
Musiał to być list gdzieś ze środka naszej korespondencji, która osadziła się w tym okresie płasko i osiągnęła swoje uporządkowane ramy, nie dochodziło w niej już do kryzysów i zdarzeń monumentalnych (na piśmie), lecz leniwego przepływu informacji, wynikającego z potrzeby utrzymania kontaktu – potrzeby większej być może ze strony mego ojca, którą ja jednak również odczuwałem czasem, w sposób delikatny.
Drogi Synu,
Jestem wielce rad, że cieszysz się dobrym zdrowiem. Szedłem dziś ulicą Sójki, która zmieniła się znacznie od Twojego wyjazdu. Całodzienne siedzenie nad biurkiem źle wpływa na jakość mojej pracy. Jak wiesz, muszę czasami wyjść na świeże powietrze, bo inaczej dostaję ataku duszności. Dawno nie byłeś u nas, więc być może nie pamiętasz w ogóle jak ta ulica wygląda, ale ja również zapominam często, że obecnie nie przypomina ona sobą w najmniejszym stopniu kształtu, który przybrała już na stałe za sprawą przyzwyczajenia w mojej wyobraźni. Bluszcze i krzewy bezowe, nadające jej od lat podmiejskiego uroku i przejmującego zapachu, zostały bezpardonowo ścięte przez nowych właścicieli, a zastąpiły je mozaikowe mury z jasnego betonu, za dnia rozgrzewające się do wyjątkowo wysokich temperatur.
Idąc dzisiaj ową ulicą spotkała mnie rzecz szokująca. Natknąłem się na opartego o słup telegraficzny biedaka, przy którym stał pies o wyjątkowo jasnej maści, przynajmniej na wpół krwi labrador, choć o ogonie nieprostym, zwijającym się w delikatną spiralę, jak u młodego wieprza. Kiedy podszedłem bliżej, zobaczyłem, że ten biedak to w rzeczy samej kobieta o przetłuszczonych włosach i napuchniętej, czerwonej twarzy, wyjątkowo drobnym nosie zatopionym nisko między bardziej wypukłymi obszarami twarzy, w wytartym zaplamionym kubraku, o beczkowatym, napęczniałym korpusie, generalnie – kobieta sprawiająca kuliste i niezdrowe wrażenie napompowanego fermentem owocu pomarańczy. Siedziała oparta o słup telegraficzny, w niesamowitym upale, a pies lizał ją delikatnie po palcach stopy wystających z dziurawego buta, uszczelnianego zdaje się brązową taśmą klejącą.
Ta zagadkowa scena rozgrywała się w całkowitej ciszy, niebędącej jedynie naturalnie występującą ciszą peryferyjnej uliczki – wiesz zresztą dobrze, jak donośna bywa przebiegająca niedaleko ulica Puławska oraz ile gołębi wije gniazda we wnękach pobliskich budynków mieszkalnych, że życie rynsztoka jest bujne i wypełnione przemykającymi od cienia do cienia owadami – w tamtej chwili jednak zaległa tam cisza jak najmniej naturalna, przynosząca być może nawet wrażenie sztuczności, wrażenie rozmyślnego wyciszenia wszystkiego wokół, jakiejś nieznanej obecności, obserwacji. Złowrogie wrażenie – ciarki przeszły mi po plecach. Czułem się, nie na miejscu – jakbym dojrzał coś, czego nie powinienem był zobaczyć, czego nie przeznaczono mi ani jakiemukolwiek człowiekowi do zobaczenia, jakbym był czymś oddzielnym, jakimś drobnym zwierzęciem nocnym, przekraczającym jezdnię, wrzuconym niespodziewanie prosto w lodowate i obce światło. Zacisnęły się na mnie potężne okowy przerażenia, a czas przestał płynąć.
Wszystko zaczęło migotać – to, co przed chwilą wydawało się twarde, zmieniało się w coś miękkiego i na odwrót. Zaraz zobaczyłem, że kobieta nie jest aż tak gruba, odwrotnie – właśnie całkiem szczupła, a jej nos przeciwnie – całkiem wydatny, że jest charakterystyczną cechą jej twarzy. Pies – naraz zauważyłem, iż to czarny kundel z domieszką greyhound’a, a jego język nie liże wcale delikatnie palców kobiety, przeciwnie, pies atakuje ją zębami – wgryza się w nie z zajadłością drapieżnika, zaś chodnik robi się czerwony od krwi i kawałków rozszarpanego ciała – twarz kobiety, zamiast tępo-upalnego marazmu, wygięta jest z bólu. Owe zmiany przychodziły i odchodziły pulsem i nie było w nich żadnej struktury – z kolejnym uderzeniem jakiegoś rytmu (był to dziwny rytm poza-osobowego serca lub innego narządu mającego podwaliny – tak, podwaliny – u stóp wszystkich rzeczy – całego świata, cały świat pochodził od owego rytmicznego narządu), kobieta znowu zgrubiała, a pies stał się na powrót labradorem, ale przy jeszcze kolejnym pies zniknął całkowicie, zlewając się z nogą kobiety, która to noga stała się wyjątkowo szeroka na końcu i poczerniona, tam akurat gdzie wcześniej znajdował się pies. Nagle kobieta na powrót się rozpadła, tym razem straciwszy obie nogi – jedna zmieniła się w skundlonego labradora liżącego lewy kikut, a druga w nieczystej krwi greyhound’a rozszarpującego prawy, krew lała się na chodnik, a potem kolejny puls i kolejny, i tak dalej, i tak dalej, i tak dalej (istoty czasem zupełnie znikały upodabniając się do krzewu, bądź sterty gruzu lub kilku ustawionych obok siebie czarnych worków na śmieci, potęgując wrażenie sztuczności, nie mającej końca sztuczności).
Stałem ciągle w miejscu, jak zamurowany, wmurowany w kostkę brukową, którą wyłożona była uliczka, a mój umysł wyraźnie nie pracował dobrze, nie mogłem się zdobyć na żadne działanie ani chociażby myśl – jakbym przebywał we śnie lub oglądał film w bezrozumnym amoku, był biernym obserwatorem, równocześnie przejęty straszliwym uczuciem, że to ja sam jestem obserwowany, że stoję jakby na czyjejś dłoni i uważne spojrzenie studiuje mnie pod wszelkimi względami, odziera, transformuje, robi ze mną co mu się żywnie podoba, pewna obcość i ogromny strach, było to przerażenie unoszące króciutkie włoski na ludzkim karku i ograniczające znacznie pojemność płuc, zmuszające do płytkich, nieregularnych oddechów.
Obudziła się we mnie jednak niezgoda – na ów nieporządek, mętlik panujący w uliczce. Strach nie pozwalał mi działać, ale musiałem – sam nie wiem, co rozluźniło paraliż i popchnęło mnie do podobnych kroków dość, że jak stałem, tak zacząłem biec, prosto na ów pulsujący obszar przestrzeni, z którego co jakiś czas wynurzała się bezdomna kobieta. Wydaje mi się, że wrzasnąłem coś wtedy – "Dosyć!", krzyknąłem lub "Koniec, wystarczy!" i uderzyłem laską, czarną laską z cętkowaną rączką, którą wziąłem ze sobą całkiem przypadkowo, bo zwykle na krótkich spacerach nawet jej nie używam, w miejsce pomiędzy domniemanym korpusem psa, a kobiety. Usłyszałem podejrzany dźwięk. Wywołany być może, choć niekoniecznie, przez kontakt mojej laski z kostką brukową dźwięk, przywodzący na myśl odgłos przecinanego bloku żelatyny lub odrywającej się od czegoś, miękkiej, kleistej powierzchni. Naraz wszystko się skończyło, a ja poczułem się słabo.
Siedziała przede mną ta brudna kobieta i merdający nieporadnie zwiniętym ogonem pies. Kobieta mrużąc oczy przyglądała mi się uważnie, z grymasem zniesmaczonego przestrachu oraz lekkiego współczucia, jakim obdarza się zazwyczaj ludzi szalonych i potencjalnie niebezpiecznych dla swego otoczenia. Wzięła chyba jednak zaraz poprawkę na mój strój – jak wiesz nie przywiązuję do niego zbytniej wagi, jednak Twoja matka, dba zawsze, żebym ubrany był przyzwoicie, a przynajmniej na bogato, chociażby ta spinka do krawatu i złote oprawki, które zdradziły bezdomnej, że nie jestem raczej niespełna rozumu, że prawie na pewno jestem człowiekiem normalnym, ale najwyraźniej coś mi dolega.
Uniosła się z trudem na nogi i zaczęła wypytywać mnie jak się czuję, czy nic mi nie jest. Usadziła na ziemi i wyciągnęła skądś zgniecioną butelkę wody, którą zaczęła mnie poić – potwornie mi nie smakowała, bo rozgrzana była owym popołudniem i miała smak plastiku – przyznać muszę jednak, że ta bezdomna wykazała się ogromną troskliwością w stosunku do mnie – pozwoliła oblać sobie wodą twarz i zaczęła wachlować połą swojej kurty; pies w tym czasie łasił się do mojej nogi. Podziękowałem jej zaraz, bo zapach zaczął dawać mi się we znaki, ale siłą przytrzymała mnie za ramiona, zmuszając do ponownego kucnięcia, jednocześnie swój korpus ustawiając tak, by zasłaniał mnie od słońca. W jej dłoni znalazła się rozkruszona bułka z wyglądu mocno czerstwa, którą zaczęła podtykać mi pod nos jak do zjedzenia. Opędzałem się od niej bo ani nie byłem głodny, ani ten chleb nie mógłby przynieść mi wzmocnienia, nawet gdybym go zjadł. Zamieniliśmy wówczas parę słów (zacząłem rozmowę celem uniknięcia bułki) – zrobiła na mnie wrażenie kobiety pod wszelkimi względami porządnej, prostolinijnej, o ogromnym sercu i o przyjemnym charakterze – gdyby tylko nie te okoliczności życiowe oraz ów brud, owo cierpienie. I w tym cierpieniu potrafiła się zająć się mną jak moja własna żona – w to akurat nie uwierzysz – okazało się, że to imienniczka Twojej matki! Cóż za porządna kobieta.
Zamiast wracać do domu popędziłem od razu do doktora, byłem bowiem pewien, że uległem tamtego popołudnia rozległemu udarowi. Zrobił mi rezonans magnetyczny, wzbraniał się lekko, bo brakowało mu do tego rozmaitych skierowań, jednak zrobił to na moją prośbę – wskaźniki wykazały, że jestem całkowicie zdrów, co doktor przekazał mi ze śmiechem poklepując po plecach z wielką siłą. Żadnego udaru pan nie ma, powiedział, jest pan zdrów jak rydz! Nie użył, żadnego innego słowa, nie starał się nic zawoalować ani wprowadzać w błąd – jest pan zdrów jak rydz, powiedział.
Co za szczęście – myślałem wracając, że moje dzieło na tym nie ucierpi. Mam czas je jeszcze skończyć – mówiłem do siebie, całkowicie zgodnie z prawdą oraz płynącym z niej spokojem. Zastanawiała mnie jednak natura tego zjawiska, którego byłem świadkiem. Zdałem sobie sprawę, że nawet w momencie największego nacierającego zewsząd, z każdego zmysłu, chaosu, istniała we mnie pewna jednostajność – zawieszenie, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn o kolorze kojarzącym się z czernią – jakaś nieokreślona pęczniejąca przestrzeń, uczucie szerokości, rozległości, w którym wszystko było nieruchome pozostając w ruchu, a którego byłem świadomy przez cały ten czas, być może nie zdając sobie z tego sprawy. Owa przestrzeń, zjawiająca się w czasie pulsowania i niezrozumiałych transformacji świata przed moimi oczami – wracając do domu od doktora, nie odczuwałem jej słabiej, wręcz przeciwnie – stała mi się w mniejszym natężeniu bytów, tym bardziej oczywista i niezmienna. I teraz pisząc ten list nadal jestem jej świadkiem, chociaż próbuję o niej zapomnieć, wydaje się, że pewna przekładnia została przestawiona w moim umyśle na stałe, i dlatego dostrzegam tę szerokość, jestem jej świadomy o każdej porze dnia i nocy od otwarcia do zamknięcia oczu, a czasem nawet we śnie – i jeśli nawet wydaje mi się (choć zdarza się to raczej rzadko), że na moment znika bądź staje się ukryta, zaraz wraca do mnie ze zdwojoną siłą – nie może, zdaje się, nigdy już mnie opuścić.
A co u ciebie, mój drogi? Napisz mi proszę co tam się dzieje w tej Rynnie. Czy dobrze ci się powodzi? Załączam trochę wsparcia – w tej kopercie powinieneś otrzymać drobną sumkę.
Pozdrawiam,
Twój Tata
Jeśli tekst ma powyżej 10K (nawet niedużo) to już opowiadanie, zmień proszę oznaczenie.
Wrócę;)
"nie mam jak porównać samopoczucia bez bałaganu..." - Ananke
lecz leniwego przepływu informacji,
Ponieważ w zdaniu masz, że nie dochodziło to leniwego nie pasuje, bo do leniwego dochodziło.
Dawno nie byłeś u nas, więc być może nie pamiętasz w ogóle jak ta ulica wygląda, ale ja również zapominam często, że obecnie nie przypomina ona sobą w najmniejszym stopniu kształtu, który przybrała już na stałe za sprawą przyzwyczajenia w mojej wyobraźni.
To zdanie jest nie do przebrnięcia. Napisz ojcu, żeby upraszczał;)
Dobra, zacisnęłam zęby i weszłam w ten słowotok. Cała opowieść zabawna i przerażająca> Nie do końca wiem kto był szaleńcem, który z przedstawionych obrazów był prawdą, a który zmyśleniem, czy mirażem.
Jestem zadowolona z lektury, ale musisz wiedzieć, że możesz stracić czytelników przez taką, a nie inną formę wypowiedzi. Choć kto wie, może możesz też zyskać;)
"nie mam jak porównać samopoczucia bez bałaganu..." - Ananke
A ja lgnę do wszelakich dziwności, jak mucha do (wiadomo). Nie jestem fanem kwiecistości, Lovecrafta machnę w małej dawce, Tolkiena odpędzę patyczkiem, ale tutaj, o dziwo, przeleciałem na jednym (to metafora, inaczej bym pewnie umarł) wdechu. Super ta scena i super, że nie jest wyjaśniona. Lubię być czytelnikiem, który filuje zza muru lub przez jakąś dziurę i ma tylko ten skrawek… który ma.
Jestem na tak, ze względu na środkową scenę (samo mięcho).
Hej Ambush, dzięki za odwiedziny. To stary tekścik, który znalazłem wczoraj. Nie jest idealnie, ale nie mam siły nad nim się dłużej pochylać, publikuję bardziej w formie ciekawostki + z powodu nostalgicznej chęci opublikowania czegokolwiek ;)
Hej Canulas, dzięki za odwiedziny i ciepłe słowa, miło mi
Istotnie, osobliwa historia stała się udziałem ojca adresata i niełatwo mi zdecydować, czy starszy pan doznał omamów na skutek upału, czy przydarzyła mu się rzecz niewytłumaczalna.
Dziwnie mi się czytało ten list, bo mam też nieodparte wrażenie, jakby w szczególny sposób zderzyły się tu dwa światy – ojciec relacjonuje współczesne zdarzenie, ale pisze list słowami i stylem przypominającym korespondencję sprzed jakichś stu, a może i stu pięćdziesięciu lat.
Drogi Synu, → W nagłówku listu nie stawia się przecinka.
Bluszcze i krzewy bezowe… → Bluszcze i krzewy bzowe… Lub: Bluszcze i krzewy bzu…
Bezowe mogą być ciastka czy torty, ale nie krzewy.
…czego nie przeznaczono mi ani jakiemukolwiek człowiekowi do zobaczenia… → …czego nie przeznaczono mnie ani jakiemukolwiek człowiekowi do zobaczenia…
mnie czy mi? tobie czy ci? – Poradnia językowa PWN
I w tym cierpieniu potrafiła się zająć się mną… → Dwa grzybki w barszczyku.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
korespondencji, która osadziła się w tym okresie płasko i osiągnęła swoje uporządkowane ramy
To nie jest błąd ani przytyk, ale faktycznie czuję się, jakbym Reymonta czytał :)
nie dochodziło w niej już do kryzysów i zdarzeń monumentalnych
Mi ten przymiotnik w odniesieniu do zdarzenia nieco zgrzyta.
Dawno nie byłeś u nas, więc być może nie pamiętasz w ogóle jak ta ulica wygląda, ale ja również zapominam często, że obecnie nie przypomina ona sobą w najmniejszym stopniu kształtu, który przybrała już na stałe za sprawą przyzwyczajenia w mojej wyobraźni.
Nie jest to strasznie zagmatwane zdanie, ale zmierza w tym kierunku.
Bluszcze i krzewy bezowe, nadające jej od lat podmiejskiego uroku i przejmującego zapachu, zostały bezpardonowo ścięte przez nowych właścicieli,
Rozumiem stylizację, ale czy krzewy zasługują na tak silne określenia?
Dalej jest aliteracja wy – wy, kwestia gustu.
Ta zagadkowa scena rozgrywała się w całkowitej ciszy, niebędącej jedynie naturalnie występującą ciszą peryferyjnej uliczki – wiesz zresztą dobrze, jak donośna bywa przebiegająca niedaleko ulica Puławska oraz ile gołębi wije gniazda we wnękach pobliskich budynków mieszkalnych, że życie rynsztoka jest bujne i wypełnione przemykającymi od cienia do cienia owadami – w tamtej chwili jednak zaległa tam cisza jak najmniej naturalna, przynosząca być może nawet wrażenie sztuczności, wrażenie rozmyślnego wyciszenia wszystkiego wokół, jakiejś nieznanej obecności, obserwacji.
Serwujesz nam długie zdanie, z potężnym wtrętem, akurat, gdy zaczyna się dziać coś tajemniczego.
Złowrogie wrażenie – ciarki przeszły mi po plecach. Czułem się, [przecinek IMO zbędny] nie na miejscu – jakbym dojrzał coś, czego nie powinienem był zobaczyć, czego nie przeznaczono mi ani jakiemukolwiek człowiekowi do zobaczenia, jakbym był czymś oddzielnym, jakimś drobnym zwierzęciem nocnym, przekraczającym jezdnię, wrzuconym niespodziewanie prosto w lodowate i obce światło. Zacisnęły się na mnie potężne okowy przerażenia, a czas przestał płynąć.
Mam wrażenie nadmiaru w opisie strachu bohatera, choć konkretne składowe są bardzo udane.
Owe zmiany przychodziły i odchodziły pulsem i nie było w nich żadnej struktury – z kolejnym uderzeniem jakiegoś rytmu
To jest ciekawe i oryginalne.
(był to dziwny rytm poza-osobowego serca lub innego narządu mającego podwaliny – tak, podwaliny – u stóp wszystkich rzeczy – całego świata, cały świat pochodził od owego rytmicznego narządu),
Tu poziom wtrętu stał się nieco zbyt wtrętny.
Ta wizja kikutów z psami faktycznie osobliwa.
zrobiła na mnie wrażenie kobiety pod wszelkimi względami porządnej, prostolinijnej, o ogromnym sercu i o przyjemnym charakterze – gdyby tylko nie te okoliczności życiowe oraz ów brud, owo cierpienie. I w tym cierpieniu potrafiła się zająć się mną jak moja własna żona – w to akurat nie uwierzysz – okazało się, że to imienniczka Twojej matki! Cóż za porządna kobieta.
Podwójna aliteracja, do tego zaznaczony fragment jest tak staromodny, że lekko ociera się o komizm.
Moim zdaniem nadmiar myślników nie służy płynności tekstu.
wskaźniki wykazały,
Lekko niefortunna zbitka.
Zastanawiała mnie jednak natura tego zjawiska, którego byłem świadkiem. Zdałem sobie sprawę, że nawet w momencie największego nacierającego zewsząd, z każdego zmysłu, chaosu, istniała we mnie pewna jednostajność – zawieszenie, z niezrozumiałych dla mnie przyczyn o kolorze kojarzącym się z czernią – jakaś nieokreślona pęczniejąca przestrzeń, uczucie szerokości, rozległości, w którym wszystko było nieruchome pozostając w ruchu, a którego byłem świadomy przez cały ten czas, być może nie zdając sobie z tego sprawy. Owa przestrzeń, zjawiająca się w czasie pulsowania i niezrozumiałych transformacji świata przed moimi oczami – wracając do domu od doktora, nie odczuwałem jej słabiej, wręcz przeciwnie – stała mi się w mniejszym natężeniu bytów, tym bardziej oczywista i niezmienna. I teraz pisząc ten list nadal jestem jej świadkiem, chociaż próbuję o niej zapomnieć, wydaje się, że pewna przekładnia została przestawiona w moim umyśle na stałe, i dlatego dostrzegam tę szerokość, jestem jej świadomy o każdej porze dnia i nocy od otwarcia do zamknięcia oczu, a czasem nawet we śnie – i jeśli nawet wydaje mi się (choć zdarza się to raczej rzadko), że na moment znika bądź staje się ukryta, zaraz wraca do mnie ze zdwojoną siłą – nie może, zdaje się, nigdy już mnie opuścić.
Mam mętlik w głowie po tym fragmencie, ale może to ja.
Ciekawy tekst, napisany kwiecistym i nieco staromodnym językiem, który ogólnie nadaje mu klimatu, ale też momentami nieco gmatwa się w sobie.
facebook.com/tadzisiejszamlodziez
Hejka, @Leniwy :-)
Jak wiesz odnajduję się w naszej literaturze umiarkowanie, teraz jestem na etapie "Geparda" (Leoparda) di Lampedusy, nowe tłumaczenie na razie mnie zachwyca, jestem w połowie. Co w związku z tym?
Twój tekst jest ciekawy, odnajduję w nim wiele myśli i skondensowałabym go, bez pardonu, wyrzucałabym "tej, tego temu", intensyfikowałabym, i nie, nie chodzi o emocje, czy przeżycia czytelnika, lecz przymiotniki, przysłówki, dawkowałabym określniki, przyglądając się przekazowi, głównej myśli, eliminowałbym watę słowną. Przykład:
"lecz leniwego przepływu informacji, wynikającego z potrzeby utrzymania kontaktu – potrzeby większej być może ze strony mego ojca, którą ja jednak również odczuwałem czasem, w sposób delikatny". Wszystko niby ok, jednakże spowalniasz, niejako podwójnie, gdyż albo pierwszą część dot. ojca, albo drugą. Inkryminowane, wg. mnie, do wyboru – podkreślenia.
W listach jest podobnie, np
"…Jestem wielce rad, że cieszysz się dobrym zdrowiem. Szedłem dziś ulicą Sójki, która zmieniła się znacznie od Twojego wyjazdu. Całodzienne siedzenie nad biurkiem źle wpływa na jakość mojej pracy. Jak wiesz, muszę czasami wyjść na świeże powietrze, bo inaczej dostaję ataku duszności…"
Tropiłabym powyższe kategorie podkreśleń, rozważając, które zostawić z uwagi na niemnożenie znaków.
Pozdrawiam serdecznie :-)
a
PS. Krótki tekst jest mega trudny.
Logika zaprowadzi cię z punktu A do punktu B. Wyobraźnia zaprowadzi cię wszędzie. A.E.