- Opowiadanie: Adexx - Dajcie nam odejść...

Dajcie nam odejść...

Krótki tekst napisany po przeczytaniu artykułu o nekrobotyce. Wielkie podziękowania betującemu.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Biblioteka:

Użytkownicy IV, Użytkownicy, Użytkownicy V

Oceny

Dajcie nam odejść...

 

Za­czę­ło się nie­win­nie – od mar­twych pa­ją­ków i ich cien­kich od­nó­ży, po­ru­sza­ją­cych się mimo śmier­ci, jakby za­po­mnia­ły, że ciało już dawno prze­sta­ło na­le­żeć do świa­ta ży­wych. Czło­wiek nie po­prze­stał na in­sek­tach.

Wkrót­ce po uli­cach za­czę­ły cho­dzić ne­kro­bo­ty – oży­wio­ne ciała mar­twych pu­pi­li, su­ną­ce bez­dź­więcz­nie mię­dzy bu­dyn­ka­mi. Zwie­rzę­ta stały się na­rzę­dzia­mi do brud­nych prac, któ­rych nie chciał wy­ko­ny­wać żaden czło­wiek.

By­li­śmy o krok od re­wo­lu­cji, która wów­czas wy­da­wa­ła się czymś wiel­kim, nie­mal zba­wien­nym. Od po­cząt­ku sprze­ci­wia­łem się eks­pe­ry­men­tom na lu­dziach, lecz inni pa­trzy­li na oży­wio­ne ciała z za­chwy­tem, wi­dząc w nich nie­skoń­czo­ne za­sto­so­wa­nia.

Eks­pan­sja ko­smo­su sta­nę­ła pod zna­kiem za­py­ta­nia. Czy nie le­piej było wy­słać w próż­nię półży­we ma­szy­ny za­miast czło­wie­ka?

Mam to szczę­ście, że nie do­ży­łem tych cza­sów. Jed­nak to ja za­po­cząt­ko­wa­łem coś, co wtedy zda­wa­ło się wiel­kim kro­kiem na­przód. Nie­ste­ty – im wyżej się wzno­si­my, tym bo­le­śniej­szy jest upa­dek.

*

 

– Łącze usta­no­wio­ne – roz­legł się twar­dy, męski głos. Bez emo­cji, zimny.

Czu­łem się, jak­bym spał znacz­nie dłu­żej, niż po­wi­nie­nem. Ciało było odrę­twia­łe, obce, jakby na­le­ża­ło do kogoś in­ne­go. Nie mo­głem otwo­rzyć oczu. Jakby sen na­sy­pał mi pod po­wie­ki zbyt wiele pia­chu, przy­gnia­ta­jąc je cię­ża­rem nie do unie­sie­nia.

– Wpu­ścić kon­ser­wan­ty. – Usły­sza­łem ko­bie­cy głos, a chwi­lę póź­niej klik­nię­cie. Szum cie­czy. Zimno roz­la­ło się w moich ży­łach.

Co oni robią? Co mi wstrzy­ku­ją? – krzy­cza­łem w my­ślach, nie­zdol­ny wydać z sie­bie choć­by dźwięk. Nie czu­łem bólu, tylko dziw­ne dra­pa­nie. Coś ob­ce­go wdzie­ra­ło się w moje ciało.

– Uru­cho­mić sen­so­ry.

Moje po­wie­ki otwo­rzy­ły się gwał­tow­nie. Świa­tło ude­rzy­ło bru­tal­nie po dłu­giej ciem­no­ści. W prze­ra­że­niu zda­łem sobie spra­wę, że leżę przy­wią­za­ny do łóżka. Nad­gni­łe ciało, roz­cię­ta klat­ka pier­sio­wa, od­sło­nię­te żebra. Z wnę­trza wy­sta­wa­ły prze­wo­dy, przez które pły­nę­ła nie­bie­ska ciecz, pul­su­ją­ca jak sztucz­ne życie.

– Ne­kro­bot numer 992 sta­bil­ny – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta w kitlu.

To ja le­ża­łem na stole. Pa­ni­ka za­la­ła mój umysł, lecz ciało nie chcia­ło słu­chać. Chcia­łem uciec, krzy­czeć. Wyłem z roz­pa­czy, ale nikt nie sły­szał.

– Wło­żyć me­dium.

Męż­czy­zna pod­szedł z ka­wał­kiem dziw­nej skały trzy­ma­nej w rę­ka­wi­cach. Umie­ścił ją w mojej klat­ce pier­sio­wej. Po­czu­łem, jak coś roz­pie­ra mnie od środ­ka. Chwi­lę póź­niej prąd prze­szył ciało, a żebra wró­ci­ły na swoje miej­sce, jakby nic się nie stało.

– Obiekt 992 go­to­wy do pracy w ko­pal­ni – po­wie­dzia­ła za­do­wo­lo­na le­kar­ka.

Co­ście zro­bi­li? Od­daj­cie mi moje ciało!

Krzy­ki nic nie zna­czy­ły. Wsta­łem i ru­szy­łem mi­mo­wol­nym kro­kiem w stro­nę drzwi, wi­dząc, jak do sali wno­szą na­stęp­ne ciało.

*

 

Skal­pel po­ru­szał się z nie­zwy­kłą gra­cją, sunąc po po­sza­rza­łej skó­rze z pre­cy­zją godną chi­rur­ga, ar­ty­sty. Młody męż­czy­zna sca­lał po­szcze­gól­ne czę­ści koń­czy­ny za po­mo­cą spe­cjal­nej lu­tow­ni­cy. Z ocza­mi peł­ny­mi pasji przy­glą­dał się roz­człon­ko­wa­ne­mu ciału, z któ­re­go ster­cza­ły kable i me­ta­lo­we ustroj­stwa, splą­ta­ne z reszt­ka­mi ścię­gien.

Za­pach zgni­li­zny opa­no­wał jego noz­drza, roz­cho­dząc się cięż­ko po po­ko­ju. Z za­do­wo­le­niem wpa­try­wał się w swoje dzie­ło – efekt mie­się­cy pracy i do­bro­wol­nie po­świę­co­ne­go ciała babci.

– Paweł, obiad! – Głos z dołu przy­po­mniał o po­trze­bach tak przy­ziem­nych jak je­dze­nie.

Paweł czę­sto o nich za­po­mi­nał, cał­ko­wi­cie po­chło­nię­ty swoją pasją. Stu­dio­wał ne­kro­bo­ty­kę, a wła­śnie koń­czył pro­jekt za­li­cze­nio­wy. Ter­min zbli­żał się nie­ubła­ga­nie, a on pra­gnął stwo­rzyć dzie­ło życia – ma­szy­nę go­to­wą do walk botów or­ga­ni­zo­wa­nych przez uczel­nię.

Szyb­kim ru­chem od­su­nął ki­ne­tycz­ne krze­sło uno­szą­ce się kilka cen­ty­me­trów nad pod­ło­gą i pod­szedł do kom­pu­te­ra. Jego palce za­tań­czy­ły po kla­wia­tu­rze z gra­cją wir­tu­oza.

– Hmm… Al­le­gro… czę­ści uży­wa­ne… koń­czy­ny… – dyk­to­wał pół­gło­sem.

Na ekra­nie po­ja­wi­ły się ofer­ty ludz­kich frag­men­tów po­se­gre­go­wa­ne we­dług wieku i stop­nia za­kon­ser­wo­wa­nia.

Dodaj do ko­szy­ka.

Bu­dżet był nie­wiel­ki, więc po­zo­sta­ły tylko czę­ści uży­wa­ne. Wy­brał do­dat­ko­we ręce – na­le­ża­ły do ko­bie­ty pra­cu­ją­cej nie­gdyś w przy­byt­ku przy­jem­no­ści.

– Kur­ty­za­na, nie pierw­szej świe­żo­ści – par­sk­nął śmie­chem i klik­nął kup teraz.

Po dzie­się­ciu mi­nu­tach roz­legł się dzwo­nek do drzwi. Przy­le­ciał nie­wiel­ki dron z pa­kun­kiem. Paweł zbiegł na dół, igno­ru­jąc matkę, prze­chwy­cił prze­sył­kę i po dro­dze wpadł do kuch­ni po miskę ro­so­łu, którą za­brał do po­ko­ju.

– Jak tam się ma mój przy­szły ne­kro­man­ta? – ode­zwa­ła się matka. Siedziała przy stole z resztą rodziny. 

– Zjem na górze, mam masę ro­bo­ty – rzu­cił Paweł, pę­dząc po scho­dach.

W po­ko­ju ostroż­nie roz­wi­nął pa­ku­nek. W zie­lon­ka­wej cie­czy pły­wa­ła koń­czy­na z po­ma­lo­wa­ny­mi pa­znok­cia­mi. Położył ją na biurku i zaczął jeść zupę w akompaniamencie zapachu zgnilizny, brzęku ampułek oraz w otoczeniu porozrzucanych części ludzkich i zwierzęcych.

*

 

– Bab­ciu, bab­ciu! – krzy­cza­ło dziec­ko, bie­ga­jąc po po­ko­ju z roz­wią­za­nym butem, któ­re­go sznu­rów­ka wlo­kła się po pod­ło­dze.

– Ile razy mam po­wta­rzać? To nie twoja bab­cia. To ne­kro­bot – ode­zwa­ła się matka, po­pra­wia­jąc płaszcz i szy­ku­jąc się do pracy.

– Mamo, a może ty mi za­wią­żesz? – za­py­tał chło­piec, za­trzy­mu­jąc się przy niej.

– Nie umiem – od­po­wie­dzia­ła z obu­rze­niem ele­ganc­ko ubra­na ko­bie­ta. – Muszę iść. Dziś ważny dzień.

Po­ca­ło­wa­ła syna w czoło i ru­szy­ła ku drzwiom.

– Za­wiąż mu te sznu­rów­ki – rzu­cił męż­czy­zna z fo­te­la, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku od mi­ga­ją­ce­go ekra­nu te­le­wi­zo­ra.

Pod­sta­rza­łe ciało ko­bie­ty uklę­kło po­słusz­nie i za­czę­ło wią­zać sznu­rów­ki chłop­cu.

Tak wy­glą­da­ło „życie” Ma­rze­ny. Nekro­bo­ta, który kie­dyś był bab­cią. Go­to­wa do wy­ko­na­nia każ­de­go roz­ka­zu.

– Ma­rze­na, ugo­tuj obiad i przy­nieś piwo! – za­ry­czał męski głos.

Mar­twe ciało unio­sło się i ru­szy­ło do kuch­ni.

Sam sobie przy­nieś, ty obi­bo­ku jeden – po­my­śla­ła, mo­dląc się w na­dziei, że tym razem ktoś ją usły­szy. Nada­rem­nie.

Pa­trzy­ła, jak jej ciało kroi wa­rzy­wa, myje na­czy­nia, mie­sza w garn­kach – me­cha­nicz­nie, bez wa­ha­nia. W przed­po­ko­ju chło­piec bawił się sam, zo­sta­wio­ny wła­snym my­ślom. Ma­rze­na czę­sto za­sta­na­wia­ła się, jak ina­czej by go wy­cho­wa­ła. Może to przez te czasy. Pa­skud­ne czasy.

Kie­dyś było le­piej. Teraz lu­dzie pra­co­wa­li aż do śmier­ci. Nie było eme­ry­tu­ry – a po śmier­ci cze­ka­ła ich dal­sza praca.

Tak wła­śnie „żyła” Ma­rze­na. O ile w ogóle można to jesz­cze na­zwać ży­ciem.

*

 

To już był pra­wie ten dzień. Jutro miała na­dejść Wi­gi­lia. Stary męż­czy­zna stał przy ku­chen­nym bla­cie, przy­go­to­wu­jąc śle­dzie. Z wy­prze­dze­niem na­krył do stołu – dwa­na­ście kom­ple­tów sztuć­ców i jeden do­dat­ko­wy, dla nie­zna­jo­me­go. Choć le­d­wie się po­ru­szał, szy­ko­wał świę­ta we wła­snym, po­wol­nym tem­pie. Kie­dyś ich nie­na­wi­dził. Nie zno­sił za­pa­chu ryby, nie ro­zu­miał tra­dy­cji. Teraz tę­sk­nił – za uśmie­cha­mi bli­skich i pro­stym sma­kiem śle­dzi­ka.

Po pu­stym, prze­sta­rza­łym domu niósł się dźwięk przed­po­to­po­we­go ze­ga­ra z ku­kuł­ką. Cisza i ryt­micz­ne klik… klik…

Męż­czy­zna opadł bez sił na krze­sło, wpa­tru­jąc się w zegar. Nie było już ni­ko­go, kto mógł­by mu pomóc. Nawet sama tra­dy­cja świąt zda­wa­ła się wy­mie­rać. Mało kto je ob­cho­dził. Lu­dzie wy­peł­nia­li całe życie pracą ponad miarę.

Widok za oknem nie za­chę­cał do spa­ce­rów. Po uli­cach snuli się mar­twi, wy­ko­nu­jąc roz­ka­zy, któ­rych już nikt nie pa­mię­tał.

*

 

Jak ja skoń­czy­łem… – wyłem w my­ślach, uno­sząc kilof ponad głowę.

Ude­rze­nie. Głu­chy dźwięk. Ostrze wgry­zło się w skałę. Jesz­cze nie­daw­no był na­ukow­cem. Teraz…

Obie­cy­wa­li, że tego nie zro­bią. Że nie pójdą dalej.

– Ej… ty tam – roz­legł się męski głos.

Nie wie­działem już, czy na­praw­dę coś sły­sze, czy po pro­stu osza­lałem.

– Je­stem tu. Na prawo od cie­bie.

Obok stał inny mar­twy – ne­kro­bot z tacz­ką, cze­ka­ją­cy na uro­bek. To nie było złu­dze­nie. Inny nie­umar­ły po­tra­fił z nim roz­ma­wiać.

Ty… mó­wisz? Ale jak?

– Tego nikt nie wie. Gdy je­ste­śmy bli­sko sie­bie, sły­szy­my swoje myśli.

Na Boga… w końcu jakiś głos.

Może nie do końca ludz­ki, ale jakże ko­ją­cy po­śród mo­no­to­nii ude­rzeń.

Jak długo oni za­mie­rza­ją nas tu trzy­mać? Mam tyle pytań…

Myśli drża­ły, pły­nę­ły jak rzeka, roz­bi­ja­jąc się o strach i pa­ni­kę.

– Jak długo? – Ne­kro­bot za­śmiał się krót­ko, hi­ste­rycz­nie. – Na za­wsze. Śmierć jest wieczna.

Po czym od­szedł, pcha­jąc za­ła­do­wa­ną tacz­kę. Głos znik­nął w ciem­no­ści.

I znowu sam…

Dni pracy zle­wa­ły się w jedno. Cza­sem tra­fiał się ktoś, z kim dało się po­roz­ma­wiać, ale ta­kich jak on było coraz mniej. Aby uśmie­rzyć ból, za­czął my­śleć o daw­nym życiu. O pracy na­ukow­ca. O tym, co by było, gdyby nigdy nie roz­wi­nął ne­kro­bo­ty­ki. Był jed­nym z naj­lep­szych eks­per­tów w tej dzie­dzi­nie. Czy to on zgo­to­wał wszyst­kim taki los?

– Nie myśl za dużo. I nie śnij! – krzyk wy­rwał go z roz­my­ślań.

Obok stał zna­jo­my ne­kro­bot.

– Jeśli za bar­dzo po­grą­żysz się w snach, nigdy nie wró­cisz. Więk­szość tak utknę­ła.

Nie wie­dzia­łem…

– Licz. Czy­taj. Co­kol­wiek. Byle nie wra­cać do prze­szło­ści.

A co się wtedy ze mną sta­nie? 

– Za­mkniesz się w sobie. Na za­wsze.

Ne­kro­bot od­szedł z ła­dun­kiem, a echo jego słów zo­sta­ło.

*

 

Wiel­kie, okrą­głe try­bu­ny pę­ka­ły w szwach. Oprócz stu­den­tów uczel­ni ze­bra­ły się tu tłumy – fani spor­tu na­ro­do­we­go, w któ­rym Po­la­cy byli na­praw­dę do­brzy. Nie, nie była to piłka nożna, lecz walki ne­kro­bo­tów.

To nimi szczy­cił się naród. Bu­do­wa­li­śmy naj­lep­szych Wiecz­nych Wę­drow­ców – cho­dzą­ce zwło­ki sple­cio­ne z ce­cha­mi ludz­ki­mi i zwie­rzę­cy­mi, które potem ma­sze­ro­wa­ły na pola bitew, wspie­ra­jąc ne­kro­man­tów w woj­nach. A wojen nie bra­ko­wa­ło. Wręcz prze­ciw­nie – było ich coraz wię­cej. Spo­koj­ne, do­stat­nie czasy sprzy­ja­ły pro­duk­cji śmier­ci.

Na wie­trze po­wie­wa­ły sztan­da­ry domów. Każdy ki­bi­co­wał innej frak­cji. Igrzy­ska były krwa­we, bru­tal­ne i gło­śne.

Trach! Metal ude­rzył o kość. Coś pękło, a try­bu­ny za­wy­ły.

Na are­nie jeden ne­kro­bot wy­rwał dru­gie­mu koń­czy­nę. Po­sy­pa­ły się iskry, strzę­py ścię­gien, frag­men­ty pan­ce­rza. Me­cha­nicz­ne ryki mie­sza­ły się z trza­skiem ła­ma­nych kości i sy­kiem pary wy­do­by­wa­ją­cej się z uszko­dzo­nych prze­wo­dów.

– Dawaj! – ryk­nął tłum.

– Rozerwij go!

Na try­bu­nach sie­dział Paweł, po­chło­nię­ty walką. Uczył się. W końcu i on miał zo­stać ne­kro­man­tą. Zawód wznio­sły, okry­ty chwa­łą walki w służ­bie oj­czy­zny i – co rów­nie ważne – zna­ko­mi­cie płat­ny.

Jego twarz była po­ma­lo­wa­na w barwy domu, któ­re­mu ki­bi­co­wał. W po­wie­trzu fa­lo­wał szal z obe­lga­mi kie­ro­wa­ny­mi ku kon­ku­ren­cji. Paweł krzy­czał razem z in­ny­mi.

Obok niego sie­dzia­ła sta­rusz­ka ubra­na na czar­no. Tylko ona mil­cza­ła, pa­trząc na arenę z ci­chym smut­kiem.

Łup! Ne­kro­bot runął na piach. Ciecz wy­cie­ka­ła z roz­szar­pa­ne­go torsu.

– Czy nie uwa­ża­cie, że walka, w któ­rej nie ma życia, jest bez sensu? – po­wie­dzia­ła bar­dziej do sie­bie niż do ko­go­kol­wiek.

Paweł rzu­cił jej krót­kie spoj­rze­nie i na­tych­miast wró­cił wzro­kiem na arenę.

– To nie rzym­skie Ko­lo­seum – cią­gnę­ła sta­rusz­ka – tylko jego marna pod­rób­ka.

– O czym pani mówi? Jakie Ko­lo­seum? – za­py­tał Paweł, na chwi­lę od­ry­wa­jąc się od wi­do­wi­ska.

– Nie­waż­ne. Stare, dobre czasy… – Splu­nę­ła na zie­mię. – Nawet walką nie można tego na­zwać. To przed­sta­wie­nie.

– Skoro się pani nie po­do­ba, to czemu pani przy­szła? – rzu­cił, sia­da­jąc razem z resz­tą wi­dow­ni, gdy w prze­rwie ob­słu­ga zbie­ra­ła szcząt­ki po­le­głych.

Ciała znik­nę­ły za me­ta­lo­wą bramą.

– Mam dużo czasu. W za­sa­dzie aż za dużo. Przy­szłam z cie­ka­wo­ści.

– Nie pra­cu­je pani?

– Za­bra­no mi pracę dawno temu – od­po­wie­dzia­ła po­iry­to­wa­na. – Po­wiedz mi tylko… co wy w tym wi­dzi­cie?

– Emo­cje. Walki są dy­na­micz­ne. Lu­dzie tak nie po­tra­fią. Poza tym to sport na­ro­do­wy.

– Ech… przy­naj­mniej w tym je­ste­ście do­brzy. Jak przy­po­mnę sobie piłkę nożną, zbie­ra mnie na wy­mio­ty. – Ziew­nę­ła, uka­zu­jąc czar­ne, znisz­czo­ne zęby.

– Co to jest piłka nożna? – za­py­tał Paweł.

– Nie za­przą­taj sobie tym głowy.

*

 

Po skoń­czo­nych obo­wiąz­kach Ma­rze­na, jak za­wsze, stała przy drzwiach wyj­ścio­wych. Nie­ru­cho­ma. Jak eks­po­nat w pu­stym domu, w któ­rym je­dy­nym dźwię­kiem były roz­mo­wy dziec­ka do­bie­ga­ją­ce z te­le­fo­nu. Ro­dzi­ce – jak zwy­kle – w pracy. Dziec­ko – jak zwy­kle – samo.

Co to za czasy, by zo­sta­wiać dziec­ko same w czte­rech ścia­nach?

Chło­piec miał osiem lat. Ledwo czy­tał. Ro­dzi­com po­wie­dzia­no, że ma ADHD, że roz­wi­ja się wol­niej – ety­kie­ta współ­cze­snych cza­sów, w któ­rych uwaga ska­ka­ła jak spło­szo­ny zając. Ma­rze­nę bo­la­ło to, że nie mogła mu pomóc. Za­mknię­ta w me­cha­nicz­no-cie­le­snej po­wło­ce, była więź­niem wła­sne­go mar­twe­go ciała.

Ro­dzi­ce pra­co­wa­li po pięt­na­ście go­dzin dzien­nie. Nie mieli czasu. Nie po­my­śle­li o tym, gdy spro­wa­dza­li go na świat – teraz chło­piec zaj­mo­wał się sobą sam. Tylko on znał słod­ką ta­jem­ni­cę Ma­rze­ny.

Gdy wy­bi­ła dwu­na­sta, był już ubra­ny. Jak za­wsze.

Ciało ne­kro­bo­ta za­re­ago­wa­ło in­stynk­tow­nie – dłoń się­gnę­ła po klam­kę, drzwi otwo­rzy­ły się same. Ma­rze­na nie wie­dzia­ła jak, ale jakby ciało pa­mię­ta­ło dawne życie. Za­wsze o tej porze zmie­rza­ło tam, gdzie po­win­no.

Kilka przy­stan­ków dalej stał teatr.

Usiadła z chłopcem w fotelu w niemal pustej sali, obok już obecnej staruszki w ciemnym płaszczu. Roz­brzmia­ła mu­zy­ka. Na sce­nie tań­czy­li nie­umar­li w cia­snych ko­stiu­mach, a obok nich grała mar­twa or­kie­stra. Lu­dzie nie mieli już czasu uczyć się mu­zy­ki. Po zdo­bie­niach i pęk­nię­ciach ścian można było po­znać, że teatr dawno prze­stał być od­wie­dza­ny.

– Taaak… to jest to… – wes­tchnę­ła sta­rusz­ka.

– Ale co? – za­py­tał chło­piec, dłu­biąc w nosie.

Nowy Świat Dwo­rza­ka – od­po­wie­dzia­ła z uśmie­chem. – Sły­szysz? Ten rytm… to po­ciąg, to konie, to po­dróż.

Tylko Ma­rze­na pa­trzy­ła bez ruchu w scenę.

– Widzę, że przy­sze­dłeś z ko­le­żan­ką. – za­śmia­ła się sta­rusz­ka.

– To moja bab­cia – od­parł chło­piec. – Tata mówi, że nią nie jest. Ale ja myślę, że gdzieś w środ­ku ona wciąż tam jest.

– Twój tata to idio­ta. – Mach­nę­ła ręką. – Tak, to twoja bab­cia. Nie bez po­wo­du za­wsze tu przy­cho­dzi.

Chło­piec ski­nął głową.

– Nie wiem czemu, ale lubię tu być. Z nią nie je­stem sam.

– Twoja mama miała sio­strę – po­wie­dzia­ła nagle sta­rusz­ka.

– Zna pani moją ro­dzi­nę?

– Znam wszyst­kich. – za­śmia­ła się cicho. – Sio­stra two­jej mamy tań­czy­ła pięk­nie. Na­zy­wa­no ją Ła­bę­dziem.

– A gdzie jest teraz? – za­py­tał z na­dzie­ją.

– Umar­ła. Ciała nigdy nie zna­le­zio­no. Twoja bab­cia miała być na tym spek­ta­klu… nie zdą­ży­ła zo­ba­czyć ostat­nie­go tańca córki.

– To chyba smut­ne… – Spoj­rzał na Ma­rze­nę. – A pani? Czemu pani tu jest?

– Wy­peł­niam czas przed pracą. Ostat­nie go­dzi­ny wol­no­ści.

– A czym się pani zaj­mu­je?

– Za­bie­ram to, co zo­sta­ło przy­rze­czo­ne – od­po­wie­dzia­ła, wsta­jąc. – Po­wi­nie­neś wra­cać do domu. Spę­dzić ostat­nie chwi­le z ro­dzi­ną. Wkrót­ce wszy­scy za­cho­ru­ją.

Ode­szła, nucąc pod nosem słowa, któ­rych chło­piec nie ro­zu­miał.

Za­wsze znaj­dę spo­sób. Od­bio­rę to, co przy­rze­czo­ne… Na­tu­ra za­wsze znaj­dzie drogę. Dżuma. COVID…

Ma­rze­na pa­trzy­ła na scenę z tę­sk­no­tą. To nie była jej córka, lecz mu­zy­ka przy­no­si­ła dziw­ny spo­kój. Po raz pierw­szy nie ob­wi­nia­ła się już za śmierć dziec­ka. Ten mo­ment był je­dy­nym świa­tłem w nie­prze­nik­nio­nej ciem­no­ści.

Za życia nie zrobiła nic. Teraz było już za późno na jakiekolwiek działanie. Żal tra­wił jej nie­umar­łe ciało.

*

 

Tak. To był już ten dzień.

Pierw­sza gwiazd­ka. Wi­gi­lia. Czas za­siąść do stołu. Męż­czy­zna usiadł na krze­śle przed sto­łem, na któ­rym usta­wił dwa­na­ście po­traw. Zło­żył dło­nie do mo­dli­twy. Łzy spły­nę­ły mu po twa­rzy, ciche i cięż­kie. Był sam. Tylko on i pust­ka miejsc, które kie­dyś zaj­mo­wa­li inni. Ro­dzi­na nie żyła. Zo­stał ostat­ni.

Czuł pa­lą­cy żal – za życia tak bar­dzo nie­na­wi­dził świąt. Teraz były wszyst­kim. 

Drżą­cy­mi rę­ka­mi wziął opła­tek. Cho­dził od miej­sca do miej­sca, ła­miąc go w po­wie­trzu, skła­da­jąc ży­cze­nia tym, któ­rzy ist­nie­li już tylko w pa­mię­ci. Każde krze­sło było imie­niem. Każdy ta­lerz – wspo­mnie­niem.

Ciszę, prze­ry­wa­ną je­dy­nie ty­ka­niem sta­re­go ze­ga­ra z ku­kuł­ką, roz­darł nagle dzwo­nek do drzwi.

Męż­czy­zna pod­szedł do wi­zje­ra. Zo­ba­czył starą ko­bie­tę ubra­ną na czar­no.

Otwo­rzył drzwi z tru­dem.

– Czy mogę wejść? – za­py­ta­ła ła­god­nym, nie­mal czu­łym gło­sem. – Nie chcę spę­dzać Wi­gi­lii sama.

– Za­pra­szam – od­po­wie­dział. 

Sta­rusz­ka we­szła do miesz­ka­nia i skie­ro­wa­ła się pro­sto do po­ko­ju. Usia­dła przy stole, zaj­mu­jąc wolne miej­sce.

– Co za czasy… – wes­tchnę­ła. – Jest pan je­dy­nym, który mnie ugo­ścił. Nie­któ­rzy nawet nie wie­dzie­li, czym jest Wi­gi­lia.

– Mło­dzi już nie znają tego zwy­cza­ju – od­po­wie­dział męż­czy­zna.

Wziął opła­tek i prze­ła­mał się z nią.

– Życzę pani szczę­ścia, spo­ko­ju… i zdro­wia. Bo jak zdro­wie jest, to nic wię­cej nie po­trze­ba.

Sta­rusz­ka spoj­rza­ła na niego uważ­nie.

– A ja życzę ci, An­to­ni, byś znów spo­tkał swoją ro­dzi­nę. Byś za­znał spo­ko­ju. I wol­no­ści od bólu życia.

Za­marł.

Nie wie­dział, skąd znała jego imię.

Od­wró­cił się – i wtedy zo­ba­czył. Na krze­śle, przy stole, sie­dzia­ło jego ciało. Nie­ru­cho­me. Puste.

– Wpu­ści­łeś mnie i ugo­ści­łeś jako je­dy­ny – po­wie­dzia­ła cicho. – Czeka cię na­gro­da. Chodź ze mną. Nie­dłu­go zo­ba­czysz swoją ro­dzi­nę.

*

 

Chło­piec stał po­środ­ku chod­ni­ka wraz z grupą ró­wie­śni­ków, trzy­ma­jąc te­le­fon wy­so­ko nad głową. Czer­wo­ne świa­teł­ko ka­me­ry pul­so­wa­ło jak oko dra­pież­ni­ka. Na­gry­wa­li Tik­To­ka.

Na środ­ku ulicy tań­czy­ła banda tru­pów. Ne­kro­bo­ty po­ru­sza­ły się w rytm mu­zy­ki pły­ną­cej z gło­śni­ka – szyb­ko, gwał­tow­nie, nie­na­tu­ral­nie. Ich ruchy były po­szar­pa­ne, kan­cia­ste, jakby ciało nie na­dą­ża­ło za roz­ka­zem. Stawy trza­ska­ły, metal ocie­rał się o kość. Jed­ne­mu z nich od­pa­dła ręka, ale ta­niec trwał dalej. Inny za­padł się w sobie, cią­gnąc za sobą plą­ta­ni­nę kabli, a jego nogi wciąż wy­bi­ja­ły rytm.

Dzie­ci skan­do­wa­ły, klasz­cząc w takt bitu.

– Dawaj!

– Szybciej!

– Jeszcze!

Śmia­li się, wska­zu­jąc pal­ca­mi, gdy frag­men­ty ciał od­pa­da­ły i to­czy­ły się po bruku. Ktoś rzu­cił pusz­ką. Ktoś inny kop­nął ode­rwa­ną stopę pod rytm mu­zy­ki. Al­go­rytm ko­chał chaos.

Tak wła­śnie wy­glą­da­ło życie mło­dzie­ży w sieci. Gdy od­kry­li, że nie muszą już robić głu­pot sami – że ktoś inny może wy­ko­nać je za nich – roz­po­czął się po­twor­ny wy­ścig ab­sur­du.

Ne­kro-Tik­Tok. Im głu­piej, tym le­piej.

Tylko jedna po­stać stała nie­ru­cho­mo na skra­ju sceny.

Sta­rusz­ka w czer­ni. Zgar­bio­na, drob­na, jakby wiatr mógł ją zła­mać. Jej oczy nie od­bi­ja­ły świa­teł te­le­fo­nów. Pa­trzy­ła na tań­czą­ce ciała z czymś, co nie było już nawet gnie­wem – ra­czej zmę­cze­niem.

– Buuuu! – krzyk­nę­ła, uno­sząc ręce. – Zero po­sza­no­wa­nia dla zmar­łych!

Tłum eks­plo­do­wał śmie­chem.

– Za­mknij się, stara!

– Wra­caj do grobu!

– Pa­trz­cie, bab­cia się ze­sra­ła!

Słowa pa­da­ły jak ka­mie­nie. Dzie­ci krzy­cza­ły, prze­krzy­ki­wa­ły mu­zy­kę, ob­ra­ża­jąc ją bez li­to­ści, bez re­flek­sji. Te­le­fo­ny skie­ro­wa­ły się teraz na nią – nowy obiekt drwin.

Sta­rusz­ka wes­tchnę­ła.

– Ech… szko­da słów. – Mach­nę­ła ręką.

Jej głos, gdy prze­mó­wi­ła po­now­nie, był inny. Zimny. Głę­bo­ki. Nie­ludz­ki.

– Po­wia­dam wam jedno. Taki sza­cu­nek, jaki oka­za­li­ście star­szym i zmar­łym… taki sam do­sta­nie­cie od życia.

Mu­zy­ka nagle uci­chła.

Jakby ktoś wy­cią­gnął wtycz­kę ze świa­ta.

Tłum za­milkł.

Dzie­ci pa­trzy­ły na nią w ciszy, któ­rej nie po­tra­fi­ły na­zwać. Coś było nie tak. Coś w jej spoj­rze­niu. W spo­so­bie, w jaki od­wró­ci­ła się i ode­szła, zni­ka­jąc mię­dzy bu­dyn­ka­mi, jakby nie do­ty­ka­ła ziemi.

Przez krót­ką chwi­lę nikt się nie po­ru­szył. Potem ktoś ner­wo­wo się za­śmiał.

– Dobra, dobra… wra­ca­my do na­gra­nia!

Mu­zy­ka znów ru­szy­ła. Ne­kro­bo­ty za­tań­czy­ły. Te­le­fo­ny unio­sły się w górę. Ale coś już zo­sta­ło. Nie­po­kój. Cię­żar w klat­ce pier­sio­wej. Dziw­ne uczu­cie, że ktoś ich po­li­czył. I że kie­dyś przyj­dzie po resz­tę.

*

 

Nadal pra­co­wa­łem w ko­pal­ni. Dni mi­ja­ły jak se­kun­dy, a se­kun­dy roz­cią­ga­ły się w wiecz­ność. Nie było zmian – tylko ka­mień, pył i od­dech, któ­re­go nie po­trze­bo­wa­łem. Cza­sem sły­sza­łem szept. Krót­kie roz­mo­wy z tymi, któ­rzy jesz­cze za­cho­wa­li reszt­ki świa­do­mo­ści. Ne­kro­bo­ty, tak jak ja, uwię­zio­ne po­mię­dzy ru­chem a sen­sem.

Po­czu­cie upły­wu czasu było nie do znie­sie­nia.

Nie bo­la­ło ciało – bo­la­ła cią­głość.

To tak spę­dzę wiecz­ność?

Kuć bez prze­rwy w mar­twy ka­mień?

Kie­dyś byłem na­ukow­cem. Kimś wiel­kim, jak wtedy są­dzi­łem. A teraz?

Żal roz­ry­wał mnie od środ­ka. Moja nauka – całe życie po­świę­co­ne ne­kro­bo­ty­ce – oka­za­ła się śmiesz­na wobec śmier­ci. Pył. Ilu­zja kon­tro­li. Wtedy usły­sza­łem rytmiczne, powolne kroki.

 Nie­na­le­żą­ce do żad­ne­go z nas. Echo nio­sło je przez tunel, aż do ja­ski­ni wkro­czył kształt ubra­ny na czar­no.

Sta­rusz­ka. Ziew­nę­ła prze­cią­gle, jakby wła­śnie się obu­dzi­ła z dłu­gie­go snu, i roz­pro­sto­wa­ła kości. Prze­cią­gnę­ła się le­ni­wie. Jej szkie­let wydał z sie­bie suche, ryt­micz­ne trza­sk­nię­cie, jak ła­ma­ne ga­łę­zie.

– No i co pan na­ro­bił… – po­wie­dzia­ła, pa­trząc pro­sto na mnie.

Za­mar­łem.

 Zaraz… czy ona mówi do mnie? – Pomyślałem.

– A do kogo in­ne­go, mło­ko­sie?! – wrza­snę­ła, a jej głos odbił się echem po całej ja­ski­ni. – Za­brał mi pan pracę!

Ja… ni­ko­mu ni­cze­go nie za­bie­ra­łem – od­po­wie­dzia­łem nie­pew­nie, choć moje ciało nadal kuło skałę, po­słusz­ne roz­ka­zom, któ­rych nie wy­da­wa­łem.

– Ta­kie­go ga­li­ma­tia­su jesz­cze nikt mi nie na­ro­bił – wes­tchnę­ła te­atral­nie. – Ale może to i do­brze. Wkrót­ce na­tu­ra sama za­pro­wa­dzi po­rzą­dek.

Jaki po­rzą­dek? 

Sta­rusz­ka prze­chy­li­ła głowę.

– Czy nie uważa pan, że mar­twi po­win­ni być mar­twi… a żywi żyć?

To chyba… na­tu­ral­ne – od­po­wie­dzia­łem bez­na­mięt­nie.

Uśmiech­nę­ła się krzy­wo.

– Nie w dzi­siej­szych cza­sach. Są rze­czy, któ­rych czło­wiek nie po­wi­nien do­ty­kać. A pan do­tknął.

Nadal nie ro­zu­miem – po­wie­dzia­łem, czu­jąc, że ro­zu­miem aż za do­brze.

Sta­rusz­ka na­chy­li­ła się ku mnie. Jej oczy błysz­cza­ły dra­pież­nie.

– Cho­ro­ba stra­wi ży­wych. A mar­twi… po­zo­sta­ną mar­twi. – Wy­pro­sto­wa­ła się, jakby wy­gło­si­ła morał. 

Jej śmiech odbił się w tu­ne­lach, a ja dalej kułem ka­mień – wie­dząc już, że to nie jest kara. 

*

 

Wkrót­ce na świe­cie wy­bu­chła epi­de­mia, ja­kiej nikt nie znał. Nie miała imie­nia. Nie po­trze­bo­wa­ła go. Przy­szła cicho – szyb­ciej niż strach. Ulice za­sła­ły się tru­pa­mi ży­wych.

Lu­dzie za­sty­ga­li tam, gdzie do­padł ich bez­ruch: przy sto­łach, w łóż­kach, w win­dach mię­dzy pię­tra­mi. Miesz­ka­nia pu­chły od ciszy i cuch­nę­ły zgni­li­zną, jakby samo po­wie­trze za­czę­ło gnić wraz z nimi. Oczy po­zo­sta­wa­ły otwar­te, wpa­trzo­ne w nic.

Tylko ne­kro­bo­ty się po­ru­sza­ły. Jedne wy­ko­ny­wa­ły swoje za­pro­gra­mo­wa­ne obo­wiąz­ki – za­mia­ta­ły puste ulice, ko­pa­ły w ja­ski­niach. Inne stały nie­ru­cho­mo, zwró­co­ne ku niebu, jakby cze­ka­ły na dal­sze in­struk­cje… albo na sens.

Mia­sto od­dy­cha­ło ciszą. Spo­kój prze­ciął je­dy­nie odgłos ro­we­ru. Me­ta­licz­ny, lekki, nie­mal ra­do­sny.

Drob­na sta­rusz­ka je­cha­ła środ­kiem ulicy, uśmiech­nię­ta, nucąc pod nosem starą me­lo­dię. Koła to­czy­ły się po cia­łach jak po nie­rów­nej dro­dze, mięk­ko, bez oporu.

– Ups… coś roz­je­cha­łam. – za­śmia­ła się gło­śno. – Cie­ka­we, co to było?

Pod ko­ła­mi zo­stał mokry ślad krwi, cien­ka czer­wo­na linia zna­czą­ca nowy po­rzą­dek świa­ta.

– W końcu tak po­win­no być – do­da­ła po­god­nie. 

Skrę­ci­ła w pustą alej­kę i znik­nę­ła w wej­ściu, jakby nigdy jej tam nie było.

*

 

Mi­nę­ły ty­sią­ce lat i ne­kro­bo­ty, jak każde inne dzie­ło stwo­rzo­ne ręką ludz­ką, zo­sta­ły stra­wio­ne przez czas. Ni­czym po­są­gi daw­nej ery stały nie­ru­cho­me, po­ro­śnię­te ro­ślin­no­ścią, po­pa­da­jąc w ruinę. Czas po­żarł pra­wie wszyst­kie ne­kro­bo­ty. Ostał się jeden – nie­śmier­tel­ny, sa­mot­ny w trze­wiach ko­pal­ni. Jego kilof ude­rza w skałę, a dźwięk ten pły­nie jak me­lo­dia, która nigdy nie zna ciszy.

Zie­mia po­ra­dzi­ła sobie bez daw­nych jej miesz­kań­ców znacz­nie le­piej, niż kto­kol­wiek mógł­by przy­pusz­czać. Na­tu­ra nie lubi próż­ni, więc na­sta­ła kolej no­wych stwo­rzeń ro­zum­nych – in­nych niż po­przed­nie, które zmar­no­wa­ły swoją szan­sę. Może życie to nie­ustan­ny cykl two­rze­nia i de­struk­cji? A to, co nowe, za­wsze przy­cho­dzi lep­sze?

Czy są na tym świe­cie rze­czy, któ­rych nie po­win­ni­śmy do­ty­kać? Gdzie prze­bie­ga gra­ni­ca – jeśli w ogóle ist­nie­je? A może nigdy jej nie było.

Może prze­su­wa­my ją bez końca, krok po kroku, wy­na­la­zek po wy­na­laz­ku, aż w końcu nie zo­sta­nie już nic… oprócz skut­ków.

I wtedy, po spu­sto­szo­nej ziemi, będą kro­czyć lu­dzie. Albo to, co po nich zo­sta­ło. Może cykl bę­dzie się po­wta­rzać. Czy natura stwo­rzy w końcu dzie­ło ide­al­ne? 

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Dziękuje za wskazanie wulgaryzmów. :)

Kwestie językowe i moje wątpliwości oraz sugestie (jak zawsze – tylko do przeanalizowania):

Panika zalała mój umysł, lecz ciało nie chciało słuchać. Chciałem uciec, krzyczeć. – powtórzenie?

Chwilę później prąd przeszył ciało, a żebra wróciły na swoje miejsce, jakby nic się nie stało. – aliteracja?

Oprócz studentów uczelni zebrały się tu tłumy – fani sportu narodowego, w którym Polacy byli naprawdę dobrzy. Nie, nie była to piłka nożna, lecz walki nekrobotów. – powtórzenie?

W powietrzu falował szal z obelgami kierowanymi ku konkurencji. – aliteracja?

Była zamknięta w mechaniczno-cielesnej powłoce, więźniem własnego martwego ciała. – składniowy?

Nie pomyśleli o tym, gdy sprowadzali go na świat – teraz chłopiec zajmował się sobą sam. – aliteracja?

Marzena nie wiedziała (przecinek?) jak, ale jakby ciało pamiętało dawne życie.

Zawsze o tej porze zmierzało tam, gdzie powinno. – dokąd?

Tylko Marzena patrzyła w scenę bez ruchu. – składniowy?

– Znam wszystkich. – Zaśmiała się cicho. – małą literą?

Bo (przecinek?) jak zdrowie jest, to nic więcej nie potrzeba.

Inny zapadł się w sobie, ciągnąc za sobą plątaninę kabli, a jego nogi wciąż wybijały rytm. – stylistyczny/powtórzenie?

– No i co pan narobił… – powiedziała, patrząc prosto na mnie. – aliteracja?

Ja… nikomu niczego nie zabierałem – odpowiedziałem niepewnie, choć moje ciało nadal kuło skałę, posłuszne rozkazom, których nie wydawałem. – i tu?

– Takiego galimatiasu jeszcze nikt mi nie narobił. – Westchnęła teatralnie. – małą literą?

– Ups… coś rozjechałam. – Zaśmiała się głośno. – i tu?

 

Poza tym – mam wątpliwości, czy liczebników nie powinno się pisać słownie (?).

Plus dodatkowy – za świetnie dobraną ilustrację. :) 

Piękna, moralizatorsko-filozoficzna opowieść, pełna dramaturgii, przestrogi, nauki i fantastyki. :) Spodobał mi się pomysł oraz główny narrator i jego emocje, postać staruszki, a także opisane, rozmaite przypadki. Przytłaczająca wizja naszej przyszłości – oby nieprawdziwa.

Klik podwójny, pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

 

Pecunia non olet

Dzięki bruce. Pozdrawiam.

I ja dziękuję, powodzenia. :)

Pecunia non olet

Czołem, Adexx

Łapanki już były, teraz podsumowanie.

No co ja Ci mogę powiedzieć: przerażające to i obrzydliwe. Smutne i…

Bardzo podoba mi się ten styl – fantastyka mocno osadzona w emocjach. Wydaje się bardzo “realistyczna”? Sam nie wiem jak to określić.

 

Nie tylko opowiadanie jest fajne, ale i koniec satysfakcjonujący ;)

Ode mnie masz klik.

Dzięki Ramshiri. Pozdrawiam.

Hej,

Ciekawe opowiadanie, trochę zbiór różnych scen, co jest interesującym zabiegiem. No wyobraźnię to masz potężną. Wizja świata jaką przedstawiasz, jest obrzydliwa, brudna i makabryczna. Nie jestem przekonany, czy wszystko dobrze zrozumiałem, tekst jest napisany dość tajemniczo i wymaga skupienia, ale bardzo mi się podobał, a sam świat jaki wykreowałeś zostanie w głowie, jak się spodziewam, na dłużej. Zakończenie intrygujące. Zasłużony klik biblioteczny. 

Momenty, które mi zgrzytnęły, może się przyda:

Nie wiedziałem już, czy naprawdę coś słyszye, czy po prostu oszalałem.

Literówka.

Obok stał inny martwy – nekrobot z taczką, czekający na urobek

W moim odczuciu dziwne miejsce na półpauzę. 

Jak ja skończyłem… – wył w myślach, unosząc kilof ponad głowę.

Uderzenie. Głuchy dźwięk. Ostrze wgryzło się w skałę. Jeszcze niedawno był naukowcem. Teraz…

Obiecywali, że tego nie zrobią. Że nie pójdą dalej.

– Ej… ty tam – rozległ się męski głos.

Nie wiedziałem już, czy naprawdę coś słyszye, czy po prostu oszalałem.

Możliwe, że nie do końca zrozumiałem ten fragment, ale mam wrażenie, że mieszasz pierwszą z trzecią osobą. Szczególnie, że dalej używasz znowu trzeciej osoby:

O tym, co by było, gdyby nigdy nie rozwinął nekrobotyki. Był jednym z najlepszych ekspertów w tej dziedzinie. Czy to on zgotował wszystkim taki los?

– Nie myśl za dużo. I nie śnij! – krzyk wyrwał go z rozmyślań.

– DAWAJ! – ryknął tłum.

– ROZERWIJ GO!

Często stosujesz wielkie litery do zapisu wykrzyczeń. Nie uważam, żeby było to konieczne, szczególnie w takim natężeniu jest to wręcz komiksowe. W tekście jest sporo takich dialogów.

ŁUP!

Dźwięk kukułki piszesz małymi literami i kursywą. Późniejsze onomatopeje wielkimi literami bez kursywy. Trochę niekonsekwentnie, to tylko moje zdanie, ale myślę, że lepiej wygląda w pierwszej formie i jest wtedy poprawne.

Tak właśnie wyglądało życie młodzieży w sieci. Gdy odkryli, że nie muszą już robić głupot sami – że ktoś inny może wykonać je za nich – rozpoczął się potworny wyścig absurdu.

Nekro-TikTok. Im głupiej, tym lepiej.

Ciekawa wizja. Fajne.

 

Mieszkania puchły od ciszy i cuchnęły zgnilizną, jakby samo powietrze zaczęło gnić wraz z nimi.

Może podkreślające, ale ja odbieram jednak jako powtórzenie. Ogólnie nagromadziło Ci się tej zgnilizny w tekście. Fakt, robi klimat, obrzydza, turpizm pełną parą – ale tej zgnilizny jest według mnie troszkę za dużo, piętrzy się praktycznie w każdym akapicie, luźna uwaga: może przemyśl, czy nie można w kilku miejscach jej zastąpić czymś równie obrzydliwym, oddającym klimat.

Na koniec jeszcze polecę oddzielić dodatkowymi enterami gwiazdki rozdzielające rozdziały. Dla czytelności.

 

Serdecznie pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Witam. Dzięki za komentarz i klika. Pozdrawiam.

Nowa Fantastyka