Księga Potopu według Ocalonego
Werset 1: O Słowie, które zostało zesłane
Obudziłem się przed świtem, by udać się na różaniec.
Leżałem chwilę nieruchomo, wsłuchując się w dźwięk plebanii. W starych murach cisza nigdy nie jest pusta – zawsze coś w niej skrzypi, oddycha.
Fraza przyszła nagle. Nie jak sen. Nie jak myśl. Jak gotowe zdanie, które czekało, aż je wypowiem:
Za grzechy wasze, utopię waszą utopię.
Usiadłem na łóżku. Przeżegnałem się odruchowo, ale gest nie przyniósł ukojenia. Słowa zostały. Ciążyły pod językiem, jakby należały do modlitwy, której jeszcze nie znałem, a która już została mi powierzona.
To nie była pierwsza taka noc. Od miesięcy coś się zmieniało. Najpierw w snach – przychodziły uparte obrazy wody, zawsze bez brzegu, bez horyzontu. Potem na jawie – ludzie w konfesjonale mówili coraz ciszej, jakby bali się własnych słów. Grzechy się powtarzały, ale ich ciężar był inny. Wzbudzały we mnie przerażenie. Jak gdyby nikt już nie wierzył, że cokolwiek da się naprawić.
Modliłem się o znak, o wyjaśnienie. O to, żeby to wszystko minęło.
Zamiast tego przyszła pewność. Nie nagła. Nie olśniewająca. Raczej taka, która osiada powoli, dzień po dniu, aż przestaje się odróżniać od własnych myśli. Wiedziałem, że nadchodzi próba. Zagadką zostało jeszcze, jaką przybierze postać. Byłem jednak pewien, że nie wszyscy podołają.
Na początku mówiłem ostrożnie. W kazaniach używałem znanych obrazów: oczyszczenia, próby, winy za grzechy. Nikt nie protestował. Takie metafory są wystarczająco pojemne, by każdy mógł włożyć w nie własny lęk.
Z biegiem dni, tygodni zacząłem mówić wprost. Ludzie słuchali.
Nie dlatego, że byłem charyzmatyczny. Słuchali, bo mówiłem to, co już w nich było, tylko jeszcze nienazwane. A wypowiedziany na głos lęk jest łatwiejszy do zniesienia, niż ten drzemiący gdzieś wewnątrz nas.
Po nabożeństwach nie wychodzili od razu. Zostawali w ławkach, patrzyli na ołtarz, na krzyż, jakby sprawdzali, czy nadal jest na swoim miejscu. Zaczęli pytać – najpierw półgłosem – potem bez wstydu – czy nadchodzi kara? Czy to już? Czy możemy się jakoś przygotować?
Nie mówiłem im, co dokładnie nadejdzie. Sam nie byłem pewien.
Dawałem tylko do zrozumienia, że trzeba być gotowym. Że przyjdzie moment, w którym nie wystarczy wierzyć. Trzeba będzie pójść.
Deszcz zaczął się niepozornie.
Pierwszego dnia nikt nie zwrócił uwagi. Drugiego mówili, że to dobra wróżba dla wyschniętej ziemi. Trzeciego, że rzeka podniosła się szybciej niż zwykle.
W niedzielę kościół był pełniejszy niż kiedykolwiek wcześniej. Wierni stali ciasno, mokrzy, cuchnący wilgocią i niepokojem. Woda spływała po ich płaszczach na kamienną posadzkę, jakby już wtedy coś chciała zaznaczyć.
Tego dnia powiedziałem im więcej. Byli wystarczająco gotowi.
Tłumaczyłem, że próba się zaczęła. Że nie każdy, kto mówi „wierzę”, będzie w stanie przejść drogę do końca. Że nadejdzie moment decyzji – i nie będzie on łatwy.
Niektórzy płakali. Inni kiwali głowami.
Zaczęły się też szepty. Ktoś parsknął śmiechem. Ktoś inny wyszedł gwałtownie, niemal przewracając ławkę. Wielu poszło za nim. Padły słowa, których się spodziewałem: herezja, sekta, obłęd.
Zostali ci, których przekonałem. Kilkudziesięciu wiernych z mojej malutkiej parafii. Patrzyli na mnie tak, jak patrzy się na kogoś, kto ma odpowiedź, nawet jeśli jeszcze jej nie wypowiedział.
Wtedy znów wróciły słowa ze snu. Ciężkie. Nieodwołalne.
– Za grzechy wasze, utopię waszą utopię! Te słowa zesłał mi Pan – zawołałem do ludu, wznosząc dłonie w górę.
Nie wiedziałem jeszcze, jak dosłownie przyjdzie nam je zrozumieć. Czułem, że musimy iść, jeszcze nie wiedziałem dokąd, ale ta myśl, niczym wizja, nie opuszczała mnie nawet na moment.
– Jutro wyruszymy, wiem, że Bóg nas poprowadzi! – kontynuowałem. – Niech dołączą ci, którzy ufają Panu.
Byłem pewien jednego; jeśli to, co nadchodzi, ma mieć sens – to tylko wtedy, gdy ktoś ich pokieruje.
A jeśli się myliłem, pomylę się do końca. Bo wiara, która nie ryzykuje wszystkiego, jest tylko dekoracją.
Werset 2: O tych, którzy poszli, i tych, którzy zawrócili
Wyszliśmy o świcie.
Potop nadchodził, czułem to. Miasto ogarnął paraliż, nikt nie był w stanie wytłumaczyć anomalii pogodowej, która nijak się miała do prognoz. Uparty, jednostajny deszcz nie ustawał. Woda zbierała się w zagłębieniach ulic, wsiąkała w buty, oblepiała kostki zimnem. Jeszcze dało się iść.
Jeszcze.
Było nas mniej, niż się spodziewałem. Znacznie mniej. Wiele osób nie zdecydowało się w ostatniej chwili. Zostało kilka rodzin, starszych kobiet, paru mężczyzn w różnym wieku, garstka młodych, którzy patrzyli na mnie z mieszaniną lęku i ekscytacji.
Kościół zniknął za nami zaskakująco szybko. Towarzyszyło mi poczucie, że to, co robię, jest słuszne.
Ulice przechodziły w kolejne ulice, osiedla w następne osiedla, nie miało to dla nas znaczenia. Byliśmy w swoim mieście, a może już w kolejnym, a może cały świat skurczył się do tego jednego miejsca, które wyglądało jak jedna, niekończąca się całość.
Im dalej szliśmy, tym ciszej się robiło. Ludzie zaczęli mówić półgłosem. Może bali się, że jeśli wypowiedzą coś zbyt głośno, woda odpowie? Deszcz zagłuszał kroki, rozmowy, myśli. Z czasem zostały tylko jednostajne pluski i oddechy.
– Dokąd idziemy? – zapytał w końcu ktoś z tyłu.
Zatrzymałem się.
To pytanie musiało paść. Każda wspólnota, zanim stanie się czymś więcej niż grupą ludzi idących w jednym kierunku, musi przejść przez moment zawahania. Spojrzałem na nich. Na twarze zmęczone już po kilku godzinach marszu, na ręce ściskające prowizoryczne torby.
– Do azylu, do którego prowadzi nas Pan – odpowiedziałem.
Nie była to odpowiedź konkretna. I właśnie dlatego wystarczyła.
Kilka osób skinęło głowami. Jedna kobieta uśmiechnęła się z ulgą. Ktoś inny westchnął ciężko, jakby czekał na to zdanie od dawna. Ale byli też tacy, którzy spojrzeli po sobie porozumiewawczo. Zobaczyłem w ich oczach coś nowego – nie wiarę, lecz kalkulację.
– A jeśli nas nie prowadzi? – zapytał mężczyzna w szarej kurtce. Stał blisko mnie. Zbyt blisko. – Jeśli nie ma „azylu”? Jeśli to tylko zwykła ulewa?
Deszcz uderzył wtedy mocniej, jakby chciał zagłuszyć odpowiedź.
– Nie na tym polega wiara – powiedziałem spokojnie. – Okaże się, kto naprawdę słuchał.
To był moment, w którym kilku z nich się odłączyło.
Nie dramatycznie. Bez krzyków. Po prostu zwolnili, zatrzymali się, odwrócili. Jeden z mężczyzn powiedział coś o szaleństwie. Ktoś inny o odpowiedzialności. Padło też słowo „sekta”, wypowiedziane z pogardą, ale i z ulgą. Jakby nazwanie problemu pozwalało go zostawić za sobą.
Nie zatrzymałem ich. Ruszyliśmy.
Kilka ulic dalej przyglądał nam się mężczyzna w przemoczonej kurtce. Stał pod daszkiem sklepu, palił papierosa, jakby deszcz go nie dotyczył. Kojarzyłem go sprzed lat, przychodził na msze, aż pewnego dnia przestał się pojawiać.
– Chodź z nami – rzekłem spokojnie. – Pan nas prowadzi do azylu.
Spojrzał na mnie bez gniewu, raczej ze zmęczeniem.
– Rzuciłem palenie – odpowiedział zaciągając się. – Kościół też. Do pierwszego czasem wracam. Do drugiego nie.
Nie nalegałem. Gdy odchodziliśmy, wciąż tam stał patrząc w rozerwane chmury, nieruchomy, jakby świat kończył się obok niego, a nie z nim.
Jeśli ktoś zawraca już na progu, nie powinien iść dalej.
Miasto zaczęło się zmieniać szybciej, niż się spodziewałem. Woda nie była już tylko na ulicach. Wlewała się do klatek schodowych, podmywała fundamenty. Ludzie przenosili meble na wyższe piętra, stali na balkonach, krzyczeli do siebie ponad szumem deszczu. Służby próbowały kontrolować sytuację, ale było ich za mało, a wody za dużo.
Widziałem strach, który jeszcze nie miał formy paniki, ale już przestał być prywatny.
Grupa szła coraz bliżej siebie. Zaczęli pilnować siebie nawzajem. Kiedy ktoś zwalniał, ktoś inny brał go pod ramię. Kiedy jedna z kobiet potknęła się w wodzie, dwie osoby natychmiast ją podniosły. Nie było w tym heroizmu. Raczej instynkt. Ale instynkt wzmocniony przekonaniem, że idziemy razem. Jesteśmy w tym wszyscy.
Zauważyłem, że zaczęli na mnie patrzeć inaczej.
Już nie jak na księdza. Nawet nie jak na przewodnika. Raczej jak na punkt odniesienia. Kiedy się zatrzymywałem, oni też się zatrzymywali. Kiedy szedłem szybciej, przyspieszali. Nikt tego nie ustalał. Po prostu się wydarzyło.
I wtedy poczułem coś, czego się nie spodziewałem. Nie strach. Pewność.
Nie tę spokojną, wypracowaną latami wiary. Inną. Ostrą. Natychmiastową. Jakby wszystko, co do tej pory było wątpliwością, nagle ustawiło się w jeden prosty ciąg przyczyn i skutków. Sen. Zdanie. Deszcz. Woda. Marsz.
Zaczęliśmy nocować w opuszczonych miejscach. W szkołach, magazynach, halach. Tam, gdzie dało się wejść wyżej, gdzie podłoga była sucha, a dach nie przeciekał zbyt mocno. Musieliśmy decydować, którędy iść, bo wiele miejsc było już pod wodą.
W nocy słyszałem, jak rozmawiają szeptem. Nie o Bogu. O mnie.
– On wiedział – mówił ktoś.
– Przeczuwał – poprawiał ktoś inny.
– Został wybrany.
Nie prostowałem. Sam zaczynałem w to wierzyć.
Kiedy zasypiałem, zdanie wracało. Już nie jak sen. Jak potwierdzenie.
Za grzechy wasze – utopię waszą utopię.
I po raz pierwszy nie zastanawiałem się, czy to prawda. Tylko, jak daleko Bóg pozwoli mi pójść.
Werset 3: O znaku, który został dany
Woda sięgała kostek, czasem wyżej, w zależności od ulicy, zapadniętego chodnika, miejsca, gdzie kanalizacja nie dawała rady. Buty nasiąkły, ubrania przestały schnąć. Zimno było uporczywe, jak myśl, której nie da się odegnać.
Miasto wyło alarmami. Pompownie pracowały bez przerwy, syreny służb ratunkowych grzmiały wszędzie, coraz bardziej chaotyczne. Ludzie przenosili się na wyższe kondygnacje, barykadowali klatki schodowe, wyciągali drabiny na dachy. Widziałem ich twarze – rozpaczliwe, rozproszone, szukające czegokolwiek, co dałoby poczucie kontroli.
My mieliśmy kierunek.
Ktoś zapytał, czy to wciąż to samo miasto. Nikt nie odpowiedział. Rozglądając się na boki, mogliśmy stracić cel z oczu. A cel był wszystkim. Nie było już dokąd wracać.
Po kolejnych godzinach zatrzymaliśmy się przy dawnym centrum logistycznym. Betonowy kolos, częściowo opuszczony, z wysokimi rampami i metalowymi schodami. Woda przy nim nie sięgała jeszcze wyżej niż łydki. Idealne miejsce, by odpocząć.
Niebo było jednolitą, ciężką płachtą. Deszcz padał bez przerw, jakby ktoś zapomniał go wyłączyć. Stałem na rampie, patrząc na grupę rozlokowaną pod zadaszeniem, gdy ktoś krzyknął.
– Tam!
Najpierw pomyślałem, że to ptak. Słowo samo się narzuciło. Gołąb. Zawsze tak jest z symbolami – przychodzą szybciej niż rozum.
Ale to nie był ptak.
Coś unosiło się nad zalanym placem, nisko, stabilnie, wbrew wiatrowi i deszczowi. Białe. Gładkie. Bez skrzydeł. Bez ruchu, który kojarzyłby się z czymkolwiek żywym. Ciche, aż nienaturalnie w tym całym szumie wody.
Dryfowało.
Zatrzymało się nad nami, jakby wiedziało, gdzie jesteśmy.
– To znak – wyszeptała jedna z kobiet. – To jest znak od Boga.
Przedmiot opadł powoli, niemal ceremonialnie, i osiadł na metalowej barierce. Dopiero z bliska zobaczyłem, że nie jest idealnie gładki. Miał drobne nacięcia, ledwo widoczne linie, jakby ktoś zaprojektował go z myślą o czymś więcej niż lataniu.
Na jego powierzchni coś migało. Delikatne światło. Do tego pulsował. Regularnie. Spokojnie. Niczym prawdziwe życie zamknięte w małym pudełku.
Ktoś dotknął go ostrożnie.
– Jest ciepłe – powiedział zdumiony.
Sam położyłem na nim dłoń. Rzeczywiście było ciepłe. Jakby pracowało. Jakby spełniało swoją funkcję.
I wtedy to się stało.
Na powierzchni obiektu pojawił się znak. Prosty. Zwiastujący obecność Boga. Obietnica suchego lądu. Zniknął po sekundzie, ale ja wiedziałem, że istniał.
– To gałązka oliwna! – krzyknąłem do grupy, pełen poruszenia. – To znak od Pana, że podążamy właściwą ścieżką.
Grupa zareagowała natychmiast. Szmer. Radość. Ekscytacja, która była zbyt silna, by ją powstrzymać.
– Azyl – ktoś powiedział głośno. – To nas prowadzi do azylu.
Nie zaprzeczyłem.
W tym momencie pewność nie należała już tylko do mnie. Ona krążyła między nami, rosła, wzmacniała się z każdym spojrzeniem.
Zauważyłem, że nikt nie pyta, czym jest przedmiot. Ucieszyło mnie to, bo sam nie miałem pojęcia. Pytania techniczne są dla świata, który jeszcze wierzy w logiczne wyjaśnienia.
Tamtej nocy nikt nie spał. Siedzieli blisko siebie, trzymając się za ręce, rozmawiając szeptem. Obiekt – gołąb, bo tak zaczęliśmy go nazywać – leżał na środku, jak relikwia. Co jakiś czas pulsował delikatnym światłem, jakby przypominał, że jest.
Woda podniosła się nad ranem o kilka centymetrów. Wystarczająco, byśmy wiedzieli, że to nie czas na przerwę. To nadanie tempa.
Zebraliśmy się szybciej niż w poprzednie dni. Sprawniej. Bez dyskusji. Gdy ruszyliśmy, ludzie z dachów i okien patrzyli na nas, jak na szaleńców. Jak na tych, którzy idą w głąb katastrofy zamiast się przed nią chować. Nie wiedzieli, że my już wyszliśmy poza etap ukrywania się.
Werset 4: O próbie, która odsiewa
Deszcz nie ustawał ani na chwilę.
Nie padał już z góry – on był wszędzie. W powietrzu, w zapachu miasta, w tym, jak dźwięki stawały się stłumione, jakby świat owinięto mokrym kocem. Szliśmy ulicami, które jeszcze wczoraj były przejezdne. Teraz asfalt zniknął pod cienką warstwą brunatnej wody, niosącej liście, papier, fragmenty plastiku i rzeczy, których nie chciałem rozpoznawać.
Woda sięgała kolan. Trzeba było iść wolno. Uważnie. Każdy krok stawał się decyzją.
Gołębia niósł jeden z mężczyzn, ostrożnie, jakby bał się, że nieostrożny ruch go obrazi. Co jakiś czas obiekt pulsował, delikatnie zmieniając barwę. Gdy skręcaliśmy, puls przyspieszał. Gdy trzymaliśmy właściwy kierunek – uspokajał się.
– Prowadzi nas – mówili.
I ja w to wierzyłem.
Miasto żyło jeszcze, ale w sposób rozpaczliwy. Z okien wyższych pięter zwisały liny, prowizoryczne drabiny z pościeli, ludzie krzyczeli do siebie, przekazywali dzieci, torby, zwierzęta. Służby próbowały kierować ruchem, ale było ich za mało. Nie chcieli uwierzyć w nieuniknioną prawdę.
Wokół rozlewał się gnój świata – rozkład, strach, to, co wypływa, gdy pękają fundamenty – a jednak smród się nas nie imał, jakbyśmy szli po nim, ale nie w nim. To musiał być kolejny znak. Potwierdzenie, że droga, którą idziemy, nie jest drogą dla wszystkich.
Minęliśmy autobus, który utknął w poprzek skrzyżowania. W środku siedziała kobieta, trzymająca na kolanach psa. Wyciągnąłem do niej rękę. Zeszła, nie pytając dokąd – wystarczyło, że powiedziałem: chodź. Spojrzała na zalane ulice i na dachy, gdzie ludzie krzyczeli bez celu, a potem na nas, idących w jednym kierunku.
Zrozumiała, że świat się kończy, i że my przynajmniej wiemy, dokąd iść. A może nic nie rozumiała, ale Bóg postawił ją na naszej drodze.
– Nie możemy się zatrzymywać – powiedziałem spokojnie.
Zatrzymywanie się oznaczało decyzję. A decyzje zaczynały ważyć.
Pierwszy upadł starszy mężczyzna, który jeszcze w kościele mówił, że to wszystko przesada. Poślizgnął się na czymś niewidocznym pod powierzchnią wody. Upadek był nagły, niezdarny. Uderzył głową o betonowy murek, który wystawał ledwie kilka centymetrów.
Krew w wodzie rozchodziła się szybko.
Ktoś krzyknął. Ktoś inny ukląkł przy nim. Ja stałem przez chwilę nieruchomo, czując, jak coś we mnie zamarza. Przetrwają tylko godni. Widocznie on nim nie był, a Bóg wybrał za niego.
Oddychał płytko. Nierówno.
– Trzeba go zabrać – powiedziała kobieta.
Spojrzałem na drogę przed nami. Na pulsujący znak. Na wodę, która podnosiła się niemal niezauważalnie, ale konsekwentnie.
– Jeśli się zatrzymamy – powiedziałem – zginiemy wszyscy.
Nie wiem, czy to była myśl, czy słowa przyszły same.
Zapanowała cisza. Ciężka. Gęsta. Ktoś został z nim. Dwie osoby. Reszta ruszyła dalej.
Nie oglądałem się za siebie.
Woda sięgała już połowy ud. Nogi ciążyły. Każdy krok wymagał wysiłku. Dzieci płakały, ale cicho – jakby instynktownie wiedziały, że głośny płacz nic nie zmieni. Dorośli przywiązywali je do pleców, bo nie miały szans iść w takiej wodzie. Deszcz rozmywał twarze, zacierał granice między łzami a wodą.
Grupa się zmniejszała.
Nie nagle. Nie dramatycznie. Po prostu… ktoś zostawał. Ktoś skręcał w boczną ulicę. Ktoś znikał w drzwiach klatki schodowej. Bez pożegnań. Bez oskarżeń.
– To próba – powiedziałem, gdy jeden z mężczyzn zapytał, czy to normalne. – Nie każdy jest gotów. Nie każdy jest godzien zbawienia.
Słowa zabrzmiały pewnie. Zbyt pewnie.
Zauważyłem, że gdy je wypowiedziałem, ludzie popatrzyli na mnie inaczej. Nie jak na księdza. Jak na kogoś, kto wie. Albo jak na kogoś, kto oszalał.
„Gołąb” zapulsował mocniej.
Zbliżaliśmy się do strefy, gdzie miasto się kończyło. Magazyny, opuszczone hale, tereny, które zawsze były „gdzieś dalej”. Tam, gdzie człowiek nie znajduje się bez powodu.
Nurt był wyraźniejszy. Trzeba było trzymać się razem. Kilkakrotnie ktoś stracił równowagę, ale ręce innych natychmiast go chwytały, podtrzymywały.
Nie zatrzymaliśmy się.
Gdy zapadł zmrok, świat stał się obcy. Miasto tonęło nie tylko w wodzie, ale w ciemności.
Znak świecił wyraźniej niż wcześniej. Jak obietnica. Jak latarnia.
Latarnie zawsze prowadzą do brzegu.
Werset 5: O ostatniej przeprawie
Woda podniosła się szybciej, niż powinna. Sięgała już do pasa.
Każdy krok wymagał wysiłku, a spodnie nasiąkły tak, że ciągnęły w dół. Nurt, wcześniej ledwie wyczuwalny, teraz pchał w bok, sprawdzał równowagę, karał za nieuwagę.
– Już niedaleko – powiedziałem.
Nie wiedziałem tego na pewno. Ale znak pulsował coraz intensywniej, a ja nauczyłem się ufać temu rytmowi bardziej niż własnym myślom.
Tu i ówdzie dryfowały przedmioty, które jeszcze rano miały swoje miejsce: krzesło, deski, dziecięcy rowerek. Wszystko oderwane od kontekstu, pozbawione sensu.
Ktoś krzyknął, gdy nurt porwał mu nogi. Upadek był nagły, brutalny. Zniknął pod powierzchnią na ułamek sekundy, zanim kilka rąk zdołało go chwycić. Wyciągnęliśmy go, ale oddech miał urwany, oczy rozszerzone.
– Nie dam rady – wyszeptał. – To… to nie tak miało być.
Spojrzał na mnie, jakbym to ja miał odpowiedź.
– A jak? – wyszeptałem z gorzkim uśmiechem. – Próba nigdy nie wygląda tak, jak ją sobie wyobrażamy.
Nie wiem, kiedy zacząłem mówić w ten sposób. Wiem tylko, że słowa przestały być moje. Stały się narzędziem.
Kilka osób zatrzymało się. Jedna kobieta przytuliła dziecko i odwróciła się w stronę, z której przyszliśmy – choć nie było już dokąd wracać. Woda sięgała za wysoko. Prąd rwał bez litości.
– To nie Bóg – powiedziała cicho. – To ty.
Nie odpowiedziałem.
Gołąb zapulsował gwałtownie, niemal boleśnie jasnym światłem. Kilku ludzi westchnęło jednocześnie, jakby znak sam za nich udzielił odpowiedzi.
Kobieta została z dzieckiem na rękach. Zniknęli w mroku.
Nie odwróciłem się.
Kiedy po chwili marszu weszliśmy wyżej, naszym oczom ukazał się on. Stał u kresu miasta. Przed nim był las. Azyl.
Nie wyglądał jak statek. Nie jak arka z opowieści. Raczej jak coś, co nie powinno istnieć w naszym świecie – gładka, metaliczna bryła, unosząca się na wodzie. Bez okien. Bez świateł. Cicha.
Zbyt cicha.
– To tam – powiedział ktoś z niedowierzaniem.
Tłum zapłakał z radości, chwyciliśmy się mocniej i resztkami sił parliśmy dalej przez brudną wodę.
Boże, dziękuję!
Znak pulsował spokojnie. Pewnie.
Zatrzymaliśmy się na betonowym wzniesieniu, skąd dokładnie widzieliśmy arkę. Między nami a azylem nie było już drogi. Koryto rzeki rozlało się szeroko, zabierając resztki gruntu. To, co jeszcze niedawno mogliśmy nazwać zaledwie strumykiem, teraz przeobraziło się w nurt – szybki, rwący, nie do przejścia. Woda płynęła z hukiem, ciągnąc ze sobą gałęzie, fragmenty dachów, drzwi. Ta część topiła się szybciej, niż miasto.
Woda. Głęboka. Mętna. Zdradliwa. Ostatnia próba.
– Pontony! – krzyknął ktoś.
Dopiero wtedy je zobaczyłem.
Dryfowały, częściowo zanurzone, splątane linami. Porzucone. Nadgryzione czasem. Na jednym wciąż widniał wyblakły symbol służb ratunkowych.
– To znak – wyszeptała kobieta obok mnie.
Nie zaprzeczyłem.
– Przeprawimy się – powiedziałem. – Razem.
Weszliśmy do wody ostrożnie, krok po kroku, trzymając się za ręce. Rzeka była lodowata, silniejsza, niż się wydawało. Nurt szarpał nogi, wyrywał równowagę. Woda przy brzegu sięgała piersi.
Z trudem przezwyciężając ciągnący nas nurt rozdzieliliśmy się na trzy pontony, po sześć osób w każdym. Tylko do ostatniego weszliśmy w siedmiu.
Pierwszy z nich przepłynął zaledwie kilkanaście metrów. Ktoś krzyknął. Ktoś stracił wiosło. Gałąź uderzyła z boku. Ponton przewrócił się niemal natychmiast.
Ludzie wpadli do wody. Krzyki zmieszały się z pluskiem i szumem rzeki. Jedni zniknęli od razu, wciągnięci pod powierzchnię. Inni próbowali płynąć, ale nurt był szybszy.
Zobaczyłem go wtedy. Młody mężczyzna.
Trzymał się kurczowo wywróconego pontonu, palce miał zbielałe z wysiłku. Woda biła go w twarz. Ledwo utrzymywał głowę nad powierzchnią.
Spojrzał na mnie.
– Ojcze… – wydusił. – Pomóż.
Gdybym wyciągnął dłoń może mógłbym go dosięgnąć, ale było to niebezpieczne. Mogliśmy stracić równowagę. Arka była już blisko. Zbyt blisko, by się cofnąć.
Nie ruszyłem się. Nie podałem ręki.
Fala przyszła raz jeszcze. Jego dłoń ześlizgnęła się z gumy. Zniknął pod wodą bez krzyku. Bez śladu.
– Płyniemy! – powiedziałem. – Nie oglądać się! Pan nas prowadzi!
Rzeka niosła pontony w stronę azylu, a ja patrzyłem tylko przed siebie, wierząc, że właśnie dopełniliśmy ostatnią misję.
Niektórzy płakali. Inni modlili się głośno, jakby chcieli zagłuszyć dźwięk wody. Jedna kobieta powtarzała bez przerwy: To próba. To próba. To próba.
Ja patrzyłem już tylko na azyl. Na gładką bryłę, która czekała. Nieruchoma. Obojętna.
Zimno paliło skórę. Mięśnie drżały z wysiłku.
Arka była tuż przed nami. Im bliżej się znajdowaliśmy, tym bardziej rozumieliśmy, jak wielka jest.
Dopłynęliśmy po kilkunastu minutach walki z żywiołem. Stanęliśmy przed czymś, co wyglądało jak olbrzymie, metalowe wrota.
Na ułamek sekundy ogarnął mnie strach – czysty, nagi. Nic się nie działo. A potem metal rozsunął się bezszelestnie, tworząc wejście.
Jasne wnętrze przyjęło nas bez oporu.
Ostatni raz spojrzałem na świat za nami. Na miasto, które zniknęło. Na dachy, które przestały być schronieniem. Na wodę, która nie rozróżniała winy od niewinności i wydawało się, że jej poziom rósł teraz, o wiele szybciej, jakby czekał aż dotrzemy do arki. Kara boska, która ma oczyścić ziemię.
Wszedłem jako ostatni. Drzwi zamknęły się cicho.
A my staliśmy w środku, bezpieczni. Dwunastu wokół mnie – i ja pośród nich. Liczba była domknięta. Pasterz i jego owce. Nowy Noe i jego lud. Ci, którzy mają zasiedlić ziemię na nowo. Wedle zasad, jakie Bóg im objawił.
Oto słowo Boże.
Rozdział VI
Wnętrze arki nie było ciemne.
Światło nie miało źródła, nie rzucało cieni, nie dawało ciepła. Po prostu było – równomiernie rozlane, obojętne wobec strachu, który wnieśliśmy ze sobą.
Metalowe ściany nie odbijały dźwięku. Kroki brzmiały głucho, jakby przestrzeń nie chciała nas słuchać ani zapamiętać.
Ludzie oddychali głośno. Ktoś płakał, ktoś śmiał się nerwowo. Jedna z kobiet uklękła i dotknęła czołem podłogi, jakby musiała upewnić się, że naprawdę istnieje.
– Jesteśmy bezpieczni – oznajmiłem.
Musiałem to powiedzieć. Bez tych słów wszystko by się rozpadło.
Drzwi za nami nie zamknęły się. One zniknęły.
W tej samej chwili coś we mnie pękło. Nie strach. Nie panika. Coś znacznie gorszego. Pewność, która prowadziła mnie przez cały ten czas, rozlała się i zniknęła, jakby nigdy nie istniała.
Gołąb zgasł gwałtownie. Mężczyzna, który go trzymał, potrząsnął nim nerwowo. Bez skutku.
Ludzie zaczęli się rozglądać.
– Gdzie są kajuty?
– Gdzie dzieci będą spać?
– Gdzie woda pitna?
Pytania były zwyczajne. Zbyt zwyczajne jak na zbawienie. Tylko pies merdał ogonem spokojnie. Nie wiedziałem, dlaczego właśnie on przeżył. Nie wierzył. Nie rozumiał. Nie oczekiwał obietnicy.
Podłoga pod stopami drgnęła. Delikatnie. Ktoś krzyknął. Ktoś upadł. Dziecko zaczęło płakać. Ściana przed nami rozsunęła się bez dźwięku.
Za nią nie było pomieszczenia. Była przestrzeń. Zbyt duża. Zbyt głęboka. Wypełniona strukturami, które nie przypominały ani maszyn, ani organizmów. Nie poruszały się – raczej trwały, pulsując w rytmie, który poczułem natychmiast.
To był ten sam rytm, który prowadził mnie od początku.
Tylko teraz… nie był już mój.
– To… to nie jest arka – wyszeptał ktoś.
I wtedy usłyszeliśmy głos.
Nie dochodził z jednego miejsca. Nie miał tonu ani barwy, którą dałoby się zapamiętać. Mówił bezpośrednio do myśli, jak coś, co nie potrzebuje języka, ale używa go z uprzejmości.
– Mitologia była waszym największym osiągnięciem.
Kilka osób zasłoniło uszy. Bez sensu. Głos wżerał się w umysł.
– Jak na gatunek tak prymitywny, imponująco spójna.
Zrozumiałem pierwszy. Nie dlatego, że byłem mądrzejszy. Dlatego, że gdy cała pewność prysła, nastała ta chwila, kiedy przez ułamek sekundy mogłem pomysleć trzeźwo.
– Religie – mówił głos dalej – były waszym sposobem porządkowania lęku. Karą tłumaczyliście chaos. Zbawieniem usprawiedliwialiście ofiarę. Narracją utrzymywaliście posłuszeństwo nawet wtedy, gdy świat się rozpadał.
Wokół nas pojawiły się obrazy, zmieniały się szybko, jak urywki filmów. Historia Ziemi, próby, wygnania, wybrani, prorocy. Powtarzalność schematu. Skuteczność opowieści.
– Potop był rozwiązaniem eleganckim. Selekcją bez oporu. Samowykluczeniem niewiernych. Dobrowolnym podporządkowaniem się autorytetowi.
Ktoś krzyczał moje imię. Kazał mi coś zrobić. Milczałem.
– Potrzebowaliśmy jedynie nośnika – kontynuował głos. – Kogoś, kto uwierzy wystarczająco mocno, by inni przestali pytać.
Wszyscy spojrzeli na mnie.
– Ty nie kłamałeś. Dlatego zadziałało. Spisałeś się znakomicie.
– To… nie był Bóg – syknąłem.
– Wasz Bóg był koncepcją – odpowiedział głos spokojnie. – My testowaliśmy jej funkcjonalność. Chcieliśmy was zrozumieć. Sprawdzić, czy po tysiącach lat mit wciąż potrafi sprawić, że człowiek odda odpowiedzialność komuś innemu. Że uwierzy, iż prowadzenie innych zwalnia go z winy.
Wtedy poczułem, jak coś we mnie pęka. Nie byłem Noem. Nie byłem Mojżeszem.
Oni prowadzili ludzi od zagłady. Ja prowadziłem ich do niej, wierząc, że to zbawienie. Nie zdradziłem ich świadomie. Nie sprzedałem. Nie wskazałem palcem.
Ja tylko… wierzyłem.
A wiara, która nie pyta o cenę, jest najdoskonalszym narzędziem, jakie kiedykolwiek stworzyła ludzkość.
Ludzie zaczęli rozumieć. Najpierw pojedyncze spojrzenia. Potem szept. Potem krzyk.
– Kłamałeś!
– To przez ciebie!
– Judasz!
Pluli. Ktoś rzucił mi pod nogi gołębia. Jedna z kobiet spojrzała na mnie z nienawiścią tak czystą, że paliła w serce. Tylko właścicielka psa milczała, patrząc w podłogę.
– Co z nami będzie? – zapytał ktoś.
Krótka pauza.
– Zostaniecie zachowani. Obserwowani. Analiza długoterminowa.
– A Ziemia? – zapytałem.
– Zostanie oczyszczona – odpowiedział głos. – Tak jak było wcześniej. I tak jak będzie w przyszłości. Ludzie zawsze wracają. Jak karaluchy. Jak mity. I będą potrzebować wytłumaczenia, które wierzymy, że ty im dasz. Wedle własnego uznania.
Ściana po mojej stronie rozsunęła się gwałtownie.
– Wejdź – powiedział głos.
Zrobiłem krok.
Za mną tłum krzyczał jeszcze chwilę. Potem metal się zamknął. Zostałem sam. W ciszy.
Pomieszczenie było proste. Stół. Krzesło. Papier. Pióro.
Podszedłem i spojrzałem na pergamin. Widniało na nim tylko jedno zdanie:
Księga Potopu według Ocalonego.
Nie kazali. Zrozumiałem, że to wybór. Mogłem napisać prawdę.
O mechanizmie. O manipulacji. O tym, że arka była pułapką, a ja kluczem.
Albo mogłem napisać historię. Taką, jakiej potrzebują ludzie.
Historię o próbie. O zbawieniu. O wybranych.
Usiadłem. Długo patrzyłem na pergamin. I wtedy zrozumiałem najgorsze.
Że nawet teraz… nawet po wszystkim… wciąż jestem im potrzebny tylko wtedy, gdy w odpowiednim miejscu postawię kropkę.
Kiedy po kilku godzinach ciągłego pisania, jak w transie, atrament zostawił ostatnie zdanie – Oto słowo Boże – wiedziałem, że skończyłem historię na granicy, za którą nie wolno już pytać.