ROZDZIAŁ I
Rok 2075
Biegłem przez zniszczoną Warszawę, a każdy krok odbijał się echem w przerażającej ciszy, jakby miasto wstrzymało oddech. Dym kładł się nisko – gęsty, lepki – wgryzał się w płuca niczym pył z cementu. Maska klasy Wraith-5, którą mieliśmy obowiązek nosić, filtrowała powietrze, ale i tak czułem smak spalenizny.
Tak właśnie wyglądał świat od pięciu lat. Nie po uderzeniu asteroidy – jeszcze nie. Po masowej ucieczce. Po tym, jak największe mocarstwa zniknęły, zostawiając resztę planety w stanie zawieszenia, między „jeszcze żyjemy” a „to tylko kwestia czasu”.
Biegłem, choć płuca paliły jak piekło, a powietrze cuchnęło śmiercią. Wiadomości w słuchawce meldowały chaos, a ja widziałem tylko jedno: sygnał GPS żony. Jedyne powody, dla których jeszcze nie zwariowałem. Ona i nasz synek.
Nadajnik w jej dłoni pulsował teraz czerwonym światłem na ekranie mojej opaski. Zmarszczyłem brwi. Coś było nie tak.
Szła w odwrotnym kierunku, niż znajdował się tunel prowadzący do schronu. Nie w stronę państwowego punktu ewakuacyjnego. Nie w stronę ratunku. Zmierzała do naszego planu B. Starej, przemysłowej konstrukcji na północy miasta – miejsca, o którym kiedyś powiedzieliśmy sobie: „Jeśli kiedykolwiek zostaniemy odcięci, spotkamy się tam”.
Zrozumiałem natychmiast. Meksykanie musieli zablokować główny tunel.
Od kiedy Meksyk, w porozumieniu z kartelami, wyrósł na największą siłę po drugiej stronie globu, nie chodziło już o terytorium, tylko o zasoby. Energię. Metale. Wszystko, co dałoby szansę zbudować coś większego niż ich „kieszenie przestrzenne”.
– Dowództwo, tu „Zefir-1” – sapnąłem, biegnąc. – Moja żona nie dotarła do schronu. Tunel został odcięty. Zmieniam kurs. Lecę po nią.
W słuchawce zaległa niebezpiecznie długa cisza. W końcu odezwał się głos pułkownika.
– Zefir-1, odrzucam. Masz utrzymać pozycję. To jest rozkaz.
Zwolniłem na moment. Od początku wiedziałem, że nie pójdzie gładko.
– Sir, tunel jest jedyną drogą do schronu. Jeśli po nią nie wrócę, ona zginie.
– To nie zmienia sytuacji – odpowiedział natychmiast. – Jeśli wejdziesz w sektor północny, przekroczysz linię operacyjną. Obszar częściowo zajęty. Brak rozpoznania. Brak osłony. Brak wsparcia. Nie poświęcimy kolejnego żołnierza.
– Nie proszę o wsparcie – warknąłem. – Informuję, że zmieniam kurs.
Cisza, jeszcze dłuższa. Przed zakończeniem transmisji usłyszałem coś, czego najmniej się spodziewałem:
– Powodzenia, synu.
Zacisnąłem zęby. Tyle mi wystarczyło.
Biegnij, do cholery, biegnij.
Gdy asteroida Orpheus IX pojawiła się na ekranach radarów dwadzieścia lat temu, mówili, że „mamy czas”. Potem mówili, że „technologia nas uratuje”. Ostatecznie ocaliła tylko wybranych. Reszta musiała zadbać sama o siebie.
Po chwili znalazłem się na placu, gdzie jeszcze trzy godziny temu stały stragany. Teraz były tylko strzępy metalu, ogień i zwłoki. Wiedziałem, że tędy się nie przedostanę, ale kanałem…
W pobliżu roiło się od meksykańskich żołnierzy – słyszałem ich krzyki, rozkazy, trzask stali. Znalazłem właz i zepchnąłem go kolanem. Smród kanału uderzył mnie jak cios w twarz. Stare rury, gnijący muł, gorące powietrze. Ale tu było bezpieczniej niż na powierzchni. Zsunąłem się i zacząłem biec. Woda chlupała pod butami. Echo powtarzało każdy krok – upiorne brzmienie, jakby ktoś za mną podążał.
Po jakimś kilometrze zatrzymałem się pod włazem prowadzącym na ulicę. Zajrzałem ostrożnie ponad krawędź. Dwóch żołnierzy. Z ciężkimi karabinami. Nie mogłem z nimi walczyć. Nie bezpośrednio.
Ale los dał mi coś, czego się nie spodziewałem. Jeden z nich się odmeldował i pobiegł w głąb miasta. Drugi ściągnął maskę, żeby zapalić papierosa. Tyłem do włazu, w którym się kryłem. Jego nieuwaga i niekompetencja były jak błogosławieństwo.
Cicho, bardzo cicho, wysunąłem się i zakradłem za plecy wroga. Dopadłem go szybciej niż zdążył się zaciągnąć. Zdołał krzyknąć krótkie: „¡Oye!”, po czym sprawnym ruchem ręki, przeciąłem mu gardło nożem. Jego ciało zepchnąłem w kanał.
Wskoczyłem za nim i zdarłem z wroga mundur. Wciągnąłem kamuflaż na siebie, szybko, mechanicznie. Maska, pancerz, identyfikator. Kiedy spojrzałem na swoje odbicie w kałuży, serce mi zamarło. Wyglądałem jak wróg. Moje miasto mogło się teraz obrócić przeciw mnie.
Ale ona… była tam, dokąd prowadził sygnał. Musiałem iść. Musiałem.
Kiedy wybiegłem z powrotem na ulicę powietrze uderzyło we mnie jak ściana. Było gorące nie tylko od detonacji – wisiało w nim napięcie, dym, kurz. Strach. Znałem ten zapach. Zbyt dobrze. Przypominał mi pierwsze naloty sprzed lat, gdy Polska dopiero zdobywała dominację w Nowej Europie.
Ale to było inne. Bardziej chaotyczne. Tunele czasoprzestrzenne nie dawały czasu na reakcję. Zabójcza broń, do której nie mieliśmy dostępu. W jednej chwili ulica była pusta – w następnej mogła stać się pełna wrogich żołnierzy. Kieszenie przestrzenne pękały jak bąble mydlane i wypuszczały oddziały, które wcześniej stały tysiące kilometrów dalej. To był koszmar dla logistyki. Koszmar dla cywili. Koszmar dla mnie.
Na jednym z murów ktoś wymalował czarną farbą: UCIEKLIŚCIE. MY ZOSTALIŚMY. Pod spodem krzywo dopisane: EREBOS WAS NIE ZBAWI, TCHÓRZE. Dziesięć postaci z flagami „zdradzieckich narodów”, zamiast głów, wisiało na szubienicach, nabazgranych koślawo.
Nie zatrzymałem się ani na moment. Jej sygnał przesuwał się wolno, ale pewnie – dokładnie w stronę punktu, który nazwaliśmy kiedyś planem B.
Wbiegłem między budynki, unikając wystrzałów, które już zaczynały rozrywać powietrze od południowej strony miasta. Cywile krzyczeli, przewracali się, biegli tam, dokąd biegła masa – bez celu, bez planu. Każdy tunel, który otwierali Meksykanie, był jak chirurgiczne cięcie w tkance miasta.
Przód, lewa strona, wylot na ulicę Bema. Usłyszałem w słuchawce głos oficera:
– Trzy kieszenie przestrzenne otwarte równocześnie. Oddziały Alfa i Bravo odcięte. Do punktu 12-C kieruje się oddział kartelowców.
12-C. To tam znajdowały się konstrukcje, gdzie miała się ukryć i czekać na mnie. Zacisnąłem zęby. Musiałem się pospieszyć, zdążyć przed nimi.
Polska była silna, bardzo silna. Najsilniejsza w Europie. Ale Meksyk był… nieobliczalny.
ROZDZIAŁ II
Nie byłam gotowa. Nikt nie był. „Wybuchy” w wiadomościach to jedno. Bomba, która trzęsie twoim blokiem – to drugie. Przyciskałam syna do piersi, kiedy schodziliśmy po schodach prawie na oślep, wśród krzyków ludzi i odgłosu łamiącego się szkła.
Przez lata mówili nam, że jeśli coś się zacznie, będzie czas. Procedury. Komunikaty. Ratunek. Że rządy zareagują. A potem wielkie państwa po prostu… zniknęły. I nagle okazało się, że czas jest luksusem.
Budynek, w którym mieszkaliśmy – stary, betonowy, wydawało się, że drży, jakby był z papieru.
– Mamo, co się dzieje? – spytał synek.
– Nic, kochanie. Biegniemy do bezpiecznego miejsca.
Sama nie wierzyłam w te słowa. Od kiedy Stany Zjednoczone, Chiny i cała reszta przeszły „na drugą stronę”, nikt już nie używał słowa „bezpieczne” bez ironii. Po zniknięciu mocarstw wszystko było tymczasowe. Granice. Plany. Schrony. Nawet mapy. Polska rosła szybko, za szybko, próbując spiąć rozpadającą się Europę w coś, co jeszcze dało się obronić.
Wyszliśmy na ulicę. W powietrzu unosił się pył. Syreny alarmowe wyły wściekle. Byłam przerażona. Ludzie pędzili w stronę schronów, ale ja wiedziałam już – wiedziałam od dawna – że nasze miejsce ewakuacyjne zostało przeniesione na drugą stronę rzeki.
Dwa tygodnie temu zamknięto wejście do bunkra pod naszym blokiem. Remont, awaria filtrów, wymiana instalacji – nikt nie umiał powiedzieć, co dokładnie. Miał funkcjonować dopiero za trzy dni. Trzy dni. Trzy pieprzone dni. Gdyby nie to, już byłabym za stalowymi drzwiami, razem z innymi.
A teraz… teraz zostałam sama. Sama z dzieckiem. Jedyną nadzieją dla nas był mój mąż.
Ale on walczył. W centrum. W ogniu. W miejscu, gdzie powołano go do służby w sekundę po pierwszym wybuchu.
Ruszyliśmy razem z tłumem w stronę tunelu prowadzącego do awaryjnego schronu – tej drugiej, pobocznej drogi, którą wyznaczono nam po zamknięciu starego wejścia. Miałam nadzieję, że zdążymy tam dotrzeć, zanim Meksykanie zaczną otwierać kieszenie przestrzenne w tej części miasta. Tak je nazywali w wiadomościach. Małe przejścia, krótkie błyski, z których wysypywali się żołnierze. Na gruzach technologii, dzięki której mocarstwa uciekły z naszej planety, Meksyk zbudował narzędzie wojny.
Nie zdążyliśmy. Gdy tylko skręciliśmy w ulicę prowadzącą do tunelu, zobaczyłam ich. Całą kolumnę kartelowców wysypujących się z pękniętej kieszeni przestrzennej jak z otwartej rany. Droga do tunelu była odcięta. Nie mieliśmy najmniejszej szansy, by przebiec.
Wiedziałam, że mąż to zobaczy – sygnał z nadajnika w mojej dłoni był przesyłany bezpośrednio do niego. Kiedy zauważy, że zawracam… zrozumie, że idę do planu B. Tam, gdzie mieliśmy się spotkać, jeśli wszystko pójdzie źle.
Pomysł był głupi, ale jedyny. Jak cały ten świat po „wielkiej ucieczce”.
Zacisnęłam zęby i ruszyliśmy w stronę przemysłowych, metalowych konstrukcji.
Słyszałam kroki żołnierzy. Gdzieś z tyłu huczały wystrzały karabinów. Byli coraz bliżej. Wzięłam synka na plecy i zaczęłam biec.
Erebos. Kosmos. Ucieczka przed asteroidą. Teraz chciałam tylko tego, żeby moje dziecko przeżyło jeszcze jedną minutę. Tu, na Ziemi.
ROZDZIAŁ III
Maska dopasowała się do twarzy jak nowa skóra. Mundur wroga na moim ciele był obcy i wygodny zarazem – jego karbonowe włókna lepiły się lekko od potu, ale kamuflaż działał dokładnie tak, jak miał działać, byłem jednym z nich. Każdy krok w tej obcej skórze to zdrada, ale nie było innego wyjścia. Jeśli miałem ją znaleźć, musiałem myśleć i poruszać się jak oni.
GPS żarzył się na nadgarstku – stałe, czerwone światło wskazywało drogę. Puls w jego środku łomotał szybciej, jakby znał moje nerwy i chciał je uspokoić fałszywą pewnością. Jej sygnał dryfował właśnie w stronę konstrukcji magazynów energii – tych samych, które wyglądały jak kości wyrwane z kadłuba jakiegoś olbrzyma. Tam, wysoko, było nasze miejsce. I tam, jeśli Bóg lub los zechcą, ją znajdę.
Przedzierając się między zniszczonymi autobusami i połyskującymi od rozbitych szyb chodnikami, widziałem miasto takim, jakim nigdy nie chciałem widzieć: brudne, wybite z rytmu, z odłamkami codzienności porozrzucanymi po bruku. Zabawki, buty, dokumenty – fragmenty czyjegoś życia, zgubione w pośpiechu i strachu. Każdy przedmiot opowiadał historię, której nie miałem czasu wysłuchać.
W kałuży leżał przemoczony fragment gazety. Nagłówek ledwo dało się odczytać: „OSTATNIE PAŃSTWO DOSTAŁO SIĘ NA EREBOS. POWROTU NIE PRZEWIDZIANO. WIELKA ZDRADA? CZY JESTEŚMY STRACENI?”
Ktoś przekreślił tytuł i napisał: TCHÓRZE.
Na rogu zauważyłem patrol. Trzech żołnierzy w pełnym rynsztunku stało w typowych dla Meksykańców pozach – z jedną ręką trzymającą karabin i drugą zwisającą prosto wzdłuż ciała. Szli bez pośpiechu, jakby te ulice były ich domem. Nie mogli wiedzieć, że jeden z „nich” był inny.
Zatrzymałem się w cieniu, licząc im oddechy i obserwując każdy najdrobniejszy szczegół – ostrożność, ułożenie ciężaru, drobne sekundy, w których każdy człowiek pokazuje, że jest człowiekiem. Pamiętałem z treningów: znajdź rytm, wygraj chwilę.
Kiedy minęli mnie o trzy kroki, pozdrawiając, wygrzebałem nóż. Za moment miałem ich odwróconych plecami. Szybko, cicho – usunąłem pierwszego, wbiłem ostrze w szyję, przesunąłem mu się pod pachę i powoli – jakbyśmy tańczyli – bezszelestnie położyłem go na ziemi. Idący przed nim nawet się nie zorientowali. Drugi był blisko – zgarnąłem go za pas, rzuciłem na ziemię, pociągnąłem za spust kinetyka. Trzeci krzyknął, ale echo jego głosu zginęło w betonie, gdy pocisk przebił tchawicę. Dobrze, że mieli maski. Nie chciałem pamiętać ich twarzy. W tym akcie było za dużo mechaniki i za mało serca.
Tak wyglądał świat, który miał już dawno zniknąć. Asteroida wciąż leciała. Ziemi zostały ostatnie lata. A my uznaliśmy, że to dobry moment, by jeszcze raz sprawdzić, kto jest najsilniejszy.
ROZDZIAŁ IV
Myślałam, jak łatwo przyszło światu pogodzić się z tym, że część ludzi po prostu zniknęła. Całe kraje. Miliony istnień przeniesione „gdzieś indziej”. Nikt nie wiedział dokładnie, gdzie. Planeta Erebos, dla nas, zwykłych ludzi, była tylko pustym hasłem. Ostatnią nadzieją, na którą się nie załapaliśmy. Zostaliśmy, jakby to była kara za to, że nie znaleźliśmy się w pierwszej dziesiątce.
Biegłam dalej, choć każdy krok bolał mnie jak wbita pod paznokieć drzazga. W pewnym momencie wydawało mi się, że słyszę strzały tuż obok nas – takie krótkie, pojedyncze, jak sygnały wypuszczane przez kogoś, kto chce, by reszta oddziału go znalazła. Docierały do mnie hiszpańskie komendy, ale nie rozróżniałam słów, brzmiały jak jeden długi, wściekły krzyk.
Wiedziałam tylko jedno – nie wolno mi się zatrzymać.
Synek na plecach zaciskał małe dłonie wokół szyi. Czułam, jak drży całym ciałem. Każdy jego oddech był gorącym, szybkim strumieniem powietrza, zdradzającym strach kogoś, kto za moment się rozpłacze, ale wciąż się trzyma resztkami sił.
– Mamo… – usłyszałam. – Oni tu są…
– Ciii – syknęłam, ale nie z gniewu. Z rozpaczy.
Wpadliśmy między stare kontenery, jak w labirynt, gdzie każdy zakręt może być ślepym zaułkiem. Żołnierze byli blisko, słyszałam kroki – ich buty charakterystycznie dudniły, jakby każdy szedł inaczej, ale rytm pozostawał taki sam: polowanie.
Nagle z tyłu padł rozkaz.
– ¡Revisen allá!
Wiedzieli, że gdzieś tu jesteśmy. Byli pewni, że wybiegniemy na otwartą przestrzeń… a ja zrobiłam odwrotnie. Schyliłam się, niemal wcisnęłam w ziemię i wczołgałam pod kontener, wciągając synka za sobą. Cicho pisnął ze strachu, ale położyłam mu dłoń na ustach.
Trzymałam go tak. Długo. Chyba z minutę, może dwie, ale w mojej głowie to była wieczność.
Widziałam ich buty. Cztery pary. Szły, nagle przystanęły. Jeden z nich kopnął w bok kontenera. Drugi na chwilę przykucnął, jego palce dotykały piasku, jakby szukał świeżych śladów.
Proszę, nie patrz pod spód. Proszę…
Serce tłukło mi w piersi tak, że byłam pewna, iż on je słyszał. Myślałam, że zaraz po prostu zerwie się i nas wyszarpie.
Ale nie.
Nagle padły strzały. Ktoś upadł. Cudem stłumiłam krzyk, gdy patrzyły na mnie martwe oczy jednego z goniących nas żołnierzy. Synek zaniósł się płaczem z przerażenia. Wychyliłam się lekko spod kontenera. Polski żołnierz biegł dalej, sam. Młody chłopak. Porwana, zakrwawiona nogawka spodni latała mu na wietrze. W biegu ściągnął rozbitą maskę i wyrzucił na ulicę. Nawet nie wiedział, że uratował nam życie. Cichy bohater, który przedostał się za linię wroga.
Powodzenia, przyjacielu, obyś zabił ich wszystkich.
Wypełzłam powoli, potem stanęłam na nogach, wzięłam synka na plecy i zaczęłam biec – teraz szybciej, mocniej, bez cienia zawahania.
Nie wiedziałam, gdzie jestem. Czy kieruję się dobrze. Widziałam tylko czubki olbrzymich metalowych konstrukcji jakieś dwa kilometry dalej. Ale pewnie nawet one były maleńkie przy stabilizatorach tuneli czasoprzestrzennych, które przeniosły zdradzieckie mocarstwa z dala od końca świata.
Jedna myśl pchała mnie naprzód jak fala: On gdzieś tu jest. On żyje. On mnie szuka. Muszę zdążyć. I tak długo, jak będę biegła – nasze drogi jeszcze mogą się przeciąć.
ROZDZIAŁ V
Droga była dłuższa niż myślałem. Miasto po tym teleportacyjnym blitzkriegu nie przypominało niczego, co znałem. Ściany miały wypalone, kwadratowe, krwawe plamy – miejsca, gdzie tunel się zaciął, przeniósł fragmenty uwięzionych w nim żołnierzy w losowy punkt. W pewnym momencie skręciłem w wąski korytarz między budynkami. Byłem blisko.
Wtedy go zobaczyłem. Polski żołnierz z karabinem przy policzku. Porwana nogawka munduru odsłaniała ranną łydkę. Nie miał maski, musiał wiele przejść. Chował się za metalowym kontenerem. Broń miał gotową do strzału.
I wtedy dotarło do mnie, że patrzył prosto na mnie.
Na mój mundur.
Na mój… cholera.
– Stój! – wrzasnął.
Chciałem krzyknąć, że jestem swój. Ale modulacja maski zmieniała słowa na hiszpański. Nadawała zawsze w języku operacyjnym oddziału – nie dało się tego wyłączyć. Chłopak strzelił. Pocisk przeszył powietrze o centymetr od mojej głowy. Refleks wziął górę nad myśleniem.
Strzeliłem. Trafiłem w pierś. W serce. Upadł. Podbiegłem. Uklęknąłem przy nim. Chłopak. Może osiemnaście lat. Był tak młody, że miał jeszcze miękką twarz dziecka. Co robiłeś tu sam, za linią wroga? Też kogoś szukałeś? Kogoś ratowałeś?
Jego oczy były przerażone. Zaskoczone. Jakby nie wierzył, że to koniec.
– Przepraszam cię… chłopcze, przepraszam… – szeptałem. – Ja tylko… ja muszę… muszę znaleźć żonę… synka…
Chłopak splunął tylko ostatkiem sił prosto w godło na „moim” mundurze. I miał rację.
Po kilku sekundach oczy przestały się ruszać.
Poczułem zimno w kręgosłupie. Palec, którym nacisnąłem spust, wciąż się trząsł. Zabiłeś swojego. Zabiłeś dziecko.
Pękło we mnie coś, czego nie umiałem nazwać. Jego krew, płynąca po chodniku, powoli docierała do twarzy, tak bladej, że widok ten przypominał flagę narodu, który właśnie zdradziłem, a który kochałem. Zaniosłem się cichym szlochem.
A potem wstałem, bo musiałem. Bo ona tam była. I jeśli się spóźnię – wszyscy umrzemy na darmo.
Nagle usłyszałem wrzaski. Ktoś musiał gonić tego młodzieńca. Cały oddział meksykańskich żołnierzy wyłonił się zza jednego z magazynów dwieście metrów dalej. Pierwsze strzały padły w moją stronę. Uchyliłem się. Dla nich byłem tylko sylwetką przy ciele.
Wtedy właśnie to zobaczyłem. Mały, metalowy przedmiot wystający z kieszeni Polaka. Stabilizator kieszeni czasoprzestrzennych.
Słyszałem o tym, jak działa, tylko na szkoleniach wojskowych, gdzie dowódcy sami nie byli pewni, o czym mówią, cała wiedza pochodziła z zeznań szpiegów Nowej Europy. Wyciągnąłem błyskawicznie rękę po gładki, czarny moduł wielkości dłoni, jeszcze ciepły.
Chłopak musiał ukraść go jakiemuś zabitemu żołnierzowi. Dobra robota, szkoda tylko, że trafiłeś na mnie.
Przeturlałem się szybko za jeden z kontenerów, nie miałem czasu. Żołnierze nie przestawali strzelać, byłem w pułapce.
Wcisnąłem czerwony przycisk na środku stabilizatora.
Urządzenie zareagowało na dotyk – rozwinęło się jak metalowy kwiat, odsłaniając ekran, pulsujący fioletowym światłem. Poczułem, jak włosy na karku mi się jeżą. Zacząłem biec, żeby zyskać chociaż kilka sekund. Ekran wyświetlił mapę. W pędzie starałem się odszukać punkt 12-C.
Gdy go zaznaczyłem, głos w głowie krzyczał, że to głupi pomysł. Że teleporty, manipulowanie czasem, przestrzenią – to nie jest zabawka. Że jeden błąd i… nigdy mnie nie poskładają.
Ale cały świat już raz zaryzykował wszystko, bo bał się tu zostać. Ja zrobiłem dokładnie to samo. Czy miałem wybór?
Czułem, jakby w żołądku zacieśniała się metalowa obręcz. Zapytałem sam siebie: co cię bardziej przeraża – teleportacja czy jej śmierć?
Wcisnąłem przycisk z całej siły. Energia, która zadrżała, jakby mnie wyczuła. A potem obraz konstrukcji pojawił się w mojej głowie. Świat gwałtownie zgiął się do wewnątrz.
Ból przeszył ciało jak eksplozja. Coś chwyciło mnie od środka i przeciągnęło przez szczelinę, której nie widziałem – tylko czułem, jakbym był zrobiony z rozciągliwej folii, rozrywanej i zaginanej przez nieistniejące dłonie.
Krzyknąłem, ale krzyk rozpłynął się w nicości.
ROZDZIAŁ VI
Biegłam dalej, a każdy oddech palił mnie w płucach jak gorący popiół. Miasto zmieniało się w coś obcego – jakby teleporty pourywały kawałki rzeczywistości i zostawiły tylko strzępy. Na ścianach widziałam blizny po przejściach, powykręcane geometryczne wypalenia, od których unosił się zapach czegoś… spalonego, nieludzkiego.
Syn wtulił twarz w moją szyję. Nie mówił już nic. Jego milczenie było cięższe niż krzyk.
Im bliżej konstrukcji, tym robiło się dziwniej. Powietrze gęstniało, drgało jak pole magnetyczne. Słyszałam coś, co przypominało brzęczenie skrzydeł, ale monotonne, równomierne. Pierwszy raz zaczynałam myśleć, że to miejsce żyje. Albo umiera. Albo jedno i drugie naraz. To było coś gorszego niż koniec świata. Raczej jego źle zszyta resztka.
Mówili w wiadomościach, że po „tamtej stronie” już pewnie oddychają spokojniej. Że mają wodę, ziemię i czas. Tutaj zostało nam tylko czekanie. Nikt nie mógł tak naprawdę wiedzieć, co działo się na Erebos, ale każdy miał prawo czuć żal, że nie było mu dane przekonać się na własnej skórze.
Kiedy mijałam zwalony budynek, usłyszałam stuknięcie. Potem cichy jęk. Zatrzymałam się, choć nie powinnam. Serce krzyczało: biegnij. Matczyne instynkty za to: sprawdź.
Ostrożnie spojrzałam za przewrócony fragment betonowej ściany. Para nóg. Buty wojskowe. Drżały.
Polski żołnierz leżał na plecach, ręką przytrzymując rozszarpany brzuch. Był młody – bardzo. Młodszy, niż powinien być ktoś, kto oddaje życie za kraj. Patrzył na mnie, ale jakby nie rozumiał, co widzi.
Wyciągnął dłoń. Nie po broń. Do mnie.
– Wody… – wyszeptał.
Byłam w takim stanie, że powinnam po prostu uciec. Wstrzymałam oddech, patrząc mu w oczy. Jego twarz bledła błyskawicznie. Wzrok gasnął, zanim zdążyłam zrobić cokolwiek. Dłoń opadła na ziemię z miękkim szelestem.
Kiedyś mówiono, że Polska miała szczęście, bo nie pozwolono jej uciec. Że została, gdy inni zniknęli i mogła sprawować rządy nad całą Nową Europą. Ciekawe, co te osoby powiedziałyby, widząc obecną sytuację. Szczęście kończy się tam, gdzie zaczyna się wojna o to, co jeszcze zostało.
Przełknęłam łzy, których nawet nie miałam siły zrozumieć. Ruszyłam dalej. Nie mogłam się zatrzymać. Mijałam kolejne zawalone budynki, zniszczone czołgi i inne polskie nowoczesne pojazdy militarne, które miały gwarantować wygraną każdego konfliktu zbrojnego.
Brednie. Europa rozsypała się szybko. Ktoś musiał zebrać jej kawałki. I zapłacić za to krwią.
Gdy do konstrukcji zostało może sto metrów, czułam coś jeszcze: drżenie ziemi. Słabe, ale regularne, jak od maszyn pracujących pod powierzchnią. Metalowe filary przypominały puste szkielety wież, ale wewnątrz nich pulsowały światła – zimne, chirurgiczne.
Skradałam się wzdłuż jednej ze ścian. Wtedy ich zobaczyłam.
Dwóch meksykańskich żołnierzy. Siedzieli przy przenośnym terminalu, podłączonym kablami do konstrukcji, czerpiąc zasilanie. Jeden trzymał karabin, drugi obsługiwał klawiaturę, jego palce stukały chaotycznie, ale w sposób pełen desperacji, jakby każde naciśnięcie mogło zmienić bieg wojny.
Zatrzymałam się za stertą metalowych rur. Oddychałam najciszej, jak potrafiłam. Synek wtulił się we mnie, jego palce wbiły się w moje ramiona, pełne strachu, jak małe haczyki.
Jeden z żołnierzy nagle podniósł głowę. Ślepia maski były skierowane dokładnie w kierunku, gdzie się znajdowaliśmy. Zamarłam. Przytuliłam się mocniej do brudnych rur.
On nie krzyknął. Nie celował. Nie zrobił nic. Tylko patrzył. Jakby coś mu mignęło, odbicie ruchu albo cień, zbyt niepewny, by uznać go za zagrożenie. Metal, kurz i półmrok układały się w kształty, które mogły być wszystkim albo niczym.
Wtedy drugi żołnierz klepnął go po ramieniu i wrócili do pracy.
Zaczekałam jeszcze trzy sekundy. Potem prześlizgnęłam się bokiem, cicho, mijając ich po łuku, uważnie, by nie nadepnąć na żaden kamień.
W końcu udało mi się przejść. Ostatnie, co usłyszałam za plecami, to szybkie kliknięcia na klawiaturze i urwane rozmowy kartelowców.
Zauważyłam wejście między metalowymi filarami. I wtedy poczułam to po raz pierwszy. On był blisko. Mój mąż.
W świecie, który nauczył się porzucać całe narody, jedyne, co wciąż miało sens, to nie zgubić siebie nawzajem.
Przyspieszyłam. Jeśli teraz się zatrzymam – jeśli teraz zwątpię – nigdy się nie odnajdziemy. Biegłam więc dalej w głąb konstrukcji. Prosto w serce czegoś, co mogło nas ocalić albo zabić. Nie miałam wyboru. Musiałam zdążyć.

ROZDZIAŁ VII
Kiedy wypadłem po drugiej stronie, runąłem na metalowy grunt tuż u podstaw konstrukcji. Punkt 12-C.
Przez chwilę dyszałem, oszołomiony, aż poczułem ciepłą strużkę po lewej stronie twarzy. Dotknąłem ucha – a raczej miejsca, gdzie ono powinno być. Dotarło do mnie, że znajdowała się tam tylko poszarpana, piekąca krawędź.
– Cholera – wysyczałem.
Moja maska również oberwała. Część przy uchu stopiła się i wgryzła w skórę, jak rozgrzany do czerwoności plastik. Śmierdziało przypaloną tkanką. Spróbowałem poruszyć twarzą – materiał jęknął, ale trzymał się.
Zadrżałem, wciąż półprzytomny.
Wyciągnąłem drżącą rękę, palcami sprawdziłem filtry, układy, przesłonę. Mechanizmy odpowiedziały lekkim kliknięciem.
– Działa… – wydyszałem z niedowierzaniem. – Dalej działa.
Podniosłem się, zaciskając zęby. Straciłem ucho. Maska prawie się zespawała ze skórą. Ale teleport mnie wypluł dokładnie tam, gdzie powinienem być. Tak właśnie miały działać te „kieszenie”. Nie jak cud. Jak brutalny skrót przez rzeczywistość. To musiało mieć swoją cenę.
A oni byli tam, wyżej. Wciąż żywi. Wciąż w zasięgu.
Ruszyłem przed siebie, ignorując pulsujący ból, czując, jak adrenalina tłumi strach. Nie miałem już odwrotu. Tylko drogę w górę – i walkę o nich.
Żelastwo było zimne jak lód. Schowałem się za kolumną i włączyłem drona zwiadowczego – mikroskopijne urządzenie, które potrafiło wdrapać się na kilka pięter, przeskanować teren i dostarczyć obraz, niezauważone przez wrogów. Urządzenie wróciło po chwili i przetworzyło obraz na moją maskę.
Kobieta z dzieckiem. Tam. Na pierwszym poziomie. Trzymała malca przy sobie, a jej głowa co jakiś czas wychylała się, jakby czegoś szukała.
Wszystkie te wojny, wszystkie plany, wszystkie ucieczki świata… A ja chciałem tylko zdążyć ich uratować.
Jej sylwetka była mi doskonale znana: sposób, w jaki trzymała dziecko, jak krzywiła się przy każdym podmuchu wiatru. Serce zakłuło mnie na nowo.
Wiedziałem, że nie ma dużo czasu – kartelowcy mogli w każdej chwili się zorientować o ich obecności. Podszedłem jeszcze bliżej. Kilka stopni. W korytarzu leżały zwłoki – polscy żołnierze polegli w walce. Ich twarze zastygły w różnych wyrazach – od zaskoczenia po desperację. Jeden z nich miał obrączkę na palcu; innemu zdjęcie dziecka wystawało z kieszeni munduru. Te rzeczy bolały bardziej niż śmierć.
Kiedy podszedłem do miejsca, gdzie konstrukcja miała szerokie rozgałęzienie, zauważyłem, że Meksykanie ustawili tam małą, prowizoryczną placówkę obserwacyjną. Olbrzymi karabin maszynowy skierowany był na otwartą przestrzeń. Dobrze, że przyszedłem z drugiej strony. Dwóch operatorów siedziało rozmawiając, jedząc konserwy i patrząc na monitor, na którym wyświetlało się coś w rodzaju mapy.
Musiałem działać sprytnie. Wysunąłem się zza kolumny i ruszyłem wolnym krokiem, tak jak robi się to na ćwiczeniach: spokój, niepokazywanie napięcia, „naturalne” ruchy. Jeden z operatorów spojrzał w moją stronę, ale dzięki meksykańskiemu mundurowi uznał, że to kolejny patrol. Podszedłem bliżej. Byłem niegroźny – przynajmniej w ich umysłach.
– ¿Todo bien? – zapytał jeden z nich, trochę ze znużeniem.
Skinąłem głową. Uśmiechnąłem się słabo.
– Sí. Patrulla de rutina.
Maska szybko przetłumaczyła na hiszpański.
Zajrzałem w ich monitor.
I wtedy zobaczyłem, że skaner zaczyna szumieć. Na ekranie nagle pojawiła się migająca kropka. To ona. Jeśli żołnierze się odwrócą i zobaczą sygnał… Musiałem działać. Serce znów mi zamarło ze strachu.
Kiedy operator skierował spojrzenie na kolegę, wiedziałem, że to jedyna szansa. Szybki strzał w potylicę. I kiedy drugi z nich odwrócił się oszołomiony, już miał przyłożoną broń do czoła. Karabin wypuścił całą serię, pełną złości i nienawiści, rozrywając ciało mężczyzny. W uszach słyszałem pisk po huku wystrzałów.
Zepchnąłem zwłoki mężczyzny. Usiadłem przed klawiaturą, na której posoka żołnierza, między przyciskami, zaczęła tworzyć krwawą mozaikę. Zmieniłem częstotliwość ich nadajnika, nadałem fałszywy rozkaz „C-12 zabezpieczone, wsparcie niepotrzebne”. W monitorach pojawił się szum i zmiana. Meldunek został przyjęty. To kupiło mi czas. Konstrukcja była oznaczona w ich systemie jako czysta.
Wspiąłem się na pierwszy poziom budowli, wykorzystując metalowe drabiny – tak było szybciej. Ręce ślizgały się po zimnym metalu, a wiatr co kilka sekund próbował mnie zmieść jak kurz. Dalej nie byłem w stanie się wspinać, nie mogłem ryzykować, więc ruszyłem biegiem po schodach.
ROZDZIAŁ VIII
Metaliczny huk odbijał się od ścian konstrukcji tak mocno, że czułam go w kościach. Biegłam w górę po pochylonej platformie, trzymając synka za nóżki, żeby się nie osunął. Na karku czułam jego szybki, urywany oddech. Każde drżące westchnienie wbijało mi się w skórę jak igła.
Dźwięk wystrzału rozciął powietrze, kiedy byłam w połowie rampy. Zamarłam tylko na ułamek sekundy. Nie… nie tutaj. Nie teraz.
Synek zaczynał płakać ściszonym, zduszonym szlochem – takim, jaki wydaje dziecko, które próbuje być dzielne, tylko nie ma już żadnej innej obrony.
– Już dobrze… już dobrze, kochanie, zaraz będziemy… – wyszeptałam, a głos mi się łamał.
Następny strzał. Potem kolejny. Cała seria.
Metal pod naszymi stopami rezonował, jakby konstrukcja też słyszała śmierć. Boże, oni tu są. Byłam pewna, że to żołnierze. Gonili nas. Strzelali do kogoś na dole.
Wbiegłam na drugi poziom konstrukcji – nie było już platform, tylko niskie, szerokie schody, po których można iść nawet z ciężarem na plecach. Tylko dlatego jeszcze dawałam radę. Syn wtulił twarz w mój kark. Jego łzy były gorące. Spływały mi po skórze szybciej niż pot.
– Mamo…? – wyszeptał tak cicho, że prawie tego nie usłyszałam.
– Jestem, jestem, kochanie. Jeszcze tylko kawałek.
Na trzecim poziomie wiatr wdzierał się w konstrukcję z takim wyciem, że aż musiałam osłonić jego główkę dłonią. Metal jęczał pod podmuchami. Cuchnęło rdzą i smarem. Przed nami, na samej górze, widziałam miejsce, gdzie platforma była zasłonięta ciężkim kontenerem – jedyne miejsce, w którym mogliśmy się skryć. W którym mogłam po prostu przytulić synka i zaczekać na męża. Jak obiecałam.
Zaczęłam biec do kolejnych schodów. Zatrzęsła się poręcz. Synek pisnął. Serce ścisnęło się tak gwałtownie, że przez sekundę zabrakło mi tchu.
– Już prawie… już… – przysięgłam bardziej sobie niż jemu.
Kiedy dotarliśmy na czwarty, przedostatni poziom, konstrukcja znowu zadrżała. Ale tym razem nie był to wiatr. Kroki. Metalowe, ciężkie.
Biegły w naszą stronę – z dołu. Objęłam synka obiema rękami, przyciskając go do siebie. Miałam wrażenie, że jego serce łomocze tak mocno jak moje. Przyśpieszyłam ostatkiem tchu.
Wbiegłam na najwyższy poziom. Ukryłam nas za kontenerem. Przywarłam plecami do zimnej stali.
– Ciii… – szepnęłam, głaszcząc go po włosach. – Zaraz będzie tata. Zaraz…
Wtedy zamarłam. Kątem oka dostrzegłam błysk światła. Coraz wyraźniej słyszałam kroki. Coraz bliżej. I bliżej…
ROZDZIAŁ IX
Biegłem tak szybko, że każdy krok odbijał mi się w czaszce jak uderzenie młota. Konstrukcja drżała pod moimi butami, metal jęczał, a echo wystrzałów jeszcze nie zdążyło opaść. Wiedziałem, że to już blisko. Że oni już tu są. Słyszałem kroki, łapany w biegu oddech.
Kiedy wdarłem się na najwyższy poziom, poczułem w powietrzu chłód wnikający w kości. Taki cichy, gęsty, ciężki.
Strach kobiety, która chroniła dziecko i nie miała już dokąd uciec. Przylgnąłem do kontenera, ostrożnie wychylając się zza jego krawędzi. I wtedy ją zobaczyłem.
Skulona, z synkiem przytulonym do piersi, starała się oddychać cicho mimo tego, że jej ciało drżało. Włosy miała rozwiane, mokre od potu. Policzki brudne od pyłu i łez. A jednak… wciąż była najpiękniejsza. Znalazłem cię… na Boga, kochanie… wreszcie cię znalazłem.
Chciałem podejść wolno, delikatnie, zdjąć maskę i pokazać jej twarz. Chciałem, żeby wbiegła w moje ramiona, żeby synek znów się śmiał, żebyśmy usiedli tu, choćby na zimnej blasze, byle razem… Ale wtedy zobaczyłem jej ręce. Drżące, niespokojne, zaciśnięte na małym plastikowym pudełeczku.
Nie. Nie, nie to. Zapłonęło we mnie ostrze paniki, gdy zobaczyłem, jak otwiera wieczko. Jak wyciąga dwie kapsułki – jedną większą, drugą mniejszą. Jak przytula synka mocniej. Jak zamyka oczy. To były te kapsułki. Te przeklęte, pieprzone kapsułki, zawierające truciznę, zabijającą niemal natychmiastowo, które rozdawano ludziom „na wszelki wypadek”, jeśli wróg miałby ich dopaść.
A ona…
Ona myślała, że wróg właśnie do niej dobiegł.
– Nie! – ryknąłem najgłośniej, jak potrafiłem.
Ale maska zrobiła swoje. System automatycznie zmienił jęk rozpaczy w krótki, twardy, hiszpański rozkaz.
Ruszyłem sprintem, zdzierając maskę paznokciami, szarpiąc ją, jakby była żywym stworzeniem, które mnie dusi. Materiał był przyspawany do skóry przy lewej stronie twarzy. Każde pociągnięcie kończyło się falą bólu, jakby ktoś wkręcał rozżarzony drut w ranę po uchu. Syknąłem, ale szarpnąłem znowu. I jeszcze raz.
Ona podskoczyła, odwróciła głowę w moją stronę, a jej oczy – otwarte szeroko, przerażone – zobaczyły tylko meksykański mundur. I maskę. I sylwetkę wroga.
Zareagowała odruchem. Odruchem matki, która nie mogła pozwolić, by dotknęli jej dziecka. Wcisnęła mu kapsułkę do ust, zanim zdążyłem zrobić kolejny krok. Drugą przegryzła sama.
W końcu dopadłem do niej i upadłem na kolana. Dopiero wtedy, gdy trzęsącymi się rękami złapałem maskę z obu stron i pociągnąłem z całej siły, coś puściło z obrzydliwym mlaśnięciem i oderwałem stopiony plastik od mięsa.
Maska odpadła i potoczyła się po metalowym podeście.
Ale ona już dawno przełknęła.
– To ty… mój Boże… to ty… – jęknęła.
– Kochanie… – zdążyłem wyszeptać.
Jej ciało już zaczynało wiotczeć. Spojrzenie – rozpoznawać. Z przerażenia przechodziło w coś innego. W coś łamiącego.
Potem powieki zaczęły opadać.
– Nie… nie, nie, nie – wyjąkałem, głaszcząc jej twarz, potrząsając delikatnie, jakby mogła się obudzić. – Kochanie, to ja. Popatrz na mnie. To ja… wróciłem…
Jej oddech stał się płytki. Synek, nasz mały chłopiec, zsunął głowę na jej ramię. Miał otwarte usta, jakby chciał coś powiedzieć – ale słowa już nie przyszły. Pocałowałem jego włosy. Pachniały jak zawsze – domem. Bezpieczeństwem. Życiem, które miałem chronić. A teraz patrzyłem, jak to życie wymyka mi się z rąk.
– Przepraszam… przepraszam was… – jęknąłem, a głos mi się załamał. – Powinniście żyć… powinniście żyć…
Przytuliłem ich oboje, tak mocno, jak jeszcze nigdy. Jakby sam uścisk mógł ich przywrócić. Jakby moje ramiona mogły ich zatrzymać między światami. Ale czułem, jak ich ciała stają się ciężkie. Bezbronne. Milknące. I wiedziałem. Wiedziałem, że straciłem wszystko.
Ostatni raz spojrzałem w twarz żony. Usta miała lekko rozchylone, jakby chciała powiedzieć „przepraszam”… albo „kocham cię”. A może „dlaczego?”
Nie miałem już odpowiedzi.
Świat zamilkł.
Tylko moje serce wciąż waliło, jakby jeszcze wierzyło, że to wszystko jest snem.
Ale nie było.
I nie będzie.
ROZDZIAŁ X
Serce dudniło mi tak mocno, że miałam wrażenie, że usłyszą je nawet ci, którzy byli daleko na dole. Synek oddychał powoli, jego małe rączki zaciskały się na mojej koszulce. Czułam, jak drży. Nie wiedziałam, czy to zimno, strach… czy jedno i drugie.
Kroki. Ciężkie, metalowe. Zbliżające się. Zamknęłam oczy na sekundę. Wzięłam głęboki, przerywany oddech. Był tu. Wyłonił się nagle jak śmierć, tylko zamiast kosy miał karabin. Meksykański mundur. Wiedziałam, co robią kobietom. Wiedziałam, co robią dzieciom. Wiedziałam, że nie dam się wziąć żywcem. Że nie dam im jego. Moje palce odnalazły pudełeczko w kieszeni. To przeklęte pudełeczko, które miało być „ostatnim krzykiem wolności”. Tyle razy kłóciłam się z mężem, że w ogóle coś takiego nam dali. Tyle razy mówiłam, że to chore, jeśli rząd zakłada, że nadejdzie dzień… taki, jak ten.
Pudełko otwarło się z cichym kliknięciem. Usłyszałam wrzask:
– ¡NO!
Krzyk pełen furii, paniki, rozkazu. Poderwałam głowę. Meksykański żołnierz biegł w naszą stronę. Mundur. Maska. Karabin u boku. Serce ścisnęło mi się tak bardzo, że aż zabolało. Przycisnęłam synka mocniej, jakbym chciała schować go w swoim ciele, jak wtedy, gdy był jeszcze pod moim sercem.
Żołnierz był coraz bliżej. Ręce mi drżały. Świat wirował wokół. A czas… czas robił się dziwnie miękki, rozciągnięty, jakby ta chwila nigdy nie miała się skończyć.
– Synku… kochanie… – Spojrzałam mu w oczy, szerokie, brązowe, przerażone. – Zaraz będzie dobrze… Pogryź.
Drżącą ręką wsunęłam mu kapsułkę do ust. Był zbyt wystraszony, by zaprotestować. Łzy zebrały się na jego rzęsach. Potem przełknęłam swoją.
I wtedy to się stało. Żołnierz uklęknął i złapał maskę oburącz. Szarpnął. Drugi raz. Trzeci. Maska odpadła z obrzydliwym sykiem, uderzając o metal. Zamarłam. Bo pod nią… Pod tą czarną, kanciastą skorupą…
Była twarz, którą znałam lepiej niż własną.
– To ty… mój Boże… to ty… – wyszeptałam bezgłośnie.
On klęknął. Jakby podłamały mu się nogi. Jakby cały świat zapadł się pod ciężarem tego, co właśnie zobaczył.
– Kochanie… – wyszeptał, głos mu się łamał, pękał na kawałki.
Płakał. Mój mąż. Ten, który nigdy nie uronił łzy. Nie przy mnie. Dopiero wtedy zrozumiałam.
Zrozumiałam, kogo widziałam przed sekundą. Zrozumiałam, co ja, do cholery, zrobiłam.
Chciałam do niego wyciągnąć rękę. Powiedzieć: „Przepraszam”. „Kocham cię”. „Nie wiedziałam”. Ale język mi się zaplątał. Świat zaczął tracić kolory. Widziałam jego zakrwawioną twarz – coraz bardziej rozpływającą się we łzach. Widziałam jego dłoń obejmującą policzek naszego synka. Widziałam, jak pochyla się nade mną, jakby chciał nas otulić własnym ciałem, osłonić od śmierci, choć śmierć już siedziała między nami.
I ostatnią rzeczą, jaką poczułam, ostatnim obrazem, jaki zatrzymał mój gasnący umysł, było jego czoło dotykające mojego.
Rozpadające się w bezgłośnym szepcie:
– Wróciłem po was…
A ja – ledwo świadoma – szepnęłam w myślach: Teraz wiem.
I zapadłam się w ciemność.
ROZDZIAŁ XI
Tata mówił, że niebo zawsze było za małe.
Nawet zanim zaczęło spadać.
Nic nie rozumiem.
Mama mnie trzyma.
A tam… ktoś biegnie. Żołnierz. Wygląda strasznie.
Boję się. Mama też się boi, czuję to.
Włożyła mi coś do ust. Ufam jej.
Ta tabletka na pewno nas uratuje.
Pewnie daje jakąś magiczną moc.
Mama mówiła, że wszystko będzie dobrze.
Ale teraz leży… tak dziwnie.
Oczy jej się zamykają.
Żołnierz ściąga maskę. To tata.
Tata nas znalazł!
Chcę zawołać:
„Mamo! Mamo, zobacz! Tata tu jest! Jesteśmy uratowani!”
Ale głos nie wychodzi.
Tylko powietrze.
Robi się ciemno.
Mamo…?
Tato…?
Gdzie jesteście?
Dlaczego…
…dlaczego robi się tak ciemno?