- Opowiadanie: nul - Święty czas, święta ziemia

Święty czas, święta ziemia

Bo­ha­te­rem jest syn gra­ba­rza ży­ją­cy na ubo­czu za­mknię­tej, wiej­skiej spo­łecz­no­ści. Opo­wieść o ry­tu­ałach, pracy z zie­mią, służ­bie i prze­zna­cze­niu. Głów­nie o pracy z zie­mią.

 

Ogrom­ne po­dzię­ko­wa­nia za pomoc dla Am­bush i Mar­sza­wy.

 

Jako wsparcie przy kwerendzie do tego opowiadania zostały wykorzystane darmowe wersje publicznie dostępnych modeli językowych. Wszystkie uzyskane w ten sposób źródła zostały przeze mnie osobiście sprawdzone.

Sprawdzałem wszelkie możliwe drobiazgi i bibliografia jest zbyt długa, żeby ją wymieniać w przedmowie, na życzenie bardzo chętnie ją przedstawię.

Dla przykładu: techniki i narzędzia używane przez grabarzy ustaliłem w dużej mierze na podstawie artykułu “Grave communications: how an understanding of gravedigging practices informs post-medieval cemetery excavations and interpretations”.

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Święty czas, święta ziemia

Sze­re­tem a beteg rózsákat

Ady Endre, A Halál ro­ko­na

 

Za­po­wia­dał się skwar­ny dzień. Sze­dłem z kon­wią do stud­ni, kiedy mi­nę­ła mnie Jana – ob­ła­do­wa­na ga­łąz­ka­mi brzo­zy i lipy, z na­rę­czem po­lnych kwia­tów przy­ci­śnię­tym do pier­si.

– Jonas! Muszę le­cieć do karcz­my, mam ozdo­bić pół­noc­ną bramę! – wy­rzu­ci­ła jed­nym tchem. – Przyj­dziesz póź­niej?

Wzru­szy­łem ra­mio­na­mi. Spoj­rza­łem wy­mow­nie w stro­nę po­dwó­rza, skąd do­bie­gał mia­ro­wy, cier­pli­wy od­głos szu­ra­nia ka­mie­nia o metal.

– No weź… – ści­szy­ła głos. – Bę­dziesz się przej­mo­wał sta­rym po­nu­ra­kiem.

Co ona mogła wie­dzieć. Po­da­wa­ła lu­dziom je­dze­nie i piwo, wszy­scy ją lu­bi­li. A ja wo­zi­łem zwło­ki. To są spra­wy ży­wych, my słu­ży­my umar­łym – tak za­wsze mówił oj­ciec, tonem, jakby chciał mnie po­cie­szyć.

Zer­k­nę­ła w tę samą stro­nę i mru­gnę­ła do mnie po­ro­zu­mie­waw­czo:

– Mi­rel­la bę­dzie.

To żadna no­wi­na. Dziew­czy­ny od gu­ślar­ki za­wsze brały udział w ob­rzę­dach. Nie mia­łem co się tam po­ka­zy­wać. Wszy­scy oprócz Mi­rel­li będą mnie trak­to­wać jak zły omen.

No i zła­ma­łem Du­ra­no­wi szczę­kę. Mieli do­dat­ko­wy powód, żeby mnie uni­kać. Od­pro­wa­dza­łem ją potem, gdzie tylko się dało, żeby ni­ko­mu nie przy­szło do głowy znów pod­nieść na nią rękę. Mia­łem wra­że­nie, że to lu­bi­ła. Ale ostat­nio nie miała czasu na spo­tka­nia. Po­my­śla­łem, że może nie chce, żebym od­stra­szał od niej ludzi. Nie na­rzu­ca­łem się.

– Roz­ma­wia­łam z nią o tobie. – Moja sio­stra nie da­wa­ła za wy­gra­ną. – Po­wiesz coś w końcu?

– Muszę się ró­ża­mi zająć. – Po­ka­za­łem konew. – Upał dziś bę­dzie.

– Oj, Jonas… – Chcia­ła coś jesz­cze po­wie­dzieć, ale tylko wes­tchnę­ła i po­krę­ci­ła głową. Po­bie­gła do wsi.

 

* * *

 

Uklęk­ną­łem. Owiał mnie gorz­ki, mu­li­sty za­pach kwia­tów. Wy­ma­ca­łem ko­rze­nie, wci­sną­łem palce w glebę. Była chłod­na, jesz­cze lekko wil­got­na od rosy, i zbita.

Palce na­tknę­ły się na le­żą­cy na ziemi liść. Wy­cią­gną­łem go i obej­rza­łem w słoń­cu. Czar­ne plamy.

Obej­rza­łem do­kład­nie cały krzak. Cho­ro­ba nie prze­nio­sła się jesz­cze w górne par­tie, ale trze­ba było dzia­łać szyb­ko. Wsta­łem i po­sze­dłem po wi­kli­no­wy kosz, roz­glą­da­jąc się przy oka­zji. Prze­su­wa­łem wzro­kiem po krze­wach czar­nych róż. Cią­gnę­ły się dłu­gi­mi, ni­ski­mi pa­sa­mi, wijąc się od bramy świą­tyn­nej, okrą­ża­jąc stary gro­bo­wiec i bie­gnąc aż do kwa­te­ry to­piel­ców. Spoj­rza­łem w niebo. Słoń­ce nie­ubła­ga­nie pięło się w górę.

Wy­cią­gną­łem nóż. Z twa­rzą przy ziemi za­czą­łem wy­ci­nać pędy u samej na­sa­dy i wrzu­cać je do kosza. Krzew po­wo­li się prze­rze­dzał, wpusz­cza­jąc słoń­ce w gę­stwi­nę.

Po pew­nym cza­sie uzna­łem, że rosa już nie po­win­na się gro­ma­dzić. Obej­rza­łem wszyst­ko jesz­cze raz, łącz­nie z pą­ka­mi, które w ja­skra­wym świe­tle na­bra­ły ko­lo­ru za­schnię­tej krwi. Płat­ki były zdro­we, grube i mię­si­ste. Mo­tycz­ką spulch­ni­łem płyt­ko glebę wokół ko­rze­ni. Ostroż­nie prze­chy­li­łem konew, uwa­ża­jąc, by nie za­mo­czyć liści, i pa­trzy­łem, jak woda wsią­ka w zie­mię – aku­rat tyle, aby pa­lą­ce słoń­ce nie wy­su­szy­ło jej na wiór; nie wię­cej.

Wzią­łem kosz i pod­sze­dłem do ko­lej­ne­go krze­wu.

 

* * *

 

W bu­czy­nie uno­sił się za­pach wil­got­ne­go mchu i błota.

Chwy­ci­łem rydel i wbi­łem go w zie­mię obok wy­sta­ją­ce­go ko­rze­nia. Ko­pa­łem sze­ro­kim łu­kiem, od­gar­nia­jąc war­stwy gli­nia­stej, na­są­czo­nej wodą gleby. Zie­mia ustę­po­wa­ła z opo­rem, pach­nia­ła ple­śnią i mo­kry­mi li­ść­mi. Uklęk­ną­łem i od­gar­nia­łem ją rę­ka­mi, od­sła­nia­jąc prze­gni­ły, czar­ny ko­rzeń. Prze­su­ną­łem po nim pal­ca­mi; był mięk­ki i śli­ski.

Chwy­ci­łem nóż i ostroż­nie wsuwałem go w szcze­li­nę, de­li­kat­nie pod­wa­ża­jąc. Frag­ment ko­rze­nia ode­rwał się z mo­krym mla­śnię­ciem. Po­da­łem go Mi­rel­li. Na­cię­ła ko­rzeń wzdłuż no­ży­kiem i za­czę­ła obie­rać jak ce­bu­lę, od­sła­nia­jąc tłu­ste, grube na pół cala, kre­mo­wo­bia­łe ro­ba­ki. Drew­nia­ną łyżką zgar­nia­ła je do dzie­ży wy­ście­lo­nej li­ść­mi pio­łu­nu.

– Dużo ich po­trze­bu­jesz?

– Na jedną kro­plę sza­re­go mleka dwa tu­zi­ny larw opu­chla­ka – wy­re­cy­to­wa­ła, nie prze­ry­wa­jąc pracy. – A muszę przy­go­to­wać pełną dawkę.

– A pełna dawka to ile?

Za­sty­gła nagle. Rzu­ci­ła na mnie czuj­ne spoj­rze­nie.

– Prze­stań się tak do­py­ty­wać. Już za dużo ci po­wie­dzia­łam.

– Ale ja…

– I ni­ko­mu ani słowa, bo mnie spalą na sto­sie.

Za­mil­kłem. Od­gar­nia­łem zie­mię, żeby od­sło­nić bocz­ne od­ga­łę­zie­nia.

– Kiedy się znowu zo­ba­czy­my?

– Jonas, nie wiem – wes­tchnę­ła. – Będę za­ję­ta.

Po­ki­wa­łem głową. Pra­co­wa­li­śmy dalej, nic nie mó­wiąc. Po chwi­li spoj­rza­ła na mnie.

– Prze­pra­szam. Wiem, że po­tra­fisz mil­czeć – po­wie­dzia­ła i za­wie­si­ła głos. – Jak grób.

Uśmiech­ną­łem się.

 

* * *

 

Ukłu­cie bólu wy­rwa­ło mnie ze wspo­mnień. Ostroż­nie wy­ją­łem kolec, który wbił mi się w dłoń. Czar­ne róże mają kolce ni­czym kocie pa­zu­ry. Otar­łem pot z czoła. Słoń­ce chy­li­ło się ku za­cho­do­wi, ale wciąż grza­ło nie­mi­ło­sier­nie. Wy­pro­sto­wa­łem się i ro­zej­rza­łem. Zo­sta­ło jesz­cze kil­ka­na­ście krze­wów. Roz­cią­gną­łem ra­mio­na i za­bra­łem się z po­wro­tem do pracy.

Kiedy skoń­czy­łem, chwy­ci­łem kosz i ru­szy­łem na po­dwó­rze, skąd cały czas do­bie­gał od­głos ostrze­nia na­rzę­dzi. Oj­ciec po­chy­lał się nad ry­dlem – nawet nie pod­niósł na mnie wzro­ku. W sku­pie­niu pro­wa­dził ka­mień po kra­wę­dzi. Po chwi­li prze­rwał, żeby spraw­dzić ostrze pa­znok­ciem. Ob­ró­cił rydel i za­czął mia­ro­wo prze­su­wać oseł­kę po dru­giej stro­nie.

– Czerń za­czę­ła chwy­tać – za­mel­do­wa­łem. – Wy­cią­łem wszyst­ko, pójdę spa­lić.

Nie prze­ry­wa­jąc, le­d­wie ski­nął głową. Pa­le­ni­sko za szopą było oto­czo­ne du­ży­mi, po­czer­nia­ły­mi ka­mie­nia­mi. Od­gar­ną­łem po­piół stopą, od­sła­nia­jąc suchą zie­mię w dole, i uło­ży­łem roz­pał­kę. Ude­rza­łem krze­si­wem o ka­mień, pa­trząc, jak deszcz iskier sypie się na suchy mech, aż ten za­tlił się z ci­chym syk­nię­ciem. Roz­dmu­cha­łem ogień – bły­ska­wicz­nie się roz­niósł, żar za­czął bić mi w twarz.

Pędy ukła­da­łem na krzyż, war­stwa­mi, żeby ogień do­brze je objął. Ło­dy­gi skrę­ca­ły się z trza­skiem, a po­kry­te czar­ny­mi pla­ma­mi li­ście się zwi­ja­ły, uwal­nia­jąc kłęby si­ne­go dymu.

Kiedy stos osiadł, roz­gar­ną­łem go kijem. Do­pil­no­wa­łem, żeby wszyst­ko się wy­pa­li­ło. W cie­niu szopy stała becz­ka pełna wody; na­bra­łem do czer­pa­ka, roz­la­łem na po­piół. Za­sy­cza­ło, buch­nę­ło cięż­kim ob­ło­kiem pary.

Zda­łem sobie spra­wę, że je­stem cały zlany potem, a ciało mam roz­pa­lo­ne po dłu­gim dniu pracy w peł­nym słoń­cu. Ścią­gną­łem ko­szu­lę, na­bra­łem wody do czer­pa­ka i wy­la­łem na sie­bie.

Ciało za­pło­nę­ło pie­ką­cym bólem. Woda była prze­szy­wa­ją­co lo­do­wa­ta. Nie mo­głem zła­pać tchu; szczę­ki za­ci­snę­ły się jak ima­dło. Przez chwi­lę nie czu­łem nic oprócz prze­raź­li­we­go zimna. Zaraz potem przy­szła nie­spo­dzie­wa­na ulga; całe na­pię­cie od­pły­nę­ło. Jak­bym się wy­rwał z głę­bo­kie­go snu.

Ze wsi dobiegał od­głos dzwo­nów. Ob­rzę­dy.

Po­czu­łem, że chcę tam iść.

Ubra­łem się i pod­sze­dłem do ojca. Wciąż ostrzył rydel.

– Ubi­jak trze­ba na­pra­wić – rzu­cił, zanim zdą­ży­łem co­kol­wiek po­wie­dzieć.

– Już to zro­bi­łem.

– Ży­wi­cą i smołą, wi­dzia­łem. To nic nie da. Pęk­nie przy pierw­szym ude­rze­niu.

– Teraz mam to zro­bić? Chcia­łem…

– Ubi­jak – prze­rwał mi – bę­dzie po­trzeb­ny. Czuję to.

Z ojcem nie było dys­ku­sji. Te jego prze­czu­cia. Za­wsze tak robił. Wa­ha­łem się, sto­jąc bez ruchu. W końcu wes­tchną­łem, po­sze­dłem do szopy i za­czą­łem szu­kać dłuta.

Po chwi­li oj­ciec za­wo­łał mnie po imie­niu. Co znowu? – po­my­śla­łem zi­ry­to­wa­ny. Wy­sze­dłem i serce za­bi­ło mi gwał­tow­nie.

Mi­rel­la.

Stała na skra­ju po­dwó­rza, w kwiet­nym wian­ku na gło­wie. Po­de­szła z uśmie­chem i wrę­czy­ła mi ka­wa­łek plac­ka. Za­sko­czo­ny spoj­rza­łem na ojca. Ode­rwał wzrok od rydla i ob­rzu­cił nas wzro­kiem. Obok niego, na ławie, leżał drugi ka­wa­łek. 

– Dziś świę­to – po­wie­dział. – Idź.

Nie wie­rzy­łem wła­snym uszom. Mi­rel­la ujęła mnie za rękę.

Po­sze­dłem.

 

* * *

 

Pierw­szy kęs wy­peł­nił mi usta. Prze­żu­wa­łem łap­czy­wie. Pla­cek sma­ko­wał wę­dzo­nym mio­dem i zio­ła­mi.

Spoj­rza­ła na mnie. Zro­bi­ła głę­bo­ki wdech.

– Jonas, udało się – wy­szep­ta­ła, nie kry­jąc uśmie­chu. – U-da-ło się! – prze­cią­gnę­ła, ak­cen­tu­jąc każdą sy­la­bę.

Nagle za­czę­ła ska­kać na pal­cach.

– Udało się! Udało się!

Pa­trzy­łem na nią onie­mia­ły. Pod­bie­gła kilka kro­ków, za­krę­ci­ła się w kółko, po czym od­wró­ci­ła i za­czę­ła mówić, idąc tyłem:

– Je­stem go­to­wa! Tak po­wie­dzia­ła Star­sza Matka. Że je­stem go­to­wa.

Teraz szła przo­dem, pół kroku przede mną.

– Że je­stem godna zo­stać Córką Danu.

Znowu się od­wró­ci­ła. Chwy­ci­ła mnie za rękaw i pod­sko­czy­ła raz i drugi, aż wia­nek prze­krzy­wił się na gło­wie.

– Sły­szysz? Będę Córką Danu!

Po­pra­wi­ła wia­nek.

– Znam już wszyst­kie pie­śni. Opa­no­wa­łam re­cep­tu­ry.

Po­ło­ży­ła ręce na bio­drach, wy­pi­na­jąc pierś i uśmie­cha­jąc się sze­ro­ko.

– Bez­błęd­nie!

Szła przede mną skocz­nym kro­kiem. Prze­łkną­łem ostat­ni ka­wa­łek.

– Cie­szę się – po­wie­dzia­łem.

Za­trzy­ma­ła się i od­wró­ci­ła do mnie. Spo­waż­nia­ła.

– Jo­na­sie… Nie po­dzię­ko­wa­łam ci jesz­cze.

Po­de­szła bli­żej i po­ło­ży­ła mi dłoń na ra­mie­niu.

– Tyle dla mnie zro­bi­łeś. Je­stem ci wdzięcz­na, na­praw­dę.

– Ja to… – za­jąk­ną­łem się – za­wsze ci chęt­nie po­mo­gę.

Uśmiech­nę­ła się, prze­krzy­wia­jąc głowę.

– Wiem. Dzię­ku­ję.

Ru­szy­ła pierw­sza. Po kilku kro­kach nagle skrę­ci­ła w stro­nę lasu.

– Nie idzie­my do wsi?

– Jest jesz­cze jeden wa­ru­nek – od­par­ła. – Każda Córka Danu musi go speł­nić.

– Mogę pomóc?

– No prze­cież dla­te­go po cie­bie przy­szłam.

– Jaki to wa­ru­nek?

– Po­wiem ci, jak doj­dzie­my na miej­sce.

Za­wa­ha­łem się.

– Może po­wi­nie­nem wziąć ja­kieś na­rzę­dzia?

Za­chi­cho­ta­ła, jak­bym po­wie­dział coś bar­dzo za­baw­ne­go.

– Mamy wszyst­ko, co po­trzeb­ne.

We­szła mię­dzy drze­wa, nie oglą­da­jąc się, czy idę za nią.

 

* * *

 

Las był nie­zwy­kle gęsty, wy­peł­nio­ny bal­sa­micz­ną wonią. Szli­śmy już bar­dzo długo. Nie mia­łem po­ję­cia, gdzie je­ste­śmy. Za to Mi­rel­la orien­to­wa­ła się do­sko­na­le; skrę­ci­ła nagle w jakąś znaną sobie ścież­kę i stra­ci­łem ją z oczu. Stopy grzę­zły w mięk­kim po­szy­ciu, wciąż się wplą­ty­wa­łem w lesz­czy­nę, a ga­łę­zie olchy chło­sta­ły mnie po twa­rzy. Za­ma­ja­czy­ła mi w ciem­nej gę­stwi­nie, po­spie­szy­łem za nią.

Za­mru­ga­łem. Wy­szli­śmy na otwar­tą prze­strzeń.

Przede mną roz­po­ście­ra­ła się spo­wi­ta świe­tli­stą mgłą po­la­na, na samym środ­ku tkwił ogrom­ny pio­no­wy głaz. Zo­ba­czy­łem Mi­rel­lę idącą w jego kie­run­ku; syl­wet­ka ma­la­ła z każ­dym kro­kiem. Gdy sta­nę­ła u stóp ka­mie­nia, wy­glą­da­ła jak małe dziec­ko obok pra­sta­re­go dębu. Sze­dłem, nie od­ry­wa­jąc wzro­ku, za­dzie­ra­jąc głowę coraz wyżej, aż sta­ną­łem obok niej.

– Gdzie my je­ste­śmy?

– To Ne­me­ton. Świę­ta po­la­na.

Po­ło­ży­łem dłoń na chłod­nej, omsza­łej skale.

– Kie­dyś przy­cho­dzi­li tu dru­idzi.

Prze­su­wa­jąc pal­ca­mi, wy­czu­łem pod mchem ledwo wi­docz­ne, re­gu­lar­ne wy­żło­bie­nia.

– A wcze­śniej sidhe. To ich sym­bo­le.

Ro­zej­rza­łem się wokół. Wi­dzia­łem nie­zwy­kle ostro; roz­róż­nia­łem po­je­dyn­cze źdźbła w ja­skra­wo­zie­lo­nej tra­wie. Pod­nio­słem wzrok. Nad ko­ro­na­mi drzew niebo ja­rzy­ło się in­ten­syw­ną czer­wie­nią, która płyn­nie prze­cho­dzi­ła w złoto doj­rza­łej psze­ni­cy, by wyżej stę­żeć w ciem­ny, głę­bo­ki błę­kit. Na jego tle za­mi­go­ta­ły pierw­sze gwiaz­dy.

Mi­rel­la stała przede mną w mil­cze­niu. Gdy spoj­rza­łem na nią, po­wie­dzia­ła:

– Je­ste­śmy na miej­scu.

– Po­wiesz mi teraz, co mu­sisz zro­bić?

– Tak.

Pa­trzy­ła na mnie z po­waż­ną miną. Wzię­ła głę­bo­ki od­dech i oświad­czy­ła uro­czy­ście:

– Muszę uro­dzić dziec­ko. Po­czę­te w świę­ty czas, na świę­tej ziemi.

Sens tych słów do­cie­rał do mnie w zwol­nio­nym tem­pie. Za­mru­ga­łem.

– Co… co po­wie­dzia­łaś?

Wy­buch­nę­ła śmie­chem. Aż zgię­ła się wpół, łapiąc za brzuch.

– Wie­dzia­łam! – zdo­ła­ła wy­du­sić z sie­bie i znów nią za­wład­nął nie­po­ha­mo­wa­ny chi­chot. Dłuż­szą chwi­lę usi­ło­wa­ła zła­pać od­dech. – Nie mo­głam się do­cze­kać, kiedy ci to po­wiem! Twoja mina! – wciąż się za­no­si­ła śmie­chem.

Żar­tu­je sobie. Do­tar­ło do mnie, że sta­łem z roz­dzia­wio­ny­mi usta­mi. Za­mkną­łem je po­spiesz­nie.

Urwa­ła nagle. Wy­pro­sto­wa­ła się, pa­trząc mi w twarz. Coś w jej spoj­rze­niu zła­god­nia­ło.

– Jonas… – po­wie­dzia­ła cicho. Po­de­szła bli­żej. – Chciał­byś…?

Prze­łkną­łem ślinę. To w ogóle nie był żart.

Po­wo­li ski­ną­łem głową.

Jej twarz roz­pro­mie­ni­ła się w sze­ro­kim uśmie­chu. Ze­rwa­ła wia­nek z głowy, za­krę­ci­ła się w miej­scu i ci­snę­ła nim z całej siły. Wia­nek po­szy­bo­wał, wi­ru­jąc w po­wie­trzu, i znik­nął mię­dzy drze­wa­mi.

Pa­trzy­li­śmy na sie­bie, od­dy­cha­jąc głę­bo­ko, w jed­nym ryt­mie.

Za­czę­ła roz­pla­tać war­kocz.

 

* * *

 

Gdy wra­ca­li­śmy, w so­sno­wym borze szarzał świt. Tuż przed nami, wprost z igli­wia, wzbi­ła się w po­wie­trze lerka.

Sta­nę­li­śmy w miej­scu, po­dą­ża­jąc za nią wzro­kiem. Znik­nę­ła w sza­rów­ce mię­dzy pnia­mi, a nad nami za­czę­ły ryt­micz­nie roz­brzmie­wać drobne, drżą­ce trele. Krą­ży­ła mię­dzy ko­ro­na­mi sosen, a jej śpiew niósł się po całym borze. Długa, ła­god­na me­lo­dia wzno­si­ła się de­li­kat­nie, prze­ry­wa­na krót­ki­mi, bul­go­czą­cy­mi fra­za­mi, i opa­da­ła do ni­skich, mięk­kich tonów.

Mi­rel­la po­ło­ży­ła mi głowę na ra­mie­niu. Ob­ją­łem ją moc­niej. Za­pach jej wło­sów zmie­szał się z aro­ma­tem ży­wi­cy i po­kry­tych rosą igieł.

Me­lo­dia fa­lo­wa­ła nad bu­dzą­cym się do życia lasem, na prze­mian od­da­la­jąc się i przy­bli­ża­jąc. Lerka śpie­wa­ła coraz spo­koj­niej, z coraz dłuż­szy­mi pau­za­mi, aż słychać było tylko po­je­dyn­cze, prze­cią­głe ćwier­ka­nie. Ostat­ni świer­got za­wi­bro­wał de­li­kat­nie i ucichł.

Po­czu­łem, jak jej ramię nagle drgnę­ło pod moją dło­nią. Spoj­rza­łem na nią py­ta­ją­co.

– Nie sły­chać bęb­nów – po­wie­dzia­ła, marsz­cząc brwi.

Miała rację. Wieś była już nie­opo­dal. Nie sły­sze­li­śmy bęb­nów, pisz­cza­łek, śpie­wów, nic. Tylko szum lasu, brzę­cze­nie owa­dów, raz na jakiś czas z pod­szy­tu ode­zwa­ła się si­kor­ka albo za­gwiz­dał kos.

Po­je­dyn­czy trzask, jakby coś cięż­kie­go ude­rzy­ło w pień drze­wa. Nasze ciała drgnę­ły jed­no­cze­śnie.

Ko­lej­ny. Gło­śniej. Bli­żej.

Cały las za­szu­miał gwał­tow­nie od trze­po­tu pta­ków zry­wa­ją­cych się do lotu; ze­wsząd roz­le­ga­ły się ich krót­kie, ostrze­gaw­cze gwiz­dy.

Cisza.

Po­tęż­ny ło­skot pę­ka­ją­ce­go drze­wa. Zie­mia za­dud­ni­ła, za­czę­ła drgać w nie­rów­nym ryt­mie. Głu­chy, cha­otycz­ny tę­tent niósł się po ściół­ce ni­czym ude­rze­nia wiel­kie­go młota. Coraz bli­żej. Coś po­tęż­ne­go bie­gło wprost na nas. Ciem­ny kształt za­ma­ja­czył mię­dzy drze­wa­mi.

Wy­su­ną­łem się przed nią, chcia­łem krzyk­nąć, żeby ucie­ka­ła, ale jej dłoń za­kry­ła mi usta. Przy­lgnę­ła całym cia­łem. Drugą ręką ob­ję­ła mnie w pasie. Ści­snę­ła mocno. Za­mar­li­śmy w bez­ru­chu, wstrzy­mu­jąc od­dech.

Ja­kieś zwie­rzę, po­my­śla­łem. Niedź­wiedź? Nie przy­po­mi­nał niedź­wie­dzia. Syl­wet­ka zbyt wy­so­ka w bar­kach. Po­ru­szał się dzi­wacz­nie, bez­ład­nie. Wy­sko­czył do przo­du, ale rzu­ci­ło nim w bok. Za­trzesz­cza­ło po­tęż­nie, gdy ude­rzył w pień sosny. Odbił się, opadł na przed­nią koń­czy­nę, aby zła­pać rów­no­wa­gę.

Wtedy zo­ba­czy­łem.

Roz­ca­pie­rzo­ne palce wbiły się w igli­wie.

Ręka. Po­tęż­na.

Stwór miał ludz­ki tułów. Ale nie przy­po­mi­nał czło­wie­ka.

Wy­tra­cił impet. Uniósł trój­ro­gi łeb i ryk­nął nie­ludz­ko. Krew cie­kła ob­fi­cie z pyska i roz­dę­tych noz­drzy.

Sprę­żył się do ko­lej­ne­go skoku. Wybił się z jed­nej nogi, drugą miał pod­wi­nię­tą. Rzu­cił się pro­sto w na­szym kie­run­ku. Czu­łem, że serce Mi­rel­li wali jak osza­la­łe.

Głowa po­le­cia­ła mu w dół, za­mia­ta­jąc po­wie­trze po­tęż­ny­mi ro­ga­mi. Stra­cił rów­no­wa­gę i zarył bar­kiem, wy­da­jąc z sie­bie zdła­wio­ny, char­czą­cy jęk. Zad runął na zie­mię. Oparł się na drżą­cych rę­kach. Krew ka­pa­ła cięż­ko, zo­sta­wia­jąc ciem­ne plamy na igli­wiu. Uniósł pysk, roz­glą­dał się do­ko­ła, wę­sząc chra­pli­wie. Nagle wy­trzesz­czył śle­pia pro­sto na nas.

Za­czął prze­cią­gle rzę­zić. Dy­go­cząc, usi­ło­wał się jesz­cze unieść. Krew bry­zgnę­ła mu z noz­drzy. Ciel­sko szarp­nę­ło się w kon­wul­sji, ro­ga­ty łeb opadł z pla­śnię­ciem.

Znie­ru­cho­miał.

Mi­rel­la zro­bi­ła gwał­tow­ny wdech. Jesz­cze przez dłuż­szą chwi­lę sta­li­śmy tak bez ruchu. Jej uścisk po­wo­li ze­lżał.

Spoj­rze­li­śmy na sie­bie.

– O matko… Co to… Co to jest? – spy­ta­ła drżą­cym szep­tem.

Wie­dzia­łem, co to jest. Z opo­wie­ści ojca. Które usły­szał od swo­je­go ojca. Jako chło­piec uwiel­bia­łem słu­chać o po­two­rach, z któ­ry­mi wal­czy­li nasi przod­ko­wie.

– Tar­wos – po­wie­dzia­łem.

Pod­sze­dłem do ciel­ska. Ude­rzył mnie dła­wią­cy smród, aż cof­ną­łem się o krok, wstrzy­mu­jąc od­dech.

Leżał na boku, za­pad­nię­ty w igli­wie, cały uma­za­ny krwią. Był ogrom­ny. Wo­dzi­łem wzro­kiem po jego ciele.

Przyj­rza­łem się nie­na­tu­ral­nie pod­wi­nię­tej nodze. Sierść po­wy­żej ma­syw­nej, roz­sz­cze­pio­nej ra­ci­cy była zle­pio­na krwią. Za­uwa­ży­łem głę­bo­ką ranę na pę­ci­nie; ścię­gno zo­sta­ło prze­cię­te równo, do kości.

Stopą od­chy­li­łem mu łeb. Zo­ba­czy­łem śmier­tel­ną ranę. Tuż nad oboj­czy­kiem, czy­ste, głę­bo­kie pchnię­cie sze­ro­kim ostrzem. Lekko za­krzy­wio­nym po­środ­ku.

To była rana za­da­na ry­dlem.

Ob­ró­ci­łem się gwał­tow­nie.

– Mi­rel­la…

Pa­trzy­ła na mnie sze­ro­ko otwar­ty­mi ocza­mi, za­kry­wa­jąc usta dłoń­mi.

– Tar­wos nigdy nie ata­ku­je sa­mot­nie.

Spoj­rze­li­śmy jed­no­cze­śnie w kie­run­ku, skąd przy­bie­gła be­stia. W kie­run­ku wsi.

Ru­szy­li­śmy co tchu.

 

* * *

 

Wschod­nia brama była otwar­ta na oścież.

Przed nią stało trzech męż­czyzn. Naj­star­szy z nich, opar­ty na my­śliw­skiej włócz­ni, zer­k­nął w naszą stro­nę i po chwi­li od­wró­cił wzrok. Drugi miał widły, trze­ci sie­kie­rę. Na­rzę­dzia trzy­ma­li nisko, pa­trzy­li tępo w prze­strzeń.

Mi­nę­li­śmy ich bez słowa. Na ulicy, pod ścia­ną bu­dyn­ku ktoś leżał, przy­ci­ska­jąc dło­nie do brzu­cha. Ko­bie­ta klę­cza­ła nad nim, coś do niego mó­wi­ła. Mi­rel­la po­spie­szy­ła do nich.

Ubita zie­mia była sucha i spę­ka­na, po­kry­ta smu­ga­mi krwi, która tu i ów­dzie zbie­ra­ła się w za­głę­bie­niach. W miej­scu, gdzie ze­bra­ło się jej naj­wię­cej, była roz­ma­za­na sze­ro­kim wa­chla­rzem. Wy­mie­sza­na z ku­rzem, ze­sta­li­ła się w cien­ką, szkli­stą sko­ru­pę, która pod butem roz­pa­dła się z trza­skiem. Znów ude­rzył mnie ten dła­wią­cy, nie­po­rów­ny­wal­ny z ni­czym, smród. Do­strze­głem głę­bo­ki od­cisk roz­sz­cze­pio­nej ra­ci­cy, obok roz­cią­gnię­ty ślad dłoni.

Po pra­wej stro­nie zo­ba­czy­łem sze­ro­ką wyrwę w pło­cie. Wy­ła­ma­ne szta­che­ty, wy­pru­te żer­dzie, do któ­rych przy­kle­iły się ciem­ne strzęp­ki sier­ści. Zaj­rza­łem do środ­ka. Grząd­ki ka­pu­sty były roz­ora­ne i stra­to­wa­ne. Ru­szy­łem na prze­łaj po roz­ko­pa­nych re­dli­nach.

Prze­sze­dłem po le­żą­cej pła­sko, wy­rwa­nej z za­wia­sów furt­ce. Krew ciem­nia­ła w sło­jach drew­na, kle­iła się do butów. Sze­ro­ka smuga na kle­pi­sku pro­wa­dzi­ła do ro­ze­rwa­nej lesz­czy­no­wej ple­cion­ki w opłot­ku. Za nią zo­ba­czy­łem roz­bi­ty dach prze­wró­co­ne­go kur­ni­ka.

Pa­trzy­łem w dół. Wśród pta­sich od­cho­dów szu­ka­łem plam krwi, do któ­rych kle­iło się fru­wa­ją­ce wszę­dzie pie­rze. Mi­ną­łem ko­bie­tę, która klę­cza­ła na ziemi i trzy­ma­ła szar­pią­cą się, skrze­czą­cą roz­pacz­li­wie kurę.

Do­sze­dłem do za­pad­nię­tej pry­zmy kom­po­stu wy­mie­sza­ne­go z gno­jów­ką. Przez swoj­ski, kwa­śny za­pach prze­bi­jał mdlą­cy odór juchy tar­wo­sa. Wyrwa w ogro­dze­niu pro­wa­dzi­ła na ko­lej­ne po­dwó­rze.

– Jonas! Je­steś! – Od stro­ny placu do­biegł do mnie głos Jany. – Wi­dzia­łeś tatę? Mó­wi­li, że tędy go gonił ten naj­więk­szy, z ro­ga­mi.

Sze­ro­kie roz­bry­zgi krwi wy­raź­nie się od­zna­cza­ły na roz­rzu­co­nych szcza­pach. Sze­dłem dalej po śla­dach wio­dą­cych mię­dzy sto­sa­mi polan, aż za dre­wut­nię. Tam zna­la­złem ojca.

Leżał na wznak, przy­gwoż­dżo­ny do ziemi ol­brzy­mim to­po­rem wbi­tym głę­bo­ko w pierś. Twarz miał za­la­ną spie­nio­ną juchą, roz­la­ną wokół sze­ro­kim pół­księ­ży­cem. W dłoni wciąż ści­skał trzo­nek rydla.

– Gdzie byłeś? My się w spi­chle­rzu ukry­li­śmy. – Jana pod­cho­dzi­ła coraz bli­żej. – Usły­sza­łam, jak tata mnie woła. Potem z nimi wal­czy­li… Ale jak ucie­kły, to go już nie było.

Sta­łem bez ruchu i pa­trzy­łem.

Tar­wos po­wa­lił go na zie­mię. Ujął topór obu­rącz. Wziął za­mach z wy­sko­ku. Cię­żar to­po­ra po­cią­gnął go do przo­du. Rydel był ostry jak brzy­twa. Oj­ciec w ostat­niej chwi­li pre­cy­zyj­nie go usta­wił. Be­stia sama się na niego na­dzia­ła.

– Sły­szysz mnie w ogóle? Co się… – Nagle urwa­ła.

Za­czę­ła krzy­czeć.

 

* * *

 

Dwa uchwy­ty. Kilka po­zbi­ja­nych desek. Dwa koła.

Pcham wózek przed sobą.

 

* * *

 

Stoję nad nim. Stopy po obu stro­nach. Topór tkwi głę­bo­ko w pier­si. Trzo­nek ster­czy uko­śnie. Chwy­tam obu­rącz.

Jana szar­pie mnie za rękaw. Cała się trzę­sie. Usta sze­ro­ko otwar­te.

Topór nie chce wyjść. Ru­szam trzon­kiem w bok. Raz w jedną stro­nę, raz w drugą. Ciało rusza się razem z nim. Głowa ko­ły­sze się na boki.

Jana bije mnie pię­ścia­mi. W ra­mio­na. W plecy.

Przy­trzy­mu­ję ramię stopą. Cią­gnę gwał­tow­nie za trzo­nek. Ciało pod­ska­ku­je i opada.

Topór wy­szedł. Od­rzu­cam go na bok.

Jana dy­go­cze. Osuwa się na ko­la­na.

Kucam. Jedna ręka pod kar­kiem, druga pod ko­la­na­mi. Pod­no­szę.

Ła­du­ję ciało na wózek.

Pcham wózek przed sobą.

 

* * *

 

Świą­ty­nia. Głów­na sala. Ka­ta­falk przed oł­ta­rzem. Kładę na nim ciało.

 

* * *

 

Za­gaj­nik za wsią. Stłu­mio­ny krzyk. Głos Du­ra­na:

– Było się wtrą­cać? Prze­wró­ci­ła się nie­zda­ra i tyle.

Ka­spar trzy­ma Mi­rel­lę za włosy. Duran ude­rza pię­ścią w brzuch.

Bie­gnę. Jeden cios. Duran leży na ziemi. Ka­spar ucie­ka.

 

– Zła­ma­łeś mu szczę­kę. Chwyć go za kark, o tak, i trzy­maj mocno. – Po­ka­zu­je.

Klę­czę obok głowy Du­ra­na. Trzy­mam z całej siły.

Mi­rel­la chwy­ta go pod brodą. Wkła­da kciu­ki do ust. Szar­pie gwał­tow­nie. Wy­cią­ga maść. Sma­ru­je. Robi opa­tru­nek z dwóch chust. Za­ci­ska mocno.

Wsta­je. Wy­cie­ra ręce w far­tuch.

– Chodź, po­ka­że­my go Kla­rze. W końcu prze­sta­nie się bać.

 

Oj­ciec przy ogro­dze­niu. Pa­trzy na wózek.

– To są spra­wy ży­wych.

Na wózku leży Duran. Jęczy.

– My słu­ży­my umar­łym.

Oj­ciec od­wra­ca się. Na­pra­wia ogro­dze­nie.

Mi­rel­la utyka. Mil­czy.

 

Lu­dzie scho­dzą mi z drogi. Koła toczą się po ubi­tej ziemi.

Żona Du­ra­na. Pur­pu­ro­wa pręga na bladej skro­ni. Pa­trzy na wózek.

– Prze­wró­cił się, nie­zda­ra – mówi Mi­rel­la.

Od­wra­ca­ją wzrok.

 

* * *

 

Ka­spar leży pod po­łu­dnio­wą bramą. Nie zdą­żył jej za­mknąć. Wszę­dzie ślady wiel­kich pta­sich stóp.

Ła­du­ję ciało na wózek.

 

* * *

 

Ciało z od­rą­ba­ną głową. Do przed­ra­mie­nia przy­mo­co­wa­ny bę­be­nek.

Obok ktoś sie­dzi. Trzy­ma ro­ze­rwa­ne dudy. Po­ła­ma­ne pisz­czał­ki. Nie rusza się. Pa­trzy. Drży.

Ścią­gam bę­be­nek.

Głowa leży kilka kro­ków dalej. Kładę ją obok ciała.

 

* * *

 

Plac we wsi. Wy­ga­szo­ne ogni­sko. Zie­mia cała we krwi.

Pcham wózek przed sobą.

Wy­mi­jam ran­nych. To są spra­wy ży­wych.

Drzwi spi­chle­rza. Ciało po­two­ra. Długi, ostry dziób. Ludz­ki tułów prze­bi­ty wi­dła­mi. W dłoni włócz­nia z ka­mien­nym gro­tem. Czar­ne pióra. Żółte stopy. Trzy szpo­ny do przo­du, jeden do tyłu.

Wiem, co to jest. Garan.

Męż­czy­zna leży na boku. Druga włócz­nia ster­czy mię­dzy ło­pat­ka­mi. Chwy­tam za trzo­nek. Cią­gnę. Od­rzu­cam.

 

* * *

 

Nad dziew­czyn­ką klę­czy ko­bie­ta. Głasz­cze ją po wło­sach, coś mówi. Dziew­czyn­ka leży bez­wład­nie. Lnia­na su­kien­ka cała we krwi.

Od­su­wam ko­bie­tę.

Ła­du­ję ciało na wózek.

 

* * *

 

Ulica przy wschod­niej bra­mie.

Mi­rel­la. Kła­dzie mi rękę na pier­si. Wska­zu­je pod ścia­nę.

Pod­no­szę ciało. Kładę na wózku.

Mi­rel­la trzy­ma mnie za ramię. Usta się ru­sza­ją. Łzy na po­licz­kach.

Pcham wózek przed sobą.

 

* * *

 

Ciem­ność. Koła toczą się po ka­mien­nej pod­ło­dze. Kładę ciało obok in­nych.

 

* * *

 

– Po­słu­chaj mnie, Jo­na­sie. – Oj­ciec Bal­ta­zar pa­trzy nad moją głową. – Jakob od­szedł do domu przod­ków. Teraz przej­miesz wszyst­kie jego obo­wiąz­ki. Czy wiesz, co to ozna­cza?

Nie wiem. Po­wo­li kiwam głową.

– Spra­wy ży­wych nie na­le­żą do two­ich obo­wiąz­ków. Bę­dziesz słu­żył umar­łym. Muszę wie­dzieć, że to ro­zu­miesz.

Czeka. Po­now­nie kiwam głową.

– Do­brze. Czy je­steś go­to­wy, by peł­nić po­słu­gę straż­ni­ka umar­łych?

Nie. Po raz trze­ci kiwam głową.

– Do­sko­na­le. Nie za­bie­ram ci już czasu. Masz przed sobą dużo pracy. Za trzy dni przy­bę­dę ze skry­bą, od­bio­rę od cie­bie przy­się­gę.

Od­da­la się.

 

* * *

 

Pod­cho­dzi Mi­rel­la. Głasz­cze mnie po po­licz­ku. Przy­tu­la. Ści­ska mocno. Długo. Chcę od­wza­jem­nić uścisk. Stoję bez ruchu.

– Zajmę się Janą – szep­cze do ucha.

Pod­cho­dzi do mojej sio­stry. Jana pa­trzy na mnie. Usta ma wy­krzy­wio­ne. Dolna warga drży.

Mi­rel­la ją obej­mu­je. Wy­cho­dzą ze świą­ty­ni.

Je­ste­śmy sami.

Pa­trzę na niego po raz ostat­ni. Za­czy­nam za­szy­wać całun.

 

* * *

 

Pa­mię­tam matkę. Pa­mię­tam jej za­pach. Zmar­ła, gdy mia­łem czte­ry lata, po uro­dze­niu Jany. Bę­dzie leżał obok niej.

Za­czą­łem ry­dlem prze­ci­nać darń wzdłuż sznur­ka roz­pię­te­go na wbi­tych w zie­mię koł­kach. Na­zy­wał to otwie­ra­niem ziemi. Wy­ci­na­łem płaty darni na sze­ro­kość stopy, ostroż­nie je pod­wa­ża­łem i prze­no­si­łem w za­cie­nio­ne miej­sce. Znów za­po­wia­dał się upał, więc każdy z nich zra­sza­łem lekko wodą, a cały stos przy­kry­łem płót­nem. Kiedy będę je na po­wrót ukła­dał, darń musi być wciąż wil­got­na, wtedy się do­brze za­skle­pi i zie­mia się za­mknie.

Naj­bar­dziej lubię tę czar­ną zie­mię z wierz­chu, tuż pod dar­nią. Ma świe­ży, leśny, lekko słod­ka­wy za­pach. Jest mięk­ka i grud­ko­wa­ta, kru­szy się w pal­cach. Można ją łatwo wy­brać szpa­dlem.

Głę­biej zie­mia sza­rze­je, robi się zbita i kle­ista. Coraz czę­ściej wy­ma­ga rydla, ale szpa­del był wy­jąt­ko­wo do­brze na­ostrzo­ny, wcho­dził w nią jak w masło. Rydla uży­wa­łem tylko po to, żeby wy­rów­nać ścia­ny. Po­win­ny być ide­al­nie pio­no­we.

Pierw­sze dwie stopy wy­bra­łem szyb­ko. Potem za­czę­ła się glina. Odło­ży­łem szpa­del, już się nie przy­da. Wsze­dłem do środ­ka, za­czą­łem kopać ry­dlem. Tra­fi­łem na ko­rzeń. Od­sło­ni­łem go, był gruby na dwa cale. Wy­star­czy­ło kilka ude­rzeń rydla, żeby go po­rząd­nie na­ciąć. Pod­wa­ży­łem łomem, pu­ścił szyb­ko. Zo­sta­ła po nim dziu­ra w ścia­nie; wy­peł­ni­łem ją gliną i wy­rów­na­łem.

Słoń­ce mocno grza­ło, ale we­wnątrz grobu pa­no­wał chłód. Praca szła teraz mo­zol­nie, zie­mia sta­wia­ła coraz więk­szy opór. Nie było miej­sca na za­mach, więc stop­nio­wo kru­szy­łem glinę, wy­bie­ra­łem, uno­si­łem rydel, żeby ją wy­sy­pać na wał ro­sną­cy obok grobu, wy­rów­ny­wa­łem ścia­ny.

Nagle coś głu­cho stuk­nę­ło, aż za­drża­ło sty­li­sko. Za­czą­łem po­ma­łu zbie­rać glinę kra­wę­dzią rydla, aż uka­zał się ka­mień. Ob­ma­ca­łem dło­nią do­ko­ła. Spory. Wy­bie­ra­łem glinę wokół, naj­pierw ry­dlem, potem rę­ka­mi. Od­sło­ni­łem boki, za­czą­łem wy­grze­by­wać glebę spod ka­mie­nia.

Chwy­ci­łem łom, wsu­ną­łem pod kra­wędź. Na­par­łem bio­dra­mi. Ka­mień ani drgnął.

Wzią­łem rydel, za­czą­łem pod­ko­py­wać głę­biej. Odło­ży­łem rydel, chwy­ci­łem łom, wbi­łem głę­bo­ko pod ka­mie­niem, po­ru­sza­łem nim gwał­tow­nie, żeby roz­kru­szyć glinę, za­czą­łem wy­bie­rać ją od spodu. Wsu­ną­łem łom głę­bo­ko, za­par­łem się no­ga­mi o ścia­nę, za­czą­łem cią­gnąć.

Ka­mień ani drgnął.

Wy­bra­łem glinę głę­bo­ko po obu stro­nach. Ponownie wbi­łem łom, pod innym kątem. Na­par­łem z całej siły. Ze­śli­zgnął się gwał­tow­nie i ude­rzył mnie w pisz­czel. Jęk­ną­łem z bólu.

Wa­li­łem na oślep, w ka­mień, w ścia­ny; brył­ki gliny ude­rza­ły mnie w twarz. Krzy­cza­łem. Ci­sną­łem z za­ma­chu łomem, odbił się z me­ta­licz­nym brzę­kiem od ka­mie­nia i upadł na zie­mię.

Przy­kuc­ną­łem. Wsu­ną­łem dło­nie pod ka­mień. Spią­łem brzuch. Na­tę­ży­łem plecy do gra­nic moż­li­wo­ści. Za­czą­łem cią­gnąć z nóg i bio­der. Wrzesz­cza­łem bez prze­rwy, ile sił w płu­cach.

Ka­mień drgnął.

Gniaz­do pu­ści­ło z mo­krym od­gło­sem. Wzią­łem głę­bo­ki od­dech. Za­czą­łem prze­wa­lać ka­mień po dnie grobu, prze­su­wać krót­ki­mi szarp­nię­cia­mi. Opar­łem o skar­pę.

Za­par­łem się ple­ca­mi, cią­gną­łem rę­ka­mi, pcha­łem no­ga­mi, uno­si­łem ka­mień cal po calu, na­par­łem ra­mie­niem. Ka­mień wy­su­nął się ponad kra­wędź i wy­padł na po­wierzch­nię.

Osu­ną­łem się ple­ca­mi po ścia­nie grobu. Ręce i nogi dy­go­ta­ły, nie byłem w sta­nie się pod­nieść. Za­mkną­łem oczy i tak le­ża­łem, cięż­ko dy­sząc.

Ciało Ka­spa­ra z wy­dzio­ba­nym okiem.

Ciało Ar­nau­ta z od­rą­ba­ną głową.

Ciało Falka z dziu­rą zie­ją­cą w klat­ce pier­sio­wej.

Ciało mło­dziut­kiej Leny.

Ciało Ra­imo­na roz­ora­ne pa­zu­ra­mi.

Ciało ojca przy­gwoż­dżo­ne to­po­rem. Twarz za­la­na spie­nio­ną krwią.

Pio­no­wy głaz na tle roz­gwież­dżo­ne­go nieba. Mi­rel­la za­my­ka oczy, roz­chy­la usta, od­dy­cha coraz szyb­ciej. Me­da­lion mię­dzy pier­sia­mi ja­śnie­je księ­ży­co­wym bla­skiem.

Jej ciało. Cie­pło jej warg na moich war­gach. Dotyk jej dłoni na moim ciele.

Moje ciało.

Otwo­rzy­łem oczy. Moje ciało drża­ło na zim­nej gli­nie. Wy­gra­mo­li­łem się z grobu. Le­ża­łem na ple­cach. Wdy­cha­łem słod­ki za­pach ziemi. Wdy­cha­łem gorz­ki za­pach róż. Słoń­ce ogrze­wa­ło mi twarz.

Sta­ną­łem na trzę­są­cych się no­gach. Po­sze­dłem do świą­ty­ni. Chwy­ci­łem całun i prze­cią­gną­łem ojca z ka­ta­fal­ku na wózek. Po­wo­li nad­je­cha­łem nad kra­wędź grobu. Pod­kli­no­wa­łem koła.

Wsu­ną­łem do grobu deskę, opar­łem z jed­nej stro­ny o dno, z dru­giej o brzeg. Prze­chy­li­łem wózek, trzy­ma­jąc całun, po­wo­li zsu­ną­łem ciało na dno grobu. Ostroż­nie wy­su­ną­łem spod niego deskę.

Od­sta­wi­łem wózek. Chwy­ci­łem ło­pa­tę. Była osadzona na nowym, jesionowym stylisku, wygładzonym i pokrytym bejcą.

Chwie­jąc się, wbi­łem ło­pa­tę w wał po­kru­szo­nej gliny i za­czą­łem za­sy­py­wać grób. Całun zni­kał pod war­stwą sza­rych, lep­kich gru­dek. Ma­rzy­łem już tylko o tym, żeby to się skoń­czy­ło. Żeby w końcu zie­mia za­mknę­ła się nad nim.

Usy­pa­łem pierw­szą war­stwę, na wy­so­kość stopy. Za­bra­łem się do jej ubi­ja­nia.

Przy pierw­szym ude­rze­niu ubi­jak pękł na pół.

Koniec

Komentarze

Nie ma się do czego przyczepić. Dobry tekst. Podobało mi się, choć fantasy to nie do końca mój klimat. Ale sugestywny styl i w ogóle sposób opowiadania tej historii robi robotę. Trochę się zgubiłem przy tej retrospekcji o matce – gdzie się ona kończy, ale drugie spojrzenie na ten fragment i wszystko ok.

Pozdrawiam!

Bardzo podoba mi się wykorzystanie zapachów. Opowiadanie od razu robi się bardziej lepkie, dające się bardziej poczuć. Ciekawie prowadzisz dialogi. Nie tłumaczą bezpośrednio wszystkiego. 

To co z czasem zaczęło mi przeszkadzać, to nadmiar określeń. Niemal wszystko musi być jakieś. A nie zawsze jest to potrzebne.

Dla przykładu:

 

 Moje ciało zapłonęło piekącym bólem. Woda była przeszywająco lodowata. Nie mogłem złapać tchu; szczęki zacisnęły się jak imadło. Przez chwilę nie czułem nic oprócz przeraźliwego zimna. Zaraz potem przyszła niespodziewana ulga

W mojej ocenie “piekącym”, “przeszywająco”, “przeraźliwego” można wyciąć, a w odbiorze i tak nie tracisz charakteru odczucia.

Tutaj:

 

Po chwili ojciec zawołał mnie po imieniu. Co znowu? – pomyślałem zirytowany.

Usunąłbym "po chwili"(powtórzenie) i "po imieniu"(moim zdaniem niepotrzebnie wydłuża tekst)

 

Świetnie ukazałeś emocje, które żywi Jonas do Mirelli. Mimo, że niewiele o nich jest napisane, to od samego początku wiadomo, co on do niej czuje. Dzięki temu scena, której nie opisujesz, a dzieje się w głowie czytelnika gdzieś pomiędzy : "Zaczęła rozplatać warkocz" a "Gdy wracaliśmy…" wybrzmiewa lepiej niż gdyby była opisana.

Później to co stało się z tarwosem odbieram jakoby szamotał się od zadanych ran.

 

Niestety, to co dzieje się później w tekście jest dla mnie bardzo niezrozumiałe. Zaczynając od ciała z toporem (przydałoby się jaśniejsze określenie, że to jest ciało ojca, bo dopiero pod koniec staje się to jasne, a tutaj mi to przeszkadza w odbiorze).

Później nie odpowiadają mi te urwane fragmenty. Rozumiem, że to są retrospekcje, ale kompletnie nie wiem, o co w nich chodzi. Czytając to czuję tylko jedno: wszystko dzieje się szybko, ale właściwie to nie wiem, co się dzieje.

Na koniec opisujesz ciała po kolei i wychodzi na to, że Mirella nie żyje, albo Jonas tylko ma takie urojenie… W każdym razie pogubiłem się w tym.

 

Hmmm… Mniej więcej do połowy tekst bardzo mi się podobał, ale to co dzieje się później, sprawia, że go nie rozumiem i wręcz czuję irytację z tego powodu. Może to swego rodzaju zabieg artystyczny, ale mnie on przeszkadza. Jedno nie ulega jednak wątpliwości: początek jest bardzo przyjemny, klimatyczny i lepki. 

Hej! 

Cieszę się, że opowiadanie odpoczęło i wypełzło na świat! :D 

Ma klimat, ciekawych bohaterów i intrygującą historię o przeznaczeniu. Przeczytałam z przyjemnością!

Cieszę się, że mogłam się przydać podczas bety. Choć wcale nie musiałam wiele marudzić. :) 

Klikam do biblioteki! 

 

Pozdrawiam serdecznie! 

Podążaj za białym królikiem.

Grześku_W, dziękuję za przeczytanie i pozytywny komentarz! Skoro fantasy to nie Twój klimat, to tym bardziej mnie cieszy. Pozdrawiam!

 

jfrydr, dziękuję za przeczytanie, konkretne uwagi oraz (cytując Tarninę) rozwijające doświadczenie wielkiej dziury między tym, co chciałem napisać, a tym, co czytelnik odczytał. Cieszy mnie niezmiernie twoje użycie słowa „lepki” – to znaczy, że w pierwszej części styl i narracja zadziałały tak, jak tego oczekiwałem. Co do uwag, to potrzebuję trochę czasu, żeby wszystko przemyśleć. Teraz zaś mogę spróbować wytłumaczyć, o co mi chodziło.

 

Jonas jest nadwrażliwy sensorycznie, bez przerwy rejestruje zmysłowe wrażenia, dla niego wszystko jest jakieś. (Aczkolwiek zdarzyło mi się też wstawiać określenia bardziej po to, by utrzymać rytm, no i fajnie mi brzmiały.)

Zdawałem sobie sprawę, że pisanie na granicy dezorientacji czytelnika to ryzykowna decyzja. No cóż, nadszedł czas próby.

czuję tylko jedno: wszystko dzieje się szybko, ale właściwie to nie wiem, co się dzieje.

Hmm… najgorsze jest to, że o to mi mniej więcej chodziło. Ta zmiana narracji miała oddać dysocjację okołotraumatyczną. (Zaglądam w notatki) Dezorientacja. Depersonalizacja. Derealizacja. Fragmentaryzacja pamięci i percepcji. Zaburzone poczucie czasu. Automatyzm ruchów.

Jonas został wytrącony ze swojego ciała, stąd kompletny brak sensorycznych określeń. Nie odróżniał rzeczywistości od intruzyjnych wspomnień (związanych z przemocą i transgresją). W tym stanie mógł wykonywać tylko motorycznie wyuczone rutynowe czynności: ładowanie ciał, pchanie wózka, potakiwanie, kopanie grobu. Przy czym kopanie grobu go na powrót uziemiło (ha, dosłownie), więc narracja zaczęła się sklejać. On generalnie nie rozumie swoich emocji, reguluje je przez rytuał, jakim jest dla niego fizyczna praca z ziemią.

Na koniec opisujesz ciała po kolei i wychodzi na to, że Mirella nie żyje, albo Jonas tylko ma takie urojenie… W każdym razie pogubiłem się w tym.

W tej wizji na dnie grobu ciało Mirelli było żywe i to bardzo. Nawet przyszło mi do głowy, że ktoś może z rozpędu pomyśleć inaczej, więc dodałem „ciepło jej warg na moich wargach”. To wspomnienie tej nienapisanej sceny między rozplatanym warkoczem a świtem w sosnowym borze. Można śmiało założyć, że Jonas nigdy wcześniej nie miał z takowymi doznaniami do czynienia, a biorąc pod uwagę jego somatyzację emocji, nadwrażliwość sensoryczną oraz warunki magicznego wyostrzenia zmysłów, to doznanie było dla niego niewyobrażalnie intensywne. Dzięki jego wspomnieniu znów poczuł swoje własne ciało.

 

No i taki mniej więcej cel mi przyświecał, żeby wsadzić czytelnika nie tylko do głowy Jonasa, ale też do jego ciała. Na ile mi to wyszło… ech, pisanie jest trudne.

 

Dzięki ponowne za cenne uwagi (ciało ojca już jasno oznaczyłem), wszystko jeszcze porządnie przemyślę. Pozdrawiam!

 

Marszawo, należą Ci się specjalne podziękowania za przekonanie mnie do publikacji. Za klika również bardzo dziękuję i pozdrawiam!

Sam pomysł ukazania poprzez narrację zmiany percepcji jest moim zdaniem świetny i nie neguję go. Uważam wręcz, że pokazuje, że autor rozumie mechanizmy zachodzące w umyśle osoby poddanej stresowi. Nie uważam, żeby należało to likwidować. Ale w moim odbiorze narracja rozpada się za bardzo. Do tego stopnia, że czytając to, tracę poczucie zrozumienia historii. 

Jeśli miałbym osobiście coś doradzić, to trochę złagodziłbym skrajności narracji, nie dlatego, że rozpad percepcji bohatera jest zbyt duży, tylko dlatego, że doprowadza to do utraty zrozumienia fabuły. Ograniczyłbym częściowo określenia na początku i zmniejszył ilość retrospekcji oraz dookreśliłbym w tekście, że to są flesze w umyśle. W końcowym fragmencie, w moim odbiorze “ciepłe usta” nie wystarczają, bym nie odniósł wrażenia, że ona umarła. 

Po dłuższym przemyśleniu, dochodzę do wniosku, że początek tekstu tak bardzo mnie zainteresował, że utrata zrozumienia dalszej części tekstu doprowadziła mnie do irytacji i poczucia utraty ciekawej historii. To chyba dobry znak.

Hmm… to nie będzie łatwe. Dezorientacja jest zamierzona, chciałem wybić czytelnika z rytmu i go zasypać fragmentami układanki, ale żeby mógł je samodzielnie poukładać, nie wpadając w irytację i zniechęcenie. No to sobie zabiłem ćwieka.

Fajnie byłoby mieć taki pstryczek wywołujący amnezję, żebym mógł to przeczytać, nie mając pojęcia, o co mi chodziło.

 W końcowym fragmencie, w moim odbiorze “ciepłe usta” nie wystarczają, bym nie odniósł wrażenia, że ona umarła. 

Najpierw zająłem się tym problemem, bo taka interpretacja to katastrofa. Doszedłem do wniosku, że to niezamierzony efekt anafory, więc ją przełamałem. Myślę, że teraz Mirella jest jednoznacznie żywa.

Niezwykle spodobało mi się wielce malownicze opisanie doświadczeń Jonasa – zarówno przy pracach ogrodniczych, jak i później, z Mirellą na świętej polanie, a także szalenie realistyczne obrazy przygotowań do pochówku i kopania grobu.

I tylko szkoda, że nie wiem, co pod nieobecność pary bohaterów wydarzyło się we wsi – czym były potwory, które ją nawiedziły i skąd się wzięły. Bo z wcześniej wypowiedzi Jonasa zrozumiałam, że znał je z dawnych opowieści przodków, a tu nagle się zmaterializowały. Dlaczego?

Nul, mam nadzieję, że poprawisz usterki, bo chciałabym zgłosić opowiadanie do Biblioteki.

 

– Po­ka­za­łem na konew. → – Po­ka­za­łem konew.

Pokazujemy coś, nie na coś.

 

aż ten za­tlił się ci­chym syk­nię­ciem. → Syknięcie chyba się nie tli.

Pewnie miało być: …aż ten za­tlił się z ci­chym syk­nię­ciem.

 

na­bra­łem wody do czer­pa­ka i wy­la­łem na sie­bie.

Moje ciało za­pło­nę­ło pie­ką­cym bólem. → Zbędny zaimek – skoro wylał wodę na siebie, bólem nie mogło zapłonąć cudze ciało.

 

całe na­pię­cie od­pły­nę­ło z mo­je­go ciała. → Zbędne dookreślenie. Wystarczy: …całe na­pię­cie od­pły­nę­ło.

 

po­je­dyn­cze źdźbła w ja­skra­wo zie­lo­nej tra­wie. → …po­je­dyn­cze źdźbła w ja­skra­wozie­lo­nej tra­wie.

 

Wy­bu­chła śmie­chem. → Wy­bu­chnęła śmie­chem.

http://okiem-filolozki.blogspot.com/2013/06/zniko-czy-znikneo-wybucho-czy-wybuchneo.html

 

za­czę­ły ryt­micz­nie roz­brzmie­wać jej drob­ne, drżą­ce trele. → Nie wydaje mi się, aby dźwięki, tu trele, mogły być drobne.

Proponuję: …za­czę­ły ryt­micz­nie roz­brzmie­wać jej krótkie, drżą­ce trele.

 

Wieś była już nie­opo­dal. Nie było sły­chać bęb­nów… → Nie brzmi to najlepiej.

Może w drugim zdaniu: Nie słyszeliśmy bęb­nów…

 

żeby go po­rząd­nie na­ciąć. Pod­wa­ży­łem go łomem, pu­ścił szyb­ko. → Drugi zaimek jest zbędny.

 

Wsu­ną­łem łom głę­bo­ko, za­par­łem no­ga­mi o ścia­nę, za­czą­łem cią­gnąć. → Pewnie miało być: Wsu­ną­łem łom głę­bo­ko, za­par­łem się no­ga­mi o ścia­nę, za­czą­łem cią­gnąć.

 

Spią­łem brzuch. Na­pią­łem plecy do gra­nic moż­li­wo­ści. → Nie brzmi to najlepiej.

Proponuję: Spią­łem brzuch. Natężyłem plecy do gra­nic moż­li­wo­ści.

 

Za­bra­łem się za jej ubi­ja­nie. → Za­bra­łem się do jej ubi­ja­nia.

http://filologpolski.blogspot.com/2016/11/brac-siewziac-sie-za-cos-brac-siewziac.html

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

regulatorzy, dziękuję niezmiernie za wskazanie usterek, już je poprawiłem. Chyba ze sto razy ten tekst sprawdzałem i ich nie wyłapałem…

Niezwykle spodobało mi się wielce malownicze opisanie doświadczeń Jonasa – zarówno przy pracach ogrodniczych, jak i później, z Mirellą na świętej polanie, a także szalenie realistyczne obrazy przygotowań do pochówku i kopania grobu.

Cieszę się ogromnie, to bardzo dla mnie ważne! Napracowałem się, żeby czasem nikt mi nie zarzucił: „No co ty, nigdy grobu nie kopałeś?”. Czego to ja się dowiedziałem o procesach glebotwórczych! To jest gleba płowa o profilu Ap-Et-Bt-C. Ten głaz narzutowy tkwił tam przez dwadzieścia tysięcy lat.

I tylko szkoda, że nie wiem, co pod nieobecność pary bohaterów wydarzyło się we wsi – czym były potwory, które ją nawiedziły i skąd się wzięły. Bo z wcześniej wypowiedzi Jonasa zrozumiałam, że znał je z dawnych opowieści przodków, a tu nagle się zmaterializowały. Dlaczego?

Przyczyny są złożone, musiałbym wyłożyć lokalną historię, politykę, gospodarkę… To jest problem z narracją pierwszoosobową. Jonas nie ma pojęcia, więc czytelnik też nie może się dowiedzieć. Myślałem, że to jednorazowa przygoda, bo strasznie mnie wymęczyło to pisanie, ale zaczęły mi się pojawiać w głowie dziwne pomysły na cały cykl, więc może kiedyś o tym opowiem.

Nie wydaje mi się, aby dźwięki, tu trele, mogły być drobne.

Proponuję: …zaczęły rytmicznie rozbrzmiewać jej krótkie, drżące trele.

Masz rację oczywiście. Chciałem wprowadzić aliterację, ale „krótkie” też dobrze brzmi: rr, rr, krr, drr, trr! Słuchanie nagrań śpiewu lerki to była jedna z przyjemniejszych części pracy.

 

Jeszcze raz ogromnie dziękuję i pozdrawiam serdecznie.

Bardzo proszę, Nul. Ogromnie się cieszę, że uznałeś uwagi za przydatne. :)

Dziękuję za wyjaśnienia i pozostaję z nadzieja, że pojawiające się w Twojej głowie pomysły zmaterializują się w postaci cyklu ciekawych opowiadań. Powodzenia!

A skoro dokonałeś poprawek, mogę udać się do klikarni. :)

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Witam,

 

Chwyciłem nóż i ostrożnie wsunąłem go w szczelinę, delikatnie podważając.

Tu mam wątpliwości z imiesłowem (ktoś już nazwał mnie pierwszym łowcą imiesłowów, ale bez przesady ;) ) – w pierwszych dwóch członach jest czas dokonany, w ostatnim imiesłów odnosi się do czynności niedokonanej. Albo trzeba zmienić na wsuwałem, albo na podważywszy

 

jak deszcz iskier sypie się na suchy mech, aż ten zatlił się z cichym syknięciem.

Pierwsze można zamienić na opada zamiast sypie się

Łodygi skręcały się z trzaskiem, a pokryte czarnymi plamami liście zwijały się,

Tutaj nie mam na razie pomysłu

 

Ze wsi zaczął się ciągnąć odgłos dzwonów.

Opcjonalnie w ramach walki z siękozą można zmienić na Od wsi rozbrzmiewały dzwony

 

położyła dłoń na moim ramieniu.

Położyła mi dłoń na ramieniu (polska składnia zamiast angielskiej)

 

Krążyła między koronami sosen, a jej śpiew niósł się po całym borze.

Już było jej w poprzednim zdaniu. Tu można usunąć.

 

położyła głowę na moim ramieniu

położyła mi głowę na ramieniu

 

Była osadzona na nowym, jesionowym stylisku. Drewno było wygładzone i pokryte bejcą.

Może: Była osadzona na nowym, jesionowym stylisku, wygładzonym i pokrytym bejcą.

 

Całość ładna, choć rwane opisy (wydaje mi się, że oddają chaos myśli bohatera) wymagają skupienia przy odbiorze. Nie zawsze jest jasne, gdzie jesteśmy i co się stało – w moim odbiorze to również efekt “rozedrgania”, kiedy trafił do wioski.

Bardzo starannie napisane opisy. Wdzięcznie stworzona relacja bohatera z Mirellą, świetna “chemia” tej dwójki, dobre dialogi i opis interakcji.

 

Hm, widzę tu głębszą myśl, i to nie nakładaną łopatą. Ładne odniesienia do mniej znanej mitologii, w tym celtycki byk (choć to chyba bardziej pierwotny, indoeuropejski motyw).

 

Moim zdaniem to jedno z lepszych opowiadań w miesiącu, warte podwójnego klikania.

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

Ogromne dzięki za uważną lekturę i celne uwagi!

 

Odbiór odpowiada moim intencjom, co mnie niezmiernie cieszy. Długo nie wiedziałem jak napisać, co się działo między znalezieniem ojca, a kopaniem grobu. W końcu wpadłem na pomysł, żeby przez narrację oddać objawy dysocjacji okołotraumatycznej i wszystko napisałem podczas jednego długiego flow, po czym okazało się, że lektura jest bardzo ciężkostrawna, więc mocno to przeredagowałem, ale i tak zdaję sobie sprawę z ryzyka utraty uwagi czytelnika.

 

Chwyciłem nóż i ostrożnie wsunąłem go w szczelinę, delikatnie podważając.

Znać oko łowcy imiesłowów! Oczywiście wsuwałem.

 

jak deszcz iskier sypie się na suchy mech, aż ten zatlił się z cichym syknięciem.

Tu użyłem siękozy do instrumentacji opisu krzesania ognia.

 

Łodygi skcały się z trzaskiem, a pokryte czarnymi plamami liście zwijały się,

Tu też instrumentacja, ale teraz myślę, że może lepiej będzie: liście się zwijały, uwalniając

 

Ze wsi zaczął się ciągnąć odgłos dzwonów.

A to już siękoza złośliwa, poprawiłem. Dzięki za wskazanie wszystkich usterek!

 

Jestem bardzo wdzięczny za wyrażenie pozytywnej opinii, poczułem dzięki temu satysfakcję z ciężkiej pracy. Nie sądziłem, że pisanie opowiadań może być tak wyczerpujące!

 

Pozdrawiam serdecznie

 

Witaj. :)

 

Zachęcona nominacją przybywam. :)

Kwestie językowe i sugestie oraz wątpliwości (jedynie do przemyślenia):

Z twarzą przy samej ziemi zacząłem wycinać pędy u samej nasady i wrzucać je do kosza. – powtórzenie?

Przez chwilę się wahałem, stojąc bez ruchu. W końcu westchnąłem, poszedłem do szopy i zacząłem szukać dłuta. Po chwili ojciec zawołał mnie po imieniu. – i tu?

Aż zgięła się wpół, trzymając się za brzuch. – i tu?

Przede mną rozpościerała się spowita świetlistą mgłą polana, na samym środku tkwił ogromny (przecinek?) pionowy głaz.

 

Czy ta aliteracja jest celowa?:

Pęknie przy pierwszym uderzeniu.

 

Czy wypowiedzi dziewczyny nie powinny być połączone – czemu je rozdzieliłeś?:

Wybuchnęła śmiechem. Aż zgięła się wpół, trzymając się za brzuch.

Wiedziałam! – zdołała wydusić z siebie i znów nią zawładnął niepohamowany chichot. Dłuższą chwilę usiłowała złapać oddech.

Nie mogłam się doczekać, kiedy ci to powiem! Twoja mina! – wciąż się zanosiła śmiechem.

Żartuje sobie. Dotarło do mnie, że stałem z rozdziawionymi ustami. Zamknąłem je pospiesznie.

 

 

Zaczęła rozplatać warkocz. Gdy wracaliśmy, w sosnowym borze zaczynał szarzeć świt. – powtórzenie?

Zniknęła w szarówce między pniami, a nad nami zaczęły rytmicznie rozbrzmiewać jej krótkie, drżące trele. Krążyła między koronami sosen, a jej śpiew niósł się po całym borze. – i tu?

Zapach jej włosów zmieszał się z aromatem żywicy i pokrytych rosą igieł. Melodia falowała nad budzącym się do życia lasem, na przemian oddalając się i przybliżając. Lerka śpiewała coraz spokojniej, z coraz dłuższymi pauzami, aż jej głos zamienił się w pojedyncze, przeciągłe ćwierkanie. Ostatni świergot zawibrował delikatnie i ucichł. Poczułem, jak jej ramię nagle drgnęło pod moją dłonią. Spojrzałem na nią pytająco. – i tutaj?

– Gdzie byłeś? My się w spichlerzu ukryliśmy – Jana podchodziła coraz bliżej. – błędny zapis dialogu (brak kropki)?

– Przewrócił się (przecinek?) niezdara – mówi Mirella.

Wybrałem glinę głęboko po obu stronach. Wbiłem łom pod kamień z drugiej strony, pod innym kątem. – powtórzenie?

Wrzeszczałem bez przerwy (przecinek?) ile sił w płucach.

 

Zagajnik za wsią. Stłumiony krzyk. Głos Durana:

– Było się wtrącać? Przewróciła się niezdara i tyle.

Kaspar trzyma Mirellę za włosy. Duran uderza pięścią w brzuch.

Biegnę. Jeden cios. Duran leży na ziemi. Kaspar ucieka.

– co do tego fragmentu mam pewną niejasność, bo posługujesz się przy wszystkich przerywnikach krótkimi, zdawkowymi zdaniami. Czy dobrze rozumiem? – Duran uderzył dziewczynę w brzuch, aby poroniła? To są wspomnienia, czy to dzieje się obecnie?; czemu Duran ją atakował – przecież miał żonę?

 

 

Opisywane zajęcia głównego bohatera są zaprezentowane tak drobiazgowo, że przy czytaniu mimowolnie skupia się na nich całą uwagę. A jednak pokazujesz pomiędzy jego pracą niemniej istotne kwestie: obrzędy, zachowanie ojca względem syna, wspomnienia zmarłej matki, miłość, stosunek mieszkańców do grabarzy, ataki potworów kiedyś i teraz, ich wygląd, sposób walki… Nieco dziwi, czemu wioska nie zabezpieczała się przed drapieżnymi stworami, skoro ataki już wcześniej nastąpiły. Przychodzi mi do głowy coś na kształt wielkiego muru, czy wysokiego, drewnianego płotu, palisady itp. (coś, co np. było w „King Kongu”). :)

 

 

(kadr z “King Konga”, imdb.com)

 

Ciekawe podejście do pomysłu oraz jego realizacja zasługują moim zdaniem na podwójny kliczek. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :)

Pecunia non olet

To jeszcze dodam, że scena kopania grobu była opisana bardzo trafnie. Nie kopię wprawdzie grobów :) , ale zdarza mi się wykopywać inne rzeczy, również głębokie, w glinie i z kamieniami, więc ujęła mnie plastyczność opisu i oddanie czynności słowami. W literaturze jest mało wzorców i doceniam wysiłek twórczy!

It is not who I am underneath, but what I do that defines me

bruce, stokrotne dzięki za szczegółową łapankę i bardzo pomocne uwagi! Za kliczki również dziękuję :), poprawki już naniesione.

Czy ta aliteracja jest celowa?: Pęknie przy pierwszym uderzeniu.

Celowa, to zapowiedź aliteracji w ostatnim zdaniu: Przy pierwszym uderzeniu ubijak pękł na pół.

Czy dobrze rozumiem? – Duran uderzył dziewczynę w brzuch, aby poroniła? To są wspomnienia, czy to dzieje się obecnie?; czemu Duran ją atakował – przecież miał żonę?

To intruzyjne wspomnienia przemocy, Jonas nie odróżnia ich od obecnych wydarzeń. Fragmentacja pamięci i percepcji oraz zaburzone poczucie czasu to objawy dysocjacji okołotraumatycznej. Starałem się wstawiać naprowadzające wskazówki, ale zdaję sobie sprawę, że narracja, na którą się zdecydowałem, mocno utrudnia odtworzenie biegu wydarzeń, zwłaszcza że Jonas nie o wszystkim wie, a czytelnik jest niestety ograniczony do jego specyficznej perspektywy.

A to było tak: Duran jest drwalem i przemocowym mężem Klary, którą pobił tak mocno, że poroniła. Mirella przyszła jej pomóc i szybko zorientowała się w sytuacji, choć wystraszona Klara potwierdzała słowa Durana, że „przewróciła się”. W tej społeczności funkcjonuje coś w rodzaju poufnego matriarchatu, takie rzeczy nie uchodzą na sucho. Mirella zapowiedziała interwencję, więc Duran postanowił temu zaradzić, ją również zastraszając. Do pomocy wziął kolegę z wyrębu, Kaspara, razem zaciągnęli Mirellę do zagajnika i tam zastał ich Jonas.

Wspomnienia wróciły akurat teraz, bo to też była nieprzepracowana trauma: Jonas dopuścił się brutalnej przemocy fizycznej (gdyby nie interwencja Mirelli, Duran by tego nie przeżył) oraz złamał zasadę, której był uczony od dziecka i na oczach całej wsi wiózł żywego Durana na wózku na zwłoki.

Nieco dziwi, czemu wioska nie zabezpieczała się przed drapieżnymi stworami, skoro ataki już wcześniej nastąpiły. Przychodzi mi do głowy coś na kształt wielkiego muru, czy wysokiego, drewnianego płotu, palisady itp.

Fakt, że do wsi prowadzą bramy nie wskazuje na to, że jest ufortyfikowana? Do masakry by nie doszło, gdyby Kaspar zdążył zamknąć południową bramę, a nocna zabawa nie uśpiła czujności mieszkańców.

Mogę spróbować gdzieś wyraźniej wspomnieć, że wieś jest otoczona wysoką palisadą. Drzew do jej budowy mają pod dostatkiem. Glinę na cegły też mają, ale zbudowanie muru wymagałoby wykwalifikowanego strycharza.

Jeszcze raz dziękuję i serdecznie pozdrawiam!

 

marzan, dziękuję za tę uwagę, bo to znaczy, że research się opłacił! W kopaniu w ziemi mam niewielkie doświadczenie. Kopałem kiedyś latrynę, ale w glebie rdzawej, jak się przy okazji teraz dowiedziałem.

Wszystko rozumiem, jasne. :)

Powodzenia przy Piórkach, pozdrawiam serdecznie i również dziękuję. :)

Pecunia non olet

Hejka!

Świetnie opisujesz przyrodę i codzienność. Wszystkie zapachy, ziemia, róże, las – wszystko działa na wyobraźnię i buduje klimat. Ostatnie zdanie z pękającym ubijakiem to kapitalna klamra i bardzo mocny symbol. Naprawdę świetne opowiadanie, klimatyczne, emocjonalne i napisane z dużym wyczuciem. 

Pozdrawiam!

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

betweenthelines, bardzo dziękuję za przeczytanie! Cieszę się bardzo, że Ci się podobało, dużo to dla mnie znaczy!

Urwała nagle.

Co urwała? Śmiech? Od ostatniej wzmianki o tym minęło kilka zdań, wyszło troszkę nielogicznie.

– Nie słychać bębnów – powiedziała, marszcząc brwi.

Miała rację. Wieś była już nieopodal. Nie słyszeliśmy bębnów, piszczałek,

Może “muzyki” w kwestii dialogowej?

Krew kapała ciężko,

Ciężko? 

Leżał na boku, zapadnięty w igliwie, cały umazany krwią. Był ogromny. Wodziłem wzrokiem po jego ciele.

Z racji, że dalej tez masz formę czasownika “być”, napisałbym: Leżał na boku, ogromny, zapadnięty w igliwie, cały umazany krwią. Wodziłem wzrokiem po jego ciele.

 

Zauważyłem głęboką ranę na pęcinie; ścięgno zostało przecięte równo, do kości.

Stopą odchyliłem mu łeb. Zobaczyłem śmiertelną ranę. Tuż nad obojczykiem, czyste, głębokie pchnięcie szerokim ostrzem. Lekko zakrzywionym pośrodku.

To była rana zadana rydlem.

A to tak da się z pewnością stwierdzić? Nie neguję, szczerze pytam.

Minęliśmy ich bez słowa. Na ulicy, pod ścianą budynku ktoś leżał, przyciskając dłonie do brzucha. Kobieta klęczała nad nim, coś do niego mówiła. Mirella pospieszyła do nich.

Za dużo.

Tarwos powalił go na ziemię. Ujął topór oburącz. Wziął zamach z wyskoku. Ciężar topora pociągnął go do przodu. Rydel był ostry jak brzytwa. Ojciec w ostatniej chwili precyzyjnie go ustawił. Bestia sama się na niego nadziała.

Hmm. Chyba podmioty się mieszają.

Usta szeroko otwarte.

kogo usta?

 

Też się trochę pogubiłem, ale komentarze wyprowadziły mnie na prostą. W miarę rozumiem, co chciałeś przekazać, ale zgadzam się, że nie jest to widoczne na pierwszy rzut oka. I nie wiem, czy uważniejsza lektura, nawet podwójna, pozwoliłaby mi w pełni wszystko zrozumieć. Bo zauważ, że nikt z czytających nie połapał wszystkich faktów i raczej gdybali. Tutaj nie chcę się powtarzać, ale jfrydr napisał duzo ciekawych uwag. Nie zrozum mnie źle, opowiadanie bardzo mi się podobało, ale opowiadanie trudne nie równa się temu, że może być częściowo niezrozumiałe. Samo stawianie na opowiadania trudne szanuję i trzymam kciuki w kolejnych.

Piękne opisy, naprawdę. Zauważyłem, że wiele osób na forum nie odnosi się w opisach do wszystkich zmysłów. Opisuje co bohater widzi, czasem co słyszy, czasem co czuje, ale węch jest bardzo pomijany, a połączenie tych zmysłów razem, daje pełny opis, żeby spowodować, że scena jest filmowa (oczywiście nie w każdym przypadku trzeba wyjeżdżać z każdym zmysłem, stopniowo, myślę, że wiesz o co mi chodzi). To spowodowało, że widziałem każdą scenę (do momentu urywek, ale do tego później), oczami wyobraźni. Oglądałem tę historię, nie czytałem. Wielki szacunek za to.

Rozumiem zamysł urywek, retrospekcji, potarganych wspomnień i myśli. Nie mówię, że jest to złe. Ale zmiana nastąpiła tak gwałtownie i z tak różnie skrajnych typów narracji, że chyba za bardzo. Co mam na myśli – połowa opowiadania jest wręcz napakowana opisami i to bardzo dobrymi. Czynności są rozwlekłe, ktoś powie, że aż za bardzo i nudno, ja uważam, że świetnie, klimatycznie i och, ach. Za to nagle, w oka mgnieniu, dostajemy coś zabójczo odwrotnego. I to nie jest złe, ale skala tej zmiany jest tak ogromna, że mi osobiście zaczęło się czytać gorzej, i gorzej, i gorzej… A potem nagły powrót do tego co było na początku. 

Do bohaterów nie mogę się doczepić, dobrze napisani. 

Ogólnie jest to bardzo dobry tekst, jeśli to Twój debiut – wyśmienity. Kliknąłbym, ale się spóźniłem. Czytałem, że troszkę zmęczył Cię ten tekst, ale mam nadzieję, że zaserwujesz nam kolejne, bo to była przyjemność, a nawet jak troszkę pomarudziłem, to uważam, że jest super, a z pewnością kolejne będzie jeszcze lepsze.

 Uważaj na słowo “ciężki”, użyłeś go w tekście wiele razy. Odmiany “być” też można było w wielu miejscach zastąpić, chociaż z tym to sam mam problemy, to aż głupio zwracać uwagę. No i “rydel”, chociaż to odebrałem za celowe powtórzenia.

Gratuluję tekstu, fantomowy klik, w pełni zasłużona biblioteka.

Pozdrawiam.

You cannot petition the Lord with prayer!

MichaelBullfinch, jestem bardzo wdzięczny za przeczytanie i obszerny komentarz. Wyjeżdżam w tej chwili na tydzień i nie mam już czasu przysiąść (może to i dobrze, nabiorę dystansu), ani nic tu obszerniej napisać. Już od pierwszej bety się zmagam z problemem dezorientacji czytelnika, po każdym takim sygnale usiłowałem stopniowo ją łagodzić. Po powrocie przemyślę głęboko Twoje uwagi, to co piszesz o zbyt dużym kontraście w narracji wydaje mi się bardzo cenne. Nie chcę już robić daleko idących zmian, ale może coś jeszcze mi przyjdzie do głowy.

Dziękuję i pozdrawiam.

Udanego wypoczynku!

You cannot petition the Lord with prayer!

Nowa Fantastyka