W dwa tysiące trzecim roku, w chińskiej prowincji Guangdong, doszło do jednej z wielu przemilczanych tragedii przemysłowych. Co najmniej czternastu górników zginęło, gdy wagon, którym zjeżdżali pod ziemię, runął z wysokości ponad trzystu metrów. Według relacji lokalnych mediów – przywoływanych dopiero wiele lat później – zawiódł przestarzały system mechanicznego opuszczania. Planowana na kolejny tydzień kontrola konserwacyjna nie zdążyła się odbyć. Lina pękła wcześniej. To, co dziś o tej sprawie wiemy, to zaledwie odpryski, wzmianki. Wycinki ze źródeł, którym nie sposób całkiem zaufać. Chińskie kopalnie od dekad należą do najniebezpieczniejszych na świecie. Szacuje się, że co roku w podobnych wypadkach ginie tam około siedmiu tysięcy osób. Ale liczby to jedno. Imiona i historie – przeważnie przepadają. Próbowałem dotrzeć do szczegółów. Poświęciłem kilka dni na analizę archiwów, przeszukiwałem chińskie serwisy informacyjne, tłumaczyłem teksty z drugiej ręki. Każdy kolejny artykuł, każda wzmianka – były coraz bardziej chaotyczne, pourywane, pełne sprzeczności. Z biegiem czasu przestaje to dziwić. W państwie autorytarnym, takim jak Chiny, prawda nie zawsze jest tym, co się pokazuje światu. Zwykły człowiek wie tyle, ile mu się pozwoli wiedzieć. Czy wydarzyło się dokładnie tak, jak pisali? Czy górnicy zginęli na miejscu, czy czekali w ciemności, wołając na próżno o ratunek? Czy lina pękła sama, czy ktoś przymknął oko na jej stan? Na te pytania nikt nie udzieli jednoznacznej odpowiedzi. Nie oczekuję, że mi uwierzycie. Sprawdźcie sami – jeśli macie czas i cierpliwość. Albo odpuśćcie. Może nie warto grzebać w błocie, które i tak nie wypłucze winy. Ale jedno jest pewne – coś się tam wydarzyło. Gdzieś w tamtej ciemności. Kiedy nikt nie patrzył.
Znalazłem dziennik. Zakrwawiony, wymięty, częściowo nadpalony. Należał do jednego z górników – chłopaka o imieniu Li. Zaczął go prowadzić w 1995 roku. W chwili wypadku miał zaledwie dwadzieścia trzy lata. To nie był klasyczny dziennik. Nie systematyczny, nie poukładany. Raczej zlepek zapisków, myśli, urywanych zdań – pełnych niepokoju, młodzieńczego buntu i osobliwego wdzięku. Notatki Li są równie chaotyczne, co fascynujące. Sam coś o tym wiem. Prowadziłem kiedyś podobny zeszyt – na marginesach podręczników, w kątach zeszytów. Kto z nas tego nie robił? Nie jestem ekspertem. Nie studiowałem psychologii ani sinologii. Ale czasem trzeba odrzucić obiektywizm i po prostu zanurzyć się w czyjeś słowa. Poczuć ich ciężar. Ich temperaturę. Ich… prawdę. Większość dziennika to zapiski z codzienności. Co mu się udało, co się nie udało. Kogo lubił, czego się bał. Jakie miał plany. O czym marzył. Na pierwszy rzut oka – nic szczególnego. Czytałem długo, powoli, męcząc się niemiłosiernie, próbując wydobyć z tych stron cokolwiek istotnego. Ale wiedziałem, że ten dziennik nie znalazł się tam przypadkiem. Pod koniec, nagle, narracja się zmienia. Ostry skręt. Jakby ktoś przejął pióro – ale to wciąż był on. Tylko inny. To był ten dzień. Ten ostatni zjazd w głąb kopalni. Zaczęło się niewinnie. Typowo. Zmiana jak każda inna. Zmęczenie, rutyna, brud pod paznokciami i wilgoć w karku. A potem… potem coś się urwało. I coś się zaczęło. Przy okazji, zanim się zagubicie – bo możliwe, że się zagubicie – uprzedzam: pojawia się tu sporo imion. Na początku można mieć wrażenie, że to tłum, że nie wiadomo, kto jest kim. Ale spokojnie. To tylko szum, tło. Większość z tych osób to duchy przechodzące przez scenę. Nie mają znaczenia. Znikają tak, jak się pojawili. Liczy się zaledwie kilku. Oni zostaną z wami do końca. Ich nie da się pomylić. Proszę, doceńcie, bo na tłumacza wydałem całe kieszonkowe od mamy.
Czerwiec, 2003 Li
Musiałem na jakiś czas oddalić się od reszty. Dla mnie to za wiele. Nie wiem czy niektórzy już zwariowali czy tylko mi się zdaje i to ja jestem wariatem. Nie mam pojęcia, który mamy dzień. Na początku Szef nas informował, ale z czasem po prostu przestał, a my przestaliśmy pytać. Smród, ból, zagubienie, wstyd i setki innych negatywnych określeń mam w głowie. Póki nas nie uratują, nie mam sposobu, żeby się oczyścić z tego, co czuję. Strach tak bardzo mnie paraliżuje, że każde słowo przywołuje na myśl ten okropny stan. Samo pisanie nie pomaga. Przy każdym zdaniu czuję, jak wracam do naszego nieszczęśliwego położenia. Każda linia przywołuje cierpienie, którym żyjemy tu pod ziemią. Nie potrafię się od tego odciąć. Pozostawiam te słowa, bo są jedynym świadectwem, że nadal walczę. Może kiedyś uda nam się odnaleźć odrobinę światła. Do tego czasu, piszę, żeby nie zapomnieć, kim jestem i co przeszedłem. Drogi Li z przyszłości, jeśli to czytasz, wiedz, że jestem dumny. Wiedziałem, że dasz radę.
Chłodne powietrze jeszcze nie zdążyło ustąpić pod naporem gorącego słońca, które leniwie wyłaniało się zza gór. Akurat miałem poranną zmianę. Wspólnie z całą rodziną jedliśmy śniadanie. Z uśmiechem na twarzy rozmawialiśmy o nowym członku naszej rodziny. Mój najstarszy trzydziestopięcioletni brat Wang niedawno został ojcem po raz pierwszy. Cały czas wierzyliśmy, że mu się uda pomimo faktu, że on sam już dawno stracił nadzieję. Następnie pożegnałem się z rodziną i wyszedłem do pracy. Towarzyszył mi Wang oraz młodszy o rok odemnie Chen. Mieszkaliśmy bardzo blisko kopalni. Zaledwie 30 minut wolnym marszem i byliśmy na miejscu. Brama była otwarta nikt nie musiał nas legitymować, bo każdy tam się zna. Kilku górników stało w grupie, wymieniając między sobą zdawkowe słowa. Nie było tu miejsca na długie rozmowy. Każdy znał swoją rolę, każdy miał swoje zadanie. Stare twarze, te same zmęczone spojrzenia, ta sama rutyna. Kiedy przekroczyłem próg kopalni, uderzył mnie znajomy zapach, mieszanka wilgoci, kurzu, i metalu. Czułem go codziennie, ale wciąż nie mogłem się do niego przyzwyczaić. W głębi duszy wiedziałem, że nie chcę tu zostać na zawsze. Mój ojciec fedrował przez czterdzieści lat. Stracił zdrowię i mimo, że wciąż jest dumny z wykonanych obowiązków to nie wierzę, że jakby mógł cofnąć czas to by nie zmienił pracy.
Następnie wszedłem do budynku cechowni i odbiłem kartę na czytniku. Trzeba było się zameldować, żeby wiadomo było, kto zjechał na dół. Poszedłem do szatni, do tzw. „łaźni łańcuszkowej”. W jednej części trzymałem robocze ubrania, w drugiej swoje cywilne rzeczy. Przebrałem się w grubą, ochronną odzież, założyłem kask i przypiąłem lampę górniczą do pasa. Sięgnąłem po pochłaniacz tlenowy ZRZW-30 obowiązkowy sprzęt w razie zadymienia lub awarii powietrza. Zabrałem kilof i lampę czołową, po czym ruszyłem w stronę nadszybia, gdzie już czekała reszta załogi. Szyb był ogromny, a nad nim górowała masywna konstrukcja wyciągowa. Wagoniki zjeżdżały jeden po drugim, skrzypiąc na prowadnicach. Stanąłem na platformie windy, a za mną ścisnęli się inni górnicy. Drzwi się zamknęły, sygnalista dał znak i ruszyliśmy w dół. Wagonik gwałtownie szarpnął, a potem zaczął przyspieszać. Światło z powierzchni zniknęło w mgnieniu oka, a wąskie ściany szybu przemykały obok w mroku. Po kilku minutach zjazdu dotarliśmy na poziom wydobywczy. Drzwi otworzyły się z jękiem metalu, a przed nami rozciągał się ciemny, wilgotny korytarz kopalni. Ciemność była niemal absolutna. Czułem, że dzień będzie długi. Sztygar podzielił nas na grupy i wskazał sektory. Przypadła mi praca w jednym z głębszych tuneli, gdzie ruda była trudniej dostępna. Razem z innymi górnikami zaczęliśmy zmianę. Kilofy uderzały w skałę, huk odbijał się echem, a pył powoli osiadał na ubraniach i skórze. Praca w kopalni to powolna walka z kamieniem i czasem. Każdy uderzony kawałek skały przybliżał nas do końca zmiany, ale jednocześnie przypominał, jak bardzo jesteśmy tu mali. Zaledwie po godzinie usłyszałem ciche dudnienie, jakby gdzieś w głębi ziemi coś się przewracało. Potem przyszło gwałtowne uderzenie, głuche, przypominające potężny grzmot. Ziemia pod nogami zatrzęsła się, a z góry zaczęły sypać się drobne odłamki skał. Ktoś krzyknął, ale zanim zdążyłem się odwrócić, usłyszałem trzask pękających belek obudowy. Wszystko stało się w ułamku sekundy. Powietrze wypełnił tuman pyłu, który wdarł mi się do gardła, dławiąc i oślepiając. Najpierw musiałem sprawdzić, czy mamy powietrze. Szybko oraz szczęśliwie okazało się, że z tym nie było problemu. Kaszląc, sięgnąłem po lampę, próbując oświetlić drogę powrotną. Zamiast otwartego korytarza zobaczyłem wyłącznie zwałowisko skał i drewna. Nasza droga powrotna była zasypana. Serce zaczęło mi walić. Dotknąłem ściany z gruzu, próbując znaleźć choćby szczelinę, przez którą mógłbym zobaczyć drugą stronę, ale nic. Za mną ktoś kasłał i przeklinał. Wiedziałem, że muszę się uspokoić oddech, myśli. Nie byłem tu sam, ktoś musiał wiedzieć, co robić. Następnie usłyszałem głośny komunikat “Do mnie! Wszyscy do mnie!”. Nasza grupa pracowała w małych odstępach. W paręnaście sekund byliśmy w wyznaczonym miejscu. Stanęliśmy w szeregu i zaczęliśmy kolejno odliczać od jednego do osiemnastu. Okazało się, że nikomu nic się nie stało. To był mój pierwszy raz kiedy utknąłem. Wśród nas było sporo wyjadaczy co przeżyli nie jedno. Powiedzieli na forum, że w zasadzie to koniec roboty na dziś i możemy sobie odpocząć, bo po pierwsze: nikt nie będzie nas z tego rozliczał oraz w takich sytuacjach ważne jest oszczędzanie sił. Akcje ratunkowe w naszych kopalniach trwają średnio od kilku godzin do dwóch dni, ale wiedzieliśmy, że różnie może być. Większość grupy siedziała razem rozmawiała i sobie żartowała. Natomiast ja nie miałem humoru. Czułem lekki dyskomfort zaistniałą sytuacją i tym, że oni się nie przejmują. Było to dla mnie bardzo dziwne uczucie. Bo z jednej strony rozumiałem ich, ale też rozumiałem siebie. Widocznie niektóre rzeczy trzeba doświadczyć na własnej skórze. Nie wystarczy jedynie usłyszeć porad od kogoś bardziej doświadczonego chociaż lepsze to niż nic. Użyłem torby jako poduszki i położyłem się na ziemi kilkanaście metrów dalej od grupy. Wzięło mi się na przemyślenia odnośnie mojej przyszłości. Pewnie jakby nas wtedy od razu wyciągneli to zapomniałbym o wszystkich wnioskach, które wtedy miałem. Jednak tak się nie stało. Nie wiem czy w aktualnym stanie przydadzą mi się jakieś…ale czuje się spokojniej, bezpieczniej, kiedy wiem, że pamiętam…..
Dlaczego ja też mam być górnikiem, jak wszyscy z rodziny? Jestem młody, ukończyłem szkołę z wyróżnieniem i przede wszystkim mam chęci. Nie rozumiem co mnie ogranicza i dlaczego nie próbuję czegoś więcej. Dlaczego nawet nie spróbowałem. Przecież nic nie stało mi na przeszkodzie. Nie miałem nic do stracenia, to nawet nie było bliskie ryzyka. Co prawda to prawda, w moim wieku zarabiać takie pieniądze co zarabiam to marzenie. Dopiero z czasem brak możliwości podwyżek wszystko psuje, a jakoś nie mam aspiracji by brnąć po szczeblach kariery górnictwa. Nigdy mnie to nie ciekawiło. Chyba najlepiej byłoby jakbym przez resztę roku odłożył jak najwięcej pieniędzy. Wyjazd do Hong Kongu brzmi niesamowicie. Rząd nas kontroluje, ale lubi pieniądze w szczególności te uczciwie zarobione. Rodziny nie boję się zostawić, mam tyle rodzeństwa, kuzynostwa, że sobie poradzą, a w najgorszym wypadku wrócę i im pomogę. Najbardziej to chciałbym zostać nauczycielem angielskiego albo przewodnikiem turystów po Chinach. O język się nie boję mimo, że go nie doszkalałem tak intensywnie jak kiedyś. Wciąż jestem naprawdę dobry w językach i nauka przychodzi mi z łatwością. Przypomniałem sobie jak jeździłem na konkursy z angielskiego. Tylko nie pamiętam co się stało, że przestałem brnąć w to dalej? Próbowałem na wszelkie sposoby wyciągnąć wspomnienia z głowy, ale była tam jedynie pustka…. W trakcie rozważań na temat przyszłości, zobaczyłem nad sobą braci. Zasugerowali bym dołączył do wszystkich bo podobno jako jedyny nie byłem z grupą, a nasz szef brygady Czong chciał przekazać nam parę nowych informacji. Stary górnik o twarzy pooranej zmarszczkami i głosie, który brzmiał jak szlifowany kamień, wziął głęboki oddech i powiedział mocnym, pewnym tonem:
– Słuchajcie uważnie, chłopy, bo teraz od tego zależy nasze życie.
Przerwał na chwilę, przejechał dłonią po zakurzonej twarzy i spojrzał na nas uważnie. On jako jedyny miał zegarek, oznajmił nam, że od zasypania minęło sześć godzin. Po czym zaczął wydawać nam polecenia.
– Po pierwsze, nie panikować. Wiadomo, że sytuacja jest do dupy, ale nie możemy się teraz rozpraszać. Tlen może być ograniczony, więc oszczędzamy powietrze, oddychamy spokojnie, nie krzyczymy bez potrzeby, nie machamy rękami jak opętani.
– Po drugie, światło. Sprawdźcie swoje lampy. Jak komuś słabo świeci, niech wyłączy i zostawi na później. Nie wiadomo na ile tu utknęliśmy, a światło nie jest nieskończone. Powinny wystarczyć maksymalnie do dwunastu godzin. W ostatecznej ostateczności możemy używać nafty czy zapałek. Zawsze będzie ryzyko wybuchu, dlatego pamiętajcie, żeby zrobić to wyłącznie kiedy będziecie zmuszeni.
– Po trzecie, woda i jedzenie. Jeśli ktoś ma coś przy sobie, zbieramy wszystko razem i dzielimy rozsądnie. To nie czas na bohaterstwo ani na chowanie po kieszeniach.
– Po czwarte, kontakt. Nasłuchujemy ratowników. Dodatkowo sieci przewodowe z telefonami górniczymi o specjalnych obudowach antywstrząsowych i przeciwwybuchowych są w stacji radiowej.Tam spróbujemy się połączyć, ale nie co pięć sekund. Jak usłyszymy uderzenia w ścianę, odpowiadamy, trzy krótkie stuknięcia, przerwa, trzy krótkie. To międzynarodowy sygnał SOS.
– Ostatnia sprawa. Spojrzał na nas jeszcze raz, po czym stuknął palcem w mapę.
– Dzielimy się na sześć grup po trzy osoby. Podzieleni będziecie mieć indywidualne rozkazy. Szukamy każdej możliwej drogi wyjścia. Niech tylko jeden z trójki używa lampy. Światło jak i jedzenie jest na wagę złota. Pamiętajcie, że może być jakieś miejsce gdzie zacznie brakować tlenu. Wtedy jak najszybciej użyjcie ZRZW-30 i wracajcie czym prędzej tutaj.
Rozłożył mapę na ziemi i zaczął wskazywać palcem różne korytarze.
Grupa pierwsza – sprawdza szyb techniczny. To jedno z najpewniejszych miejsc, gdzie mogą być awaryjne drabiny lub boczne przejścia.
Grupa druga – zajmuje się starymi wyrobiskami. Może któryś ze starych chodników nadal jest przejezdny
Grupa trzecia – analizuje system wentylacyjny. Jeśli którakolwiek wentylacja jest nienaruszona, to może być nasza szansa.
Grupa czwarta – sprawdza miejsca, gdzie mogły być ukryte korytarze techniczne. Nie wszystkie są zaznaczone na mapie.
Grupa piąta – analizuje dokumentację i oznaczenia na ścianach. Czasami w kopalniach zostawia się oznaczenia awaryjnych przejść, a my musimy je znaleźć.
Grupa szósta – idzie do stacji radiowej i próbuje nawiązać kontakt z ratownikami. Stukajcie w ściany, spróbujcie użyć radia, telefonu. Dodatkowo spisujecie raporty od grup, które przyjdą.
– Ruszamy ostrożnie nigdzie nam się nie śpieszy i na sam koniec zdajemy raport. Jeśli znajdziecie coś ciekawego, nie idźcie sami. Meldujecie wszystko grupie szóstej, która będzie przy stanowisku komunikacyjnym.
Przyciszył głos i powiedział już bardziej do siebie:
– Najważniejsze to nie tracić głowy…
Nikt nie odpowiedział. Wszyscy po prostu kiwnęli głowami. Bo co mieliśmy powiedzieć? Wszyscy myśleliśmy o tym samym, czy nas znajdą, zanim zabraknie nam powietrza, jedzenia, picia? Kiedy wróciłem ze spotkania od razu poczułem się spokojniej i bardziej doinformowany. Ja, Wang oraz Chen należeliśmy do czwartej grupy. Mieliśmy sprawdzić ukryte przejścia techniczne. Miejsca, o których nie było mowy na żadnej mapie, ale które starsi górnicy wspominali w rozmowach przy herbacie. Kiedyś się nimi przechodziło, jak trzeba było szybko dostać się do serca kopalni. Teraz to bardziej legenda niż konkret. Nie mieliśmy ze sobą zbyt wiele. Czołówki, łom, nóż składany, trochę wody. Wang był jak zawsze skupiony. Chen… Chen się starał, ale od początku czułem, że go to wszystko przerasta. Trzymał się za blisko mnie. Czułem jego oddech na karku, jakby bał się zostać sam choćby o krok. Nie winię go. Tu każdy boi się czegoś innego. Chen zawsze taki był. Od dzieciaka. Pamiętam, jak na szkolnych wycieczkach panicznie bał się przechodzić przez mosty linowe – nawet te turystyczne, z siatką po bokach i poręczami. Musieliśmy trzymać go za ręce z obu stron, jakby miał odlecieć z wiatrem. Wszyscy się z niego wtedy śmiali. On się śmiał razem z nami, ale jego śmiech zawsze miał w sobie coś z tłumionego płaczu. Dziś patrzę, jak idzie tuż za mną, z tym samym napięciem w ciele. Ten sam krok na palcach, jakby ziemia miała się pod nim zaraz otworzyć. Nic się nie zmienił.
Zeszliśmy niżej, do starego chodnika, który kiedyś prowadził do warsztatu mechaników. Tam, według opowieści, miał być jeden z ukrytych korytarzy i rzeczywiście znaleźliśmy za rozszczelnioną rurą coś, co wyglądało jak zasłonięta klapa. Nie pasowała do reszty. Była nowsza, czystsza. Jakby ktoś ją wymienił całkiem niedawno. Wang próbował ją podważyć łomem. Chen trzymał lampę, ale drżały mu ręce, więc co chwilę zsuwał snop światła. Klapa nie drgnęła ani milimetr. Jakby była wrośnięta w ścianę. Wang klął pod nosem, potem już nie pod nosem. Powiedział, że może od środka trzeba ją otworzyć, że może to wyjście, ale jedynie z drugiej strony. Mówił to przez zaciśnięte zęby, jakby sam nie wierzył. Wtedy Chen wszedł między rury. Nie wiem czemu. Jakby coś go tam ciągnęło. Krzyknąłem do niego, ale nie reagował. Dopiero jak usłyszeliśmy dźwięk, taki cichy jak skrobanie, jakby coś się poruszyło za ścianą. Widziałem tylko jego buty, potem i one zniknęły. Wang rzucił się, łapał go za nogi, ciągnął z całych sił w swoją stronę. Chen wrzeszczał. Mówił, że ktoś tam był, że coś go trzymało, że patrzyło, ale tam nikogo nie było. Wróciliśmy wtedy do głównego tunelu. Chen trząsł się, jakby miał gorączkę. Wang milczał, jedynieoddychał przez zęby. A ja… a ja psychicznie zacząłem pękać w środku. O jakieś pięć, może sześć korytarzy przed końcem coś we mnie uderzyło. Nie wiem, czy to głowa, żołądek, serce czy wszystko naraz. Poczułem, jak robi mi się duszno, ręce zaczęły się pocić, światło czołówki falowało mi przed oczami jakby pod wodą. Powiedziałem im, że muszę się cofnąć, że ich dogonię, że może inną stroną pójdę. Kłamałem, oni to wyczuli i nie zgodzili się na moją propozycję. Zasugerowali, żebym sobie odpoczął, a oni poczekają. Nie miałem siły iść dalej. Nie ze strachu. Z czegoś gorszego. Z tego uczucia, że im dalej idziemy, tym mniej nas zostaje, że tunel zabiera po kawałku, nie ciało, ale myśli, wspomnienia, nadzieję, a ja nie chcę, żeby zabrał mi braci, ani mnie samego. Usiadłem w ciemności. Odliczałem od stu w dół, jak robiłem w dzieciństwie, kiedy bałem się zasnąć. Później wstałem i wróciłem. Wang spojrzał na mnie bez słowa. Chen mnie nie zauważył. Może nawet lepiej. Zanim ruszyliśmy dalej, Wang zatrzymał się i położył mi rękę na ramieniu. Jego dłoń była sucha, szorstka, jak zawsze, ale było w niej coś miękkiego.
Wracaj – powiedział cicho. My pójdziemy dalej.
Spojrzałem na niego zdziwiony. Zawsze razem, zawsze w trójkę. To był nasz plan. Nasze postanowienie. Wiem, że jeszcze chwilę wcześniej chciałem tego, ale nie myślałem trzeźwo. – Nie – mruknąłem. – Mogę iść.
– Nie możesz – odezwał się Chen, tym razem wyraźnie. Jego głos był słaby, ale spokojniejszy niż wcześniej. – Widzimy, Li. Ledwo stoisz. Serio. Idź. Odpocznij. My damy radę.
Chciałem zaprotestować, coś powiedzieć, udowodnić, że jestem silniejszy niż się wydaje. Ale nie miałem siły nawet dokończyć myśli. Odwróciłem się, nie z dumą, z ciężkością w klatce, która nie chciała zejść. Widziałem ich jeszcze chwilę – dwa punkty światła w oddali. Bracia. Moi bracia. A ja wracałem sam. Przez chwilę miałem złe myśli typu, a co jeśli widzę ich po raz ostatni. Zbierało mi się na płacz, na krzyk, ale co miałem zrobić? Ja…byłem sparaliżowany, szedłem drogą powrotną jak koń na uprzęży. Zanim wróciłem do reszty, zatrzymałem się przy starym korytarzu, którego ściana była wypłukana przez wieki wilgoci i kurzu. Tam, przy zawalonym fragmencie, znalazłem skrzynkę idealną do schowania rzeczy, które są dla mnie jedyną gwarancją przetrwania. Wsunąłem do niej wszystko: paczkę z suchymi racjami,kanapki,butelkę z wodą, a także mój notatnik, w którym staram się aktualnie zapisać każdy szczegół tego piekielnego pobytu. Zrobiłem to z należytą ostrożnością – wręcz z paranoją. Nie ufam nikomu poza moimi braćmi. Nie chcę, żeby te zapasy wpadły w niepowołane ręce, bo wiem, że nawet najmniejszy dotyk może być początkiem katastrofy. Na sam koniec przesunąłem pudło w głąb ślepego korytarza.
Stojąc tam, opierając się o zimną, wilgotną ścianę, rozmyślałem o dawnych czasach, gdy głód w domu był czymś normalnym. Pamiętam, jak dorastałem, widząc pustki na stołach i słysząc ciche westchnienia matki, gdy jedzenia brakowało. Na dodatek było nas więcej w domu niż pozwalał na to system co nie ułatwiało sprawy. Już wtedy nauczyłem się cierpliwości i oszczędności. Dzięki temu przetrwałem, choć byłem chudy i szczuplejszy niż inne dzieci. Teraz, po tylu godzinach pod ziemią, te wspomnienia wracały do mnie z niespodziewaną siłą. To, co kiedyś było codziennością, teraz nabierało przerażającego znaczenia, bo głód nie był wyłącznie fizycznym brakiem – to pustka, która wdziera się w duszę. Moje ciało, już wyniszczone, zdaje się przytaczać własną historię. Historię opartą na cierpieniu, ale i determinacji, by przeżyć. Mówią, że kiedy nie czujesz głodu, wiesz, że jesteś syty. Teraz wiem, że wtedy przesadzałem, bo nie minęła nawet doba od kiedy nie jadłem, ale sama myśl i strach, że prawdziwy głód nadejdzie sprawiał, że już tak się czułem. Dlatego schowałem te zapasy. Nie chciałem, żeby ktokolwiek inny się o nich dowiedział. Chciałem mieć pewność, że kiedy przyjdzie czas, będę mógł podzielić się nimi jedynie z rodziną której ufam. Po zamknięciu wszystkiego w skrzynce, zszedłem spokojnie, choć każdy krok był ciężki, jakby tunel sam w sobie chciał mnie zatrzymać. Dzięki wcześniej narysowanym strzałką na ścianach wróciłem do głównego korytarza, skąd udałem się do stacji, gdzie ostatnia grupa oczekiwała na nas i na nasze raporty.
Patrzyli na mnie z milczącym zrozumieniem – wszyscy mieliśmy swoje metamorfozy, swoje rany, swoje tajemnice. Gao wyszedł ze stacji radiowej by nie przeszkadzać reszcie w nasłuchiwaniu. Miał trzydzieści lat, choć wyglądał na więcej – może przez wiecznie zmęczone oczy i twarz, która nigdy się nie uśmiechała. Był szczupły, niemal kościsty, z długimi palcami i nerwowymi ruchami, jakby ciało zawsze było w gotowości do ucieczki. Ciemne, poszarpane włosy opadały mu na czoło, a zarost miał nieregularny, jakby zapominał o goleniu, a potem nagle sobie przypominał. Nosił się skromnie, ale schludnie – czysta koszula, nawet tu, pod ziemią, robiła wrażenie. Nie odzywał się, jeśli nie musiał. Mówił krótko, czasem tak cicho, że trzeba było się nachylić, ale też nigdy nie trzeba było go prosić, żeby powtórzył – miał dar trafiania w sedno. Sprawiał wrażenie człowieka, który nie do końca ogarnia zasady funkcjonowania w grupie, jakby społeczne sygnały mijały go o milimetry. Przypominał psa, który nie był bity, ale zawsze czujny, bo może kiedyś będzie. Był samotnikiem nie z wyboru, ale z charakteru. Działał najlepiej, kiedy nikt mu nie przeszkadzał – i choć nie szukał bliskości, nie miał w sobie złośliwości. Nie był przeciwko grupie. Po prostu zawsze gdzieś obok niej. Jakby żył równolegle, w jakimś osobnym systemie. Inteligentny, analityczny, potrafił błyskawicznie ocenić sytuację, ale często z opóźnionym zapłonem reagował emocjonalnie. Czułość i lęk chował za pozorną nieobecnością.
Zacząłem składać częściowy raport pomijając istotne dla mnie fakty, gdyż tak było łatwiej.
Raport czwartej grupy – ukryte korytarze techniczne: Przeszukaliśmy cześć wschodniego segmentu tunelu, zgodnie z wskazówkami starszych górników. Znaleźliśmy metalową klapę, która wydawała się być nową, nie pasującą do reszty struktury kopalni. Próbowaliśmy ją otworzyć za pomocą łomu. Niestety, okazało się, że jest zespawana do ściany. Podsumowując: korytarze techniczne w tej części kopalni są albo całkowicie zawalone, albo zabezpieczone w sposób, który uniemożliwia swobodny dostęp. W związku z tym nie ma tu możliwości odnalezienia funkcjonalnego wyjścia. Ze względu na własny stan techniczny musiałem wrócić do bazy.(wtedy jeszcze humor trzymał się mnie)Reszta kontynuuje poszukiwania.
Potem, zmęczony, osadzony przy jednej z zimnych, wilgotnych ścian, przykryłem się roboczą kurtką. Oczy były ciężkie, a myśli chaotyczne, wiedziałem, że nawet jeśli sen mnie nie zabierze, to i tak muszę spróbować. Przez chwilę zapomniałem o całym piekle pod ziemią, zasnąłem – choć sen był jak ulotny cień, przebłysk światła w tej wiecznej ciemności. Kiedy się obudziłem wciąż nikogo nie było, poza tymi od radia, ale po krótkim czasie zaczęły wracać pojedyncze grupy. Każdy zdrowy, ale zmartwiony. Z każdego twarzy łatwo można było wyczytać co zaraz powiedzą. I tak aż do ostatniej grupy łudziliśmy się, że może uda się uzyskać jakąkolwiek informację dające choć cień wiary. Zanim Szef Czong zarządził odpoczynek odczytał wszystkie raporty.
Grupa pierwsza – szyb techniczny
Zgłasza: Stary Wen
Ruszyliśmy zgodnie z planem – ja, Lao i Zhao. Już przy wejściu do szybu poczułem, że ziemia woła o obłaskawienie. Metalowe mocowania skrzypiały, a drabina zdawała się cofać do przeszłości, jakby czekała, aż przybędziemy ją odnowić… albo skrytykować. Zanim ruszyliśmy w dół, wyciągnąłem kawałek węgla z kieszeni i zostawiłem znak na ścianie – prosty, czarny ślad. Początek drogi. Początek rachunku, który będziemy prowadzić do samego końca. Musimy policzyć każdy oddech, każdy szczebel, bo inaczej zginiemy niewinnie, nieświadomi drogi. Zeszliśmy pięć metrów bocznym przejściem. Pierwszy szczebel puścił pod ciężarem Zhao, gdyby nie jego refleks, jego młodzieńcza odwaga skończyłaby się tutaj. Znalazłem w wnęce starą tabliczkę: „DO REMONTU – 1996”. Każdy nasz stopień to test wszechświata, odsłuchanie jego zamiarów. Drabiny spróchniałe. Podłoga odpadająca spod nóg. Tu nie ma łaski mechaniki, tylko surowa wola człowieka i boska łaska. Zanim zawróciliśmy, uklęknąłem i zmówiłem cichą modlitwę – o wybawienie dla nas wszystkich, o oczyszczenie z grzechów, jakie popełniliśmy, gdy myśleliśmy, że jesteśmy panami tej ziemi. Wróciliśmy na powierzchnię szybu. Ta droga jest ślepa – tak jak nasze serca, jeśli zapomnimy liczyć i modlić się. Ale wiem, że każdy kredowy znak i każda kropla krwi to nasz testament. Póki tu jesteśmy, walczymy i nie damy się zmiękczyć ziemi ani ciemności.
Grupa druga – stare wyrobiska
Zgłasza: Cai
Wszedłem w tunel razem z Hui i Rui. Przód trzymałem ja. Nie z braku zaufania, tylko żeby wiedzieć, dokąd idziemy. W takich miejscach lepiej nie oglądać się za siebie. Korytarz przypominał mi gardło – czegoś martwego, co wciąż oddycha. Pył osiadał wszędzie, tłumił kroki i dźwięki, robił z każdego oddechu mały wysiłek. Zapach… nie był to zwykły kurz ani stęchlizna. To było jak coś, co już kiedyś zgniło, ale nie miało dość siły, by zniknąć. Latarki gasły co jakiś czas. Jedna się rozpadła – upadła przypadkiem, jak sądzę, choć nie zamierzam ufać ślepym zbiegom okoliczności. Hui mówił, że słyszał jakiś szelest. Ja nic nie słyszałem. Dotarliśmy do rozwidlenia. Zostawiłem znaki kredą – dokładnie, wyraźnie, nie żeby się przypodobać, tylko żebyśmy mieli pewność, gdzie byliśmy. Jedna odnoga prowadziła w głąb, ale powietrze tam stało – jakby ktoś wstrzymał oddech. Poszliśmy drugą stroną. Sufit zawalony, belki sprasowane jakby coś je przygniotło z furią. Przeszliśmy bokiem, ale Rui wpadł nogą do rowu. Wrócił cały ubabrany w czarnym błocie, możliwe, że to była nafta. Nie pachniało jak ropa, ale też nie jak woda. Sprawdziliśmy wszystko. Nic użytecznego. Teren nie daje żadnej nadziei. Zaznaczyłem wszystko na mapie. Martwa strefa.
Grupa trzecia – system wentylacyjny
Zgłasza: Meng
Wentylacja… brzmi jak obietnica oddechu. Ruszyliśmy: ja, Mały Wu i Huang – bez specjalnych oczekiwań, ale z światłem i nadzieją. Metalowe kanały, które znaleźliśmy, były wygięte, jakby coś ciężkiego się na nie przewaliło. Jeden przewód biegł pionowo. Huang podszedł, wsunął się może na pół metra i… wydawało mi się, że nagle stracił pewność. Wysunął rękę, szturchnął krawędź otworu i poczuł cień bólu – opuszek przeciął mu się o ostry brzeg. Bez słowa uciszył krew drugim palcem, potem mruknął pod nosem: „Mamuśka przyjdzie, zaraz…” i spojrzał na nas z krótkim uśmiechem. Po chwili ruszył dalej, jak gdyby to była drobnostka. Poszliśmy bokiem. Rozkręciliśmy dwa włazy – w jednym szeleszczało coś niewidocznego, może nietoperze, może odłamki skały. W drugim tunelu rura urywała się po dwóch metrach; wypełniała ją twarda masa, przypominająca zastygłe błoto. Mały Wu powiedział, że poczuł „dziwny chłód”. Ja nic nie poczułem, poza ciszą. Wentylacja jest martwa. Wloty zatkane, gruz wszędzie, nie ma żadnego przeciągu. Żadnego sygnału, który by mówił „góra nas wciąż pamięta”. Przez większość czasu Huang milczał, co było bardziej niepokojące niż krzyk. Gdy usłyszał głośny trzask gdzieś nad nami, na chwilę się skulił – ale zaraz po tym zaczął nucić starą dziecięcą kołysankę o dwóch tygrysach. Jego oczy były szklane i puste, zawieszone gdzieś pomiędzy tu a tam. Zanim wróciliśmy, Huang zatrzymał się przy ścianie, wyjął zakrwawiony palec i odcisnął na niej czerwoną kropkę. Wniknęliśmy w milczenie, aż po chwili powiedział: „Tam, gdzie kropla spadnie, trzeba iść”. Nie pytał, czy pomożemy. Po prostu szedł przed siebie, a my zanim. Niestety dotarliśmy do ślepego zaufka i musieliśmy wracać przegrani. To tyle. Nic użytecznego nie znaleźliśmy. Prosiłbym doktora o przebadanie Huanga dla jego dobra.
Grupa czwarta – ukryte korytarze techniczne
Zgłasza: Wang
Po zawróceniu mojego brata, razem z drugim bratem Chenem kontynuowaliśmy badania na głębszym poziomie ukrytych korytarzy. Odkopywaliśmy zakamarki, o których mówiły stare legendy górnicze, starając się znaleźć choćby cień drogi wyjścia. Spędziliśmy tam więcej godzin, niż moglibyśmy sobie wyobrazić – ciągle w ciężarze nadziei i rozczarowania. Wróciliśmy do klapy, którą znaleźliśmy na początkowym poziomie. Próbowałem ją podważyć jeszcze raz – tym razem użyliśmy wszystkiego, co mieliśmy. Niestety, klapa była zamknięta na amen – nie udało nam się jej otworzyć. W jednym z bocznych przejść natknęliśmy się na fragment starego mechanizmu. Były to resztki wykutych metalowych desek, które mogły kiedyś pełnić funkcję drabin awaryjnych. Z biegiem czasu jednak zostały zakryte przez gruz i wodę, a każdy kolejny spadający kamień jeszcze bardziej uszczuplił nasze nadzieje. Mówię to z ciężkim sercem, bo tam, gdzie spodziewaliśmy się wyjścia, znaleźliśmy tylko milczącą ciszę. Muszę też wspomnieć o Chenie. Już przed zawróceniem Li, Chen był w słabym stanie. Póżniej gdy chciał iść dalej, czuł, jakby tunel wchłaniał część jego samego. Były momenty, kiedy światło przemijało w nieskończoną ciemność. Próbował się oprzeć temu uczuciu, ale było ono nie do zniesienia. Chen powiedział, że nie słyszał własnego głosu przez tyle godzin, aż w końcu zaczęło mu się wydawać, że cały ten głód i strach to echo jego myśli. Raz, patrząc na chłodną, wilgotną ścianę, zobaczył swoje odbicie – ale coś w nim było nie tak, jakby lustrzane odbicie należało do kogoś innego. Mimo strachu, Chen wciąż starał się działać, choć każde jego kroki zdawały się dusić mnie coraz bardziej. Dodał, że jego serce biło tak gwałtownie, jakby miało zaraz eksplodować. Na szczęście w drodze powrotnej się uspokoił i już z nim wszystko w porządku. Jestem z niego dumny.
Grupa piąta – dokumentacja i oznaczenia na ścianach
Zgłasza: Doktor Nappeun
Szczerze mówiąc, myślałem, że to zadanie będzie najnudniejsze z całej naszej listy. Tymczasem okazało się najbardziej frustrujące – choć może „najbardziej obiecujące” byłoby równie trafnym określeniem, ale to pewnie kwestia perspektywy. Wraz z szefem Czongiem i Yangiem przeszukiwaliśmy ściany, zbieraliśmy symbole, notatki, wszystko, co mogło wyglądać na plan, ślad, próbę komunikacji. Znalazłem kilka strzałek –Czong przeniósł je do notatnika. Niestety, potem zauważyliśmy, że pojawiały się w miejscach całkowicie nielogicznych. Jedna prowadziła prosto w ścianę, inna zataczała krąg i wracała do punktu wyjścia. Jakby ktoś, kto je rysował, nie miał już wyjścia… lub po prostu doskonale wiedział, że nikt nigdy nie wyjdzie. Oznaczenia? Były symbole przypominające chińskie cyfry i litery, ale poprzekręcane, jakby specjalnie zniekształcone, jakby ktoś się bawił formą, zostawiając sens tylko dla tych, którzy już dawno przekroczyli granicę zrozumienia. Yang sugerował, że to mogą być skróty, ale potem wzruszył ramionami i zamilkł. Najdziwniejsze były trzy czerwone X-y. Farba? Krew? Trudno powiedzieć. Zaschnięte, stare. Prawdopodobnie ostrzeżenie, ale i tak wszyscy staliśmy przed tym jak dzieci wpatrzone w ogień. Zafascynowani, chociaż nie potrafiliśmy pojąć, co tak naprawdę płonie. Analiza dokumentacji? Jeśli istniała – przepadła. Jeśli coś zostało – nie działa. Z pustego nic nie ugotujesz, ale może… może pustka właśnie jest odpowiedzią. Może wyłącznie w niej można odnaleźć prawdę. W końcu, gdy znikają mapy, gdy znaki stają się niezrozumiałe, zostaje jedynie ciało – a ciało zna drogę. Czasem wystarczy po prostu słuchać, jak milczy.
Grupa szósta – kontakt z ratownikami
Zgłasza: Qiang
Siedzieliśmy. Ja, Gao i Chao. Najpierw wszystko robiliśmy jak trzeba: trzy stuknięcia, pauza, trzy stuknięcia. Radio włączone, cicho jak w grobie. Potem zaczęliśmy słyszeć dziwne rzeczy. Gao przysięgał, że ktoś odpowiadział. Może echo? Może nasze własne stuknięcia? Nie wiem. Radio raz coś trzasnęło, jakby przeskok, ale więcej nie. Antena chyba złamana, albo coś ją zakłóca.Po nastu godzinach stukania czuliśmy się jak idioci. Chao się rozpłakał. Mówił, że nikt nas nie szuka, że tam na górze nawet nie wiedzą. Próbowałem go uspokoić, ale sam miałem wrażenie, że to wszystko nie ma sensu. A potem… nie wiem jakby każdy z nas nagle zasnął, ale nie spaliśmy. Otrząsł mnie hałas – ale znowu, nic tam nie było. Żadnej odpowiedzi. Żadnego sygnału. Martwa cisza. Jakbyśmy nie byli połączeni z resztą świata. Jakbyśmy tu nie istnieli.
Raporty były wyczerpujące, pełne frustracji i zmęczenia, ale nie pozbawione nadziei. Wszyscy siedzieliśmy w półkolu, opierając się o ściany, oddychając ciężko i czekając, aż szef brygady zabierze głos. Czuło się ciężar sytuacji – nie tyle fizyczny, co psychiczny. Jakby sama kopalnia przyciskała nas swoim milczeniem. Było sześć grup, sześć prób, sześć raportów. W teorii każdy coś znalazł, ale jak się w to wgryźć… to właściwie nikt nie wrócił z czymś, co nazwałbym drogą do domu. Grupa pierwsza – Wen i jego szyb techniczny. Miałem na nich lekkiego nosa, bo ten kierunek wydawał się najbliżej czegoś „głównego”. I może właśnie dlatego to takie rozczarowujące. Pusto. Rozwalone ściany, ślady, że coś kiedyś tu było, ale już dawno umarło. Wen coś tam mówił o złym miejscu, duchach, złej energii – nie wiem, może mówił więcej do siebie niż do nas. Ja tam nie czułem duchów. Ja czułem beton, który nie ma ochoty już nic dźwigać. Za to druga grupa – Hui i spółka – to był pierwszy moment, kiedy mi coś w środku drgnęło. Znaleźli coś. Znaczy: nie otwarte drzwi, ale rozwidlenie. Dwa kierunki, jeden zawalony, drugi… dziwny, ale do przejścia. W przeciwieństwie do innych, oni naprawdę coś mieli przed sobą. Może nie droga do raju, ale jakaś droga. I na razie to nasz najlepszy strzał. Trzecia grupa – kanały wentylacyjne. Brzmiało jak plan: może chłód, może przeciąg, może jakiś powiew z powierzchni? Ale nic z tego. Zawalisko za zawaliskiem, powietrze stałojak w trumnie. Meng wyglądał, jakby chciał zniknąć. A Huang… ten chłopak już wtedy się łamał. Mówił coś o mamie, o świetle, o zabawkach, tygryskach. To nie był już ten sam chłopak, co zszedł z nami na dół. Czwartą grupę pominę bo już o tym pisałem. Grupa piąta – doktor i jego mapy z d… No dobra, przesadzam. Doc to mądry gość, ale jak zaczyna gadać o symbolach i kręgach, to mam ochotę go potrząsnąć. Fakt – coś jest na ścianach. Ktoś tam był przed nami, coś zostawiał. Ale to nie mapa. To bardziej jak ślady po kimś, kto próbował się nie zgubić, a potem jednak zginął. A doktor chciał z tego układać drogę. Może to był jego sposób, żeby nie zwariować. Szósta grupa – radio. Raz błysnęło, coś zaszumiało. Qiang mówił, że Gao słyszał głos. Nie dało się tego odtworzyć. Mówię z ciężkim sercem – jeśli cokolwiek miało szansę przebić się przez ten beton, to właśnie to radio. I liczyliśmy , że nie powiedziało ostatniego słowa. Jak mam być szczery – nie byliśmy w dupie, ale już ją było widać zza zakrętu.
Grupa druga – jedyna z realnym tropem. Reszta to ślepe ściany, dziwne nastroje i ludzie, którzy zaczynają się zmieniać. Ale dopóki się ruszaliśmy, dopóki ktoś mówił „idziemy jeszcze raz” – ja nie gasiłem lampy. Nie szukałem cudów. Ale wystarczyła mała szczelina. Mały przeciąg. Mały znak. I wierzyłem, że może, może wciąż coś da się zrobić.
Szef brygady potarł czoło, spojrzał na kartkę, na której robił notatki, i wstał, poprawiając koszulę.
– W porządku – zaczął spokojnie, ale stanowczo. – Dzięki wam wszystkim za wysiłek. Wiem, że nie przynieśliście dobrych wieści. Ale wiecie co? To nie ma teraz znaczenia. Najważniejsze jest, że każdy z was wrócił. Póki żyjemy, a to już coś.
Spojrzał po kolei na twarze ludzi siedzących wokół.
– Teraz musimy zrobić przerwę. Każdy z nas potrzebuje odpoczynku. Niektórzy ledwo trzymają się na nogach. Od tej chwili na poważnie – oszczędzamy wszystko. Wodę, jedzenie, energię. Nie wiemy, jak długo to potrwa. Jedzcie tylko wtedy, gdy naprawdę nie możecie już wytrzymać. Pijcie powoli, oszczędnie. Zasoby są ograniczone.
Zasugerował też, by rozebrać się do bielizny – momentami temperatura była nie do zniesienia. Dodał, że cały czas warto nasłuchiwać, czy ze skał nie skapują krople wody. Jeśli zauważymy coś takiego, mamy niezwłocznie dać mu znać i zorganizować warty do zbierania zapasów.
– Każda kropla – jak każde życie – ma znaczenie – powiedział.
Na koniec dodał:
– Przede wszystkim: śpijcie. Kto może, niech śpi teraz. Jutro znów coś wymyślimy.
Zamilkł na chwilę, po czym spojrzał w kierunku doktora, który do tej pory stał z boku, milczący, z założonymi rękami.
Doktor odchrząknął, podszedł bliżej i mówił cicho, ale wyraźnie:
– W chińskim górnictwie było wielu bohaterów. Może nie znacie ich imion, ale ja tak. W 1963 roku, w kopalni w Henan, jedenastu górników zostało uwięzionych na dziewięć dni pod ziemią. Żyli na jednym dzbanku wody, kilku suszonych owocach i własnej determinacji. Zostali ocaleni, bo nie przestali walczyć.
Spojrzał po nas. W jego oczach było coś… cichego. Jakby wspominał nie tamtych ludzi, ale coś starszego.
– Inni nie mieli tyle szczęścia. Ale wielu z nich, nawet jeśli zginęli, zostali zapamiętani nie dlatego, że się poddali – tylko dlatego, że walczyli do końca. Tak jak my teraz.
Zamilkł na moment. Uśmiech, który przemknął przez jego twarz, był niemal niezauważalny. Niemal.
– To nie jest pierwszy raz, kiedy górnicy są pod ziemią bez wyjścia. Ale każda taka historia może mieć inne zakończenie. Od nas zależy, jak będzie wyglądało nasze. Kiedyś, dawno temu, w miejscu równie ponurym jak to, tylko na powierzchni, żył człowiek imieniem Wang Jinxi – zaczął doktor, patrząc na górników, którzy wrócili z pustymi rękoma. – Znaliście to imię? Może nie. Bo teraz świat zapomina o bohaterach. Wang Jinxi był górnikiem. Zwykłym. Takim jak my. Ale kiedy jego kraj potrzebował węgla, gdy ziemia była twarda jak stal i nic nie chciało się ruszyć – on nie czekał na cud. Nie płakał. Nie marudził. Wziął łopatę. I ruszył. Ze złamaną nogą. Z ranami. Bez sił.
Doktor zamilkł na moment. Przeszedł kilka kroków, stukając twardo obcasami o kamienną posadzkę tunelu.
– Mówili o nim: „Król Węgla”. Ale nie za tytuł go pamiętali. Pamiętali go, bo krwawił dla celu. Bo kiedy inni mówili, że się nie da – on kopał. Własnym ciałem. Bez snu. Bez wody. Z gorączką. Śmiał się śmierci w twarz i pluł jej pod nogi, aż ziemia pękła.
Jego głos zaczął się zmieniać – był jeszcze cichszy, ale bardziej intensywny, jakby przeszywał powietrze.
– A my? Rozdzieliliśmy się. Każdy z nas szukał nadziei w osobnym kierunku. Wróciliśmy z niczym. Jedynie echo i ciemność odpowiedziały. Więc pytam was – co teraz? Czy Wang Jinxi by się poddał? Czy pozwoliłby, by śmierć przyszła i zabrała go jak zwierzę? Nie. On by… on dalej by próbował. Wyrwałby sobie żebra, gdyby trzeba było. I użył ich jako dźwigni, by wydrążyć drogę.
Głos doktora znów urwał się, tym razem nie przez retorykę, ale jakby naprawdę coś w nim pękło. Przez moment wyglądał, jakby rozmawiał nie z ludźmi, ale z cieniami na ścianie.
– Myślicie, że bohaterstwo to ładne słowa? Nie. To błoto i krew. To wybór, którego nie chce się dokonać, ale trzeba. Wang Jinxi nie miał wyboru. My też już nie mamy. I wiecie co? Może to dobrze.
Zbliżył się do jednej z lamp. Spojrzał na słabnące promienie.
– Wang Jinxi był jednym człowiekiem. A wy jesteście całą grupą. Każde z was ma siłę, o której do tej pory nie wiedziało. Nie bójcie się bólu. Nie bójcie się wstydu. One są przejściowe. Śmierć – jest wieczna. Chcecie, by dzieci pamiętały was jako tych, którzy usiedli i czekali? Czy jako tych, którzy choć spadały na nich kamienie, głód i rozpacz – zrobili to, co trzeba?
Przesunął dłonią po ścianie, jakby coś chciał z niej odczytać, coś tylko jemu znanego. Dodał półgłosem, niemal mimochodem:
– Niektóre końce są wyłącznie początkiem, jeśli się wystarczająco długo patrzy w ciemność.
Szef brygady kiwnął głową, przytakując.
– Dziękuję, doktorze. No dobra, wracamy do cienia. Kto nie śpi – niech śpi. Kto śni – niech śni o powierzchni.
Cisza, która zapadła po słowach doktora i szefa brygady, nie była już taka sama jak wcześniej. To nie była cisza pustki. To była cisza zmęczenia, ale też ulgi – jakby samo to, że ktoś wypowiedział na głos, że nadal nie wszystko stracone, wystarczyło, by rozluźnić choćby jeden napięty mięsień. Chociaż pod koniec nie do końca rozumiałem o co chodziło Doktorowi. Niektórzy kiwnęli głowami bez słowa. Inni tylko sięgnęli po plecaki, by wyjąć coś na poduszkę. W kopalni nie było łóżek, oczywiście. Były plecy, dłonie, kamień i ciemność, ale jakoś nikt nie protestował. Nikt nie narzekał. Każdy rozumiał. Gdzieś z boku ktoś zapalił lampę. Światło zatańczyło po ścianach, ukazując obdrapane twarze, spuchnięte oczy, bladość. W jego blasku wyglądało to jak obraz z jakiegoś obrzędu, jakbyśmy mieli za chwilę śpiewać modlitwy do nieba. Albo do piekła. Bo ono było bliżej. Usiadłem z powrotem w swoim kącie. Skuliłem się, podpierając głowę na kolanach. Miałem wrażenie, że żołądek już dawno zapomniał, jak to jest być pełnym. Ale mimo wszystko starałem się nie myśleć o jedzeniu. Obok leżeli bracia. Starszy – wpatrzony w sufit, jakby próbował rozmawiać z własnym sumieniem. Młodszy – oddychał już spokojniej, prawie spał. Z dalszej części korytarza dobiegł cichy głos Menga, jednego z górników z trzeciej grupy:“Jak zasnę, nie wiem, czy się obudzę. Ale może to i lepiej. Może wtedy się obudzę na powierzchni”. Nikt mu nie odpowiedział. I tak leżeliśmy. Ludzie o czarnych paznokciach, suchych ustach i zmęczonych oczach. Czekając na sen, który mógł być wybawieniem albo przekleństwem. Tylko oddechy. I świadomość, że gdzieś tam, bardzo, bardzo daleko – świeci słońce. Wstałem jeszcze bardziej zmęczony niż byłem wcześniej, Nie wiem ile spałem. Obudziły mnie głosy. Pomimo braku światła z czasem rozmowy moich towarzyszy były coraz głośniejsze i wyraźniejsze. Znowu zebraliśmy spotkanie i wspólnie zaczęliśmy uzgadniać plan działania. Jedno to wierzyć w odsiecz, a drugie to wziąć się do roboty. Nikt nie chciał sobie zarzucić, że chociaż nie spróbował.
Czong spojrzał na wszystkich i położył rękę na stosie kilofów. Miał twarz zmęczoną, jakby nie spał od dni. Może i był szefem, ale teraz wyglądał bardziej jak ktoś, kto po prostu nie chce być sam ze strachem.
– Jestem waszym dowódcą, ale zależy mi, żebyście czuli moje wsparcie – powiedział spokojnie. – Dlatego przychodzę z pytaniem: potrzebujemy pomysłu, jak dostać się przez tę zwałę gruzu. Co myślicie? Ktoś ma coś do zaproponowania?
Meng, najsolidniejszy z całej ekipy, brodaty jak drwal, nie znosił pustych rozmów. Odezwał się pierwszy.
– Grunt przy starym przodku jest miękki. Jeśli zaczniemy tam, szybciej się przebijemy.
Głos miał suchy jak żwir, twardy od pracy.
Hui, były nauczyciel fizyki, wiecznie analizujący, uniósł palec, jakby nadal stał przed tablicą.
– Może… zamiast od razu iść w dół, spróbujemy tutaj – przy ścianie z natlenionymi pęknięciami. To dalej, ale bezpieczniej.
Stary Wen stał już przy ścianie. Wyprostowany jak do modlitwy. Górnik z czasów, gdy nie było jeszcze masek z filtrami, tylko zwykłe chusty i mocne ręce.
– Każdy punkt to jak modlitwa. Tu kreślę „1” węgielkiem – nasze pierwsze wezwanie o światło.
Ręka mu drżała, ale nie z niepewności – z wieku. Tego nie da się ukryć.
Chen, nerwowy, szczupły, jakby w każdej chwili gotów do ucieczki, prychnął.
– Modlitwy są piękne, ale cuda robią ręce. Nie ma sensu liczyć fraz, jeśli nikt nie kopie!
Spojrzał spod byka. Było w nim napięcie jak w sprężynie – nie ufał nikomu, może nawet sobie.
Czong, były sierżant z twardą szczęką i precyzyjnym językiem, przemówił krótko:
– Podzielmy się na dwie grupy. Meng i Wen zaczną przy miękkim gruncie, reszta w prawo. Wsparcie i podawanie narzędzi to podstawa.
Qiang, milczący najczęściej, teraz kiwnął głową. Jego ton był suchy, ale czysty jak stal.
– Nie mam nic przeciwko, żeby być przy ścianie Wena. Skoro wierzy w tę kreskę – zrobię to, co trzeba.
Doktor, dawniej chirurg, teraz cień samego siebie, rzucił zdanie jak skalpel:
– Biologia jest okrutna. Jeśli nie ruszymy teraz, damy trupom więcej czasu. Kopanie to lekarstwo.
Huang stał z tyłu, przygarbiony. Najmłodszy. Twarz jak z porcelany, oczy rozbiegane. Miał może dwadzieścia lat, może mniej. Uniósł rękę.
– Mamuśka mówiła, że odwaga to nie brak strachu, tylko działanie… Więc… działajmy.
Podniósł dłoń, jakby przysięgał przed niewidzialnym sądem. Ale nikt go nie traktował poważnie. Już nie.
Gao, zimny jak metal, mówił jak komputer.
– Zgadzam się z Mengiem. Miękka ziemia daje największą szansę. Kto nie wierzy, niech sam spróbuje.
Yang, artysta-nieudacznik, człowiek od śmiechu, który teraz był tylko wspomnieniem, wzruszył ramionami i uśmiechnął się krzywo.
– Nie ma złych pomysłów. Są jedynie niewypróbowane. Kopmy obie strony równocześnie.
Wang – ostoja grupy, zawsze z tym samym spokojem – wszedł w rozmowę bez podnoszenia głosu.
– Yang ma rację. Im więcej punktów próbnych, tym szybciej coś znajdziemy.
Hui skrzywił się lekko. Wciąż liczył.
– Ale narzędzi mamy mało. Wolę jeden kierunek dobrze rozpracować niż dwa po łebkach.
Stary Wen znowu podszedł do ściany.
– Dwie kreski to dwa testy – dwie modlitwy, by wszechświat odpowiedział.
Chen westchnął. Głośno. Zniecierpliwiony. Łopatę oparł o ramię.
– Trzech tam, trzech tu. Nie komplikujmy.
Czong spojrzał wokół, jak generał nad mapą frontu.
– Może dwóch przy Wenie, dwóch przy Hui, reszta tu – pomocniczo.
Zawahał się na tym słowie. Ale nie poprawił się.
Qiang, stary kumpel Menga, zwykle z tyłu, teraz odezwał się pewnie:
– Ja z Mengiem wesprę Wena. Hui, Yang, Wang– idźcie tam, gdzie chcecie.
Nappeun, przeciągnął palcem po karku.
– Trzeba słuchać ciała. Ono zna granice. Wybierajcie mądrze.
Huang znów uniósł głowę.
– Moja odwaga… puka w drzwi. Mogę iść tam, gdzie Wen liczy?
Mówił, jakby sam siebie nie słyszał. Jakby pytał o pozwolenie na istnienie.
Czong zmarszczył brwi.
– Huang, ty w ogóle jesteś jeszcze z nami? Pierwsza zmiana wybrana. Zobaczysz, odechce ci się tej roboty.
Yang uśmiechnął się słabo.
– Zobaczymy, który plan pierwszy się zawali. Podążmy za informacją, nie za dumą.
Meng wziął narzędzie.
– Zacznę od pierwszej kreski Wenowskiej.
Powiedział to z taką pewnością, jakby otwierał drzwi do własnego domu.
Wen uniósł węgielek.
– Kreślę teraz „3” obok „1” i „2” – trzy modlitwy, jeden cel: światło.
Wang wbił but w ziemię.
– Kopmy. Gdyby nie było prawdy w tunelu, nie byłoby nas tu.
Czong rzucił okiem po wszystkich.
– Działajcie ostrożnie, ale z determinacją.
Nappeun uniósł rękę jak wykładowca.
– Każdy kamień, który przesuniemy, pisze nową kartę naszej historii. Piszmy odważnie.
Huang przytulił się do ściany. Cicho. Jakby coś szeptała mu w ucho.
– Mamuśka zawsze mówiła, żeby wierzyć w to, co dobre… więc wierzę, że to dobry plan.
Qiang założył rękawice. Czas słów się kończył.
– A ja wierzę, że współpraca zawsze przebije samotne wysiłki.
Yang poprawił latarkę na czole. Klik. Zapinał hełm jak przed szturmem.
– Więc kopmy. Bo czas nie czeka.
Niedługo potem przyszła kolej na mnie. Mimo, że mieliśmy grube rękawice to każdy cios kilofa odbijał się w rękach jak ból z wnętrza kości. Kamień wydawał się twardszy niż kiedykolwiek. Nie chciał pękać. Czasem tylko odprysk, czasem głuchy trzask – jakby uderzało się w metalową klatkę. Pot zalewał oczy. Powietrze było suche, ale śmierdziało wilgocią. Już przy pierwszej swojej zmianie czułem, jak dłonie zaczynały puchnąć. Skóra na wewnętrznych stronach palców się zdzierała. Zawijałem je w szmaty, by dalej pracować. Chen krwawił spod paznokci, ale nic nie mówił. Po prostu walił dalej. Nadeszła przerwa. Siedzieliśmy przy ścianie. Chłopaki z mojej grupy oddychali jak po biegu na śmierć i życie. Czong wyjął bagietkę, przełamał na czworo. Każdy dostał po kawałku. Gryzliśmy jak psy, powoli, żeby starczyło. Cisza była przerażająca. Czasem ktoś kaszlnął, czasem słychać było, jak kropla wody spada gdzieś daleko, a paru z nas próbowało jej szukać. Nagle Huang powiedział: – Słyszeliście to? Mówił, że ktoś stukał, ale nie w miejscu, gdzie pracujemy. Z głębi. Nie skomentowaliśmy. Lepiej nie zaczynać. Minęły dwa mrugnięcia okiem i okazało się, że to znów pora wracać do pracy. Ręce drżały. Każdy cios to walka z samym sobą. Zgrzyt żelaza o kamień rozchodził się po tunelu jak jęk umierającego. W którymś momencie miałem wrażenie, że coś poruszyło się za ścianą. Nie w sensie, że kamień osiadł. Bardziej jak… coś się tam przesunęło. Zatrzymałem się. Nasłuchiwałem, ale nic tam nie zobaczyłem. Jedynie moje serce biło w uszach jak bęben. Zmiana, odpoczynek, znowu kęs suchara. Ktoś upił łyk wody – dostał tylko spojrzenia. Butelka szła z rąk do rąk, każdy brał tyle, co nic. Huang znowu mówi, że ściany się zmieniają, że jak się zamknie oczy, można zobaczyć w nich twarze. Śmialiśmy się, ale za bardzo, by było to normalne. Sam wtedy zacząłem bać się zamykania oczu. Jednak musiałem i próbowałem usnąć, z głową opartą o kamień. Twardo, duszno. Nie można się porządnie położyć. Wszędzie pył i brud. Śnił mi się korytarz. Długi, ciasny, jakby zrobiony z mięsa. Pulsował, a na jego końcu coś stało. Coś wysokiego. Nie widziałem twarzy. Ale czułem, że patrzy. Usłyszałem jak Chen próbował mnie dobudzić, ale musiało mi się zdawać bo on spał. W oddali zobaczyłem Czonga na którego ledwo co padało światło. Siedział sam, blisko zawaliska. Szeptał coś pod nosem. Myślał, że nikt nie słyszy, ale ja usłyszałem ”Nie powinniśmy kopać. Nie w tym miejscu”.
Przeraziło i zdziwiło mnie jednocześnie zachowanie szefa. On był naszym fundamentem, szkieletem, który trzymał nas i naszą wiarę za mordę, aż nagle stało się coś takiego. Zostawiłem ten fakt dla siebie, nie chciałem dołować moich towarzyszy. Już ciała mieliśmy jak z ołowiu. Umysły jakby na granicy przegrzania, ale mimo wszystko kolejnego dnia, a nawet i tego samego znowu chwyciliśmy za kilofy. Bo co innego mieliśmy zrobić? Chociaż… teraz myślę, że to coś nie chce, żebyśmy wyszli.
Próbowałem spać dalej, ale szybko obudziło mnie kapanie. Dziwne, regularne. Myślałem, że to woda, ale dźwięk był inny. Cięższy. Jakby coś miękkiego spadało na kamień. Znalazłem tylko cień i ciemną plamę. Zniknęła, gdy włączyłem lampę. Może to był sen. Może nie. Kopaliśmy bez przerwy. W miejscu zasypania, tam, gdzie szansa była najmniejsza, ale istniała. Zmieniliśmy lekko plan kopania i już nie dzieliliśmy się na zmiany. Nie było grafików, nie było kolejności. Po prostu masz siłę, to bierzesz kilof. Proste zadanie, jak bicie serca. A może bardziej jak bicie głową w mur. Z każdym uderzeniem skała zdawała się twardsza, albo to nasze ręce słabsze. Odbijał się dźwięk – pusty, głuchy, jakby waliło się w trumnę. Pot zalewał oczy. Odparzone dłonie, mimo rękawic, puchły jak chore owoce. Skóra się zdzierała.
Zmęczenie robiło swoje – łapaliśmy kilofy jak pijani. Wu raz uderzył się w kolano. Rozpłakał się jak dziecko. Skała, którą próbowaliśmy przebić, jest twarda, nienaturalnie twarda. Jakby coś ją utwardziło od środka. Każde uderzenie rozchodziło się po ścianach jak echo w pustym kościele. Niektóre dźwięki… nie wracały. Podczas jednej ze zmian zawalił się fragment sufitu. Nikogo nie przygniotło, ale kurz wypełnił płuca. Kaszel, łzy, panika. Huang dostał ataku – zaczął wrzeszczeć, że to kopalnia żyje, że się rusza. Trzymaliśmy go w trzech. Gryzł. Dosłownie gryzł mnie w rękę. Wang dał mu w łeb. Nie za mocno, tylko tyle, żeby zasnął.
Wang westchnął i odsunął się od leżącego ciała. – Śpi, albo udaje.
Trzymałem się za przedramię, które wciąż pulsowało bólem po ugryzieniu. Palce miałem zakrwawione.
– Nie wiem, co go bardziej boli – to, co widzi, czy to, czego już nie widzi – mruknął Lao, opierając się o ścianę.
A potem… Huang się poruszył.
Nie gwałtownie. Nie jak poprzednio. Nie jak zwierzę. Tylko delikatnie, jakby przeciągał się po drzemce. Mruknął coś przez sen, bełkotliwie.
I wtedy usłyszeliśmy.
– Dwa tygrysy, dwa tygrysy…
– Biegną szybko, biegną szybko…
Nucił. Szeptał. I znów zaczynał od początku.
– Jeden nie ma uszu, drugi nie ma ogona…
– Jakie dziwne! Jakie dziwne…
Nie śpiewał tego jak dziecko, ani jak dorosły. To było coś… pomiędzy. Głos pusty, bez emocji, ale i bez lęku. Jakby utknął w rytmie, który sam siebie chroni. Nie odzywaliśmy się. Nikt mu nie przerywał. Chcieliśmy, ae nie mieliśmy serca. Bo każdy z nas znał tę melodię. Każdy słyszał ją kiedyś, dawno temu, w cieple, w bezpieczeństwie. Śpiewaną przez kogoś, kto pachniał mydłem i ryżem. Kogoś, kogo może już nigdy nie zobaczymy. Kołysanka wślizgiwała się między echo a kaszel. Między uderzenia kilofa. Między to, co wciąż ludzkie, a to, czego już nie dało się odzobaczyć. I choć żaden z nas nie chciał jej słuchać – bo przypominała o tym, co straciliśmy – to nikt nie przerwał. Bo może przez te kilka sekund… mogliśmy być jeszcze dziećmi, które próbują nie zasnąć w mroku.
Próbowałem z Gao oraz Zhao zorientować się, jak ma się sprawa z jedzeniem. Doktor i Szef jako jedyni mieli do nich dostęp. Kiedy spytaliśmy Nappeuna, jedynie się uśmiechnął i powiedział – Nie martwcie się. Jak będzię źle to pierwsi się o tym dowiecie.
Najgorsze było to, że jego uspokajające słowa zabolały bardziej niż brutalna prawda, bo gdyby powiedział, że nic nie zostało, przynajmniej wiedzielibyśmy, na czym stoimy. Przez krótką rozmowę z pseudointelektualistą nie mogliśmy przestać myśleć o jedzeniu. Wzięliśmy gliniane wiadro, żeby zbierać skropliny z sufitu. Kropla po kropli. Jakbyśmy doić chcieli kamień. Nikt się już nie śmiał. Nawet Yang, który zawsze sypał żartami milczał. Kiedyś kopałem i natrafiłem na pustą przestrzeń, może kieszeń gazową, może coś innego. Zrobiło się cicho. Zbyt cicho. Włożyłem rękę przez szczelinę. Wyłącznie na chwilę. Poczułem coś zimnego i miękkiego, ale kiedy zajrzałem latarką nic tam nie było. Tylko ciemność, ale przysięgam, że coś oddychało. Nie potrafiłem spać. Wciąż boję się śnić, ale bardziej boję się tego, co czuję, gdy nie śpię. Ściany jakby były bliżej. Nie wiem, czy to mózg płata figle, czy naprawdę tunel się zacieśnia. Nie wiem, czy to nadal my tu jesteśmy. Czy to jeszcze my… czy coś innego zaczęło nami być. Nie wiem ile godzin, dni, tygodni kopaliśmy. Czułem się jak uwięziony w pętli. Z każdą kolejną zmianą rozmowy między nami były coraz bardziej zdawkowe i ograniczały się do pojedynczych słów. Dlatego każda dłuższa wymiana zdań przywracała mi jakąkolwiek wiarę w dalsze istnienie. Ale kiedy to już się działo, nie mówiłem co myśle, co czuję by nie wyjść na szaleńca. Już jednego mieliśmy…..
Qiang przystanął dziś, wyglądał jakby urósł, choć był mniejszy – nienaturalnie wyprostowany, jakby tylko kręgosłup trzymał go w pionie. Twarz miał woskową, wypłowiałą, a oczy przekrwione, jakby od dni niewidzenia światła. Jego włosy – a raczej to, co z nich zostało – wyglądały jak poszarpane ręką. Miejscami łysawe placki odsłaniały blady skalp. Można było pomyśleć, że stracił je przez chorobę albo głód, ale sposób, w jaki były wyrwane, mówił coś innego. Jakby próbował wyciągnąć z siebie strach przez skórę. Zatrzymał się nagle, patrząc w pustkę przed sobą i powiedział:
– Moja żona… mówiła, żebym nie szedł. Mówiła, że dziś coś się stanie. Śmiałem się z niej wtedy.
Nikt się już nie śmiał. No chyba, że Huang – ale u niego to już był inny rodzaj śmiechu. Cichy, przerywany, jakby nie szeptał go sobie, tylko czemuś obok. Trudno było powiedzieć, czy to jeszcze reakcja, czy już odruch. Miał na twarzy ten sam stan skupienia co zawsze, ale zmieniło się coś w sposobie, w jaki poruszał się po ciemności. Nie chodził już bez celu. Zawsze miał przy sobie jedno – kołysankę. Nucił ją pod nosem jak mantrę. Cicho, czasem ledwo słyszalnie. Ale nigdy bez niej. Stała się jego zbroją. Jego skórą. Nie ruszał się bez niej ani o krok. Jakby cisza między wersami mogła go rozerwać od środka. Rozmawiał rzadko, a jeśli już – to zawsze z kołysanką w tle, wciśniętą między słowa jak przerywnik, jak przecinek. Czasem mówił jedno zdanie, potem dwa wersy „Dwa tygrysy”, potem znów cisza, potem reszta myśli – jakby to była jedyna forma komunikacji, którą póki co akceptował. Ostatnimi czasy znowu powiedział, że ściany się poruszają. Że jak się dobrze przyjrzy, to widać twarze ze wzorami. Nikt już nie reagował. Nie dlatego, że nie słyszeliśmy – po prostu przestaliśmy mieć siły. Raz zapytałem go mimo wszystko, co dokładnie widzi, próbując złapać jakąś nitkę w tym jego splątanym świecie. Odpowiedział: – Ciebie, ale starszego i bez ust, bez uszu, bez oczu. A potem śmiał się długo. Ale to nie był śmiech z radości. To był śmiech, jakiego używa się zamiast płaczu.
Jeśli nie mylę chronologii to na tamten moment, zostały nam jedynie cztery działające lampy z osiemnastu. Reszta popsuta, zużyta, zgubiona. Hui na każdej zmianie uderzał bez słowa. Czasem tylko patrzył w dal i drżał przez moment. Chen położył się kiedyś na chwilę, żeby złapać oddech. Kiedy podszedłem, leżał z zaciśniętymi pięściami i szeptał coś do siebie. Odsunąłem się – coś w jego głosie było zbyt… intymne. Zbyt graniczne.
Stary Wen… on z każdym dniem był coraz dalej stąd. Nikt go nie rozumiał, a on rysował coś węglem na ścianach – wzory, liczby, modlitwy. „Wszechświat nas testuje” – powtarzał. „To przejście. To nie kopalnia, to korytarz oczyszczenia.” Ostatnio próbował namaścić nasze narzędzia własną krwią. Odciągnęliśmy go, ale widziałem, jak potem modlił się do kawałka skały, jakby to był ołtarz. Mały Wu nie dość, że zranił kolano to miał rany na palcach – gryzł je, kiedy myślał, że nikt nie patrzy. Wargi miał pogryzione do mięsa, mówił, że woli oszczędzać wodę dla nas. Raz przyłapałem go, jak szurał zębami po kamieniu, jakby chciał go zjeść. Meng spał rzadko. Mówił, że jak zasypia, to śni mu się dom, ale w środku coś gnije, coś czeka. Yang ostatnio próbował odpoczywać, ale po chwili dostał drgawek. Cały zlany potem, jakby właśnie przeżył egzorcyzm. Lao opadł na kolana, trzymał się za głowę. Płakał cicho, nie reagował, jak go wołałem. Kiedy w końcu podniósł wzrok, miał w oczach tylko pustkę. Tylko echo.
Było źle, a miało być gorzej. Zaczęło się od niczego. Jak zwykle. Ktoś zbyt blisko usiadł, ktoś sięgnął po manierkę, która nie była jego. W dusznym, ciasnym półmroku takie rzeczy mają ciężar wybuchu. Tym razem to był Wen, który oparł się o ścianę, gdzie Hui rozłożył swój “kocyk” i położył ubranie – jak relikwię, jak jedyne, co mu zostało z poprzedniego życia.
– Odsuń się – powiedział Hui. Spokojnie, ale z tym napięciem w głosie, co zwiastowało burzę.
Wen spojrzał na niego jak na coś, co przeszkadza.
– To już nie twoje miejsce, Hui. Tu nie ma miejsc. Tu jesteśmy razem.
Hui milczał sekundę za długo. A potem wstał.
– Nie jesteśmy razem – wysyczał. – Ty chcesz wierzyć, że jesteś pasterzem, ale ja nie jestem twoją owcą. Nie mam ochoty być dotykany. Nie chcę, żebyś na mnie patrzył, rozumiesz?
Wen wstał, dumnie, bez pośpiechu. Spojrzał na Huia z góry, choć nie był wyższy. Oparł rękę o ścianę, centymetry od twarzy tamtego.
– Gadasz głupoty, bo boisz się ludzi. Bo wolisz być sam niż przyznać, że potrzebujesz nas jak powietrza.
– Spierdalaj z mojej przestrzeni.
– Nie masz przestrzeni.
Nie było ostrzeżenia. Hui rzucił się pierwszy. Uderzył barkiem, z całym impetem – jakby chciał go nie tylko przewrócić, ale wyrwać z tego miejsca, jak kamień z muru. Wen się zachwiał, ale nie padł. Stał i czekał by przyjąć kolejny cios. Hui zasyczał, pchnął go na ziemię, próbował przydusić kolanem. Wen syknął, próbował złapać go za ręcę. Ich zmagania były dzikie, chaotyczne, bardziej desperackie niż brutalne.
– Zostaw mnie w spokoju! – ryknął Hui.
– Ty siebie zostawiłeś! – odburknął Wen. – Ja próbuję cię wyciągnąć z tej jaskini w środku twojej głowy!
Dopiero Chen i Gao ich rozdzielili. Obaj dyszeli, pluli śliną. Szef nie powiedział ani słowa. Patrzył, ciężko. Może zmęczony, może zawiedziony, może… już obojętny. Hui odszedł w cień. Usiadł z dala, skulony, ściskając swoją kurtkę jak dziecko przytulankę. Wen otarł usta, spojrzał przez moment po reszcie i wrócił do malowania po ścianach.
Nie wiem, jak długo to trwało. Ból głowy rozsadzał czaszkę. W klatce piersiowej coś piszczało. Jakby ktoś włożył tam piłę do metalu. Każdy oddech bolał. A mimo to znowu chwyciliśmy za kilofy. Nie bohatersko. Nie z wiarą. Po prostu: co innego nam zostało?
Zaczęła się kolejna pobudka . Już nikt nie wiedział która z kolei. Szef Czong coraz bardziej stawał się nieobecny, a zegarek oczywiście nie wiadomo kiedy się zgubił. Czułem się, jakbyśmy tu byli od wieków. Kiedyś człowiek miał rytm, świt, praca, dom, noc. Teraz mieliśmy tylko kamień i ciemność. Czas płynął jak ślina po brodzie umierającego. Zjadłem połowę suchara. Miałem wrażenie, że żułem go godzinami. W ustach miałem pył. W głowie młot. Kopanie to już nie praca. To kara. Każdy cios to walka z samym sobą, jakbyśmy próbowali się przebić nie przez skałę, ale przez grób, który nas połknął. Nie łatwiejsze wcale było dźwiganie kamieni. Skóra na dłoniach zeszła całkiem. Wang miał pęcherze pęknięte aż do mięśni. Chen krwawił z nosa, non stop. To przez ciśnienie, albo… coś innego. Ząbki w kilofie Chena złamały się o coś, co nie wyglądało jak zwykła skała. Ciemne, błyszczące. Jakby organiczne.
Ktoś zaczął krzyczeć. Zacząłem biec jak najszybciej. Chodziło o Caia. Leżał bez ruchu, oczy miał szeroko otwarte, a usta w pianie. Nie oddychał. Miał dłoń zaciśniętą na kamieniu tak mocno, że aż paznokcie się wbiły w ciało. Doktor powiedział, że zmarł z przemęczenia. Serce nie wytrzymało. Tylko że… Cai jeszcze parę godzin wcześniej był w najlepszej formie z nas wszystkich. A na jego twarzy… nie było strachu, tylko zaskoczenie, jakby w ostatnim momencie zobaczył coś, czego nie powinien. Tak, wiem, wiem Li. Niepotrzebnie Cię nakręcam. Nic tutaj z nami nie ma prawda? Prawda.
Zrobiliśmy coś na kształt pochówku. Zakryliśmy go ubraniami, przysypaliśmy ziemią. Nikt się nie modlił. Nikt nie płakał poza Rui, który był jego przyjacielem od czasów dzieciństwa i to on chciał wygłosić krótką na tyle na ile miał sił mowę pożegnalną, ale można było się domyśleć kto wsadzi jeszcze w to swój nos…..
Doktorek wstał powoli. Miał na sobie tę samą zakurzoną bordową koszulę, której nie zmieniał od czasów zesłania, ale jakoś wyglądała na czystszą niż nasze. W dłoniach trzymał notatnik, który otwierał i zamykał bez celu, bardziej dla gestu niż funkcji. Pochylił głowę. Westchnął cicho, teatralnie. – Cai był człowiekiem cichym. Nie wdawał się w spory. Pracował, nawet gdy nikt nie patrzył. A jednak… to on odszedł pierwszy. Spojrzał na nas, po kolei, uważnie – jakby czytał z twarzy coś więcej niż smutek.– W takich miejscach… – ciągnął, wolno – śmierć nie ma ostrzeżeń. Nie pyta. Wybiera. Czasem nawet losowo. Ale może… może w tym też jest jakiś porządek. Może kopalnia zabiera najpierw tych, których uważa za czystych, spokojnych. Którzy nie mają już nic więcej do udowodnienia. Ktoś chrząknął. Ktoś spojrzał w bok. Ale nikt mu nie przerwał. – Może to właśnie dlatego zostaliśmy my. Bo nadal mamy coś w sobie. Jakiś ciężar, jakiś grzech. Coś, co musi być z nas wydarte, oczyszczone, przetopione przez głód i noc. Przeszedł się powoli wzdłuż ściany. Zatrzymał się przy Czongu, położył mu dłoń na ramieniu. Ten nie zareagował. – Nie jesteśmy wyłącznie ludźmi pod ziemią. Jesteśmy ogniem w brzuchu tej planety. I jeśli mamy z niej wyjść… musimy być silniejsi niż byliśmy tam, na powierzchni. Musimy być inni. Zawiesił głos. I wtedy zrobił coś, co miało siłę większą niż słowa. Pochylił się nad ciałem Caia, i zamiast lampy z akumulatorem to położył lampę naftową, zapalił ją pomimo ryzyka wybuchu. Nikt z nas i tak nie zareagował. Ustawił ją obok głowy martwego. – Niech świeci mu drogę. To zdanie wgryzło się w ciszę jak robak. Ktoś się skrzywił. Ktoś spuścił wzrok. Doktor wrócił na miejsce, jakby nigdy nie mówił. Ale wiedział, co zrobił. Wiedział, że jego głos został wysłuchany, że szef milczał, a on mówił, że światło zapalił właśnie on i w tej jednej lampie… tlił się już jego cień.
Rui klęczał chwilę bez ruchu, z rękami opartymi o kolana. Oddech mu się rwał. W końcu podniósł głowę i powiedział drżącym głosem:
– Do kurwy nędzy, Cai… Ty? Naprawdę ty?!
Zacisnął pięść i uderzył nią raz w ziemię. Kurz poszedł w górę, ale nikt się nie odezwał. Rui mówił dalej, coraz bardziej wściekły, jakby chciał kogoś obudzić:
– Miałeś przeżyć! Ty, rozumiesz?! Ty miałeś się stąd wydostać! Jak patrzyłem na ciebie… to myślałem, że może wciąż mamy szansę. Że jak ty oddychasz, to znaczy, że da się jeszcze coś zrobić.
Złapał się za głowę. Pochylił się niżej, głos mu się załamywał:
– A teraz? Teraz co? Leżysz tu, w tej zasranej ziemi, jakbyś był nikim. Jakbyś był jednym z tych, o których się nie pamięta. A ty, do cholery, byłeś wszystkim, co nam tu zostało.
W jego oczach pojawiły się łzy, ale mówił dalej, szeptem, z zaciśniętymi zębami:
– Zawsze byłeś cichy, spokojny. Nie pchałeś się do przodu, ale jak przyszło co do czego – to byłeś pierwszy. Nie trzeba było dwa razy powtarzać. Nie pytałeś: „czemu ja?”… a może powinieneś, może wtedy byś nadal żył, Cai, może trzeba było się, kurwa, bać, jak reszta z nas!
Rui wstał, chwiejnie, otarł rękawem oczy. Spojrzał w pustkę, nie w ludzi, jakby gadał już tylko do tej ściany, która go słuchała lepiej niż wszyscy razem:
– Nie powinno cię tu być. Nie ciebie powinniśmy zakopywać. To niesprawiedliwe. To… to gówno jakieś.
Zadrżał mu głos. Cisza po jego słowach była lepka i ciężka. W końcu wyszeptał, prawie niezrozumiale:
– Przepraszam, że nie mogłem nic zrobić. Że to wszystko tak wygląda. To moja wina, że nie byłem przy Tobie.
Spojrzał jeszcze raz na ciało Cai. Ukląkł, przyłożył czoło do ziemi. Potem się podniósł i wrócił do kopania. Bez odwrotu, bez pożegnania. Jakby każde kolejne słowo miało go rozszarpać od środka.
Nie dziwie mu się. Praca szybko pomaga zapomnieć o bólu. Część już w trakcie, a część dopiero po przemowie zaczęła odchodzić. Tylko Stary Wen stał długo i szeptał coś do siebie. Potem powiedział, że Cai nie odszedł – on został gdzieś tutaj. Nie pytaliśmy, co miał na myśli. Po tym wydarzeniu bardzo szybko zaczęły się kolejne spory. O wodę, o narzędzia, o kolejność kopania. Krzyki odbijały się od ścian, jakby śmiała się z nas cała kopalnia. Nawet nasz kochany Qiang zarzucił mi, że coś ukrywam, że widział, jak chowam coś pod koszulką. Doszło do szarpaniny. Musieli nas rozdzielać. Od tamtej pory Qiang nie patrzy nikomu w oczy jest mu wstyd bo wyszedł na durnia. Wszystko co miałem schować, schowałem dużo wcześniej haha. Chociaż nie powinienem się śmiać, bo niedługo po tym wydarzeniu dowiedzieliśmy się, że jedzenia wystarczy maksymalnie na cztery dni, identyczna sytuacja była z wodą pod warunkiem, że będziemy jeszcze bardziej oszczędzać.
Huang coś mamrotał. Pominę fakt, żę był już na etapie picia moczu….. Tym razem mówił, że słyszy kroki. Nie w tunelu – w kamieniu. Jakby ktoś szedł wewnątrz ściany. Ja też coś słyszałem. Właśnie wtedy, gdy usnąłem na chwilę. Głos. Kobiecy. Bliski. Mówił moje imię. Myślałem, że nie da się już bardziej zatonąć w tym wszystkim. A potem zobaczyłem, co robi szef. Siedział z boku, sam, zgarbiony, jakby próbował wrosnąć w skałę. Niby spał. Ale coś w jego bezruchu stało się… zbyt uważne. Prawie zwierzęce. Początkowo nikt się nie zbliżał – od kilku dni coraz rzadziej z nami rozmawiał. Zaczęliśmy unikać jego spojrzenia, jakby było czymś zakaźnym. Hui próbował mu rzucić kawałek materiału na poduszkę, ale zero reakcji. Nic. Dopiero później usłyszałem dziwny dźwięk. Odwróciłem się. Gryzł własną rękę. Nie z bólu. Nie w szale. Tylko… jakby próbował coś z siebie wyjąć. Żuł miękką część między kciukiem a palcem wskazującym, jakby to było jedyne, co wciąż może mu przypomnieć, że ma ciało. Ssał krew. Zlizując, zbierając ją jak coś cennego. Wargi całe miał w strupach. Rozszarpywał je zębami do żywego mięsa, aż znów popłynęło. Wtedy wciągał krew przez zaciśnięte zęby. Cicho. Powoli. Z namaszczeniem. Kiedy Zhao go zapytał, dlaczego to robi, szef spojrzał po prostu jednym okiem spod kurzu i szeptem wycharczał– Inaczej nie czuć, że się istnieje. To było gorsze niż krzyk. Nikt nie miał siły się zaśmiać. Ani współczuć. W tym głosie nie słyszałem już człowieka. Tylko głód. Tym gorzej, że to były jedyne jego słowa od bardzo długiego czasu. Później próbował się podnieść. Chciał złapać za kilof, ale wyglądało to tak, jakby sam nie ufał własnym mięśniom. Ciało mu się chwiało. Ramiona drgały. Oddychał ciężko – nie z wysiłku, po prostu sprawiał wrażenie, że w środku coś go wypełniło i nie chciało puścić. Zgiął się w pół, jakby go skręcało, ale nie jęknął. Żadnego dźwięku. W nocy zobaczyłem, że znowu siedzi sam. Blisko zawaliska. Szeptał coś, czego nie rozumiałem. Może modlitwę, może przekleństwo. Może do siebie. Może do… czegoś. Jego palce były całe w śladach zębów. A w jego oczach – ten sam błysk, który widziałem kiedyś u psa, który głodował zbyt długo. Taki, który już nie prosi. Jedynie czeka. Może już wie, że nas nie uratują. A może… on już po prostu nie chce być z nami. Może w środku już dawno poszedł gdzie indziej. Domyślałem co się z nim dzieje, ale nikt nie potrafił mu pomóc. Nawet doktor, chociaż nie wiem dlaczego, ale miałem wrażenie, że było mu to na rękę. Kolejnego dnia znowu chwyciliśmy za kilofy. Tyle, że coś się zmieniło. Coś pękło. Może w nim. Może w nas. Może w tej ścianie, której nie umiemy przebić. Ale pękło, a ja zacząłem się bać. Już nie tylko tego, że tu umrzemy, ale tego, co z nas zostanie, jeśli przeżyjemy.
Przebiliśmy się do kolejnej kieszeni powietrznej. Duża, ale martwa. Myśleliśmy, że to przełom, ale za nią wyłącznie skała i jeszcze grubsza niż wcześniej. Przy ścianie znaleźliśmy coś dziwnego. Zardzewiałą klamrę od hełmu. Typu, jakich nie używa się od dziesięcioleci. Miała wgniecenie, jakby ktoś ją rozgryzł. Czułem, że coś się zmienia. Nie tylko w ludziach. W tunelu. W powietrzu. W kamieniu. Jakby coś czekało, aż osłabniemy jeszcze trochę. A my… byliśmy cholernie blisko dna. Nie wiedziałem wciąż, ile minęło czasu. Nappeun twierdził, że to dwunasty dzień dzień. Może miał rację. Może nie. W końcu zdałem sobie sprawę z dziwnej rzeczy (jakby cokolwiek tam było normalne). Przez te wszystkie dni prawie w ogóle nie rozmawiałem z moimi braćmi. Byli obok, tuż przy mnie, a jednak jakby oddzieleni ścianą z oddechów i zmęczenia. Wszyscy byliśmy zajęci. Pracą, kopaniem, liczeniem sił, pilnowaniem oddechu, żeby nie tracić energii. Kiedy nie kopaliśmy, spaliśmy. Kiedy nie spaliśmy, milczeliśmy, albo patrzyliśmy gdzieś w ścianę i udawaliśmy, że nie słyszymy smutku. Czasami jedno spojrzenie mówiło więcej niż słowa. Wang zaciskał szczęki. Chen drapał ręce do krwi, kiedy był spięty. Ja liczyłem w głowie oddechy, minuty, przekleństwa. Rozmowa wymagała zbyt wiele. Za dużo siły, za dużo emocji. Może baliśmy się mówić. Każde zdanie mogłoby coś złamać w nas na zawsze, ale… coś właśnie COŚ się zasklepiło.
Usiedliśmy we trzech, ja i moi bracia ukochani. Przesunęliśmy się kawałek dalej, tam, gdzie cisza była mniej dusząca. Chcieliśmy pobyć razem, po prostu we trójkę, jak kiedyś. Jakbyśmy znowu byli dzieciakami w piwnicy, chowając się przed ojcem, kiedy wracał pijany….Kamienie były zimne jak zawsze. Chen przejechał dłonią po jednym z nich i powiedział:
– Wiecie, że ten kamień wygląda jak głowa wujka Jina?
Wang się uśmiechnął. – No, z profilu to nawet bardzo. Brakuje mu tylko tej śmiesznej brodawki i flaszki.
– Jak on zawsze mówił? – zapytałem. – „Życie to nie kabaret chłopcy, życie to walka.” – Albo: „Jak się nie umiesz śmiać z własnej dupy, to nie masz co startować.”
Śmialiśmy się. Tak, naprawdę się śmialiśmy. Nie głośno, nie swobodnie raczej przez zaciśnięte gardła i łzy, ale śmiech był prawdziwy. Po raz pierwszy od… nie pamiętam. Mam lukę w pamięci. Może sobie przypomnę to dopiszę. W tamtej chwili nikt nie mówił o tym, co leżało przysypane. Nie było rozmów o zmęczeniu, jedzeniu czy o tym, kto następny.
Zamiast tego Wang opowiedział o mamie, że kiedyś wierzył, że smażony chleb z solą to królewskie jedzenie, że jak matka podała mu go na talerzyku w kształcie misia, to płakał, bo nie chciał zjeść misiowi brzucha. Chen przypomniał, jak uciekł z domu, bo chciał „żyć w lesie jak wilk” i jeść tylko co upoluję. Miał osiem lat. Wrócił po trzech godzinach, bo trawa była do dupy, a w krzakach były robale. Potem wspomnienia zaczęły spływać same. Jak dziecięca lawina. Pierwsze wakacje, pierwszy kradziony papieros. Jak kiedyś oblałem się benzyną, a oni przerażeni wycierali mnie kocem. Jak tłukliśmy się pod szkołą z chłopakami z sąsiedniego domu i jak uciekliśmy na dach przedszkola. Przez te parę chwil… nie byliśmy trupami. Byliśmy trzema braćmi. Dziećmi, które zapomniały, że są zamknięte w grobie. Powiedziałem im, że jak wyjdziemy – jeśli wyjdziemy – to zrobię worek smażonego ryżu, oraz tyle kaczek po pekińsku ile zdołam upolować. Jak kiedyś robiła matka, oczywiście ona nie polowała na kaczki tylko je hodowała haha. Z cebulą, z solą i zjemy sobie na podłodze w kuchni jak za dawnych lat. Chen zamilkł, jego twarz zmiękła.
Wang przytaknął. Powiedział – Nie wiem, czy nadal mamy coś do uratowania… ale jak wyjdziemy, to znajdziemy coś, co nie będzie ciemne. Cokolwiek.
W tamtej chwili byliśmy w jednym kawałku. Nikt nie płakał. Nikt nie wymiotował. Nikt nie wbijał wzroku w ścianę, licząc minuty do kolejnego gryza i wciąż nie wiem, czy to jeszcze wróci. Ale jeśli ktoś kiedyś znajdzie ten dziennik, niech wie, że choć na chwilę byliśmy znów razem. Nie jak górnicy. Nie jak ofiary. Jak bracia. Tamtego dnia, nocy? Nie wiem chciałbym, ale nie wiem. Poszliśmy spać pełni optymizmu. Niestety pobudka szybko sprowadziła nas do podziemi.
Czong lider, górnik z krwi i kości, z tych co mówią mało, ale konkretnie. Od początku trzymał nas wszystkich w ryzach. Wiedzieliśmy, że jak on nie pęknie, to my też nie. Jednak wszystko zmierzało powoli do nieuniknionego. Przy wspólnym posiłku z okruchów tego co zostało zaczął płakać. Nie cicho. Nie ze wstydem. Po prostu się rozpadł. Twarz mu się rozlała jak błoto, łzy spadały na kask. Bluzgał. Na siebie, na kopalnięn na świat, na nas. Mówił, że zawiódł, że nie wie, ile minęło czasu. W nim samym wszystko stanęło. Łamiącym głosem powiedział, “zgnijemy tu, każdy z nas, nikt nas nie szuka”. Nikt nie odpowiedział. Przesiedzieliśmy godziny w milczeniu, każdy sam ze sobą, każdy w ciemności. Już nie było rozmów o rodzinie, o planach, o tym, co zrobimy, jak wyjdziemy. Tylko ciężki oddech i cisza. Praca ustała. Zaczęliśmy się bać kopać dalej. Każdy uderzony kamień brzmiał jak dzwon pogrzebowy. Czasem coś się sypało z sufitu – wtedy kuliliśmy się jak psy. Ruchy były coraz słabsze, oddechy płytsze. Głód wbijał zęby w żołądek. Wszyscy unikali ciała Caia. Leżał w ciemnym kącie, przykryty. Już był… inny. Nikt o nim nie mówił. Jakby to był mit, nie człowiek. Jakby jeszcze żył w naszej wyobraźni, ale jego ciało leżało osobno, jak przypomnienie, co będzie dalej. Nie mogłem spać. Obudził mnie szmer. Kroki, kakby ktoś się skradał, ale nie uciekał. Tylko… czaił. Podniosłem się. Ktoś siedział przy Caiu. Najpierw myślałem, że się modli, ale potem zobaczyłem coś w jego dłoni. Coś błysnęło. Nóż. Mały, górniczy i powolne ruchy. Czong odsłonił ciało. Delikatnie, jakby rozpakowywał prezent. Nie odezwałem się. Patrzyłem w ciemności, udając, że śnię. Czułem, że coś się złamało, ale póki conie runęło. Jeszcze nie. No i dodatkowo nie byłem pewien czy to sen czy ahh….nie będę się powtarzać…. zamknąłem oczy, nie wiem na ile. Potem ktoś krzyknął:”On je Caia!” Lampy poleciały w stronę głosu. Szef wciąż siedział przy ciele. W jego dłoniach coś ciemnego i wilgotnego. Pocięty rękaw. Krew na brodzie. Nie tłumaczył się. Po prostu siedział i żuł. Krzyczeliśmy. Niektórzy wymiotowali. Inni płakali. Ale nikt do niego nie podszedł. Nikt już nie pracował, nie wiedzieliśmy co robić. Ciemność tunelu zdawała się przytłaczać nas coraz mocniej. Zebraliśmy się w kręgu sprasowani, pozbawieni sił, z oczyma pełnymi łez i pustką w sercach. Niektórzy siedzieli na zimnym żwirze, inni opierali się o zniszczone fragmenty ścian, próbując schować własne rozbicie. Na środku kręgu stał doktor, nasz ostatni głos, który próbował zdawać się zimny i logiczny, choć w jego oczach tlił się podstęp, którego nikt z nas nie chciał ujrzeć. Jego pewny głos, unosił się ponad cichym szmerem sprzeciwu
– Słuchajcie mnie uważnie – powiedział, patrząc wszystkim prosto w oczy, jakby obok tłumu widział swoje własne odbicie. – Wiem, że to, co się wydarzyło, jest nie do przyjęcia, że nawet my, kiedyś twardzi górnicy, czujemy się dzisiaj jak rozbite szkło, ale musimy zdać sobie sprawę, że nasz szef już dokonał czynu, którego nie sposób cofnąć i choć nasze serca krwawią, rzeczywistość tego tunelu jest bezlitosna. – Ciało Caia, choć już nie da się przywrócić do życia, może – i tu zadrżał lekko – stać się paliwem, które odmieni nasz los. Nie popadamy tu w moralne dylematy, lecz stajemy przed surową biologiczną prawdą: aby przeżyć, musimy być gotowi na ofiarę. Przez chwilę w tunelu zapadła przytłaczająca cisza. Nikt z nas nie spodziewał się, że kiedykolwiek usłyszy takie słowa. Nagle z głębi kręgu odezwały się różne głosy.
– Nie chcę zjeść swojego brata! – wykrzyknął Rui, z wyraźnym przerażeniem w głosie, którego ton łamał się już niemalże w rozpaczy.
– Jego twarz… a co jeśli nasze dzieci dowiedzą się, że zrobiliśmy coś takiego? – wtrącił, ktoś z tłumu.
Na to Qiang, z trudem powstrzymując drżenie, odparł: – Myślimy o naszych rodzinach! Nie chodzi mi o to, żebyśmy się sami niszczyli. To, co teraz podejmujemy, ma być naszym ostatnim aktem – by pozostawić po sobie choć odrobinę nadziei dla naszych bliskich. Gdy wyjdziemy na powierzchnię, niech mówią, że walczyliśmy, mimo że musieliśmy dokonać wyboru, który rozdziera człowieczeństwo na kawałki.
Doktor skinął głową – Słuchajcie, życie pod ziemią nie daje nam więcej opcji. Wody mamy na dwa dni, natomiast jedzenia już nie ma. Jeśli pozwolimy, by nasze ciała rozpadały się z głodu, wtedy nie pozostanie nic, co moglibyśmy przekazać naszym rodzinom. Jakim przykładem chcielibyście, żeby byli traktowani? – Jeśli za chwilę pomoc nie dotrze, każda z waszych twarzy, każde spojrzenie będzie przypominać o bezwzględnej prawdzie, że bez naszej decyzji nie uratujecie ani siebie, ani tych, których kochacie. – Wasze matki, żony, dzieci – nie chcą wiedzieć, że ich synowie, bracia, ojcowie poddali się, że stali się przegranymi. To nie jest wyraz miłości, lecz konieczność. Konieczność, by zawrzeć pakt z losem, który nie okazuje litości. Z głosu doktora wyszło jeszcze jedno pytanie, które zawisło w powietrzu– Czy naprawdę wolicie pozwolić, by wiadomość o naszej upadłości rozeszła się po powierzchni, niszcząc nadzieję tych, którzy na nas liczą? – zapytał tonem pełnym gorzkiej ironii, jakby komentował dramat, jaki wyłania się wśród nas i jednocześnie udowadniał, że jedyną racjonalną opcją jest podjęcie trudnej decyzji.
Po raz pierwszy od dawna rozległ się cichy, pełen wahania głos młodszego Lao który zdawał się walczyć z własnym sumieniem– Jestem młody. Mam przed sobą całą przyszłość, którą chciałbym zobaczyć. … jeżeli mam ocalić resztę, to może…
– Jego głos przerwał pobudzony Meng , surowy, niemal mechaniczny głos, który zawisł wśród nas jak oszpecony dźwięk, który nie może być wymazany– Czemu mielibyśmy wybierać między byciem bohaterami a… śmiercią? – zapytał – Przecież każdy z nas chce widzieć swoich bliskich.
Wśród górników pojawiły się kolejne, bardziej złożone odczucia.
Chao z oczyma pełnymi łez, ale głosem pełnym determinacji, powiedział– Nie chcę wierzyć, że nadszedł moment, by zamienić się w zwierzęta, ale jeśli to jedyny sposób, by kiedyś uciec od tego piekła, to… każdy kawałek, który teraz wybierzemy, może być dla nas krokiem ku przetrwaniu. Musimy coś zmienić bo ja już zaczynam tutaj wariować i bardziej niż człowieka przypominam Huanga.
Doktor przemówił ponownie, tym razem jego głos był bardziej twardy– Nasze decyzje teraźniejsze to nie tylko wybór między życiem a śmiercią. To decyzja, która określi jak zapamiętają nas rodziny. Nie pozwólcie, by wasze bliskie umysły usłyszały, że nasi synowie, bracia, ojcowie poddali się i zostali pochłonięci przez ciemność, stąd, jeśli nie chcemy, by ci, których kochamy, patrzyli w oczy z gorzkim wstydem, musimy działać teraz. Niech wasze serca biją dla tych, którzy nadal oczekują na wasze powroty. Weźcie tę decyzję nie jako znak upadku, ale jako ostateczny dowód, że nawet w najczarniejszych chwilach potrafimy zachować resztki człowieczeństwa. Dlatego wybierzcie mądrze. Wybierzcie, by żyć dla swoich bliskich, nawet jeśli oznacza to, że tymczasowo przeobrażacie się w coś, czym nigdy byście nie chcieli być. Nie musicie się spieszyć z wyborem, ale też nie przedłużajcie bo sami wiecie co.
W tej chwili rozmowy między górnikami zaczęła przybierać intensywny, niemal mistyczny wymiar. Każdy z nas, choć z rozwianymi myślami, czuł wewnętrzny nacisk. Cichy szept jednej duszy przeplatał się z gorzkim łoskotem innej.
– Ja nie chcę tracić rodziny – wyznał, z wysiłkiem powstrzymując drżenie, Meng. – Nawet jeśli miałbym stać się tym, czego się najbardziej wstydzę
– Dla mojej matki – dodał Lao, spoglądając w dal, jakby chciał wyobrazić sobie twarz swojej mamy, która wciąż wierzyła, że jej synowie są bohaterami
– Dla żony i dzieci – szeptał Qiang, a jego głos drżał, ale jednocześnie zawierał jakąś nieugiętą determinację, której trudno było nie zauważyć.
Pomimo tego, że na forum wypowiedziało się tylko kilka osób za: Doktor, Meng, Lao,Qiang oraz Chao to tak jakby cała grupa stała się jednym organizmem, bo nasza grupa załosnych konformistów milczała. W ciszy, której nikt nie chciał przerywać, zawisł niemalże milczący konsensus. Już żadne słowo nie zostało wypowiedziane na głos, ale każdy z nas wiedział, że decyzja została podjęta. W głębokiej, ciemnej ciszy tunelu nie słychać już było protestów ani gorzkich lamentów. Zamiast tego unosiła się ciężka, niemal fizyczna atmosfera decyzji, której nie można już było cofnąć. Zawisła nad nami jak zimna mgła, która powoli rozlewa się po całym istnieniu. To był moment, w którym wszyscy – bez głośnego „tak” czy „nie” – przyjęliśmy milczącą zgodę na ostateczny krok. Krok, który miał być nie wyborem, lecz koniecznością. Dla nas. I dla tych, których kochamy. W tej mrocznej godzinie, gdy światło wydawało się tylko wspomnieniem, musieliśmy zrobić coś, czego w żadnym innym życiu nikt nie powinien doświadczać. Choć nie sposób tego naprawić, chcieliśmy wierzyć, że przetrwanie w jakiejkolwiek formie wyśle wiadomość naszym bliskim – że walczyliśmy do końca. Do ostatniej kropli krwi. Nikt nie chciał być pierwszy. Może zaczęło się od ledwie słyszalnego szeptu – od jęku między głodem a szaleństwem. Może to wtedy, gdy doktor, z kamienną twarzą, oznajmił, że wyłącznie akt konsumpcji pozwoli nam doczekać poranka. Spojrzenia były nieme, pełne obrzydzenia i lęku. Cai leżał w cieniu, bez ruchu, jakby od dawna już nie należał do świata żywych. Wszyscy milczeli. Aż pierwszy krok zrobił doktor. Z łatwością sięgnął nożem i odciął fragment mięsa. Z uśmiechem – z tym samym uśmiechem, który nawiedza w snach – żuł ciało jednego z nas. Spokojnie, metodycznie. Jakby robił to nie pierwszy raz. Pozostała czwórka ruszyła zaraz po nim.
Lao drżał. Gdy uniósł kawałek do ust, jego twarz skrzywiła się w spazmie odrazy i wyrzeczenia. W odpowiedzi wydał z siebie dziwaczne, ciche mlaskanie – jakby organizm sam próbował nauczyć się tej nowej czynności.
Rui nie sięgnął po mięso – zamiast tego przyłożył palce do własnej rany i zaczął pić krew. Jakby chciał przypomnieć sobie smak życia. Metaliczny, gorzki, rozgrzewający. Krótka ulga i złudzenie siły. Wkrótce reszta podążyła tym tropem. Niektórzy sięgali po rany, palce, wargi – wyciskając z siebie to, co pozostało. Inni łamali się powoli, odwracając wzrok, przełykając pierwszy kęs jak grzech. Jak noworodek, który instynktownie ssie pierś – tak i oni ssali czerwony strumień nadgarstków. Gao, zawsze cichy, pił krew z ręki, zanim upadł na kolana. Nie wypowiedział ani słowa. Tylko westchnął, a potem, ze łzami w oczach, sięgnął po mięso i bezmyślnie przyłożył do ust. Qiang, gdzieś w rogu tunelu, próbował przeżuć kawałek zębami, ale niemal natychmiast zwymiotował. Jego ciało drżało jak podpięte do prądu, aż w końcu osunął się bezwładnie jak worek metalu. A ja? Widziałem wszystko. Czułem wszystko. Smród, dźwięki, ruchy. I choć byłem tak samo głodny, trzymałem się jeszcze z boku. Obserwowałem. Nie wiem, ile patrzyłem na kawałek mięsa. Czułem, że ten moment zbliża się nieuchronnie, ale chciałem go odwlec choćby o kilka oddechów. Najgorsze były odgłosy. W mroku tunelu rozbrzmiewały cicho: mlaskanie, charkanie, syk przełykanego mięsa. Ciało przemawiało – wypowiadało swoje potrzeby w języku, którego już nie chcieliśmy rozumieć, ale nie potrafiliśmy ignorować. Chao próbował podgrzać mięso nad lampą, ale niecierpliwość wygrała – wrócił do surowizny. Spojrzenia stały się puste. Przestały pytać. Przestały przepraszać. Nie było już winy – była jedynie decyzja. Jedna, wspólna, o przetrwaniu za wszelką cenę. Każda kropla, każdy kęs był wyrokiem, który sami sobie wymierzaliśmy. Kiedy wszystko ucichło, kiedy resztki sumienia rozpuściły się w ślinie i krwi, – sam doktor – podszedł do nas. “Tych wciąż czystych”, „jeszcze wahających się”. I wręczył nam nasze własne porcje. Surowe. Odcinane ręcznie. Złożone jak dar. Byśmy mogli zjeść… w swoim zaciszu. Nie zmuszano nas. Ale nawet bez przymusu – trudno było je odrzucić. To coś więcej niż mięso. To była propozycja: Przyjmij. Dołącz. Przetrwaj. I choć siedziałem wtedy z tym pakunkiem na kolanach, wciąż oddychając przez nos, by nie czuć zapachu – wiedziałem, że zegar już tyka. Wystarczy jeden oddech więcej. Jeden lęk mniej. Wiedziałem, że to kwestia czasu, aż pęknę.
Wziąłem Chena pod ramię i udaliśmy się kilkanaście metrów dalej. Nie mam pojęcia, który to był dzień. Czułem się, jakbym pisał we wnętrzu czyjegoś snu. Snem nie jestem. Żyję, ale ledwo. Siedzieliśmy razem. Tylko my dwaj. Wreszcie, a jednak ponownie. Wszystko mi się miesza, chyba jednak rozmawialiśmy ostatnio. Muszę sprawdzić notatki, ale wracając. Sam na sam, bez ścian ze ścierwa i bez wrzasków z dalszych korytarzy. Bez tego mdłego zapachu żelaza i brudu. Po prostu… razem. Wcześniej nie było kiedy ani jak. Zawsze ktoś obok, zawsze ktoś jęczący, pracujący, umierający. Myślałem, że nie potrzebuję rozmowy, ale teraz… teraz już nie wiem. Ciemność, jak zwykle. Mimo że lampa jeszcze zipiała, wciąż czułem, jakby ciemność była czymś żywym. Jakby oddychała obok mnie.
– Widziałeś ich, prawda? – zapytał cicho.
– Widziałem.
– Nie mogę… ja nie mogę… – jego głos złamał się, odchrząknął, jakby się wstydził łamać.
Patrzyłem na niego, ale nic nie mówiłem. Sam miałem to samo na końcu gardła. Głos, który nie chciał wyjść, bo bał się brzmieć jak zgoda.
– To nie powinno się wydarzyć. Żadnemu z nas. Nikomu.
– Ale się wydarzyło.
– Co mamy zrobić? Po prostu się położyć i czekać?
– Mam mętlik, nie wiem co myśleć
– A co myślisz o uczciwości wobec nich?
– Kogo?– zapytałem bo naprawdę nie miałem pojęcia o co mu chodzi.
– Wiesz, rodziny. Naszych. – Zamilkł, jakby czekał, aż coś mnie złamie, ale ja też milczałem.
– Nie umiem – powiedziałem. – Nawet jeśli wiem, że to jedyny sposób. Nie umiem. To… to nie mięso. To był człowiek. To był jeden z nas. Wolę zdechnąć z głodu.
– Nie mówię, że chcę, ale jeśli się poddamy, jeśli odejdziemy z głodu… to co zostanie? Nasza śmierć będzie równie okrutna, tylko bez sensu.
– Nie chcesz tego robić. Ja też nie. To dobrze. To czemu dalej o tym rozmawiamy?
– Bo nie mamy już nic. Żadnej opcji. Nawet śmierć nie chce tu przyjść szybko.
Młodszy brat przywarł do zimnej ściany. Westchnął. Przełknął ślinę, jakby miała go uratować.
– Czuję, że coś się we mnie psuje – powiedział nagle. – Jakby coś od środka… się odrywało. Jakby rozsądek się już wypalił i zostało tylko echo.
– A mimo to wciąż siedzisz. Nie biegniesz po ten nóż. Nie sięgasz po ich ręce, jak inni.
– Bo nie chcę być taki. Nie chcę się stać tym, czym się tu stajemy.
– To może jest jeszcze coś w nas. Coś… niezeżartego.
Zamilkliśmy. Nie dlatego, że nie było co mówić. Po prostu każde kolejne zdanie zbliżało do tej decyzji, której nie chcemy podjąć.
– Zrobimy to wyłącznie wtedy, gdy razem zdecydujemy, że to dla nas. Że to życie się kończy.
– Ale nigdy nie zapomnimy.
– Nie. – przytaknął. – Nie zapomnimy, ale może… może przeżyjemy.
Dotknął mojego ramienia i pierwszy raz od dawna nie zadrżałem. Spojrzałem mu w oczy. Byliśmy dwoma wrakami, ale wciąż myślącymi. Jeszcze nie potworami i jeszcze przez moment ludźmi. W którymś momencie nie wiem jak, ale byliśmy wszyscy. Jak za dzieciaka przy kuchennym stole, tylko zamiast zupy martwe milczenie i krew pod paznokciami.
– Musimy – powiedział Wang. Głos miał spokojny, ale ręce… ręce mu drżały. – Musimy, jeśli chcemy przeżyć.
– Nie zgadzam się – powiedziałem. – Nie zgadzam się, bo to nie jest życie, co nam po takim życiu?
– To nie chodzi o życie. Chodzi o nas. O nas trzech – odparł i spojrzał na mnie tak, jak kiedyś, gdy ojciec chciał nas rozdzielić.
– O nas? Chcesz mnie chronić, zmuszając mnie do tego?
– Nie zmuszam. Proszę – głos mu zadrżał – Jeśli umrzesz z głodu, to co mi po tobie? Co po nas?
Wtedy Chen – ten, co wciąż miał w oczach resztki łagodności, resztki wiary – wtrącił:
– Ale… ale może ktoś nas znajdzie? Może jeszcze… nie musimy tego robić, nie?
Zamknąłem oczy. Usłyszałem własny oddech. Był ciężki jak głaz.
– Nie. Nie musimy– dodałem – Wciąż mamy… coś. Mamy siebie. Niech to będzie ostatnie, co mamy.
– A jak wszyscy zdechniecie?! – warknął nagle starszy, jakby coś w nim pękło i już nie dało się tego zatrzymać. – Jak zdechniecie z tej swojej pierdolonej dumy… to co mam zrobić, co?! Mam patrzeć, jak mnie zostawiacie? Mam znowu zostać sam?! Mam, kurwa, siedzieć i patrzeć, jak moi bracia gniją, jak się kurczycie, jak oddychacie coraz ciszej, aż nic nie zostanie?!
Zacisnął pięści. Oczy miał mokre, ale nie płakał. Te łzy nie były żalem, tylko ogniem. – Mam syna. Urodził się, zanim zeszliśmy. Nawet go dobrze nie poznałem. Nie wiem, jak pachnie, jak się śmieje, nie wiem, czy ma moje oczy. Nie wiem nic… Ale wiem, że chcę go jeszcze zobaczyć. Choćby raz. Chcę go wziąć na ręce, kiedy zrobi pierwszy krok. Chcę usłyszeć, jak mówi „tata”. Ja nie chcę umierać tu w tej jamie, jak szczur. Ja nie chcę! Zamilkł na moment, jakby sam się przestraszył siły tego, co powiedział. Ale mówił dalej, już ciszej, już bardziej do siebie niż do nas:– Nie chcę jeść… Boże, nie chcę. Ale jeśli mam zdechnąć tutaj na kolanach, wśród szczątków tych, których kochałem… to po co było to wszystko? Po co było to życie, skoro nie mogę walczyć o następne? Nie dla siebie. Dla niego. Spojrzał na nas. Na mnie. Na Chena. Nie błagał. Ale oczy mu drżały. I głos zadrżał po raz ostatni: – Nie chcę być potworem. Ale jeszcze bardziej nie chcę być martwym ojcem.
Młodszy się wzdrygnął.
– Nie krzycz… – powiedział cicho, jakby każdy dźwięk był ciosem.
– Muszę krzyczeć! – starszy podniósł głos tak, że aż echo się zawahało. – Bo nie mogę już milczeć! Tu, pod tą ziemią, milczenie zabija szybciej niż głód! A ty, Chen… powiedz, powiedz to wprost. Chcesz to zrobić? Chcesz zjeść człowieka?!
– Nie wiem! – wrzasnął. I z jego oczu popłynęło coś gęstego i ciężkiego. Nie łzy. Coś, co było rozpaczą bez słów. Jakby coś w nim pękło – głębiej niż serce. – Nie wiem, bo jak powiem „tak”, to się znienawidzę. A jak powiem „nie”, to może umrę. A ja nie chcę żadnego z tego. Nie chcę, żeby nikt z nas umierał!
Zamilkliśmy. Każdy po swojemu.
Starszy patrzył w ziemię, jakby szukał tam przebaczenia. Ja – w ścianę, i widziałem tylko ścianę. A Chen… patrzył na nas obu, jakbyśmy byli dwiema wersjami jego przyszłości. Dwa możliwe końce. Oba złe.
– Może… – wyszeptał wreszcie, głosem tak cichym, że ledwie go usłyszałem – może zrobimy to razem. Jeśli już trzeba. Jeśli to ma być koniec… niech będzie wspólny. Ale bez krzyków. Bez nienawiści. Bez udawania, że to nic nie znaczy.
Wtedy starszy wstał. Odwrócił się wolno, jakby każdy ruch ważył tonę.
– Nie będzie żadnych wspólnych końców. – powiedział cicho, ale jego głos ciął jak nóż. –
Zatrzymał się i dodał:
– I ty, młody, zdecydujesz. Nie za nas. Za siebie. I to będzie twoje piekło. Tak samo, jak moje.
I odszedł. Po prostu. Bez słowa więcej. Zostaliśmy we dwóch. Znowu.
Nie poszedłem za nim. Nie potrafiłem. Zresztą… nie wiem, czy miałbym po co.
Siedziałem, jakbym wrósł w kamień. A obok – Chen. Zwinął się w kłębek, jak dziecko. Kolana do brody. Oczy szeroko otwarte, jakby patrzył w ogień, którego tu przecież nie ma.
– Myślisz, że… on zrobi to sam? – zapytał szeptem, tak cicho, że musiałem się pochylić.
– Może. A może już zrobił.
– Ale… ale przecież to był Cai. On znał Cai’a. Przecież… przecież my wszyscy go znaliśmy.
Zamilkliśmy. Cisza w kopalni znów ruszyła. Nie była bierna – czuć było jej puls. Jakby miała własne serce. Jakby patrzyła. Jakby próbowała coś powiedzieć, zanim Chen ją zagłuszył:
– Widziałeś kiedyś, żeby wilk płakał, gdy rozrywa gardło?
– Co…?
– Albo pies, który drży, bo przegryza mięso, które chce żyć?
– Nie…
– Bo nie płaczą. Nie czują tak jak my. A my… my już nie jesteśmy „my”. Zostaliśmy między. Jesteśmy tym, co zostaje, gdy człowiek się skończy, a bestia jeszcze nie przyszła.
– Nie mów tak… błagam.
– Ale to prawda.
– A jeśli to nie koniec? Może ratunek już w drodze. Może są za ścianą, może słyszą każdy szept? Może jeszcze tylko dwa dni… jeden dzień…
– A może wszystko było iluzją. Może to kopanie to jedynie ruch dla ruchu. Może świat postawił nas w próżni, jakby chciał zobaczyć, ile trzeba, żebyśmy się rozerwali.
– Jakby patrzył?
– Jakby sądził.
– Ale ty nie jesteś potworem – powiedziałem.
– Nie?
– Bo się boisz. Bo nie sięgnąłeś wciąż po to, co najgorsze. Prawdziwe bestie nie znają lęku.
Zamilkliśmy.
– Bracie… jeśli się zdecyduję… nie patrz. Nie chcę, byś widział, kim się staję.
– Nie odejdę.
– Proszę cię.
– Jeśli mamy grzeszyć, to razem. I świadomie. Nie chcę się kiedyś obudzić i dowiedzieć, że sam się zabiłeś ze wstydu.
Chen zacisnął dłonie. Krew pod paznokciami świeciła jak szkliwo. Pochylił głowę. Pył spadał z jego barków jak popiół. Coraz bardziej był cieniem tego, kim był.
– Obiecaj, że jeśli już… to nie przestaniesz mnie kochać.
– Obiecuję. A ty – nie rób tego, dopóki potrafisz jeszcze powiedzieć „nie”.
To była rozmowa szeptana z progu przepaści. Ale przez chwilę… przez jeden kruchy moment… znów byliśmy braćmi.
Nie spaliśmy. W takim miejscu nie da się spać.
Z oddali słychać było jęki, kroki, ciche łkanie.
Ktoś szeptał modlitwy. Ktoś szarpał ścianę.
A my siedzieliśmy przy niej – jakbyśmy chcieli się w nią wtopić.
Chen nie odzywał się długo.
– Nie dam rady – powiedział w końcu. – Nie dam rady się zabić.
Zamarłem. W jego głosie nie czułem ani jednego znaku zapytania.
– Nie musisz mówić tego głośno. Nie musisz tego robić
– Muszę. Bo jak nie zjem, to umrę. A nawet jak zjem to i tak umrę
– Nikt tego nie chce.
– Ale ja nie chcę umrzeć tu. W tej ciemności. Bez mamy. Bez słońca. Bez jednego słowa: „Mamo, przeżyłem”. Ja ją kocham. A nigdy jej tego nie powiedziałem.
Zacisnął pięści. Oddech miał ciężki, jakby każda myśl była cięższa niż jego ciało.
– To nie będzie dla nas – powiedziałem cicho.
– Co?
– To mięso. Ta decyzja. Ona nie jest nasza.
– Więc dla kogo?
– Dla tych, którzy czekają. Może się poddali. Może nie. Ale jeśli wciąż patrzą… to nie możemy się tu po prostu rozpaść.
Spojrzał na mnie. Czerwone oczy. Twarz jak z wypalonej gliny. Ale jeszcze była jego. Jeszcze był sobą.
– Myślisz, że cokolwiek nas tam zrozumie?
– Nie wiem. Może nie ma nikogo.
– A jeśli jest?
– To niech widzi, że to nie chciwość. To nie obłęd. To miłość.
Cisza zapadła. Ale nie jak beton – bardziej jak pęknięcie. Chen odezwał się głosem tak kruchym, że ledwo się trzymał:
– Zróbmy to razem. Ale nie od razu. Powoli. Nie jak psy. Nie chcę się w tym zatracić.
– Nie pozwolę.
– Obiecaj.
– Obiecuję.
Ujął moją dłoń. Zimną, wilgotną. Ale ludzką.
Zawahał się, a potem wyszeptał:
– Jeśli się spotkamy po śmierci… nie pamiętaj mnie z tej nocy. Tylko z tamtej – z urodzin taty. Jak tańczyliśmy jak durnie przy tej durnej piosence z radia…
Zakrztusił się wspomnieniem. Uśmiechnąłem się – bo łez już nie miałem.
– Zapamiętam.
Przez chwilę czułem wyłącznie ciepło jego dłoni.
– Nie dziś – powiedziałem. – Dziś przetrwamy. Jutro… jutro zdecydujemy.
– Ale jeśli jutro…
– To jutro. Dziś jeszcze jesteśmy sobą.
Spojrzał na mnie i wreszcie – coś w nim pękło, ale nie w sposób zły. Jakby wrócił mu oddech.
– Może świat nie odwrócił wzroku. Może przodkowie patrzą.
– Jeśli patrzą, niech widzą nas takimi. Nie jak zwierzęta, ale jak bracia.
– Twarz… – powtórzył. – Przodkowie nie chcą, żebyśmy ją stracili.
Skinąłem głową. Nie powiedzieliśmy już nic więcej. Tylko słuchaliśmy oddechów. I liczyliśmy czas, jakby to była ostatnia noc, w której możemy jeszcze nazywać się ludźmi. Jutro mieliśmy zdecydować. Ale dzisiaj… dzisiaj nadal mogliśmy być braćmi.
Obudził mnie dźwięk, jakiego nigdy nie zapomnę. Nie krzyk. Nie jęk. Nie szept. Bulgot. Jakby ktoś wylewał z wiadra zupę z wnętrzności. Ciepłą. Gęstą. Tłustą. Potem dołączyło do tego coś jeszcze – mokry kaszel, prychnięcie, a zaraz po nim dźwięk rozpryskujących się płynów. Poczułem, jak coś mnie opryskało po twarzy. Odruchowo cofnąłem głowę i otworzyłem oczy. Piekło. Ciemne, lepkie piekło. Ciała poruszały się w półmroku jak pijani. Niektórzy klęczeli, niektórzy leżeli. Wszyscy dławili się własnymi wnętrznościami. Jeden z nich – chyba Chao – zwymiotował prosto na ścianę, a potem runął twarzą w kałużę, która już zdążyła się rozlać. Miała kolor błota i zapach… oh… jakby ktoś zagotował kiszki w moczu. Lao leżał obok, trzymał się za brzuch i krzyczał przez zaciśnięte zęby, ale zamiast krzyku wydobywało się z niego tylko charkotanie, ślina i śmiech. Tak, on się śmiał, próbując zasłonić sobie usta. Ale nie dawał rady. Śmiał się, aż rzygnął sobie w dłonie. Podciągnąłem się do pozycji siedzącej, ale po chwili zatkałem usta – fala smrodu była tak silna, że poczułem metaliczny smak w gardle. Jakbym właśnie wsadził język do otworu kanalizacyjnego. Ziemia była śliska od rzygowin i odchodów. Tak, odchodów – ktoś srał bez spodni, na czworaka, sapiąc jak pies. Odbyt miał czerwony jak żywa rana, a wokół zbierała się cienka strużka krwi. – To… to mięso… – jęknął ktoś, głos drżał. – To było zgniłe… to było w nas… i teraz… wychodzi…
Spojrzałem na Qianga. Leżał na plecach, drgał. Oczy miał wywrócone, a z ust wypływała cienka linia zielonkawego śluzu. Jego spodnie były pełne. Coś tam chlupotało przy każdym jego ruchu. I wtedy zrozumiałem… To nie było jedzenie. To była kara. Kopalnia dała nam wybór, a my popełniliśmy błąd. Obróciłem się i zwymiotowałem żółcią, bo czego innego próżno było szukać w moim żołądku. Nie wiem, czy z obrzydzenia, czy ze strachu, czy po prostu moje ciało już też nie dawało rady. Czułem, jak przełyk mnie pali, jak żółć rwie się do góry. To nie była zwykła choroba. Rozkładanie się żywcem. Ktoś obok mnie płakał. Płakał tak cicho, jakby nie chciał przeszkadzać tym, którzy właśnie umierają od środka. Wtedy usłyszałem coś jeszcze. Coś gorszego niż wszystko inne. Ciamkanie. Delikatne, miarowe ciamkanie. Ktoś w tym wszystkim nadal jadł. Chciałem uciec gdziekolwiek. Nie wytrzymałem, po prostu wziąłem lampę i poszedłem szybkim krokiem. Zostawiłem braci jedynie na chwilę. Potrzebowałem momentu spokoju oraz samotności.
Idąc przypomniałem sobie o schowanym jedzeniu. Miałem do wyboru zjeść człowieka albo kanapki i o jednej opcji nie pamiętałem. Nadal tego nie rozumiem jak to możliwe, ale wtedy długo się nad tym nie zastanawiałem. Bardzo możliwe, że podobnych dziur w pamięci mam więcej, o któych nawet nie mam pojęcia, że istnieją i to mnie przeraża.
Szybkim krokiem śliniłem się i gryzłem palce u ręki. Kwestia zjedzenia trupa była formalnością. Po przebudzeniu bym coś jeszcze próbował stawiać opór, aż w końcu zasiadłbym do uczty. Miałem zjeść część człowieka, także kanapek z pleśnią nie bałem się. Kiedy dotarłem na miejsce, jedzenie odziwo było w świetnym stanie.Trzy pyszne kanapki. Chciałem zjeść jedną, a reszte zostawić braciom. Póżniej chciałem zostawić jedną i nie wiem kiedy nie miałem już nic. A woda? Przenajświętszy zesłał mi najsmaczniejszą wodę na świecie. Nawet podczas sikania nie przestawałem jej pić. To była chwila, a ja jak bestia bez namysłu wciągnąłem 3 kanapki, które mogły uratować kilka potencjalnych żyć. Z olbrzymimi wyrzutami sumienia zacząłem pisać w dzienniku tak naprawdę po raz pierwszy od kiedy tutaj trafiliśmy. O tym jak znalazłem się w zamknięciu, w głodzie, przerażeniu… Zacząłem pisać, bo muszę coś mieć, coś, co mnie przypomina. Nie że jestem górnikiem, ani że mam imię. Tylko że byłem kiedyś człowiekiem. Z ciałem, które nie śmierdzi krwią. Z rękami, które nie drżą od przerażenia i od… od tego wszystkiego. To wszystko co mnie dotychczas spotkało. Li uważaj na siebie. Głęboko wierzę, że jak wrócę do moich, to będą czuli się lepiej, i głęboko w środku czuję, że już za chwilę już za moment, ktoś nie wiem kto uratuję nas. Niech to się skończy. Zjadłem wszystko. Nie zostało nic. Wracam.……….
To nie ja. To nie ja. TO NIE JA.
Ale twoje ręce.
Moje ręce są czerwone?
Czyje miałyby być?
To był odruch.
Nie widziałem.
Nie wiedziałem.
Nie chciałeś wiedzieć.
Zamknąłem oczy na długo przed tym.
Na jak długo przed dźwiękiem?
On się poruszył.
Co, może nie powinien był się poruszać?
W tej ciemności nie wolno się ruszać bez słowa.
Ale przecież… przecież byłeś głuchy wtedy, nie?
Zamknąłem wszystko
Zamknąłeś.
Zamknąłem zanim się zbliżył.
Dlaczego nie przestał oddychać?
Przestał nagle.
Za szybko.
A może to ty przestałeś słyszeć?
Było ci cicho, prawda?
Tak cholernie cicho po wszystkim.
Cisza jak prezent.
Cisza jak wyrok.
I co teraz?
Teraz słyszysz tylko siebie.
Ile ci trzeba głosów, żeby zamilknąć?
Nie mogę spać.
Nie chcesz spać.
Bo może znów wstanę z brudnymi rękami.
A przecież… już niczego nie trzymasz.
Nie ma ich.
Nie ma ich?
Chyba byli?
Czy oni naprawdę byli?
Czy ja sam to wszystko zrobiłem… bez nich?
Nie odpowiadaj.
Nie teraz?
Ale czy to się naprawdę wydarzyło?
Może to sen?
Jeśli śnisz, to czemu boli?
Nie mogę spać. Nie mogę też leżeć.
Zamykam oczy i widzę ich tam, gdzie przecież nie ma światła.
Jak to możliwe?
Dlaczego ich twarze mają kontury, skoro nie widzę nawet własnych dłoni? On mówi, że muszę zacząć od początku.
Od tego, co pamiętam najpewniej.
Więc próbuję. Jeden siedzi po lewej. Drugi po prawej.
Drapią się nawzajem po głowach. Śmierdzą jak wilgoć. Pamiętam kroki.
Ciężkie.
Jedne.
Moje? Nie.
Za mną.
Albo… obok.
Z lewej? Drugi mówi: „to byłem ja”.
Mówi, że podszedł, bo słyszał, że coś się ruszało.
Że myślał, że to szczur.
Albo coś gorszego. Jeden się śmieje. Mówi, że wyglądam, jakbym widział potwora.
Jakby sam nim był. Nie śmieszne.
NIE ŚMIESZNE. On mówi, że zacząłem krzyczeć.
Wysoko. Dziwnie.
Jakbym to nie ja był, tylko coś we mnie.
Jakby się urwało. Ja nie pamiętam krzyku.
Pamiętam…
że coś się napięło we mnie i pękło.
Jak palec zbyt mocno zgięty.
Jak guma za cienka. Mówią: "Nie patrz na ręce. Patrz na to, co przed tobą."
Ale przecież nic tam nie ma
Tylko ziemia.
Tylko cień.
Tylko oni. Oni? Zaczynam się gubić.
Kto był pierwszy?
Kto mówił?
Kto milczał? Mówią, że to z lęku.
Że z nienawiści. A ja?
Ja nie wiem.
Może z ciszy.
Może z tej obrzydliwej, wibrującej ciszy, która wchodzi w zęby i boli gardło. Jeden mówi: "To nie twoja wina."
Drugi mówi: "To było konieczne." – Czy wy w ogóle tu jesteście?
Czy…
Czy nie powinniście……czy nie powinniście już dawno…Nie odpowiedzieli
Patrzyli na mnie.
I nie mrugali. Odsunął się
Ale nigdzie nie odszedł.
Został.
Zostanie na zawsze. Próbowałem sobie przypomnieć ich twarze.
Nie te, które teraz widzę.
Te sprzed…
no właśnie, sprzed czego? Ale nie da się przypomnieć twarzy, którą się…Jeśli ich tu nie ma, to kto do mnie mówi? Nie wiem już, co jest początkiem, a co końcem.
Nie wiem, czy to, co pamiętam, wydarzyło się przed tym, czy po. Wszystko jest w kawałkach.
Są obrazy.
Są dźwięki.
Ale nie wiem, czy są moje.
Nie wiem, czy to moje wspomnienia… czy coś, co sam sobie opowiedziałem za dużo razy. Ale jest jeden punkt.
Jedno zdanie w notatkach, które wygląda, jakbym naprawdę to ja je napisał.
Bez dramatów, bez chaosu.
Prosto:
„Zjadłem wszystko. Nie zostało nic. Wracam.” To brzmi jak fakt.
Jak coś, co mogło się wydarzyć. I myślę… jeśli to naprawdę mój ślad,
jeśli to ja to zapisałem,
to może, może, da się stamtąd pociągnąć nitkę.
Odwinąć ją. Może, jak zacznę pisać od tego momentu –
od sytości, od powrotu, od ciszy po zjedzonych zapasach –
to wrócą resztki.
Detale.
Twarze.
Słowa. Chociaż…
Boże, jeśli wrócą twarze…Ale muszę.
Jeśli chcę wiedzieć,
jeśli mam udźwignąć to, co zrobiłem –
albo udowodnić sobie, że to nieprawda, że to senny koszmar –
muszę to zrobić. Muszę to napisać.
Nie dla innych.
Nie dla jakiegoś sądu.
Dla siebie. Bo jeśli nie przypomnę sobie prawdy…
to znaczy, że mogę żyć z kłamstwem.
A to gorsze niż jakiekolwiek wspomnienie. Nie jestem pewien, kiedy to się stało. Wszystko się rozmyło. Czas w tej ciemności nie płynie, on gnije. Nie wiem który to dzień. Może ósmy. Może dziesiąty. Może pierwszy z piekła.
Nie mam siły tego liczyć. Zegar się zatrzymał. Może ja go zatrzymałem. Nie wiem ile czasu minęło od kiedy jestem w mojej kryjówce. Wszystko jest tak ulotne jakby trwało zaledwie kilka minut, a później jakby wieczność. Wiem jedno – jaich…. Nie mogę przestać o tym myśleć.
Ja już wtedy nie słyszałem krzyków. Tylko szum w uszach. Jakbym był pod wodą. Jakbym był martwy. Może byłem. Chciałem się bronić. Naprawdę.
Ale jak się bronić, kiedy nie wiesz, czy to są ludzie czy już zwierzęta? Albo… coś gorszego?
Kiedy wszystko jest jedynie cieniem, głosem, skurczem w ciemności. Nie ma to znaczenia, jeśli to wszystko jest prawdą to nic nie ma sensu.
Nie mogę o nich teraz pisać. Jeszcze nie. Nie czuję się na siłach
Jeszcze ich słyszę. Jakby stali gdzieś obok, szeptali do mnie, jak dawniej. Ale to nie ich głosy. To głosy innych… Cisza tutaj boli bardziej niż krzyk.
Czasem słyszę coś dalej, w tunelach. Odgłosy szarpania. Ciężki oddech. Śmiech, który nie należy do nikogo, kogo znam. Oni jeszcze tam są – ci, co zostali. A ja?
Ja tam nie wrócę. Oddycham tą cuchnącą, martwą wilgocią. I modlę się – nie o ratunek.
Nie.
Modlę się, żeby nie zobaczyć własnego odbicia, gdy to się wszystko skończy. Bo jeśli jeszcze mam twarz, to nie chcę jej znać. Nie wiem, czy jeszcze jestem człowiekiem.
Ale z pewnością wiem, co to znaczy być potworem. Skoro nie wiem co jest prawdą muszę zacząć od momentu w którym skończyłem. Może jednak mam urojenia, przewidzenia i to wszystko mi się wydawało. Proszę Cię Wszechświecie pomóż mi, Proszę Cię Li, bądź ze mną. Chyba czuję się na siłach by zacząć…
Wróciłem najedzony. Nie dlatego, że coś zdobyłem. Miałem zapasy – swoje, schowane dawno temu. Kanapki. Resztki, które mogłyby nakarmić choć jednego z nas. Ale się nie podzieliłem. Zjadłem je sam, skulony w ciemnym kącie jak szczur. Bez dźwięku, bez światła, bez świadków. Kiedy wracałem do brygady, czułem ciężar nie w żołądku, ale w sumieniu. Każdy krok wydawał się zdradą. Smród nadal wisiał w powietrzu – lepki, metaliczny, wżerający się w skórę i płuca. Żelazo, pot, gnijąca nadzieja. Wszyscy wyglądali na zmęczonych, ale inaczej niż wcześniej. Jakby przez ostatnie godziny coś im ulżyło. Może ktoś rzucił słowo nadziei. Może po prostu przestali myśleć o głodzie. Ja nie przestałem. Ja się nasyciłem. I właśnie dlatego nie potrafiłem spojrzeć nikomu w oczy. Chciałem podejść do braci. Naprawdę. Powiedzieć coś. Ale nie potrafiłem kłamać. Co miałbym im odpowiedzieć, gdyby zapytali, gdzie byłem? Że modliłem się w ciemnościach? Że zasnąłem? Że zamknąłem oczy i zniknąłem na chwilę z tego piekła? Bałem się. Nie ich siły, nie ich wściekłości – ale ich spojrzeń. Tych oczu, które mówiły więcej niż jakiekolwiek słowo. Bo głodny człowiek to drażliwy człowiek. Ale człowiek, który widzi, że ktoś inny jadł i się nie podzielił – jest nieprzewidywalny. Zaufanie w kopalni było już tylko wspomnieniem. Potrzebowałem rozmowy. Nie wyznania. Po prostu… obecności. Głosu. Człowieka. W jednym z ciemniejszych zaułków ktoś chodził tam i z powrotem. W kółko, jakby próbował rozchodzić własne myśli. Szybkie kroki, zniecierpliwione, niespokojne. Gdy podszedłem bliżej, rozpoznałem Hui’a. Z naszej grupy to właśnie on był… najtrudniejszy do przewidzenia. Czasami sprawiał wrażenie cichego i zdystansowanego. Innym razem potrafił krzyknąć bez powodu, szarpnąć się jak zwierzę uwięzione we własnej głowie. Zwolniłem. Nie dlatego, że się bałem – ale dlatego, że wiedziałem, jak łatwo można sprowokować człowieka, który już nie ma w sobie żadnych rezerw. Mimo to zrobiłem jeszcze kilka kroków. Nie chciałem odwracać się do niego plecami. Nie chciałem być celem. Ale nie chciałem też uciekać. Nie teraz. Zatrzymałem się przed nim. Światło z mojej lampki ledwo sięgało jego twarzy – wszystko inne tonęło w cieniu. Patrzył gdzieś obok mnie, nie na mnie. Oddychał szybko, jakby wciąż biegł w miejscu. Nie miałem planu. Żadnego przemyślanego zdania. Tylko pełny brzuch, drżące gardło i wstyd, który chciał mi wyrwać język.
Patrzył krótko, potem odwrócił wzrok.
– Czego chcesz?
– Chyba… żebyś nie chodził. Od tego dostaję zawrotów.( tekst był bardzo ryzykowny, nie przemyślałem go. Właściwie to na jego miejscu dałbym sobie w mordę).
– To nie patrz. Zamilkł na chwilę.– A potem co? Powiesz, że denerwuje cię to, jak oddycham?
– Nie, bo wtedy musiałbym to powiedzieć każdemu. A i tak nie mam prawa. Przepraszam. Zawahałem się. – Po prostu… ja nie chcę już być sam.
– To znajdź sobie innego. Ja sam siebie ledwo znoszę. Ciebie tym bardziej.
– Ty przynajmniej nie udajesz, że wszystko się jakoś ułoży.
– Nie ułoży się. I co z tego? Ktoś tu jeszcze wierzy w szczęśliwe zakończenie?
– Doktor.(nienaturalnie, niespodziewanie, wyszło mi z ust)
Skrzywił się.
– Ten znowu coś bredzi?
Ucieszyłem się, że chociaż na chwilę mogę swoje wyrzuty sumienia schować atakując kogoś innego
– Nie, tym razem jeszcze nie, ale czuję, że zaraz zacznie. Widziałeś? Chodzi od grupy do grupy. Mówi półgłosem, jakby wciągał ich w jakiś tajemny plan.
– Może potrzebują. Może to lepsze niż siedzenie i liczenie, kto pierwszy zdechnie.
– Nie wierzę mu. I nie wierzę, że mówi dla nich.
– A dla kogo?
– Dla siebie, albo dla czegoś, co tylko on rozumie. On nie wygląda jak ktoś, kto przetrwał. Wygląda jak ktoś, kto już tutaj zamieszkał.
– I co? Myślisz, że chce tu zostać?
– Myślę, że już został. Może nawet był tu wcześniej. Może to jego świat, a nie nasz.
Zaśmiał się sucho. – Li, ty za dużo myślisz. Jak ktoś tu za dużo myśli, to kończy jako obiad.
– Widziałem, jak patrzył na ludzi. Jak dobiera słowa. On wie dokładnie, co robi. Mówi, że chce nas ratować, a ja widzę, jak pcha nas krok po kroku w jedną stronę. Jakby nas tresował. Jak psy.
Zamilkł i wbił wzrok w podłoże. – Ja po prostu nie wierzę nikomu. Ani jemu, ani tobie, ani sobie. I wiesz co? To mi daje spokój.
– Spokój? To on cię uspokaja?
– Nie on. Obojętność. Bo jak przestajesz wierzyć, że ktoś cię ratuje, przestajesz też bać się, że cię zdradzi.
– Nie. Właśnie wtedy powinieneś bać się najbardziej. Bo jak nie ufasz, to musisz patrzeć. A jak nie patrzysz, to już po tobie.
Długo patrzył mi w twarz, potem powiedział cicho– To mów. Mów, co ci tak naprawdę w nim nie pasuje.
– Wszystko. To, że w chwilę przejął dowodzenie. Jego spokój, jego pewność, jego przekonanie, że ma rację. Jakby jego głód był inny niż nasz. Jakby miał w sobie coś, co już dawno przestało być ludzkie.
– Może po prostu lepiej udaje.
– Nie. Bo to nie gra. To coś gorszego. Jakby naprawdę wierzył, że jest ponad tym wszystkim. Ponad nami.
Pochylił się lekko, głos zmienił się w półszept– Jakby… był ponad człowiekiem?
– Tak. Jakby nie chciał nas ocalić, tylko przemienić. W coś. Może nawet nie wie, w co. Może po prostu próbuje. Eksperymentuje.
– Eksperymentuje… – Znów zaczął chodzić, ale już wolniej. – Cholera. Może dlatego jeszcze żyje. Bo to nie jest dla niego piekło. Tylko laboratorium.
– On nas prowadzi w ciemność i nazywa to drogą. A ludzie idą, bo boją się przyznać, że nie wiedzą, gdzie są. On im daje kierunek, nawet jeśli to przepaść.
– A co, jeśli to nie przepaść?
– To nie ważne. Bo jeśli każe nam iść w nią, nie pokazując nic poza własną twarzą to już nie jest ratunek. To kult.
– Kult… – Pochylił głowę, potem podniósł wzrok. Ciężki, jakby coś w nim pękło albo się domknęło. – Kurwa, Li. Ja myślałem, że to wszyscy są niebezpieczni, że każdy tu może mi coś zrobić, ale może… może to on trzyma nóż.
– Nie trzyma go w ręku. On mówi i to wystarcza.
– Na jak długo?
– Nie wiem, ale czuję, że zaraz coś powie. Coś, co nie będzie tylko słowem. Coś, po czym nie będzie odwrotu.
Patrzył na ciemność przed sobą, bardzo cicho.
– I ty się boisz tego, co powie?
– Nie. Boję się, że ludzie w to uwierzą.
– Ja też. I chyba… już nie jestem obojętny. Zamilkł. – Cholera. Ty naprawdę umiesz człowieka wybić z równowagi.
– Lepiej teraz, niż później.
– Masz rację. Trzeba mówić, ale nie jak on. Nie z góry. Cisza między nami była gęsta jak wilgoć w ścianach.
– Dobrze, że przyszedłeś, Li. Gdybyś tego nie powiedział, dziś bym jeszcze nie widział.
– Widzisz teraz?
– Widzę, że jeśli on otworzy usta, to my musimy być szybsi. Musimy go wyprzedzić. Choćby jednym zdaniem. Choćby jednym: „Nie słuchajcie go.”
– Pomożesz?
– Pomogę.
Nie planowałem tego. Naprawdę. Nie miałem żadnego zamiaru wchodzić z Huiem w rozmowę o Doktorze, a już na pewno nie chciałem niczego sugerować, wpływać, przekonywać. Poszedłem tam, bo nie miałem do kogo się odezwać. Nie chciałem ciszy. Nie chciałem braci, nie chciałem nikogo, kto patrzyłby na mnie z pytaniem: „gdzie byłeś?”. A Hui… Hui po prostu był. Chodził tam i z powrotem, jakby próbował się zetrzeć ze skał. A potem zacząłem mówić. I słowa popłynęły. Nie wiem dlaczego. Nie wiem, co mnie popchnęło, by akurat teraz, właśnie jemu, wypowiedzieć na głos wszystko to, co od dawna we mnie pęczniało. Myśli, które tłumiłem, bo sam się ich bałem. Podejrzenia, które brzmiały zbyt głupio, zbyt paranoicznie, żeby je zapisać. A jednak to zrobiłem. Wysypałem to na niego jak gruz. I coś się zmieniło. Nie tylko w nim. We mnie też. Bo gdy słuchał, przestawałem czuć się sam. A kiedy odpowiedział… kiedy pierwszy raz od miesięcy ktoś powiedział, że mi pomoże, poczułem, jakby coś się odwróciło. Jakby ktoś położył dłoń na sterze. Nie wiem kto. Nie wiem, czy to byłem ja. A przecież nigdy go nie lubiłem. Nigdy z nim nie rozmawiałem. Nigdy nie czułem, że to ktoś „mój”. A jednak właśnie z nim przyszło to wszystko. Te słowa, ta myśl, że może trzeba być szybciej niż Doktor. Że może trzeba uprzedzić, zanim znowu zacznie mówić. Że może nie wszystko stracone, dopóki mamy jeszcze słowa, które nie są jego. Nie wiem, czy to dobrze. Nie wiem, czy to ja mówiłem, czy może mój strach. Ale on usłyszał. I uwierzył. Siedzieliśmy pod ścianą i nie potrafiłem wrócić do siebie. Bo może właśnie w tej rozmowie… zostałem kimś, kim chciałem, ale zawsze bałem się być. Nie liderem. Nie buntownikiem. Kimś, kto popycha innych do działania – nawet jeśli sam nie wie, dokąd to prowadzi.
– Zobacz… Ten z lewej, to Huang, nie? – wyszeptałem. – On jeszcze rano miał omamy. A teraz… wygląda, jakby wracał z obiadu.
– I jeszcze się uśmiecha. Jakby coś wiedział.
Chwilę milczał.
– Coś tu śmierdzi. I to nie tylko my.
Doktor stał parę metrów dalej, już na mnie patrzył i się uśmiechał. Jakby wszystko było na swoim miejscu. Podniosłem się powoli, nie mogąc już wytrzymać. Kilka kroków. Nic wielkiego. Chciałem jedynie zapytać, jak reszta się czuję. Tylko tyle, ale zanim zdążyłem się odezwać
– Czekaliśmy na ciebie, Li.
Zatrzymałem się.
– Czekaliście? Dlaczego?
Uniósł lekko dłoń, jakby to było oczywiste.
– Bo jesteśmy grupą. Decydujemy jako grupa, prawda? A ty jesteś ważny. Twoje zdanie się liczy. Nie moglibyśmy bez ciebie… podjąć niczego ostatecznego.
Zmrużyłem oczy.
– Nie wiedziałem, że musimy o czymś decydować.
– Och, my zawsze coś decydujemy. Nawet milczeniem.
Pochylił lekko głowę.
– A ty przecież nie chcesz milczeć, prawda? Masz zbyt wiele do powiedzenia.
Zza moich pleców wyszedł Hui. Stał z dystansu, ale jego głos był chłodny i ostry jak drut.
– To ciekawe, bo do tej pory nikt nas o nic nie pytał. Nawet o to, czy chcemy słuchać.
Doktor odwrócił się do niego z tym samym uśmiechem, który nie pasował do żadnej miny, jaką powinien mieć człowiek w takim miejscu.
– Hui, Hui… Zawsze tak ostry, ale to dobrze. Każda grupa potrzebuje pazura. Balansu. Inaczej wszyscy stajemy się jednym szumem.
Spojrzał na nas obu.
– Właśnie dlatego trzeba rozmawiać. Wspólnie. Nie w kącie. Nie szeptem. Tu, razem.
– Albo pod twoim światłem, co? – mruknąłem.
Przyglądał się uważnie. Gładkim tonem powiedział:
– Jeśli chcesz, mogę zgasić lampę, ale wtedy nikt nie zobaczy twojej twarzy, Li. Ani tego, co naprawdę myślisz.
– A co jeśli właśnie o to chodzi – rzucił Hui.
Doktor pochylił głowę, jakby go to zabolało, ale w oczach nie było bólu.
– Ukrywanie się teraz… to luksus, na który nie mamy czasu. Musimy być razem. Nawet jeśli boli. Nawet jeśli się różnimy.
Spojrzał najpierw na mnie, potem na Huia.
– Zaufanie… to nasza ostatnia świeca. Bez niej –pożre nas mrok.
– Czasem lepiej już siedzieć w ciemności – powiedziałem cicho – niż patrzeć na świecę, która topi wszystko wokół.
Milczał przez chwilę. Uśmiech nie schodził mu z twarzy, ale oczy… oczy były jak igły. Szybkie. Precyzyjne. Patrzył na nas, jakby już układał zdania na kolejne godziny. Potem spojrzał na swoich dwóch towarzyszy.
– Dobrze. Nie przeszkadzam. Przemówię tylko raz. Czas pozwolić wam zdecydować. – Znów ten uśmiech – Do zobaczenia, bracia.
Odszedł. Razem z nim dwaj górnicy, których oczy były puste, ale ciała posłuszne. Kiedy zniknęli w cieniu, powietrze stało się cięższe. Jakby zostawił w nas coś, czego nie potrafiliśmy jeszcze nazwać.
– Widziałeś? – Hui mówił szeptem, patrząc przed siebie. – Jak mówił. Jak patrzył.
– Widziałem. Jakby już wiedział, co powiemy. Zanim to pomyślimy.
– Nie… on nie wiedział.
Odetchnął płytko.
– On nas… manipuluje.
– I nawet nie krzyczy. Nie musi.
– To nie jest mówca. – Spojrzał na mnie i potem znowu przed siebie, jakby nie mówił do mnie, tylko do czegoś, co czuł w kościach. – To jest… zaraza.
Nie planowałem tego znowu. Nie miałem zamiaru go konfrontować. Nie miałem planu. Po prostu… nie mogłem już siedzieć. Coś parło mnie od środka, jakby miało rozsadzić klatkę piersiową. Chciałem wyłącznie zapytać. Tylko sprawdzić, czy tamci jeszcze żyją. A potem wszystko potoczyło się samo. Nie wiedziałem, czy to Hui zaczął mówić, bo usłyszał mój głos, czy może ja mówiłem więcej, bo on już nie milczał. Ale nagle staliśmy tam razem, naprzeciwko niego. Naprzeciwko Doktora. Tego, który nigdy nie musiał podnosić głosu, bo wystarczało, że patrzył. Tego, który mówił, zanim jeszcze człowiek sam wiedział, że chce słuchać. A my mówiliśmy. Pierwszy raz nie szeptem. Nie tylko w myślach. I on to czuł. Widział, że pękamy – ale nie w tę stronę, co zwykle. I niewykluczone, że dlatego ten jego spokój był jeszcze straszniejszy. Bo nie wyglądał na kogoś, kto traci kontrolę. Jedynie na kogoś, kto to przewidział. Kto uwzględnił bunt jako część układu. Jako coś, co musi się wydarzyć, żeby reszta dalej słuchała. A mimo to… coś się wydarzyło. Nie w nim. W nas. W Huiu. W tym jednym słowie, które wypowiedział: Zaraza. Nie przewodnik. Nie prorok. Nie ratunek. Zaraza. A ja siedziałem w tej ciemności, czując jego wzrok na karku, choć fizycznie już go nie było. Bo nawet gdy zniknął w cieniu, coś po nim zostało. Coś bez imienia, ale pulsujące, rozrastające się między nami jak pleśń na ścianach. I tak – bałem się. Bałem się, że jest za późno. Że może nawet ten bunt to jego szept, zasiany wcześniej. Że ta „prawda” o nim to też jego dar – jego sposób, by rozbić nas na głosy, wyłowić tych, którzy się wychylą, a potem ich uciszyć. A jednak… Była we mnie satysfakcja. Cicha. Gorzka. Może chora. Ale była. Bo pierwszy raz nie byłem w tym sam. Ktoś wciąż widział. Ktoś jeszcze poczuł. Ktoś inny oprócz mnie dostrzegł, że Doktor nie był zbawcą, po prostu czymś… zupełnie innym. I chociaż nie wiedziałem, czy to nas ocali, czy pogrzebie głębiej – to był pierwszy raz, kiedy naprawdę poczułem, że coś się zaczęło.
Wtedy Doktor wszedł na większy kamień, żeby być lepiej widocznym. Spojrzał na nas wszystkich – a w jego oczach nie było strachu. Był tylko spokój. Zimny, wręcz nienaturalny. I wtedy…
– Bracia! Czyż nie jest to śmieszne? Całe życie kopaliśmy dla tych, którzy nigdy nie dotknęli ziemi własnymi rękami. Całe życie harowaliśmy, by inni mogli żyć w cieple, podczas gdy my marzyliśmy pod ziemią. A teraz? Teraz, gdy jesteśmy tutaj, opuszczeni, zdradzeni, zostaliśmy sobie równi. Po raz pierwszy w historii nie ma nad nami panów. Nie ma strażników, nie ma nadzorców. Jesteśmy tylko my i ten kamienny świat, który nas uwięził. Ale nie jesteśmy martwi. Jeszcze nie. Jeszcze tli się w nas ogień. Powiedzcie mi, czy ogień może płonąć bez ofiary? Czyż nie wznosiliśmy modłów? A czy ktoś przyszedł? NIE! Bo świat nie słucha słabych. Nie słucha błagań. Świat słucha jedynie tych, którzy mają odwagę nadać mu sens! A więc my nadamy mu sens! Uczyńmy z naszej śmierci coś więcej niż powolne gnicie w ciemności. Jeśli mamy umrzeć, to niech nasza krew przemówi! Niech ta kopalnia stanie się naszym ołtarzem, a my – naszymi własnymi ofiarami! Niech ściany nasiąkną naszą mocą, niech ten świat usłyszy, że my, górnicy, nie zeszliśmy tu po to, by konać jak robaki, ale by stać się czymś większym! Nie bójcie się bólu – on jest chwilowy. Nie bójcie się śmierci – ona już tu jest. Możemy wybrać, czy zgaśniemy jak iskra, czy rozgrzejemy jak pożar, który zostawi po sobie ślad! Któż z was stanie u mojego boku? Któż z was uniesie pierwszy kamień, pierwszy kilof, pierwszy nóż? Któż z was przestanie być wyłącznie numerem i stanie się czymś, co świat zapamięta? Zróbmy to. Zróbmy to razem. W imię tego, że już nie jesteśmy tylko ludźmi. My jesteśmy ofiarą. My jesteśmy rytuałem. My jesteśmy legendą.
Siedzieliśmy w ciemności, wsłuchani w słowa „oświeconego” Doktora. Jego głos nie był krzykiem – był głębokim, spokojnym nurtem, który sączył się przez kamienie i przez nasze myśli. Miażdżył wątpliwości, gasił bunt. Nie byliśmy już grupą ludzi. Byliśmy glebą, którą już dawno zasiał
Ja… nie potrafiłem się ruszyć.
Czułem, jak drętwieją mi dłonie. Jak paraliż wspina się po kręgosłupie. Gdybym chciał się odezwać – nie miałbym czym. Jakby coś zatkało mi gardło. Jakby język przykleił się do podniebienia ze strachu. Albo ze wstydu.
Może nie powinienem był wciągać w to Huia. Prawdopodobnie lepiej było milczeć. Tak, jak wszyscy.
Miałem tysiąc myśli, nawet takie, że może właśnie tak trzeba było, by przetrwać – zamienić się w cień, przytaknąć, przyłączyć się do ciepła tego głosu i nie myśleć więcej.
Czułem, jak wewnętrznie się cofam. Jak moja odwaga topnieje z każdym kolejnym zdaniem. Jak moja niechęć do Doktora staje się nie tyle gniewem, co przerażeniem. Bo nie walczyłem. Nie potrafiłem.
A wtedy… Hui.
Stał z boku, jak zawsze. W cieniu. Ręce w kieszeniach. Wyraz twarzy obojętny, możliwe, że nawet znużony. Ale kiedy Doktor mówił dalej – z tą swoją miękką, równą intonacją, jakby szeptał wprost do naszych ran – coś w Huiu pękło.
Widziałem to.
Widziałem, jak prostuje barki. Jak powoli unosi głowę. Jak jego zgarbiona sylwetka zaczyna się napinać. Jakby zrzucał z siebie ciężar. Jakby każda kość, każdy mięsień, mówiły jedno wielkie: dość.
Twarz miał kamienną. Nieporuszoną. Ale była w niej jakaś nowa siła. Żuchwa napięta tak mocno, że aż bolało patrzenie. Oczy… te oczy – nie było w nich lęku. Nie było nawet wściekłości.
Był wstręt.
I świadomość.
Twarz Huia była jak rana. Otwarta. Surowa. Bez maski.
Wtedy zrozumiałem, że on już nie grał samotnika. On nie był biernym świadkiem. On stanął naprzeciw.
A ja?
Ja siedziałem dalej. W tej samej pozycji. W tej samej ciszy. Sparaliżowany.
Pojawiła się myśl: ja go w to wciągnąłem. To ja gadałem. Ja podważyłem autorytet Doktora, ja wszczepiłem Huiowi ten cień wątpliwości. A teraz… on staje. A ja nie.
Czy powinienem?
Czy naprawdę?
Czy nie byłoby łatwiej po prostu zostać tam, gdzie byłem? Z zamkniętymi oczami? Przeczekać? Przetrwać?
Czy odwaga Huia mnie ratuje… czy pogrąża?
Chciałem coś powiedzieć. Chociaż szept. Chociaż gest. Ale nie ruszyłem się. I chyba nie tylko ja. Bo wokół było jedynie milczenie. Twarde, chłodne, ciężkie.
Hui stał.
Stał jak znak.
Stał jak ktoś, kto się jeszcze nie poddał.
A ja… zacząłem się bać nie tylko Doktora.
Bałem się siebie.
Prawdopodobnie bałem się, że jest już za późno. Że nawet jeśli wstanę – to będę wyłącznie cieniem tego, który powinien był stanąć pierwszy.
– Zamknij się! – krzyknął Hui.
Doktor uniósł brew, jakby go to rozbawiło. Spokojnie, bez pośpiechu.
– Nie rozumiesz? To jedyna droga.
– Zamknij się! – wrzasnął znowu Hui i rzucił kamień
Kamień wystrzelił z jego dłoni z dzikim impetem. Uderzył Doktora w bok głowy. Głuchy trzask, jakby coś pękło. Doktor runął na ziemię. Okulary potoczyły się po kamieniach, pęknięte jak skorupka jaja. Krew wypłynęła spod skroni, ciepła i ciemna, pełzła po twarzy jak wąż.
Zamarliśmy. Ktoś sapnął, ktoś cofnął się o krok. Oczy szeroko otwarte, ale bez światła zrozumienia. Po prostu szok. Sprzeciw.
– To obłęd! – odezwał się Rui. Głos miał wysoki, zaciśnięty z emocji. – Nie będziemy zabijać!
– Tak! Nie ma sensu się mordować! – zawtórował Wang.
– Możemy wciążprzeżyć! Musimy walczyć, ale nie przeciwko sobie! – wykrzyczał Zhao. Jego głos odbił się echem od ścian, ale wrócił głuchy. Jakby nawet echo nie było pewne, po czyjej jest stronie.
W nas wszystkich coś się poruszyło. Ludzie, którzy jeszcze przed chwilą byli gotowi paść na kolana, teraz podnosili głowy. Oczy mieli szkliste, ale coś w nich błysnęło – może nie nadzieja, ale coś, co ją przypominało. Przypomnienie, że nie chcemy umierać. Nie tak. Nie tu. Nie dla niego.
Doktor drgnął.
Najpierw tylko palce. Potem powoli uniósł rękę. Otworzył oczy. Patrzył wprost w nas, jakbyśmy go rozczarowali, ale nie zdziwili.
Podnosił się z ziemi powoli, metodycznie. Krew ściekała po jego policzku, ale nie było w tym bólu. Ani strachu. Jego twarz była czysta z emocji. Jakby coś właśnie się dopełniło.
Meng, stojący najbliżej, zrobił krok naprzód. Chciał coś powiedzieć, może przeprosić, może pomóc.
– Doktorze…?
Nie zdążył więcej.
Doktor chwycił kilof jak narzędzie chirurgiczne. Ruch był szybki, pewny, nienaturalnie precyzyjny.
Kilof wbił się w czaszkę Menga z dźwiękiem, który przypominał pękający arbuz. Zgrzyt, chlupot, trzask. Potem jęk – urwany w połowie, jakby odcięty nożem.
Meng osunął się na ziemię bez słowa. Jego oczy były szeroko otwarte. Z ust wypłynęła krew. Ciało leżało nieruchomo – jak zwalone drewno.
Zapanowała cisza. Prawdziwa. Ciężka. Grobowa.
Doktor oddychał ciężko, oparł się o kilof, jakby był jego berłem. Patrzył na nas z góry. Z góry… bo właśnie nas pokonał. Bez jednej dyskusji.
– Popełniliście błąd – powiedział.
Powoli, niemal z czułością, wyciągnął kilof z rozłupanej czaszki. Mokre mlasknięcie, ciało przewróciło się na bok jak worek mięsa.
– Ale jeszcze możemy to naprawić – zaśpiewał Huang.
Wiedzieliśmy, że to koniec. Że nikt się stąd nie wydostanie się żywy. Może nie dzisiaj. Może nie jutro. Ale wyrok już zapadł. Doktor stał z zakrwawionym narzędziem, a z jego twarzy nie schodził grymas… może uśmiechu, może czegoś głębszego. Jego oddech był urywany, ale spojrzenie czyste.
Krew z ostrza kapała na ziemię. Wsiąkała w nią. Znikała. Jakby kopalnia piła.
Nikt się nie ruszył. Nikt nie krzyczał. Nikt nie chciał być następny.
Patrzyliśmy na ciało Menga. Jeszcze niedawno mówił. Oddychał. Był po stronie Doktora. I co? Czaszka rozwalona. Twarz już nie przypominała twarzy.
– Co teraz…? – spytał ktoś cicho. Głos łamał się jak lód.
Doktor podniósł głowę.
– Teraz? – powtórzył. Przeszedł kilka kroków, powoli, z namysłem. – Teraz robimy to, co trzeba. Przestajemy się oszukiwać. Nie mamy dokąd uciec. Nie mamy jedzenia. Możemy zdechnąć jak szczury… albo możemy umrzeć jak ofiary.
Ktoś szlochał. Ktoś zrobił krok w tył. Ale byli też tacy, którzy stali. Nie dlatego, że chcieli zabijać. Po prostu nie wiedzieli już, co jest dobre, a co złe.
Hui podniósł dłonie. Jego barki opadły. Wcześniejsza pewność zniknęła. Zrobił się malutki. Ale próbował. Jeszcze próbował.
– Doktorze… nie musimy tego robić…
Doktor spojrzał mu w oczy. Wydawało się, że nie ma w tym wahania.
– Musimy. Ty też to wiesz.
Hui spojrzał na trupa pod nogami Doktora. Potem na kilof. Potem na nas. Szukał… czegokolwiek. Siły. Wsparcia. Buntu.
Ale widział tylko strach.
I wtedy zrozumiał, że jeśli teraz nic nie zrobi, jeśli teraz nie powie „NIE”, to wszystko przepadnie.
Ale nie powiedział nic.
Nie dlatego, że nie chciał. Tylko dlatego, że… nie potrafił. tak jak ja…..
Doktor wpatrywał się w niego długo. I zobaczył to, czego szukał. Poddanie. Podniósł kilof, wcisnął go w ręce Hui’a i powiedział.
– Zaczynajmy rytuał.
Pierwszy cios padł szybko. Nie wiadomo, kto zaczął. Może to ten, który już dawno stracił nadzieję. Może to ten, który miał w sobie zbyt wiele gniewu. Może po prostu ktoś, kto chciał żyć, choćby jeszcze przez chwilę, kosztem kogoś innego. W jednej sekundzie wszystko wybuchło. Kilofy, kamienie, gołe ręce – przemoc narastała jak lawina. Ktoś inny padł na kolana, błagając o litość – ale tutaj nie było litości. Doktor stał pośrodku tego wszystkiego, patrząc, jak jego dzieło staje się rzeczywistością.
Złapałem braci za ręce i zaczęliśmy uciekać. Przedzieraliśmy się przez ciemność, ślizgając się na nierównym podłożu, niemal potykając się o własne nogi. Tylko to się liczyło – biec. Krzyki oddalały się, ale nie znikały całkowicie. Gdzieś w mroku wciąż rozbrzmiewały odgłosy szarpaniny, stłumione wołania, dźwięki, które nie przypominały już ludzkich głosów. Nie wiedziałem, kto poluje, a kto ucieka. W tunelu panowała duszność. Zimno wgryzało się w skórę, ale czułem, jak pot spływa mi po plecach. A potem nagle… ich nie było. Nie wiem, kiedy to się stało. Nie wiem, jak. Jeszcze chwilę temu czułem ich uścisk, jeszcze chwilę temu byli przy mnie. A teraz?
– Wang? – szepnąłem.
Nie było odpowiedzi.
– Chen?
Tylko cisza.
Wstrzymałem oddech i odwróciłem się, wyciągając ręce w ciemność. Myślałem sobie, że może skręcili w boczny korytarz? Może się poślizgnęli? Może… Mój but uderzył w coś twardego. Sięgnąłem w dół – natrafiłem na kawałek drewna. Skrzynia. Byłem w jakimś starym korytarzu technicznym. Ściany były bliżej siebie, sufit niższy. Po prawej dostrzegłem cień zawalonego przejścia. Może to dlatego się zgubili? Może pobiegłem zbyt szybko, a oni…? Serce biło mi coraz szybciej. Musiałem ich znaleźć. Poruszałem się ostrożnie, stawiając kroki jak najciszej. Nie mogłem zapalić światła. Nie tutaj. Nie w miejscu, gdzie ktoś mógł mnie zobaczyć. Byłem sam. A jednak czułem, że coś się porusza. Szelest kamieni. Cichy, przytłumiony dźwięk. Gdzieś daleko? Może. Ale w tej ciszy… brzmiał tak, jakby ktoś oddychał tuż obok mnie. Przykucnąłem i przycisnąłem się plecami do ściany. Czułem, jak moje serce wali w piersi. Kilka minut? Może więcej. Czas w ciemności nie istnieje. Coś było w pobliżu. Czułem je. I wtedy to usłyszałem. Nie szmer. Nie oddech. Nie miałem czasu na myślenie. Dotyk na ramieniu. Nie wiedziałem, kto to był. Nie wiedziałęm, czy był to wróg, czy ktoś, kto także próbował przeżyć. W tej ciemności wszyscy byliśmy tacy sami – bestie walczące o życie. Zacisnąłem ręce na jego szyi. On szybko zrobił to samo. Szarpaliśmy się w mroku. Kopnąłem go, ale nie puścił. Uderzyłem głową o coś twardego, aż poczułem ból rozlewający się po czaszce. Nie mogłem oddychać. Nie mogłem myśleć. Więc walczyłem. Rzuciłem się na niego całym ciężarem. Przewróciliśmy się, turlając po ziemi. Byłem na górze, potem na dole. Coś rozdarło mi plecy, coś wbiło się w łopatkę. Nie było reguł. Nie było reguł. W końcu moje palce natrafiły na twarz. Wbiłem w nie kciuki. Krzyk. A potem uderzyłem jego głową o ziemię. Raz.Drugi. Trzeci. Dopiero po chwili przestałem, gdy już nie słyszałem….
Sięgnąłem po jego twarz, dotknąłem jego policzków, rozchyliłem usta, szukając w tej ciemności potwierdzenia. Wtedy jeszcze go nie widziałem, ale wiedziałem, że morderca nie oddycha. Światło, które przyszło za późno. Światło lampy oślepiło mnie.Wang, stał kilka kroków dalej. Jego spojrzenie nie było spojrzeniem człowieka – tylko zwierzęcia, które zobaczyło, jak zabiłem krew z jego krwi. Nie miałem czasu, by cokolwiek powiedzieć, by cokolwiek zrozumieć. Rzucił się na mnie. Nie chciałem walczyć. Nigdy nie chciałem. Nie mogłem nic powiedzieć. Jakie słowa mogłyby go powstrzymać? Wang rzucił się na mnie z całą swoją siłą, a ja nie zdążyłem nawet unieść rąk. Uderzył mnie w twarz, a światło lampy zatańczyło na ścianach.Padłem na plecy, a on był już nade mną, okładając mnie pięściami. Nie walczył jak człowiek. Człowiek czeka. Myśli. Waha się. On nie. Nie zatrzymywał się, nie wahał. Bił mnie z wściekłością, bólem, rozpaczą.
– Ty go zabiłeś! – wrzasnął, chwytając mnie za szyję.
Dusił mnie. Zacząłem się szarpać, czując, jak tlen ucieka z moich płuc. Nie chciałem walczyć. Zebrałem resztki sił i podniosłem kolano, uderzając go w żebra. Sapnął, ale nie puścił. Moje palce natrafiły na coś twardego – kamień. Złapałem go i zamachnąłem się, uderzając Wanga w klatke piersiową. Zachwiał się. Nie puścił. Uderzyłem ponownie. Puścił. Toczyliśmy się po ziemi, wymieniając ciosy. Jego paznokcie wbiły się w moją skórę, a ja szarpałem się jak zwierzę. Walczyliśmy po omacku, wśród kurzu, wśród gruzu, wśród śladów tych, którzy tu byli przed nami. Zacząłem się bronić bo jeszcze chciałem żyć.
– Przestań! – próbowałem krzyknąć, ale on nie miałem tchu.
Nie wiem, jak to się stało. Nie wiem, co zrobiłem źle. Może to był przypadek. Może siła, z jaką mnie atakował. Może to po prostu los. Popchnąłem go. Zbyt mocno. Potknął się. Upadł. Może uderzył, może o coś, może głową
I nagle… nic.
Tylko cisza
Oddychałem ciężko, dotykając nieruchome ciało w otchłani.
nie łza to jest pot po skroni spada obok dłoni kapkapkapukap królem mat konca brak ta sama rama to samo szkło pośród już inne jest zło latlatlatalat ciszy kat ile strat tyle krat winny jest winny jest wszystko się znalazło stratstratstratystrat stracił on przeszłosci swiat kapkapkapukapkapkapkapukapkapkopkapukapukapukapkopkapukopkapucisza koniecczasu wieznia brak nieba blask ziemi góra krzyczmy hurahurhurhurhura……….
Myślałem, że zrozumienie to klucz. Że słowa… słowa mogą być jak liny, jak klamry ratunkowe – że jak opowiesz, to ocalisz. Że jeśli nazwiesz ból, on się cofa. Ale to kłamstwo. Kłamstwo, które ma kształt światła – takiego, które migocze, ale nie grzeje. Bo prawda… prawda to nie światło. Prawda to pułapka. A może zawsze nią była? Zamknąłem oczy, by zrozumieć. Ale zrozumienie było jak nóż – nie w ręku, tylko w oku. Próbowałem opisać, policzyć, rozdzielić cierpienie na sylaby, dźwięki, kości. Ale kiedy patrzysz zbyt długo… zbyt uważnie… za długo… Widzisz. I nie możesz odwidzieć. Widziałem ich wszystkich. Widziałem siebie. I nie wiem, kim byłem. Czy świadkiem? Czy ofiarą? Czy ofiarą! A może jedynie echem tego, co się wydarzyło?
Każdy krok. Każdy kilof. Nadzieja, tak – pamiętam ją, jak się śniła, jak się śmiała. Miała twarz chłopca, który kiedyś mówił: „Jeszcze tylko trochę”. A potem przyszło światło, które nie oświetla. Po prostu przypala. I wtedy zaczęliśmy tańczyć. W ciszy. W rytuale rozkładu. Misterium ciał i dźwięków. Surowe mięso, łyk krwi, paznokcie wbite w skórę… w siebie. Jakże to eleganckie było. Jakbyśmy odprawiali pradawne czary. Jakbyśmy składali ofiarę samym sobie. Bo czy nie byliśmy ofiarą? Nie byliśmy? Ależ jak to się ślizgało w gardle… Człowiek człowiekowi – ofiarą, daniną, skarbem. Ale też… ostatnią deską. Desperacja jak modlitwa. I biologia, ta szmata bez moralności, klaskała w dłonie: „Brawo, przetrwaliście!” Ale nie przetrwaliśmy. Nie jako ludzie tylko coś więcej. Zamiast modlitwy został jej cień. Jej cień. I cisza – nie taka zwykła, nie. To była cisza, która miała smak. Smak rdzy. Smak skóry. Doktor… och, doktor. Ten zimny uśmiech. Pierwszy nóż. Pierwszy ciemny chrzęst. On był zbawcą zagłady. Stał nad naszymi ciałami, jakby to była sztuka– i myśmy klaskali. Bo każdy chciał żyć. Ale nie każdy wiedział, że to już nie życie. To coś innego.
Triumf. Tak, tak to się czuło. Jak obrzydliwy triumf. I nikt nie płakał. Bo wszyscy pili. Pili ból, pili z tych samych naczyń, co śmierć. Mroczne zaklęcie tego miejsca szeptało nam: „Zabijajcie jeden drugiego, bo to łaska – bo tym samym uwolnicie się od umierania.” I w tym szumie farmy grozy poczułem… ulgę. Bo może nie zasługiwali na świt, ale zasłużyli na koniec bez krzyku. Moje ręce, kiedy wbijałem się w ich szyje, były narzędziem – nikt nie umarł nieświadomie. Nigdy nie usłyszałem słowa „dziękuję”, ale poznałem smak tej decyzji, jak piwo słono– gorzkie, gdy już spływa po gardle, i przynosi spokój. Widziałem ich twarze, gdy tracili przytomność: Chen, z oczyma jak szklane puste zadrapanie, gdy zrozumiał, że kona jak król; Wang, który drżał od gniewu… i w tej dezorientacji dostrzegłem to, co przemilczeli. Że tam, gdzie kończy się cierpienie, zaczyna się wybawienie. Jak pokazać przyszłości, że granice – te piękne granice między dobrem a zwierzęciem – można przekroczyć jednym szeptem? Jednym dotykiem? Jednym mrugnięciem powieki w ciemności? Czy ktoś zrozumie, że krzyk może być cichszy od ciszy? Bo ja chciałem. Chciałem spisać: jęk rozpaczy, cichy szelest odcinanej tkanki, mrożący krew w żyłach łamanych żeber. Ale… nie umiem. To nie historia. To szkło. Rozbite szkło. A ja patrzę przez jego odłamki. I widzę siebie. I nie wiem, kim jestem. I nie wiem, czy jeszcze jestem. Te przestrzenie… te przerwy między gestami, między jękami – to tam leży prawda. W spojrzeniach, które mówią: „………………… ” W krokach, które brzmią jak uderzenia serca martwego boga. Nie będzie sądu, który to pojmie. Nie będzie stworzenia, które to wytrzyma. Tylko tunel. Zimny. Milczący. Jakby czekał. Na nową modlitwę. A ja? Ja piszę. Bo nie umiem krzyczeć. Już nie. Boję się własnego głosu. Nie mam początku. Nie mam końca. Mam tylko „ale”.Ale nawet tu, gdzie noc jest tak gęsta, że można ją kroić,
słyszę… coś.
To nie echo. Nie oddech. Nie wspomnienie.
To mój własny szept:
Nie ma już odwrotu.
Dwa tygrysy… dwa tygrysy… biegną szybko… biegną szybko…
Jeden nie miał uszu.
Drugi nie miał ogona.
Jakie dziwne.
Jakie… jakie piękne.
Może tak jest lepiej. Bez ogona. Bez słów. Bez oddechu.
Bez bólu.