- Opowiadanie: vus95 - Język Stwórcy

Język Stwórcy

Po 12 latach w przerwie od jakiegokolwiek pisania, wpadłem na pomysł na takie krótkie opowiadanie jako “rozgrzewkę”. Fajnie jeśli komuś by przypadło do gustu ;)

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Język Stwórcy

Afganistan

1990 rok

Gdzieś między niebem, a ziemią istniała dolina otoczona z dwóch stron stromymi górami. Panował tam spokój, a gdy kraj był najeżdżany, burza wojny zawsze ją omijała. Ciepłe światło słońca żyło w harmonii z chłodem cienia gór. Zielona roślinność łączyła się z żółtym piaskiem i ciemną skałą, dając jej mieszkańcom ich skromny raj.

W tej dolinie mieszkał chłopiec wraz ze swoją rodziną. Ojciec, matka, dwie piękne siostry i dwóch silnych braci tworzyli dla chłopca jego własny świat. On, jako najmłodszy z rodzeństwa, często był niefrasobliwy, ciekawy tego, co leży za górami, kilka razy próbował się nawet wykraść. Za każdym razem jego rodzeństwo powstrzymywało go i upominało, aby tam nie wychodził, przestrzegało przed gniewem ojca, gdyby ten się o tym dowiedział, ale chłopiec, ilekroć był powstrzymywany, tym silniej jego ciekawość pchała go, aby wyjrzał poza dolinę.

Dni mijały chłopcu na pomocy w obowiązkach domowych, nauce Koranu, szacunku do rodziców i Boga oraz psoceniu swojemu rodzeństwu. Dzień zamieniał się w noc, noc w dzień, dzień w tydzień, tydzień w miesiąc, jednak zew zza gór wzywał chłopca coraz silniej, kiedy spał, echo szeptało mu do ucha obietnice wiedzy. „Wszystko, co wystarczy zrobić, to wyjrzeć i zobaczyć” – mówiło.

Chłopiec postanowił zwierzyć się swojemu ojcu. Był to człek stary, ale pełen siły i wigoru, jak i wiedzy zdobytej podczas wielu, wielu lat swojego żywota. Gdy chłopak zaczął mówić, twarz ojca, z zaciekawienia, zmieniła się w zaniepokojenie, następnie gniew. Gdy chłopiec mówił, ojciec go nie rozumiał, choć porozumiewali się w tym samym języku, gdy ojciec krzyczał, z kolei chłopak tego nie rozumiał.

Gdy otrzymał baty i łzy bólu napłynęły mu do oczu, ogarnęła go wściekłość, odepchnął ojca, a ten, nieprzygotowany na to, wywrócił się, głową uderzył się w kamienną posadzkę. Zdziwienie, strach… zachwyt pojawiły się na twarzy głowy rodziny. Gdy czerwona plama rozlewała się na podłodze, młodzieniec zobaczył w niej swoje zniekształcone oblicze, jego twarz falowała, zmieniała kształty, aż zobaczył w niej twarz swojego ojca.

Głos powiedział: „Odchodzę w Jego objęcia, jednak ty bądź silny i trwaj, walcz o swoje, czcij Go, nie bluźnij, a kiedyś, pod koniec twojej drogi, spotkamy się ponownie. To moja ostatnia nauka, jaką mogę ci przekazać.”

Twarz ojca zgasła, jednak malował się na niej uśmiech satysfakcji. Chłopiec był cały obolały od otrzymanych batów i w szoku… jednak stało się coś ważniejszego… chłopiec zrozumiał się z ojcem pierwszy raz w swoim życiu.

Jednej nocy młodzieniec wykradł się nocą, gdy wszyscy spali, słońce już dawno zaszło, odsłaniając nieboskłon wypełniony tysiącami drobnych światełek. Mieniły się one intensywnie, pojedyncze nawet spadały na ziemię. Zza jednej gór wyłoniła się drobna łuna, jakby to właśnie tam jedna gwiazdka zdecydowała się spocząć. Czyżby Bóg zdecydował się tam zstąpić, czy po to, aby zaspokoić głód wiedzy chłopca?

Wspinaczka była długa i trudna, wielokrotnie chłopcu usuwał się grunt pod nogami i musiał szybko ratować się, chwytając się najbliższego kamienia czy suchej gałęzi, gdy wszedł na szczyt, zaczynało już świtać. Dłonie miał pokaleczone, kolana pozdzierane, ale nigdy nie był tak blisko objawienia, rozmowy ze Stworzycielem. Gdy wyjrzał zza wierzchołka, ujrzał… więcej tego samego.

Kolejne doliny, kolejne szczyty górskie. Łuna zniknęła. Czyżby się spóźnił? Czy zbyt długo zwlekał ze swoją podróżą? A może wspinał się zbyt mało gorliwie? Rozmyślania chłopca zostały przerwane przez łopotanie skrzydeł, wielu skrzydeł, jednak nie brzmiało to jak ptak, owad czy inne stworzenie. Wielkie ciemne stworzenie wyłoniło się jakby znikąd, trzepocząc swoimi mechanicznymi skrzydłami, przecinając powietrze. Anioł? Demon? Czymkolwiek była ta istota, zmierzała ku rodzinnej dolinie.

Serce chłopca podeszło mu do gardła. „Oto cena mojego głodu poznania” – pomyślał i czym prędzej zaczął zbiegać po zboczu do swoich najbliższych. Jednak potwór już tam wylądował.

Nie ma liczby zdolnej objąć ilość razy, kiedy się przewrócił, zsunął, uderzył i potknął w trakcie swojego powrotu. Ból ogarniał każdą część jego ciała, siniaki czy może krwawe ślady… nie było to ważne. Pędził ku potworowi, przegonić go z jego raju. Znad wioski unosił się czarny dym. Było słychać krzyki, wezwania, prośby, błagania. Cichły one jedna po drugiej. Gdy zbliżył się dość blisko, zobaczył kilka postaci, wyprowadziły one część mieszkańców na środek wioski. Jeden ze stworów miał przymocowany wielki plecak, w dłoniach trzymał nieporęczną prostokątną broń, nie przypominającą niczego, co chłopiec mógłby znać.

Zebrani po środku łkali i krzyczeli. Broń wystrzeliła… niczym? Jednak pochłonęła ich krzyki… cisza… zamarli w jednej pozie niczym swoje własne karykatury. Ich skóra zaczęła pęcznieć, oczy, uszy, usta krwawić, pod koniec jakby wywrócili się na drugą stronę, niczym torby, które chce się wyczyścić z kurzu zebranego w środku. Postacie zaczęły się śmiać.

Oczy chłopca chciały uciec spojrzeniem jak najdalej od tego widoku, on sam chciał zapaść się pod ziemię lub odlecieć byle dalej stąd. Kara za jego chęć wiedzy… zmuszała go do patrzenia na cenę, jaką musiał zapłacić.

Jedna z postaci wyprowadziła ostatniego mieszkańca. Zdarła chustę z głowy kobiety. Chłopiec wiedział, kto to. To była jego matka. Jej cudowna twarz patrzyła z dumą i niezłomnością na oprawców… dopóki nie zamieniła się w czerwoną chmurkę.

Chłopiec zamarł w jednej pozycji, jakby stał się częścią skały, za którą się schował. Tamte postaci tego nie zauważyły… jednak on tak. Pojawił się On nagle, znikąd, nie tak Go sobie wyobrażał, ale któż inny to mógł być, jak nie On. Podszedł do istot, początkowo wymierzyły w Niego broń, jednak nie zrobiło to na Nim wrażenia. Po chwili potwory się uspokoiły. Tak jak On stworzył nas, każdego z osobna, z innym językiem, tak chłopiec nie był w stanie zrozumieć, o czym On rozmawiał z potworami. Chłopak wiedział jednak, że rozmowa była intensywna i zaczynał rozumieć… uniwersalny język Stwórcy. Nie musiał znać poszczególnych słów, ale ich intencję.

Istoty zadały niewyobrażalne cierpienia swoim ofiarom i to przykuło Jego uwagę, zstąpił z niebios, aby z nimi pomówić, a gdy skończył, nagrodził ich. Postacie rozproszyły się nagle, na miliony drobinek pyłu, złoto, czerwień, zieleń, srebrny, żółty, niebieski zatańczyły w powietrzu w cudownym dzikim tańcu napędzanym przez wiatr doliny. Wstąpili do domu Pana. A On Sam chwilę później, zniknął tak nagle, jak się pojawił, odprowadzając Swoje dzieci do domu.

 

Koniec

Komentarze

Vus95, niespełna sześć tysięcy sześćset znaków to jeszcze nie opowiadanie. Bądź uprzejmy zmienić oznaczenie na SZORT.

Na tym portalu opowiadania zaczynają się od dziesięciu tysięcy znaków.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka