- Opowiadanie: maciekzolnowski - Nazwy jak duchy

Nazwy jak duchy

folk-horror

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

Użytkownicy III, Użytkownicy, Użytkownicy II

Oceny

Nazwy jak duchy

Świerzowa, Chyrowa, Chryszczata, Szymbark, Owczary. Odczytuję je z mapy cicho, jakby były imionami, których nie wolno wymawiać na głos. W ciszy gór brzmią inaczej – ostre, urywane, jakby same sobie przecinały gardło. Mgła wisi nisko, pochłania dźwięk, ale mój głos i tak wydaje się zbyt obcy, zbyt pewny siebie.

Idę ścieżką, którą kiedyś chodził Karol Wojtyła z młodzieżą. Szukam śladu tamtego świata – nie ludzi, których znałem, tylko tych, których nigdy nie poznałem. Wypowiadam nazwy jak westchnienia, jak prośbę o coś, czego nie umiem nazwać.

W pewnej chwili słyszę powtórzenie. Nie echo. Głos jest o pół tonu niżej, o pół sekundy spóźniony, ale ma barwę – jakby ktoś stał tuż za moimi plecami i powtarzał te same sylaby, tylko ciemniejszą barwą.

Zatrzymuję się. Kroki za mną cichną. Ruszam – zaczynają się znowu, pół kroku z tyłu.

Przed sobą widzę chatę. Jedną z tych, co zostały po wysiedlonych wsiach – deski szare od deszczu, dach zapadnięty jak pierś starego człowieka. Na progu stoi kobiecina. Siwa chusta, ramiona cienkie jak suche gałęzie, dłonie splecione na podołku. Nie porusza się, choć wiatr targa trawą i liśćmi. Tylko chustę poprawia – powoli, dokładnie – wykonując ten sam gest raz po raz, jakby czas w tym miejscu utknął na jednym ujęciu.

Patrzę za długo. Otwiera usta. Głos brzmi, jakby dochodził spod wody:

– Znowu przyszedłeś.

Nie odpowiadam. Nie muszę. Wiem, że to nie pytanie.

Wskazuje brodą na moją dłoń. Palec wciąż leży na mapie, zahacza o nazwy. Czuję, jak coś we mnie drży – nie strach, tylko rozpoznanie. To nie ja je wypowiadam. To one przechodzą przeze mnie.

Idę dalej. Za każdym krokiem słyszę kroki. Zatrzymuję się – cisza. Ruszam – pół kroku z tyłu.

Jeziora Duszatyńskie są blisko. Pachnie mokrym drewnem, mułem, czymś ostrym i metalicznym. Woda nieruchoma jak w bezwietrzny dzień i czarna niby smoła. Patrzę w dół i widzę siebie – ale nie samego. Przede mną stoi postać o mojej sylwetce, w mojej kurtce, z moją twarzą. Tylko że nie patrzy na mnie. Patrzy w bok, jakby czekała na kogoś innego.

Cofam się o krok. Ona zostaje.

Za moimi plecami – szelest. Odwracam się gwałtownie. Kobiecina jest bliżej niż powinna. Chusta porusza się jak skrzydło ćmy. Twarz już nie jest całkiem ludzka – oczy gładkie, czarne, bez dna. W nich odbija się coś, co wygląda jak ja – setki razy, coraz dalej.

Uciekam. Powietrze gęstnieje, mleczne i lepkie. Z każdym oddechem wypowiadam kolejne nazwy – nie chcę, a jednak płyną same:

Halicz… Komańcza… Wołosań…

Ścieżka przede mną jest stara. Ślady stóp w błocie – nie moich. Ktoś szedł tędy dawno, nim ktokolwiek nadał tym górom imiona. Czuję ich bliskość – w szumie buków, w trzasku gałęzi, w cieniu, który sunie szybciej ode mnie.

Znowu chatka. Te same drzwi. Ten sam próg.

W środku oddychająca ciemność. Na ścianie wisi mapa – starsza, poplamiona, miejscami zwęglona. Nazwy na niej migoczą słabo, jakby próbowały się oderwać od papieru. Niektóre litery są jakby wygryzione zębem wieczności.

Za plecami ten sam gest. Powolny. Bezbłędny. Poprawianie chusty.

Odwracam się. Stoję twarzą w twarz z nią. Oczy czarne jak tafla jeziora. W nich – moja sylwetka. Powtarzana. Malejąca. Coraz cichsza i dalsza.

Nie mówi nic. Tylko poprawia chustę. Raz. Drugi. Trzeci.

Budzę się o świcie na progu. Mgła wciąż wisi. Poprawiam chustę – ruch znajomy, automatyczny, jakby ręce robiły to od zawsze.

Widzę wędrowca na ścieżce. Młody. Z mapą w dłoni. Sięga palcem do nazwy.

Otwiera usta.

Świerzowa… Chyrowa… Chryszczata…

Cisza.

Koniec

Komentarze

Pomysł fajny. Wykonanie bardzo dobre jednak wcześniejszy short wywarł na mnie o wiele większe wrażenie. Czytało się lekko. Z niecierpliwością czekam na następne teksty w twoim wykonaniu. Pozdrawiam .

Maćku, chyba wstąpiła w Ciebie nowa moc, czego dałeś dowód kolejnym opowiadaniem, w którym, choć krótkie, znów objawił się niebanalny klimat, a i opisane wydarzenia wyzwoliły dreszcze tak zainteresowania, jak i niepokoju.

Znowu z radością biegnę do klikarni.

 

Serce bije mi w pier­si. Robi mi się go­rą­co. → Czy dookreślenie i oba zaimki są konieczne?

Proponuję: Serce bije mocno. Robi mi się go­rą­co.

 

kątem oka widzę coś jesz­cze: za sobą, na ścież­ce, stoi ba­bu­leń­ka. → Czy dobrze rozumiem, że babuleńka stała za sobą?

A może miało być: …kątem oka widzę coś jesz­cze: za mną, na ścież­ce, stoi ba­bu­leń­ka.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Świetny pomysł. super mi się czytało.

Gdybym był Kmicicem, też bym spalił Wołmontowicze

Świetny klimat. Rozwiń go. 

Popieram TomDer. Zrób z tego coś większego. 

Gdybym był Kmicicem, też bym spalił Wołmontowicze

Można to opko potraktować trochę jako żart. Narrator zmienił płeć, jak widać, i przywdział damskie ciuszki:

Świerzowa, Chyrowa, Chryszczata, Szymbark, Owczary – odczytuję z mapy kolejne nazwy, jakbym wywoływał duchy.

Wstaję o świcie. Stoję na progu chaty i poprawiam chustę. Ruch znajomy. Automatyczny.

Dzięki za kliknięcia i docenienie klimatu. Codziennie obiecuję sobie, że będę pisał folk-horrory (w rodzaju “Wija” Gogola, z elementami fantasy na dodatek, choć to za wysokie progi), a potem siadam i piszę coś innego. Tym razem jednak wyszedł horror ludowy, może nie pełną gębą, ale jednak. Wg mnie ten gatunek jest po prostu the best pod warunkiem, że akcja dzieje się gdzieś na Wschodzie (Ukraina) albo w naszych polskich górach (Beskidy). Pozdrawiam serdecznie Was wszystkich i dziękuję za przeczytanie. :) 

Tu macie wersję bardziej, by tak rzec, filmową:

 

Droga do Duszatyna

Świerzowa, Chyrowa, Chryszczata, Szymbark, Magura Małastowska, Owczary – te nazwy nie są puste. One czekają, żyją. Siedziałem wieczorem nad mapą Beskidu Niskiego, śledząc palcem szlaki, którymi Karol Wojtyła wędrował z młodzieżą w latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych. Pracowała wyobraźnia. Mgła w dolinach, krzyże przydrożne porosłe mchem, cerkwie bez dzwonów. Wszystko inne niż dziś. Inni ludzie – ważna rzecz – których już między nami nie ma. Jakby ktoś wymienił całą obsadę starego filmu i nakręcił go od nowa, ale tym razem bez happy endu.

Myślę obrazami. Widzę starą babuleńkę w kwiecistej chustce, stojącą w progu chaty, która wygląda, jakby miała się rozpaść przy następnym podmuchu wichru. Poprawia włosy siwe jak popiół, patrzy prosto w w wyimaginowany obiektyw. Widzę ją w Duszatynach, w Prełukach, w każdej wiosce, której już nie ma na nowych mapach.

Bukowsko, Wołtuszkowa, Tarnawka, Puławy, Bartne, Cergowa, Jeziorka Duszatyńskie… Czytam je niby zaklęcia. Brzmią po polsku, ale nie całkiem. Łemkowskie? Ukraińskie? Coś starszego? Palec zatrzymuje się na Chryszczatej. Góra samotna, porośnięta bukami, z jeziorkami, które powstały, gdy osunęła się ziemia i pochłonęła kawał lasu. Mówią, że to diabelskie jeziorka. Że woda w nich jest czarna nawet w słońcu.

W nocy nie mogłem spać. Nazwy chodziły za mną jak bezpańskie psy. Wstałem, ubrałem się po cichu, wziąłem plecak i pojechałem. Sam. Do Duszatyna.

Droga kończyła się przy tablicy „Koniec świata”. Dalej tylko ścieżka w górę, błoto po kostki, zapach zgniłych liści. Szedłem długo. Mgła wisiała nisko, jakby ktoś rozpylił mleko. Z początku myślałem, że to tylko jesień, nic takiego. Potem usłyszałem śpiew.

Nie polski. Nie ukraiński. Język, który pamięta się w kościach, zanim się go nauczy w szkole. Stary, niski, kobiecy głos wychodził spod ziemi, z korzeni buków. Zatrzymałem się. Ścieżka znikła. Stałem pośrodku polany, której nie powinno tu być, nie – według mojej mapy.

Na progu chaty – tej samej, którą sobie wczoraj wyobrażałem – stała babuleńka. Poprawiała chustkę. Uśmiechnęła się.

– Daleko idziesz, synku? – zapytała po polsku, ale z takim akcentem, że zrozumiałem dopiero za drugim razem.

– Do Jeziorek – powiedziałem. Głos mi zadrżał.

– Do Jeziorek… – powtórzyła i pokiwała głową. – Wszyscy tam idą. Na chrzest.

Zrobiła krok w bok. Zaprosiła do środka. Nie chciałem, ale nogi same poszły. W izbie pachniało wilgocią i woskiem. Na ścianie wisiał obraz Matki Boskiej z takimi dziwnymi oczami, bez białek. Przerażający. W kącie stała kołyska. Pusta. Kołysała się. Sama.

– Usiądź – powiedziała. – Napijesz się mleka.

Postawiła przede mną glinianą miseczkę. Mleko było ciepłe. Siorbnąłem łyk, ale zobaczyłem, że na powierzchni pływa coś długiego, cienkiego. Włos.

– Nie chcę – powiedziałem.

Babuleńka przestała się uśmiechać.

– Musisz – powiedziała już innym głosem. Głębszym. Prawie męskim. – Bo inaczej nie dojdziesz. Bo inaczej nie będziesz ochrzczony po raz drugi.

Wstałem gwałtownie. Krzesło przewróciło się. Chciałem biec do drzwi, ale drzwi nie było. Tylko ściana z desek. A z kołyski dobiegł płacz dziecka. Głośny, chrapliwy, jakby ktoś dusił noworodka-podmieńca.

Wtedy zrozumiałem. Te wszystkie wioski, których nie ma – nie zniknęły. One są pod ziemią. Pod Jeziorkami. Pod Chryszczatą. Ludzie, którzy tam mieszkali – Łemkowie, Ukraińcy, Polacy, Ormianie, wszyscy – nie wyjechali w czterdziestym siódmym. Zostali. W pewnym sensie. Po części. Utopieni w czarnej wodzie w czasie, kiedy osunęła się góra. I czekają. Na nowych. Absurdalne. Ale czy na pewno?

Babuleńka podeszła bliżej. Twarz jej się zmieniła – zapadła, oczy zrobiły się wielkie, czarne. Z ust wyszły jej słowa, których nie znałem, ale zrozumiałem ich sens:

– Chrzest Polski był pierwszy. Twój będzie drugi. W wodzie, która pamięta. Uważaj.

Usłyszałem szum. Jakby ktoś otworzył śluzę. Podłoga pod stopami zrobiła się miękka, bagnista. Mleko z miseczki wylało się i popłynęło w stronę kołyski. A z kołyski wysunęła się mała, sina rączka i złapała mnie za nogawkę.

Uciekłem przez okno. Szkło nie pękło – po prostu mnie przepuściło, jakbym był duchem. Biegłem w dół, przez bór, który nie miał końca. Gałęzie drapały twarz. Za sobą słyszałem śpiew – już nie jeden głos, tylko setki. Kobiety, dzieci, mężczyźni. Wszyscy wołali mnie po imieniu.

Dotarłem do Jeziorek o świcie. Woda była czarna i gładka jak smoła. Na brzegu leżała moja czapka. Ta, którą miałem na głowie, gdy wychodziłem z domu. Capnąłem i pogalopowałem z nią dalej.

Nie pamiętam już, jak wróciłem do samochodu. Pamiętam tylko, że od tamtej pory, gdy patrzę na mapę Beskidu Niskiego, nazwy się ruszają, drżą, wibrują, migoczą, że cała rzeczywistość mego świata się rusza, drży, wibruje, migocze. Powoli, jak robaki pod skórą, czarne ohydne robaki. A gdy zamknę oczy, widzę babuleńkę. Stoi na progu. Poprawia chustkę. I czeka.

Bo wszyscy tam idziemy. Na chrzest. Po raz drugi. Albo na coś gorszego.

I nie ma już odwrotu.

Hmmm. Pomysł ciekawy, ale wykonanie mnie nie przekonało. A może za wcześnie skończyłeś? Bo kiedy narrator zmienił się w babuleńkę, zaczęło się robić ciekawie. Dokąd lub do czego ma poprowadzić wywołane duchy?

Babska logika rządzi!

Do Duszatyna. Na chrzest. 

urbex w pięknym literackim wydaniu;

klik i pozdrowienia :)

Dzięki, AS. Za klik, za miłe słowa. :)

Czołem!

Podoba mi się ten pomysł! Bardzo ciekawe wykonanie, dość poetyckim językiem i z bardzo zręcznym posłużeniem się powtórzeniami dla celów budowania klimatycznej narracji! 

 

Czyli z tymi nazwami to jak z katalogiem z Ikei, trzeba uważać z czytaniem na głos :)

 

Naprawdę niezły tekst, bez zawahania klikam do biblioteki!

Dzięki, Beeeecki. I za kliknięcie, i za miłe słowa. To mówisz, że z katalogiem z Ikei trzeba uważać? Dobre. ;)

To mówisz, że z katalogiem z Ikei trzeba uważać? Dobre. ;)

Macieju, chyba że lubisz szwedzkie duchy :)

Jeszcze taka ciekawostka – pierwotnie pisałem esej: 

 

Chryszczata”

Świerzowa, Chyrowa, Chryszczata, Szymbark, Magura Małastowska, Owczary – to nie są tylko puste, nic nie znaczące nazwy. Czytam o wypadach Karola Wojtyły z młodzieżą w Bieszczady i Beskid Niski. Boże, ależ oni wędrowali! Ulegam magii dawnych lat: pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Minione czasy, inna sceneria, wszystko inne. Inni ludzie – to ważne – których wśród nas w większości już nie ma. Jeżeli zmienia się obsada filmu lub jego nowszej wersji, to nie jest to już ten sam film, a życie jest takim jakby filmem.

Myślę obrazami. O, choćby tutaj. Jakaś stara, poczciwie wyglądająca babuleńka stojąca na progu rozpadającej się chatki i poprawiająca chustę oraz siwe włosy. Widzę ją we wszystkich tych Duszatynach i Prełukach.

Bukowsko, Wołtuszkowa, Tarnawka, Puławy, Bartne, Cergowa, Jeziorka Duszatyńskie, Prełuki, Duszatyn… Odczytuję z mapy kolejne nazwy, które brzmią obco i swojsko zarazem. To fascynujące – te nazwy, takie polskie. A może tylko trochę polskie? Może łemkowskie bardziej albo ukraińskie, kto wie? Zdają się dziwnie znajome i zaczynają ze mną grać w jakąś niekończącą się grę skojarzeń. Halicz wyzwala emocje, Komańcza też. I Baligród, i Wołosań, i nawet Tokarnia.

Czuję się wspaniale, jakbym od zera uczył się polskiego, mowy przodków, mowy ojca i matki, jakbym na nowo poznawał sens oraz znaczenie wyrazów i jakbym od samiusieńkiego początku życia nie robił nic innego, jak tylko szedł ku tym właśnie Jeziorkom Duszatyńskim, by w ich wodach przeżyć powtórnie Chrzest Polski i swój własny.

Nowa Fantastyka