- Opowiadanie: Bardjaskier - Ciemny las: Tom i Kevin

Ciemny las: Tom i Kevin

Hej, to ostatni  tekst (w kolejności publikacji) o sympatycznych robaczkach, a jednocześnie pierwszy, który napisałem.

 

Miłej lektury :)

 

Zaznaczyłem wulgaryzmy, ale już nie pamiętam czy są, czy nie.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Biblioteka:

cezary_cezary, Finkla

Oceny

Ciemny las: Tom i Kevin

 

Po­nie­dzia­łek 6:15

 

– Wsta­waj.

Głos Liu wy­rwał Toma ze snu.

– Która jest? – wy­mam­ro­tał.

– Szó­sta. Kevin oglą­da bajki, zrób mu śnia­da­nie, tylko nic na słod­ko. Ja wy­cho­dzę – Głos Liu od­da­lał się gdzieś we wnę­trzu miesz­ka­nia.

Tom otwo­rzył oczy i się­gnął po pa­pie­ro­sy le­żą­ce na ramie łóżka.

– Zmy­war­ka jest do opróż­nie­nia i prze­łóż pra­nie do su­szar­ki.

Jej głos do­cie­rał do sy­pial­ni to z po­ko­ju dziec­ka, to z go­ścin­ne­go.

Tom wstał i pod­szedł do uchy­lo­ne­go okna. Przez chwi­lę wal­czył z po­ran­nym kasz­lem, na­stęp­nie od­na­lazł na pa­ra­pe­cie za­pal­nicz­kę. Zgrzyt krze­si­wa ocie­ra­ją­ce­go się o ka­mień za­trzy­mał rytm po­ran­nej krzą­ta­ni­ny Liu.

Tom pa­trzył na pło­mień, wsłu­chu­jąc się w ciszę. Przy­pusz­czał, że Liu stoi w przed­po­ko­ju.

– Prze­wietrz miesz­ka­nie – rzu­ci­ła.

Tom od­pa­lił pa­pie­ro­sa. Pierw­sze po­ran­ne star­cie mieli już za sobą.

– Pa, ko­cha­nie – powiedziała do Kevina.

– Pa, mamo.

– Bądź grzecz­ny i nie prze­szka­dzaj tacie w pracy.

Drzwi za­trza­snę­ły się za Liu, jak się zda­wa­ło To­mo­wi, nieco gło­śniej niż zwy­kle.

– Pa, ko­cha­nie – wy­szep­tał do ża­rzą­ce­go się pa­pie­ro­sa.

 

Na ze­wnątrz było ciem­no, całą ulicę wy­peł­nia­ła gęsta mgła. Mimo to było nie­zno­śnie go­rą­co. Tom zga­sił nie­do­pa­łek w po­piel­nicz­ce i za­mknął okno. Tylko dla­te­go, że Liu chcia­ła, by było otwar­te.

– Cześć, go­ściu. – Tom, w dro­dze do biur­ka z kom­pu­te­rem, po­gła­dził Ke­vi­na po ciem­nych wło­sach.

– Cześć.

Kevin oglą­dał „Kocię Kicię”, bo­daj­że naj­bar­dziej wku­rza­ją­cą Toma bajkę z ca­łe­go asor­ty­men­tu stre­amin­go­wych kre­skó­wek.

– Co zjesz? – Tom uru­cho­mił kom­pu­ter i za­mknął okno w po­ko­ju.

– Mam ocho­tę na…

Tom prze­szedł do kuch­ni, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na głu­pa­wą bajkę. To, co go naj­bar­dziej zło­ści­ło, to fakt, że Kevin miał już sześć lat, zde­cy­do­wa­nie za dużo, jak na oglą­da­nie tak in­fan­tyl­nych tre­ści.

– No, go­ściu? To co bę­dzie z tym śnia­da­niem?

– Mmm, może…

Z te­le­wi­zo­ra wylał się we­so­ły okrzyk trzech kot­ków:

– Bał miał, bał miał, bał miał!!

Tom włą­czył eks­pres do kawy, przy­glą­da­jąc się pu­stej fi­li­żan­ce. Kie­dyś Liu, wy­cho­dząc do pracy, przy­go­to­wy­wa­ła mu kawę. Odkąd prze­sta­li ze sobą roz­ma­wiać, a za­czę­li na sie­bie war­czeć, znaj­do­wał wy­łącz­nie na­czy­nie. Na­szy­ko­wa­ne, jak daw­niej, jed­nak od dłuż­sze­go już czasu puste.

Na ka­len­da­rzu wciąż wid­nia­ły ter­mi­ny wizyt u te­ra­peu­ty. “Ma­gi­ka” od na­pra­wia­nia cu­dzych związ­ków. Prze­sta­li do niego cho­dzić. Oboje po­go­dzi­li się z tym, że w ich zwią­zek nie da się już tchnąć nawet odro­bi­ny magii.

– I jak, go­ściu? Za­sta­no­wi­łeś się?

W od­po­wie­dzi Tom usły­szał Kocię Kicię:

– Bał miał, bał miał, bał miał!!

Wró­cił do po­ko­ju z kawą i miską.

– Masz płat­ki cze­ko­la­do­we – po­wie­dział, kła­dąc je na sto­li­ku.

– Wła­śnie na płat­ki mia­łem ocho­tę – ucie­szył się Kevin.

 

Po­nie­dzia­łek 8:00

 

Tom prze­szedł na pracę zdal­ną po na­ro­dzi­nach Ke­vi­na. Liu krę­ci­ła nosem na po­sy­ła­nie dziec­ka do przed­szko­la, a już na pewno nie chcia­ła sły­szeć o opie­kun­ce.

– Nikt obcy nie bę­dzie wy­cho­wy­wał mo­je­go dziec­ka – grzmia­ła.

A Tom nie chciał, by z po­wo­du Ke­vi­na za­ła­ma­ła się ka­rie­ra Liu. Wy­cho­wa­nie wziął na sie­bie. Pi­sa­nie maili do klien­tów firmy odzie­żo­wej, w któ­rej pra­co­wał, nie wy­ma­ga­ło obec­no­ści w biu­rze, do­pó­ki wy­ra­biał normy.

– Tato, skąd się bie­rze mgła? – za­py­tał Kevin.

– „Dzię­ku­je­my za wy­ro­zu­mia­łość” – Tom od­czy­tał frag­ment maila. – Co się dzie­je, go­ściu?

– No, co to jest mgła? – Kevin po­wtó­rzył, krę­cąc się na pa­ra­pe­cie.

Tom spoj­rzał na sto­lik, pustą miskę po płat­kach i frag­ment ko­lej­ne­go od­cin­ka bajki. Na­stęp­nie na syna, pa­trzą­ce­go przez szybę na mlecz­ną chmu­rę wi­szą­cą na ze­wnątrz.

– Oglą­dasz to jesz­cze?

– Bał miał, bał miał, bał miał!! – ode­zwa­ła się Kocia Kicia.

– Tak.

– Oglą­dasz z pa­ra­pe­tu?

– Słu­cham?

Tom wró­cił do maila i do­pi­sał resz­tę prze­pro­sin.

– Spada z nieba? – za­py­tał Kevin.

– Co spada?

– Mgła.

Tom był po­ko­na­ny. Oparł się na krze­śle i po­pa­trzył na syna w pi­dża­mie ozdo­bio­nej po­sta­cia­mi z bajek Di­sneya.

– Mgła to para uno­szą­ca się z na­grza­nej ziemi – wy­ja­śnił Tom. – Gdy jest mokro i bar­dzo cie­pło, wtedy tak się dzie­je.

Kevin po­pa­trzył na Toma nie­prze­ko­na­ny.

– Ale chyba ta jest inna.

– Co masz na myśli, go­ściu?

– Ta zla­tu­je z nieba i ma takie małe świe­tli­ki.

– Co ty ga­dasz, go­ściu? – uśmiech­nął się Tom. – A może to mgiel­ne wróż­ki?

– Nie – po­wie­dział Kevin po chwi­li za­sta­no­wie­nia. – Bar­dziej przy­po­mi­na­ją ma­leń­kie świa­teł­ka albo te ro­bacz­ki, które mamy w ła­zien­ce.

– Ro­bacz­ki?

– Tak, te, które raz się nie świe­cą, a raz się świe­cą na srebr­no. Tylko że te w mgle świe­cą się na złoto.

Tom wstał od biur­ka. Zga­sił świa­tło. W miesz­ka­niu zro­bi­ło się bar­dzo ciem­no.

– Co jest? – wy­szep­tał Tom i spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ło po­łu­dnie.

Pod­szedł do okna. Ulica była opu­sto­sza­ła. Żad­nych prze­chod­niów i sa­mo­cho­dów. W le­d­wie wi­docz­nych oknach bu­dyn­ku na­prze­ciw­ko do­strzegł ciem­ne syl­wet­ki ludzi wpa­trzo­nych we mgłę.

W nie­ru­cho­mym ob­ło­ku fak­tycz­nie coś mi­go­ta­ło. Ma­leń­kie dro­bin­ki świe­ci­ły, ni­czym złoto wy­płu­ki­wa­ne z rzecz­ne­go mułu. Obłok po­ru­szył się, gdy gdzieś znad da­chów domów w mgłę spły­nę­ła mlecz­na chmu­ra. Całun za­wi­ro­wał, jak gęsty dym, w który ktoś dmuch­nął. Po chwi­li mgła znów za­wi­sła w bez­ru­chu.

– Wi­dzisz? Teraz jest ich wię­cej. – Kevin przy­sta­wił palec do szyby.

Tom wi­dział. Mie­nią­cych się dro­bi­nek przy­by­ło.

– Nie otwie­raj okna – po­wie­dział i ru­szył do te­le­wi­zo­ra.

– Ej, mó­wi­łem ci, że słu­cham – po­skar­żył się Kevin, gdy Tom prze­łą­czył obraz na ser­wis in­for­ma­cyj­ny.

 

Po­nie­dzia­łek 16:05

 

– "Służ­by pra­cu­ją nad dziw­nym zja­wi­skiem mgły oraz od­po­wie­dzią na py­ta­nie: co za­sła­nia niebo…". – Tom wy­łą­czył ekran te­le­fo­nu i się­gnął po pall malle. Był już wy­star­cza­ją­co prze­stra­szo­ny.

Kevin bawił się w swoim po­ko­ju.

– Wy­cho­dzę za­pa­lić! – Tom krzyk­nął z przed­po­ko­ju.

Od­gło­sy ba­ta­lii w po­ko­ju syna uci­chły.

– Co?!

– Idę za­pa­lić!

– Dobra!

Tom lubił miesz­kać na par­te­rze. Na­prze­ciw­ko miał tylko jed­nego są­sia­da, bli­sko na ze­wnątrz i piw­ni­cy. Par­ter był też miej­scem przy­pad­ko­wych spo­tkań lo­ka­to­rów.

Ste­ven stał z pa­pie­ro­sem przy uchy­lo­nych drzwiach pro­wa­dzą­cych na plac z dru­giej stro­ny bu­dyn­ku.

– Cześć – przy­wi­tał się Tom.

– Witam.

Ste­ven za­wsze mówił „witam”. Od­ry­wał filtr od pa­pie­ro­sów i miał dziw­ną skłon­ność do do­ty­ka­nia in­nych ludzi. Przy­po­mi­nał tro­chę kow­bo­ja ze spa­ghet­ti we­ster­nów. To spra­wia­ło, że Tom nigdy go nie po­lu­bił, ani też nie po­tra­fił współ­czuć sta­re­mu są­sia­do­wi, choć ten sa­mot­nie wy­cho­wy­wał nie­peł­no­spraw­ne­go syna.

– Cho­ler­na po­go­da – za­czął Ste­ven.

Pa­trzy­li przez szybę drzwi, za którą pa­no­wa­ła cisza skry­ta w bieli.

– Tak – przy­znał w końcu Tom. – Mógł­byś za­mknąć?

– A, tak. Za­po­mnia­łem. – Ste­ven uśmiech­nął się i wy­cią­gnął but spo­mię­dzy drzwi a fra­mu­gi. – Pa­mię­tam, jak od­je­cha­łeś w cza­sie co­vid-u.

– Dzię­ku­ję.

– Dro­biazg – po­wie­dział Ste­ven. – Po­zwól, że za­py­tam, a raka się nie boisz?

– Boję się tylko tych cho­rób, w które sam się nie wpę­dzam.

– Dobre. – Ste­ven ode­rwał ko­lej­ny filtr. – Dasz mi ognia?

Tom wy­cią­gnął za­pal­nicz­kę. Ste­ven za­sło­nił ogień dłoń­mi, choć znaj­do­wa­li się w po­miesz­cze­niu, przy oka­zji do­ty­ka­jąc ręki Toma, który po­czuł mokry man­kiet ko­szu­li.

– Masz… – za­czął Tom, ale urwał, wi­dząc, że nie tylko rękaw, ale i ra­mio­na ko­szu­li są­sia­da były mokre.

– Tak, to przez tę cho­ler­ną mgłę – przy­znał Ste­ven. – Na ze­wnątrz wszyst­ko się lepi, jak, za prze­pro­sze­niem, w piź­dzie.

Tom do­tknął dłoni, na któ­rej po­zo­sta­ła lepka ciecz, przy­po­mi­na­ją­ca w do­ty­ku że­lo­we za­baw­ki Ke­vi­na.

– Co? – za­py­tał Ste­ven na widok twa­rzy Toma. – Za­czy­na ci od­wa­lać?

Tom wpa­try­wał się w czer­wo­ną plamę na szyi Ste­ve­na. Skóra w tym miej­scu była opuch­nię­ta.

– Muszę iść… – za­czął Tom.

Na pię­trze roz­legł się gar­dło­wy krzyk.

– Tak, też będę le­ciał, syn się obu­dził. – Ste­ven wy­cią­gnął dłoń na po­że­gna­nie.

– Ja…

– A, tak, za­po­mnia­łem. – Ste­ven roz­cią­gnął wargi, od­sła­nia­jąc po­żół­kłe zęby. – Za­raz­ki.

Pu­ścił oko do Toma i ru­szył na pię­tro.

 

Po­nie­dzia­łek 20:30

 

– "Le­ka­rze nie są zgod­ni co do po­ja­wia­ją­cych się prze­bar­wień na skó­rze u wciąż na­pły­wa­ją­cych do szpi­ta­li pa­cjen­tów…". – Tom wy­łą­czył te­le­wi­zor, sły­sząc jak Liu wcho­dzi do miesz­ka­nia. Za oknem noc była nie­prze­nik­nio­na, a świa­tła la­tar­ni i okien bu­dyn­ków le­d­wie wi­docz­ne, zda­wa­ły się nik­nąć w pu­st­ce.

– Kevin śpi? – rzu­ci­ła jesz­cze w drzwiach.

– Tak.

– To do­brze.

Była wście­kła, zdję­ła mokre buty i znik­nę­ła w kuch­ni. Po­szedł za nią, po­trze­bo­wał roz­mo­wy. Ubra­na w czar­ną su­kien­kę i nie­bie­ską ko­szu­lę, uzu­peł­nio­ną apasz­ką, wy­glą­da­ła jak wzór ja­poń­skiej biz­ne­swo­man. Jej de­li­kat­ne, azja­tyc­kie rysy przy­po­mi­na­ły To­mo­wi, że wciąż kocha tę zimną ko­bie­tę.

Liu wy­cią­gnę­ła piwo z lo­dów­ki.

– Co? – za­py­ta­ła.

– Nic, tylko sły­sza­łem…

– Pro­szę, nie, bła­gam. Prze­cho­dzi­li­śmy to w trak­cie co­vid-u. – Otwo­rzy­ła pusz­kę i za­czę­ła pić.

– To źle, że się mar­twię?

Liu po­wo­li od­sta­wi­ła pusz­kę na ku­chen­ny blat. Tom prze­czu­wał, że wy­brał naj­gor­szy mo­ment.

– Nie, ty się nie mar­twisz, tylko wpa­dasz w pa­ra­no­ję. Może już nie pa­mię­tasz, więc ci przy­po­mnę. W cza­sie pan­de­mii prze­sze­dłeś pięt­na­ście te­stów na obec­ność wi­ru­sa, wszyst­kie były ne­ga­tyw­ne.

– Źle się czu­łem. – Tom zaraz po­ża­ło­wał, że pod­jął roz­mo­wę.

– Nie, Tom, ty umie­ra­łeś za każ­dym razem, gdy za­czy­na­łeś kasz­leć albo mia­łeś dusz­no­ści. Dwa razy wzy­wa­łam po­go­to­wie. Nie życzę sobie po­dob­ne­go cyrku! Ro­zu­mie­my się!?

– Chcę tylko po­roz­ma­wiać – Tom cią­gnął roz­mo­wę, choć wie­dział, że zmie­rza­ła ku ka­ta­stro­fie.

– Nie! Ty chcesz się wy­ża­lić! Bo twoim pro­ble­mem nie jest hi­po­chon­dria, nie jest nim de­pre­sja, tylko twój pie­przo­ny ego­cen­tryzm!

– Ale chyba zgo­dzisz się, że to nie jest nor­mal­na sy­tu­acja. – Tom nie po­tra­fił zro­zu­mieć, czemu nie może się po pro­stu za­mknąć i brnie dalej w dys­ku­sję.

– Oczy­wi­ście, że nie jest! Covid też nie był, ale co mo­żesz z tym zro­bić, Tom!? Co!?

– Dobre py­ta­nie. – Tom nie mógł uwie­rzyć w to, co mówił, bo oboje wie­dzie­li, gdzie leży pro­blem.

– Mo­żesz choć raz za­py­tać: “Co u cie­bie sły­chać, Liu?”. Możesz choć raz prze­stać my­śleć o swoim świe­cie pa­ra­noi i za­py­tać, jak ja się czuję. Mo­żesz!? Wtedy może byś się do­wie­dział, że pół­rocz­ny plan in­we­sty­cyj­ny, nad któ­rym pra­co­wa­łam, szlag tra­fił, bo klient za­wie­sił fi­nan­so­wa­nie z po­wo­du pie­przo­nej ano­ma­lii po­go­do­wej!

– Liu, lu­dzie tra­fia­ją do szpi­ta­li…

– Z po­wo­du wy­syp­ki!

– Nie tylko, roz­ma­wia­łem ze Ste­ve­nem, miał coś na szyi, on do­tknął mojej ręki. Ona była mokra…

– Za­mknij się.

– Liu?

– Za­mknij się!

Z po­ko­ju Ke­vi­na do­szły ich senne ma­ja­ki syna. Stali chwi­lę w kuch­ni, każde wpa­trzo­ne w pod­ło­gę. Gdy było już pewne, że dziec­ko śpi, pierw­sza ode­zwa­ła się Liu:

– Firma na razie bę­dzie za­mknię­ta, prze­cho­dzi­my na pracę zdal­ną. Za­in­sta­lu­ję się w po­ko­ju Ke­vi­na i będę tam też spać.

– Kto bę­dzie robił za­ku­py?

– A jak my­ślisz? – Ob­rzu­ci­ła go po­gar­dli­wym spoj­rze­niem i wy­szła do po­ko­ju dziec­ka.

 

Środa 12:03

 

"Szpi­ta­le zo­sta­ły oto­czo­ne kor­do­nem po­li­cyj­nym. Mi­ni­ster zdro­wia ape­lu­je: Nie ma żad­nych prze­sła­nek, że prze­bar­wie­nia skór­ne mogą być groź­ne dla zdro­wia. Nie pa­ra­li­żuj­cie pracy szpi­ta­li. W miarę moż­li­wo­ści zo­stań­cie w do­mach…". 

Tom wy­łą­czył trans­mi­sję w te­le­fo­nie.

– Jadę do skle­pu. Kevin, je­dziesz ze mną? – za­py­ta­ła Liu, unikając wzroku Toma.

– Nie, mamo, zo­sta­nę z tatą.

– Od ty­go­dnia nie wy­cho­dzisz.

– Wiem, ale nie chcę, żeby tata się zde­ner­wo­wał.

– Jak chcesz.

– Weź ma­secz­kę – po­pro­sił Tom, ale Liu już zdą­ży­ła wyjść.

Źle zno­si­ła za­mknię­cie w domu, wy­raź­nie schu­dła, a jej blada cera stała się nie­zdro­wo biała. No i prze­bar­wie­nia na rę­kach i szyi, które Tom ob­ser­wo­wał z nie­po­ko­jem, do­pro­wa­dza­ły żonę do szału.

– Dzię­ki, go­ściu – po­wie­dział Tom. – Miło, że po­my­śla­łeś o oj­czul­ku.

Kevin od­sta­wił fi­gur­ki su­per­bo­ha­te­rów, które w śmier­tel­nym po­je­dyn­ku roz­strzy­ga­ły, kto jest naj­więk­szym ba­das­sem.

– To nie dla­te­go zo­sta­łem w domu. – Twarz Ke­vi­na od razu zdra­dza­ła, że ma jakąś ta­jem­ni­cę.

– Kevin… – Tom zszedł z ka­na­py i usiadł na pod­ło­dze obok syna. – Co się dzie­je?

Kevin całą uwagę sku­pił na bajce, jak za­wsze, gdy chciał unik­nąć nie­wy­god­ne­go te­ma­tu.

– Cho­dzi o kłót­nie mię­dzy mamą i tatą? – Tom po­gła­dził syna po karku. – Mo­że­my o tym po­ga­dać, jeśli chcesz.

Czar­ne oczy Ke­vi­na, przy­po­mi­na­ją­ce dwa wę­giel­ki za­to­pio­ne w mleku, za­szkli­ły się de­li­kat­nie.

– Spo­koj­nie, go­ściu – po­wie­dział Tom. – W końcu po­go­dzę się z mamą.

– Nie – wy­mam­ro­tał Kevin.

– Nie mów tak, zo­ba­czysz, że mię­dzy mamą i tatą jesz­cze wszyst­ko bę­dzie…

– Nie o to cho­dzi! – Kevin rzucił jednym z su­per­bo­ha­te­rów o zie­mię.

– To, o co?

– Nie chcę spać z mamą – po­wie­dział, nie pa­nu­jąc nad łzami.

– Spo­koj­nie, nie ma w tym nic złego – ro­ze­śmiał się Tom. – Jak chcesz, mo­żesz spać ze mną. Ale uprze­dzam, że chra­pię i roz­py­cham się w łóżku.

– Wiem, ale to nie jest strasz­ne – przy­znał Kevin.

– Jasne, że nie jest.

– Ale gdy mama na mnie pa­trzy w nocy, już jest.

– Jak pa­trzy? – za­py­tał Tom, utrzy­mu­jąc uśmiech na twa­rzy.

Kevin wzru­szył ra­mio­na­mi.

– No tak dziw­nie, siada na łóżku i pa­trzy.

– Też lubię na cie­bie pa­trzeć. A może mama chce się upew­nić, że śpisz?

– Chyba nie, bo char­czy.

– Char­czy?

– Tak, jak stary pies są­sia­dów, tak dziw­nie. I to mnie budzi.

– I co się wtedy dzie­je?

– Udaję, że śpię, a mama pa­trzy i char­czy.

 

Pią­tek 06:15

 

Biała smuga spły­nę­ła w mgłę. Obłok wi­ro­wał przez chwi­lę, mie­niąc się, nim za­stygł w bez­ru­chu.

– Tato, co się stało z pta­ka­mi?

– Nie wiem. – Tom pa­trzył na syna sie­dzą­ce­go po dru­giej stro­nie pa­ra­pe­tu.

– A czemu nie oglą­dasz już te­le­wi­zji?

– Chyba zro­bi­li sobie wa­ka­cje.

– A ci, któ­rych słu­chasz w in­ter­ne­cie?

Tom za­uwa­żył, że w bu­dyn­ku na­prze­ciw­ko za­pa­la­ły się świa­tła już tylko w nie­licz­nych miesz­ka­niach.

– Oni nie mają wa­ka­cji – od­po­wie­dział Tom.

– Nie mają, bo muszą opo­wia­dać o mgle?

– Chyba tak, ale mówią tak różne i dziw­ne rze­czy, że chyba prze­sta­nę ich słu­chać.

Ca­ły­mi dnia­mi w bu­dyn­ku pa­no­wa­ła zu­peł­na cisza, prze­ry­wa­na cza­sem ję­ka­mi upo­śle­dzo­ne­go syna Ste­ve­na. A w nocy Liu wy­cho­dzi­ła z po­ko­ju Ke­vi­na. Tom sły­szał jej bose stopy na ka­fel­kach, a na­stęp­nie – jak je w kuch­ni.

– To będą mogli też po­je­chać? – do­py­ty­wał Kevin.

Na­stęp­nie Liu sta­wa­ła w drzwiach sy­pial­ni. Stała naga, wy­nędz­nia­ła, z wi­docz­ny­mi że­bra­mi. Na każde py­ta­nie Toma od­po­wia­da­ła py­ta­niem:

– Je­dli­ście?

Gdy Tom po­twier­dzał, wra­ca­ła do po­ko­ju Ke­vi­na. W innym przy­pad­ku stała i pa­trzy­ła, char­cząc prze­cią­gle jak asma­tyk. Wtedy Kevin, pod koł­drą, dło­nią szu­kał Toma.

– Co mó­wi­łeś? – Tom ode­rwał spoj­rze­nie od okna.

– Py­ta­łem, czy jak prze­sta­niesz słu­chać tych panów z in­ter­ne­tu, to będą mogli po­je­chać na wa­ka­cje.

– Myślę, że tak – po­wie­dział Tom.

– Czy mama jest chora?

Toma za­sko­czy­ło, z jakim spo­ko­jem Kevin zadał to py­ta­nie.

– Chyba tro­chę jest.

– To po­win­na pójść do szpi­ta­la.

Tom z tru­dem prze­łknął ślinę i po­wie­dział:

– Szpi­ta­le też mają wa­ka­cje.

 

Pią­tek 10:20

 

Tom zła­pał klam­kę. Drzwi do po­ko­ju dzie­cię­ce­go były za­mknię­te. Za­pu­kał. Liu po­de­szła do drzwi i przy­sta­wi­ła twarz. Tom przez mlecz­ną szybę do­tknął po­licz­ka żony.

– Jak się czu­jesz? – za­py­tał.

Liu cięż­ko dy­sza­ła, jej od­dech za­kłó­cał nie­przy­jem­ny, gar­dło­wy char­kot.

– Liu?

– Je­dli­ście? – py­ta­nie było nie­mal me­cha­nicz­ne, bez cie­nia tro­ski.

– Tak, je­dze­nia jest dużo, zresz­tą wiesz, wy­cho­dzisz do kuch­ni w nocy.

Po­li­czek od­kle­ił się od szyby, a Liu znik­nę­ła w ciem­nym po­ko­ju.

– Liu? Liu?! – Tom ude­rzył pię­ścią w drzwi. – Liu!! Co to, kurwa, ma zna­czyć?! Co?! Je­dli­ście?! Twój syn się mar­twi!

– Tato?

Tom ob­ró­cił się. Kevin stał w sy­pial­ni.

– Obu­dzi­łem cię, prze­pra­szam – po­wie­dział Tom. – Pu­ścić ci bajki? Co byś chciał na śnia­da­nie? Może płat­ki?

– Chciał­bym, żeby mama do nas wy­szła.

– Wiem, ja też tego chcę.

Wziął Ke­vi­na na ręce.

– Tato, ja się boję.

Tom ści­skał syna, który łkał ci­chut­ko. Resz­tę dnia spę­dzi­li tuląc się do sie­bie. Kevin za­snął pod wie­czór. Tom za­niósł go do sy­pial­ni. Mi­ja­jąc pokój syna, spró­bo­wał jesz­cze raz otwo­rzyć drzwi, bez re­zul­ta­tu. W kuch­ni spraw­dził, ile zo­sta­ło im ryżu, ma­ka­ro­nu i płat­ków. Wszyst­ko koń­czy­ło się szyb­ciej, niż przy­pusz­czał. W to­a­le­cie zo­sta­ła ostat­nia rolka pa­pie­ru to­a­le­to­we­go i pół tubki pasty do zębów.

– Prze­cież muszą już coś wie­dzieć – wark­nął i ru­szył do te­le­wi­zo­ra.

Wy­łą­czył plat­for­mę stre­amin­go­wą i prze­szedł na ser­wis in­for­ma­cyj­ny. Wy­świe­tlił się duży ko­mu­ni­kat: „Prze­rwa w nada­wa­niu”. Prze­łą­czył na ko­lej­ny i ko­lej­ny kanał; na wszyst­kich wid­nia­ła ta sama wia­do­mość. Nie­któ­re sta­cje wrzu­ci­ły, za­miast stan­dar­do­wej ra­mów­ki, stare se­ria­le.

Tom wy­cią­gnął te­le­fon i wy­brał numer alar­mo­wy wy­sy­ła­ny przez cen­trum kry­zy­so­we.

– Z po­wo­du prze­cią­że­nia sieci, po­łą­cze­nie nie może być zre­ali­zo­wa­ne – ode­zwał się ko­mu­ni­kat.

Wy­brał numer do ro­dzi­ców Liu. Usły­szał tę samą wia­do­mość, wtedy też zga­sło świa­tło.

 

Piątek 20:00

 

W miesz­ka­niu bez­piecz­ni­ki były w po­rząd­ku. Tom zszedł z krze­sła i po­świe­cił la­tar­ką na drzwi. Chwi­lę się wahał, w końcu prze­krę­cił zamek i wy­szedł na sień. Skrzyn­ka z głów­nym bez­piecz­ni­kiem znaj­do­wa­ła się na pół­pię­trze. W bu­dyn­ku pa­no­wa­ła zu­peł­na cisza. Wszedł po stop­niach, oświe­tla­jąc ich szczyt. Na­stęp­nie skie­ro­wał stru­mień świa­tła na skrzyn­kę, była otwar­ta.

– Co jest? – wyszeptał.

Tom nie mu­siał znać się na elek­try­ce, by za­uwa­żyć, że wszyst­kie za­bez­pie­cze­nia są ścią­gnię­te, a bez­piecz­ni­ki od miesz­kań ktoś wy­cią­gnął.

Cichy zgrzyt klam­ki zmu­sił Toma do oświe­tle­nia pierw­sze­go pię­tra. Drzwi miesz­ka­nia tuż przy scho­dach były uchy­lo­ne. Zo­ba­czył wcho­dzą­ce­go na­gie­go męż­czy­znę z wzdę­tym brzu­chem, jak u nie­do­ży­wio­nych dzie­ci.

– Jack? – głos Toma, mimo że ści­szo­ny, roz­niósł się po sieni.

Jack sta­nął w progu i spoj­rzał w dół scho­dów nie­na­tu­ral­nie du­ży­mi ocza­mi na tle za­pad­nię­tych po­licz­ków. Całe jego ciało po­kry­wa­ły czer­wo­ne, na­puch­nię­te plamy. Coś ści­skał w ko­ści­stej dłoni.

– Jack, czemu wy­cią­gną­łeś bez­piecz­ni­ki? – za­py­tał Tom, z tru­dem pa­trząc na sine wargi i prze­bi­ja­ją­ce się przez skórę kości po­licz­ko­we.

– Ja­aaadłeś?

Tom za­marł, sły­sząc py­ta­nie wy­do­by­wa­ją­ce się z ust Jacka wraz z prze­cią­głym char­cze­niem. Wtedy Tom usły­szał syna Ste­ve­na pła­czą­ce­go cicho przy drzwiach miesz­ka­nia.

– Po… – Chło­pak za­no­sił się od szlo­chu. – Po…wocy.

Gar­dło­wy jęk ucichł nagle i rozległ się ryk:

– Nie!!! Tata!! Nie!!! Po­wo­cy!! Nie!!!

Jack wy­trzesz­czył oczy na Toma.

– Ja­aaadłeś – wy­char­czał.

Tom rzu­cił się w dół scho­dów. Kątem oka zo­ba­czył uchy­lo­ne drzwi są­siad­ki z na­prze­ciw­ka.

– Tom! Tom! Co się dzie­je?!!

Słowa Susan le­d­wie do­tar­ły do niego. Wpadł do przed­po­ko­ju. Trzę­są­cy­mi dłoń­mi prze­krę­cił zamek. Krzy­ki na pię­trze uci­chły.

Pod­szedł do sy­pial­ni. Kevin spał. Za­mknął ostroż­nie drzwi. W kuch­ni zna­lazł skrzyn­kę z na­rzę­dzia­mi. Wy­cią­gnął śru­bo­kręt i pod­szedł do po­ko­ju dzie­cię­ce­go. Chwy­cił la­tar­kę w zęby. Wy­ma­cał pła­ską koń­ców­kę po­krę­tła zamka z wy­żło­bie­niem. Umie­ścił w nim głów­kę śru­bo­krę­tu. Na­parł i prze­krę­cił. Zamek zgrzyt­nął i ustą­pił z ci­chym klik­nię­ciem.

Tom na­ci­snął klam­kę i wszedł szyb­ko do środ­ka, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Po­czuł ostrą woń moczu. Wy­cią­gnął z ust la­tar­kę i oświe­tlił pokój. Liu le­ża­ła na nie­dba­le rzu­co­nych po­dusz­kach i prze­ście­ra­dle Ke­vi­na. Jej chude, po­kry­te pla­ma­mi ciało uło­żo­ne na boku przy­po­mi­na­ło li­te­rę “c”. Ze złą­czo­ny­mi rę­ka­mi i no­ga­mi wy­glą­da­ła jak od­po­czy­wa­ją­cy pies lub suka w ciąży z wy­dę­tym brzu­chem. Nagle za­dy­go­ta­ła. Z oko­lic kro­cza Liu do­cho­dził prze­cią­gły świst, jej brzuch za­fa­lo­wał. Na na­pię­tej skó­rze Tom za­uwa­żył jakiś kształt roz­py­cha­ją­cy się we­wnątrz. Ko­lej­ny świst i ciche mla­śnię­cie, uda żony skropiła krew.

– L…Liu? – Usły­szał swój drżą­cy głos.

Ko­lej­ny świst. Tom po­ma­łu skie­ro­wał świa­tło la­tar­ki na kro­cze. Zo­ba­czył po­ru­sza­ją­ce się czar­ne ha­czy­ki wy­cho­dzą­ce z od­by­tu, na­pie­ra­ją­ce na mię­sień. Bio­dra Liu za­dy­go­ta­ły. Całe kro­cze za­la­ła krew, gdy zwie­racz gwał­tow­nie zo­stał ro­ze­rwa­ny. Ha­czy­ki wbiły się w po­ślad­ki. Coś na­par­ło od we­wnątrz. Tom naj­pierw zo­ba­czył dłu­gie czuł­ki, a za nimi czar­ną głowę o dwóch ma­syw­nych żu­wacz­kach i za­krwa­wio­nych, żół­tych, owa­dzich oczach. Obły, biały kształt wił się i na­pie­rał, ko­lej­ne ha­czy­ko­wa­te od­nó­ża znaj­do­wa­ły miej­sce do za­cze­pie­nia. Tom zdo­łał zro­bić pół kroku w tył i wpadł na ścia­nę. Przy­warł do niej ple­ca­mi. Biały kor­pus uma­za­ny od krwi wy­padł z ro­ze­rwa­ne­go od­by­tu i mięk­ko wy­lą­do­wał na po­dusz­kach. Wtedy Liu wy­da­ła z sie­bie cichy jęk. Pod­nio­sła się na łok­ciach. To świa­do­mość, że Liu żyje, wy­rwa­ła Toma z prze­ra­ża­ją­ce­go otę­pie­nia.

– Liu? – wy­szep­tał. – Liu? Je­stem przy tobie.

Za­czę­ła wo­dzić wzro­kiem po miesz­ka­niu.

– Liu? Tu je­stem. – Tom ode­rwał się od ścia­ny i zro­bił krok w jej stro­nę.

Biały robak nie­zdar­nie wspiął się na po­dusz­kę, ba­da­jąc czuł­ka­mi oto­cze­nie.

Liu usia­dła ostroż­nie. Jej pier­si zwi­sa­ły na ko­ści­stym ciele, wzdę­ty brzuch za­mie­nił się w zwi­sa­ją­ce fałdy skóry.

– Ko­cha­nie? – Tom zdo­był się na ko­lej­ny krok. – Je­stem przy tobie.

Robak od­na­lazł czuł­ka­mi kor­pus Liu. Wy­cią­gnę­ła do niego ręce. Stwór za­czął peł­znąć po nich, za­cze­pia­jąc się o skórę ostry­mi od­nó­ża­mi i ra­niąc Liu przy każ­dym ruchu.

– Kochanie?! – Tom za­drżał.

Robak prze­miesz­czał się coraz wyżej, zo­sta­wia­jąc krwa­wy ślad na ciele, w końcu przy­warł do ra­mie­nia. Liu się­gnę­ła dło­nią do pę­ka­te­go ciała. Pal­ca­mi prze­je­cha­ła po obłym kształ­cie, de­li­kat­nie, nie­mal czule. Do­kład­nie tak, jak w dniu na­ro­dzin Ke­vi­na, gdy po­łoż­na po­da­ła jej nowo na­ro­dzo­ne­go syna.

 

*

Tom umie­ścił koń­ców­kę śru­bo­krę­ta w wy­żło­bie­niu pła­skiej koń­ców­ki po­krę­tła zamka w pokoju Kevina i prze­krę­cił. Od­sta­wił śru­bo­kręt na swoje miej­sce i za­czął pła­kać, gry­ząc kciuk do krwi, by stłu­mić wycie wy­ry­wa­ją­ce się z gar­dła.

 

So­bo­ta 00:30

 

Krzy­ki w ka­mie­ni­cy sta­wa­ły się coraz gło­śniej­sze. Tom go­rącz­ko­wo wy­rzu­cał rze­czy z pudła: ko­szul­ki ulu­bio­nych ze­spo­łów, płyty z au­to­gra­fa­mi, stare bi­le­ty, wej­ściów­ki – wszyst­ko lą­do­wa­ło na pod­ło­dze. W bu­dyn­ku na­prze­ciw­ko zga­sły ostat­nie świa­tła. Gdy za­war­tość pudła była już na pod­łodze, oświe­tlił całość la­tar­ką.

– Są! – Pod­niósł słu­chaw­ki i ru­szył do sy­pial­ni.

Na szczę­ście syn spał. Tom wszedł ostroż­nie na łóżko i za­ło­żył na uszy Ke­vi­na słu­chaw­ki tłu­mią­ce dźwięk. Wy­glą­dał nie­mal tak, jak wtedy, gdy za­bie­ra­li go na kon­cer­ty. Nim jesz­cze potok co­dzien­nych obo­wiąz­ków zdu­sił to, co roz­pa­la­ło na­mięt­ność w mał­żeń­stwie Toma.

Ktoś na zła­ma­nie karku zbiegł po scho­dach i wpadł na drzwi wej­ścio­we. Ko­lej­ne wrza­ski roz­pa­czy i prze­ra­że­nia do­cie­ra­ły z wyż­szych pię­ter. Tom pod­szedł do okna. Mgła ożyła. Fa­lo­wa­ła i wi­ro­wa­ła, gdy ko­lej­ne cie­nie bie­gły przez nią na oślep, wpa­da­jąc na sie­bie lub prze­szko­dy skry­te za nie­prze­nik­nio­nym ca­łu­nem. Wycie, płacz, prze­kleń­stwa i krzy­ki – nie­któ­re wście­kłe, inne bła­gal­ne – wy­peł­ni­ły ulicę, tych, któ­rzy w ciem­no­ściach zgu­bi­li drogę.

Tom wy­brał numer alar­mo­wy. Tym razem po­łą­cze­nie zo­sta­ło prze­rwa­ne bez ko­mu­ni­ka­tu.

Pu­ka­nie do drzwi ro­ze­szło się po miesz­ka­niu. Tom za­marł. Ko­lej­ne, nie­spiesz­ne, jak są­sia­da, który wpadł po­ży­czyć cu­kier. Tom prze­szedł do przed­po­ko­ju, oświe­tla­jąc go po­ma­rań­czo­wym świa­tłem la­tar­ki. Klam­ka po­ru­szy­ła się po­wo­lut­ku w dół. Ktoś szarp­nął drzwi, które za­trzesz­cza­ły w od­po­wie­dzi. Klam­ka nie­spiesz­nie ru­szy­ła w górę. Tom pod­szedł na pal­cach, na­słu­chu­jąc w ciszy, wy­ła­pał prze­cią­głe char­cze­nie. Pu­ka­nie roz­le­gło się tak nie­spo­dzie­wa­nie, że Tom wpadł na po­zo­sta­wio­ne w przed­po­ko­ju buty i runął na zie­mię.

– Tom? Je­steś tam, Tom? – Char­czą­cy głos Ste­ve­na był nie­mal me­cha­nicz­ny, przy­po­mi­nał coś na­śla­du­ją­ce­go mowę są­sia­da. – Tom, mój syn po­trze­bu­je po­mo­cy. Sły­szysz mnie, Tom? Tom…

Jakiś dźwięk na sieni prze­rwał nie­ocze­ki­wa­ne­mu go­ścio­wi.

– Ste­ven, coś się stało z Mi­kiem? – Tom, usły­szał głos sta­rusz­ki miesz­ka­ją­cej na­prze­ciw­ko.

Wstał i pod­biegł do drzwi, zła­pał po­krę­tło zamka, ale dłoń od­mó­wi­ła wy­ko­na­nia dal­szych czyn­no­ści.

– Ste­ven? – do­py­ty­wa­ła się Susan. – Je­steś tu? Tak bar­dzo się boję, w całym domu jest ciem­no. Wszy­scy krzy­czą.

Głos star­szej pani za­ła­mał się, za­pa­dła głu­cha cisza, prze­ry­wa­na nie­licz­ny­mi krzy­ka­mi z ulicy.

– Ste­ven? – szlo­cha­ła. – Pro­szę, ode­zwij się…

Palce Toma za­ci­snę­ły się na po­krę­tle zamka. 

– Ste­ven? – głos Susan drżał.

– Za­mknij te pie­przo­ne drzwi – wy­ce­dził przez zęby Tom.

Wtedy usły­szał char­czą­ce:

– Witam.

Coś trza­snę­ło, a na­stęp­nie wal­nę­ło z hu­kiem. Susan krzyk­nę­ła, ale jej głos był słaby, roz­trzę­sio­ny, le­d­wie sły­szal­ny. Głu­che ude­rze­nie i cisza.

 

Nie­dzie­la 7:20

 

 Kevin obu­dził się, ale nie wstał od razu. Leżał dobrą chwi­lę pod koł­drą, cze­ka­jąc, aż sen­ność minie. W końcu otwo­rzył oczy i prze­cią­gnął się w łóżku. Ręką na­tra­fił na słu­chaw­ki. Obok spał tata. Kevin za­uwa­żył za­ban­da­żo­wa­ną rękę i coś jesz­cze dziw­niej­sze­go. Duża część wło­sów taty zro­bi­ła się bie­lu­teń­ka. Kevin wy­cią­gnął dłoń i po­gła­dził Toma po gło­wie. Nie miał po­ję­cia, czemu tata zmie­nił kolor wło­sów, ale było to cał­kiem za­baw­ne. Wy­szedł z łóżka i wszedł na pa­ra­pet. Wcze­śniej z sy­pial­ni oglą­dał plac zabaw, by spraw­dzić, czy są tam ko­le­dzy. Teraz wszyst­ko prze­sła­nia­ła mlecz­na chmu­ra z mie­nią­cy­mi się dro­bi­na­mi. Kevin i tak wąt­pił, by ro­dzi­ce wy­pu­ści­li któ­re­goś z ko­le­gów, a nawet jeśli, to tata na pewno nie po­zwo­lił­by mu wyjść. Nagle wpadł na świet­ny po­mysł. Mgła wcale nie musi być taka nudna. Po­my­ślał, że można zro­bić eks­pe­ry­ment i spraw­dzić, czy da się ją zła­pać do sło­ika. Była tak gęsta, jak wata cu­kro­wa. Więc czemu by nie spró­bo­wać? Wtedy mógł­by ob­ser­wo­wać świe­cą­ce dro­bin­ki z bli­ska, scho­wa­ny pod koł­drą. Ze­sko­czył z pa­ra­pe­tu i ru­szył do kuch­ni. Za­trzy­ma­ła go gruba linka al­pi­ni­stycz­na przy­wią­za­na z jed­nej stro­ny do klam­ki jego po­ko­ju, a z dru­giej do rury idą­cej wzdłuż prze­ciw­le­głej ścia­ny. Kevin ostroż­nie prze­szedł pod nią i wszedł do kuch­ni. Przy­go­to­wał sobie płat­ki, mleko oraz trzy duże sło­iki i za­niósł wszyst­ko do po­ko­ju go­ścin­ne­go. Chwi­lę wal­czył z te­le­wi­zo­rem, by włą­czyć bajki, ale telewizor nie działał. Skorzystał z telefonu Toma. Od­na­lazł Kocię Kicię i za­czął jeść, oglą­da­jąc sło­iki. Linka alpinistyczna jed­nak nie da­wa­ła mu spo­ko­ju. My­ślał o mamie, samej za­mknię­tej w po­ko­ju. Mu­sia­ło jej być smut­no, może nawet była głod­na. Skoń­czył śnia­da­nie, za­brał płat­ki ze stołu i po­szedł do przed­po­ko­ju. Lina była nie­bie­sko-zie­lo­na. Kevin chwy­cił ją, na­cią­gnął i pu­ścił. Za­drża­ła ni­czym stru­na. Coś po­ru­szy­ło się za drzwia­mi po­ko­ju dzie­cię­ce­go. Kevin prze­szedł pod liną i pod­szedł ostroż­nie.

Usiadł, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o fra­mu­gę i po­ło­żył płat­ki mię­dzy roz­ło­żo­ny­mi no­ga­mi. Za­sta­na­wiał się, czy tata bę­dzie zły, jeśli da mamie jeść. Nie chciał, by znowu do­szło mię­dzy nimi do kłót­ni. Wiele razy sły­szał, jak krzy­cze­li na sie­bie: „A pa­mię­tasz, jak było, nim się uro­dził Kevin?!”, „Jak po­ja­wił się Kevin!”, „Gdyby nie Kevin!”. Przez to po­dej­rze­wał, że mogą kłó­cić się z jego po­wo­du.

Usły­szał tuż za ple­ca­mi prze­cią­głe char­cze­nie.

– Mamo? – za­py­tał. – Przy­nio­słem ci płat­ki.

Zgrzyt­nę­ła klam­ka, lina na­prę­ży­ła się, za­trzy­mu­jąc drzwi w nie­wiel­kim uchy­le.

Kevin od­sko­czył prze­stra­szo­ny. Spoj­rzał w stro­nę sy­pial­ni, skąd do­cho­dzi­ło ciche po­chra­py­wa­nie Toma.

– Kevin, ko­cha­nie. – Głos wy­do­by­wał się z czar­nej szcze­li­ny. – Mama jest głod­na.

– Przy­nio­słem ci płat­ki – po­wie­dział.

– Lubię płat­ki. Mo­żesz mi je podać.

Ke­vi­no­wi nie po­do­ba­ło się char­cze­nie i prze­ra­ża­ła go ciem­ność w po­ko­ju.

– Je­stem bar­dzo głod­na. Kevin, dasz mamie jeść?

– Je­steś chora?

Coś za­chro­bo­ta­ło po pod­ło­dze. Przez chwi­lę sły­chać było je­dy­nie char­kot.

– Je­stem głod­na.

– Po­ło­żę płat­ki przy drzwiach – zaproponował.

Kevin ostroż­nie pod­szedł do uchy­łu i po­ło­żył opa­ko­wa­nie. Z ciem­no­ści wy­ło­ni­ła się biała jak pa­pier, wy­chu­dzo­na ręka. Ko­ści­ste palce wy­prę­ży­ły się, lecz za­le­d­wie mu­snę­ły po­ła­ma­ny­mi pa­znok­cia­mi ety­kie­tę.

– Bli­żej – wy­char­cza­ła Liu.

Kevin pod­szedł, ob­ser­wu­jąc dłoń le­żą­cą na pod­ło­dze, na­chy­lił się i się­gnął po opa­ko­wa­nie. Liu na­par­ła na drzwi, ręka w ca­ło­ści wy­strze­li­ła z wnęki i ko­ści­sta dłoń chwy­ci­ła przed­ra­mię chłop­ca. Jed­nym sil­nym szarp­nię­ciem Liu po­cią­gnę­ła Ke­vi­na do wnęki. Chło­pak ude­rzył głową o fra­mu­gę, wtedy ko­cia­ki z Koci Kici krzyk­nę­ły:

– Bał miał, bał miał, bał miał!!

 

Nie­dzie­la 10:00

 

Toma obu­dził pi­skli­wy wrzask. W sza­leń­czym pę­dzie wpadł z łóżka wprost na uchy­lo­ne drzwi, roz­bi­ja­jąc czoło o ich kra­wędź. Po­le­ciał na szafę, chwie­jąc się, zła­pał klam­kę. Krew z roz­cię­tej skóry spły­wa­ła mu po nosie. Dzi­kie piski i wycie syna pochłonęły wszystko inne. Wy­sko­czył do przed­po­koju. Kevin leżał tuż przy drzwiach. Tom pod­biegł, chwy­cił go za ko­szul­kę i po­cią­gnął, lecz bez­sku­tecz­nie. Całe ramię syna znik­nę­ło w ciem­nym po­ko­ju mię­dzy fra­mu­gą a uchy­lo­ny­mi drzwia­mi. Kevin kopał i wierz­gał; wszę­dzie do­oko­ła wa­la­ły się płat­ki ku­ku­ry­dzia­ne. Tom zo­ba­czył na twa­rzy dziec­ka ból. Wycie Ke­vi­na prze­szło w dła­wią­cą gar­dło pa­ni­kę, wy­trzesz­czył za­puch­nię­te od łez oczy.

Tom wstał. Dłoń Ke­vi­na za­ci­snę­ła się na ko­szu­li ojca.

– Nie!! Tato!! Nie!!

Tom wy­szar­pał ma­te­riał i wbiegł do kuch­ni. Chwy­cił ku­chen­ny nóż i wpadł do przed­po­ko­ju. Ciął linę, ale ostrze się ze­śli­zgnę­ło. Przy­sta­wił nóż, roz­ci­na­jąc włók­no po włók­nie. Kevin umilkł.

Tom wrza­snął dziko i na­parł na ostrze. Linka pu­ści­ła. Sko­czył i ude­rzył bar­kiem w drzwi po­ko­ju. Coś huk­nę­ło. Tom wpadł do środ­ka. Liu le­ża­ła tuż przy fra­mu­dze, trzy­ma­jąc rękę syna. Dłoń Ke­vi­na za­kry­wał biały, obły kształt o czar­nych od­nó­żach. Tom do­strzegł, jak robak ma­syw­ny­mi żu­wacz­ka­mi od­ry­wa ko­lej­ny frag­ment palca.

– Nie!! – wrza­snął.

Liu rzu­ci­ła się na Toma, ła­piąc go w pasie. Chwy­cił ją za włosy, szarp­nął, od­chy­la­jąc głowę żony. Jej skóra zda­wa­ła się być na­cią­gnię­ta bez­po­śred­nio na czasz­kę, je­dy­nie oczy zdra­dza­ły, że żyje – wy­łu­pia­ste i dzi­kie. Tom uniósł nóż i zamarł. Liu wy­krę­ci­ła głowę i za­to­pi­ła zęby w przed­ra­mie­niu Toma. Wrza­snął i wy­rżnął twarzą żony o fra­mu­gę. Liu zwiot­cza­ła. Tom spoj­rzał na dłoń – ro­ba­ka już nie było. Od­rzu­cił nóż i pod­niósł dziec­ko. Wbiegł do po­ko­ju go­ścin­ne­go i po­ło­żył Ke­vi­na na ka­na­pie. Bie­giem ru­szył do Liu. Drzwi za­mknę­ły się z trza­skiem, usły­szał zgrzyt­nię­cie zamka.

– Kurwa! – Tom wal­nął pię­ścią w drzwi.

Pod­biegł do ła­zien­ki. Wy­sy­pał za­war­tość ap­tecz­ki do umy­wal­ki. Za­brał gazę, ban­daż, wodę utle­nio­ną i za­syp­kę.

Kevin stra­cił środ­ko­wy palec i więk­szą część ser­decz­ne­go. Tom wy­tarł z twa­rzy łzy i krew. Usiadł na łóżku i za­czął de­zyn­fe­ko­wać dłoń syna. Na­ło­żył na rany za­syp­kę, a na­stęp­nie gazę. Przez cały czas bał się spoj­rzeć na Ke­vi­na. Myśl, że syn może nie od­dy­chać, pa­ra­li­żo­wa­ła go cał­ko­wi­cie. Skoń­czył za­wią­zy­wać ban­daż na nad­garst­ku i po­ło­żył dłoń na pier­si Ke­vi­na, gdy po­czuł, że palce uno­szą się wraz z klat­ką pier­sio­wą, usiadł na ziemi, łka­jąc jak dziec­ko.

 

Nie­dzie­la 18:00

 

Kevin otwo­rzył oczy. Zo­ba­czył twarz ojca.

– Tato.

– Tak?

– Boli mnie rącz­ka.

Na twa­rzy Toma coś drgnę­ło.

– Wiem, Kevin, ale mu­sisz być silny, jak su­per­bo­ha­ter.

– Ale strasz­nie boli. – Kevin chciał spojrzeć na dłoń, ale oj­ciec nie po­zwo­lił mu jej wy­cią­gnąć spod koł­dry.

– Napij się tego, po­mo­że – po­wie­dział Tom i przy­sta­wił do ust syna bu­tel­kę sy­ro­pu z pa­ra­ce­ta­mo­lem.

– Prze­pra­szam, tato. – Usta Ke­vi­na wy­gię­ły się, a oczy za­szkli­ły.

– To nie twoja wina, go­ściu. Po­wi­nie­nem ci po­wie­dzieć… Ale za­sną­łem. Po­wi­nie­nem cię le­piej pil­no­wać.

– Nie płacz, tato. Obie­cu­ję, że już nie pójdę sam do mamy. – Kevin, wi­dząc ocie­ra­ją­ce­go po­licz­ki Toma, zda­wał się na­brać wię­cej od­wa­gi. – Ale nie bę­dzie­cie się prze­ze mnie kłó­cić z mamą?

– Nie będę, obie­cu­ję.

 

Nie­dzie­la 20:10

 

Ba­te­ria za­mru­ga­ła na czer­wo­no. Po­ziom wska­zy­wał czte­ry pro­cent. Kevin kciu­kiem wy­brał ikonę YouTu­be. Na te­le­fo­nie Toma, zamiast Koci Kici, zobaczył film oznaczony ciem­ną ikoną. Kevin spoj­rzał na drze­mią­ce­go ojca, chwi­lę wahał się, w końcu na­ci­snął ikonę. Za­pa­li­ło się nie­przy­jem­ne białe świa­tło. Nie­ogo­lo­na twarz męż­czy­zny wy­peł­ni­ła ekran te­le­fo­nu.

– Cóż mogę po­wie­dzieć. To, że je­ste­śmy skoń­czo­ny­mi dur­nia­mi, to chyba już wie­cie. – Mówił nie­skład­nie, ner­wo­wo, na wy­chu­dłej twa­rzy było widać brak snu i je­dze­nia. – Jest taka hi­po­te­za, dla­cze­go nie mo­gli­śmy na­wią­zać kon­tak­tu z ży­wy­mi isto­ta­mi w ko­smo­sie. Nie dla­te­go, że je­ste­śmy tacy wy­jąt­ko­wi i tylko my po­tra­fi­my się ko­mu­ni­ko­wać. Nie mo­gli­śmy na­wią­zać kon­tak­tu, bo wszyst­kie formy życia w ko­smo­sie są na tyle in­te­li­gent­ne, by nie wy­sy­łać gdzie po­pad­nie sy­gna­łów: „Hej! Pa­trz­cie! Tu je­ste­śmy!” Dla­cze­go? Dla­te­go, bo ktoś mógł­by je za­uwa­żyć.

Coś za­trzesz­cza­ło za ple­ca­mi męż­czy­zny, który od­wró­cił się od obiek­ty­wu. Białe świa­tło oświe­tla­ło wnę­trze piw­ni­cy. Na środ­ku usta­wio­no ma­te­rac, a na nim śpi­wór. Wokół po­sła­nia wa­la­ły się puste pusz­ki po kon­ser­wach. W rogu, przy rdze­wie­ją­cej rurze, leżał hu­ma­no­idal­ny kształt wiel­ko­ści na­sto­let­nie­go dziec­ka, szczel­nie owi­nię­ty nićmi, ob­le­pia­ją­cy­mi kąt, roz­cią­gnię­ty­mi między mo­kry­mi ścia­na­mi. We­wnątrz ko­ko­nu co się po­ru­szy­ło, na­prę­ża­jąc wierzch­nią war­stwę. Twarz męż­czy­zny znów wy­peł­ni­ła obiek­tyw.

– Tę hi­po­te­zę na­zy­wa­no ciem­nym lasem. Po­czy­taj­cie sobie, jeśli do­skwie­ra wam nuda. To tyle ode mnie na dzi­siaj. „Życie za­wsze bę­dzie dą­ży­ło do po­zo­sta­nia przy życiu”.

– Kevin?

– Prze­pra­szam, tato, ja… Ja chcia­łem tylko zo­ba­czyć bajkę.

Tom pod­niósł się na łóżku i spoj­rzał, naj­pierw na po­ziom ba­te­rii, na­stęp­nie na film.

– Prze­pra­szam – po­wtó­rzył Kevin, wi­dząc minę ojca, tę samą, która po­prze­dza­ła wszel­kie re­pry­men­dy.

– To nic.

Kevin pa­trzył, jak twarz Toma za­czy­na mar­nieć, tak jak wtedy, gdy po kłót­ni z mamą sia­dał przy oknie i palił pa­pie­ro­sa za pa­pie­ro­sem.

– Czy mam…, czy ona też…

– Nie wiem. – Tom objął Ke­vi­na mocno. – Ale nie mo­że­my dłu­żej zo­stać w domu.

 

Nie­dzie­la 22:45

 

Tom usły­szał zgrzyt prze­krę­ca­ne­go zamka w po­ko­ju dzie­cię­cym. Nie za­pa­la­jąc la­tar­ki, ostroż­nie wstał z łyżką, zo­sta­wia­jąc śpią­ce­go Ke­vi­na, pod­szedł w ciem­no­ściach do drzwi sy­pial­ni. Oparł się o nie ple­ca­mi. Usły­szał kroki, a po chwi­li char­cze­nie. Klam­ka drgnę­ła, a Tom za­parł się no­ga­mi, przy­ci­ska­jąc tors do drzwi. Liu nie była w sta­nie prze­su­nąć męża. Kroki bo­sych stóp za­czę­ły się od­da­lać, a po chwi­li Tom usły­szał hałas do­cho­dzą­cy z kuch­ni. Od­su­nął skrzy­dło szafy i za­pa­lił la­tar­kę. Zna­lazł klucz dwu­nast­kę, był zde­cy­do­wa­nie za mały. Przez chwi­lę roz­wa­żał uży­cie paska od spodni, ale wie­dział, że nie bę­dzie w sta­nie udu­sić Liu. W końcu zde­cy­do­wał się na alu­mi­nio­wą rurę od od­ku­rza­cza.

Wy­szedł na ko­ry­tarz i za­mknął za sobą drzwi. Po dro­dze oświe­tlił pokój Ke­vi­na. Oprócz po­du­szek, prze­ście­ra­dła i pie­rzyn na pod­ło­dze, Liu wy­ko­rzy­sta­ła więk­szość plu­sza­ków syna. Wszyst­ko w le­go­wi­sku ob­le­pia­ła biała wy­dzie­li­na. Z kuch­ni do­cho­dził od­głos mla­ska­nia i prze­żu­wa­nia, jakby sto­ło­wał się tam spo­rych roz­mia­rów pies. Tom, idąc ko­ry­ta­rzem, skie­ro­wał świa­tło la­tar­ki na pod­ło­gę. Sta­nął przy wej­ściu i oświe­tlił wnę­trze. Liu sie­dzia­ła opar­ta o szaf­ki ku­chen­ne z sze­ro­ko roz­sta­wio­ny­mi no­ga­mi. Roz­sy­pa­ła na pod­ło­dze więk­szość su­che­go je­dze­nia i tego w pusz­kach. Robak badał czuł­ka­mi każdy kąsek, nim za­czął je dr­obić żu­wacz­ka­mi. Tłu­ste, obłe ciało zda­wa­ło się uro­snąć, miał dłu­gość pisz­cze­la. Nagie ciało Liu przy­po­mi­na­ło wy­su­szo­ne zwło­ki. Czer­wo­ne plamy ściem­nia­ły, przy­bie­ra­jąc ciem­no­brą­zo­wy kolor; kości prze­bi­ja­ły się przez skórę. W in­nych oko­licz­no­ściach Tom byłby pe­wien, że nie żyje. Palce Liu po­ma­łu za­ci­snę­ły się na rącz­ce ku­chen­ne­go noża. Prze­krę­ci­ła tru­pią twarz i spoj­rza­ła wprost w świa­tło la­tar­ki. Robak mo­men­tal­nie wspiął się na nogę, na­stęp­nie po klat­ce pier­sio­wej na ramię i znik­nął gdzieś na ple­cach pod­no­szą­cej się z ziemi Liu. Tom miał świet­ną oka­zję, by roz­łu­pać czasz­kę żony, ale nadal nie po­tra­fił. Liu ru­szy­ła w jego stro­nę, po­włó­cząc no­ga­mi. Tom uniósł nad głowę rurę.

– Że­gnaj – wy­szep­tał, gdy się zbli­ży­ła.

Wtedy usły­szał za ple­ca­mi:

– Tato?

Liu za­ata­ko­wa­ła szyb­ciej, niż Tom się spo­dzie­wał. Ostrze prze­cię­ło wierzch lewej dłoni; Tom upu­ścił la­tar­kę, zro­bił krok w tył i wpadł na Ke­vi­na. Obaj prze­wró­ci­li się na pod­ło­gę. Liu sko­czy­ła na nich z unie­sio­nym nożem. Tom za­sło­nił syna ra­mie­niem. Po­czuł ból, gdy ostrze prze­bi­ło bi­ceps. Nie krzy­czał, pa­trzył w prze­ra­żo­ną twarz Ke­vi­na. Liu wspię­ła się na plecy Toma, pra­wie nic nie wa­ży­ła, le­d­wie czuł jej cię­żar.

– Tato!!

Krzyk syna wy­rwał Toma z szoku. Kątem oka do­strzegł czar­ny łeb ro­ba­ka, dwie ma­syw­ne żu­wacz­ki i czuł­ki do­ty­ka­ją­ce po­licz­ków Ke­vi­na. Tom wstał, dźwi­ga­jąc ucze­pio­ną ple­ców Liu, i rzu­cił się na ścia­nę. Usły­szał pisk i trzask. Obły kształt prze­mknął po pod­ło­dze, zni­ka­jąc w kuch­ni. Liu z nie­na­tu­ral­nie wy­krę­co­ną ręką osu­nę­ła się po ścia­nie. Tom uniósł rurę.

– Ta­aaato!

Kevin pa­trzył na wszyst­ko za­la­ny łzami.

– Ta­aaato! – pisz­czał, za­no­sząc się od pła­czu.

Liu pa­trzy­ła na syna wy­trzesz­czo­ny­mi oczy­ma, char­cząc coraz gło­śniej.

Tom chwy­cił Ke­vi­na za rękę i po­cią­gnął do sy­pial­ni. Za­mknął drzwi i zła­pał go za ra­mio­na.

– To już nie jest mama. Kevin, ro­zu­miesz, to nie jest…

Dłoń Ke­vi­na tra­fi­ła w po­li­czek Toma.

– Po­słu­chaj!

Kevin ude­rzył znowu i znowu. Tom objął syna i przy­ci­snął do pier­si. Chło­pak pró­bo­wał się wy­rwać, w końcu za­czął krzy­czeć:

– Nie rób jej krzyw­dy…! Nie krzywdź mamy…! Nie krzywdź…!

– Do­brze, go­ściu. Spo­koj­nie. – Tom przy­tu­lał chło­pa­ka, głasz­cząc po wło­sach. – Już do­brze.

 

*

Sie­dzie­li na pod­ło­dze w ciem­nej sypialni.

– Tato?

– Tak?

– Twoja ręka jest cała mokra.

– To nic, zaraz się tym zaj­mie­my, go­ściu.

 

Poniedziałek 8:21

 

Resz­tę ban­da­ży i gazy Tom wy­ko­rzy­stał na opa­trze­nie ręki. Spa­ko­wał pacz­kę płat­ków śnia­da­nio­wych i trzy pusz­ki fa­so­li. Za­brał kilka na­rzę­dzi, scy­zo­ryk i rurę od od­ku­rza­cza. Za­ło­żył na twarz Ke­vi­na ma­secz­kę, na głowę na­cią­gnął ko­mi­niar­kę, a na oczy gogle nar­ciar­skie. Sie­bie za­bez­pie­czył po­dob­nie; za­miast ko­mi­niar­ki za­ło­żył kap­tur bluzy i ścią­gnął go sznur­ka­mi.

Ostroż­nie wy­szli z sy­pial­ni. Drzwi po­ko­ju dzie­cię­ce­go były za­mknię­te. Tom zła­pał klam­kę. Po­czuł, jak Kevin moc­niej ści­ska mu dłoń.

– Spo­koj­nie, go­ściu. Tak, jak się uma­wia­li­śmy – po­wie­dział.

Uchy­lił drzwi. Cien­kie białe nitki opa­dły po­wo­li na pod­ło­gę. Tom oświe­tlił pokój. Więk­szość po­miesz­cze­nia po­kry­wa­ły nie­re­gu­lar­nie roz­cią­gnię­te włók­na ocie­ka­ją­ce prze­zro­czy­stą wy­dzie­li­ną. Liu le­ża­ła wśród plu­sza­ków i po­du­szek. Nici ob­le­pi­ły jej ciało. Spo­glą­da­ła na Toma dziko, sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma z tru­piej twa­rzy. Przez chwi­lę To­mo­wi zda­wa­ło się, że coś prze­bie­gło i wy­peł­zło pod łóżko Ke­vi­na. Nie miało to już zna­cze­nia.

– Jak się czuje mama? – ode­zwał się z przed­po­ko­ju Kevin.

– Do­brze, od­po­czy­wa – po­wie­dział Tom i za­mknął drzwi. – Go­to­wy, go­ściu?

– Mogę zo­ba­czyć…?

– Nie. Uma­wia­li­śmy się, praw­da?

– Tak. – Kevin spu­ścił głowę.

– To co? Idzie­my?

– Tak.

Tom wy­cią­gnął z kie­sze­ni cien­ką linę al­pi­ni­stycz­ną i ob­wią­zał nią syna w pasie. Drugi ko­niec prze­cią­gnął przez pasek spodni i za­wią­zał na supeł.

Chwi­lę na­słu­chi­wa­li przy drzwiach. Na sieni pa­no­wa­ła głu­cha cisza.

Tom wy­szedł pierw­szy, ob­ser­wu­jąc uchy­lo­ne drzwi do miesz­ka­nia Susan. Zła­pał Ke­vi­na za dłoń. Ze­szli po kilku stop­niach i za­trzy­ma­li się przy wyj­ściu z bu­dyn­ku, spo­glą­da­jąc przez szybę w drzwiach na biel mi­ga­ją­cą zło­ty­mi dro­bin­ka­mi, wy­peł­nia­ją­cą świat na ze­wnątrz. Tom zła­pał klam­kę.

– Będę dziel­ny, tato.

– Ja też, synu.

Wy­szli na ze­wnątrz i po chwi­li znik­nę­li we mgle.

 

Koniec

Komentarze

Hmm, skąd ja kojarzę ten tekst…? ;)

 

Cześć, Bardzie! 

 

W pewnym sensie wpadam pobetowo… ;) Historia Toma, Liu i Kevina zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie za pierwszym razem i teraz nie jest inaczej. Obserwowanie, jak "przypadłość" pochłania Liu samo w sobie jest intrygujące. Ty poszedłeś o krok dalej i dołożyłeś element rodzicielski z wiarygodnymi reakcjami Kevina, który nie rozumie, że z mamą dzieje się coś bardzo złego, a tata jest u progu wyczerpania fizycznego i nerwowego.

 

No i te obleśne żuwaczki… ;)

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Hej Cezary :)

 

dziękuję za betę, bo to była beta w każdym senesie :). Tekst, na to wychodzi, od początku był skazany na NF i oto wraca do macierzy :). W historii o robaczkach, jest pięciu bohaterów – trzech już przedstawiłem, więc nadszedł czas na Toma i Kevina, ale to będzie ostatni tekst z tej serii, bo forum nie znosi stagnacji :), ale mam nadzieję, że opowiadanie się spodoba innym użytkownikom, tak jak podoba się Tobie :). Chociaż słowo “podoba” może być nieodpowiednie ;)

 

Ty poszedłeś o krok dalej i dołożyłeś element rodzicielski z wiarygodnymi reakcjami Kevina, który nie rozumie, że z mamą dzieje się coś bardzo złego, a tata jest u progu wyczerpania fizycznego i nerwowego.

 

Tak, muszę przyznać, że nie hamowałem się przy tym tekście :). 

 

Dziękuję za klika i odwiedziny i pozdrawiam :)  

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Witaj. :)

Kwestie techniczne i uwagi oraz sugestie (tylko do przemyślenia):

Dziękuję za oznaczenie wulgaryzmów. :)

Kevin oglądał „Kocię Kicię”, bodajże najbardziej wkurzającą Toma bajkę z całego asortymentu streamingowych kreskówek. – czy celowo przestawienie wyrazów w tytule bajki?

Kiedyś Liu (przecinek?) wychodząc do pracy, przygotowywała mu kawę.

 

– Widzisz? Teraz jest ich więcej – Kevin przystawił palec do szyby. – brak kropki w środku dialogu?

– Dobre – Steven oderwał kolejny filtr. – i tu?

– Chcę tylko porozmawiać. – Tom ciągnął rozmowę, choć wiedział, że zmierzała ku katastrofie. – a tu z kolei nie mam pewności, czy kropka nie jest zbędna (?)

 

Steven uśmiechnął się i wyciągnął buta spomiędzy drzwi a framugi. – nie mam pewności, czy nie powinno być: „but” (?)

Jej delikatne (przecinek?) azjatyckie rysy, (zbędny przecinek?) przypominały Tomowi, że wciąż kocha tę zimną kobietę.

Bo twoja problemem nie jest hipochondria, nie jest nim depresja, tylko twój pieprzony egocentryzm! – omyłkowy wyraz w innym rodzaju/literówki?

– Ale chyba zgodzisz się, że to nie jest normalna sytuacja. – Toma nie potrafił zrozumieć (przecinek?) czemu nie może się po prostu zamknąć i brnie dalej w dyskusję. – tu literówka?

– Możesz choć raz zapytać: “co (wielka literą?) u ciebie słychać (przecinek?) Liu?” (brak kropki?) Może (literówki?) choć raz przestać myśleć o swoim świecie paranoi i zapytać, jak ja się czuję. Możesz!?

Całymi dniami, w budynku panowała zupełna cisza, przerywana czasem jękami upośledzonego syna Stevena. – zbędny pierwszy przecinek?

Tom słyszał jej bose stopy na kafelkach, a następnie (myślnik?) jak je w kuchni.

 

 

Następnie Liu stawała w drzwiach sypialni. Stała naga, wynędzniała, z widocznymi żebrami. – czy dobrze rozumiem, że matka chodziła przy synku naga?

Liu ciężko dyszała, jej oddech zakłócał nieprzyjemny (przecinek?) gardłowy charkot.

– Jedliście? – Pytanie było niemal mechaniczne, bez cienia troski. – tu nie mam pewności, czy to nie powinno być małą literą (?)

– Jack? – Głos Toma, mimo że ściszony, rozniósł się po sieni. – tu podobnie?

– Steven? – Głos Susan drżał. – i tu?

– Jack, czemu wyciągnąłeś bezpieczniki? – zapytał Tom (przecinek?) z trudem patrząc na sine wargi i przebijające się przez skórę kości policzkowe.

Tom najpierw zobaczył długie czułki, a za nimi czarną głowę o dwóch masywnych żuwaczkach i zakrwawionych (przecinek?) żółtych (przecinek?) owadzich oczach.

Obły (przecinek?) biały kształt wił się i napierał, kolejne haczykowate odnóża znajdowały miejsce do zaczepienia.

Tom umieścił końcówkę śrubokręta w wyżłobieniu płaskiej końcówki pokrętła zamka, w pokoju Kevina, i przekręcił. – oba przecinki zbędne?

Na szczęście syn spał. – aliteracja?

Wycie, płacz, przekleństwa i krzyki – niektóre wściekłe, inne błagalne – wypełniły ulicę, tych, którzy w ciemnościach gubili drogę. – końcówka mocno mi zgrzyta, jakby brakowało tu części (?)

 

 

W poniższym fragmencie chyba trzeba poprawić dialog, bo zdaje się, że dwie pierwsze, rozdzielone kwestie mówi ta sama osoba, czyli Steven (?):

– Tom? Jesteś tam, Tom? – Charczący głos Stevena był niemal mechaniczny, przypominał coś naśladującego mowę sąsiada.

– Tom, mój syn potrzebuje pomocy. Słyszysz mnie, Tom? Tom…

Jakiś dźwięk na sieni przerwał nieoczekiwanemu gościowi.

– Steven, coś się stało z Mikiem? – Tom, usłyszał głos staruszki mieszkającej naprzeciwko. – zbędny ostatni przecinek?

 

 

Odnalazł Kocie Kicię i zaczął jeść, oglądając słoiki. – literówka?

Wyskoczył do przedpokój. – błędna odmiana wyrazu?

Przez chwilę rozważał użycie pasek od spodni, ale wiedział, że nie będzie w stanie udusić Liu. – i tu?

 

Niejasne przedostatnie zdanie – CO się poruszyło?:

W rogu, przy rdzewiejącej rurze, leżał humanoidalny kształt wielkości nastoletniego dziecka, szczelnie owinięty nićmi, oblepiającymi kąt, rozciągniętymi między mokrymi ścianami. Wewnątrz kokonu poruszyło się, naprężając wierzchnią warstwę. Twarz mężczyzny znów wypełniła obiektyw.

 

Robak momentalnie wspiął się na nogę, następnie po klatce piersiowej na ramię i zniknął gdzieś na plecach, podnoszącej się z ziemi Liu. – zbędny ostatni przecinek?

 

Czasem masz w tekście za dużo form czasownika: „być”.

 

Poruszające, nie do końca wyjaśnione i podsumowane, takie „bardzo mocne i bardzo straszne opowiadanie”. Oglądałam kilka „Mgieł” i każdy horror był inny, specyficzny. Ten także jest oryginalny oraz makabrycznie przerażający. ;)

Klik podwójny, powodzenia, pozdrawiam serdecznie i noworocznie. :) 

Pecunia non olet

Hej bruce :)

 

Dziękuję za odwiedziny, podwójnego klika i wyłapanie błędów – kurcze uzbierało się ich trochę, powinienem dokładniej przejrzeć tekst przed publikacją. A skoro powstał prawie rok temu, to założyłem, że na pewno już jest z nim już wszystko ok :) – mój błąd. 

 

Kevin oglądał „Kocię Kicię”, bodajże najbardziej wkurzającą Toma bajkę z całego asortymentu streamingowych kreskówek. – czy celowo przestawienie wyrazów w tytule bajki?

Tak, tu celowo zostawiłem już z błędną nazwą – bo nawet nie chodzi o tę konkretną nazwę, tylko o ten okrzyk, który występuje w bajce ;)

 

Następnie Liu stawała w drzwiach sypialni. Stała naga, wynędzniała, z widocznymi żebrami. – czy dobrze rozumiem, że matka chodziła przy synku naga?

Tu wspomnienia Toma, mieszają się z rozmową syna – w tym konkretnym wspomnieniu nie, ale pewnie Kevin mógł widzieć matkę nago jak snuła się po mieszkaniu.

 

 

Na szczęście syn spał. – aliteracja?

No, tu już nic nie wykombinuję :)

 

Reszta poprawiona :). Bardzo się cieszę, że opowiadanie się podobało – moim zdaniem, jest najlepszym z Ciemnego lasu, może dlatego, że powstało jako pierwsze :). Tak, filmy z mgłą są straszne, mgła jest straszna – świat we mgle się zmienia nie do poznania, staje się niemal magiczny :).  

 

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

No, fajny horror. Nastrój mnie przekonał, widać że ojciec jedzie na rezerwie.

Trochę to nosi znamiona fragmentaryczności – nie wiadomo, czy chłopaki przeżyli, nie wiadomo, co się wykluło z matki i co będzie dalej, nie wiadomo, co ze światem zewnętrznym…

Nie znam się, ale wydaje mi się, że strona psychologiczna jest nieźle pokazana. Czasami paranoicy żyją dłużej.

Owszem, są wulgaryzmy.

Babska logika rządzi!

Hej Finklo :)

 

dziękuję za odwiedziny i klika :)

 

Nastrój mnie przekonał, widać że ojciec jedzie na rezerwie.

 

No to super, bo to właśnie buduje nastrój – bo co zrobi biedny Kevin, gdy tata nie da rady :)

 

Trochę to nosi znamiona fragmentaryczności – nie wiadomo, czy chłopaki przeżyli, nie wiadomo, co się wykluło z matki i co będzie dalej, nie wiadomo, co ze światem zewnętrznym…

Tak, lubię niedopowiedzenia :) ale więcej o tym jest u Jima, Emmy i Lily :) – jeśli kogoś by to interesowała ;)

Nie znam się, ale wydaje mi się, że strona psychologiczna jest nieźle pokazana. Czasami paranoicy żyją dłużej.

Dziękuję. Tak, czasami :)

 

Owszem, są wulgaryzmy.

Ufff :)

 

Pozdrawiam :)

 

 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

No, poprzednie części dawno czytałam. Ale tam chyba też nie kończyło się niczym konkretnym? Wybrańcy przetrwali i co dalej?

Babska logika rządzi!

Jak wydam powieść, to Ci podeślę link do sklepu ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nowa Fantastyka