- Opowiadanie: Bocian - Syzyf i Medea

Syzyf i Medea

Dyżurni:

ocha, bohdan, domek

Oceny

Syzyf i Medea

Syzyf i Medea

Po­tom­stwo Her­me­sa i Da­na­id

Her­mes otrzy­mał na­stęp­ne za­da­nie. Ma od­pro­wa­dzić mor­der­czy­nie swo­ich mężów do pana Ha­de­su. Do tej misji do­stał po­moc­ni­ków. Po­sła­niec bogów był pod ogrom­nym wra­że­niem ich urody. Robił co tylko mógł, byle tylko opóź­nić do­tar­cie do Tar­ta­ru. Po­sła­niec bogów na­ka­zu­je, żeby cała grupa prze­miesz­cza­ła się po­wo­li. Jest bar­dzo prze­ko­nu­ją­cy w swych ob­ja­śnie­niach. To jest, rze­ko­mo w in­te­re­sie ko­biet, byle tylko mogły do­trzy­my­wać kroku ich eskor­cie. Pod byle pre­tek­stem sta­wa­li czę­sto na po­sto­je. Wła­śnie zbli­ża­ją się do lasu. Na po­cze­ka­niu wy­my­ślił, że wokół czają się dzi­kie zwie­rzę­ta. Po­win­ni za­pa­lić ogni­sko, żeby je od­stra­szyć. Her­mes wy­ko­rzy­stu­je oka­zję i za­pra­sza jedną z nich do swo­je­go le­go­wi­ska. Przy­tu­la się do niej. Czer­pie wy­jąt­ko­wą przy­jem­ność ob­co­wa­nia z nią. Innym razem zbli­ża­ją się do góry. Tutaj wy­kom­bi­no­wał, że to la­wi­na gór­ska jest za­gro­że­niem. Dla bez­pie­czeń­stwa całej grupy będą mu­sie­li nad­ło­żyć drogi. Teraz jest pora na od­po­czy­nek przed dal­szą drogą. Her­mes za­pra­sza inną ska­za­ną do swego le­go­wi­ska. Pod­czas każ­de­go na­stęp­ne­go po­sto­ju kocha się z coraz to inną ko­bie­tą. Na­stał taki czas, że wszyst­kie ko­bie­ty były ob­słu­żo­ne. One ule­ga­ły mu bez spe­cjal­nych opo­rów. Po­nie­waż miały na­dzie­ję, że to zła­go­dzi ich karę. Ale się prze­li­czy­ły. Bóg Hades ode­słał je do Tar­ta­ru. Tam ska­za­no je na cięż­ką ka­tor­gę. Oka­za­ło się, że one były w ciąży, a spraw­cą tego był Her­mes. W końcu z tych sto­sun­ków na­ro­dzi­ły się isto­ty ludz­kie oboj­ga płci z gło­wa­mi róż­nych zwie­rząt, ta­ki­mi jak baran, owca, sęp, orzeł, koń, osioł, ryba, wół, niedź­wiedź, wilk, kura, sokół i in­ny­mi. Tych istot jest pięć­dzie­siąt.  Da­na­idy nie miały moż­li­wo­ści ich wy­cho­wy­wać. Wtedy małe isto­ty po­zo­sta­ły przez pe­wien czas same sobie. Wład­ca Ha­de­su wy­zna­czył Her­me­so­wi za­da­nie. Ma te nie­mow­lę­ta przy­pro­wa­dzić do jego kró­le­stwa. Her­mes przy­pa­try­wał się im z nie­chę­cią. Nie mógł za­ufać, że to są jego dzie­ci. One nie przy­spo­rzą mu żad­nej chwa­ły. Po­sta­no­wił się nimi za­nad­to nie chwa­lić. Kiedy wy­ko­nał to zle­ce­nie, to na­pa­ko­wa­ne typy o opa­lo­nej na brąz cerze za­ję­ły się tymi ma­leń­stwa­mi. Kidy już tro­chę pod­ro­sły, to zo­sta­ły pod­da­ne tre­su­rze. Nie było żad­nej róż­ni­cy po­dej­ściu do dziew­czyn, czy chłop­ców. Za­rów­no chłop­cy mu­sie­li biec trzy­ma­jąc cięż­kie ka­mie­nie, jak i ko­bie­ty. Wpa­ja­no im ru­ty­no­we od­ru­chy. Zda­rza­ło się, że ktoś nie robił cze­goś spraw­nie i szyb­ko. Od­po­wied­nie baty po­skra­mia­cza po­ma­ga­ły wpoić mu od­po­wied­nie umie­jęt­no­ści. Wy­jąt­ko­wo ko­biet nie obi­ja­no bi­czem. Na­stał taki mo­ment , że isto­ty te wy­ko­ny­wa­ły wszyst­ko au­to­ma­tycz­nie. Wtedy pan Ha­de­su wy­zna­czył im kon­kret­ne za­da­nia. Nie­któ­re mają pil­no­wać ska­zań­ców, aby wy­ko­ny­wa­li na­le­ży­cie na­ło­żo­ną na nich karę. Inne muszą po­ma­gać Cer­be­ro­wi, żeby jakiś nie­pro­szo­ny gość nie prze­szedł nie­zau­wa­że­nie do Eli­zjum. Jesz­cze inne są prze­zna­czo­ne do oso­bi­stej dys­po­zy­cji boga kra­iny zmar­łych.

 

 

2. De­cy­zje pod­ję­te na Olim­pie.

Zeus za­sia­dał w swoim pa­ła­cu. Na jego ciele ma­je­sta­tycz­ni ukła­da­ła się tu­ni­ka. Od­da­wał się przy­jem­no­ściom danym bogom. Po­pi­jał wino z bo­ga­to zdo­bio­ne­go kie­li­chu. Hera we­szła do środ­ka bez za­po­wie­dzi. Jej tu­ni­ka fa­lo­wa­ła zwiew­nie. To był przy­wi­lej nada­ny mał­żon­ce naj­waż­niej­sze­go boga. Na ob­li­czu Zeusa uka­zał się gry­mas nie­za­do­wo­le­nia. Przy­szła w nie­wła­ści­wym mo­men­cie. Nie miał teraz ocho­ty na ja­ką­kol­wiek roz­mo­wę. Do tego prze­rwa­ła mu de­gu­sta­cję piwa. Jed­nak oka­zał chęć wy­słu­cha­nia tego, co ma mu do po­wie­dze­nia.

– Po­win­no się uka­rać Medeę – oznaj­mi­ła mu sta­now­czo swój po­stu­lat.

Nie­daw­no Zeus po­sta­no­wił ska­zać Sy­zy­fa. Teraz ona chce po­ka­zać swą wła­dzę.

– Dla­cze­go? – pra­gnął po­znać przy­czy­nę tej de­cy­zji.

– Z zimną krwią za­mor­do­wa­ła wiele osób – wyjaśniła mu .

– Do­brze – wy­ra­ził swe po­par­cie.

Hera ce­lo­wo przy­szła do niego teraz. Wie­dzia­ła że łatwo bę­dzie go można prze­ko­nać. W sta­nie upo­je­nia był bar­dziej po­dat­ny na su­ge­stie. Hera wy­szła za­do­wo­lo­na.

 

 

3. Fa­ta­lizm Sy­zy­fa

Wokół czuć swąd spa­le­ni­zny. Z oko­licz­nych gór wy­do­by­wa­ją się kłęby dymu, które two­rzą coś na kształt za­wie­si­ny. Pro­mie­nie słoń­ca za­głę­bia­ją się w niej. Na­da­ją jej wtedy od­cień krwa­wej po­świa­ty. Do­oko­ła pa­nu­je wszech­obec­na spie­ko­ta oraz pie­kiel­na du­cho­ta. Syzyf pcha do góry głaz po stro­mym po­chy­le­niu za­pie­ra­jąc się no­ga­mi o zbo­cze. Kan­cia­ste ka­mie­nie wpi­ja­ją się w jego stopy. San­da­ły nie­wie­le po­ma­ga­ją. Chi­ton jest już wy­raź­nie zu­ży­ty. Robił to samo wiele razy. Zna już na pa­mięć, co się po kolei wy­da­rzy. Co naj­waż­niej­sze, jest na to przy­go­to­wa­ny. Zbli­ża się do wierz­choł­ka, jed­nak nie osią­ga go. Do­sta­je po rę­kach od po­tęż­nie zbu­do­wa­nej isto­ty z twa­rzą ko­zi­cy, który po­my­ka w tę i z po­wro­tem lotem bły­ska­wi­cy. Potem pusz­cza głaz, który się sta­cza. Na­stęp­nie ska­za­niec scho­dzi. W prze­ciw­nym razie góra się prze­bu­dza i osu­wa­ją­ca się lawa po­cią­ga go w dół. Kiedy znaj­du­je się u pod­nó­ża góry znowu do­sta­je po rę­kach, aby po­now­nie wta­czać ka­mień na górę. Tyra tak w kółko. To jest cała jego kara. Jest ona okrop­nie cięż­ka, ale sza­le­nie mo­no­ton­na. Syzyf już nie wie, jak długo jest w Tar­ta­rze. Ile razy pchał swój głaz pod górę. Ile­kroć mu się wy­my­kał z rąk. Jak czę­sto scho­dził po niego. Na po­cząt­ku swo­jej po­ku­ty jesz­cze li­czył, ile razy po­wta­rzał to samo w ciągu dnia i nocy. Jed­nej doby było tego wię­cej, a innej mniej. Z jego ob­li­czeń wy­ni­ka­ło, że każdą z tych czyn­no­ści wy­ko­ny­wał śred­nio po 33 razy. Czę­sto pluł sobie w brodę. Po co mie­szał się spra­wy bo­skie, tak do­brze było mu w Ko­ryn­cie. Miał tam żonę i wła­dzę. A tutaj co ma? Siwą brodę i siwe włosy. Zmarszcz­ki na czole. Ciało prze­siąk­nię­te siar­ką i na­zna­czo­ne bli­zna­mi. Wtem straż­nik chłosz­cze batem po jego rę­kach. Syzyf pusz­cza mo­men­tal­nie głaz, który toczy się bły­ska­wicz­nie na dół. Kiedy głaz znaj­du­je na dole, to na­grze­wa się. Ska­za­niec po­dą­ża za nim. Do­cie­ra do pod­nó­ża góry. Straż­nik już tam czeka na niego. Straż­nik po­now­nie po­ga­nia Sy­zy­fa. Syzyf po­now­nie wta­cza głaz, który parzy nie­mi­ło­sier­nie jego ręce. Na dło­niach uka­zu­ją się bąble. Zbli­ża się do wierz­choł­ka Jest już przy­go­to­wa­ny na wy­mie­rze­nie chło­sty. Po­wta­rza się to samo co po­przed­nim razem Musi dać wy­tchnie­nie obo­la­łym rękom. Wy­ko­rzy­stu­je różne tech­ni­ki, aby po­szcze­gól­ne czę­ści ciała mogły dojść do sie­bie. Kiedy głaz znaj­du­je się na stoku, to nie ma wtedy ne­ga­tyw­nych kon­se­kwen­cji dla ska­zań­ca. Ale pod­pie­ra­nie ka­mie­nia nie jest żad­nym wyj­ściem do ulże­nia sobie. Po­nie­waż każda chwi­la od­po­czyn­ku spra­wia, że głaz spy­cha Sy­zy­fa niżej. Tak więc, za­miast zbli­żać się do wierz­choł­ka, to od­da­la się od niego. Do­dat­ko­wo traci cenne siły. Tak więc le­piej pchać niż być spy­cha­nym. Do­szedł do tej wie­dzy kosz­tem swo­jej krwa­wi­cy. Straż­nik z głową ko­zi­cy prze­mie­rza też drogę od pod­nó­ża do wierz­choł­ka i z po­wro­tem, jed­nak ma znacz­nie ła­god­niej­szą trasą. Dla­te­go czyni to zde­cy­do­wa­nie szyb­ciej od jego ofia­ry. Po­nad­to droga, którą scho­dzi straż­nik jest nie­do­strze­gal­na i nie­do­stęp­na dla Sy­zy­fa. Straż­nik ma po­ga­niać batem Sy­zy­fa, aby ten wy­ko­ny­wał swoją karę na­le­ży­cie, a wy­wią­zu­je się ze swo­ich obo­wiąz­ków bar­dzo gor­li­wie i su­mien­nie, bo w prze­ciw­nym razie jego bat za­mie­nił­by się w ki­ja-sa­mo­bi­ja, który wy­gar­bo­wał­by jemu skórę za karę. Ska­za­niec robi w kółko jedno i to samo. Nie ma żad­nych szans, żeby to za­koń­czyć.

 

4. Fa­ta­lizm Medei

Medea ma bru­nat­ne włosy, które uło­żo­ne są w pa­sem­ka. Dwa z nich wiją się za usza­mi przy­ozda­bia­jąc je po­licz­ki. Brnie u pod­nó­ża góry. Obej­mu­je wazon ra­mio­na­mi. Ka­mie­nie cisną ją okrut­nie w stopy. San­da­ły nie wiele ją przed tym chro­nią. Po­ja­wia­ją się od­ci­ski pod jej sto­pa­mi. Głowa lekko po­chy­lo­na do przo­du. Spo­glą­da na zie­mię. Szuka tam mi­ne­ra­łów. Obo­jęt­nie ja­kich. Ważne, aby były dro­go­cen­ne. Medea ma za­peł­nić wazę skar­ba­mi na­tu­ry. Ka­mie­ni róż­ne­go ro­dza­ju jest wiele, ale nie ta­kich ja­kich ona aku­rat szuka. Przy­sta­je i pro­stu­je głowę. Roz­glą­da się wokół. Gdzie te skar­by na­tu­ry mogą się wresz­cie znaj­do­wać? Za-da­je sobie w myśli to py­ta­nie. Pod­no­si głowę, a jej spoj­rze­nie prze­my­ka po zbo­czu. Po­sta­na­wia tam wejść. Przy­cho­dzi jej to z tru­dem, Po­nie­waż jest on stro­me. Ale po ja­kimś cza­sie nagle przy­sta­nę­ła. Przez chwi­lę po­zo­sta­wa­ła tam nie­ru­cho­mo. Nie mogła w to uwie­rzyć. Jed­nak do­strze­gła w końcu coś, czego wła­śnie szu­ka­ła. Do tego nie jeden eg­zem­plarz, ale było tam tego z pew­no­ścią kil­ka­na­ście sztuk Na je zmę­czo­nej twa­rzy po­ja­wił się uśmiech. Eu­re­ka. Ra­do­sna myśl prze­cho­dzi przez jej umysł. Po chwi­li ochło­nę­ła z wra­że­nia i po­wró­ci­ła do twar­dej rze­czy­wi­sto­ści. Od­sta­wia wazę na zie­mię. Jed­nak czym prę­dzej pod­no­si ją z po­wro­tem, bo do­zna­ła przy­kre­go uczu­cia w rę­kach. Mia­no­wi­cie nie­li­to­ści­wie ją parzą. Po-nad­to dla wzmoc­nie­nia z nią więzi przy­tu­la mocno do pier­si. Oba­wia się, że ją przy­pad­ko­wo upu­ści. Schy­li­ła się, żeby ła­twiej jej było zbie­rać bły­skot­ki. Pod­no­si jedną z nich. Na twa­rzy Medei po­ja­wia się zdu­mie­nie. Ka­mień szla­chet­ny w jej ręce nagle za­mie­nia się w okruch skal­ny. Wy­rzu­ca go bły­ska­wicz­nie. Kiedy ka­mień opadł na zie­mię, to po­wró­cił do pier­wot­ne­go stanu. Bie­rze po kolei wszyst­kie po­zo­sta­łe war­to­ścio­wy ka­mie­nie i za każ­dym razem efekt jest taki sam. Pod­czas tych pro­ce­sów po­pa­da­ła w coraz więk­sze zwąt­pie­nie. Osta­tecz­nie od­da­li­ła się stam­tąd. Sia­dła na okru­chu skal­nym znie­chę­co­na. Tkwi­ła tam nie­po­ru­sze­nie z twa­rzą za­sę­pio­ną. Medea przy­po­mi­na sobie o swo­jej ro­dzi­nie. Wspo­mi­na nie­ży­ją­ce­go już brata i ojca, któ­re­go nagle opu­ści­ła. Tak bar­dzo chcia­ła teraz z nimi być. Zwie­si­ła głowę i po­grą­ży­ła się w ob­ję­ciach smut­ku. Za­pew­ne re­mi­ni­scen­cje o bli­skich jej oso­bach po­mo­gły jej dojść do sie­bie. Teraz mogła prze­ana­li­zo­wać swoją sy­tu­ację. Po chwi­li wpa­dła na jakiś po­mysł. Ener­gicz­nie się pod­nio­sła. Po­wró­ci­ła do zbio­ro­wi­ska dro­go­cen­nych ka­mie­ni. Tym razem po­sta­no­wi­ła użyć swo­ich cza­rów. Wy­po­wie­dzia­ła ma­gicz­ne for­mu­ły. Jed­nak nie było żad­ne­go efek­tu. Zmie­nia za­klę­cia. Pró­bu­je po kilka razy je wy­po­wia­dać. Cią­gle nie uda­wa­ło jej się ni­cze­go za­dzia­łać cza­ra­mi. Wy­glą­da na to, że jej cza­ro­dziej­ska moc prze­sta­ła dzia­łać. Jest wiel­ce nie­po­cie­szo­na tym fak­tem. Jed­nak Medea po­sta­no­wi­ła za­mie­rzyć się z tym bru­tal­nym fak­tem. Zde­cy­do­wa­ła dalej wy­trwa­le wy­ko­nać swoje za­da­nie tra­dy­cyj­ną me­to­dą. W końcu kie­dyś znaj­dzie spo­sób, żeby za­peł­nić wazę, mimo prze­ciw­no­ści losu. Jej długa tu­ni­ka lepi się do ciała, na sku­tek potu. W jej umy­śle prze­mknę­ła myśl: W kra­inie ży­wych miała służ­ki, a tutaj sama musi wszyst­ko. Tutaj jest czę­sto prze­mę­czo­na, a tam było to zu­peł­nie nie do po­my­śle­nia. Do tego każ­de­go dnia jej uroda mie­rzy się z okrut­ny­mi wa­run­ka­mi funk­cjo­no­wa­nia w Tar­ta­rze. Wes­tchnę­ła z no­stal­gią.

 

5. Kom­bi­na­cje Sy­zy­fa

Syzyf wy­ko­nu­je cią­gle swoją karę. Już nie wie, jak dużo odbył kur­sów w górę i w dół. Już nie pa­mię­ta, ile razy mu­siał po­wta­rzać te cięż­kie, a za­ra­zem mo­no­ton­ne czyn­no­ści. Było ich tak wiele, że prze­stał je nawet li­czyć. Ma już dość straż­ni­ka, który wy­dat­nie daje mu się we znaki. Jego baty od­ci­ska­ją na jego ciele krwa­we pięt­na, po któ­rych po­zo­sta­je sporo blizn. Pod­czas jed­ne­go z wielu kur­sów Syzyf po­sta­no­wił coś z tym zro­bić. Jego umysł za­przą­ta pewne py­ta­nie: czym prze­ku­pić straż­ni­ka, żeby go tak nie bi­czo­wał? Cały czas po­świę­ca na to, żeby wy­my­ślić roz­wią­za­nie pro­ble­mu. Za­sta­na­wia się też nad tym, czy jest to w ogóle moż­li­we. Wszyst­kie pie­nią­dze wziął mu Hades. W pew­nej chwi­li jego spoj­rze­nie mi­mo­wol­nie spo­czę­ło na błysz­czą­cym przed­mio­cie. Po­znał w nim dia­ment. Wy­jąt­ko­wo pięk­ny okaz. Jego oczy roz­po­go­dzi­ły się. Eu­re­ka. Spró­bu­je go prze­ku­pić tym wy­jąt­ko­wym ka­mie­niem. Po­wi­nien się na niego sku­sić. Zna­lazł się u pod­nó­ża góry. Straż­nik smaga go batem. Syzyf prze­ma­ga­jąc ból pró­bu­je na­wią­zać roz­mo­wę ze swoim opraw­cą.

– Nie mo­żesz dać sobie na wstrzy­ma­nie? – Syzyf za­su­ge­ro­wał straż­ni­ko­wi, żeby nie był tak na­pa­lo­ny do tak czę­ste­go uży­wa­nia swego na­rzę­dzia pracy.

– Wolę cie­bie bić, niż żebym ja obe­rwał – wy­pa­lił sta­now­czo straż­nik.

Hades wy­zna­czył straż­ni­ko­wi za­da­nie, ma po­pę­dzać swoim bi­czem Sy­zy­fa do wy­ko­ny­wa­nia kary. Kiedy opraw­ca nie wy­wią­że się ze swo­je­go obo­wiąz­ku, to nahaj wy­gar­bu­je skórę jego wła­ści­cie­lo­wi. To jest wy­star­cza­ją­ca mo­ty­wa­cja dla niego, żeby wy­peł­niał swą po­win­ność.

– Mu­sisz robić to tak do­kład­nie? – ska­za­niec za­le­cił mu, żeby nie był taki nad­gor­li­wy.

– Tak – wy­pa­lił na odwal się opraw­ca.

Po­nie­waż opraw­ca jest nie­chęt­ny do współ­pra­cy, to Syzyf dał sobie na razie spo­kój

 z dal­szym jego prze­py­ty­wa­niem.

Syzyf z po­wo­du bólu na­pie­ra na głaz bar­kiem, jed­no­cze­śnie za­pie­ra­jąc się no­ga­mi o zbo­cze.

Jest nie­za­do­wo­lo­ny z efek­tów roz­mo­wy. Za­sta­na­wia się, w jaki spo­sób po­wi­nien roz­ma­wiać z takim gbu­rem. Nie ma żad­ne­go do­świad­cze­nia w tym wzglę­dzie. Całe dwa kursy za­ję­ło mu ob­my­śle­nie ja­kie­goś spo­so­bu. Wresz­cie wpada na pe­wien po­mysł. Je­że­li ko­niecz­nie musi go bi­czo­wać, to niech to robi tam gdzie on tego chce. Jed­nak musi roz­wa­żyć ko­lej­ny pro­blem, czym osło­nić to miej­sce. Syzyf znowu znaj­du­je się przy straż­ni­ku, więc od­kła­da na póź­niej ob­my­śle­nie ochro­ny przed batem. Ska­za­niec zma­ga­jąc się z bólem pró­bu­je na­wią­zać po­now­nie roz­mo­wę ze straż­ni­kiem.

– Je­że­li bę­dziesz mnie bił w umó­wio­ne miej­sce, to dam ci dro­go­cen­ne ka­mie­nie – Syzyf pra­gnął za­in­try­go­wać straż­ni­ka.

– Sam sobie na­zbie­ram – pochwalił się zby­wa­ją­co opraw­ca.

– A umiesz od­róż­nić dro­go­cen­ny dia­ment od mniej war­to­ścio­we­go to­pa­zu? – dalej za­mie­rzał za­cie­ka­wić swo­je­go roz­mów­cę.

– Zgoda – straż­nik uległ ar­gu­men­ta­cji ska­zań­ca. – Jedna sztu­ka na ty­dzień.

Syzyf wraca do wy­ko­ny­wa­nia swo­jej kary. Wresz­cie jest za­do­wo­lo­ny z roz­mo­wy. Teraz przy­szła pora, aby po­wró­cić do prze­my­śleń nad spo­so­bem ochro­ny przed batem. Roz­glą­da się po oko­li­cy. Zna­lazł gład­ki i pła­ski ka­mień. Od­po­wied­ni, aby osło­nić plecy. Szuka dalej cze­goś, czym można by go tam za­mo­co­wać. Nie zna­lazł ni­cze­go sto­sow­ne­go. Po­now­nie znaj­du­je się na dole. Prze­zwy­cię­ża­jąc ból ob­rzu­ca wzro­kiem pod­nó­że góry. Wpa­dły mu w oko uschnię­te krza­ki, wokół któ­rych wiły się zwię­dłe liany. Znaj­do­wa­ły się w znacz­nej od­le­gło­ści od góry.

– Do­starcz mi liany – Syzyf po­ka­zał po­bli­skie krza­ki – Wtedy prze­ka­żę ci dia­men­ty – na­mówił straż­ni­ka do tego za­da­nia.

– Jak mi dasz trzy dia­men­ty, to ci je przy­nio­sę.

Ska­za­niec wraca do swo­jej po­ku­ty. Po­wra­ca­jąc wziął ze sobą trzy dia­men­ty. Kiedy zna­lazł się u pod­nó­ża, to dał je straż­ni­ko­wi. Pod­czas na­stęp­ne­go po­by­tu u pod­nó­ża zgod­nie z umową liany le­ża­ły już na ziemi. Ska­za­niec za­wie­sił je na swo­jej szyi. Po­now­nie wta­cza swój głaz pod górę. Pod­niósł upa­trzo­ny głaz i za­mo­co­wał go na ple­cach za po­mo­cą lian. W dro­dze po­wrot­nej za­brał jeden dia­ment. Na dole dał go straż­ni­ko­wi.

– To za­pła­ta za jeden ty­dzień – do­ko­nał płat­no­ści. – Mo­żesz mnie ude­rzać po ple­cach.-Sy­zyf po­in­stru­ował straż­ni­ka o za­sa­dach po­ro­zu­mie­nia mię­dzy nimi.

Prze­ku­pio­ny straż­nik po­stę­pu­je zgod­nie z umową. Ska­za­niec oddycha z ulgą, od bólu, gdyż ka­mien­na tar­cza ochro­ni jego plecy przed bólem.

 

6. Po­hań­bie­nie Medei

Medea wy­szu­ku­je ka­mie­ni szla­chet­nych. Potem pod­no­si je. Po ich od­mia­nie od­rzu­ca je. Nigdy nie wraca drugi raz do tego sa­me­go ka­mie­nia. Jed­no­cze­śnie dwaj po­tom­ko­wie Her­me­sa zmie­rza­ją do miejsc, gdzie mają pil­no­wać ska­zań­ców. Jeden męż­czy­zna po­sia­da twarz sępa, na­to­miast drugi głowę niedź­wie­dzia. Sta­nę­li na jej dro­dze. Ona wal­czy z obrzy­dze­niem na widok tych ohyd­nych stwo­rzeń. Pró­bu­je ich omi­nąć. Nie może jed­nak tego uczy­nić. Ten z twa­rzą sępa za­gro­dził jej drogę. Wtedy ko­bie­ta za­mie­rza przejść mię­dzy nimi. Nie udaje jej się tego uczy­nić. Ten drugi ta­ra­su­je jej drogę swoim cia­łem. Przez cały ten czas uważ­nie ją ob­ser­wu­ją. Wy­raź­nie trak­tu­ją ją jak obiekt po­żą­da­nia. Ona do­strze­ga za­gro­że­nie z ich stro­ny. Wy­co­fu­je się. Pod­ry­wa się do uciecz­ki. Po­dą­ża­ją za nią. Ka­mie­nie ranią jej stopy. Ona nie zwa­ża­jąc na to kon­ty­nu­uje bieg. Nagle nie­for­tun­nie opar­ła się na ka­mie­niu, przez co upa­dła jak kłoda na zie­mię. Wtedy pu­ści­ła wazę i za­par­ła się ra­mio­na­mi, aby ochro­nić głowę. Kro­ple krwi płyną ze zra­nio­nych czę­ści ciała. Do­go­ni­li ją. Ten z twa­rzą sępa prze­su­nął wazę, żeby zro­bić wolne miej­sce. Potem od stro­ny jej głowy chwy­cił jej ręce. Na­to­miast drugi po­ło­żył się na niej. Swo­imi koń­czy­na­mi roz­kra­czył jej nogi. Potem wy­ko­rzy­stu­je ją sek­su­al­nie. Jed­no­cze­śnie jego ręka śli­zga się po jej gład­kim ciele. Tłam­si je, jakby chciał ode­brać jak naj­wię­cej do­znań fi­zycz­nych pod­czas kon­tak­tu z jej gib­kim cia­łem. Kiedy za­koń­czył, to role się od­wra­ca­ją. Drugi po­dą­ża w ślady pierw­sze­go. Medea przez cały ten czas ma za­mknię­te oczy. W ten spo­sób chcia­ła się od­gro­dzić od bru­tal­ne­go zda­rze­nia. Po­nad­to musi zma­gać się z bólem pło­ną­cych rąk, a także cier­pie­niem pod­czas gwał­tu. Stwo­rze­nia w końcu od­cho­dzą, ale ona dalej prze­ży­wa te tra­gicz­ne wy­da­rze­nia. Tar­ga­ją nią kosz­mar­ne emo­cje. Po­sia­da po­szar­pa­ną tu­ni­kę oraz po­tar­ga­ne włosy. Mocno przy­tu­la do sie­bie wazon. Leży na gle­bie, z twa­rzą zwró­co­ną ku ziemi. Dalej ma oczy za­mknię­te. Chce pobyć sama z sobą. Po dłuż­szej chwi­li otwie­ra oczy. Za­czy­na się czoł­gać do przo­du. Pod­no­si się z tru­dem. Kręci się jej w gło­wie. Za­ta­cza­jąc się idzie ka­wa­łek drogi, ale zaraz opada z sił. Kła­dzie się na ziemi. Po­now­nie za­my­ka oczy. 

 

 

 

7. Medea po­zna­je Sy­zy­fa

Medea otwie­ra oczy. Po­sta­na­wia wró­cić do wy­ko­ny­wa­nia swo­jej kary. Pod­no­si się z ca­łych sił, by przejść le­d­wie ka­wa­łek drogi. Tak okrop­nie bolą ją nogi, że zaraz była przy­mu­szo­na usiąść na ka­mie­niu. Spo­glą­da przed sie­bie bez ruchu. Na twa­rzy po­ja­wia się gry­mas znu­że­nia, a jej serce bije przy­spie­szo­nym ryt­mem. Od­dy­cha łap­czy­wie. Po­trze­bu­je od­po­cząć przez jakiś mo­ment. Po ja­kieś chwi­li po­now­nie wsta­je. Stoi tak przez jakiś czas, aby przy­zwy­cza­ić or­ga­nizm do nowej po­zy­cji. Po chwi­li idzie przed sie­bie. Do­strze­ga nie­opo­dal jakiś krzak. Do­cie­ra do niego z wiel­kim tru­dem. uła­mu­je gałąź i bie­rze ją. Ma za­wrót głowy, więc znowu siada na ka­mie­niu. Wkrót­ce wsta­je i idzie przed sie­bie. Jedną ręką obej­mu­je wazę, a drugą opie­ra się na ga­łę­zi. Po­wra­ca do wy­ko­ny­wa­nia swo­ich obo­wiąz­ków zwią­za­nych z karą. W ten spo­sób znaj­du­je przy pew­nej górze. Do­strze­ga tam ja­kieś syl­wet­ki. Za­uwa­ża stwo­rze­nie, który ude­rza batem ja­kie­goś czło­wie­ka. Ten od­ra­ża­ją­cy osob­nik przy­po­mi­na jej o wy­da­rze­niu, które pra­gnie bez­względ­nie wy­ma­zać z pa­mię­ci. Przy­sta­nę­ła. Boi się przejść tam­tę­dy. Jed­nak­że rodzi się w niej uczu­cie współ­czu­cia dla ska­zań­ca. Po­wsta­ła też więź emo­cjo­nal­na z tym czło­wie­kiem. Oboje znaj­du­ją się w po­dob­nej sy­tu­acji. Przez mo­ment ob­ser­wu­je ich. Medea wy­ko­rzy­stu­je oka­zję, że straż­nik nagle gdzieś znika. Pod­cho­dzi bli­żej. Ona za­czy­na się wspi­nać, tym­cza­sem Syzyf wraca po swój głaz. Spo­ty­ka­ją się w po­ło­wie drogi.

– Czy mogę ci to­wa­rzy­szyć? – Medea cie­pło za­ga­iła męż­czy­znę, a w tych wa­run­kach Sy­zy­fo­wi zda­wa­ło się, że ona śpie­wa­ła.

– Oczy­wi­ście – zgo­dził się ocho­czo.

Oboje przed­sta­wi­li się wy­ma­wia­jąc swoje imio­na. Potem wy­mie­ni­li się in­for­ma­cja­mi na temat tego, w jaki spo­sób od­by­wa­ją swoje kary.

– Długo prze­by­wasz w Tar­ta­rze? – pragnął podtrzymać roz­mo­wę, aby znowu usły­szeć jej głos.

– Ta gó­ra-po­ka­zu­je ręką wznie­sie­nie, na któ­rym się teraz oboje znaj­du­ją – jest trzy­na­stą, którą prze­szu­ka­łam.

– A więc nie­dłu­go – stwier­dził za­do­wo­lo­ny Syzyf.

Ma dla niej mnó­stwo życz­li­wo­ści, bo do­strze­ga w niej cał­kiem ser­decz­ną osobą. Życzy jej, aby jak naj­kró­cej była na­ra­żo­na na cier­pie­nia w tym nie­przy­jem­nym miej­scu. Oboje uśmie­cha­ją się do sie­bie.

 

8. For­tel Sy­zy­fa

 Syzyf zmaga się ze swoim gła­zem. Jed­no­cze­śnie wy­ka­zu­je tro­skę o Medeę. Chce jej ze wszech miar pomóc. Za­sta­na­wia się, co można uczy­nić, żeby ona wresz­cie na­peł­ni­ła wazę. Odbył już w tym cza­sie kilka kur­sów, a jesz­cze nie wy­my­ślił żad­ne­go roz­wią­za­nia. Jest zły na sie­bie z po­wo­du swej bez­sil­no­ści. Pcha Wła­śnie prze­cho­dzi koło niej po raz wtóry. Tra­dy­cyj­nie nie może ode­rwać od niej swo­ich oczu. Jest za­uro­czo­ny jej urodą. Ona wy­peł­nia swoją karę, jak zwy­kle. Dalej musi się wspo­ma­gać ga­łę­zią. Na chwi­lę przy­sta­nę­ła. Za­ło­ży­ła swoje dło­nie jedna na dru­giej, jed­no­cze­śnie opie­ra­jąc je na ga­łę­zi. Syzyf przy­pa­tru­je się jej z uwiel­bie­niem. Pe­wien szcze­gół w po­sta­wie jej ciała zwró­cił jego uwagę. Pod wpły­wem in­spi­ra­cji pewna myśl za­kieł­ko­wa­ła w jego umy­śle. Jego oczy roz­po­ga­dza­ją się, a na jego usta wstę­pu­je uśmiech. Nagle góra grzmi groź­nie. Syzyf za­bie­ra się do swo­jej ro­bo­ty Tym razem ska­za­niec dla od­mia­ny na­pie­ra na głaz ple­ca­mi i za­pie­ra się o zbo­cze no­ga­mi. Na górze jego pięt­na zo­sta­ją od­świe­żo­ne. Ska­cze w dół drob­ny­mi su­sa­mi, raz w prawą stro­nę, raz w lewą. Po­now­nie znaj­du­je się przy oso­bie jemu coraz droż­szej.

– Mam pe­wien po­mysł, jak za­koń­czyć twoje cier­pie­nia – Syzyf oznaj­mił oży­wio­nym gło­sem.

Za­in­try­go­wa­na Medea prze­ry­wa swoje zma­ga­nia z ka­mie­nia­mi szla­chet­ny­mi i po­wsta­je. Potem pa­trzy uważ­nie na swo­je­go roz­mów­cę.

– Co mam uczy­nić? – żywiła nadzieję..

– Do­ko­na­my tego wspól­nie – ob­ja­śnił męż­czy­zna. – Pod­no­si ka­mień szla­chet­ny. – Obej­mij moje ręce od dołu, a potem pchnij moją dłoń do środ­ka wazy – Syzyf poinstruował ją z en­tu­zja­zmem.

Medea wy­ko­nu­je jego ple­ce­nie, a ka­mień wpada do wazy i nie zmie­nia się tam w bez­war­to­ścio­wy chłam. Po­stę­pu­ją w ten sam spo­sób dotąd, aż w końcu za­peł­nia­ją całą wazę. Ona w miarę za­peł­nia­nia się wazy otwie­ra coraz bar­dziej swoje oczy z po­dzi­wu. Gdy ich ręce się sty­ka­ją to ona ma wtedy po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa, a on do­zna­je od­prę­że­nia. Od­sta­wi­li razem wazę na zie­mię. Przy­tu­la się do Sy­zy­fa, a na­stęp­nie daje mu bu­zia­ka. Osta­tecz­nie ich usta zbli­ża­ją się do sie­bie i łączą się w jeden wspól­ny po­ca­łu­nek. Jest wnie­bo­wzię­ta, cho­ciaż nadal nie może w to uwie­rzyć, że to jest na­resz­cie ko­niec jej kary.

 

9. Medea wkra­cza do dzia­ła­nia

Medea za­mie­rza stwo­rzyć przy­tul­ne gniazd­ko dla nich, oczy­wi­ście w miarę swo­ich moż­li­wo­ści. Ona za­cho­wa w nim pry­wat­ność i od­gro­dzi  się od nie­przy­ja­znych spoj­rzeń straż­ni­ka, na­to­miast głaz umiesz­czo­ny w dole po­zwo­li Sy­zy­fo­wi od­po­cząć. Ko­bie­ta po prze­szu­ka­niu oko­li­cy znaj­du­je od­po­wied­ni ka­mień. Z jed­nej stro­ny ma ostrą kra­wędź, a z dru­giej ła­god­ną. Pod­no­si go i za­ci­ska mocno w swych de­li­kat­nych dło­niach za od­po­wied­ni ko­niec, żeby się nie ska­le­czy­ła. Za­czy­na kopać mniej wię­cej po­środ­ku góry. Grunt jest twar­dy i praca po­su­wa się do przo­du opor­nie. To jest cięż­ka praca, ale per­spek­ty­wa wła­sne­go kąta do­da­je jej skrzy­deł. Po­nad­to pobyt w Tar­ta­rze był dla niej dobrą szko­łą wy­trwa­ło­ści i wy­trzy­ma­ło­ści. W pocie czoła ryje tak cały dzień ro­biąc co jakiś czas krót­kie prze­rwy na od­po­czy­nek. Kiedy na­sta­ła noc, to usa­do­wi­ła wy­god­nie w nie­wiel­kim za­głę­bie­niu, który wy­ko­na­ła. Potem na­tych­miast za­snę­ła. Przez cały ten czas Syzyf ma na nią oko. Czuwa uważ­nie, aby się jej nic złego nie stało, szcze­gól­nie ze stro­ny straż­ni­ka. Obu­dzi­ła się nad ranem. Przy­stę­pu­je na­tych­miast do po­głę­bia­nia tego, co wczo­raj do­ko­na­ła.  Z ofiar­no­ścią godną po­zaz­drosz­cze­nia two­rzy swoje dzie­ło dzień w dzień. Wresz­cie siód­me­go dnia, w uro­czy­stym ge­ście wy­rzu­ca na­rzę­dzie swej pracy da­le­ko przed sie­bie. Osta­tecz­nie po­wsta­je dół głę­bo­ki na metr, a sze­ro­ki na czte­ry metry. Za­pra­sza do niego Sy­zy­fa.

– Tutaj mo­żesz umie­ścić swój głaz – oznajmiła z dumą. – Nie mu­sisz go wtedy pod­trzy­my­wać, bo on się nie sto­czy. W tym cza­sie mo­żesz od­po­cząć.

– To jest chy­try pod­stęp – Syzyf do­ce­nił jej po­mysł.

Bie­rze ją w ra­mio­na. Potem pie­ści swo­imi usta­mi jej usta, a ona pod­da­je się temu

z od­da­niem.

 

10. Kon­flikt

Opra­wą ich in­tym­ne­go sam na sam jest czuła wy­mia­na zdań mię­dzy nimi.

– Ten straż­nik pa­trzy na mnie jakoś po­dej­rza­nie, jakby chciał mi zro­bić coś złego – zwie­rzy­ła się ze swych obaw.

– Ja cię obro­nię – uspo­ko­ił ją.

– Wiem, przy tobie czuję się bez­piecz­na – doceniła go.

Syzyf jakby do­stał wia­tru w żagle. Znowu pcha swój głaz, ale jakby z więk­szym en­tu­zja­zmem. Nie czuje tru­dów wspi­nacz­ki, bo­wiem jego myśli za­prząt­nię­te są in­ny­mi spra­wa­mi, znacz­nie przy­jem­niej­szy­mi, które wła­śnie przed chwi­lą się od­by­ły. Kiedy zna­lazł się na dole, to straż­nik nie po­ga­niał go do pracy. Dał mu znak, że ma do niego jakąś spra­wę.

– Po­win­ni­śmy zmie­nić wa­run­ki na­szej umowy – oznaj­mił ta­jem­ni­czo opraw­ca.

– Chcesz wię­cej dia­men­tów? – Syzyf pró­bował od­gad­nąć za­mia­ry jego roz­mów­cy.  

 – Sam sobie je po­zbie­ram – wy­ja­śnił aro­ganc­ko wła­ści­ciel bata – Wiem już jak wy­glą­da­ją. Chcę mieć twoją ko­bie­tę. Ty­dzień na­szej umowy za jeden sto­su­nek z nią.

– Nie ma mowy! – Ofia­ra bata od­rzu­cił sta­now­czo jego ofer­tę. Cały jego błogi na­strój prysł nagle ni­czym bańka my­dla­na.

– W takim razie za­koń­czy­my naszą współ­pra­cę – wy­rzu­cił groź­nie straż­nik. Ude­rza bi­czem w osło­nię­te miej­sca z dużą za­wzię­to­ścią, która od­ci­ska się pięt­nem na ciele ska­zań­ca. Syzyf z po­sęp­ną miną wraca do swo­jej  po­ku­ty.

 

11. Prze­szłość Medei i Sy­zy­fa

Syzyf chce za­po­mnieć o przy­krych dla niego kon­se­kwen­cjach róż­ni­cy zdań, jaka wy­wią­za­ła się mię­dzy nim i straż­ni­kiem, choć­by na chwi­lę. Pra­gnie teraz ze wszech miar sku­pić swe myśli na czymś przy­jem­niej­szym dla niego, na Medei. Chce po­znać bli­żej jej dzie­je. Od­sta­wia swój głaz w dole i siada obok Medei.

– Dla­cze­go zo­sta­łaś uka­ra­na? – chciał poznać ją bliżej, a przy­gnę­bie­nie już pra­wie z niego uszło.

– Po­zna­łam kie­dyś wa­lecz­ne­go mło­dzień­ca, Te­ze­usza – zaczęła swoją opowieść. – Po­ma­ga­łam mu wy­ko­nać za­da­nie, jakie mu wy­zna­czył mój oj­ciec, bo sam by sobie nie po­ra­dził. Dzię­ki mnie zdo­był złote runo. Po­ko­cha­łam go. Na po­cząt­ku było nam cu­dow­nie. Pla­no­wa­li­śmy nawet  wspól­ne życie. Wy­je­cha­li­śmy razem z mojej oj­czy­stej kra­iny. Mój brat do­łą­czył do nas. Nie­ste­ty oj­ciec za­czął nas ści­gać. Po­świę­ci­łam życie mo­je­go brata i wy­rzu­ci­łam go za burtę, by opóź­nić pogoń za nami. Do­tar­li­śmy do Ko­ryn­tu. Byłam pewna, że za­cznie­my tam wszyst­ko od nowa, aż  w końcu od­naj­dzie­my  w tam­tym miej­scu nasze szczę­ście. Nie­ste­ty my­li­łam się. Te­ze­usz po­znał tam inną ko­bie­tę, w któ­rej się za­ko­chał . Od­rzu­cił moje uczu­cia i nie do­ce­nił na­le­ży­cie mo­je­go po­świę­ce­nia. Pa­ła­jąc żądzą ze­msty przy­czy­ni­łam się w głów­nej mie­rze do śmier­ci jego nowej ko­chan­ki i jej ojca. Wy­zna­czo­no mi karę w Tar­ta­rze za to, że do­pu­ści­łam się tych okrut­nych śmier­ci, a prze­cież wszyst­kie zbrod­nie po­peł­ni­łam w imię mojej mi­ło­ści do Te­ze­usza. – mówi otwar­cie o swo­ich zbrod­niach oraz o tar­ga­ją­cych ją wtedy emo­cjach.

– Współ­czu­ję ci – Syzyf był pod ogrom­nym wra­że­niem jej opo­wie­ści.

– Nie po­tra­fię opa­no­wać swo­ich uczuć – zdradza. – Za­wsze mówię to, co myślę. A dla­cze­go bo­go­wie wy­zna­czy­li tobie taką dolę – okazała zainteresowanie. 

– Byłem kie­dyś wład­cą Ko­ryn­tu. Bo­go­wie mnie lu­bi­li. Za­pra­sza­li mnie na swoje uczty. Mó­wi­li mi o swo­ich se­kre­tach, które prze­ka­zy­wa­łem lu­dziom. Pew­ne­go dnia zdra­dzi­łem po­uf­ny se­kret Zeusa. Wtedy Wład­ca Olim­pu po­sta­no­wił mnie uśmier­cić. Zdą­ży­łem jesz­cze po­wie­dzieć żonie, żeby nie wy­pra­wia­ła mi ob­rzę­du po­grze­bo­we­go. W kra­inie zmar­łych na­rze­ka­łem, że nie zo­sta­łem na­le­ży­cie po­cho­wa­ny. Wtedy Hades ode­słał mnie do kra­iny ży­wych, bym do­pil­no­wał po­chów­ku swo­je­go ciała w od­po­wied­nim ob­rzę­dzie. Uda­wa­ło mi się długo ukry­wać przed bo­ga­mi. Nie­ste­ty mnie od­szu­ka­li i wy­zna­czy­li mi karę w Tar­ta­rze. Góra daje znać o sobie. Ostat­nia część roz­mo­wy od­by­wa się przy wtó­rze prze­raź­li­we­go dud­nie­nia jej w po­sa­dach.

– Szko­da, że nie po­zna­li­śmy się wcze­śniej w Ko­ryn­cie – wy­ra­ziła swój żal. – Kto wie, być może z Sy­zy­fem by­ła­by wtedy bar­dziej szczę­śliw­sza, niż z Te­ze­uszem – prze­mknęła jej myśl.

– Nie­ste­ty, przy­by­łaś tam wtedy, kiedy mnie tam już nie było – wy­ja­śnił.

Ska­za­niec wraca na­tych­miast do od­by­wa­nia swej kary. Jak za do­tknię­ciem cza­ro­dziej­skiej różdż­ki góra się uspo­ka­ja. Na szczę­ście, nie ma dal­szych nie­po­myśl­nych kon­se­kwen­cji dla pary za­ko­cha­nych.

 

12. Prze­bu­dze­nie góry

Na­sta­je wie­czór. Ska­za­niec po­dą­ża na spo­czy­nek do przy­tul­ne­go gniazd­ka. Przy­sia­da się do Medei. Oboje mil­czą. Ko­bie­ta wsta­je i po­wol­ny­mi ru­cha­mi swych rąk ścią­ga swą tu­ni­kę jed­no­cze­nie po­wo­li się ob­ra­ca­jąc wokół wła­snej osi.  W końcu cał­ko­wi­cie się przed nim ob­na­ża. Po­ru­sza się z nie­zwy­kłą gra­cją ku­sząc go swoim po­wab­nym cia­łem. Męż­czy­zna po­dzi­wia jej smu­kłą fi­gu­rę, zgrab­ne pier­si, wą­skie bio­dra i jędr­ne po­ślad­ki. Bie­rze ją w swoje ra­mio­na i daje jej bu­zia­ka, który ona od­wza­jem­nia. Ich po­ca­łu­nek jest pełen na­mięt­no­ści. Męż­czy­zna  długo nie po­tra­fi ode­rwać swo­ich warg od jej ust. Gdy w końcu na­sy­cił się ich sło­dy­czą, to po­dą­ża do jej pier­si, które wy­ca­ło­wu­je po całej ich po­wierzch­ni. W tym cza­sie  jego dło­nie wę­dru­ją po­wo­li po ca­łych jej ple­cach, aż do­cie­ra­ją do jej po­ślad­ków, które mocno obej­mu­ją. Tym­cza­sem ona ścią­ga z niego chi­ton. Na­stęp­nie Syzyf kła­dzie ją na ziemi i roz­cią­ga się na niej. Swo­imi rę­ko­ma objął jej ra­mio­na rów­no­cze­śnie przy­trzy­mu­jąc je na ziemi. Ich ciała łączą się w sil­nym uści­sku, któ­re­go uko­ro­no­wa­niem jest akt sek­su­al­ny. Góry wy­sy­ła dla nich pierw­sze ostrze­że­nie. Zie­mia wi­bru­je pod ich cia­ła­mi, jed­nak nie zwra­ca­ją na to nawet naj­mniej­szej uwagi po­chło­nię­ci swo­imi in­tym­ny­mi do­zna­nia­mi. Syzyf prze­wra­ca się na bok. Oboje od­po­czy­wa­ją po fa­lach unie­sień pa­trząc w niebo, ale już jakoś ina­czej, niż do tej pory. Mają wra­że­nie, jakby byli in­te­gral­ną czę­ścią ko­smo­su. Medea od­wra­ca part­ne­ra twa­rzą ku ziemi i swo­imi de­li­kat­ny­mi rącz­ka­mi ma­su­je de­li­kat­nie jego plecy.

– Czy speł­ni­łam twoje ocze­ki­wa­nia? – oczekiwała odpowiedzi z fi­lu­ter­nym uśmie­chem.

– Cze­kam na po­wtór­kę – podjął jej grę. 

We wnę­trzu góry ko­tłu­je się lawa po­dob­nie jak morze pod­czas sztor­mu, a wokół roz­le­ga się nie­sa­mo­wi­ty huk. Ponad szczy­tem wy­do­by­wa­ją się kłęby dymu, które uno­szą się w po­wie­trzu. Roz­grza­na do czer­wo­no­ści magma wy­le­wa się z wierz­choł­ka na ze­wnątrz i sta­cza się po zbo­czu. Do­pie­ro wtedy, kiedy lawa do­cie­ra do ich gniazd­ka para ko­chan­ków do­strze­ga za­gro­że­nie. Syzyf za­bie­ra się za wta­cza­nie głazu, na­to­miast Medea siada na wy­stę­pie skal­nym. Na­tych­miast  wul­kan od­mie­nia swoje ob­li­cze po­wra­ca­jąc do po­przed­nie­go stanu. Ale lawa nadal po­zo­sta­ła na zbo­czu i toczy się dalej. Syzyf mu­siał wy­ka­zać się nie­sa­mo­wi­tą zręcz­no­ścią i siłą, aby nie wdep­nąć w nią. Prze­ska­ki­wał po wy­sta­ją­cych ka­mie­niach jed­no­cze­śnie po­py­cha­jąc głaz po nie za­la­nej po­wierzch­ni zbo­cza. Wy­twór wul­ka­nu spły­wa już coraz wol­niej, by nad ranem się za­trzy­mać. Nie­sa­mo­wi­ty zbieg oko­licz­no­ści spo­wo­do­wał, że mniej­sze odłam­ki skal­ne w wy­jąt­ko­wy spo­sób usta­wi­ły się do za­le­wa­ją­cej ich lawy. Po­wsta­ły wtedy nie­sa­mo­wi­te twory. Nie­któ­re z nich mogą po­słu­żyć jako ochron­ni­ki rąk, nóg, tu­ło­wia i głowy, które przy­da­dzą się Sy­zy­fo­wi.  Zna­la­zły się tam też inne przy­dat­ne dzie­ła lawy, z któ­rych zrobi uży­tek Medea. Drob­ny ostry przed­miot, który od biedy za­stą­pi igłę. Ostry wy­twór dłu­go­ści stopy ludz­kiej, w któ­rym do­pa­trzeć się można brzy­twy. Pro­dukt wiel­ko­ści dłoni z wie­lo­ma wy­sta­ją­cy­mi kol­ca­mi, który po­słu­ży jako grze­bień. Gdyby praw­do­po­do­bień­stwo tego zda­rze­nia spro­wa­dzić do dzia­ła­nia ma­te­ma­tycz­ne­go– ilo­ra­zu, to  tak jakby umie­ścić w licz­ni­ku licz­bę 1, a w mia­now­ni­ku znak ∞. To świad­czy o skali cudu w Tar­ta­rze, któ­re­go wła­śnie byli świad­ka­mi ko­chan­ko­wie. Do­stą­pi­li więc nie­by­wa­łe­go za­szczy­tu, czego zresz­tą byli cał­ko­wi­cie świa­do­mi. Po kilku dniach lawa za­sty­ga cał­ko­wi­cie. Ko­chan­ko­wie prze­szu­ku­ją całe zbo­cze i zbie­ra­ją cu­dow­ne przed­mio­ty. Syzyf dając ulgę swoim ple­com ścią­ga z nich za­mo­co­wa­ny ka­mień. Z  wnę­trza przed­mio­tów prze­zna­czo­nych dla niego wy­dłu­bu­je po kolei wszyst­kie ka­mie­nie. Za­kła­da na sie­bie kom­plet cu­dow­nych ele­men­tów, które razem two­rzą zbro­ję la­wo­wą. Tym­cza­sem Medea żmud­nie oczysz­cza przy­tul­ne gniazd­ko z za­sty­głych ka­wał­ków ją za­le­ga­ją­cych. W pew­nej chwi­li do­strze­ga w pła­skim i gład­kim przed­mio­cie ja­kieś kształ­ty. Na­tych­miast orien­tu­je się, że to jest od­bi­cie jej twa­rzy. Za­trzy­mu­je go dla sie­bie, bo po­słu­ży on jej za lu­ster­ko. Gdy za­koń­czy­ła prace po­rząd­ko­we, to po­sta­no­wi­ła za­dbać o swój wy­gląd, wy­ko­rzy­stu­jąc do tego celu wy­jąt­ko­we zdo­by­cze. Liany po­zo­sta­wio­ne przez ska­zań­ca po­słu­żą za nici, które na­wle­czo­ne na na­miast­kę igły po­mo­gą zre­pe­ro­wać jej tu­ni­kę.

 

 

13. Spię­cie ze straż­ni­kiem

Straż­nik pod­cho­dzi do Medei. Ob­ła­pia ją. Ona jest prze­ra­żo­na. W akcie sa­mo­obro­ny sięga po na­miast­kę brzy­twy i dźga go w ramię dwa razy. Na­past­nik pusz­cza ją na mo­ment, aby dojść do sie­bie. Ona wy­ko­rzy­stu­jąc chwi­lę spo­ko­ju wy­do­sta­je się z gniazd­ka. Ucie­ka­jąc przy­wo­łu­je Sy­zy­fa. Nie zdą­ży­ła da­le­ko uciec, bo opraw­ca szyb­ko ją do­ga­nia i po­wa­la na zie­mię. Ona siada i znowu przy­mie­rza się do za­da­nia cię­cia, jed­nak on jest na to przy­go­to­wa­ny i unika ciosu. Ści­ska mocno w prze­gu­bie jej uzbro­jo­ną rękę. Medea na­tych­miast pusz­cza za­krwa­wio­ne ostrze. Ob­ma­cu­je jej ciało siłą. Wtedy nad­cho­dzi Syzyf. Pusz­cza mo­men­tal­nie głaz, który opada po zbo­czu. Nie­zwłocz­nie od­py­cha opraw­cę, który traci rów­no­wa­gę. Wy­ko­rzy­stu­je to obroń­ca Medei i rzuca się na niego. Do­cho­dzi do sza­mo­ta­ni­ny. Oboje opie­ra­ją się na zbo­czu i śli­zga­ją po nim. To utrud­nia oboj­gu wy­mie­rza­nie cio­sów, mimo to opraw­ca swym im­pe­tem po­wa­la ska­zań­ca na glebę. Tam­ten wy­ko­rzy­stu­jąc chwi­lo­wą prze­wa­gę pod­cho­dzi szyb­ko do le­żą­ce­go Sy­zy­fa, który od­py­cha go no­ga­mi. Straż­nik z im­pe­tem opada na zbo­cze. Ska­za­niec bły­ska­wicz­nie wsta­je i pod­no­si ka­mień. W mgnie­niu oka pod­bie­ga do le­żą­ce­go opraw­cy. Syzyf bie­rze sze­ro­ki za­mach. Trwa­ło to na tyle długo, że opraw­ca zdą­żył się pod­nieść, ale ka­mień lą­du­je już na gło­wie prze­ciw­ni­ka, który opada na zbo­cze. Ska­za­niec z całą swą mocą ude­rza w głowę prze­ciw­ni­ka. Czyni tak raz za razem. Chwi­la opa­mię­ta­nia przy­cho­dzi do­pie­ro po chwi­li. Od­rzu­ca za­krwa­wio­ny ka­mień. Pa­trzy na le­żą­ce­go przed nim jego cie­mię­ży­cie­la z roz­wa­lo­ną głową, aby na­sy­cić się wi­do­kiem po­ko­na­ne­go prze­ciw­ni­ka. Medea ob­ser­wu­jąc walkę nie­po­ko­iła się, czy uko­cha­ny da sobie radę z opraw­cą. Od­dy­cha z ulgą i pod­cho­dzi do niego, a on w po­czu­ciu od­nie­sio­ne­go zwy­cię­stwa kro­czy ku niej.  Wpa­da­ją sobie w ra­mio­na.

– To już ko­niec prze­śla­do­wa­nia cie­bie – ura­do­wała­ się.

– Tak –potwierdził. – Przy­tu­la się do niej moc­niej, ale od­czu­wa ja­kieś lek­kie wy­brzu­sze­nie na jej brzu­chu. Od­su­wa się od niej i przy­glą­da się bli­żej tej czę­ści ciała.

– Czy ty nie je­steś w ciąży? – żar­tu­je męż­czy­zna.

– Tak – stwierdziła cał­kiem po­waż­nie.

– To wspa­nia­le – ucieszył się.

 Grzmie­nie góry prze­ry­wa ich sie­lan­ko­wy na­strój. Syzyf pcha swój głaz za­sta­na­wia­jąc się. co zrobi jak do­trze na górę. Po prze­my­śle­niu do­szedł do pew­ne­go wnio­sku. Po­wi­nien robić to samo co do tej pory, tyle że bez in­ge­ren­cji straż­ni­ka. Zbli­ża­jąc się do wierz­choł­ka już ma pu­ścić głaz, ale wcze­śniej od­czu­wa ból swo­ich rąk. Swój wzrok kie­ru­je ku wierz­choł­ko­wi i staje jak wryty. Nie może w to uwie­rzyć, ale do­strze­ga tam straż­ni­ka. Od­ro­dził się ja­kimś cudem  jak Fe­niks z po­pio­łów. Cały we­so­ły na­stój ska­zań­ca na­tych­miast się ulat­nia.

 

14. Na­ro­dzi­ny dziec­ka

Medea że się czuje. Ma cią­głe wy­mio­ty. Od ja­kie­goś już czasu cią­gle leży. Syzyf do­my­śla co jej jest. Nie­dłu­go bę­dzie ro­dzi­ła. Przez cały czas ma na nią ba­cze­nie. W każ­dej chwi­li go­to­wy jest jej przyjść z po­mo­cą, w razie gdyby nad­zor­ca chciał do­bie­rać się do jego uko­cha­nej.

Medea czuje, że nad­cho­dzi długo wy­cze­ki­wa­ny czas po­ro­du.

– Mu­sisz mi pomóc – oświadczyła. 

– Nie wiem, co mam robić? – zakłopotał się.

– Razem damy sobie radę – uspokoiła go.

Ona na bie­żą­co ob­ja­śnia jemu, jak ma ode­brać poród, krok po kroku. Na­to­miast męż­czy­zna  po­stę­pu­je do­kład­nie z jej in­struk­cja­mi. W końcu uka­zu­je się im dziec­ko. Ono jest ja­kieś inne, bar­dziej przy­po­mi­na ja­kieś stwo­rze­nie, niż isto­tę ludz­ką. Medea na widok  bycz­ka z nie­u­kształ­to­wa­ny­mi cał­ko­wi­cie skrzy­dła­mi wzdry­ga się. Do­my­śla się od razu, kim są jego oj­co­wie. Uważa, że po­win­na  po­in­for­mo­wać o tych wy­da­rze­niach part­ne­ra, cho­ciaż czyni to nie­chęt­nie, gdyż dalej ma uraz po tych oko­licz­no­ściach.

– Nie­waż­ne jaki on jest i kto jest jego ojcem, ale razem go wy­cho­wa­my – po­cie­szył ją. – To jest nasz Ala­turs. – kon­ty­nu­ował jak na­tchnio­ny.

– Nie mogę znieść jego wi­do­ku – wzdraga się.

 

 

 

15. Wy­cho­wa­nie Ala­tur­sa.

 

Medea nie bie­rze na sie­bie wy­cho­wa­nia swego dziec­ka, więc spo­czy­wa to na bar­kach jej uko­cha­ne­go. Jest to mało kom­for­to­wa sy­tu­acja dla Sy­zy­fa, bo musi po­dej­mo­wać się na­ucza­nia pod­czas krót­kich przerw  po­mię­dzy  róż­ny­mi eta­pa­mi swej kary, ale także dla dziec­ka, które wy­ma­ga sta­łej uwagi. Do­dat­ko­wo dba o bez­pie­czeń­stwo part­ner­ki, które za­kłó­cić może głów­nie straż­nik, toteż pil­nie go ob­ser­wu­je. Na szczę­cie, jak na razie nie wy­ka­zu­je żad­nych form agre­sji, być może wy­gląd stwo­rze­nia sku­tecz­nie go do tego znie­chę­ca. Opie­kun za­czy­na swoje szko­le­nie od nauki pra­wi­dło­we­go cho­dze­nia. Po­ka­zu­je mu jak on  po­wi­nien pra­wi­dło­wo zgi­nać swoje koń­czy­ny i w ja­kiej ko­lej­no­ści prze­miesz­czać je do przo­du. Stwo­rze­nie jest nad wyraz po­jęt­ne, bo bez żad­ne­go wspar­cia ze stro­ny men­to­ra po­dej­mu­je ko­lej­ne próby, aby dojść do do­sko­na­ło­ści w sa­mo­dziel­nym prze­miesz­cza­niu się, mało tego czyni to raz za razem z coraz więk­szą szyb­ko­ścią. Po pew­nym cza­sie po­tra­fi już w mig prze­biec drogę od wierz­choł­ka do pod­nó­ża góry i na od­wrót. Przy tym ro­śnie znacz­nie szyb­ciej niż dziec­ko nie wy­wo­dzą­ce się od żad­ne­go boga, już po roku jest wiel­ko­ści do­ro­słe­go czło­wie­ka. Kiedy Syzyf prze­ma­wia do niego, to on w od­po­wie­dzi wy­da­je tylko ryk. Stwo­rze­nie nie po­tra­fi  się wy­sło­wić, ale ro­zu­mie co się do niego mówi. Wy­ko­nu­je po­słusz­nie po­le­ce­nia wy­da­wa­ne mu przez opie­ku­na. Kiedy isto­ta koń­czy dwa lata, to Syzyf zwra­ca się do stwo­rze­nia.

– Po­wi­nie­neś nabyć umie­jęt­no­ści la­ta­nia – wy­ka­zał tro­skę. – Isto­ta po­ki­wa­ła głową po­ta­ku­ją­co.

 Roz­wiń skrzy­dła. – wy­da­ł po­le­ce­nie.

Stwo­rze­nie roz­po­ście­ra je, ale efek­ty tego są ra­czej nie­wiel­kie.

– Muszą ci uro­snąć skrzy­dła, bo takie nie utrzy­ma­ją two­je­go cię­ża­ru – od­kła­da naukę.

Stwo­rze­nie w sa­mot­no­ści nie­ustan­nie po­na­wia próby roz­kła­da­nia skrzy­deł. Po­nie­waż nader szyb­ko one się roz­ra­sta­ją, to raz za razem może je roz­pro­sto­wy­wać do coraz więk­szych roz­mia­rów. Jed­no­cze­śnie ro­śnie jego tułów. Po mie­sią­cu Syzyf stwier­dził, że nad­szedł już wła­ści­wy czas, aby Ala­turs po­dej­mo­wał próby la­ta­nia. Pro­wa­dzi go w po­bli­że wierz­choł­ka.

– Skacz na dół naj­da­lej jak tylko mo­żesz – udzie­lił wska­zów­ki.

Stwo­rze­nie po­kor­nie usi­łu­je ją wy­ko­nać, ale lą­du­je w nie­wiel­kiej od­le­gło­ści. Prze­ciw­sta­wia się zwąt­pie­niu, gdyż za­mie­rza uzy­skać wspa­nia­łość w tej sfe­rze. Na sku­tek tego, iż jest upar­ty i po­bu­dzo­ny do dzia­ła­nia, to raz za razem po­pra­wia swoje osią­gnię­cie, więc po mie­sią­cu wresz­cie lą­du­je u pod­nó­ża góry.

– Wzbij w po­wie­trze naj­wy­żej jak tylko po­tra­fisz – po­da­ł in­struk­cję.

Stwór po­tul­nie wy­si­la się, aby  ją speł­nić, ale ta wy­so­kość nie na­le­ży do naj­bar­dziej uda­nych. Nie pod­da­je się, bo chce dojść do do­sko­na­ło­ści w tym za­kre­sie. Dzię­ki temu, że jest wy­trwa­ły i zmo­ty­wo­wa­ny pod­no­si się coraz wyżej, aż w końcu po dwóch ty­go­dniach unosi się wy­so­ko ponad wierz­cho­łek góry, lecz zaraz lą­du­je w po­bli­żu miej­sca, z któ­re­go wzla­ty­wał.

– Skacz jak naj­da­lej i wzbij się jak naj­wy­żej jed­no­cze­śnie – prze­ka­zał za­le­ce­nie.

Ala­turs po­słusz­nie to wy­ko­nu­je, lecz po­łą­cze­nie skoku w dal i wzla­ty­wa­nia nie przy­no­si spo­dzie­wa­nych re­zul­ta­tów. Przy­kła­da się do tego, po­nie­waż pra­gnie już latać. Suk­ce­syw­nie robi wszyst­ko, aby jego lot był jak naj­dłuż­szy. Nad­cho­dzi prze­ło­mo­wy czas, kiedy krąży wy­so­ko pond szczy­tem i po­tra­fi to robić, tak długo ile tylko chce. Medea ob­ser­wo­wa­ła z ukry­cia jak Ala­turs pod wpły­wem Sy­zy­fa do­ra­stał i na­by­wał pra­wi­dło­wych umie­jęt­no­ści, teraz jed­nak pa­trzy z po­dzi­wem na lot jej dziec­ka. Syzyf pa­trzy na niego, nie tylko z po­dzi­wem ale i dumą, po­nie­waż przy­ło­żył swoją rękę do jego efek­tow­ne­go szy­bo­wa­nia. Po trzech mie­sią­cach stwo­rze­nie po­ka­zu­je swój ma­je­stat, w całej oka­za­ło­ści. Uzy­sku­je już osta­tecz­ną wiel­kość, tak ol­brzy­mią, że na jego grzbie­cie zmiesz­czą się dwie do­ro­słe osoby, na­to­miast para jego skrzy­deł po roz­po­star­ciu jest pięć razy dłuż­sza od grzbie­tu, a jego czar­na sierść ko­ły­sze się w rytm po­wie­wu wia­tru oraz błysz­czy w słoń­cu. 

 

16. Po­ko­na­nie fatum Sy­zy­fa

Ala­turs krąży znacz­nie po­wy­żej wierz­choł­ka. Do­strze­ga, jak straż­nik obija batem jego opie­ku­na, który pusz­cza głaz i po­dą­ża za nim. Nie po­do­ba mu się w ogóle ta sy­tu­acja, więc za­mie­rza od­stra­szyć opraw­cę. Na­tych­miast pod­cho­dzi ostrym łu­kiem ku ce­lo­wi, a potem zbli­ża się do niego od przo­du. Do­stał  od opraw­cy baty po ciele, co jesz­cze bar­dziej go roz­wście­cza. Wpada na niego z im­pe­tem i po­wa­la go na zie­mię. Na­stęp­nie bie­rze go w swoje mocne łapy, zgnia­ta go, a krę­go­słup jego ofia­ry trza­ska w drob­ny mak jak łu­pi­na orze­cha. Póź­niej od­dzie­la kości od ciała, które na ko­niec po­że­ra. Tym samym Ala­turs usuwa z drogi ska­zań­ca jego opraw­cę. To po­zwa­la ska­zań­co­wi bez żad­nych prze­szkód wto­czyć głaz na sam szczyt i po­zo­sta­wia go tam. Ob­ser­wu­je go jakby bał się, że jakaś nie­zna­na siła jed­nak go wy­pchnie z wierz­choł­ka. Nie może w to jesz­cze uwie­rzyć, ale głaz cią­gle tam tkwi nie­wzru­sze­nie. Syzyf stwier­dza z trium­fem, że po­zby­wa się wresz­cie swego fatum, a na jego zmę­czo­ne ob­li­cze wstę­pu­je uśmiech. Medea pa­trzy na te wy­da­rze­nia z otwar­ty­mi ocza­mi. Syzyf wraca do swo­jej ko­bie­ty, która prze­ry­wa ciszę.

– Dzię­ki Ala­tur­so­wi je­steś już wolny – za­częła prze­ko­ny­wać się do stwo­rze­nia. – Teraz nic już nas tu nie trzy­ma. Mo­że­my już na stałe opu­ścić to prze­klę­te miej­sce – kon­ty­nu­owała ra­do­śnie.

– Jak znaj­dzie­my drogę do kra­iny ży­wych? – zaniepokoił się.

– Na pewno znaj­dzie­my jakiś spo­sób – oświad­czyła pełna en­tu­zja­zmu – Na razie po­le­ci­my na Ala­tur­sie, byle jak naj­szyb­ciej się stąd od­da­lić.

– Do­brze –poparł ją .

Syzyf obej­mu­je Medeę w talii, a ona za­kła­da swoje ręce za jego szyję, a jego mocne usta lgną do jego na­mięt­nej buzi.

 

17. Błą­dze­nie w Tar­ta­rze

Medea przy­wo­łu­je swo­je­go syna, który pod­la­tu­je do niej na­tych­miast i przy­tu­la do jej pier­si przy­jaź­nie. Ona nie zaj­mo­wa­ła się nim na co dzień, on jed­nak czuje do niej silną więź emo­cjo­nal­ną. Matka gła­ska go czule po gło­wie, a on mru­czy za­do­wo­lo­ny. Po za­koń­cze­niu piesz­czot wsia­da na jego grzbiet a Syzyf zaraz do niej do­łą­cza. Pa­sa­że­ro­wie kur­czo­wo przy­wie­ra­ją no­ga­mi do grzbie­tu, a ich ręce chwy­ta­ją się sier­ści. Na po­le­ce­nie Medei wzla­tu­ją w krwa­wą łunę dnia. Od­wra­ca­ją się, aby z da­le­kiej per­spek­ty­wy zo­ba­czyć ostat­ni raz miej­sce ich cier­pie­nia. Do­zna­ją uczu­cia ulgi, gdyż na­resz­cie mają to już za sobą. Wra­ca­ją do wła­ści­wej po­zy­cji w cza­sie lotu. Pa­trzą w od­le­głą dal przed nimi, a ich myśli kie­ru­ją się ku nowej lep­szej przy­szło­ści. Lecą cią­gle na­przód. Robią tylko prze­rwy, aby stwo­rze­nie od­po­czę­ło. Pod nimi cza­sem ma­ja­czą ja­kieś po­sta­cie. Nie szu­ka­ją z nimi kon­tak­tu. Nie chcą mieć nic wię­cej do czy­nie­nia z tym miej­scem. Mi­ja­ją nie­zmien­nie: szczy­ty, wzgó­rza, wznie­sie­nia. Lecą już tak cały ty­dzień, a per­spek­ty­wa ich dal­sze­go lotu nie jest wcale za­chę­ca­ją­ca, bo wszę­dzie wokół znaj­du­ją się tylko roz­le­głe łań­cu­chy gór­skie.

– Kiedy wresz­cie się stąd wy­do­sta­nie­my? – zdenerwowała się. 

 – Trans­por­to­wa­no nas do Tar­ta­ru jakąś drogą – pró­bował zna­leźć roz­wią­za­nie ich pro­ble­mu. – Mie­li­śmy wpraw­dzie wtedy za­sło­nię­te oczy, ale ta sama droga po­win­na pro­wa­dzić z po­wro­tem. Tylko trze­ba ją zna­leźć.

– To jak szu­ka­nie igły w stogu siana – oznaj­mi­ła znie­chę­co­na. – Po­zo­sta­je nam wy­czuć tę drogę in­tu­icyj­nie? – zażartowała przez łzy.

– Chwi­lecz­kę – zamyślił się. – Do od­na­le­zie­nia drogi po­wrot­nej użyjemy zna­ko­mi­ty węch Ala­tur­sa. – skorzystał z mimowolnej sugestii Medei i oświad­czył en­tu­zja­stycz­nie, a ona sze­ro­ko otworzyła oczy ze zdu­mie­nia. – Bę­dzie szu­kał naj­mniej cuch­ną­ce­go wy­zie­wa­mi siar­ki miej­sca w całym Tar­ta­rze – kon­ty­nu­ował Syzyf.

Prze­ku­wa­ją w czyn jego po­mysł. Para ko­chan­ków zdaje się od tej chwi­li wy­łącz­nie na nos stwo­rze­nia, które jest świa­do­me ich planu. In­ten­syw­ność za­pa­chu wy­czu­wa­na przez nos Ala­tur­sa jest po­wią­za­na z pręd­ko­ścią lotu. Im szyb­ciej leci, tym więk­szy odór. Je­że­li zwal­nia daje sy­gnał, że za­pach jest coraz mniej­szy. Krążą nad gó­ra­mi po tra­sie zbli­żo­nej do spi­ra­li za­ta­cza­jąc coraz więk­sze okrę­gi. Prze­la­tu­ją aku­rat nad zna­jo­mą górą, gdzie prze­ży­li tyle trud­nych chwil. Nie są­dzi­li, nawet w naj­śmiel­szych przy­pusz­cze­niach, że jesz­cze tutaj po­wró­cą. W końcu znika z ho­ry­zon­tu. Lecą kilka dni sta­łym tem­pem. Nagle Ala­turs zwal­nia. Znaj­du­ją się coraz bli­żej celu po­szu­ki­wań. Teraz stwo­rze­nie musi go tylko do­pre­cy­zo­wać. Od miej­sca, w któ­rym się teraz znaj­du­ją leci dzie­sięć ki­lo­me­trów w jedną stro­nę, wraca do punk­tu wyj­ścia, a potem tyle samo w prze­ciw­nym kie­run­ku. Przy po­mo­cy nosa wy­zna­cza na tym od­cin­ku punkt, gdzie czuje jesz­cze coś nie coś opa­rów siar­ki. Potem fru­nie wzdłuż pro­stej pro­sto­pa­dłej do uprzed­nie­go od­cin­ka prze­ci­na­ją­cej okre­ślo­ny punkt, ana­lo­gicz­nie jak wcze­śniej, wy­ty­cza tam punkt, gdzie od­czu­wa wy­jąt­ko­wo zni­ko­mą ilość wia­do­me­go pier­wiast­ka. Nie­ocze­ki­wa­nie Ala­turs za­trzy­mu­je się nad jakąś górą. Pa­sa­że­ro­wie oka­zu­ją uczu­cie pod­nie­ce­nia. Spo­glą­da­ją uważ­nie na wierz­cho­łek.

– Wy­glą­da na to, że znaj­du­je­my się teraz nad wyj­ściem z Tar­ta­ru? – oznaj­mił ra­do­śnie.

 Stwo­rze­nie osia­da na wznie­sie­niu, a pa­sa­że­ro­wie scho­dzą z jego grzbie­tu. Prze­szu­ku­ją do­kład­nie całe wznie­sie­nie. Osta­tecz­nie znaj­du­ją jakąś szcze­li­nę, przez którą do­sta­ją się do ja­ski­ni. W jed­nej ze ścian do­strze­ga­ją jakiś otwór, ten oka­zu­je się wej­ściem do tu­ne­lu. Po­dą­ża­ją nim przez kilka dni pro­sto. Potem droga się ob­ni­ża, jak gdyby do­sta­li się do pod­ziem­ne­go przej­ścia. Kro­czą nim pro­sto przed sie­bie  już kil­ka­na­ście dni. Ciem­ność pa­nu­ją­cą w cza­sie ich wę­drów­ki roz­pra­sza­ją od­bły­ski ka­mie­ni szla­chet­nych po­nie­wie­ra­ją­cych się na ich dro­dze. W końcu wy­do­sta­ją się z niego. Nie­ocze­ki­wa­nie znaj­du­ją się tuż przed samym Cer­be­rem, który prze­ka­zał im pie­nią­dze i prze­pu­ścił dalej. Widok straż­ni­ka świa­ta umar­łych scho­dzą­ce­go z drogi to bal­sam  na sko­ła­ta­ne dusze i na­pięt­no­wa­ne ciała. Za­pła­ci­li Cha­ro­no­wi, który potem prze­wiózł ich na drugą stro­nę Styk­su. Co za miła od­mia­na. Po dłu­gim okre­sie zma­ga­nia się z cier­pie­niem i wal­cze­nia z tru­da­mi Tar­ta­ru od­dy­cha­ją z ulgą, bo­wiem na­resz­cie do­sta­ją się do świa­ta ży­wych. W tej prze­ło­mo­wej dla nich chwi­li ogar­nę­ła ich do­głęb­na ra­dość. Pa­trzą teraz z za­chwy­tem na po­spo­li­ty kra­jo­braz i czy­ste jak łza niebo, ale wy­wo­łu­ją tak cu­dow­ne wra­że­nia, bo dawno tego nie do­świad­czy­li. Wchła­nia­ją ło­skot koła młyń­skie­go, które ob­ra­ca się pod na­po­rem hu­czą­ce­go stru­mie­nia wody po­cho­dzą­ce­go ze wzbu­rzo­ne­go ry­czą­cy­mi fa­la­mi oce­anu, skrzy­pie­nie ło­pa­tek wia­tra­ka wpra­wia­ne­go w ruch przez za­wo­dzą­cy wiatr. Po­chła­nia­ją śpiew pta­ków znaj­du­ją­cych się po­śród sze­lesz­czą­cych liści drzew i krze­wów ko­ły­sa­nych wia­trem oraz aro­ma­tu owo­ców zwi­sa­ją­cych z ga­łę­zi, a także uroz­ma­ico­ne od­gło­sy wy­da­wa­ne przez zwie­rzę­ta do­mo­we i dzi­kie. Chło­ną ter­kot wóz­ków, które cią­gną zwie­rzę­ta lub lu­dzie po­śród szme­ru trawy uma­jo­nej barw­ny­mi ro­śli­na­mi.

 

18. Walka o tron

Do­cie­ra­ją do Ko­ryn­tu. Stwo­rze­nie lą­du­je przed pa­ła­cem wzbu­dza­jąc przy oka­zji wiel­kie za­in­te­re­so­wa­nie wśród świad­ków tego zda­rze­nia. Pa­sa­że­ro­wie scho­dzą z grzbie­tu Ala­tur­sa. Uzgad­nia­ją ze sobą, jakie po­win­ni pod­jąć dal­sze kroki. Ona po­cze­ka na ze­wnątrz, a on spró­bu­je po­roz­ma­wiać z obec­nym wład­cą tego mia­sta. Tak długo go tu nie było, że na widok pa­ła­cu ogar­nia go uczu­cie ra­do­ści, a po ple­cach prze­cho­dzą ciar­ki. Pod­cho­dzi do wej­ścia, a war­tow­ni­cy krzy­żu­ją ha­la­bar­dy unie­moż­li­wia­jąc mu przej­ście. Syzyf przed­sta­wia się i oznaj­mia im po co przy­szedł. Oni roz­po­zna­ją go, ale obo­wią­zu­je od­po­wied­nia ety­kie­ta dla wszyst­kich, bez żad­ne­go wy­jąt­ku. On zdaje sobie z tego spra­wę, bo kiedy on był wład­cą wy­ma­gał tego sa­me­go od in­nych, a teraz sam ubie­ga się o udzie­le­nie mu au­dien­cji. Inny war­tow­nik znaj­du­ją­cy za nimi za­ma­wia mu po­słu­cha­nie na jutro. Po­wra­ca do swo­ich to­wa­rzy­szy. Po­sta­na­wia­ją po­szu­kać miej­sca, gdzie będą mogli od­po­cząć. Ni­g­dzie nie chcie­li przy­jąć Ala­tur­sa. Osta­tecz­nie, aby nie zwle­kać z od­po­czyn­kiem wy­bie­ra­ją pierw­szą lep­sza go­spo­dę. Ich śro­dek lo­ko­mo­cji zo­sta­je na ze­wnątrz. Za­mó­wi­li po­si­łek na tyle duży, aby wy­star­czy­ło dla wszyst­kich. Pa­ła­szo­wa­li w mil­cze­niu. Medea za­nio­sła też od­po­wied­nią ilość dla stwo­rze­nia. Po­szli na­tych­miast spać. Muszą ko­niecz­nie od­po­cząć, bo­wiem na­stęp­ne­go dnia staną przed wy­zwa­niem, który za­de­cy­du­je o dal­szym ich losie. O wy­zna­czo­nej porze po­dą­ża­ją do pa­ła­cu. W trak­cie wę­drów­ki Medea zwra­ca się do Sy­zy­fa.

– Na pewno sobie po­ra­dzisz, ale w razie kło­po­tów za­wo­łaj nas, a my przyj­dzie­my ci na­tych­miast z po­mo­cą – pod­trzy­mała go na duchu, a także za­pew­niła go o swoim wspar­ciu, jak za­wsze.

Po­ja­wia­ją się przed pa­ła­cem. Syzyf pod eskor­tą gwar­dzi­stów zmie­rza do sali tro­no­wej i staje w końcu przed ob­li­czem króla, który ma na sobie lnia­ny chi­ton spi­na­ny na ra­mio­nach klam­ra­mi, prze­pa­sa­ny w pasie, sta­tus spo­łecz­ny pod­kre­ślał  złoty pier­ścień, na­to­miast jego mał­żon­ka po­sia­da chi­ton ozdo­bio­ny ha­fta­mi spi­na­ny na ra­mio­nach bro­sza­mi, szyję ozda­bia złoty na­szyj­nik. Przy­bysz roz­po­zna­je w nim swego by­łe­go prze­ło­żo­ne­go gwar­dzi­stów, a w niej, ku jego wiel­kie­mu za­sko­cze­niu, swoją żonę Me­ro­pe. Ona roz­po­zna­je swego męża i jest zdzi­wio­na jego obec­no­ścią. Nie może spoj­rzeć mu pro­sto w oczy, bo­wiem ma teraz wy­rzu­ty su­mie­nia, że oka­za­ła się osobą nie­wier­ną, ale wy­raź­nie czuje na sobie jego wzrok.

– Nie je­stem tym za­chwy­co­ny, że on prze­jął po nim stery rzą­dów – pomyślał. – Ale trud­no, taka jest kolej rze­czy. Bar­dziej do­skwie­ra mi to, że oże­nił się z moją żoną. Nie byłem przy niej obec­ny, mimo wszyst­ko spo­dzie­wa­łem się, że do­cho­wa mi wier­no­ści. Wład­ca prze­ry­wa ciszę.

– Wiem kim je­steś – po­zna­ł swo­je­go by­łe­go króla – Z tego co pa­mię­tam zo­sta­łeś ska­za­ny – nie oka­zał żad­ne­go sza­cun­ku dla by­łe­go prze­ło­żo­ne­go. – W jaki spo­sób opu­ści­łeś Tar­tar?

– Ważne jest to, w jaki celu tu przy­sze­dłem – Syzyf na­pro­wa­dził na wła­ści­we tory roz­mo­wę.

– Czego chcesz? – rzucił ozię­ble.

– Za­mie­rzam od­zy­skać tron – oświadczył.

– Chcesz sam wal­czyć z moim woj­skiem? – okazał zainteresowanie.

– Nie­dłu­go się do­wie­dzą kim je­stem, a wtedy na pewno do mnie do­łą­czą – ostrze­gł go.

– Nie bę­dziesz miał na to oka­zji – za­skoczył pod­stęp­nie.

Taj­nym ge­stem ręki przy­wo­łu­je na­tych­miast naj­wier­niej­szych gwar­dzi­stów, któ­rzy bły­ska­wicz­nie obez­wład­nia­ją Sy­zy­fa, a potem wiążą ręce i kne­blu­ją usta. Pro­wa­dzą go do wię­zie­nia. Po­zo­sta­je sam w celi.

– Trak­tu­ją mnie jak nie­bez­piecz­ne­go prze­stęp­cę, lub co jesz­cze gor­sze, jak wroga – na­cho­dziły go po­nu­re myśli. – Tak pra­gną­łem od­zy­skać tron, jed­nak nie szu­ka­łem żad­nej ze­msty na swo­ich pod­wład­nych, ani nie chcia­łem prze­le­wać ich krwi.  

Medea już znie­cier­pli­wio­na prze­cią­ga­ją­cą się nie­obec­no­ścią Sy­zy­fa pod­cho­dzi do wej­ścia. Po­nie­waż war­tow­ni­cy nie za­mie­rza­li jej prze­pu­ścić, to do akcji wkro­czył Ala­turs, który swoim im­pe­tem od­py­cha ich na boki. Wpa­da­ją do środ­ka sali tro­no­wej.

– Jakim pra­wem tutaj się wdzie­ra­cie? – wy­pa­la obu­rzo­ny.

– Gdzie jest Syzyf – rzuciła za­nie­po­ko­jo­na.

– Kim wy je­ste­ście? – zmie­nił temat.

– Je­ste­śmy bli­ski­mi Sy­zy­fa – wy­ja­śniła.

– Jest wro­giem kró­le­stwa – oświadczył groźnie.

– Jest wro­giem nie kró­le­stwa, ale cie­bie – rzuciła prosto z mostu. 

– Wy także je­ste­ście wro­ga­mi kró­le­stwa – wypalił złowrogo.

Na znak wład­cy gwar­dzi­ści usta­wia­ją piki go­to­we do ataku, a na­stęp­nie mo­men­tal­nie pod­cho­dzą do przy­by­szy. Wtedy Ala­turs ry­cząc prze­raź­li­wie roz­szar­pu­je ich ciała na strzę­py, które lecą we wszyst­kie stro­ny. Do jęków ko­na­ją­cych ho­pli­tów do­łą­cza się także prze­raź­li­wy trzask ich kości. Me­ro­pe  zdję­ła na­szyj­nik  z od­ra­zą, jakby ją palił i wy­rzu­ci­ła da­le­ko od sie­bie, a na czas walki ukry­ła się za tro­nem  Po do­ko­na­niu spu­sto­sze­nia wśród gwar­dzi­stów stwo­rze­nie zwra­ca groź­ne spoj­rze­nie na za­trwo­żo­ne­go w tej sy­tu­acji króla, który w po­pło­chu pró­bu­je umy­kać z placu boju, a jed­no­cze­śnie stara się przy­wo­łać do po­mo­cy żoł­nie­rzy znaj­du­ją­cych się na ze­wnątrz, ale bez­sku­tecz­nie. Ala­turs bły­ska­wicz­nie go wła­śnie do­pa­da i po­stę­pu­je z nim tak samo bez­li­to­śnie, jak z gwar­dzi­sta­mi. Medea pod­cho­dzi do str­wo­żo­nej ko­bie­ty.

– Nie bój się – uspo­koiła ją. – Nie zro­bi­my ci krzyw­dy. Idź, gdzie chcesz.

– Syzyf jest w wię­zie­niu – okazała wdzięczn­ość za da­ro­wa­nie życia. – Za­pro­wa­dzę was tam.

Medea i stwo­rze­nie po­dą­ża­ją za nią. Opusz­cza­ją salę tro­no­wą, idą ko­ry­ta­rzem, prze­cho­dzą przez wej­ście pro­wa­dzą­ce do pod­zie­mi, osta­tecz­nie znaj­du­ją przed ce­la­mi wię­zien­nym. Teraz Medea wy­wo­łu­je go, aby jego głos wska­zał jej wła­ści­wą celę, a po­szu­ki­wa­nie za­koń­czy­ła z po­wo­dze­niem. Ala­turs wy­ła­mu­je drzwi, na­to­miast Medea uwal­nia uko­cha­ne­go z wię­zów i kne­bla. Po­wia­da­mia go o tym, co się zda­rzy­ło pod­czas jego nie­obec­no­ści, tak więc nic nie stoi mu już na prze­szko­dzie, aby objąć tron. Na ko­niec wpa­da­ją sobie w ra­mio­na i ca­łu­ją się w usta. Była żona pa­trząc na to czuje się nie­swo­jo, bo sama po­win­na znaj­do­wać w po­ło­że­niu tam­tej. Stwo­rze­nie i jej ro­dzi­ciel­ka za­mie­rza­ją się po­zbyć się śla­dów walki, więc zbie­ra­ją szcząt­ki ofiar i wy­pro­wa­dza­ją poza pałac i za­ko­pu­ją. Po po­wro­cie Medea czy­ści z krwi mar­mu­ro­wą po­sadz­kę, o wzo­rze w kształ­cie  po­gru­bio­nych kwa­dra­tów z gwiaz­dą sze­ścio­ra­mien­ną w środ­ku. Me­ro­pe szu­ka­ła tylko oka­zji, aby na osob­no­ści po­roz­ma­wiać z Sy­zy­fem, a teraz tra­fi­ło się jej jak śle­pej kurze jajko.

– Z utę­sk­nie­niem pra­gnę­łam twego po­wro­tu i do­cho­wać ci wier­no­ści, ale twój na­stęp­ca wy­wie­rał na mnie pre­sją psy­chicz­ną – mówiła z prze­ję­ciem. – Dał mi wy­raź­nie do zro­zu­mie­nia, że jeśli nie przyj­mę jego oświad­czyn, to wygna mnie z pa­ła­cu i odda do domu pu­blicz­ne­go. Co mo­głam in­ne­go zro­bić?

– Przy­kro mi, że nie mo­głem ci pomóc – współ­czu­ł jej.

– Je­że­li nie masz nic prze­ciw­ko temu, to chcę znowu z tobą być – za­pew­niła go o swej miłości.

– Mam już kogoś – stwier­dził przecząco. – Razem prze­ży­li­śmy cięż­kie chwi­le, to nas bar­dzo po­łą­czy­ło.

– Ro­zu­miem – wyraziła smut­no.

– Mo­żesz zo­stać w pa­ła­cu – zatrosz­czył się.

– Je­stem ci wdzięcz­na – ucie­szyła się. – Nie wszyst­ko jest jesz­cze stra­co­ne – do­się­gła ją myśl do­da­ją­ca otu­chy.

Ci, któ­rzy coś wie­dzie­li o ostat­nim in­cy­den­cie po­wia­da­mia­ją in­nych, a tym samym naj­now­sze wia­do­mo­ści z pa­ła­cu do­cie­ra­ją do coraz więk­szej licz­by osób. Świta pa­ła­co­wa, straż przy­bocz­na i ho­pli­ci kwa­te­ru­ją­cy w ko­sza­rach oka­zu­jąc duże za­in­te­re­so­wa­nie wy­bie­ga­ją na dzie­dzi­niec i cze­ka­ją z nie­cier­pli­wo­ścią na dal­szy  prze­bieg zda­rzeń. Do zgro­ma­dzo­nych ludzi wła­śnie wy­cho­dzą bo­ha­te­ro­wie tych wy­da­rzeń, na czele Syzyf i Medea, a za nimi Ala­turs. Syzyf wy­gła­sza do oby­wa­te­li prze­mó­wie­nie.

– Do­tych­cza­so­wy  król nie żyje, a ja zmie­rzam objąć rządy, zresz­tą po­wtór­nie, bo­wiem już byłem wład­cą Ko­ryn­tu, a dla tych, któ­rzy nie wie­dzą kim je­stem po­wiem tylko, że moje na­zwi­sko brzmi Syzyf, ale za­pew­ne nie­któ­rzy z was mnie jesz­cze pa­mię­ta­ją – oświadczył uroczyście. – Do­ma­gam się, aby wszy­scy z was sta­ra­li się po­stę­po­wać w od­po­wied­ni spo­sób oraz swoje za­da­nia do­ko­ny­wa­li z od­da­niem, a niech za­chę­ci was do tego moja de­wi­za: za na­le­ży­cie wy­ko­ny­wa­ną pracę bę­dzie dobra płaca. Ni­ko­go nie będę po­uczał, co kto ma robić, bo każdy wie, co do niego na­le­ży. Po­wiem tylko ogól­nie, urzęd­ni­cy re­pre­zen­tu­ją­cy pałac po­win­ni uczy­nić wszyst­ko, co tylko  w ich mocy, aby oby­wa­te­le mia­sta Ko­rynt żyli w do­stat­ku i byli szczę­śli­wy, a na tych, któ­rzy nie spro­sta­ją tym obo­wiąz­kom czeka ko­niec ka­rie­ry w tej re­zy­den­cji – ostrze­ga sta­now­czo. – Nie­dłu­go wasza kró­lo­wą zo­sta­nie Medea, która stoi przy mnie.

– Czy to nie ta mor­der­czy­ni, która zo­sta­ła wy­gna­na z Ko­ryn­tu? – ode­zwał się ktoś z tłumu.

– Nie mo­że­my na to po­zwo­lić, aby taka osoba prze­by­wa­ła mię­dzy nami – zapro­te­stował inny osob­nik.

– Po­win­na stąd odejść – wy­su­nął sta­now­czą su­ge­stię pe­wien je­go­mość.  

Mówca do­strze­ga roz­prze­strze­nia­ją­ce się nie­za­do­wo­le­nie i na­tych­miast re­agu­je.

– Ona do­pu­ści­ła się okrut­nych zbrod­ni, ale uczy­ni­ła to w afek­cie, po­nie­waż jest bar­dzo wraż­li­wa – wziął ją w obronę. – To jest już cał­kiem inna ko­bie­ta, która ma ser­decz­ne ob­li­cze i oka­zu­je em­pa­tię. Je­że­li jed­nak obu­dzi się w niej nik­czem­na na­tu­ra, to sam ją wy­pę­dzę – obie­cał, że po­trak­tu­je ją obiek­tyw­nie. Po­win­ni­ście dać jej jed­nak czas, aby miała szan­sę prze­ko­nać was do sie­bie. Ja jej kie­dyś za­ufa­łem i nie ża­łu­ję tego do tej pory – na­le­ga, by słu­cha­cze przy­chy­li­li się do jego za­le­ce­nia.

Pu­blicz­ność jest pod ogrom­nym wra­że­niem prze­mo­wy.

– Niech żyje król Syzyf – ze­bra­ni lu­dzie wypowiedzieli się jeden przez dru­gie­go. – Niech Medea się wy­ka­że.

 

19. Ofia­ry Ala­tur­sa

Nad ranem Ala­turs od­by­wa licz­ne prze­lo­ty po oko­li­cy. Po­zna­je jakże uroz­ma­ico­ny kra­jo­braz. Naj­pierw kie­ru­je się nad mia­sto. Do­strze­ga domy na­zna­czo­ne in­dy­wi­du­al­nym sty­lem za­miesz­ku­ją­cych je ludzi, któ­rzy wy­ko­nu­ją zwy­kłe i mo­no­ton­ne czyn­no­ści. Zwra­ca się nad łąki, gdzie miesz­kań­cy pil­nu­ją zwie­rząt do­mo­wych wy­pusz­czo­nych na popas, a wy­gląd owiec czy kóz spra­wia, że aż mu ślin­ka ciek­nie. Prze­la­tu­je nad gó­ra­mi po­kry­ty­mi gdzie­nie­gdzie oa­za­mi krze­wów i kar­ło­wa­tej ro­ślin­no­ści, a kiedy jego cień pada nad sto­ka­mi, to dzi­kie zwie­rzę­ta ucie­ka­ją przed nim w po­pło­chu. Za­mie­rza prze­ko­nać się, czy po­tra­fi wy­prze­dzić krą­żą­ce wokół niego dzi­kie ptaki, ale żaden z nich nie po­zo­sta­wia mu nawet ni­kłych złu­dzeń, one są nie­ste­ty dla niego szyb­sze. Tylko nie wie, czy one pod­ję­ły wy­zwa­nie, czy umy­ka­ją ze stra­chu przed nim. Zmie­rza w kie­run­ku za­to­ki, gdzie znaj­du­je się port. Stat­ki ko­ły­szą się w rytm przy­pły­wów i od­pły­wów wzbu­rzo­nych fal mor­skich. Ry­ba­cy wal­czą z ży­wio­łem. Jed­no­cze­śnie za­rzu­ca­ją sieci, które wkrót­ce za­peł­nia­ją się ry­ba­mi. Cały dzień ogar­nia­ła go żądza, aby skosz­to­wać ape­tycz­ne zwie­rzę. Na­resz­cie na­sta­je noc, a więc nada­rza się zna­ko­mi­ta spo­sob­ność, aby za­spo­ko­ić swoje pra­gnie­nie. Na myśl o tym od­zy­wa się w nim in­stynkt dra­pież­cy. Swo­bod­nym lotem po cichu pod­la­tu­je tam i krąży nad za­gro­dą. Lotem ko­szą­cym  zbli­ża sią do celu, z im­pe­tem po­ry­wa be­czą­cą owcę i bły­ska­wicz­nie wzla­tu­je, aby unik­nąć spo­tka­nia z wła­ści­cie­lem. Na­stęp­nie lą­du­je na od­lud­nym wznie­sie­niu przy­stę­pu­je do spa­ła­szo­wa­nia ofia­ry. Tak mu się to spodo­ba­ło, że robi to samo każ­dej na­stęp­nej nocy, raz to jest koza, kiedy in­dziej baran, a przy na­stęp­nej oka­zji kura. Tym­cza­sem ho­dow­cy prze­li­cza­ją swoje zwie­rzę­ta, ale cią­gle stwier­dza­ją braki w swo­ich sta­dach, same nie mogły prze­cież wy­leźć, wszak za­gro­dy są za­mknię­te. W nocy po ciem­ku ob­ser­wu­ją swoje trzo­dy, bo­wiem za­mie­rza­ją zła­pać zło­dzie­ja na go­rą­cym uczyn­ku. Nagle jeden z nich do­strze­ga, że coś w od­da­li leci na nie­bie, a po chwi­li, kiedy pod­le­cia­ło bli­żej, to roz­po­zna­je w nim Ala­tur­sa, który jest nie­świa­do­my tego, że jest ob­ser­wo­wa­ne, a więc robi to samo co po­przed­ni­mi no­ca­mi. Ho­dow­ca na­resz­cie do­wia­du­je się, kto przy­czy­nia się do ich strat.

– Za­pew­ne po­ry­wa je, by potem je po­żreć – uzmy­sło­wił sobie.

Po­wia­da­mia o wszyst­kim in­nych ho­dow­ców, a potem wy­bie­ra­ją jed­ne­go, który bę­dzie mówił w ich imie­niu, a nad ranem idą wszy­scy razem z po­sel­stwem do króla.

– Ala­turs po­ry­wa nasze zwie­rzę­ta – przed­sta­wi­ciel udzie­lił in­for­ma­cji. – Po­no­si­my coraz więk­sze stra­ty. Pro­si­my, aby król zna­lazł wyj­ście z tej sy­tu­acji.

– Na pewno nie po­zo­sta­nę obo­jęt­ny na wasz pro­blem-uspo­koił ich.

– Przy­kro mi to mówić, ale je­że­li nie za­prze­sta­nie swo­je­go pro­ce­de­ru, to może po­wi­nien stąd odejść – po­su­nął się już do stra­sze­nia.

– Ro­zu­miem wasz gniew, jed­nak nie po­win­ni­ście gro­zić kró­lo­wi – oka­zał już wyraźne zde­ner­wo­wa­nie. – Mogę wam obie­cać, że już do tych przy­krych in­cy­den­tów nie doj­dzie.

– Pro­szę o wy­ba­cze­nie – za­kło­po­ta­ł się. – Dzię­ku­ję za wy­słu­cha­nie.

Miesz­kań­cy wy­cho­dzą. Medea jest za­nie­po­ko­jo­na o los dziec­ka i na­tych­miast zwra­ca się do Sy­zy­fa.

– Nie po­zwo­lę go wy­pę­dzić – oznaj­miła sta­now­czo.

– Nie do­pusz­czę do tego, jed­nak mu­si­my go pil­no­wać – spróbował ją uła­go­dzić – Owca musi być cała i wilk syty.

– Co chcesz zro­bić? – za­in­te­re­so­wa­ła się.

– Jesz­cze nie wiem – król wycedził słowa po­wo­li, jakby do sie­bie.

 

20. Bu­dow­la dla Ala­tur­sa

Syzyf do­ko­nał do­kład­nej ana­li­zy pro­ble­mu i po­wia­do­mił o tym uko­cha­ną.

– Zbu­du­je­my dla niego kryty la­bi­rynt – oznaj­mił z en­tu­zja­zmem.

– To bę­dzie dla niego wię­zie­nie – oka­zała nie­za­do­wo­le­nie. – Nie zga­dzam się na to – zapro­te­stowała sta­now­czo.

– Za­mie­rzam zbu­do­wać duży obiekt z sys­te­mem ko­ry­ta­rzy, w któ­rym bę­dzie mógł nawet latać. – postarał się ją przekonać.

Ob­ra­żo­na na uko­cha­ne­go Medea mil­czy i od­cho­dzi w po­sęp­nym na­stro­ju.

Na­stęp­ne­go dnia za­czy­na­ją się przy­go­to­wa­nia do bu­do­wy la­bi­ryn­tu. Wład­ca prze­zna­cza na to ogrom­ne fun­du­sze, a wieść o tym do­cie­ra nie tylko do miej­sco­wych, ale nawet do miesz­kań­ców oko­licz­nych miast, a sku­sze­ni za­rob­kiem lu­dzie ścią­ga­ją ze wszyst­kich stron tłum­nie. Część ka­mie­ni do­star­cza­ją oko­licz­ne góry, a po­zo­sta­łą ilość za­ma­wia się w są­sied­nich mia­stach. Po­nad­to król wydał dys­po­zy­cje umyśl­ne­mu, aby co­dzien­nie łapał dzi­kie zwie­rzę­ta i przy­wią­zy­wał je do drze­wa za nogi. Prze­zna­czo­ne są one dla

 Ala­tur­sa, który wtedy łatwo łapie zwie­rzy­nę, a jed­no­cze­śnie jest pewny, że sam sobie ją upo­lo­wał. Medea cały czas ma na niego oko, aby przy­pad­kiem nie zbo­czył z wła­ści­wej drogi. Pra­cow­ni­ków po­dzie­lo­no na od­ręb­ne ze­spo­ły, a każ­de­mu przy­dzie­lo­no inne za­da­nie. Pierw­szy odła­mu­je ki­lo­fa­mi bryły, na­stęp­ny  przy uży­ciu dłut na­da­je im kształt sze­ścia­nu, ko­lej­ny gła­dzi je, a jesz­cze inny usta­wia je na wła­ści­wym miej­scu. Wzno­sze­nie bu­dow­li od­by­wa się  w sys­te­mie zmia­no­wym, aby nie było żad­nych prze­sto­jów. Stat­ki przy­wo­żą bryły do portu, gdzie ob­słu­ga portu je roz­ła­do­wu­je. Na­stęp­nie ro­bot­ni­cy trans­por­tu­ją je przy uży­ciu pali okrą­głych, które pod­kła­da­ją pod bryły, a póź­niej prze­ta­cza­ją je po nich, i tak w kółko, a mo­zo­lą się z tym dotąd, aż dotrą na miej­sce bu­do­wy. W ten spo­sób po ty­go­dniu  po­kry­te da­chem po­miesz­cze­nie jest już go­to­we. Bu­dow­la roz­ra­sta się wokół seg­men­ta­mi, naj­pierw koń­czy się to, co się już za­czę­ło, a do­pie­ro potem two­rzy się na­stęp­ną część obiek­tu.

 

21. Na­kła­nia­nie do po­wro­tu

Me­ro­pe widzi, że po­psu­ły się re­la­cje mię­dzy Sy­zy­fem a Medeą, jed­no­cze­śnie do­strze­ga w tym szan­sę dla sie­bie, którą za­mie­rza wy­ko­rzy­stać. Od­szu­ka­nie króla za­ję­ło jej tro­chę czasu, po­nie­waż ostat­nio jest bar­dzo za­ję­ty nad­zo­ro­wa­niem prac bu­dow­la­nych i czę­sto zmie­nia miej­sce kon­tro­li. Na­resz­cie udało jej go zła­pać.

– Chcę z tobą po­roz­ma­wiać o na­szej przy­szło­ści – oświadczyła. 

– Co masz na myśli? – zaintrygował się.

– Pra­gnę do cie­bie wró­cić – otwarcie postawiła wszyst­ko na jedną kartę.

– Prze­cież do­brze się ro­zu­mie­li­śmy. Nie mu­sia­łeś mi ni­cze­go dwa razy tego sa­me­go po­wta­rzać, od razu wie­dzia­łam, co mam uczy­nić – udo­wod­niła, że są do sie­bie stwo­rze­ni. – Kiedy byłeś po raz pierw­szy w Tar­ta­rze zro­bi­łam, tak jak chcia­łeś. Nie po­cho­wa­łam cię zgod­nie z ce­re­mo­nia­łem grec­kim. Zro­bi­łam to też dla­te­go, żebyś wró­cił nie tylko do kra­iny ży­wych, ale i do mnie. Nie­waż­ne, że potem pod­ję­li­śmy wy­bo­ry prze­ciw­ko nam, bo to nie nasza wina, to fa­tal­ny zbieg oko­licz­no­ści. Nigdy nie po­win­ni­śmy się roz­dzie­lać, a teraz mo­że­my to na­pra­wić.

– Tak to praw­da, mo­głem na cie­bie li­czyć w każ­dej sy­tu­acji – zgodził się z nią.

– Sam wi­dzisz – uradowała się.

Uj­mu­je jego ręce, a on nie opie­ra się temu.

 

22. Zło­że­nie ofiar

Medea nie uczest­ni­czy przy bu­do­wie la­bi­ryn­tu, bo nie chce przy­kła­dać ręki do tego, czego nie po­pie­ra, ale cały czas ma ją pod kon­tro­lą, by mogła za­pro­te­sto­wać, gdyby stwier­dzi­ła, że jakiś ele­ment bu­dow­li  jest za­nad­to nie­ko­rzyst­ny dla Ala­tur­sa. Do­strze­ga z ubo­le­wa­niem, że ostat­nio się nie zga­dza z Sy­zy­fem, ale nie za­mie­rza przejść nad tym do po­rząd­ku dzien­ne­go, więc wy­stę­pu­je z pro­po­zy­cją.

– Dzi­siej­sze­go wie­czo­ru skła­dam ofia­rę w świą­ty­ni w in­ten­cji szczę­ścia ro­dzin­ne­go – pierw­sza wy­cią­gnęła rękę  do po­ro­zu­mie­nia. – Jeśli spę­dzi­my ze sobą wię­cej czasu, to może  po­pra­wi­my nasze nad­wą­tlo­ne re­la­cje. Czy pój­dziesz tam ze mną?

– Dzi­siaj nie mogę, bo muszę do­pil­no­wać ja­ko­ści nowej do­sta­wy – od­mówił jej pod byle pre­tek­stem, bo nie cier­pi cho­dzić do świą­ty­ni.

– Przy­kro mi – zasmuciła się.

Medea wy­szła, jed­nak jej słowa nie dają mu spo­ko­ju, Jakby tego było mało, to ma roz­dar­te serce i sza­mo­cze się w uczu­ciach za­rów­no do Medei, jak i Me­ro­pe.

– Czy mam po­wró­cić do żony, czy oże­nić się z Medeą – trud­ne py­ta­nie za­przątnęło jego umysł. – Prze­my­ślę wszyst­kie ar­gu­men­ty za i prze­ciw, żeby do­ko­nać wła­ści­we­go wy­bo­ru, jed­nak przyj­dzie mi to z bólem serca, bo któ­raś na tym ucier­pi. – Razem z Me­ro­pe przez długi czas po­ko­ny­wa­łem trudy życia – przy­po­mniał sobie z roz­rzew­nie­niem. – Tego nie mogę i nie chce wy­ma­zać z pa­mię­ci, bo wciąż czuję do niej przy­wią­za­nie. Za­cho­wu­je się zwy­czaj­nie, mimo to po­tra­fi da­rzyć mnie mi­ło­ścią, za­wsze jest go­to­wa, aby po­świę­cić się  dla mnie, mogę cał­ko­wi­cie na niej po­le­gać, gdyż nie po­tra­fi in­try­go­wać na moją szko­dę. – Po­trze­bu­je chwi­li prze­rwy, żeby na­sy­cić umysł jej wi­ze­run­kiem. – Na­to­miast Medea to zu­peł­ne jej prze­ci­wień­stwo – przy­wo­ła­ł wspo­mnienia zwią­za­ne z drugą uko­cha­ną ko­bie­tą. Ona ma tak bo­ga­tą oso­bo­wość, że po­chła­nia mnie na wskroś od­kry­wa­nie u niej cią­gle cze­goś no­we­go, jed­nak nie bez sa­tys­fak­cji z mojej stro­ny. Tar­ga­ją nią nie­okieł­zna­ne uczu­cia, przez co jest zu­peł­nie nie­prze­wi­dy­wal­na, ale wła­śnie to po­cią­ga mnie w niej bez resz­ty. Kogo mam zatem wy­brać – na­stą­piła długa chwi­la wa­ha­nia, bo odwlókł pod­ję­cie trud­nej de­cy­zji. – Do­pie­ro w tej chwi­li zdaję sobie spra­wę, że świe­że wy­da­rze­nia biorą u mnie górę na daw­ny­mi prze­ży­cia­mi, a to ozna­cza, że chcę mieć przy swoim boku Medeę – uzmy­słowił sobie  po­wo­li, a za­ra­zem uro­czy­ście.

Wie­czo­rem Medea zmie­rza do świą­ty­ni w to­wa­rzy­stwie sług, któ­rzy prze­wo­żą na wozie zwią­za­ne zwie­rzę­ta ofiar­ne, byka dla Zeusa oraz  ja­łów­kę dla Hery. We wnę­trzu bu­dow­li sa­kral­nej znaj­du­je się wy­gła­dzo­ny głaz ofiar­ny. W środ­ku jest wy­drą­żo­ny otwór. Na jego dnie leży czara. Słu­dzy w pierw­szej ko­lej­no­ści umiesz­cza­ją byka na gła­zie, aby uho­no­ro­wać naj­waż­niej­sze­go boga. Ka­płan odzia­ny w pur­pu­ro­wą tu­ni­kę po­tę­gu­ją­ca po­sęp­ną at­mos­fe­rę za po­mo­cą noża od­ci­na głowę, roz­pru­wa tu­ło­wie i wy­cią­ga wnętrz­no­ści. Na­to­miast krew spły­wa ob­fi­cie do na­czy­nia, a kiedy już za­prze­sta­nie, to Medea uro­czy­ście bie­rze go do ust i pije jego za­war­tość. Nie­ocze­ki­wa­nie zja­wia się tam Syzyf, a ko­bie­ta otwie­ra oczy z po­wo­du za­sko­cze­nia, ale zaraz jej ob­li­cze roz­po­ga­dza się. Ce­re­mo­nia zo­sta­ła wstrzy­ma­na. Syzyf zwra­ca się do niej.

– Chcę ci to­wa­rzy­szyć w ob­rzę­dach – postanowił wkraść się w jej łaski.

– Oczy­wi­ście – zgodziła się, mimo tego, że miała do niego żal. – Czy po­ra­dzi­łeś sobie z kło­po­ta­mi przy bu­do­wie? – zatroszczyła się.

– Nic nie jest waż­niej­sze od cie­bie – oznaj­mił pod­nio­śle. – Uj­mu­je jej dło­nie, a potem kon­ty­nu­ował. – Pra­gnę z tobą być na za­wsze, chcę dzie­lić z tobą przy­jem­ne chwi­le, ale także, oby jak naj­mniej, wspie­rać cię pod­czas przy­krych mo­men­tów – oświad­czył się. – Czy zo­sta­niesz moją żoną, a za­ra­zem kró­lo­wą Ko­ryn­tu?

– Tak, ale skończ­my naj­pierw ob­rzę­dy – przy­wróciła za­rów­no sie­bie, jak i uko­cha­ne­go do po­rząd­ku, ze wzglę­du na po­wa­gę sy­tu­acji, jed­nak jej usta ozdobił życzliwy uśmiech. 

Ry­tu­ał zo­sta­je wzno­wio­ny, a więc przy­szedł teraz czas na po­świę­ce­nie ja­łów­ki. Ka­płan robi z nią to samo, co po­przed­nio z by­kiem. Medea bie­rze na­peł­nio­ne na­czy­nie i upija z niego część krwi, apo­tem po­da­je przy­szłe­mu mę­żo­wi. W ten oto spo­sób ofia­ry dla bogów do­ko­na­ły się.

 

23. Mał­żeń­stwo

Syzyf daje urzęd­ni­kom pa­ła­co­wym ty­dzień na przy­go­to­wa­nia do uro­czy­sto­ści we­sel­nej, a oni biorą się na­tych­miast do wy­ko­ny­wa­nia swo­ich zadań, dwoją się i troją, aby zdą­żyć na czas i nie za­wieźć króla. Spro­wa­dza­ją z in­nych miast dro­go­cen­ne ma­te­ria­ły kra­wiec­kie po­trzeb­ne do uszy­cia tunik i szarf oraz brosz­ki, a osa­dzo­ne w nich do­sko­na­le wy­szli­fo­wa­ne na gład­ko dia­men­ty, sza­fi­ry, ru­bi­ny oraz szma­rag­dy barw­nie po­ły­sku­ją. Na­to­miast ku­cha­rze gro­ma­dzą za­pa­sy żyw­no­ści, które uświę­cą stoły i spra­wią roz­kosz dla pod­nie­bie­nia. Tym­cza­sem Medea każe swoim służ­kom przy­go­to­wać oka­za­łe stro­je we­sel­ne za­rów­no dla niej, jak też dla uko­cha­ne­go. Bez prze­rwy nad­zo­ru­je pro­ces szy­cia, bo chce być cał­ko­wi­cie pewna, że stro­je i szar­fy będą do­sko­na­le wy­ko­na­ne, godne pary kró­lew­skiej, nie po­zo­sta­wia nic przy­pad­ko­wi. Przez cały czas przy­go­to­wań do ślubu chcą za­cho­wać tra­dy­cję, dla­te­go miesz­ka­ją w osob­nych kom­na­tach. Nad­cho­dzi dzień za­ślu­bin. Na po­cząt­ku od­by­wa się bie­sia­da. Za­pro­szo­no na nią naj­bar­dziej wpły­wo­wych i za­ufa­nych przed­sta­wi­cie­li świty pa­ła­co­wej. Całe to to­wa­rzy­stwo za­sia­da do suto za­sta­wio­ne­go stołu. Każda oso­bi­stość znaj­du­je tam coś, co speł­nia jego in­dy­wi­du­al­ne wy­ma­ga­nia sma­ko­we. Wśród nich znaj­du­je się też Me­ro­pe, w któ­rej tliła się jesz­cze  nie­daw­no zni­ko­ma iskra na­dziei, ale osta­tecz­nie pry­sła ni­czym bańka my­dla­na. Mu­sia­ła po­go­dzić się z tym, że to nie ona zo­sta­nie żoną Sy­zy­fa.  Pomoc ku­chen­na wnosi na pół­mi­skach upie­czo­ne ka­wał­ki wołu i świni. Obok usta­wia­ją już całe kury i ryby. Na deser wno­szą ko­lej­no, na­stę­pu­ją­ce owoce: jabł­ka figi, gra­na­ty. Po­nad­to po­da­ją am­fo­ry z winem, które po­le­wa się ob­fi­cie. Wokół pa­nu­je przy­jem­na i ra­do­sna at­mos­fe­ra, a pod­czas de­gu­sta­cji bie­siad­ni­cy pro­wa­dzą oży­wio­ne dys­ku­sje prze­pla­ta­ne żar­ta­mi, czę­sto ru­basz­ny­mi, a dla za­spo­ko­je­nia wra­żeń słu­cho­wych przy­gry­wa­ją mu­zy­cy na lirze , flet­ni pana, in­stru­men­tach per­ku­syj­nych oraz au­lo­sie. Syzyf bie­rze swoją ob­lu­bie­ni­cę w ra­mio­na, na­to­miast ona obej­mu­je go za szyję, a potem po­dą­ża­ją w takt mu­zy­ki do tańca i za­tra­ca­ją się w eks­ta­tycz­ny na­strój. Nie­uchron­nie zbli­ża się ko­niec uczty. Nie­któ­rzy uczest­ni­cy upo­je­ni winem do­kład­nie nie pa­mię­ta­ją, kiedy do­kład­nie zło­ży­li głowy na stole. Ci co po­tra­fią iść o wła­snych no­gach, to po­dą­ża­ją do swo­ich kom­nat. Syzyf pro­wa­dzi Medeę do swo­jej kom­na­ty, a Tam Syzyf ca­łu­je ją, a ona pod­da­je się temu ocho­czo. Potem już spla­ta­ją się cia­ła­mi i de­lek­tu­ją się piesz­czo­ta­mi swych ciał. Na drugi dzień król spo­ty­ka byłą żonę. Ona prze­ry­wa nie­zręcz­ną ciszę.

– Życzę ci wszyst­kie­go naj­lep­sze­go na nowej dro­dze życia – oka­zała mu przychylność jednak powiedziała to smut­nym gło­sem.

– Co za­mie­rzasz zro­bić? – zatroszczył się.

– Dzi­siaj wy­ja­dę do na­sze­go syna Glau­ko­sa – poin­for­mowała z roz­rzew­nie­niem, bo jakąś na­miast­kę Sy­zy­fa bę­dzie miała na co dzień.

– Mam na­dzie­ję, że od­naj­dziesz w swoim życiu jesz­cze szczę­cie, bo cał­ko­wi­cie na to za­słu­gu­jesz – do­da­ł jej otu­chy.

Na po­że­gna­nie po­da­ją sobie ręce.

Po mie­sią­cu la­bi­rynt ma już pięć ko­ry­ta­rzy. Król po­sta­no­wił umie­ścić w nim Ala­tur­sa. Straż­ni­cy od tej chwi­li za­kry­wa­ją wyj­ścia, które pro­wa­dzą na ze­wnątrz gła­za­mi, a także wpusz­cza­ją do środ­ka ko­pyt­ne zwie­rzę­ta lub ptaki, w ta­kiej po­sta­ci jak na wol­no­ści, gdyż w tych po­miesz­cze­niach nie mogą roz­wi­nąć zbyt dużej szyb­ko­ści, a więc są ła­twy­mi łu­pa­mi. Bu­dow­la roz­sze­rza się dalej w czte­ry stro­ny świa­ta. We­wnątrz sta­wia się ścia­ny, dzię­ki któ­rym po­wsta­ją ślepe ko­ry­ta­rze, nie­któ­re drogi nagle za­krę­ca­ją w prawo lub prze­ciw­ną stro­nę. Zwie­rzę­ta mają coraz dłuż­szą drogę do uciecz­ki, ale i tak są łatwą zdo­by­czą dla niego, bo nie znają tak do­brze la­bi­ryn­tu jak jego wła­ści­ciel. Po pię­ciu mie­sią­cach cięż­kiej pracy dniem i nocą u pod­nó­ża po­bli­skiej góry, po­wsta­je osta­tecz­nie ogrom­na bu­dow­la w kształ­cie czwo­ro­bo­ku, a każdy z nich ma pięć ki­lo­me­trów dłu­go­ści. We­wnątrz znaj­du­je się pięć­dzie­siąt ko­ry­ta­rzy, wśród któ­rych dwa­dzie­ścia pięć śle­pych, a także ist­nie­je tam dwa­dzie­ścia pięć na­głych za­krę­tów w lewo bądź w prawo. Sta­ra­no się tak zbu­do­wać la­bi­rynt tak, aby nie czuł się tam więź­niem, a więc po bo­gach co kil­ka­na­ście me­trów są wy­ku­te małe otwo­ry, przez które może oglą­dać oko­li­cę, a w kilku miej­scach rosną małe drzew­ka.

 

 

Koniec

Komentarze

Bocianie, źle zapisujesz dialogi, więc podrzucami Ci poradnik. Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać je poprawnie.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Pomysł, muszę przyznać, masz intrygujący. Zestawienie Syzyfa – tego antycznego kombinatora – z Medeą, która emocje ma na wierzchu, to materiał na niezły mitologiczny thriller. I ten moment, gdy wymyślają sposób na oszukanie kary z głazem? Sprytne. Naprawdę, ten fragment ma w sobie to "coś".

 

Tylko że wykonanie nie do końca idealne :)

 

Eh, nie lubię tego, ale końcu trzeba bo wreszcie poczuje się jak regulatorzy się czuła czytając moje pierwsze opowiadanie :) (czyli napewno nie przyjemnie i żal mi było, że chciała być miła i czytać to co napisałem :P)

 

(widzę, że wrzuciłaś podręcznik do dialogów który sam ostatnio przeglądnąłem, więc znaczy że dobrze guglowałem :)) 

 

Zacznę od tego co mnie kuło w oczy:

 

Stylistycznie postawiłeś na minimalizm, ale chyba ciut za mocny. Zdania są krótkie. Rąbane, to ok, jak są co jakiś czas. Jakbyś pisał telegram, a nie opowieść. „Poszła. Zrobiła. Wróciła”. – dialogi krótkie, zdecydowanie ich za dużo.

 

Druga rzecz – słownictwo. Hades to miejsce mroczne i pełne grozy, a u Ciebie momentami brzmi jak korporacja na wyjeździe integracyjnym. „Instruktorzy”, „realizowanie zamierzeń”, „proceder”? Trochę to wybija z klimatu. 

 

No i logistyka. Ten labirynt na końcu… Pięć kilometrów boku w trzy dni? Nawet z magią to tempo, którego pozazdrościłby niejeden współczesny deweloper. A te świecące strzałki wyprowadzające z Tartaru? Trochę zbyt wygodne, jakby Zeus zamontował tam neony ewakuacyjne.

 

Ale nie zrażaj się, bo fundamenty są. Masz wyobraźnię do tworzenia ciekawych scenariuszy, teraz tylko trzeba wziąć dłuto i trochę tę bryłę wygładzić, żeby tak urzędowo nie kłuła w oczy.

Powodzenia w dalszym pisaniu! 

Melendur88

Dziękuję za cenne wskazówki. Postaram się wykorzystać podczas dalszego pisania. Mam nadzieję że nie są to tylko płonne nadzieje.

Dziękuję za cenne wskazówki. Postaram się wykorzystać podczas dalszego pisania.  

Bocianie, cieszę się, że obiecujesz lepszą jakość swoich przyszłych tekstów, ale byłoby wskazane, abyś dokonał poprawek także w „Syzefie i Medei”, bo nie ukrywam, że opowiadanie w obecnym stanie raczej nie zachęca do lektury.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Usunąłem kilka scen, w zamian dodałem nowe, poprawiłem dialogi.

Mylisz się, Bocianie, dialogi nadal są źle zapisane. Pierwszy przykład:

-Powinno się ukarać Medeę-oznajmiła mu stanowczo swój postulat. → Wypowiedź dialogową rozpoczyna półpauza, nie dywiz. Po niej stawiamy spację. Didaskalia po półpauzie, nie po dywizie, także ze spacjami. Winno być:

Powinno się ukarać Medeę oznajmiła mu stanowczo swój postulat.

 

Sugeruję ponowną lekturę poradnika o zapisie dialogów.

Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.

Nowa Fantastyka