- Opowiadanie: Bardjaskier - Ciemny las: Tom i Kevin

Ciemny las: Tom i Kevin

Hej, to ostat­ni  tekst (w ko­lej­no­ści pu­bli­ka­cji) o sym­pa­tycz­nych ro­bacz­kach, a jed­no­cze­śnie pierw­szy, który na­pi­sa­łem.

 

Miłej lek­tu­ry :)

 

Za­zna­czy­łem wul­ga­ry­zmy, ale już nie pa­mię­tam czy są, czy nie.

Dyżurni:

joseheim, beryl, vyzart

Oceny

Ciemny las: Tom i Kevin

 

Po­nie­dzia­łek 6:15

 

– Wsta­waj.

Głos Liu wy­rwał Toma ze snu.

– Która jest? – wy­mam­ro­tał.

– Szó­sta. Kevin oglą­da bajki, zrób mu śnia­da­nie, tylko nic na słod­ko. Ja wy­cho­dzę – Głos Liu od­da­lał się gdzieś we wnę­trzu miesz­ka­nia.

Tom otwo­rzył oczy i się­gnął po pa­pie­ro­sy le­żą­ce na ramie łóżka.

– Zmy­war­ka jest do opróż­nie­nia i prze­łóż pra­nie do su­szar­ki.

Jej głos do­cie­rał do sy­pial­ni to z po­ko­ju dziec­ka, to z go­ścin­ne­go.

Tom wstał i pod­szedł do uchy­lo­ne­go okna. Przez chwi­lę wal­czył z po­ran­nym kasz­lem, na­stęp­nie od­na­lazł na pa­ra­pe­cie za­pal­nicz­kę. Zgrzyt krze­si­wa ocie­ra­ją­ce­go się o ka­mień za­trzy­mał rytm po­ran­nej krzą­ta­ni­ny Liu.

Tom pa­trzył na pło­mień, wsłu­chu­jąc się w ciszę. Przy­pusz­czał, że Liu stoi w przed­po­ko­ju.

– Prze­wietrz miesz­ka­nie – rzu­ci­ła.

Tom od­pa­lił pa­pie­ro­sa. Pierw­sze po­ran­ne star­cie mieli już za sobą.

– Pa, ko­cha­nie – powiedziała do Kevina.

– Pa, mamo.

– Bądź grzecz­ny i nie prze­szka­dzaj tacie w pracy.

Drzwi za­trza­snę­ły się za Liu, jak się zda­wa­ło To­mo­wi, nieco gło­śniej niż zwy­kle.

– Pa, ko­cha­nie – wy­szep­tał do ża­rzą­ce­go się pa­pie­ro­sa.

 

Na ze­wnątrz było ciem­no, całą ulicę wy­peł­nia­ła gęsta mgła. Mimo to było nie­zno­śnie go­rą­co. Tom zga­sił nie­do­pa­łek w po­piel­nicz­ce i za­mknął okno. Tylko dla­te­go, że Liu chcia­ła, by było otwar­te.

– Cześć, go­ściu. – Tom, w dro­dze do biur­ka z kom­pu­te­rem, po­gła­dził Ke­vi­na po ciem­nych wło­sach.

– Cześć.

Kevin oglą­dał „Kocię Kicię”, bo­daj­że naj­bar­dziej wku­rza­ją­cą Toma bajkę z ca­łe­go asor­ty­men­tu stre­amin­go­wych kre­skó­wek.

– Co zjesz? – Tom uru­cho­mił kom­pu­ter.

– Mam ocho­tę na…

Tom prze­szedł do kuch­ni, sta­ra­jąc się nie zwra­cać uwagi na głu­pa­wą bajkę. To, co go naj­bar­dziej zło­ści­ło, to fakt, że Kevin miał już sześć lat, zde­cy­do­wa­nie za dużo, jak na oglą­da­nie tak in­fan­tyl­nych tre­ści.

– No, go­ściu? To co bę­dzie z tym śnia­da­niem?

– Mmm, może…

Z te­le­wi­zo­ra wylał się we­so­ły okrzyk trzech kot­ków:

– Bał miał, bał miał, bał miał!!

Tom włą­czył eks­pres do kawy, przy­glą­da­jąc się pu­stej fi­li­żan­ce. Kie­dyś Liu, wy­cho­dząc do pracy, przy­go­to­wy­wa­ła mu kawę. Odkąd prze­sta­li ze sobą roz­ma­wiać, a za­czę­li na sie­bie war­czeć, znaj­do­wał wy­łącz­nie na­czy­nie. Na­szy­ko­wa­ne, jak daw­niej, jed­nak od dłuż­sze­go już czasu puste.

Na ka­len­da­rzu wciąż wid­nia­ły ter­mi­ny wizyt u te­ra­peu­ty. “Ma­gi­ka” od na­pra­wia­nia cu­dzych związ­ków. Prze­sta­li do niego cho­dzić. Oboje po­go­dzi­li się z tym, że w ich zwią­zek nie da się już tchnąć nawet odro­bi­ny magii.

– I jak, go­ściu? Za­sta­no­wi­łeś się?

W od­po­wie­dzi Tom usły­szał Kocię Kicię:

– Bał miał, bał miał, bał miał!!

Wró­cił do po­ko­ju z kawą i miską.

– Masz płat­ki cze­ko­la­do­we – po­wie­dział, kła­dąc je na sto­li­ku.

– Wła­śnie na płat­ki mia­łem ocho­tę – ucie­szył się Kevin.

 

Po­nie­dzia­łek 8:00

 

Tom prze­szedł na pracę zdal­ną po na­ro­dzi­nach Ke­vi­na. Liu krę­ci­ła nosem na po­sy­ła­nie dziec­ka do przed­szko­la, a już na pewno nie chcia­ła sły­szeć o opie­kun­ce.

– Nikt obcy nie bę­dzie wy­cho­wy­wał mo­je­go dziec­ka – grzmia­ła.

A Tom nie chciał, by z po­wo­du Ke­vi­na za­ła­ma­ła się ka­rie­ra Liu. Wy­cho­wa­nie wziął na sie­bie. Pi­sa­nie maili do klien­tów firmy odzie­żo­wej, w któ­rej pra­co­wał, nie wy­ma­ga­ło obec­no­ści w biu­rze, do­pó­ki wy­ra­biał normy.

– Tato, skąd się bie­rze mgła? – za­py­tał Kevin.

– „Dzię­ku­je­my za wy­ro­zu­mia­łość” – Tom od­czy­tał frag­ment maila. – Co się dzie­je, go­ściu?

– No, co to jest mgła? – Kevin po­wtó­rzył, krę­cąc się na pa­ra­pe­cie.

Tom spoj­rzał na sto­lik, pustą miskę po płat­kach i frag­ment ko­lej­ne­go od­cin­ka bajki. Syna, pa­trzą­ce­go przez szybę na mlecz­ną chmu­rę wi­szą­cą na ze­wnątrz.

– Oglą­dasz to jesz­cze?

– Bał miał, bał miał, bał miał!! – ode­zwa­ła się Kocia Kicia.

– Tak.

– Oglą­dasz z pa­ra­pe­tu?

– Słu­cham?

Tom wró­cił do maila i do­pi­sał resz­tę prze­pro­sin.

– Spada z nieba? – za­py­tał Kevin.

– Co spada?

– Mgła.

Tom był po­ko­na­ny. Oparł się na krze­śle i po­pa­trzył na syna w pi­dża­mie ozdo­bio­nej po­sta­cia­mi z bajek Di­sneya.

– Mgła to para uno­szą­ca się z na­grza­nej ziemi – wy­ja­śnił Tom. – Gdy jest mokro i bar­dzo cie­pło, wtedy tak się dzie­je.

Kevin po­pa­trzył na Toma nie­prze­ko­na­ny.

– Ale chyba ta jest inna.

– Co masz na myśli, go­ściu?

– Ta zla­tu­je z nieba i ma takie małe świe­tli­ki.

– Co ty ga­dasz, go­ściu? – uśmiech­nął się Tom. – A może to mgiel­ne wróż­ki?

– Nie – po­wie­dział Kevin po chwi­li za­sta­no­wie­nia. – Bar­dziej przy­po­mi­na­ją ma­leń­kie świa­teł­ka albo te ro­bacz­ki, które mamy w ła­zien­ce.

– Ro­bacz­ki?

– Tak, te, które raz się nie świe­cą, a raz się świe­cą na srebr­no. Tylko że te w mgle świe­cą się na złoto.

Tom wstał od biur­ka. Zga­sił świa­tło. W miesz­ka­niu zro­bi­ło się bar­dzo ciem­no.

– Co jest? – wy­szep­tał Tom i spoj­rzał na ze­ga­rek. Do­cho­dzi­ło po­łu­dnie.

Pod­szedł do okna. Ulica była opu­sto­sza­ła. Żad­nych prze­chod­niów i sa­mo­cho­dów. W le­d­wie wi­docz­nych oknach bu­dyn­ku na­prze­ciw­ko do­strzegł ciem­ne syl­wet­ki ludzi wpa­trzo­nych we mgłę.

W nie­ru­cho­mym ob­ło­ku fak­tycz­nie coś mi­go­ta­ło. Ma­leń­kie dro­bin­ki świe­ci­ły, ni­czym złoto wy­płu­ki­wa­ne z rzecz­ne­go mułu. Obłok po­ru­szył się, gdy gdzieś znad da­chów domów w mgłę spły­nę­ła mlecz­na chmu­ra. Całun za­wi­ro­wał, jak gęsty dym, w który ktoś dmuch­nął. Po chwi­li mgła znów za­wi­sła w bez­ru­chu.

– Wi­dzisz? Teraz jest ich wię­cej. – Kevin przy­sta­wił palec do szyby.

Tom wi­dział. Mie­nią­cych się dro­bi­nek przy­by­ło.

– Nie otwie­raj okna – po­wie­dział i ru­szył do te­le­wi­zo­ra.

– Ej, mó­wi­łem ci, że słu­cham – po­skar­żył się Kevin, gdy Tom prze­łą­czył obraz na ser­wis in­for­ma­cyj­ny.

 

Po­nie­dzia­łek 16:05

 

– "Służ­by pra­cu­ją nad dziw­nym zja­wi­skiem mgły oraz od­po­wie­dzią na py­ta­nie: co za­sła­nia niebo…" – Tom wy­łą­czył ekran te­le­fo­nu i się­gnął po pall malle. Był już wy­star­cza­ją­co prze­stra­szo­ny.

Kevin bawił się w swoim po­ko­ju.

– Wy­cho­dzę za­pa­lić! – Tom krzyk­nął z przed­po­ko­ju.

Od­gło­sy ba­ta­lii w po­ko­ju syna uci­chły.

– Co?!

– Idę za­pa­lić!

– Dobra!

Tom lubił miesz­kać na par­te­rze – bli­sko na ze­wnątrz i do piw­ni­cy. Na­prze­ciw­ko miał tylko jed­nego są­sia­da. Par­ter był też miej­scem przy­pad­ko­wych spo­tkań lo­ka­to­rów.

Ste­ven stał z pa­pie­ro­sem przy uchy­lo­nych drzwiach pro­wa­dzą­cych na plac z dru­giej stro­ny bu­dyn­ku.

– Cześć – przy­wi­tał się Tom.

– Witam.

Ste­ven za­wsze mówił „witam”. Od­ry­wał filtr od pa­pie­ro­sów i miał dziw­ną skłon­ność do do­ty­ka­nia in­nych ludzi. Przy­po­mi­nał tro­chę kow­bo­ja ze spa­ghet­ti we­ster­nów. To spra­wia­ło, że Tom nigdy go nie po­lu­bił, ani też nie po­tra­fił współ­czuć sta­re­mu są­sia­do­wi, choć ten sa­mot­nie wy­cho­wy­wał nie­peł­no­spraw­ne­go syna.

– Cho­ler­na po­go­da – za­czął Ste­ven.

Pa­trzy­li przez szybę drzwi, za którą pa­no­wa­ła cisza skry­ta w bieli.

– Tak – przy­znał w końcu Tom. – Mógł­byś za­mknąć?

– A, tak. Za­po­mnia­łem. – Ste­ven uśmiech­nął się i wy­cią­gnął but spo­mię­dzy drzwi a fra­mu­gi. – Pa­mię­tam, jak od­je­cha­łeś w cza­sie co­vid-u.

– Dzię­ku­ję.

– Dro­biazg – po­wie­dział Ste­ven. – Po­zwól, że za­py­tam, a raka się nie boisz?

– Boję się tylko tych cho­rób, w które sam się nie wpę­dzam.

– Dobre. – Ste­ven ode­rwał ko­lej­ny filtr. – Dasz mi ognia?

Tom wy­cią­gnął za­pal­nicz­kę. Ste­ven za­sło­nił ogień dłoń­mi, choć znaj­do­wa­li się w po­miesz­cze­niu, przy oka­zji do­ty­ka­jąc ręki Toma, który po­czuł mokry man­kiet ko­szu­li.

– Masz… – za­czął Tom, ale urwał, wi­dząc, że nie tylko rękaw, ale i ra­mio­na ko­szu­li są­sia­da były mokre.

– Tak, to przez tę cho­ler­ną mgłę – przy­znał Ste­ven. – Na ze­wnątrz wszyst­ko się lepi, jak, za prze­pro­sze­niem, w piź­dzie.

Tom do­tknął dłoni, na któ­rej po­zo­sta­ła lepka ciecz, przy­po­mi­na­ją­ca w do­ty­ku że­lo­we za­baw­ki Ke­vi­na.

– Co? – za­py­tał Ste­ven na widok twa­rzy Toma. – Za­czy­na ci od­wa­lać?

Tom wpa­try­wał się w czer­wo­ną plamę na szyi Ste­ve­na. Skóra w tym miej­scu była opuch­nię­ta.

– Muszę iść… – za­czął Tom.

Na pię­trze roz­legł się gar­dło­wy krzyk.

– Tak, też będę le­ciał, syn się obu­dził. – Ste­ven wy­cią­gnął dłoń na po­że­gna­nie.

– Ja…

– A, tak, za­po­mnia­łem. – Ste­ven roz­cią­gnął wargi, od­sła­nia­jąc po­żół­kłe zęby. – Za­raz­ki.

Pu­ścił oko do Toma i ru­szył na pię­tro.

 

Po­nie­dzia­łek 20:30

 

– "Le­ka­rze nie są zgod­ni co do po­ja­wia­ją­cych się prze­bar­wień na skó­rze u wciąż na­pły­wa­ją­cych do szpi­ta­li pa­cjen­tów…" – Tom wy­łą­czył te­le­wi­zor, sły­sząc, jak Liu wcho­dzi do miesz­ka­nia. Za oknem noc była nie­prze­nik­nio­na, a świa­tła la­tar­ni i okien bu­dyn­ków le­d­wie wi­docz­ne, zda­wa­ły się nik­nąć w pu­st­ce.

– Kevin śpi? – rzu­ci­ła jesz­cze w drzwiach.

– Tak.

– To do­brze.

Była wście­kła, zdję­ła mokre buty i znik­nę­ła w kuch­ni. Po­szedł za nią, po­trze­bo­wał roz­mo­wy. Ubra­na w czar­ną spódnicę i nie­bie­ską bluzkę, uzu­peł­nio­ną apasz­ką, wy­glą­da­ła jak wzór ja­poń­skiej biz­ne­swo­man. Jej de­li­kat­ne, azja­tyc­kie rysy przy­po­mi­na­ły To­mo­wi, że wciąż kocha tę zimną ko­bie­tę.

Liu wy­cią­gnę­ła piwo z lo­dów­ki.

– Co? – za­py­ta­ła.

– Nic, tylko sły­sza­łem…

– Pro­szę, nie, bła­gam. Prze­cho­dzi­li­śmy to w trak­cie co­vid-u. – Otwo­rzy­ła pusz­kę i za­czę­ła pić.

– To źle, że się mar­twię?

Liu po­wo­li od­sta­wi­ła pusz­kę na ku­chen­ny blat. Tom prze­czu­wał, że wy­brał naj­gor­szy mo­ment.

– Nie, ty się nie mar­twisz, tylko wpa­dasz w pa­ra­no­ję. Może już nie pa­mię­tasz, więc ci przy­po­mnę. W cza­sie pan­de­mii prze­sze­dłeś pięt­na­ście te­stów na obec­ność wi­ru­sa, wszyst­kie były ne­ga­tyw­ne.

– Źle się czu­łem. – Tom zaraz po­ża­ło­wał, że pod­jął roz­mo­wę.

– Nie, Tom, ty umie­ra­łeś za każ­dym razem, gdy za­czy­na­łeś kasz­leć albo mia­łeś dusz­no­ści. Dwa razy wzy­wa­łam po­go­to­wie. Nie życzę sobie po­dob­ne­go cyrku! Ro­zu­mie­my się!?

– Chcę tylko po­roz­ma­wiać – Tom cią­gnął roz­mo­wę, choć wie­dział, że zmie­rza­ła ku ka­ta­stro­fie.

– Nie! Ty chcesz się wy­ża­lić! Bo twoim pro­ble­mem nie jest hi­po­chon­dria, nie jest nim de­pre­sja, tylko twój pie­przo­ny ego­cen­tryzm!

– Ale chyba zgo­dzisz się, że to nie jest nor­mal­na sy­tu­acja. – Tom nie po­tra­fił zro­zu­mieć, czemu nie może się po pro­stu za­mknąć i brnie dalej w dys­ku­sję.

– Oczy­wi­ście, że nie jest! Covid też nie był, ale co mo­żesz z tym zro­bić, Tom!? Co!?

– Dobre py­ta­nie. – Tom nie mógł uwie­rzyć w to, co mówił, bo oboje wie­dzie­li, gdzie leży pro­blem.

– Mo­żesz choć raz za­py­tać: “Co u cie­bie sły­chać, Liu?”. Możesz choć raz prze­stać my­śleć o swoim świe­cie pa­ra­noi i za­py­tać, jak ja się czuję. Mo­żesz!? Wtedy może byś się do­wie­dział, że pół­rocz­ny plan in­we­sty­cyj­ny, nad któ­rym pra­co­wa­łam, szlag tra­fił, bo klient za­wie­sił fi­nan­so­wa­nie z po­wo­du pie­przo­nej ano­ma­lii po­go­do­wej!

– Liu, lu­dzie tra­fia­ją do szpi­ta­li…

– Z po­wo­du wy­syp­ki!

– Nie tylko, roz­ma­wia­łem ze Ste­ve­nem, miał coś na szyi, on do­tknął mojej ręki. Ona była mokra…

– Za­mknij się.

– Liu?

– Za­mknij się!

Z po­ko­ju Ke­vi­na do­szły ich senne mamrotanie syna. Stali chwi­lę w kuch­ni, każde wpa­trzo­ne w pod­ło­gę. Gdy było już pewne, że dziec­ko śpi, pierw­sza ode­zwa­ła się Liu:

– Firma na razie bę­dzie za­mknię­ta, prze­cho­dzi­my na pracę zdal­ną. Za­in­sta­lu­ję się w po­ko­ju Ke­vi­na i będę tam też spać.

– Kto bę­dzie robił za­ku­py?

– A jak my­ślisz? – Ob­rzu­ci­ła go po­gar­dli­wym spoj­rze­niem i wy­szła do po­ko­ju dziec­ka.

 

Środa 12:03

 

"Szpi­ta­le zo­sta­ły oto­czo­ne kor­do­nem po­li­cyj­nym. Mi­ni­ster zdro­wia ape­lu­je: Nie ma żad­nych prze­sła­nek, że prze­bar­wie­nia skór­ne mogą być groź­ne dla zdro­wia. Nie pa­ra­li­żuj­cie pracy szpi­ta­li. W miarę moż­li­wo­ści zo­stań­cie w do­mach…" 

Tom wy­łą­czył trans­mi­sję w te­le­fo­nie.

– Jadę do skle­pu. Kevin, je­dziesz ze mną? – za­py­ta­ła Liu, unikając wzroku Toma.

– Nie, mamo, zo­sta­nę z tatą.

– Od ty­go­dnia nie wy­cho­dzisz.

– Wiem, ale nie chcę, żeby tata się zde­ner­wo­wał.

– Jak chcesz.

– Weź ma­secz­kę – po­pro­sił Tom, ale Liu już zdą­ży­ła wyjść.

Źle zno­si­ła za­mknię­cie w domu, wy­raź­nie schu­dła, a jej blada cera stała się nie­zdro­wo biała. No i prze­bar­wie­nia na rę­kach i szyi, które Tom ob­ser­wo­wał z nie­po­ko­jem, do­pro­wa­dza­ły żonę do szału.

– Dzię­ki, go­ściu – po­wie­dział Tom. – Miło, że po­my­śla­łeś o oj­czul­ku.

Kevin od­sta­wił fi­gur­ki su­per­bo­ha­te­rów, które w śmier­tel­nym po­je­dyn­ku roz­strzy­ga­ły, kto jest naj­więk­szym ba­das­sem.

– To nie dla­te­go zo­sta­łem w domu. – Twarz Ke­vi­na od razu zdra­dza­ła, że ma jakąś ta­jem­ni­cę.

– Kevin… – Tom zszedł z ka­na­py i usiadł na pod­ło­dze obok syna. – Co się dzie­je?

Kevin całą uwagę sku­pił na bajce, jak za­wsze, gdy chciał unik­nąć nie­wy­god­ne­go te­ma­tu.

– Cho­dzi o kłót­nie mię­dzy mamą i tatą? – Tom po­gła­dził syna po karku. – Mo­że­my o tym po­ga­dać, jeśli chcesz.

Czar­ne oczy Ke­vi­na, przy­po­mi­na­ją­ce dwa wę­giel­ki za­to­pio­ne w mleku, za­szkli­ły się de­li­kat­nie.

– Spo­koj­nie, go­ściu – po­wie­dział Tom. – W końcu po­go­dzę się z mamą.

– Nie – wy­mam­ro­tał Kevin.

– Nie mów tak, zo­ba­czysz, że mię­dzy mamą i tatą jesz­cze wszyst­ko bę­dzie…

– Nie o to cho­dzi! – Kevin rzucił jednym z su­per­bo­ha­te­rów o podłogę.

– To o co?

– Nie chcę spać z mamą – po­wie­dział, nie pa­nu­jąc nad łzami.

– Spo­koj­nie, nie ma w tym nic złego – ro­ze­śmiał się Tom. – Jak chcesz, mo­żesz spać ze mną. Ale uprze­dzam, że chra­pię i roz­py­cham się w łóżku.

– Wiem, ale to nie jest strasz­ne – przy­znał Kevin.

– Jasne, że nie jest.

– Ale gdy mama na mnie pa­trzy w nocy, już jest.

– Jak pa­trzy? – za­py­tał Tom, utrzy­mu­jąc uśmiech na twa­rzy.

Kevin wzru­szył ra­mio­na­mi.

– No tak dziw­nie, siada na łóżku i pa­trzy.

– Też lubię na cie­bie pa­trzeć. A może mama chce się upew­nić, że śpisz?

– Chyba nie, bo char­czy.

– Char­czy?

– Tak, jak stary pies są­sia­dów, tak dziw­nie. I to mnie budzi.

– I co się wtedy dzie­je?

– Udaję, że śpię, a mama pa­trzy i char­czy.

 

Pią­tek 06:15

 

Biała smuga spły­nę­ła w mgłę. Obłok wi­ro­wał przez chwi­lę, mie­niąc się, nim za­stygł w bez­ru­chu.

– Tato, co się stało z pta­ka­mi?

– Nie wiem. – Tom pa­trzył na syna sie­dzą­ce­go przy drugim końcu pa­ra­pe­tu.

– A czemu nie oglą­dasz już te­le­wi­zji?

– Chyba zro­bi­li sobie wa­ka­cje.

– A ci, któ­rych słu­chasz w in­ter­ne­cie?

Tom za­uwa­żył, że w bu­dyn­ku na­prze­ciw­ko za­pa­la­ły się świa­tła już tylko w nie­licz­nych miesz­ka­niach.

– Oni nie mają wa­ka­cji – od­po­wie­dział Tom.

– Nie mają, bo muszą opo­wia­dać o mgle?

– Chyba tak, ale mówią tak różne i dziw­ne rze­czy, że chyba prze­sta­nę ich słu­chać.

Ca­ły­mi dnia­mi w bu­dyn­ku pa­no­wa­ła zu­peł­na cisza, prze­ry­wa­na cza­sem ję­ka­mi upo­śle­dzo­ne­go syna Ste­ve­na. A w nocy Liu wy­cho­dzi­ła z po­ko­ju Ke­vi­na. Tom sły­szał jej bose stopy na ka­fel­kach, a na­stęp­nie – jak je w kuch­ni.

– To będą mogli też po­je­chać? – do­py­ty­wał Kevin.

Na­stęp­nie Liu sta­wa­ła w drzwiach sy­pial­ni. Stała naga, wy­nędz­nia­ła, z wi­docz­ny­mi że­bra­mi. Na każde py­ta­nie Toma od­po­wia­da­ła py­ta­niem:

– Je­dli­ście?

Gdy Tom po­twier­dzał, wra­ca­ła do po­ko­ju Ke­vi­na. W innym przy­pad­ku stała i pa­trzy­ła, char­cząc prze­cią­gle jak astmat­yk. Wtedy Kevin, pod koł­drą, dło­nią szu­kał Toma.

– Co mó­wi­łeś? – Tom ode­rwał spoj­rze­nie od okna.

– Py­ta­łem, czy jak prze­sta­niesz słu­chać tych panów z in­ter­ne­tu, to będą mogli po­je­chać na wa­ka­cje.

– Myślę, że tak – po­wie­dział Tom.

– Czy mama jest chora?

Toma za­sko­czy­ło, z jakim spo­ko­jem Kevin zadał to py­ta­nie.

– Chyba tro­chę jest.

– To po­win­na pójść do szpi­ta­la.

Tom z tru­dem prze­łknął ślinę i po­wie­dział:

– Szpi­ta­le też mają wa­ka­cje.

 

Pią­tek 10:20

 

Tom zła­pał klam­kę. Drzwi do po­ko­ju dzie­cię­ce­go były za­mknię­te. Za­pu­kał. Liu po­de­szła do drzwi i przy­sta­wi­ła twarz. Tom przez mlecz­ną szybę do­tknął po­licz­ka żony.

– Jak się czu­jesz? – za­py­tał.

Liu cięż­ko dy­sza­ła, jej od­dech za­kłó­cał nie­przy­jem­ny, gar­dło­wy char­kot.

– Liu?

– Je­dli­ście? – py­ta­nie było nie­mal me­cha­nicz­ne, bez cie­nia tro­ski.

– Tak, je­dze­nia jest dużo, zresz­tą wiesz, wy­cho­dzisz do kuch­ni w nocy.

Po­li­czek od­kle­ił się od szyby, a Liu znik­nę­ła w ciem­nym po­ko­ju.

– Liu? Liu?! – Tom ude­rzył pię­ścią w drzwi. – Liu!! Co to, kurwa, ma zna­czyć?! Co?! Je­dli­ście?! Twój syn się mar­twi!

– Tato?

Tom ob­ró­cił się. Kevin stał w sy­pial­ni.

– Obu­dzi­łem cię, prze­pra­szam – po­wie­dział Tom. – Pu­ścić ci bajki? Co byś chciał na śnia­da­nie? Może płat­ki?

– Chciał­bym, żeby mama do nas wy­szła.

– Wiem, ja też tego chcę.

Wziął Ke­vi­na na ręce.

– Tato, ja się boję.

Tom ści­skał syna, który łkał ci­chut­ko. Resz­tę dnia spę­dzi­li tuląc się do sie­bie. Kevin za­snął pod wie­czór. Tom za­niósł go do sy­pial­ni. Mi­ja­jąc pokój syna, spró­bo­wał jesz­cze raz otwo­rzyć drzwi, bez re­zul­ta­tu. W kuch­ni spraw­dził, ile zo­sta­ło im ryżu, ma­ka­ro­nu i płat­ków. Wszyst­ko koń­czy­ło się szyb­ciej, niż przy­pusz­czał. W łazience zo­sta­ła ostat­nia rolka pa­pie­ru to­a­le­to­we­go i pół tubki pasty do zębów.

– Prze­cież muszą już coś wie­dzieć – wark­nął i ru­szył do te­le­wi­zo­ra.

Wy­łą­czył plat­for­mę stre­amin­go­wą i prze­szedł na ser­wis in­for­ma­cyj­ny. Wy­świe­tlił się duży ko­mu­ni­kat: „Prze­rwa w nada­wa­niu”. Prze­łą­czył na ko­lej­ny i ko­lej­ny kanał; na wszyst­kich wid­nia­ła ta sama wia­do­mość. Nie­któ­re sta­cje wrzu­ci­ły, za­miast stan­dar­do­wej ra­mów­ki, stare se­ria­le.

Tom wy­cią­gnął te­le­fon i wy­brał numer alar­mo­wy wy­sy­ła­ny przez cen­trum kry­zy­so­we.

– Z po­wo­du prze­cią­że­nia sieci, po­łą­cze­nie nie może być zre­ali­zo­wa­ne – ode­zwał się ko­mu­ni­kat.

Wy­brał numer do ro­dzi­ców Liu. Usły­szał tę samą wia­do­mość. Wtedy też zga­sło świa­tło.

 

Piątek 20:00

 

W miesz­ka­niu bez­piecz­ni­ki były w po­rząd­ku. Tom zszedł z krze­sła i po­świe­cił la­tar­ką na drzwi. Chwi­lę się wahał, w końcu prze­krę­cił zamek i wy­szedł na korytarz. Skrzyn­ka z głów­nym bez­piecz­ni­kiem znaj­do­wa­ła się na pół­pię­trze. W bu­dyn­ku pa­no­wa­ła zu­peł­na cisza. Wszedł po stop­niach, oświe­tla­jąc ich szczyt. Na­stęp­nie skie­ro­wał stru­mień świa­tła na skrzyn­kę, była otwar­ta.

– Co jest? – wyszeptał.

Tom nie mu­siał znać się na elek­try­ce, by za­uwa­żyć, że wszyst­kie za­bez­pie­cze­nia są zdjęte, a bez­piecz­ni­ki od miesz­kań ktoś wy­cią­gnął.

Cichy zgrzyt klam­ki zmu­sił Toma do oświe­tle­nia pierw­sze­go pię­tra. Drzwi miesz­ka­nia tuż przy scho­dach były uchy­lo­ne. Zo­ba­czył na­gie­go męż­czy­znę z wzdę­tym brzu­chem, jak u nie­do­ży­wio­nych dzie­ci.

– Jack? – głos Toma, mimo że ści­szo­ny, roz­niósł się po klatce schodowej.

Jack sta­nął w progu i spoj­rzał w dół scho­dów nie­na­tu­ral­nie du­ży­mi ocza­mi na tle za­pad­nię­tych po­licz­ków. Całe jego ciało po­kry­wa­ły czer­wo­ne, na­puch­nię­te plamy. Coś ści­skał w ko­ści­stej dłoni.

– Jack, czemu wy­cią­gną­łeś bez­piecz­ni­ki? – za­py­tał Tom, z tru­dem pa­trząc na sine wargi i prze­bi­ja­ją­ce się przez skórę kości po­licz­ko­we.

– Ja­aaadłeś?

Tom za­marł, sły­sząc py­ta­nie wy­do­by­wa­ją­ce się z ust Jacka wraz z prze­cią­głym char­cze­niem. Wtedy Tom usły­szał syna Ste­ve­na pła­czą­ce­go cicho przy drzwiach miesz­ka­nia.

– Po… – Chło­pak za­no­sił się od szlo­chu. – Po…wocy.

Gar­dło­wy jęk ucichł nagle i rozległ się ryk:

– Nie!!! Tata!! Nie!!! Po­wo­cy!! Nie!!!

Jack wy­trzesz­czył oczy na Toma.

– Ja­aaadłeś – wy­char­czał.

Tom rzu­cił się w dół scho­dów. Kątem oka zo­ba­czył uchy­lo­ne drzwi są­siad­ki z na­prze­ciw­ka.

– Tom! Tom! Co się dzie­je?!!

Słowa Susan le­d­wie do­tar­ły do niego. Wrócił do przed­po­ko­ju. Trzę­są­cy­mi dłoń­mi prze­krę­cił zamek. Krzy­ki na pię­trze uci­chły.

Pod­szedł do sy­pial­ni, Kevin spał, za­mknął ostroż­nie drzwi. W kuch­ni zna­lazł skrzyn­kę z na­rzę­dzia­mi. Wy­cią­gnął śru­bo­kręt i pod­szedł do po­ko­ju dzie­cię­ce­go. Chwy­cił la­tar­kę w zęby. Wy­ma­cał pła­ską koń­ców­kę po­krę­tła zamka z wy­żło­bie­niem. Umie­ścił w nim głów­kę śru­bo­krę­tu. Na­parł i prze­krę­cił. Zamek zgrzyt­nął i ustą­pił z ci­chym klik­nię­ciem.

Tom na­ci­snął klam­kę i wszedł szyb­ko do środ­ka, za­my­ka­jąc za sobą drzwi. Po­czuł ostrą woń moczu. Wy­cią­gnął z ust la­tar­kę i oświe­tlił pokój. Liu le­ża­ła na nie­dba­le rzu­co­nych po­dusz­kach i prze­ście­ra­dle Ke­vi­na. Jej chude, po­kry­te pla­ma­mi ciało uło­żo­ne na boku przy­po­mi­na­ło li­te­rę “c”. Ze złą­czo­ny­mi rę­ka­mi i no­ga­mi wy­glą­da­ła jak od­po­czy­wa­ją­cy pies lub suka w ciąży z wy­dę­tym brzu­chem. Nagle za­dy­go­ta­ła. Z oko­lic kro­cza Liu do­cho­dził prze­cią­gły świst, jej brzuch za­fa­lo­wał. Na na­pię­tej skó­rze Tom za­uwa­żył jakiś kształt roz­py­cha­ją­cy się we­wnątrz. Ko­lej­ny świst i ciche mla­śnię­cie, uda żony skropiła krew.

– L…Liu? – Usły­szał swój drżą­cy głos.

Ko­lej­ny świst. Tom po­ma­łu skie­ro­wał świa­tło la­tar­ki na kro­cze. Zo­ba­czył po­ru­sza­ją­ce się czar­ne ha­czy­ki wy­cho­dzą­ce z od­by­tu, na­pie­ra­ją­ce na mię­sień. Bio­dra Liu za­dy­go­ta­ły. Całe kro­cze za­la­ła krew, gdy zwie­racz gwał­tow­nie zo­stał ro­ze­rwa­ny. Ha­czy­ki wbiły się w po­ślad­ki. Coś na­par­ło od we­wnątrz. Tom naj­pierw zo­ba­czył dłu­gie czuł­ki, a za nimi czar­ną głowę o dwóch ma­syw­nych żu­wacz­kach i za­krwa­wio­nych, żół­tych, owa­dzich oczach. Obły, biały kształt wił się i na­pie­rał, ko­lej­ne ha­czy­ko­wa­te od­nó­ża znaj­do­wa­ły miej­sce do za­cze­pie­nia. Tom zdo­łał zro­bić pół kroku w tył i wpadł na ścia­nę. Przy­warł do niej ple­ca­mi. Biały korpus uma­za­ny od krwi wy­padł z ro­ze­rwa­ne­go od­by­tu i mięk­ko wy­lą­do­wał na po­dusz­kach. Wtedy Liu wy­da­ła z sie­bie cichy jęk. Pod­nio­sła się na łok­ciach. To świa­do­mość, że Liu żyje, wy­rwa­ła Toma z prze­ra­ża­ją­ce­go otę­pie­nia.

– Liu? – wy­szep­tał. – Liu? Je­stem przy tobie.

Za­czę­ła wo­dzić wzro­kiem po miesz­ka­niu.

– Liu? Tu je­stem. – Tom ode­rwał się od ścia­ny i zro­bił krok w jej stro­nę.

Biały robak nie­zdar­nie wspiął się na po­dusz­kę, ba­da­jąc czuł­ka­mi oto­cze­nie.

Liu usia­dła ostroż­nie. Jej pier­si zwisały na ko­ści­stym ciele, wzdę­ty brzuch za­mie­nił się w pomarszczone fałdy skóry.

– Ko­cha­nie? – Tom zdo­był się na ko­lej­ny krok. – Je­stem przy tobie.

Robak od­na­lazł czuł­ka­mi tułów Liu. Wy­cią­gnę­ła do niego ręce. Stwór za­czął peł­znąć po nich, za­cze­pia­jąc się o skórę ostry­mi od­nó­ża­mi i ra­niąc Liu przy każ­dym ruchu.

– Kochanie?! – Tom za­drżał.

Robak prze­miesz­czał się coraz wyżej, zo­sta­wia­jąc krwa­wy ślad na ciele, w końcu przy­warł do ra­mie­nia. Liu się­gnę­ła dło­nią do pę­ka­te­go ciała. Pal­ca­mi prze­je­cha­ła po obłym kształ­cie, de­li­kat­nie, nie­mal czule. Dokładnie tak, jak w chwili, gdy położna podała jej nowo narodzonego Kevina.

*

Tom, tak jak wcześniej otworzył drzwi pokoju Kevina, tak teraz je zamknął. Odłożył śru­bo­kręt na miej­sce i za­czął pła­kać, gry­ząc kciuk do krwi, by stłu­mić wycie wy­ry­wa­ją­ce się z gar­dła.

 

So­bo­ta 00:30

 

Krzy­ki w ka­mie­ni­cy sta­wa­ły się coraz gło­śniej­sze. Tom go­rącz­ko­wo wy­rzu­cał rze­czy z pudła: ko­szul­ki ulu­bio­nych ze­spo­łów, płyty z au­to­gra­fa­mi, stare bi­le­ty, wej­ściów­ki – wszyst­ko lą­do­wa­ło na pod­ło­dze. W bu­dyn­ku na­prze­ciw­ko zga­sły ostat­nie świa­tła. Gdy za­war­tość pudła była już na pod­łodze, oświe­tlił całość la­tar­ką.

– Są! – Pod­niósł słu­chaw­ki i ru­szył do sy­pial­ni.

Na szczę­ście syn spał. Tom wszedł ostroż­nie na łóżko i za­ło­żył na uszy Ke­vi­na słu­chaw­ki tłu­mią­ce dźwięk. Wy­glą­dał nie­mal tak, jak wtedy, gdy za­bie­ra­li go na kon­cer­ty. Nim jesz­cze potok co­dzien­nych obo­wiąz­ków zdu­sił to, co roz­pa­la­ło na­mięt­ność w mał­żeń­stwie Toma.

Ktoś na zła­ma­nie karku zbiegł po scho­dach i wpadł na drzwi wej­ścio­we. Ko­lej­ne wrza­ski roz­pa­czy i prze­ra­że­nia do­cie­ra­ły z wyż­szych pię­ter. Tom pod­szedł do okna. Mgła ożyła. Fa­lo­wa­ła i wi­ro­wa­ła, gdy ko­lej­ne cie­nie bie­gły przez nią na oślep, wpa­da­jąc na sie­bie lub prze­szko­dy skry­te za nie­prze­nik­nio­nym ca­łu­nem. Wycie, płacz, prze­kleń­stwa i krzy­ki – nie­któ­re wście­kłe, inne bła­gal­ne. Ulicę wypełniała kakofonia głosów tych, którzy w ciemnościach zgubili drogę.

Tom wy­brał numer alar­mo­wy. Tym razem po­łą­cze­nie zo­sta­ło prze­rwa­ne bez ko­mu­ni­ka­tu.

Pu­ka­nie do drzwi ro­ze­szło się po miesz­ka­niu. Tom za­marł. Ko­lej­ne, nie­spiesz­ne, jak są­sia­da, który wpadł po­ży­czyć cu­kier. Tom prze­szedł do przed­po­ko­ju, oświe­tla­jąc go po­ma­rań­czo­wym świa­tłem la­tar­ki. Klam­ka po­ru­szy­ła się po­wo­lut­ku w dół. Ktoś szarp­nął drzwi, które za­trzesz­cza­ły w od­po­wie­dzi. Klam­ka nie­spiesz­nie ru­szy­ła w górę. Tom pod­szedł na pal­cach, na­słu­chu­jąc w ciszy, wy­ła­pał prze­cią­głe char­cze­nie. Pu­ka­nie roz­le­gło się tak nie­spo­dzie­wa­nie, że Tom wpadł na po­zo­sta­wio­ne w przed­po­ko­ju buty i runął na podłogę.

– Tom? Je­steś tam, Tom? – Char­czą­cy głos Ste­ve­na był nie­mal me­cha­nicz­ny, przy­po­mi­nał coś na­śla­du­ją­ce­go mowę są­sia­da. – Tom, mój syn po­trze­bu­je po­mo­cy. Sły­szysz mnie, Tom? Tom…

Jakiś dźwięk na korytarzu prze­rwał nie­ocze­ki­wa­ne­mu go­ścio­wi.

– Ste­ven, coś się stało z Mi­kiem? – Tom usły­szał głos sta­rusz­ki miesz­ka­ją­cej na­prze­ciw­ko.

Wstał i pod­biegł do drzwi, zła­pał po­krę­tło zamka, ale dłoń od­mó­wi­ła wy­ko­na­nia dal­szych czyn­no­ści.

– Ste­ven? – do­py­ty­wa­ła się Susan. – Je­steś tu? Tak bar­dzo się boję, w całym domu jest ciem­no. Wszy­scy krzy­czą.

Głos star­szej pani za­ła­mał się, za­pa­dła głu­cha cisza, prze­ry­wa­na nie­licz­ny­mi krzy­ka­mi z ulicy.

– Ste­ven? – szlo­cha­ła. – Pro­szę, ode­zwij się…

Palce Toma za­ci­snę­ły się na po­krę­tle zamka. 

– Ste­ven? – głos Susan drżał.

– Za­mknij te pie­przo­ne drzwi – wy­ce­dził przez zęby Tom.

Wtedy usły­szał char­czą­ce:

– Witam.

Coś trza­snę­ło, a na­stęp­nie wal­nę­ło z hu­kiem. Susan krzyk­nę­ła, ale jej głos był słaby, roz­trzę­sio­ny, le­d­wie sły­szal­ny. Głu­che ude­rze­nie i cisza.

 

Nie­dzie­la 7:20

 

 Kevin obu­dził się, ale nie wstał od razu. Leżał dobrą chwi­lę pod koł­drą, cze­ka­jąc, aż sen­ność minie. W końcu otwo­rzył oczy i prze­cią­gnął się w łóżku. Ręką na­tra­fił na słu­chaw­ki. Obok spał tata. Kevin za­uwa­żył za­ban­da­żo­wa­ną rękę i coś jesz­cze dziw­niej­sze­go. Duża część wło­sów taty zro­bi­ła się bie­lu­teń­ka. Kevin wy­cią­gnął dłoń i po­gła­dził Toma po gło­wie. Nie miał po­ję­cia, czemu tata zmie­nił kolor wło­sów, ale było to cał­kiem za­baw­ne. Wy­szedł z łóżka i wszedł na pa­ra­pet. Wcze­śniej z sy­pial­ni oglą­dał plac zabaw, by spraw­dzić, czy są tam ko­le­dzy. Teraz wszyst­ko prze­sła­nia­ła mlecz­na chmu­ra z mie­nią­cy­mi się dro­bi­na­mi. Kevin i tak wąt­pił, by ro­dzi­ce wy­pu­ści­li któ­re­goś z ko­le­gów, a nawet jeśli, to tata na pewno nie po­zwo­lił­by mu wyjść. Nagle wpadł na świet­ny po­mysł. Mgła wcale nie musi być taka nudna. Po­my­ślał, że można zro­bić eks­pe­ry­ment i spraw­dzić, czy da się ją zła­pać do sło­ika. Była tak gęsta, jak wata cu­kro­wa. Więc czemu by nie spró­bo­wać? Wtedy mógł­by ob­ser­wo­wać świe­cą­ce dro­bin­ki z bli­ska, scho­wa­ny pod koł­drą. Ze­sko­czył z pa­ra­pe­tu i ru­szył do kuch­ni. Za­trzy­ma­ła go gruba linka al­pi­ni­stycz­na przy­wią­za­na z jed­nej stro­ny do klam­ki jego po­ko­ju, a z dru­giej do rury idą­cej wzdłuż prze­ciw­le­głej ścia­ny. Kevin ostroż­nie prze­szedł pod nią i wszedł do kuch­ni. Przy­go­to­wał sobie płat­ki, mleko oraz trzy duże sło­iki i za­niósł wszyst­ko do po­ko­ju go­ścin­ne­go. Chwi­lę wal­czył z te­le­wi­zo­rem, by włą­czyć bajki, ale telewizor nie działał. Skorzystał z telefonu Toma. Od­na­lazł Kocię Kicię i za­czął jeść, oglą­da­jąc sło­iki. Linka alpinistyczna jed­nak nie da­wa­ła mu spo­ko­ju. My­ślał o mamie, samej za­mknię­tej w po­ko­ju. Mu­sia­ło jej być smut­no, może nawet była głod­na. Skoń­czył śnia­da­nie, za­brał płat­ki ze stołu i po­szedł do przed­po­ko­ju. Lina była nie­bie­sko-zie­lo­na. Kevin chwy­cił ją, na­cią­gnął i pu­ścił. Za­drża­ła ni­czym stru­na. Coś po­ru­szy­ło się za drzwia­mi po­ko­ju dzie­cię­ce­go. Kevin prze­szedł pod liną i pod­szedł ostroż­nie.

Usiadł, opie­ra­jąc się ple­ca­mi o fra­mu­gę i po­ło­żył płat­ki mię­dzy roz­ło­żo­ny­mi no­ga­mi. Za­sta­na­wiał się, czy tata bę­dzie zły, jeśli da mamie jeść. Nie chciał, by znowu do­szło mię­dzy nimi do kłót­ni. Wiele razy sły­szał, jak krzy­cze­li na sie­bie: „A pa­mię­tasz, jak było, nim się uro­dził Kevin?!”, „Jak po­ja­wił się Kevin!”, „Gdyby nie Kevin!”. Przez to po­dej­rze­wał, że mogą kłó­cić się z jego po­wo­du.

Usły­szał tuż za ple­ca­mi prze­cią­głe char­cze­nie.

– Mamo? – za­py­tał. – Przy­nio­słem ci płat­ki.

Zgrzyt­nę­ła klam­ka, lina na­prę­ży­ła się, za­trzy­mu­jąc drzwi ledwie uchy­lone.

Kevin od­sko­czył prze­stra­szo­ny. Spoj­rzał w stro­nę sy­pial­ni, skąd do­cho­dzi­ło ciche po­chra­py­wa­nie Toma.

– Kevin, ko­cha­nie. – Głos wy­do­by­wał się z czar­nej szcze­li­ny. – Mama jest głod­na.

– Przy­nio­słem ci płat­ki – po­wie­dział.

– Lubię płat­ki. Mo­żesz mi je podać.

Ke­vi­no­wi nie po­do­ba­ło się char­cze­nie i prze­ra­ża­ła go ciem­ność w po­ko­ju.

– Je­stem bar­dzo głod­na. Kevin, dasz mamie jeść?

– Je­steś chora?

Coś za­chro­bo­ta­ło po pod­ło­dze. Przez chwi­lę sły­chać było je­dy­nie char­kot.

– Je­stem głod­na.

– Po­ło­żę płat­ki przy drzwiach – zaproponował.

Kevin ostroż­nie pod­szedł do szpary i po­ło­żył opa­ko­wa­nie. Z ciem­no­ści wy­ło­ni­ła się biała jak pa­pier, wy­chu­dzo­na ręka. Ko­ści­ste palce wy­prę­ży­ły się, lecz za­le­d­wie mu­snę­ły po­ła­ma­ny­mi pa­znok­cia­mi ety­kie­tę.

– Bli­żej – wy­char­cza­ła Liu.

Kevin pod­szedł, ob­ser­wu­jąc dłoń le­żą­cą na pod­ło­dze, na­chy­lił się i się­gnął po opa­ko­wa­nie. Liu na­par­ła na drzwi, ręka w ca­ło­ści wy­strze­li­ła na zewnątrz i ko­ści­sta dłoń chwy­ci­ła przed­ra­mię chłop­ca. Jed­nym sil­nym szarp­nię­ciem Liu po­cią­gnę­ła Ke­vi­na do środka. Chło­pak ude­rzył głową o fra­mu­gę, wtedy ko­cia­ki z Koci Kici krzyk­nę­ły:

– Bał miał, bał miał, bał miał!!

 

Nie­dzie­la 10:00

 

Toma obu­dził pi­skli­wy wrzask. W sza­leń­czym pę­dzie wpadł z łóżka wprost na uchy­lo­ne drzwi, roz­bi­ja­jąc czoło o ich kra­wędź. Po­le­ciał na szafę, chwie­jąc się, zła­pał klam­kę. Krew z roz­cię­tej skóry spły­wa­ła mu po nosie. Dzi­kie piski i wycie syna pochłonęły wszystko inne. Wy­sko­czył do przed­po­koju. Kevin leżał tuż przy drzwiach. Tom pod­biegł, chwy­cił go za ko­szul­kę i po­cią­gnął, lecz bez­sku­tecz­nie. Całe ramię syna znik­nę­ło w ciem­nym po­ko­ju mię­dzy fra­mu­gą a uchy­lo­ny­mi drzwia­mi. Kevin kopał i wierz­gał; wszę­dzie do­oko­ła wa­la­ły się płat­ki ku­ku­ry­dzia­ne. Tom zo­ba­czył na twa­rzy dziec­ka ból. Wycie Ke­vi­na prze­szło w dła­wią­cą gar­dło pa­ni­kę, wy­trzesz­czył za­puch­nię­te od łez oczy. Dłoń Ke­vi­na za­ci­snę­ła się na ko­szu­li ojca.

– Nie!! Tato!! Nie!!

Tom wy­szar­pał ma­te­riał i wbiegł do kuch­ni. Chwy­cił ku­chen­ny nóż i wpadł do przed­po­ko­ju. Ciął linę, ale ostrze się ze­śli­zgnę­ło. Przy­sta­wił nóż, roz­ci­na­jąc włók­no po włók­nie. Kevin umilkł.

Tom wrza­snął dziko i na­parł na ostrze. Linka pu­ści­ła. Sko­czył i ude­rzył bar­kiem w drzwi po­ko­ju. Coś huk­nę­ło. Tom wpadł do środ­ka. Liu le­ża­ła tuż przy fra­mu­dze, trzy­ma­jąc rękę syna. Dłoń Ke­vi­na za­kry­wał biały, obły kształt o czar­nych od­nó­żach. Tom do­strzegł, jak robak ma­syw­ny­mi żu­wacz­ka­mi od­ry­wa ko­lej­ny frag­ment palca.

– Nie!! – wrza­snął.

Liu rzu­ci­ła się na Toma, ła­piąc go w pasie. Chwy­cił ją za włosy, szarp­nął, od­chy­la­jąc głowę żony. Jej skóra zda­wa­ła się być na­cią­gnię­ta bez­po­śred­nio na czasz­kę, je­dy­nie oczy zdra­dza­ły, że żyje – wy­łu­pia­ste i dzi­kie. Tom uniósł nóż i zamarł. Liu wy­krę­ci­ła głowę i za­to­pi­ła zęby w przed­ra­mie­niu Toma. Wrza­snął i wy­rżnął twarzą żony o fra­mu­gę. Liu zwiot­cza­ła. Tom spoj­rzał na dłoń – ro­ba­ka już nie było. Od­rzu­cił nóż i pod­niósł dziec­ko. Wbiegł do po­ko­ju go­ścin­ne­go i po­ło­żył Ke­vi­na na ka­na­pie. Bie­giem ru­szył do Liu. Drzwi za­mknę­ły się z trza­skiem, usły­szał zgrzyt­nię­cie zamka.

– Kurwa! – Tom wal­nął pię­ścią w drzwi.

Pod­biegł do ła­zien­ki. Wy­sy­pał za­war­tość ap­tecz­ki do umy­wal­ki. Za­brał gazę, ban­daż, wodę utle­nio­ną i za­syp­kę.

Kevin stra­cił środ­ko­wy palec i więk­szą część ser­decz­ne­go. Tom wy­tarł z twa­rzy łzy i krew. Usiadł na łóżku i za­czął de­zyn­fe­ko­wać dłoń syna. Na­ło­żył na rany za­syp­kę, a na­stęp­nie gazę. Przez cały czas bał się spoj­rzeć na Ke­vi­na. Myśl, że syn może nie od­dy­chać, pa­ra­li­żo­wa­ła go cał­ko­wi­cie. Skoń­czył za­wią­zy­wać ban­daż na nad­garst­ku i po­ło­żył dłoń na pier­si Ke­vi­na. Gdy po­czuł, że palce uno­szą się wraz z klat­ką pier­sio­wą, usiadł na ziemi, łka­jąc jak dziec­ko.

 

Nie­dzie­la 18:00

 

Kevin otwo­rzył oczy. Zo­ba­czył twarz ojca.

– Tato.

– Tak?

– Boli mnie rącz­ka.

Na twa­rzy Toma coś drgnę­ło.

– Wiem, Kevin, ale mu­sisz być silny, jak su­per­bo­ha­ter.

– Ale strasz­nie boli. – Kevin chciał spojrzeć na dłoń, ale oj­ciec nie po­zwo­lił mu jej wy­cią­gnąć spod koł­dry.

– Napij się tego, po­mo­że – po­wie­dział Tom i przy­sta­wił do ust syna bu­tel­kę sy­ro­pu z pa­ra­ce­ta­mo­lem.

– Prze­pra­szam, tato. – Usta Ke­vi­na wy­gię­ły się, a oczy za­szkli­ły.

– To nie twoja wina, go­ściu. Po­wi­nie­nem ci po­wie­dzieć… Ale za­sną­łem. Po­wi­nie­nem cię le­piej pil­no­wać.

– Nie płacz, tato. Obie­cu­ję, że już nie pójdę sam do mamy. – Kevin, wi­dząc ocie­ra­ją­ce­go po­licz­ki Toma, zda­wał się na­brać wię­cej od­wa­gi. – Ale nie bę­dzie­cie się prze­ze mnie kłó­cić z mamą?

– Nie będę, obie­cu­ję.

 

Nie­dzie­la 20:10

 

Ba­te­ria za­mru­ga­ła na czer­wo­no. Po­ziom wska­zy­wał czte­ry pro­cent. Kevin kciu­kiem wy­brał ikonę YouTu­be. Na te­le­fo­nie Toma, zamiast Koci Kici, zobaczył film oznaczony ciem­ną ikoną. Kevin spoj­rzał na drze­mią­ce­go ojca, chwi­lę wahał się, w końcu na­ci­snął ikonę. Za­pa­li­ło się nie­przy­jem­ne białe świa­tło. Nie­ogo­lo­na twarz męż­czy­zny wy­peł­ni­ła ekran te­le­fo­nu.

– Cóż mogę po­wie­dzieć. To, że je­ste­śmy skoń­czo­ny­mi dur­nia­mi, to chyba już wie­cie. – Mówił nie­skład­nie, ner­wo­wo, na wy­chu­dłej twa­rzy było widać brak snu i je­dze­nia. – Jest taka hi­po­te­za, dla­cze­go nie mo­gli­śmy na­wią­zać kon­tak­tu z ży­wy­mi isto­ta­mi w ko­smo­sie. Nie dla­te­go, że je­ste­śmy tacy wy­jąt­ko­wi i tylko my po­tra­fi­my się ko­mu­ni­ko­wać. Nie mo­gli­śmy na­wią­zać kon­tak­tu, bo wszyst­kie formy życia w ko­smo­sie są na tyle in­te­li­gent­ne, by nie wy­sy­łać gdzie po­pad­nie sy­gna­łów: „Hej! Pa­trz­cie! Tu je­ste­śmy!” Dla­cze­go? Dla­te­go że ktoś mógł­by je za­uwa­żyć.

Coś za­trzesz­cza­ło za ple­ca­mi męż­czy­zny, który od­wró­cił się od obiek­ty­wu. Białe świa­tło zalewało piw­ni­cę. Na środ­ku usta­wio­no ma­te­rac, a na nim śpi­wór. Wokół po­sła­nia wa­la­ły się puste pusz­ki po kon­ser­wach. W rogu, przy rdze­wie­ją­cej rurze, leżał hu­ma­no­idal­ny kształt wiel­ko­ści na­sto­let­nie­go dziec­ka, szczel­nie owi­nię­ty nićmi, ob­le­pia­ją­cy­mi kąt, roz­cią­gnię­ty­mi między mo­kry­mi ścia­na­mi. We­wnątrz ko­ko­nu coś się po­ru­szy­ło, na­prę­ża­jąc wierzch­nią war­stwę. Twarz męż­czy­zny znów wy­peł­ni­ła obiek­tyw.

– Tę hi­po­te­zę na­zy­wa­no ciem­nym lasem. Po­czy­taj­cie sobie, jeśli do­skwie­ra wam nuda. To tyle ode mnie na dzi­siaj. „Życie za­wsze bę­dzie dą­ży­ło do po­zo­sta­nia przy życiu”.

– Kevin?

– Prze­pra­szam, tato, ja… Ja chcia­łem tylko zo­ba­czyć bajkę.

Tom pod­niósł się na łóżku i spoj­rzał, naj­pierw na po­ziom ba­te­rii, na­stęp­nie na film.

– Prze­pra­szam – po­wtó­rzył Kevin, wi­dząc minę ojca, tę samą, która po­prze­dza­ła wszel­kie re­pry­men­dy.

– To nic.

Kevin pa­trzył, jak twarz Toma za­czy­na mar­nieć, tak jak wtedy, gdy po kłót­ni z mamą sia­dał przy oknie i palił pa­pie­ro­sa za pa­pie­ro­sem.

– Czy mam… czy ona też…

– Nie wiem. – Tom objął Ke­vi­na mocno. – Ale nie mo­że­my dłu­żej zo­stać w domu.

 

Nie­dzie­la 22:45

 

Tom usły­szał zgrzyt prze­krę­ca­ne­go zamka w po­ko­ju dzie­cię­cym. Nie za­pa­la­jąc la­tar­ki, ostroż­nie wstał z łóżka, zo­sta­wia­jąc śpią­ce­go Ke­vi­na, pod­szedł w ciem­no­ściach do drzwi sy­pial­ni. Oparł się o nie ple­ca­mi. Usły­szał kroki, a po chwi­li char­cze­nie. Klam­ka drgnę­ła, a Tom za­parł się no­ga­mi, przy­ci­ska­jąc tors do drzwi. Liu nie była w sta­nie prze­su­nąć męża. Kroki bo­sych stóp za­czę­ły się od­da­lać, a po chwi­li Tom usły­szał hałas do­cho­dzą­cy z kuch­ni. Od­su­nął skrzy­dło szafy i za­pa­lił la­tar­kę. Zna­lazł klucz dwu­nast­kę – był zde­cy­do­wa­nie za mały. Przez chwi­lę roz­wa­żał uży­cie paska od spodni, ale wie­dział, że nie bę­dzie w sta­nie udu­sić Liu. W końcu zde­cy­do­wał się na alu­mi­nio­wą rurę od od­ku­rza­cza.

Wy­szedł na ko­ry­tarz i za­mknął za sobą drzwi. Po dro­dze oświe­tlił pokój Ke­vi­na. Oprócz po­du­szek, prze­ście­ra­dła i pie­rzyn na pod­ło­dze, Liu wy­ko­rzy­sta­ła więk­szość plu­sza­ków syna. Wszyst­ko w le­go­wi­sku ob­le­pia­ła biała wy­dzie­li­na. Z kuch­ni do­cho­dził od­głos mla­ska­nia i prze­żu­wa­nia, jakby sto­ło­wał się tam spo­rych roz­mia­rów pies. Tom, idąc ko­ry­ta­rzem, skie­ro­wał świa­tło la­tar­ki na pod­ło­gę. Sta­nął przy wej­ściu i oświe­tlił wnę­trze. Liu sie­dzia­ła opar­ta o szaf­ki ku­chen­ne z sze­ro­ko roz­sta­wio­ny­mi no­ga­mi. Roz­sy­pa­ła na pod­ło­dze więk­szość su­che­go je­dze­nia i tego w pusz­kach. Robak badał czuł­ka­mi każdy kąsek, nim za­czął je dr­obić żu­wacz­ka­mi. Tłu­ste, obłe ciało zda­wa­ło się uro­snąć, miał dłu­gość pisz­cze­la. Nagie ciało Liu przy­po­mi­na­ło wy­su­szo­ne zwło­ki. Czer­wo­ne plamy ściem­nia­ły, przy­bie­ra­jąc ciem­no­brą­zo­wy kolor; kości prze­bi­ja­ły się przez skórę. W in­nych oko­licz­no­ściach Tom byłby pe­wien, że nie żyje. Palce Liu po­ma­łu za­ci­snę­ły się na rącz­ce ku­chen­ne­go noża. Prze­krę­ci­ła tru­pią twarz i spoj­rza­ła wprost w świa­tło la­tar­ki. Robak mo­men­tal­nie wspiął się na nogę, na­stęp­nie po klat­ce pier­sio­wej na ramię i znik­nął gdzieś na ple­cach pod­no­szą­cej się z ziemi Liu. Tom miał świet­ną oka­zję, by roz­łu­pać czasz­kę żony, ale nadal nie po­tra­fił. Liu ru­szy­ła w jego stro­nę, po­włó­cząc no­ga­mi. Tom uniósł nad głowę rurę.

– Że­gnaj – wy­szep­tał, gdy się zbli­ży­ła.

Wtedy usły­szał za ple­ca­mi:

– Tato?

Liu za­ata­ko­wa­ła szyb­ciej, niż Tom się spo­dzie­wał. Ostrze prze­cię­ło wierzch lewej dłoni; Tom upu­ścił la­tar­kę, zro­bił krok w tył i wpadł na Ke­vi­na. Obaj prze­wró­ci­li się na pod­ło­gę. Liu sko­czy­ła na nich z unie­sio­nym nożem. Tom za­sło­nił syna ra­mie­niem. Po­czuł ból, gdy ostrze prze­bi­ło bi­ceps. Nie krzy­czał, pa­trzył w prze­ra­żo­ną twarz Ke­vi­na. Liu wspię­ła się na plecy Toma, pra­wie nic nie wa­ży­ła, le­d­wie czuł jej cię­żar.

– Tato!!

Krzyk syna wy­rwał Toma z szoku. Kątem oka do­strzegł czar­ny łeb ro­ba­ka, dwie ma­syw­ne żu­wacz­ki i czuł­ki do­ty­ka­ją­ce po­licz­ków Ke­vi­na. Tom wstał, dźwi­ga­jąc ucze­pio­ną ple­ców Liu, i rzu­cił się na ścia­nę. Usły­szał pisk i trzask. Obły kształt prze­mknął po pod­ło­dze, zni­ka­jąc w kuch­ni. Liu z nie­na­tu­ral­nie wy­krę­co­ną ręką osu­nę­ła się po ścia­nie. Tom uniósł rurę.

– Ta­aaato!

Kevin pa­trzył na wszyst­ko za­la­ny łzami.

– Ta­aaato! – pisz­czał, za­no­sząc się od pła­czu.

Liu pa­trzy­ła na syna wy­trzesz­czo­ny­mi oczy­ma, char­cząc coraz gło­śniej.

Tom chwy­cił Ke­vi­na za rękę i po­cią­gnął do sy­pial­ni. Za­mknął drzwi i zła­pał go za ra­mio­na.

– To już nie jest mama. Kevin, ro­zu­miesz, to nie jest…

Dłoń Ke­vi­na tra­fi­ła w po­li­czek Toma.

– Po­słu­chaj!

Kevin ude­rzył znowu i znowu. Tom objął syna i przy­ci­snął do pier­si. Chło­pak pró­bo­wał się wy­rwać, w końcu za­czął krzy­czeć:

– Nie rób jej krzyw­dy…! Nie krzywdź mamy…! Nie krzywdź…!

– Do­brze, go­ściu. Spo­koj­nie. – Tom przy­tu­lał chło­pa­ka, głasz­cząc po wło­sach. – Już do­brze.

 

*

Sie­dzie­li na pod­ło­dze w ciem­nej sypialni.

– Tato?

– Tak?

– Twoja ręka jest cała mokra.

– To nic, zaraz się tym zaj­mie­my, go­ściu.

 

Poniedziałek 8:21

 

Resz­tę ban­da­ży i gazy Tom wy­ko­rzy­stał na opa­trze­nie ręki. Spa­ko­wał pacz­kę płat­ków śnia­da­nio­wych i trzy pusz­ki fa­so­li. Za­brał kilka na­rzę­dzi, scy­zo­ryk i rurę od od­ku­rza­cza. Za­ło­żył na twarz Ke­vi­na ma­secz­kę, na głowę na­cią­gnął ko­mi­niar­kę, a na oczy gogle nar­ciar­skie. Sie­bie za­bez­pie­czył po­dob­nie; za­miast ko­mi­niar­ki za­ło­żył kap­tur bluzy i ścią­gnął go sznur­ka­mi.

Ostroż­nie wy­szli z sy­pial­ni. Drzwi po­ko­ju dzie­cię­ce­go były za­mknię­te. Tom zła­pał klam­kę. Po­czuł, jak Kevin moc­niej ści­ska mu dłoń.

– Spo­koj­nie, go­ściu. Tak, jak się uma­wia­li­śmy – po­wie­dział.

Uchy­lił drzwi. Cien­kie białe nitki opa­dły po­wo­li na pod­ło­gę. Tom oświe­tlił pokój. Więk­szość po­miesz­cze­nia po­kry­wa­ły nie­re­gu­lar­nie roz­cią­gnię­te włók­na ocie­ka­ją­ce prze­zro­czy­stą wy­dzie­li­ną. Liu le­ża­ła wśród plu­sza­ków i po­du­szek. Nici ob­le­pi­ły jej ciało. Spo­glą­da­ła na Toma dziko, sze­ro­ko otwar­ty­mi oczy­ma z tru­piej twa­rzy. Przez chwi­lę To­mo­wi zda­wa­ło się, że coś prze­bie­gło i wpeł­zł pod łóżko Ke­vi­na. Nie miało to już zna­cze­nia.

– Jak się czuje mama? – ode­zwał się z przed­po­ko­ju Kevin.

– Do­brze, od­po­czy­wa – po­wie­dział Tom i za­mknął drzwi. – Go­to­wy, go­ściu?

– Mogę zo­ba­czyć…?

– Nie. Uma­wia­li­śmy się, praw­da?

– Tak. – Kevin spu­ścił głowę.

– To co? Idzie­my?

– Tak.

Tom wy­cią­gnął z kie­sze­ni cien­ką linę al­pi­ni­stycz­ną i ob­wią­zał nią syna w pasie. Drugi ko­niec prze­cią­gnął przez pasek spodni i za­wią­zał na supeł.

Chwi­lę na­słu­chi­wa­li przy drzwiach wyjściowych. Na klatce schodowej pa­no­wa­ła głu­cha cisza.

Tom wy­szedł pierw­szy, ob­ser­wu­jąc uchy­lo­ne drzwi do miesz­ka­nia Susan. Zła­pał Ke­vi­na za dłoń. Ze­szli po kilku stop­niach i za­trzy­ma­li się przy wyj­ściu z bu­dyn­ku, spo­glą­da­jąc przez szybę w drzwiach na biel mi­ga­ją­cą zło­ty­mi dro­bin­ka­mi, wy­peł­nia­ją­cą świat na ze­wnątrz. Tom zła­pał klam­kę.

– Będę dziel­ny, tato.

– Ja też, synu.

Wy­szli na ze­wnątrz i po chwi­li znik­nę­li we mgle.

 

Koniec

Komentarze

Hmm, skąd ja kojarzę ten tekst…? ;)

 

Cześć, Bardzie! 

 

W pewnym sensie wpadam pobetowo… ;) Historia Toma, Liu i Kevina zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie za pierwszym razem i teraz nie jest inaczej. Obserwowanie, jak "przypadłość" pochłania Liu samo w sobie jest intrygujące. Ty poszedłeś o krok dalej i dołożyłeś element rodzicielski z wiarygodnymi reakcjami Kevina, który nie rozumie, że z mamą dzieje się coś bardzo złego, a tata jest u progu wyczerpania fizycznego i nerwowego.

 

No i te obleśne żuwaczki… ;)

Jak opisał mnie pewien zacny Bard: "Szyszkowy Czempion Nieskończoności – lord lata, imperator szortów, najwspanialsza portalowa Szyszunia"

Hej Cezary :)

 

dziękuję za betę, bo to była beta w każdym senesie :). Tekst, na to wychodzi, od początku był skazany na NF i oto wraca do macierzy :). W historii o robaczkach, jest pięciu bohaterów – trzech już przedstawiłem, więc nadszedł czas na Toma i Kevina, ale to będzie ostatni tekst z tej serii, bo forum nie znosi stagnacji :), ale mam nadzieję, że opowiadanie się spodoba innym użytkownikom, tak jak podoba się Tobie :). Chociaż słowo “podoba” może być nieodpowiednie ;)

 

Ty poszedłeś o krok dalej i dołożyłeś element rodzicielski z wiarygodnymi reakcjami Kevina, który nie rozumie, że z mamą dzieje się coś bardzo złego, a tata jest u progu wyczerpania fizycznego i nerwowego.

 

Tak, muszę przyznać, że nie hamowałem się przy tym tekście :). 

 

Dziękuję za klika i odwiedziny i pozdrawiam :)  

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Witaj. :)

Kwestie techniczne i uwagi oraz sugestie (tylko do przemyślenia):

Dziękuję za oznaczenie wulgaryzmów. :)

Kevin oglądał „Kocię Kicię”, bodajże najbardziej wkurzającą Toma bajkę z całego asortymentu streamingowych kreskówek. – czy celowo przestawienie wyrazów w tytule bajki?

Kiedyś Liu (przecinek?) wychodząc do pracy, przygotowywała mu kawę.

 

– Widzisz? Teraz jest ich więcej – Kevin przystawił palec do szyby. – brak kropki w środku dialogu?

– Dobre – Steven oderwał kolejny filtr. – i tu?

– Chcę tylko porozmawiać. – Tom ciągnął rozmowę, choć wiedział, że zmierzała ku katastrofie. – a tu z kolei nie mam pewności, czy kropka nie jest zbędna (?)

 

Steven uśmiechnął się i wyciągnął buta spomiędzy drzwi a framugi. – nie mam pewności, czy nie powinno być: „but” (?)

Jej delikatne (przecinek?) azjatyckie rysy, (zbędny przecinek?) przypominały Tomowi, że wciąż kocha tę zimną kobietę.

Bo twoja problemem nie jest hipochondria, nie jest nim depresja, tylko twój pieprzony egocentryzm! – omyłkowy wyraz w innym rodzaju/literówki?

– Ale chyba zgodzisz się, że to nie jest normalna sytuacja. – Toma nie potrafił zrozumieć (przecinek?) czemu nie może się po prostu zamknąć i brnie dalej w dyskusję. – tu literówka?

– Możesz choć raz zapytać: “co (wielka literą?) u ciebie słychać (przecinek?) Liu?” (brak kropki?) Może (literówki?) choć raz przestać myśleć o swoim świecie paranoi i zapytać, jak ja się czuję. Możesz!?

Całymi dniami, w budynku panowała zupełna cisza, przerywana czasem jękami upośledzonego syna Stevena. – zbędny pierwszy przecinek?

Tom słyszał jej bose stopy na kafelkach, a następnie (myślnik?) jak je w kuchni.

 

 

Następnie Liu stawała w drzwiach sypialni. Stała naga, wynędzniała, z widocznymi żebrami. – czy dobrze rozumiem, że matka chodziła przy synku naga?

Liu ciężko dyszała, jej oddech zakłócał nieprzyjemny (przecinek?) gardłowy charkot.

– Jedliście? – Pytanie było niemal mechaniczne, bez cienia troski. – tu nie mam pewności, czy to nie powinno być małą literą (?)

– Jack? – Głos Toma, mimo że ściszony, rozniósł się po sieni. – tu podobnie?

– Steven? – Głos Susan drżał. – i tu?

– Jack, czemu wyciągnąłeś bezpieczniki? – zapytał Tom (przecinek?) z trudem patrząc na sine wargi i przebijające się przez skórę kości policzkowe.

Tom najpierw zobaczył długie czułki, a za nimi czarną głowę o dwóch masywnych żuwaczkach i zakrwawionych (przecinek?) żółtych (przecinek?) owadzich oczach.

Obły (przecinek?) biały kształt wił się i napierał, kolejne haczykowate odnóża znajdowały miejsce do zaczepienia.

Tom umieścił końcówkę śrubokręta w wyżłobieniu płaskiej końcówki pokrętła zamka, w pokoju Kevina, i przekręcił. – oba przecinki zbędne?

Na szczęście syn spał. – aliteracja?

Wycie, płacz, przekleństwa i krzyki – niektóre wściekłe, inne błagalne – wypełniły ulicę, tych, którzy w ciemnościach gubili drogę. – końcówka mocno mi zgrzyta, jakby brakowało tu części (?)

 

 

W poniższym fragmencie chyba trzeba poprawić dialog, bo zdaje się, że dwie pierwsze, rozdzielone kwestie mówi ta sama osoba, czyli Steven (?):

– Tom? Jesteś tam, Tom? – Charczący głos Stevena był niemal mechaniczny, przypominał coś naśladującego mowę sąsiada.

– Tom, mój syn potrzebuje pomocy. Słyszysz mnie, Tom? Tom…

Jakiś dźwięk na sieni przerwał nieoczekiwanemu gościowi.

– Steven, coś się stało z Mikiem? – Tom, usłyszał głos staruszki mieszkającej naprzeciwko. – zbędny ostatni przecinek?

 

 

Odnalazł Kocie Kicię i zaczął jeść, oglądając słoiki. – literówka?

Wyskoczył do przedpokój. – błędna odmiana wyrazu?

Przez chwilę rozważał użycie pasek od spodni, ale wiedział, że nie będzie w stanie udusić Liu. – i tu?

 

Niejasne przedostatnie zdanie – CO się poruszyło?:

W rogu, przy rdzewiejącej rurze, leżał humanoidalny kształt wielkości nastoletniego dziecka, szczelnie owinięty nićmi, oblepiającymi kąt, rozciągniętymi między mokrymi ścianami. Wewnątrz kokonu poruszyło się, naprężając wierzchnią warstwę. Twarz mężczyzny znów wypełniła obiektyw.

 

Robak momentalnie wspiął się na nogę, następnie po klatce piersiowej na ramię i zniknął gdzieś na plecach, podnoszącej się z ziemi Liu. – zbędny ostatni przecinek?

 

Czasem masz w tekście za dużo form czasownika: „być”.

 

Poruszające, nie do końca wyjaśnione i podsumowane, takie „bardzo mocne i bardzo straszne opowiadanie”. Oglądałam kilka „Mgieł” i każdy horror był inny, specyficzny. Ten także jest oryginalny oraz makabrycznie przerażający. ;)

Klik podwójny, powodzenia, pozdrawiam serdecznie i noworocznie. :) 

Pecunia non olet

Hej bruce :)

 

Dziękuję za odwiedziny, podwójnego klika i wyłapanie błędów – kurcze uzbierało się ich trochę, powinienem dokładniej przejrzeć tekst przed publikacją. A skoro powstał prawie rok temu, to założyłem, że na pewno już jest z nim już wszystko ok :) – mój błąd. 

 

Kevin oglądał „Kocię Kicię”, bodajże najbardziej wkurzającą Toma bajkę z całego asortymentu streamingowych kreskówek. – czy celowo przestawienie wyrazów w tytule bajki?

Tak, tu celowo zostawiłem już z błędną nazwą – bo nawet nie chodzi o tę konkretną nazwę, tylko o ten okrzyk, który występuje w bajce ;)

 

Następnie Liu stawała w drzwiach sypialni. Stała naga, wynędzniała, z widocznymi żebrami. – czy dobrze rozumiem, że matka chodziła przy synku naga?

Tu wspomnienia Toma, mieszają się z rozmową syna – w tym konkretnym wspomnieniu nie, ale pewnie Kevin mógł widzieć matkę nago jak snuła się po mieszkaniu.

 

 

Na szczęście syn spał. – aliteracja?

No, tu już nic nie wykombinuję :)

 

Reszta poprawiona :). Bardzo się cieszę, że opowiadanie się podobało – moim zdaniem, jest najlepszym z Ciemnego lasu, może dlatego, że powstało jako pierwsze :). Tak, filmy z mgłą są straszne, mgła jest straszna – świat we mgle się zmienia nie do poznania, staje się niemal magiczny :).  

 

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

No, fajny horror. Nastrój mnie przekonał, widać że ojciec jedzie na rezerwie.

Trochę to nosi znamiona fragmentaryczności – nie wiadomo, czy chłopaki przeżyli, nie wiadomo, co się wykluło z matki i co będzie dalej, nie wiadomo, co ze światem zewnętrznym…

Nie znam się, ale wydaje mi się, że strona psychologiczna jest nieźle pokazana. Czasami paranoicy żyją dłużej.

Owszem, są wulgaryzmy.

Babska logika rządzi!

Hej Finklo :)

 

dziękuję za odwiedziny i klika :)

 

Nastrój mnie przekonał, widać że ojciec jedzie na rezerwie.

 

No to super, bo to właśnie buduje nastrój – bo co zrobi biedny Kevin, gdy tata nie da rady :)

 

Trochę to nosi znamiona fragmentaryczności – nie wiadomo, czy chłopaki przeżyli, nie wiadomo, co się wykluło z matki i co będzie dalej, nie wiadomo, co ze światem zewnętrznym…

Tak, lubię niedopowiedzenia :) ale więcej o tym jest u Jima, Emmy i Lily :) – jeśli kogoś by to interesowała ;)

Nie znam się, ale wydaje mi się, że strona psychologiczna jest nieźle pokazana. Czasami paranoicy żyją dłużej.

Dziękuję. Tak, czasami :)

 

Owszem, są wulgaryzmy.

Ufff :)

 

Pozdrawiam :)

 

 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

No, poprzednie części dawno czytałam. Ale tam chyba też nie kończyło się niczym konkretnym? Wybrańcy przetrwali i co dalej?

Babska logika rządzi!

Jak wydam powieść, to Ci podeślę link do sklepu ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

I ja dziękuję, rozumiem; tekst jest znakomitym pomysłem na scenariusz wybitnego horroru filmowego, brawa. :) 

Powodzenia. Zdrów! :) 

Pecunia non olet

Cześć, Bardjaskier

Trudno nie wspomnieć o skojarzeniu z Mgłą, niejakiego Stephena K. :-) 

 Opowiadania nie odebrałem jako horror, ale tylko dlatego, że nie przestraszyłeś mnie tym razem. Nie wiem z czego to wynika, może się robię stary, albo przekroczyłem magiczną granicę, za którą strachy w formie fizycznej juz mnie tak nie bawią, chociaż często o nich piszę – sentyment pozostał :-) 

Podoba mi się to, że zwracasz uwagę na szczegóły, motyw ze śrubokrętem, linka przy drzwiach, i chyba najbardziej spodobał mi się pomysł ze złapaniem mgły do słoika. 

W tekście na początku są powtórzenia jak np. było, często też używasz imienia bohaterów… Nie jest to zarzut, ale rzuciło mi się w oczy. 

 Pozdrawiam

Klik

Oryginalny tekst. Tworzysz ciekawy wciągający klimat. Relacje dobrze ukazane. Bardzo obrazowo pokazałeś przypadłość Liu. Zostawiam Klika. Pozdrawiam. 

Podobało mi się :)

Przynoszę radość

Hej Hesket, Adexx i Anet – dziękuję za odwiedziny, miło mi, że opowiadanie się podobało i pozdrawiam serdecznie:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Wciągnęło mnie szybciej, niż się spodziewałem. Na początku myślałem, że zwykły poniedziałek, zmęczony ojciec, dziecko, małżeństwo, a potem nagle robi się bardzo nie okej i nawet nie wiem, w którym momencie. Ten klimat powolnego osuwania się w koszmar skojarzył mi się z Cmentarz zwierząt (czy jak tam się to pisało z błędami) – szczerze, nie wiem dlaczego, jakoś miałem to w głowie czytając, mam nadzieje, że to nie jakaś ujma.

Chociaż widzę, że w komentarzach ludzie porównują z “Mgłą”, po namysle fakt, jeszcze lepiej pasuje, ale byłem blisko!

Najbardziej siadła mi relacja ojciec–syn, bo przez nią cała groza jest dużo cięższa emocjonalnie.

Solidne, niepokojące opowiadanie.

Pozdrawiam i daję fantomowego klika!

You cannot petition the Lord with prayer!

Cześć,

Zacznę od drobiazgu, który rzucił mi się w oczy:

ostrożnie wstał z łyżką – jeśli nie chodzi o, przydatną w takiej sytuacji, łyżkę do opon, to raczej z “łóżka” :)

A teraz do spraw istotnych.

Świetnie pokazałeś jak mgła najpierw otula, a potem przenika zwyczajne życie. To robi wrażenie i czyni całą sytuację niepokojąco realną (chociaż jest fantastyczna). Myślę, że na tym właśnie opiera się groza w opowiadaniu – codzienność, która nagle zamienia się w horror. Makabreska z “narodzinami” robaka jest tylko dodatkiem, przy czym ja akurat nie przepadam za takim bezpośrednim “pruciem flaków”. Nie czuję, że to jest straszne. Co innego odgłosy, które słychać zza drzwi i możemy sobie “tylko” wyobrażać co tam się dzieje. To, w kategorii “straszenie”, wygrywa zdecydowanie.

Tekst czyta się dobrze. Akcja szybko wciąga i potrafi utrzymać zainteresowanie czytelnika do samego końca.

A skoro już o końcu, to dlaczego już więcej nie będzie? Pomysł jest świetny i ma potencjał do kontynuacji. Może coś mi umknęło i w innej części cyklu już to wykorzystałeś, ale jeśli nie, to zwracam uwagę, że koncepcji Ciemnego Lasu wszyscy mają nie tylko latarki, ale też pistolety. Może ktoś wreszcie zacznie do robali strzelać? :)

Symboliczny klik! :)

 

Hej :) 

 

Mi­cha­el­Bul­l­finch – tak właśnie to sobie obmyśliłem, że codzienne życie przerwane przez kataklizm nie następuje nagle. Muszą być jakieś etapy – wyparcie, ciekawość, poznanie, strach i na końcu akceptacja:)

 

czeke – miło mi znów Cię widzieć:). Łóżko/łyżką poprawię, jak tylko znajdę chwilę by usiąść do komputera:). Ta makabra jest tylko dlatego, by podkreślić szok związany z bliską osobą:) i jeszcze bardziej wstrząsnąć bezpowrotnie utraconą normalnością:). Może jeszcze coś napiszę o robaczkach, ale mam wrażenie, że pomysł na portalu już się przejadł:) – więc zostawię te historię na inny czas lub na jakieś konkursy:) 

 

Pozdrawiam i dziękuję za fantomowe kliki :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Witam :]

 

Nie czytałem poprzednich części, ale skoro ta jest pierwsza w kolejności pisania, to zakładam, że nie jest to potrzebne do zrozumienia. No i raczej nie było.

 

No i cóż, mamy tu solidny horror, w którym się mieszają elementy różnych podgatunków, trochę ufoków, trochę krwi, trochę body horroru, trochę pandemicznych lęków, trochę apokalipsy. Ale udało się to złożyć w całość, która ma sens i straszy. Zwłaszcza scena, gdy robak konsumuje rączkę dzieciaka zza zablokowanych drzwi.

 

Nie do końca rozumiem decyzję o zrobieniu z Liu takiej nieprzyjemnej osoby. Nie jest to jakby wada tekstu, ale wydaje mi się, że gdyby była milusia i perfekcyjna, to czytelnik bardziej by się przejął jej losami.

 

Z minusów taka trochę sucha narracja. W “Hodowcach Dusz” to lepiej wyszło.

 

Pozdrawiam :)


Tom nie musiał znać się na elektryce, by zauważyć, że wszystkie zabezpieczenia są ściągnięte, a bezpieczniki od mieszkań ktoś wyciągnął.

Odczułem to jako powtórzonko.

 

Dlatego, bo ktoś mógłby je zauważyć.

Dlatego że i bez przecinaka.

 

światło oświetlało

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Hej,

 

dzięki za odwiedziny, komentarz i wyłapanie baboli :). Nie wiedziałem, że jest aż tyle gatunków horroru :D. Celowałem w body horror wymieszany z rodzinnym dramatem :). Narracja wyszła sucha… szkoda, miała być raczej bezstronną relacją – połączoną z komunikatami z mediów :). No trudno.

 

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Niezwykły tekst stworzyłeś, Jasny Bardzie, nie czytałam poprzednich, ale ten w zupełności wystarczył. Podoba mi się, w jaki sposób tworzysz nastrój, jak stopniujesz napięcie. Podoba mi się też otwarta formuła zakończenia, myślę, że dodaje a nie ujmuje, każe zastanowić się, co też czeka bohaterów, jednocześnie zawracając czytelnika do wcześniejszych opisów zmieniającego się świata – przecież wszelkie życie na zewnątrz ustało…

Nie jestem zwolenniczką używania dzieci, jako karty do grania na uczuciach, ale tutaj myślę, że to się obroniło, bo główny ciężar spoczywa jednak na głównym bohaterze, jego wcześniejszej relacji z żoną, Kevin dopełnia swoją obecnością fabułę i ubogaca. 

Mam wrażenie, Bardzie, że zbudowałeś horror, którego można się bać, choć nie jestem ekspertem, bo nie czytam ich dużo, ale ten wciągnął mnie w swoje mroczne objęcia. 

 

 

Naprzeciwko miał tylko jednego sąsiada, blisko na zewnątrz i piwnicy.

Zatrzymało mnie to zdanie. Coś z nim jest nie tak… Może: było blisko na zewnątrz i do piwnicy? Nie wiem. Ale daję znać, że nie działa. 

 

Wycie, płacz, przekleństwa i krzyki – niektóre wściekłe, inne błagalne – wypełniły ulicę, tych, którzy w ciemnościach zgubili drogę.

Tutaj podobnie. W połowie zdania się pogubiłam i musiałam wrócić do początku. Przestawiłabym szyk.  

Wycie, płacz, przekleństwa i krzyki – niektóre wściekłe, inne błagalne – tych, którzy w ciemnościach zgubili drogę – wypełniły ulicę. 

Albo zrobiłabym dwa zdania z tego. Albo jeszcze coś innego. Ty, Bardzie, będziesz wiedział najlepiej. 

 

Pozdrawiam serdecznie i gratuluję bardzo dobrego opowiadania! :) Dla mnie piórkowego. :)

 

Hej Jolka :) 

 

Dziękuję za odwiedziny, miło mi, że opowiadanie się podobało :). Kevin jest niezbędnym elementem historii, bez niego nie było bym obaw Toma, a bez nich grozy :). Wdaje mi się, że Kevin wyszedł też dość naturalnie, nie jest tylko elementem, o który się boimy ale też zespala relację Toma i Liu :). 

 

Tom lubił miesz­kać na par­te­rze – bli­sko na ze­wnątrz i piw­ni­cy. Na­prze­ciw­ko miał tylko jed­nego są­sia­da.

 

Tak chyba lepiej 

 

Wycie, płacz, prze­kleń­stwa i krzy­ki – nie­któ­re wście­kłe, inne bła­gal­ne. Kakofonia głosów wy­peł­ni­ała ulicę, tych, któ­rzy w ciem­no­ściach zgu­bi­li drogę.

A tu tak wykombinowałem :) 

 

Dziękuję za wskazanie potknięć i miło mi, że tekst, w Twojej ocenie, zasługuje na piórko. Jeszcze brakuje mu kilku głosów, ale dobrze wiedzieć, że jak je zdobędzie, to może liczyć na pierwszego Taka :) 

 

Pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

No i wiedziałam, że wykombinujesz! :) 

A gdzie nominuje loża? Nowa jestem, wiesz…

Pozdrówka! 

Masz na priv, ale w HP też powinnaś już widzieć :) i dziękuję bardzo :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nie ukrywam, Bardzie, że miałam nadzieję na jasnei czytelne zakończenie mgielnej historii, a otrzymałam coś, o czym mogę powiedzieć, że to kolejny fragment z nowymi bohaterami. Owszem, czytało się naprawdę dobrze, ale nadal pozostało sporo niewiadomych (mała sugestia o kosmitach to dla mnie stanowczo za mało) i chyba brak już nadziei, że kiedyś poznam istotę gęstej mgły ze złotymi drobinkami.

Wykonanie pozostawia sporo do życzenia.

 

– "Służ­by pra­cu­ją nad dziw­nym zja­wi­skiem mgły oraz od­po­wie­dzią na py­ta­nie: co za­sła­nia niebo…". → Zbędna kropka po cudzysłowie. Po wielokropku nie stawia się kropki.

 

bli­sko na ze­wnątrz i piw­ni­cy. → Chyba miało być: …bli­sko na ze­wnątrz i do piw­ni­cy.

 

 – "Le­ka­rze nie są zgod­ni co do po­ja­wia­ją­cych się prze­bar­wień na skó­rze u wciąż na­pły­wa­ją­cych do szpi­ta­li pa­cjen­tów…". → Zbędna kropka po cudzysłowie.

 

Ubra­na w czar­ną su­kien­kę i nie­bie­ską ko­szu­lę, uzu­peł­nio­ną apasz­ką… → Nie bardzo widzę kobietę ubraną w sukienkę i koszulę. Koszula to ubiór męski, panie noszą bluzki, choć bywa, że o kroju koszulowym.

Pewnie miało być: Ubra­na w czar­ną spódnicę i nie­bie­ską bluzkę uzu­peł­nio­ną apasz­ką

 

W miarę moż­li­wo­ści zo­stań­cie w do­mach…". → Zbędna kropka po cudzysłowie.

 

Kevin rzu­cił jed­nym z su­per­bo­ha­te­rów o zie­mię. → Rzecz dzieje się dzieje w mieszkaniu, więc: Kevin rzu­cił jed­nym z su­per­bo­ha­te­rów o podłogę.

 

Tom pa­trzył na syna sie­dzą­ce­go po dru­giej stro­nie pa­ra­pe­tu. → Pewnie miało być: Tom pa­trzył na syna sie­dzą­ce­go przy drugim końcu pa­ra­pe­tu.

Jeśli jakaś osoba siedzi przy parapecie, to ktoś siedzący po drugiej stronie parapetu musiałby usiąść naprzeciwko tej osoby, a przy zamkniętym oknie to raczej niemożliwe.

 

char­cząc prze­cią­gle jak asma­tyk. → …char­cząc prze­cią­gle jak astma­tyk.

 

W to­a­le­cie zo­sta­ła ostat­nia rolka pa­pie­ru to­a­le­to­we­go pół tubki pasty do zębów. → Nie brzmi to najlepiej, zwłaszcza że pasta do zębów raczej nie ma racji bytu w toalecie.

Proponuję: W łazience zo­sta­ła ostat­nia rolka pa­pie­ru to­a­le­to­we­go i pół tubki pasty do zębów.

 

Chwi­lę się wahał, w końcu prze­krę­cił zamek i wy­szedł na sień. → Nie wydaje mi się, aby można przekręcić zamek w drzwiach. Czy to na pewno była sień?

Proponuję: Chwi­lę się wahał, w końcu otworzył drzwi i wy­szedł na korytarz/ klatkę schodową.

 

wszyst­kie za­bez­pie­cze­nia są ścią­gnię­te, a bez­piecz­ni­ki od miesz­kań ktoś wy­cią­gnął. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: …wszyst­kie za­bez­pie­cze­nia są zdjęte, a bez­piecz­ni­ki od miesz­kań ktoś wy­cią­gnął.

 

głos Toma, mimo że ści­szo­ny, roz­niósł się po sieni. → …głos Toma, mimo że ści­szo­ny, roz­niósł się po korytarzu.

 

Trzę­są­cy­mi dłoń­mi prze­krę­cił zamek. → A może: Trzę­są­cy­mi się dłoń­mi zatrzasnął drzwi.

 

Biały kor­pus uma­za­ny od krwi wy­padł… → Biały robak uma­za­ny krwią wy­padł

 

Jej pier­si zwi­sa­ły na ko­ści­stym ciele, wzdę­ty brzuch za­mie­nił się w zwi­sa­ją­ce fałdy skóry. → Nie brzmi to najlepiej.

Jej pier­si zwi­sa­ły na ko­ści­stym ciele, wzdę­ty brzuch za­mie­nił się w pomarszczone fałdy skóry.

 

Robak od­na­lazł czuł­ka­mi kor­pus Liu. → A może: Robak od­na­lazł czuł­ka­mi tułów Liu.

 

Do­kład­nie tak, jak w dniu na­ro­dzin Ke­vi­na, gdy po­łoż­na po­da­ła jej nowo na­ro­dzo­ne­go syna. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Do­kład­nie tak, jak w chwili, gdy po­łoż­na po­da­ła jej nowo na­ro­dzo­ne­go Kevina.

 

Tom umie­ścił koń­ców­kę śru­bo­krę­ta w wy­żło­bie­niu pła­skiej koń­ców­ki po­krę­tła zamka w po­ko­ju Ke­vi­na i prze­krę­cił. Od­sta­wił śru­bo­kręt na swoje miej­sce… → Powtórzenia brzmią fatalnie. Obawiam się, że śrubokrętu raczej się nie postawi. Zbędny zaimek.

Proponuję: Tom, tak jak wcześniej otworzył drzwi pokoju Kevina, tak teraz je zamknął odłożył narzędzie na miejsce

 

Ka­ko­fo­nia gło­sów wy­peł­ni­ała ulicę, tych, któ­rzy w ciem­no­ściach zgu­bi­li drogę. → A może: Ulicę wypełniała ka­ko­fo­nia gło­sów tych, któ­rzy w ciem­no­ściach zgu­bi­li drogę.

 

Tom wpadł na po­zo­sta­wio­ne w przed­po­ko­ju buty i runął na zie­mię. → Tom wpadł na po­zo­sta­wio­ne w przed­po­ko­ju buty i runął na podłogę.

 

Jakiś dźwięk na sieni prze­rwał nie­ocze­ki­wa­ne­mu go­ścio­wi. → Jakiś dźwięk na korytarzu prze­rwał nie­ocze­ki­wa­ne­mu go­ścio­wi.

 

 …lina naprężyła się, zatrzymując drzwi w niewielkim uchyle. → A może: …lina naprężyła się, zatrzymując drzwi ledwie uchylone.

 

Kevin ostroż­nie pod­szedł do uchy­łu i po­ło­żył opa­ko­wa­nie. → A może: Kevin ostroż­nie pod­szedł do szpary i po­ło­żył opa­ko­wa­nie.

 

Liu na­par­ła na drzwi, ręka w ca­ło­ści wy­strze­li­ła z wnęki… → Ledwie uchylone drzwi nie tworzyły wnęki.

Proponuję: Liu na­par­ła na drzwi, ręka w ca­ło­ści wy­strze­li­ła ze szczeliny

 

Jed­nym sil­nym szarp­nię­ciem Liu po­cią­gnę­ła Ke­vi­na do wnęki. → A może: Jed­nym sil­nym szarp­nię­ciem Liu po­cią­gnę­ła Ke­vi­na ku sobie.

 

We­wnątrz ko­ko­nu co się po­ru­szy­ło… → Pewnie miało być: We­wnątrz ko­ko­nu coś się po­ru­szy­ło

 

– Czy mam…, czy ona też… → Zbędny przecinek. Po wielokropku nie stawia się przecinka.

 

Na sieni pa­no­wa­ła głu­cha cisza. → Na klatce schodowej/ Na korytarzu pa­no­wa­ła głu­cha cisza.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Hej regulatorzy :)

 

dziękuję za odwiedziny, komentarz i wyłapanie błędów – tekst powstał rok temu i wtedy wydawał się całkiem dobrze poprawiony :D. Jak widać, nie był :). Usterki naprawione ale ma pytanie:

Chwilę się wahał, w końcu przekręcił zamek 

Tu celowo chciałem podkreślić, że zamek został otwarty poprzez przekręcenie zamka – i teraz mam zagwozdkę. Czy chcąc opisać taką czynność, musimy się ograniczać do czynności końcowej, czyli już otwarcia drzwi? 

 

Biały korpus umazany od krwi wypadł… → Biały robak umazany krwią wypadł

Na tym etapie narodzin nie chciałem jeszcze nazywać dosłownie tego co wyszło z Liu, jeśli korpus nie pasuje, to pomyślę nad innym słowem :)

 

Całe, życie na klatkę schodową mówię sień :D, ale już zapamiętam, że to tylko na Górnym Śląsku ;) – zmienione na korytarz lub właśnie klatkę schodową :)

 

Pewnie miało być: Ubrana w czarną spódnicę i niebieską bluzkę uzupełnioną apaszką

 

Nie ma wątpliwości, że tekst napisał mężczyzna ;) 

 

 

Przede wszystkim miło mi, że opowiadanie się podobało, nawet jeśli końcówka niewiele wyjaśnia. Na pewno będę wracał do robaczków, jednak jedno opowiadanie, a nawet cztery, to za mało by opowiedzieć ich historię w całości :)

 

Pozdrawiam :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bardzo proszę, Bardzie. Miło mi, że mogłam się przydać i cieszę się, że uznałeś uwagi za przydatne. :)

 

Tu ce­lo­wo chcia­łem pod­kre­ślić, że zamek zo­stał otwar­ty po­przez prze­krę­ce­nie zamka – i teraz mam za­gwozd­kę. Czy chcąc opi­sać taką czyn­ność, mu­si­my się ogra­ni­czać do czyn­no­ści koń­co­wej, czyli już otwar­cia drzwi? 

Bardzie, zamek to mechanizm służący do zamykania i otwierania drzwi kluczem albo specjalnym pokrętłem, będącym elementem zamka. W ten sposób otwieramy drzwi, nie zamek.

Zamek zamontowany w/ na drzwiach tkwi w nich/ na nich nieruchomo i na pewno nie można go otworzyć, kręcąc nim, bo to się po prostu nie da.

Będąc w mieszkaniu, można otworzyć drzwi, używając pokrętła zamka, ale nie można otworzyć zamka przekręcając zamek. Będąc na zewnątrz musimy otworzyć drzwi kluczem.

Nie wiem, czy to dla Ciebie jasne, ale inaczej nie potrafię wyłożyć sprawy.

 

Na tym eta­pie na­ro­dzin nie chcia­łem jesz­cze na­zy­wać do­słow­nie tego co wy­szło z Liu, jeśli kor­pus nie pa­su­je, to po­my­ślę nad innym sło­wem…

Bardzie, korpus to inaczej tułów, ale bez głowy i kończyn, a Ty nieco wcześniej napisałeś, że to co wyłaziło z Liu miało haczyki, długie czułki, głowę o dwóch masywnych żuwaczkach i zakrwawionych, żółtych, owadzich oczach. Wiło się toto i napierało, i ukazywały się kolejne odnóża – więc to nie mógł być korpus, bo opisałeś robaka w pełnej krasie.

 

Powodzenia w dalszym tworzeniu świata opanowanego przez szczególne, jak je pieszczotliwie nazywasz, robaczki. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

No tak. I nie mogę się nie zgodzić, więc muszę pomyśleć jak rozwiązać problem korpusu i zamka :). Opanowywania świata przez robaczki chwilowo musi poczekać, ale dziękuję i postaram się w przyszłości nieco rozwiać mgłę tajemnicy :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Domyślam się, Bardzie, że mgła tajemnicy, aby mogła się w przyszłości rozwiać, najpierw musi stosownie zgęstnieć. ;)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Dziń dybry,

 

To zaszczytna chwila, ponieważ po raz pierwszy dokonuję oceny Piórkowej :)

 

Jeszcze brakuje mu kilku głosów, ale dobrze wiedzieć, że jak je zdobędzie, to może liczyć na pierwszego Taka :) 

Eee, ale skoro opowiadanie nominuje Lożanin/Lożanka (takie czasy, poprawność polityczna wjeżdża mocno i trzeba uwzględnić obie płcie, swoją drogą Lożanka kojarzy mi się z leżanką, haha), to przecież nie trzeba już zbierać tych pięciu punktów…

 

Tom zgasił niedopałek w popielniczce i zamknął okno. Tylko dlatego, że Liu chciała, by było otwarte.

(…)

– Co zjesz? – Tom uruchomił komputer i zamknął okno w pokoju.

Ile razy on zamykał to okno? Czy to inne okno?

 

Naszykowane, jak dawniej, jednak od dłuższego już czasu puste.

To brzmi tak, jakby od kilku dni nikt nie wypełniał kubka kawą, a tu raczej chodzi o przerwanie zwyczaju.

 

Następnie na syna, patrzącego przez szybę na mleczną chmurę wiszącą na zewnątrz.

Dużo powtórzeń na. I wiadomo, że chmura jest na zewnątrz. Tym bardziej że Kevin patrzy przez szybę.

→ Następnie na syna, obserwującego przez szybę mleczną chmurę.

 

Poniedziałek 8:00

(…)

– Co jest? – wyszeptał Tom i spojrzał na zegarek. Dochodziło południe.

?

 

– Tak, też będę leciał, syn się obudził. – Steven wyciągnął dłoń na pożegnanie.

Kto tak robi? Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby palacze po rozmowie ściskali sobie dłonie na pożegnanie. A paliłam kiedyś dużo i często ;p

 

Tom wyłączył telewizor, słysząc jak Liu wchodzi do mieszkania.

→ Tom wyłączył telewizor, słysząc, jak Liu wchodzi do mieszkania.

 

Z pokoju Kevina doszły ich senne majaki syna.

Majaki to inaczej przywidzenie. Jak mogły do nich dotrzeć przywidzenia kogoś innego?

→ Z pokoju Kevina doszło ich senne mruczenie/mamrotanie syna.

 

– To, o co?

→ – To o co?

 

Usłyszał tę samą wiadomość, wtedy też zgasło światło.

Niepokojący moment. Dla podkreślenia rozdzieliłabym go kropką, a nawet akapitem:

→ Usłyszał tę samą wiadomość.

Wtedy też zgasło światło.

 

Zobaczył wchodzącego nagiego mężczyznę z wzdętym brzuchem, jak u niedożywionych dzieci.

Usunęłabym wchodzącego, bo wprowadza chaos. Pomyślałam, że wchodził do swojego mieszkania, ale Tom by go nie zobaczył wcześniej?

 

Słowa Susan ledwie dotarły do niego. Wpadł do przedpokoju. Trzęsącymi dłońmi przekręcił zamek. Krzyki na piętrze ucichły.

Podszedł do sypialni. Kevin spał.

Myślałam, że wpadł do przedpokoju domu Susan.

 

Podszedł do sypialni. Kevin spał. Zamknął ostrożnie drzwi.

Kevin jest lunatykiem?

 

Hm, no nie wiem, czy z rozerwanym odbytem Liu dalej by żyła, raczej by się wykrwawiła.

 

Tom, usłyszał głos staruszki mieszkającej naprzeciwko.

→ Tom usłyszał głos staruszki mieszkającej naprzeciwko.

 

Głos starszej pani załamał się, zapadła głucha cisza, przerywana nielicznymi krzykami z ulicy.

Dobrze, że pamiętasz, by opisywać też dalsze otoczenie a nie skupiasz się jedynie na tym jednym momencie. To służy solidnej budowie zawieszenia niewiary.

 

Liu naparła na drzwi, ręka w całości wystrzeliła z zewnątrz

Jak to z zewnątrz? Przecież ona siedzi wewnątrz pokoju.

 

Tom wstał. Dłoń Kevina zacisnęła się na koszuli ojca.

Czyli co, po tym, jak podbiegł, od razu się położył?

 

Dłoń Kevina zakrywał biały, obły kształt o czarnych odnóżach. Tom dostrzegł, jak robak masywnymi żuwaczkami odrywa kolejny fragment palca.

Kevin nie krzyczał z bólu?

 

Wrzasnął i wyrżnął twarzą żony o framugę.

Hhahaha, tak jest!

 

Skończył zawiązywać bandaż na nadgarstku i położył dłoń na piersi Kevina, gdy poczuł, że palce unoszą się wraz z klatką piersiową, usiadł na ziemi, łkając jak dziecko.

Rozdzieliłabym te zdania:

→ Skończył zawiązywać bandaż na nadgarstku i położył dłoń na piersi Kevina. Gdy poczuł, że palce unoszą się wraz z klatką piersiową, usiadł na ziemi, łkając jak dziecko.

 

Kevin kciukiem wybrał ikonę YouTube. Na telefonie Toma, zamiast Koci Kici, zobaczył film oznaczony ciemną ikoną

Chyba miniaturką?

 

Odsunął skrzydło szafy i zapalił latarkę.

?

 

Znalazł klucz dwunastkę, był zdecydowanie za mały.

Tom był zdecydowanie za mały?

 

podszedł w ciemnościach do drzwi sypialni. Oparł się o nie plecami. Usłyszał kroki, a po chwili charczenie.

Zaraz, przecież Liu wcześniej była w pokoju Kevina.

 

Wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi.

Myślałam, że właśnie był na korytarzu.

 

Kątem oka dostrzegł czarny łeb robaka

Zaraz, przecież robak wcześniej był biały?

 

wypełzło pod łóżko Kevina.

wpełzło

 

Chwilę nasłuchiwali przy drzwiach. Na klatce schodowej panowała głucha cisza.

Tom wyszedł pierwszy, obserwując uchylone drzwi do mieszkania Susan.

Trzeba doprecyzować, że chodzi o drzwi wejściowe, bo przez chwilę myślałam, że chodzi o drzwi do pokoju Kevina.


 

Noo, Bardzie, zacny horror! Trudno mnie przestraszyć, ale tutaj miałam często ciary na plecach. Umiejętnie przedstawiłeś gęsty, niepokojący klimat, horror pełną gębą, i do tego niesztampowy, bo akcja nie miała miejsca w nawiedzonym lesie czy wielkim domu odziedziczonym po ciotce z Ameryki, tylko w zwykłym mieszkaniu w bloku.

Popraw tylko drobne nielogiczności, jakie się napatoczyły i będzie cacy.

 

A co do oceny Piórkowej.

Ponieważ uważam, że przyznanie wyróżnień Piórkowych wiąże się ze sporą odpowiedzialnością, głosowanie w tej kwestii wcale nie jest prostą sprawą. Z tego też powodu, podobnie jak przy organizowanym przeze mnie konkursie, posłużę się tabelą, która pomoże mi dokonać tego trudnego wyboru. Wymienione w niej kryteria powinny, w moim mniemaniu, charakteryzować piórkowy tekst. Większość NIEtów lub TAKów decyduje o ostatecznym głosie:

 

 

Mamy tu 6 TAKów i 3 NIEty, toteż ostateczny mój głos wynosi: TAK.

Gratulacje! laugh

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Dobry :)

 

To zaszczytna chwila, ponieważ po raz pierwszy dokonuję oceny Piórkowej :)

I mi jest miło, chociaż ostatnio mam piórek po wyżej uszu :D 

 

Jeszcze brakuje mu kilku głosów, ale dobrze wiedzieć, że jak je zdobędzie, to może liczyć na pierwszego Taka :) 

Eee, ale skoro opowiadanie nominuje Lożanin/Lożanka (takie czasy, poprawność polityczna wjeżdża mocno i trzeba uwzględnić obie płcie, swoją drogą Lożanka kojarzy mi się z leżanką, haha), to przecież nie trzeba już zbierać tych pięciu punktów…

A widzisz, Jolka tylko sugerowała dobry tekst piórkowy ale nie napisała, że zgłosi :). Ale potem się poprawiła :)

 

Tom zgasił niedopałek w popielniczce i zamknął okno. Tylko dlatego, że Liu chciała, by było otwarte.

(…)

– Co zjesz? – Tom uruchomił komputer i zamknął okno w pokoju.

Ile razy on zamykał to okno? Czy to inne okno?

 

Naszykowane, jak dawniej, jednak od dłuższego już czasu puste.

To brzmi tak, jakby od kilku dni nikt nie wypełniał kubka kawą, a tu raczej chodzi o przerwanie zwyczaju.

A to dokładnie o to chodzi. Wcześniej szykowała mu kawę, teraz zostawia tylko pustą filiżankę czy tam kubek :)

 

Następnie na syna, patrzącego przez szybę na mleczną chmurę wiszącą na zewnątrz.

Dużo powtórzeń na. I wiadomo, że chmura jest na zewnątrz. Tym bardziej że Kevin patrzy przez szybę.

→ Następnie na syna, obserwującego przez szybę mleczną chmurę.

Poprawione :)

 

 

– Tak, też będę leciał, syn się obudził. – Steven wyciągnął dłoń na pożegnanie.

Kto tak robi? Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby palacze po rozmowie ściskali sobie dłonie na pożegnanie. A paliłam kiedyś dużo i często ;p

No właśnie! Ale dlatego opisałem sąsiada jako dziwnego gościa :)

 

Tom wyłączył telewizor, słysząc jak Liu wchodzi do mieszkania.

→ Tom wyłączył telewizor, słysząc, jak Liu wchodzi do mieszkania.

Przecinek dodany :)

 

Z pokoju Kevina doszły ich senne majaki syna.

Majaki to inaczej przywidzenie. Jak mogły do nich dotrzeć przywidzenia kogoś innego?

→ Z pokoju Kevina doszło ich senne mruczenie/mamrotanie syna.

Zmienione :)

 

– To, o co?

→ – To o co?

Ciach przecinek :)

 

Usłyszał tę samą wiadomość, wtedy też zgasło światło.

Niepokojący moment. Dla podkreślenia rozdzieliłabym go kropką, a nawet akapitem:

→ Usłyszał tę samą wiadomość.

Wtedy też zgasło światło.

Tak, jest zdecydowanie lepiej :)

 

Zobaczył wchodzącego nagiego mężczyznę z wzdętym brzuchem, jak u niedożywionych dzieci.

Usunęłabym wchodzącego, bo wprowadza chaos. Pomyślałam, że wchodził do swojego mieszkania, ale Tom by go nie zobaczył wcześniej?

Usunięty :)

 

Słowa Susan ledwie dotarły do niego. Wpadł do przedpokoju. Trzęsącymi dłońmi przekręcił zamek. Krzyki na piętrze ucichły.

Podszedł do sypialni. Kevin spał.

Myślałam, że wpadł do przedpokoju domu Susan.

 

Zmienione na wrócił :)

 

Podszedł do sypialni. Kevin spał. Zamknął ostrożnie drzwi.

Kevin jest lunatykiem?

Zrobiłem po przecinkach i chyba jest lepiej :)

 

Hm, no nie wiem, czy z rozerwanym odbytem Liu dalej by żyła, raczej by się wykrwawiła.

No ja też nie wiem ale jakbym napisał, że naderwanym, uszkodzonym – to już traci trochę mocy :) 

 

Tom, usłyszał głos staruszki mieszkającej naprzeciwko.

→ Tom usłyszał głos staruszki mieszkającej naprzeciwko.

Ciach przecinek:)

 

Głos starszej pani załamał się, zapadła głucha cisza, przerywana nielicznymi krzykami z ulicy.

Dobrze, że pamiętasz, by opisywać też dalsze otoczenie a nie skupiasz się jedynie na tym jednym momencie. To służy solidnej budowie zawieszenia niewiary.

Staram sie jak mogę :)

 

Liu naparła na drzwi, ręka w całości wystrzeliła z zewnątrz

Jak to z zewnątrz? Przecież ona siedzi wewnątrz pokoju.

Poprawione :)

 

Tom wstał. Dłoń Kevina zacisnęła się na koszuli ojca.

Czyli co, po tym, jak podbiegł, od razu się położył?

Usunięte :)

 

Dłoń Kevina zakrywał biały, obły kształt o czarnych odnóżach. Tom dostrzegł, jak robak masywnymi żuwaczkami odrywa kolejny fragment palca.

Kevin nie krzyczał z bólu?

A tu on już jest nieprzytomny z tego co pamiętam :)

 

Wrzasnął i wyrżnął twarzą żony o framugę.

Hhahaha, tak jest!

Fuck yeah!!!

 

Skończył zawiązywać bandaż na nadgarstku i położył dłoń na piersi Kevina, gdy poczuł, że palce unoszą się wraz z klatką piersiową, usiadł na ziemi, łkając jak dziecko.

Rozdzieliłabym te zdania:

→ Skończył zawiązywać bandaż na nadgarstku i położył dłoń na piersi Kevina. Gdy poczuł, że palce unoszą się wraz z klatką piersiową, usiadł na ziemi, łkając jak dziecko.

Rozdzielone :)

 

Kevin kciukiem wybrał ikonę YouTube. Na telefonie Toma, zamiast Koci Kici, zobaczył film oznaczony ciemną ikoną

Chyba miniaturką?

Kurde ja mówię ikonki, sam już nie wiem czy to zmieniać :D 

 

Odsunął skrzydło szafy i zapalił latarkę.

?

Bo to szafa przesuwna, ale wiem, zawsze się otwierają w opowiadaniach :)

 

Znalazł klucz dwunastkę, był zdecydowanie za mały.

Tom był zdecydowanie za mały?

Zrobiłem po myślniku :)

 

podszedł w ciemnościach do drzwi sypialni. Oparł się o nie plecami. Usłyszał kroki, a po chwili charczenie.

Zaraz, przecież Liu wcześniej była w pokoju Kevina.

Tak, a pokój jest obok sypialni – wiem bo opisuje w tym opowiadaniu moje mieszkanie :D I tak szafę tez mam przesuwną – ale żona nie jest Azjatką, a szkoda… Mogła by być w piątki ;)

 

Wyszedł na korytarz i zamknął za sobą drzwi.

Myślałam, że właśnie był na korytarzu.

Nie usłyszał Liu, zamknął drzwi, podszedł do szafy, wyszedł na korytarz :) 

 

Kątem oka dostrzegł czarny łeb robaka

Zaraz, przecież robak wcześniej był biały?

Tak biały tułów i czarną głowę :) Ale napisałem o tym trzy inne opowiadania i teraz już nie wiem czy w tym o tym wspominam, przypuszczam, że tak :)

 

wypełzło pod łóżko Kevina.

wpełzło

Poprawione :)

 

Chwilę nasłuchiwali przy drzwiach. Na klatce schodowej panowała głucha cisza.

Tom wyszedł pierwszy, obserwując uchylone drzwi do mieszkania Susan.

Trzeba doprecyzować, że chodzi o drzwi wejściowe, bo przez chwilę myślałam, że chodzi o drzwi do pokoju Kevina.

Tak, tu zdecydowanie trzeba doprecyzować i doprecyzowałem :) 

 

Twoja tabelka jest świetna i jeśli to nie problem to możesz i wysłać ją na maila – adres wysyłam na priv :) 

 

Bardzo się ciesz, że opowiadanie się spodobało i spełnia kryteria piórkowe :) 

 

Pozdrawiam :) 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Dziękuję, cieszę się, że tabelka Ci się podoba :) zaraz Ci odpiszę na priv :)

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Tabelka wymiata. Sama takiej wypełniać nie będę, ale niektóre kategorię/kryteria pewnie ściągnę. Mam nadzieję, Holly, że nie masz nic przeciwko. Naśladownictwo najwyższą formą pochlebstwa.

Babska logika rządzi!

Mam nadzieję, Holly, że nie masz nic przeciwko. Naśladownictwo najwyższą formą pochlebstwa.

Naturalnie :)

Moment, czy ja staję się tą popularną dziewczyną w klasie, którą wszyscy zaczynają naśladować? Bo w szkole nie było mi to dane ;p

Bez sztuki można przeżyć, ale nie można żyć

Nie wiem, za moich czasów chyba nie mieliśmy takiego naśladownictwa i każda koleżanka była po prostu sobą. Albo sama byłam wyjątkowo naiwnym dziewczęciem i nie zwracałam uwagi na takie pierdółki…

Babska logika rządzi!

Chciałem być mądrzejszy, niż system na to pozwala. Opowiadanie na tyle mi się spodobało, że chciałem poczekać do lutego, żeby mój głos (juz wtedy wyrobionego dyżurnego) się liczył za trzy i dał pół TAK-a. Okazuje się, że to nielegalne, więc ubolewam kolejny raz. Nominuję już tylko symbolicznie, bo i tak JolkaK odkryła w nim wartość, jak i ja. 

Pozdrawiam, dzięki za dobrą lekturę! 

You cannot petition the Lord with prayer!

Hej Mi­cha­el­Bul­l­finch :) Dziękuję bardzo. Komentarz jest konkretny :). Jeśli napiszesz mi co Cię poruszyło na tyle by nominować, ba, prawie dopuściłeś się oszustwa ;), to będzie mi bardzo miło. Oczywiście nie nalegam, bo to, że uważasz tekst za wartościowy już jest dla mnie dużym wyróżnieniem ale jeśli byś rozwinął myśl, to będę wiedział co w pisaniu powinienem utrwalać :). W każdym razie pozdrawiam serdecznie :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Hmm. Większość opisałem w pierwszym komentarzu, mam raczej trudność w pisaniu komentarzy, więc juz tamten był, jak na mnie, rozbudowany, ale spróbuję.

Przede wszystkim klimat i ten dreszczyk emocji.

To jak potrafisz wciągnąć czytelnika, jest dla mnie wręcz niezrozumiałe. Ja dosłownie od samego początku, gdzie jeszcze nic sie nie działo, byłem ciekawy co dalej. Może to jakaś forma zaufania, bo po prostu lubię twoje teksty? Nie wydaje mi się, po prostu jakoś to robisz, że się wciągam.

Tu nie mogę napisać, że nic się nie działo, a jednak był strach, mimo to, jak w Hodowcach dusz. Działo się, od połowy, stosunkowo wiele. Ale potrafisz w horror, czułem ten dreszczyk emocji.

Bardzo dobrze potrafisz stopniować emocje. Element spokojny, emocjonalny → moment szybkiej, strasznej akcji → spokojny → akcja. Dajesz oddech, ale nie stopujesz emocji, nie wiem, jak to inaczej opisać. Jest to cos o czym sam często myślę, żeby robić, ale czuję, że nie udaje mi się. Masz dobry balans.

Fabuła po prostu mi siadła. Nie wiem, czy jest sens się rozpisywać, to czysto subiektywne. Postapo, rodzina, zagrożenie, wybory. Czytałeś już moje teksty, więc wiesz, że to mój klimat.

Kolejna sprawa, to lubię otwarte zakończenia, i to bardzo. Nie wiemy czym była mgła, nie wiemy co sie tak naprawdę stało z Liu, nie wiemy co się stało ze światem, ani z bohaterami później. To daje pole do wyobraźni. I tu napiszę coś, czym moge podpaść wielu na portalu, ale to się tyczy też oceny “Hodowcy dusz” – może ja to tak odbieram, a może jest to kwestia, że wiele osób tu czyta kilka opowiadań dziennie i chce szybkiej odpowiedzi: co, jak i dlaczego. Mam wrażenie, że czasem zamiast pomyśleć, zagłębić się w tekst, wyobrazić sobie niektóre rzeczy, skorzystać z możliwości jaką daje autor na dopisanie swojej wersji, bądź przemyślenie isteniejącej – każdy chce gotowych, czarno-białych odpowiedzi. A według mnie nie, i to stanowcze nie. Bardzo doceniam to tutaj, i tym bardziej doceniałem to pod wspomniamymi Hodowcami dusz. Siedziałem i myslałem, co nie wiedziałem, to zamiast pytać, przemyślałem, albo dopowiedziałem po swojemu. To jest magia literatury, każdy rozumie tekst na swój sposób, nie wszystko musi być podane na tacy. Zamiast pytać i doszukiwać się luki, czasem wystarczy inaczej na to spojrzeć. Nie chcę tu nikogo wkurzyć, to tylko moje przemyślenia. Po prostu pod kilkoma tekstami i ich komentarzami, ostatnio miałem takie odczucia. Nie w kazdym tekście jest coś więcej, ale czasem widac od razu, kiedy jest sens się głębiej zastanowić.

Na koniec dodam coś, co mam nadzieję, że nie jest prawdą, ale relacja rodzinna była dla mnie do tego stopnia autentyczna, że mam nadzieję, że nie jest pisana z autopsji. Czuć w tym wiarygodność. Kupiłem to, dlatego zwróciłem na to uwagę w pierwszym komentarzu. 

Kevin oglą­dał „Kocię Kicię”, bo­daj­że naj­bar­dziej wku­rza­ją­cą Toma bajkę z ca­łe­go asor­ty­men­tu stre­amin­go­wych kre­skó­wek

A to taki mały smaczek, bo moja córka uwielbia “Kicia Kocia”, a jak tylko to słyszę, to ręce mi opadają. Ostatnio byliśmy z nią w kinie na 45 minutowym seansie Kici Koci. Cieszę się, że się dobrze bawiła, ale pięknie opisałeś dźwięki jakie słyszę, gdy to leci.

Pozdrawiam i mam nadzieje, że wystarczająco wytłumaczyłem.

You cannot petition the Lord with prayer!

Historia okazała się dla mnie niezwykle wciągająca i poruszająca. Na początku dostajemy obraz pozornie prostej codzienności, związku borykającego się z problemami, dwojga ludzi, którzy stopniowo się od siebie oddalają, a łączy ich już właściwie tylko dziecko.  Ta zwyczajność bardzo mnie kupiła, bo wydaje się autentyczna i bliska każdemu. Ogromnie podobał mi się sposób dozowania napięcia i niepokoju, zrobiłeś to naprawdę z wyczuciem. Groza narasta stopniowo, przez co tak mocno wciągnęłam się w historię, że byłam wręcz żądna kolejnych szczegółów. Motyw epidemii i przemiany matki w kogoś nie do poznania okazał się dla mnie szczególnie przejmujący. To już nie jest tylko strach przed zagrożeniem, ale ból wynikający z konieczności zmierzenia się z kimś, kogo się kochało, a kto staje się realnym niebezpieczeństwem dla najbliższych. Bardzo mocno poruszył mnie moment załamania bohatera, ta chwila, w której w obawie przed utratą ukochanej, od której się oddalił, zaczyna odczuwać do niej ogromną czułość. Świadomość, że to uczucie pojawia się zbyt późno, naprawdę złapała mnie za serce i zagrała na moich uczuciach. Ale identyczne uczucie obudziło się we mnie w kwestii determinacji ojca, który stara się ochronić swoje dziecko, nawet jeśli oznacza to podejmowanie bolesnych decyzji. Uważam, że cała historia jest  świetnie przemyślana, napisana w bardzo przystępny, a jednocześnie emocjonalny sposób. Czytało mi się ją niezwykle przyjemnie. 

 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Hej MichaelBullfinch i betweenthelines

 

 

Pozwólcie, że odpowiem wam równocześnie :) 

 

Przede wszystkim bardzo dziękuję za tak rozbudowane przemyślenia. To jest dla mnie bardzo ważne, ostatnio nawet bardziej niż wyróżnienia graficzne :). 

 

Dawkowanie napięcia – to bardzo ważny element nad którym cały czas pracuję. I bardzo mnie cieszy, że zwróciliście na to uwagę. Bo horror na tym bazuje ale też sceny akcji. Granie napięciem jest ważne bo gdy raz się to straci, to trudno ponownie wzbudzić zainteresowanie czytelnika. 

 

Wiarygodność postaci – emocje postaci są ważnym elementem budowania napięcia. Jeśli czytelnik nie będzie się mógł wczuć w bohatera, to nie poczuje tego co on. A jeśli nie będzie interesował się bohaterem, to i jego los będzie mu obojętny. Więc poprzez budowanie relacji bohater-czytelnik budujemy napięcie. A następnie stopniowo wstawiamy dyskomfort aż do kulminacji. 

 

Budowa opowiadani – gdy już mam bohatera i wiem jaki będzie, to umieszczam go w fabule. Najpierw przedstawiam relacje. Pokazuje wady i zalety, najlepiej przez działanie bohatera. Stawiam przed bohaterem problem i pokazuje jak sobie z nim radzi. Pozwalam by stracił kontrolę i pokazuję tego skutki. Na koniec dochodzi konfrontacji z której nie zawsze bohater wychodzi zwycięsko. Traci coś ale i coś zyskuje. Coś się w nim zmienia – na zawsze, ale i coś utrwala. Wiemy jaki był na początku i jaki wychodzi na koniec. To jest ważne by po napięciu, które narasta na koniec pokazać katharsis. By nie kończyć historii wybuchem :). 

 

Nie zawsze tak mam, ale staram się przemycać do opowiadań coś z życia. Tom i Kevin, to dobry przykład bo Tom to trochę ja, trochę mój znajomy. Układ mieszkania to mój układ mieszkania. Relacje Tom Liu to relacje z dawnego związku, a trochę z związku znajomych. Chodzi o to, że przemycając realne sytuacje i emocje możemy je uwiarygodnić – bo one są większości uniwersalne dla wszystkich. 

 

I na koniec :). Gdy chcemy napisać dłuższy tekst, to dzielimy emocje bohatera razem z opowiadaniem. Pokazujemy część osobowości, stawiamy problem i dochodzi do konfrontacji, na koniec katharsis. Kolejny etap historii i znów powtarzamy, aż do finału. Tworzy nam się sinusoida emocjonalna :D ( słodki Jezu, ale mi się zrobił poważny komentarz :D). Ważne jest to by emocje, problemy, konfrontacje i katharsis było zawsze odpowiednio duże w zależności na jakim etapie historii jesteśmy. Tak by koniec historii nie okazał się mniej istotny niż jej środek :) 

 

Tak myślę o opowiadaniu gdy zaczynam pisać, ale nie bieżcie tego za świętość – bo każdy na pewno ma własny sposób na zbudowanie dobrej historii :). Nie myślcie też, że chciałem się powymądrzać. Po prostu bez pokazania wam jak myślę o opowiadaniu, nie jestem w stanie wyjaśnić tego co wam się w opowiadaniu podoba :)

 

MichaelBullfinch – uważne czytanie. Czasem zaczynasz czytać tekst, który Ci się nie podoba (styl, tematyka, poglądy) i nie chodzi o to, że opowiadanie jest złe. Zwyczajnie nie dla Ciebie. I wtedy trudno jest doszukiwać się w tekście drugiego dna, gdy jesteś umiarkowanie zainteresowany lekturą :). Ale staram się nawet w takich sytuacjach patrzeć na tekst obiektywnie – choć nie zawsze wychodzi :). Dlatego podziwiam, że tak poważnie podchodzisz do tekstów z forum i starasz się je dogłębnie analizować :) 

 

 

Pozdrawiam :)

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Tak, zgadzam się z tym co piszesz. Ja raczej stronię od pisania horrorów, ale jak najdzie mnie ochota, a z pewnością najdzie w końcu, to wezmę to pod uwagę. Chociaż nie tylko w horrorach się ten zarys sprawdza, fajnie to opisałeś.

Wiesz, niektóre elementy mogą gorzej zagrać, wszyscy tu się tylko uczymy, ale jak czytam całość, to widzę często, że w tym jest coś więcej i staram się przeanalizować. Rozumiem, że nie każdy ma na to czas, ani chęci. Ja nie czytam wszystkiego na portalu, tylko wybieram sobie, więc może stąd moje podejście. Po prostu zaraz dojdziemy do momentu, że niedopowiedzenia, albo trudność opowiadania, będzie odbierana wciąż jako “luki fabularne”. Niekiedy nimi są, ale po to właśnie staram się najpierw poszukać.

. Dlatego podziwiam, że tak poważnie podchodzisz do tekstów z forum i starasz się je dogłębnie analizować :

Staram się. Jak mówię, nie każdy tekst ma w sobie coś więcej, (mam nadzieję, że ktoś nie powie tak o moich tekstach XD) ale jeśli nie jestem czegoś pewien, to przed komentarzem pomyślę trochę, bo czasem od razu czuć, że tam coś drzemie. I albo Autor chciał coś powiedzieć, ale jeszcze na tym etapie mu to nie wyszło, albo tam coś jest, ale ja nie zrozumiałem w pełni. W obu przypadkach poświęcam chwilę, żeby się tego doszukać. Ale ja po prostu bardzo lubię te niedopowiedzenia, sam je stosuję, w nieopublikowanych tekstach to już w ogóle, więc jakbym nie szukał tego u innych, to jak mógłbym oczekiwać, że ktoś przeanalizuje mój. 

Mam wrażenie, że się powtarzam, więc po prostu dzięki, że zmusiłeś mnie do wywodu, bo sam bym się na niego nie odważył. 

Pozdrawiam i trzymam kciuki, że tym razem będzie docenione.

You cannot petition the Lord with prayer!

To ja dziękuję :). Tak ja pisałem, informacja zwrotna – co gra i co trzeba poprawić, jestem bezcenna:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Cześć, Bardzie!

Na pewno już kiedyś wspominałem, że Twoje horrory sprawiają mi duże kłopoty pod kątem oceny piórkowej. Nie jestem fanem tego gatunku, horrorów czytałem bardzo mało – czasem nawet myślę, że lepiej byłoby, gdyby Loża była większa i mogła wydzielać zespoły do oceny poszczególnych tekstów, ale przy obecnych realiach Portalu to mało wykonalne. Naturalnie staram się zauważać i doceniać walory takich opowiadań na ogólnych zasadach literackich. Tutaj nie da się przeoczyć, że poczyniłeś ogromny postęp od czasu takiego “Bórlingi” (Bórlinga? Bórlingów? Bórlingiego?)… Postaci są żywe, plastyczne, ich interakcje dobrze odbijają te znane nam z autopsji i obserwacji, pozwalają się nad nimi zastanowić; rozwój fabuły nie wydaje się tylko pretekstem dla doprowadzenia do kulminacyjnych scen; język nie razi.

Choć sam tego tak nie odbieram, przyjmuję jako fakt z teorii literatury, że miłośnicy horrorów mogą czerpać przyjemność z czytania o rzeczach obrzydliwych, niepokojących, wybijających z równowagi – podobnie jak z ekscytujących przygód w opowiadaniu akcji czy zaskakujących żartów w komediowym. Wydaje mi się, że Twój tekst bardzo dobrze realizuje to zadanie. W gruncie rzeczy czytało mi się go mniej przyjemnie niż “Hodowców dusz”, ale w przeciwieństwie do nich nie dostrzegam tu żadnych znaczących zarzutów konstrukcyjnych. Pomysł inwazji czy też epidemii pasożytów z kosmosu rozszarpujących ludzi od środka na pewno nie jest świeży, trudno mi jednak ocenić, jak wiele zmodyfikowałeś w stosunku do jego typowych wystąpień, czy naśladowałeś znane tropy, czy bardziej bawiłeś się nimi. Na pewno czymś nowym, a zarazem logicznie obmyślonym jest dla mnie wątek, w którym zarażeni ludzie wykazują patologiczne myślenie o jedzeniu i karmieniu innych; to bez wątpienia zapadnie mi w pamięć i ostatecznie przekonuje mnie do głosu na TAK.

Przez chwilę Tomowi zdawało się, że coś przebiegło i wpełzł pod łóżko Kevina.

Chyba miało być “wpełzło”.

 

Zupełnie na marginesie w sprawie hipotezy “ciemnego lasu”: zapewne jest możliwe, że rozumny gatunek ewoluujący z dołu łańcucha pokarmowego z ostrożności zatrzymałby się na poziomie rozwoju cywilizacyjnego, na którym nie emituje się wykrywalnych sygnałów poza rodzimą planetę. Podobnie jest bardzo możliwe, że gatunek drapieżników szczytowych wyniszczyłby się sam przed osiągnięciem etapu pozwalającego na podróże międzygwiezdne. Kto wie, czy nasza historia ewolucyjna nie daje nam tutaj wyjątkowej pozycji. Poza tym obecnie myślę, że na potencjalnym kontakcie mamy więcej do zyskania niż do stracenia – bardziej rozwinięty przyjazny gatunek, który by nas znalazł, mógłby nam dać dostęp do wprost niewyobrażalnej wiedzy, a jakoś się nie zanosi, by za naszego krótkiego życia ziemska nauka poczyniła postępy zapewniające wszystkim idealny byt. Tymczasem padnięcie ofiarą totalitaryzmu lub śmiertelnej epidemii bez żadnej pomocy kosmitów jest całkowicie wyobrażalne.

Pozdrawiam serdecznie,

Ślimak Zagłady

Hej uskrzydlony brzuchonogu :) 

 

Na pewno już kiedyś wspominałem, że Twoje horrory sprawiają mi duże kłopoty pod kątem oceny piórkowej. Nie jestem fanem tego gatunku, horrorów czytałem bardzo mało – czasem nawet myślę, że lepiej byłoby, gdyby Loża była większa i mogła wydzielać zespoły do oceny poszczególnych tekstów, ale przy obecnych realiach Portalu to mało wykonalne.

 

Wszyscy odczuwamy ten sam ból :). A teraz pomyśl o redaktorze, który czyta tekst i treść mu nie leży, ale wie, że pomysł się sprzeda i musi pracować nad powieścią, która go męczy, ze świadomością, że to on sam sobie zrobił ;). 

To chyba jest najtrudniejsze, ocenić dobrze tekst, po który byśmy nie sięgnęli z własnej inicjatywy. 

 

Choć sam tego tak nie odbieram, przyjmuję jako fakt z teorii literatury, że miłośnicy horrorów mogą czerpać przyjemność z czytania o rzeczach obrzydliwych, niepokojących, wybijających z równowagi – podobnie jak z ekscytujących przygód w opowiadaniu akcji czy zaskakujących żartów w komediowym.

To kwestia postawienia się w sytuacji zagrożenia, jednocześnie wiedząc, że nic Ci nie grozi – tak twierdzą mądrości z googla ;). Czyli na jedno wychodzi, czy to horror, czy akcja, tylko, że miłośnicy horroru potrzebują mocniejszych wrażeń. Ale zauważ, że tu nie chodzi o “przyjemność z czytania o rzeczach obrzydliwych, niepokojących, wybijających z równowagi ”, to jest narzędzie dzięki któremu lepiej poznajesz bohatera i możesz mu, na przykład, współczuć. Ale jest jeszcze coś, bo czytając o wesołych robaczkach, na końcu, bez problemu strząsasz z siebie obrzydliwości – bo są wymyślone. Znacznie trudniej jest otrząsnąć się z opisów, które odnoszą się do rzeczywistości. I teraz łącząc te dwa elementy, czyli, prawdziwe realne emocje z wymyślonym robaczkiem z… no sam wiesz ;) – to otrzymujemy przeżycia (realne) i jednocześnie usprawiedliwienie, że nie musimy się tym przejmować i to w mojej ocenie jest super. A umiejętne wprowadzenie tego zabiegu powoduje, że to już nie ma znaczenia czy będziemy czytać o smokach czy wampirach :). To kwestia estetyki i wrażliwości czytelnika i jego otwartości na niekomfortowe opisy :). Ale zasadniczo wszystko sprowadza się do utożsamiania się z bohaterem :). 

 

 

Pomysł inwazji czy też epidemii pasożytów z kosmosu rozszarpujących ludzi od środka na pewno nie jest świeży, trudno mi jednak ocenić, jak wiele zmodyfikowałeś w stosunku do jego typowych wystąpień, czy naśladowałeś znane tropy, czy bardziej bawiłeś się nimi.

 

To jest ciekawe, bo nie napisałem, że z kosmosu – ale dobrze czytasz mój zamysł :). I tu nie wiem jakie masz na myśli inspiracje ale mogę Ci napisać o mojej. Myślałem o grze The Last of Us i doszedłem do wniosku, że pomysł jest banalny, a na dodatek pożyczony z natury. Tego samego dnia zacząłem się interesować pasożytami. I powiem Ci, że twórcy z The Last of Us wybrali całkiem zwyczajny (jak na możliwości natury) pomysł. Są muchówki, które składają jaja w innych owadach. Owad sobie żyje do chwili gdy larwy zaczynają z niego wychodzić. Ale to nie jest najlepsze. Bo dochodzi o dziwnej sytuacji, w której nosiciel, widząc, że coś z niego wyłazi, nie ucieka, nie zabija plugastwa – zaczyna się nim opiekować. Broni go, a nawet zdobywa mu pożywienie. Na razie nie widomo co muchówki wstrzykują owadom razem z jajami, że ich układ nerwowy zaczyna chronić larwy. Nie wiadomo też w jaki sposób taka toksyna zmusza owady do zachowania, którego normalnie się u nich nie obserwuje. To była moja inspiracja :).

 

Zupełnie na marginesie w sprawie hipotezy “ciemnego lasu”:

 

A wiesz, że chyba muszę zmienić tytuł bo nie wiedziałem, że jest też powieść, ale to na marginesie :).

 

zapewne jest możliwe, że rozumny gatunek ewoluujący z dołu łańcucha pokarmowego z ostrożności zatrzymałby się na poziomie rozwoju cywilizacyjnego, na którym nie emituje się wykrywalnych sygnałów poza rodzimą planetę. Podobnie jest bardzo możliwe, że gatunek drapieżników szczytowych wyniszczyłby się sam przed osiągnięciem etapu pozwalającego na podróże międzygwiezdne.

 

Tak, to prawdopodobne w pierwszym wypadku, w drugi tylko jeśli to gatunek rozumny :)

Kto wie, czy nasza historia ewolucyjna nie daje nam tutaj wyjątkowej pozycji. Poza tym obecnie myślę, że na potencjalnym kontakcie mamy więcej do zyskania niż do stracenia – bardziej rozwinięty przyjazny gatunek, który by nas znalazł, mógłby nam dać dostęp do wprost niewyobrażalnej wiedzy, a jakoś się nie zanosi, by za naszego krótkiego życia ziemska nauka poczyniła postępy zapewniające wszystkim idealny byt.

 

Zgadza się, tylko to, że myślimy o obcych jak o istotach inteligentnych, to myślenie życzeniowe. Wynikające, w mojej ocenie, z chęci utożsamiania z czym co miało by nas oświecić. Wiesz lubimy spotkać ludzi o podobnych poglądach, dajemy łapki pod tematami, które nas kręcą. I analogicznie chcemy myśleć, że to co przybędzie z kosmosu będzie jakoś do nas podobne :).

 

Tymczasem padnięcie ofiarą totalitaryzmu lub śmiertelnej epidemii bez żadnej pomocy kosmitów jest całkowicie wyobrażalne.

 

Tak, możliwość podcięcia gałęzi na której się siedzi jest bardzo prawdopodobne. Ale zauważ, że mamy w tej dziedzinie duże doświadczenie i od pewnego już czasu, gdy gałąź zaczyna pękać, to ludzkość przesiada się na inną – grubszą. No i znów zaczyna piłować ;). 

 

 

Dziękuję za komentarz i Taka :) 

 

 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Ja lubię horrory z całkiem innego powodu: zachwyca mnie wyobraźnia Twórców. :) Im ciekawiej, im bardziej fantastycznie, tym lepiej. :) Może tu nie być żadnego bohatera, a po prostu wymyślone stwory walczą i zagrażają sobie nieustannie – to kupuję w dwustu procentach. ;) Czasem wystarczy tylko nieco ubarwić rzeczywistość lub przeszłość. ;) Stąd uwielbiam od dziecka opowieści o dinozaurach. :) Albo o mięsożernych roślinach. :) I konieczne jest dodanie czegoś nierealnego, nieudokumentowanego w źródłach. :) Czuje się zagrożenie, im mocniej, tym lepiej, lecz jednocześnie wie się, że to tylko wymysł Autora. :)

Cieszy, że opko tak się podoba, ponowne gratki, Bardjaskierzeyes

Pozdrawiam Was. heart

Pecunia non olet

A wiesz, że chyba muszę zmienić tytuł bo nie wiedziałem, że jest też powieść, ale to na marginesie :).

Mało, że ona jest – hipoteza ciemnego lasu została nazwana właśnie na cześć tej powieści :P

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

bruce – a dziękuję bardzo 

 

GalicyjskiZakapior – masz ci los, zamiast czytać o pasożytach trzeba było bardziej pomyśleć o tytule :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Jesteś też coraz lepszy we wciąganiu czytelników w dyskusje! Brałeś dodatkowe lekcje u Finkli?

A teraz pomyśl o redaktorze, który czyta tekst i treść mu nie leży, ale wie, że pomysł się sprzeda i musi pracować nad powieścią, która go męczy, ze świadomością, że to on sam sobie zrobił ;).

Wydaje mi się, że większość wydawnictw ma redaktorów specjalizujących się w różnych gatunkach literackich. Niemniej to prawda, że gdybym podjął się pracy związanej z literaturą, najpewniej bardzo szybko przestałaby być moją pasją.

Znacznie trudniej jest otrząsnąć się z opisów, które odnoszą się do rzeczywistości. I teraz łącząc te dwa elementy, czyli, prawdziwe realne emocje z wymyślonym robaczkiem z… no sam wiesz ;) – to otrzymujemy przeżycia (realne) i jednocześnie usprawiedliwienie, że nie musimy się tym przejmować i to w mojej ocenie jest super.

Osobiście odbieram to inaczej, ale trudno mi to wysłowić. Prawdziwość emocji jest zawsze podważalna, chyba że ktoś pisze o własnych przeżyciach, a i wtedy istnieje możliwość autokreacji. Prawdziwość zdarzeń pozwala je umieścić w strukturze świata, przy fikcyjnych pozostają wątpliwości, na ile są prawdopodobne lub analogiczne do prawdopodobnych. Prawda, że nie jestem typowym czytelnikiem, ale i spośród typowych bardzo wielu nie rozumie, co inni widzą w horrorach.

To jest ciekawe, bo nie napisałem, że z kosmosu – ale dobrze czytasz mój zamysł :).

W obrębie świata przedstawionego podaje tę informację czy przypuszczenie tylko filmik oglądany przez bohaterów, ale chyba uznałem, że skoro odnosisz się do niego w tytule, mogę to sobie przyklepać jako interpretację autorską.

Mało, że ona jest – hipoteza ciemnego lasu została nazwana właśnie na cześć tej powieści :P

Ciekawe, o powieści wiedziałem, ale jakoś odruchowo zakładałem, że zależność musiała być odwrotna. Samo podejście wyraźnie spina się z konfucjańskim oglądem świata, w stosunku do tego, co pisałem na końcu poprzedniego komentarza.

Są muchówki, które składają jaja w innych owadach. Owad sobie żyje do chwili gdy larwy zaczynają z niego wychodzić. Ale to nie jest najlepsze. Bo dochodzi o dziwnej sytuacji, w której nosiciel, widząc, że coś z niego wyłazi, nie ucieka, nie zabija plugastwa – zaczyna się nim opiekować.

Zwykle jednak owad (czy inny stawonóg) nie przeżywa inwazji larw, które wyjadają go od środka i rozbijają przy wykluciu, gdyż czyni to pewne spustoszenia anatomiczne. Z zależnością międzygatunkową, którą opisujesz, chyba się dotychczas nie zetknąłem. Za to przypomniał mi się irlandzki dowcip…

Pani w szkole pyta małego Seana:

– Jak nazywa się pasożyt, który spowodował Wielki Głód?

SEAN (mamrocząc do siebie)

Tylko nie mów, że Brytyjczycy, to poprawna odpowiedź, ale masz tego nie mówić…

PANI (dosłyszała)

Nie, to popularne nieporozumienie. Brytyjczycy zwykle zabijają swojego żywiciela, stanowią więc przykład parazytoida, a nie pasożyta właściwego.

SEAN

Now that’s a correction I can stand for!

Tak, to prawdopodobne w pierwszym wypadku, w drugi tylko jeśli to gatunek rozumny :)

Naturalnie w drugim zdaniu pisałem też o gatunku rozumnym, ukryłem to w słowie “podobnie”.

Zgadza się, tylko to, że myślimy o obcych jak o istotach inteligentnych, to myślenie życzeniowe. Wynikające, w mojej ocenie, z chęci utożsamiania z czym co miało by nas oświecić.

Jednakże istoty, które znalazłyby nas na skutek nieostrożnego (?) emitowania sygnałów radiowych lub innych, byłyby raczej czymś inteligentnym niż robalami instynktownie lecącymi przez przestrzeń międzygwiezdną jak ćmy do światła.

Tak, możliwość podcięcia gałęzi na której się siedzi jest bardzo prawdopodobne. Ale zauważ, że mamy w tej dziedzinie duże doświadczenie i od pewnego już czasu, gdy gałąź zaczyna pękać, to ludzkość przesiada się na inną – grubszą. No i znów zaczyna piłować ;).

Zgadzam się z Tobą i także na to liczę, tylko że (jak wyżej) pisałem w tamtym miejscu o perspektywie jednostki. To, że cywilizacja jako całość może przetrwa daną katastrofę, nie jest wielkim pocieszeniem, gdy my lub nasze rodziny zaplączemy się w tych pechowych dwudziestu procent.

"dzygwiezdną jak ćmy do światła." – I u myślę inaczej. Jest sygnał. Tak jak napisałeś, coś jak światło w ciemności, które przyciąga owada. Na takiej samej zasadzie, nazwijmy to kosmiczną szarańczą, nasze robaczki interesują się sygnałem w przestrzeni kosmicznej. Nie wiedzą oczywiście, co to jest. Ale kusi, więc lecą by to sprawdzić – instynktownie. Szerszenie potrafią zostawić ślad na pszczelim ulu, który ściąga resztę owadów, nawet jeśli taki szerszeń zostanie zbity przez pszczoły. Nasza szarańcza czeka, na znak, impuls, który wskaże im drogę do nowego żywiciela. Bardziej interesujące jest jak takie owady przemierzają kosmos i potrafią w nim przeżyć. Ale tak gleboko nie wchodziłem w temat, obawiam się, że będziemy musieli brać taką możliwość na wiarę ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Bo dochodzi o dziwnej sytuacji, w której nosiciel, widząc, że coś z niego wyłazi, nie ucieka, nie zabija plugastwa – zaczyna się nim opiekować. Broni go, a nawet zdobywa mu pożywienie. Na razie nie widomo co muchówki wstrzykują owadom razem z jajami, że ich układ nerwowy zaczyna chronić larwy. Nie wiadomo też w jaki sposób taka toksyna zmusza owady do zachowania, którego normalnie się u nich nie obserwuje. To była moja inspiracja :).

Pasożyty potrafią być cholernie cwane. Zresztą, znana od wieków wścieklizna potrafi zmusić duże zwierzę do zachowania śmiertelnie szkodliwego dla samego zwierzaka, ale sprzyjającego roznoszeniu choroby, prawda? Pasożyt podobnie – jeśli szuka innego żywiciela pośredniego, potrafi skłonić nosiciela do niepotrzebnego ryzyka, do preferowania nietypowego środowiska… A im dłużej inkubator dla jajeczek pozostaje żywy, tym lepiej, bo się mięsko nie psuje i się dzieciaczki nie strują. ;-)

Jesteś też coraz lepszy we wciąganiu czytelników w dyskusje! Brałeś dodatkowe lekcje u Finkli?

Nie przypominam sobie udzielania korepetycji, ale mógł podpatrywać. ;-)

Babska logika rządzi!

Pasożyt podobnie – jeśli szuka innego żywiciela pośredniego, potrafi skłonić nosiciela do niepotrzebnego ryzyka, do preferowania nietypowego środowiska…

Ładny jest ten przykład z przywrą zmuszającą mrówkę do wspięcia się na szczyt źdźbła trawy i oczekiwania tam na dużego przeżuwacza, który jest jej żywicielem docelowym.

Bardziej interesujące jest jak takie owady przemierzają kosmos i potrafią w nim przeżyć. Ale tak głęboko nie wchodziłem w temat, obawiam się, że będziemy musieli brać taką możliwość na wiarę ;)

Właśnie trudno mi sobie wyobrazić, żeby coś takiego samoistnie wyewoluowało. Jeżeli już, może jakaś bardzo zaawansowana cywilizacja mogłaby sobie zaprojektować takie sondy, ale też chyba łatwiej mechaniczne niż biologiczne. W każdym razie zgadzam się, że to przestrzeń dla wyobraźni i wiary, a nie ugruntowanej wiedzy.

Przy okazji znalazłem w zbliżonej tematyce interesujący artykuł: https://web.archive.org/web/20191224081953/https://www.nickbostrom.com/extraterrestrial.pdf.

Finkla – tak. Jest też (chyba pasożyt ale nie jestem pewien czy to nie grzyb), który rozwija się w ptasim układzie pokarmowym. Następnie razem z odchodami wydostaje się z ptaka. Czeka na ofiarę w postaci na przykład owada. Dostaje się do organizmu nosiciela i zmusza go, po odpowiednim rozwinięciu – kiedy jest już gotowy by dostać się do układu pokarmowego ptaka, do wspinaczki na gałęzie. Im wyżej tym lepiej, chodzi o to by nosiciel był widoczny dla drapieżnika – czyli ptaka. Ptak zjada nosiciela i cykl trwa :) 

 

Nie przypominam sobie udzielania korepetycji, ale mógł podpatrywać. ;-)

Nie ale okazję do dyskusji wyczułaś :) Oczywiście zapraszam :)

 

Ślimak Zagłady – to, że nie wgłębiałem się, to nie znaczy, że nie poruszyłem w ogóle tematu. Niesporczaki potrafią przetrwać w próżni, a żyją na ziemi :). Można wyobrazić sobie organizm, który wykrywa sygnał, obiera kurs z planety na której już dokonał spustoszenia. W kosmosie wchodzi w stan hibernacji i albo w ogóle nie funkcjonuje albo oddycha zgromadzonym powietrzem wewnątrz ciała, to samo z odżywianiem – czyli sam siebie pożera. Gdy wyczuje, że znalazł się w atmosferze innej planety, jego jedynym celem jest rozprzestrzenić zarodki (jaja) i umrzeć :)

 

 

Rzucę okiem na artykuł – dzięki :) – edit: kurczę szkoda, że nie jest po francusku ;P 

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Ładny jest ten przykład z przywrą zmuszającą mrówkę do wspięcia się na szczyt źdźbła trawy i oczekiwania tam na dużego przeżuwacza, który jest jej żywicielem docelowym.

Tak. I były jeszcze syfy skłaniające lądowe ślimaczki do pałętania się przy brzegu, żeby mógł je pożreć krab, coś zmieniające rybkom kolor na bardziej rzucający się w oczy i/lub zmuszające do pływania na boku, żeby ptaki lepiej widziały biały brzuch… Podłość pasożytów dorasta do ludzkiej.

Nie ale okazję do dyskusji wyczułaś :) Oczywiście zapraszam :)

Wyczułam. Patrz i się dalej ucz. ;-)

Babska logika rządzi!

Można wyobrazić sobie organizm, który wykrywa sygnał, obiera kurs z planety na której już dokonał spustoszenia. W kosmosie wchodzi w stan hibernacji i albo w ogóle nie funkcjonuje albo oddycha zgromadzonym powietrzem wewnątrz ciała, to samo z odżywianiem – czyli sam siebie pożera. Gdy wyczuje, że znalazł się w atmosferze innej planety, jego jedynym celem jest rozprzestrzenić zarodki (jaja) i umrzeć :)

Organizm można sobie wyobrazić, ale przeskok ewolucyjny od dowolnego planetarnego trybu życia do tego opisanego przez Ciebie – trudniej. Dorosła forma Twojego robaczka musiałaby być właściwie statkiem międzygwiezdnym. Na Ziemi gatunkiem o największej dysproporcji rozmiarów między jajem a dorosłym osobnikiem jest samogłów Mola mola, z wielkim polotem opisywany przez zaglądającego do nas czasem Marka Maruszczaka (pamiętacie może jego nick?). Jednak żeby obdarzyć małe samogłowy zdolnością żywienia się istotami o dowolnej biologii (np. różnej skrętności aminokwasów), a duże antenami o mocy przekraczającej nasze najlepsze radioteleskopy, silnikami umożliwiającymi osiągnięcie prędkości ucieczki z układu gwiezdnego i zdolnością przetrwania w próżni – to nawet cywilizacja tak rozwinięta, że dla nas nieodróżnialna od bogów, musiałaby się bardzo postarać, a co tu mówić o samorzutnej ewolucji.

I były jeszcze syfy skłaniające lądowe ślimaczki do pałętania się przy brzegu, żeby mógł je pożreć krab

Wiesz co, o takich obrzydlistwach piszesz?? Znałem te ozdabiające czułki, żeby wabić ptaki, ale o tym nie słyszałem.

Ślimaku drogi, biologia bywa paskudna. :-)

Babska logika rządzi!

Finkla – “Wyczułam. Patrz i się dalej ucz. ;-)” Paczam, paczam :)

 

Ślimak – “pamiętacie może jego nick?” Ja nie :). Ale wyobraź sobie planetę pożeraną przez naszą szarańczę. Z tej planety są wystrzeliwane w kosmos miliardy mikroskopijnych “zwiadowców” – czegoś na wzór niesporczaków. Które dryfują w przestrzeni kosmicznej. Gdy jakiś trafi na planetę gdzie istnieje życie, przechodzi z stanu hibernacji w stan… hmmm życia :). I wysyła sygnał. To musiał by być coś na zasadzie fal radiowych albo lasera. Gdy sygnał jest odebrany przez naszą szarańczę, wtedy są wysyłane owady, które mają za zadanie dolecieć i rozsiać jaja. Wchodzą w stan hibernacji, czasem go przerywają by sprawdzić kurs, skorygować i znowu się hibernują. Te które dolecą robią zasiew i umierają. To wszystko traw miliony lat może miliardy, ale zjedzenie całej planety to nie taki szybki proces :). Tu podróż w kosmosie nie polega na technologii ale na prostocie organizmów i cierpliwości. Tak jak mówiłem temat trzeba ugryźć głębiej ale myślę, że da się to zrobić. I co najważniejsze w horror – on nie musi tłumaczyć wszystkiego, bo nie o to w nim chodzi ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

I co najważniejsze w horror – on nie musi tłumaczyć wszystkiego, bo nie o to w nim chodzi ;)

Z tym się zgadzam, moje rozważania na ten temat w ogóle nie mają być krytyką opowiadania, lecz dyskusją o ciekawym, związanym z nim zagadnieniu. Przy tym z punktu widzenia fabuły nie ma znaczenia, czy organizm wyewoluował sam, czy zaprojektowała go jakaś potężna cywilizacja.

Tu podróż w kosmosie nie polega na technologii ale na prostocie organizmów i cierpliwości.

A z tym nie. Zakładałem w ogóle, chyba zgodnie z Twoją pierwotną koncepcją, że organizm nie musi wysyłać “zwiadowców”, bo namierza emisje radiowe gatunków rozumnych, ale to szczegół. Powtórzę swoje wątpliwości: w jaki sposób miałby się u takiego gatunku pojawić napęd pozwalający na przezwyciężenie grawitacji macierzystego układu, potężne odbiorniki radiowe, zdolność do przetrwania w próżni, do instynktownego obliczania kursu w podróży międzygwiezdnej? Te cechy są bezużyteczne, gdy choćby jednej brakuje, i niezbyt potrzebne stworzonkom ewoluującym na konkretnej planecie. Uważam, że nawet zaprojektowanie czegoś takiego byłoby nieprawdopodobnym wyzwaniem bioinżynieryjnym, a przypadkowe wyewoluowanie jest bezwzględnie nierealne.

Z tym się zgadzam, moje rozważania na ten temat w ogóle nie mają być krytyką opowiadania, lecz dyskusją o ciekawym, związanym z nim zagadnieniu.

 

Ja już zapomniałem o opowiadaniu :). Wydaje mi się oczywiste, że teraz rozważamy to jakby taka migracja miała wyglądać w bardziej rozbudowanym pomyśle :) 

 

A z tym nie. Zakładałem w ogóle, chyba zgodnie…

A tak, rozważałem różne opcje ale ostatecznie żadna jeszcze mnie nie przekonała. Ale problem który postawiłeś – dotyczący startu, jest interesujący. Bo podążanie za sygnałem to jedno, nawet nawigacja też nie wydaje się problemem. Przetrwanie to małe piwo. Ale start… Ciekawe, czy bardzo mały organizm – mikroskopijny, może unieść się na tyle wysoko by przejść przez atmosferę ziemską. Jak oddziałuje na niego grawitacja i wszystkie siły działające w poszczególnych warstwach atmosfery? Nie wiem ale się dowiem :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Pewnie warto zacząć poszukiwania od hasła https://pl.wikipedia.org/wiki/Panspermia, oczywiście biorąc poprawkę na to, że teza o możliwości przypadkowego rozprzestrzeniania się mikroorganizmów w kosmosie, choć także kontrowersyjna, jest bez porównania słabsza od tezy o możliwości powstania na drodze ewolucji nierozumnego międzygwiezdnego gatunku drapieżnego lub pasożytniczego polującego na istoty rozumne.

No to znalazłem coś takiego, to jest ciekawe. Naturalny mechanizm startu – wyrzut impaktowy. Podobno tak to się nazywa :D. Albo uderzenie asteroidy, gdzie część skały zostaję wyrzucona w przestrzeń kosmiczną. Ale tego robaczki nie zaplanują, nawet jeśli mają dużo czasu. Ale jest jeszcze pęknięcie skorupy planety lub eksplozja wulkanu. A to już może być możliwe. Złożenie jaj w odpowiednim miejscu i czekanie. Mikro organizmy się rozwijają, żyją i umierają. Czekają na odpowiedni moment, gdy planeta sama wystrzeli je w przestrzeń kosmiczną wraz z fragmentami skał. W kosmosie przechodzą w stan hibernacji i już. To oczywiście wygrzebałem razem z AI gdzieś z odmętów internetu ;). Ale biorąc pod uwagę, że miliony lat szarańcza będzie zjadać planetę, to może sobie pozwolić na czekanie. To pierwszy etap, a teraz start tych które będą podążać za sygnałem. Degradacja planety powoduje rozrzedzenie atmosfery i zanik pola magnetycznego. Wtedy mogą wystartować z stratosfery poprzez gwałtowną sublimację gazów– czy to ładne określenie na puszczanie bąka;). Ale można też przyjąć, że mikro organizmy już dryfują w kosmosie, a planety służą tylko do stworzenia większej ilości zarodników, które w naturalny sposób wylatują w kosmos wraz ze skałami. I tak lecą sobie aż trafią na kolejną planetę do zjedzenia. Ale to wyklucza duże istoty, które rozsiewają jaja ;). Więc duże organizmy nie wystartują Ale małe bez problemu :)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

No i mnie uprzedziłeś :). Ok, to nie jest teza na SF Ale na horror bez wchodzenia w szczegóły już tak :). A kopiąc w internecie trafiłem na film Iwazja łowców ciał, o podobnej tematyce – wiec czas nie był stracony, chyba, że film okaże się słaby ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Nowa Fantastyka