Syzyf i Medea
Potomstwo Hermesa i Danaid
Hermes otrzymał następne zadanie. Ma odprowadzić morderczynie swoich mężów do pana Hadesu. Do tej misji dostał pomocników. Posłaniec bogów był pod ogromnym wrażeniem ich urody. Robił co tylko mógł, byle tylko opóźnić dotarcie do Tartaru. Posłaniec bogów nakazuje, żeby cała grupa przemieszczała się powoli. Jest bardzo przekonujący w swych objaśnieniach. To jest, rzekomo w interesie kobiet, byle tylko mogły dotrzymywać kroku ich eskorcie. Pod byle pretekstem stawali często na postoje. Właśnie zbliżają się do lasu. Na poczekaniu wymyślił, że wokół czają się dzikie zwierzęta. Powinni zapalić ognisko, żeby je odstraszyć. Hermes wykorzystuje okazję i zaprasza jedną z nich do swojego legowiska. Przytula się do niej. Czerpie wyjątkową przyjemność obcowania z nią. Innym razem zbliżają się do góry. Tutaj wykombinował, że to lawina górska jest zagrożeniem. Dla bezpieczeństwa całej grupy będą musieli nadłożyć drogi. Teraz jest pora na odpoczynek przed dalszą drogą. Hermes zaprasza inną skazaną do swego legowiska. Podczas każdego następnego postoju kocha się z coraz to inną kobietą. Nastał taki czas, że wszystkie kobiety były obsłużone. One ulegały mu bez specjalnych oporów. Ponieważ miały nadzieję, że to złagodzi ich karę. Ale się przeliczyły. Bóg Hades odesłał je do Tartaru. Tam skazano je na ciężką katorgę. Okazało się, że one były w ciąży, a sprawcą tego był Hermes. W końcu z tych stosunków narodziły się istoty ludzkie obojga płci z głowami różnych zwierząt, takimi jak baran, owca, sęp, orzeł, koń, osioł, ryba, wół, niedźwiedź, wilk, kura, sokół i innymi. Tych istot jest pięćdziesiąt. Danaidy nie miały możliwości ich wychowywać. Wtedy małe istoty pozostały przez pewien czas same sobie. Władca Hadesu wyznaczył Hermesowi zadanie. Ma te niemowlęta przyprowadzić do jego królestwa. Hermes przypatrywał się im z niechęcią. Nie mógł zaufać, że to są jego dzieci. One nie przysporzą mu żadnej chwały. Postanowił się nimi zanadto nie chwalić. Kiedy wykonał to zlecenie, to napakowane typy o opalonej na brąz cerze zajęły się tymi maleństwami. Kidy już trochę podrosły, to zostały poddane tresurze. Nie było żadnej różnicy podejściu do dziewczyn, czy chłopców. Zarówno chłopcy musieli biec trzymając ciężkie kamienie, jak i kobiety. Wpajano im rutynowe odruchy. Zdarzało się, że ktoś nie robił czegoś sprawnie i szybko. Odpowiednie baty poskramiacza pomagały wpoić mu odpowiednie umiejętności. Wyjątkowo kobiet nie obijano biczem. Nastał taki moment , że istoty te wykonywały wszystko automatycznie. Wtedy pan Hadesu wyznaczył im konkretne zadania. Niektóre mają pilnować skazańców, aby wykonywali należycie nałożoną na nich karę. Inne muszą pomagać Cerberowi, żeby jakiś nieproszony gość nie przeszedł niezauważenie do Elizjum. Jeszcze inne są przeznaczone do osobistej dyspozycji boga krainy zmarłych.
2. Decyzje podjęte na Olimpie.
Zeus zasiadał w swoim pałacu. Na jego ciele majestatyczni układała się tunika. Oddawał się przyjemnościom danym bogom. Popijał wino z bogato zdobionego kielichu. Hera weszła do środka bez zapowiedzi. Jej tunika falowała zwiewnie. To był przywilej nadany małżonce najważniejszego boga. Na obliczu Zeusa ukazał się grymas niezadowolenia. Przyszła w niewłaściwym momencie. Nie miał teraz ochoty na jakąkolwiek rozmowę. Do tego przerwała mu degustację piwa. Jednak okazał chęć wysłuchania tego, co ma mu do powiedzenia.
– Powinno się ukarać Medeę – oznajmiła mu stanowczo swój postulat.
Niedawno Zeus postanowił skazać Syzyfa. Teraz ona chce pokazać swą władzę.
– Dlaczego? – pragnął poznać przyczynę tej decyzji.
– Z zimną krwią zamordowała wiele osób – wyjaśniła mu .
– Dobrze – wyraził swe poparcie.
Hera celowo przyszła do niego teraz. Wiedziała że łatwo będzie go można przekonać. W stanie upojenia był bardziej podatny na sugestie. Hera wyszła zadowolona.
3. Fatalizm Syzyfa
Wokół czuć swąd spalenizny. Z okolicznych gór wydobywają się kłęby dymu, które tworzą coś na kształt zawiesiny. Promienie słońca zagłębiają się w niej. Nadają jej wtedy odcień krwawej poświaty. Dookoła panuje wszechobecna spiekota oraz piekielna duchota. Syzyf pcha do góry głaz po stromym pochyleniu zapierając się nogami o zbocze. Kanciaste kamienie wpijają się w jego stopy. Sandały niewiele pomagają. Chiton jest już wyraźnie zużyty. Robił to samo wiele razy. Zna już na pamięć, co się po kolei wydarzy. Co najważniejsze, jest na to przygotowany. Zbliża się do wierzchołka, jednak nie osiąga go. Dostaje po rękach od potężnie zbudowanej istoty z twarzą kozicy, który pomyka w tę i z powrotem lotem błyskawicy. Potem puszcza głaz, który się stacza. Następnie skazaniec schodzi. W przeciwnym razie góra się przebudza i osuwająca się lawa pociąga go w dół. Kiedy znajduje się u podnóża góry znowu dostaje po rękach, aby ponownie wtaczać kamień na górę. Tyra tak w kółko. To jest cała jego kara. Jest ona okropnie ciężka, ale szalenie monotonna. Syzyf już nie wie, jak długo jest w Tartarze. Ile razy pchał swój głaz pod górę. Ilekroć mu się wymykał z rąk. Jak często schodził po niego. Na początku swojej pokuty jeszcze liczył, ile razy powtarzał to samo w ciągu dnia i nocy. Jednej doby było tego więcej, a innej mniej. Z jego obliczeń wynikało, że każdą z tych czynności wykonywał średnio po 33 razy. Często pluł sobie w brodę. Po co mieszał się sprawy boskie, tak dobrze było mu w Koryncie. Miał tam żonę i władzę. A tutaj co ma? Siwą brodę i siwe włosy. Zmarszczki na czole. Ciało przesiąknięte siarką i naznaczone bliznami. Wtem strażnik chłoszcze batem po jego rękach. Syzyf puszcza momentalnie głaz, który toczy się błyskawicznie na dół. Kiedy głaz znajduje na dole, to nagrzewa się. Skazaniec podąża za nim. Dociera do podnóża góry. Strażnik już tam czeka na niego. Strażnik ponownie pogania Syzyfa. Syzyf ponownie wtacza głaz, który parzy niemiłosiernie jego ręce. Na dłoniach ukazują się bąble. Zbliża się do wierzchołka Jest już przygotowany na wymierzenie chłosty. Powtarza się to samo co poprzednim razem Musi dać wytchnienie obolałym rękom. Wykorzystuje różne techniki, aby poszczególne części ciała mogły dojść do siebie. Kiedy głaz znajduje się na stoku, to nie ma wtedy negatywnych konsekwencji dla skazańca. Ale podpieranie kamienia nie jest żadnym wyjściem do ulżenia sobie. Ponieważ każda chwila odpoczynku sprawia, że głaz spycha Syzyfa niżej. Tak więc, zamiast zbliżać się do wierzchołka, to oddala się od niego. Dodatkowo traci cenne siły. Tak więc lepiej pchać niż być spychanym. Doszedł do tej wiedzy kosztem swojej krwawicy. Strażnik z głową kozicy przemierza też drogę od podnóża do wierzchołka i z powrotem, jednak ma znacznie łagodniejszą trasą. Dlatego czyni to zdecydowanie szybciej od jego ofiary. Ponadto droga, którą schodzi strażnik jest niedostrzegalna i niedostępna dla Syzyfa. Strażnik ma poganiać batem Syzyfa, aby ten wykonywał swoją karę należycie, a wywiązuje się ze swoich obowiązków bardzo gorliwie i sumiennie, bo w przeciwnym razie jego bat zamieniłby się w kija-samobija, który wygarbowałby jemu skórę za karę. Skazaniec robi w kółko jedno i to samo. Nie ma żadnych szans, żeby to zakończyć.
4. Fatalizm Medei
Medea ma brunatne włosy, które ułożone są w pasemka. Dwa z nich wiją się za uszami przyozdabiając je policzki. Brnie u podnóża góry. Obejmuje wazon ramionami. Kamienie cisną ją okrutnie w stopy. Sandały nie wiele ją przed tym chronią. Pojawiają się odciski pod jej stopami. Głowa lekko pochylona do przodu. Spogląda na ziemię. Szuka tam minerałów. Obojętnie jakich. Ważne, aby były drogocenne. Medea ma zapełnić wazę skarbami natury. Kamieni różnego rodzaju jest wiele, ale nie takich jakich ona akurat szuka. Przystaje i prostuje głowę. Rozgląda się wokół. Gdzie te skarby natury mogą się wreszcie znajdować? Za-daje sobie w myśli to pytanie. Podnosi głowę, a jej spojrzenie przemyka po zboczu. Postanawia tam wejść. Przychodzi jej to z trudem, Ponieważ jest on strome. Ale po jakimś czasie nagle przystanęła. Przez chwilę pozostawała tam nieruchomo. Nie mogła w to uwierzyć. Jednak dostrzegła w końcu coś, czego właśnie szukała. Do tego nie jeden egzemplarz, ale było tam tego z pewnością kilkanaście sztuk Na je zmęczonej twarzy pojawił się uśmiech. Eureka. Radosna myśl przechodzi przez jej umysł. Po chwili ochłonęła z wrażenia i powróciła do twardej rzeczywistości. Odstawia wazę na ziemię. Jednak czym prędzej podnosi ją z powrotem, bo doznała przykrego uczucia w rękach. Mianowicie nielitościwie ją parzą. Po-nadto dla wzmocnienia z nią więzi przytula mocno do piersi. Obawia się, że ją przypadkowo upuści. Schyliła się, żeby łatwiej jej było zbierać błyskotki. Podnosi jedną z nich. Na twarzy Medei pojawia się zdumienie. Kamień szlachetny w jej ręce nagle zamienia się w okruch skalny. Wyrzuca go błyskawicznie. Kiedy kamień opadł na ziemię, to powrócił do pierwotnego stanu. Bierze po kolei wszystkie pozostałe wartościowy kamienie i za każdym razem efekt jest taki sam. Podczas tych procesów popadała w coraz większe zwątpienie. Ostatecznie oddaliła się stamtąd. Siadła na okruchu skalnym zniechęcona. Tkwiła tam nieporuszenie z twarzą zasępioną. Medea przypomina sobie o swojej rodzinie. Wspomina nieżyjącego już brata i ojca, którego nagle opuściła. Tak bardzo chciała teraz z nimi być. Zwiesiła głowę i pogrążyła się w objęciach smutku. Zapewne reminiscencje o bliskich jej osobach pomogły jej dojść do siebie. Teraz mogła przeanalizować swoją sytuację. Po chwili wpadła na jakiś pomysł. Energicznie się podniosła. Powróciła do zbiorowiska drogocennych kamieni. Tym razem postanowiła użyć swoich czarów. Wypowiedziała magiczne formuły. Jednak nie było żadnego efektu. Zmienia zaklęcia. Próbuje po kilka razy je wypowiadać. Ciągle nie udawało jej się niczego zadziałać czarami. Wygląda na to, że jej czarodziejska moc przestała działać. Jest wielce niepocieszona tym faktem. Jednak Medea postanowiła zamierzyć się z tym brutalnym faktem. Zdecydowała dalej wytrwale wykonać swoje zadanie tradycyjną metodą. W końcu kiedyś znajdzie sposób, żeby zapełnić wazę, mimo przeciwności losu. Jej długa tunika lepi się do ciała, na skutek potu. W jej umyśle przemknęła myśl: W krainie żywych miała służki, a tutaj sama musi wszystko. Tutaj jest często przemęczona, a tam było to zupełnie nie do pomyślenia. Do tego każdego dnia jej uroda mierzy się z okrutnymi warunkami funkcjonowania w Tartarze. Westchnęła z nostalgią.
5. Kombinacje Syzyfa
Syzyf wykonuje ciągle swoją karę. Już nie wie, jak dużo odbył kursów w górę i w dół. Już nie pamięta, ile razy musiał powtarzać te ciężkie, a zarazem monotonne czynności. Było ich tak wiele, że przestał je nawet liczyć. Ma już dość strażnika, który wydatnie daje mu się we znaki. Jego baty odciskają na jego ciele krwawe piętna, po których pozostaje sporo blizn. Podczas jednego z wielu kursów Syzyf postanowił coś z tym zrobić. Jego umysł zaprząta pewne pytanie: czym przekupić strażnika, żeby go tak nie biczował? Cały czas poświęca na to, żeby wymyślić rozwiązanie problemu. Zastanawia się też nad tym, czy jest to w ogóle możliwe. Wszystkie pieniądze wziął mu Hades. W pewnej chwili jego spojrzenie mimowolnie spoczęło na błyszczącym przedmiocie. Poznał w nim diament. Wyjątkowo piękny okaz. Jego oczy rozpogodziły się. Eureka. Spróbuje go przekupić tym wyjątkowym kamieniem. Powinien się na niego skusić. Znalazł się u podnóża góry. Strażnik smaga go batem. Syzyf przemagając ból próbuje nawiązać rozmowę ze swoim oprawcą.
– Nie możesz dać sobie na wstrzymanie? – Syzyf zasugerował strażnikowi, żeby nie był tak napalony do tak częstego używania swego narzędzia pracy.
– Wolę ciebie bić, niż żebym ja oberwał – wypalił stanowczo strażnik.
Hades wyznaczył strażnikowi zadanie, ma popędzać swoim biczem Syzyfa do wykonywania kary. Kiedy oprawca nie wywiąże się ze swojego obowiązku, to nahaj wygarbuje skórę jego właścicielowi. To jest wystarczająca motywacja dla niego, żeby wypełniał swą powinność.
– Musisz robić to tak dokładnie? – skazaniec zalecił mu, żeby nie był taki nadgorliwy.
– Tak – wypalił na odwal się oprawca.
Ponieważ oprawca jest niechętny do współpracy, to Syzyf dał sobie na razie spokój
z dalszym jego przepytywaniem.
Syzyf z powodu bólu napiera na głaz barkiem, jednocześnie zapierając się nogami o zbocze.
Jest niezadowolony z efektów rozmowy. Zastanawia się, w jaki sposób powinien rozmawiać z takim gburem. Nie ma żadnego doświadczenia w tym względzie. Całe dwa kursy zajęło mu obmyślenie jakiegoś sposobu. Wreszcie wpada na pewien pomysł. Jeżeli koniecznie musi go biczować, to niech to robi tam gdzie on tego chce. Jednak musi rozważyć kolejny problem, czym osłonić to miejsce. Syzyf znowu znajduje się przy strażniku, więc odkłada na później obmyślenie ochrony przed batem. Skazaniec zmagając się z bólem próbuje nawiązać ponownie rozmowę ze strażnikiem.
– Jeżeli będziesz mnie bił w umówione miejsce, to dam ci drogocenne kamienie – Syzyf pragnął zaintrygować strażnika.
– Sam sobie nazbieram – pochwalił się zbywająco oprawca.
– A umiesz odróżnić drogocenny diament od mniej wartościowego topazu? – dalej zamierzał zaciekawić swojego rozmówcę.
– Zgoda – strażnik uległ argumentacji skazańca. – Jedna sztuka na tydzień.
Syzyf wraca do wykonywania swojej kary. Wreszcie jest zadowolony z rozmowy. Teraz przyszła pora, aby powrócić do przemyśleń nad sposobem ochrony przed batem. Rozgląda się po okolicy. Znalazł gładki i płaski kamień. Odpowiedni, aby osłonić plecy. Szuka dalej czegoś, czym można by go tam zamocować. Nie znalazł niczego stosownego. Ponownie znajduje się na dole. Przezwyciężając ból obrzuca wzrokiem podnóże góry. Wpadły mu w oko uschnięte krzaki, wokół których wiły się zwiędłe liany. Znajdowały się w znacznej odległości od góry.
– Dostarcz mi liany – Syzyf pokazał pobliskie krzaki – Wtedy przekażę ci diamenty – namówił strażnika do tego zadania.
– Jak mi dasz trzy diamenty, to ci je przyniosę.
Skazaniec wraca do swojej pokuty. Powracając wziął ze sobą trzy diamenty. Kiedy znalazł się u podnóża, to dał je strażnikowi. Podczas następnego pobytu u podnóża zgodnie z umową liany leżały już na ziemi. Skazaniec zawiesił je na swojej szyi. Ponownie wtacza swój głaz pod górę. Podniósł upatrzony głaz i zamocował go na plecach za pomocą lian. W drodze powrotnej zabrał jeden diament. Na dole dał go strażnikowi.
– To zapłata za jeden tydzień – dokonał płatności. – Możesz mnie uderzać po plecach.-Syzyf poinstruował strażnika o zasadach porozumienia między nimi.
Przekupiony strażnik postępuje zgodnie z umową. Skazaniec oddycha z ulgą, od bólu, gdyż kamienna tarcza ochroni jego plecy przed bólem.
6. Pohańbienie Medei
Medea wyszukuje kamieni szlachetnych. Potem podnosi je. Po ich odmianie odrzuca je. Nigdy nie wraca drugi raz do tego samego kamienia. Jednocześnie dwaj potomkowie Hermesa zmierzają do miejsc, gdzie mają pilnować skazańców. Jeden mężczyzna posiada twarz sępa, natomiast drugi głowę niedźwiedzia. Stanęli na jej drodze. Ona walczy z obrzydzeniem na widok tych ohydnych stworzeń. Próbuje ich ominąć. Nie może jednak tego uczynić. Ten z twarzą sępa zagrodził jej drogę. Wtedy kobieta zamierza przejść między nimi. Nie udaje jej się tego uczynić. Ten drugi tarasuje jej drogę swoim ciałem. Przez cały ten czas uważnie ją obserwują. Wyraźnie traktują ją jak obiekt pożądania. Ona dostrzega zagrożenie z ich strony. Wycofuje się. Podrywa się do ucieczki. Podążają za nią. Kamienie ranią jej stopy. Ona nie zważając na to kontynuuje bieg. Nagle niefortunnie oparła się na kamieniu, przez co upadła jak kłoda na ziemię. Wtedy puściła wazę i zaparła się ramionami, aby ochronić głowę. Krople krwi płyną ze zranionych części ciała. Dogonili ją. Ten z twarzą sępa przesunął wazę, żeby zrobić wolne miejsce. Potem od strony jej głowy chwycił jej ręce. Natomiast drugi położył się na niej. Swoimi kończynami rozkraczył jej nogi. Potem wykorzystuje ją seksualnie. Jednocześnie jego ręka ślizga się po jej gładkim ciele. Tłamsi je, jakby chciał odebrać jak najwięcej doznań fizycznych podczas kontaktu z jej gibkim ciałem. Kiedy zakończył, to role się odwracają. Drugi podąża w ślady pierwszego. Medea przez cały ten czas ma zamknięte oczy. W ten sposób chciała się odgrodzić od brutalnego zdarzenia. Ponadto musi zmagać się z bólem płonących rąk, a także cierpieniem podczas gwałtu. Stworzenia w końcu odchodzą, ale ona dalej przeżywa te tragiczne wydarzenia. Targają nią koszmarne emocje. Posiada poszarpaną tunikę oraz potargane włosy. Mocno przytula do siebie wazon. Leży na glebie, z twarzą zwróconą ku ziemi. Dalej ma oczy zamknięte. Chce pobyć sama z sobą. Po dłuższej chwili otwiera oczy. Zaczyna się czołgać do przodu. Podnosi się z trudem. Kręci się jej w głowie. Zataczając się idzie kawałek drogi, ale zaraz opada z sił. Kładzie się na ziemi. Ponownie zamyka oczy.
7. Medea poznaje Syzyfa
Medea otwiera oczy. Postanawia wrócić do wykonywania swojej kary. Podnosi się z całych sił, by przejść ledwie kawałek drogi. Tak okropnie bolą ją nogi, że zaraz była przymuszona usiąść na kamieniu. Spogląda przed siebie bez ruchu. Na twarzy pojawia się grymas znużenia, a jej serce bije przyspieszonym rytmem. Oddycha łapczywie. Potrzebuje odpocząć przez jakiś moment. Po jakieś chwili ponownie wstaje. Stoi tak przez jakiś czas, aby przyzwyczaić organizm do nowej pozycji. Po chwili idzie przed siebie. Dostrzega nieopodal jakiś krzak. Dociera do niego z wielkim trudem. ułamuje gałąź i bierze ją. Ma zawrót głowy, więc znowu siada na kamieniu. Wkrótce wstaje i idzie przed siebie. Jedną ręką obejmuje wazę, a drugą opiera się na gałęzi. Powraca do wykonywania swoich obowiązków związanych z karą. W ten sposób znajduje przy pewnej górze. Dostrzega tam jakieś sylwetki. Zauważa stworzenie, który uderza batem jakiegoś człowieka. Ten odrażający osobnik przypomina jej o wydarzeniu, które pragnie bezwzględnie wymazać z pamięci. Przystanęła. Boi się przejść tamtędy. Jednakże rodzi się w niej uczucie współczucia dla skazańca. Powstała też więź emocjonalna z tym człowiekiem. Oboje znajdują się w podobnej sytuacji. Przez moment obserwuje ich. Medea wykorzystuje okazję, że strażnik nagle gdzieś znika. Podchodzi bliżej. Ona zaczyna się wspinać, tymczasem Syzyf wraca po swój głaz. Spotykają się w połowie drogi.
– Czy mogę ci towarzyszyć? – Medea ciepło zagaiła mężczyznę, a w tych warunkach Syzyfowi zdawało się, że ona śpiewała.
– Oczywiście – zgodził się ochoczo.
Oboje przedstawili się wymawiając swoje imiona. Potem wymienili się informacjami na temat tego, w jaki sposób odbywają swoje kary.
– Długo przebywasz w Tartarze? – pragnął podtrzymać rozmowę, aby znowu usłyszeć jej głos.
– Ta góra-pokazuje ręką wzniesienie, na którym się teraz oboje znajdują – jest trzynastą, którą przeszukałam.
– A więc niedługo – stwierdził zadowolony Syzyf.
Ma dla niej mnóstwo życzliwości, bo dostrzega w niej całkiem serdeczną osobą. Życzy jej, aby jak najkrócej była narażona na cierpienia w tym nieprzyjemnym miejscu. Oboje uśmiechają się do siebie.
8. Fortel Syzyfa
Syzyf zmaga się ze swoim głazem. Jednocześnie wykazuje troskę o Medeę. Chce jej ze wszech miar pomóc. Zastanawia się, co można uczynić, żeby ona wreszcie napełniła wazę. Odbył już w tym czasie kilka kursów, a jeszcze nie wymyślił żadnego rozwiązania. Jest zły na siebie z powodu swej bezsilności. Pcha Właśnie przechodzi koło niej po raz wtóry. Tradycyjnie nie może oderwać od niej swoich oczu. Jest zauroczony jej urodą. Ona wypełnia swoją karę, jak zwykle. Dalej musi się wspomagać gałęzią. Na chwilę przystanęła. Założyła swoje dłonie jedna na drugiej, jednocześnie opierając je na gałęzi. Syzyf przypatruje się jej z uwielbieniem. Pewien szczegół w postawie jej ciała zwrócił jego uwagę. Pod wpływem inspiracji pewna myśl zakiełkowała w jego umyśle. Jego oczy rozpogadzają się, a na jego usta wstępuje uśmiech. Nagle góra grzmi groźnie. Syzyf zabiera się do swojej roboty Tym razem skazaniec dla odmiany napiera na głaz plecami i zapiera się o zbocze nogami. Na górze jego piętna zostają odświeżone. Skacze w dół drobnymi susami, raz w prawą stronę, raz w lewą. Ponownie znajduje się przy osobie jemu coraz droższej.
– Mam pewien pomysł, jak zakończyć twoje cierpienia – Syzyf oznajmił ożywionym głosem.
Zaintrygowana Medea przerywa swoje zmagania z kamieniami szlachetnymi i powstaje. Potem patrzy uważnie na swojego rozmówcę.
– Co mam uczynić? – żywiła nadzieję..
– Dokonamy tego wspólnie – objaśnił mężczyzna. – Podnosi kamień szlachetny. – Obejmij moje ręce od dołu, a potem pchnij moją dłoń do środka wazy – Syzyf poinstruował ją z entuzjazmem.
Medea wykonuje jego plecenie, a kamień wpada do wazy i nie zmienia się tam w bezwartościowy chłam. Postępują w ten sam sposób dotąd, aż w końcu zapełniają całą wazę. Ona w miarę zapełniania się wazy otwiera coraz bardziej swoje oczy z podziwu. Gdy ich ręce się stykają to ona ma wtedy poczucie bezpieczeństwa, a on doznaje odprężenia. Odstawili razem wazę na ziemię. Przytula się do Syzyfa, a następnie daje mu buziaka. Ostatecznie ich usta zbliżają się do siebie i łączą się w jeden wspólny pocałunek. Jest wniebowzięta, chociaż nadal nie może w to uwierzyć, że to jest nareszcie koniec jej kary.
9. Medea wkracza do działania
Medea zamierza stworzyć przytulne gniazdko dla nich, oczywiście w miarę swoich możliwości. Ona zachowa w nim prywatność i odgrodzi się od nieprzyjaznych spojrzeń strażnika, natomiast głaz umieszczony w dole pozwoli Syzyfowi odpocząć. Kobieta po przeszukaniu okolicy znajduje odpowiedni kamień. Z jednej strony ma ostrą krawędź, a z drugiej łagodną. Podnosi go i zaciska mocno w swych delikatnych dłoniach za odpowiedni koniec, żeby się nie skaleczyła. Zaczyna kopać mniej więcej pośrodku góry. Grunt jest twardy i praca posuwa się do przodu opornie. To jest ciężka praca, ale perspektywa własnego kąta dodaje jej skrzydeł. Ponadto pobyt w Tartarze był dla niej dobrą szkołą wytrwałości i wytrzymałości. W pocie czoła ryje tak cały dzień robiąc co jakiś czas krótkie przerwy na odpoczynek. Kiedy nastała noc, to usadowiła wygodnie w niewielkim zagłębieniu, który wykonała. Potem natychmiast zasnęła. Przez cały ten czas Syzyf ma na nią oko. Czuwa uważnie, aby się jej nic złego nie stało, szczególnie ze strony strażnika. Obudziła się nad ranem. Przystępuje natychmiast do pogłębiania tego, co wczoraj dokonała. Z ofiarnością godną pozazdroszczenia tworzy swoje dzieło dzień w dzień. Wreszcie siódmego dnia, w uroczystym geście wyrzuca narzędzie swej pracy daleko przed siebie. Ostatecznie powstaje dół głęboki na metr, a szeroki na cztery metry. Zaprasza do niego Syzyfa.
– Tutaj możesz umieścić swój głaz – oznajmiła z dumą. – Nie musisz go wtedy podtrzymywać, bo on się nie stoczy. W tym czasie możesz odpocząć.
– To jest chytry podstęp – Syzyf docenił jej pomysł.
Bierze ją w ramiona. Potem pieści swoimi ustami jej usta, a ona poddaje się temu
z oddaniem.
10. Konflikt
Oprawą ich intymnego sam na sam jest czuła wymiana zdań między nimi.
– Ten strażnik patrzy na mnie jakoś podejrzanie, jakby chciał mi zrobić coś złego – zwierzyła się ze swych obaw.
– Ja cię obronię – uspokoił ją.
– Wiem, przy tobie czuję się bezpieczna – doceniła go.
Syzyf jakby dostał wiatru w żagle. Znowu pcha swój głaz, ale jakby z większym entuzjazmem. Nie czuje trudów wspinaczki, bowiem jego myśli zaprzątnięte są innymi sprawami, znacznie przyjemniejszymi, które właśnie przed chwilą się odbyły. Kiedy znalazł się na dole, to strażnik nie poganiał go do pracy. Dał mu znak, że ma do niego jakąś sprawę.
– Powinniśmy zmienić warunki naszej umowy – oznajmił tajemniczo oprawca.
– Chcesz więcej diamentów? – Syzyf próbował odgadnąć zamiary jego rozmówcy.
– Sam sobie je pozbieram – wyjaśnił arogancko właściciel bata – Wiem już jak wyglądają. Chcę mieć twoją kobietę. Tydzień naszej umowy za jeden stosunek z nią.
– Nie ma mowy! – Ofiara bata odrzucił stanowczo jego ofertę. Cały jego błogi nastrój prysł nagle niczym bańka mydlana.
– W takim razie zakończymy naszą współpracę – wyrzucił groźnie strażnik. Uderza biczem w osłonięte miejsca z dużą zawziętością, która odciska się piętnem na ciele skazańca. Syzyf z posępną miną wraca do swojej pokuty.
11. Przeszłość Medei i Syzyfa
Syzyf chce zapomnieć o przykrych dla niego konsekwencjach różnicy zdań, jaka wywiązała się między nim i strażnikiem, choćby na chwilę. Pragnie teraz ze wszech miar skupić swe myśli na czymś przyjemniejszym dla niego, na Medei. Chce poznać bliżej jej dzieje. Odstawia swój głaz w dole i siada obok Medei.
– Dlaczego zostałaś ukarana? – chciał poznać ją bliżej, a przygnębienie już prawie z niego uszło.
– Poznałam kiedyś walecznego młodzieńca, Tezeusza – zaczęła swoją opowieść. – Pomagałam mu wykonać zadanie, jakie mu wyznaczył mój ojciec, bo sam by sobie nie poradził. Dzięki mnie zdobył złote runo. Pokochałam go. Na początku było nam cudownie. Planowaliśmy nawet wspólne życie. Wyjechaliśmy razem z mojej ojczystej krainy. Mój brat dołączył do nas. Niestety ojciec zaczął nas ścigać. Poświęciłam życie mojego brata i wyrzuciłam go za burtę, by opóźnić pogoń za nami. Dotarliśmy do Koryntu. Byłam pewna, że zaczniemy tam wszystko od nowa, aż w końcu odnajdziemy w tamtym miejscu nasze szczęście. Niestety myliłam się. Tezeusz poznał tam inną kobietę, w której się zakochał . Odrzucił moje uczucia i nie docenił należycie mojego poświęcenia. Pałając żądzą zemsty przyczyniłam się w głównej mierze do śmierci jego nowej kochanki i jej ojca. Wyznaczono mi karę w Tartarze za to, że dopuściłam się tych okrutnych śmierci, a przecież wszystkie zbrodnie popełniłam w imię mojej miłości do Tezeusza. – mówi otwarcie o swoich zbrodniach oraz o targających ją wtedy emocjach.
– Współczuję ci – Syzyf był pod ogromnym wrażeniem jej opowieści.
– Nie potrafię opanować swoich uczuć – zdradza. – Zawsze mówię to, co myślę. A dlaczego bogowie wyznaczyli tobie taką dolę – okazała zainteresowanie.
– Byłem kiedyś władcą Koryntu. Bogowie mnie lubili. Zapraszali mnie na swoje uczty. Mówili mi o swoich sekretach, które przekazywałem ludziom. Pewnego dnia zdradziłem poufny sekret Zeusa. Wtedy Władca Olimpu postanowił mnie uśmiercić. Zdążyłem jeszcze powiedzieć żonie, żeby nie wyprawiała mi obrzędu pogrzebowego. W krainie zmarłych narzekałem, że nie zostałem należycie pochowany. Wtedy Hades odesłał mnie do krainy żywych, bym dopilnował pochówku swojego ciała w odpowiednim obrzędzie. Udawało mi się długo ukrywać przed bogami. Niestety mnie odszukali i wyznaczyli mi karę w Tartarze. Góra daje znać o sobie. Ostatnia część rozmowy odbywa się przy wtórze przeraźliwego dudnienia jej w posadach.
– Szkoda, że nie poznaliśmy się wcześniej w Koryncie – wyraziła swój żal. – Kto wie, być może z Syzyfem byłaby wtedy bardziej szczęśliwsza, niż z Tezeuszem – przemknęła jej myśl.
– Niestety, przybyłaś tam wtedy, kiedy mnie tam już nie było – wyjaśnił.
Skazaniec wraca natychmiast do odbywania swej kary. Jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki góra się uspokaja. Na szczęście, nie ma dalszych niepomyślnych konsekwencji dla pary zakochanych.
12. Przebudzenie góry
Nastaje wieczór. Skazaniec podąża na spoczynek do przytulnego gniazdka. Przysiada się do Medei. Oboje milczą. Kobieta wstaje i powolnymi ruchami swych rąk ściąga swą tunikę jednoczenie powoli się obracając wokół własnej osi. W końcu całkowicie się przed nim obnaża. Porusza się z niezwykłą gracją kusząc go swoim powabnym ciałem. Mężczyzna podziwia jej smukłą figurę, zgrabne piersi, wąskie biodra i jędrne pośladki. Bierze ją w swoje ramiona i daje jej buziaka, który ona odwzajemnia. Ich pocałunek jest pełen namiętności. Mężczyzna długo nie potrafi oderwać swoich warg od jej ust. Gdy w końcu nasycił się ich słodyczą, to podąża do jej piersi, które wycałowuje po całej ich powierzchni. W tym czasie jego dłonie wędrują powoli po całych jej plecach, aż docierają do jej pośladków, które mocno obejmują. Tymczasem ona ściąga z niego chiton. Następnie Syzyf kładzie ją na ziemi i rozciąga się na niej. Swoimi rękoma objął jej ramiona równocześnie przytrzymując je na ziemi. Ich ciała łączą się w silnym uścisku, którego ukoronowaniem jest akt seksualny. Góry wysyła dla nich pierwsze ostrzeżenie. Ziemia wibruje pod ich ciałami, jednak nie zwracają na to nawet najmniejszej uwagi pochłonięci swoimi intymnymi doznaniami. Syzyf przewraca się na bok. Oboje odpoczywają po falach uniesień patrząc w niebo, ale już jakoś inaczej, niż do tej pory. Mają wrażenie, jakby byli integralną częścią kosmosu. Medea odwraca partnera twarzą ku ziemi i swoimi delikatnymi rączkami masuje delikatnie jego plecy.
– Czy spełniłam twoje oczekiwania? – oczekiwała odpowiedzi z filuternym uśmiechem.
– Czekam na powtórkę – podjął jej grę.
We wnętrzu góry kotłuje się lawa podobnie jak morze podczas sztormu, a wokół rozlega się niesamowity huk. Ponad szczytem wydobywają się kłęby dymu, które unoszą się w powietrzu. Rozgrzana do czerwoności magma wylewa się z wierzchołka na zewnątrz i stacza się po zboczu. Dopiero wtedy, kiedy lawa dociera do ich gniazdka para kochanków dostrzega zagrożenie. Syzyf zabiera się za wtaczanie głazu, natomiast Medea siada na występie skalnym. Natychmiast wulkan odmienia swoje oblicze powracając do poprzedniego stanu. Ale lawa nadal pozostała na zboczu i toczy się dalej. Syzyf musiał wykazać się niesamowitą zręcznością i siłą, aby nie wdepnąć w nią. Przeskakiwał po wystających kamieniach jednocześnie popychając głaz po nie zalanej powierzchni zbocza. Wytwór wulkanu spływa już coraz wolniej, by nad ranem się zatrzymać. Niesamowity zbieg okoliczności spowodował, że mniejsze odłamki skalne w wyjątkowy sposób ustawiły się do zalewającej ich lawy. Powstały wtedy niesamowite twory. Niektóre z nich mogą posłużyć jako ochronniki rąk, nóg, tułowia i głowy, które przydadzą się Syzyfowi. Znalazły się tam też inne przydatne dzieła lawy, z których zrobi użytek Medea. Drobny ostry przedmiot, który od biedy zastąpi igłę. Ostry wytwór długości stopy ludzkiej, w którym dopatrzeć się można brzytwy. Produkt wielkości dłoni z wieloma wystającymi kolcami, który posłuży jako grzebień. Gdyby prawdopodobieństwo tego zdarzenia sprowadzić do działania matematycznego– ilorazu, to tak jakby umieścić w liczniku liczbę 1, a w mianowniku znak ∞. To świadczy o skali cudu w Tartarze, którego właśnie byli świadkami kochankowie. Dostąpili więc niebywałego zaszczytu, czego zresztą byli całkowicie świadomi. Po kilku dniach lawa zastyga całkowicie. Kochankowie przeszukują całe zbocze i zbierają cudowne przedmioty. Syzyf dając ulgę swoim plecom ściąga z nich zamocowany kamień. Z wnętrza przedmiotów przeznaczonych dla niego wydłubuje po kolei wszystkie kamienie. Zakłada na siebie komplet cudownych elementów, które razem tworzą zbroję lawową. Tymczasem Medea żmudnie oczyszcza przytulne gniazdko z zastygłych kawałków ją zalegających. W pewnej chwili dostrzega w płaskim i gładkim przedmiocie jakieś kształty. Natychmiast orientuje się, że to jest odbicie jej twarzy. Zatrzymuje go dla siebie, bo posłuży on jej za lusterko. Gdy zakończyła prace porządkowe, to postanowiła zadbać o swój wygląd, wykorzystując do tego celu wyjątkowe zdobycze. Liany pozostawione przez skazańca posłużą za nici, które nawleczone na namiastkę igły pomogą zreperować jej tunikę.
13. Spięcie ze strażnikiem
Strażnik podchodzi do Medei. Obłapia ją. Ona jest przerażona. W akcie samoobrony sięga po namiastkę brzytwy i dźga go w ramię dwa razy. Napastnik puszcza ją na moment, aby dojść do siebie. Ona wykorzystując chwilę spokoju wydostaje się z gniazdka. Uciekając przywołuje Syzyfa. Nie zdążyła daleko uciec, bo oprawca szybko ją dogania i powala na ziemię. Ona siada i znowu przymierza się do zadania cięcia, jednak on jest na to przygotowany i unika ciosu. Ściska mocno w przegubie jej uzbrojoną rękę. Medea natychmiast puszcza zakrwawione ostrze. Obmacuje jej ciało siłą. Wtedy nadchodzi Syzyf. Puszcza momentalnie głaz, który opada po zboczu. Niezwłocznie odpycha oprawcę, który traci równowagę. Wykorzystuje to obrońca Medei i rzuca się na niego. Dochodzi do szamotaniny. Oboje opierają się na zboczu i ślizgają po nim. To utrudnia obojgu wymierzanie ciosów, mimo to oprawca swym impetem powala skazańca na glebę. Tamten wykorzystując chwilową przewagę podchodzi szybko do leżącego Syzyfa, który odpycha go nogami. Strażnik z impetem opada na zbocze. Skazaniec błyskawicznie wstaje i podnosi kamień. W mgnieniu oka podbiega do leżącego oprawcy. Syzyf bierze szeroki zamach. Trwało to na tyle długo, że oprawca zdążył się podnieść, ale kamień ląduje już na głowie przeciwnika, który opada na zbocze. Skazaniec z całą swą mocą uderza w głowę przeciwnika. Czyni tak raz za razem. Chwila opamiętania przychodzi dopiero po chwili. Odrzuca zakrwawiony kamień. Patrzy na leżącego przed nim jego ciemiężyciela z rozwaloną głową, aby nasycić się widokiem pokonanego przeciwnika. Medea obserwując walkę niepokoiła się, czy ukochany da sobie radę z oprawcą. Oddycha z ulgą i podchodzi do niego, a on w poczuciu odniesionego zwycięstwa kroczy ku niej. Wpadają sobie w ramiona.
– To już koniec prześladowania ciebie – uradowała się.
– Tak –potwierdził. – Przytula się do niej mocniej, ale odczuwa jakieś lekkie wybrzuszenie na jej brzuchu. Odsuwa się od niej i przygląda się bliżej tej części ciała.
– Czy ty nie jesteś w ciąży? – żartuje mężczyzna.
– Tak – stwierdziła całkiem poważnie.
– To wspaniale – ucieszył się.
Grzmienie góry przerywa ich sielankowy nastrój. Syzyf pcha swój głaz zastanawiając się. co zrobi jak dotrze na górę. Po przemyśleniu doszedł do pewnego wniosku. Powinien robić to samo co do tej pory, tyle że bez ingerencji strażnika. Zbliżając się do wierzchołka już ma puścić głaz, ale wcześniej odczuwa ból swoich rąk. Swój wzrok kieruje ku wierzchołkowi i staje jak wryty. Nie może w to uwierzyć, ale dostrzega tam strażnika. Odrodził się jakimś cudem jak Feniks z popiołów. Cały wesoły nastój skazańca natychmiast się ulatnia.
14. Narodziny dziecka
Medea że się czuje. Ma ciągłe wymioty. Od jakiegoś już czasu ciągle leży. Syzyf domyśla co jej jest. Niedługo będzie rodziła. Przez cały czas ma na nią baczenie. W każdej chwili gotowy jest jej przyjść z pomocą, w razie gdyby nadzorca chciał dobierać się do jego ukochanej.
Medea czuje, że nadchodzi długo wyczekiwany czas porodu.
– Musisz mi pomóc – oświadczyła.
– Nie wiem, co mam robić? – zakłopotał się.
– Razem damy sobie radę – uspokoiła go.
Ona na bieżąco objaśnia jemu, jak ma odebrać poród, krok po kroku. Natomiast mężczyzna postępuje dokładnie z jej instrukcjami. W końcu ukazuje się im dziecko. Ono jest jakieś inne, bardziej przypomina jakieś stworzenie, niż istotę ludzką. Medea na widok byczka z nieukształtowanymi całkowicie skrzydłami wzdryga się. Domyśla się od razu, kim są jego ojcowie. Uważa, że powinna poinformować o tych wydarzeniach partnera, chociaż czyni to niechętnie, gdyż dalej ma uraz po tych okolicznościach.
– Nieważne jaki on jest i kto jest jego ojcem, ale razem go wychowamy – pocieszył ją. – To jest nasz Alaturs. – kontynuował jak natchniony.
– Nie mogę znieść jego widoku – wzdraga się.
15. Wychowanie Alatursa.
Medea nie bierze na siebie wychowania swego dziecka, więc spoczywa to na barkach jej ukochanego. Jest to mało komfortowa sytuacja dla Syzyfa, bo musi podejmować się nauczania podczas krótkich przerw pomiędzy różnymi etapami swej kary, ale także dla dziecka, które wymaga stałej uwagi. Dodatkowo dba o bezpieczeństwo partnerki, które zakłócić może głównie strażnik, toteż pilnie go obserwuje. Na szczęcie, jak na razie nie wykazuje żadnych form agresji, być może wygląd stworzenia skutecznie go do tego zniechęca. Opiekun zaczyna swoje szkolenie od nauki prawidłowego chodzenia. Pokazuje mu jak on powinien prawidłowo zginać swoje kończyny i w jakiej kolejności przemieszczać je do przodu. Stworzenie jest nad wyraz pojętne, bo bez żadnego wsparcia ze strony mentora podejmuje kolejne próby, aby dojść do doskonałości w samodzielnym przemieszczaniu się, mało tego czyni to raz za razem z coraz większą szybkością. Po pewnym czasie potrafi już w mig przebiec drogę od wierzchołka do podnóża góry i na odwrót. Przy tym rośnie znacznie szybciej niż dziecko nie wywodzące się od żadnego boga, już po roku jest wielkości dorosłego człowieka. Kiedy Syzyf przemawia do niego, to on w odpowiedzi wydaje tylko ryk. Stworzenie nie potrafi się wysłowić, ale rozumie co się do niego mówi. Wykonuje posłusznie polecenia wydawane mu przez opiekuna. Kiedy istota kończy dwa lata, to Syzyf zwraca się do stworzenia.
– Powinieneś nabyć umiejętności latania – wykazał troskę. – Istota pokiwała głową potakująco.
Rozwiń skrzydła. – wydał polecenie.
Stworzenie rozpościera je, ale efekty tego są raczej niewielkie.
– Muszą ci urosnąć skrzydła, bo takie nie utrzymają twojego ciężaru – odkłada naukę.
Stworzenie w samotności nieustannie ponawia próby rozkładania skrzydeł. Ponieważ nader szybko one się rozrastają, to raz za razem może je rozprostowywać do coraz większych rozmiarów. Jednocześnie rośnie jego tułów. Po miesiącu Syzyf stwierdził, że nadszedł już właściwy czas, aby Alaturs podejmował próby latania. Prowadzi go w pobliże wierzchołka.
– Skacz na dół najdalej jak tylko możesz – udzielił wskazówki.
Stworzenie pokornie usiłuje ją wykonać, ale ląduje w niewielkiej odległości. Przeciwstawia się zwątpieniu, gdyż zamierza uzyskać wspaniałość w tej sferze. Na skutek tego, iż jest uparty i pobudzony do działania, to raz za razem poprawia swoje osiągnięcie, więc po miesiącu wreszcie ląduje u podnóża góry.
– Wzbij w powietrze najwyżej jak tylko potrafisz – podał instrukcję.
Stwór potulnie wysila się, aby ją spełnić, ale ta wysokość nie należy do najbardziej udanych. Nie poddaje się, bo chce dojść do doskonałości w tym zakresie. Dzięki temu, że jest wytrwały i zmotywowany podnosi się coraz wyżej, aż w końcu po dwóch tygodniach unosi się wysoko ponad wierzchołek góry, lecz zaraz ląduje w pobliżu miejsca, z którego wzlatywał.
– Skacz jak najdalej i wzbij się jak najwyżej jednocześnie – przekazał zalecenie.
Alaturs posłusznie to wykonuje, lecz połączenie skoku w dal i wzlatywania nie przynosi spodziewanych rezultatów. Przykłada się do tego, ponieważ pragnie już latać. Sukcesywnie robi wszystko, aby jego lot był jak najdłuższy. Nadchodzi przełomowy czas, kiedy krąży wysoko pond szczytem i potrafi to robić, tak długo ile tylko chce. Medea obserwowała z ukrycia jak Alaturs pod wpływem Syzyfa dorastał i nabywał prawidłowych umiejętności, teraz jednak patrzy z podziwem na lot jej dziecka. Syzyf patrzy na niego, nie tylko z podziwem ale i dumą, ponieważ przyłożył swoją rękę do jego efektownego szybowania. Po trzech miesiącach stworzenie pokazuje swój majestat, w całej okazałości. Uzyskuje już ostateczną wielkość, tak olbrzymią, że na jego grzbiecie zmieszczą się dwie dorosłe osoby, natomiast para jego skrzydeł po rozpostarciu jest pięć razy dłuższa od grzbietu, a jego czarna sierść kołysze się w rytm powiewu wiatru oraz błyszczy w słońcu.
16. Pokonanie fatum Syzyfa
Alaturs krąży znacznie powyżej wierzchołka. Dostrzega, jak strażnik obija batem jego opiekuna, który puszcza głaz i podąża za nim. Nie podoba mu się w ogóle ta sytuacja, więc zamierza odstraszyć oprawcę. Natychmiast podchodzi ostrym łukiem ku celowi, a potem zbliża się do niego od przodu. Dostał od oprawcy baty po ciele, co jeszcze bardziej go rozwściecza. Wpada na niego z impetem i powala go na ziemię. Następnie bierze go w swoje mocne łapy, zgniata go, a kręgosłup jego ofiary trzaska w drobny mak jak łupina orzecha. Później oddziela kości od ciała, które na koniec pożera. Tym samym Alaturs usuwa z drogi skazańca jego oprawcę. To pozwala skazańcowi bez żadnych przeszkód wtoczyć głaz na sam szczyt i pozostawia go tam. Obserwuje go jakby bał się, że jakaś nieznana siła jednak go wypchnie z wierzchołka. Nie może w to jeszcze uwierzyć, ale głaz ciągle tam tkwi niewzruszenie. Syzyf stwierdza z triumfem, że pozbywa się wreszcie swego fatum, a na jego zmęczone oblicze wstępuje uśmiech. Medea patrzy na te wydarzenia z otwartymi oczami. Syzyf wraca do swojej kobiety, która przerywa ciszę.
– Dzięki Alatursowi jesteś już wolny – zaczęła przekonywać się do stworzenia. – Teraz nic już nas tu nie trzyma. Możemy już na stałe opuścić to przeklęte miejsce – kontynuowała radośnie.
– Jak znajdziemy drogę do krainy żywych? – zaniepokoił się.
– Na pewno znajdziemy jakiś sposób – oświadczyła pełna entuzjazmu – Na razie polecimy na Alatursie, byle jak najszybciej się stąd oddalić.
– Dobrze –poparł ją .
Syzyf obejmuje Medeę w talii, a ona zakłada swoje ręce za jego szyję, a jego mocne usta lgną do jego namiętnej buzi.
17. Błądzenie w Tartarze
Medea przywołuje swojego syna, który podlatuje do niej natychmiast i przytula do jej piersi przyjaźnie. Ona nie zajmowała się nim na co dzień, on jednak czuje do niej silną więź emocjonalną. Matka głaska go czule po głowie, a on mruczy zadowolony. Po zakończeniu pieszczot wsiada na jego grzbiet a Syzyf zaraz do niej dołącza. Pasażerowie kurczowo przywierają nogami do grzbietu, a ich ręce chwytają się sierści. Na polecenie Medei wzlatują w krwawą łunę dnia. Odwracają się, aby z dalekiej perspektywy zobaczyć ostatni raz miejsce ich cierpienia. Doznają uczucia ulgi, gdyż nareszcie mają to już za sobą. Wracają do właściwej pozycji w czasie lotu. Patrzą w odległą dal przed nimi, a ich myśli kierują się ku nowej lepszej przyszłości. Lecą ciągle naprzód. Robią tylko przerwy, aby stworzenie odpoczęło. Pod nimi czasem majaczą jakieś postacie. Nie szukają z nimi kontaktu. Nie chcą mieć nic więcej do czynienia z tym miejscem. Mijają niezmiennie: szczyty, wzgórza, wzniesienia. Lecą już tak cały tydzień, a perspektywa ich dalszego lotu nie jest wcale zachęcająca, bo wszędzie wokół znajdują się tylko rozległe łańcuchy górskie.
– Kiedy wreszcie się stąd wydostaniemy? – zdenerwowała się.
– Transportowano nas do Tartaru jakąś drogą – próbował znaleźć rozwiązanie ich problemu. – Mieliśmy wprawdzie wtedy zasłonięte oczy, ale ta sama droga powinna prowadzić z powrotem. Tylko trzeba ją znaleźć.
– To jak szukanie igły w stogu siana – oznajmiła zniechęcona. – Pozostaje nam wyczuć tę drogę intuicyjnie? – zażartowała przez łzy.
– Chwileczkę – zamyślił się. – Do odnalezienia drogi powrotnej użyjemy znakomity węch Alatursa. – skorzystał z mimowolnej sugestii Medei i oświadczył entuzjastycznie, a ona szeroko otworzyła oczy ze zdumienia. – Będzie szukał najmniej cuchnącego wyziewami siarki miejsca w całym Tartarze – kontynuował Syzyf.
Przekuwają w czyn jego pomysł. Para kochanków zdaje się od tej chwili wyłącznie na nos stworzenia, które jest świadome ich planu. Intensywność zapachu wyczuwana przez nos Alatursa jest powiązana z prędkością lotu. Im szybciej leci, tym większy odór. Jeżeli zwalnia daje sygnał, że zapach jest coraz mniejszy. Krążą nad górami po trasie zbliżonej do spirali zataczając coraz większe okręgi. Przelatują akurat nad znajomą górą, gdzie przeżyli tyle trudnych chwil. Nie sądzili, nawet w najśmielszych przypuszczeniach, że jeszcze tutaj powrócą. W końcu znika z horyzontu. Lecą kilka dni stałym tempem. Nagle Alaturs zwalnia. Znajdują się coraz bliżej celu poszukiwań. Teraz stworzenie musi go tylko doprecyzować. Od miejsca, w którym się teraz znajdują leci dziesięć kilometrów w jedną stronę, wraca do punktu wyjścia, a potem tyle samo w przeciwnym kierunku. Przy pomocy nosa wyznacza na tym odcinku punkt, gdzie czuje jeszcze coś nie coś oparów siarki. Potem frunie wzdłuż prostej prostopadłej do uprzedniego odcinka przecinającej określony punkt, analogicznie jak wcześniej, wytycza tam punkt, gdzie odczuwa wyjątkowo znikomą ilość wiadomego pierwiastka. Nieoczekiwanie Alaturs zatrzymuje się nad jakąś górą. Pasażerowie okazują uczucie podniecenia. Spoglądają uważnie na wierzchołek.
– Wygląda na to, że znajdujemy się teraz nad wyjściem z Tartaru? – oznajmił radośnie.
Stworzenie osiada na wzniesieniu, a pasażerowie schodzą z jego grzbietu. Przeszukują dokładnie całe wzniesienie. Ostatecznie znajdują jakąś szczelinę, przez którą dostają się do jaskini. W jednej ze ścian dostrzegają jakiś otwór, ten okazuje się wejściem do tunelu. Podążają nim przez kilka dni prosto. Potem droga się obniża, jak gdyby dostali się do podziemnego przejścia. Kroczą nim prosto przed siebie już kilkanaście dni. Ciemność panującą w czasie ich wędrówki rozpraszają odbłyski kamieni szlachetnych poniewierających się na ich drodze. W końcu wydostają się z niego. Nieoczekiwanie znajdują się tuż przed samym Cerberem, który przekazał im pieniądze i przepuścił dalej. Widok strażnika świata umarłych schodzącego z drogi to balsam na skołatane dusze i napiętnowane ciała. Zapłacili Charonowi, który potem przewiózł ich na drugą stronę Styksu. Co za miła odmiana. Po długim okresie zmagania się z cierpieniem i walczenia z trudami Tartaru oddychają z ulgą, bowiem nareszcie dostają się do świata żywych. W tej przełomowej dla nich chwili ogarnęła ich dogłębna radość. Patrzą teraz z zachwytem na pospolity krajobraz i czyste jak łza niebo, ale wywołują tak cudowne wrażenia, bo dawno tego nie doświadczyli. Wchłaniają łoskot koła młyńskiego, które obraca się pod naporem huczącego strumienia wody pochodzącego ze wzburzonego ryczącymi falami oceanu, skrzypienie łopatek wiatraka wprawianego w ruch przez zawodzący wiatr. Pochłaniają śpiew ptaków znajdujących się pośród szeleszczących liści drzew i krzewów kołysanych wiatrem oraz aromatu owoców zwisających z gałęzi, a także urozmaicone odgłosy wydawane przez zwierzęta domowe i dzikie. Chłoną terkot wózków, które ciągną zwierzęta lub ludzie pośród szmeru trawy umajonej barwnymi roślinami.
18. Walka o tron
Docierają do Koryntu. Stworzenie ląduje przed pałacem wzbudzając przy okazji wielkie zainteresowanie wśród świadków tego zdarzenia. Pasażerowie schodzą z grzbietu Alatursa. Uzgadniają ze sobą, jakie powinni podjąć dalsze kroki. Ona poczeka na zewnątrz, a on spróbuje porozmawiać z obecnym władcą tego miasta. Tak długo go tu nie było, że na widok pałacu ogarnia go uczucie radości, a po plecach przechodzą ciarki. Podchodzi do wejścia, a wartownicy krzyżują halabardy uniemożliwiając mu przejście. Syzyf przedstawia się i oznajmia im po co przyszedł. Oni rozpoznają go, ale obowiązuje odpowiednia etykieta dla wszystkich, bez żadnego wyjątku. On zdaje sobie z tego sprawę, bo kiedy on był władcą wymagał tego samego od innych, a teraz sam ubiega się o udzielenie mu audiencji. Inny wartownik znajdujący za nimi zamawia mu posłuchanie na jutro. Powraca do swoich towarzyszy. Postanawiają poszukać miejsca, gdzie będą mogli odpocząć. Nigdzie nie chcieli przyjąć Alatursa. Ostatecznie, aby nie zwlekać z odpoczynkiem wybierają pierwszą lepsza gospodę. Ich środek lokomocji zostaje na zewnątrz. Zamówili posiłek na tyle duży, aby wystarczyło dla wszystkich. Pałaszowali w milczeniu. Medea zaniosła też odpowiednią ilość dla stworzenia. Poszli natychmiast spać. Muszą koniecznie odpocząć, bowiem następnego dnia staną przed wyzwaniem, który zadecyduje o dalszym ich losie. O wyznaczonej porze podążają do pałacu. W trakcie wędrówki Medea zwraca się do Syzyfa.
– Na pewno sobie poradzisz, ale w razie kłopotów zawołaj nas, a my przyjdziemy ci natychmiast z pomocą – podtrzymała go na duchu, a także zapewniła go o swoim wsparciu, jak zawsze.
Pojawiają się przed pałacem. Syzyf pod eskortą gwardzistów zmierza do sali tronowej i staje w końcu przed obliczem króla, który ma na sobie lniany chiton spinany na ramionach klamrami, przepasany w pasie, status społeczny podkreślał złoty pierścień, natomiast jego małżonka posiada chiton ozdobiony haftami spinany na ramionach broszami, szyję ozdabia złoty naszyjnik. Przybysz rozpoznaje w nim swego byłego przełożonego gwardzistów, a w niej, ku jego wielkiemu zaskoczeniu, swoją żonę Merope. Ona rozpoznaje swego męża i jest zdziwiona jego obecnością. Nie może spojrzeć mu prosto w oczy, bowiem ma teraz wyrzuty sumienia, że okazała się osobą niewierną, ale wyraźnie czuje na sobie jego wzrok.
– Nie jestem tym zachwycony, że on przejął po nim stery rządów – pomyślał. – Ale trudno, taka jest kolej rzeczy. Bardziej doskwiera mi to, że ożenił się z moją żoną. Nie byłem przy niej obecny, mimo wszystko spodziewałem się, że dochowa mi wierności. Władca przerywa ciszę.
– Wiem kim jesteś – poznał swojego byłego króla – Z tego co pamiętam zostałeś skazany – nie okazał żadnego szacunku dla byłego przełożonego. – W jaki sposób opuściłeś Tartar?
– Ważne jest to, w jaki celu tu przyszedłem – Syzyf naprowadził na właściwe tory rozmowę.
– Czego chcesz? – rzucił ozięble.
– Zamierzam odzyskać tron – oświadczył.
– Chcesz sam walczyć z moim wojskiem? – okazał zainteresowanie.
– Niedługo się dowiedzą kim jestem, a wtedy na pewno do mnie dołączą – ostrzegł go.
– Nie będziesz miał na to okazji – zaskoczył podstępnie.
Tajnym gestem ręki przywołuje natychmiast najwierniejszych gwardzistów, którzy błyskawicznie obezwładniają Syzyfa, a potem wiążą ręce i kneblują usta. Prowadzą go do więzienia. Pozostaje sam w celi.
– Traktują mnie jak niebezpiecznego przestępcę, lub co jeszcze gorsze, jak wroga – nachodziły go ponure myśli. – Tak pragnąłem odzyskać tron, jednak nie szukałem żadnej zemsty na swoich podwładnych, ani nie chciałem przelewać ich krwi.
Medea już zniecierpliwiona przeciągającą się nieobecnością Syzyfa podchodzi do wejścia. Ponieważ wartownicy nie zamierzali jej przepuścić, to do akcji wkroczył Alaturs, który swoim impetem odpycha ich na boki. Wpadają do środka sali tronowej.
– Jakim prawem tutaj się wdzieracie? – wypala oburzony.
– Gdzie jest Syzyf – rzuciła zaniepokojona.
– Kim wy jesteście? – zmienił temat.
– Jesteśmy bliskimi Syzyfa – wyjaśniła.
– Jest wrogiem królestwa – oświadczył groźnie.
– Jest wrogiem nie królestwa, ale ciebie – rzuciła prosto z mostu.
– Wy także jesteście wrogami królestwa – wypalił złowrogo.
Na znak władcy gwardziści ustawiają piki gotowe do ataku, a następnie momentalnie podchodzą do przybyszy. Wtedy Alaturs rycząc przeraźliwie rozszarpuje ich ciała na strzępy, które lecą we wszystkie strony. Do jęków konających hoplitów dołącza się także przeraźliwy trzask ich kości. Merope zdjęła naszyjnik z odrazą, jakby ją palił i wyrzuciła daleko od siebie, a na czas walki ukryła się za tronem Po dokonaniu spustoszenia wśród gwardzistów stworzenie zwraca groźne spojrzenie na zatrwożonego w tej sytuacji króla, który w popłochu próbuje umykać z placu boju, a jednocześnie stara się przywołać do pomocy żołnierzy znajdujących się na zewnątrz, ale bezskutecznie. Alaturs błyskawicznie go właśnie dopada i postępuje z nim tak samo bezlitośnie, jak z gwardzistami. Medea podchodzi do strwożonej kobiety.
– Nie bój się – uspokoiła ją. – Nie zrobimy ci krzywdy. Idź, gdzie chcesz.
– Syzyf jest w więzieniu – okazała wdzięczność za darowanie życia. – Zaprowadzę was tam.
Medea i stworzenie podążają za nią. Opuszczają salę tronową, idą korytarzem, przechodzą przez wejście prowadzące do podziemi, ostatecznie znajdują przed celami więziennym. Teraz Medea wywołuje go, aby jego głos wskazał jej właściwą celę, a poszukiwanie zakończyła z powodzeniem. Alaturs wyłamuje drzwi, natomiast Medea uwalnia ukochanego z więzów i knebla. Powiadamia go o tym, co się zdarzyło podczas jego nieobecności, tak więc nic nie stoi mu już na przeszkodzie, aby objąć tron. Na koniec wpadają sobie w ramiona i całują się w usta. Była żona patrząc na to czuje się nieswojo, bo sama powinna znajdować w położeniu tamtej. Stworzenie i jej rodzicielka zamierzają się pozbyć się śladów walki, więc zbierają szczątki ofiar i wyprowadzają poza pałac i zakopują. Po powrocie Medea czyści z krwi marmurową posadzkę, o wzorze w kształcie pogrubionych kwadratów z gwiazdą sześcioramienną w środku. Merope szukała tylko okazji, aby na osobności porozmawiać z Syzyfem, a teraz trafiło się jej jak ślepej kurze jajko.
– Z utęsknieniem pragnęłam twego powrotu i dochować ci wierności, ale twój następca wywierał na mnie presją psychiczną – mówiła z przejęciem. – Dał mi wyraźnie do zrozumienia, że jeśli nie przyjmę jego oświadczyn, to wygna mnie z pałacu i odda do domu publicznego. Co mogłam innego zrobić?
– Przykro mi, że nie mogłem ci pomóc – współczuł jej.
– Jeżeli nie masz nic przeciwko temu, to chcę znowu z tobą być – zapewniła go o swej miłości.
– Mam już kogoś – stwierdził przecząco. – Razem przeżyliśmy ciężkie chwile, to nas bardzo połączyło.
– Rozumiem – wyraziła smutno.
– Możesz zostać w pałacu – zatroszczył się.
– Jestem ci wdzięczna – ucieszyła się. – Nie wszystko jest jeszcze stracone – dosięgła ją myśl dodająca otuchy.
Ci, którzy coś wiedzieli o ostatnim incydencie powiadamiają innych, a tym samym najnowsze wiadomości z pałacu docierają do coraz większej liczby osób. Świta pałacowa, straż przyboczna i hoplici kwaterujący w koszarach okazując duże zainteresowanie wybiegają na dziedziniec i czekają z niecierpliwością na dalszy przebieg zdarzeń. Do zgromadzonych ludzi właśnie wychodzą bohaterowie tych wydarzeń, na czele Syzyf i Medea, a za nimi Alaturs. Syzyf wygłasza do obywateli przemówienie.
– Dotychczasowy król nie żyje, a ja zmierzam objąć rządy, zresztą powtórnie, bowiem już byłem władcą Koryntu, a dla tych, którzy nie wiedzą kim jestem powiem tylko, że moje nazwisko brzmi Syzyf, ale zapewne niektórzy z was mnie jeszcze pamiętają – oświadczył uroczyście. – Domagam się, aby wszyscy z was starali się postępować w odpowiedni sposób oraz swoje zadania dokonywali z oddaniem, a niech zachęci was do tego moja dewiza: za należycie wykonywaną pracę będzie dobra płaca. Nikogo nie będę pouczał, co kto ma robić, bo każdy wie, co do niego należy. Powiem tylko ogólnie, urzędnicy reprezentujący pałac powinni uczynić wszystko, co tylko w ich mocy, aby obywatele miasta Korynt żyli w dostatku i byli szczęśliwy, a na tych, którzy nie sprostają tym obowiązkom czeka koniec kariery w tej rezydencji – ostrzega stanowczo. – Niedługo wasza królową zostanie Medea, która stoi przy mnie.
– Czy to nie ta morderczyni, która została wygnana z Koryntu? – odezwał się ktoś z tłumu.
– Nie możemy na to pozwolić, aby taka osoba przebywała między nami – zaprotestował inny osobnik.
– Powinna stąd odejść – wysunął stanowczą sugestię pewien jegomość.
Mówca dostrzega rozprzestrzeniające się niezadowolenie i natychmiast reaguje.
– Ona dopuściła się okrutnych zbrodni, ale uczyniła to w afekcie, ponieważ jest bardzo wrażliwa – wziął ją w obronę. – To jest już całkiem inna kobieta, która ma serdeczne oblicze i okazuje empatię. Jeżeli jednak obudzi się w niej nikczemna natura, to sam ją wypędzę – obiecał, że potraktuje ją obiektywnie. Powinniście dać jej jednak czas, aby miała szansę przekonać was do siebie. Ja jej kiedyś zaufałem i nie żałuję tego do tej pory – nalega, by słuchacze przychylili się do jego zalecenia.
Publiczność jest pod ogromnym wrażeniem przemowy.
– Niech żyje król Syzyf – zebrani ludzie wypowiedzieli się jeden przez drugiego. – Niech Medea się wykaże.
19. Ofiary Alatursa
Nad ranem Alaturs odbywa liczne przeloty po okolicy. Poznaje jakże urozmaicony krajobraz. Najpierw kieruje się nad miasto. Dostrzega domy naznaczone indywidualnym stylem zamieszkujących je ludzi, którzy wykonują zwykłe i monotonne czynności. Zwraca się nad łąki, gdzie mieszkańcy pilnują zwierząt domowych wypuszczonych na popas, a wygląd owiec czy kóz sprawia, że aż mu ślinka cieknie. Przelatuje nad górami pokrytymi gdzieniegdzie oazami krzewów i karłowatej roślinności, a kiedy jego cień pada nad stokami, to dzikie zwierzęta uciekają przed nim w popłochu. Zamierza przekonać się, czy potrafi wyprzedzić krążące wokół niego dzikie ptaki, ale żaden z nich nie pozostawia mu nawet nikłych złudzeń, one są niestety dla niego szybsze. Tylko nie wie, czy one podjęły wyzwanie, czy umykają ze strachu przed nim. Zmierza w kierunku zatoki, gdzie znajduje się port. Statki kołyszą się w rytm przypływów i odpływów wzburzonych fal morskich. Rybacy walczą z żywiołem. Jednocześnie zarzucają sieci, które wkrótce zapełniają się rybami. Cały dzień ogarniała go żądza, aby skosztować apetyczne zwierzę. Nareszcie nastaje noc, a więc nadarza się znakomita sposobność, aby zaspokoić swoje pragnienie. Na myśl o tym odzywa się w nim instynkt drapieżcy. Swobodnym lotem po cichu podlatuje tam i krąży nad zagrodą. Lotem koszącym zbliża sią do celu, z impetem porywa beczącą owcę i błyskawicznie wzlatuje, aby uniknąć spotkania z właścicielem. Następnie ląduje na odludnym wzniesieniu przystępuje do spałaszowania ofiary. Tak mu się to spodobało, że robi to samo każdej następnej nocy, raz to jest koza, kiedy indziej baran, a przy następnej okazji kura. Tymczasem hodowcy przeliczają swoje zwierzęta, ale ciągle stwierdzają braki w swoich stadach, same nie mogły przecież wyleźć, wszak zagrody są zamknięte. W nocy po ciemku obserwują swoje trzody, bowiem zamierzają złapać złodzieja na gorącym uczynku. Nagle jeden z nich dostrzega, że coś w oddali leci na niebie, a po chwili, kiedy podleciało bliżej, to rozpoznaje w nim Alatursa, który jest nieświadomy tego, że jest obserwowane, a więc robi to samo co poprzednimi nocami. Hodowca nareszcie dowiaduje się, kto przyczynia się do ich strat.
– Zapewne porywa je, by potem je pożreć – uzmysłowił sobie.
Powiadamia o wszystkim innych hodowców, a potem wybierają jednego, który będzie mówił w ich imieniu, a nad ranem idą wszyscy razem z poselstwem do króla.
– Alaturs porywa nasze zwierzęta – przedstawiciel udzielił informacji. – Ponosimy coraz większe straty. Prosimy, aby król znalazł wyjście z tej sytuacji.
– Na pewno nie pozostanę obojętny na wasz problem-uspokoił ich.
– Przykro mi to mówić, ale jeżeli nie zaprzestanie swojego procederu, to może powinien stąd odejść – posunął się już do straszenia.
– Rozumiem wasz gniew, jednak nie powinniście grozić królowi – okazał już wyraźne zdenerwowanie. – Mogę wam obiecać, że już do tych przykrych incydentów nie dojdzie.
– Proszę o wybaczenie – zakłopotał się. – Dziękuję za wysłuchanie.
Mieszkańcy wychodzą. Medea jest zaniepokojona o los dziecka i natychmiast zwraca się do Syzyfa.
– Nie pozwolę go wypędzić – oznajmiła stanowczo.
– Nie dopuszczę do tego, jednak musimy go pilnować – spróbował ją ułagodzić – Owca musi być cała i wilk syty.
– Co chcesz zrobić? – zainteresowała się.
– Jeszcze nie wiem – król wycedził słowa powoli, jakby do siebie.
20. Budowla dla Alatursa
Syzyf dokonał dokładnej analizy problemu i powiadomił o tym ukochaną.
– Zbudujemy dla niego kryty labirynt – oznajmił z entuzjazmem.
– To będzie dla niego więzienie – okazała niezadowolenie. – Nie zgadzam się na to – zaprotestowała stanowczo.
– Zamierzam zbudować duży obiekt z systemem korytarzy, w którym będzie mógł nawet latać. – postarał się ją przekonać.
Obrażona na ukochanego Medea milczy i odchodzi w posępnym nastroju.
Następnego dnia zaczynają się przygotowania do budowy labiryntu. Władca przeznacza na to ogromne fundusze, a wieść o tym dociera nie tylko do miejscowych, ale nawet do mieszkańców okolicznych miast, a skuszeni zarobkiem ludzie ściągają ze wszystkich stron tłumnie. Część kamieni dostarczają okoliczne góry, a pozostałą ilość zamawia się w sąsiednich miastach. Ponadto król wydał dyspozycje umyślnemu, aby codziennie łapał dzikie zwierzęta i przywiązywał je do drzewa za nogi. Przeznaczone są one dla
Alatursa, który wtedy łatwo łapie zwierzynę, a jednocześnie jest pewny, że sam sobie ją upolował. Medea cały czas ma na niego oko, aby przypadkiem nie zboczył z właściwej drogi. Pracowników podzielono na odrębne zespoły, a każdemu przydzielono inne zadanie. Pierwszy odłamuje kilofami bryły, następny przy użyciu dłut nadaje im kształt sześcianu, kolejny gładzi je, a jeszcze inny ustawia je na właściwym miejscu. Wznoszenie budowli odbywa się w systemie zmianowym, aby nie było żadnych przestojów. Statki przywożą bryły do portu, gdzie obsługa portu je rozładowuje. Następnie robotnicy transportują je przy użyciu pali okrągłych, które podkładają pod bryły, a później przetaczają je po nich, i tak w kółko, a mozolą się z tym dotąd, aż dotrą na miejsce budowy. W ten sposób po tygodniu pokryte dachem pomieszczenie jest już gotowe. Budowla rozrasta się wokół segmentami, najpierw kończy się to, co się już zaczęło, a dopiero potem tworzy się następną część obiektu.
21. Nakłanianie do powrotu
Merope widzi, że popsuły się relacje między Syzyfem a Medeą, jednocześnie dostrzega w tym szansę dla siebie, którą zamierza wykorzystać. Odszukanie króla zajęło jej trochę czasu, ponieważ ostatnio jest bardzo zajęty nadzorowaniem prac budowlanych i często zmienia miejsce kontroli. Nareszcie udało jej go złapać.
– Chcę z tobą porozmawiać o naszej przyszłości – oświadczyła.
– Co masz na myśli? – zaintrygował się.
– Pragnę do ciebie wrócić – otwarcie postawiła wszystko na jedną kartę.
– Przecież dobrze się rozumieliśmy. Nie musiałeś mi niczego dwa razy tego samego powtarzać, od razu wiedziałam, co mam uczynić – udowodniła, że są do siebie stworzeni. – Kiedy byłeś po raz pierwszy w Tartarze zrobiłam, tak jak chciałeś. Nie pochowałam cię zgodnie z ceremoniałem greckim. Zrobiłam to też dlatego, żebyś wrócił nie tylko do krainy żywych, ale i do mnie. Nieważne, że potem podjęliśmy wybory przeciwko nam, bo to nie nasza wina, to fatalny zbieg okoliczności. Nigdy nie powinniśmy się rozdzielać, a teraz możemy to naprawić.
– Tak to prawda, mogłem na ciebie liczyć w każdej sytuacji – zgodził się z nią.
– Sam widzisz – uradowała się.
Ujmuje jego ręce, a on nie opiera się temu.
22. Złożenie ofiar
Medea nie uczestniczy przy budowie labiryntu, bo nie chce przykładać ręki do tego, czego nie popiera, ale cały czas ma ją pod kontrolą, by mogła zaprotestować, gdyby stwierdziła, że jakiś element budowli jest zanadto niekorzystny dla Alatursa. Dostrzega z ubolewaniem, że ostatnio się nie zgadza z Syzyfem, ale nie zamierza przejść nad tym do porządku dziennego, więc występuje z propozycją.
– Dzisiejszego wieczoru składam ofiarę w świątyni w intencji szczęścia rodzinnego – pierwsza wyciągnęła rękę do porozumienia. – Jeśli spędzimy ze sobą więcej czasu, to może poprawimy nasze nadwątlone relacje. Czy pójdziesz tam ze mną?
– Dzisiaj nie mogę, bo muszę dopilnować jakości nowej dostawy – odmówił jej pod byle pretekstem, bo nie cierpi chodzić do świątyni.
– Przykro mi – zasmuciła się.
Medea wyszła, jednak jej słowa nie dają mu spokoju, Jakby tego było mało, to ma rozdarte serce i szamocze się w uczuciach zarówno do Medei, jak i Merope.
– Czy mam powrócić do żony, czy ożenić się z Medeą – trudne pytanie zaprzątnęło jego umysł. – Przemyślę wszystkie argumenty za i przeciw, żeby dokonać właściwego wyboru, jednak przyjdzie mi to z bólem serca, bo któraś na tym ucierpi. – Razem z Merope przez długi czas pokonywałem trudy życia – przypomniał sobie z rozrzewnieniem. – Tego nie mogę i nie chce wymazać z pamięci, bo wciąż czuję do niej przywiązanie. Zachowuje się zwyczajnie, mimo to potrafi darzyć mnie miłością, zawsze jest gotowa, aby poświęcić się dla mnie, mogę całkowicie na niej polegać, gdyż nie potrafi intrygować na moją szkodę. – Potrzebuje chwili przerwy, żeby nasycić umysł jej wizerunkiem. – Natomiast Medea to zupełne jej przeciwieństwo – przywołał wspomnienia związane z drugą ukochaną kobietą. Ona ma tak bogatą osobowość, że pochłania mnie na wskroś odkrywanie u niej ciągle czegoś nowego, jednak nie bez satysfakcji z mojej strony. Targają nią nieokiełznane uczucia, przez co jest zupełnie nieprzewidywalna, ale właśnie to pociąga mnie w niej bez reszty. Kogo mam zatem wybrać – nastąpiła długa chwila wahania, bo odwlókł podjęcie trudnej decyzji. – Dopiero w tej chwili zdaję sobie sprawę, że świeże wydarzenia biorą u mnie górę na dawnymi przeżyciami, a to oznacza, że chcę mieć przy swoim boku Medeę – uzmysłowił sobie powoli, a zarazem uroczyście.
Wieczorem Medea zmierza do świątyni w towarzystwie sług, którzy przewożą na wozie związane zwierzęta ofiarne, byka dla Zeusa oraz jałówkę dla Hery. We wnętrzu budowli sakralnej znajduje się wygładzony głaz ofiarny. W środku jest wydrążony otwór. Na jego dnie leży czara. Słudzy w pierwszej kolejności umieszczają byka na głazie, aby uhonorować najważniejszego boga. Kapłan odziany w purpurową tunikę potęgująca posępną atmosferę za pomocą noża odcina głowę, rozpruwa tułowie i wyciąga wnętrzności. Natomiast krew spływa obficie do naczynia, a kiedy już zaprzestanie, to Medea uroczyście bierze go do ust i pije jego zawartość. Nieoczekiwanie zjawia się tam Syzyf, a kobieta otwiera oczy z powodu zaskoczenia, ale zaraz jej oblicze rozpogadza się. Ceremonia została wstrzymana. Syzyf zwraca się do niej.
– Chcę ci towarzyszyć w obrzędach – postanowił wkraść się w jej łaski.
– Oczywiście – zgodziła się, mimo tego, że miała do niego żal. – Czy poradziłeś sobie z kłopotami przy budowie? – zatroszczyła się.
– Nic nie jest ważniejsze od ciebie – oznajmił podniośle. – Ujmuje jej dłonie, a potem kontynuował. – Pragnę z tobą być na zawsze, chcę dzielić z tobą przyjemne chwile, ale także, oby jak najmniej, wspierać cię podczas przykrych momentów – oświadczył się. – Czy zostaniesz moją żoną, a zarazem królową Koryntu?
– Tak, ale skończmy najpierw obrzędy – przywróciła zarówno siebie, jak i ukochanego do porządku, ze względu na powagę sytuacji, jednak jej usta ozdobił życzliwy uśmiech.
Rytuał zostaje wznowiony, a więc przyszedł teraz czas na poświęcenie jałówki. Kapłan robi z nią to samo, co poprzednio z bykiem. Medea bierze napełnione naczynie i upija z niego część krwi, apotem podaje przyszłemu mężowi. W ten oto sposób ofiary dla bogów dokonały się.
23. Małżeństwo
Syzyf daje urzędnikom pałacowym tydzień na przygotowania do uroczystości weselnej, a oni biorą się natychmiast do wykonywania swoich zadań, dwoją się i troją, aby zdążyć na czas i nie zawieźć króla. Sprowadzają z innych miast drogocenne materiały krawieckie potrzebne do uszycia tunik i szarf oraz broszki, a osadzone w nich doskonale wyszlifowane na gładko diamenty, szafiry, rubiny oraz szmaragdy barwnie połyskują. Natomiast kucharze gromadzą zapasy żywności, które uświęcą stoły i sprawią rozkosz dla podniebienia. Tymczasem Medea każe swoim służkom przygotować okazałe stroje weselne zarówno dla niej, jak też dla ukochanego. Bez przerwy nadzoruje proces szycia, bo chce być całkowicie pewna, że stroje i szarfy będą doskonale wykonane, godne pary królewskiej, nie pozostawia nic przypadkowi. Przez cały czas przygotowań do ślubu chcą zachować tradycję, dlatego mieszkają w osobnych komnatach. Nadchodzi dzień zaślubin. Na początku odbywa się biesiada. Zaproszono na nią najbardziej wpływowych i zaufanych przedstawicieli świty pałacowej. Całe to towarzystwo zasiada do suto zastawionego stołu. Każda osobistość znajduje tam coś, co spełnia jego indywidualne wymagania smakowe. Wśród nich znajduje się też Merope, w której tliła się jeszcze niedawno znikoma iskra nadziei, ale ostatecznie prysła niczym bańka mydlana. Musiała pogodzić się z tym, że to nie ona zostanie żoną Syzyfa. Pomoc kuchenna wnosi na półmiskach upieczone kawałki wołu i świni. Obok ustawiają już całe kury i ryby. Na deser wnoszą kolejno, następujące owoce: jabłka figi, granaty. Ponadto podają amfory z winem, które polewa się obficie. Wokół panuje przyjemna i radosna atmosfera, a podczas degustacji biesiadnicy prowadzą ożywione dyskusje przeplatane żartami, często rubasznymi, a dla zaspokojenia wrażeń słuchowych przygrywają muzycy na lirze , fletni pana, instrumentach perkusyjnych oraz aulosie. Syzyf bierze swoją oblubienicę w ramiona, natomiast ona obejmuje go za szyję, a potem podążają w takt muzyki do tańca i zatracają się w ekstatyczny nastrój. Nieuchronnie zbliża się koniec uczty. Niektórzy uczestnicy upojeni winem dokładnie nie pamiętają, kiedy dokładnie złożyli głowy na stole. Ci co potrafią iść o własnych nogach, to podążają do swoich komnat. Syzyf prowadzi Medeę do swojej komnaty, a Tam Syzyf całuje ją, a ona poddaje się temu ochoczo. Potem już splatają się ciałami i delektują się pieszczotami swych ciał. Na drugi dzień król spotyka byłą żonę. Ona przerywa niezręczną ciszę.
– Życzę ci wszystkiego najlepszego na nowej drodze życia – okazała mu przychylność jednak powiedziała to smutnym głosem.
– Co zamierzasz zrobić? – zatroszczył się.
– Dzisiaj wyjadę do naszego syna Glaukosa – poinformowała z rozrzewnieniem, bo jakąś namiastkę Syzyfa będzie miała na co dzień.
– Mam nadzieję, że odnajdziesz w swoim życiu jeszcze szczęcie, bo całkowicie na to zasługujesz – dodał jej otuchy.
Na pożegnanie podają sobie ręce.
Po miesiącu labirynt ma już pięć korytarzy. Król postanowił umieścić w nim Alatursa. Strażnicy od tej chwili zakrywają wyjścia, które prowadzą na zewnątrz głazami, a także wpuszczają do środka kopytne zwierzęta lub ptaki, w takiej postaci jak na wolności, gdyż w tych pomieszczeniach nie mogą rozwinąć zbyt dużej szybkości, a więc są łatwymi łupami. Budowla rozszerza się dalej w cztery strony świata. Wewnątrz stawia się ściany, dzięki którym powstają ślepe korytarze, niektóre drogi nagle zakręcają w prawo lub przeciwną stronę. Zwierzęta mają coraz dłuższą drogę do ucieczki, ale i tak są łatwą zdobyczą dla niego, bo nie znają tak dobrze labiryntu jak jego właściciel. Po pięciu miesiącach ciężkiej pracy dniem i nocą u podnóża pobliskiej góry, powstaje ostatecznie ogromna budowla w kształcie czworoboku, a każdy z nich ma pięć kilometrów długości. Wewnątrz znajduje się pięćdziesiąt korytarzy, wśród których dwadzieścia pięć ślepych, a także istnieje tam dwadzieścia pięć nagłych zakrętów w lewo bądź w prawo. Starano się tak zbudować labirynt tak, aby nie czuł się tam więźniem, a więc po bogach co kilkanaście metrów są wykute małe otwory, przez które może oglądać okolicę, a w kilku miejscach rosną małe drzewka.
Bocianie, źle zapisujesz dialogi, więc podrzucami Ci poradnik. Tu znajdziesz wskazówki jak zapisywać je poprawnie.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Pomysł, muszę przyznać, masz intrygujący. Zestawienie Syzyfa – tego antycznego kombinatora – z Medeą, która emocje ma na wierzchu, to materiał na niezły mitologiczny thriller. I ten moment, gdy wymyślają sposób na oszukanie kary z głazem? Sprytne. Naprawdę, ten fragment ma w sobie to "coś".
Tylko że wykonanie nie do końca idealne :)
Eh, nie lubię tego, ale końcu trzeba bo wreszcie poczuje się jak regulatorzy się czuła czytając moje pierwsze opowiadanie :) (czyli napewno nie przyjemnie i żal mi było, że chciała być miła i czytać to co napisałem :P)
(widzę, że wrzuciłaś podręcznik do dialogów który sam ostatnio przeglądnąłem, więc znaczy że dobrze guglowałem :))
Zacznę od tego co mnie kuło w oczy:
Stylistycznie postawiłeś na minimalizm, ale chyba ciut za mocny. Zdania są krótkie. Rąbane, to ok, jak są co jakiś czas. Jakbyś pisał telegram, a nie opowieść. „Poszła. Zrobiła. Wróciła”. – dialogi krótkie, zdecydowanie ich za dużo.
Druga rzecz – słownictwo. Hades to miejsce mroczne i pełne grozy, a u Ciebie momentami brzmi jak korporacja na wyjeździe integracyjnym. „Instruktorzy”, „realizowanie zamierzeń”, „proceder”? Trochę to wybija z klimatu.
No i logistyka. Ten labirynt na końcu… Pięć kilometrów boku w trzy dni? Nawet z magią to tempo, którego pozazdrościłby niejeden współczesny deweloper. A te świecące strzałki wyprowadzające z Tartaru? Trochę zbyt wygodne, jakby Zeus zamontował tam neony ewakuacyjne.
Ale nie zrażaj się, bo fundamenty są. Masz wyobraźnię do tworzenia ciekawych scenariuszy, teraz tylko trzeba wziąć dłuto i trochę tę bryłę wygładzić, żeby tak urzędowo nie kłuła w oczy.
Powodzenia w dalszym pisaniu!
Melendur88
Dziękuję za cenne wskazówki. Postaram się wykorzystać podczas dalszego pisania. Mam nadzieję że nie są to tylko płonne nadzieje.
Dziękuję za cenne wskazówki. Postaram się wykorzystać podczas dalszego pisania.
Bocianie, cieszę się, że obiecujesz lepszą jakość swoich przyszłych tekstów, ale byłoby wskazane, abyś dokonał poprawek także w „Syzefie i Medei”, bo nie ukrywam, że opowiadanie w obecnym stanie raczej nie zachęca do lektury.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.
Usunąłem kilka scen, w zamian dodałem nowe, poprawiłem dialogi.
Mylisz się, Bocianie, dialogi nadal są źle zapisane. Pierwszy przykład:
-Powinno się ukarać Medeę-oznajmiła mu stanowczo swój postulat. → Wypowiedź dialogową rozpoczyna półpauza, nie dywiz. Po niej stawiamy spację. Didaskalia po półpauzie, nie po dywizie, także ze spacjami. Winno być:
– Powinno się ukarać Medeę – oznajmiła mu stanowczo swój postulat.
Sugeruję ponowną lekturę poradnika o zapisie dialogów.
Gdyby ci, którzy źle o mnie myślą, wiedzieli co ja o nich myślę, myśleliby o mnie jeszcze gorzej.