Nawia nie była już tym ponurym miejscem wiecznego mroku, deszczu i rozpaczy, gdzie szalały upiory, a demony miały pożywkę z dusz. Wampiry i wilkołaki, z krwi i ciał.
Nawia się zmieniała.
A to za sprawą śmiertelnika, który zdołał uciec. Skutkiem jego czynu był pierwszy wschód słońca w krainie. Mrok zaczął być spychany w Kąty i Pustkowia, gdzie wciąż jeszcze rządy sprawowały potwory.
Nawet pomornicy – istoty poza miejscem i czasem z nieograniczoną potęgą – tracili ze swej mocy.
Dobre dusze zbierały się w gromady, tworząc wsie i miasta.
Kiedyś nie do pomyślenia była gospoda na rozstaju dróg, a tym bardziej przed Kątami. Teraz każdy wędrowiec przemierzający te krainy mógł w niej odpocząć i zjeść.
O ile dotarł tam przed zapadnięciem zmroku.
Deszcz siekł z ukosa. Zimnymi szpilami przebijał wełniany płaszcz, w który odziana była postać, podpierająca się sękatym kosturem.
Mimo wiatru dał się słyszeć odgłos węszenia, a bursztynowe oczy zabłysły, kiedy osobnik wyczuł słabą nitkę dymu. Skierował się w tamtą stronę. Długie, zamaszyste kroki rozchlapujące błoto mogły sugerować, że to mężczyzna.
Ledwo widoczna w szarówce wieczoru karczma była niedużym, kwadratowym budynkiem o słomianej strzesze i niskich drzwiach. Na zewnętrznych ścianach, krwią i popiołem wymalowano mnóstwo symboli, żarzących się ciepłym, żółtym blaskiem. W miarę zapadania ciemności, znaki ochronne stawały się bardziej jaskrawe. Dopóki drzwi będą zamknięte, żaden potwór nie wejdzie.
Przybysz tupał, niejako obwieszczając swe przybycie. Zatrzymał się przed wejściem z wyciągniętą dłonią, na której widniała sieć drobnych blizn. Po chwili pchnął drzwi, schylił się aby zmieścić wysoką sylwetkę w przejściu.
Siedzący w oberży, od razu zwrócili uwagę na nowego gościa. Rozmowy urwały się. Zastąpiła je duszna cisza, kiedy mężczyzna zrzucił z głowy kaptur. Paskudne blizny na policzkach wyglądały na ledwo zagojone. Ale to nie one przykuły wzrok, lecz bursztynowe oczy o podwójnych tęczówkach i hebanowy kostur w dłoni – misternie opleciony czarną dratwą, z przeplecionymi metalowymi drobiazgami, kolorowymi koralikami i kruczymi piórami.
Obcy poruszył się powoli i skierował bezszelestne kroki w stronę szynkwasu. Ciemna kita niedbale związanych gęstych włosów opadała na kołnierz. Pasemka, które wymknęły się spod rzemienia, okalały wychudłą twarz o zapadniętych policzkach, a ostry nos, nadawał mu sępi wygląd. Wrażenie to potęgowały szczupłe palce.
Blada oberżystka niemal zemdlała, kiedy podszedł. Wyczuwał od niej ostry fetor strachu, tłumiący inny, bardziej ziemisty zapach. Słyszał spłoszone myśli, rozproszone niczym stado kuropatw przez jastrzębia. Spojrzał na nią z góry.
– Czego kostuch… jaśnie pan sobie życzy? – poprawiła się szybko, drżącym głosem.
Kostuchy nie za takie rzeczy pożerali dusze. Podobni do upiorów, na które polowali, nie przepadali za dobrymi duszami. Mężczyzna miał wrażenie, że młodziutka dziewczyna zaraz przewróci się z przerażenia, albo ucieknie.
– Jedzenia i pokoju – odparł chropowatym głosem, ciężkim i nieprzywykłym do mowy.
– Mamy tylko kaszę z grochem – wycedziła, trzymając się blatu. – I piwo.
– Może być – powiedział. W sumie było mu wszystko jedno, skoro i tak nie rozróżniał smaków.
Kobieta niemal w podskokach skryła się na zapleczu, skąd słychać było przyciszone głosy.
Przybysz odwrócił się od szynkwasu, opierając łokieć o blat i lustrując pomieszczenie. Spojrzenia gości skupione na nim ciążyły bardziej niż przemoczony płaszcz, który rozpiął. Wyjrzała spod niego skórzana kurta oraz głowice krótkich mieczy. Siedem osób będących w pomieszczeniu powróciło do rozmów przyciszonymi głosami. Kostuch wypatrzył pustą ławę w kącie sali niedaleko paleniska, ustawioną tak, że światło tam nie dochodziło. Leniwie ruszył ku niej, kapiąc wodą, zostawiając błotniste, ślady i postukując kosturem.
Powiesił płaszcz, aby wysechł, a sam rozparł się na drewnianej ławie, opierając plecy i kostur o ciepłą ścianę. Wyciągnął długie nogi pod stołem.
Czekał, pod prawą ręką mając sztylet, a pod lewą ciężką torbę. Chwilę później oberżystka przyniosła jadło, zostawiła klucz, z informacją o pokoju.
Do pomornika doleciały strzępki brudnych myśli. Nie wnikając w nie głębiej, zabrał się do jedzenia, omijając wzrokiem rozmyte w ciepłym świetle postacie. Wystarczyło, że je słyszał, a już go mdliło. Samo przebywanie w towarzystwie tych istot było dla niego bolesne.
Mrok gęstniał na zewnątrz, a belki karczmy delikatnie drgały, jęcząc śpiewnie od nadmiaru mocy, zatrzymującej się na nich. Rozmowy stały się niemrawe, cichsze, wyczekujące, a wystraszone myśli pikowały po spirali strachu, sięgając niemal dna. Na wierzch wychodziły mroczne instynkty, w dzień pogrzebane pod dobrym wychowaniem i brudne kalkulacje: kogo poświęcić w razie pęknięcia znaku.
Pomornik, zmęczony tym wszystkim, udał się do pokoju. Zapieczętował od wewnątrz drzwi i okna, a spłoszone myśli z dołu zamilkły. Usiadł na dobrze wypchanym sienniku, wpatrując się w jeden punkt: szczelinę pomiędzy deskami, którą powoli zasklepił siłą woli.
W nocy obudziły go krzyki i łomot dochodzące z dołu. Raz za razem słychać było ciało uderzające o deski. Nakrył głowę cienkim kocem, ale potępieńcze wrzaski nie ustawały. Gdzieś pomiędzy nimi wyłowił czułym słuchem płacz kobiety, a w nim fałszywą nutę.
– Pieprzyć – mruknął, podejmując decyzję. Zwlókł się z pryczy i szybko zszedł na dół, ściskając w garści kostur.
Czuł, że zaklęcie chroniące drzwi kruszy się i słabnie co nie powinno mieć miejsca.
Oberżystka leżała na brzuchu, a wokół niej rosła kałuża krwi ze złamanego nosa. Mimo obrażeń i niewątpliwego bólu, szarpała się, przeklinając pod klęczącym na jej plecach mężczyzną. Drugi trzymał jej ręce.
– Zabiła Mietka i Daszbora – wysapał jeden z nich, a pomornik odruchowo odnalazł wzrokiem dwie zmasakrowane postacie. – I drzwi chciała otworzyć.
Zamarł na widok zszarzałej twarzy kostucha. Blizny jarzyły się na złoto, rozstępując lekko na obrzeżach i ukazując barwę soczystej czerwieni. Gorąco bijące od postaci przywodził na myśl wulkan z kotłującą się wewnątrz lawą. Cała twarz wyglądała jak poskładana z kawałków ciemnej porcelany i za chwilę miała się rozlecieć, a same oczy błyszczały złotem.
– Tam został mój brat! – zawyła dziewczyna, a pomornik nie wyczuł w jej krzyku kłamstwa.
Z piętra zaczęli schodzić goście. Słyszał ich natrętne myśli, niezbyt przychylne i miłe. Nawet im się nie dziwił, znając krążące historie o jemu podobnych.
Spojrzał na dwóch mężczyzn, klęczących przy dziewczynie, a ci jak na rozkaz puścili ją, kryjąc się po kątach. Drzwi puściły, zanim oberżystka zdołała się podnieść. Przekroczył ją, wyczuwając zapach świeżo skopanej ziemi. Obrócił w dłoniach kostur i zanim mrok rozprzestrzenił się w pomieszczeniu, gasząc wszelkie światło, wbił go w podłogę, szepcząc zaklęcia.
Ciemność na moment zdławiła opór, a potem rozbiła się o pomornika, rozszczepiając na części i próbując dotrzeć do ludzi. Zgarniana świetlistymi złotymi smugami w kąty, była wypychana na zewnątrz śpiewnym, metalicznym drganiem kostura do momentu, aż drzwi zatrzasnęły się z hukiem.
Dopiero po dłuższej chwili pomornik podniósł się z klęczek, na które rzuciła go moc. Ciężko dysząc, spojrzał na oberżystkę. Jej ciało drgało od licznych ran, które pojawiły się zaraz po otwarciu drzwi. Nachylił się nad nią, dotykając lodowatą dłonią jej głowy.
- Retus, indus tsel. Ader er sander – wyszeptał, a krzyk dziewczyny niósł się po karczmie.
Ciało szybko rozpadało się, a wątła smuga, która snuła się znad niego, została wchłonięta przez kostur. Kiedy wszystko zniknęło, zebrał na dłoń resztkę krwi z podłogi i wyszedł na zewnątrz, żegnany przez nienawistne spojrzenia i ciszę.
Zamknął drzwi i dorysował krwią dziewczyny brakujący kawałek znaku ochronnego, który starła. Przez chwilę zastanawiał się, czy ktokolwiek z nich wszystkich wiedział, że dziewczyna była martwa na długo przed tym, zanim tu dotarł.
Wystawił twarz do pierwszych promieni słońca i ruszył w dalszą drogę.