- Opowiadanie: MichaelBullfinch - Pod maską

Pod maską

Jak to mówią: „Ale Meksyk!”. Zapraszam do lektury, mam nadzieję, że będzie to dla Was dobrze spędzony czas.

Serdeczne podziękowania za przydatne rady i uwagi od betujących – bruce i GalicyjskiegoZakapiora.

Obraz spod pędzla mojej mamy kolejny raz był niemałą inspiracją; myślę, że pasuje tu idealnie.

 

„I wyszedłeś, jasny synku, z czarną bronią w noc, 

i poczułeś, jak się jeży w dźwięku minut — zło.

Zanim padłeś, jeszcze ziemię przeżegnałeś ręką.

Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?”

Krzysztof Kamil Baczyński

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Oceny

Pod maską

 

ROZDZIAŁ I 

Rok 2075

 

Biegłem przez zniszczoną Warszawę, a każdy krok odbijał się echem w przerażającej ciszy, jakby miasto wstrzymało oddech. Dym kładł się nisko – gęsty, lepki – wgryzał się w płuca niczym pył z cementu. Maska klasy Wraith-5, którą mieliśmy obowiązek nosić, filtrowała powietrze, ale i tak czułem smak spalenizny. 

Tak właśnie wyglądał świat od pięciu lat. Nie po uderzeniu asteroidy – jeszcze nie. Po masowej ucieczce. Po tym, jak największe mocarstwa zniknęły, zostawiając resztę planety w stanie zawieszenia, między „jeszcze żyjemy” a „to tylko kwestia czasu”. 

Biegłem, choć płuca paliły jak piekło, a powietrze cuchnęło śmiercią. Wiadomości w słuchawce meldowały chaos, a ja widziałem tylko jedno: sygnał GPS żony. Jedyne powody, dla których jeszcze nie zwariowałem. Ona i nasz synek. 

Nadajnik w jej dłoni pulsował teraz czerwonym światłem na ekranie mojej opaski. Zmarszczyłem brwi. Coś było nie tak. 

Szła w odwrotnym kierunku, niż znajdował się tunel prowadzący do schronu. Nie w stronę państwowego punktu ewakuacyjnego. Nie w stronę ratunku. Zmierzała do naszego planu B. Starej, przemysłowej konstrukcji na północy miasta – miejsca, o którym kiedyś powiedzieliśmy sobie: „Jeśli kiedykolwiek zostaniemy odcięci, spotkamy się tam”. 

Zrozumiałem natychmiast. Meksykanie musieli zablokować główny tunel. 

Od kiedy Meksyk, w porozumieniu z kartelami, wyrósł na największą siłę po drugiej stronie globu, nie chodziło już o terytorium, tylko o zasoby. Energię. Metale. Wszystko, co dałoby szansę zbudować coś większego niż ich „kieszenie przestrzenne”.

– Dowództwo, tu „Zefir-1” – sapnąłem, biegnąc. – Moja żona nie dotarła do schronu. Tunel został odcięty. Zmieniam kurs. Lecę po nią. 

W słuchawce zaległa niebezpiecznie długa cisza. W końcu odezwał się głos pułkownika. 

– Zefir-1, odrzucam. Masz utrzymać pozycję. To jest rozkaz.

Zwolniłem na moment. Od początku wiedziałem, że nie pójdzie gładko.

– Sir, tunel jest jedyną drogą do schronu. Jeśli po nią nie wrócę, ona zginie.

– To nie zmienia sytuacji – odpowiedział natychmiast. – Jeśli wejdziesz w sektor północny, przekroczysz linię operacyjną. Obszar częściowo zajęty. Brak rozpoznania. Brak osłony. Brak wsparcia. Nie poświęcimy kolejnego żołnierza.

– Nie proszę o wsparcie – warknąłem. – Informuję, że zmieniam kurs.

Cisza, jeszcze dłuższa. Przed zakończeniem transmisji usłyszałem coś, czego najmniej się spodziewałem: 

– Powodzenia, synu. 

Zacisnąłem zęby. Tyle mi wystarczyło. 

Biegnij, do cholery, biegnij. 

Gdy asteroida Orpheus IX pojawiła się na ekranach radarów dwadzieścia lat temu, mówili, że „mamy czas”. Potem mówili, że „technologia nas uratuje”. Ostatecznie ocaliła tylko wybranych. Reszta musiała zadbać sama o siebie. 

Po chwili znalazłem się na placu, gdzie jeszcze trzy godziny temu stały stragany. Teraz były tylko strzępy metalu, ogień i zwłoki. Wiedziałem, że tędy się nie przedostanę, ale kanałem… 

W pobliżu roiło się od meksykańskich żołnierzy – słyszałem ich krzyki, rozkazy, trzask stali. Znalazłem właz i zepchnąłem go kolanem. Smród kanału uderzył mnie jak cios w twarz. Stare rury, gnijący muł, gorące powietrze. Ale tu było bezpieczniej niż na powierzchni. Zsunąłem się i zacząłem biec. Woda chlupała pod butami. Echo powtarzało każdy krok – upiorne brzmienie, jakby ktoś za mną podążał. 

Po jakimś kilometrze zatrzymałem się pod włazem prowadzącym na ulicę. Zajrzałem ostrożnie ponad krawędź. Dwóch żołnierzy. Z ciężkimi karabinami. Nie mogłem z nimi walczyć. Nie bezpośrednio. 

Ale los dał mi coś, czego się nie spodziewałem. Jeden z nich się odmeldował i pobiegł w głąb miasta. Drugi ściągnął maskę, żeby zapalić papierosa. Tyłem do włazu, w którym się kryłem. Jego nieuwaga i niekompetencja były jak błogosławieństwo. 

Cicho, bardzo cicho, wysunąłem się i zakradłem za plecy wroga. Dopadłem go szybciej niż zdążył się zaciągnąć. Zdołał krzyknąć krótkie: „¡Oye!”, po czym sprawnym ruchem ręki, przeciąłem mu gardło nożem. Jego ciało zepchnąłem w kanał. 

Wskoczyłem za nim i zdarłem z wroga mundur. Wciągnąłem kamuflaż na siebie, szybko, mechanicznie. Maska, pancerz, identyfikator. Kiedy spojrzałem na swoje odbicie w kałuży, serce mi zamarło. Wyglądałem jak wróg. Moje miasto mogło się teraz obrócić przeciw mnie.

Ale ona… była tam, dokąd prowadził sygnał. Musiałem iść. Musiałem. 

Kiedy wybiegłem z powrotem na ulicę powietrze uderzyło we mnie jak ściana. Było gorące nie tylko od detonacji – wisiało w nim napięcie, dym, kurz. Strach. Znałem ten zapach. Zbyt dobrze. Przypominał mi pierwsze naloty sprzed lat, gdy Polska dopiero zdobywała dominację w Nowej Europie. 

Ale to było inne. Bardziej chaotyczne. Tunele czasoprzestrzenne nie dawały czasu na reakcję. Zabójcza broń, do której nie mieliśmy dostępu. W jednej chwili ulica była pusta – w następnej mogła stać się pełna wrogich żołnierzy. Kieszenie przestrzenne pękały jak bąble mydlane i wypuszczały oddziały, które wcześniej stały tysiące kilometrów dalej. To był koszmar dla logistyki. Koszmar dla cywili. Koszmar dla mnie. 

Na jednym z murów ktoś wymalował czarną farbą: UCIEKLIŚCIE. MY ZOSTALIŚMY. Pod spodem krzywo dopisane: EREBOS WAS NIE ZBAWI, TCHÓRZE. Dziesięć postaci z flagami „zdradzieckich narodów”, zamiast głów, wisiało na szubienicach, nabazgranych koślawo.

Nie zatrzymałem się ani na moment. Jej sygnał przesuwał się wolno, ale pewnie – dokładnie w stronę punktu, który nazwaliśmy kiedyś planem B. 

Wbiegłem między budynki, unikając wystrzałów, które już zaczynały rozrywać powietrze od południowej strony miasta. Cywile krzyczeli, przewracali się, biegli tam, dokąd biegła masa – bez celu, bez planu. Każdy tunel, który otwierali Meksykanie, był jak chirurgiczne cięcie w tkance miasta. 

Przód, lewa strona, wylot na ulicę Bema. Usłyszałem w słuchawce głos oficera: 

– Trzy kieszenie przestrzenne otwarte równocześnie. Oddziały Alfa i Bravo odcięte. Do punktu 12-C kieruje się oddział kartelowców. 

12-C. To tam znajdowały się konstrukcje, gdzie miała się ukryć i czekać na mnie. Zacisnąłem zęby. Musiałem się pospieszyć, zdążyć przed nimi. 

Polska była silna, bardzo silna. Najsilniejsza w Europie. Ale Meksyk był… nieobliczalny. 

 

ROZDZIAŁ II 

 

Nie byłam gotowa. Nikt nie był. „Wybuchy” w wiadomościach to jedno. Bomba, która trzęsie twoim blokiem – to drugie. Przyciskałam syna do piersi, kiedy schodziliśmy po schodach prawie na oślep, wśród krzyków ludzi i odgłosu łamiącego się szkła. 

Przez lata mówili nam, że jeśli coś się zacznie, będzie czas. Procedury. Komunikaty. Ratunek. Że rządy zareagują. A potem wielkie państwa po prostu… zniknęły. I nagle okazało się, że czas jest luksusem. 

Budynek, w którym mieszkaliśmy – stary, betonowy, wydawało się, że drży, jakby był z papieru. 

– Mamo, co się dzieje? – spytał synek. 

– Nic, kochanie. Biegniemy do bezpiecznego miejsca. 

Sama nie wierzyłam w te słowa. Od kiedy Stany Zjednoczone, Chiny i cała reszta przeszły „na drugą stronę”, nikt już nie używał słowa „bezpieczne” bez ironii. Po zniknięciu mocarstw wszystko było tymczasowe. Granice. Plany. Schrony. Nawet mapy. Polska rosła szybko, za szybko, próbując spiąć rozpadającą się Europę w coś, co jeszcze dało się obronić. 

Wyszliśmy na ulicę. W powietrzu unosił się pył. Syreny alarmowe wyły wściekle. Byłam przerażona. Ludzie pędzili w stronę schronów, ale ja wiedziałam już – wiedziałam od dawna – że nasze miejsce ewakuacyjne zostało przeniesione na drugą stronę rzeki. 

Dwa tygodnie temu zamknięto wejście do bunkra pod naszym blokiem. Remont, awaria filtrów, wymiana instalacji – nikt nie umiał powiedzieć, co dokładnie. Miał funkcjonować dopiero za trzy dni. Trzy dni. Trzy pieprzone dni. Gdyby nie to, już byłabym za stalowymi drzwiami, razem z innymi. 

A teraz… teraz zostałam sama. Sama z dzieckiem. Jedyną nadzieją dla nas był mój mąż. 

Ale on walczył. W centrum. W ogniu. W miejscu, gdzie powołano go do służby w sekundę po pierwszym wybuchu. 

Ruszyliśmy razem z tłumem w stronę tunelu prowadzącego do awaryjnego schronu – tej drugiej, pobocznej drogi, którą wyznaczono nam po zamknięciu starego wejścia. Miałam nadzieję, że zdążymy tam dotrzeć, zanim Meksykanie zaczną otwierać kieszenie przestrzenne w tej części miasta. Tak je nazywali w wiadomościach. Małe przejścia, krótkie błyski, z których wysypywali się żołnierze. Na gruzach technologii, dzięki której mocarstwa uciekły z naszej planety, Meksyk zbudował narzędzie wojny. 

Nie zdążyliśmy. Gdy tylko skręciliśmy w ulicę prowadzącą do tunelu, zobaczyłam ich. Całą kolumnę kartelowców wysypujących się z pękniętej kieszeni przestrzennej jak z otwartej rany. Droga do tunelu była odcięta. Nie mieliśmy najmniejszej szansy, by przebiec. 

Wiedziałam, że mąż to zobaczy – sygnał z nadajnika w mojej dłoni był przesyłany bezpośrednio do niego. Kiedy zauważy, że zawracam… zrozumie, że idę do planu B. Tam, gdzie mieliśmy się spotkać, jeśli wszystko pójdzie źle. 

Pomysł był głupi, ale jedyny. Jak cały ten świat po „wielkiej ucieczce”. 

Zacisnęłam zęby i ruszyliśmy w stronę przemysłowych, metalowych konstrukcji. 

Słyszałam kroki żołnierzy. Gdzieś z tyłu huczały wystrzały karabinów. Byli coraz bliżej. Wzięłam synka na plecy i zaczęłam biec. 

Erebos. Kosmos. Ucieczka przed asteroidą. Teraz chciałam tylko tego, żeby moje dziecko przeżyło jeszcze jedną minutę. Tu, na Ziemi. 

 

ROZDZIAŁ III  

 

Maska dopasowała się do twarzy jak nowa skóra. Mundur wroga na moim ciele był obcy i wygodny zarazem – jego karbonowe włókna lepiły się lekko od potu, ale kamuflaż działał dokładnie tak, jak miał działać, byłem jednym z nich. Każdy krok w tej obcej skórze to zdrada, ale nie było innego wyjścia. Jeśli miałem ją znaleźć, musiałem myśleć i poruszać się jak oni. 

GPS żarzył się na nadgarstku – stałe, czerwone światło wskazywało drogę. Puls w jego środku łomotał szybciej, jakby znał moje nerwy i chciał je uspokoić fałszywą pewnością. Jej sygnał dryfował właśnie w stronę konstrukcji magazynów energii – tych samych, które wyglądały jak kości wyrwane z kadłuba jakiegoś olbrzyma. Tam, wysoko, było nasze miejsce. I tam, jeśli Bóg lub los zechcą, ją znajdę. 

Przedzierając się między zniszczonymi autobusami i połyskującymi od rozbitych szyb chodnikami, widziałem miasto takim, jakim nigdy nie chciałem widzieć: brudne, wybite z rytmu, z odłamkami codzienności porozrzucanymi po bruku. Zabawki, buty, dokumenty – fragmenty czyjegoś życia, zgubione w pośpiechu i strachu. Każdy przedmiot opowiadał historię, której nie miałem czasu wysłuchać. 

W kałuży leżał przemoczony fragment gazety. Nagłówek ledwo dało się odczytać: „OSTATNIE PAŃSTWO DOSTAŁO SIĘ NA EREBOS. POWROTU NIE PRZEWIDZIANO. WIELKA ZDRADA? CZY JESTEŚMY STRACENI?” 

Ktoś przekreślił tytuł i napisał: TCHÓRZE

Na rogu zauważyłem patrol. Trzech żołnierzy w pełnym rynsztunku stało w typowych dla Meksykańców pozach – z jedną ręką trzymającą karabin i drugą zwisającą prosto wzdłuż ciała. Szli bez pośpiechu, jakby te ulice były ich domem. Nie mogli wiedzieć, że jeden z „nich” był inny. 

Zatrzymałem się w cieniu, licząc im oddechy i obserwując każdy najdrobniejszy szczegół – ostrożność, ułożenie ciężaru, drobne sekundy, w których każdy człowiek pokazuje, że jest człowiekiem. Pamiętałem z treningów: znajdź rytm, wygraj chwilę. 

Kiedy minęli mnie o trzy kroki, pozdrawiając, wygrzebałem nóż. Za moment miałem ich odwróconych plecami. Szybko, cicho – usunąłem pierwszego, wbiłem ostrze w szyję, przesunąłem mu się pod pachę i powoli – jakbyśmy tańczyli – bezszelestnie położyłem go na ziemi. Idący przed nim nawet się nie zorientowali. Drugi był blisko – zgarnąłem go za pas, rzuciłem na ziemię, pociągnąłem za spust kinetyka. Trzeci krzyknął, ale echo jego głosu zginęło w betonie, gdy pocisk przebił tchawicę. Dobrze, że mieli maski. Nie chciałem pamiętać ich twarzy. W tym akcie było za dużo mechaniki i za mało serca. 

Tak wyglądał świat, który miał już dawno zniknąć. Asteroida wciąż leciała. Ziemi zostały ostatnie lata. A my uznaliśmy, że to dobry moment, by jeszcze raz sprawdzić, kto jest najsilniejszy.

 

ROZDZIAŁ IV  

 

Myślałam, jak łatwo przyszło światu pogodzić się z tym, że część ludzi po prostu zniknęła. Całe kraje. Miliony istnień przeniesione „gdzieś indziej”. Nikt nie wiedział dokładnie, gdzie. Planeta Erebos, dla nas, zwykłych ludzi, była tylko pustym hasłem. Ostatnią nadzieją, na którą się nie załapaliśmy. Zostaliśmy, jakby to była kara za to, że nie znaleźliśmy się w pierwszej dziesiątce. 

Biegłam dalej, choć każdy krok bolał mnie jak wbita pod paznokieć drzazga. W pewnym momencie wydawało mi się, że słyszę strzały tuż obok nas – takie krótkie, pojedyncze, jak sygnały wypuszczane przez kogoś, kto chce, by reszta oddziału go znalazła. Docierały do mnie hiszpańskie komendy, ale nie rozróżniałam słów, brzmiały jak jeden długi, wściekły krzyk. 

Wiedziałam tylko jedno – nie wolno mi się zatrzymać. 

Synek na plecach zaciskał małe dłonie wokół szyi. Czułam, jak drży całym ciałem. Każdy jego oddech był gorącym, szybkim strumieniem powietrza, zdradzającym strach kogoś, kto za moment się rozpłacze, ale wciąż się trzyma resztkami sił. 

– Mamo… – usłyszałam. – Oni tu są…

– Ciii – syknęłam, ale nie z gniewu. Z rozpaczy.

Wpadliśmy między stare kontenery, jak w labirynt, gdzie każdy zakręt może być ślepym zaułkiem. Żołnierze byli blisko, słyszałam kroki – ich buty charakterystycznie dudniły, jakby każdy szedł inaczej, ale rytm pozostawał taki sam: polowanie.

Nagle z tyłu padł rozkaz.

– ¡Revisen allá!

Wiedzieli, że gdzieś tu jesteśmy. Byli pewni, że wybiegniemy na otwartą przestrzeń… a ja zrobiłam odwrotnie. Schyliłam się, niemal wcisnęłam w ziemię i wczołgałam pod kontener, wciągając synka za sobą. Cicho pisnął ze strachu, ale położyłam mu dłoń na ustach. 

Trzymałam go tak. Długo. Chyba z minutę, może dwie, ale w mojej głowie to była wieczność. 

Widziałam ich buty. Cztery pary. Szły, nagle przystanęły. Jeden z nich kopnął w bok kontenera. Drugi na chwilę przykucnął, jego palce dotykały piasku, jakby szukał świeżych śladów. 

Proszę, nie patrz pod spód. Proszę…

Serce tłukło mi w piersi tak, że byłam pewna, iż on je słyszał. Myślałam, że zaraz po prostu zerwie się i nas wyszarpie. 

Ale nie. 

Nagle padły strzały. Ktoś upadł. Cudem stłumiłam krzyk, gdy patrzyły na mnie martwe oczy jednego z goniących nas żołnierzy. Synek zaniósł się płaczem z przerażenia. Wychyliłam się lekko spod kontenera. Polski żołnierz biegł dalej, sam. Młody chłopak. Porwana, zakrwawiona nogawka spodni latała mu na wietrze. W biegu ściągnął rozbitą maskę i wyrzucił na ulicę. Nawet nie wiedział, że uratował nam życie. Cichy bohater, który przedostał się za linię wroga. 

Powodzenia, przyjacielu, obyś zabił ich wszystkich. 

Wypełzłam powoli, potem stanęłam na nogach, wzięłam synka na plecy i zaczęłam biec – teraz szybciej, mocniej, bez cienia zawahania. 

Nie wiedziałam, gdzie jestem. Czy kieruję się dobrze. Widziałam tylko czubki olbrzymich metalowych konstrukcji jakieś dwa kilometry dalej. Ale pewnie nawet one były maleńkie przy stabilizatorach tuneli czasoprzestrzennych, które przeniosły zdradzieckie mocarstwa z dala od końca świata.

Jedna myśl pchała mnie naprzód jak fala: On gdzieś tu jest. On żyje. On mnie szuka. Muszę zdążyć. I tak długo, jak będę biegła – nasze drogi jeszcze mogą się przeciąć

 

ROZDZIAŁ V  

 

Droga była dłuższa niż myślałem. Miasto po tym teleportacyjnym blitzkriegu nie przypominało niczego, co znałem. Ściany miały wypalone, kwadratowe, krwawe plamy – miejsca, gdzie tunel się zaciął, przeniósł fragmenty uwięzionych w nim żołnierzy w losowy punkt. W pewnym momencie skręciłem w wąski korytarz między budynkami. Byłem blisko. 

Wtedy go zobaczyłem. Polski żołnierz z karabinem przy policzku. Porwana nogawka munduru odsłaniała ranną łydkę. Nie miał maski, musiał wiele przejść. Chował się za metalowym kontenerem. Broń miał gotową do strzału. 

I wtedy dotarło do mnie, że patrzył prosto na mnie. 

Na mój mundur. 

Na mój… cholera. 

– Stój! – wrzasnął. 

Chciałem krzyknąć, że jestem swój. Ale modulacja maski zmieniała słowa na hiszpański. Nadawała zawsze w języku operacyjnym oddziału – nie dało się tego wyłączyć. Chłopak strzelił. Pocisk przeszył powietrze o centymetr od mojej głowy. Refleks wziął górę nad myśleniem. 

Strzeliłem. Trafiłem w pierś. W serce. Upadł. Podbiegłem. Uklęknąłem przy nim. Chłopak. Może osiemnaście lat. Był tak młody, że miał jeszcze miękką twarz dziecka. Co robiłeś tu sam, za linią wroga? Też kogoś szukałeś? Kogoś ratowałeś? 

Jego oczy były przerażone. Zaskoczone. Jakby nie wierzył, że to koniec. 

– Przepraszam cię… chłopcze, przepraszam… – szeptałem. – Ja tylko… ja muszę… muszę znaleźć żonę… synka… 

Chłopak splunął tylko ostatkiem sił prosto w godło na „moim” mundurze. I miał rację. 

Po kilku sekundach oczy przestały się ruszać. 

Poczułem zimno w kręgosłupie. Palec, którym nacisnąłem spust, wciąż się trząsł. Zabiłeś swojego. Zabiłeś dziecko. 

Pękło we mnie coś, czego nie umiałem nazwać. Jego krew, płynąca po chodniku, powoli docierała do twarzy, tak bladej, że widok ten przypominał flagę narodu, który właśnie zdradziłem, a który kochałem. Zaniosłem się cichym szlochem. 

A potem wstałem, bo musiałem. Bo ona tam była. I jeśli się spóźnię – wszyscy umrzemy na darmo. 

Nagle usłyszałem wrzaski. Ktoś musiał gonić tego młodzieńca. Cały oddział meksykańskich żołnierzy wyłonił się zza jednego z magazynów dwieście metrów dalej. Pierwsze strzały padły w moją stronę. Uchyliłem się. Dla nich byłem tylko sylwetką przy ciele.

Wtedy właśnie to zobaczyłem. Mały, metalowy przedmiot wystający z kieszeni Polaka. Stabilizator kieszeni czasoprzestrzennych. 

Słyszałem o tym, jak działa, tylko na szkoleniach wojskowych, gdzie dowódcy sami nie byli pewni, o czym mówią, cała wiedza pochodziła z zeznań szpiegów Nowej Europy. Wyciągnąłem błyskawicznie rękę po gładki, czarny moduł wielkości dłoni, jeszcze ciepły. 

Chłopak musiał ukraść go jakiemuś zabitemu żołnierzowi. Dobra robota, szkoda tylko, że trafiłeś na mnie. 

Przeturlałem się szybko za jeden z kontenerów, nie miałem czasu. Żołnierze nie przestawali strzelać, byłem w pułapce. 

Wcisnąłem czerwony przycisk na środku stabilizatora. 

Urządzenie zareagowało na dotyk – rozwinęło się jak metalowy kwiat, odsłaniając ekran, pulsujący fioletowym światłem. Poczułem, jak włosy na karku mi się jeżą. Zacząłem biec, żeby zyskać chociaż kilka sekund. Ekran wyświetlił mapę. W pędzie starałem się odszukać punkt 12-C. 

Gdy go zaznaczyłem, głos w głowie krzyczał, że to głupi pomysł. Że teleporty, manipulowanie czasem, przestrzenią – to nie jest zabawka. Że jeden błąd i… nigdy mnie nie poskładają. 

Ale cały świat już raz zaryzykował wszystko, bo bał się tu zostać. Ja zrobiłem dokładnie to samo. Czy miałem wybór? 

Czułem, jakby w żołądku zacieśniała się metalowa obręcz. Zapytałem sam siebie: co cię bardziej przeraża – teleportacja czy jej śmierć? 

Wcisnąłem przycisk z całej siły. Energia, która zadrżała, jakby mnie wyczuła. A potem obraz konstrukcji pojawił się w mojej głowie. Świat gwałtownie zgiął się do wewnątrz. 

Ból przeszył ciało jak eksplozja. Coś chwyciło mnie od środka i przeciągnęło przez szczelinę, której nie widziałem – tylko czułem, jakbym był zrobiony z rozciągliwej folii, rozrywanej i zaginanej przez nieistniejące dłonie. 

Krzyknąłem, ale krzyk rozpłynął się w nicości. 

 

ROZDZIAŁ VI

 

Biegłam dalej, a każdy oddech palił mnie w płucach jak gorący popiół. Miasto zmieniało się w coś obcego – jakby teleporty pourywały kawałki rzeczywistości i zostawiły tylko strzępy. Na ścianach widziałam blizny po przejściach, powykręcane geometryczne wypalenia, od których unosił się zapach czegoś… spalonego, nieludzkiego. 

Syn wtulił twarz w moją szyję. Nie mówił już nic. Jego milczenie było cięższe niż krzyk. 

Im bliżej konstrukcji, tym robiło się dziwniej. Powietrze gęstniało, drgało jak pole magnetyczne. Słyszałam coś, co przypominało brzęczenie skrzydeł, ale monotonne, równomierne. Pierwszy raz zaczynałam myśleć, że to miejsce żyje. Albo umiera. Albo jedno i drugie naraz. To było coś gorszego niż koniec świata. Raczej jego źle zszyta resztka. 

Mówili w wiadomościach, że po „tamtej stronie” już pewnie oddychają spokojniej. Że mają wodę, ziemię i czas. Tutaj zostało nam tylko czekanie. Nikt nie mógł tak naprawdę wiedzieć, co działo się na Erebos, ale każdy miał prawo czuć żal, że nie było mu dane przekonać się na własnej skórze. 

Kiedy mijałam zwalony budynek, usłyszałam stuknięcie. Potem cichy jęk. Zatrzymałam się, choć nie powinnam. Serce krzyczało: biegnij. Matczyne instynkty za to: sprawdź. 

Ostrożnie spojrzałam za przewrócony fragment betonowej ściany. Para nóg. Buty wojskowe. Drżały. 

Polski żołnierz leżał na plecach, ręką przytrzymując rozszarpany brzuch. Był młody – bardzo. Młodszy, niż powinien być ktoś, kto oddaje życie za kraj. Patrzył na mnie, ale jakby nie rozumiał, co widzi. 

Wyciągnął dłoń. Nie po broń. Do mnie. 

– Wody… – wyszeptał. 

Byłam w takim stanie, że powinnam po prostu uciec. Wstrzymałam oddech, patrząc mu w oczy. Jego twarz bledła błyskawicznie. Wzrok gasnął, zanim zdążyłam zrobić cokolwiek. Dłoń opadła na ziemię z miękkim szelestem.

Kiedyś mówiono, że Polska miała szczęście, bo nie pozwolono jej uciec. Że została, gdy inni zniknęli i mogła sprawować rządy nad całą Nową Europą. Ciekawe, co te osoby powiedziałyby, widząc obecną sytuację. Szczęście kończy się tam, gdzie zaczyna się wojna o to, co jeszcze zostało. 

Przełknęłam łzy, których nawet nie miałam siły zrozumieć. Ruszyłam dalej. Nie mogłam się zatrzymać. Mijałam kolejne zawalone budynki, zniszczone czołgi i inne polskie nowoczesne pojazdy militarne, które miały gwarantować wygraną każdego konfliktu zbrojnego. 

Brednie. Europa rozsypała się szybko. Ktoś musiał zebrać jej kawałki. I zapłacić za to krwią. 

Gdy do konstrukcji zostało może sto metrów, czułam coś jeszcze: drżenie ziemi. Słabe, ale regularne, jak od maszyn pracujących pod powierzchnią. Metalowe filary przypominały puste szkielety wież, ale wewnątrz nich pulsowały światła – zimne, chirurgiczne. 

Skradałam się wzdłuż jednej ze ścian. Wtedy ich zobaczyłam. 

Dwóch meksykańskich żołnierzy. Siedzieli przy przenośnym terminalu, podłączonym kablami do konstrukcji, czerpiąc zasilanie. Jeden trzymał karabin, drugi obsługiwał klawiaturę, jego palce stukały chaotycznie, ale w sposób pełen desperacji, jakby każde naciśnięcie mogło zmienić bieg wojny. 

Zatrzymałam się za stertą metalowych rur. Oddychałam najciszej, jak potrafiłam. Synek wtulił się we mnie, jego palce wbiły się w moje ramiona, pełne strachu, jak małe haczyki. 

Jeden z żołnierzy nagle podniósł głowę. Ślepia maski były skierowane dokładnie w kierunku, gdzie się znajdowaliśmy. Zamarłam. Przytuliłam się mocniej do brudnych rur. 

On nie krzyknął. Nie celował. Nie zrobił nic. Tylko patrzył. Jakby coś mu mignęło, odbicie ruchu albo cień, zbyt niepewny, by uznać go za zagrożenie. Metal, kurz i półmrok układały się w kształty, które mogły być wszystkim albo niczym.

Wtedy drugi żołnierz klepnął go po ramieniu i wrócili do pracy. 

Zaczekałam jeszcze trzy sekundy. Potem prześlizgnęłam się bokiem, cicho, mijając ich po łuku, uważnie, by nie nadepnąć na żaden kamień. 

W końcu udało mi się przejść. Ostatnie, co usłyszałam za plecami, to szybkie kliknięcia na klawiaturze i urwane rozmowy kartelowców. 

Zauważyłam wejście między metalowymi filarami. I wtedy poczułam to po raz pierwszy. On był blisko. Mój mąż. 

W świecie, który nauczył się porzucać całe narody, jedyne, co wciąż miało sens, to nie zgubić siebie nawzajem. 

Przyspieszyłam. Jeśli teraz się zatrzymam – jeśli teraz zwątpię – nigdy się nie odnajdziemy. Biegłam więc dalej w głąb konstrukcji. Prosto w serce czegoś, co mogło nas ocalić albo zabić. Nie miałam wyboru. Musiałam zdążyć. 

 

 

ROZDZIAŁ VII  

 

Kiedy wypadłem po drugiej stronie, runąłem na metalowy grunt tuż u podstaw konstrukcji. Punkt 12-C.

Przez chwilę dyszałem, oszołomiony, aż poczułem ciepłą strużkę po lewej stronie twarzy. Dotknąłem ucha – a raczej miejsca, gdzie ono powinno być. Dotarło do mnie, że znajdowała się tam tylko poszarpana, piekąca krawędź. 

– Cholera – wysyczałem. 

Moja maska również oberwała. Część przy uchu stopiła się i wgryzła w skórę, jak rozgrzany do czerwoności plastik. Śmierdziało przypaloną tkanką. Spróbowałem poruszyć twarzą – materiał jęknął, ale trzymał się. 

Zadrżałem, wciąż półprzytomny. 

Wyciągnąłem drżącą rękę, palcami sprawdziłem filtry, układy, przesłonę. Mechanizmy odpowiedziały lekkim kliknięciem. 

– Działa… – wydyszałem z niedowierzaniem. – Dalej działa. 

Podniosłem się, zaciskając zęby. Straciłem ucho. Maska prawie się zespawała ze skórą. Ale teleport mnie wypluł dokładnie tam, gdzie powinienem być. Tak właśnie miały działać te „kieszenie”. Nie jak cud. Jak brutalny skrót przez rzeczywistość. To musiało mieć swoją cenę.

A oni byli tam, wyżej. Wciąż żywi. Wciąż w zasięgu. 

Ruszyłem przed siebie, ignorując pulsujący ból, czując, jak adrenalina tłumi strach. Nie miałem już odwrotu. Tylko drogę w górę – i walkę o nich. 

Żelastwo było zimne jak lód. Schowałem się za kolumną i włączyłem drona zwiadowczego – mikroskopijne urządzenie, które potrafiło wdrapać się na kilka pięter, przeskanować teren i dostarczyć obraz, niezauważone przez wrogów. Urządzenie wróciło po chwili i przetworzyło obraz na moją maskę. 

Kobieta z dzieckiem. Tam. Na pierwszym poziomie. Trzymała malca przy sobie, a jej głowa co jakiś czas wychylała się, jakby czegoś szukała. 

Wszystkie te wojny, wszystkie plany, wszystkie ucieczki świata… A ja chciałem tylko zdążyć ich uratować. 

Jej sylwetka była mi doskonale znana: sposób, w jaki trzymała dziecko, jak krzywiła się przy każdym podmuchu wiatru. Serce zakłuło mnie na nowo. 

Wiedziałem, że nie ma dużo czasu – kartelowcy mogli w każdej chwili się zorientować o ich obecności. Podszedłem jeszcze bliżej. Kilka stopni. W korytarzu leżały zwłoki – polscy żołnierze polegli w walce. Ich twarze zastygły w różnych wyrazach – od zaskoczenia po desperację. Jeden z nich miał obrączkę na palcu; innemu zdjęcie dziecka wystawało z kieszeni munduru. Te rzeczy bolały bardziej niż śmierć. 

Kiedy podszedłem do miejsca, gdzie konstrukcja miała szerokie rozgałęzienie, zauważyłem, że Meksykanie ustawili tam małą, prowizoryczną placówkę obserwacyjną. Olbrzymi karabin maszynowy skierowany był na otwartą przestrzeń. Dobrze, że przyszedłem z drugiej strony. Dwóch operatorów siedziało rozmawiając, jedząc konserwy i patrząc na monitor, na którym wyświetlało się coś w rodzaju mapy. 

Musiałem działać sprytnie. Wysunąłem się zza kolumny i ruszyłem wolnym krokiem, tak jak robi się to na ćwiczeniach: spokój, niepokazywanie napięcia, „naturalne” ruchy. Jeden z operatorów spojrzał w moją stronę, ale dzięki meksykańskiemu mundurowi uznał, że to kolejny patrol. Podszedłem bliżej. Byłem niegroźny – przynajmniej w ich umysłach. 

– ¿Todo bien? – zapytał jeden z nich, trochę ze znużeniem. 

Skinąłem głową. Uśmiechnąłem się słabo. 

– Sí. Patrulla de rutina. 

Maska szybko przetłumaczyła na hiszpański. 

Zajrzałem w ich monitor. 

I wtedy zobaczyłem, że skaner zaczyna szumieć. Na ekranie nagle pojawiła się migająca kropka. To ona. Jeśli żołnierze się odwrócą i zobaczą sygnał… Musiałem działać. Serce znów mi zamarło ze strachu. 

Kiedy operator skierował spojrzenie na kolegę, wiedziałem, że to jedyna szansa. Szybki strzał w potylicę. I kiedy drugi z nich odwrócił się oszołomiony, już miał przyłożoną broń do czoła. Karabin wypuścił całą serię, pełną złości i nienawiści, rozrywając ciało mężczyzny. W uszach słyszałem pisk po huku wystrzałów. 

Zepchnąłem zwłoki mężczyzny. Usiadłem przed klawiaturą, na której posoka żołnierza, między przyciskami, zaczęła tworzyć krwawą mozaikę. Zmieniłem częstotliwość ich nadajnika, nadałem fałszywy rozkaz „C-12 zabezpieczone, wsparcie niepotrzebne”. W monitorach pojawił się szum i zmiana. Meldunek został przyjęty. To kupiło mi czas. Konstrukcja była oznaczona w ich systemie jako czysta. 

Wspiąłem się na pierwszy poziom budowli, wykorzystując metalowe drabiny – tak było szybciej. Ręce ślizgały się po zimnym metalu, a wiatr co kilka sekund próbował mnie zmieść jak kurz. Dalej nie byłem w stanie się wspinać, nie mogłem ryzykować, więc ruszyłem biegiem po schodach. 

 

ROZDZIAŁ VIII 

 

Metaliczny huk odbijał się od ścian konstrukcji tak mocno, że czułam go w kościach. Biegłam w górę po pochylonej platformie, trzymając synka za nóżki, żeby się nie osunął. Na karku czułam jego szybki, urywany oddech. Każde drżące westchnienie wbijało mi się w skórę jak igła. 

Dźwięk wystrzału rozciął powietrze, kiedy byłam w połowie rampy. Zamarłam tylko na ułamek sekundy. Nie… nie tutaj. Nie teraz. 

Synek zaczynał płakać ściszonym, zduszonym szlochem – takim, jaki wydaje dziecko, które próbuje być dzielne, tylko nie ma już żadnej innej obrony. 

– Już dobrze… już dobrze, kochanie, zaraz będziemy… – wyszeptałam, a głos mi się łamał. 

Następny strzał. Potem kolejny. Cała seria. 

Metal pod naszymi stopami rezonował, jakby konstrukcja też słyszała śmierć. Boże, oni tu są. Byłam pewna, że to żołnierze. Gonili nas. Strzelali do kogoś na dole.

Wbiegłam na drugi poziom konstrukcji – nie było już platform, tylko niskie, szerokie schody, po których można iść nawet z ciężarem na plecach. Tylko dlatego jeszcze dawałam radę. Syn wtulił twarz w mój kark. Jego łzy były gorące. Spływały mi po skórze szybciej niż pot. 

– Mamo…? – wyszeptał tak cicho, że prawie tego nie usłyszałam. 

– Jestem, jestem, kochanie. Jeszcze tylko kawałek. 

Na trzecim poziomie wiatr wdzierał się w konstrukcję z takim wyciem, że aż musiałam osłonić jego główkę dłonią. Metal jęczał pod podmuchami. Cuchnęło rdzą i smarem. Przed nami, na samej górze, widziałam miejsce, gdzie platforma była zasłonięta ciężkim kontenerem – jedyne miejsce, w którym mogliśmy się skryć. W którym mogłam po prostu przytulić synka i zaczekać na męża. Jak obiecałam. 

 Zaczęłam biec do kolejnych schodów. Zatrzęsła się poręcz. Synek pisnął. Serce ścisnęło się tak gwałtownie, że przez sekundę zabrakło mi tchu. 

– Już prawie… już… – przysięgłam bardziej sobie niż jemu. 

Kiedy dotarliśmy na czwarty, przedostatni poziom, konstrukcja znowu zadrżała. Ale tym razem nie był to wiatr. Kroki. Metalowe, ciężkie. 

Biegły w naszą stronę – z dołu. Objęłam synka obiema rękami, przyciskając go do siebie. Miałam wrażenie, że jego serce łomocze tak mocno jak moje. Przyśpieszyłam ostatkiem tchu. 

Wbiegłam na najwyższy poziom. Ukryłam nas za kontenerem. Przywarłam plecami do zimnej stali. 

– Ciii… – szepnęłam, głaszcząc go po włosach. – Zaraz będzie tata. Zaraz… 

Wtedy zamarłam. Kątem oka dostrzegłam błysk światła. Coraz wyraźniej słyszałam kroki. Coraz bliżej. I bliżej…

 

ROZDZIAŁ IX 

 

Biegłem tak szybko, że każdy krok odbijał mi się w czaszce jak uderzenie młota. Konstrukcja drżała pod moimi butami, metal jęczał, a echo wystrzałów jeszcze nie zdążyło opaść. Wiedziałem, że to już blisko. Że oni już tu są. Słyszałem kroki, łapany w biegu oddech. 

Kiedy wdarłem się na najwyższy poziom, poczułem w powietrzu chłód wnikający w kości. Taki cichy, gęsty, ciężki. 

Strach kobiety, która chroniła dziecko i nie miała już dokąd uciec. Przylgnąłem do kontenera, ostrożnie wychylając się zza jego krawędzi. I wtedy ją zobaczyłem. 

Skulona, z synkiem przytulonym do piersi, starała się oddychać cicho mimo tego, że jej ciało drżało. Włosy miała rozwiane, mokre od potu. Policzki brudne od pyłu i łez. A jednak… wciąż była najpiękniejsza. Znalazłem cię… na Boga, kochanie… wreszcie cię znalazłem. 

Chciałem podejść wolno, delikatnie, zdjąć maskę i pokazać jej twarz. Chciałem, żeby wbiegła w moje ramiona, żeby synek znów się śmiał, żebyśmy usiedli tu, choćby na zimnej blasze, byle razem… Ale wtedy zobaczyłem jej ręce. Drżące, niespokojne, zaciśnięte na małym plastikowym pudełeczku. 

Nie. Nie, nie to. Zapłonęło we mnie ostrze paniki, gdy zobaczyłem, jak otwiera wieczko. Jak wyciąga dwie kapsułki – jedną większą, drugą mniejszą. Jak przytula synka mocniej. Jak zamyka oczy. To były te kapsułki. Te przeklęte, pieprzone kapsułki, zawierające truciznę, zabijającą niemal natychmiastowo, które rozdawano ludziom „na wszelki wypadek”, jeśli wróg miałby ich dopaść. 

A ona… 

Ona myślała, że wróg właśnie do niej dobiegł. 

– Nie! – ryknąłem najgłośniej, jak potrafiłem. 

Ale maska zrobiła swoje. System automatycznie zmienił jęk rozpaczy w krótki, twardy, hiszpański rozkaz. 

Ruszyłem sprintem, zdzierając maskę paznokciami, szarpiąc ją, jakby była żywym stworzeniem, które mnie dusi. Materiał był przyspawany do skóry przy lewej stronie twarzy. Każde pociągnięcie kończyło się falą bólu, jakby ktoś wkręcał rozżarzony drut w ranę po uchu. Syknąłem, ale szarpnąłem znowu. I jeszcze raz. 

Ona podskoczyła, odwróciła głowę w moją stronę, a jej oczy – otwarte szeroko, przerażone – zobaczyły tylko meksykański mundur. I maskę. I sylwetkę wroga. 

Zareagowała odruchem. Odruchem matki, która nie mogła pozwolić, by dotknęli jej dziecka. Wcisnęła mu kapsułkę do ust, zanim zdążyłem zrobić kolejny krok. Drugą przegryzła sama.

W końcu dopadłem do niej i upadłem na kolana. Dopiero wtedy, gdy trzęsącymi się rękami złapałem maskę z obu stron i pociągnąłem z całej siły, coś puściło z obrzydliwym mlaśnięciem i oderwałem stopiony plastik od mięsa. 

Maska odpadła i potoczyła się po metalowym podeście. 

Ale ona już dawno przełknęła.

– To ty… mój Boże… to ty… – jęknęła. 

– Kochanie… – zdążyłem wyszeptać. 

Jej ciało już zaczynało wiotczeć. Spojrzenie – rozpoznawać. Z przerażenia przechodziło w coś innego. W coś łamiącego. 

Potem powieki zaczęły opadać. 

– Nie… nie, nie, nie – wyjąkałem, głaszcząc jej twarz, potrząsając delikatnie, jakby mogła się obudzić. – Kochanie, to ja. Popatrz na mnie. To ja… wróciłem… 

Jej oddech stał się płytki. Synek, nasz mały chłopiec, zsunął głowę na jej ramię. Miał otwarte usta, jakby chciał coś powiedzieć – ale słowa już nie przyszły. Pocałowałem jego włosy. Pachniały jak zawsze – domem. Bezpieczeństwem. Życiem, które miałem chronić. A teraz patrzyłem, jak to życie wymyka mi się z rąk. 

– Przepraszam… przepraszam was… – jęknąłem, a głos mi się załamał. – Powinniście żyć… powinniście żyć… 

Przytuliłem ich oboje, tak mocno, jak jeszcze nigdy. Jakby sam uścisk mógł ich przywrócić. Jakby moje ramiona mogły ich zatrzymać między światami. Ale czułem, jak ich ciała stają się ciężkie. Bezbronne. Milknące. I wiedziałem. Wiedziałem, że straciłem wszystko. 

Ostatni raz spojrzałem w twarz żony. Usta miała lekko rozchylone, jakby chciała powiedzieć „przepraszam”… albo „kocham cię”. A może „dlaczego?” 

Nie miałem już odpowiedzi. 

Świat zamilkł. 

Tylko moje serce wciąż waliło, jakby jeszcze wierzyło, że to wszystko jest snem. 

Ale nie było. 

I nie będzie. 

 

ROZDZIAŁ X 

 

Serce dudniło mi tak mocno, że miałam wrażenie, że usłyszą je nawet ci, którzy byli daleko na dole. Synek oddychał powoli, jego małe rączki zaciskały się na mojej koszulce. Czułam, jak drży. Nie wiedziałam, czy to zimno, strach… czy jedno i drugie. 

Kroki. Ciężkie, metalowe. Zbliżające się. Zamknęłam oczy na sekundę. Wzięłam głęboki, przerywany oddech. Był tu. Wyłonił się nagle jak śmierć, tylko zamiast kosy miał karabin. Meksykański mundur. Wiedziałam, co robią kobietom. Wiedziałam, co robią dzieciom. Wiedziałam, że nie dam się wziąć żywcem. Że nie dam im jego. Moje palce odnalazły pudełeczko w kieszeni. To przeklęte pudełeczko, które miało być „ostatnim krzykiem wolności”. Tyle razy kłóciłam się z mężem, że w ogóle coś takiego nam dali. Tyle razy mówiłam, że to chore, jeśli rząd zakłada, że nadejdzie dzień… taki, jak ten. 

Pudełko otwarło się z cichym kliknięciem. Usłyszałam wrzask: 

– ¡NO! 

Krzyk pełen furii, paniki, rozkazu. Poderwałam głowę. Meksykański żołnierz biegł w naszą stronę. Mundur. Maska. Karabin u boku. Serce ścisnęło mi się tak bardzo, że aż zabolało. Przycisnęłam synka mocniej, jakbym chciała schować go w swoim ciele, jak wtedy, gdy był jeszcze pod moim sercem. 

Żołnierz był coraz bliżej. Ręce mi drżały. Świat wirował wokół. A czas… czas robił się dziwnie miękki, rozciągnięty, jakby ta chwila nigdy nie miała się skończyć. 

– Synku… kochanie… – Spojrzałam mu w oczy, szerokie, brązowe, przerażone. – Zaraz będzie dobrze… Pogryź.

Drżącą ręką wsunęłam mu kapsułkę do ust. Był zbyt wystraszony, by zaprotestować. Łzy zebrały się na jego rzęsach. Potem przełknęłam swoją. 

I wtedy to się stało. Żołnierz uklęknął i złapał maskę oburącz. Szarpnął. Drugi raz. Trzeci. Maska odpadła z obrzydliwym sykiem, uderzając o metal. Zamarłam. Bo pod nią… Pod tą czarną, kanciastą skorupą… 

Była twarz, którą znałam lepiej niż własną. 

– To ty… mój Boże… to ty… – wyszeptałam bezgłośnie. 

On klęknął. Jakby podłamały mu się nogi. Jakby cały świat zapadł się pod ciężarem tego, co właśnie zobaczył. 

– Kochanie… – wyszeptał, głos mu się łamał, pękał na kawałki. 

Płakał. Mój mąż. Ten, który nigdy nie uronił łzy. Nie przy mnie. Dopiero wtedy zrozumiałam. 

Zrozumiałam, kogo widziałam przed sekundą. Zrozumiałam, co ja, do cholery, zrobiłam. 

Chciałam do niego wyciągnąć rękę. Powiedzieć: „Przepraszam”. „Kocham cię”. „Nie wiedziałam”. Ale język mi się zaplątał. Świat zaczął tracić kolory. Widziałam jego zakrwawioną twarz – coraz bardziej rozpływającą się we łzach. Widziałam jego dłoń obejmującą policzek naszego synka. Widziałam, jak pochyla się nade mną, jakby chciał nas otulić własnym ciałem, osłonić od śmierci, choć śmierć już siedziała między nami. 

I ostatnią rzeczą, jaką poczułam, ostatnim obrazem, jaki zatrzymał mój gasnący umysł, było jego czoło dotykające mojego. 

Rozpadające się w bezgłośnym szepcie: 

– Wróciłem po was… 

A ja – ledwo świadoma – szepnęłam w myślach: Teraz wiem. 

I zapadłam się w ciemność. 

 

ROZDZIAŁ XI 

 

Tata mówił, że niebo zawsze było za małe. 

Nawet zanim zaczęło spadać. 

Nic nie rozumiem. 

Mama mnie trzyma. 

A tam… ktoś biegnie. Żołnierz. Wygląda strasznie. 

Boję się. Mama też się boi, czuję to. 

Włożyła mi coś do ust. Ufam jej.

Ta tabletka na pewno nas uratuje. 

Pewnie daje jakąś magiczną moc. 

Mama mówiła, że wszystko będzie dobrze. 

Ale teraz leży… tak dziwnie. 

Oczy jej się zamykają. 

Żołnierz ściąga maskę. To tata. 

Tata nas znalazł! 

Chcę zawołać: 

„Mamo! Mamo, zobacz! Tata tu jest! Jesteśmy uratowani!” 

Ale głos nie wychodzi. 

Tylko powietrze. 

Robi się ciemno. 

Mamo…? 

Tato…? 

Gdzie jesteście? 

Dlaczego… 

…dlaczego robi się tak ciemno? 

Koniec

Komentarze

Ja po becie (za zaproszenie raz jeszcze dziękuję). :)

Motto wspaniałe, wizja przyszłego świata – makabryczna i bardzo realnie ukazana, dramatyzm głównych bohaterów dosłownie nie pozwalał mi powstrzymać łez… crying Czuło się dosłownie każdy opis, każdy krok, każdy ból… A wojna – jak zawsze – jest przekleństwem i najgorszym złem. sad Gratuluję ponownie nietuzinkowego pomysłu, klikam podwójnie i życzę powodzenia. :)

Pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Wielkie dzięki bruce. Za pomoc w becie, za pozytywny komentarz i podwójny klik. 

Wszystko to naprawdę wiele dla mnie znaczy!

Pozdrawiam serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Tekst przejmujący i – jak mawiam często – chwytający za serce tak, że aż boli. :) To ja dziękuję za tyle wzruszeń przy jego lekturze. :)

Powtórzę jeszcze, bo – przepraszam najmocniej, pisałam tylko podczas bety – nieustannie zachwycam się dodawanymi ilustracjami – obraz Mamy jest rewelacyjny! :)

Pozdrawiam serdecznie i trzymam kciuki. heart

Pecunia non olet

Tekst przejmujący i – jak mawiam często – chwytający za serce tak, że aż boli. :) To ja dziękuję za tyle wzruszeń przy jego lekturze. :)

Mam nadzieję, że nie boli za bardzo, jesteś nam tu wszystkim potrzebna! Haha

Dziękuję za tak pozytywny odbiór.

Powtórzę jeszcze, bo – przepraszam najmocniej, pisałam tylko podczas bety – nieustannie zachwycam się dodawanymi ilustracjami – obraz Mamy jest rewelacyjny! :)

Dzięki wielkie! heart

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Czołem Michaelu!

Nagle usłyszałem wrzaski. Ktoś musiał gonić tego młodzieńca. Cały oddział meksykańskich żołnierzy wyłonił się zza jednego z magazynów dwieście metrów dalej. Pierwsze strzały padły w moją stronę. Uchyliłem się. 

Wtedy właśnie to zobaczyłem. Mały, metalowy przedmiot wystający z kieszeni Polaka. Stabilizator kieszeni czasoprzestrzennych. 

Słyszałem o tym, jak działa, tylko na szkoleniach wojskowych, gdzie dowódcy sami nie byli pewni, o czym mówią, cała wiedza pochodziła z zeznań szpiegów Nowej Europy. Wyciągnąłem błyskawicznie rękę po gładki, czarny moduł wielkości dłoni, jeszcze ciepły. 

Chłopak musiał ukraść go jakiemuś zabitemu żołnierzowi. Dobra robota, szkoda tylko, że trafiłeś na mnie. 

Przeturlałem się szybko za jeden z kontenerów, nie miałem czasu. Żołnierze nie przestawali strzelać, byłem w pułapce. 

Dlaczego oni tu do niego strzelają? Przecież ma ich mundur, nie?

 

Kurczę, z jednej strony końcówka mocna i oddziałuje emocjonalnie, ponieważ znakomicie budujesz napięcie. Z drugiej, trochę naciągana, jak się połączy fakty, tragedia wypada dość banalnie, tak jakbyś bardzo chciał do niej doprowadzić, ale nie miał lepszego pomysłu jak to zrobić. Bohater zapomina, że ma maskę, szarżuje na żonę w tej masce i nie może jej zdjąć – po prostu trochę takich głupich decyzji, które mogły mieć miejsce, ale nie muszą mnie w pełni przekonywać.

 

Na plus – narracja prowadzona dwuosobowo i nagłe przejście na trzecią perspektywę na końcu. No znasz się na budowaniu klimatu, oj znasz.

 

Całość wypada trochę jakbyś chciał za pomocą tej tragicznej, ale generalnie prostej opowieści przedstawić świat. Wyobrażam sobie to jako prolog do powieści postapo. Wybrzmiałoby to mocno, znakomicie. Natomiast jako samodzielny tekst, jest po prostu niezłe.

 

I z ciekawości – dopasowujesz obrazy Mamy do tekstów, czy może one są inspiracją? Oczywiście malunek otoczony Twoją opowieścią wypada kapitalnie!

 

Pozdrawiam!! (i klikam)

Witam beeeecki!

 

Dlaczego oni tu do niego strzelają? Przecież ma ich mundur, nie?

Pewnie to za mało (bo sam myślałem o tym pisząc), ale żołnierze ewidentnie gonili młodego Polaka, wyłonili się dwieście metrów dalej i zaczęli strzelać do jakiegoś celu, raczej nie widząc dokładnie do kogo z takiej odległości. Zakładali, że do tego, kogo gonili. Weź pod uwagę, że celowo używam stwierdzenia “kartelowcy”. Większość z nich to nie są porządnie wyszkoleni żołnierze w przeciwieństwie do głównego bohatera. Najpierw robią, poźniej myślą.

Z drugiej, trochę naciągana, jak się połączy fakty, tragedia wypada dość banalnie, tak jakbyś bardzo chciał do niej doprowadzić, ale nie miał lepszego pomysłu jak to zrobić. Bohater zapomina, że ma maskę, szarżuje na żonę w tej masce i nie może jej zdjąć – po prostu trochę takich głupich decyzji, które mogły mieć miejsce, ale nie muszą mnie w pełni przekonywać.

Hmm. Szczerze, nie chciałem na siłę do tego doprowadzić. Na takie zakończenie wpadłem pisząc, drogą eliminacji wyrzucając inne, w moim mniemaniu mniej ciekawe. 

Bohater nie zapomina, że ma maskę, tylko nie potrafi jej ściągnąć. 

Co do głupich decyzji, to jest to sedno opowiadania. Bohaterowie są w ciągłym pościgu, a dookoła jest wojna. Do tego strach, emocje. Tak głupie decyzje, są w moim odczuciu bardziej wiarygodne, niż mądre. Wszystko działo się bardzo szybko. Ja tak sobie wyobrażam wojnę, ten chaos, masę błędnych decyzji, emocje, strach. Ale to tylko moja wizja. 

Na plus – narracja prowadzona dwuosobowo i nagłe przejście na trzecią perspektywę na końcu. No znasz się na budowaniu klimatu, oj znasz.

Bardzo dziękuję, to wielki komplement, miło mi!

Całość wypada trochę jakbyś chciał za pomocą tej tragicznej, ale generalnie prostej opowieści przedstawić świat. Wyobrażam sobie to jako prolog do powieści postapo. Wybrzmiałoby to mocno, znakomicie. Natomiast jako samodzielny tekst, jest po prostu niezłe.

No i masz Ci los, naprawdę sporo pozmieniałem, żeby jednak bardziej wybrzmiała historia, a mniej próba światotwórstwa. Ale jeśli tak uważasz, znaczy, że nie do końca się udało. To ważna uwaga.

I z ciekawości – dopasowujesz obrazy Mamy do tekstów, czy może one są inspiracją? Oczywiście malunek otoczony Twoją opowieścią wypada kapitalnie!

Wszystko zależy. Akurat w tym wypadku miałem pomysł na opowiadanie już długo przed dopasowaniem obrazu, ale stwierdziłem, że przejrzę jej pracę i ten pasował idealnie. Ale bywa różnie.

Dziękuję Ci bardzo za opinię i klika, mam nadzieję, że następnym razem trafię w Twoje gusta bardziej. Obiecuję, że będę się starał!

Pozdrawiam serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Cześć MichaelBullfinch

 

Akcja non-stop :) To jest bardzo fajne. Fajnie wplotłeś wątki ze świata który jest technologicznie bardzo zaawansowany. Czytało się super, bo akcja trzyma czytającego przy tekście i chce się dalej czytać bez przerwy.

 

Dobry tekst!!! Pozdrawiam serdecznie.

Jestem niepełnosprawny...

Hej Dawidzie,

Cieszę się, że opowiadanie tak przypadło Ci do gustu. Dziękuję za komentarz.

Pozdrawiam serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Wtrącę się do dyskusji… :)

O ile dobrze kojarzę całą fabułę (w międzyczasie przeczytałam już tyle innych opowiadań, że pewne treści mogą umykać), maska była za mocno wrośnięta i “zgrzana z ciałem”, bohater próbował już wcześniej ją zerwać, lecz nie dawał rady, do tego obawiał się – zresztą, słusznie – napotkania kolejnego patrolu wroga, więc nie mógł ściągnąć jej zbyt wcześnie. :) W sytuacji ekstremalnej, wojennej, biegnąc i chowając się przed wrogami, dźwigając broń i sprawdzając jednocześnie namiary miejsca pobytu bliskich, raczej nikt nie ma czasu szarpać się ciągle z maską. :)

Zakończenie moim zdaniem nie było przewidywalne, bo ja akurat gorąco im kibicowałam i wierzyłam w happy end. :)

 

Mam nadzieję, że nie boli za bardzo, jesteś nam tu wszystkim potrzebna! Haha

 

Gonię resztkami sił. Dzięki serdeczne. Pozdrawiam. :) 

Pecunia non olet

Lepiej bym tego bruce nie ujął. Dzięki za uzupełnienie wytłumaczeń, bo właśnie podobnie to widzę.

Gonię resztkami sił

Jeszcze wiele opowiadań przed nami! 

Pozdrawiam! heart

You cannot petition the Lord with prayer!

Powodzenia, dziękuję i pozdrawiam. heartsmiley

Pecunia non olet

Witam pobetniczo i powtarzam:

 

Jest bardzo fajnie – klimatyczne postapo, szybko do rzeczy, dużo akcji i z dobrze zbudowanym suspensem. Mogę być skrzywiony, bo gatunek mi podchodzi, ale mi się bardzo podobało.

 

Zakończenie o tym, że nie ściągnął maski osobiście nie wydało mi się niewiarygodne – ponownie, jako samiec beta tego opowiadania mogę być skrzywiony, ale chaos i nieszczęścia w takiej sytuacji wydają się uzasadnione, a dodatkowo było to zwiastowane, więc moim zdaniem to zakończenie zagrało.

 

 

Pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Tak ad vocem do wszystkich – nawet nie próbuję formułować zarzutu, że tekst jest niewiarygodny. Rozumiem chaos konfliktu itp. to sensowne wyjaśnienia. Opko zresztą do biblioteki nominowałem, bo absolutnie tam jego miejsce.

Miałem na myśli brak czegoś jeszcze, żeby z solidnego 5 wyciągnąć na 6 :)

 

Ale, Michaleu – piszesz świetnie (klimacik mmmm) i ponownie, gdyby to był prolog do powieści postapo, to byłby mistrzowski i na ciąg dalszy książki bym się rzucił.

 

Pozdrowionka!

Pozdrawiam Wszystkich Dyskutujących. :) 

Pecunia non olet

 Serwus Michael,

 

bardzo fajne opowiadanie.

Dobrze się czyta, więc jest też dobrze napisane i ma wyraźny klimat. Czuć wojnę, dramat i przygnębiającą atmosferę. Ponieważ akcja dzieje się w Warszawie, naturalnie narzuciło mi się skojarzenie z powstaniem warszawskim oraz przebieganiem od barykady do barykady pod ostrzałem (skojarzenie oczywiście z filmów, nie z autopsji).

 

Dobrym zabiegiem jest rozdzielenie fabuły na dwie postacie. Ciekawie poznaje się te same miejsca i wydarzenia widziane z dwóch perspektyw. Nadaje to historii dodatkowego dramatyzmu – bohaterowie są już bardzo blisko siebie, a jednak wciąż trochę brakuje.

 

Sama przygoda, polegająca „tylko i aż” na dotarciu do miejsca spotkania, jest na tyle prosta, że pozwala skupić się na emocjach i przeżyciach bohaterów, bez konieczności rozplątywania skomplikowanej intrygi. To zdecydowany plus opowiadania.

 

Ciekawy jest też pomysł uczynienia z Meksykanów – i to karteli – światowej potęgi. Chyba pierwszy raz spotykam się z takim rozwiązaniem. Początkowo jest to zaskakujące („jak to, Meksyk nas napadł? Prędzej USA albo Chiny, ale Meksyk!?). Ostatecznie kupuję ten koncept. To jednak przyszłość, podróże czasoprzestrzenne itd.

 

Co do treści: podobnie jak beeeecki, nie bardzo wiedziałem, dlaczego Meksykanie do niego strzelali. Wyjaśniłeś to później w komentarzu i wtedy wszystko stało się jasne, ale sam raczej bym na to nie wpadł, że konsekwentne używanie określenia „kartelowcy” zamiast „żołnierze” ma sugerować, że są „mniej rozgarnięci”

 

Zakończenie jest dobre i dramatyczne, ale…

Nie wiem, jak inni czytelnicy, jednak od momentu, gdy bohater założył wrogi mundur, podejrzewałem, że może się to tak skończyć. A Gdy maska „przykleiła” mu się do twarzy, byłem już właściwie pewien. Zaskoczenia więc nie było, choć w żaden sposób nie traktuj tego jako zarzutu.

 

Rozdział X – rozumiem, że skoro został pokazany w takiej formie, był to świadomy wybór i dokładnie taki był koncept. Zastanawiałbym się jednak, czy był on konieczny, bo w gruncie rzeczy powtarza to samo, co rozdział IX. Wcześniej podwójna perspektywa miała sens – oglądaliśmy te same miejsca w różnym czasie. Tutaj mamy to samo wydarzenie w tej samej chwili, bez nowej informacji, a perspektywa dwóch odrębnych postaci właściwie zanika. Rozdziały IX–X mogłyby funkcjonować jako jeden wspólny rozdział z jednej perspektywy.

 

Gratuluję opowiadania.

Pozdrawiam i klikam

rr

Znakomicie pokazałeś okropny świat, a na jego tle szalenie dramatyczne losy bohaterów. I choć cały czas miałam nadzieję, że, mimo trudności, rozdzieleni bohaterowie odnajdą się, to nie ukrywam, że nie opuszczało mnie przeczucie, że finał tej historii nie może być satysfakcjonujący.

Wrogi mundur okazał się „bronią obosieczną” – owszem, pozwolił bohaterowi dotrzeć do celu, ale stał się też powodem śmierci najbliższych.

Obraz Twojej Mamy, włączony do opowiadania, okazał się doskonałą ilustracją.

Ufając, że poprawisz usterki, biegnę do klikarni.

 

„Jeśli kie­dy­kol­wiek zo­sta­nie­my od­cię­ci, spo­tka­my się tam.” → „Jeśli kie­dy­kol­wiek zo­sta­nie­my od­cię­ci, spo­tka­my się tam”.

Kropkę stawiamy po zamknięciu cudzysłowu.

 

Zsu­ną­łem się w dół i za­czą­łem biec. → Czy dookreślenie jest konieczne? Czy mógł zsunąć się w górę?

 

Za­wie­si­łam od­dech, pa­trząc mu w oczy. → A może: Wstrzymałam od­dech, pa­trząc mu w oczy.

 

Po­wie­dzieć: „Prze­pra­szam.” „Ko­cham cię.” „Nie wie­dzia­łam.” → Po­wie­dzieć: „Prze­pra­szam”.Ko­cham cię”. „Nie wie­dzia­łam”.

 

Wi­dzia­łam, jak skła­da się nade mną, jakby chciał nas otu­lić wła­snym cia­łem… → A może: Wi­dzia­łam, jak pochyla się/ kłoni się nade mną, jakby chciał nas otu­lić wła­snym cia­łem

Nie bardzo wiem, jak człowiek mógłby się składać.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Zakapiorze,

Dzięki jeszcze raz za bardzo przydatne uwagi w becie i za pozytywny odbiór. To była wielka pomoc! Co do zakończenia, widzę to tak samo.

 

beeeecki,

Jasne, ja się nie wykłócam, chciałem przybliżyć tylko jak ja to widzę. Odbieram Twój komentarz jako pozytywny i bardzo Ci za niego dziękuję. Nad książką nigdy nie myślałem, ale może, może…

 

Robercie,

Dzięki wielkie za tak uważną lekturę i życzliwy komentarz – serio, to jeden z tych komentarzy, po których człowiek ma poczucie, że ktoś naprawdę wszedł w tekst, a nie tylko go “przeleciał wzrokiem”.

Ponieważ akcja dzieje się w Warszawie, naturalnie narzuciło mi się skojarzenie z powstaniem warszawskim oraz przebieganiem od barykady do barykady pod ostrzałem

Bardzo trafne jest skojarzenie z przebieganiem od barykady do barykady – dokładnie o takie poczucie osaczenia i chaosu mi chodziło.

Początkowo jest to zaskakujące („jak to, Meksyk nas napadł? Prędzej USA albo Chiny, ale Meksyk!?

Finalnie nie wiemy jakie Państwa uciekły na Erebos, ale Chyny i USA padają, stąd też przetasowanie sił.

 

Fajnie też, że podwójna perspektywa zadziałała i że sama prostota celu, „dotrzeć na miejsce”, nie przeszkadzała, tylko raczej pozwalała skupić się na emocjach. Zresztą było to zamierzone, zamysłem było, żeby dwie historie biegły równolegle, czyli stopniowe pokazywanie świata, odkrywanie co się wydarzyło, że mocarstwa zniknęły, ze reszta ludności ma do nich tak wielki żal, że nastała tak na pierwszy rzut oka nielogiczna wojna, bo Polska-Meksyk spotykało się raczej co najwyżej na MŚ w piłkę nożną. Druga historia to wątek główny. W mojej opinii nie mogła być zbyt zawiła i wielowątkowa, bo byłoby to za dużo na opowiadanie przy tak rozbudowanej wizji świata, którą jednak trzeba sobie w pojedynczych sytuacjach zlepiać w głowie. 

Co do zakończenia – pewnie masz rację, że od momentu założenia munduru i szczególnie po „przyklejeniu się” maski można się domyślać, dokąd to zmierza. Chociaż nie spodziewałem się, że aż tak przewidywalne jak opisałeś. I faktycznie, to nie było pomyślane jako twist czy zaskoczenie. Bardziej jako coś w rodzaju powolnego domykania pułapki, gdzie czytelnik widzi nadciągającą katastrofę i ma nadzieję, że jednak się nie wydarzy. Bardziej tragedia niż plot twist. Ostatnio widzę, że każdy oczekuje plot twistów, im dziwniejszy, tym lepiej oceniany. Ja też lubię je robić, ale w moim odczuciu czasem warto postawić na klasyczne, ale mocne domknięcie. Więc postawiłem na zakończenie, myślę, mocne i tragiczne, ale odbierające czytelnikowi jakąkolwiek wiarę, którą pewnie miał przez czas czytania, że wszystko jakoś się ułoży.

Najwięcej się zastanawiam po Twoim komentarzu właśnie nad Rozdziałem X, o którym piszesz. Masz absolutnie rację, że fabularnie nie wnosi on nowej informacji i że IX i X dałoby się scalić w jeden rozdział z jednej perspektywy. Rozdział X był jednak bardzo świadomym wyborem – zależało mi na tym, żeby na chwilę odebrać czytelnikowi wiedzę, którą już ma, i wrzucić go w głowę matki dokładnie w tym samym momencie, bez tej „przewagi”, jaką daje perspektywa męża. Chciałem, żeby jej decyzja wybrzmiała jako coś absolutnie odruchowego, wynikającego z miłości i strachu, a nie jako tragiczne nieporozumienie, które my już rozumiemy, jeśli dobrze tłumaczę, bo mam problem w tym momencie opisać, co myślę. To była też jedna z myśli opowiadania. Ta perspektywa, to jak z różnych punktów siedzenia widzimy cos innego. Mężczyzna widzi ukochaną żonę, sam podkreśla, że musi ściągnąc maskę, a tu nagle jest ona scalona ze skórą, widzi, że sekundy uciekają, a żona sięga po tabletki. Zaczyna się panika i cały rozum pryska. Popatrz też na młodego Polaka. Z jednej strony jest widziany jako bohater, ratuje żonę. Dosłownie chwilę potem trafia na kogoś, kto w normalnych warunkach całowałby go za ratunek żony po stopach, a ten w tym chaosie go zabija. A finalnie też ratuje i mężowi życie, bo ma przedmiot, który mu pomaga się wydostać i dotrzeć do żony. Bardzo w rozdziale X, nieistotnym dla fabuły chciałem właśnie podkreślić perspektywę, no i oczywiście dodać emocji tej tragedii, wiadomo, klimat.

Dla mnie emocjonalnie ten rozdział był ważny. Kolejna rzecz którą chciałem zawrzeć w opowiadaniu jako myśl przewodnią to nadzieja. Zauważ, że mogła połknąć kapsułkę już wcześniej, pod kontenerem. Nie mogła wiedzieć, że zostanie uratowana, sytuacja była podobna jak na końcu. Ale ta nadzieja pchała ją, żeby wierzyć do końca, że mąż przyjdzie. Więc ten X rozdział był też takim brutalnym odebraniem jej tego w sposób ostateczny, przynajmniej tak długo, aż nie zrozumiała, co takiego zrobiła i jak bardzo się pomyliła, czym wracamy do perspektywy.

Jeszcze raz dzięki za komentarz i za bardzo uważne czytanie. 

 

reg,

Wrogi mundur okazał się „bronią obosieczną” – owszem, pozwolił bohaterowi dotrzeć do celu, ale stał się też powodem śmierci najbliższych.

Dokładnie tak. Dziękuję Ci za opinię i tak pozytywny odbiór. Poprawki naturalnie wprowadziłem, cieszę się, że jest ich tak mało! To bardzo cieszy, szczególnie porównując z poprzednimi tekstami!

 

Serdecznie Was wszystkich pozdrawiam!

 

 

You cannot petition the Lord with prayer!

Bardzo proszę, Michaelu. Ja też się cieszę, że usterek było niewiele. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Serwus jeszcze raz,

 

„to jeden z tych komentarzy, po których człowiek ma poczucie, że ktoś naprawdę wszedł w tekst, a nie tylko go “przeleciał wzrokiem” – bardzo mi miło to słyszeć, dziękuję.

„Finalnie nie wiemy jakie Państwa uciekły na Erebos, ale Chyny i USA padają, stąd też przetasowanie sił.” – atak Meksyku na Polskę jest początkowo zaskakujący, ale – jak pisałem wcześniej – to pomysł ciekawy, oryginalny i w pełni go kupuję. Nie spotkałem się dotąd ani w literaturze, ani w filmie z wizją wojny z Meksykiem toczącej się na ulicach Warszawy. Być może jesteś pierwszą osobą, która na to wpadła – ciekawe…

 

„W mojej opinii nie mogła być zbyt zawiła i wielowątkowa, bo byłoby to za dużo na opowiadanie przy tak rozbudowanej wizji świata, którą jednak trzeba sobie w pojedynczych sytuacjach zlepiać w głowie.” – Dokładnie. Dobrze zrobiłeś, stawiając na prostą fabułę, bo w tej historii liczą się przede wszystkim emocje, decyzje i rozterki bohaterów. Zbyt skomplikowana intryga mogłaby ten obraz niepotrzebnie zaciemnić. To było dobre posunięcie.

 

„Chociaż nie spodziewałem się, że aż tak przewidywalne jak opisałeś. I faktycznie, to nie było pomyślane jako twist czy zaskoczenie. Bardziej jako coś w rodzaju powolnego domykania pułapki, gdzie czytelnik widzi nadciągającą katastrofę i ma nadzieję, że jednak się nie wydarzy.” – przeczuwałem, czy też byłem pewien, że tak to się skończy, choć miałem jeszcze nadzieję. Jeśli taki był Twój zamiar, to się udał.

 

„Ostatnio widzę, że każdy oczekuje plot twistów, im dziwniejszy, tym lepiej oceniany. Ja też lubię je robić, ale w moim odczuciu czasem warto postawić na klasyczne, ale mocne domknięcie.” – Oczywiście, że warto. Twist nie jest warunkiem dobrego opowiadania, to tylko jedną z możliwych dróg. W wielu, a chyba nawet w zdecydowanej większości dobrych książek, nie ma finałowego twistu, a mimo to są rewelacyjne i pozostają w pamięci.

 

„Najwięcej się zastanawiam po Twoim komentarzu…

Dla mnie emocjonalnie ten rozdział był ważny…

… jak bardzo się pomyliła, czym wracamy do perspektywy.” – Podsumowując ten fragment Twojej wypowiedzi: sugestia połączenia rozdziałów IX–X nie była z mojej strony zarzutem, a jedynie luźnym spostrzeżeniem w ramach dyskusji nad tekstem. Nie chcę mówić, że gdybyś zrobił to inaczej, byłoby lepiej, bo co właściwie znaczy „lepiej”? Dla jednego czytelnika będzie tak, dla innego inaczej. To Twoje opowiadanie i przedstawiasz je w taki sposób, jaki uznałeś za właściwy.

 

Pozdrawiam

rr

Jasne Robercie, chciałem tylko wytłumaczyć swój punkt widzenia, bo wszystkie części Twojego komentarza miały jakieś trafne spostrzeżenia. 

atak Meksyku na Polskę jest początkowo zaskakujący, ale – jak pisałem wcześniej – to pomysł ciekawy, oryginalny i w pełni go kupuję. Nie spotkałem się dotąd ani w literaturze, ani w filmie z wizją wojny z Meksykiem toczącej się na ulicach Warszawy. Być może jesteś pierwszą osobą, która na to wpadła – ciekawe…

Hmm. No rzeczywiście nie widziałem czegoś takiego, pomysł ten wpadł mi do głowy już dawno temu, ale czułem, że nie jestem na to gotowy. Nie wiem czy teraz byłem, ale spróbowałem. Cieszę się, że uważasz go za oryginalny, to zawsze miłe.

przeczuwałem, czy też byłem pewien, że tak to się skończy, choć miałem jeszcze nadzieję. Jeśli taki był Twój zamiar, to się udał.

O, tym bardziej się cieszę, że udało się spełnić założenie!

 

Dzięki jeszcze raz za fajną dyskusję i wnikliwy komentarz. To znaczy dla mnie więcej niż kliki!

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Opowiadanie od pierwszych fragmentów skutecznie wciąga czytelnika w rzeczywistość permanentnego zagrożenia i niepewności. Dynamicznie prowadzona narracja oraz precyzyjnie dobrane opisy nie tylko budują sugestywne tło wydarzeń, lecz także potęgują wrażenie nieustannego pościgu i osaczenia. Wojna nie pełni tu roli samej scenografi, staje się wszechobecną siłą, która determinuje każdy ruch i każdą decyzję bohaterów.

 

Szczególnie przekonująco wypada warstwa psychologiczna postaci. Podejmowane przez bohatera wybory często odbiegają od chłodnej racjonalności, lecz właśnie dzięki temu brzmią autentycznie. Strach, miłość i desperacka walka o bliskich okazują się silniejszym impulsem niż rozsądek, co nie tylko uwiarygadnia przedstawione wydarzenia, ale też znacząco pogłębia emocjonalny ciężar opowieści.

 

Na uwagę zasługuje również umiejętne balansowanie między nadzieją a tragedią. Do samego końca towarzyszy czytelnikowi przekonanie, że w tym chaosie może jeszcze znaleźć się miejsce na ocalenie. Tragiczny i bolesny finał działa jednak z podwójną siłą – nie tylko domyka losy bohaterów, lecz przede wszystkim dobitnie podkreśla bezwzględność wojny jako doświadczenia niszczącego wszystko, co ludzkie.

 

Tekst jest dojrzały, emocjonalnie angażujący i długo pozostający w pamięci czytelnika.

 

 

Betweenthelines

Hej betweenthelines,

Właśnie widziałem, że przywitałaś się w wątku powitalnym, miło Cię gościć. Tym bardziej jest to dla mnie zaszczyt, ze swój pierwszy komentarz zamieściłaś pod moim opowiadaniem!

To przemiły wpis, naprawdę sprawiłaś mi nim wiele radości, cieszę się, że opowiadanie przypadło Ci do gustu i to tak bardzo!

Zwróciłaś uwagę na wiele rzeczy, które chciałem zawrzeć w opowiadaniu, więc czuję, że misja została w pewnym stopniu dobrze wykonana. 

Tekst jest dojrzały, emocjonalnie angażujący i długo pozostający w pamięci czytelnika.

To jeden z najlepszych komplementów jakie zdarzyło mi się przeczytać, bardzo Ci za niego dziękuję.

Serdecznie Cię pozdrawiam i mam nadzieję, że będę Cię gościć częściej!

You cannot petition the Lord with prayer!

Gutyn Morgyn,

 

Jedyny powód, dla którego jeszcze nie zwariowałem. Ona i nasz synek. 

Czyli dwa powody ;p

 

Gdy asteroida Orpheus IX pojawiła się na ekranach radarów dwadzieścia lat temu, mówili, że „mamy czas”. Potem mówili, że „technologia nas uratuje”. Ostatecznie ocaliła tylko wybranych. Reszta musiała zadbać sama o siebie. 

 

Jeden z nich odmeldował się

Szyk:

→ Jeden z nich się odmeldował

 

Zdołał krzyknąć krótkie: „¡Oye!”, po czym nóż, sprawnym ruchem, przeciął mu gardło.

Sam nóż nie jest w stanie przeciąć gardła. Chyba że jest jednocześnie magiczny i lewituje.

 

Kiedy wybiegłem z powrotem na ulicę, przebrany za wroga, powietrze uderzyło we mnie jak ściana.

Już to wiemy.

 

powietrze uderzyło we mnie jak ściana. Nie tylko gorące od detonacji – było ciężkie od napięcia, dymu, kurzu, strachu.

→ powietrze uderzyło we mnie jak ściana. Było gorące nie tylko od detonacji – wisiało w nim napięcie, dym, kurz. Strach.

 

Każdy tunel, który otwierali Meksykanie, był jak chirurgiczne cięcie w tkance miasta. 

Wooow, ładne.

 

Polska rosła szybko, za szybko, próbując spiąć rozpadającą się Europę w coś, co jeszcze dało się obronić. 

Polska Chrystusem narodów!

 

Wyszliśmy na ulicę. Powietrze było pełne pyłu. Syreny alarmowe wyły wściekle. Byłam przerażona.

W powietrzu unosił się pył.

 

Całą kolumnę kartelowców wysypujących się z pękniętej kieszeni przestrzennej, jak z otwartej rany.

→ Całą kolumnę kartelowców wysypujących się z pękniętej kieszeni przestrzennej jak z otwartej rany.

 

Zacisnęłam zęby i ruszyliśmy w stronę przemysłowych, metalowych konstrukcji. Jedynej opcji, jaka nam została. 

Zbędne, już to wiemy.

 

Nie chciałem pamiętać ich twarzy. W tym akcie było za dużo mechaniki i za mało serca. 

Oczywistość.

 

Żołnierze byli blisko, słyszałam ich kroki – ich buty charakterystycznie dudniły, jakby każdy z nich szedł inaczej, ale rytm pozostawał taki sam: polowanie.

Zaimkoza.

 

Trzymałam go tak. Długo.

Nie rozdzielałabym tego.

→ Trzymałam go tak długo.

 

Był tak młody, że miał jeszcze miękką twarz dziecka.

 

Prysnęło we mnie coś, czego nie umiałem nazwać. Jego krew, płynąca po chodniku, powoli docierała do twarzy, tak bladej, że widok ten przypominał flagę narodu, który właśnie zdradziłem, a który kochałem. Zaniosłem się cichym szlochem. 

To Prysnęło jest mylące. Bo myślałam przez chwilę, że faktycznie coś w niego prysnęło.

Zamieniłabym na: Pękło.

 

Ale cały świat już raz zaryzykował wszystko, bo bał się zostać.

Nie rozumiem. Bał się zostać czymś czy gdzieś?

 

teleportacja, czy jej śmierć? 

→ teleportacja czy jej śmierć? 

 

Jego milczenie było cięższe niż każdy krzyk. 

 

Polski żołnierz leżał na plecach, ręką przytrzymując rozszarpany brzuch. Był młody – bardzo. Młodszy, niż powinien być ktoś, kto oddaje życie za kraj. Patrzył na mnie, ale jakby nie rozumiał, co widzi. 

Przecież to ten żołnierz, co uratował jej życie i nie rozpoznała go?

 

Zauważyłam wejście między metalowe filary.

→ Zauważyłam wejście między metalowymi filarami.

 

czując jak adrenalina przykrywa strach.

Hmm, może bardziej:

→ czując, jak adrenalina tłumi strach.

 

kartelowcy mogli w każdej chwili się zorientować o ich obecności.

Brzmi niezgrabnie. Proponuję:

→ kartelowcy mogli w każdej chwili ich zobaczyć.

 

Jeden z nich miał obrączkę na palcu; innemu zdjęcie dziecka wystawało z kieszeni munduru. Te rzeczy bolały bardziej niż śmierć. 

W sensie, że obrączka i zdjęcie sprawiają ból?

 

Maska szybko przetłumaczyła na hiszpański. 

A to jest dla mnie niezrozumiałe. Skoro maska jest urządzeniem zaprojektowanym przez hiszpańskojęzycznych, to po co ma zaprogramowaną automatyczną opcję tłumaczenia na hiszpański?

 

Biegłam w górę po pochylonej platformie, trzymając synka za nóżki, żeby się nie osunął.

 

 

Synek zaczynał płakać ściszonym, zduszonym szlochem – takim, jaki wydaje dziecko, które próbuje być dzielne, tylko nie ma już żadnej innej obrony. 

W jaki sposób płacz może bronić?

 

Strzelali do kogoś na dole. Może do… do kogokolwiek, kto im przeszkadzał. 

 

widziałam miejsce, gdzie platforma była zasłonięta ciężkim kontenerem – jedyne miejsce, w którym mogliśmy się skryć. W którym mogłam po prostu go przytulić i zaczekać na męża.

Przytulić kontener?

 

Kroki. Metalowe, ciężkie.

Metalowe kroki? A co on jest, kurde, Robocop?

Ale nawet Robocop nie mógłby robić metalowych kroków.

 

Ale wtedy znów to usłyszałam. Kroki. Błysk światła. Ciężki oddech. I nagle wiedziałam jedno: 

Ktoś już tu jest.

:D Przepraszam, że się tak nabijam, ale sam przyznasz, że wyszło trochę topornie ;p

Spróbujmy to przerobić:

Wtedy zamarłam. Kątem oka dostrzegłam błysk światła. Coraz wyraźniej słyszałam kroki. Coraz bliżej. I bliżej…

 

Że już tu jest.

Brak podmiotu.

 

poczułem w powietrzu chłód wnikający w kości. Taki cichy, gęsty, ciężki. 

Chłód nie wydaje żadnych dźwięków.

 

Jakby sam uścisk mógł ich wrócić.

przywrócić

 

Kroki. Ciężkie, metalowe.

Grrr.

 

 

Uwielbiam ten efekt, gdy pisarz pisze na tyle plastycznie, że automatycznie w głowie odtwarza mi się film i widzę wyraźnie każdy kadr. Coś wspaniałego.

Motyw bohaterów nie jest oryginalny – żołnierz próbuje uratować swoją rodzinę, kobieta swoje dziecko – ale mi to nie przeszkadzało. Trudno się dziwić takiemu zabiegowi, bo zawsze działa i uwiarygadnia historię.

Jeśli chodzi o wady, to było za dużo powtórzeń. Kilka razy powtarzałeś, że bohater przebrał się za wroga, że plan B to jedyna opcja, a że mocarstwa uciekły, powtarzałeś na tyle często, że chyba zacznę ten fakt śpiewać jak piosenkę. Zwracaj na to uwagę w przyszłości: unikaj powtórzeń i nadmiernego tłumaczenia, trochę więcej wiary w inteligencję i skupienie czytelnika.

Grubszych błędów fabularnych czy logicznych nie zauważyłam, poza jednym: żona żołnierza też chyba musiała być żołnierką (panią żołnierz? Ech, te feminatywy), bo przeciętna kobieta raczej nie dałaby rady przebiec tylu kilometrów z dzieckiem na plecach, a potem jeszcze wchodzić na górę przez kilka pięter…

Końcowa scena smutna i wzruszająca. Normalnie Romeo i Julia (dziecko plus). Choć przez chwilę przemknęła mi myśl, że kobieta z dzieckiem mogliby spróbować zwrócić kapsułki… Ale domyślam się, że zostały tak zaprojektowane, by szybko zabić, żeby wróg nie mógł torturować ofiary czy coś.

Usunęłabym ostatni rozdział. Po pierwsze dlatego, że dziecko wcześniej ani razu się nie odzywało przez całą historię i ten monolog wewnętrzny wyszedł dość nienaturalnie, jakby ten rozdział został wepchnięty na siłę. Po drugie: wzruszeń w tej końcówce jest tak wiele, że monolog dziecka przekracza już tę emocjonalną granicę i sięga w stronę absurdu. Rozpacz męża i żony jest wystarczająca.

 

Wspomniane przeze mnie wady są jednak łatwe do poprawienia i uniknięcia w przyszłości, cały tekst wypadł zdecydowanie pozytywnie. Plastyczne opisy, umiejętność wczucia się w losy bohaterów i ładnie dopięty związek przyczynowo-skutkowy, który w sumie jest jednocześnie swoistą klamrą (bo przecież założenie munduru wroga przyczyniło się do szekspirowskiej tragedii) sprawiają, że nie pozostaje mi nic innego jak pochwalić i kliknąć do Biblioteki.

 

Pozdrawiam serdecznie i gratuluję świetnego tekstu!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Przecież to ten żołnierz, co uratował jej życie i nie rozpoznała go?

Oj nie, nie, nie. Żołnierz, który ją uratował, został zabity przez głównego bohatera przecież. To był „jakiś tam” żołnierz.

W jaki sposób płacz może bronić?

Oj, tu się mocno nie zgodzę. Płacz to obrona dziecka. Jak nawet mówi internet: „płacz jest kluczowym biologicznym i psychologicznym mechanizmem obronnym oraz przetrwania dziecka”

 

Przez te gify nie mogłem się skupić haha XD. 

Uwielbiam ten efekt, gdy pisarz pisze na tyle plastycznie, że automatycznie w głowie odtwarza mi się film i widzę wyraźnie każdy kadr. Coś wspaniałego.

Cudny komplement, bardzo mi miło!

Jeśli chodzi o wady, to było za dużo powtórzeń. Kilka razy powtarzałeś, że bohater przebrał się za wroga, że plan B to jedyna opcja, a że mocarstwa uciekły, powtarzałeś na tyle często, że chyba zacznę ten fakt śpiewać jak piosenkę. Zwracaj na to uwagę w przyszłości: unikaj powtórzeń i nadmiernego tłumaczenia, trochę więcej wiary w inteligencję i skupienie czytelnika.

Hmm. Może racja. Przyjrzę się temu.

Grubszych błędów fabularnych czy logicznych nie zauważyłam, poza jednym: żona żołnierza też chyba musiała być żołnierką (panią żołnierz? Ech, te feminatywy), bo przeciętna kobieta raczej nie dałaby rady przebiec tylu kilometrów z dzieckiem na plecach, a potem jeszcze wchodzić na górę przez kilka pięter…

Whaaaaat? Wiesz, dyskusje na temat tego co matka potrafi, a tym bardziej, jeśli musi obronić swoje dziecko, to naprawdę częsty temat. Żona nie była żołnierzem, ale wydaje mi się, że nawet nie musiała być jakoś niesamowicie wysportowana, żeby tego dokonać. Histeryczna siła, czyli nienaturalny wyrzut adrenaliny, myślę, że pozwoliłby jej na dużo więcej.

Choć przez chwilę przemknęła mi myśl, że kobieta z dzieckiem mogliby spróbować zwrócić kapsułki… Ale domyślam się, że zostały tak zaprojektowane, by szybko zabić, żeby wróg nie mógł torturować ofiary czy coś.

Tak, tak – tu akurat pomoc Zakapiora, najpierw pisałem o tabletkach, ale kapsułki przegryzasz i płyn działa dużo szybciej.

Usunęłabym ostatni rozdział. Po pierwsze dlatego, że dziecko wcześniej ani razu się nie odzywało przez całą historię i ten monolog wewnętrzny wyszedł dość nienaturalnie, jakby ten rozdział został wepchnięty na siłę. Po drugie: wzruszeń w tej końcówce jest tak wiele, że monolog dziecka przekracza już tę emocjonalną granicę i sięga w stronę absurdu. Rozpacz męża i żony jest wystarczająca.

Hmm. Tego się nie spodziewałem XD

Dla mnie ten rozdział jest czymś w rodzaju anty-puentу. Po całej wojnie, decyzjach dorosłych, ideologiach i technologiach chciałem oddać głos komuś, kto nie rozumie absolutnie nic z tego świata – i właśnie dlatego jego perspektywa jest najbardziej bolesna. Rozumiem o co Ci chodzi, ale zamysł dodania tego rozdziału był zupełnie inny, na własną odpowiedzialność zostawiam haha.

cały tekst wypadł zdecydowanie pozytywnie. Plastyczne opisy, umiejętność wczucia się w losy bohaterów i ładnie dopięty związek przyczynowo-skutkowy, który w sumie jest jednocześnie swoistą klamrą (bo przecież założenie munduru wroga przyczyniło się do szekspirowskiej tragedii) sprawiają, że nie pozostaje mi nic innego jak pochwalić i kliknąć do Biblioteki.

Dzięki wielkie, bardzo się cieszę, że Ci się podobało!

Poprawki zaraz wprowadzę, miło mi za taką opinię!

Pozdrawiam serdecznie!

EDIT: 

Jeszcze to

A to jest dla mnie niezrozumiałe. Skoro maska jest urządzeniem zaprojektowanym przez hiszpańskojęzycznych, to po co ma zaprogramowaną automatyczną opcję tłumaczenia na hiszpański?

Nowa Europa zakłada, że w armii jest wiele narodowości, bo Polska zajęła niektóre Państwa. Meksyk w porozumieniu z kartelami też bawi się w ekspansje, oczywiście nie jest to powiedziane dosłownie, ale skoro atakuje drugi największy kraj w zbudowanym świecie, to jest to dla mnie w miarę logiczne. Kartele sięgają też wielu Państw Ameryki Południowej, między innymi portugalskojęzycznej Brazylii. Takie maski, tłumaczące każdy język w czasie rzeczywistym, to moja wizja takiego obrotu spraw.

You cannot petition the Lord with prayer!

Ale dowaliłeś… Końcówka miażdży. A jeszcze na finiszu kopiesz leżącego i dajesz perspektywę umierającego dziecka… :( Cóż, mogłam się domyślić takiego zakończenia, skoro w przedmowie zaserwowałeś Baczyńskiego.

 

 

Ale zacznę od początku.

Lubię opowiadania, w których dużo się dzieje. U Ciebie akcji nie brakuje. Cały ten postapokaliptyczny świat (a raczej przedapokaliptyczny, bo asteroia nadal leci :D) jest bardzo pomysłowy. Szczególnie spodobała mi się kwestia całych państw z pierwszej dziesiątki, które zwinęły się na inną planetę. Początkowo trochę się gubiłam w tych „kieszeniach”, „maskach”, „dymach nad Warszawą”, nie wiedziałam co się dzieje! Ale z każdym nowym rozdziałem dowiadywałam się czegoś nowego o świecie i ten obraz stawał się klarowniejszy. Ogółem bardzo fajnie to wyszło i historia wciągnęła mnie od pierwszych zdań.

Jedyne czego bym się przyczepiła, to dlaczego, do jasnej anielki, wyznaczyli sobie za punkt spotkania jakąś przemysłową konstrukcję, która roiła się od Meksykanów? Powinni się umówić w jakimś lesie, choć pewnie w Warszawie nie ma lasów… No to w parku! Albo w jakimś niepozornym, małym garażu. :D  Rozumiem jeśli wróg pojawił się tam przypadkowo, ale skoro to miejsce miało potencjał do stania się placówką obserwacyjną, to nie powinno być ich planem B.

 

Klika do biblioteki już oddałam. Poczytam na dniach jeszcze raz i pomyślę nad klikiem piórkowym :)

 

Co mi się jeszcze rzuciło w oko:

 

Moje własne miasto mogło mnie teraz zabić jednym spojrzeniem.

To zdanie mi jakoś nie pasuje. Spojrzeniem? Może lepiej: Moje miasto mogło się teraz obrócić przeciw mnie?

 

Zabawki, buty, dokumenty, które ktoś oderwał od życia i wyrzucił na ulicę.

Nie rozumiem określenia „Oderwał od życia” i chyba powinno tutaj być „zgubione na ulicy”? Raczej nikt umyślnie nie wyrzuca dokumentów. Chyba, że to są przedmioty odebrane właścicielom i wyrzucone?

 

Asteroida wciąż leciała. Ziemi zostały ostatnie lata. A my uznaliśmy, że to dobry moment, by jeszcze raz sprawdzić, kto jest najsilniejszy.

Mocne! Fajne!

 

Synek na plecach zaciskał małe dłonie na kołnierzu.

Może wokół szyi?

 

Jakby sam uścisk mógł ich wrócić.

 

Przywrócić

 

Pozdrawiam! :) 

Hej Marszawa!

Bardzo mi miło po Twoim komentarzu! Cieszę się, że Ci się podobało!

Cóż, mogłam się domyślić takiego zakończenia, skoro w przedmowie zaserwowałeś Baczyńskiego.

Tak, to było trochę zamierzone, byłem ciekawy kto pierwszy tak to odbierze, już bruce pierwsza zauważyła, ale miała przewagę, że była w becie. Ale cieszę się, że nie było dla Ciebie przewidywalne.

. Ogółem bardzo fajnie to wyszło i historia wciągnęła mnie od pierwszych zdań.

Dziękuję! heart

Jedyne czego bym się przyczepiła, to dlaczego, do jasnej anielki, wyznaczyli sobie za punkt spotkania jakąś przemysłową konstrukcję, która roiła się od Meksykanów? Powinni się umówić w jakimś lesie, choć pewnie w Warszawie nie ma lasów… No to w parku! Albo w jakimś niepozornym, małym garażu. :D  Rozumiem jeśli wróg pojawił się tam przypadkowo, ale skoro to miejsce miało potencjał do stania się placówką obserwacyjną, to nie powinno być ich planem B.

Uczciwy zarzut, dlatego się odniosę najlepiej jak potrafię. Po pierwsze w „normalnym” świecie miałabyś oczywiście rację – las, park, garaż nawet brzmią rozsądniej niż wielka przemysłowa konstrukcja.

Tylko że właśnie o to mi chodziło, żeby to nie był normalny świat ani normalne myślenie. Plan B nie powstawał w momencie inwazji, tylko dużo wcześniej, jeszcze w czasach procedur, map ewakuacyjnych i przekonania, że wojsko polskie nad wszystkim panuje (czyli punkt 12-C powinien być uzbrojony po zęby przez Polaków, a wyszło, jak wyszło). Zauważ, że oni nie mieli jeszcze nawet pijęcia jak naprawdę działają kieszenie czasoprzestrzenne. Taka konstrukcja miała wtedy kilka zalet: była solidna, znana i łatwa do opisania jednym punktem na mapie. Czyli coś, co w głowie żołnierza i jego żony wydaje się „bezpieczne systemowo”, nawet jeśli nie brzmi romantycznie haha. 

Druga rzecz: oni nie planowali się tam ukrywać na długo. To nie miała być kryjówka ani azyl, tylko punkt kontaktowy – miejsce, gdzie da się dotrzeć różnymi trasami, nawet w chaosie, i skąd potem można się ewakuować dalej. Park czy garaż są super, dopóki miasto jeszcze działa jak miasto. Niepozorne miejsca, przestają być niepozorne, bo każda otwarta przestrzeń nastawia Cię na ryzyko odkrycia. A co do garażu, to jednak oni musieli z różnych punktów spotkać się w jednym, w miarę logicznym i po drodze. Poza tym nie dowiadujemy się co było dalsza częścią planu B. Można się domyślać, że to nie było tylko spotkanie, zeby się przytulali na metalu, tam musiał być jakiś głębszy zamysł.

No i jest jeszcze trzecia, najbardziej brutalna odpowiedź: Plan B okazał się złym planem.

Klika do biblioteki już oddałam. Poczytam na dniach jeszcze raz i pomyślę nad klikiem piórkowym :)

To naprawdę bardzo miłe, wiele dla mnie znaczy. Samo to, że o tym myślisz, jest dla mnie wielkim sukcesem!

Poprawki oczywiście naniosę, tylko pozwolę sobie to zrobić jutro, bo dzisiaj już ledwo żyję, ale zgadzam się z nimi.

Bardzo Ci dziękuje za ten komentarz i to, że zawsze wpadasz poczytać!

Pozdrawiam serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Oj nie, nie, nie. Żołnierz, który ją uratował, został zabity przez głównego bohatera przecież. To był „jakiś tam” żołnierz.

Aha, bo umarli chyba w tych samych pozach i dlatego mi się pomieszało.

 

Oj, tu się mocno nie zgodzę. Płacz to obrona dziecka. Jak nawet mówi internet: „płacz jest kluczowym biologicznym i psychologicznym mechanizmem obronnym oraz przetrwania dziecka”

W tym sensie tak, ale w sytuacji przedstawionej przez Ciebie płacz raczej był detektorem obecności. Choć płacz jest przecież odruchem i nie ma co się czepiać dziecka o odruch, wiadomo. Ale w porządku, to tylko sugestia.

 

Przez te gify nie mogłem się skupić haha XD. 

:D

 

Whaaaaat? Wiesz, dyskusje na temat tego co matka potrafi, a tym bardziej, jeśli musi obronić swoje dziecko, to naprawdę częsty temat. Żona nie była żołnierzem, ale wydaje mi się, że nawet nie musiała być jakoś niesamowicie wysportowana, żeby tego dokonać. Histeryczna siła, czyli nienaturalny wyrzut adrenaliny, myślę, że pozwoliłby jej na dużo więcej.

No, podobno adrenalina umożliwia nawet podnoszenie samochodu, więc czemu nie bieganie po schodach z dzieckiem na plecach… Może i racja.

 

Hmm. Tego się nie spodziewałem XD

Dla mnie ten rozdział jest czymś w rodzaju anty-puentу. Po całej wojnie, decyzjach dorosłych, ideologiach i technologiach chciałem oddać głos komuś, kto nie rozumie absolutnie nic z tego świata – i właśnie dlatego jego perspektywa jest najbardziej bolesna. Rozumiem o co Ci chodzi, ale zamysł dodania tego rozdziału był zupełnie inny, na własną odpowiedzialność zostawiam haha.

Oczywiście, to tylko sugestia. Dlatego napisałam: usunęłabym, ale Ty tu rządzisz.

 

Nowa Europa zakłada, że w armii jest wiele narodowości, bo Polska zajęła niektóre Państwa. Meksyk w porozumieniu z kartelami też bawi się w ekspansje, oczywiście nie jest to powiedziane dosłownie, ale skoro atakuje drugi największy kraj w zbudowanym świecie, to jest to dla mnie w miarę logiczne. Kartele sięgają też wielu Państw Ameryki Południowej, między innymi portugalskojęzycznej Brazylii. Takie maski, tłumaczące każdy język w czasie rzeczywistym, to moja wizja takiego obrotu spraw.

Dziękuję za wyjaśnienie, aczkolwiek nie jestem pewna, czy dla innych to też jest takie zrozumiałe samo przez się, ale chyba tak, skoro raczej nikt inny o tym nie wspominał.

 

Dzięki wielkie, bardzo się cieszę, że Ci się podobało!

Poprawki zaraz wprowadzę, miło mi za taką opinię!

Pozdrawiam serdecznie!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Bezsensowne śmierci. 

Facet nie powinien jej się pokazywać w masce. Miał przecież wszystkie dane: jak on wygląda, gdzie dokładnie ona jest, że ona ma kapsułki… OK, w nerwach mógł o tym nie pomyśleć. Ale powinien. I mógłby z daleka wrzeszczeć jej imię i nazwisko – nazwy własne są nieprzetłumaczalne. Albo śpiewać ich ulubioną piosenkę.

Wojna z Meksykiem. Dlaczego akurat z nami? W komentarzach piszesz, że Meksyk został pierwszą gospodarką, a my drugą. OK, ale warto w takim momencie tłuc się o hegemonię z kimś na antypodach? Debilizm, IMO. I dlaczego nam tak kiepsko idzie? Druga gospodarka i nic nie możemy zrobić z najeźdźcą? Mimo znajomości terenu? Bo te walki wyglądały na powtórkę z Powstania Warszawskiego – słabo zorganizowane, ale cholernie dzielne dzieciaki.

Mnie też zdziwiło, że maska automatycznie tłumaczy na hiszpański. Może dopisz jakiś komentarz o najemnikach walczących w tej armii?

Ale czytało się dobrze.

Babska logika rządzi!

Holly,

 

Aha, bo umarli chyba w tych samych pozach i dlatego mi się pomieszało

Tak, tylko jeden miał rozszarpany brzuch, a drugi był postrzelony w klatkę, taka mała różnica haha! 

Dziękuję za wyjaśnienie, aczkolwiek nie jestem pewna, czy dla innych to też jest takie zrozumiałe samo przez się, ale chyba tak, skoro raczej nikt inny o tym nie wspominał.

Może dodam jakieś jedno zdanie, żeby było to jaśniejsze. Pomyślę nad tym.

Dzięki jeszcze raz!

 

Finklo,

Dzięki za komentarz i za to, że mimo wszystko “czytało się dobrze” – to akurat zawsze cieszy. Mam jednak wrażenie, że większość uwag wynika z jakiejś osobistej interpretacji, a nie tego, co rzeczywiście jest w tekście. Postaram się odnieść, ale pozwalając sobie na odrobinę uszczypliwości za słowo “debilizm”, najchętniej zaprosiłbym Cię po prostu do ponownego przeczytania, tym razem uważniej. XD

No, ale dobra, po kolei:

Bezsensowne śmierci. 

Jak cała wojna, wydaje mi się, że o tym, między innymi, było to opowiadanie.

Facet nie powinien jej się pokazywać w masce. Miał przecież wszystkie dane: jak on wygląda, gdzie dokładnie ona jest, że ona ma kapsułki… OK, w nerwach mógł o tym nie pomyśleć. Ale powinien. I mógłby z daleka wrzeszczeć jej imię i nazwisko – nazwy własne są nieprzetłumaczalne. Albo śpiewać ich ulubioną piosenkę.

To nie jest kwestia “powinien / nie powinien”, tylko sekund, paniki i automatycznych odruchów, które w tym świecie są pokazane bardzo wyraźnie. On nie postanawia pokazać się w masce – on wpada na platformę w biegu, w stresie, z maską stopioną do twarzy, z automatycznym tłumaczeniem mowy i nie spodziewał się, ze kobieta by kiedykolwiek tych kapsułek uzyła (sama mówi potem, że się nie zgadzała nawet z ich rozdawaniem). Gdy widzi kapsułki, przestaje kalkulować, bo czas liczy się już w sekundach. I wtedy właśnie dochodzi do tragedii. Krzyczy – ale maska zamienia to w hiszpański rozkaz. To nie jest błąd bohatera “na chłodno”, tylko dokładnie ta sytuacja, w której racjonalne rozwiązania przestają być dostępne, przy takim stresie. To co piszesz brzmi sensownie z perspektywy czytelnika analizującego scenę po fakcie.

Krzyczenie imienia, nazwiska czy – tym bardziej – śpiewanie piosenek (które by się już tłumaczyły na hiszpański) w takim miejscu byłoby czystym samobójstwem, zanim w ogóle dotarłby do niej wzrokiem. On działa cicho, bo musi działać cicho. Przecież on widział GPS żony, ale tam mógł być każdy, to była strefa wojny, jak można się drzeć dookoła, jak obok mogą być jeszcze jakieś patrole? 

Wojna z Meksykiem. Dlaczego akurat z nami? W komentarzach piszesz, że Meksyk został pierwszą gospodarką, a my drugą. OK, ale warto w takim momencie tłuc się o hegemonię z kimś na antypodach? Debilizm, IMO.

Dziwi mnie, że z Twojej klawiatury padła ta opinia, ale okej, przyjrzyjmy się. W opowiadaniu nie ma wojny Polska kontra Meksyk, “bo tak”. Jest bardzo jasno powiedziane, że mowa o Meksyku działającym w porozumieniu z kartelami, czyli strukturami, które od dekad dysponują realnym, ciężkim sprzętem wojskowym i doświadczeniem bojowym:

Od kiedy Meksyk, w porozumieniu z kartelami, wyrósł na największą siłę po drugiej stronie globu, nie chodziło już o terytorium, tylko o zasoby. Energię. Metale. Wszystko, co dałoby szansę zbudować coś większego niż ich „kieszenie przestrzenne”

To nie jest konflikt ideologiczny ani geograficzny, tylko wojna o zasoby w świecie po ucieczce dawnych mocarstw, żeby też uciec. A określanie tego jako “debilizm” ignoruje połowę tego, co zostało zawarte w tłumaczeniu świata, jak i to, że kartele w rzeczywistości nierzadko dysponują arsenałem przewyższającym niejedno państwo. Pomijając fakt, że jest to jasno wytłumaczone już w pierwszym rozdziale.

I dlaczego nam tak kiepsko idzie? Druga gospodarka i nic nie możemy zrobić z najeźdźcą? Mimo znajomości terenu? Bo te walki wyglądały na powtórkę z Powstania Warszawskiego – słabo zorganizowane, ale cholernie dzielne dzieciaki.

Tu również opowiadanue mówi wprost, że: Polsce szło bardzo dobrze wcześniej (zdobyła dominację nad całą Europą), atak był niespodziewany, a przewaga Meksyku wynika z technologii, do której Polska nie ma dostępu.

Nawet zacytuję:

„Polska była silna, bardzo silna. Najsilniejsza w Europie. Ale Meksyk był… nieobliczalny.”

„Tunele czasoprzestrzenne nie dawały czasu na reakcję.”

„Każdy tunel, który otwierali Meksykanie, był jak chirurgiczne cięcie w tkance miasta.”

To, co widzimy w opowiadaniu, to pierwsze godziny ataku, mały wycinek wojny, chaos po teleportacyjnym blitzkriegu. To nie jest całościowy obraz konfliktu ani bilans sił, tylko moment zaskoczenia, w którym nawet najsilniejsze państwo wygląda bezradnie. To nie znaczy, że “nic nie może zrobić”, tylko że tu i teraz nie ma jeszcze czasu na reakcję. A co jak za godzinę wjedzie tam czeski batalion pod władzą Nowej Europy i zrobi kartelowcom kuku? 

Mnie też zdziwiło, że maska automatycznie tłumaczy na hiszpański. Może dopisz jakiś komentarz o najemnikach walczących w tej armii?

To przemyślę, może rzeczywiście warto jakoś to jaśniej zaznaczyć, żeby nie było wątpliwości.

Dzięki za przeczytanie i komentarz.

 

Pozdrawiam Was serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Postaram się odnieść, ale pozwalając sobie na odrobinę uszczypliwości za słowo “debilizm”, najchętniej zaprosiłbym Cię po prostu do ponownego przeczytania, tym razem uważniej. XD

Nie gniewaj się za to słowo. Wynika głównie z moich osobistych przekonań – wszystkie wojny uważam za głupie (no, dobrze, obronna jest w porządku). Czyli ostatecznie mogę uznać bitwę po Grunwaldem za sensowną, a resztę już raczej nie. Twojej polsko-meksykańskiej też nie. Przepraszam.

Dobra, rozumiem Twoje argumenty. Ale po ewakuacji najsilniejszych państw świata musiało zostać mnóstwo ziemi na budowanie farm wiatrowych i paneli fotowoltaicznych oraz wygrzebywanie minerałów. Może i Meksykanie mają przewagę techniczną, ale na pewno wielu żołnierzy zginie. IMO, nie warto aż tak drogo płacić za te metale. Zresztą u nas chyba nie ma ich jakoś wybitnie dużo. To Rosja leży na surowcach naturalnych.

Nie mam pojęcia, jak wygląda ta kieszonkowa logistyka, ale żołnierzom trzeba dostarczać amunicji, sprzętu, żarcia, lekarstw, mundurów… Nie przegrzeją się te tunele?

Innymi słowy – nie przekonasz mnie, że ta wojna ma sens. Szkoda czasu.

Oczywiście, nie oczekuję, że pozmieniasz w znaczącym stopniu tekst, żeby dostosować się do mojego pacyfizmu. :-) Tylko wyrażam swoją opinię na temat wojen w ogóle, a międzykontynentalnych w szczególe.

Babska logika rządzi!

Finklo,

Wynika głównie z moich osobistych przekonań – wszystkie wojny uważam za głupie (no, dobrze, obronna jest w porządku). Czyli ostatecznie mogę uznać bitwę po Grunwaldem za sensowną, a resztę już raczej nie. Twojej polsko-meksykańskiej też nie. Przepraszam.

Innymi słowy – nie przekonasz mnie, że ta wojna ma sens. Szkoda czasu.

Może nie wybrzmiało za pierwszy razem, pozwolę sobie powtórzyć:

Bezsensowne śmierci. 

Jak cała wojna, wydaje mi się, że o tym, między innymi, było to opowiadanie.

Przecież ja dosłownie o tym mówiłem. Ja też uważam się za pacyfistę, uważam wszelkie wojny za złe, głupie i żadna nie jest dla mnie zrozumiała i głównie to skłoniło mnie do napisania tego tekstu. A argumenty pisałem z punktu patrzenia Meksyku w moim opowiadaniu, to oni tak uważali i widocznie był to dla nich wystarczający powód.

Jeśli punkt wyjścia jest taki, że każda wojna poza stricte obronną jest z definicji bezsensowna, to tu faktycznie nie ma przestrzeni, żebyśmy się spotkali na poziomie czy ta wojna ma sens. Bo ta historia nie próbuje dowodzić, że ona ma sens. Wręcz przeciwnie.

To, co opisuję, to nie jest wojna racjonalna, opłacalna czy moralnie uzasadniona. To jest wojna, która wydarza się mimo tego, że nie powinna. Czy Meksyk mógł wydobywac surowce gdzie indziej? Na logikę ciężko, bo inne kraje zużyły większość do produkcji stabilizatorów większych niż kontrukcja w opowiadaniu, żeby przenieść całe Państwa.

Widziałam tylko czubki olbrzymich metalowych konstrukcji jakieś dwa kilometry dalej. Ale pewnie nawet one były maleńkie przy stabilizatorach tuneli czasoprzestrzennych, które przeniosły zdradzieckie mocarstwa z dala od końca świata.

Więc Meksyk bił się o surowce na terenach państw, które zostały. Nie wiemy tez dokładnie o jakie metale chodzi, to jest przyszłość, może o coś co dopiero odkryto, albo po prostu z całej Ameryki już pozbierali co sie da i teraz idą dalej. Ale historia ludzkości – i ta prawdziwa, i ta opowiedziana – pokazuje, że państwa bardzo rzadko wybierają rozwiązania optymalne, a bardzo często wybierają rozwiązania szybkie, agresywne i krótkowzroczne. Zwłaszcza wtedy, gdy stawką jest bycie po tej stronie, która przetrwa, mając asteroidę, która leci Ci za plecami. Myślę, że większość wojen, które miały naprawdę miejsce na świecie, była dwa razy durniejsza niż ta, mimo, że jak zaznaczam, każda jest bezsensowna.

Dlatego ta wojna w opowiadaniu nie jest ani rozsądna, ani nie jest warta swojej ceny. I dokładnie taka miała być. Bo dla bohaterów tej historii nie liczy się globalny bilans strat i zysków, tylko to, że ktoś zdecydował za nich, a oni muszą żyć (albo ginąć) w konsekwencjach tej decyzji. I to chciałem przekazać.

Rozgadałem się, zamiast napisać po prostu, że nie czuję potrzeby Cię przekonywać, że wojna ma sens, bo w moim tekście ona go nie ma, ale tak już mam, wybacz haha!

Pozdrawiam!

 

EDIT: Jeszcze to:

Nie mam pojęcia, jak wygląda ta kieszonkowa logistyka, ale żołnierzom trzeba dostarczać amunicji, sprzętu, żarcia, lekarstw, mundurów… Nie przegrzeją się te tunele?

Ja też nie wiem, powtórzę, to były pierwsze godziny wojny. Nie wiemy też ile tych stabilizatorów mieli, myślę, że sporo. Jeśli kiedyś napiszę drugą część to może się dowiemy czy się nie przegrzeją, tu nie miałem na to przestrzeni, bo wojna ledwo się zaczęła.

You cannot petition the Lord with prayer!

Aha. Ja odniosłam wrażenie, że słowo “debilizm” bardzo Cię ubodło. Ale skoro obydwoje się zgadzamy, że ta wojna nie miała sensu, to chyba nie ma tematu.

Kwestia, jak bardzo te większe kraje się przeniosły, wygląda na bardzo ciekawą. Bo przecież nie wykroiły “swojego” kawałka tortu aż do jądra Ziemi. Jeśli wykroiły, to już pozamiatane i bez asteroidy. Nie wiem, czy Księżyc by coś takiego przetrzymał. A jeśli zabrały tylko wierzchnią warstwę gruntu, do wszystkie rudy zrobiły się łatwiej dostępne o tę warstwę i dla pozostałych surowców powinno zostać po kokardki. 

Babska logika rządzi!

Aha. Ja odniosłam wrażenie, że słowo “debilizm” bardzo Cię ubodło. Ale skoro obydwoje się zgadzamy, że ta wojna nie miała sensu, to chyba nie ma tematu.

Ubodło pod tym kątem, że nie za bardzo rozumiem w jaki sposób to, ze wojna w tym opowiadaniu jest debilna jak każda inna, psuje opowiadanie. Odebrałem to jako duży zarzut do tekstu, tak jakby jedną z głównych rzeczy, jaka chcę przedstawić, że wojna nie ma sensu, a ludzie są zmuszeni ginąć za decyzje innych, Ty odbierasz jako argument, że wymyślona opowieść przeze mnie jest debilna. Że mój pomysł na świat jest debilny. Może za ostro to przyjąłem, ale przyznasz, że troszkę tak to zabrzmiało.

Kwestia, jak bardzo te większe kraje się przeniosły, wygląda na bardzo ciekawą. Bo przecież nie wykroiły “swojego” kawałka tortu aż do jądra Ziemi

Celowo tego nie doprecyzowałem, bo nie uważam, żeby to było do końca potrzebne. Raczej skłaniam się ku temu, że to była teleportacja ludzi, surowców, zapasów i infrastruktury. Tak, żeby po prostu zacząć “nowe zycie” na Erebos, czymkolwiek Erebos jest.

Nie wiem, czy Księżyc by coś takiego przetrzymał. A jeśli zabrały tylko wierzchnią warstwę gruntu, do wszystkie rudy zrobiły się łatwiej dostępne o tę warstwę i dla pozostałych surowców powinno zostać po kokardki. 

Nie zabrały gruntu, tyle mogę zdradzić. Weź pod uwagę, że Polska stała na czele całej Nowej Europy, nie jest powiedziane dokąd sięga jej dominacja. Mamy Ukrainę, Norwegię, Wielką Brytanię i część Rosji, która na ten moment tez mogła być pod władaniem Polski, bo nic nie wiemy o tym jak sobie radzą kraje azjatyckie i jakie w ogóle zostały na planecie. To jest naprawdę masa surowców, a mając kieszenie czasoprzestrzenne Meksykańce pewnie stwierdzili, że łatwiej, posłużyć się paskudną naturą ludzi i po prostu odebrać siłą.

You cannot petition the Lord with prayer!

Ave, Mi­cha­elu!

 

Kawał do­bre­go tek­stu na­pi­sa­łeś. Kon­cep­cja “znik­nię­cia” wszyst­kich mo­carstw, jako pod­sta­wa świa­ta przed­sta­wio­ne­go wy­pa­dła na­praw­dę ele­ganc­ko. Jest za­gro­że­nie z ko­smo­su, więc bo­ga­ci dają dyla, a resz­ta niech sobie radzi. No i ta resz­ta za­czy­na bru­tal­ną walkę o za­so­by. 

 

Czy na­paść Mek­sy­ku na Pol­skę jest bez­sen­sow­na? Prze­no­sząc do na­szych re­aliów, z pew­no­ścią, ale w Twoim świe­cie nie jest to takie jasne. Nasz kraj przed­sta­wiasz jako naj­więk­szą siłę w Eu­ro­pie (czyli cały Za­chód uciekł?), więc na­paść może mieć zna­cze­nie stra­te­gicz­ne. Tylko, że to jest hi­sto­ria (tra­gicz­na) po­szu­ku­ją­cych się mał­żon­ków i ich dziec­ka, więc kwe­stie tak­tycz­ne mają dla mnie mar­gi­nal­ne zna­cze­nie.

 

Dobrą ro­bo­tę zro­bi­ła pierw­szo­oso­bo­wa nar­ra­cja pro­wa­dzo­na z per­spek­ty­wy każ­de­go z mał­żon­ków. Tutaj ogrom­ne wy­ra­zy uzna­nia dla Cie­bie, bo na­praw­dę umie­jęt­nie od­da­łeś ich emo­cje, tę at­mos­fe­rę pędu, za­szczu­cia. Pod­czas lek­tu­ry mia­łem przed ocza­mi mi­gaw­ki z opi­sy­wa­nych przez Cie­bie wy­da­rzeń, a to wiel­ka sztu­ka.

 

Końcówka mocna i uderzająca w czuły punkt. Przejąłem się losem bohaterów, a to o czymś świadczy.

 

Pod wzglę­dem ję­zy­ko­wym na ni­czym się nie po­ty­ka­łem i ca­łość wy­pa­dła na­praw­dę przy­zwo­icie. 

 

Dzię­ku­ję Ci za na­praw­dę przy­jem­ną lek­tu­rę. Z mojej stro­ny leci no­mi­na­cja do piór­ka.

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Ave!

Kawał dobrego tekstu napisałeś. Koncepcja “zniknięcia” wszystkich mocarstw, jako podstawa świata przedstawionego wypadła naprawdę elegancko. Jest zagrożenie z kosmosu, więc bogaci dają dyla, a reszta niech sobie radzi. No i ta reszta zaczyna brutalną walkę o zasoby. 

Dziękuję bardzo!

Czy napaść Meksyku na Polskę jest bezsensowna? Przenosząc do naszych realiów, z pewnością, ale w Twoim świecie nie jest to takie jasne. Nasz kraj przedstawiasz jako największą siłę w Europie (czyli cały Zachód uciekł?), więc napaść może mieć znaczenie strategiczne. Tylko, że to jest historia (tragiczna) poszukujących się małżonków i ich dziecka, więc kwestie taktyczne mają dla mnie marginalne znaczenie.

O, to, to! Cieszę się, że to widzisz i tak odebrałeś.

Dobrą robotę zrobiła pierwszoosobowa narracja prowadzona z perspektywy każdego z małżonków. Tutaj ogromne wyrazy uznania dla Ciebie, bo naprawdę umiejętnie oddałeś ich emocje, tę atmosferę pędu, zaszczucia. Podczas lektury miałem przed oczami migawki z opisywanych przez Ciebie wydarzeń, a to wielka sztuka.

Nie masz pojęcia jak mi miło, to naprawdę wielki komplement, którym sprawiłeś mi wiele przyjemności!

Pod względem językowym na niczym się nie potykałem i całość wypadła naprawdę przyzwoicie.

:D !

Dziękuję Ci za naprawdę przyjemną lekturę. Z mojej strony leci nominacja do piórka.

Wow, to pierwszy raz kiedy moje opowiadanie będzie walczyć o piórko, bardzo Ci dziękuję. Jest to dla mnie wielki zaszczyt. Sama nominacja jest dla mnie powodem do olbrzymiej radości!

 

Serdecznie Cię pozdrawiam, dzięki za tak ciepły odbiór!

You cannot petition the Lord with prayer!

Ubodło pod tym kątem, że nie za bardzo rozumiem w jaki sposób to, ze wojna w tym opowiadaniu jest debilna jak każda inna, psuje opowiadanie. Odebrałem to jako duży zarzut do tekstu, tak jakby jedną z głównych rzeczy, jaka chcę przedstawić, że wojna nie ma sensu, a ludzie są zmuszeni ginąć za decyzje innych, Ty odbierasz jako argument, że wymyślona opowieść przeze mnie jest debilna. Że mój pomysł na świat jest debilny. Może za ostro to przyjąłem, ale przyznasz, że troszkę tak to zabrzmiało.

Dlatego zaczęłam trochę odkręcać. Mnie chodziło o to, że wojna jest debilna. Tekst o jej debilizmie jest w porządku. Przepraszam, nie chciałam, żebyś tak to odebrał.

Babska logika rządzi!

Dziękuję Ci za naprawdę przyjemną lekturę. Z mojej strony leci nominacja do piórka.

Skoro Cezar już ujawnił swoje zamiary i opowiadanie jest już tak czy siak nominowane, to nie mam co się już ukrywać. Też myślałam o nominacji, ale chciałam zachować sekret do podsumowania pierwszego dnia miesiąca :)

Gratulacje, Michealu, jak najbardziej zasłużona nominacja i trzymam kciuki za Piórko!

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Dlatego zaczęłam trochę odkręcać. Mnie chodziło o to, że wojna jest debilna. Tekst o jej debilizmie jest w porządku. Przepraszam, nie chciałam, żebyś tak to odebrał.

Jasne Finklo, nie jestem obrażony, spokojnie. Po to są dyskusje i komentarze, żeby takie coś sobie tłumaczyć. Dzięki wielkie za wyjaśnienie.

Skoro Cezar już ujawnił swoje zamiary i opowiadanie jest już tak czy siak nominowane, to nie mam co się już ukrywać. Też myślałam o nominacji, ale chciałam zachować sekret do podsumowania pierwszego dnia miesiąca :)

O Ty chochliku, hahaha! Dzięki wielkie Holly! To naprawdę przemiłe czytać takie wpisy.

Gratulacje, Michealu, jak najbardziej zasłużona nominacja i trzymam kciuki za Piórko!

Aww heart 

 

Pozdrawiam Was serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Skoro się Loża gremialnie coming outuje, to przyznam, że będę na TAK. :-)

Babska logika rządzi!

Hej, ale dużo tu tych komentarzy i długich:D. No to może dodam coś nowego albo i nie ;P. Podoba mi się pęd opowieści i wprowadzanie informacji, w trakcie biegu bohaterów, ale równocześnie mam wrażenie, że tego biegu jest zbyt dużo, a wynika to tylko z tego, że jeszcze czegoś nam nie powiedziałeś o świecie. Więc przyciął bym tekst tu i tam :). Właściwie, czy musimy wiedzieć to wszystko? Historia przejęcia kontroli przez Polskę i ataku Meksyku jest fajna, ale z drugiej strony opowiedziana przez bohaterów, więc sam nie wiem :P. Z drugiej strony narracja z pierwszej osoby pasuje do takiego przedstawienia świata… Z trzeciej strony bieg w opowiadaniu sprawia, że napięcie narasta, aż do finału – buduje atmosferę, czuć, że zaraz coś się skończy… Finał jest przejmujący, choć tyle razy zwracasz uwagę na maskę i mundur, że przewidziałem taki przebieg wydarzeń, co wcale nie przeszkodziło mi dobrze się bawić na końcówce ( jeśli mogę tak napisać ;P) – bo może jednak się mylę i wszystko skończy się dobrze. Więc napięcie, budowanie klimatu by walnąć z grubej rury na koniec wyszło super – i jeszcze trzecia perspektywą na koniec, ładnie to sobie wymyśliłeś:). No ale, jest też zgrzyt. Mam wrażenie, że za łatwo to poszło – przecież "nie" po hiszpańsku jest całkiem sugestywne, a była w umówionym miejscu. Czy nie przeszło jej przez myśl, że to może być mąż…? I czemu chłop nie ściągnął maski wcześniej, czemu wyskoczył na widok pudełka – nie przeszło mu przez myśl, że właśnie jego widok w mundurze może pchnąć żonę do ostateczności…? No i te pigułki, pojawiają się nagle, może gdybyś wspominał o nich wcześniej – że je ma, że nie zawaha się ich użyć, że każdy Polak mógł je dostać na wypadek pojmania przez Meksykanów… Zmierzam do tego, że wszystkie zabiegi okoliczności są bardzo wygodne ( dla autora) by tak zakończyć historię:). Opowiadanie bardzo mi się podobało ale widziałbym kilka mocnych cięć w środku historii i wrzucił coś co może zapowiadać tragedię ( i tak, to sugerujesz więc czemu by nie) czyli coś więcej o tabletkach i determinacji kobiety. No nic, mam dużo czasu by jeszcze pomyśleć o opowiadaniu :). Na razie gratuluję dobrego tekstu ( Tatuaż z krwii, też mi się bardzo podobał, więc idziesz w dobrym kierunku :)) i pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Michaelu, ja także nosiłam się z zamiarem odwiedzenia nominowalni i niniejszym informuję, że zamiar został donoszony jest należycie dojrzały, więc idę oddać głos. :) 

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Skoro się Loża gremialnie coming outuje, to przyznam, że będę na TAK. :-)

Finklo, no to tym bardziej myślę, że zbyt ofensywnie odebrałem Twój pierwszy komentarz. Wybacz. Dzięki wielki za TAK-a, to dla mnie niesamowicie miłe uczucie! :D

 

Hej Bardzie,

Podoba mi się pęd opowieści i wprowadzanie informacji, w trakcie biegu bohaterów, ale równocześnie mam wrażenie, że tego biegu jest zbyt dużo, a wynika to tylko z tego, że jeszcze czegoś nam nie powiedziałeś o świecie. Więc przyciął bym tekst tu i tam :)

Hmm, rozumiem zarzut, nie wiem, czy zaufasz mi na słowo, czy nie, ale zupełnie tak to nie wyglądało z mojej strony, jak pisałem. Betujący mi świadkami, bo znają tekst przed zmianami, że żadna scena nie była dopisana na siłę, żeby zrobic przestrzeń na opisywanie świata. Ale z drugiej strony co to zmienia, według Ciebie wypadałoby odchudzić, uczciwy zarzut. Subiektywny, ale uczciwy.

Finał jest przejmujący, choć tyle razy zwracasz uwagę na maskę i mundur, że przewidziałem taki przebieg wydarzeń, co wcale nie przeszkodziło mi dobrze się bawić na końcówce ( jeśli mogę tak napisać ;P) – bo może jednak się mylę i wszystko skończy się dobrze.

Tak, pozwolę sobie wkleić część odpowiedzi, jaką na podobną opinię zamieściłem Robertowi Raksowi, bo całkowicie rozumiem, że komentarzy jest zbyt wiele i są zbyt długie, żebyś je wszystkie czytał: “I faktycznie, to nie było pomyślane jako twist czy zaskoczenie. Bardziej jako coś w rodzaju powolnego domykania pułapki, gdzie czytelnik widzi nadciągającą katastrofę i ma nadzieję, że jednak się nie wydarzy. Bardziej tragedia niż plot twist”.

Więc napięcie, budowanie klimatu by walnąć z grubej rury na koniec wyszło super – i jeszcze trzecia perspektywą na koniec, ładnie to sobie wymyśliłeś:)

Dzięki!

No ale, jest też zgrzyt. Mam wrażenie, że za łatwo to poszło – przecież "nie" po hiszpańsku jest całkiem sugestywne, a była w umówionym miejscu. Czy nie przeszło jej przez myśl, że to może być mąż…? I czemu chłop nie ściągnął maski wcześniej, czemu wyskoczył na widok pudełka – nie przeszło mu przez myśl, że właśnie jego widok w mundurze może pchnąć żonę do ostateczności…? No i te pigułki, pojawiają się nagle, może gdybyś wspominał o nich wcześniej – że je ma, że nie zawaha się ich użyć, że każdy Polak mógł je dostać na wypadek pojmania przez Meksykanów… Zmierzam do tego, że wszystkie zabiegi okoliczności są bardzo wygodne ( dla autora) by tak zakończyć historię:).

“Nie” po hiszpańsku jest sugestywne, ale zauważ, że krzyknął, gdy zobaczył tabletki w rękach żony. Jak sama ona mówi: “Wiedziałam, co robią kobietom. Wiedziałam, co robią dzieciom. Wiedziałam, że nie dam się wziąć żywcem. Że nie dam im jego. Moje palce odnalazły pudełeczko w kieszeni.”, więc zakładam, że kartelowiec też nie chciałby, żeby wzięła tabletki, bo miałby bardzo złe plany wobec niej i mógłby krzyknąć “nie”. Do tego była w totalnym strachu, już nic nie było logiczne. 

Chłop nie ściągnął maski wcześniej, bo przecież po pierwsze nie wiedział czy nie ma jakiś patroli na konstrukcji, a po drugie była stopiona do twarzy. Myślę też, że biorąc pod uwagę, że żona wspomniała potem, że od początku była przeciwna kapsułkom, gdy rząd je rozdawał, mężczyźnie nawet nie przyszło do głowy, że mogłaby je użyć. Nie chciałem poruszać tematu wcześniej, bo jak sam trafnie zauważyłeś, mundur i maska i tak już trochę zdradzały możliwe zakończenie, chciałem chociaż jeden element zostawić jako zaskoczenie.

Wszystkie uwagi natomiast rozumiem, są to rzeczywiście kwestie sporne, które powtarzają się w komentarzach. Ja jednak będę uporczywie stał przy swoim, że te nie do końca mądre decyzje, podejmowane w tak krytycznych, stresogennych warunkach, są bardziej wiarygodne, niż mogłyby być decyzje mądre.

Opowiadanie bardzo mi się podobało ale widziałbym kilka mocnych cięć w środku historii i wrzucił coś co może zapowiadać tragedię ( i tak, to sugerujesz więc czemu by nie) czyli coś więcej o tabletkach i determinacji kobiety.

Bardzo się cieszę, że opowiadanie przypadło Ci do gustu. Uwagi uznaję za subiektywne, ale to nie znaczy, że nie są słuszne. Z pewnością o tym pomyślę na przyszłość.

No nic, mam dużo czasu by jeszcze pomyśleć o opowiadaniu :). Na razie gratuluję dobrego tekstu ( Tatuaż z krwii, też mi się bardzo podobał, więc idziesz w dobrym kierunku :)) i pozdrawiam :)

Oczywiście, samo to, że Loża będzie myśleć nad czymś, co stworzyłem, jest dla mnie wielkim osiągnięciem! Dzięki za dobre słowo, dokładne czytanie i ważną opinię!

 

Michaelu, ja także nosiłam się z zamiarem odwiedzenia nominowalni i niniejszym informuję, że zamiar został donoszony jest należycie dojrzały, więc idę oddać głos. :) 

O, kurczę. Ale mi miło. Nie otrzymać od Ciebie “wykonanie pozostawia wiele do życzenia”, to już sukces. A dostać nominację… cudo! Dziękuję bardzo reg!

 

Pozdrawiam Was bardzo serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Hej, wracam, ale widzę, że już do piórka nominować nie muszę. :D 

Ja powstrzymałam się tylko dlatego, że zaserwowałeś tragiczne obrazki i nie chciałam, żeby emocje wpływały na moją obiektywność. 

Cieszę się, że inni byli bardziej zdecydowani. Trzymam kciuki za piórko! :) 

MichaelBullfinch – masz rację, moje uwagi są czysto subiektywne, co oczywiście działa na korzyść tekstu :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

O, kurczę. Ale mi miło. Nie otrzymać od Ciebie “wykonanie pozostawia wiele do życzenia”, to już sukces. A dostać nominację… cudo! Dziękuję bardzo reg!

Bardzo proszę, Michaelu. Cieszę się razem z Tobą i życzę by podobne odczucia były Twoim częstym udziałem, choć, jak zauważyłam, nic nie dorówna wrażeniom doznanym przy pierwszej nominacji.

Powodzenia!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Ja powstrzymałam się tylko dlatego, że zaserwowałeś tragiczne obrazki i nie chciałam, żeby emocje wpływały na moją obiektywność. 

Całkowicie zrozumiałe Marszawo!

Trzymam kciuki za piórko! :) 

Dzięki za trzymacie kciuków i chęć nominacji! heart

 

MichaelBullfinch – masz rację, moje uwagi są czysto subiektywne, co oczywiście działa na korzyść tekstu :)

Ale mają swoje podstawy Bardzie, jakby nie było krótko piszę, takie uwagi są ważne, bo muszę też brać pod uwagę jak odbierze to czytelnik, a nie tylko jak widzę to ja.

 

Bardzo proszę, Michaelu. Cieszę się razem z Tobą i życzę by podobne odczucia były Twoim częstym udziałem, choć, jak zauważyłam, nic nie dorówna wrażeniom doznanym przy pierwszej nominacji.

Powodzenia!

Z pewnością reg! Dzięki jeszcze raz, cieszę się, że zawsze mogę liczyć na to, że mnie odwiedzisz!

You cannot petition the Lord with prayer!

…cieszę się, że zawsze mogę liczyć na to, że mnie odwiedzisz!

Z rzyjemnością, Michaelu, z przyjemnością!

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Finklo, no to tym bardziej myślę, że zbyt ofensywnie odebrałem Twój pierwszy komentarz. Wybacz.

Spoko, wyjaśniliśmy sobie, co było do wyjaśnienia, chyba nikt już nie żywi urazy.

Babska logika rządzi!

Nowa Fantastyka