- Opowiadanie: cezary_cezary - Czy osoba schowana w bunkrze uratuje cywilizację, która została odbudowana po zagładzie w oparciu o beletrystykę?

Czy osoba schowana w bunkrze uratuje cywilizację, która została odbudowana po zagładzie w oparciu o beletrystykę?

Tekst sta­no­wi kar­ko­łom­ną próbę po­łą­cze­nia kon­kur­su (mapa skar­bów) i nie-kon­kur­su (coś o książ­kach po za­gła­dzie). Moż­li­we, że wy­szło, ale pew­no­ści nie ma.

 

Skarb: osoba

Za­mknię­cie: scho­wa­nie

Coś zwy­kłe­go: bun­kier

 

PS. Mapa jest, ale zro­bio­na od odp... Autor nie umie ry­so­wać i nawet nie bę­dzie pró­bo­wał wma­wiać, że jest ina­czej.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Czy osoba schowana w bunkrze uratuje cywilizację, która została odbudowana po zagładzie w oparciu o beletrystykę?

Scena pierw­sza, w któ­rej zo­sta­nie do­ko­na­ne bru­tal­ne wpro­wa­dze­nie do świa­ta przed­sta­wio­ne­go.

Czas: do­kład­nie kil­ka­dzie­siąt lat po Go­dzi­nie Zero.

 

– To jest kom­plet­nie po­zba­wio­ne sensu!

– Co tam mam­ro­czesz pod nosem, dzie­cia­ku? – Ame­lia zga­ni­ła Mi­ko­ła­ja.

– Prze­pra­szam, cio­ciu, po­wie­dzia­łem tylko, że to nie ma sensu.

Na te słowa ko­bie­ta wes­tchnę­ła prze­cią­gle.

– Le­piej prze­stań fi­lo­zo­fo­wać, tylko leć z da­ni­ną, bo jesz­cze się spóź­nisz.

– Kiedy ja na­praw­dę nie ro­zu­miem, dla­cze­go wła­ści­wie kar­mi­my tych dar­mo­zja­dów z dołu – mruk­nął pod nosem chło­pak.

Ame­lia te­atral­nie zła­pa­ła się pod boki i ob­da­rzy­ła Mi­ko­ła­ja spoj­rze­niem za­re­zer­wo­wa­nym dla psa, który za­ła­twia po­trze­by fi­zjo­lo­gicz­ne w sa­lo­nie.

– Ile razy bę­dzie­my to jesz­cze prze­ra­biać? – syk­nę­ła. – Za­pi­sa­no to w pierw­szej świę­tej księ­dze, więc tak sta­no­wi prawo. Mu­si­my je re­spek­to­wać, bo ina­czej po­pad­nie­my w sza­leń­stwo!

– Sza­leń­stwem był po­mysł od­bu­do­wa­nia spo­łe­czeń­stwa na pod­sta­wie dwóch wy­świech­ta­nych, a do tego nie­kom­plet­nych sta­rych ksią­żek… – Nie­spo­dzie­wa­nie do roz­mo­wy włą­czył się Krzy­siek, z za­wo­du kowal. – A ty, droga Amel­ko, zu­peł­nie my­lisz po­ję­cia. Mia­łaś za­pew­ne na myśli anar­chię.

Niemy okrzyk za­stygł na twa­rzy ko­bie­ty. Po dłuż­szej chwi­li zdo­ła­ła tylko wy­szep­tać na bez­de­chu:

– He­re­tyk…

*

W tym miej­scu po­zwo­lę sobie za­trzy­mać akcję i wy­ja­śnić wam to i owo. Ro­zu­miem, że mo­że­cie być lekko sko­ło­wa­ni, ale spo­koj­nie, we wła­ści­wym cza­sie wszyst­ko na­bie­rze sensu. Taką mam przy­naj­mniej na­dzie­ję.

Je­że­li o mnie cho­dzi, to mu­si­cie wie­dzieć dwie rze­czy. Po pierw­sze, moje za­im­ki to „wiem/wszyst­ko”, po­nie­waż iden­ty­fi­ku­ję się jako nar­ra­tor wszech­wie­dzą­cy.

Po dru­gie, ra­czej trud­no by­ło­by okre­ślić mnie spe­cja­li­stą w kwe­stiach ję­zy­ko­wych, więc czę­ści mowy nie są moją mocną stro­ną.

Co się na­to­miast tyczy świa­ta przed­sta­wio­ne­go, na tę chwi­lę mu­si­cie wie­dzieć, że wiele lat przed opi­sa­ny­mi tu wy­da­rze­nia­mi do­szło do in­cy­den­tu okre­śla­ne­go po­wszech­nie Go­dzi­ną Zero. Mogę się tylko do­my­ślać, że w jego trak­cie pla­ne­tę do­tknął jakiś ka­ta­klizm, czy coś w tym stylu. Moż­li­we też, że wy­bu­chła wojna nu­kle­ar­na, albo wy­gi­nę­ły psz­czo­ły, pew­no­ści nie mam. Wiem na­to­miast, że ludz­kość zo­sta­ła zdzie­siąt­ko­wa­na, znana wam cy­wi­li­za­cja upa­dła i za­pa­no­wa­ły wieki ciem­ne. Po nie­zli­czo­nych la­tach we­ge­ta­cji, zu­peł­nym przy­pad­kiem od­na­le­zio­no sejf za­wie­ra­ją­cy dwie książ­ki, uzna­ne póź­niej za świę­te księ­gi. Na ich pod­sta­wie pod­ję­to kar­ko­łom­ną próbę od­bu­do­wa­nia cy­wi­li­za­cji. Wagę zna­le­zi­ska pod­kre­śla fakt, że poza owymi dwoma po­zy­cja­mi wszel­ką po­zo­sta­łą li­te­ra­tu­rę, do­stęp­ną dla ludz­ko­ści, sta­no­wi­ły słow­ni­ki i ele­men­ta­rze ję­zy­ka pol­skie­go. Z punk­tu wi­dze­nia nar­ra­to­ra, na­le­ży po­wyż­sze uznać nie tylko za wy­god­ne pod wzglę­dem fa­bu­lar­nym, ale i wy­star­cza­ją­co tłu­ma­czą­ce, dla­cze­go bo­ha­te­ro­wie ni­niej­szej hi­sto­rii po­słu­gu­ją się cał­kiem po­praw­nym słow­nic­twem.

Uprze­dza­jąc ewen­tu­al­ne py­ta­nia i wąt­pli­wo­ści: bla­de­go po­ję­cia nie mam, dla­cze­go ktoś ukrył w sej­fie książ­ki, a nie pie­nią­dze lub inne kosz­tow­no­ści, ale tak wła­śnie było. Ko­niec i krop­ka.

A teraz wróć­my do hi­sto­rii…

 

Scena druga, w któ­rej od­po­wie­my na py­ta­nie, o czym tak wła­ści­wie jest ni­niej­szy tekst.

Czas: jakiś kwa­drans po sce­nie pierw­szej.

 

– Czy mogę pana o coś za­py­tać? – za­ga­ił nie­śmia­ło Mi­ko­łaj.

– Strze­laj, młody – od­po­wie­dział Krzy­siek.

– Bo tak… Pierw­sza świę­ta księ­ga przed­sta­wia tych z dołu, jako szka­rad­nych i za­sad­ni­czo nie­go­dzi­wych… A przez to tak róż­nych od nas – pięk­nych, błę­kit­no­okich i zło­to­wło­sych.

– Jest to dość spore uprosz­cze­nie, ale niech ci bę­dzie, że tak się spra­wy mają. Do cze­goś zmie­rzasz?

– Tak, bo widzi pan… Nie ro­zu­miem zu­peł­nie, dla­cze­go skła­da­my im da­ni­ny, za­miast pró­bo­wać zabić? Po­win­ni­śmy chyba tępić zło, a nie sztucz­nie utrzy­my­wać je przy życiu, tak myślę.

 Męż­czy­zna przez chwi­lę przy­glą­dał się bacz­nie mło­de­mu to­wa­rzy­szo­wi.

– Ja się z tobą nawet zga­dzam, ale nie­ste­ty to nie była moja de­cy­zja. Nasi ro­dzi­ce w pełni de­mo­kra­tycz­nie zde­cy­do­wa­li, że odtąd bę­dzie­my się kur­czo­wo trzy­mać tre­ści ksiąg. To było jesz­cze przed two­imi na­ro­dzi­na­mi – wes­tchnął. – Cały szko­puł tkwi w tym, że te całe “świę­te” ba­zgro­ły zo­sta­ły od­kry­te już uszko­dzo­ne. Nigdy nie udało się od­czy­tać ca­ło­ści. Z pierw­szej księ­gi znamy wła­ści­wie tylko po­czą­tek, cho­le­ra wie, co wła­ści­wie wy­da­rzy­ło się póź­niej. Dla­te­go skła­da­my da­ni­ny i nie za­da­je­my zbęd­nych pytań.

– Prze­cież to idio­tycz­ne.

– Wiem, ale tak zde­cy­do­wa­ła więk­szość – mruk­nął Krzy­siek. – Tyle do­bre­go, że da­ni­ny są skła­da­ne w mię­sie po­cho­dzą­cym od zwie­rząt i in­nych to­wa­rach. Lu­dzie w książ­ce mieli jed­nak znacz­nie go­rzej.

– A temu co… – za­czął Mi­ko­łaj, po czym wska­zał bie­gną­ce­go w ich kie­run­ku męż­czy­znę w wy­świech­ta­nym mun­du­rze z ozna­cze­nia­mi armii czer­wo­nej.

Do­mnie­ma­ny żoł­nierz do­padł do Krzyś­ka, zła­pał go obu­rącz i wy­dy­szał za­sa­pa­ny:

– Artem?

– Nie – od­parł ze sto­ic­kim spo­ko­jem.

– A ten młody?

– Rów­nież nie.

– Cho­le­ra – za­klął żoł­nierz. – No nic, trud­no, nie ma czasu do stra­ce­nia – po­wie­dział, a na­stęp­nie zdjął ple­cak i wrę­czył go męż­czyź­nie.

– Co tam jest?

– Broń i racje żyw­no­ścio­we, będą wam po­trzeb­ne.

– Hola! – za­pro­te­sto­wał Krzy­siek. – Nie tak szyb­ko, drew­nia­ny żoł­nie­rzy­ku, do czego będą po­trzeb­ne? I dla­cze­go wła­ści­wie nam? Prze­cież mó­wi­łem już, że żaden z nas nie ma na imię Artem.

– To bez zna­cze­nia. Od­na­leź­li­śmy skarb, który wszyst­ko zmie­ni. Wszyst­ko, ro­zu­miesz? – po­wtó­rzył, ak­cen­tu­jąc każdą sy­la­bę.

– Ze­chciał­byś nieco roz­wi­nąć…?

– I może jesz­cze się przy­wi­tać? Zwy­kłe „dzień dobry” by­ło­by miłe – wtrą­cił z głu­pia frant Mi­ko­łaj.

Oczy żoł­nie­rza za­mi­go­ta­ły czy­stym sza­leń­stwem. Spoj­rzał na chło­pa­ka, jakby do­pie­ro za­uwa­żył jego obec­ność, po czym osten­ta­cyj­nie splu­nął mu pod nogi gęstą, bru­nat­ną fleg­mą.

– Czym jest ten skarb? – za­py­tał Krzy­siek, czym lekko roz­ła­do­wał gęstą at­mos­fe­rę, która za­wi­sła w po­wie­trzu.

– Nie „czym”, a „kim” – po­pra­wił roz­mów­cę żoł­nierz. – Praw­dzi­wy, za­hi­ber­no­wa­ny czło­wiek, który żył w cza­sach przed Go­dzi­ną Zero!

Z ust Mi­ko­ła­ja wy­do­był się okrzyk eks­cy­ta­cji.

– Niech mnie jeże… To na­praw­dę po­waż­na spra­wa! – po­twier­dził Krzy­siek. – Gdzie on teraz jest?

– Za­mknię­ty, w bun­krze. Czeka na eg­ze­ku­cję.

– Co?! Dla­cze­go? – wy­sa­pał chło­pak.

– Moi lu­dzie… Oni uzna­li, że czło­wiek z kap­su­ły sta­no­wi za­gro­że­nie dla na­sze­go stylu życia i ska­za­ła bie­da­ka na śmierć przez roz­strze­la­nie. Tylko muszą go jesz­cze jakoś obu­dzić, bo ina­czej to dupa, nie eg­ze­ku­cja. – Do­strzegł w oczach roz­mów­ców kom­plet­ny brak zro­zu­mie­nia, ale kon­ty­nu­ował: – Na szczę­ście ca­łość się chwi­lę prze­cią­gnie, bo za­bra­łem je­dy­ny spraw­ny pi­sto­let i zapas amu­ni­cji. – Wska­zał ple­cak, a na jego twa­rzy ma­lo­wa­ła się duma.

– W me­trze jest bun­kier? – zdzi­wił się Krzy­siek. – Niby w któ­rym miej­scu?

– Scho­wa­ny, nie­ste­ty nie wiem, gdzie do­kład­nie. – Żoł­nierz roz­ło­żył ręce i spo­chmur­niał. – Mam zbyt ni­skie kwa­li­fi­ka­cje, a przez to nie po­sia­dam do­stę­pu do ta­kich in­for­ma­cji.

– Dla­cze­go sam go nie ura­tu­jesz? I kim jest ten cho­ler­ny Artem, któ­re­go szu­kasz?

Żoł­nierz spoj­rzał na Krzyś­ka jak na wa­ria­ta.

– Prze­cież już wspo­mnia­łem, że mam ni­skie kwa­li­fi­ka­cje.

– Artem? – przy­po­mniał Mi­ko­łaj.

– Co wy się z cho­in­ki po­ury­wa­li­ście? – żach­nął się żoł­nierz. – Dru­giej świę­tej księ­gi nie czy­ta­li­ście? Artem to głów­ny bo­ha­ter, przyj­dzie i wszyst­kich ura­tu­je!

– On chyba nie ogar­nia, że to była po­stać fik­cyj­na… – Krzy­siek pół­gęb­kiem zwró­cił się do Mi­ko­ła­ja.

– Do­brze, dość pi­to­le­nia, po­mo­że­cie?

*

W tym miej­scu mógł się zna­leźć sta­now­czo zbyt długi opis za­żar­tej kłót­ni męż­czy­zny z jego mło­dym to­wa­rzy­szem, ale uzna­łem, że taki frag­ment mógł­by się oka­zać nie­szcze­gól­nie atrak­cyj­ny dla od­bior­cy. Wy­star­czy wspo­mnieć, że osta­tecz­nie Mi­ko­łaj użył ar­gu­men­tów rów­nie cel­nych, co prze­ko­nu­ją­cych, więc Krzy­siek zgo­dził się na wy­pra­wę w głąb metra w celu od­na­le­zie­nia skar­bu za­hi­ber­no­wa­ne­go czło­wie­ka. Nie chcę uprze­dzać roz­wo­ju wy­pad­ków, ale jakby, czy­sto teo­re­tycz­nie, na któ­rymś eta­pie tej opo­wie­ści za­bra­kło Mi­ko­ła­ja, to zwra­cam uwagę, że on już wy­peł­nił swoją rolę w tej hi­sto­rii.

 

Scena trze­cia, w któ­rej może (ale nie musi!) dojść do aktów bez­sen­sow­nej prze­mo­cy.

Czas: nieco póź­niej.

 

– Matko, co za ama­torsz­czy­zna – wes­tchnął Krzy­siek, wska­zu­jąc krzak sto­ją­cy na samym środ­ku torów.

– Co ma pan na myśli? – za­py­tał Mi­ko­łaj.

– Pierw­sza za­sa­da bycia nie­wi­dzial­nym… – Do­strze­ga­jąc zu­peł­ny brak zro­zu­mie­nia u mło­de­go to­wa­rzy­sza, dodał: – Idio­ta scho­wał się za krza­kiem. Się­gnij, pro­szę do ple­ca­ka, wy­cią­gnij gra­nat i rzuć go w kie­run­ku krza­ka.

Chło­pak wy­cią­gnął me­ta­lo­wy przed­miot, po czym za­py­tał:

– A to w ogóle bez­piecz­ne? Je­ste­śmy pod zie­mią i w ogóle…

– Pew­nie nie… – od­po­wie­dział po chwi­li na­my­słu. Na­stęp­nie krzyk­nął w kie­run­ku do­mnie­ma­ne­go czło­wie­ka ukry­te­go za krza­kiem: – Je­ste­śmy uzbro­je­ni, wsta­waj i się nie wy­głu­piaj.

Od­po­wie­dzia­ła mu głu­cha cisza.

– Dobra młody, wy­cią­gaj za­wlecz­kę i rzu­caj. Raz się żyje.

Mi­ko­łaj naj­wy­raź­niej opacz­nie zro­zu­miał in­struk­cje, gdyż w stro­nę krza­ka po­le­ciał ledwo wi­docz­ny ka­wa­łek drutu.

– O kur… – zdą­żył je­dy­nie wy­sa­pać Krzy­siek, gdy po­wie­trze prze­szy­ła eks­plo­zja.

*

Po do­brych kilku mi­nu­tach męż­czy­zna od­zy­skał przy­tom­ność. Z nie­ma­łym wy­sił­kiem wstał na równe nogi, otrze­pu­jąc się przy tym z kurzu i resz­tek cze­goś, co jesz­cze do nie­daw­na było cie­ka­wym świa­ta mło­dym czło­wie­kiem.

– Cho­le­ra by to wzię­ła, to był dobry chło­pak… – mruk­nął pod nosem.

Krzy­siek otak­so­wał wzro­kiem naj­bliż­sze oto­cze­nie i do­szedł do wnio­sku, że z Mi­ko­ła­ja nie zo­sta­ło nic, co można by na­le­ży­cie po­cho­wać. Wobec tego wy­ko­nał w po­wie­trzu bli­żej nie­okre­ślo­ny sym­bol, po czym pod­szedł do krza­ka, by spraw­dzić, czy miał rację odnośnie za­sadz­ki.

Z sa­tys­fak­cją stwier­dził, że przy­naj­mniej w tej kwe­stii się nie mylił. Na ziemi leżał mar­twy męż­czy­zna, na oko trzy­dzie­sto­let­ni. Klat­kę pier­sio­wą de­na­ta przy­gnia­ta­ła be­to­no­wa płyta.

– To pew­nie przez ten wy­buch – skwi­to­wał Krzysz­tof.

 Nie­spo­dzie­wa­nie roz­legł się trzask, a po nim ko­mu­ni­kat:

– Sły­sze­li­śmy wy­buch, Ma­ciek zgłoś się na­tych­miast!

Krzysz­tof wy­ma­cał w kie­sze­ni trupa prze­no­śny ko­mu­ni­ka­tor. Ostroż­nie na­ci­snął przy­cisk od­po­wie­dzial­ny za nada­wa­nie, po czym, nie­udol­nie mo­du­lu­jąc głos, po­wie­dział:

– U mnie wszyst­ko w po­rząd­ku, coś wam się po­my­li­ło. – Zwol­nił przy­cisk.

– Ma­ciek żyje? – do­bie­gło z gło­śni­ka.

– Przy­kro mi, sufit mu spadł na głowę. To rze­czy­wi­ście przez ten wy­buch – od­po­wie­dział z roz­bra­ja­ją­cą szcze­ro­ścią Krzy­siek.

– Do­ce­niam, że po­wie­dzia­łeś praw­dę, ko­le­go, ale szpieg z cie­bie, jak z ko­ziej pizdy tam­bu­ryn.

– Je­stem tylko pro­stym ko­wa­lem!

Z gło­śni­ka do­bie­gło wes­tchnie­nie.

– Dobra, zro­bi­my na­stę­pu­ją­co. Zaraz kogoś wy­śle­my po cie­bie, ni­g­dzie się nie ru­szaj. Po­ga­da­my przy wó­decz­ce i opo­wiesz, co tam się wła­ści­wie stało.

 

Scena czwar­ta, w któ­rej do­wia­du­je­my się, że w me­trze czło­wiek czło­wie­ko­wi wil­kiem

Czas: późny wie­czór, tego sa­me­go dnia.

 

Jak za­pew­ne się do­my­śla­cie, po­ga­węd­ka, którą za­po­wie­dzia­no na końcu po­przed­niej sceny, wcale nie prze­bie­ga­ła w przy­ja­znej at­mos­fe­rze. Nie było też wó­decz­ki ani kie­lisz­ków, za to na stole za­go­ścił bim­ber pę­dzo­ny na grzy­bach i ko­ściach szczu­rów oraz dwa bla­sza­ne ku­becz­ki.

Dwa­dzie­ścia osiem si­nia­ków, wy­bi­ty ząb i jedno po­ła­ma­ne żebro póź­niej Krzy­siek wy­śpie­wał całą hi­sto­rię, nie po­mi­ja­jąc żad­ne­go szcze­gó­łu. Z uwagi na od­nie­sio­ne ob­ra­że­nia męż­czy­zna mówił od tej pory dość nie­wy­raź­nie, ale mocą nar­ra­to­ra prze­ło­żę to na nor­mal­ną wy­mo­wę. Osta­tecz­nie, kto chciał­by czy­tać: „obb­b­che­ecujj­je po­pła­awę­ęę”, gdy o niebo le­piej wy­glą­da: „na­tu­ral­nie, to się już nie po­wtó­rzy, panie ma­jo­rze”. Chyba zgo­dzi­my się w tej kwe­stii, praw­da?

 

*

– Przy­kro mi, teraz bę­dzie­my mu­sie­li pana roz­strze­lać. – Major bez­rad­nie roz­ło­żył ręce. – Ta­jem­ni­ca pań­stwo­wa, sam pan ro­zu­mie.

– Czy przy­słu­gu­je mi ostat­ni po­si­łek?

– Nie.

– To przy­kre.

– Ow­szem. Ko­wal­ski – zwró­cił się do pod­ko­mend­ne­go.

– Tak, panie ma­jo­rze?

– Pro­szę od­pro­wa­dzić za­trzy­ma­ne­go do bun­kra, gdzie bę­dzie ocze­ki­wał na eg­ze­ku­cję.

– Tego pod sta­cją Rondo Da­szyń­skie­go? Prze­cież tam już jest za­mknię­ty ten gość, cośmy go… – urwał.

– Za­mknij się, kre­ty­nie! – syk­nął. – Trud­no, w tej sy­tu­acji wy­ko­na­my wyrok na miej­scu. Szczę­śli­wie obec­ny tu Krzysz­tof był uprzej­my zwró­cić nam skra­dzio­ną broń. – Ukło­nił się z wdzięcz­no­ścią, a na­stęp­nie wy­cią­gnął pi­sto­let i od­bez­pie­czył go. – Ja­kieś ostat­nie słowa?

Krzy­siek wpa­try­wał się w lufę, która czer­ni­ła się zło­wiesz­czo, za­po­wia­da­jąc nad­cho­dzą­cy ko­niec. Męż­czy­zna nie od­po­wie­dział, za­miast tego za­mknął oczy, po­ki­wał prze­czą­co i za­marł w ocze­ki­wa­niu na naj­gor­sze. Po czole za­czę­ły spły­wać kro­pel­ki potu, a każda se­kun­da zda­wa­ła się cią­gnąć w nie­skoń­czo­ność.

Gdy padł strzał, Krzy­siek przy­gryzł wargę i bez­wied­nie wy­ko­nał ruch, jakby pró­bo­wał się uchy­lić. Gdy jed­nak usły­szał od­głos ciała osu­wa­ją­ce­go się na pod­ło­gę, zro­zu­miał, że to nie on obe­rwał. Otwo­rzył oczy i ner­wo­wo otak­so­wał wzro­kiem oto­cze­nie. Ko­wal­ski trzy­mał broń wy­cią­gnię­tą w stro­nę ma­jo­ra, z lufy uno­si­ła się struż­ka dymu. Żoł­nierz splu­nął na zwło­ki ofi­ce­ra. W mar­twych oczach ma­lo­wały się szok i nie­do­wie­rza­nie.

– Pier­do­lo­ny ko­much.

– Dla­cze­go to zro­bi­łeś? – za­py­tał Krzy­siek.

– Dla­cze­go? – Ko­wal­ski zda­wał się zbity z pan­ta­ły­ku. – Bo wy­ma­gał tego in­te­res Rze­szy.

– Rze­szy? To ty nie je­steś ko­mu­ni­stą?

– Cho­le­ra, mo­głem mu po­zwo­lić naj­pierw zabić cie­bie! Weź się w garść, czło­wie­ku! I prze­stań za­da­wać de­bil­ne py­ta­nia – żach­nął się żoł­nierz. – Nie je­stem żad­nym pie­przo­nym ko­mu­chem, tylko dum­nym oby­wa­te­lem Rze­szy. Pod przy­kryw­ką, ma się ro­zu­mieć.

– Po­wiesz mi, co tu się od­pier­da­la?

– Szczę­śli­wym zrzą­dze­niem losu ko­mu­chy od­kry­ły za­hi­ber­no­wa­ne­go go­ścia. Ta­kie­go, który pa­mię­ta czasy sprzed Go­dzi­ny Zero. Za­miast wy­ko­rzy­stać oka­zję, czer­wo­ni wy­da­li na niego wyrok śmier­ci, a ty py­tasz, dla­cze­go za­strze­li­łem ma­jo­ra? Po­waż­nie?

Krzy­siek w od­po­wie­dzi burk­nął coś nie­wy­raź­nie.

– No, to jak mamy już wszyst­ko wy­ja­śnio­ne… Czas nas goni, wy­strzał mógł przy­cią­gnąć uwagę in­nych żoł­nie­rzy. Żwawo, mu­si­my zna­leźć klucz do bun­kra i co waż­niej­sze – mapę.

– Mapę? To ty nie wiesz, gdzie jest ukry­ty bun­kier?

– Znam tylko przy­bli­żo­ną lo­ka­li­za­cję – wes­tchnął Ko­wal­ski. – Rondo Da­szyń­skie­go, ale to nie­ste­ty za mało. Sta­cja jest ogrom­na, do tego wokół niej cią­gną się dzie­siąt­ki ki­lo­me­trów szy­bów i tu­ne­li ser­wi­so­wych. Po­trze­bu­je­my mapy, bo ina­czej grzy­ba znaj­dzie­my, nie bun­kier.

– Skąd pew­ność, że mapa tu w ogóle jest?

– Major musi trzy­mać ją przy sobie. Tak sta­no­wi pro­to­kół.

Męż­czyź­ni prze­szu­ka­li do­kład­nie zwło­ki. Od­na­leź­li klucz, czte­ry kap­sle i zu­ży­tą pre­zer­wa­ty­wę, nic wię­cej. Ko­wal­ski ze zło­ścią kop­nął w spróch­nia­łą ko­mo­dę. Mebel prze­wró­cił się, a głu­chy łomot roz­niósł się po po­miesz­cze­niu.

– Je­że­li do tej pory nikt nie po­my­ślał, żeby tu przyjść, to teraz się to pew­nie zmie­ni – za­uwa­żył Krzy­siek.

Tra­fił w punkt, gdyż w od­da­li dało się sły­szeć ja­kieś po­ru­sze­nie.

– Kurwa mać – za­klął Ko­wal­ski. – Gdzie ten fiut zła­ma­ny mógł scho­wać mapę?

– Ma ją… za­wsze… przy sobie… – my­ślał na głos Krzy­siek. – A może…?

Męż­czy­zna do­padł do zwłok i ścią­gnął z nich ko­szu­lę. Na skó­rze wy­ta­tu­owa­na była pro­wi­zo­rycz­na mapa, o taka:

 

 

 

– Wiele je­stem w sta­nie zro­zu­mieć, ale to, co widzę, mnie prze­ra­sta – sko­men­to­wał Ko­wal­ski. – Jed­nak musi nam to wy­star­czyć.

– Co masz na myśli?

– Patrz i ucz się – po­wie­dział, po czym wy­cią­gnął nóż i od­kro­ił płat skóry nie­bosz­czy­ka. – A teraz ucie­ka­my, bo zaraz wpad­nie tu cała bry­ga­da.

Bie­gli, ile sił w no­gach, aż na­bra­li pew­no­ści, że nikt nie po­dą­ża ich śla­dem. Wtedy po­zwo­li­li sobie na chwi­lę od­po­czyn­ku.

– Prze­pra­szam, że tak męczę czte­ry li­te­ry – za­ga­ił Krzy­siek. – Po­trze­bu­ję jed­nak kilku od­po­wie­dzi. Wi­dzisz, dla mnie to wszyst­ko jest nowe. Pierw­szy raz je­stem w me­trze, jesz­cze dzi­siaj rano żyłem sobie spo­koj­nie na po­wierzch­ni, zaj­mo­wa­łem się ko­wal­stwem i jako tako ogar­nia­łem co i jak. A tutaj wszyst­ko wy­glą­da na prze­wró­co­ne do góry no­ga­mi.

– Ech… – wes­tchnął Ko­wal­ski. – Dobra, sy­tu­acja w me­trze jest dość… na­pię­ta. Wi­dzisz…

 

*

Uff, zdą­ży­łem w ostat­niej chwi­li, by uchro­nić was od tej całej po­li­ty­ki, za­leż­no­ści mię­dzy frak­cja­mi i opo­wie­ści o nie­ustan­nej walce o do­mi­na­cję pod zie­mią! Lu­dzie w me­trze funk­cjo­nu­ją w spo­sób, który nie różni się znacz­nie od szczu­rze­go. Po­my­śli­cie pew­nie, że to krzyw­dzą­ce po­rów­na­nie. Bar­dzo moż­li­we, py­ta­nie tylko: dla kogo?

Dla ni­niej­szej hi­sto­rii istot­ne jest to, że czte­ry głów­ne frak­cje metra od lat wza­jem­nie się zwal­cza­ją. W teo­rii jest też coś na wzór rady dla ca­łe­go metra i wszyst­kich stron­nictw, ale kła­nia się tutaj słowo klucz: “w teo­rii”. 

Skoro zatem za­hi­ber­no­wa­ne­go czło­wie­ka od­na­leź­li czer­wo­ni, to można cał­kiem bez­piecz­nie za­ło­żyć, iż de­cy­zję o eg­ze­ku­cji pod­ję­li wy­łącz­nie oni, nie py­ta­jąc po­zo­sta­łych o zda­nie.

Ko­wal­ski na­to­miast rze­czy­wi­ście oka­zał się szpie­giem wy­sła­nym przez Rze­szę, co od­po­wia­da­ło Krzyś­ko­wi tylko odro­bi­nę bar­dziej, niż per­spek­ty­wa bycia roz­strze­la­nym. Z nie­zna­nych przy­czyn był po­trzeb­ny na­zi­ście, więc z braku lep­szych opcji obu męż­czyzn chwi­lo­wo po­łą­czy­ło coś na wzór szorst­kiej mę­skiej przy­jaź­ni. Praw­do­po­dob­nie nieco aryj­ska apa­ry­cja Krzyś­ka tro­chę w tym po­mo­gła.

 

Scena piąta, w któ­rej wy­ja­śni się, czy Krzy­siek od­naj­dzie skarb.

Czas: śro­dek nocy.

 

Męż­czyź­ni wę­dro­wa­li przez tunel metra do­brych kilka go­dzin, co w prze­li­cze­niu na „czas spę­dzo­ny z Ko­wal­skim” ozna­cza­ło rów­no­war­tość do­brych kil­ku­na­stu lat ty­po­we­go mał­żeń­stwa. Ta­kie­go bez seksu, ale z awan­tu­ra­mi o pod­nie­sio­ną deskę od kibla i włosy w od­pły­wie umy­wal­ki.

– Da­le­ko jesz­cze? – za­py­tał Krzy­siek po raz trzy­dzie­sty siód­my.

– Jak usły­szę to ko­lej­ny raz, to jak Boga ko­cham, po­strze­lę cię w nogę i bę­dzie­my szli jesz­cze dłu­żej. Albo w ogóle w cho­le­rę cię zo­sta­wię. Czy na­praw­dę mu­sisz cały czas ma­ru­dzić? Metro jest ogrom­ne, a my mu­si­my być ostroż­ni. Nie mo­że­my prze­cież iść to­ra­mi, bo to pewna śmierć!

– Prze­cież masz mun­dur ko­mu­chów, jak niby mają się do­my­ślić, że je­steś agen­tem? – za­uwa­żył przy­tom­nie Krzy­siek.

– Do tej pory ktoś już z pew­no­ścią od­krył zwło­ki ma­jo­ra, le­piej nie kusić losu.

– Słusz­na uwaga.

 

*

Po­dob­ne roz­mo­wy od­by­ły się jesz­cze wie­lo­krot­nie, więc po­zwo­li­cie, że zi­gno­ru­ję je i pchnę fa­bu­łę nieco dalej.

 

*

Oczom męż­czyzn uka­za­ły się sta­lo­we drzwi, nad któ­ry­mi pysz­ni­ła się ta­bli­ca z na­pi­sem: „se­kret­ny bun­kier pod sta­cją Rondo Da­szyń­skie­go”.

– Nie­zbyt sub­tel­ne, ale cał­kiem za­je­bi­ste – skwi­to­wał Krzy­siek.

– To jest jakiś dra­mat… – wes­tchnął Ko­wal­ski. – Prze­cież to musi być żart, a do tego bar­dzo ni­skich lotów.

– Dla­cze­go?

– Pierw­szy raz spo­ty­kam se­kret­ny bun­kier, który rze­czy­wi­ście jest ozna­czo­ny jako „se­kret­ny bun­kier”. Prze­cież to się zu­peł­nie nie spina w war­stwie lo­gicz­nej!

– A dla mnie jest wszyst­ko w po­rząd­ku. Może ktoś zna­lazł trze­cią księ­gę, taką bez więk­szo­ści stron, a do tego wy­bla­kłą i nad­pa­lo­ną, a na­stęp­nie bez­myśl­nie od­two­rzył szcząt­ki fa­bu­ły? To nie byłby zresz­tą pierw­szy raz…

– Naj­bar­dziej mnie w tym wszyst­kim prze­ra­ża, że mo­żesz mieć rację – wes­tchnął Ko­wal­ski. – To jak? Je­steś go­to­wy?

– Uro­dzi­łem się go­to­wy – skła­mał Krzy­siek.

Szpieg wło­żył klucz do zamka i prze­krę­cił. Drzwi za­skrzy­pia­ły nie­przy­jem­nie, a na­stęp­nie blo­ka­da zo­sta­ła zwol­nio­na. Męż­czyź­ni uj­rze­li wnę­trze bun­kra. Na­pi­sać, że nie ro­bi­ło do­bre­go wra­że­nia, to nic nie na­pi­sać. Do ścian ko­lo­ru go­łe­go be­to­nu przy­cze­pio­ne były po­rdze­wia­łe rury i kable nie­wia­do­me­go prze­zna­cze­nia. Pod­ło­ga wy­ło­żo­na była sza­ry­mi płyt­ka­mi, a z su­fi­tu zwi­sa­ła le­ni­wie po­je­dyn­cza ża­rów­ka. I to w sumie tyle.

Poza tym, na samym środ­ku stała kap­su­ła hi­ber­na­cyj­na, a w niej był za­mknię­ty czło­wiek.

– Czemu prze­nie­śli tutaj całą ma­szy­ne­rię, a nie sa­me­go go­ścia? – za­py­tał pół­gęb­kiem Krzy­siek.

– A kto zro­zu­mie ko­mu­chów? – Ko­wal­ski wzru­szył ra­mio­na­mi. – Może na­praw­dę nie po­tra­fi­li go wy­cią­gnąć z wnę­trza?

Na­stęp­nie pod­szedł bli­żej i na­ci­snął przy­cisk od­po­wie­dzial­ny za roz­po­czę­cie pro­ce­su de­hi­ber­na­cji.

Mo­men­tal­nie za­świe­ci­ły się wszyst­kie lamp­ki i kon­tro­l­ki, roz­legł się cichy pisk, po czym drzwi się uchy­li­ły. Znaj­du­ją­cy się w środ­ku męż­czy­zna otwo­rzył oczy, wy­szedł z kap­su­ły i usiadł na pod­ło­dze.

– Spójrz na niego. – Krzy­siek wska­zał ge­stem męż­czy­znę. – Czy on nie wy­da­je ci się jakiś taki… zwy­czaj­ny?

– A jaki miał­by być?

– Cho­le­ra wie. Spo­dzie­wa­łem się au­re­oli, po­świa­ty, cho­ciaż po­rząd­nej brody mę­dr­ca, a tym­cza­sem… No sam przy­znaj, gość jest po­ten­cjal­nym wy­ba­wi­cie­lem, a spra­wia wra­że­nie prze­cięt­ne­go dwu­dzie­sto­pa­ro­lat­ka z trzy­dnio­wym za­ro­stem, po ty­go­dnio­wej li­ba­cji al­ko­ho­lo­wej. Nie będę ukry­wał, je­stem roz­cza­ro­wa­ny.

– Gdzie ja… Co tu…? – wy­szep­tał męż­czy­zna z kap­su­ły.

 

*

Męż­czy­zna z kap­su­ły, któ­re­go, dla do­da­nia mu odro­bi­ny po­wa­gi i ta­jem­ni­czo­ści, będę od tej pory na­zy­wał Przod­kiem, był wy­raź­nie sko­ło­wa­ny. Nie po­win­no was to dzi­wić. Z pew­no­ścią oglą­da­li­ście „Sek­smi­sję”, więc po­win­ni­ście mieć jako takie ro­ze­zna­nie w spra­wie.

W każ­dym razie Krzy­siek i Ko­wal­ski z sub­tel­no­ścią i wy­czu­ciem god­ny­mi młota uda­ro­we­go za­czę­li za­rzu­cać Przod­ka jed­nym py­ta­niem za dru­gim, a bie­dak wy­glą­dał na coraz bar­dziej ode­rwa­ne­go od rze­czy­wi­sto­ści. A jed­nak mu­siał znać ja­kieś od­po­wie­dzi.

 

Scena szó­sta, w któ­rej do nie­daw­na za­hi­ber­no­wa­ny czło­wiek powie, co miał po­wie­dzieć, po czym nie­spo­dzie­wa­nie umrze.

Czas: pora obia­du (co jest okre­śle­niem dość umow­nym, bo w me­trze ta­ko­wa ra­czej nie ist­nia­ła, ale jako nar­ra­tor uzna­łem, że brzmi to le­piej niż „po dwu­dzie­stu mi­nu­tach bez­owoc­ne­go za­da­wa­nia pytań”).

 

– Go­dzi­na Zero? Chwy­tli­wa nazwa, nie ma co… – sko­men­to­wał Przo­dek, gdy już tro­chę do­szedł do sie­bie.

– Masz lep­szą? – za­py­tał Krzy­siek.

– Tak po praw­dzie, to nie.

– Le­piej nam po­wiedz, jak do tego do­szło? Wy­bu­chła wojna? Na zie­mię spadł me­te­oryt lub zalał nas ocean?

– Nic z tych rze­czy – za­prze­czył Przo­dek. – U ru­skich ktoś wylał tro­chę sa­mo­go­nu na panel kon­tro­l­ny sys­te­mu nu­kle­ar­ne­go. To była stara, ra­dziec­ka kon­struk­cja, więc oczy­wi­ście coś tam za­trzesz­cza­ło i nic spe­cjal­ne­go się nie wy­da­rzy­ło. Przy­naj­mniej do czasu, gdy ofi­cer do­wo­dzą­cy wró­cił z wy­chod­ka. Jak zo­ba­czył mar­no­traw­stwo do­bre­go trun­ku, to wpadł w szał i ude­rzył nie­zdar­ne­go sze­re­go­we­go w gębę. Ten po­le­ciał na kla­wia­tu­rę, ja­kimś cudem wbi­ja­jąc ciąg zna­ków ak­ty­wu­ją­cych wy­rzut­nie i…

– I co? – do­py­ty­wał Krzy­siek.

– I jebło, jak stąd do Włosz­czo­wej, a cały świat po­szedł się chrza­nić. Wszy­scy zgi­nę­li. No, pra­wie wszy­scy – po­pra­wił się Przo­dek. – Mi udało się wsko­czyć do pro­to­ty­po­wej kap­su­ły hi­ber­na­cyj­nej, a poza tym…

Nie­spo­dzie­wa­ny huk wy­strza­łu prze­rwał opo­wieść. Krzy­siek od­ru­cho­wo za­krył uszy i za­mknął oczy. Gdy je otwo­rzył, do­strzegł mar­twe­go Przod­ka i Ko­wal­skie­go, który wła­śnie cho­wał broń do ka­bu­ry.

– Dla­cze­go to zro­bi­łeś?!

– In­te­res Rze­szy – rzekł Ko­wal­ski z miną, jakby zdaw­ko­wa od­po­wiedź tłu­ma­czy­ła wszyst­ko. – Ty na­praw­dę nie ro­zu­miesz, praw­da? – wes­tchnął. – Wi­dzisz, in­for­ma­cje po­tra­fią być nie­bez­piecz­ne. Mogą za­bu­rzyć usta­lo­ny po­rzą­dek, a tego prze­cież nie chce­my.

– Jak wrócę na po­wierzch­nię, to wszyst­ko opo­wiem…

– Oba­wiam się, że nie bę­dziesz miał oka­zji. Je­steś zdraj­cą, za­mor­do­wa­łeś z zimną krwią ostat­nie­go przed­sta­wi­cie­la daw­nej cy­wi­li­za­cji, a pod­czas próby uciecz­ki zo­sta­łeś śmier­tel­nie po­strze­lo­ny.

Zanim do Krzyś­ka do­tarł sens usły­sza­nych słów, jego oczy spo­wił mrok. Męż­czy­zna padł bez życia na po­sadz­kę.

 

Scena siód­ma, któ­rej w za­sa­dzie mo­gło­by nie być, ale w do­brym tonie by­ło­by do­mknąć opo­wie­dzia­ną hi­sto­rię i odro­bi­nę po­fi­lo­zo­fo­wać.

Czas: bez zna­cze­nia, tu są za­war­te uni­wer­sal­ne tre­ści.

 

Je­że­li Ko­wal­ski wie­rzył w utrzy­ma­nie sta­tus quo pod po­wierzch­nią, to jego plany spa­li­ły na pa­new­ce. W rów­nie wy­god­ny fa­bu­lar­nie, co nie­sa­mo­wi­ty spo­sób bun­kier zo­stał od­na­le­zio­ny przez przed­sta­wi­cie­li trze­ciej z wiel­kich frak­cji metra. Wy­bacz­cie mi, ale nazwa zu­peł­nie mi teraz ule­cia­ła z pa­mię­ci.

Co istot­ne, a co umknę­ło za­rów­no Krzyś­ko­wi (ak­tu­al­nie mar­twe­mu) jak i Ko­wal­skie­mu (cho­le­ra wie, co z nim się stało), w kap­su­le znaj­do­wał się nie tylko Przo­dek. Była tam też sta­ran­nie za­wi­nię­ta i do­sko­na­le za­wi­nię­ta księ­ga za­ty­tu­ło­wa­na „Pismo Świę­te”. Nikt ze współ­cze­snych wcze­śniej o niej nie sły­szał, ale już sama nazwa pa­so­wa­ła do obo­wią­zu­ją­cej wizji funk­cjo­no­wa­nia świa­ta. Od tej pory licz­ba świę­tych ksiąg wy­no­si­ła okrą­głe trzy. To była dobra licz­ba.

I tak oto hi­sto­ria o skar­bie, który mógł od­mie­nić losy świa­ta, za­koń­czy­ła się w spo­sób ty­po­wy dla ga­tun­ku ludz­kie­go: przy­pad­kiem, prze­mo­cą i pro­pa­gan­dą. Bo za­wsze znaj­dzie się ktoś, kto jest gotów zabić, bo przecież wie le­piej.

Czy mogło wyjść ina­czej? Ra­czej nie.

Czy po­win­no? Zde­cy­do­wa­nie tak.

Czy ludz­kość od­bi­je się kie­dyś od dna? Nie mam po­ję­cia, w teo­rii je­stem wszech­wie­dzą­cy, ale chyba nie aż tak. Wiem jedno, skoro miesz­kań­cy metra i świa­ta nad nim do­sta­li do ręki ko­lej­ną świę­tą księ­gę, to kwe­stią czasu po­zo­sta­je, aż za­czną do sie­bie strze­lać o jej moż­li­we in­ter­pre­ta­cje. Tak to już jest, że gdy czło­wiek znaj­dzie praw­dzi­wy skarb, to zwy­kle nie ma bla­de­go po­ję­cia, co z nim zro­bić. A gdy już coś zrobi, to pra­wie za­wsze jest to głu­pie.

Co więc po­zo­sta­nie dla nas i po­tom­nych? Kon­se­kwen­cje nie­mą­drych wy­bo­rów.

Koniec

Komentarze

Napisane nader sprawnie. Fajnie też zagrał pomysł z narratorem, który "wcina się" i przyspiesza akcję, bardzo naturalnie to wychodzi.

Świetnie się czytało. Fabuła nie płynie może jakoś wartko, ale jest dobrze przemyślana i dopracowana. Zakończenie też fajnie wszystko dopina.

Ogólnie podobało mi się :)

Spodziewaj się niespodziewanego

 

 

Przybyłam, zobaczyłam, pozdrowiłam,

ślad swój zostawiłam,

uważnie przeczytałam,

za udział podziękowałam;

bruce :)

Pecunia non olet

Melduję, że przeczytałam.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

a man is holding a piece of wood with the hashtag #uncharteredmovie on the bottom

delulu managment

Czy osoba schowana w bunkrze uratuje cywilizację, która została odbudowana po zagładzie w oparciu o beletrystykę?

Kawał tytułu, nie ma co…

 

Czas: dokładnie kilkadziesiąt lat

Hell yeahwink

 

Uprzedzając ewentualne pytania i wątpliwości: bladego pojęcia nie mam dlaczego ktoś ukrył w sejfie książki, a nie pieniądze lub inne kosztowności, ale tak właśnie było. Koniec i kropka.

A teraz wróćmy do historii…

To akurat całkiem zrozumiałe. Po zagładzie zestaw książek schowanych w sejfie mógłby mieć charakter, rzekłbym – całkiem definiujący.

 

Nie było też wódeczki ani kieliszków, za to na stole zagościł bimber pędzony na grzybach i kościach szczurów oraz dwa blaszane kubeczki.

Brzmi bajecznie, ale zacier by chyba nie zapracował:((

 

Czytało się miło i płynnie. Mnie również spodobał się pomysł z narratorem, choć niestety czasem spojlerował. Przy tak krótkich scenach opisywanie w ich wstępach zbliżających się wydarzeń, ma na pewno swój klimat i jest jakąś tam konwencją, ale niestety burzy suspens. Który tutaj mógłby być jeszcze bardziej podbity. 

Podoba mi się trzykrotna zmiana potencjalnie “głównego” bohatera, który niesie na barkach brzemię fabuły. Sprawa zaskakująca czytelnika, pomysłowa, a przede wszystkim naturalna i logiczna, zwłaszcza w realiach przedstawionego tutaj świata. Jest postapo, jest groźnie, ludzie giną, i żadna tarcza fabularna pomóc nie może. Ale tak, jak to już w życiu jest – ginie jeden, a jego historię/cele/marzenia niosą inni, którzy mieli więcej szczęścia.

 

Pozdrawiam serdecznie i życzę powodzenia w konkursie! 

Kwestia wizji. CHRZANIĆ MATERIĘ, IDEA - TO JEST FIRMA!!!

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Karkołomne, ale fajne. Nieco chaotyczna narracja bardzo pasuje do postapokaliptycznego świata.

Na swój sposób pocieszająca jest myśl, że ludzkość po katastrofie będzie się chciała odbudować bazując na literaturze. Trochę martwi mnie to, jaka to będzie literatura, ale jest jakaś niezerowa szansa, że przyzwoita :)

 

Przyjemny absurd, fajne burzenie czwartej ściany.

Czytało się przyjemnie, chociaż świat wygląda na chory.

Ciekawa jestem, jakie to były książki. “Mein Kampf” czy jak?

Babska logika rządzi!

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Aaa, “Metro” nawet mi przemknęło przez myśl, ale o “Wehikule” nie pomyślałam…

Babska logika rządzi!

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Hej, Tak Anonimie Wells i Metro, a na dokładkę skecz z Latającego cyrku o sztuce bycia niewidzialnym. Doceniam humor, ale coś tu nie zagrało, tym razem. Duża ilość nawiązań i tłumaczenia przez narratora ( który nawet nie stara się ukryć, że ktoś tu miał mało czasu ;)) sprawiają, że tekst wydaje się, w mojej opinii, sprytnie, lecz jednak w widoczny sposób niedopracowany. Humor może i maskuje pośpiech, ale chyba go nie usprawiedliwia. Wybacz, ale po wcześniejszym, Twoim tekście, ten sprawił mi zawód. No ale nie na tyle by nie kliknąć, choćby za skecz;). Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Hej, to było jak jazda bez trzymanki, szalone, chwilami absurdalne, chwilami ciekawe. Domyśliłam się Wehikułu Czasu, ale Metra nie. Burzenie ściany przez narratora jest interesującym zabiegiem, choć tu chyba zbyt dużo się wtrącał i wybijał z rytmu opowieści. Porozmawiałabym z nim na ten temat bardzo poważnie. Niech się ogarnie. 

Sama fabuła idzie do przodu szybko (może zbyt szybko?), choć z przerwami i nieoczekiwanymi zwrotami akcji. 

 

– Moi ludzie… Oni uznali, że człowiek z kapsuły stanowi zagrożenie dla naszego stylu życia i skazała biedaka na śmierć przez rozstrzelanie.

Coś tu jest nie tak z tym zdaniem. :)

…czy miał rację w kwestii zasadzki.

Z satysfakcją stwierdził, że przynajmniej w tej kwestii się nie mylił.

Powtórzenie. 

 

Tekst zasługuje na bibliotekę, warstwa językowa jest dobra, pomysł ciekawy. To klikam! :)

Pozdrawiam i powodzenia!

Dziń dybry,

 

Czas: dokładnie kilkadziesiąt lat po Godzinie Zero.

Hm. Dokładnie gryzie mi się ze słowem kilka ;p

 

Po pierwsze, moje zaimki to „wiem/wszystko”, ponieważ identyfikuję się jako narrator wszechwiedzący.

Hehe, dobre :)

 

bladego pojęcia nie mam dlaczego ktoś ukrył w sejfie książki

→ bladego pojęcia nie mam, dlaczego ktoś ukrył w sejfie książki

 

Uprzedzając ewentualne pytania i wątpliwości: bladego pojęcia nie mam dlaczego ktoś ukrył w sejfie książki, a nie pieniądze lub inne kosztowności, ale tak właśnie było. Koniec i kropka.

Hm. Nie wiem, co o tym myśleć, czy tu czasem nie zakradło się lenistwo autora? Bo to jest takie tłumaczenie typu: tak sobie wymyślił_m i nie drążcie tematu, bo tak było i koniec, ok? ;p Nie jest to bardzo rażące, ktoś mógłby nawet powiedzieć, że to sprytny zabieg, aczkolwiek… No cóż, mam nadzieję, że same książki nie są aż tak istotne w tej historii, więc lecimy dalej.

 

Czas: jakiś kwadrans po scenie pierwszej.

Nie może być jakiś kwadrans. Kwadrans to kwadrans.

 

A, no i właśnie irytuje mnie nagromadzenie tych jakosiów, jakisiów, i innych wyrażeń typu: nie wiem i się nie dowiem. Usunęłabym przynajmniej część z nich.

 

A przez to tak różnych od nas – pięknych, błękitnookich i złotowłosych.

Brzmi to nienaturalnie. Bo ich wygląd jest dla nich samych oczywisty, więc raczej przedstawiciel tej rasy by się tak nie wypowiedział… Wydaje mi się, że powinieneś/powinnaś zwracać większą uwagę na ekspozycję.

 

– I może jeszcze się przywitać? Zwykłe „dzień dobry” byłoby miłe – wtrącił z głupia frant Mikołaj.

Dlaczego z głupia frant? Wątpię, żeby w zarzucie o brak przywitania się ukryta była jakakolwiek przebiegłość.

https://wsjp.pl/haslo/podglad/333/z-glupia-frant/757298/chytrze

 

Spojrzał na chłopaka, jakby dopiero zauważył jego obecność, po czym ostentacyjnie splunął mu pod nogi gęstą, brunatną flegmą.

Nic tu się nie zgadza.

Po pierwsze, nie mógł dopiero teraz spostrzec chłopaka, skoro dosłownie przed chwilą się o niego pytał. Wiem, że jest tam też zawarte jakby, ale nadal mi się to gryzie.

Po drugie, reakcja żołnierza na pytanie Mikołaja wydaje się ostro przesadzona, tym bardziej że przed chwilą dał im broń i żywność, co pozwala sądzić, że aż tak bardzo nimi nie gardzi, żeby im spluwać pod nogi.

 

zapytał Krzysiek, czym lekko rozładował gęstą atmosferę, która zawisła w powietrzu.

 

– W metrze jest bunkier? – zdziwił się Krzysiek. – Niby w którym miejscu?

A skąd Krzysiek wie, że akurat w metrze jest bunkier? Przecież wcześniej wspomniany został tylko bunkier, żołnierz nie mówił, że bunkier ten znajduje się w metrze.

 

– Schowany, niestety nie wiem gdzie dokładnie.

→ – Schowany, niestety nie wiem, gdzie dokładnie.

 

– Schowany, niestety nie wiem gdzie dokładnie. – Żołnierz rozłożył ręce i spochmurniał. – Mam zbyt niskie kwalifikacje, a przez to nie posiadam dostępu do takich informacji.

– Dlaczego sam go nie uratujesz?

No a jak ma go niby uratować, skoro nie wie, gdzie jest ten zahibernowany człowiek?

 

– Co wy się z choinki pourywaliście?

Nikt tak nie mówi.

→ – Co wy się z choinki urwaliście?

 

– On chyba nie ogarnia, że to była postać fikcyjna… – Krzysiek półgębkiem zwrócił się do Mikołaja.

– Dobrze, dość pitolenia, pomożecie?

Niby można się domyślić, że to żołnierz powiedział, ale i tak należałoby to doprecyzować, kto to mówi, tym bardziej że Mikołaj został wskazany jako ostatni podmiot.

 

Wystarczy wspomnieć, że ostatecznie Mikołaj użył argumentów równie celnych co przekonujących

Wystarczy wspomnieć, że ostatecznie Mikołaj użył argumentów równie celnych, co przekonujących

 

Nie chcę uprzedzać rozwoju wypadków, ale jakby, czysto teoretycznie, na którymś etapie tej opowieści zabrakło Mikołaja, to zwracam uwagę, że on już wypełnił swoją rolę w tej historii.

To zdanie jest za długie i bardzo chaotyczne.

No i przez to jakby się pogubiłam. Bardziej klarowne byłoby gdyby.

Ostatecznie uważam, że to zdanie jest zbędne, wprowadza tylko zamęt.

 

Dostrzegając zupełny brak zrozumienia po stronie młodego towarzysza

→ Dostrzegając zupełny brak zrozumienia u młodego towarzysza

 

– A to w ogóle bezpieczne? Jesteśmy pod ziemią i w ogóle…

Hę? Jakie krzaki rosną pod ziemią?

 

Klatkę piersiową denata przygniatała betonowa płyta.

– To pewnie przez ten wybuch – skwitował Krzysztof.

Pogratulować Krzysztofowi dedukcji :)

 

– Słyszeliśmy wybuch, Maciek zgłoś się natychmiast!

→ – Słyszeliśmy wybuch, Maciek, zgłoś się natychmiast!

 

– U mnie wszystko w porządku, coś wam się pomyliło. – Zwolnił przycisk.

– Maciek żyje? – dobiegło z głośnika.

– Przykro mi, sufit mu spadł na głowę. To rzeczywiście przez ten wybuch – odpowiedział z rozbrajającą szczerością Krzysiek.

To po co właściwie udawał Maćka, skoro zaraz zdradził, że ten nie żyje?

 

Scena czwarta, w której dowiadujemy się, że w metrze człowiek człowiekowi wilkiem

Czas: późny wieczór, tego samego dnia.

Nie rozumiem tych wstawek. Dla mnie są zbędne i spowalniają akcję.

 

Jak zapewne się domyślacie pogawędka,

→ Jak zapewne się domyślacie, pogawędka,

 

– Przykro mi, teraz będziemy musieli pana rozstrzelać. – Major bezradnie rozłożył ręce. – Tajemnica państwowa, sam pan rozumie.

Za co właściwie? Przecież unicestwił wroga. Czy chodzi o karę za nieumyślne doprowadzenie do śmierci Mikołaja?

 

W martwych oczach malował się szok i niedowierzanie.

malowały się

 

Po tatuażu można wnioskować, że gościu był klientem Heleny Fernandes :P

 

Biegli ile sił w nogach, aż nabrali pewności, że nikt nie podąża ich śladem. Wtedy pozwolili sobie na chwilę odpoczynku.

→ Biegli, ile sił w nogach, aż nabrali pewności, że nikt nie podąża ich śladem. Wtedy pozwolili sobie na chwilę odpoczynku.

 

Ludzie w metrze funkcjonują w sposób, który nie różni się znacznie od szczurzego. Pomyślicie pewnie, że to krzywdzące porównanie. Bardzo możliwe, pytanie tylko: dla kogo?

Hehe, a to akurat dobre :)

 

nad którymi pyszniła się tablica z napisem:

W jaki sposób tablica miałaby to robić?

https://sjp.pwn.pl/slowniki/pyszni%C4%87%20si%C4%99.html

 

Do ścian koloru gołego betonu przyczepione były pordzewiałe rury i kable niewiadomego przeznaczenia. Podłoga wyłożona była szarymi płytkami, a z sufitu zwisała leniwie pojedyncza żarówka. I to w sumie tyle.

Lekka byłoza. Sugeruję:

→ Do ścian koloru gołego betonu przyczepione były pordzewiałe rury i kable niewiadomego przeznaczenia. Podłogę wyłożono szarymi płytkami, a z sufitu zwisała leniwie pojedyncza żarówka.

 

Poza tym, na samym środku stała kapsuła hibernacyjna

 

Momentalnie zaświeciły wszystkie lampki i kontrolki

zaświeciły się albo błysnęły

 

– Spójrz na niego. – Krzysiek wskazał gestem mężczyznę.

 

W każdym razie Krzysiek i Kowalski z subtelnością i wyczuciem godnymi młota udarowego zaczęli zarzucać Przodka jednym pytaniem za drugim

Hehe ;p

 

ale jako narrator uznałem, że brzmi to lepiej niż „po dwudziestu minutach bezowocnego zadawania pytań”).

Ha! Już wiemy, że jesteś facetem, męski Anonimie ;p

 

Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto jest gotów zabić, bo wie lepiej.

→ Ponieważ zawsze znajdzie się ktoś, kto jest gotów zabić, bo przecież wie lepiej.

 

Tak to już jest, że gdy człowiek znajdzie prawdziwy skarb, to zwykle nie ma bladego pojęcia, co z nim zrobić. A gdy już coś zrobi, to prawie zawsze jest to głupie.

To prawda.

 

 

Mam mieszane uczucia. Z jednej strony nie porwała mnie fabuła, ale z drugiej nie mogę nie docenić zabawnych porównań czy metafor. Ogólnie opowiadanie całkiem niezłe, ale warsztatowo jest jeszcze tutaj trochę do zrobienia.

Niemniej życzę powodzenia w konkursie i pozdrawiam serdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Hej,

lekko i zabawnie napisane. Nie czytałam opisów scen, żeby się nie spoilerować, przez co niespodziewana śmierć zahibernowanego człowieka faktycznie mnie zaskoczyła. :D

Sam pomysł na połączenie mapy skarbów i czegoś o książkach po zagładzie jest ciekawy. Zdecydowanie czułam klimat „Metro”. Jednak samo znalezienie książki jako najważniejszego skarbu było dość przewidywalne.

Klikam do biblioteki i pozdrawiam! :)

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Przeczytałem. Powodzenia w konkursie. :)

Narrator, owszem, gadatliwy, ale skoro Anonim miał taki koncept, przyjmuję całość ze zrozumieniem i wielkim zadowoleniem, albowiem, choć mocno absurdalna, dostarczyła mi niezapomnianych wrażeń, a i przypomniała o konieczności dbania o książki. :)

 

w stro­nę krza­ka po­le­ciał ledwo wi­docz­ny ka­wa­łek druta. → …w stro­nę krza­ka po­le­ciał ledwo wi­docz­ny ka­wa­łek drutu.

 

A jed­nak mu­siał po­sia­dać ja­kieś od­po­wie­dzi. → Nie wydaje mi się, aby odpowiedź była czymś, co można posiadać.

Proponuję: A jed­nak mu­siał znać ja­kieś od­po­wie­dzi.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Dużo absurdu, rzeczywiście nie wszystko mi siadło, ale ogólnie uważam, że ciekawe opowiadanie. Humor daje radę, ale troszkę fabuła mnie nie porwała, jak mam być szczery. Trochę mnie Anonimie zbiłxś z tropu, bo po samym tytule miałem pewne podejrzenia kto napisał, teraz już taki pewien nie jestem. No cóż… powodzenia w konkursie!

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Wyniki gotowe, zatem spieszę z opinią:

Komentarz tuż po przeczytaniu:

Witam serdecznie i dziękuję za udział w Konkursie, a także za oznaczenie wulgaryzmów. :)

 

Cała opowieść jest niesłychanie zaskakująca, absurd goni tu absurd, wydarzenia składają się na pasmo całkiem niespodziewanych, wręcz szokujących scen. Jako narrator masz znakomity kontakt z Czytelnikiem. Na brawa zasługuje również oryginalne poczucie czarnego humoru i wielokrotne odniesienia do historii oraz współczesności.

Interesujące są również wszelkie dywagacje narratora oraz podsumowania opisywanych zdarzeń. :)

 

Kwestie językowe i wątpliwości oraz sugestie, pojawiające się podczas czytania:

– Ile razy będziemy to jeszcze przerabiać? – syknęła. – Zapisano to w pierwszej świętej księdze, więc tak stanowi prawo. – powtórzenie?

Wagę znaleziska podkreśla fakt, że poza owymi dwoma pozycjami wszelką pozostałą literaturę, dostępną dla ludzkości, stanowiły słowniki i elementarze języka polskiego. – gramatyczny? – „pozycja (książkowa)” to rodzaj żeński, nie męski

Z punktu widzenia narratora, należy powyższe uznać nie tylko za wygodne pod względem fabularnym, ale i wystarczająco tłumaczące, dlaczego bohaterowie niniejszej historii posługują się całkiem poprawnym słownictwem.

Uprzedzając ewentualne pytania i wątpliwości: bladego pojęcia nie mam (przecinek?) dlaczego ktoś ukrył w sejfie książki, a nie pieniądze lub inne kosztowności, ale tak właśnie było. – powtórzenie?

– Ja się z tobą nawet zgadzam, ale niestety to nie była moja decyzja. Nasi rodzice w pełni demokratycznie zdecydowali, że odtąd będziemy się kurczowo trzymać treści ksiąg. – powtórzenie?

Z pierwszej księgi znamy właściwie tylko początek, cholera wie, co właściwie wydarzyło się później. – i tu?

– A temu co… – zaczął Mikołaj, po czym wskazał biegnącego w ich kierunku mężczyznę w wyświechtanym mundurze z oznaczeniami armii czerwonej. – wielkimi?

Czym jest ten skarb? – zapytał Krzysiek, czym lekko rozładował gęstą atmosferę, która zawisła w powietrzu. – powtórzenie?

Oni uznali, że człowiek z kapsuły stanowi zagrożenie dla naszego stylu życia i skazała biedaka na śmierć przez rozstrzelanie. – literówka?

– Schowany, niestety nie wiem (przecinek?) gdzie dokładnie.

– Słyszeliśmy wybuch, Maciek (przecinek przy Wołaczu?) zgłoś się natychmiast!

Ostatecznie, kto chciałby czytać: „obbbcheecujjje popłaawęęę”, gdy o niebo lepiej wygląda: „naturalnie, to się już nie powtórzy, panie majorze”. – czy to nie zdanie pytające?

Tego pod stacją Rondo Daszyńskiego? Przecież tam już jest zamknięty ten gość, cośmy go… – urwał. – powtórzenie?

– Jeżeli do tej pory nikt nie pomyślał, żeby tu przyjść, to teraz się to pewnie zmieni – zauważył Krzysiek. – i tu?

– Wiele jestem w stanie zrozumieć, ale to, co widzę, mnie przerasta – skomentował Kowalski. – Jednak musi nam to wystarczyć. – i tu?

Biegli (przecinek?) ile sił w nogach, aż nabrali pewności, że nikt nie podąża ich śladem.

Pierwszy raz jestem w metrze, jeszcze dzisiaj rano żyłem sobie spokojnie na powierzchni, zajmowałem się kowalstwem i jako tako ogarniałem (przecinek?) co i jak.

Z nieznanych przyczyn był potrzebny naziście, więc z braku lepszych opcji obu mężczyzn chwilowo połączyło coś na wzór szorstkiej ( przecinek?) męskiej przyjaźni. – powtórzenie?

Czy naprawdę musisz cały czas marudzić? Metro jest ogromne, a my musimy być ostrożni. – powtórzenie?

To jest jakiś dramat… – westchnął Kowalski. – Przecież to musi być żart, a do tego bardzo niskich lotów. – powtórzenia?

Do ścian koloru gołego betonu przyczepione były pordzewiałe rury i kable niewiadomego przeznaczenia. Podłoga wyłożona była szarymi płytkami, a z sufitu zwisała leniwie pojedyncza żarówka. – i tu?

Znajdujący się w środku mężczyzna otworzył oczy, wyszedł z kapsuły i usiadł na podłodze.

– Spójrz na niego. – Krzysiek wskazał gestem mężczyznę. – i tutaj?

Nie powinno was to dziwić. Z pewnością oglądaliście „Seksmisję”, więc powinniście mieć jako takie rozeznanie w sprawie. – i tu?

Wybaczcie mi, ale nazwa zupełnie mi teraz uleciała z pamięci. – i tutaj też?

Co istotne, a co umknęło zarówno Krzyśkowi (aktualnie martwemu) (przecinek?) jak i Kowalskiemu (cholera wie, co z nim się stało), w kapsule znajdował się nie tylko Przodek.

Była tam też starannie zawinięta i doskonale zawinięta księga zatytułowana „Pismo Święte”. – omyłkowe powtórzenie, zamiana wyrazu lub brak części zdania?

 

Pozdrawiam serdecznie i ponownie dziękuję za udział. Klik biblioteczny. :)

Pecunia non olet

Bruce, dzięki! Poprawię babolki w wolnej chwili… ;)

 

Michaelu, przepraszam, ale zupełnie zapomniałem Ci "odpisać" obrazkiem… Dzięki za wizytę! ;)

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

I ja dziękuję; a zatem to Ty, Ave Cezarze? Brawa, pomysłowy i pełen humoru tekst! ;)

Kwestie techniczne – zawsze tylko do przemyślenia. :)

Pozdrawiam noworocznie. :)

Pecunia non olet

Ciekawa narracja, podobała mi się. I chociaż z absurdem mi zazwyczaj mocno nie po drodze, to ten tekst do mnie przemówił – czyli jest dobrze :)

Czytało się szybko, lekko, było zabawnie. Ponieważ to absurd, to nie będę kwestionować logiki.

Pisanie to latanie we śnie - N.G.

Dalej nic nie kumasz, cezary XD 

 

Wszystkim uczestnikom nie-konkursu polecam (nie jako jedną z trzech książek! to by już było zbyt metafikcyjne) "Odrzucony obraz" Lewisa. Warto przeczytać. A teraz dalszy ciąg programu.

 

Jest niewątpliwe i oczywiste, że czynisz tu sobie tak zwane kolokwialnie jajca. Część błędów (jak choćby "dokładnie kilkanaście") podejrzewam o bycie budulcem owych jajec. Nie zawsze się one udają. Tu i ówdzie udaje się tylko skołowanie czytelnika. Wyszedł Ci dowcip tak postmodernistyczny, że jego odbiór też jest postmodernistyczny, i to mnie śmieszy, to znów nie.

 

Śmieszy mnie lejący się wiadrami absurd, za to protezy światotwórstwa (i wulgaryzmy) już mniej. Mrugasz okiem do czytelnika, jakbyś cierpiał na ostre zapalenie spojówek, ale z drugiej strony – masz wyrąbane jak górnik – emeryt. Co tam, że bez sensu. Bohaterowie mają swoje zadanie – i już. Ostateczna konkluzja głupia nie jest, ale w jaki sposób wynika z tekstu? Chyba w taki, że bohaterowie dokonali niewątpliwie bezsensownych czynów, i ponieśli konsekwencje. Ale, podobnie jak ich Autor, niczego się z porażki nie nauczyli. Tak, że ten.

 

Już na początku gadają głowy, a dalej opisy zastępujesz dowcipkowaniem narratora. Co może i lepiej, bo świat jest równie bez sensu (albo, jak to się mówi w kręgach zawodowców, absurdalny), jak rozgrywające się w nim perypetie… no, zaraz bohaterów. Tych gostków. 

 

Celem nie-konkursu jest zmuszenie ludzi do pomyślenia o tym, jak działa cywilizacja (i dojścia do pewnych prawd, których nie będę tu wykładać, bo nadal mam nadzieję, że kiedyś do nich dojdziesz). Coś mi się zdaje, że tego nie zrobiłeś. Do trzech razy sztuka? (A w ogóle, to książki miałeś wymienić w przedmowie, nie, żeby coś).

 

Językowo nie jest najgorzej, ale nie jest też najlepiej. Przecinki ciut przypadkowe. Nadmiar przyimków ("do", "dla", "w" etc.). Krótki zaimek na jednym i drugim akcentowanym miejscu. Poplątany szyk didascaliów: nie "Amelia zganiła Mikołaja." tylko: zganiła Mikołaja Amelia. Chociaż… czy to przygana, kiedy się o coś po prostu pyta? W każdym razie powtórz sobie: https://fantazmaty.pl/pisz/poradniki/jak-zapisywac-dialogi/#bledny_zapis_narracji

 

I to angielskie "musi być"… i czego nie robi imiesłów? No? Więc: poleciał na klawiaturę i jakimś cudem wbił ciąg znaków aktywujących wyrzutnie. I co Ty z tym "otaksował"?

 

Dialogi cokolwiek teatralne, chociaż to, podobnie jak nagły atak purpury ("lufę, która czerniła się złowieszczo, zapowiadając nadchodzący koniec"), może być zamierzone – nie wiem. Tekst jest na tyle stuknięty, że nie takie rzeczy mogłyby się zdarzyć. Ale jak jeszcze raz zobaczę "zignorować", to zrobię komuś krzywdę. Zadbaj, żebyś to nie był Ty. A lampshade nie jest komediowym samograjem. Naprawdę.

 

Rozmnożyły się błędy kategorialne i zwykłe nonsensy, z których część zapewne jest tu dla jaj, ale parę chyba jednak na poważnie. Proszę: pod boki można się wziąć albo chwycić, ale złapać? Prawo lepiej szanować albo go przestrzegać, niż respektować.

 

"Niemy okrzyk zastygł na twarzy kobiety" – czyli co? To miały być książki, nie obraz Muncha.

 

"Określić" to nie znaczy "nazwać" (przypisać do kategorii)! Tylko opisać. Nie dlatego części mowy nie są mocną strona narratora, że nie jest specem od języka, tylko odwrotnie. 

 

"Akcentować" sylabę, to wymawiać ją z większym naciskiem niż sąsiednie, więc nie da się akcentować każdej, chyba że ktoś skanduje. A w sumie wtedy też nie.

 

Lampshade powinien być spójny: "lekko rozładował gęstą atmosferę, która zawisła w powietrzu" – jak atmosfera może wisieć w powietrzu? A już na pewno nie można niczego rozładować "lekko".

 

"Z ust Mikołaja wydobył się okrzyk ekscytacji." jest bardzo sztuczne – Mikołajowi mógł się wyrwać okrzyk, może nawet okrzyk podniecenia, ale tak?

 

Jak Krzysiek może potwierdzać opinię? Może przyznać, że jest prawdziwa, zgodzić się – ale potwierdza się tylko fakty. "Dostrzegł w oczach rozmówców kompletny brak zrozumienia" zupełny, ale jak dostrzec coś, czego nie ma?

 

"Mam zbyt niskie kwalifikacje, a przez to nie posiadam dostępu do takich informacji." poza rymami, dostęp można mieć, a nie posiadać, a kwalifikacje to nie to samo, co stopień w (chyba?) wojsku; i "a przez to" jest teatralne.

 

"Fragment" to wycinek całości, rozpatrywany w oderwaniu w niej. "Młody towarzysz" (ciągle się powtarza…) i "metalowy przedmiot" trącą zespołem potężnego detektywa (https://www.fantastyka.pl/publicystyka/pokaz/66842859) (a taki "krzak" to można do znudzenia powtarzać…). Wykonać można gest (który ewentualnie może być symbolem) – można nakreślić w powietrzu symbol.

 

Przycisk nie może być za nic odpowiedzialny. Nie jest osobą.

 

"Szczęśliwie" to nie do końca synonim "na szczęście". Kiwanie głową jest z zasady twierdzące (poza Bułgarią, gdzie twierdzące jest KRĘCENIE głową) – nie trzeba tego tłumaczyć, a kiedy bohater KRĘCI głową, to już w ogóle postmodernizm uszami wycieka.

 

Co to znaczy "zbity z pantałyku"? https://sjp.pwn.pl/poradnia/haslo/zbic-z-pantalyku;1258.html

 

Bo "prowizoryczny" nie znaczy "byle jaki"… https://wsjp.pl/haslo/podglad/26560/prowizoryczny (tylko "tymczasowy", więc jest bez sensu w kontekście)

 

Odpowiedź można znać, ale nigdy "posiadać". Co to znaczy: "już sama nazwa pasowała do obowiązującej wizji funkcjonowania świata"? Albo: "zakończyła się w sposób typowy dla gatunku ludzkiego: przypadkiem, przemocą i propagandą"?

 

Inna niegramatyka raczej drobna, ale jest.

 

"Wagę znaleziska podkreśla fakt, że poza owymi dwoma pozycjami wszelką pozostałą literaturę, dostępną dla ludzkości, stanowiły słowniki i elementarze języka polskiego." nie dam głowy za to, że fakt podkreśla wagę znaleziska, ale jestem pewna, że powinno być: całość literatury dostępnej ludzkości (bez "dla"!).

 

Nie "daniny są składane w mięsie", tylko raczej "w daninie składa się mięso". "Domniemany żołnierz dopadł do Krzyśka" – mniemany żołnierz dopadł Krzyśka.

 

Szukanie "skarbu zahibernowanego człowieka" to szukanie czegoś, co do tego człowieka należało, co on zakopał czy coś – a tu chodzi o skarb, który jest zahibernowanym człowiekiem, więc bez myślnika albo przecinka się nie obejdzie

 

Nie "druta", tylko kogo, czego – drutu https://wsjp.pl/haslo/podglad/13492/drut/4976085/stalowy

 

I to by było na tyle. Ciąg dalszy – za mailem. A, i wklej link do wątku nie-konkursowego :)

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

 

Zabawna i perfidna opowieść. Co prawd nie domyśliłam się, jakie dwie książki ocalały, ale zastanawianie się również było intrygujące. Rzeź bohaterów przypomniała mi dzieło Martina ????

Człowiek skarb pomysłowy, podobnie jak człowiek – mapa, szkoda tylko, że tak szybko poszło.

Niemniej jednak czytanie było przyjemnością.

 

delulu managment

Śniąca

 

Dziękuję za komentarz! Absurdy są specyficzne, więc zawsze mnie cieszy, gdy moje przypadną do gustu osobie, która normalnie od nich stroni ;)

 

Tarnino

 

Grunt, że nie wszystko poszło źle. 

 

niewątpliwe i oczywiste, że czynisz tu sobie tak zwane kolokwialnie jajca. Część błędów (jak choćby "dokładnie kilkanaście") podejrzewam o bycie budulcem owych jajec. Nie zawsze się one udają. Tu i ówdzie udaje się tylko skołowanie czytelnika. Wyszedł Ci dowcip tak postmodernistyczny, że jego odbiór też jest postmodernistyczny, i to mnie śmieszy, to znów nie.

Tak, cały tekst zasadniczo jest zbiorem żartów. Podczas pisania dość dobrze się bawiłem (co mi się już praktycznie w ogóle nie zdarza), więc mogłem trochę zapomnieć po drodze o Czytelnikach.

 

Ale, podobnie jak ich Autor, niczego się z porażki nie nauczyli. Tak, że ten.

Widzisz, już przy pierwszym podejsciu pisałem, że rozumiem zadanie, ale tekst ułożyłem po swojemu, bo inaczej dopadała mnie blokada i nic nie wychodziło. Tutaj znalazłem się nieco bliżej założeń, ale to tyle.

 

Do trzech razy sztuka?

Nie, z pewnością nie będzie kolejnego podejścia do tematu. Możliwe, że w ogóle do pisania.

 

I co Ty z tym "otaksował"?

Kwestia preferencji językowych.

 

Ambush

 

Dziękuję za wizytę jurorską! 

 

Co prawd nie domyśliłam się, jakie dwie książki ocalały, ale zastanawianie się również było intrygujące

Metro i Wehikuł czasu, ale niekompletne, więc świat był lekko (aczkolwiek celowo) ułomny w strukturach.

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Podczas pisania dość dobrze się bawiłem

I bardzo dobrze!

(co mi się już praktycznie w ogóle nie zdarza)

 więc mogłem trochę zapomnieć po drodze o Czytelnikach

A to gorzej :)

Tutaj znalazłem się nieco bliżej założeń, ale to tyle.

Mmmm, no, nie do końca. Ale nie spiesz się, odzipnij, bo widzę, że ledwo ciągniesz, co nie sprzyja rozważaniom filozoficznym.

Możliwe, że w ogóle do pisania.

… 

Gdzie nie ma zasad, tam są kwasy.

Podobało mi się :)

Przynoszę radość

Bardzo mi miło, Anet!

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Nowa Fantastyka