
Gatunek określiłbym jako “opowieści niesamowite”
Gatunek określiłbym jako “opowieści niesamowite”
Tawi miała problemy z przyzwyczajeniem się do dużego miasta.
Weszła właśnie do pociągu metra, usiadła na wolnym miejscu. Naprzeciwko siedziała i czytała książkę dziewczyna w okularach, znoszonych jeansach i swetrze. Nastoletni chłopak na środkowym siedzeniu miał koszulkę z napisem „Don’t read this” i zajęty był telefonem. Przelotnym spojrzeniem obdarzył Tawi jedynie ubrany w garnitur mężczyzna, jednak szybko ukrył to rozglądając się po peronie, a gdy pociąg ruszył, patrzył już tylko przed siebie.
Ilość wysiłku, jaką się wkłada, żeby nie widzieć ludzi wokół – to była jedna z rzeczy, do których cały czas nie mogła przywyknąć, mimo że mieszkała tu już drugi rok. W rodzinnym miasteczku z jednym kościołem i obsadzonym garstką drzew skwerkiem, który szumnie nazywano parkiem, Tawi przyzwyczajona była do tego, że ludzie patrzą na siebie nawzajem, nawet przelotnie. Może tutaj szansa na przypadkowe zauważenie znajomej twarzy była po prostu dużo mniejsza? Może uznanie obecności innych ludzi w jakiś sposób rozbiłoby bańkę, którą każdy roztacza wokół siebie, bańkę, która izoluje, która pozwala zaakceptować tę nienormalną sytuację – masę obcych sobie ludzi, ściśniętych w jadącym pudełku – jako normalną? Nie wiedziała tego. Wiedziała, że zatłoczone metro było miejscem, gdzie czuła się najbardziej samotna.
Wróciła wzrokiem do czytanej przez dziewczynę naprzeciwko książki, której okładka wydała jej się znajoma. Rzeczywiście, był to jeden z jej podręczników – „Wprowadzenie do programowania w Pythonie”. Tawi studiowała informatykę. Dowcip o śwince morskiej przestał ją już bawić. Jej młodszego brata nie.
Przyjrzała się lepiej dziewczynie. Cóż, maseczki nie pomagają poznawaniu dawno niewidzianych znajomych.
– Julia?
Dziewczyna w okularach podniosła wzrok, zaskoczona.
– Cześć. Sorry, zaczytałam się – przesiadła się na miejsce obok Tawi.
– Python, też muszę zacząć. Może w tym tygodniu będę miała mniej pracy.
– Łał, zaczęłaś już pracować? To dlatego zrezygnowałaś ze studiów?
– Nie zrezygnowałam, przeniosłam się na zaoczne. Miałam dość akademika, a wynajem mieszkania kosztuje.
– Nawet mi nie mów. Co robisz?
– Help desk. Pytam ludzi, czy próbowali już wyłączyć i włączyć jeszcze raz.
Julia zaśmiała się, przez chwilę wymieniały się nowinami o znajomych ze studiów, aż pociąg zaczął hamować.
– Nasza stacja.
– A, ja nie na uczelnię – wyjaśniła Tawi i wskazała na plastikowy transporter, który miała na kolanach – ja po kota.
– Kota?
– Biorę kota. Chcę, żeby rodzina straciła wszelkie nadzieje odnośnie mojego zamążpójścia.
– Wybrałaś najsłodszy sposób, żeby to osiągnąć – Julia wstała. – Ciao!
– Do zobaczenia.
***
Z zamążpójściem nie była to do końca prawda, chociaż jej mama faktycznie nie mogła przeboleć, że Tawi rozstała się z Adamem, jej chłopakiem z liceum. Studiowali w innych miastach, próbowali przez jakiś czas związku na odległość. Co ciekawe, to nie okresy rozłąki najbardziej męczyły Tawi, a raczej coraz rzadsze spotkania w ich rodzinnym miasteczku, podczas których docierało do nich obojga, że mają sobie coraz mniej do powiedzenia.
Prawda z kotem była taka, że Tawi od dziecka uwielbiała te zwierzęta, ich grację, ich własne, nie zawsze zrozumiałe drogi – krótko mówiąc, była stuprocentową cat lover. W przeciwieństwie do jej brata, który był stuprocentowym dog lover i z którym od zawsze toczyli niekończące się debaty na temat wyższości jednego gatunku nad drugim – wyłącznie dla sportu, bo ich mama była stuprocentową clean apartment lover i o żadnym zwierzęciu w domu nie chciała słyszeć.
Tawi dotarła do schroniska, które składało się z kilku jednopiętrowych budynków. Minęła kilku wolontariuszy wyprowadzających psy i weszła do małej recepcji.
Panował tu lekki harmider. Ktoś rozmawiał przez telefon, ktoś wystukiwał coś na klawiaturze, przy kontuarze stała już para klientów i wypełniała formularz.
– Dzień dobry, przyjechałam po kota, dzwoniłam wcześniej.
– Wypełniła pani formularz adopcyjny? – kobieta za kontuarem miała duże, okrągłe okulary, które w przedziwny sposób upodabniały ją do sowy.
Tawi wyciągnęła z torebki złożoną kartkę, którą pani Sowa pobieżnie przejrzała.
– Ma pani jakiegoś na oku?
Tawi podała numer referencyjny młodziutkiej szarej kotki, jednej z piątki rodzeństwa, której zdjęcie znalazła na stronie schroniska.
– Trafiły do nas wczoraj, jeszcze nie dostały imion. Muszę tylko przestrzec, że w przypadku takich kilkutygodniowych maluchów mocno zachęcamy do dwupaków, najlepiej z rodzeństwa. Kociaki muszą się nauczyć bawić razem, poznać kiedy zabawa robi się bolesna. Niech mi pani wierzy, widziałam tyle zadrapań po nieprawidłowej socjalizacji, ludzie oddają koty po kilku miesiącach, po roku. Koty bardzo przeżywają zmianę środowiska, dlatego staramy się jak możemy, by tego unikać.
Tawi cieszyła się, że ludzie ze schroniska troszczą się o zwierzęta, ale ciężko było jej sobie wyobrazić dwa koty w swojej malutkiej kawalerce.
– Niech się pani zastanowi chwilę, zaraz do pani wrócę.
Kiedy Tawi mierzyła się ze swoim dylematem, do recepcji weszła kobieta w długim, wiśniowym płaszczu i filcowym berecie. Pomieszczenie wypełnił zapach lawendy, a także żałosne miauki, dochodzące z niesionego przez nią transportera.
– Dzień dobry, dostałam od państwa tego kota wczoraj, chciałam go wymienić, coś z nim jest nie tak.
– Co konkretnie? – głos pani Sowy, jeszcze przed chwilą ciepły i przyjazny, ściął lód.
– Cały dzień nie wychodził z kanapy, załatwiał się tam nawet. Pościel do wyrzucenia, a jak próbowałam go wyciągnąć, jeszcze mnie podrapał – dla dodania dramatyzmu kobieta wskazała na swoją dłoń.
– Niektóre koty potrzebują czasu, żeby się zaaklimatyzować. Jest pani pewna, że nie chce mu dać szansy?
Orędowniczka lawendy prychnęła.
– Tak, jestem pewna. Całe życie miałam koty, żaden się tak nie zachowywał, coś z nim jest nie tak.
– Zdaje sobie pani sprawę, jaki to stres dla kota wracać do schroniska…
– Proszę pani, nie będę codziennie wycierać kocich sików z kanapy, chcę innego kota!
– Rozumiem – pani Sowa zabrała od niej transporter, kot w środku zachwiał się i zamiauczał wyjątkowo nieszczęśliwie. – Oczywiście weźmiemy go z powrotem. Ale nie mogę narażać na stres kolejnego zwierzęcia.
Lawenda wciągnęła powietrze. Rozejrzała się po pomieszczeniu, żeby znaleźć kogoś, przed kim mogłaby wyrazić swoje oburzenie, ale nie znalazłszy nikogo odpowiedniego, przybrała ton obojętności.
– Bez łaski, i tak znajdę kogoś, kto będzie miał do oddania NORMALNEGO kota.
– Właśnie tego się obawiam.
Lawenda z wyrazem wyższości opuściła lokal.
– Biedaczysko, był u nas tyle czasu – wolontariuszka podeszła do transportera z kotem i westchnęła.
– Ludzie wolą kocięta niż dżentelmena w kwiecie wieku – ciepły ton pani Sowy wrócił tak szybko, jak wcześniej zniknął.
– Nie martw się kotku, znajdziemy ci dom, wytrzymaj jeszcze trochę – wolontariuszka podniosła transporter. – Zaniosę go do klatki.
Tawi wahała się przez moment.
– Jak się nazywa?
***
Gdy tylko wagon ruszył, Edgar znowu zaczął rozdzierająco miauczeć. Tawi podobało się imię swojego nowego towarzysza. Był cały czarny, poza jedną białą plamką na czole, miał żółte oczy i jedno ucho lekko spłaszczone, jakby spał na nim za długo.
Było już bardziej tłoczno, a większość ludzi popatrywała ciekawie na lamentującą klatkę i jej rezydenta. Siedząca obok kobieta zaczęła wychwalać „ślicznego kotka” i opowiadać o swoim. Może ludzie w dużym mieście są dla siebie niewidzialni, uznała Tawi, ale koty już nie.
***
Kiedy weszła już na swoje piętro, środkowe drzwi otworzyły się.
– Dzień dobry, kochana.
– Dzień dobry, pani Marto – sąsiadka, emerytowana nauczycielka, miała na sobie bordowy żakiet, aksamitne spodnie oraz buty na obcasie. Białe włosy okalały twarz z lekkimi zmarszczkami w kącikach jasnobrązowych oczu. Jej osobliwe połączenie galanterii z ciepłem i otwartością zawsze zadziwiało Tawi, która nie znała jeszcze żadnych innych sąsiadów z imienia. Wiedziała, że mieszkanie naprzeciwko należało do młodego małżeństwa, które większość roku spędzało za granicą, ale nigdy ich nie poznała. Mąż pani Marty zmarł na zawał, zanim Tawi się wprowadziła, więc piętro dzieliły we dwie.
– O, widzę, że będę miała kolejnego sąsiada. Jak się nazywa?
– Edgar – Tawi uśmiechnęła się.
– Pięknie – kot zamiauczał przeszywająco. – Oho, ktoś tu chciałby już wyjść. Nie zatrzymuję cię, Tawi, wpadnę później. Cześć Edgar.
– Do zobaczenia.
Mieszkanie Tawi składało się z kuchni oddzielonej wysepką od salonu, będącego jednocześnie sypialnią, oraz łazienki. Zgodnie z instrukcjami otrzymanymi w schronisku, postawiła transporter z kotem w łazience i otworzyła drzwiczki.
Edgar przestał miauczeć, ale zamiast wyjść, rozglądał się tylko podejrzliwie wokół. Tawi wiedziała, że kot wyjdzie sam, kiedy poczuje się bezpiecznie, wyciąganie go na siłę to tylko niepotrzebny stres, który mógł skończyć się jak u pani Lawendy.
Łazienka była jedynym pomieszczeniem, które mogła zamknąć – jednocześnie Edgar nie miał tu żadnej kryjówki. W ten sposób musiał się przyzwyczaić do wychodzenia na otwarty teren, ale też pomieszczenie było na tyle małe, że mógł je szybko zbadać i uznać za swoje. Tawi nasypała żwirku do kupionej wcześniej kuwety i wyszła do kuchni, gdzie nalała wody do porcelanowej miseczki. Usłyszała chrzęst żwirku w kuwecie i ucieszyła się, że Edgar poczuł się już na tyle pewnie, że opuścił transporter. To dobrze rokuje, pomyślała.
***
Wieczorem wpadła pani Marta.
– Jak mój nowy sąsiad?
– Lepiej niż się spodziewałam. Miałam nadzieję, że dziś przyzwyczai się do łazienki, a dopiero jutro go wypuszczę, żeby zwiedził resztę mieszkania. Ale miał inne plany – Tawi wskazała na swoje biurko, na którym Edgar obwąchiwał właśnie jej laptopa.
– Świetnie. Pomyślałam, że może będzie miał ochotę na towarzystwo.
Podała Tawi małą paczuszkę, którą dziewczyna odpakowała. W środku była drewniana figurka rudego kota wielkości dłoni. Tawi uderzyło staranne wykonanie figurki: kot był w siedzącej pozycji, ale z obróconą głową, jakby właśnie usłyszał jakiś szelest za sobą – nawet uszy miał postawione tak, jakby czegoś nasłuchiwał. Figurka była pomalowana z najmniejszymi detalami, można było nawet zauważyć rozszerzone źrenice.
– Jest piękny. Skąd go pani ma?
– Daniel go zrobił – Tawi już wcześniej zauważyła, że głos sąsiadki zawsze zmieniał się, gdy mówiła o zmarłym mężu.
– Nie wiedziałam, że był tak utalentowanym artystą.
Sąsiadka uśmiechnęła się.
– Myślę, że on nie myślał o sobie w ten sposób. Raczej powiedziałby, że „wydłubał coś dla dziecka”.
Tawi drgnęła. Nie pamiętała, żeby sąsiadka kiedykolwiek wspominała o dzieciach.
– Nie, kochana, nie mieliśmy żadnych – sąsiadka prawidłowo zdiagnozowała wahanie Tawi – ale chcieliśmy. Daniel zaczął robić zabawki z drewna zanim dowiedzieliśmy się, że nie mogłam mieć dzieci – głos sąsiadki zadrgał ledwie dostrzegalnie. – Potem robił je dla siostrzeńców, bratanic, ale wiesz jak to jest dzisiaj, dzieci wolą gry wideo niż jakieś drewniane figurki.
– Rozumiem – Tawi nie wiedziała co powiedzieć.
– Ach, starsza pani znowu rozgadała się o dawnych czasach – sąsiadka zaśmiała się. – Jesteś zbyt dobrze wychowana. Mówiłam ci już, musisz mi więcej przerywać.
– Dziękuję za figurkę, pani Marto. Jest śliczna.
– To masz dwa śliczne kociaki. Na razie, Edgar.
***
Edgar po pierwszym tygodniu czuł się jak u siebie. Zwiedził wszystkie kąty, wlazł do każdej szafy. Próbował też kopać w każdej doniczce, ale z tego Tawi nie była przesadnie zadowolona. Ciężko jej było sobie wyobrazić, co pani Lawenda musiała zrobić, że tak ciekawy świata kot bał się wyjść z kanapy przez cały dzień. Nieważne, uznała, teraz już sama zadba, żeby nie musiał się nigdzie chować.
Jeśli chodzi o zaufanie do niej, Edgar był jak do tej pory dość powściągliwy. Spał na łóżku, kiedy ona siedziała przy biurku, a na jej fotelu, kiedy ona spała na łóżku. Kilka razy otarł się o jej nogi, ale w porze posiłku, więc uznała to raczej za wyraz głodu, niż przywiązania. Cieszyła się jednak, że w nowym mieszkaniu kot czuje się już na tyle dobrze, że nie ma problemów z kuwetą – czytała, że znaczenie mieszkania to częsty objaw braku pewności siebie na nowym terytorium.
Zgasiła całe światło poza lampką nocną i położyła się spać. Edgar przekręcił się na fotelu.
– Dalej zgrywasz niedostępnego? Phi, też tak umiem. Wcale mi nie zależy, żebyś tu przyszedł i dał się pogłaskać.
Cisza.
– Zobacz, jak mi nie zależy – przekręciła się tyłem do fotela. – Wcale a wcale.
Edgar nie zareagował. Westchnęła.
– Dobranoc kotku – powiedziała i zgasiła lampkę.
Zasypiała już, kiedy usłyszała jakiś ruch w okolicach fotela, a po chwili ciepła, futrzana kulka zwinęła się na jej nogach. Przez chwilę bała się oddychać, ale kiedy usłyszała lekkie, delikatne mruczenie, rozluźniła się. Był to tak uspokajający dźwięk, że po chwili powieki zaczęły jej ciążyć. Usłyszała delikatne pukanie do drzwi, które pewnie uznałaby już za część snu, gdyby nie to, że Edgar poderwał głowę z jej nóg.
Otworzyła oczy. Pukanie się powtórzyło, a po nim usłyszała delikatny dźwięk, który słyszała wielokrotnie. Dźwięk do bólu zwykły, tak codzienny, jak gwizd czajnika na gazie. Nigdy nie pomyślałaby, że ten dźwięk może kogokolwiek przestraszyć, ale też do tej pory nigdy nie słyszała go w nocy, będąc sama w mieszkaniu. Mieszkaniu, którego nie dzieliła z nikim, kto mógłby wracać tak późno do domu.
W obecnej chwili, dźwięk ten zwyczajny nie był. Był od zwyczajności bardzo, bardzo daleki.
Dźwięk naciskanej klamki.
Podniosła się na łóżku, sprawiając że Edgar poderwał się na nogi w gotowości. Podeszła do drzwi i wyjrzała przez wizjer. Zobaczyła, jak jej sąsiadka puka do drzwi mieszkania naprzeciwko.
Otworzyła drzwi.
– Pani Marto, coś się stało?
Sąsiadka ubrana była jakby wracała skądś – miała na sobie długi płaszcz i czarne kozaki – co stanowiło duży kontrast do wyrazu jej twarzy. Nieprzytomne oczy, które zyskały ostrość dopiero w momencie, kiedy odnalazły Tawi, sprawiały wrażenie, jakby dopiero co się obudziła.
– Przepraszam – odezwała się zachrypniętym głosem. – Szukam bliskich, przepraszam.
Po czym niespiesznie weszła do swojego mieszkania i delikatnie zamknęła za sobą drzwi.
Tawi stała przez chwilę na klatce, nie wiedząc co się stało. W końcu uznała, że musi wracać do łóżka.
Jej umysł próbował nadać dziwnemu wydarzeniu jakiś sens. Czyżby pani Marta wracała z imprezy na lekkim rauszu? Nie wyglądała na pijaną. Inne narkotyki? Tawi nie mogła sobie wyobrazić emerytowanej nauczycielki palącej marihuanę ani wciągającej jakikolwiek proszek.
Może lunatykowała? Ale czemu była ubrana w płaszcz? Czy ludzie ubierają się, lunatykując? Nie miała pojęcia.
„Szukam bliskich”? Bliskich, z którymi spędzała wieczór, a których zgubiła gdzieś po drodze? Czy szuka bliskich, ponieważ czuje się samotna? Może to załamanie nerwowe?
Tawi zawahała się. Może powinna iść i sprawdzić, czy wszystko w porządku? Oczyma wyobraźni widziała już swoją sąsiadkę wchodzącą na stołek, wiążącą pętlę na żyrandolu. Wzdrygnęła się.
Wpadam w paranoję, myślała. Nikt nie będzie się wieszał, to na pewno lunatykowanie, jej nieprzytomna twarz była tego najlepszym dowodem. Słyszała o ludziach, którzy jeździli samochodem we śnie, ubranie się to pikuś.
Tak, to musiało być to, przekonywała się. Mimo to jeszcze długo nie mogła zasnąć. Edgar nie wrócił na łóżko.
***
Przez kolejny tydzień nie widziała sąsiadki. Myślała nad tym, żeby pójść i zapytać, co się stało tamtej nocy, ale nie wiedziała, jak miałaby zacząć taką rozmowę.
Edgar stawał się coraz bardziej otwarty, często zasypiał na jej nogach, dawał się też głaskać po brzuszku – Tawi czytała, że to duży symbol zaufania ze strony kota. Musiała tylko uważać, żeby nie zostawiać gumek do włosów na widoku, bo gdy tylko jakąś zauważył, zaraz łapał ją zębami i uciekał ze zdobyczą pod łóżko.
***
Tawi weszła na klatkę schodową grubo po północy. Miło było spotkać starych znajomych z liceum, ale stanowczo zasiedziała się, jutro w pracy będzie nieprzytomna.
Wchodząc po schodach, zorientowała się, że prawie biegnie – nie mogła się doczekać, żeby zobaczyć Edgara. Spodobało jej się to uczucie. Uczucie, że ktoś na nią czeka. Kojarzyło się z domem. Zastanawiała się czy „miau”, które ją powita będzie zniecierpliwione, czy zaspane, a że wbiegła właśnie na drugie piętro, to zostało tylko otworzyć drzwi i się przekonać.
Edgar nie był ani zniecierpliwiony, ani zaspany. Gdy tylko uchyliła drzwi, śmignął między jej nogami i pognał na dół po schodach. Wrzuciła torebkę do mieszkania i pobiegła za nim.
Biorąc pod uwagę, że był na nowym terenie, Edgar pędził całkiem pewnie – zdążył już zniknąć Tawi z oczu. Na szczęście drzwi na klatkę miały samozamykacz, a o tej porze nikt nie powinien wchodzić ani wychodzić, więc uciekinier nie zwieje na zewnątrz.
Tawi zeszła na dół, a Edgara nadal nigdzie nie było widać. Drzwi wejściowe faktycznie były zamknięte, niestety drzwi do piwnicy już nie, na co nie zwróciła uwagi, wchodząc na górę. Zaklęła w duchu.
Do tej pory musiała zejść do piwnicy tylko raz, i miała szczerą nadzieję, że ostatni. Kiedy się wprowadzała, musiała pozbyć się starego, obrzydliwego dywanu z mieszkania, i mimo tego, że był środek dnia, to czuła się nieswojo w tych pokrętnych, słabo oświetlonych katakumbach. Zastanowiła się, czy nie wrócić do mieszkania po latarkę lub telefon, ale pomyślała o trutkach na szczury, na które Edgar mógłby się natknąć. Pstryknęła włącznik oświetlający krzywo wylane, betonowe stopnie.
– Edgar? Kotku?
Schodziła w dół, a jej oczom ukazały się ściany z czerwonej cegły, biegnące przy suficie rury, smętnie zwisająca żarówka, rzędy drzwi z płyty pilśniowej, pomalowane szarą, łuszczącą się farbą. Edgara nie było widać, a dalsza część korytarza ginęła w mroku. Ruszyła w głąb.
– Kotku? Gdzie jesteś? – nigdy nie była fanem „kici-kici”.
Doszła do miejsca, do którego światło żarówki ledwie dochodziło. Korytarz skręcał dalej w lewo. Gdzieś tu był kolejny włącznik, przypomniała sobie. O, jest. Cholera.
Pstryknęła jeszcze kilka razy dla pewności, ale światło się nie zapaliło. Pewnie żarówka się przepaliła, pomyślała. Że też musiałam zostawić tę cholerną torebkę na górze. Spokojnie, kolejny włącznik powinien być kilka kroków za zakrętem.
Zaczęła iść ostrożnie przy ścianie, próbując wyczuć dłońmi plastikowy guzik. Po kilku krokach nie widziała już nawet swoich rąk. Bała się, że zaraz natrafi dłonią na coś, czego nie powinno tam być, coś mokrego, albo włochatego, albo…
Wzdrygnęła się. Uznała, że musi szybko pomyśleć o czymś innym. O tym, że za chwilę znajdzie Edgara, weźmie go na ręce, poczuje jego miękkie futerko i zabierze go stąd, zabierze go z tej ciemnej, zatęchłej piwnicy. Miała nadzieję, że nie będzie się wyrywał, a przynajmniej nie zanim zamknie za sobą drzwi do piwnicy. Drgnęła.
Czy drzwi do piwnicy na pewno były otwarte, kiedy wchodziłam na klatkę? Nie miała pojęcia, nie zwróciła na to uwagi, ale nagle ogarnęło ją poczucie, że poza nią i Edgarem ktoś tu jeszcze jest. Ktoś, kogo nie powinno tu być. Poczuła jak jej żołądek kurczy się w małą, zbitą kulkę.
Wreszcie natrafiła dłonią na odstający kawałek plastiku i włączyła światło.
– Edgar, ty wstrętny głupku, prawie zawału dostałam!
Po ciemku pewnie by na niego wpadła: siedział dwa kroki przed nią, wpatrując się w drzwi do jednej z piwnic i zamiatając posadzkę powolnymi ruchami ogona.
Oczywiście nikogo więcej tam nie było, tylko ona i jej kot. Odetchnęła z ulgą.
– Wracamy, mój mały zbiegu.
Podniosła Edgara, który nadal skupiony był na drzwiach, przed którymi stali. Na pierwszy rzut oka nie było w nich nic szczególnego: farba odchodziła tylko w prawym dolnym rogu, metalowa klamka była dokładnie taka sama jak w pozostałych drzwiach, osadzona w prostokątnej rozecie o zaokrąglonych rogach.
Tyle że w przeciwieństwie do pozostałych klamek, spod tej wystawał długi, zakończony okrągłym łebkiem klucz.
Zanim dotarło do niej, co to oznacza, klamka zjechała w dół. Tawi stała i patrzyła, wstrzymując oddech. Edgar wczepił pazurki w jej ręce, ona jednak tego nie poczuła.
Klamka wróciła do zwykłej pozycji, a zza drzwi dobiegł znajomy głos:
– To ty Tawi? – Pani Marta. – Możesz otworzyć?
Tawi przełknęła ślinę, przekręciła klucz i otworzyła drzwi.
– Pani Marto, co tu pani… Co się stało?
Tym razem jej sąsiadka była w atłasowej, dwuczęściowej piżamie i różowym, bawełnianym szlafroku, czyli była ubrana dokładnie tak, jak według Tawi powinien być ubrany lunatyk. Jednak teraz jej twarz była nie tylko zupełnie przytomna, ale nawet… Zadowolona?
– Przepraszam, kochanie, musiałam cię wystraszyć. Chyba chodziłam we śnie i obudziłam się w swojej piwnicy. A w zasadzie w piwnicy Daniela: nawet za jego życia nie bywałam tu zbyt często.
Tawi rozejrzała się po pomieszczeniu. Zamiast słoików i starych rupieci, zobaczyła mały warsztat, pełen szlifierek, dłut, wierteł, pędzli różnych wielkości i całej masy tubek z farbami. Po drugiej stronie całą ścianę zajmował olbrzymi regał, na którym stały rzędy drewnianych figurek. Dominowały zwierzęta: koty, psy, konie, zauważyła też szczura, borsuka, niedźwiedzia, czaplę, a nawet smoka. Byli też rycerze w zbrojach, żołnierze z karabinami, kilka starych aut. Nie wszystkie podobały jej się tak bardzo, jak kot, którego dostała, ale widać było, że w każdą włożono dużo serca.
Nie wiedziała, od czego zacząć.
– Jest ich… mnóstwo.
– Zgadza się, myślałam, że dał sobie spokój, kiedy wszystkie dzieci w rodzinie wyrosły z zabawek, ale najwidoczniej nie – wzięła do ręki galopującego konia, którego rozwiana grzywa i rozdęte nozdrza drobiazgowo oddawały wrażenie pędu. – Najwidoczniej potem robił je… dla siebie.
– Jedna rzecz mnie dziwi – zaczęła Tawi – jak to jest, że nie umarła pani ze strachu? Gdybym ja obudziła się sama w piwnicy… – wzdrygnęła się.
Sąsiadka spojrzała na nią niepewnie.
– Pomyślisz, że zwariowałam, ale… Nie bałam się, bo… – Westchnęła. – Wiem jak to zabrzmi, ale pierwszy raz od śmierci Daniela nie czułam się samotna. Nigdy nie wierzyłam w historie o duchach, ale mimo to czuję, że jakaś jego część tu nadal jest. Że on jest tu ze mną.
Rozejrzała się wokół. Tawi podążyła za jej wzrokiem, ale dla niej była to zwykła piwnica.
– Kiedy dowiedziałam się, że nie mogę mieć dzieci, byłam załamana. Czułam, że to moja wina, że moje ciało jest… zepsute. Bałam się, że Daniel ode mnie odejdzie, ale on zachowywał się, jakby to nie było nic wielkiego, wspierał mnie, pocieszał. Mówił, że i tak nie miał ochoty na zmienianie pieluch. Tyle, że kiedy tu siedziałam z jego figurkami, kiedy zobaczyłam ile pracy w nie włożył… Wydaje mi się, że to był jego sposób. Jego sposób na radzenie sobie ze swoim żalem. Ja mogłam mu się skarżyć, mogłam wypłakać, miałam jego wsparcie. Daniel nigdy mi nie powiedział, jak bardzo mu zależało na dzieciach. Nie chciał, żebym czuła się winna.
Pani Marta w milczeniu patrzyła na rzędy drewnianych figurek.
– Jakie to dziwne, po jego śmierci czułam się tak dojmująco samotna, jakby cały mój świat się rozpadł. A okazuje się, że nie znałam nawet najbliższej mi osoby.
– Ktoś kiedyś powiedział, że rodzimy się i umieramy sami.
Pani Marta pokiwała głową.
– I wiesz co Tawi? Po raz pierwszy w życiu się tego nie boję.
Tawi spojrzała na Edgara, który nie wiedzieć kiedy zaczął drzemać na jej rękach. Uśmiechnęła się do swojej sąsiadki, która odwzajemniła uśmiech.
– Leć już, kochana, pewnie jest okropnie późno. Ja tu jeszcze trochę posiedzę.
Tawi miała jeszcze o coś zapytać, ale nie mogła sobie przypomnieć, co to było, a rzeczywiście było okropnie późno.
– Dobranoc.
Edgar spał przez całą drogę na górę, obudził się dopiero, kiedy otworzyła drzwi. Zeskoczył na podłogę, po czym pomaszerował do swojej miski i zaczął zawodzić.
– Już, kociaku, zaraz zakończymy głód na świecie. A zaczniemy od twojego brzuszka.
***
Tej nocy Edgar umościł się jej pod pachą.
– Ty mały łobuziaku, specjalnie mnie tam zaprowadziłeś.
Edgar zaczął mruczeć z zadowoleniem.
– Nie zaprzeczasz. Przyznaj, dogadałeś się z duchem sąsiada, obaj to wszystko zmajstrowaliście.
Edgar mruczał dalej. Tawi nie mogła zasnąć, myśląc o wydarzeniach tego dnia. Oczywiście nie wierzyła w duchy, wiedziała, że sąsiadce chodziło raczej o obecność męża w sensie metaforycznym – o figurki i ilość pracy, jaką w nie włożył, o emocje, które go motywowały do tej pracy, o więź, jaką poczuła z człowiekiem, który był jej najbliższy na świecie, mimo że już go z nią nie było.
Wiedziała to wszystko, ale coś jej nadal nie pasowało w tej historii. Pamiętała, że chciała jeszcze o coś zapytać panią Martę, ale nie mogła sobie przypomnieć o co. Było już bardzo późno, nie miała siły nad tym myśleć. Może jutro jej się przypomni.
Rozluźniła się, wsłuchując w coraz cichsze pomruki Edgara, a powieki opadały jej coraz niżej.
Nagle otworzyła szeroko oczy. Przypomniała sobie, o co miała zapytać sąsiadkę i zaklęła w duchu. Wiedziała, że jeszcze długo nie zaśnie, próbując znaleźć odpowiedź na to pytanie.
Jeśli pani Marta znajdowała się w środku, a drzwi były zamknięte od zewnątrz, to… kto je zamknął?
Ot, taka sobie opowiastka o dwóch paniach mieszkających na jednym piętrze, a których młodsza ma kota, a starsza jest wdową. Hororu tu tyle, co kot napłakał, bo nie wiem, co miałoby mnie nastraszyć. Szczególnego klimatu też nie zauważyłam.
Lekturę utrudniały różne usterki, miejscami nadmiar zaimków i źle zapisane dialogi. Mam nadzieję, że Twoje przyszłe opowiadania będą ciekawsze i zdecydowanie lepiej napisane.
Weszła właśnie do pociągu metra… → Czy dookreślenie jest konieczne? Wszak wiadomo, że metro to podziemna kolej miejska.
…usiadła na wolnym miejscu. Naprzeciwko siedziała i… → Nie brzmi to najlepiej.
…dziewczyna w okularach, znoszonych jeansach… → …dziewczyna w okularach, znoszonych dżinsach…
Używamy pisowni spolszczonej.
Ilość wysiłku, jaką się wkłada, żeby nie widzieć ludzi wokół... → A może: Wysiłek jaki się wkłada, żeby nie widzieć ludzi wokół…
– Cześć. Sorry, zaczytałam się – przesiadła się na miejsce obok Tawi. → Brak kropki po wypowiedzi, didaskalia wielką literą. Winno być: – Cześć. Sorry, zaczytałam się. – Przesiadła się na miejsce obok Tawi.
Tu znajdziesz wskazówki, jak zapisywać dialogi.
…wyjaśniła Tawi i wskazała na plastikowy transporter… → …wyjaśniła Tawi i wskazała plastikowy transporter...
Wskazujemy coś, nie na coś.
…składało się z kilku jednopiętrowych budynków. Minęła kilku wolontariuszy… → Czy to celowe powtórzenie?
…ale ciężko było jej sobie wyobrazić… → …ale trudno było jej sobie wyobrazić…
https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/Ciezko-a-trudno;19058.html
Kiedy Tawi mierzyła się ze swoim dylematem… → Zbędny zaimek – wszak nie mierzyła się z cudzym dylematem?
…dla dodania dramatyzmu kobieta wskazała na swoją dłoń. → …dla dodania dramatyzmu kobieta pokazała dłoń.
– Bez łaski, i tak znajdę kogoś, kto będzie miał do oddania NORMALNEGO kota. → Czy pani Lawenda umiała mówić wielkimi literami???
Tawi podobało się imię swojego nowego towarzysza. → Zbędny zaimek.
To dobrze rokuje, pomyślała. → A może: To dobrze rokuje – pomyślała.
Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli bohaterów.
Tawi wskazała na swoje biurko… → Zbędny zaimek. Wystarczy: Tawi wskazała biurko…
Podała Tawi małą paczuszkę, którą dziewczyna odpakowała. → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: Podała Tawi małą paczuszkę, którą dziewczyna rozwinęła.
Mówiłam ci już, musisz mi więcej przerywać. → Mówiłam ci już, musisz mi częściej przerywać.
Ciężko jej było sobie wyobrazić… → Trudno jej było sobie wyobrazić…
Zgasiła całe światło poza lampką nocną… → A może: Zgasiła wszystkie światła poza lampką nocną…
– Zobacz, jak mi nie zależy – przekręciła się tyłem do fotela. → – Zobacz, jak mi nie zależy. – Odwróciła się tyłem do fotela.
…stanowiło duży kontrast do wyrazu jej twarzy. → …stanowiło duży kontrast z wyrazem twarzy.
Oczyma wyobraźni widziała już swoją sąsiadkę… → Zbędny zaimek.
Tawi zeszła na dół… → Masło maślane – czy mogła zejść na górę?
Proponuję: Tawi zeszła na parter...
…na co nie zwróciła uwagi, wchodząc na górę. → I tu masło maslane.
Proponuję: …czego nie zauważyła, wracając do domu.
Kiedy się wprowadzała, musiała pozbyć się starego, obrzydliwego dywanu z mieszkania, i mimo tego, że był środek dnia, to czuła się nieswojo w tych pokrętnych, słabo oświetlonych katakumbach. Zastanowiła się, czy nie wrócić do mieszkania po latarkę lub telefon, ale pomyślała o trutkach na szczury, na które Edgar mógłby się natknąć. → Lekka siękoza.
Schodziła w dół, a jej oczom ukazały się... → Masło maślane.
Proponuję: Szła w dół, a jej oczom ukazały się…
– Kotku? Gdzie jesteś? – nigdy nie była fanem „kici-kici”. → Didaskalia wielka literą. Piszesz o dziewczynie, więc raczej: – Kotku? Gdzie jesteś? – Nigdy nie była fanką „kici-kici”.
…weźmie go na ręce, poczuje jego miękkie futerko i zabierze go stąd, zabierze go z tej ciemnej, zatęchłej piwnicy. → Nadmiar zaimków.
Tym razem jej sąsiadka była w atłasowej, dwuczęściowej piżamie... ->Zbędny zaimek. Zbędne dookreślenie – piżama jest dwuczęściowa z definicji.
Uśmiechnęła się do swojej sąsiadki... → Zbędny zaimek.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Cześć,
Myślę, że etykieta “horror” źle wpływa na odbiór tekstu. Czytelnik oczekujący mocnych wrażeń może czuć się zawiedziony. Cały horror sprowadza się do zatrzaśniętych drzwi w piwnicy, co pewnie dało by się też racjonalnie wytłumaczyć. A przecież potencjał do stworzenie horroru w tym tekście jest. Lawendowa “Cruella DeMon”, czy zdumiewająco dokładne figurki zwierząt to znakomite punkty wyjścia do rozwinięcia naprawdę strasznej historii.
Poza tym opowiadanie jest całkiem miłe w odbiorze, a “cat lovers” docenią znajomość kocich obyczajów.
Pozdrawiam :)
Regulatorzy: no cóż, nie udało się, dzięki za obszerny komentarz.
Czeke: good point z tą etykietą. Zawsze postrzegałem “opowieści niesamowite” jako podgatunek horroru, ale jeśli ktoś oczekuje Lovecrafta to faktycznie może się zawieść, zmieniłem i dodałem w przemowie. Cieszę się że doceniasz znajomość kocich obyczajów :) Smutną rzeczą jest że panią oddającą Edwarda faktycznie spotkałem, jak oddawała kota w schronisku, dialog toczył się mniej więcej w taki własnie sposób jak opisałem.
Bardzo proszę, Mr_D. A o kotach możesz pisać zawsze i dużo – one na to zasługują. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Cześć Mr_D. Subtelnie i powoli wprowadzałeś w klimat tajemniczości i myślałem, że pójdzie to w stronę horroru. Co nie zmienia faktu, że czytało się przyjemnie. Koty są bardzo dobrym tematem na opowieść mroczną i mrożącą krew w żyłach. Twój pomysł również jest dobry. Tylko zabrakło mi tutaj elementów fantastyki. Ogólnie na plus. Pozdrawiam.
Dzięki Hesket, po “Nos unum sumus” wnioskuję, że również cat lover?
Tak Mr_D. Mam dwa, Rudika i Balbinę, oraz piesełka Baticzka, papużki faliste Dilo i Didi oraz dwa akwaria czynne, plus kilka nieczynnych.
Brakuje fantastyki i niesamowitości. Ale kotek fajny:-)
Dzięki za lekturę i opinię :)
Koty lubię, więc masz plusa, horrorów i grozy ne lubię, więc… masz plusa, bo ani to horror, ani nawet groza, co mnie niesamowicie uszczęśliwiło. Fantastyki tu tyle, co kot napłakał. Właściwie to za element fantastyczny robią zamknięte drzwi, co imo jest dyskusyjne, bo po cholerę duch ją tam zamykał? Przecież to kochający mężuś był, a starszej pani mogło się przydarzyć coś niedobrego, zmarząć na przykład mogła, przeziębić się tak porządnie, że dołączyłaby do męża. Tak, wiem, był kot w roli stróża, ale jego obecność była potrzebna autorowi, a nie historii.
Styl masz dobry, czyta się przyjemnie, wykonanie jeszcze szwankuje. Masz tendencję do nadużywania zaimków, co czasem daje zabawny efekt
Z zamążpójściem nie była to do końca prawda, chociaż jej mama faktycznie nie mogła przeboleć, że Tawi rozstała się z Adamem,
jejchłopakiem z liceum.
Czy Tawi rozstała się z maminym chłopakiem z liceum?
W przeciwieństwie do
jejbrata
Większość bobolków wyszukała już Reg, więc nie będę powtarzać.
Jeśli chcesz mieć czytelników, poprawiaj babolki.
Chciałabym w końcu przeczytać coś optymistycznego!
Klasycznej fantastyki nie znalazłem, ale nie żałuję. Czytało misię i misię jest zadowolone, że bez grozy i horroru. Pozdrawiam :)