- Opowiadanie: Login1 - Klątwa Lancknechta Rudobrodego czyli zbrojna wyprawa do podziemi

Klątwa Lancknechta Rudobrodego czyli zbrojna wyprawa do podziemi

Hasła kon­kur­so­we:

 

Z pierw­szej grupy – DIA­MENT

Z dru­giej grupy      – KLĄ­TWA

Z trze­ciej grupy     –JA­SKI­NIA

 

Mapa:

 

Opo­wia­da­nie za­wie­ra dwie mapy (pierw­sza z nich jest mało istot­na).

Mapa wy­ma­ga­na w kon­kur­sie znaj­du­je się w roz­dzia­le pią­tym.

 

Po­sta­cie w opo­wia­da­niu:

 

Kra­sno­lu­dy

 

Czar­ny

Lanck­necht Ru­do­bro­dy

Czer­wo­ny Azgor z Khaz–Bar­run

Trzech ku­zy­nów z Wy­ży­ny Trol­lich Gła­zów:

- Dwar­nuf

- Fur­ga­nar

- Org­mer

 

 

Elfy

 

We­te­ran (Ve­ithe­na­el­lan)

Elfka z dru­ży­ny

Brat elfki - Al­l­ro­en

Po­zo­sta­li trzej el­fo­wie z dru­ży­ny

Kró­lo­wa Ma­el­lo­ine

Do­rad­ca kró­lo­wej

Straż kró­lo­wej

 

Lu­dzie

 

Wła­ści­ciel go­spo­dy

Żona wła­ści­cie­la go­spo­dy

Mistrz Igła

Kasz­te­lan (w nar­ra­cji bo­ha­te­rów)

Pi­sarz

Pa­choł­ko­wie

Ne­kro­man­ta

 

Ni­zioł­ki

 

Para ni­zioł­ko­wych dzie­ci

Grupa po­rwa­nych ni­zioł­ków

 

Po­two­ry

 

Hordy Szkie­le­tów

De­mo­nicz­ny ry­cerz

 

 

 

 

Stresz­cze­nie:

 

Roz­dział.1

 

Lanck­necht Ru­do­bro­dy zo­sta­je na­mó­wio­ny na wy­pra­wę przez Czar­ne­go. Wy­pra­wę zle­cił kasz­te­lan, obie­cu­jąc na­gro­dę za zli­kwi­do­wa­nie ne­kro­man­ty i ura­to­wa­nie ni­zioł­ków. Wezmą w niej udział dwie dru­ży­ny, po­dzie­lo­ne na kra­sno­lu­dy i elfy. Bę­dzie z nimi czło­wiek – były zło­dziej, wy­po­sa­żo­ny w ma­gicz­ne per­ga­mi­ny. Przy­wód­ca elfów, jest świad­kiem ob­ło­że­nia Ru­do­bro­de­go klą­twą przez wła­ści­cie­la go­spo­dy.

 

Roz­dział.2

 

Wy­pra­wa do­cie­ra na skraj lasu na wzgó­rzach. W obo­zo­wi­sku do­cho­dzi do pod­pi­sa­nia kasz­te­lań­skiej umowy.

 

Roz­dział.3

 

Wy­pra­wa rusza na wzgó­rza. Po od­na­le­zie­niu dzi­kich psz­czół, człon­ko­wie wy­pra­wy wcho­dzą do pod­zie­mi przez ma­gicz­ny por­tal.

 

Roz­dział.4

 

Po przej­ściu ka­mien­ne­go mostu człon­ko­wie wy­pra­wy od­pie­ra­ją atak dzie­sią­tek szkie­le­tów. Na­stęp­nie po­ko­nu­ją de­mo­nicz­ne­go ry­ce­rza. Cząst­ka ener­gii ry­ce­rza tra­fia kra­sno­lu­da Azgo­ra. Opę­ta­ny złą mocą, zo­sta­je za­bi­ty przez elfy. Elfka wpada do za­pad­ni. Po­zo­sta­li człon­ko­wie wy­pra­wy od­zy­sku­ją torbę z le­ka­mi elfki przy po­mo­cy łań­cu­cha.

 

Roz­dział.5

 

Wy­pra­wa do­cie­ra do ja­ski­ni ne­kro­man­ty. Uru­cha­mia się klą­twa rzu­co­na na Ru­do­bro­de­go. Mimo prze­szkód Ru­do­bro­dy wkra­cza do ja­ski­ni i za­bi­ja ne­kro­man­tę. Człon­ko­wie wy­pra­wy pe­ne­tru­ją drugą ko­mo­rę ja­ski­ni. Od­naj­du­ją szka­tuł­kę z ory­gi­nal­ną mapą pod­zie­mi. Ni­zioł­ki zo­sta­ją od­na­le­zio­ne w kom­na­cie za­zna­czo­nej na mapie. Człon­ko­wie wy­pra­wy z ura­to­wa­ny­mi ni­zioł­ka­mi wy­cho­dzą z pod­zie­mi.

 

Roz­dział.6

 

Ru­do­bro­dy i przy­wód­ca elfów, wy­ru­sza­ją do obo­zo­wi­ska.

Resz­ta od­pro­wa­dza ni­zioł­ki do wio­sek. Przy­wód­ca elfów ujaw­nia się jako emi­sa­riusz kró­lo­wej. Ostrze­ga Ru­do­bro­de­go przed kasz­te­la­nem. Obie­cu­je zdję­cie klą­twy po spo­tka­niu kra­sno­lu­da z kró­lo­wą. Ru­do­bro­dy wy­ru­sza z li­sta­mi i misją uzy­ska­nia na­gro­dy do pa­ła­cu.

 

Roz­dział.7

 

Au­dien­cja u kró­lo­wej elfów koń­czy wy­pra­wę suk­ce­sem.

 

Ko­niec stresz­cze­nia.

 

 

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Biblioteka:

Ambush, Użytkownicy

Oceny

Klątwa Lancknechta Rudobrodego czyli zbrojna wyprawa do podziemi

1

 

Kra­sno­lud, zwany Lanck­nech­tem Ru­do­bro­dym, po­pi­jał piwo z drew­nia­ne­go kufla. Sie­dział na ty­łach go­spo­dy. Z izby do­bie­gał za­pach chmie­lu, cy­na­mo­nu i goź­dzi­ków. Z po­dwór­ka obok do­cho­dzi­ły krzy­ki ba­wią­cych się dzie­ci i od­gło­sy ude­rzeń młota ko­wal­skie­go.

 

 

 

 

Zmru­żyw­szy oczy, przy­pa­try­wał się żonie go­spo­da­rza. Ko­bie­ta prze­go­ni­ła ła­żą­ce pod no­ga­mi kury i za­czę­ła roz­wie­szać pra­nie. Zwró­ci­ła w jego stro­nę głowę w czep­cu. Uśmiech­nę­ła się za­chę­ca­ją­co. Czyż­by chcia­ła zo­stać po­żar­ta przez przy­stoj­ne­go kra­sno­lu­da?

Po­my­ślał, że gdyby do cze­goś mię­dzy nimi do­szło, to może warto by jakoś ukryć swoją toż­sa­mość przed jej mężem. Może by tak prze­far­bo­wać brodę?

Za­uwa­żył kątem oka ruch.

W długi kloc drew­na, na któ­rym sie­dział, wbił się obo­siecz­ny topór.

– Ej, Czar­ny, znisz­czysz zacne sie­dzi­sko!

– Prze­cież to i tak idzie do po­rą­ba­nia. I do pieca – od­parł krót­ko drugi kra­sno­lud.

– Jest in­te­res do zro­bie­nia – po­wie­dział Czar­ny, pusz­cza­jąc sty­li­sko to­po­ra.

– Ostat­nim razem nie od­da­łem ci złota – kon­ty­nu­ował. – Ale teraz po­trze­bu­je­my cie­bie jako szó­ste­go na wy­pra­wę. Z mojej doli ci oddam. Daję słowo.

– Przy­zna­ję, że twoje słowo jest jesz­cze coś warte – prych­nął Ru­do­bro­dy. – Po­wie­dzia­łeś pół roku temu, że nie bę­dziesz miał z czego oddać i do­trzy­ma­łeś obiet­ni­cy.

– Kasz­te­lan zło­tem płaci. Pełna skrzy­nia. Złoto w niej… w na­gro­dę.

– A co to za wy­pra­wa, że tak zło­tem ob­sy­pu­ją?

– W lesie są ukry­te pod­zie­mia. Na­gro­da za za­bi­cie dzia­ła­ją­ce­go tam ne­kro­man­ty. I ura­to­wa­nie ni­zioł­ków.

– Ni­zioł­ków?

– Kasz­te­lan był nie­ry­chli­wy, bo pod­zie­mia po­cząt­ko­wo po­chła­nia­ły go­bli­ny i zbój­ców. Potem za­czę­li zni­kać le­śni­cy. W końcu nie można było ze­brać peł­nej kwoty po­dat­ku od ni­zioł­ków, bo z oko­licz­nych pod­le­śnych wio­sek za­czę­li zni­kać ni­zioł­ko­wi po­dat­ni­cy. Na razie kasz­te­lan nie wy­sy­ła woj­ska, żeby nie na­ra­żać się ro­dzi­nom żoł­nie­rzy, gdy i oni za­czną zni­kać. Woli wy­słać łow­ców na­gród.

Ru­do­bro­dy mil­czał w za­du­mie.

– U kasz­te­la­na czeka skrzy­nia złota. A ty je­steś sław­ny. Z Lanck­nech­tem Ru­do­bro­dym w dru­ży­nie kasz­te­lan za­dzie­rać nie bę­dzie. Musi wy­pła­cić.

Ru­do­bro­dy przez chwi­lę wal­czył, pró­bu­jąc ukryć dumę i pod­krę­ca­jąc wąsa. W końcu de­mo­ny próż­no­ści prze­wa­ży­ły.

– A niech cię. Idę z wami. Trze­ba kości roz­pro­sto­wać.

Po­szli przed go­spo­dę. Cze­ka­ło tam już czte­rech kra­sno­lu­dów, sio­dła­ją­cych kuce. Trzech z nich wy­glą­da­ło zna­jo­mo. To grupa ku­zy­nów z Wy­ży­ny Trol­lich Gła­zów. Lanck­necht bywał w ich ro­dzin­nych stro­nach.

– A ci tam? – Wska­zał podle stud­ni, zza któ­rej przy­glą­da­ła im się szóst­ka elfów. Była wśród nich mło­dziut­ka elfka.

– To po­mysł kasz­te­la­na. – Uśmiech­nął się prze­pra­sza­ją­co Czar­ny. – Ich udział nie pod­le­gał ne­go­cja­cjom. Wi­dzisz tego, co sie­dzi na gnia­dym koniu?

Ru­do­bro­dy skie­ro­wał wzrok na nie­ru­cho­me­go elfa, który zda­wał się ich igno­ro­wać, ob­ser­wu­jąc oko­li­cę.

– Jego imię jest dla nas zbyt trud­ne do wy­mó­wie­nia. Dla­te­go na­zy­wa­my go „We­te­ran”. To ich przy­wód­ca.

We­te­ran po­wo­li ob­ró­cił głowę w ich stro­nę. Pa­trzył na Ru­do­bro­de­go, jakby go znał.

Lanck­necht Ru­do­bro­dy wró­cił wzro­kiem do czwar­te­go kra­sno­lu­da. Przy­glą­dał się jego bo­jo­we­mu mło­to­wi z rąbem bę­dą­cym w ca­ło­ści wiel­kim odłam­kiem dia­men­tu. Ma­gicz­ne­go dia­men­tu. Obi­te­mu pla­ty­ną drzew­cu wy­koń­czo­ne­mu klej­no­ta­mi. Ta­tu­ażom na wy­go­lo­nych skro­niach.

– Czy to nie jest, aby… – za­czął się cicho za­sta­na­wiać.

– Tak, to on – przy­znał nie­mal szep­tem Czar­ny. – Czer­wo­ny Azgor z Khaz-Bar­run.

– Sły­sza­łem o nim. Gwał­tow­nik. Mie­wał po­waż­ne za­tar­gi z el­fa­mi. Kiep­sko to wy­glą­da. Bę­dzie chciał całej na­gro­dy.

– Nie prze­sa­dzaj – uspo­ka­jał Czar­ny, wsia­da­jąc na kuca. – Złoto roz­dzie­li­my równo. I nic się nie wy­da­rzy.

– Star­czy na dwa­na­ście osób? Bez walki mię­dzy dwie­ma stro­na­mi? My­ślisz? – do­py­ty­wał Lanck­necht, tro­cząc gi­zar­mę przy ju­kach.

– Na trzy­na­ście – Bły­snął zę­bi­ska­mi Czar­ny. – Czło­wiek, który po­ka­zu­je teraz coś na mapie, jest trzy­na­sty.

Na li­chym, bia­łym koniu sie­dział rów­nie chudy jeź­dziec w po­ła­ta­nym, brą­zo­wym kap­tu­rze. Nie było przy nim widać broni drzew­co­wej ani mie­cza. Tylko skó­rza­ną torbę, z któ­rej wy­sta­wa­ły zwoje. Obaj z We­te­ra­nem po­chy­la­li się nad po­żół­kłym per­ga­mi­nem.

– To mistrz Igła – przed­sta­wił go Czar­ny.

– A miano Igły, od czego zy­skał? – spy­tał po­dejrz­li­wie Ru­do­bro­dy.

– Lubił otwie­rać różne kłód­ki i zamki. I takie tam skryt­ki.

– I takie tam? Prze­cież to zło­dziej. Skąd ty w ogóle go znasz?

– Sie­dział z Czer­wo­nym Azgo­rem w wię­zie­niu. Ale nie jest nam po­trzeb­ny jako rze­zi­mie­szek. Gdzieś zdo­był ma­gicz­ne per­ga­mi­ny, które nam po­mo­gą. Nie jest może praw­dzi­wym cza­ro­dzie­jem, ale po­wi­nien dać sobie z nimi radę.

– Trze­ba mi było zo­stać w go­spo­dzie. – Po­krę­cił głową Ru­do­bro­dy, gdy zna­lazł się w sio­dle. – Jesz­cze ta elfka o twa­rzy dziec­ka. Ko­bie­ta w dru­ży­nie przy­no­si pecha.

– Ma torbę z le­ka­mi i zio­ła­mi. Mó­wi­li, że się przy­da. – Wzru­szył ra­mio­na­mi Czar­ny.

Ru­do­bro­dy nadal krę­cił głową, ale chwy­cił wodze i zmu­sił wierz­chow­ca do jazdy.

Obie dru­ży­ny ru­szy­ły w drogę z mi­strzem Igłą na prze­dzie. Za nimi po­to­czył się skrzy­pią­cy wóz z ludź­mi kasz­te­la­na.

Tylko We­te­ran po­zo­stał jesz­cze przez chwi­lę, spraw­dza­jąc tyły. Ob­ser­wo­wał oko­li­cę. Pa­trzył na dachy i okna.

Wtem do­strzegł wła­ści­cie­la go­spo­dy. Ten wy­cią­gnął dło­nie w kie­run­ku od­jeż­dża­ją­ce­go Lanck­nech­ta Ru­do­bro­de­go i skrzy­żo­wał palce. Wy­szep­tał coś pod nosem, po czym splu­nął i uciekł, po dro­dze po­ty­ka­jąc się o grube, drew­nia­ne widły.

 

 

2

 

– Jak to tak sam od­szedł z woj­ska? I kasz­te­lan go pu­ścił? We­te­ra­na? Prze­cież tam jest przy­mu­so­wy pobór – dzi­wił się mistrz Igła, wy­chy­lo­ny w opar­ciu na przed­nim łęku i ob­ser­wu­ją­cy mgły. Za we­lo­nem ich sza­ro­ści do­strze­gał po­ro­śnię­te drze­wa­mi wzgó­rza.

– Dla ludzi. Elfia kró­lo­wa ma pod­pi­sa­ny pakt z kasz­te­la­nem. Na jego mocy elf może odejść po od­słu­że­niu ter­mi­nu – od­po­wia­dał Czar­ny. – Albo na oso­bi­stą proś­bę kró­lo­wej. Rów­nież za­ciąg jest do­bro­wol­ny. I tak chęt­nych elfów wielu nie ma.

– A kra­sno­lu­dy? – do­py­ty­wał mistrz Igła, prze­krzy­ku­jąc ter­kot kół wozu.

– Gdyby kra­sno­lu­dy trze­ba było usil­nie na­ma­wiać… – za­czął Czar­ny.

– To Ru­do­bro­dy nie zwał­by się Lanck­nech­tem. To zro­zu­mia­łe – do­koń­czył mistrz Igła.

Do­tar­li do pierw­szych wzgórz. Z wozu ze­sko­czy­li pa­choł­ko­wie. Wy­siadł też kasz­te­lań­ski pi­sarz. Roz­pro­sto­wał plecy. Pa­choł­ko­wie mi­giem roz­pa­li­li ogni­sko a nad nim za­wie­si­li im­bryk. Roz­wi­nę­li dy­wa­nik, na któ­rym umie­ści­li skrzy­nię do sie­dze­nia i zmon­to­wa­li nie­wiel­ki sto­lik dla pi­sa­rza.

– Pa­choł­ko­wie – prze­mó­wił do wszyst­kich Czar­ny. – Pa­choł­ko­wie zo­sta­ną i przy­pil­nu­ją wierz­chow­ców. Wzgó­rza stro­me są, więc idzie­my pie­szo. Elfy przo­dem.

– Hola, hola – prze­rwał pi­sarz – jak się już zde­cy­do­wa­li­ście, to pod­pisz­cie umowę. – mó­wiąc to, roz­wi­nął wiel­ki zwój, który cią­gnął się po dy­wa­ni­ku.

– Do­ku­men­ty, for­mal­no­ści… – na­rze­kał Czar­ny, ła­piąc za pióro i roz­pie­ra­jąc się na sto­li­ku. Pi­sarz pa­tycz­kiem z ogni­ska za­pa­lił świecz­kę. Przy­go­to­wał wosk do sto­pie­nia.

– A dla­cze­go ten zwój taki długi, że się wala pod no­ga­mi? – do­cie­kał Czar­ny, ma­cza­jąc koń­ców­kę pióra w gra­na­to­wej bu­te­lecz­ce in­kau­stu. – Dla­cze­go pod in­ty­tu­la­cja­mi jest tyle wol­ne­go miej­sca?

– Każdy pod­pi­su­je i ewen­tu­al­nie parę słów in­skryp­cji, parę uwag od sie­bie – wy­ja­śnił pi­sarz.

Czar­ny z miną ary­sto­kra­ty wy­ko­nał za­ma­szy­sty pod­pis. Od­ci­snął znak swoim pier­ście­niem. Pi­sarz do­łą­czył obok swoją pie­częć. Ku­zy­ni pod­pi­sa­li się krzy­ży­ka­mi. Kiedy umowa była go­to­wa, pi­sarz we­pchnął zwój do skrzy­ni.

Pa­choł­ko­wie pod­bie­gli z ku­becz­ka­mi. Z im­bry­ka uno­si­ła się woń grza­ne­go wina.

– Teraz więc toast na cześć umowy. – Wy­szcze­rzył się w sze­ro­kim uśmie­chu pi­sarz. – I uda­nej wy­pra­wy wam życzę!

– Czemu twój kasz­te­lan nie wyśle woj­ska? – spy­tał jeden z ku­zy­nów, gdy upił z ku­becz­ka.

– Prze­cie nie po­sta­wi­my żoł­da­ka przy każ­dym ni­zioł­ku – od­parł pi­sarz, wzdy­cha­jąc i ocie­ra­jąc usta z wina. Na dźwięk słowa „kasz­te­lan” We­te­ran dał znak, żeby zmie­nić temat.

 

 

 

 

3

 

Wy­pra­wa ru­szy­ła na­za­jutrz o po­ran­ku. El­fo­wie prze­cze­sy­wa­li las, kra­sno­lu­dy trzy­ma­ły się bar­dziej z tyłu. Gdy tak po­ko­ny­wa­li wzgó­rzy­ste te­re­ny, Ru­do­bro­dy wy­py­ty­wał o dziw­ne za­cho­wa­nie We­te­ra­na. Czar­ny i mistrz Igła po­wie­dzie­li, że elf „dużo wie”, bo słu­żył na kasz­te­lu. Od­szedł, kiedy tylko po­ja­wi­ła się afera z ne­kro­man­tą, a kasz­te­lan nic w tej spra­wie nie robił.

– Chce­cie tro­chę malin? – za­pro­po­no­wa­ła we­so­ło elfka, po­ja­wia­jąc się z pełną gar­ścią.

– Pysz­ne – za­ciam­kał Azgor, czę­stu­jąc się.

– Cho­dzi­my już parę go­dzin – ma­ru­dził Ru­do­bro­dy. – Ani śladu wej­ścia do pod­zie­mi. Nie przy­by­li­śmy tu, żeby po­dzi­wiać ma­li­ny.

– Widać wy­raź­nie. Wej­ście jest ozna­czo­ne koło dzi­kich psz­czół. – Po­ka­zy­wał na mapie mistrz Igła.

– Gdyby tu były ja­kieś dzi­kie psz­czo­ły, to moi el­fo­wie dawno by je zna­leź­li – po­wąt­pie­wał We­te­ran.

– Spójrz­cie tam! – Elfka wska­za­ła na wy­cho­dzą­cą z gę­stwi­ny parę ni­zioł­ków.

– Skąd idzie­cie? – za­gad­nął je Czar­ny.

Mło­dziut­kie ni­zioł­ki, chło­piec i dziew­czyn­ka, były wy­stra­szo­ne i zła­pa­ły się za ręce. Nie prze­mó­wi­ły.

– Pa­trz­cie, mała ma w ko­szycz­ku dzba­nek z mio­dem – za­uwa­żył Ru­do­bro­dy. – A chło­piec nie­sie psz­cze­lar­ski ka­pe­lu­sik.

– Nie po­win­no was tu być. To złe miej­sce dla ni­zioł­ków. Ale teraz za­pro­wa­dzi­cie nas do dzi­kich psz­czół. A potem sio, do mamy – za­ko­men­de­ro­wał Czar­ny.

Ni­zioł­ki po­słusz­nie za­pro­wa­dzi­ły ich do psz­czół, po czym cicho od­da­li­ły się, scho­dząc ze wzgó­rza.

 

 

 

Tym­cza­sem elfy od­na­la­zły coś in­te­re­su­ją­ce­go za gniaz­dem psz­czół. Ukry­ty mię­dzy drzew­ka­mi i po­kry­ty po­ro­sta­mi, znaj­do­wał się tam masyw zie­lon­ka­wych skał. O ścia­nę ma­sy­wu opar­ty był pła­ski blok gra­ni­tu wiel­ko­ści czło­wie­ka.

– Wy­glą­da na to, że ta płyta osła­nia wej­ście do pod­zie­mi. To musi być tutaj – oce­nił We­te­ran.

Elfka po­tknę­ła się o wy­sta­ją­cy ko­rzeń drze­wa. Z torby, która zsu­nę­ła się jej z ra­mie­nia, wy­sy­pa­ły się na zie­mię li­ście lecz­ni­cze­go ziela.

– Co się stało, sio­strzycz­ko? – spy­tał elf Al­l­ro­en, który był jej star­szym bra­tem.

Po­ma­gał jej wy­zbie­rać wszyst­ko do torby.

– Bo ten kra­sno­lud cią­gle się na mnie gapi.

Rze­czy­wi­ście, Azgo­ro­wi elfka wpa­dła w oko. Kra­sno­lud po­pra­wił prze­pa­sa­ją­cy go po sko­sie torsu rdza­wy łań­cuch. Przy­gła­dził czer­wo­ny czub na gło­wie, po czym prę­żąc mu­sku­ły, ru­szył w stro­nę płyty. Kiedy ją jed­nak prze­su­nął, oka­za­ło się, że nie ma tam wej­ścia. Tylko lita skała.

– Na tym wozie nie było ja­kie­go ki­lo­fa? – spy­tał jeden z ku­zy­nów, pod­cią­ga­jąc rę­ka­wy.

– Mi­strzu Igło. Pro­si­my. – We­te­ran ustą­pił pola, wska­zu­jąc dło­nią skałę.

Igła roz­wi­nął w po­wie­trzu per­ga­min i prze­ła­mał pie­częć. Roz­legł się krót­ki śpiew aniel­skie­go chóru, a na ścia­nie po­ja­wił się zbu­do­wa­ny z ta­jem­ni­czych liter fio­le­to­wy, ma­gicz­ny por­tal.

– Kto chęt­ny? – za­py­tał Ru­do­bro­dy.

Nie było od­po­wie­dzi. Ru­do­bro­dy we­pchnął mi­strza Igłę w te­le­port. Elfy i kra­sno­lu­dy po­pa­trzy­ły na niego z wy­rzu­tem.

– No co, jego por­tal i jego ry­zy­ko.

Przez chwi­lę nic się nie dzia­ło. W końcu roz­legł się dźwięk echa, jakby z ja­kiejś wieży prze­cią­gnię­to po stru­nach ol­brzy­mich skrzy­piec. Mistrz Igła po­ja­wił się z po­wro­tem. Elfka za­pisz­cza­ła, gdy zrzu­cił z sie­bie wiel­kie­go wija.

– Dobra, mo­że­cie prze­cho­dzić. Tylko pro­szę mnie już wię­cej nie po­py­chać. Je­stem tu, żeby wspie­rać wy­pra­wę magią, i chcę, żeby mnie sza­no­wa­no.

 

4

 

– Niech stra­cę dredy, ale tu ciem­no – oznaj­mił Ru­do­bro­dy po te­le­por­to­wa­niu do pod­zie­mi.

– Dokąd teraz, gdzie idzie­my, daj­cie świa­tło! – roz­le­gły się głosy.

– Mi­strzu Igło, któ­rę­dy teraz? – spy­tał We­te­ran.

– Wi­dzia­łeś, że ta mapa po­ka­zu­je tylko las i psz­czo­ły. Planu pod­zie­mi nie po­sia­da­my bo ktoś go ukradł kasz­te­la­no­wi – po­wie­dział Igła.

– Za­pal­my po­chod­nie.

– Po­cze­kaj­cie!

Usły­sze­li roz­wi­ja­ny per­ga­min i pę­ka­ją­cą pie­częć. Nad każ­dym uczest­ni­kiem wy­pra­wy po­ja­wi­ło się po jed­nej nie­wiel­kiej kuli nie­bie­skie­go świa­tła. Można je było prze­pchnąć dło­nią. Le­cia­ły wtedy na kilka sążni do przo­du i płyn­nie wra­ca­ły do wła­ści­cie­la.

– No mi­strzu. Teraz je­ste­śmy na­praw­dę pod wra­że­niem – po­chwa­lił We­te­ran.

– Któ­rę­dy teraz pój­dzie­my? – py­ta­li uczest­ni­cy wy­pra­wy.

– Widzę na razie jeden ko­ry­tarz – ana­li­zo­wał We­te­ran. – Drugi za nami, ale za­wa­lo­ny. Ten pro­wa­dzi scho­da­mi w dół. Nie ma co się prze­ko­py­wać, więc wy­bierz­my naj­pierw ten.

– Ru­szaj­my zatem – po­na­glił Czar­ny.

Kiedy ze­szli sze­ro­ki­mi scho­da­mi, do­tar­li do wiel­kiej sali, za którą za­czy­nał się ka­mien­ny most. Strze­gli go dwaj straż­ni­cy. Czar­ne po­są­gi psów.

– Ale sło­dzia­ki – Elfka po­gła­ska­ła gład­ki spiż. Przy­tu­li­ła się po­licz­kiem do psie­go łba.

– Uwa­żaj, może to pu­łap­ka – ostrze­gał pół­żar­tem Al­l­ro­en. – Co bę­dzie, jak ożyją?

Po­są­gi po­zo­sta­ły nie­ru­cho­me, a wy­pra­wa wkro­czy­ła na most.

– Strasz­nie tam ciem­no – za­uwa­żył kuzyn Dwar­nuf, spo­glą­da­jąc z mostu w dół.

Od­pa­lo­no po­chod­nię i wrzu­co­no w ot­chłań. Znik­nę­ła w ciem­no­ściach, nie wy­da­jąc żad­ne­go dźwię­ku.

– My­śla­łem, że prze­cho­dzi­my nad jakąś wodą, a tam nie widać końca tej cze­lu­ści – po­wie­dział kuzyn Fur­ga­nar.

Kiedy prze­szli przez most, zna­leź­li się w ol­brzy­miej hali. Z dala ma­ja­czy­ły nad­cią­ga­ją­ce ko­ści­ste syl­wet­ki.

– Idą na nas szkie­le­ty! – krzyk­nął kuzyn Org­mer.

– Jesz­cze jest chwi­la, rzucę na nas zbio­ro­wy czar ochron­ny – oświad­czył mistrz Igła, prze­ła­mu­jąc pie­częć.

Ku­zy­ni po­pa­trzy­li po sobie, ale nie za­uwa­ży­li dzia­ła­nia żad­ne­go czaru.

– Kra­sno­lu­dy do boju! – za­krzyk­nę­li i ru­szy­li na wroga.

Szły na nich trzy linie szkie­le­tów, wy­ma­chu­jąc ma­czu­ga­mi, to­por­ka­mi i ta­sa­ka­mi. Fur­ga­nar raz po raz prze­ła­do­wy­wał kuszę i słał w od­dzia­ły wro­gów bełty. Org­mer z Dwar­nu­fem rą­ba­li to­po­ra­mi, aż fru­wa­ły gnaty. Kiedy za­rą­ba­li trzy dzie­siąt­ki nie­umar­łych, po­my­śle­li, że to ko­niec.

– Elfy jakoś się nie gar­nę­ły do ro­bo­ty, ale da­li­śmy radę. – Uśmiech­nął się nie­kra­sno­ludz­ko zdy­sza­ny Org­mer.

– To jesz­cze nie ko­niec. Ale od­pocz­nij­cie. To, co nad­cią­ga, to w sam raz wy­zwa­nie dla ta­kich wo­jow­ni­ków jak Ru­do­bro­dy i ja – prze­mó­wił Azgor, od­kła­da­jąc młot i zdej­mu­jąc przez głowę łań­cuch.

Zgar­bie­ni i ocie­ka­ją­cy potem ku­zy­ni spoj­rze­li z obawą w ciem­ność hali. Pro­sto na nich szar­żo­wał ry­cerz na ko­ścia­nym koniu. Z kopią, długą tar­czą i w peł­nej zbroi.

– Ty pierw­szy, potem wpuść mnie – uzgad­niał tak­ty­kę dzia­ła­nia Ru­do­bro­dy.

Czer­wo­ny Azgor z Khaz-Bar­run tylko ski­nął głową i ru­szył truch­tem, roz­wi­ja­jąc łań­cuch. Gdy na­brał roz­pę­du, ci­snął nim w ry­ce­rza. Łań­cuch z po­mo­cą pod­cze­pio­nych cię­żar­ków owi­nął się wokół zbroi i tar­czy. Azgor na­tych­miast od­biegł po sko­sie w bok.

– Wszy­scy do tyłu, od­su­nąć się! – krzy­czał Lanck­necht Ru­do­bro­dy, wy­ko­nu­jąc młyń­ca gi­zar­mą trzy­ma­ną obu­rącz.

– Po­wi­nie­nem ścią­gnąć ry­ce­rza ha­kiem gi­zar­my. No, ale wtedy mój oręż za­plą­cze się w ogni­wa – po­my­ślał.

 

 

 

 

 

Kiedy ry­cerz zdzie­rał z sie­bie łań­cuch jak pa­ję­czy­nę, Ru­do­bro­dy ude­rzył nisko. Że­leź­ce gi­zar­my po­szło w przed­nie nogi wierz­chow­ca. Kra­sno­lud ude­rzył drugi raz, ata­ku­jąc tylne nogi. Koń runął na ka­mien­ną po­sadz­kę, zrzu­ca­jąc jeźdź­ca. Ry­cerz prze­to­czył się, od­zy­sku­jąc tar­czę. Azgor rąb­nął z góry i roz­trza­skał koń­ski łeb mło­tem. Ry­cerz wstał i ścią­gnął z ple­ców ma­czu­gę ry­cer­ską. Ru­szył na Lanck­nech­ta. Odbił tar­czą gi­zar­mę i prze­ła­mał jej drzew­ce. Że­leź­ce po­fru­nę­ło z im­pe­tem aż do mostu, od­bi­ja­jąc się od skle­pie­nia, i wpa­dło do cze­lu­ści. Azgor za­ata­ko­wał mło­tem, zgnia­ta­jąc tar­czę i dając czas Ru­do­bro­de­mu na do­by­cie to­po­ra. Lanck­necht starł się z ry­ce­rzem, pa­trząc w roz­pa­lo­ne błę­kit­nym świa­tłem oczo­do­ły.

Hełm ry­ce­rza z maską tru­piej czasz­ki wy­peł­nia­ła nie­bie­ska ener­gia. Ete­rycz­na moc sku­pio­na we­wnątrz zbroi nie była oży­wień­cem. De­mo­nicz­na isto­ta, która po­ru­sza­ła czę­ścia­mi pan­ce­rza, mu­sia­ła zo­stać przy­wo­ła­na z in­ne­go wy­mia­ru.

Azgor wzniósł młot do po­tęż­ne­go ciosu. Lanck­necht Ru­do­bro­dy ro­ze­rwał płyty pan­ce­rza to­po­rem, a wtedy Azgor ude­rzył za­klę­tym dia­men­tem w sam śro­dek mocy. Ry­cerz eks­plo­do­wał z po­twor­nym wy­ciem. Bla­chy pan­ce­rza po­roz­rzu­ca­ło na czte­ry stro­ny. Ener­gia za­czę­ła za­ni­kać. W ostat­niej chwi­li de­mo­nicz­na moc wy­strze­li­ła bły­ska­wi­cę w stro­nę Azgo­ra, po czym znik­nę­ła. Kra­sno­lud przez chwi­lę strze­py­wał z sie­bie nie­bie­skie ogni­ki. W końcu i one zga­sły. Na­sta­ła cisza.

– Wszyst­ko do­brze? – spy­tał Ru­do­bro­dy.

– Tak, nic mi nie jest – oce­nił Azgor, oglą­da­jąc dło­nie i do­ty­ka­jąc twa­rzy.

We­te­ran wy­strze­lił za­pa­lo­ną strza­łę w ciem­ność. Z głębi hali wy­ło­ni­ła się dzie­siąt­ka szkie­le­to­wych le­śni­ków, na­pi­na­ją­cych łuki. Po­zo­sta­łe elfy za­sy­pa­ły szkie­le­ty chma­rą strzał, ob­ra­ca­jąc prze­ciw­ni­ków w pył.

– Mu­si­my szyb­ko po­dą­żać na­przód. Zanim ne­kro­man­ta od­zy­ska siły i przy­wo­ła ko­lej­nych. Bo nie ­star­czy nam strzał – po­wie­dział We­te­ran.

Azgor po­czuł wiel­ką dumę z po­ko­na­nia ry­ce­rza. Był pe­wien, że teraz na pewno za­im­po­no­wał elfce. Ale ona trzy­ma­ła się z dala od niego.

Kiedy wy­ru­szy­li, Azgor za­gad­nął elfa Al­l­ro­ena.

– Ładna ta twoja sio­stra. Tro­chę śmiesz­ne, że taka pło­chli­wa. W każ­dym razie ładna.

– Śmiesz­ne to są twoje ta­tu­aże, kra­sno­lu­dzie – za­drwił Al­l­ro­en.

Azgor miał za­miar to prze­mil­czeć. Jed­nak przy­po­mniał sobie wszyst­kie upo­ko­rze­nia, ja­kich za­znał od elfów przez całe życie. Oczy za­pło­nę­ły mu błę­kit­nym ogniem i wy­mie­rzył cios w głowę elfa, przed któ­rym tam­ten nie zdą­żył się za­sło­nić. Al­l­ro­en padł z roz­łu­pa­ną czasz­ką.

Wtedy We­te­ran po­słał w plecy Azgo­ra strza­łę spe­cjal­ną. Taką, która prze­bi­ja zbro­ję i roz­pa­da się na odłam­ki w sercu. Mimo to nie zdo­łał go zabić. De­mo­nicz­na moc unio­sła kra­sno­lu­da na kilka stóp. Za­czął wy­ma­chi­wać mło­tem.

– Żywe trupy, żywe trupy! – ry­czał, lecąc na elfy nie­sio­ny de­mo­nicz­ną mocą.

Ko­lej­ne kilka strzał ścią­gnę­ło go na dół. Padł bez życia. Krew wsią­ka­ła po­mię­dzy ka­mie­nie po­sadz­ki. Elfka pła­ka­ła.

Czar­ny i ku­zy­ni wznie­śli to­po­ry, ru­sza­jąc na elfy po ze­mstę. Elfy wy­ce­lo­wa­ły w nich groty strzał.

– Stać! To było opę­ta­nie! On by nas wszyst­kich po­za­bi­jał! – Ma­chał rę­ko­ma Ru­do­bro­dy, po­wstrzy­mu­jąc kra­sno­lu­dy.

– Stać! Nie strze­lać! To było opę­ta­nie! – Bie­gał mię­dzy el­fa­mi We­te­ran, po­py­cha­jąc ich i wy­trą­ca­jąc im łuki.

Elfka, co­fa­jąc się, do­tknę­ła kosza na po­chod­nie wy­sta­ją­ce­go ze ścia­ny. Zgrzyt­nął me­cha­nizm i otwo­rzy­ła się za­pad­nia. Elfka ru­nę­ła w cze­luść. Za nią ciało jej brata i ciało Azgo­ra z dia­men­to­wym mło­tem. Po­zo­sta­li przy­pa­dli do kra­wę­dzi za­pad­ni.

Mistrz Igła wrzu­cił do wnę­trza po­chod­nię.

– Tylko bez­den­na cze­luść. Już po niej – stwier­dził We­te­ran, spo­glą­da­jąc w szyb za­pad­ni.

– Spójrz­cie! – Wska­zał pal­cem w dół mistrz Igła. Z szybu wy­sta­wał pręt, na któ­rym za­wi­sła torba elfki.

– Mamy prze­cież jesz­cze łań­cuch Azgo­ra. Od­zy­ska­my torbę, opusz­cza­jąc łań­cuch do za­pad­ni – po­wie­dział Czar­ny. Tak uczy­ni­li. Od­zy­ska­li torbę z le­ka­mi.

– A teraz za­bie­raj­my się stąd. Bez mapy pod­zie­mi skoń­czy­my po­dob­nie.

Wró­ci­li do mostu. Ale mostu nie było. Halę, na któ­rej stali, i salę z psimi straż­ni­ka­mi od­dzie­la­ła tylko cze­luść. Długa na pół tu­zi­na wozów.

– Za­pad­nia mu­sia­ła uru­cho­mić me­cha­nizm cho­wa­ją­cy most – zga­dy­wał mistrz Igła.

– Nie prze­sko­czy­my tej od­le­gło­ści. Łań­cuch też za krót­ki. Nie ma wy­bo­ru. Mu­si­my kon­ty­nu­ować wy­pra­wę. Wra­ca­my – po­wie­dział We­te­ran.

 

5

 

Do­tar­li do ko­ry­ta­rza, któ­re­go jedna z odnóg pro­wa­dzi­ła do ja­ski­ni. Głę­bo­ko we­wnątrz niej, skie­ro­wa­ny w ich stro­nę, stał ne­kro­man­ta. W czar­nym płasz­czu zdo­bio­nym twa­rzo­czasz­ka­mi i wy­szy­wa­nym w białe runy. Opie­rał się na mie­czu. Jakby cze­kał na nich.

 

 

 

– Jest wy­czer­pa­ny przy­wo­ła­nia­mi nie­umar­łych. Ata­ku­je­my! – krzyk­nął Ru­do­bro­dy, prze­bie­ga­jąc przez wej­ście. Czar­ny sko­czył za nim, ale odbił się od nie­wi­dzial­nej ba­rie­ry. Jego topór upadł na po­sadz­kę, dzwo­niąc tak gło­śno, że aż Lanck­necht za­ha­mo­wał.

– Wra­caj, to pu­łap­ka! – krzyk­nął We­te­ran.

– Co z wami? – spy­tał Ru­do­bro­dy, gdy się cof­nął.

– Spójrz, to jest ma­gicz­na ba­rie­ra. – Po­ka­zy­wał We­te­ran, ob­ma­cu­jąc prze­strzeń, jakby przed nim była szyba. – Nie mo­że­my przejść.

– Ja jakoś prze­sze­dłem – ob­ru­szył się Lanck­necht Ru­do­bro­dy, de­mon­stru­jąc, jak wy­ko­nu­je kilka kro­ków w głąb ja­ski­ni.

– My nie przej­dzie­my – stwier­dził Czar­ny, opie­ra­jąc się bo­kiem o ba­rie­rę.

– Widzę. Mi­strzu Igło, zdej­mu­je­my ba­rie­rę? – Ru­do­bro­dy zwró­cił się do po­sta­ci w kap­tu­rze.

– Nie­ste­ty, zo­stał mi już tylko jeden per­ga­min. Z cza­rem ilu­zji. A to na ba­rie­rę nie po­dzia­ła.

– Ale ty wciąż mo­żesz przejść – przy­po­mniał kra­sno­lu­do­wi We­te­ran.

– Jak to moż­li­we, że wy nie przej­dzie­cie, a ja mogę?

– Sław­ne osoby, jak ty, są czę­sto wspie­ra­ne przez bogów – po­wie­dział elf. – Ty mu­sisz być wy­brań­cem bogów, Lanck­nech­cie. Ja mówię po­waż­nie.

– Wy­bra­niec czy nie, rzucę na cie­bie czar ilu­zji – za­pro­po­no­wał mistrz Igła, szy­ku­jąc per­ga­min.

– A po czor­ta mi ta ilu­zja? – Osło­nił się ra­mie­niem Ru­do­bro­dy.

– Ilu­zja spra­wi, że bę­dziesz trud­niej­szym celem, bę­dziesz czę­ścio­wo nie­wi­dzial­ny – od­po­wie­dział chy­trze mistrz Igła.

– Dobra, dawaj – zgo­dził się po na­my­śle kra­sno­lud, wy­pi­na­jąc klatę. Strze­li­ła pie­częć per­ga­mi­nu, bły­snę­ło, huk­nę­ło i za­pach­nia­ło siar­ką.

– Coś ty naj­lep­sze­go uczy­nił…? – Zła­pał się za głowę We­te­ran.

Topór Ru­do­bro­de­go wy­dłu­żył się i roz­sz­cze­pił, za­mie­nia­jąc w drew­nia­ne widły. Ruda broda po­ciem­nia­ła, przy­bie­ra­jąc barwę sza­ro­brą­zo­wą. Lanck­necht chciał od­rzu­cić widły, ale drzew­ce przy­lgnę­ło do dłoni jak przy­kle­jo­ne.

– Nie mogę tego ode­rwać, po­móż­cie!

Elf z mi­strzem Igłą za­par­li się i cią­gnę­li widły. Nic to nie dało.

– Prze­klę­ta magia. Nie ma szans. Bę­dziesz tak z nimi teraz cho­dził w dzień i w nocy – stwier­dził We­te­ran.

Lanck­necht z nie­do­wie­rza­niem otrze­py­wał lewą dło­nią brodę.

– Ten kolor nie puści. To jest jakaś klą­twa. Je­steś na razie ska­za­ny na taką brodę i widły – za­wy­ro­ko­wał elf.

– Patrz, co zro­bi­łeś – Lanck­necht zwró­cił się do mi­strza Igły, groź­nie po­trzą­sa­jąc nowym orę­żem.

– Nie wiem, jak to się stało. Coś po­szło nie tak… – Roz­ło­żył bez­rad­nie ręce mistrz Igła.

– Nie ma czasu. Trze­ba ko­rzy­stać, póki cza­row­nik jest osła­bio­ny. Po­dej­rze­wam, że białą bro­nią nie włada tak spraw­nie jak czar­ną magią. Jeśli nawet to jest sam – po­wie­dział elf.

Wy­cią­gnął przed sie­bie dło­nie i po­trzą­sa­jąc nimi, jakby od­da­wał kra­sno­lu­do­wi cześć, wy­rzekł: – Ty je­steś wy­brań­cem bogów! Idź i po­ko­naj go! Takie jest twoje prze­zna­cze­nie!

Lanck­necht zwany Ru­do­bro­dym uniósł dum­nie pod­bró­dek, po czym ob­ró­cił się i sko­czył do wej­ścia. Wbiegł do ja­ski­ni i tak długo dźgał i bił, aż zgła­dził ne­kro­man­tę. Wów­czas ma­gicz­na ba­rie­ra znik­nę­ła i resz­ta wy­pra­wy we­szła do środ­ka.

Za ja­ski­nią, w któ­rej le­ża­ło ciało cza­row­ni­ka, znaj­do­wa­ło się wej­ście do dru­giej, ma­lut­kiej ko­mo­ry. Ne­kro­man­ta miał w niej swoją sie­dzi­bę. Były tam po­roz­bi­ja­ne men­zur­ki i butle. Pra­wie puste re­ga­ły ze strzę­pa­mi per­ga­mi­nów. Zna­leź­li jed­nak wśród nich in­kru­sto­wa­ną szka­tuł­kę.

– Pod­ra­bia­ny szyl­kret. – Ob­ra­cał ją w dło­niach Czar­ny, krzy­wiąc się z nie­sma­kiem.

Na środ­ku ko­mo­ry znaj­do­wa­ła się mała stud­nia.

– Pew­nie tam wrzu­cił swój do­by­tek, że­by­śmy nic wię­cej nie zna­leź­li. A szka­tuł­ki nie zdą­żył. Albo to pod­stęp – za­sta­na­wiał się mistrz Igła.

Ku­zy­ni wrzu­ci­li zwy­kły ka­mień do stud­ni. Spa­dał długo, ale nie wydał żad­ne­go dźwię­ku.

– Może wrzuć­my tam po­chod­nię? – za­sta­na­wiał się jeden z nich.

– Jasne, wrzuć­my po­chod­nię – przy­tak­nął We­te­ran. – Spraw­dzi­my, czy wy­buch­nie, czy nie wy­buch­nie.

– To może jed­nak nie wrzu­caj­my.

Czar­ny otwo­rzył szka­tuł­kę ne­kro­man­ty. Za­wie­ra­ła zwój per­ga­mi­nu.

– To chyba ory­gi­nal­na mapa wy­kra­dzio­na kasz­te­la­no­wi. Po­ka­zu­je drogę do wyj­ścia. I obej­ście za­pad­ni. Co? Czy ja do­brze widzę? Tro­chę za­ma­za­ne. Hmm. No tak. Ho, ho! Widzę słowo „skar­by”! Ha, jest za­zna­czo­na kom­na­ta skar­bów! Bę­dzie­my bo­ga­ci!

– Mogę zer­k­nąć? – za­cie­ka­wił się We­te­ran. Rzu­cił okiem na per­ga­min i z po­błaż­li­wym uśmie­chem oddał mapę Czar­ne­mu.

– Co, nie wie­rzysz, że nam się po­szczę­ści­ło? – roz­pa­lił się Czar­ny. – To nawet tam nie wchodź. Bę­dzie wię­cej dla nas! – wrzesz­czał, ogar­nię­ty żądzą złota.

 

 

Gdy do­tar­li do kom­na­ty skar­bów, oka­za­ło się, że w pod­ło­dze jest krata do ciem­ni­cy. Pod pod­ło­gą uwię­zio­na była grupa za­gi­nio­nych ni­zioł­ków. Były chore i słabe. Nie­któ­re miały rany. Elfy użyły od­zy­ska­nej torby z le­ka­mi, by udzie­lić im po­mo­cy.

Czar­ny nie mógł zro­zu­mieć, co się stało ze skar­ba­mi. We­te­ran wy­tłu­ma­czył mu po­mył­kę. Ktoś na­pi­sał na mapie pod­zie­mi słowo „szkra­by”, za­zna­cza­jąc nim ciem­ni­cę z ni­zioł­ka­mi. Jed­nak część liter się za­tar­ła i można było błęd­nie od­czy­tać to jako „skar­by”.

Kiedy opa­trzo­no ni­zioł­ki, wszy­scy ru­szy­li do na­ry­so­wa­ne­go na mapie wyj­ścia. Gdy wy­pra­wa wy­do­sta­ła się z pod­zie­mi, zde­cy­do­wa­no, że We­te­ran i Ru­do­bro­dy wy­ru­szą spraw­dzić, jak wy­glą­da sy­tu­acja w obo­zo­wi­sku. Tam za­cze­ka­ją na resz­tę wy­pra­wy. Po­zo­sta­li do­łą­czą, gdy tylko od­pro­wa­dzą bez­piecz­nie ni­zioł­ki do ich domów.

 

6

 

Lanck­necht Ru­do­bro­dy wraz z elfem We­te­ra­nem zmie­rza­li w stro­nę obo­zo­wi­ska ludzi kasz­te­la­na. Kra­sno­lud oglą­dał swoją brodę, która nawet prze­my­wa­na w stru­mie­niu za nic nie chcia­ła stać się znowu ruda. Jego pra­wi­ca tasz­czy­ła widły.

– Klą­twa nie od­pusz­cza – żalił się el­fo­wi.

– I pew­nie ani barw­ni­ki, ani zmy­wa­nie spi­ry­tu­sem nie po­ma­ga­ją? – Po­ki­wał głową elf.

– Ani, ani.

– Za­ra­dzi­my temu póź­niej. Ale naj­pierw ty po­mo­żesz mnie. Po­mo­żesz nam – po­wie­dział ta­jem­ni­czo We­te­ran.

Z od­da­li można było już do­strzec dym ogni­ska.

– Wierz­chow­ce widzę, stoją, pa­choł­ko­wie śpią. Wóz z pi­sa­rzem od­je­chał – stwier­dził We­te­ran, spo­glą­da­jąc ze wzgó­rza.

– I cóż z tego?

– Ja myślę tak. Kasz­te­lań­scy tylko dla­te­go nie ukra­dli nam koni, bo już do­szły ich słu­chy, że w oko­li­cy za­wsze kręcą się moje elfy. Skry­ci zwia­dow­cy.

– Taki waż­niak z cie­bie? Wy­da­je ci się, że wszę­dzie masz oczy i uszy?

– Do­brze to ują­łeś. Je­stem emi­sa­riu­szem kró­lo­wej elfów. – Skło­nił się We­te­ran. – Od bar­dzo dawna dzia­łam w tej kra­inie z jej roz­ka­zu i pa­trzę na ręce takim lu­dziom jak kasz­te­lan. Na­bie­ram prze­ko­na­nia, że teraz to ona bę­dzie mu­sia­ła sfi­nan­so­wać naszą wy­pra­wę. I twoim dziel­nym kra­sno­lu­dom też wy­pła­cić, co się na­le­ży.

– Kasz­te­lan miał wy­pła­cić.

– Tanio mu wy­szło. Pi­sarz z im­bry­kiem grza­ne­go wina…

– A umowa?

– Kasz­te­lan, ten stary cwa­niak, nic nie za­pła­ci. Prę­dzej po­wy­strze­la nas z murów. A strzel­ców ma do­brych. Sam ich nie­ste­ty szko­li­łem. Czar­ny nie wspo­mi­nał?

– Dobra, ale co dalej?

– Wyślę cię do kró­lo­wej. Opo­wiesz o wy­pra­wie. Może wró­cisz ze zło­tem.

– Sam nie mo­żesz po­je­chać do swo­ich?

– Moja twarz nie po­win­na po­ja­wiać się na dwo­rze. Tajna misja trwa. Ale dam ci dwa listy. Prze­ka­żesz kró­lo­wej. Jeden to ra­port na temat kasz­te­la­na. Drugi o ura­to­wa­niu ni­zioł­ków. Na­pi­sa­łem też dobre słowo o tobie. Zresz­tą je­steś sław­ny. Po­ra­dzisz sobie.

– Ty chyba fak­tycz­nie je­steś taj­nym wy­słan­ni­kiem. To dla­te­go Czar­ny nie znał twego imie­nia. Pew­nie jak się za dużo wie, to można się obu­dzić z po­de­rżnię­tym gar­dłem pew­ne­go po­ran­ka. Mam rację?

– Twoją sławę prze­ści­ga je­dy­nie twoja nie­zwy­kła prze­ni­kli­wość – od­parł dy­plo­ma­tycz­nie We­te­ran. – Jak wró­cisz i roz­dzie­li­my złoto, to po­my­śli­my, jak zdjąć z cie­bie klą­twę.

– Aku­rat bę­dziesz wie­dział jak. Już mam wszyst­kich dość po tej hi­sto­rii z Igłą.

– To tref­ny mistrz. No i nie­po­trzeb­nie we­pchną­łeś go do por­ta­lu. Ale do klą­twy mógł się też przy­czy­nić wła­ści­ciel go­spo­dy. Pod­pa­dłeś mu.

– Dużo wi­dzisz, dużo mó­wisz, tylko co my zro­bi­my z tą wie­dzą?

– Znam jed­ne­go za­ufa­ne­go cza­ro­dzie­ja, który jak ja nie prze­pa­da za kasz­te­la­nem. Może cię od­cza­ru­je.

– Oby ten oka­zał się praw­dzi­wy. W drogę mi zatem. Do pa­ła­cu kró­lo­wej elfów!

 

7

 

Au­dien­cja u kró­lo­wej Ma­el­lo­ine po­wo­li do­bie­ga­ła końca. Dla Lanck­nech­ta Ru­do­bro­de­go – do upra­gnio­ne­go końca. Rzu­co­na na niego klą­twa jak dotąd nie chcia­ła znik­nąć. Brodę miał wciąż sza­ro­brą­zo­wą za­miast rudej. W ręku widły, któ­rych prze­klę­ta magia nie po­zwa­la­ła mu się po­zbyć. Dla­te­go straż­ni­cy po obu stro­nach tronu spo­glą­da­li nań zło­wro­go. Go­to­wi prze­bić go włócz­nia­mi.

 

 

Kró­lo­wa elfów była bar­dzo nie­za­do­wo­lo­na. Wy­da­wać się mogło, że na nic się zdały listy. Ważne listy prze­ka­za­ne mu od elfa zwa­ne­go przez kra­sno­lu­dy We­te­ra­nem. I on te listy wrę­czył teraz do­rad­cy kró­lo­wej. Kró­lo­wa z ich tre­ścią za­po­zna­ła się na­tych­miast. Ale ani my­śla­ła wy­pła­cać na­gro­dę za wy­pra­wę w zło­cie, którą wszak nie ona wy­zna­czy­ła. Tu­dzież ja­ki­kol­wiek ekwi­wa­lent.

Z ja­kie­goś po­wo­du Ru­do­bro­dy nie był trak­to­wa­ny w pa­ła­cu zbyt po­waż­nie. Kró­lo­wa długo nie chcia­ła wie­rzyć jego sło­wom. Kiedy klął się, że zo­stał przy­sła­ny przez jej emi­sa­riu­sza, tylko się bar­dziej ze­zło­ści­ła. Przy oka­zji przy­pad­kiem do­wie­dział się, jakie jest praw­dzi­we imię We­te­ra­na. Ve­ithe­na­el­lan.

A więc teraz wie­dział za dużo. Mógł się pew­ne­go razu obu­dzić z prze­cię­tym gar­dłem. Kró­lo­wa chyba w tej samej chwi­li po­my­śla­ła po­dob­nie, bo uświa­do­mi­ła go, że od teraz stał się po­wier­ni­kiem wiel­kich ta­jem­nic. I ma o tym pa­mię­tać, że ciąży na nim od­po­wie­dzial­ność.

Cho­ciaż pró­bo­wał po­mi­jać nie­któ­re szcze­gó­ły wy­pra­wy, wy­cią­gnę­ła z niego wszyst­ko. Kiedy jed­nak był prze­ko­na­ny, że już prze­pa­dło i na nic sta­ra­nia, tu­dzież za bar­dzo się roz­ga­dał… znu­żo­na kró­lo­wa za­my­śli­ła się. Po czym ła­ska­wie zgo­dzi­ła się wy­pła­cić. Całą na­gro­dę. Pełną skrzy­nię złota. Wy­da­ła dys­po­zy­cję do­rad­cy do­ty­czą­cą skarb­ca i wsta­ła z tronu.

– Nasz gość na pewno chciał­by już odejść, wró­cić do domu, do żony i dzie­ci? – Uśmiech­nę­ła się ła­god­nie, jed­no­cze­śnie prze­wier­ca­jąc go wzro­kiem.

Kra­sno­lud nie był żo­na­ty. O po­tom­stwie też nic nie wie­dział. Ale po­ki­wał grzecz­nie głową. Elfka, pod­cią­gnąw­szy z lekka szatę, ru­szy­ła wraz z eskor­tą i do­rad­cą do ko­ry­ta­rza. Au­dien­cja skoń­czo­na. Kra­sno­lud miał już dość pytań. Na całe szczę­ście kró­lo­wa była na tyle tak­tow­na, że nie spy­ta­ła go o wy­gląd. Który ak­tu­al­nie nie li­co­wał z jego sław­nym mia­nem. Lanck­necht Ru­do­bro­dy zde­cy­do­wa­nie nie chciał bu­dzić za­in­te­re­so­wa­nia swoim za­ro­stem w oczach kró­lo­wej elfów. Po­wo­dem tego nie były zło­żo­ne kon­tek­sty spo­łecz­ne czy kul­tu­ro­we. Bar­dziej niż ośmie­sze­nia oba­wiał się teraz pod­wa­ża­nia jego wia­ry­god­no­ści.

– A prze­pra­szam bar­dzo… – kró­lo­wa od­wró­ci­ła się, spo­glą­da­jąc ba­daw­czo przez ramię – … a dla­cze­go ta broda nie jest ruda?

Do­rad­ca kró­lo­wej so­li­dar­nie przy­brał gry­mas oraz po­sta­wę elfki pod ty­tu­łem „pa­trzę na cie­bie jak na wa­ria­ta i zaraz pod­nio­sę głos”.

– No, słu­cham?!

– Booo… ją za­far­bo­wa­łem na nową modłę i teraz jest sza­ro­brą­zo­wa – skła­mał kra­sno­lud, za­sta­na­wia­jąc się, czy na­stęp­nym py­ta­niem nie bę­dzie kwe­stia, dla­cze­go nie ma to­po­ra, tylko ja­kieś grube widły.

– Ale włosy mam czer­wo­ne, pra­wie rude – Łyp­nął w kie­run­ku swo­ich im­po­nu­ją­cych dre­dów.

– Czer­wo­ne, pra­wie rude… – jed­nym cią­giem po­wtó­rzy­ła tępo elfka.

Jej umysł dzie­lił w tej chwi­li uwagę po­mię­dzy róż­ny­mi pro­ble­ma­mi dworu a pla­na­mi wy­dat­ków skarb­ca na przy­szłe pięć lat i pod­li­cza­niu po­przed­nich. Jed­no­cze­śnie kon­cen­tro­wa­ła się na tu i teraz, bez­li­to­śnie lu­stru­jąc nie­szczę­sne widły.

– Pff… no dobra, zejdź mi z oczu – zde­cy­do­wa­ła elfka, nie wni­ka­jąc już w de­ta­le.

Kra­sno­lud ukło­nił się, od­da­la­jąc bez­zwłocz­nie. Osta­tecz­nie osią­gnął to, po co przy­szedł. Wszak w el­fic­kim skarb­cu cze­ka­ła na niego skrzy­nia po brze­gi wy­peł­nio­na zło­tem.

 

 

 

 

 

Koniec

Komentarze

Anonimie, zmień proszę tag konkursowy na krótszy. Ten jest omyłkowo zdefiniowany i nie da się go zamknąć.

delulu managment

Bardzo dobrze się czytało, nie mam się za bardzo do czego przyczepić :) Jedyne, czego mi brakowało, to większego zaakcentowania niechęci między krasnoludami a elfami, może z odrobiną humoru – ale to tylko moje zdanie.

Całkiem sprawnie napisane, nawet ciekawe. Lektura była zadowalająca :)

Spodziewaj się niespodziewanego

 

 

Przybyłam, zobaczyłam, pozdrowiłam,

ślad swój zostawiłam,

uważnie przeczytałam,

za udział podziękowałam;

bruce :)

Pecunia non olet

Anonimie, użyłeś trzech haseł z jednej grupy. A powinieneś po jednym z każdej. 

Dasz radę szybko przeredagować? Możesz wycofać do kopii roboczej, gdyby było z tym więcej pracy.

delulu managment

Am­bush

20.11.25, g. 07:53 | zgłoś

 

Ano­ni­mie, uży­łeś trzech haseł z jed­nej grupy. A po­wi­nie­neś po jed­nym z każ­dej. 

Dasz radę szyb­ko prze­re­da­go­wać? Mo­żesz wy­co­fać do kopii ro­bo­czej, gdyby było z tym wię­cej pracy.

Twój komentarz

Wyrocznia, w swej mądrości, wyznaczyła tak dużą ilość często używanych w fantasy haseł, że obyło się bez redakcji :)

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

NaNa

19.11.25, g. 15:15 | zgłoś

 

Bar­dzo do­brze się czy­ta­ło, nie mam się za bar­dzo do czego przy­cze­pić :) Je­dy­ne, czego mi bra­ko­wa­ło, to więk­sze­go za­ak­cen­to­wa­nia nie­chę­ci mię­dzy kra­sno­lu­da­mi a el­fa­mi, może z odro­bi­ną hu­mo­ru – ale to tylko moje zda­nie.

Cał­kiem spraw­nie na­pi­sa­ne, nawet cie­ka­we. Lek­tu­ra była za­do­wa­la­ją­ca :)

 

Dziękuję bardzo za przeczytanie :).

Ponieważ widzę, że Anonimów nam przybywa, tym bardziej mi miło za komentarzsmiley.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Dzień dobry!

 

Czytało się gładko. Nareszcie jakiś topór, miecz i tarcza :-) Momentami jednak strasznie “po łebkach”, jakby nie chciało Ci się pisać, szczególnie scen walki. Kościotrupy padły, zanim się pokazały. Szarża konna ucięta łańcuchem, a koń zarył kopytami w ziemi, nie chcąc przypadkiem nikogo stratować :/ Końcówka mnie przeraziła:

Wbiegł do jaskini i tak długo dźgał i bił, aż zgładził nekromantę.

Ech… Tak to można opisać wyciskanie soku z malinek, nie mord na źródle wszelkiego zła :(

 

– A miano Igły, od czego zyskał? – spytał podejrzliwie Rudobrody.

W moich oczach wykonał jeszcze gest wulgarny. Takie to zabawne: „igła” ;-P

Na mocy Paktu Jakiegoś Tam elf może odejść po odsłużeniu terminu – odpowiadał Czarny.

No, długo odpowiadał, w istocie ;-P Dodanie nazwy paktu moim zdaniem osadziłoby mocniej historię i urzeczywistniło świat.

– Widziałeś, że ta mapa pokazuje tylko las i pszczoły. Planu podziemi nie posiadamy bo ktoś go ukradł kasztelanowi. – powiedział Igła.

Bez kropki.

 

Pozdrawiam!

Cześć,

Bardzo solidne opowiadanie przygodowe. Widać dużą dbałość o szczegóły, chociaż nie sposób nie zauważyć, że te szczegóły są momentami rozłożone nierównomiernie (tu zgadzam się z przedpiścą).

Generalnie jednak, klimat jest jak trzeba, fabuła spójna i ciekawa.

 

“Bo niestarczy nam strzał” – zjadło spację.

 

A tak zupełnie, na zasadzie wolnych skojarzeń: Tak ażurowy przeciwnik, jak szkielet, jest chyba trudnym celem dla łucznika :)

 

Cieszę się, że gładko się czytało i przygoda solidna.smiley

Po łebkach trochę bo pisać się chciało ale zmieścić się trzeba było w ramach.

Jednak limit znaków i presja czasu były doskonałymi bodźcami dla powstania opowiadania.

Klawiatura sama pisała smiley.

a man is holding a piece of wood with the hashtag #uncharteredmovie on the bottom

delulu managment

Hej, Mamy tu taką klasyczną przygodę do RPG. Są krasnoludy – jako zakapiory i Elfy, które są albo dziwne albo trochę bezbarwne. Sama przygoda w podziemiach, no cóż – szkielety opisane skrótowo, walka z rycerzem ciekawa, trochę dziwne opętanie, które zaowocowało walką krasnoludów z elfami. Tak na marginesie było 13 członków drużyny, a ja sobie o tym przypomniałem dopiero w chwili tej bratobójczej walki. Mamy wątek humorystyczny w postaci klątwy i nekromanty, którego opis zastąpiła grafika. A, no i ten nekromanta ginie. A na koniec wątek z królową elfów, który w mojej ocenie nic nie wnosi. Pomysł niezły, ale brakuje porządnego dopracowania – ja bym dał opowiadanie na betę, skrócił solidnie wątki nieistotne i dopracował bohaterów i wydarzenia w podziemiach. Wątek z nieuczciwym kasztelanem wydaje się ciekawy do pociągnięcia. Dobra już nie marudzę, jako przygoda do RPG fajne – grałbym. Ale jako opowiadanie, to raczej mnie nie przekonuje. Pozdrawiam.

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardjaskier

 jako przygoda do RPG fajne – grałbym. Ale jako opowiadanie, to  mnie nie przekonuje. 

cryingcryingcrying

 

Bardjaskier

Wątek z nieuczciwym kasztelanem wydaje się ciekawy do pociągnięcia.

devildevildevil

Hej, przeczytałam z przyjemnością! :)

Początek bardzo kojarzył mi się z Hobbitem, zbieranie drużyny, włamywacza, no i trochę z Władcą Pierścieni. Ale to, podejrzewam, bardzo subiektywne odczucie, po prostu ten rodzaj opowiadań będzie się kojarzył i już! :) Nawet podpisanie kontraktu się tu znalazło. 

Reszta fabuły całkiem przyjemna, choć mam wrażenie, że momentami opisy, zarówno akcji jak i świata, są niedopracowane i potrzebują pochylenia się nad nimi. 

Zarysowany jest ciekawy wątek napięć między krasnoludami i elfami, ale jednak potencjał nie został wykorzystany. 

Drobiazgi:

– Powinienem ściągnąć rycerza hakiem gizarmy. No, ale wtedy mój oręż zaplącze się w ogniwa – pomyślał.

Myśli powinny być zapisane inaczej niż dialogi. 

 

– No słucham?!

Przecinek. 

 

Generalnie: fajny pomysł, wykonanie jeszcze wymaga nieco dopieszczenia, ale jest dobrze! 

Pozdrawiam i powodzenia! :)

 

 

JolkaK

Dzięki za odwiedziny:) Wszelakie potencjały zostaną ( być możewinkfrownsurpriseindecision ) wykorzystane w kontynuacji przygód Lancknechta. 

Pozdrawiamsmiley

Hej ho!

Mam wrażenie, że to opowiadanie powinno być książką (czego Ci życzę!). Wydaje mi się, że miałeś w głowie bohaterów, plan wędrówki i intrygę na zakończenie, ale nagle okazało się, że tekst puchnie jak drożdżowe ciasto i musisz ciąć, żeby nie przekroczyć limitu znaków. Przez to nie mogłeś wycisnąć z tej historii tyle ile chciałeś, a ostatecznie trochę na tym ucierpiał klimat opowiadania, bo wszystko dzieje się bardzo szybko.

Technicznie, bardzo dobrze napisane. Nic mnie po drodze nie zatrzymywało i czytało się całkiem przyjemnie!

 

Serdecznie pozdrawiam! :)

Kiedy dowiaduję się jak gładko idzie wam czytanie jest to miód na moje serce :] :]:]

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Dziękuję bardzo smiley!

Nie mogę powiedzieć, że źle się czytało, ale też nie mogę oprzeć się wrażeniu, że gdybym poprzestała na streszczeniu zamieszczonym w przedmowie, wiedziałabym wszystko, tyle że, Anonimie, nie byłoby łapanki. A ponieważ przeczytałam, poniżej dostrzeżone usterki, a dialogi do remontu.

 

– To po­mysł kasz­te­la­na – Uśmiech­nął się prze­pra­sza­ją­co Czar­ny. → Brak kropki po wypowiedzi.

Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać dialogi.

 

do­py­ty­wał Lanck­necht, tro­cząc swoją gi­zar­mę przy ju­kach. → Czy zaimek jest konieczny?

 

– Na trzy­na­ście – Bły­snął zę­bi­ska­mi Czar­ny. → Brak kropki po wypowiedzi.

 

– Trze­ba mi było zo­stać w go­spo­dzie – Po­krę­cił głową Ru­do­bro­dy… → Brak kropki po wypowiedzi.

 

– Ma torbę z le­ka­mi i zio­ła­mi. Mó­wi­li, że się przy­da – Wzru­szył ra­mio­na­mi Czar­ny. → Jak wyżej.

 

po­ty­ka­jąc się o grube, drew­nia­ne widły . → Zbędna spacja przed kropką.

 

dzi­wił się mistrz Igła, wy­chy­la­jąc się w opar­ciu na przed­nim łęku i ob­ser­wu­jąc, jak z mgieł wy­ła­nia­ją się po­ro­śnię­te… → Lekka siękoza.

 

– Hola, hola – prze­rwał pi­sarz – Jak się już zde­cy­do­wa­li­ście, to pod­pisz­cie umowę – Mó­wiąc to, roz­wi­nął wiel­ki zwój, który cią­gnął się po dy­wa­ni­ku. → Druga wypowiedź i drugie didaskalia małą literą. Winno być:

– Hola, hola – prze­rwał pi­sarz – jak się już zde­cy­do­wa­li­ście, to pod­pisz­cie umowę – mówiąc to, roz­wi­nął wiel­ki zwój, który cią­gnął się po dy­wa­ni­ku.

 

– Każdy pod­pi­su­je i ewen­tu­al­nie parę słów in­skryp­cji, parę uwag od sie­bie… → Czy tu aby nie miało być: – Każdy pod­pi­su­je i ewen­tu­al­nie dodaje parę słów in­skryp­cji, parę uwag od sie­bie

 

– Teraz więc toast na cześć umowy – Wy­szcze­rzył się w sze­ro­kim uśmie­chu pi­sarz. → Brak kropki po wypowiedzi.

 

Wej­ście jest ozna­czo­ne koło dzi­kich psz­czół – Po­ka­zy­wał na mapie mistrz Igła. → Jak wyżej.

 

– Gdyby tu były ja­kieś dzi­kie psz­czo­ły, to moi el­fo­wie dawno by je zna­leź­li – Po­wąt­pie­wał We­te­ran. → Didaskalia małą literą.

 

Elfka wska­za­ła na wy­cho­dzą­cą z gę­stwi­ny parę ni­zioł­ków. → Elfka wska­za­ła wy­cho­dzą­cą z gę­stwi­ny parę ni­zioł­ków.

Wskazujemy kogoś, nie na kogoś.

 

Tym­cza­sem elfy od­na­la­zły coś in­te­re­su­ją­ce­go za ulem. → Skoro to były dzikie pszczoły, ro raczej: Tym­cza­sem elfy od­na­la­zły coś in­te­re­su­ją­ce­go za barcią.

 

Kra­sno­lud po­pra­wił prze­pa­sa­ją­cy go po sko­sie torsu rdza­wy łań­cuch. → Poprawnie byłoby, przepasujący, gdyby krasnolud był opasany łańcuchem w talii, a ponieważ łańcuch biegł po skosie torsu, proponuję: Kra­sno­lud po­pra­wił przełożony po sko­sie torsu rdza­wy łań­cuch.

Sprawdź znaczenie czasownika przepasać.

 

– Mi­strzu Igło. Pro­si­my – We­te­ran ustą­pił pola, wska­zu­jąc dło­nią na skałę. → – Mi­strzu Igło. Pro­si­my. – We­te­ran ustą­pił pola, wska­zu­jąc dło­nią skałę.

 

Le­cia­ły wtedy na kilka me­trów do przo­du… → Skąd w czasach tego opowiadania wiedziano czym są metry???

 

– Elfy jakoś się nie gar­nę­ły do ro­bo­ty, ale da­li­śmy radę – Uśmiech­nął się… → Brak kropki po wypowiedzi.

 

– Ty pierw­szy, potem wpuść mnie – uzgad­niał tak­ty­kę dzia­ła­nia Ru­do­bro­dy. Czer­wo­ny Azgor z Khaz-Bar­run tylko ski­nął głową i ru­szył truch­tem, roz­wi­ja­jąc łań­cuch. Gdy na­brał roz­pę­du, ci­snął nim w ry­ce­rza. Łań­cuch z po­mo­cą pod­cze­pio­nych cię­żar­ków owi­nął się wokół zbroi i tar­czy. Azgor na­tych­miast od­biegł po sko­sie w bok. → Narracji nie zapisujemy z didaskaliami. Winno być:

– Ty pierw­szy, potem wpuść mnie – uzgad­niał tak­ty­kę dzia­ła­nia Ru­do­bro­dy.

Czer­wo­ny Azgor z Khaz-Bar­run tylko ski­nął głową i ru­szył truch­tem, roz­wi­ja­jąc łań­cuch. Gdy na­brał roz­pę­du, ci­snął nim w ry­ce­rza. Łań­cuch z po­mo­cą pod­cze­pio­nych cię­żar­ków owi­nął się wokół zbroi i tar­czy. Azgor na­tych­miast od­biegł po sko­sie w bok.

 

– Po­wi­nie­nem ścią­gnąć ry­ce­rza ha­kiem gi­zar­my. No, ale wtedy mój oręż za­plą­cze się w ogni­wa – po­my­ślał. → Zbędna półpauza przed myśleniem. Przed myśleniem nie stawia się półpauzy.

Proponuję: Po­wi­nie­nem ścią­gnąć ry­ce­rza ha­kiem gi­zar­my. No, ale wtedy mój oręż za­plą­cze się w ogni­wa – po­my­ślał.

Tu znajdziesz wskazówki, jak można zapisywać myśli bohaterów.

 

Azgor rąb­nął z góry i roz­trza­skał koń­ski łeb swoim mło­tem. → Zbędny zaimek. Chyba nie używałby cudzego młota.

 

– Ładna ta twoja sio­stra – za­ga­dał Azgor do elfa Al­l­ro­ena, kiedy wy­ru­szy­li.

– Tro­chę śmiesz­ne, że taka pło­chli­wa. W każ­dym razie ładna. → Kto mówi podkreśloną kwestię? Jeśli Allroen, zapis powinien wyglądać tak:

– Ładna ta twoja sio­stra – za­ga­dał Azgor do elfa Al­l­ro­ena, kiedy wy­ru­szy­li. – Tro­chę śmiesz­ne, że taka pło­chli­wa. W każ­dym razie ładna.

 

De­mo­nicz­na moc unio­sła kra­sno­lu­da kilka stóp w górę. → Masło maślane – czy można unieść się w dół?

 

– Spójrz, to jest ma­gicz­na ba­rie­ra – Po­ka­zy­wał We­te­ran… → Brak kropki po wypowiedzi.

 

– A po czor­ta mi ta ilu­zja – Osło­nił się ra­mie­niem Ru­do­bro­dy. → Brak pytajnika po wypowiedzi.

 

– Coś ty naj­lep­sze­go uczy­nił… – Zła­pał się za głowę We­te­ran. → Przydałby się pytajnik po wielokropku.

 

ale drzew­ce przy­lgnę­ły do dłoni jak przy­kle­jo­ne. → Drzewce jest rodzaju nijakiego, więc: …ale drzew­ce przy­lgnę­ło do dłoni jak przy­kle­jo­ne.

 

– Pod­ra­bia­ny szyl­kret – Ob­ra­cał ją w dło­niach… → Brak kropki po wypowiedzi.

 

No tak. Ho ho ho! → No tak. Ho, ho, ho!

 

– Do­brze to ują­łeś. Je­stem emi­sa­riu­szem kró­lo­wej elfów – Skło­nił się We­te­ran. → Brak kropki po wypowiedzi.

 

Go­to­wi prze­bić go swo­imi el­fi­mi włócz­nia­mi. → Zbędny zaimek.

 

nie spy­ta­ła o jego wy­gląd. Który ak­tu­al­nie nie li­co­wał z jego sław­nym mia­nem. → Czy oba zaimki są konieczne?

 

– A prze­pra­szam bar­dzo – Kró­lo­wa od­wró­ci­ła się, spo­glą­da­jąc ba­daw­czo przez ramię. – A dla­cze­go ta broda nie jest ruda? → Potraktowałabym didaskalia jak wtrącenie. Proponuję:

– A prze­pra­szam bar­dzokró­lo­wa od­wró­ci­ła się, spo­glą­da­jąc ba­daw­czo przez ramię – a dla­cze­go ta broda nie jest ruda?

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Też się zastanawiam, po co to streszczenie. Jaka przyjemność z czytania tekstu, kiedy wiadomo, co się stanie?

Raczej nie napiszę nic odkrywczego, ale tak – to bardziej pomysł na scenariusz RPG, i to nie jakiś bardzo oryginalny. Przed wyruszeniem w drogę należy zebrać drużynę, schodzimy do lochu, na koniec walka z bossem (tu potraktowana, łagodnie mówiąc, po macoszemu). I nawet zaczyna się w karczmie. :P Raczej nie mój klimat.

Show us what you've got when the motherf...cking beat drops...

Sama historia może nie odkrywcza, ale fajna i przyjemna. Też mam bardziej skojarzenie ze scenariuszem RPG, niż opowiadaniem. To by tłumaczyło dlaczego opisy są dość hmm.. nie do końca pełne? 

Klimacik natomiast jest, opowiadanie sprawiło mi przyjemność, taki powrót do starego, klasycznego fantasy, rodem z Władcy Pierścieni. Powodzenia w konkursie!

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

powrót do starego, klasycznego fantasy, rodem z Władcy Pierścieni

Czy ktokolwiek poza mną czytał Władcę Pierścieni? Bo miewam wątpliwości… laugh

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

 

re­gu­la­to­rzy

 

 

 

 

“Mam sto rąk, sto sztyletów “ ale nie liczy się ilość lecz jakość więc dzięki regulatorzy za poświęcony czas i energię.

Bez regulatora nie ma dobrego terminatora, że się tak poetycko (?) wyrażę…

Większość poprawek autor wprowadził. Co do niektórych sugestii autor ma wątpliwości.

Barć jest wydrążona ręką ludzką.

Chodziło mi o umieszczenie w lesie ula dzikich pszczół, który same zbudowały:

https://share.google/Jh1qpBt0kY5oT3Kbn

 

“Wskazujemy kogoś, nie na kogoś” – są wątpliwości:

 

Obie formy są poprawne: "wskazujemy kogoś" (biernik) oznacza wybór, wyznaczenie kogoś do jakiejś roli, a "wskazujemy na kogoś" (biernik z przyimkiem) oznacza pokazywanie, zwracanie uwagi na tę osobę (np. gestem). Różnica jest subtelna, ale istotna – pierwsza wersja to wyznaczanie, druga pokazywanie

Wskazujemy kogoś (biernik)

Znaczenie: Wybrać kogoś, mianować, wyznaczyć do zadania, polecić.

Przykład: "Nauczyciel wskazał ucznia, który ma rozwiązać zadanie" (wybrał go). 

Wskazujemy na kogoś (biernik z przyimkiem)

Znaczenie: Pokazać, zwrócić czyjąś uwagę na kogoś, wskazać palcem, gestem, spojrzeniem.

Przykład: "Policjant wskazał na świadka, by potwierdził jego tożsamość" (pokazał go). 

Kiedy używać której formy?

Gdy chodzi o wybór, delegowanie, nominację – używaj formy bez przyimka: wskazujemy kogoś (np. prezesa, następcę).

Gdy chodzi o pokazanie, zidentyfikowanie, zwrócenie uwagi na kogoś – używaj formy z przyimkiem: wskazujemy na kogoś (np. winnego, osobę na zdjęciu). 

 

PRZEPASAĆ – tu autor nie jest pewien. Chlebak też ma pasek. Co jeśli np. żołnierz przełoży paski chlebaków na krzyż przez tors. Nie można się wtedy przepasać paskami ?

 

“ Leciały wtedy na kilka metrów do przodu… → Skąd w czasach tego opowiadania wiedziano czym są metry???”

Tu słuszna uwaga. Oczywiście w innym opowiadaniu fantasy autor użyłby metrów bez problemu ( odpowiedni kontekst) ale jeśli narzucony sobie klimat ma być spójny to tutaj muszę zamienić obowiązkowo na np. łokcie lub sążnie. Więc nie było to celowe i prawidłowym jest podkreślenie przez ciebie tego niedopatrzenia. Mały szczegół ale jakże istotny dla całoścismiley.

 

 

 

 

 

Chodziło mi o umieszczenie w lesie ula dzikich pszczół, który same zbudowały:

Autorze, ale ul tym bardziej jest zbudowany ręką ludzką. Pszczoły mogą sobie zbudować najwyżej gniazdo.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Więc musi być gniazdo.

Nie ma rady.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Autor miał wizję wiszącego na dziko gniazda. Jednak barć ma ten plus, że nie zabiera znaków i wiadomo o co chodzi. Gniazdo może mieć też bocian. Regulatorzy dobrze kombinowałasmiley.

Grunt, żeby miód był laugh

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

SNDWLKR

 

 

 

 

 

 

“Gdy chcę, sto ran zadam”.

To bolesna rana dla tego opowiadania. Jeśli miałaby powstać kontynuacja to główny bohater chyba zacznie omijać gospody z daleka po takiej lekcji.

Mi­cha­el­Bul­l­finch

 

 

Klimacik natomiast jest, opowiadanie sprawiło mi przyjemność, taki powrót do starego, klasycznego fantasy, rodem z Władcy Pierścieni.

 

“Dziś mamy prawo stwarzać królów i nędzarzy”

 

Sama historia może nie odkrywcza, ale fajna i przyjemna. Też mam bardziej skojarzenie ze scenariuszem RPG, niż opowiadaniem. To by tłumaczyło dlaczego opisy są dość hmm.. nie do końca pełne? 

 

“Trzeba mi nowych skrzydeł, nowych dróg potrzeba.”

 

Dzięki za dobre słowa, pozdrawiam!

Moje uszanowanie!

 

Z izby dobiegał zapach chmielu, cynamonu i goździków.

Może lepiej – “dolatywał”?

 

– Jego imię jest dla nas zbyt trudne do wymówienia. Dlatego nazywamy go „Weteran”. To ich przywódca.

Haha, dobre!

 

Z dala majaczyły nadciągające kościste sylwetki.

Tutaj winno być “w dali majaczyły (lub zamajaczyły) nadciągające kościste sylwetki”.

 

Ktoś napisał na mapie podziemi słowo „szkraby”, zaznaczając nim ciemnicę z niziołkami. Jednak część liter się zatarła i można było błędnie odczytać to jako „skarby”.

Zmyślnie, zmyślnie.

 

Czytało się przyjemnie. Nie dołożę się do zarzutów o sztampę i szablonowość. Motyw “Mapy skarbu” sam w sobie poniekąd jest szablonowy, toteż wykorzystanie przez autora sprawdzonych typów nie kłuje w oczy. Zgodzę się jednak z opinią, że ujęcie walki z nekromantą jednym zdaniem było karygodne. To winno być poprawione i skrupulatnie rozpisane. 

Język dobry, dialogi i humor również. Podobało mi się!

 

Pozdrawiam serdecznie!!!

 

 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA RZĄDZI !!!

Anonimie, miło mi, że uznałeś uwagi za przydatne i cieszę się, że wiesz, kiedy można wskazywać kogoś/ coś, a kiedy na kogoś/ na coś.

 

Chle­bak też ma pasek. Co jeśli np. żoł­nierz prze­ło­ży paski chle­ba­ków na krzyż przez tors. Nie można się wtedy prze­pa­sać pa­ska­mi ?

Jeśli żołnierz będzie miał dwa chlebaki, to zapewne przewiesi je na krzyż przez pierś/ tors.

 

Anonimie, pragnę dodać, że wszystkie moje uwagi to tylko sugestie i propozycje. To jest Twoje opowiadanie i wyłącznie od Ciebie zależy, jakimi słowami będzie napisane.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Wyniki na Portalu, więc zamieszczam opinię:

Komentarz tuż po przeczytaniu:

Witam serdecznie i dziękuję za udział w Konkursie. :)

 

Z pewnością na brawa zasługują zamieszczone w Przedmowie: streszczenie, wykaz postaci, objaśnienia.

W samej treści dodatkowy plus za ciekawe ilustracje. :)

Akcji i fantastyki jest tu naprawdę sporo, do tego jeszcze: zaskakujące wydarzenia, nieprzewidywalne losy bohaterów. :)

Co do kwestii regulaminowych: wszystkie trzy wybrane hasła należą niestety tylko do grupy drugiej, brak zatem hasła z pierwszej oraz trzeciej.

 

 

Co do technikaliów – wątpliwości oraz sugestie (zawsze – tylko do przemyślenia):

W poniższym fragmencie łatwo się pogubić – kto, co i do kogo mówi:

W długi kloc drewna, na którym siedział, wbił się obosieczny topór.

– Ej, Czarny, zniszczysz zacne siedzisko!

– Przecież to i tak idzie do porąbania. I do pieca – odparł krótko drugi krasnolud.

– Jest interes do zrobienia – powiedział Czarny, puszczając stylisko topora.

– Ostatnim razem nie oddałem ci złota – kontynuował. – Ale teraz potrzebujemy ciebie jako szóstego na wyprawę. Z mojej doli ci oddam. Daję słowo.

 

 

– Ostatnim razem nie oddałem ci złota – kontynuował. – Ale teraz potrzebujemy ciebie jako szóstego na wyprawę. Z mojej doli ci oddam. – powtórzenia?

– To pomysł kasztelana – Uśmiechnął się przepraszająco Czarny. – błędny zapis dialogu?

– Na trzynaście – Błysnął zębiskami Czarny. – i tu?

– Trzeba mi było zostać w gospodzie – Pokręcił głową Rudobrody, gdy znalazł się w siodle. – i tu?

– Ma torbę z lekami i ziołami. Mówili, że się przyda – Wzruszył ramionami Czarny. – tu także? (takich przykładów jest więcej, reszty już nie wypisujuę)

To ich przywódca. Weteran powoli obrócił głowę w ich stronę. – powtórzenie?

Pachołkowie migiem rozpalili ognisko (przecinek?) a nad nim zawiesili imbryk.

Planu podziemi nie posiadamy (przecinek?) bo ktoś go ukradł kasztelanowi. – powiedział Igła. – tu też jest błędny zapis dialogu?

– No mistrzu. – przecinek przy Wołaczu?

To, co nadciąga, to w sam raz wyzwanie dla takich wojowników jak Rudobrody i ja – przemówił Azgor, odkładając młot i zdejmując przez głowę łańcuch. – powtórzenie?

– Powinienem ściągnąć rycerza hakiem gizarmy. No, ale wtedy mój oręż zaplącze się w ogniwa – pomyślał. – błędny zapis myśli

 

Żeleźce gizarmy poszło w przednie nogi wierzchowca. (…) Żeleźce pofrunęły z impetem aż do mostu, odbijając się od sklepienia, i wpadły do czeluści. – błędna odmiana wyrazu?/błąd składniowy? – skoro został wprowadzony tak trudny termin, trzeba uważać na jego poprawną odmianę – nie może być jednocześnie: „żeleźce poszło” i „ żeleźce pofrunęły i wpadły”

 

 

W ostatniej chwili demoniczna moc wystrzeliła błyskawicę w stronę Azgora, po czym zniknęła. Krasnolud przez chwilę strzepywał z siebie niebieskie ogniki. – powtórzenie?

Weteran wystrzelił zapaloną strzałę w ciemność. Z głębi hali wyłoniła się dziesiątka szkieletowych leśników, napinających łuki. Pozostałe elfy zasypały szkielety chmarą strzał, obracając przeciwników w pył. – powtórzenia/styl?

Bo niestarczy nam strzał – powiedział Weteran. – ortograf?

Był pewien, że teraz na pewno zaimponował elfce. – powtórzenie/styl?

 

Niejasny zapis dialogu – czy przypadkiem drugiej kwestii nie mówi nadal Azgor?:

– Ładna ta twoja siostra – zagadał Azgor do elfa Allroena, kiedy wyruszyli.

– Trochę śmieszne, że taka płochliwa. W każdym razie ładna.

– Śmieszne to są twoje tatuaże, krasnoludzie – zadrwił Allroen.

Ja mówię poważnie. – zbędny zaimek?

– Iluzja sprawi, że będziesz trudniejszym celem, będziesz częściowo niewidzialny – odpowiedział chytrze mistrz Igła. – powtórzenie?

 

– Patrz, co zrobiłeś – Lancknecht zwrócił się do mistrza Igły, groźnie potrząsając nowym orężem.

 – Nie wiem, jak to się stało. Coś poszło nie tak… – Rozłożył bezradnie ręce mistrz Igła. – powtórzenie?

Jeśli nawet (przecinek?) to jest sam – powiedział elf.

Wyciągnął przed siebie dłonie i (przecinek?) potrząsając nimi, jakby oddawał krasnoludowi cześć, wyrzekł:(…)

Pewnie (przecinek?) jak się za dużo wie, to można się obudzić z poderżniętym gardłem pewnego poranka.

– Znam jednego zaufanego czarodzieja, który (przecinek?) jak ja (i tu?) nie przepada za kasztelanem.

Na całe szczęście królowa była na tyle taktowna, że nie spytała o jego wygląd. Który aktualnie nie licował z jego sławnym mianem. – oba zdania razem?

Jej umysł dzielił w tej chwili uwagę pomiędzy różnymi problemami dworu a planami wydatków skarbca na przyszłe pięć lat i podliczaniu poprzednich. – składniowy?

 

Pozdrawiam serdecznie i ponownie dziękuję za udział. Klik biblioteczny. :)

Pecunia non olet

Potencjał na dobrą przygodówkę fantasy, ale ciut zmarnowany przez zbyt dużą powierzchowność potraktowania. Część rzeczy dzieje się zbyt szybko i, jakbyś streszczał/a historię. Przez to brakuje w niej czegoś, co bardziej wciągnie i sprawi, że czytelnik wsiąknie i będzie kibicował bohaterom. Nie do końca pojmuję wątek z królową – po co on tam?

Czytało mi się gładko i szybko, ale bez większych emocji.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Planowanie. Dokładniej: rozplanowanie fabuły na liczbę znaków. To jest rzecz wkurzająco trudna, ale nauczyć się trzeba, przynajmniej jeśli ktoś chce brać udział w konkursach, bo inaczej mamy to, co Tobie wyszło – tekst, który zaczyna się detalicznymi opisami każdego włoska w brodzie krasnoluda, a kończy machnięciem autorskiej ręki. Jeśli ktoś Ci mówi, że pisanie jest łatwe, masz pełne prawo wyśmiać gościa, słowo.

 

Mówili Ci w komentarzach, że to jest zapis sesji RPG – słusznie mówili. Była to niestety sesja RPG, której Mistrz Gry musiał, ale to musiał zdążyć na pociąg. W rezultacie nie tylko scenariusz przygotował na kolanie, ale po pierwszej półgodzinie gry zaczął pospieszać graczy. I pospieszał ich coraz bardziej. I bardziej. Ten, kto grał elfką, najwyraźniej się temu przeciwstawił, bo nie wiadomo skąd pojawiła się w lochu zapadnia – i żegnaj, bezimienna elfko… Reszta (gracze to ludzie pojętni) z uprzejmości chyba wyciągała zdumiewające wnioski, których prowadzący sobie życzył i galopowała z tym koksem na złamanie karku. A ostatnią scenę grali, kiedy Mistrz sznurował buty. Tak to widzę.

 

A konkretniej?

 

Pierwszy dialog niezły, chociaż łatwo się pogubić, na przykład dlatego, że Czarny raz mówi urywanymi zdaniami, a raz wygłasza przemowy, i nie wiem, skąd to wynika. (A także dlatego, że każdą jego kwestię dajesz w osobnej linijce – oj, przeczytaj ten poradnik Fantazmatów, dobrze Ci radzę: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/). Ale im dalej w las, tym gorzej: bardziej skrótowo i mniej sensownie. Daję słowo, każdy kolejny dialog jest słabszy od poprzedniego, mniej dopracowany. W narracji od początku sporo streszczania: opisujesz szczegółowo, właśnie jak w RPG, jak kto był ubrany, co miał w ręku i z czego to było zrobione, ale krajobrazów już nie, i wielu – chyba ważnych? – wydarzeń też nie (dzieci prowadzą ich do pszczół w jednym zdaniu, w jednym zdaniu odzyskują torbę elfki, w jednym zdaniu – ech! – zabijają nekromantę – o tym jeszcze pomarudzę), za to pojawiają się dziwne i nijak nie wpływające na fabułę szczegóły, jak elfka głaszcząca posągi psów. Zupełnie jak w zapisie sesji. 

 

Tekst przypomina zapis sesji również dzięki temu, że bohaterowie nie traktują swojej przygody poważnie – chociażby ta elfka z posągami. A także temu, że skupiasz się na dialogach. To akurat nie byłaby wada, gdybyś się na nich nie skupiał do tego stopnia, że powstaje efekt "seks w mydlanej operze" – mnóstwo gadania, a jak coś się dzieje, to rach, ciach i załatwione. Całe sceny w ogóle pomijasz albo załatwiasz jednym zdaniem – zasadniczo im większą wagę do czegoś przywiązujemy, tym obszerniej coś opisujemy, a z tego, co opisujesz (czyli powinno być ważne) nic nie wynika dla całej tej historii. Co tu jest ważne? Co nie jest ważne?

 

Nekromanta jest tylko elementem wystroju – nie robi niczego. Gorzej: strasznie groźny nekromanta zostaje ukatrupiony łatwiej niż ta bezimienna elfka, jakby był zupełnie, ale to zupełnie nieistotny w fabule, która przecież, przypominam, obraca się wokół tego, że strasznie groźny nekromanta robi różne brzydkie rzeczy i trzeba go powstrzymać. Skoro to takie łatwe, czemu nikt tego dotąd nie zrobił? Rozumiesz problem? Jeśli nie pokażesz wysiłków bohaterów, to my ich nie zobaczymy. Tak w ogóle – biorąc rzecz na logikę, bajzel w pracowni świadczy o tym, że nekromanta nie był sobą (ludzie raczej nie rozwalają własnego miejsca pracy bez wyraźnego powodu, a nikogo innego chyba tam nie było). Ale nie podejmujesz tego wątku.

 

Wątek elfiej polityki jest dla mnie zupełnie ciemny. Nie wiem, o co w nim chodzi. Nie wiem, co tu robi.

 

Charakterystyka postaci: Igła mówi bardzo ą-ę, rudzielec jest ponoć sławny, ale wiemy o tym tylko z zapewnień Czarnego i Weterana, królowa elfów przypomina królową ludzi z Castoff (wredna baba i tyle). I to w sumie wszystko. A właśnie – "lancknecht" to nie imię: https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/lancknecht;22895.html. Niewiedza o tym też wskazuje na zapis sesji RPG ("co mi będziesz mówił, jak mogę nazwać postać?").

 

Akapit z Azgorem myślącym o elfce robi z krasnala – zabijaki piętnastoletniego chłopaczka (czyli znów przegląda tu osobowość hipotetycznego gracza). A potem on morduje jej brata, bo – nie lubi elfów? Elfka to też elf… a jedność w drużynie w ogóle nie jest potrzebna, żeby, nie wiem, przeżyć i wyleźć z tych lochów… Nieszczególnie mnie przekonuje cała ta klątwa (i – klątwa karczmarza miała tylko zmienić aparycję przeklętego, chyba?).

 

Ani liczba uczestników wyprawy nie miała nic do klątwy – większość z nich i tak nic nie zrobiła i nie miała nawet imion, więc po co ich wymieniać? ani oni sami na niewiele się przydali. Po co Ci była taka liczna kompania?

 

Poza tym pełno tu szczegółów zupełnie nieprzemyślanych. Po kolei: jeśli kasztelan nie może wysłać wojska, bo mu się lud zbuntuje, to coś mówi o jego władzy (czy jej braku) – co prawda, nie wynika z tego nic.

 

"Nie było przy nim widać broni drzewcowej ani miecza." – nie musisz tak pilnować, żeby Ci nikt kłamu nie zadał – to Twój świat. Jeśli mówisz, że czegoś nie ma, to tego nie widać. A najlepiej w ogóle o tym nie wspominaj, w końcu "nie miał broni" przekonuje znacznie bardziej od "nie miał miecza, włóczni, łuku ani kołczana, z którego nie sterczały farbowane zielono i niebiesko lotki dwudziestu czterech strzał o czarnych brzechwach", prawda?

 

W świecie pseudośredniowiecznym więziennictwo nie musi wyglądać jak u nas i kumple z celi mogą pozostać kumplami w celi po kres swego żywota.

 

Przymusowy pobór nie oznacza, że trzeba całe życie służyć w armii (kto by pól doglądał i hipopotamy karmił?) – jest tura czynnej służby, a potem niech żyyyje nam rezerwa!

 

Królowa stoi troszkę wyżej od kasztelana… https://wsjp.pl/haslo/podglad/100570/kasztelan

 

Dlaczego oni podpisują umowę (umowę?) dopiero po wyruszeniu na wyprawę? i dlaczego umowa niepodpisana jest "niegotowa"? Od kiedy?

 

Skoro niziołki nie płacą podatków Z POWODU bycia mordowanymi przez nekromantę, to terroryzowanie ich może nie przynieść skutku – więc o co chodzi z tymi żołnierzami? Jeśli kasztelan jest idiotą, co być może, i jeśli durnota kasztelana ma znaczenie dla fabuły, warto ją jeszcze jakoś pokazać.

 

Te dzieci, które się ni stąd ni zowąd pojawiają w niebezpiecznym lesie – to grubymi nićmi szyta wskazówka dla niedomyślnych graczy od spieszącego się okrutnie Mistrza Gry. Z punktu widzenia dzieci łażenie po lesie jest głupotą. Z punktu widzenia Mistrza Gry, który musi zaraz kończyć, jest lepsze od gołębia pocztowego niosącego kluczową informację, który pada trupem akurat nad głową jednej z postaci – ale minimalnie. Bohaterowie mogą się zachowywać głupio – ale musi to mieć przyczyny i konsekwencje dla tych, którzy się głupio zachowali, bo normalnie ludzie jednak nie błądzą we mgle (aż tak) i wypada to niewiarygodnie, kiedy postacie w opowiadaniu błądzą.

 

Teksty typu "tymczasem elfy odnalazły coś interesującego" to ukrywanie (p. link niżej), ale w tym konkretnym miejscu muszę zapytać – kiedy? Kiedy dzieci prowadziły drużynę do tych uli? (W lesie, tak w ogóle, nie ma uli, tylko barcie albo gniazda, jeśli pszczoły są zupełnie dzikie – ale czy od takich pszczół podbierałyby miód dzieci nawet bez kapelusików z siatką? Ani żadnych urządzeń do podkurzania?).

 

Masyw to DUŻY kawał skały. Bardzo duży. Nie schowasz go za ulem. Ani za drzewem z barcią.

 

Jeśli facet mówi do dziewczyny "siostrzyczko" to w braku innych wskazówek domyślę się, że jest jej bratem. Jeśli jeszcze broni jej przed lubieżnikami, to uznam to za oczywiste. Nie musisz tego tłumaczyć.

 

Zdanie "Rozległ się krótki śpiew anielskiego chóru, a na ścianie pojawił się zbudowany z tajemniczych liter fioletowy, magiczny portal." brzmi jak dosłowny opis sceny z gry komputerowej (skąd tu anioły? "krótki śpiew" to też mocno chwiejna fraza).

 

Mierzenie metrami w fantasy odradzam – to dziedzictwo rewolucji francuskiej. W światach, w których nie ma i nigdy nie było Francji, ich istnienie jest bezzasadne, a poza tym wyobrażenie sobie, jakie coś było duże, jest o wiele łatwiejsze, kiedy się to do czegoś porówna, a nie "zmierzy".

 

Ten boss na koniu to tam na pewno miał miejsce, żeby się rozpędzić?

 

"– Powinienem ściągnąć rycerza hakiem gizarmy. No, ale wtedy mój oręż zaplącze się w ogniwa – pomyślał." tutaj wyraźnie mamy autora rozwiązującego problemy fabularne na oczach czytelnika (czyli widać kulisy: https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842859), co jeszcze bardziej wzmacnia wrażenie, że czytamy zapis sesji RPG, w trakcie której gracz myśli głośno, co by tu dalej zrobić. Gdyby on jeszcze uzgadniał taktykę z kolegami… ale nie. On po prostu głośno myśli.

 

Jak krew ma wsiąkać między kamienie? Zaprawę myszy zjadły?

 

Płaszcz nekromanty, zdobiony twarzoczaszkami… z trudem sobie wyobrażam, ale to chyba dobrze świadczy o moim zdrowiu psychicznym.

 

Pole siłowe może i można obmacać, ale przestrzeni jakby nie.

 

Wypowiedzi nienaturalne i wazeliniarskie "Sławne osoby, jak ty, są często wspierane przez bogów", "Ty jesteś wybrańcem bogów! Idź i pokonaj go! Takie jest twoje przeznaczenie!" odnoszą skutek odwrotny, czyli przekonują czytelnika, że ktoś go robi w jajo.

 

Ta banda co prawda mogłaby zatańczyć lambadę i bym się nie zdziwiła, ale dla porządku spytam – tak, ot udzielili niziołkom pierwszej pomocy? Umieli w ogóle? I cały myk z tym, że na mapie było napisane "szkraby" a krasnolud przeczytał "skarby" – po grzyba zaznaczać "szkraby" na mapie? nawet w świecie, w którym jakiś wariat zaznacza na mapach pszczoły?

 

I kiedy Rudobrody miał czas na farbowanie brody i mycie jej spirytusem? Bo nic nie wskazuje na to, że między wielką przygodą z nekromantą a audiencją u jej królewskiej mości minęło więcej niż parę godzin. I po co kasztelan miałby ich orżnąć? Reputacja mu niemiła? A jeśli Weteran rozstawił swoich ludzi, to nie po to, żeby się chwalić – więc co ma do rzeczy jego "ważniactwo"?

 

Jak łypnąć w kierunku własnych dredów? Czyli… w górę?

 

A w ogóle, bo mnie to nurtuje – skąd karczmarz na 1 lvl miał MPki na klątwę?

 

Językowo jest tak sobie, ze wskazaniem na nie bardzo. Pełno błędów szyku, nie masz ucha do mowy polskiej – rytm zdań mocno porwany, staccatto (nawet w dialogach!), równoważniki pogłębiają to wrażenie. Zdania w większości są poprawne, przynajmniej te krótkie i bez imiesłowów – ale, jako się rzekło, przeważnie krótkie i dosłowne. A jak czasem sięgasz po metaforę… to czytelnik sięga po coś z procentami.

 

Cały akapit o rycerzu staccatto – niby to jest scena walki, w której zdania powinny być krótkie, ale przecież nie wszystkie od jednego wzoru! – i pełen błędnie użytych imiesłowów, o czym za moment.

 

Dialogi są zapisane niedobrze. Przede wszystkim mam tu na myśli zdania, w których bohater mówi, robiąc coś, patrz ten punkt poradnika: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/#bledny_zapis_narracji.

 

Daje się w tekście zauważyć pewna skłonność do sapkowszczyzny, czyli mieszania archaizacji (np. "Wskazał podle studni") z nowoczesnością (jak "negocjacje") – wielu tego próbuje, ale Sapkowski, czego by o nim poza tym nie powiedzieć, akurat to potrafi. A początkujący autorzy przeważnie nie potrafią. Dopóki nie staniesz na własnych nogach, odradzam.

 

Teraz te nieszczęsne imiesłowy przysłówkowe współczesne, które naprawdę nie oznaczają przyczynowości. A jeżeli nawet, to imiesłów powinien nazywać przyczynę (i to najlepiej trwającą dłużej), a nie skutek. Ale to też nie tyle oznacza przyczynowość, co wskazuje na fakt, że przyczyna nie musi się skończyć, kiedy skutek już trwa. Imiesłów przysłówkowy współczesny oznacza JEDNOCZESNOŚĆ. Oznacza, że jakaś czynność trwała, kiedy inna czynność też trwała. 

 

Czyli nie: "Pozostałe elfy zasypały szkielety chmarą strzał, obracając przeciwników w pył." tylko: Elfy gradem strzał zmieniły szkielety w pył. (Co swoją drogą wygląda mało realistycznie, ale gracze wyrzucili parę dwudziestek, więc niech im będzie). I nie: "wydłużył się i rozszczepił, zamieniając w drewniane widły", tylko: wydłużył się i rozszczepił, i zamienił w drewniane widły; albo: wydłużył się i rozszczepił, i nagle krasnolud trzymał w ręku drewniane widły.

 

Pozostałych błędów językowych nie porządkowałam kategoriami, bo w większości dotyczą doboru słów. Zresztą wypisuję tylko próbkę:

 

Zapach może dochodzić, ale nie dobiegać.

 

Fraza "podziemia początkowo pochłaniały gobliny i zbójców" brzmi jak cytat z ballady, ale w prozie daje wrażenie sztuczności (i aliteruje).

 

"W końcu nie można było zebrać pełnej kwoty podatku od niziołków, bo z okolicznych podleśnych wiosek zaczęli znikać niziołkowi podatnicy." pseudotechniczne określenie ("pełna kwota podatku" to raczej ta należna od jednego podatnika) i nadmiar dookreśleń (a "podatnik" w fantasy też nie wygląda ładnie).

 

Pojawia się też to !@#$% "ignorować", argh. Ludzie! To jest słowo nacechowane stylistycznie! Nie obchodzi mnie, że jest krótsze od pozostałych możliwości, tnijcie znaki gdzie indziej.

 

Zdanie "Jego imię jest dla nas zbyt trudne do wymówienia." jest zupełnie bez jaj – czy tak mówią krasnoludy?

 

"Wzrok" to zdolność widzenia, dopiero przenośnie "spojrzenie" – więc nie patrzymy "jakimś wzrokiem".

 

Opis: "z rąbem będącym w całości wielkim odłamkiem diamentu" niezgrabny.

 

Afera może się zacząć, ale nie "pojawić", i skąd wziąłeś słowo "wzgórzyste"? "Rdzawy" to kolor – "zardzewiały" to skorodowany. Echo to nie konkretny dźwięk, tylko odbicie dźwięku.

 

Tu wpadł Doktor, popatrzył i się zawinął: "z jakiejś wieży przeciągnięto po strunach olbrzymich skrzypiec" ale czym przeciągnięto? O co chodzi? Co porównujesz do czego i po co? I w ogóle skąd tu TARDIS? To jest właśnie ta metafora, po której człowiekowi chce się pić.

 

Nie można pisać, że "usłyszeli rozwijany pergamin i pękającą pieczęć" bo słyszeć można tylko dźwięki, np. szelest rozwijanego pergaminu i chrupnięcie pękającej pieczęci.

 

Jakim sposobem "kościste sylwetki" majaczyły? Skoro chodzi o to, że "idą na nas szkielety" (captain obvious…), to "kościste" czyli chude (szkielety są może "kościane", ale kościste?) "sylwetki" czyli kształty w ogóle nie są tym, co próbujesz opisać.

 

Fraza "rycerz zdzierał z siebie łańcuch jak pajęczynę" sugeruje raczej łatwość niż trudność – tak ma być?

 

Gdzie moc ma środek?

 

Fraza "przypadli do krawędzi zapadni" brzmi fatalnie (powiedz to głośno), a w ogóle zapadnia to nie to samo, co dziura.

 

Krasnolud ma hamulce hydrauliczne czy tarczowe? Bo hamowanie w fantasy też jakoś nie tentego…

 

Dlaczego kamień miałby wydać dźwięk? Mógłby ewentualnie świszczeć przy spadaniu, ale to też nie za bardzo.

 

"Moja twarz nie powinna pojawiać się na dworze." to wyjątkowo dziwne zdanie. Czemu twarz rozpatrujesz w oderwaniu od reszty? A "Ale ani myślała wypłacać nagrodę za wyprawę w złocie, którą wszak nie ona wyznaczyła. Tudzież jakikolwiek ekwiwalent." nie jest po polsku – "tudzież" oznacza "i", nie "lub", a pierwsze zdanie jest bez sensu i niegramatyczne: Ale ani myślała wypłacać nagrody, której nie obiecywała. Kropka. Tak przy okazji – "tudzież" nie brzmi tak mądrze, jak Ci się wydaje.

 

"Lancknecht Rudobrody zdecydowanie nie chciał budzić zainteresowania swoim zarostem w oczach królowej elfów. Powodem tego nie były złożone konteksty społeczne czy kulturowe. Bardziej niż ośmieszenia obawiał się teraz podważania jego wiarygodności." to też nie po polsku (szyk! dziwne formy gramatyczne! zaimek prowadzący w maliny!), ostatecznie może być: Lancknecht Rudobrody nie chciał, żeby królowa elfów zwątpiła w jego tożsamość.

 

Po polsku włosy nie mogą być czerwone – tylko rude.

 

A, i jeszcze – streszczenie tekstu w przedmowie jest naprawdę, ale to naprawdę zbędne. Czemu właściwie miało służyć?

 

O reszcie potknięć, błędów i niezręczności możesz się dowiedzieć drogą mailową – przyślij mi tylko adres na priv.

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Fajna opowieść fantasy, która zmienia się w dziwną opowieść. Nagle jak Martin wybijasz prawie wszystkich bohaterów, pozostałym przytrafiają się niefajne rzeczy, nie wiadomo czemu, a zakończenia nie zrozumiałam.

Ten plan opowiadania, jak dla mnie, zbędny, bo zdradza to, co mogłoby zaskoczyć.

Z innym zakończeniem Twoje opowiadanie było by u mnie dużo wyżej;)

delulu managment

Nowa Fantastyka