Andrzej otworzył drzwi. Na progu stały cztery krasnoludki ubrane w szaty mnichów.
– Dzień dobry, przyszliśmy pana porwać – powiedział pierwszy z nich, po czym wbił w nogę mężczyzny strzykawkę i wpuścił mu do organizmu truciznę.
Ten cofnął się jak oparzony, jednak było już za późno.
Ela wpadła do przedpokoju. Wrzasnęła dziko i w pełnym pędzie kopnęła pierwszego krasnala, którzy przeleciał nad schodami i wypadł przez okno klatki schodowej. Pokurcz w zielonej czapce ugryzł Elę w kostkę. Trzeci z napastników wpakował kobiecie dawkę trucizny prosto w pośladek, dokładnie w chwili gdy w drzwiach pojawił się pitbull.
Jednak czynsz był zdecydowanie za wysoki, by łysego rapera obchodziło, co się dzieje z właścicielami mieszkania. Przeszedł tylko przez przedpokój, starając się nikogo nie nadepnąć, wszedł do kuchni, wyciągnął piwo z lodówki i wrócił do swojego pokoju układać kolejne hity. Jeden z krasnoludków pokręcił głową z niedowierzaniem. Nie spodziewał się, że dawna legenda popu będzie w tak złym stanie.
Palce spłaszczone, by efektywniej uderzać w klawisze keyboardu. Uszy na stałe podłączone do wzmacniacza. Andrzej pozbył się nawet purpury wzrokowej z siatkówki, dzięki czemu mógł czytać nuty nawet przy słabym oświetleniu, oraz włosów z głowy, która stała się doskonałym rezonatorem. I, oczywiście, dał sobie wymienić wątrobę.
Najniższy z krasnoludów zrzucił strój mnicha, ukazał swą lazurową nagość i, niczym fleszem, objął nadprzyrodzoną poświatą Andrzeja oraz Elę, zamykając ich tym samym w świetlistej kuli. Tymczasem wykopnięty wcześniej krasnolud wrócił. Pojawił się za oknem (tym samym, którym wcześniej był wyleciał), tym razem siedząc za sterami czegoś w rodzaju srebrnego spodka. Pitbull (nota bene również Andrzej), skonstatowawszy że jednak Młody opchnął mu dziś cudny towar, dopił piwo, rzekł “lol” i wrócił do tworzenia kolejnego bitu.
Tymczasem krasnoludki przy akompaniamencie piosenki Eiffel 65 odleciały do swojej tajnej bazy przy Alei Korfantego. Hologram, wyświetlany dla zmylenia nieświadomych katowiczan, zniknął, by zrobić miejsce dla prawdziwego Spodka. Pojazd osiadł na ziemi, a krasnale wyszły przez drzwi ukryte w jednej ze ścian. Za nimi, w antygrawitacyjnej sferze, wylecieli Andrzej i Ela.
– Mam ich na radarze – mówiła Ela, nie odrywając wzroku od ekranu. – Zdejmujemy?
– Czekaj. Lecimy za nimi, na razie nie chcemy, żeby nas namierzyli. – Andrzej pogładził łysą głowę.
– Szybciej do balonu, nim uciekną – wrzasnął Pitbull. W tej chwili Andrzej, Ela i piosenkarz zdali sobie sprawę, że są jedną osobą. W idealnym ciele.
Nieświęta Trójca, nieco zdumiona tym odkryciem, przez chwilę walczyła sama ze sobą o priorytet osobowościowy. Chwilowo wygrała Ela, więc od razu poprawiła fryzurę, gładząc łysinę miękką ściereczką zapachową. To dało jej chwilę do namysłu i podjęcia decyzji.
– Może penetracja ich jaskini?
I zaraz odpowiedziała sama sobie – Świetny pomysł!
Prądy powietrza zakręciły balonem, lecz potrójny byt bohaterski, za pomocą przemyślnego urządzenia splecionego ze sznurka, skierował swój lotny pojazd ku wylotowi groty.
Co prawda balon z trudem się w nim zmieścił, ale jedwab z majtek francuskich wieśniaczek wytrzymał tarcie o piaskowiec. Troje awanturników było w jaskini.
Grzyby wyłaziły ze ścian, spod ich zielonych kapeluszy strzelały fioletowe zarodniki. Balon omijał stalagmity, przemierzając coraz to nowe komory. Białe żaby, nadymając się w ciszy, śledziły przelatujący nad ich głowami kosz. Andrzej czuł, że są już blisko.
Nora krasnoludków okazała się czymś o wiele bardziej wyrafinowanym niż zwykłe mieszkanie. Trójosobowość znalazła się u progu nowoczesnego centrum dowodzenia oddziałami wyszkolonych mnichów, gdzie wszystko błyszczało chemią i fizyką.
– O co tu chodzi? – zastanowiła się zaskoczona jednoosobowa grupa.
Mnisi, jak to mnisi, jedni trenowali Cios Wirującej Pięści, inni siedzieli przy maszynach do pisania w zaciszu skryptorium. Żaden nie zwracał uwagi na infiltrującego/ą/ych bazę Andrzeja/Pitbulla/Elę. Trójca bez przeszkód podleciała do zajmującego środek groty zbiornika z przezroczystym płynem. Wewnątrz unosił się różowy jednorożec.
– Musimy pobrać chociaż jedną próbkę! – polecił obecnie dominujący w trio Andrzej.
– Nie oddam flakonika J’adore, oszczędzałam na nie pół roku! – pisnęła Ela.
– Czuję, że skład chemiczny tej cieczy da nam nagrodę Nobla! – Andrzej nie zamierzał jej słuchać.
– AI w płynie! – szepnął gdzieś w głębi bytu zafascynowany Pitbul.
Różowy jednorożec otworzył oktarynowe oczy i zmierzył przenikliwym spojrzeniem Andrzeja/Pitbulla/Elę.
– Śmiertelni! – rozległo się z głośników. – Niniejszym rozklejam was, jak uszka na Wigilię!
I nagle przed zbiornikiem stało troje oszołomionych ludzi w cokolwiek wymiętych ciałach.
Krasnoludek w szpiczastej czapce podszedł do zaskoczonych nagłym rozczepieniem ludzi i powiedział:
– Wiedzieliśmy, że wstrzyknięcie płynnego AI spowoduje, iż krążące w waszych żyłach cząsteczki sztucznej inteligencji zdołają wpłynąć na wasze umysły tak, byście zapuścili się do jaskiń nieskończoności. Tylko tak mogliśmy sprowadzić was przed oblicze wszechwiedzącego zwierzęcia, boskiej parzystokopytnej wspaniałości, niepowtarzalnej jednorogiej znakomitości, najkrócej mówiąc: Boba, który jako jedyna istota we wszechświecie mógł siłą umysłu dokonać rozczepienia…
– E, tak, fajnie, rozumiemy, ale czy możemy już sobie pójść – wtrącił się Pitbull, a Ela i Andrzej zgodzili się z do niedawna wspólną cząstką siebie.
– W zasadzie, to tak, to chyba już koniec – powiedział krasnoludek.
