- Opowiadanie: leniwy2 - List od ojca

List od ojca

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Ambush

Oceny

List od ojca

Mu­siał to być list gdzieś ze środ­ka na­szej ko­re­spon­den­cji, która osa­dzi­ła się w tym okre­sie pła­sko i osią­gnę­ła swoje upo­rząd­ko­wa­ne ramy, nie do­cho­dzi­ło w niej już do kry­zy­sów i zda­rzeń mo­nu­men­tal­nych (na pi­śmie), lecz le­ni­we­go prze­pły­wu in­for­ma­cji, wy­ni­ka­ją­ce­go z po­trze­by utrzy­ma­nia kon­tak­tu – po­trze­by więk­szej być może ze stro­ny mego ojca, którą ja jed­nak rów­nież od­czu­wa­łem cza­sem, w spo­sób de­li­kat­ny.

 

Drogi Synu,

 

Je­stem wiel­ce rad, że cie­szysz się do­brym zdro­wiem. Sze­dłem dziś ulicą Sójki, która zmie­ni­ła się znacz­nie od Two­je­go wy­jaz­du. Ca­ło­dzien­ne sie­dze­nie nad biur­kiem źle wpły­wa na ja­kość mojej pracy. Jak wiesz, muszę cza­sa­mi wyjść na świe­że po­wie­trze, bo ina­czej do­sta­ję ataku dusz­no­ści. Dawno nie byłeś u nas, więc być może nie pa­mię­tasz w ogóle jak ta ulica wy­glą­da, ale ja rów­nież za­po­mi­nam czę­sto, że obec­nie nie przy­po­mi­na ona sobą w naj­mniej­szym stop­niu kształ­tu, który przy­bra­ła już na stałe za spra­wą przy­zwy­cza­je­nia w mojej wy­obraź­ni. Blusz­cze i krze­wy bez­owe, na­da­ją­ce jej od lat pod­miej­skie­go uroku i przej­mu­ją­ce­go za­pa­chu, zo­sta­ły bez­par­do­no­wo ścię­te przez no­wych wła­ści­cie­li, a za­stą­pi­ły je mo­zai­ko­we mury z ja­sne­go be­to­nu, za dnia roz­grze­wa­ją­ce się do wy­jąt­ko­wo wy­so­kich tem­pe­ra­tur.

Idąc dzi­siaj ową ulicą spo­tka­ła mnie rzecz szo­ku­ją­ca. Na­tkną­łem się na opar­te­go o słup te­le­gra­ficz­ny bie­da­ka, przy któ­rym stał pies o wy­jąt­ko­wo ja­snej maści, przy­naj­mniej na wpół krwi la­bra­dor, choć o ogo­nie nie­pro­stym, zwi­ja­ją­cym się w de­li­kat­ną spi­ra­lę, jak u mło­de­go wie­prza. Kiedy pod­sze­dłem bli­żej, zo­ba­czy­łem, że ten bie­dak to w rze­czy samej ko­bie­ta o prze­tłusz­czo­nych wło­sach i na­puch­nię­tej, czer­wo­nej twa­rzy, wy­jąt­ko­wo drob­nym nosie za­to­pio­nym nisko mię­dzy bar­dziej wy­pu­kły­mi ob­sza­ra­mi twa­rzy, w wy­tar­tym za­pla­mio­nym ku­bra­ku, o becz­ko­wa­tym, na­pęcz­nia­łym kor­pu­sie, generalnie – kobieta spra­wia­ją­ca ku­li­ste i nie­zdro­we wra­że­nie na­pom­po­wa­ne­go fer­men­tem owocu po­ma­rań­czy. Sie­dzia­ła opar­ta o słup te­le­gra­ficz­ny, w nie­sa­mo­wi­tym upale, a pies lizał ją de­li­kat­nie po pal­cach stopy wy­sta­ją­cych z dziu­ra­we­go buta, uszczel­nia­ne­go zdaje się brą­zo­wą taśmą kle­ją­cą.

Ta za­gad­ko­wa scena roz­gry­wa­ła się w cał­ko­wi­tej ciszy, nie­bę­dą­cej je­dy­nie na­tu­ral­nie wy­stę­pu­ją­cą ciszą pe­ry­fe­ryj­nej ulicz­ki – wiesz zresz­tą do­brze, jak do­no­śna bywa prze­bie­ga­ją­ca nie­da­le­ko ulica Pu­ław­ska oraz ile go­łę­bi wije gniaz­da we wnę­kach po­bli­skich bu­dyn­ków miesz­kal­nych, że życie rynsz­to­ka jest bujne i wy­peł­nio­ne prze­my­ka­ją­cy­mi od cie­nia do cie­nia owa­da­mi – w tam­tej chwi­li jed­nak za­le­gła tam cisza jak naj­mniej na­tu­ral­na, przy­no­szą­ca być może nawet wra­że­nie sztucz­no­ści, wra­że­nie roz­myśl­ne­go wy­ci­sze­nia wszyst­kie­go wokół, ja­kiejś nie­zna­nej obec­no­ści, ob­ser­wa­cji. Zło­wro­gie wra­że­nie – ciar­ki prze­szły mi po ple­cach. Czu­łem się, nie na miej­scu – jak­bym doj­rzał coś, czego nie po­wi­nie­nem był zo­ba­czyć, czego nie prze­zna­czo­no mi ani ja­kie­mu­kol­wiek czło­wie­ko­wi do zo­ba­cze­nia, jak­bym był czymś od­dziel­nym, ja­kimś drob­nym zwie­rzę­ciem noc­nym, prze­kra­cza­ją­cym jezd­nię, wrzu­co­nym nie­spo­dzie­wa­nie pro­sto w lo­do­wa­te i obce świa­tło. Za­ci­snę­ły się na mnie po­tęż­ne okowy prze­ra­że­nia, a czas prze­stał pły­nąć.

Wszyst­ko za­czę­ło mi­go­tać – to, co przed chwi­lą wy­da­wa­ło się twar­de, zmie­nia­ło się w coś mięk­kie­go i na od­wrót. Zaraz zo­ba­czy­łem, że ko­bie­ta nie jest aż tak gruba, od­wrot­nie – wła­śnie cał­kiem szczu­pła, a jej nos prze­ciw­nie – cał­kiem wy­dat­ny, że jest cha­rak­te­ry­stycz­ną cechą jej twa­rzy. Pies – naraz za­uwa­ży­łem, iż to czar­ny kun­del z do­miesz­ką grey­ho­und’a, a jego język nie liże wcale de­li­kat­nie pal­ców ko­bie­ty, prze­ciw­nie, pies ata­ku­je ją zę­ba­mi – wgry­za się w nie z za­ja­dło­ścią dra­pież­ni­ka, zaś chod­nik robi się czer­wo­ny od krwi i ka­wał­ków roz­szar­pa­ne­go ciała – twarz ko­bie­ty, za­miast tę­po-upal­ne­go ma­ra­zmu, wy­gię­ta jest z bólu. Owe zmia­ny przy­cho­dzi­ły i od­cho­dzi­ły pul­sem i nie było w nich żad­nej struk­tu­ry – z ko­lej­nym ude­rze­niem ja­kie­goś rytmu (był to dziw­ny rytm po­za-oso­bo­we­go serca lub in­ne­go na­rzą­du ma­ją­ce­go pod­wa­li­ny – tak, pod­wa­li­ny – u stóp wszyst­kich rze­czy – ca­łe­go świa­ta, cały świat po­cho­dził od owego ryt­micz­ne­go na­rzą­du), ko­bie­ta znowu zgru­bia­ła, a pies stał się na po­wrót la­bra­do­rem, ale przy jesz­cze ko­lej­nym pies znik­nął cał­ko­wi­cie, zle­wa­jąc się z nogą ko­bie­ty, która to noga stała się wy­jąt­ko­wo sze­ro­ka na końcu i po­czer­nio­na, tam aku­rat gdzie wcze­śniej znaj­do­wał się pies. Nagle ko­bie­ta na po­wrót się roz­pa­dła, tym razem stra­ciw­szy obie nogi – jedna zmie­ni­ła się w skun­dlo­ne­go la­bra­do­ra li­żą­ce­go lewy kikut, a druga w nie­czy­stej krwi grey­ho­un­d’a roz­szar­pu­ją­ce­go prawy, krew lała się na chod­nik, a potem ko­lej­ny puls i ko­lej­ny, i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej (isto­ty cza­sem zu­peł­nie zni­ka­ły upo­dab­nia­jąc się do krze­wu, bądź ster­ty gruzu lub kilku usta­wio­nych obok sie­bie czar­nych wor­ków na śmie­ci, po­tę­gu­jąc wra­że­nie sztucz­no­ści, nie ma­ją­cej końca sztucz­no­ści).

Sta­łem cią­gle w miej­scu, jak za­mu­ro­wa­ny, wmu­ro­wa­ny w kost­kę bru­ko­wą, którą wy­ło­żo­na była ulicz­ka, a mój umysł wy­raź­nie nie pra­co­wał do­brze, nie mo­głem się zdo­być na żadne dzia­ła­nie ani cho­ciaż­by myśl – jak­bym prze­by­wał we śnie lub oglą­dał film w bez­ro­zum­nym amoku, był bier­nym ob­ser­wa­to­rem, rów­no­cze­śnie prze­ję­ty strasz­li­wym uczu­ciem, że to ja sam je­stem ob­ser­wo­wa­ny, że stoję jakby na czy­jejś dłoni i uważ­ne spoj­rze­nie stu­diu­je mnie pod wszel­ki­mi wzglę­da­mi, odzie­ra, trans­for­mu­je, robi ze mną co mu się żyw­nie po­do­ba, pewna ob­cość i ogrom­ny strach, było to prze­ra­że­nie uno­szą­ce kró­ciut­kie wło­ski na ludz­kim karku i ogra­ni­cza­ją­ce znacz­nie po­jem­ność płuc, zmu­sza­ją­ce do płyt­kich, nie­re­gu­lar­nych od­de­chów.

Obu­dzi­ła się we mnie jed­nak nie­zgo­da – na ów nie­po­rzą­dek, mę­tlik pa­nu­ją­cy w ulicz­ce. Strach nie po­zwa­lał mi dzia­łać, ale mu­sia­łem – sam nie wiem, co roz­luź­ni­ło pa­ra­liż i po­pchnę­ło mnie do po­dob­nych kro­ków dość, że jak sta­łem, tak za­czą­łem biec, pro­sto na ów pul­su­ją­cy ob­szar prze­strze­ni, z któ­re­go co jakiś czas wy­nu­rza­ła się bez­dom­na ko­bie­ta. Wy­da­je mi się, że wrza­sną­łem coś wtedy – "Dosyć!", krzyk­ną­łem lub "Ko­niec, wy­star­czy!" i ude­rzy­łem laską, czar­ną laską z cęt­ko­wa­ną rącz­ką, którą wzią­łem ze sobą cał­kiem przy­pad­ko­wo, bo zwy­kle na krót­kich spa­ce­rach nawet jej nie uży­wam, w miej­sce po­mię­dzy do­mnie­ma­nym kor­pu­sem psa, a ko­bie­ty. Usły­sza­łem po­dej­rza­ny dźwięk. Wy­wo­ła­ny być może, choć nie­ko­niecz­nie, przez kon­takt mojej laski z kost­ką bru­ko­wą dźwięk, przy­wo­dzą­cy na myśl od­głos prze­ci­na­ne­go bloku że­la­ty­ny lub od­ry­wa­ją­cej się od cze­goś, mięk­kiej, kle­istej po­wierzch­ni. Naraz wszyst­ko się skoń­czy­ło, a ja po­czu­łem się słabo.

Sie­dzia­ła przede mną ta brud­na ko­bie­ta i mer­da­ją­cy nie­po­rad­nie zwi­nię­tym ogo­nem pies. Ko­bie­ta mru­żąc oczy przy­glą­da­ła mi się uważ­nie, z gry­ma­sem znie­sma­czo­ne­go prze­stra­chu oraz lek­kie­go współ­czu­cia, jakim ob­da­rza się za­zwy­czaj ludzi sza­lo­nych i po­ten­cjal­nie nie­bez­piecz­nych dla swego oto­cze­nia. Wzię­ła chyba jed­nak zaraz po­praw­kę na mój strój – jak wiesz nie przy­wią­zu­ję do niego zbyt­niej wagi, jed­nak Twoja matka, dba za­wsze, żebym ubra­ny był przy­zwo­icie, a przy­naj­mniej na bo­ga­to, cho­ciaż­by ta spin­ka do kra­wa­tu i złote opraw­ki, które zdra­dzi­ły bez­dom­nej, że nie je­stem ra­czej nie­speł­na ro­zu­mu, że pra­wie na pewno je­stem czło­wie­kiem nor­mal­nym, ale naj­wy­raź­niej coś mi do­le­ga.

Unio­sła się z tru­dem na nogi i za­czę­ła wy­py­ty­wać mnie jak się czuję, czy nic mi nie jest. Usa­dzi­ła na ziemi i wy­cią­gnę­ła skądś zgnie­cio­ną bu­tel­kę wody, którą za­czę­ła mnie poić – po­twor­nie mi nie sma­ko­wa­ła, bo roz­grza­na była owym po­po­łu­dniem i miała smak pla­sti­ku – przy­znać muszę jed­nak, że ta bez­dom­na wy­ka­za­ła się ogrom­ną tro­skli­wo­ścią w sto­sun­ku do mnie – po­zwo­li­ła oblać sobie wodą twarz i za­czę­ła wa­chlo­wać połą swo­jej kurty; pies w tym cza­sie łasił się do mojej nogi. Po­dzię­ko­wa­łem jej zaraz, bo za­pach za­czął dawać mi się we znaki, ale siłą przy­trzy­ma­ła mnie za ra­mio­na, zmu­sza­jąc do po­now­ne­go kuc­nię­cia, jed­no­cze­śnie swój kor­pus usta­wia­jąc tak, by za­sła­niał mnie od słoń­ca. W jej dłoni zna­la­zła się roz­kru­szo­na bułka z wy­glą­du mocno czer­stwa, którą za­czę­ła pod­ty­kać mi pod nos jak do zje­dze­nia. Opę­dza­łem się od niej bo ani nie byłem głod­ny, ani ten chleb nie mógł­by przy­nieść mi wzmoc­nie­nia, nawet gdy­bym go zjadł. Za­mie­ni­li­śmy wów­czas parę słów (za­czą­łem roz­mo­wę celem unik­nię­cia bułki) – zro­bi­ła na mnie wra­że­nie ko­bie­ty pod wszel­ki­mi wzglę­da­mi po­rząd­nej, pro­sto­li­nij­nej, o ogrom­nym sercu i o przy­jem­nym cha­rak­te­rze – gdyby tylko nie te oko­licz­no­ści ży­cio­we oraz ów brud, owo cier­pie­nie. I w tym cier­pie­niu po­tra­fi­ła się zająć się mną jak moja wła­sna żona – w to aku­rat nie uwie­rzysz – oka­za­ło się, że to imien­nicz­ka Two­jej matki! Cóż za po­rząd­na ko­bie­ta.

Za­miast wra­cać do domu po­pę­dzi­łem od razu do dok­to­ra, byłem bo­wiem pe­wien, że ule­głem tam­te­go po­po­łu­dnia roz­le­głe­mu uda­ro­wi. Zro­bił mi re­zo­nans ma­gne­tycz­ny, wzbra­niał się lekko, bo bra­ko­wa­ło mu do tego roz­ma­itych skie­ro­wań, jed­nak zro­bił to na moją proś­bę – wskaź­ni­ki wy­ka­za­ły, że je­stem cał­ko­wi­cie zdrów, co dok­tor prze­ka­zał mi ze śmie­chem po­kle­pu­jąc po ple­cach z wiel­ką siłą. Żad­ne­go udaru pan nie ma, po­wie­dział, jest pan zdrów jak rydz! Nie użył, żad­ne­go in­ne­go słowa, nie sta­rał się nic za­wo­alo­wać ani wpro­wa­dzać w błąd – jest pan zdrów jak rydz, po­wie­dział.

Co za szczę­ście – my­śla­łem wra­ca­jąc, że moje dzie­ło na tym nie ucier­pi. Mam czas je jesz­cze skoń­czyć – mó­wi­łem do sie­bie, cał­ko­wi­cie zgod­nie z praw­dą oraz pły­ną­cym z niej spo­ko­jem. Za­sta­na­wia­ła mnie jed­nak na­tu­ra tego zja­wi­ska, któ­re­go byłem świad­kiem. Zda­łem sobie spra­wę, że nawet w mo­men­cie naj­więk­sze­go na­cie­ra­ją­ce­go ze­wsząd, z każ­de­go zmy­słu, cha­osu, ist­nia­ła we mnie pewna jed­no­staj­ność – za­wie­sze­nie, z nie­zro­zu­mia­łych dla mnie przy­czyn o ko­lo­rze ko­ja­rzą­cym się z czer­nią – jakaś nie­okre­ślo­na pęcz­nie­ją­ca prze­strzeń, uczu­cie sze­ro­ko­ści, roz­le­gło­ści, w któ­rym wszyst­ko było nie­ru­cho­me po­zo­sta­jąc w ruchu, a któ­re­go byłem świa­do­my przez cały ten czas, być może nie zda­jąc sobie z tego spra­wy. Owa prze­strzeń, zja­wia­ją­ca się w cza­sie pul­so­wa­nia i nie­zro­zu­mia­łych trans­for­ma­cji świa­ta przed moimi ocza­mi – wra­ca­jąc do domu od dok­to­ra, nie od­czu­wa­łem jej sła­biej, wręcz prze­ciw­nie – stała mi się w mniej­szym na­tę­że­niu bytów, tym bar­dziej oczy­wi­sta i nie­zmien­na. I teraz pi­sząc ten list nadal je­stem jej świad­kiem, cho­ciaż pró­bu­ję o niej za­po­mnieć, wy­da­je się, że pewna prze­kład­nia zo­sta­ła prze­sta­wio­na w moim umy­śle na stałe, i dla­te­go do­strze­gam tę sze­ro­kość, je­stem jej świa­do­my o każ­dej porze dnia i nocy od otwar­cia do za­mknię­cia oczu, a cza­sem nawet we śnie – i jeśli nawet wy­da­je mi się (choć zda­rza się to ra­czej rzad­ko), że na mo­ment znika bądź staje się ukry­ta, zaraz wraca do mnie ze zdwo­jo­ną siłą – nie może, zdaje się, nigdy już mnie opu­ścić.

A co u cie­bie, mój drogi? Na­pisz mi pro­szę co tam się dzie­je w tej Ryn­nie. Czy do­brze ci się po­wo­dzi? Za­łą­czam tro­chę wspar­cia – w tej ko­per­cie po­wi­nie­neś otrzy­mać drob­ną sumkę.

 

Po­zdra­wiam,

Twój Tata

Koniec

Komentarze

Jeśli tekst ma powyżej 10K (nawet niedużo) to już opowiadanie, zmień proszę oznaczenie.

Wrócę;)

"nie mam jak porównać samopoczucia bez bałaganu..." - Ananke

lecz leniwego przepływu informacji,

Ponieważ w zdaniu masz, że nie dochodziło to leniwego nie pasuje, bo do leniwego dochodziło.

 

Dawno nie byłeś u nas, więc być może nie pamiętasz w ogóle jak ta ulica wygląda, ale ja również zapominam często, że obecnie nie przypomina ona sobą w najmniejszym stopniu kształtu, który przybrała już na stałe za sprawą przyzwyczajenia w mojej wyobraźni.

To zdanie jest nie do przebrnięcia. Napisz ojcu, żeby upraszczał;)

 

Dobra, zacisnęłam zęby i weszłam w ten słowotok. Cała opowieść zabawna i przerażająca> Nie do końca wiem kto był szaleńcem, który z przedstawionych obrazów był prawdą, a który zmyśleniem, czy mirażem.

Jestem zadowolona z lektury, ale musisz wiedzieć, że możesz stracić czytelników przez taką, a nie inną formę wypowiedzi. Choć kto wie, może możesz też zyskać;)

"nie mam jak porównać samopoczucia bez bałaganu..." - Ananke

A ja lgnę do wszelakich dziwności, jak mucha do (wiadomo). Nie jestem fanem kwiecistości, Lovecrafta machnę w małej dawce, Tolkiena odpędzę patyczkiem, ale tutaj, o dziwo, przeleciałem na jednym (to metafora, inaczej bym pewnie umarł) wdechu. Super ta scena i super, że nie jest wyjaśniona. Lubię być czytelnikiem, który filuje zza muru lub przez jakąś dziurę i ma tylko ten skrawek… który ma.

Jestem na tak, ze względu na środkową scenę (samo mięcho).

Hej Ambush, dzięki za odwiedziny. To stary tekścik, który znalazłem wczoraj. Nie jest idealnie, ale nie mam siły nad nim się dłużej pochylać, publikuję bardziej w formie ciekawostki + z powodu nostalgicznej chęci opublikowania czegokolwiek ;)

 

Hej Canulas, dzięki za odwiedziny i ciepłe słowa, miło mi

Istotnie, osobliwa historia stała się udziałem ojca adresata i niełatwo mi zdecydować, czy starszy pan doznał omamów na skutek upału, czy przydarzyła mu się rzecz niewytłumaczalna.

Dziwnie mi się czytało ten list, bo mam też nieodparte wrażenie, jakby w szczególny sposób zderzyły się tu dwa światy – ojciec relacjonuje współczesne zdarzenie, ale pisze list słowami i stylem przypominającym korespondencję sprzed jakichś stu, a może i stu pięćdziesięciu lat.

 

Drogi Synu, → W nagłówku listu nie stawia się przecinka.

 

Bluszcze i krzewy bezowe… → Bluszcze i krzewy bzowe… Lub: Bluszcze i krzewy bzu

Bezowe mogą być ciastka czy torty, ale nie krzewy.

 

czego nie przeznaczono mi ani jakiemukolwiek człowiekowi do zobaczenia… → …czego nie przeznaczono mnie ani jakiemukolwiek człowiekowi do zobaczenia

mnie czy mi? tobie czy ci? – Poradnia językowa PWN

 

I w tym cierpieniu potrafiła się zająć się mną… → Dwa grzybki w barszczyku.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

korespondencji, która osadziła się w tym okresie płasko i osiągnęła swoje uporządkowane ramy

To nie jest błąd ani przytyk, ale faktycznie czuję się, jakbym Reymonta czytał :)

nie dochodziło w niej już do kryzysów i zdarzeń monumentalnych

Mi ten przymiotnik w odniesieniu do zdarzenia nieco zgrzyta.

Dawno nie byłeś u nas, więc być może nie pamiętasz w ogóle jak ta ulica wygląda, ale ja również zapominam często, że obecnie nie przypomina ona sobą w najmniejszym stopniu kształtu, który przybrała już na stałe za sprawą przyzwyczajenia w mojej wyobraźni.

Nie jest to strasznie zagmatwane zdanie, ale zmierza w tym kierunku.

Bluszcze i krzewy bezowe, nadające jej od lat podmiejskiego uroku i przejmującego zapachu, zostały bezpardonowo ścięte przez nowych właścicieli,

Rozumiem stylizację, ale czy krzewy zasługują na tak silne określenia?

 

Dalej jest aliteracja wy – wy, kwestia gustu.

Ta zagadkowa scena rozgrywała się w całkowitej ciszy, niebędącej jedynie naturalnie występującą ciszą peryferyjnej uliczki – wiesz zresztą dobrze, jak donośna bywa przebiegająca niedaleko ulica Puławska oraz ile gołębi wije gniazda we wnękach pobliskich budynków mieszkalnych, że życie rynsztoka jest bujne i wypełnione przemykającymi od cienia do cienia owadami – w tamtej chwili jednak zaległa tam cisza jak najmniej naturalna, przynosząca być może nawet wrażenie sztuczności, wrażenie rozmyślnego wyciszenia wszystkiego wokół, jakiejś nieznanej obecności, obserwacji.

Serwujesz nam długie zdanie, z potężnym wtrętem, akurat, gdy zaczyna się dziać coś tajemniczego.

Złowrogie wrażenie – ciarki przeszły mi po plecach. Czułem się, [przecinek IMO zbędny] nie na miejscu – jakbym dojrzał coś, czego nie powinienem był zobaczyć, czego nie przeznaczono mi ani jakiemukolwiek człowiekowi do zobaczenia, jakbym był czymś oddzielnym, jakimś drobnym zwierzęciem nocnym, przekraczającym jezdnię, wrzuconym niespodziewanie prosto w lodowate i obce światło. Zacisnęły się na mnie potężne okowy przerażenia, a czas przestał płynąć.

Mam wrażenie nadmiaru w opisie strachu bohatera, choć konkretne składowe są bardzo udane.

Owe zmiany przychodziły i odchodziły pulsem i nie było w nich żadnej struktury – z kolejnym uderzeniem jakiegoś rytmu

To jest ciekawe i oryginalne.

(był to dziwny rytm poza-osobowego serca lub innego narządu mającego podwaliny – tak, podwaliny – u stóp wszystkich rzeczy – całego świata, cały świat pochodził od owego rytmicznego narządu),

Tu poziom wtrętu stał się nieco zbyt wtrętny.

 

Ta wizja kikutów z psami faktycznie osobliwa.

zrobiła na mnie wrażenie kobiety pod wszelkimi względami porządnej, prostolinijnej, o ogromnym sercu i o przyjemnym charakterze – gdyby tylko nie te okoliczności życiowe oraz ów brud, owo cierpienie. I w tym cierpieniu potrafiła się zająć się mną jak moja własna żona – w to akurat nie uwierzysz – okazało się, że to imienniczka Twojej matki! Cóż za porządna kobieta.

Podwójna aliteracja, do tego zaznaczony fragment jest tak staromodny, że lekko ociera się o komizm.

 

Moim zdaniem nadmiar myślników nie służy płynności tekstu.

wskaźniki wykazały,

Lekko niefortunna zbitka.

Zastanawiała mnie jednak natura tego zjawiska, którego byłem świadkiem. Zdałem sobie sprawę, że nawet w momencie największego nacierającego zewsząd, z każdego zmysłu, chaosu, istniała we mnie pewna jednostajność – zawieszenie, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn o kolorze kojarzącym się z czernią – jakaś nieokreślona pęczniejąca przestrzeń, uczucie szerokości, rozległości, w którym wszystko było nieruchome pozostając w ruchu, a którego byłem świadomy przez cały ten czas, być może nie zdając sobie z tego sprawy. Owa przestrzeń, zjawiająca się w czasie pulsowania i niezrozumiałych transformacji świata przed moimi oczami – wracając do domu od doktora, nie odczuwałem jej słabiej, wręcz przeciwnie – stała mi się w mniejszym natężeniu bytów, tym bardziej oczywista i niezmienna. I teraz pisząc ten list nadal jestem jej świadkiem, chociaż próbuję o niej zapomnieć, wydaje się, że pewna przekładnia została przestawiona w moim umyśle na stałe, i dlatego dostrzegam tę szerokość, jestem jej świadomy o każdej porze dnia i nocy od otwarcia do zamknięcia oczu, a czasem nawet we śnie – i jeśli nawet wydaje mi się (choć zdarza się to raczej rzadko), że na moment znika bądź staje się ukryta, zaraz wraca do mnie ze zdwojoną siłą – nie może, zdaje się, nigdy już mnie opuścić.

Mam mętlik w głowie po tym fragmencie, ale może to ja.

 

Ciekawy tekst, napisany kwiecistym i nieco staromodnym językiem, który ogólnie nadaje mu klimatu, ale też momentami nieco gmatwa się w sobie.

facebook.com/tadzisiejszamlodziez

Hejka, @Leniwy :-)

Jak wiesz odnajduję się w naszej literaturze umiarkowanie, teraz jestem na etapie "Geparda" (Leoparda) di Lampedusy, nowe tłumaczenie na razie mnie zachwyca, jestem w połowie. Co w związku z tym?

 

Twój tekst jest ciekawy, odnajduję w nim wiele myśli i skondensowałabym go, bez pardonu, wyrzucałabym "tej, tego temu", intensyfikowałabym, i nie, nie chodzi o emocje, czy przeżycia czytelnika, lecz przymiotniki, przysłówki, dawkowałabym określniki, przyglądając się przekazowi, głównej myśli, eliminowałbym watę słowną. Przykład:

"lecz leniwego przepływu informacji, wynikającego z potrzeby utrzymania kontaktu – potrzeby większej być może ze strony mego ojca, którą ja jednak również odczuwałem czasem, w sposób delikatny". Wszystko niby ok, jednakże spowalniasz, niejako podwójnie, gdyż albo pierwszą część dot. ojca, albo drugą. Inkryminowane, wg. mnie, do wyboru – podkreślenia.

 

W listach jest podobnie, np

"…Jestem wielce rad, że cieszysz się dobrym zdrowiem. Szedłem dziś ulicą Sójki, która zmieniła się znacznie od Twojego wyjazdu. Całodzienne siedzenie nad biurkiem źle wpływa na jakość mojej pracy. Jak wiesz, muszę czasami wyjść na świeże powietrze, bo inaczej dostaję ataku duszności…"

Tropiłabym powyższe kategorie podkreśleń, rozważając, które zostawić z uwagi na niemnożenie znaków.

 

Pozdrawiam serdecznie :-)

a

PS. Krótki tekst jest mega trudny.

Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.

Nowa Fantastyka