać i trzeba po prostu “robić swoje”. Tak jak się umie najlepiej…

Moje opowiadanie rzeczywiście ma zbliżoną długość, ale to zupełnie inny tekst i krytyka dotyczy innych kwestii. Stety niestety ;D

Co do pozostałych zarodków, to myślę, że Cate je po prostu zniszczyła

Cóż, tego właśnie się domyślałem, mając w pamięci fragment przytoczony przez Sewera (którego to zdania akurat nie przeoczyłem, po prostu myślałem, że może jest “coś jeszcze” między wierszami). Trochę sabotaż misji ze strony Jane/Cate. No ale tak to się rozegrało.

 

Cóż, pozostaje mi życzyć kolejnych publikacji, Marasie, i ciekawym, co tam zaserwowałeś w Snach Umarłych! :)

"Tam, gdzie nie ma echa, nie ma też opisu przestrzeni ani miłości. Jest tylko cisza."

W istocie. W pewnym momencie dochodzi się jednak do momentu, w którym próby zadowolenia wszystkich przestają rozwijać i trzeba po prostu “robić swoje”. Tak jak się umie najlepiej…

Dokładnie. Chociaż w sumie i ja, i Ty chyba nie pisaliśmy nigdy, żeby zadowolić wszystkich, tylko to, co sami lubimy ;)

Moje opowiadanie rzeczywiście ma zbliżoną długość, ale to zupełnie inny tekst i krytyka dotyczy innych kwestii. Stety niestety ;D

Ja tylko zwracam uwagę na fakt, że zawsze się znajdzie ktoś, kto coś by wywalił lub skrócił w każdym tekście (patrz punkt powyższy).

Trochę sabotaż misji ze strony Jane/Cate. No ale tak to się rozegrało.

Coś u niej od początku szwankowało z wypełnianiem poleceń. Może to był przejaw całkiem ludzkiej wolnej woli. Polecenie z Ziemi i nadrzędne dyrektywy też próbowała omijać.

Cóż, pozostaje mi życzyć kolejnych publikacji, Marasie, i ciekawym, co tam zaserwowałeś w Snach Umarłych! :)

Tobie również, CountPrimagenie. Mnie z kolei ciekawi Twoje danie zaserwowane w Snach Umarłych, ale już niedługo obaj zaspokoimy ciekawość :)

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Marasie

To pierwsze opowiadanie, jakie tu na portalu przeczytałem (może skusiło mnie piórko, może tytuł brzmiący tajemniczo i retro). Widzę, że większość szczegółów została już przez innych zanalizowana pod mikroskopem (słowoskopem..?), więc dodam tylko dwa najbardziej według mnie odstające.

 

Pojawił się tępy diament (tępa krawędź?), który posłużył w wiadomym celu. Od razu się z opowieści wynurzyłem z myślą “ale jak to ciąć tępym…?”. Ostra krawędź jest zbyt oczywista, ale to był dla mnie full stop.

 

Druga rzecz przypomniała mi moją młodzieńczą niecierpliwość, czyli “przeskakiwanie” tekstu. Zdanie brzmiało chyba “Przekaz zawierał jedno zdanie”. Po czym ono nie padło następne. Ja się zwyczajnie nie mogę w takich miejscach powstrzymać i ordynarnie omijam ile trzeba zdań żeby się czym prędzej dowiedzeć. Myślę, że wiele osób może tak mieć i wtedy wraca doczytać “mniej ciekawy” fragment (oczywiście może być szalenie ciekawy, tylko… nie w tej sekundzie ;-) poza kolejnością.

 

Jeśli mowa o chronologii to wybrany przez Ciebie sposób prowadzenia narracji – krótkie wspomnienia, niekoniecznie w logicznej kolejności – sprawił mi trudność gdzieś do jednej trzeciej tekstu, kiedy to mój rozumek nadążył, ale tak miałem zawsze. Pogubiłem się ponownie bezskutecznie szukając cytatów. Po prostu wolę jak historia wyrasta organicznie. Tutaj Cate z jasnych względów nie ma z tym wiele wspólnego, więc koncepcyjnie na plus.

Sama historia, jej treść i wybrzmienie, to dla mnie dość ciekawie ujęty klasyk. Można było wejść głębiej w umysł Alana, ale i bez tego jest w porządku.

Sfera science, na wpadki w której jestem wyczulony – przyzwoita. Przyjemna lektura.

 

PS. Jeśli teraz lub kiedyś zgubię literki o lub ó to przepraszam, ten klawisz ma u mnie humory i muszę kopiować (udręka..!).

 

 

 

 

Do mnie, moja puento..!

Hej, Aetoh.

Dzięki za odwiedziny, uwagi i opinię. Fajnie, że lektura okazała się summa summarum przyjemna, a sfera science przyzwoita. O tępym diamencie powiedziano wiele; zdanie, które Cię zastopowało, bo nie padło zaraz potem, dla mnie wygląda ok. Chronologia jest zaburzona z kilku powodów i tak po prostu musi być w tym tekście zdaniem autora ;).

Fajnie, że moje opowiadanie jest Twoim pierwszym na portalu. Gwarantuję Ci, że znajdziesz tutaj mnóstwo dobrej lektury, na pewno sporo lepszych tekstów i miło spędzisz czas. Jeśli piszesz, na pewno wiele skorzystasz, spotkasz tu również sporo ciekawych i fajnych osób. Ja też bawiłem się tutaj dobrze i bardzo dużo nauczyłem, chociaż mam wrażenie, że szczęśliwie trafiłem na Złoty Wiek portalu, który już niestety dobiega (dobiegł?) końca. Ale może to tylko taka fala sinusoidalna i linia od jakiegoś czasu opadająca, niedługo pójdzie w górę? Kto wie? Pozdrawiam.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Ja mam nadzieję, że fala. W końcu wszystko jest falą (a przynajmniej tak mówi moja Teoria Zupy). A po złotym wieku mogą przyjść inne cuda.

Do mnie, moja puento..!

Opowiadanie bardzo mi się spodobało. Powiedziałabym, że to kawał dobrej fantasytyki. Wczytałam się tak bardzo, że nie dostrzegłam żadnych baboli. Jako niepoprawna fanka dobrych zakończeń poczułam się usatysfakcjonowana, że ten nasz pożałowania godny bohater miał chociaż koniec dobry. Brawo za fajne poprowadzenie trudnego tematu.

Witaj, Nova!

 

Dziękuję za wizytę, lekturę, komentarz i miłe słowa. Cieszę się, że opowiadanie się spodobało, a kres życia Alana zrekompensował jego trudny los :). Pozdrawiam!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Znalazłem dwie literówki:

I z czasem zdaję obie sprawę

wskazuje rekę w dół zbocza

 

Chwilami miałem wrażenie, jakbym sam gdzieś już pisał podobne zdania. Bawiłem się świetnie. Uwielbiam dialogi, interakcje postaci, które stworzyłeś. Sceny prawie bez przemocy, trudne decyzje, okłamywanie siebie. Przypomniał mi się twist z filmu “Memento”.

Na końcu zrobiło mi się cieplutko, przypomniałem sobie narodziny dziecka. To jeden z tych tekstów po których pozostaje ślad w pamięci.

Gratulacje.

Hej, MichaleBronisławie!

 

Dzięki za odwiedziny i wskazanie literówek. A także za miłe słowa. Bardzo mnie cieszy, że bawiłeś się świetnie i że tekst pozostaje w pamięci. Natomiast zastanowiło mnie stwierdzenie o wrażeniu, że sam pisałeś gdzieś podobne zdania. W sensie, że masz podobny styl? Pisałeś podobne opowiadanie? Nie wiem, jak rozumieć te słowa. 

Pozdrawiam i raz jeszcze dziękuję za lekturę i komentarz.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Natomiast zastanowiło mnie stwierdzenie o wrażeniu, że sam pisałeś gdzieś podobne zdania. W sensie, że masz podobny styl? Pisałeś podobne opowiadanie? Nie wiem, jak rozumieć te słowa. 

 

Nie pisałem, pewnie nie dałbym rady.

 

Twój

Najpierw przypominam sobie czerwone skrzydła. To nawet nie jest obraz, raczej ulotna myśl, jak kadr z filmu, który kiedyś oglądałam. Zanim zdąży przybrać jakikolwiek kształt, wraca cała reszta, zalewając pamięć falą szkarłatu.

 

Mój

Mówili, że po śmierci życie przewija się przed oczami jak film. Nieprawda. Czas przestaje być czasem. Jestem we wszystkich momentach naraz, wydarzenia tworzą jeden obraz. Dokonane wybory są jak pojedyncze pociągnięcia pędzla.

Twój:

 

Tymczasem Alan nasuwa na twarz maskę przypominającą meduzę, której witki oplatają głowę.

Mój:

Widzę bladoróżowe niebo, dwa małe słońca, las czegoś co przypomina meduzy, wybuchy, biegnących skrzydlatych żołnierzy z innych barek, porozrzucane ciała.

 

Chodziło mi o pojedyncze słowa, tekst zupełnie inny, zdania inne. Czy myślenie podobnie? Nie wiem, ale chciałbym, żeby tak było. Do Twojego stylu jeszcze mi sporo brakuje.

 

pozdrawiam

MB

 

Hej.

To drugie “old school” SF, jaki ostatnio czytałem i drugie ze złotym piórkiem. Może rzeczywiście jest na to popyt.

Widzę tu kilka analogii z opowiadaniem Belli, ale wymienię tylko tę, która najbardziej doskwiera mi w obu opowiadaniach:

– Nie będę więcej rozmawiał z maszyną. 

Czyli niechęć człowieka do SI – maszyny, która przewija się w wielu utworach, a którą ja postrzegam odwrotnie, oczywiście w dalekiej przyszłości. Podobnie jak u Belli, nie przekonuje mnie mentalność Twojego bohatera, która charakteryzuje człowieka obecnego, umiejscowionego w naszym społeczeństwie. Człowieka roszczeniowego, skupionego na sobie, którego świat powinien za każdym razem pytać o zdanie:

– I nie uważasz, że to jakiś kiepski żart? Nikt mnie nie pytał, czy chcę lecieć na obcą planetę. Nigdy nawet nie byłem na własnej! Jeśli rzeczywiście to tutaj jest prawdziwy świat i naprawdę lecimy statkiem kosmicznym, a ja jestem jedynym człowiekiem na tym statku, to chyba mam coś do powiedzenia? 

Czytając opowiadanie zadałem sobie dwa pytania. Czy człowiek żyjący całe życie w samotności, miałby z nią trudności? I czy człowiek przebywający całe życie z SI, mógłby ją nienawidzić czy chociażby czuć do niej niechęć? Wydaje mi się, że nie, ale to subiektywna opinia.

Zastanawiałem się także nad czysto pragmatycznymi zagadnieniami, które zmniejszałyby ryzyko misji. Jak większa ilości zarodków, kilka osób powołanych do życia, zamiast jednej (co sam zresztą negujesz pod postacią ułomnego Alana, jako ryzykowne), trzymania ich oddzielnie i bez wzajemnej wiedzy, jeśli już miałeś taką wizję. Coś jak pieniądze w różnych bankach. W końcu fizyczna forma SI, pod postacią robota, którą wydaje się nadałeś tylko po to, żeby Alan mógł próbować ją zniszczyć. Nie widzę uzasadnienia (w przyszłości) dla jakiejkolwiek postaci fizycznej SI, nie wiem, czemu miałaby służyć.

Za to podobały mi się dylematy SI, sposób jej funkcjonowania z kasowaniem pamięci, uczenia się, stawiania tez, pytań i szukania odpowiedzi. To coś, co zdecydowanie wyróżnia się w opowiadaniu i dało mi porządny powiem świeżości. W końcu poczytałem o SI, które nie jest ułomne, i które ostatecznie wygrywa z człowiekiem. Ba, ma nawet dylemat czy tego człowieka usunąć. I to nie z litości, czy ochrony (poczętego) życia, ale korzyści dla samej siebie, jako elementu sprzyjającego własnemu rozwojowi. Tak, to mi się bardzo spodobało. W tym widzę logikę i sens. Ponad stuletnie hamowanie też jest fajne.

Generalnie opowiadanie ma więcej plusów niż minusów i warte jest przeczytania.

Pozdrawiam.

 

Teraz załapałem, MichałBronisław, dzięki za wyjaśnienie i pozdrawiam!

 

Hej, Darconie!

 

[…] nie przekonuje mnie mentalność Twojego bohatera, która charakteryzuje człowieka obecnego, umiejscowionego w naszym społeczeństwie. Człowieka roszczeniowego, skupionego na sobie, którego świat powinien za każdym razem pytać o zdanie”.

 

Uważam, że nie ma czegoś takiego jak człowiek obcny itd. Tak jak nie ma jednego wzorca Polaka, katolika itd. Są natomiast odrębni, skomplikowani, oryginalni ludzie i każdy jest inny. Każda jednostka ma swój charakter, swoje wartości i zachowania, światopogląd, temperament itd.

 

Jak większa ilości zarodków, kilka osób powołanych do życia, zamiast jednej (co sam zresztą negujesz pod postacią ułomnego Alana, jako ryzykowne), trzymania ich oddzielnie i bez wzajemnej wiedzy, jeśli już miałeś taką wizję. 

 

Mamy jeden statek, kilka zarodków, każdy jest właściwie „klonem” Verna Rossa. Nie pisałem o wielgachnym statku, na którym można by trzymać osobno i w niewiedzy całą załogę klonów. Poza tym jest w tekście kilka sugestii co do tego, kto był na pokładzie ważny, kto kogo uczłowieczał itd.

 

W końcu poczytałem o SI, które nie jest ułomne, i które ostatecznie wygrywa z człowiekiem. Ba, ma nawet dylemat czy tego człowieka usunąć. I to nie z litości, czy ochrony (poczętego) życia, ale korzyści dla samej siebie, jako elementu sprzyjającego własnemu rozwojowi. 

 

Obawiam się, że największe zalety tekstu widzisz tam, gdzie nadinterpretujesz pewnie sprawy, Darconie, lub gdy widzisz rzeczy, których ja w tekście nie umieściłem. Ale skoro tekst ma żyć własnym życiem, nie mam oczywiście nic przeciwko temu.

 

Generalnie opowiadanie ma więcej plusów niż minusów i warte jest przeczytania.

 

Cieszy mnie to niezmiernie.

 

Serdecznie dziękuję, Darconie, za tak rozbudowany komentarz i bardzo interesujące uwagi oraz interpretacje. Również pozdrawiam.

 

Po przeczytaniu spalić monitor.

Interesujące opowiadanie, wciągnęło mnie. Przeraża mnie wizja sytuacji, w której znalazł się Alan. Brak wpływu, możliwości zmiany, wyboru. I ostatecznie okazuje się, że to nie miało znaczenia, było po nic. Cate/Jane wydała mi się znajoma, w sensie motywu: sztuczna inteligencja, tęskniąca za człowieczeństwem. W sumie myślę, że prawdziwe jest to, co za takie uważamy. Nasze emocje są realne, niezależnie od tego, co jest wywołuje. Czytało się bardzo dobrze, podobało mi się :) Fajne :)

Przynoszę radość

Dzięki za wizytę i komentarz, Anet. Cieszę się, że wrażenia masz pozytywne.

Po przeczytaniu spalić monitor.

Kawał dobrego SF. 

Oczywiście, możne się czepiać, że dlaczego w ogóle obcy zapraszają człowieka, jeśli to taki kawał drogi. Można się zastanawiać, czy bogaty psychopata chciałby zrobić ogromne świństwo własnemu klonowi…

Ale czytało się fajnie.

Mnie dla odmiany ten miliarder kojarzył się z prezydentem – bogaty, z władzą i głupi. Ale mnie się ostatnio wiele postaci literackich z nim kojarzy. Może to już obsesja…

Babska logika rządzi!

Witaj, Finklo!

 

Dzięki za wizytę w tym archiwum, lekturę i komentarz. Cieszę się, że opowiadanie fajnie się czytało i uznałaś je za "kawał dobrego SF". Bardzo mi miło.

Pozdrawiam!

Po przeczytaniu spalić monitor.

Nowa Fantastyka