Hej, to ostatni tekst (w kolejności publikacji) o sympatycznych robaczkach, a jednocześnie pierwszy, który napisałem.
Miłej lektury :)
Zaznaczyłem wulgaryzmy, ale już nie pamiętam czy są, czy nie.
Hej, to ostatni tekst (w kolejności publikacji) o sympatycznych robaczkach, a jednocześnie pierwszy, który napisałem.
Miłej lektury :)
Zaznaczyłem wulgaryzmy, ale już nie pamiętam czy są, czy nie.
Poniedziałek 6:15
– Wstawaj.
Głos Liu wyrwał Toma ze snu.
– Która jest? – wymamrotał.
– Szósta. Kevin ogląda bajki, zrób mu śniadanie, tylko nic na słodko. Ja wychodzę – Głos Liu oddalał się gdzieś we wnętrzu mieszkania.
Tom otworzył oczy i sięgnął po papierosy leżące na ramie łóżka.
– Zmywarka jest do opróżnienia i przełóż pranie do suszarki.
Jej głos docierał do sypialni to z pokoju dziecka, to z gościnnego.
Tom wstał i podszedł do uchylonego okna. Przez chwilę walczył z porannym kaszlem, następnie odnalazł na parapecie zapalniczkę. Zgrzyt krzesiwa ocierającego się o kamień zatrzymał rytm porannej krzątaniny Liu.
Tom patrzył na płomień, wsłuchując się w ciszę. Przypuszczał, że Liu stoi w przedpokoju.
– Przewietrz mieszkanie – rzuciła.
Tom odpalił papierosa. Pierwsze poranne starcie mieli już za sobą.
– Pa, kochanie – powiedziała do Kevina.
– Pa, mamo.
– Bądź grzeczny i nie przeszkadzaj tacie w pracy.
Drzwi zatrzasnęły się za Liu, jak się zdawało Tomowi, nieco głośniej niż zwykle.
– Pa, kochanie – wyszeptał do żarzącego się papierosa.
Na zewnątrz było ciemno, całą ulicę wypełniała gęsta mgła. Mimo to było nieznośnie gorąco. Tom zgasił niedopałek w popielniczce i zamknął okno. Tylko dlatego, że Liu chciała, by było otwarte.
– Cześć, gościu. – Tom, w drodze do biurka z komputerem, pogładził Kevina po ciemnych włosach.
– Cześć.
Kevin oglądał „Kocię Kicię”, bodajże najbardziej wkurzającą Toma bajkę z całego asortymentu streamingowych kreskówek.
– Co zjesz? – Tom uruchomił komputer.
– Mam ochotę na…
Tom przeszedł do kuchni, starając się nie zwracać uwagi na głupawą bajkę. To, co go najbardziej złościło, to fakt, że Kevin miał już sześć lat, zdecydowanie za dużo, jak na oglądanie tak infantylnych treści.
– No, gościu? To co będzie z tym śniadaniem?
– Mmm, może…
Z telewizora wylał się wesoły okrzyk trzech kotków:
– Bał miał, bał miał, bał miał!!
Tom włączył ekspres do kawy, przyglądając się pustej filiżance. Kiedyś Liu, wychodząc do pracy, przygotowywała mu kawę. Odkąd przestali ze sobą rozmawiać, a zaczęli na siebie warczeć, znajdował wyłącznie naczynie. Naszykowane, jak dawniej, jednak od dłuższego już czasu puste.
Na kalendarzu wciąż widniały terminy wizyt u terapeuty. “Magika” od naprawiania cudzych związków. Przestali do niego chodzić. Oboje pogodzili się z tym, że w ich związek nie da się już tchnąć nawet odrobiny magii.
– I jak, gościu? Zastanowiłeś się?
W odpowiedzi Tom usłyszał Kocię Kicię:
– Bał miał, bał miał, bał miał!!
Wrócił do pokoju z kawą i miską.
– Masz płatki czekoladowe – powiedział, kładąc je na stoliku.
– Właśnie na płatki miałem ochotę – ucieszył się Kevin.
Poniedziałek 8:00
Tom przeszedł na pracę zdalną po narodzinach Kevina. Liu kręciła nosem na posyłanie dziecka do przedszkola, a już na pewno nie chciała słyszeć o opiekunce.
– Nikt obcy nie będzie wychowywał mojego dziecka – grzmiała.
A Tom nie chciał, by z powodu Kevina załamała się kariera Liu. Wychowanie wziął na siebie. Pisanie maili do klientów firmy odzieżowej, w której pracował, nie wymagało obecności w biurze, dopóki wyrabiał normy.
– Tato, skąd się bierze mgła? – zapytał Kevin.
– „Dziękujemy za wyrozumiałość” – Tom odczytał fragment maila. – Co się dzieje, gościu?
– No, co to jest mgła? – Kevin powtórzył, kręcąc się na parapecie.
Tom spojrzał na stolik, pustą miskę po płatkach i fragment kolejnego odcinka bajki. Syna, patrzącego przez szybę na mleczną chmurę wiszącą na zewnątrz.
– Oglądasz to jeszcze?
– Bał miał, bał miał, bał miał!! – odezwała się Kocia Kicia.
– Tak.
– Oglądasz z parapetu?
– Słucham?
Tom wrócił do maila i dopisał resztę przeprosin.
– Spada z nieba? – zapytał Kevin.
– Co spada?
– Mgła.
Tom był pokonany. Oparł się na krześle i popatrzył na syna w pidżamie ozdobionej postaciami z bajek Disneya.
– Mgła to para unosząca się z nagrzanej ziemi – wyjaśnił Tom. – Gdy jest mokro i bardzo ciepło, wtedy tak się dzieje.
Kevin popatrzył na Toma nieprzekonany.
– Ale chyba ta jest inna.
– Co masz na myśli, gościu?
– Ta zlatuje z nieba i ma takie małe świetliki.
– Co ty gadasz, gościu? – uśmiechnął się Tom. – A może to mgielne wróżki?
– Nie – powiedział Kevin po chwili zastanowienia. – Bardziej przypominają maleńkie światełka albo te robaczki, które mamy w łazience.
– Robaczki?
– Tak, te, które raz się nie świecą, a raz się świecą na srebrno. Tylko że te w mgle świecą się na złoto.
Tom wstał od biurka. Zgasił światło. W mieszkaniu zrobiło się bardzo ciemno.
– Co jest? – wyszeptał Tom i spojrzał na zegarek. Dochodziło południe.
Podszedł do okna. Ulica była opustoszała. Żadnych przechodniów i samochodów. W ledwie widocznych oknach budynku naprzeciwko dostrzegł ciemne sylwetki ludzi wpatrzonych we mgłę.
W nieruchomym obłoku faktycznie coś migotało. Maleńkie drobinki świeciły, niczym złoto wypłukiwane z rzecznego mułu. Obłok poruszył się, gdy gdzieś znad dachów domów w mgłę spłynęła mleczna chmura. Całun zawirował, jak gęsty dym, w który ktoś dmuchnął. Po chwili mgła znów zawisła w bezruchu.
– Widzisz? Teraz jest ich więcej. – Kevin przystawił palec do szyby.
Tom widział. Mieniących się drobinek przybyło.
– Nie otwieraj okna – powiedział i ruszył do telewizora.
– Ej, mówiłem ci, że słucham – poskarżył się Kevin, gdy Tom przełączył obraz na serwis informacyjny.
Poniedziałek 16:05
– "Służby pracują nad dziwnym zjawiskiem mgły oraz odpowiedzią na pytanie: co zasłania niebo…" – Tom wyłączył ekran telefonu i sięgnął po pall malle. Był już wystarczająco przestraszony.
Kevin bawił się w swoim pokoju.
– Wychodzę zapalić! – Tom krzyknął z przedpokoju.
Odgłosy batalii w pokoju syna ucichły.
– Co?!
– Idę zapalić!
– Dobra!
Tom lubił mieszkać na parterze – blisko na zewnątrz i do piwnicy. Naprzeciwko miał tylko jednego sąsiada. Parter był też miejscem przypadkowych spotkań lokatorów.
Steven stał z papierosem przy uchylonych drzwiach prowadzących na plac z drugiej strony budynku.
– Cześć – przywitał się Tom.
– Witam.
Steven zawsze mówił „witam”. Odrywał filtr od papierosów i miał dziwną skłonność do dotykania innych ludzi. Przypominał trochę kowboja ze spaghetti westernów. To sprawiało, że Tom nigdy go nie polubił, ani też nie potrafił współczuć staremu sąsiadowi, choć ten samotnie wychowywał niepełnosprawnego syna.
– Cholerna pogoda – zaczął Steven.
Patrzyli przez szybę drzwi, za którą panowała cisza skryta w bieli.
– Tak – przyznał w końcu Tom. – Mógłbyś zamknąć?
– A, tak. Zapomniałem. – Steven uśmiechnął się i wyciągnął but spomiędzy drzwi a framugi. – Pamiętam, jak odjechałeś w czasie covid-u.
– Dziękuję.
– Drobiazg – powiedział Steven. – Pozwól, że zapytam, a raka się nie boisz?
– Boję się tylko tych chorób, w które sam się nie wpędzam.
– Dobre. – Steven oderwał kolejny filtr. – Dasz mi ognia?
Tom wyciągnął zapalniczkę. Steven zasłonił ogień dłońmi, choć znajdowali się w pomieszczeniu, przy okazji dotykając ręki Toma, który poczuł mokry mankiet koszuli.
– Masz… – zaczął Tom, ale urwał, widząc, że nie tylko rękaw, ale i ramiona koszuli sąsiada były mokre.
– Tak, to przez tę cholerną mgłę – przyznał Steven. – Na zewnątrz wszystko się lepi, jak, za przeproszeniem, w piździe.
Tom dotknął dłoni, na której pozostała lepka ciecz, przypominająca w dotyku żelowe zabawki Kevina.
– Co? – zapytał Steven na widok twarzy Toma. – Zaczyna ci odwalać?
Tom wpatrywał się w czerwoną plamę na szyi Stevena. Skóra w tym miejscu była opuchnięta.
– Muszę iść… – zaczął Tom.
Na piętrze rozległ się gardłowy krzyk.
– Tak, też będę leciał, syn się obudził. – Steven wyciągnął dłoń na pożegnanie.
– Ja…
– A, tak, zapomniałem. – Steven rozciągnął wargi, odsłaniając pożółkłe zęby. – Zarazki.
Puścił oko do Toma i ruszył na piętro.
Poniedziałek 20:30
– "Lekarze nie są zgodni co do pojawiających się przebarwień na skórze u wciąż napływających do szpitali pacjentów…" – Tom wyłączył telewizor, słysząc, jak Liu wchodzi do mieszkania. Za oknem noc była nieprzenikniona, a światła latarni i okien budynków ledwie widoczne, zdawały się niknąć w pustce.
– Kevin śpi? – rzuciła jeszcze w drzwiach.
– Tak.
– To dobrze.
Była wściekła, zdjęła mokre buty i zniknęła w kuchni. Poszedł za nią, potrzebował rozmowy. Ubrana w czarną spódnicę i niebieską bluzkę, uzupełnioną apaszką, wyglądała jak wzór japońskiej bizneswoman. Jej delikatne, azjatyckie rysy przypominały Tomowi, że wciąż kocha tę zimną kobietę.
Liu wyciągnęła piwo z lodówki.
– Co? – zapytała.
– Nic, tylko słyszałem…
– Proszę, nie, błagam. Przechodziliśmy to w trakcie covid-u. – Otworzyła puszkę i zaczęła pić.
– To źle, że się martwię?
Liu powoli odstawiła puszkę na kuchenny blat. Tom przeczuwał, że wybrał najgorszy moment.
– Nie, ty się nie martwisz, tylko wpadasz w paranoję. Może już nie pamiętasz, więc ci przypomnę. W czasie pandemii przeszedłeś piętnaście testów na obecność wirusa, wszystkie były negatywne.
– Źle się czułem. – Tom zaraz pożałował, że podjął rozmowę.
– Nie, Tom, ty umierałeś za każdym razem, gdy zaczynałeś kaszleć albo miałeś duszności. Dwa razy wzywałam pogotowie. Nie życzę sobie podobnego cyrku! Rozumiemy się!?
– Chcę tylko porozmawiać – Tom ciągnął rozmowę, choć wiedział, że zmierzała ku katastrofie.
– Nie! Ty chcesz się wyżalić! Bo twoim problemem nie jest hipochondria, nie jest nim depresja, tylko twój pieprzony egocentryzm!
– Ale chyba zgodzisz się, że to nie jest normalna sytuacja. – Tom nie potrafił zrozumieć, czemu nie może się po prostu zamknąć i brnie dalej w dyskusję.
– Oczywiście, że nie jest! Covid też nie był, ale co możesz z tym zrobić, Tom!? Co!?
– Dobre pytanie. – Tom nie mógł uwierzyć w to, co mówił, bo oboje wiedzieli, gdzie leży problem.
– Możesz choć raz zapytać: “Co u ciebie słychać, Liu?”. Możesz choć raz przestać myśleć o swoim świecie paranoi i zapytać, jak ja się czuję. Możesz!? Wtedy może byś się dowiedział, że półroczny plan inwestycyjny, nad którym pracowałam, szlag trafił, bo klient zawiesił finansowanie z powodu pieprzonej anomalii pogodowej!
– Liu, ludzie trafiają do szpitali…
– Z powodu wysypki!
– Nie tylko, rozmawiałem ze Stevenem, miał coś na szyi, on dotknął mojej ręki. Ona była mokra…
– Zamknij się.
– Liu?
– Zamknij się!
Z pokoju Kevina doszły ich senne mamrotanie syna. Stali chwilę w kuchni, każde wpatrzone w podłogę. Gdy było już pewne, że dziecko śpi, pierwsza odezwała się Liu:
– Firma na razie będzie zamknięta, przechodzimy na pracę zdalną. Zainstaluję się w pokoju Kevina i będę tam też spać.
– Kto będzie robił zakupy?
– A jak myślisz? – Obrzuciła go pogardliwym spojrzeniem i wyszła do pokoju dziecka.
Środa 12:03
"Szpitale zostały otoczone kordonem policyjnym. Minister zdrowia apeluje: Nie ma żadnych przesłanek, że przebarwienia skórne mogą być groźne dla zdrowia. Nie paraliżujcie pracy szpitali. W miarę możliwości zostańcie w domach…"
Tom wyłączył transmisję w telefonie.
– Jadę do sklepu. Kevin, jedziesz ze mną? – zapytała Liu, unikając wzroku Toma.
– Nie, mamo, zostanę z tatą.
– Od tygodnia nie wychodzisz.
– Wiem, ale nie chcę, żeby tata się zdenerwował.
– Jak chcesz.
– Weź maseczkę – poprosił Tom, ale Liu już zdążyła wyjść.
Źle znosiła zamknięcie w domu, wyraźnie schudła, a jej blada cera stała się niezdrowo biała. No i przebarwienia na rękach i szyi, które Tom obserwował z niepokojem, doprowadzały żonę do szału.
– Dzięki, gościu – powiedział Tom. – Miło, że pomyślałeś o ojczulku.
Kevin odstawił figurki superbohaterów, które w śmiertelnym pojedynku rozstrzygały, kto jest największym badassem.
– To nie dlatego zostałem w domu. – Twarz Kevina od razu zdradzała, że ma jakąś tajemnicę.
– Kevin… – Tom zszedł z kanapy i usiadł na podłodze obok syna. – Co się dzieje?
Kevin całą uwagę skupił na bajce, jak zawsze, gdy chciał uniknąć niewygodnego tematu.
– Chodzi o kłótnie między mamą i tatą? – Tom pogładził syna po karku. – Możemy o tym pogadać, jeśli chcesz.
Czarne oczy Kevina, przypominające dwa węgielki zatopione w mleku, zaszkliły się delikatnie.
– Spokojnie, gościu – powiedział Tom. – W końcu pogodzę się z mamą.
– Nie – wymamrotał Kevin.
– Nie mów tak, zobaczysz, że między mamą i tatą jeszcze wszystko będzie…
– Nie o to chodzi! – Kevin rzucił jednym z superbohaterów o podłogę.
– To o co?
– Nie chcę spać z mamą – powiedział, nie panując nad łzami.
– Spokojnie, nie ma w tym nic złego – roześmiał się Tom. – Jak chcesz, możesz spać ze mną. Ale uprzedzam, że chrapię i rozpycham się w łóżku.
– Wiem, ale to nie jest straszne – przyznał Kevin.
– Jasne, że nie jest.
– Ale gdy mama na mnie patrzy w nocy, już jest.
– Jak patrzy? – zapytał Tom, utrzymując uśmiech na twarzy.
Kevin wzruszył ramionami.
– No tak dziwnie, siada na łóżku i patrzy.
– Też lubię na ciebie patrzeć. A może mama chce się upewnić, że śpisz?
– Chyba nie, bo charczy.
– Charczy?
– Tak, jak stary pies sąsiadów, tak dziwnie. I to mnie budzi.
– I co się wtedy dzieje?
– Udaję, że śpię, a mama patrzy i charczy.
Piątek 06:15
Biała smuga spłynęła w mgłę. Obłok wirował przez chwilę, mieniąc się, nim zastygł w bezruchu.
– Tato, co się stało z ptakami?
– Nie wiem. – Tom patrzył na syna siedzącego przy drugim końcu parapetu.
– A czemu nie oglądasz już telewizji?
– Chyba zrobili sobie wakacje.
– A ci, których słuchasz w internecie?
Tom zauważył, że w budynku naprzeciwko zapalały się światła już tylko w nielicznych mieszkaniach.
– Oni nie mają wakacji – odpowiedział Tom.
– Nie mają, bo muszą opowiadać o mgle?
– Chyba tak, ale mówią tak różne i dziwne rzeczy, że chyba przestanę ich słuchać.
Całymi dniami w budynku panowała zupełna cisza, przerywana czasem jękami upośledzonego syna Stevena. A w nocy Liu wychodziła z pokoju Kevina. Tom słyszał jej bose stopy na kafelkach, a następnie – jak je w kuchni.
– To będą mogli też pojechać? – dopytywał Kevin.
Następnie Liu stawała w drzwiach sypialni. Stała naga, wynędzniała, z widocznymi żebrami. Na każde pytanie Toma odpowiadała pytaniem:
– Jedliście?
Gdy Tom potwierdzał, wracała do pokoju Kevina. W innym przypadku stała i patrzyła, charcząc przeciągle jak astmatyk. Wtedy Kevin, pod kołdrą, dłonią szukał Toma.
– Co mówiłeś? – Tom oderwał spojrzenie od okna.
– Pytałem, czy jak przestaniesz słuchać tych panów z internetu, to będą mogli pojechać na wakacje.
– Myślę, że tak – powiedział Tom.
– Czy mama jest chora?
Toma zaskoczyło, z jakim spokojem Kevin zadał to pytanie.
– Chyba trochę jest.
– To powinna pójść do szpitala.
Tom z trudem przełknął ślinę i powiedział:
– Szpitale też mają wakacje.
Piątek 10:20
Tom złapał klamkę. Drzwi do pokoju dziecięcego były zamknięte. Zapukał. Liu podeszła do drzwi i przystawiła twarz. Tom przez mleczną szybę dotknął policzka żony.
– Jak się czujesz? – zapytał.
Liu ciężko dyszała, jej oddech zakłócał nieprzyjemny, gardłowy charkot.
– Liu?
– Jedliście? – pytanie było niemal mechaniczne, bez cienia troski.
– Tak, jedzenia jest dużo, zresztą wiesz, wychodzisz do kuchni w nocy.
Policzek odkleił się od szyby, a Liu zniknęła w ciemnym pokoju.
– Liu? Liu?! – Tom uderzył pięścią w drzwi. – Liu!! Co to, kurwa, ma znaczyć?! Co?! Jedliście?! Twój syn się martwi!
– Tato?
Tom obrócił się. Kevin stał w sypialni.
– Obudziłem cię, przepraszam – powiedział Tom. – Puścić ci bajki? Co byś chciał na śniadanie? Może płatki?
– Chciałbym, żeby mama do nas wyszła.
– Wiem, ja też tego chcę.
Wziął Kevina na ręce.
– Tato, ja się boję.
Tom ściskał syna, który łkał cichutko. Resztę dnia spędzili tuląc się do siebie. Kevin zasnął pod wieczór. Tom zaniósł go do sypialni. Mijając pokój syna, spróbował jeszcze raz otworzyć drzwi, bez rezultatu. W kuchni sprawdził, ile zostało im ryżu, makaronu i płatków. Wszystko kończyło się szybciej, niż przypuszczał. W łazience została ostatnia rolka papieru toaletowego i pół tubki pasty do zębów.
– Przecież muszą już coś wiedzieć – warknął i ruszył do telewizora.
Wyłączył platformę streamingową i przeszedł na serwis informacyjny. Wyświetlił się duży komunikat: „Przerwa w nadawaniu”. Przełączył na kolejny i kolejny kanał; na wszystkich widniała ta sama wiadomość. Niektóre stacje wrzuciły, zamiast standardowej ramówki, stare seriale.
Tom wyciągnął telefon i wybrał numer alarmowy wysyłany przez centrum kryzysowe.
– Z powodu przeciążenia sieci, połączenie nie może być zrealizowane – odezwał się komunikat.
Wybrał numer do rodziców Liu. Usłyszał tę samą wiadomość. Wtedy też zgasło światło.
Piątek 20:00
W mieszkaniu bezpieczniki były w porządku. Tom zszedł z krzesła i poświecił latarką na drzwi. Chwilę się wahał, w końcu przekręcił zamek i wyszedł na korytarz. Skrzynka z głównym bezpiecznikiem znajdowała się na półpiętrze. W budynku panowała zupełna cisza. Wszedł po stopniach, oświetlając ich szczyt. Następnie skierował strumień światła na skrzynkę, była otwarta.
– Co jest? – wyszeptał.
Tom nie musiał znać się na elektryce, by zauważyć, że wszystkie zabezpieczenia są zdjęte, a bezpieczniki od mieszkań ktoś wyciągnął.
Cichy zgrzyt klamki zmusił Toma do oświetlenia pierwszego piętra. Drzwi mieszkania tuż przy schodach były uchylone. Zobaczył nagiego mężczyznę z wzdętym brzuchem, jak u niedożywionych dzieci.
– Jack? – głos Toma, mimo że ściszony, rozniósł się po klatce schodowej.
Jack stanął w progu i spojrzał w dół schodów nienaturalnie dużymi oczami na tle zapadniętych policzków. Całe jego ciało pokrywały czerwone, napuchnięte plamy. Coś ściskał w kościstej dłoni.
– Jack, czemu wyciągnąłeś bezpieczniki? – zapytał Tom, z trudem patrząc na sine wargi i przebijające się przez skórę kości policzkowe.
– Jaaaadłeś?
Tom zamarł, słysząc pytanie wydobywające się z ust Jacka wraz z przeciągłym charczeniem. Wtedy Tom usłyszał syna Stevena płaczącego cicho przy drzwiach mieszkania.
– Po… – Chłopak zanosił się od szlochu. – Po…wocy.
Gardłowy jęk ucichł nagle i rozległ się ryk:
– Nie!!! Tata!! Nie!!! Powocy!! Nie!!!
Jack wytrzeszczył oczy na Toma.
– Jaaaadłeś – wycharczał.
Tom rzucił się w dół schodów. Kątem oka zobaczył uchylone drzwi sąsiadki z naprzeciwka.
– Tom! Tom! Co się dzieje?!!
Słowa Susan ledwie dotarły do niego. Wrócił do przedpokoju. Trzęsącymi dłońmi przekręcił zamek. Krzyki na piętrze ucichły.
Podszedł do sypialni, Kevin spał, zamknął ostrożnie drzwi. W kuchni znalazł skrzynkę z narzędziami. Wyciągnął śrubokręt i podszedł do pokoju dziecięcego. Chwycił latarkę w zęby. Wymacał płaską końcówkę pokrętła zamka z wyżłobieniem. Umieścił w nim główkę śrubokrętu. Naparł i przekręcił. Zamek zgrzytnął i ustąpił z cichym kliknięciem.
Tom nacisnął klamkę i wszedł szybko do środka, zamykając za sobą drzwi. Poczuł ostrą woń moczu. Wyciągnął z ust latarkę i oświetlił pokój. Liu leżała na niedbale rzuconych poduszkach i prześcieradle Kevina. Jej chude, pokryte plamami ciało ułożone na boku przypominało literę “c”. Ze złączonymi rękami i nogami wyglądała jak odpoczywający pies lub suka w ciąży z wydętym brzuchem. Nagle zadygotała. Z okolic krocza Liu dochodził przeciągły świst, jej brzuch zafalował. Na napiętej skórze Tom zauważył jakiś kształt rozpychający się wewnątrz. Kolejny świst i ciche mlaśnięcie, uda żony skropiła krew.
– L…Liu? – Usłyszał swój drżący głos.
Kolejny świst. Tom pomału skierował światło latarki na krocze. Zobaczył poruszające się czarne haczyki wychodzące z odbytu, napierające na mięsień. Biodra Liu zadygotały. Całe krocze zalała krew, gdy zwieracz gwałtownie został rozerwany. Haczyki wbiły się w pośladki. Coś naparło od wewnątrz. Tom najpierw zobaczył długie czułki, a za nimi czarną głowę o dwóch masywnych żuwaczkach i zakrwawionych, żółtych, owadzich oczach. Obły, biały kształt wił się i napierał, kolejne haczykowate odnóża znajdowały miejsce do zaczepienia. Tom zdołał zrobić pół kroku w tył i wpadł na ścianę. Przywarł do niej plecami. Biały korpus umazany od krwi wypadł z rozerwanego odbytu i miękko wylądował na poduszkach. Wtedy Liu wydała z siebie cichy jęk. Podniosła się na łokciach. To świadomość, że Liu żyje, wyrwała Toma z przerażającego otępienia.
– Liu? – wyszeptał. – Liu? Jestem przy tobie.
Zaczęła wodzić wzrokiem po mieszkaniu.
– Liu? Tu jestem. – Tom oderwał się od ściany i zrobił krok w jej stronę.
Biały robak niezdarnie wspiął się na poduszkę, badając czułkami otoczenie.
Liu usiadła ostrożnie. Jej piersi zwisały na kościstym ciele, wzdęty brzuch zamienił się w pomarszczone fałdy skóry.
– Kochanie? – Tom zdobył się na kolejny krok. – Jestem przy tobie.
Robak odnalazł czułkami tułów Liu. Wyciągnęła do niego ręce. Stwór zaczął pełznąć po nich, zaczepiając się o skórę ostrymi odnóżami i raniąc Liu przy każdym ruchu.
– Kochanie?! – Tom zadrżał.
Robak przemieszczał się coraz wyżej, zostawiając krwawy ślad na ciele, w końcu przywarł do ramienia. Liu sięgnęła dłonią do pękatego ciała. Palcami przejechała po obłym kształcie, delikatnie, niemal czule. Dokładnie tak, jak w chwili, gdy położna podała jej nowo narodzonego Kevina.
*
Tom, tak jak wcześniej otworzył drzwi pokoju Kevina, tak teraz je zamknął. Odłożył śrubokręt na miejsce i zaczął płakać, gryząc kciuk do krwi, by stłumić wycie wyrywające się z gardła.
Sobota 00:30
Krzyki w kamienicy stawały się coraz głośniejsze. Tom gorączkowo wyrzucał rzeczy z pudła: koszulki ulubionych zespołów, płyty z autografami, stare bilety, wejściówki – wszystko lądowało na podłodze. W budynku naprzeciwko zgasły ostatnie światła. Gdy zawartość pudła była już na podłodze, oświetlił całość latarką.
– Są! – Podniósł słuchawki i ruszył do sypialni.
Na szczęście syn spał. Tom wszedł ostrożnie na łóżko i założył na uszy Kevina słuchawki tłumiące dźwięk. Wyglądał niemal tak, jak wtedy, gdy zabierali go na koncerty. Nim jeszcze potok codziennych obowiązków zdusił to, co rozpalało namiętność w małżeństwie Toma.
Ktoś na złamanie karku zbiegł po schodach i wpadł na drzwi wejściowe. Kolejne wrzaski rozpaczy i przerażenia docierały z wyższych pięter. Tom podszedł do okna. Mgła ożyła. Falowała i wirowała, gdy kolejne cienie biegły przez nią na oślep, wpadając na siebie lub przeszkody skryte za nieprzeniknionym całunem. Wycie, płacz, przekleństwa i krzyki – niektóre wściekłe, inne błagalne. Ulicę wypełniała kakofonia głosów tych, którzy w ciemnościach zgubili drogę.
Tom wybrał numer alarmowy. Tym razem połączenie zostało przerwane bez komunikatu.
Pukanie do drzwi rozeszło się po mieszkaniu. Tom zamarł. Kolejne, niespieszne, jak sąsiada, który wpadł pożyczyć cukier. Tom przeszedł do przedpokoju, oświetlając go pomarańczowym światłem latarki. Klamka poruszyła się powolutku w dół. Ktoś szarpnął drzwi, które zatrzeszczały w odpowiedzi. Klamka niespiesznie ruszyła w górę. Tom podszedł na palcach, nasłuchując w ciszy, wyłapał przeciągłe charczenie. Pukanie rozległo się tak niespodziewanie, że Tom wpadł na pozostawione w przedpokoju buty i runął na podłogę.
– Tom? Jesteś tam, Tom? – Charczący głos Stevena był niemal mechaniczny, przypominał coś naśladującego mowę sąsiada. – Tom, mój syn potrzebuje pomocy. Słyszysz mnie, Tom? Tom…
Jakiś dźwięk na korytarzu przerwał nieoczekiwanemu gościowi.
– Steven, coś się stało z Mikiem? – Tom usłyszał głos staruszki mieszkającej naprzeciwko.
Wstał i podbiegł do drzwi, złapał pokrętło zamka, ale dłoń odmówiła wykonania dalszych czynności.
– Steven? – dopytywała się Susan. – Jesteś tu? Tak bardzo się boję, w całym domu jest ciemno. Wszyscy krzyczą.
Głos starszej pani załamał się, zapadła głucha cisza, przerywana nielicznymi krzykami z ulicy.
– Steven? – szlochała. – Proszę, odezwij się…
Palce Toma zacisnęły się na pokrętle zamka.
– Steven? – głos Susan drżał.
– Zamknij te pieprzone drzwi – wycedził przez zęby Tom.
Wtedy usłyszał charczące:
– Witam.
Coś trzasnęło, a następnie walnęło z hukiem. Susan krzyknęła, ale jej głos był słaby, roztrzęsiony, ledwie słyszalny. Głuche uderzenie i cisza.
Niedziela 7:20
Kevin obudził się, ale nie wstał od razu. Leżał dobrą chwilę pod kołdrą, czekając, aż senność minie. W końcu otworzył oczy i przeciągnął się w łóżku. Ręką natrafił na słuchawki. Obok spał tata. Kevin zauważył zabandażowaną rękę i coś jeszcze dziwniejszego. Duża część włosów taty zrobiła się bieluteńka. Kevin wyciągnął dłoń i pogładził Toma po głowie. Nie miał pojęcia, czemu tata zmienił kolor włosów, ale było to całkiem zabawne. Wyszedł z łóżka i wszedł na parapet. Wcześniej z sypialni oglądał plac zabaw, by sprawdzić, czy są tam koledzy. Teraz wszystko przesłaniała mleczna chmura z mieniącymi się drobinami. Kevin i tak wątpił, by rodzice wypuścili któregoś z kolegów, a nawet jeśli, to tata na pewno nie pozwoliłby mu wyjść. Nagle wpadł na świetny pomysł. Mgła wcale nie musi być taka nudna. Pomyślał, że można zrobić eksperyment i sprawdzić, czy da się ją złapać do słoika. Była tak gęsta, jak wata cukrowa. Więc czemu by nie spróbować? Wtedy mógłby obserwować świecące drobinki z bliska, schowany pod kołdrą. Zeskoczył z parapetu i ruszył do kuchni. Zatrzymała go gruba linka alpinistyczna przywiązana z jednej strony do klamki jego pokoju, a z drugiej do rury idącej wzdłuż przeciwległej ściany. Kevin ostrożnie przeszedł pod nią i wszedł do kuchni. Przygotował sobie płatki, mleko oraz trzy duże słoiki i zaniósł wszystko do pokoju gościnnego. Chwilę walczył z telewizorem, by włączyć bajki, ale telewizor nie działał. Skorzystał z telefonu Toma. Odnalazł Kocię Kicię i zaczął jeść, oglądając słoiki. Linka alpinistyczna jednak nie dawała mu spokoju. Myślał o mamie, samej zamkniętej w pokoju. Musiało jej być smutno, może nawet była głodna. Skończył śniadanie, zabrał płatki ze stołu i poszedł do przedpokoju. Lina była niebiesko-zielona. Kevin chwycił ją, naciągnął i puścił. Zadrżała niczym struna. Coś poruszyło się za drzwiami pokoju dziecięcego. Kevin przeszedł pod liną i podszedł ostrożnie.
Usiadł, opierając się plecami o framugę i położył płatki między rozłożonymi nogami. Zastanawiał się, czy tata będzie zły, jeśli da mamie jeść. Nie chciał, by znowu doszło między nimi do kłótni. Wiele razy słyszał, jak krzyczeli na siebie: „A pamiętasz, jak było, nim się urodził Kevin?!”, „Jak pojawił się Kevin!”, „Gdyby nie Kevin!”. Przez to podejrzewał, że mogą kłócić się z jego powodu.
Usłyszał tuż za plecami przeciągłe charczenie.
– Mamo? – zapytał. – Przyniosłem ci płatki.
Zgrzytnęła klamka, lina naprężyła się, zatrzymując drzwi ledwie uchylone.
Kevin odskoczył przestraszony. Spojrzał w stronę sypialni, skąd dochodziło ciche pochrapywanie Toma.
– Kevin, kochanie. – Głos wydobywał się z czarnej szczeliny. – Mama jest głodna.
– Przyniosłem ci płatki – powiedział.
– Lubię płatki. Możesz mi je podać.
Kevinowi nie podobało się charczenie i przerażała go ciemność w pokoju.
– Jestem bardzo głodna. Kevin, dasz mamie jeść?
– Jesteś chora?
Coś zachrobotało po podłodze. Przez chwilę słychać było jedynie charkot.
– Jestem głodna.
– Położę płatki przy drzwiach – zaproponował.
Kevin ostrożnie podszedł do szpary i położył opakowanie. Z ciemności wyłoniła się biała jak papier, wychudzona ręka. Kościste palce wyprężyły się, lecz zaledwie musnęły połamanymi paznokciami etykietę.
– Bliżej – wycharczała Liu.
Kevin podszedł, obserwując dłoń leżącą na podłodze, nachylił się i sięgnął po opakowanie. Liu naparła na drzwi, ręka w całości wystrzeliła na zewnątrz i koścista dłoń chwyciła przedramię chłopca. Jednym silnym szarpnięciem Liu pociągnęła Kevina do środka. Chłopak uderzył głową o framugę, wtedy kociaki z Koci Kici krzyknęły:
– Bał miał, bał miał, bał miał!!
Niedziela 10:00
Toma obudził piskliwy wrzask. W szaleńczym pędzie wpadł z łóżka wprost na uchylone drzwi, rozbijając czoło o ich krawędź. Poleciał na szafę, chwiejąc się, złapał klamkę. Krew z rozciętej skóry spływała mu po nosie. Dzikie piski i wycie syna pochłonęły wszystko inne. Wyskoczył do przedpokoju. Kevin leżał tuż przy drzwiach. Tom podbiegł, chwycił go za koszulkę i pociągnął, lecz bezskutecznie. Całe ramię syna zniknęło w ciemnym pokoju między framugą a uchylonymi drzwiami. Kevin kopał i wierzgał; wszędzie dookoła walały się płatki kukurydziane. Tom zobaczył na twarzy dziecka ból. Wycie Kevina przeszło w dławiącą gardło panikę, wytrzeszczył zapuchnięte od łez oczy. Dłoń Kevina zacisnęła się na koszuli ojca.
– Nie!! Tato!! Nie!!
Tom wyszarpał materiał i wbiegł do kuchni. Chwycił kuchenny nóż i wpadł do przedpokoju. Ciął linę, ale ostrze się ześlizgnęło. Przystawił nóż, rozcinając włókno po włóknie. Kevin umilkł.
Tom wrzasnął dziko i naparł na ostrze. Linka puściła. Skoczył i uderzył barkiem w drzwi pokoju. Coś huknęło. Tom wpadł do środka. Liu leżała tuż przy framudze, trzymając rękę syna. Dłoń Kevina zakrywał biały, obły kształt o czarnych odnóżach. Tom dostrzegł, jak robak masywnymi żuwaczkami odrywa kolejny fragment palca.
– Nie!! – wrzasnął.
Liu rzuciła się na Toma, łapiąc go w pasie. Chwycił ją za włosy, szarpnął, odchylając głowę żony. Jej skóra zdawała się być naciągnięta bezpośrednio na czaszkę, jedynie oczy zdradzały, że żyje – wyłupiaste i dzikie. Tom uniósł nóż i zamarł. Liu wykręciła głowę i zatopiła zęby w przedramieniu Toma. Wrzasnął i wyrżnął twarzą żony o framugę. Liu zwiotczała. Tom spojrzał na dłoń – robaka już nie było. Odrzucił nóż i podniósł dziecko. Wbiegł do pokoju gościnnego i położył Kevina na kanapie. Biegiem ruszył do Liu. Drzwi zamknęły się z trzaskiem, usłyszał zgrzytnięcie zamka.
– Kurwa! – Tom walnął pięścią w drzwi.
Podbiegł do łazienki. Wysypał zawartość apteczki do umywalki. Zabrał gazę, bandaż, wodę utlenioną i zasypkę.
Kevin stracił środkowy palec i większą część serdecznego. Tom wytarł z twarzy łzy i krew. Usiadł na łóżku i zaczął dezynfekować dłoń syna. Nałożył na rany zasypkę, a następnie gazę. Przez cały czas bał się spojrzeć na Kevina. Myśl, że syn może nie oddychać, paraliżowała go całkowicie. Skończył zawiązywać bandaż na nadgarstku i położył dłoń na piersi Kevina. Gdy poczuł, że palce unoszą się wraz z klatką piersiową, usiadł na ziemi, łkając jak dziecko.
Niedziela 18:00
Kevin otworzył oczy. Zobaczył twarz ojca.
– Tato.
– Tak?
– Boli mnie rączka.
Na twarzy Toma coś drgnęło.
– Wiem, Kevin, ale musisz być silny, jak superbohater.
– Ale strasznie boli. – Kevin chciał spojrzeć na dłoń, ale ojciec nie pozwolił mu jej wyciągnąć spod kołdry.
– Napij się tego, pomoże – powiedział Tom i przystawił do ust syna butelkę syropu z paracetamolem.
– Przepraszam, tato. – Usta Kevina wygięły się, a oczy zaszkliły.
– To nie twoja wina, gościu. Powinienem ci powiedzieć… Ale zasnąłem. Powinienem cię lepiej pilnować.
– Nie płacz, tato. Obiecuję, że już nie pójdę sam do mamy. – Kevin, widząc ocierającego policzki Toma, zdawał się nabrać więcej odwagi. – Ale nie będziecie się przeze mnie kłócić z mamą?
– Nie będę, obiecuję.
Niedziela 20:10
Bateria zamrugała na czerwono. Poziom wskazywał cztery procent. Kevin kciukiem wybrał ikonę YouTube. Na telefonie Toma, zamiast Koci Kici, zobaczył film oznaczony ciemną ikoną. Kevin spojrzał na drzemiącego ojca, chwilę wahał się, w końcu nacisnął ikonę. Zapaliło się nieprzyjemne białe światło. Nieogolona twarz mężczyzny wypełniła ekran telefonu.
– Cóż mogę powiedzieć. To, że jesteśmy skończonymi durniami, to chyba już wiecie. – Mówił nieskładnie, nerwowo, na wychudłej twarzy było widać brak snu i jedzenia. – Jest taka hipoteza, dlaczego nie mogliśmy nawiązać kontaktu z żywymi istotami w kosmosie. Nie dlatego, że jesteśmy tacy wyjątkowi i tylko my potrafimy się komunikować. Nie mogliśmy nawiązać kontaktu, bo wszystkie formy życia w kosmosie są na tyle inteligentne, by nie wysyłać gdzie popadnie sygnałów: „Hej! Patrzcie! Tu jesteśmy!” Dlaczego? Dlatego że ktoś mógłby je zauważyć.
Coś zatrzeszczało za plecami mężczyzny, który odwrócił się od obiektywu. Białe światło zalewało piwnicę. Na środku ustawiono materac, a na nim śpiwór. Wokół posłania walały się puste puszki po konserwach. W rogu, przy rdzewiejącej rurze, leżał humanoidalny kształt wielkości nastoletniego dziecka, szczelnie owinięty nićmi, oblepiającymi kąt, rozciągniętymi między mokrymi ścianami. Wewnątrz kokonu coś się poruszyło, naprężając wierzchnią warstwę. Twarz mężczyzny znów wypełniła obiektyw.
– Tę hipotezę nazywano ciemnym lasem. Poczytajcie sobie, jeśli doskwiera wam nuda. To tyle ode mnie na dzisiaj. „Życie zawsze będzie dążyło do pozostania przy życiu”.
– Kevin?
– Przepraszam, tato, ja… Ja chciałem tylko zobaczyć bajkę.
Tom podniósł się na łóżku i spojrzał, najpierw na poziom baterii, następnie na film.
– Przepraszam – powtórzył Kevin, widząc minę ojca, tę samą, która poprzedzała wszelkie reprymendy.
– To nic.
Kevin patrzył, jak twarz Toma zaczyna marnieć, tak jak wtedy, gdy po kłótni z mamą siadał przy oknie i palił papierosa za papierosem.
– Czy mam… czy ona też…
– Nie wiem. – Tom objął Kevina mocno. – Ale nie możemy dłużej zostać w domu.
Niedziela 22:45
Tom usłyszał zgrzyt przekręcanego zamka w pokoju dziecięcym. Nie zapalając latarki, ostrożnie wstał z łóżka, zostawiając śpiącego Kevina, podszedł w ciemnościach do drzwi sypialni. Oparł się o nie plecami. Usłyszał kroki, a po chwili charczenie. Klamka drgnęła, a Tom zaparł się nogami, przyciskając tors do drzwi. Liu nie była w stanie przesunąć męża. Kroki bosych stóp zaczęły się oddalać, a po chwili Tom usłyszał hałas dochodzący z kuchni. Odsunął skrzydło szafy i zapalił latarkę. Znalazł klucz dwunastkę – był zdecydowanie za mały. Przez chwilę rozważał użycie paska od spodni, ale wiedział, że nie będzie w stanie udusić Liu. W końcu zdecydował się na aluminiową rurę od odkurzacza.
Wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi. Po drodze oświetlił pokój Kevina. Oprócz poduszek, prześcieradła i pierzyn na podłodze, Liu wykorzystała większość pluszaków syna. Wszystko w legowisku oblepiała biała wydzielina. Z kuchni dochodził odgłos mlaskania i przeżuwania, jakby stołował się tam sporych rozmiarów pies. Tom, idąc korytarzem, skierował światło latarki na podłogę. Stanął przy wejściu i oświetlił wnętrze. Liu siedziała oparta o szafki kuchenne z szeroko rozstawionymi nogami. Rozsypała na podłodze większość suchego jedzenia i tego w puszkach. Robak badał czułkami każdy kąsek, nim zaczął je drobić żuwaczkami. Tłuste, obłe ciało zdawało się urosnąć, miał długość piszczela. Nagie ciało Liu przypominało wysuszone zwłoki. Czerwone plamy ściemniały, przybierając ciemnobrązowy kolor; kości przebijały się przez skórę. W innych okolicznościach Tom byłby pewien, że nie żyje. Palce Liu pomału zacisnęły się na rączce kuchennego noża. Przekręciła trupią twarz i spojrzała wprost w światło latarki. Robak momentalnie wspiął się na nogę, następnie po klatce piersiowej na ramię i zniknął gdzieś na plecach podnoszącej się z ziemi Liu. Tom miał świetną okazję, by rozłupać czaszkę żony, ale nadal nie potrafił. Liu ruszyła w jego stronę, powłócząc nogami. Tom uniósł nad głowę rurę.
– Żegnaj – wyszeptał, gdy się zbliżyła.
Wtedy usłyszał za plecami:
– Tato?
Liu zaatakowała szybciej, niż Tom się spodziewał. Ostrze przecięło wierzch lewej dłoni; Tom upuścił latarkę, zrobił krok w tył i wpadł na Kevina. Obaj przewrócili się na podłogę. Liu skoczyła na nich z uniesionym nożem. Tom zasłonił syna ramieniem. Poczuł ból, gdy ostrze przebiło biceps. Nie krzyczał, patrzył w przerażoną twarz Kevina. Liu wspięła się na plecy Toma, prawie nic nie ważyła, ledwie czuł jej ciężar.
– Tato!!
Krzyk syna wyrwał Toma z szoku. Kątem oka dostrzegł czarny łeb robaka, dwie masywne żuwaczki i czułki dotykające policzków Kevina. Tom wstał, dźwigając uczepioną pleców Liu, i rzucił się na ścianę. Usłyszał pisk i trzask. Obły kształt przemknął po podłodze, znikając w kuchni. Liu z nienaturalnie wykręconą ręką osunęła się po ścianie. Tom uniósł rurę.
– Taaaato!
Kevin patrzył na wszystko zalany łzami.
– Taaaato! – piszczał, zanosząc się od płaczu.
Liu patrzyła na syna wytrzeszczonymi oczyma, charcząc coraz głośniej.
Tom chwycił Kevina za rękę i pociągnął do sypialni. Zamknął drzwi i złapał go za ramiona.
– To już nie jest mama. Kevin, rozumiesz, to nie jest…
Dłoń Kevina trafiła w policzek Toma.
– Posłuchaj!
Kevin uderzył znowu i znowu. Tom objął syna i przycisnął do piersi. Chłopak próbował się wyrwać, w końcu zaczął krzyczeć:
– Nie rób jej krzywdy…! Nie krzywdź mamy…! Nie krzywdź…!
– Dobrze, gościu. Spokojnie. – Tom przytulał chłopaka, głaszcząc po włosach. – Już dobrze.
*
Siedzieli na podłodze w ciemnej sypialni.
– Tato?
– Tak?
– Twoja ręka jest cała mokra.
– To nic, zaraz się tym zajmiemy, gościu.
Poniedziałek 8:21
Resztę bandaży i gazy Tom wykorzystał na opatrzenie ręki. Spakował paczkę płatków śniadaniowych i trzy puszki fasoli. Zabrał kilka narzędzi, scyzoryk i rurę od odkurzacza. Założył na twarz Kevina maseczkę, na głowę naciągnął kominiarkę, a na oczy gogle narciarskie. Siebie zabezpieczył podobnie; zamiast kominiarki założył kaptur bluzy i ściągnął go sznurkami.
Ostrożnie wyszli z sypialni. Drzwi pokoju dziecięcego były zamknięte. Tom złapał klamkę. Poczuł, jak Kevin mocniej ściska mu dłoń.
– Spokojnie, gościu. Tak, jak się umawialiśmy – powiedział.
Uchylił drzwi. Cienkie białe nitki opadły powoli na podłogę. Tom oświetlił pokój. Większość pomieszczenia pokrywały nieregularnie rozciągnięte włókna ociekające przezroczystą wydzieliną. Liu leżała wśród pluszaków i poduszek. Nici oblepiły jej ciało. Spoglądała na Toma dziko, szeroko otwartymi oczyma z trupiej twarzy. Przez chwilę Tomowi zdawało się, że coś przebiegło i wpełzł pod łóżko Kevina. Nie miało to już znaczenia.
– Jak się czuje mama? – odezwał się z przedpokoju Kevin.
– Dobrze, odpoczywa – powiedział Tom i zamknął drzwi. – Gotowy, gościu?
– Mogę zobaczyć…?
– Nie. Umawialiśmy się, prawda?
– Tak. – Kevin spuścił głowę.
– To co? Idziemy?
– Tak.
Tom wyciągnął z kieszeni cienką linę alpinistyczną i obwiązał nią syna w pasie. Drugi koniec przeciągnął przez pasek spodni i zawiązał na supeł.
Chwilę nasłuchiwali przy drzwiach wyjściowych. Na klatce schodowej panowała głucha cisza.
Tom wyszedł pierwszy, obserwując uchylone drzwi do mieszkania Susan. Złapał Kevina za dłoń. Zeszli po kilku stopniach i zatrzymali się przy wyjściu z budynku, spoglądając przez szybę w drzwiach na biel migającą złotymi drobinkami, wypełniającą świat na zewnątrz. Tom złapał klamkę.
– Będę dzielny, tato.
– Ja też, synu.
Wyszli na zewnątrz i po chwili zniknęli we mgle.
Hmm, skąd ja kojarzę ten tekst…? ;)
Cześć, Bardzie!
W pewnym sensie wpadam pobetowo… ;) Historia Toma, Liu i Kevina zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie za pierwszym razem i teraz nie jest inaczej. Obserwowanie, jak "przypadłość" pochłania Liu samo w sobie jest intrygujące. Ty poszedłeś o krok dalej i dołożyłeś element rodzicielski z wiarygodnymi reakcjami Kevina, który nie rozumie, że z mamą dzieje się coś bardzo złego, a tata jest u progu wyczerpania fizycznego i nerwowego.
No i te obleśne żuwaczki… ;)
Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"
Hej Cezary :)
dziękuję za betę, bo to była beta w każdym senesie :). Tekst, na to wychodzi, od początku był skazany na NF i oto wraca do macierzy :). W historii o robaczkach, jest pięciu bohaterów – trzech już przedstawiłem, więc nadszedł czas na Toma i Kevina, ale to będzie ostatni tekst z tej serii, bo forum nie znosi stagnacji :), ale mam nadzieję, że opowiadanie się spodoba innym użytkownikom, tak jak podoba się Tobie :). Chociaż słowo “podoba” może być nieodpowiednie ;)
Ty poszedłeś o krok dalej i dołożyłeś element rodzicielski z wiarygodnymi reakcjami Kevina, który nie rozumie, że z mamą dzieje się coś bardzo złego, a tata jest u progu wyczerpania fizycznego i nerwowego.
Tak, muszę przyznać, że nie hamowałem się przy tym tekście :).
Dziękuję za klika i odwiedziny i pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Witaj. :)
Kwestie techniczne i uwagi oraz sugestie (tylko do przemyślenia):
Dziękuję za oznaczenie wulgaryzmów. :)
Kevin oglądał „Kocię Kicię”, bodajże najbardziej wkurzającą Toma bajkę z całego asortymentu streamingowych kreskówek. – czy celowo przestawienie wyrazów w tytule bajki?
Kiedyś Liu (przecinek?) wychodząc do pracy, przygotowywała mu kawę.
– Widzisz? Teraz jest ich więcej – Kevin przystawił palec do szyby. – brak kropki w środku dialogu?
– Dobre – Steven oderwał kolejny filtr. – i tu?
– Chcę tylko porozmawiać. – Tom ciągnął rozmowę, choć wiedział, że zmierzała ku katastrofie. – a tu z kolei nie mam pewności, czy kropka nie jest zbędna (?)
Steven uśmiechnął się i wyciągnął buta spomiędzy drzwi a framugi. – nie mam pewności, czy nie powinno być: „but” (?)
Jej delikatne (przecinek?) azjatyckie rysy, (zbędny przecinek?) przypominały Tomowi, że wciąż kocha tę zimną kobietę.
Bo twoja problemem nie jest hipochondria, nie jest nim depresja, tylko twój pieprzony egocentryzm! – omyłkowy wyraz w innym rodzaju/literówki?
– Ale chyba zgodzisz się, że to nie jest normalna sytuacja. – Toma nie potrafił zrozumieć (przecinek?) czemu nie może się po prostu zamknąć i brnie dalej w dyskusję. – tu literówka?
– Możesz choć raz zapytać: “co (wielka literą?) u ciebie słychać (przecinek?) Liu?” (brak kropki?) Może (literówki?) choć raz przestać myśleć o swoim świecie paranoi i zapytać, jak ja się czuję. Możesz!?
Całymi dniami, w budynku panowała zupełna cisza, przerywana czasem jękami upośledzonego syna Stevena. – zbędny pierwszy przecinek?
Tom słyszał jej bose stopy na kafelkach, a następnie (myślnik?) jak je w kuchni.
Następnie Liu stawała w drzwiach sypialni. Stała naga, wynędzniała, z widocznymi żebrami. – czy dobrze rozumiem, że matka chodziła przy synku naga?
Liu ciężko dyszała, jej oddech zakłócał nieprzyjemny (przecinek?) gardłowy charkot.
– Jedliście? – Pytanie było niemal mechaniczne, bez cienia troski. – tu nie mam pewności, czy to nie powinno być małą literą (?)
– Jack? – Głos Toma, mimo że ściszony, rozniósł się po sieni. – tu podobnie?
– Steven? – Głos Susan drżał. – i tu?
– Jack, czemu wyciągnąłeś bezpieczniki? – zapytał Tom (przecinek?) z trudem patrząc na sine wargi i przebijające się przez skórę kości policzkowe.
Tom najpierw zobaczył długie czułki, a za nimi czarną głowę o dwóch masywnych żuwaczkach i zakrwawionych (przecinek?) żółtych (przecinek?) owadzich oczach.
Obły (przecinek?) biały kształt wił się i napierał, kolejne haczykowate odnóża znajdowały miejsce do zaczepienia.
Tom umieścił końcówkę śrubokręta w wyżłobieniu płaskiej końcówki pokrętła zamka, w pokoju Kevina, i przekręcił. – oba przecinki zbędne?
Na szczęście syn spał. – aliteracja?
Wycie, płacz, przekleństwa i krzyki – niektóre wściekłe, inne błagalne – wypełniły ulicę, tych, którzy w ciemnościach gubili drogę. – końcówka mocno mi zgrzyta, jakby brakowało tu części (?)
W poniższym fragmencie chyba trzeba poprawić dialog, bo zdaje się, że dwie pierwsze, rozdzielone kwestie mówi ta sama osoba, czyli Steven (?):
– Tom? Jesteś tam, Tom? – Charczący głos Stevena był niemal mechaniczny, przypominał coś naśladującego mowę sąsiada.
– Tom, mój syn potrzebuje pomocy. Słyszysz mnie, Tom? Tom…
Jakiś dźwięk na sieni przerwał nieoczekiwanemu gościowi.
– Steven, coś się stało z Mikiem? – Tom, usłyszał głos staruszki mieszkającej naprzeciwko. – zbędny ostatni przecinek?
Odnalazł Kocie Kicię i zaczął jeść, oglądając słoiki. – literówka?
Wyskoczył do przedpokój. – błędna odmiana wyrazu?
Przez chwilę rozważał użycie pasek od spodni, ale wiedział, że nie będzie w stanie udusić Liu. – i tu?
Niejasne przedostatnie zdanie – CO się poruszyło?:
W rogu, przy rdzewiejącej rurze, leżał humanoidalny kształt wielkości nastoletniego dziecka, szczelnie owinięty nićmi, oblepiającymi kąt, rozciągniętymi między mokrymi ścianami. Wewnątrz kokonu poruszyło się, naprężając wierzchnią warstwę. Twarz mężczyzny znów wypełniła obiektyw.
Robak momentalnie wspiął się na nogę, następnie po klatce piersiowej na ramię i zniknął gdzieś na plecach, podnoszącej się z ziemi Liu. – zbędny ostatni przecinek?
Czasem masz w tekście za dużo form czasownika: „być”.
Poruszające, nie do końca wyjaśnione i podsumowane, takie „bardzo mocne i bardzo straszne opowiadanie”. Oglądałam kilka „Mgieł” i każdy horror był inny, specyficzny. Ten także jest oryginalny oraz makabrycznie przerażający. ;)
Klik podwójny, powodzenia, pozdrawiam serdecznie i noworocznie. :)
Pecunia non olet
Hej bruce :)
Dziękuję za odwiedziny, podwójnego klika i wyłapanie błędów – kurcze uzbierało się ich trochę, powinienem dokładniej przejrzeć tekst przed publikacją. A skoro powstał prawie rok temu, to założyłem, że na pewno już jest z nim już wszystko ok :) – mój błąd.
Kevin oglądał „Kocię Kicię”, bodajże najbardziej wkurzającą Toma bajkę z całego asortymentu streamingowych kreskówek. – czy celowo przestawienie wyrazów w tytule bajki?
Tak, tu celowo zostawiłem już z błędną nazwą – bo nawet nie chodzi o tę konkretną nazwę, tylko o ten okrzyk, który występuje w bajce ;)
Następnie Liu stawała w drzwiach sypialni. Stała naga, wynędzniała, z widocznymi żebrami. – czy dobrze rozumiem, że matka chodziła przy synku naga?
Tu wspomnienia Toma, mieszają się z rozmową syna – w tym konkretnym wspomnieniu nie, ale pewnie Kevin mógł widzieć matkę nago jak snuła się po mieszkaniu.
Na szczęście syn spał. – aliteracja?
No, tu już nic nie wykombinuję :)
Reszta poprawiona :). Bardzo się cieszę, że opowiadanie się podobało – moim zdaniem, jest najlepszym z Ciemnego lasu, może dlatego, że powstało jako pierwsze :). Tak, filmy z mgłą są straszne, mgła jest straszna – świat we mgle się zmienia nie do poznania, staje się niemal magiczny :).
Pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
No, fajny horror. Nastrój mnie przekonał, widać że ojciec jedzie na rezerwie.
Trochę to nosi znamiona fragmentaryczności – nie wiadomo, czy chłopaki przeżyli, nie wiadomo, co się wykluło z matki i co będzie dalej, nie wiadomo, co ze światem zewnętrznym…
Nie znam się, ale wydaje mi się, że strona psychologiczna jest nieźle pokazana. Czasami paranoicy żyją dłużej.
Owszem, są wulgaryzmy.
Babska logika rządzi!
Hej Finklo :)
dziękuję za odwiedziny i klika :)
Nastrój mnie przekonał, widać że ojciec jedzie na rezerwie.
No to super, bo to właśnie buduje nastrój – bo co zrobi biedny Kevin, gdy tata nie da rady :)
Trochę to nosi znamiona fragmentaryczności – nie wiadomo, czy chłopaki przeżyli, nie wiadomo, co się wykluło z matki i co będzie dalej, nie wiadomo, co ze światem zewnętrznym…
Tak, lubię niedopowiedzenia :) ale więcej o tym jest u Jima, Emmy i Lily :) – jeśli kogoś by to interesowała ;)
Nie znam się, ale wydaje mi się, że strona psychologiczna jest nieźle pokazana. Czasami paranoicy żyją dłużej.
Dziękuję. Tak, czasami :)
Owszem, są wulgaryzmy.
Ufff :)
Pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
No, poprzednie części dawno czytałam. Ale tam chyba też nie kończyło się niczym konkretnym? Wybrańcy przetrwali i co dalej?
Babska logika rządzi!
Jak wydam powieść, to Ci podeślę link do sklepu ;)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
I ja dziękuję, rozumiem; tekst jest znakomitym pomysłem na scenariusz wybitnego horroru filmowego, brawa. :)
Powodzenia. Zdrów! :)
Pecunia non olet
Cześć, Bardjaskier
Trudno nie wspomnieć o skojarzeniu z Mgłą, niejakiego Stephena K. :-)
Opowiadania nie odebrałem jako horror, ale tylko dlatego, że nie przestraszyłeś mnie tym razem. Nie wiem z czego to wynika, może się robię stary, albo przekroczyłem magiczną granicę, za którą strachy w formie fizycznej juz mnie tak nie bawią, chociaż często o nich piszę – sentyment pozostał :-)
Podoba mi się to, że zwracasz uwagę na szczegóły, motyw ze śrubokrętem, linka przy drzwiach, i chyba najbardziej spodobał mi się pomysł ze złapaniem mgły do słoika.
W tekście na początku są powtórzenia jak np. było, często też używasz imienia bohaterów… Nie jest to zarzut, ale rzuciło mi się w oczy.
Pozdrawiam
Klik
Oryginalny tekst. Tworzysz ciekawy wciągający klimat. Relacje dobrze ukazane. Bardzo obrazowo pokazałeś przypadłość Liu. Zostawiam Klika. Pozdrawiam.
Podobało mi się :)
Przynoszę radość
Hej Hesket, Adexx i Anet – dziękuję za odwiedziny, miło mi, że opowiadanie się podobało i pozdrawiam serdecznie:)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Wciągnęło mnie szybciej, niż się spodziewałem. Na początku myślałem, że zwykły poniedziałek, zmęczony ojciec, dziecko, małżeństwo, a potem nagle robi się bardzo nie okej i nawet nie wiem, w którym momencie. Ten klimat powolnego osuwania się w koszmar skojarzył mi się z Cmentarz zwierząt (czy jak tam się to pisało z błędami) – szczerze, nie wiem dlaczego, jakoś miałem to w głowie czytając, mam nadzieje, że to nie jakaś ujma.
Chociaż widzę, że w komentarzach ludzie porównują z “Mgłą”, po namysle fakt, jeszcze lepiej pasuje, ale byłem blisko!
Najbardziej siadła mi relacja ojciec–syn, bo przez nią cała groza jest dużo cięższa emocjonalnie.
Solidne, niepokojące opowiadanie.
Pozdrawiam i daję fantomowego klika!
You cannot petition the Lord with prayer!
Cześć,
Zacznę od drobiazgu, który rzucił mi się w oczy:
ostrożnie wstał z łyżką – jeśli nie chodzi o, przydatną w takiej sytuacji, łyżkę do opon, to raczej z “łóżka” :)
A teraz do spraw istotnych.
Świetnie pokazałeś jak mgła najpierw otula, a potem przenika zwyczajne życie. To robi wrażenie i czyni całą sytuację niepokojąco realną (chociaż jest fantastyczna). Myślę, że na tym właśnie opiera się groza w opowiadaniu – codzienność, która nagle zamienia się w horror. Makabreska z “narodzinami” robaka jest tylko dodatkiem, przy czym ja akurat nie przepadam za takim bezpośrednim “pruciem flaków”. Nie czuję, że to jest straszne. Co innego odgłosy, które słychać zza drzwi i możemy sobie “tylko” wyobrażać co tam się dzieje. To, w kategorii “straszenie”, wygrywa zdecydowanie.
Tekst czyta się dobrze. Akcja szybko wciąga i potrafi utrzymać zainteresowanie czytelnika do samego końca.
A skoro już o końcu, to dlaczego już więcej nie będzie? Pomysł jest świetny i ma potencjał do kontynuacji. Może coś mi umknęło i w innej części cyklu już to wykorzystałeś, ale jeśli nie, to zwracam uwagę, że koncepcji Ciemnego Lasu wszyscy mają nie tylko latarki, ale też pistolety. Może ktoś wreszcie zacznie do robali strzelać? :)
Symboliczny klik! :)
Hej :)
MichaelBullfinch – tak właśnie to sobie obmyśliłem, że codzienne życie przerwane przez kataklizm nie następuje nagle. Muszą być jakieś etapy – wyparcie, ciekawość, poznanie, strach i na końcu akceptacja:)
czeke – miło mi znów Cię widzieć:). Łóżko/łyżką poprawię, jak tylko znajdę chwilę by usiąść do komputera:). Ta makabra jest tylko dlatego, by podkreślić szok związany z bliską osobą:) i jeszcze bardziej wstrząsnąć bezpowrotnie utraconą normalnością:). Może jeszcze coś napiszę o robaczkach, ale mam wrażenie, że pomysł na portalu już się przejadł:) – więc zostawię te historię na inny czas lub na jakieś konkursy:)
Pozdrawiam i dziękuję za fantomowe kliki :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Witam :]
Nie czytałem poprzednich części, ale skoro ta jest pierwsza w kolejności pisania, to zakładam, że nie jest to potrzebne do zrozumienia. No i raczej nie było.
No i cóż, mamy tu solidny horror, w którym się mieszają elementy różnych podgatunków, trochę ufoków, trochę krwi, trochę body horroru, trochę pandemicznych lęków, trochę apokalipsy. Ale udało się to złożyć w całość, która ma sens i straszy. Zwłaszcza scena, gdy robak konsumuje rączkę dzieciaka zza zablokowanych drzwi.
Nie do końca rozumiem decyzję o zrobieniu z Liu takiej nieprzyjemnej osoby. Nie jest to jakby wada tekstu, ale wydaje mi się, że gdyby była milusia i perfekcyjna, to czytelnik bardziej by się przejął jej losami.
Z minusów taka trochę sucha narracja. W “Hodowcach Dusz” to lepiej wyszło.
Pozdrawiam :)
Tom nie musiał znać się na elektryce, by zauważyć, że wszystkie zabezpieczenia są ściągnięte, a bezpieczniki od mieszkań ktoś wyciągnął.
Odczułem to jako powtórzonko.
Dlatego, bo ktoś mógłby je zauważyć.
Dlatego że i bez przecinaka.
światło oświetlało
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
Hej,
dzięki za odwiedziny, komentarz i wyłapanie baboli :). Nie wiedziałem, że jest aż tyle gatunków horroru :D. Celowałem w body horror wymieszany z rodzinnym dramatem :). Narracja wyszła sucha… szkoda, miała być raczej bezstronną relacją – połączoną z komunikatami z mediów :). No trudno.
Pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Niezwykły tekst stworzyłeś, Jasny Bardzie, nie czytałam poprzednich, ale ten w zupełności wystarczył. Podoba mi się, w jaki sposób tworzysz nastrój, jak stopniujesz napięcie. Podoba mi się też otwarta formuła zakończenia, myślę, że dodaje a nie ujmuje, każe zastanowić się, co też czeka bohaterów, jednocześnie zawracając czytelnika do wcześniejszych opisów zmieniającego się świata – przecież wszelkie życie na zewnątrz ustało…
Nie jestem zwolenniczką używania dzieci, jako karty do grania na uczuciach, ale tutaj myślę, że to się obroniło, bo główny ciężar spoczywa jednak na głównym bohaterze, jego wcześniejszej relacji z żoną, Kevin dopełnia swoją obecnością fabułę i ubogaca.
Mam wrażenie, Bardzie, że zbudowałeś horror, którego można się bać, choć nie jestem ekspertem, bo nie czytam ich dużo, ale ten wciągnął mnie w swoje mroczne objęcia.
Naprzeciwko miał tylko jednego sąsiada, blisko na zewnątrz i piwnicy.
Zatrzymało mnie to zdanie. Coś z nim jest nie tak… Może: było blisko na zewnątrz i do piwnicy? Nie wiem. Ale daję znać, że nie działa.
Wycie, płacz, przekleństwa i krzyki – niektóre wściekłe, inne błagalne – wypełniły ulicę, tych, którzy w ciemnościach zgubili drogę.
Tutaj podobnie. W połowie zdania się pogubiłam i musiałam wrócić do początku. Przestawiłabym szyk.
Wycie, płacz, przekleństwa i krzyki – niektóre wściekłe, inne błagalne – tych, którzy w ciemnościach zgubili drogę – wypełniły ulicę.
Albo zrobiłabym dwa zdania z tego. Albo jeszcze coś innego. Ty, Bardzie, będziesz wiedział najlepiej.
Pozdrawiam serdecznie i gratuluję bardzo dobrego opowiadania! :) Dla mnie piórkowego. :)
Hej Jolka :)
Dziękuję za odwiedziny, miło mi, że opowiadanie się podobało :). Kevin jest niezbędnym elementem historii, bez niego nie było bym obaw Toma, a bez nich grozy :). Wdaje mi się, że Kevin wyszedł też dość naturalnie, nie jest tylko elementem, o który się boimy ale też zespala relację Toma i Liu :).
Tom lubił mieszkać na parterze – blisko na zewnątrz i piwnicy. Naprzeciwko miał tylko jednego sąsiada.
Tak chyba lepiej
Wycie, płacz, przekleństwa i krzyki – niektóre wściekłe, inne błagalne. Kakofonia głosów wypełniała ulicę, tych, którzy w ciemnościach zgubili drogę.
A tu tak wykombinowałem :)
Dziękuję za wskazanie potknięć i miło mi, że tekst, w Twojej ocenie, zasługuje na piórko. Jeszcze brakuje mu kilku głosów, ale dobrze wiedzieć, że jak je zdobędzie, to może liczyć na pierwszego Taka :)
Pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
No i wiedziałam, że wykombinujesz! :)
A gdzie nominuje loża? Nowa jestem, wiesz…
Pozdrówka!
Masz na priv, ale w HP też powinnaś już widzieć :) i dziękuję bardzo :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Nie ukrywam, Bardzie, że miałam nadzieję na jasnei czytelne zakończenie mgielnej historii, a otrzymałam coś, o czym mogę powiedzieć, że to kolejny fragment z nowymi bohaterami. Owszem, czytało się naprawdę dobrze, ale nadal pozostało sporo niewiadomych (mała sugestia o kosmitach to dla mnie stanowczo za mało) i chyba brak już nadziei, że kiedyś poznam istotę gęstej mgły ze złotymi drobinkami.
Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.
– "Służby pracują nad dziwnym zjawiskiem mgły oraz odpowiedzią na pytanie: co zasłania niebo…". → Zbędna kropka po cudzysłowie. Po wielokropku nie stawia się kropki.
…blisko na zewnątrz i piwnicy. → Chyba miało być: …blisko na zewnątrz i do piwnicy.
– "Lekarze nie są zgodni co do pojawiających się przebarwień na skórze u wciąż napływających do szpitali pacjentów…". → Zbędna kropka po cudzysłowie.
Ubrana w czarną sukienkę i niebieską koszulę, uzupełnioną apaszką… → Nie bardzo widzę kobietę ubraną w sukienkę i koszulę. Koszula to ubiór męski, panie noszą bluzki, choć bywa, że o kroju koszulowym.
Pewnie miało być: Ubrana w czarną spódnicę i niebieską bluzkę uzupełnioną apaszką…
W miarę możliwości zostańcie w domach…". → Zbędna kropka po cudzysłowie.
Kevin rzucił jednym z superbohaterów o ziemię. → Rzecz dzieje się dzieje w mieszkaniu, więc: Kevin rzucił jednym z superbohaterów o podłogę.
Tom patrzył na syna siedzącego po drugiej stronie parapetu. → Pewnie miało być: Tom patrzył na syna siedzącego przy drugim końcu parapetu.
Jeśli jakaś osoba siedzi przy parapecie, to ktoś siedzący po drugiej stronie parapetu musiałby usiąść naprzeciwko tej osoby, a przy zamkniętym oknie to raczej niemożliwe.
…charcząc przeciągle jak asmatyk. → …charcząc przeciągle jak astmatyk.
W toalecie została ostatnia rolka papieru toaletowego i pół tubki pasty do zębów. → Nie brzmi to najlepiej, zwłaszcza że pasta do zębów raczej nie ma racji bytu w toalecie.
Proponuję: W łazience została ostatnia rolka papieru toaletowego i pół tubki pasty do zębów.
Chwilę się wahał, w końcu przekręcił zamek i wyszedł na sień. → Nie wydaje mi się, aby można przekręcić zamek w drzwiach. Czy to na pewno była sień?
Proponuję: Chwilę się wahał, w końcu otworzył drzwi i wyszedł na korytarz/ klatkę schodową.
…wszystkie zabezpieczenia są ściągnięte, a bezpieczniki od mieszkań ktoś wyciągnął. → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: …wszystkie zabezpieczenia są zdjęte, a bezpieczniki od mieszkań ktoś wyciągnął.
…głos Toma, mimo że ściszony, rozniósł się po sieni. → …głos Toma, mimo że ściszony, rozniósł się po korytarzu.
Trzęsącymi dłońmi przekręcił zamek. → A może: Trzęsącymi się dłońmi zatrzasnął drzwi.
Biały korpus umazany od krwi wypadł… → Biały robak umazany krwią wypadł…
Jej piersi zwisały na kościstym ciele, wzdęty brzuch zamienił się w zwisające fałdy skóry. → Nie brzmi to najlepiej.
Jej piersi zwisały na kościstym ciele, wzdęty brzuch zamienił się w pomarszczone fałdy skóry.
Robak odnalazł czułkami korpus Liu. → A może: Robak odnalazł czułkami tułów Liu.
Dokładnie tak, jak w dniu narodzin Kevina, gdy położna podała jej nowo narodzonego syna. → Nie brzmi to najlepiej.
Proponuję: Dokładnie tak, jak w chwili, gdy położna podała jej nowo narodzonego Kevina.
Tom umieścił końcówkę śrubokręta w wyżłobieniu płaskiej końcówki pokrętła zamka w pokoju Kevina i przekręcił. Odstawił śrubokręt na swoje miejsce… → Powtórzenia brzmią fatalnie. Obawiam się, że śrubokrętu raczej się nie postawi. Zbędny zaimek.
Proponuję: Tom, tak jak wcześniej otworzył drzwi pokoju Kevina, tak teraz je zamknął odłożył narzędzie na miejsce…
Kakofonia głosów wypełniała ulicę, tych, którzy w ciemnościach zgubili drogę. → A może: Ulicę wypełniała kakofonia głosów tych, którzy w ciemnościach zgubili drogę.
Tom wpadł na pozostawione w przedpokoju buty i runął na ziemię. → Tom wpadł na pozostawione w przedpokoju buty i runął na podłogę.
Jakiś dźwięk na sieni przerwał nieoczekiwanemu gościowi. → Jakiś dźwięk na korytarzu przerwał nieoczekiwanemu gościowi.
…lina naprężyła się, zatrzymując drzwi w niewielkim uchyle. → A może: …lina naprężyła się, zatrzymując drzwi ledwie uchylone.
Kevin ostrożnie podszedł do uchyłu i położył opakowanie. → A może: Kevin ostrożnie podszedł do szpary i położył opakowanie.
Liu naparła na drzwi, ręka w całości wystrzeliła z wnęki… → Ledwie uchylone drzwi nie tworzyły wnęki.
Proponuję: Liu naparła na drzwi, ręka w całości wystrzeliła ze szczeliny…
Jednym silnym szarpnięciem Liu pociągnęła Kevina do wnęki. → A może: Jednym silnym szarpnięciem Liu pociągnęła Kevina ku sobie.
Wewnątrz kokonu co się poruszyło… → Pewnie miało być: Wewnątrz kokonu coś się poruszyło…
– Czy mam…, czy ona też… → Zbędny przecinek. Po wielokropku nie stawia się przecinka.
Na sieni panowała głucha cisza. → Na klatce schodowej/ Na korytarzu panowała głucha cisza.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Hej regulatorzy :)
dziękuję za odwiedziny, komentarz i wyłapanie błędów – tekst powstał rok temu i wtedy wydawał się całkiem dobrze poprawiony :D. Jak widać, nie był :). Usterki naprawione ale ma pytanie:
Chwilę się wahał, w końcu przekręcił zamek
Tu celowo chciałem podkreślić, że zamek został otwarty poprzez przekręcenie zamka – i teraz mam zagwozdkę. Czy chcąc opisać taką czynność, musimy się ograniczać do czynności końcowej, czyli już otwarcia drzwi?
Biały korpus umazany od krwi wypadł… → Biały robak umazany krwią wypadł
Na tym etapie narodzin nie chciałem jeszcze nazywać dosłownie tego co wyszło z Liu, jeśli korpus nie pasuje, to pomyślę nad innym słowem :)
Całe, życie na klatkę schodową mówię sień :D, ale już zapamiętam, że to tylko na Górnym Śląsku ;) – zmienione na korytarz lub właśnie klatkę schodową :)
Pewnie miało być: Ubrana w czarną spódnicę i niebieską bluzkę uzupełnioną apaszką…
Nie ma wątpliwości, że tekst napisał mężczyzna ;)
Przede wszystkim miło mi, że opowiadanie się podobało, nawet jeśli końcówka niewiele wyjaśnia. Na pewno będę wracał do robaczków, jednak jedno opowiadanie, a nawet cztery, to za mało by opowiedzieć ich historię w całości :)
Pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Bardzo proszę, Bardzie. Miło mi, że mogłam się przydać i cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. :)
Tu celowo chciałem podkreślić, że zamek został otwarty poprzez przekręcenie zamka – i teraz mam zagwozdkę. Czy chcąc opisać taką czynność, musimy się ograniczać do czynności końcowej, czyli już otwarcia drzwi?
Bardzie, zamek to mechanizm służący do zamykania i otwierania drzwi kluczem albo specjalnym pokrętłem, będącym elementem zamka. W ten sposób otwieramy drzwi, nie zamek.
Zamek zamontowany w/ na drzwiach tkwi w nich/ na nich nieruchomo i na pewno nie można go otworzyć, kręcąc nim, bo to się po prostu nie da.
Będąc w mieszkaniu, można otworzyć drzwi, używając pokrętła zamka, ale nie można otworzyć zamka przekręcając zamek. Będąc na zewnątrz musimy otworzyć drzwi kluczem.
Nie wiem, czy to dla Ciebie jasne, ale inaczej nie potrafię wyłożyć sprawy.
Na tym etapie narodzin nie chciałem jeszcze nazywać dosłownie tego co wyszło z Liu, jeśli korpus nie pasuje, to pomyślę nad innym słowem…
Bardzie, korpus to inaczej tułów, ale bez głowy i kończyn, a Ty nieco wcześniej napisałeś, że to co wyłaziło z Liu miało haczyki, długie czułki, głowę o dwóch masywnych żuwaczkach i zakrwawionych, żółtych, owadzich oczach. Wiło się toto i napierało, i ukazywały się kolejne odnóża – więc to nie mógł być korpus, bo opisałeś robaka w pełnej krasie.
Powodzenia w dalszym tworzeniu świata opanowanego przez szczególne, jak je pieszczotliwie nazywasz, robaczki. :)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
No tak. I nie mogę się nie zgodzić, więc muszę pomyśleć jak rozwiązać problem korpusu i zamka :). Opanowywania świata przez robaczki chwilowo musi poczekać, ale dziękuję i postaram się w przyszłości nieco rozwiać mgłę tajemnicy :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Domyślam się, Bardzie, że mgła tajemnicy, aby mogła się w przyszłości rozwiać, najpierw musi stosownie zgęstnieć. ;)
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Dziń dybry,
To zaszczytna chwila, ponieważ po raz pierwszy dokonuję oceny Piórkowej :)
Jeszcze brakuje mu kilku głosów, ale dobrze wiedzieć, że jak je zdobędzie, to może liczyć na pierwszego Taka :)
Eee, ale skoro opowiadanie nominuje Lożanin/Lożanka (takie czasy, poprawność polityczna wjeżdża mocno i trzeba uwzględnić obie płcie, swoją drogą Lożanka kojarzy mi się z leżanką, haha), to przecież nie trzeba już zbierać tych pięciu punktów…
Tom zgasił niedopałek w popielniczce i zamknął okno. Tylko dlatego, że Liu chciała, by było otwarte.
(…)
– Co zjesz? – Tom uruchomił komputer i zamknął okno w pokoju.
Ile razy on zamykał to okno? Czy to inne okno?
Naszykowane, jak dawniej, jednak od dłuższego już czasu puste.
To brzmi tak, jakby od kilku dni nikt nie wypełniał kubka kawą, a tu raczej chodzi o przerwanie zwyczaju.
Następnie na syna, patrzącego przez szybę na mleczną chmurę wiszącą na zewnątrz.
Dużo powtórzeń na. I wiadomo, że chmura jest na zewnątrz. Tym bardziej że Kevin patrzy przez szybę.
→ Następnie na syna, obserwującego przez szybę mleczną chmurę.
Poniedziałek 8:00
(…)
– Co jest? – wyszeptał Tom i spojrzał na zegarek. Dochodziło południe.
?
– Tak, też będę leciał, syn się obudził. – Steven wyciągnął dłoń na pożegnanie.
Kto tak robi? Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby palacze po rozmowie ściskali sobie dłonie na pożegnanie. A paliłam kiedyś dużo i często ;p
Tom wyłączył telewizor, słysząc jak Liu wchodzi do mieszkania.
→ Tom wyłączył telewizor, słysząc, jak Liu wchodzi do mieszkania.
Z pokoju Kevina doszły ich senne majaki syna.
Majaki to inaczej przywidzenie. Jak mogły do nich dotrzeć przywidzenia kogoś innego?
→ Z pokoju Kevina doszło ich senne mruczenie/mamrotanie syna.
– To, o co?
→ – To o co?
Usłyszał tę samą wiadomość, wtedy też zgasło światło.
Niepokojący moment. Dla podkreślenia rozdzieliłabym go kropką, a nawet akapitem:
→ Usłyszał tę samą wiadomość.
Wtedy też zgasło światło.
Zobaczył
wchodzącegonagiego mężczyznę z wzdętym brzuchem, jak u niedożywionych dzieci.
Usunęłabym wchodzącego, bo wprowadza chaos. Pomyślałam, że wchodził do swojego mieszkania, ale Tom by go nie zobaczył wcześniej?
Słowa Susan ledwie dotarły do niego. Wpadł do przedpokoju. Trzęsącymi dłońmi przekręcił zamek. Krzyki na piętrze ucichły.
Podszedł do sypialni. Kevin spał.
Myślałam, że wpadł do przedpokoju domu Susan.
Podszedł do sypialni. Kevin spał. Zamknął ostrożnie drzwi.
Kevin jest lunatykiem?
Hm, no nie wiem, czy z rozerwanym odbytem Liu dalej by żyła, raczej by się wykrwawiła.
Tom, usłyszał głos staruszki mieszkającej naprzeciwko.
→ Tom usłyszał głos staruszki mieszkającej naprzeciwko.
Głos starszej pani załamał się, zapadła głucha cisza, przerywana nielicznymi krzykami z ulicy.
Dobrze, że pamiętasz, by opisywać też dalsze otoczenie a nie skupiasz się jedynie na tym jednym momencie. To służy solidnej budowie zawieszenia niewiary.
Liu naparła na drzwi, ręka w całości wystrzeliła z zewnątrz
Jak to z zewnątrz? Przecież ona siedzi wewnątrz pokoju.
Tom wstał. Dłoń Kevina zacisnęła się na koszuli ojca.
Czyli co, po tym, jak podbiegł, od razu się położył?
Dłoń Kevina zakrywał biały, obły kształt o czarnych odnóżach. Tom dostrzegł, jak robak masywnymi żuwaczkami odrywa kolejny fragment palca.
Kevin nie krzyczał z bólu?
Wrzasnął i wyrżnął twarzą żony o framugę.
Hhahaha, tak jest!
Skończył zawiązywać bandaż na nadgarstku i położył dłoń na piersi Kevina, gdy poczuł, że palce unoszą się wraz z klatką piersiową, usiadł na ziemi, łkając jak dziecko.
Rozdzieliłabym te zdania:
→ Skończył zawiązywać bandaż na nadgarstku i położył dłoń na piersi Kevina. Gdy poczuł, że palce unoszą się wraz z klatką piersiową, usiadł na ziemi, łkając jak dziecko.
Kevin kciukiem wybrał ikonę YouTube. Na telefonie Toma, zamiast Koci Kici, zobaczył film oznaczony ciemną ikoną
Chyba miniaturką?
Odsunął skrzydło szafy i zapalił latarkę.
?
Znalazł klucz dwunastkę, był zdecydowanie za mały.
Tom był zdecydowanie za mały?
podszedł w ciemnościach do drzwi sypialni. Oparł się o nie plecami. Usłyszał kroki, a po chwili charczenie.
Zaraz, przecież Liu wcześniej była w pokoju Kevina.
Wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi.
Myślałam, że właśnie był na korytarzu.
Kątem oka dostrzegł czarny łeb robaka
Zaraz, przecież robak wcześniej był biały?
wypełzło pod łóżko Kevina.
wpełzło
Chwilę nasłuchiwali przy drzwiach. Na klatce schodowej panowała głucha cisza.
Tom wyszedł pierwszy, obserwując uchylone drzwi do mieszkania Susan.
Trzeba doprecyzować, że chodzi o drzwi wejściowe, bo przez chwilę myślałam, że chodzi o drzwi do pokoju Kevina.
Noo, Bardzie, zacny horror! Trudno mnie przestraszyć, ale tutaj miałam często ciary na plecach. Umiejętnie przedstawiłeś gęsty, niepokojący klimat, horror pełną gębą, i do tego niesztampowy, bo akcja nie miała miejsca w nawiedzonym lesie czy wielkim domu odziedziczonym po ciotce z Ameryki, tylko w zwykłym mieszkaniu w bloku.
Popraw tylko drobne nielogiczności, jakie się napatoczyły i będzie cacy.
A co do oceny Piórkowej.
Ponieważ uważam, że przyznanie wyróżnień Piórkowych wiąże się ze sporą odpowiedzialnością, głosowanie w tej kwestii wcale nie jest prostą sprawą. Z tego też powodu, podobnie jak przy organizowanym przeze mnie konkursie, posłużę się tabelą, która pomoże mi dokonać tego trudnego wyboru. Wymienione w niej kryteria powinny, w moim mniemaniu, charakteryzować piórkowy tekst. Większość NIEtów lub TAKów decyduje o ostatecznym głosie:

Mamy tu 6 TAKów i 3 NIEty, toteż ostateczny mój głos wynosi: TAK.
Gratulacje! 
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Dobry :)
To zaszczytna chwila, ponieważ po raz pierwszy dokonuję oceny Piórkowej :)
I mi jest miło, chociaż ostatnio mam piórek po wyżej uszu :D
Jeszcze brakuje mu kilku głosów, ale dobrze wiedzieć, że jak je zdobędzie, to może liczyć na pierwszego Taka :)
Eee, ale skoro opowiadanie nominuje Lożanin/Lożanka (takie czasy, poprawność polityczna wjeżdża mocno i trzeba uwzględnić obie płcie, swoją drogą Lożanka kojarzy mi się z leżanką, haha), to przecież nie trzeba już zbierać tych pięciu punktów…
A widzisz, Jolka tylko sugerowała dobry tekst piórkowy ale nie napisała, że zgłosi :). Ale potem się poprawiła :)
Tom zgasił niedopałek w popielniczce i zamknął okno. Tylko dlatego, że Liu chciała, by było otwarte.
(…)
– Co zjesz? – Tom uruchomił komputer i zamknął okno w pokoju.
Ile razy on zamykał to okno? Czy to inne okno?
Naszykowane, jak dawniej, jednak od dłuższego już czasu puste.
To brzmi tak, jakby od kilku dni nikt nie wypełniał kubka kawą, a tu raczej chodzi o przerwanie zwyczaju.
A to dokładnie o to chodzi. Wcześniej szykowała mu kawę, teraz zostawia tylko pustą filiżankę czy tam kubek :)
Następnie na syna, patrzącego przez szybę na mleczną chmurę wiszącą na zewnątrz.
Dużo powtórzeń na. I wiadomo, że chmura jest na zewnątrz. Tym bardziej że Kevin patrzy przez szybę.
→ Następnie na syna, obserwującego przez szybę mleczną chmurę.
Poprawione :)
– Tak, też będę leciał, syn się obudził. – Steven wyciągnął dłoń na pożegnanie.
Kto tak robi? Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby palacze po rozmowie ściskali sobie dłonie na pożegnanie. A paliłam kiedyś dużo i często ;p
No właśnie! Ale dlatego opisałem sąsiada jako dziwnego gościa :)
Tom wyłączył telewizor, słysząc jak Liu wchodzi do mieszkania.
→ Tom wyłączył telewizor, słysząc, jak Liu wchodzi do mieszkania.
Przecinek dodany :)
Z pokoju Kevina doszły ich senne majaki syna.
Majaki to inaczej przywidzenie. Jak mogły do nich dotrzeć przywidzenia kogoś innego?
→ Z pokoju Kevina doszło ich senne mruczenie/mamrotanie syna.
Zmienione :)
– To, o co?
→ – To o co?
Ciach przecinek :)
Usłyszał tę samą wiadomość, wtedy też zgasło światło.
Niepokojący moment. Dla podkreślenia rozdzieliłabym go kropką, a nawet akapitem:
→ Usłyszał tę samą wiadomość.
Wtedy też zgasło światło.
Tak, jest zdecydowanie lepiej :)
Zobaczył wchodzącego nagiego mężczyznę z wzdętym brzuchem, jak u niedożywionych dzieci.
Usunęłabym wchodzącego, bo wprowadza chaos. Pomyślałam, że wchodził do swojego mieszkania, ale Tom by go nie zobaczył wcześniej?
Usunięty :)
Słowa Susan ledwie dotarły do niego. Wpadł do przedpokoju. Trzęsącymi dłońmi przekręcił zamek. Krzyki na piętrze ucichły.
Podszedł do sypialni. Kevin spał.
Myślałam, że wpadł do przedpokoju domu Susan.
Zmienione na wrócił :)
Podszedł do sypialni. Kevin spał. Zamknął ostrożnie drzwi.
Kevin jest lunatykiem?
Zrobiłem po przecinkach i chyba jest lepiej :)
Hm, no nie wiem, czy z rozerwanym odbytem Liu dalej by żyła, raczej by się wykrwawiła.
No ja też nie wiem ale jakbym napisał, że naderwanym, uszkodzonym – to już traci trochę mocy :)
Tom, usłyszał głos staruszki mieszkającej naprzeciwko.
→ Tom usłyszał głos staruszki mieszkającej naprzeciwko.
Ciach przecinek:)
Głos starszej pani załamał się, zapadła głucha cisza, przerywana nielicznymi krzykami z ulicy.
Dobrze, że pamiętasz, by opisywać też dalsze otoczenie a nie skupiasz się jedynie na tym jednym momencie. To służy solidnej budowie zawieszenia niewiary.
Staram sie jak mogę :)
Liu naparła na drzwi, ręka w całości wystrzeliła z zewnątrz
Jak to z zewnątrz? Przecież ona siedzi wewnątrz pokoju.
Poprawione :)
Tom wstał. Dłoń Kevina zacisnęła się na koszuli ojca.
Czyli co, po tym, jak podbiegł, od razu się położył?
Usunięte :)
Dłoń Kevina zakrywał biały, obły kształt o czarnych odnóżach. Tom dostrzegł, jak robak masywnymi żuwaczkami odrywa kolejny fragment palca.
Kevin nie krzyczał z bólu?
A tu on już jest nieprzytomny z tego co pamiętam :)
Wrzasnął i wyrżnął twarzą żony o framugę.
Hhahaha, tak jest!
Fuck yeah!!!
Skończył zawiązywać bandaż na nadgarstku i położył dłoń na piersi Kevina, gdy poczuł, że palce unoszą się wraz z klatką piersiową, usiadł na ziemi, łkając jak dziecko.
Rozdzieliłabym te zdania:
→ Skończył zawiązywać bandaż na nadgarstku i położył dłoń na piersi Kevina. Gdy poczuł, że palce unoszą się wraz z klatką piersiową, usiadł na ziemi, łkając jak dziecko.
Rozdzielone :)
Kevin kciukiem wybrał ikonę YouTube. Na telefonie Toma, zamiast Koci Kici, zobaczył film oznaczony ciemną ikoną
Chyba miniaturką?
Kurde ja mówię ikonki, sam już nie wiem czy to zmieniać :D
Odsunął skrzydło szafy i zapalił latarkę.
?
Bo to szafa przesuwna, ale wiem, zawsze się otwierają w opowiadaniach :)
Znalazł klucz dwunastkę, był zdecydowanie za mały.
Tom był zdecydowanie za mały?
Zrobiłem po myślniku :)
podszedł w ciemnościach do drzwi sypialni. Oparł się o nie plecami. Usłyszał kroki, a po chwili charczenie.
Zaraz, przecież Liu wcześniej była w pokoju Kevina.
Tak, a pokój jest obok sypialni – wiem bo opisuje w tym opowiadaniu moje mieszkanie :D I tak szafę tez mam przesuwną – ale żona nie jest Azjatką, a szkoda… Mogła by być w piątki ;)
Wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi.
Myślałam, że właśnie był na korytarzu.
Nie usłyszał Liu, zamknął drzwi, podszedł do szafy, wyszedł na korytarz :)
Kątem oka dostrzegł czarny łeb robaka
Zaraz, przecież robak wcześniej był biały?
Tak biały tułów i czarną głowę :) Ale napisałem o tym trzy inne opowiadania i teraz już nie wiem czy w tym o tym wspominam, przypuszczam, że tak :)
wypełzło pod łóżko Kevina.
wpełzło
Poprawione :)
Chwilę nasłuchiwali przy drzwiach. Na klatce schodowej panowała głucha cisza.
Tom wyszedł pierwszy, obserwując uchylone drzwi do mieszkania Susan.
Trzeba doprecyzować, że chodzi o drzwi wejściowe, bo przez chwilę myślałam, że chodzi o drzwi do pokoju Kevina.
Tak, tu zdecydowanie trzeba doprecyzować i doprecyzowałem :)
Twoja tabelka jest świetna i jeśli to nie problem to możesz i wysłać ją na maila – adres wysyłam na priv :)
Bardzo się ciesz, że opowiadanie się spodobało i spełnia kryteria piórkowe :)
Pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Dziękuję, cieszę się, że tabelka Ci się podoba :) zaraz Ci odpiszę na priv :)
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Tabelka wymiata. Sama takiej wypełniać nie będę, ale niektóre kategorię/kryteria pewnie ściągnę. Mam nadzieję, Holly, że nie masz nic przeciwko. Naśladownictwo najwyższą formą pochlebstwa.
Babska logika rządzi!
Mam nadzieję, Holly, że nie masz nic przeciwko. Naśladownictwo najwyższą formą pochlebstwa.
Naturalnie :)
Moment, czy ja staję się tą popularną dziewczyną w klasie, którą wszyscy zaczynają naśladować? Bo w szkole nie było mi to dane ;p
Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć
Nie wiem, za moich czasów chyba nie mieliśmy takiego naśladownictwa i każda koleżanka była po prostu sobą. Albo sama byłam wyjątkowo naiwnym dziewczęciem i nie zwracałam uwagi na takie pierdółki…
Babska logika rządzi!
Chciałem być mądrzejszy, niż system na to pozwala. Opowiadanie na tyle mi się spodobało, że chciałem poczekać do lutego, żeby mój głos (juz wtedy wyrobionego dyżurnego) się liczył za trzy i dał pół TAK-a. Okazuje się, że to nielegalne, więc ubolewam kolejny raz. Nominuję już tylko symbolicznie, bo i tak JolkaK odkryła w nim wartość, jak i ja.
Pozdrawiam, dzięki za dobrą lekturę!
You cannot petition the Lord with prayer!
Hej MichaelBullfinch :) Dziękuję bardzo. Komentarz jest konkretny :). Jeśli napiszesz mi co Cię poruszyło na tyle by nominować, ba, prawie dopuściłeś się oszustwa ;), to będzie mi bardzo miło. Oczywiście nie nalegam, bo to, że uważasz tekst za wartościowy już jest dla mnie dużym wyróżnieniem ale jeśli byś rozwinął myśl, to będę wiedział co w pisaniu powinienem utrwalać :). W każdym razie pozdrawiam serdecznie :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Hmm. Większość opisałem w pierwszym komentarzu, mam raczej trudność w pisaniu komentarzy, więc juz tamten był, jak na mnie, rozbudowany, ale spróbuję.
Przede wszystkim klimat i ten dreszczyk emocji.
To jak potrafisz wciągnąć czytelnika, jest dla mnie wręcz niezrozumiałe. Ja dosłownie od samego początku, gdzie jeszcze nic sie nie działo, byłem ciekawy co dalej. Może to jakaś forma zaufania, bo po prostu lubię twoje teksty? Nie wydaje mi się, po prostu jakoś to robisz, że się wciągam.
Tu nie mogę napisać, że nic się nie działo, a jednak był strach, mimo to, jak w Hodowcach dusz. Działo się, od połowy, stosunkowo wiele. Ale potrafisz w horror, czułem ten dreszczyk emocji.
Bardzo dobrze potrafisz stopniować emocje. Element spokojny, emocjonalny → moment szybkiej, strasznej akcji → spokojny → akcja. Dajesz oddech, ale nie stopujesz emocji, nie wiem, jak to inaczej opisać. Jest to cos o czym sam często myślę, żeby robić, ale czuję, że nie udaje mi się. Masz dobry balans.
Fabuła po prostu mi siadła. Nie wiem, czy jest sens się rozpisywać, to czysto subiektywne. Postapo, rodzina, zagrożenie, wybory. Czytałeś już moje teksty, więc wiesz, że to mój klimat.
Kolejna sprawa, to lubię otwarte zakończenia, i to bardzo. Nie wiemy czym była mgła, nie wiemy co sie tak naprawdę stało z Liu, nie wiemy co się stało ze światem, ani z bohaterami później. To daje pole do wyobraźni. I tu napiszę coś, czym moge podpaść wielu na portalu, ale to się tyczy też oceny “Hodowcy dusz” – może ja to tak odbieram, a może jest to kwestia, że wiele osób tu czyta kilka opowiadań dziennie i chce szybkiej odpowiedzi: co, jak i dlaczego. Mam wrażenie, że czasem zamiast pomyśleć, zagłębić się w tekst, wyobrazić sobie niektóre rzeczy, skorzystać z możliwości jaką daje autor na dopisanie swojej wersji, bądź przemyślenie isteniejącej – każdy chce gotowych, czarno-białych odpowiedzi. A według mnie nie, i to stanowcze nie. Bardzo doceniam to tutaj, i tym bardziej doceniałem to pod wspomniamymi Hodowcami dusz. Siedziałem i myslałem, co nie wiedziałem, to zamiast pytać, przemyślałem, albo dopowiedziałem po swojemu. To jest magia literatury, każdy rozumie tekst na swój sposób, nie wszystko musi być podane na tacy. Zamiast pytać i doszukiwać się luki, czasem wystarczy inaczej na to spojrzeć. Nie chcę tu nikogo wkurzyć, to tylko moje przemyślenia. Po prostu pod kilkoma tekstami i ich komentarzami, ostatnio miałem takie odczucia. Nie w kazdym tekście jest coś więcej, ale czasem widac od razu, kiedy jest sens się głębiej zastanowić.
Na koniec dodam coś, co mam nadzieję, że nie jest prawdą, ale relacja rodzinna była dla mnie do tego stopnia autentyczna, że mam nadzieję, że nie jest pisana z autopsji. Czuć w tym wiarygodność. Kupiłem to, dlatego zwróciłem na to uwagę w pierwszym komentarzu.
Kevin oglądał „Kocię Kicię”, bodajże najbardziej wkurzającą Toma bajkę z całego asortymentu streamingowych kreskówek
A to taki mały smaczek, bo moja córka uwielbia “Kicia Kocia”, a jak tylko to słyszę, to ręce mi opadają. Ostatnio byliśmy z nią w kinie na 45 minutowym seansie Kici Koci. Cieszę się, że się dobrze bawiła, ale pięknie opisałeś dźwięki jakie słyszę, gdy to leci.
Pozdrawiam i mam nadzieje, że wystarczająco wytłumaczyłem.
You cannot petition the Lord with prayer!
Historia okazała się dla mnie niezwykle wciągająca i poruszająca. Na początku dostajemy obraz pozornie prostej codzienności, związku borykającego się z problemami, dwojga ludzi, którzy stopniowo się od siebie oddalają, a łączy ich już właściwie tylko dziecko. Ta zwyczajność bardzo mnie kupiła, bo wydaje się autentyczna i bliska każdemu. Ogromnie podobał mi się sposób dozowania napięcia i niepokoju, zrobiłeś to naprawdę z wyczuciem. Groza narasta stopniowo, przez co tak mocno wciągnęłam się w historię, że byłam wręcz żądna kolejnych szczegółów. Motyw epidemii i przemiany matki w kogoś nie do poznania okazał się dla mnie szczególnie przejmujący. To już nie jest tylko strach przed zagrożeniem, ale ból wynikający z konieczności zmierzenia się z kimś, kogo się kochało, a kto staje się realnym niebezpieczeństwem dla najbliższych. Bardzo mocno poruszył mnie moment załamania bohatera, ta chwila, w której w obawie przed utratą ukochanej, od której się oddalił, zaczyna odczuwać do niej ogromną czułość. Świadomość, że to uczucie pojawia się zbyt późno, naprawdę złapała mnie za serce i zagrała na moich uczuciach. Ale identyczne uczucie obudziło się we mnie w kwestii determinacji ojca, który stara się ochronić swoje dziecko, nawet jeśli oznacza to podejmowanie bolesnych decyzji. Uważam, że cała historia jest świetnie przemyślana, napisana w bardzo przystępny, a jednocześnie emocjonalny sposób. Czytało mi się ją niezwykle przyjemnie.
Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.
Hej MichaelBullfinch i betweenthelines
Pozwólcie, że odpowiem wam równocześnie :)
Przede wszystkim bardzo dziękuję za tak rozbudowane przemyślenia. To jest dla mnie bardzo ważne, ostatnio nawet bardziej niż wyróżnienia graficzne :).
Dawkowanie napięcia – to bardzo ważny element nad którym cały czas pracuję. I bardzo mnie cieszy, że zwróciliście na to uwagę. Bo horror na tym bazuje ale też sceny akcji. Granie napięciem jest ważne bo gdy raz się to straci, to trudno ponownie wzbudzić zainteresowanie czytelnika.
Wiarygodność postaci – emocje postaci są ważnym elementem budowania napięcia. Jeśli czytelnik nie będzie się mógł wczuć w bohatera, to nie poczuje tego co on. A jeśli nie będzie interesował się bohaterem, to i jego los będzie mu obojętny. Więc poprzez budowanie relacji bohater-czytelnik budujemy napięcie. A następnie stopniowo wstawiamy dyskomfort aż do kulminacji.
Budowa opowiadani – gdy już mam bohatera i wiem jaki będzie, to umieszczam go w fabule. Najpierw przedstawiam relacje. Pokazuje wady i zalety, najlepiej przez działanie bohatera. Stawiam przed bohaterem problem i pokazuje jak sobie z nim radzi. Pozwalam by stracił kontrolę i pokazuję tego skutki. Na koniec dochodzi konfrontacji z której nie zawsze bohater wychodzi zwycięsko. Traci coś ale i coś zyskuje. Coś się w nim zmienia – na zawsze, ale i coś utrwala. Wiemy jaki był na początku i jaki wychodzi na koniec. To jest ważne by po napięciu, które narasta na koniec pokazać katharsis. By nie kończyć historii wybuchem :).
Nie zawsze tak mam, ale staram się przemycać do opowiadań coś z życia. Tom i Kevin, to dobry przykład bo Tom to trochę ja, trochę mój znajomy. Układ mieszkania to mój układ mieszkania. Relacje Tom Liu to relacje z dawnego związku, a trochę z związku znajomych. Chodzi o to, że przemycając realne sytuacje i emocje możemy je uwiarygodnić – bo one są większości uniwersalne dla wszystkich.
I na koniec :). Gdy chcemy napisać dłuższy tekst, to dzielimy emocje bohatera razem z opowiadaniem. Pokazujemy część osobowości, stawiamy problem i dochodzi do konfrontacji, na koniec katharsis. Kolejny etap historii i znów powtarzamy, aż do finału. Tworzy nam się sinusoida emocjonalna :D ( słodki Jezu, ale mi się zrobił poważny komentarz :D). Ważne jest to by emocje, problemy, konfrontacje i katharsis było zawsze odpowiednio duże w zależności na jakim etapie historii jesteśmy. Tak by koniec historii nie okazał się mniej istotny niż jej środek :)
Tak myślę o opowiadaniu gdy zaczynam pisać, ale nie bieżcie tego za świętość – bo każdy na pewno ma własny sposób na zbudowanie dobrej historii :). Nie myślcie też, że chciałem się powymądrzać. Po prostu bez pokazania wam jak myślę o opowiadaniu, nie jestem w stanie wyjaśnić tego co wam się w opowiadaniu podoba :)
MichaelBullfinch – uważne czytanie. Czasem zaczynasz czytać tekst, który Ci się nie podoba (styl, tematyka, poglądy) i nie chodzi o to, że opowiadanie jest złe. Zwyczajnie nie dla Ciebie. I wtedy trudno jest doszukiwać się w tekście drugiego dna, gdy jesteś umiarkowanie zainteresowany lekturą :). Ale staram się nawet w takich sytuacjach patrzeć na tekst obiektywnie – choć nie zawsze wychodzi :). Dlatego podziwiam, że tak poważnie podchodzisz do tekstów z forum i starasz się je dogłębnie analizować :)
Pozdrawiam :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Tak, zgadzam się z tym co piszesz. Ja raczej stronię od pisania horrorów, ale jak najdzie mnie ochota, a z pewnością najdzie w końcu, to wezmę to pod uwagę. Chociaż nie tylko w horrorach się ten zarys sprawdza, fajnie to opisałeś.
Wiesz, niektóre elementy mogą gorzej zagrać, wszyscy tu się tylko uczymy, ale jak czytam całość, to widzę często, że w tym jest coś więcej i staram się przeanalizować. Rozumiem, że nie każdy ma na to czas, ani chęci. Ja nie czytam wszystkiego na portalu, tylko wybieram sobie, więc może stąd moje podejście. Po prostu zaraz dojdziemy do momentu, że niedopowiedzenia, albo trudność opowiadania, będzie odbierana wciąż jako “luki fabularne”. Niekiedy nimi są, ale po to właśnie staram się najpierw poszukać.
. Dlatego podziwiam, że tak poważnie podchodzisz do tekstów z forum i starasz się je dogłębnie analizować :
Staram się. Jak mówię, nie każdy tekst ma w sobie coś więcej, (mam nadzieję, że ktoś nie powie tak o moich tekstach XD) ale jeśli nie jestem czegoś pewien, to przed komentarzem pomyślę trochę, bo czasem od razu czuć, że tam coś drzemie. I albo Autor chciał coś powiedzieć, ale jeszcze na tym etapie mu to nie wyszło, albo tam coś jest, ale ja nie zrozumiałem w pełni. W obu przypadkach poświęcam chwilę, żeby się tego doszukać. Ale ja po prostu bardzo lubię te niedopowiedzenia, sam je stosuję, w nieopublikowanych tekstach to już w ogóle, więc jakbym nie szukał tego u innych, to jak mógłbym oczekiwać, że ktoś przeanalizuje mój.
Mam wrażenie, że się powtarzam, więc po prostu dzięki, że zmusiłeś mnie do wywodu, bo sam bym się na niego nie odważył.
Pozdrawiam i trzymam kciuki, że tym razem będzie docenione.
You cannot petition the Lord with prayer!
To ja dziękuję :). Tak ja pisałem, informacja zwrotna – co gra i co trzeba poprawić, jestem bezcenna:)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Cześć, Bardzie!
Na pewno już kiedyś wspominałem, że Twoje horrory sprawiają mi duże kłopoty pod kątem oceny piórkowej. Nie jestem fanem tego gatunku, horrorów czytałem bardzo mało – czasem nawet myślę, że lepiej byłoby, gdyby Loża była większa i mogła wydzielać zespoły do oceny poszczególnych tekstów, ale przy obecnych realiach Portalu to mało wykonalne. Naturalnie staram się zauważać i doceniać walory takich opowiadań na ogólnych zasadach literackich. Tutaj nie da się przeoczyć, że poczyniłeś ogromny postęp od czasu takiego “Bórlingi” (Bórlinga? Bórlingów? Bórlingiego?)… Postaci są żywe, plastyczne, ich interakcje dobrze odbijają te znane nam z autopsji i obserwacji, pozwalają się nad nimi zastanowić; rozwój fabuły nie wydaje się tylko pretekstem dla doprowadzenia do kulminacyjnych scen; język nie razi.
Choć sam tego tak nie odbieram, przyjmuję jako fakt z teorii literatury, że miłośnicy horrorów mogą czerpać przyjemność z czytania o rzeczach obrzydliwych, niepokojących, wybijających z równowagi – podobnie jak z ekscytujących przygód w opowiadaniu akcji czy zaskakujących żartów w komediowym. Wydaje mi się, że Twój tekst bardzo dobrze realizuje to zadanie. W gruncie rzeczy czytało mi się go mniej przyjemnie niż “Hodowców dusz”, ale w przeciwieństwie do nich nie dostrzegam tu żadnych znaczących zarzutów konstrukcyjnych. Pomysł inwazji czy też epidemii pasożytów z kosmosu rozszarpujących ludzi od środka na pewno nie jest świeży, trudno mi jednak ocenić, jak wiele zmodyfikowałeś w stosunku do jego typowych wystąpień, czy naśladowałeś znane tropy, czy bardziej bawiłeś się nimi. Na pewno czymś nowym, a zarazem logicznie obmyślonym jest dla mnie wątek, w którym zarażeni ludzie wykazują patologiczne myślenie o jedzeniu i karmieniu innych; to bez wątpienia zapadnie mi w pamięć i ostatecznie przekonuje mnie do głosu na TAK.
Przez chwilę Tomowi zdawało się, że coś przebiegło i wpełzł pod łóżko Kevina.
Chyba miało być “wpełzło”.
Zupełnie na marginesie w sprawie hipotezy “ciemnego lasu”: zapewne jest możliwe, że rozumny gatunek ewoluujący z dołu łańcucha pokarmowego z ostrożności zatrzymałby się na poziomie rozwoju cywilizacyjnego, na którym nie emituje się wykrywalnych sygnałów poza rodzimą planetę. Podobnie jest bardzo możliwe, że gatunek drapieżników szczytowych wyniszczyłby się sam przed osiągnięciem etapu pozwalającego na podróże międzygwiezdne. Kto wie, czy nasza historia ewolucyjna nie daje nam tutaj wyjątkowej pozycji. Poza tym obecnie myślę, że na potencjalnym kontakcie mamy więcej do zyskania niż do stracenia – bardziej rozwinięty przyjazny gatunek, który by nas znalazł, mógłby nam dać dostęp do wprost niewyobrażalnej wiedzy, a jakoś się nie zanosi, by za naszego krótkiego życia ziemska nauka poczyniła postępy zapewniające wszystkim idealny byt. Tymczasem padnięcie ofiarą totalitaryzmu lub śmiertelnej epidemii bez żadnej pomocy kosmitów jest całkowicie wyobrażalne.
Pozdrawiam serdecznie,
Ślimak Zagłady
Hej uskrzydlony brzuchonogu :)
Na pewno już kiedyś wspominałem, że Twoje horrory sprawiają mi duże kłopoty pod kątem oceny piórkowej. Nie jestem fanem tego gatunku, horrorów czytałem bardzo mało – czasem nawet myślę, że lepiej byłoby, gdyby Loża była większa i mogła wydzielać zespoły do oceny poszczególnych tekstów, ale przy obecnych realiach Portalu to mało wykonalne.
Wszyscy odczuwamy ten sam ból :). A teraz pomyśl o redaktorze, który czyta tekst i treść mu nie leży, ale wie, że pomysł się sprzeda i musi pracować nad powieścią, która go męczy, ze świadomością, że to on sam sobie zrobił ;).
To chyba jest najtrudniejsze, ocenić dobrze tekst, po który byśmy nie sięgnęli z własnej inicjatywy.
Choć sam tego tak nie odbieram, przyjmuję jako fakt z teorii literatury, że miłośnicy horrorów mogą czerpać przyjemność z czytania o rzeczach obrzydliwych, niepokojących, wybijających z równowagi – podobnie jak z ekscytujących przygód w opowiadaniu akcji czy zaskakujących żartów w komediowym.
To kwestia postawienia się w sytuacji zagrożenia, jednocześnie wiedząc, że nic Ci nie grozi – tak twierdzą mądrości z googla ;). Czyli na jedno wychodzi, czy to horror, czy akcja, tylko, że miłośnicy horroru potrzebują mocniejszych wrażeń. Ale zauważ, że tu nie chodzi o “przyjemność z czytania o rzeczach obrzydliwych, niepokojących, wybijających z równowagi ”, to jest narzędzie dzięki któremu lepiej poznajesz bohatera i możesz mu, na przykład, współczuć. Ale jest jeszcze coś, bo czytając o wesołych robaczkach, na końcu, bez problemu strząsasz z siebie obrzydliwości – bo są wymyślone. Znacznie trudniej jest otrząsnąć się z opisów, które odnoszą się do rzeczywistości. I teraz łącząc te dwa elementy, czyli, prawdziwe realne emocje z wymyślonym robaczkiem z… no sam wiesz ;) – to otrzymujemy przeżycia (realne) i jednocześnie usprawiedliwienie, że nie musimy się tym przejmować i to w mojej ocenie jest super. A umiejętne wprowadzenie tego zabiegu powoduje, że to już nie ma znaczenia czy będziemy czytać o smokach czy wampirach :). To kwestia estetyki i wrażliwości czytelnika i jego otwartości na niekomfortowe opisy :). Ale zasadniczo wszystko sprowadza się do utożsamiania się z bohaterem :).
Pomysł inwazji czy też epidemii pasożytów z kosmosu rozszarpujących ludzi od środka na pewno nie jest świeży, trudno mi jednak ocenić, jak wiele zmodyfikowałeś w stosunku do jego typowych wystąpień, czy naśladowałeś znane tropy, czy bardziej bawiłeś się nimi.
To jest ciekawe, bo nie napisałem, że z kosmosu – ale dobrze czytasz mój zamysł :). I tu nie wiem jakie masz na myśli inspiracje ale mogę Ci napisać o mojej. Myślałem o grze The Last of Us i doszedłem do wniosku, że pomysł jest banalny, a na dodatek pożyczony z natury. Tego samego dnia zacząłem się interesować pasożytami. I powiem Ci, że twórcy z The Last of Us wybrali całkiem zwyczajny (jak na możliwości natury) pomysł. Są muchówki, które składają jaja w innych owadach. Owad sobie żyje do chwili gdy larwy zaczynają z niego wychodzić. Ale to nie jest najlepsze. Bo dochodzi o dziwnej sytuacji, w której nosiciel, widząc, że coś z niego wyłazi, nie ucieka, nie zabija plugastwa – zaczyna się nim opiekować. Broni go, a nawet zdobywa mu pożywienie. Na razie nie widomo co muchówki wstrzykują owadom razem z jajami, że ich układ nerwowy zaczyna chronić larwy. Nie wiadomo też w jaki sposób taka toksyna zmusza owady do zachowania, którego normalnie się u nich nie obserwuje. To była moja inspiracja :).
Zupełnie na marginesie w sprawie hipotezy “ciemnego lasu”:
A wiesz, że chyba muszę zmienić tytuł bo nie wiedziałem, że jest też powieść, ale to na marginesie :).
zapewne jest możliwe, że rozumny gatunek ewoluujący z dołu łańcucha pokarmowego z ostrożności zatrzymałby się na poziomie rozwoju cywilizacyjnego, na którym nie emituje się wykrywalnych sygnałów poza rodzimą planetę. Podobnie jest bardzo możliwe, że gatunek drapieżników szczytowych wyniszczyłby się sam przed osiągnięciem etapu pozwalającego na podróże międzygwiezdne.
Tak, to prawdopodobne w pierwszym wypadku, w drugi tylko jeśli to gatunek rozumny :)
Kto wie, czy nasza historia ewolucyjna nie daje nam tutaj wyjątkowej pozycji. Poza tym obecnie myślę, że na potencjalnym kontakcie mamy więcej do zyskania niż do stracenia – bardziej rozwinięty przyjazny gatunek, który by nas znalazł, mógłby nam dać dostęp do wprost niewyobrażalnej wiedzy, a jakoś się nie zanosi, by za naszego krótkiego życia ziemska nauka poczyniła postępy zapewniające wszystkim idealny byt.
Zgadza się, tylko to, że myślimy o obcych jak o istotach inteligentnych, to myślenie życzeniowe. Wynikające, w mojej ocenie, z chęci utożsamiania z czym co miało by nas oświecić. Wiesz lubimy spotkać ludzi o podobnych poglądach, dajemy łapki pod tematami, które nas kręcą. I analogicznie chcemy myśleć, że to co przybędzie z kosmosu będzie jakoś do nas podobne :).
Tymczasem padnięcie ofiarą totalitaryzmu lub śmiertelnej epidemii bez żadnej pomocy kosmitów jest całkowicie wyobrażalne.
Tak, możliwość podcięcia gałęzi na której się siedzi jest bardzo prawdopodobne. Ale zauważ, że mamy w tej dziedzinie duże doświadczenie i od pewnego już czasu, gdy gałąź zaczyna pękać, to ludzkość przesiada się na inną – grubszą. No i znów zaczyna piłować ;).
Dziękuję za komentarz i Taka :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Ja lubię horrory z całkiem innego powodu: zachwyca mnie wyobraźnia Twórców. :) Im ciekawiej, im bardziej fantastycznie, tym lepiej. :) Może tu nie być żadnego bohatera, a po prostu wymyślone stwory walczą i zagrażają sobie nieustannie – to kupuję w dwustu procentach. ;) Czasem wystarczy tylko nieco ubarwić rzeczywistość lub przeszłość. ;) Stąd uwielbiam od dziecka opowieści o dinozaurach. :) Albo o mięsożernych roślinach. :) I konieczne jest dodanie czegoś nierealnego, nieudokumentowanego w źródłach. :) Czuje się zagrożenie, im mocniej, tym lepiej, lecz jednocześnie wie się, że to tylko wymysł Autora. :)
Cieszy, że opko tak się podoba, ponowne gratki, Bardjaskierze. ![]()
Pozdrawiam Was. 
Pecunia non olet
A wiesz, że chyba muszę zmienić tytuł bo nie wiedziałem, że jest też powieść, ale to na marginesie :).
Mało, że ona jest – hipoteza ciemnego lasu została nazwana właśnie na cześć tej powieści :P
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
bruce – a dziękuję bardzo
GalicyjskiZakapior – masz ci los, zamiast czytać o pasożytach trzeba było bardziej pomyśleć o tytule :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Jesteś też coraz lepszy we wciąganiu czytelników w dyskusje! Brałeś dodatkowe lekcje u Finkli?
A teraz pomyśl o redaktorze, który czyta tekst i treść mu nie leży, ale wie, że pomysł się sprzeda i musi pracować nad powieścią, która go męczy, ze świadomością, że to on sam sobie zrobił ;).
Wydaje mi się, że większość wydawnictw ma redaktorów specjalizujących się w różnych gatunkach literackich. Niemniej to prawda, że gdybym podjął się pracy związanej z literaturą, najpewniej bardzo szybko przestałaby być moją pasją.
Znacznie trudniej jest otrząsnąć się z opisów, które odnoszą się do rzeczywistości. I teraz łącząc te dwa elementy, czyli, prawdziwe realne emocje z wymyślonym robaczkiem z… no sam wiesz ;) – to otrzymujemy przeżycia (realne) i jednocześnie usprawiedliwienie, że nie musimy się tym przejmować i to w mojej ocenie jest super.
Osobiście odbieram to inaczej, ale trudno mi to wysłowić. Prawdziwość emocji jest zawsze podważalna, chyba że ktoś pisze o własnych przeżyciach, a i wtedy istnieje możliwość autokreacji. Prawdziwość zdarzeń pozwala je umieścić w strukturze świata, przy fikcyjnych pozostają wątpliwości, na ile są prawdopodobne lub analogiczne do prawdopodobnych. Prawda, że nie jestem typowym czytelnikiem, ale i spośród typowych bardzo wielu nie rozumie, co inni widzą w horrorach.
To jest ciekawe, bo nie napisałem, że z kosmosu – ale dobrze czytasz mój zamysł :).
W obrębie świata przedstawionego podaje tę informację czy przypuszczenie tylko filmik oglądany przez bohaterów, ale chyba uznałem, że skoro odnosisz się do niego w tytule, mogę to sobie przyklepać jako interpretację autorską.
Mało, że ona jest – hipoteza ciemnego lasu została nazwana właśnie na cześć tej powieści :P
Ciekawe, o powieści wiedziałem, ale jakoś odruchowo zakładałem, że zależność musiała być odwrotna. Samo podejście wyraźnie spina się z konfucjańskim oglądem świata, w stosunku do tego, co pisałem na końcu poprzedniego komentarza.
Są muchówki, które składają jaja w innych owadach. Owad sobie żyje do chwili gdy larwy zaczynają z niego wychodzić. Ale to nie jest najlepsze. Bo dochodzi o dziwnej sytuacji, w której nosiciel, widząc, że coś z niego wyłazi, nie ucieka, nie zabija plugastwa – zaczyna się nim opiekować.
Zwykle jednak owad (czy inny stawonóg) nie przeżywa inwazji larw, które wyjadają go od środka i rozbijają przy wykluciu, gdyż czyni to pewne spustoszenia anatomiczne. Z zależnością międzygatunkową, którą opisujesz, chyba się dotychczas nie zetknąłem. Za to przypomniał mi się irlandzki dowcip…
Pani w szkole pyta małego Seana:
– Jak nazywa się pasożyt, który spowodował Wielki Głód?
SEAN (mamrocząc do siebie)
Tylko nie mów, że Brytyjczycy, to poprawna odpowiedź, ale masz tego nie mówić…
PANI (dosłyszała)
Nie, to popularne nieporozumienie. Brytyjczycy zwykle zabijają swojego żywiciela, stanowią więc przykład parazytoida, a nie pasożyta właściwego.
SEAN
Now that’s a correction I can stand for!
Tak, to prawdopodobne w pierwszym wypadku, w drugi tylko jeśli to gatunek rozumny :)
Naturalnie w drugim zdaniu pisałem też o gatunku rozumnym, ukryłem to w słowie “podobnie”.
Zgadza się, tylko to, że myślimy o obcych jak o istotach inteligentnych, to myślenie życzeniowe. Wynikające, w mojej ocenie, z chęci utożsamiania z czym co miało by nas oświecić.
Jednakże istoty, które znalazłyby nas na skutek nieostrożnego (?) emitowania sygnałów radiowych lub innych, byłyby raczej czymś inteligentnym niż robalami instynktownie lecącymi przez przestrzeń międzygwiezdną jak ćmy do światła.
Tak, możliwość podcięcia gałęzi na której się siedzi jest bardzo prawdopodobne. Ale zauważ, że mamy w tej dziedzinie duże doświadczenie i od pewnego już czasu, gdy gałąź zaczyna pękać, to ludzkość przesiada się na inną – grubszą. No i znów zaczyna piłować ;).
Zgadzam się z Tobą i także na to liczę, tylko że (jak wyżej) pisałem w tamtym miejscu o perspektywie jednostki. To, że cywilizacja jako całość może przetrwa daną katastrofę, nie jest wielkim pocieszeniem, gdy my lub nasze rodziny zaplączemy się w tych pechowych dwudziestu procent.
"dzygwiezdną jak ćmy do światła." – I u myślę inaczej. Jest sygnał. Tak jak napisałeś, coś jak światło w ciemności, które przyciąga owada. Na takiej samej zasadzie, nazwijmy to kosmiczną szarańczą, nasze robaczki interesują się sygnałem w przestrzeni kosmicznej. Nie wiedzą oczywiście, co to jest. Ale kusi, więc lecą by to sprawdzić – instynktownie. Szerszenie potrafią zostawić ślad na pszczelim ulu, który ściąga resztę owadów, nawet jeśli taki szerszeń zostanie zbity przez pszczoły. Nasza szarańcza czeka, na znak, impuls, który wskaże im drogę do nowego żywiciela. Bardziej interesujące jest jak takie owady przemierzają kosmos i potrafią w nim przeżyć. Ale tak gleboko nie wchodziłem w temat, obawiam się, że będziemy musieli brać taką możliwość na wiarę ;)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Bo dochodzi o dziwnej sytuacji, w której nosiciel, widząc, że coś z niego wyłazi, nie ucieka, nie zabija plugastwa – zaczyna się nim opiekować. Broni go, a nawet zdobywa mu pożywienie. Na razie nie widomo co muchówki wstrzykują owadom razem z jajami, że ich układ nerwowy zaczyna chronić larwy. Nie wiadomo też w jaki sposób taka toksyna zmusza owady do zachowania, którego normalnie się u nich nie obserwuje. To była moja inspiracja :).
Pasożyty potrafią być cholernie cwane. Zresztą, znana od wieków wścieklizna potrafi zmusić duże zwierzę do zachowania śmiertelnie szkodliwego dla samego zwierzaka, ale sprzyjającego roznoszeniu choroby, prawda? Pasożyt podobnie – jeśli szuka innego żywiciela pośredniego, potrafi skłonić nosiciela do niepotrzebnego ryzyka, do preferowania nietypowego środowiska… A im dłużej inkubator dla jajeczek pozostaje żywy, tym lepiej, bo się mięsko nie psuje i się dzieciaczki nie strują. ;-)
Jesteś też coraz lepszy we wciąganiu czytelników w dyskusje! Brałeś dodatkowe lekcje u Finkli?
Nie przypominam sobie udzielania korepetycji, ale mógł podpatrywać. ;-)
Babska logika rządzi!
Pasożyt podobnie – jeśli szuka innego żywiciela pośredniego, potrafi skłonić nosiciela do niepotrzebnego ryzyka, do preferowania nietypowego środowiska…
Ładny jest ten przykład z przywrą zmuszającą mrówkę do wspięcia się na szczyt źdźbła trawy i oczekiwania tam na dużego przeżuwacza, który jest jej żywicielem docelowym.
Bardziej interesujące jest jak takie owady przemierzają kosmos i potrafią w nim przeżyć. Ale tak głęboko nie wchodziłem w temat, obawiam się, że będziemy musieli brać taką możliwość na wiarę ;)
Właśnie trudno mi sobie wyobrazić, żeby coś takiego samoistnie wyewoluowało. Jeżeli już, może jakaś bardzo zaawansowana cywilizacja mogłaby sobie zaprojektować takie sondy, ale też chyba łatwiej mechaniczne niż biologiczne. W każdym razie zgadzam się, że to przestrzeń dla wyobraźni i wiary, a nie ugruntowanej wiedzy.
Przy okazji znalazłem w zbliżonej tematyce interesujący artykuł: https://web.archive.org/web/20191224081953/https://www.nickbostrom.com/extraterrestrial.pdf.
Finkla – tak. Jest też (chyba pasożyt ale nie jestem pewien czy to nie grzyb), który rozwija się w ptasim układzie pokarmowym. Następnie razem z odchodami wydostaje się z ptaka. Czeka na ofiarę w postaci na przykład owada. Dostaje się do organizmu nosiciela i zmusza go, po odpowiednim rozwinięciu – kiedy jest już gotowy by dostać się do układu pokarmowego ptaka, do wspinaczki na gałęzie. Im wyżej tym lepiej, chodzi o to by nosiciel był widoczny dla drapieżnika – czyli ptaka. Ptak zjada nosiciela i cykl trwa :)
Nie przypominam sobie udzielania korepetycji, ale mógł podpatrywać. ;-)
Nie ale okazję do dyskusji wyczułaś :) Oczywiście zapraszam :)
Ślimak Zagłady – to, że nie wgłębiałem się, to nie znaczy, że nie poruszyłem w ogóle tematu. Niesporczaki potrafią przetrwać w próżni, a żyją na ziemi :). Można wyobrazić sobie organizm, który wykrywa sygnał, obiera kurs z planety na której już dokonał spustoszenia. W kosmosie wchodzi w stan hibernacji i albo w ogóle nie funkcjonuje albo oddycha zgromadzonym powietrzem wewnątrz ciała, to samo z odżywianiem – czyli sam siebie pożera. Gdy wyczuje, że znalazł się w atmosferze innej planety, jego jedynym celem jest rozprzestrzenić zarodki (jaja) i umrzeć :)
Rzucę okiem na artykuł – dzięki :) – edit: kurczę szkoda, że nie jest po francusku ;P
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Ładny jest ten przykład z przywrą zmuszającą mrówkę do wspięcia się na szczyt źdźbła trawy i oczekiwania tam na dużego przeżuwacza, który jest jej żywicielem docelowym.
Tak. I były jeszcze syfy skłaniające lądowe ślimaczki do pałętania się przy brzegu, żeby mógł je pożreć krab, coś zmieniające rybkom kolor na bardziej rzucający się w oczy i/lub zmuszające do pływania na boku, żeby ptaki lepiej widziały biały brzuch… Podłość pasożytów dorasta do ludzkiej.
Nie ale okazję do dyskusji wyczułaś :) Oczywiście zapraszam :)
Wyczułam. Patrz i się dalej ucz. ;-)
Babska logika rządzi!
Można wyobrazić sobie organizm, który wykrywa sygnał, obiera kurs z planety na której już dokonał spustoszenia. W kosmosie wchodzi w stan hibernacji i albo w ogóle nie funkcjonuje albo oddycha zgromadzonym powietrzem wewnątrz ciała, to samo z odżywianiem – czyli sam siebie pożera. Gdy wyczuje, że znalazł się w atmosferze innej planety, jego jedynym celem jest rozprzestrzenić zarodki (jaja) i umrzeć :)
Organizm można sobie wyobrazić, ale przeskok ewolucyjny od dowolnego planetarnego trybu życia do tego opisanego przez Ciebie – trudniej. Dorosła forma Twojego robaczka musiałaby być właściwie statkiem międzygwiezdnym. Na Ziemi gatunkiem o największej dysproporcji rozmiarów między jajem a dorosłym osobnikiem jest samogłów Mola mola, z wielkim polotem opisywany przez zaglądającego do nas czasem Marka Maruszczaka (pamiętacie może jego nick?). Jednak żeby obdarzyć małe samogłowy zdolnością żywienia się istotami o dowolnej biologii (np. różnej skrętności aminokwasów), a duże antenami o mocy przekraczającej nasze najlepsze radioteleskopy, silnikami umożliwiającymi osiągnięcie prędkości ucieczki z układu gwiezdnego i zdolnością przetrwania w próżni – to nawet cywilizacja tak rozwinięta, że dla nas nieodróżnialna od bogów, musiałaby się bardzo postarać, a co tu mówić o samorzutnej ewolucji.
I były jeszcze syfy skłaniające lądowe ślimaczki do pałętania się przy brzegu, żeby mógł je pożreć krab
Wiesz co, o takich obrzydlistwach piszesz?? Znałem te ozdabiające czułki, żeby wabić ptaki, ale o tym nie słyszałem.
Ślimaku drogi, biologia bywa paskudna. :-)
Babska logika rządzi!
Finkla – “Wyczułam. Patrz i się dalej ucz. ;-)” Paczam, paczam :)
Ślimak – “pamiętacie może jego nick?” Ja nie :). Ale wyobraź sobie planetę pożeraną przez naszą szarańczę. Z tej planety są wystrzeliwane w kosmos miliardy mikroskopijnych “zwiadowców” – czegoś na wzór niesporczaków. Które dryfują w przestrzeni kosmicznej. Gdy jakiś trafi na planetę gdzie istnieje życie, przechodzi z stanu hibernacji w stan… hmmm życia :). I wysyła sygnał. To musiał by być coś na zasadzie fal radiowych albo lasera. Gdy sygnał jest odebrany przez naszą szarańczę, wtedy są wysyłane owady, które mają za zadanie dolecieć i rozsiać jaja. Wchodzą w stan hibernacji, czasem go przerywają by sprawdzić kurs, skorygować i znowu się hibernują. Te które dolecą robią zasiew i umierają. To wszystko traw miliony lat może miliardy, ale zjedzenie całej planety to nie taki szybki proces :). Tu podróż w kosmosie nie polega na technologii ale na prostocie organizmów i cierpliwości. Tak jak mówiłem temat trzeba ugryźć głębiej ale myślę, że da się to zrobić. I co najważniejsze w horror – on nie musi tłumaczyć wszystkiego, bo nie o to w nim chodzi ;)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
I co najważniejsze w horror – on nie musi tłumaczyć wszystkiego, bo nie o to w nim chodzi ;)
Z tym się zgadzam, moje rozważania na ten temat w ogóle nie mają być krytyką opowiadania, lecz dyskusją o ciekawym, związanym z nim zagadnieniu. Przy tym z punktu widzenia fabuły nie ma znaczenia, czy organizm wyewoluował sam, czy zaprojektowała go jakaś potężna cywilizacja.
Tu podróż w kosmosie nie polega na technologii ale na prostocie organizmów i cierpliwości.
A z tym nie. Zakładałem w ogóle, chyba zgodnie z Twoją pierwotną koncepcją, że organizm nie musi wysyłać “zwiadowców”, bo namierza emisje radiowe gatunków rozumnych, ale to szczegół. Powtórzę swoje wątpliwości: w jaki sposób miałby się u takiego gatunku pojawić napęd pozwalający na przezwyciężenie grawitacji macierzystego układu, potężne odbiorniki radiowe, zdolność do przetrwania w próżni, do instynktownego obliczania kursu w podróży międzygwiezdnej? Te cechy są bezużyteczne, gdy choćby jednej brakuje, i niezbyt potrzebne stworzonkom ewoluującym na konkretnej planecie. Uważam, że nawet zaprojektowanie czegoś takiego byłoby nieprawdopodobnym wyzwaniem bioinżynieryjnym, a przypadkowe wyewoluowanie jest bezwzględnie nierealne.
Z tym się zgadzam, moje rozważania na ten temat w ogóle nie mają być krytyką opowiadania, lecz dyskusją o ciekawym, związanym z nim zagadnieniu.
Ja już zapomniałem o opowiadaniu :). Wydaje mi się oczywiste, że teraz rozważamy to jakby taka migracja miała wyglądać w bardziej rozbudowanym pomyśle :)
A z tym nie. Zakładałem w ogóle, chyba zgodnie…
A tak, rozważałem różne opcje ale ostatecznie żadna jeszcze mnie nie przekonała. Ale problem który postawiłeś – dotyczący startu, jest interesujący. Bo podążanie za sygnałem to jedno, nawet nawigacja też nie wydaje się problemem. Przetrwanie to małe piwo. Ale start… Ciekawe, czy bardzo mały organizm – mikroskopijny, może unieść się na tyle wysoko by przejść przez atmosferę ziemską. Jak oddziałuje na niego grawitacja i wszystkie siły działające w poszczególnych warstwach atmosfery? Nie wiem ale się dowiem :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
Pewnie warto zacząć poszukiwania od hasła https://pl.wikipedia.org/wiki/Panspermia, oczywiście biorąc poprawkę na to, że teza o możliwości przypadkowego rozprzestrzeniania się mikroorganizmów w kosmosie, choć także kontrowersyjna, jest bez porównania słabsza od tezy o możliwości powstania na drodze ewolucji nierozumnego międzygwiezdnego gatunku drapieżnego lub pasożytniczego polującego na istoty rozumne.
No to znalazłem coś takiego, to jest ciekawe. Naturalny mechanizm startu – wyrzut impaktowy. Podobno tak to się nazywa :D. Albo uderzenie asteroidy, gdzie część skały zostaję wyrzucona w przestrzeń kosmiczną. Ale tego robaczki nie zaplanują, nawet jeśli mają dużo czasu. Ale jest jeszcze pęknięcie skorupy planety lub eksplozja wulkanu. A to już może być możliwe. Złożenie jaj w odpowiednim miejscu i czekanie. Mikro organizmy się rozwijają, żyją i umierają. Czekają na odpowiedni moment, gdy planeta sama wystrzeli je w przestrzeń kosmiczną wraz z fragmentami skał. W kosmosie przechodzą w stan hibernacji i już. To oczywiście wygrzebałem razem z AI gdzieś z odmętów internetu ;). Ale biorąc pod uwagę, że miliony lat szarańcza będzie zjadać planetę, to może sobie pozwolić na czekanie. To pierwszy etap, a teraz start tych które będą podążać za sygnałem. Degradacja planety powoduje rozrzedzenie atmosfery i zanik pola magnetycznego. Wtedy mogą wystartować z stratosfery poprzez gwałtowną sublimację gazów– czy to ładne określenie na puszczanie bąka;). Ale można też przyjąć, że mikro organizmy już dryfują w kosmosie, a planety służą tylko do stworzenia większej ilości zarodników, które w naturalny sposób wylatują w kosmos wraz ze skałami. I tak lecą sobie aż trafią na kolejną planetę do zjedzenia. Ale to wyklucza duże istoty, które rozsiewają jaja ;). Więc duże organizmy nie wystartują Ale małe bez problemu :)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."
No i mnie uprzedziłeś :). Ok, to nie jest teza na SF Ale na horror bez wchodzenia w szczegóły już tak :). A kopiąc w internecie trafiłem na film Iwazja łowców ciał, o podobnej tematyce – wiec czas nie był stracony, chyba, że film okaże się słaby ;)
"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."