- Opowiadanie: MichaelBullfinch - Utopię waszą utopię

Utopię waszą utopię

 

Chyba socjologiczno-psychologiczne sci-fiction z symboliką religijną. Zapraszam do lektury, mam nadzieję, że będzie to dla Was dobrze spędzony czas. Mam również nadzieję, że zachęcę Was do podumania nad tekstem i znalezienia kilku interpretacji. Inspiracją do napisania opowiadania była piosenka jednego z moich ulubionych polskich zespołów, a mianowicie: 

 

„Ja utopię waszą utopię
Utopię w potopie
Zarządzam pełne zanurzenie
Utopię waszą utopię
Utopię w potopie
Hydropiekłowstąpienie”

Lao Che – Hydropiekłowstąpienie

 

Serdecznie dziękuję bruce, beeeecki i Ambush. Ta pomoc wiele dla mnie znaczy, a Wasze interpretacje i głębokie wejście w mój tekst to największy komplement.

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

Utopię waszą utopię

Księga Potopu według Ocalonego

Werset 1: O Słowie, które zostało zesłane

 

Obu­dzi­łem się przed świ­tem, by udać się na różaniec.

Le­ża­łem chwi­lę nie­ru­cho­mo, wsłu­chu­jąc się w dźwięk ple­ba­nii. W sta­rych mu­rach cisza nigdy nie jest pusta – za­wsze coś w niej skrzy­pi, od­dy­cha.

Fraza przy­szła nagle. Nie jak sen. Nie jak myśl. Jak go­to­we zda­nie, które cze­ka­ło, aż je wy­po­wiem:

Za grze­chy wasze, uto­pię waszą uto­pię.

Usia­dłem na łóżku. Prze­że­gna­łem się od­ru­cho­wo, ale gest nie przy­niósł ukojenia. Słowa zo­sta­ły. Cią­ży­ły pod ję­zy­kiem, jakby na­le­ża­ły do mo­dli­twy, któ­rej jesz­cze nie zna­łem, a która już zo­sta­ła mi po­wie­rzo­na.

To nie była pierw­sza taka noc. Od mie­się­cy coś się zmie­nia­ło. Naj­pierw w snach – przy­cho­dzi­ły upar­te ob­ra­zy wody, za­wsze bez brze­gu, bez ho­ry­zon­tu. Potem na jawie – lu­dzie w kon­fe­sjo­na­le mó­wi­li coraz ci­szej, jakby bali się wła­snych słów. Grze­chy się po­wta­rza­ły, ale ich cię­żar był inny. Wzbudzały we mnie przerażenie. Jak gdyby nikt już nie wie­rzył, że co­kol­wiek da się na­pra­wić.

Modliłem się o znak, o wyjaśnienie. O to, żeby to wszystko minęło.

Za­miast tego przy­szła pew­ność. Nie nagła. Nie olśnie­wa­ją­ca. Ra­czej taka, która osia­da po­wo­li, dzień po dniu, aż prze­sta­je się od­róż­niać od wła­snych myśli. Wie­dzia­łem, że nad­cho­dzi próba. Zagadką zostało jesz­cze, jaką przy­bie­rze po­stać. Byłem jed­nak pe­wien, że nie wszy­scy podołają.

Na po­cząt­ku mó­wi­łem ostroż­nie. W ka­za­niach uży­wa­łem zna­nych ob­ra­zów: oczysz­cze­nia, próby, winy za grze­chy. Nikt nie pro­te­sto­wał. Takie me­ta­fo­ry są wy­star­cza­ją­co po­jem­ne, by każdy mógł wło­żyć w nie wła­sny lęk.

Z bie­giem dni, tygodni za­czą­łem mówić wprost. Lu­dzie słu­cha­li.

Nie dla­te­go, że byłem cha­ry­zma­tycz­ny. Słu­cha­li, bo mó­wi­łem to, co już w nich było, tylko jesz­cze nie­na­zwa­ne. A wypowiedziany na głos lęk jest ła­twiej­szy do znie­sie­nia, niż ten drze­mią­cy gdzieś we­wnątrz nas.

Po na­bo­żeń­stwach nie wy­cho­dzi­li od razu. Zo­sta­wa­li w ław­kach, pa­trzy­li na oł­tarz, na krzyż, jakby spraw­dza­li, czy nadal jest na swoim miej­scu. Za­czę­li pytać – naj­pierw pół­gło­sem – potem bez wsty­du – czy nad­cho­dzi kara? Czy to już? Czy mo­że­my się jakoś przy­go­to­wać?

Nie mó­wi­łem im, co do­kład­nie na­dej­dzie. Sam nie byłem pe­wien.

Da­wa­łem tylko do zro­zu­mie­nia, że trze­ba być go­to­wym. Że przyj­dzie mo­ment, w któ­rym nie wy­star­czy wie­rzyć. Trze­ba bę­dzie pójść.

Deszcz za­czął się nie­po­zor­nie.

Pierw­sze­go dnia nikt nie zwró­cił uwagi. Dru­gie­go mó­wi­li, że to dobra wróż­ba dla wy­schnię­tej ziemi. Trze­cie­go, że rzeka pod­nio­sła się szyb­ciej niż zwy­kle.

W nie­dzie­lę ko­ściół był peł­niej­szy niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej. Wier­ni stali cia­sno, mo­krzy, cuchnący wil­go­cią i nie­po­ko­jem. Woda spły­wa­ła po ich płasz­czach na ka­mien­ną po­sadz­kę, jakby już wtedy coś chcia­ła za­zna­czyć.

Tego dnia po­wie­dzia­łem im wię­cej. Byli wy­star­cza­ją­co go­to­wi.

Tłu­ma­czy­łem, że próba się za­czę­ła. Że nie każdy, kto mówi „wie­rzę”, bę­dzie w sta­nie przejść drogę do końca. Że na­dej­dzie mo­ment de­cy­zji – i nie bę­dzie on łatwy.

Nie­któ­rzy pła­ka­li. Inni ki­wa­li gło­wa­mi.

Zaczęły się też szepty. Ktoś parsknął śmiechem. Ktoś inny wyszedł gwałtownie, niemal przewracając ławkę. Wielu poszło za nim. Padły słowa, których się spodziewałem: herezja, sekta, obłęd.

Zo­sta­li ci, których przekonałem. Kil­kudzie­sięciu wier­nych z mojej ma­lut­kiej pa­ra­fii. Pa­trzy­li na mnie tak, jak pa­trzy się na kogoś, kto ma od­po­wiedź, nawet jeśli jesz­cze jej nie wy­po­wie­dział.

Wtedy znów wró­ci­ły słowa ze snu. Cięż­kie. Nie­odwo­łal­ne.

– Za grze­chy wasze, uto­pię waszą uto­pię! Te słowa ze­słał mi Pan – za­wo­ła­łem do ludu, wzno­sząc dło­nie w górę.

Nie wie­dzia­łem jesz­cze, jak do­słow­nie przyj­dzie nam je zro­zu­mieć. Czu­łem, że mu­si­my iść, jesz­cze nie wie­dzia­łem dokąd, ale ta myśl, ni­czym wizja, nie opusz­cza­ła mnie nawet na mo­ment.

– Jutro wyruszymy, wiem, że Bóg nas poprowadzi! – kontynuowałem. – Niech dołączą ci, którzy ufają Panu.

Byłem pe­wien jed­ne­go; jeśli to, co nad­cho­dzi, ma mieć sens – to tylko wtedy, gdy ktoś ich po­kieruje.

A jeśli się my­li­łem, po­my­lę się do końca. Bo wiara, która nie ry­zy­ku­je wszyst­kie­go, jest tylko de­ko­ra­cją.

 

Werset 2: O tych, którzy poszli, i tych, którzy zawrócili

 

Wy­szli­śmy o świ­cie. 

Potop nadchodził, czułem to. Miasto ogarnął paraliż, nikt nie był w stanie wytłumaczyć anomalii pogodowej, która nijak się miała do prognoz. Uparty, jednostajny deszcz nie ustawał. Woda zbierała się w za­głę­bie­niach ulic, wsią­ka­ła w buty, ob­le­pia­ła kost­ki zim­nem. Jeszcze dało się iść.

Jesz­cze.

Było nas mniej, niż się spo­dzie­wa­łem. Znacz­nie mniej. Wiele osób nie zdecydowało się w ostatniej chwili. Zostało kilka ro­dzi­n, star­szych ko­biet, paru męż­czyzn w róż­nym wieku, garst­ka mło­dych, któ­rzy pa­trzy­li na mnie z mie­sza­ni­ną lęku i eks­cy­ta­cji.

Ko­ściół zniknął za nami zaskakująco szyb­ko. Towarzyszyło mi poczucie, że to, co robię, jest słuszne.

Ulice przechodziły w kolejne ulice, osiedla w następne osiedla, nie miało to dla nas znaczenia. Byliśmy w swoim mieście, a może już w kolejnym, a może cały świat skurczył się do tego jednego miejsca, które wyglądało jak jedna, niekończąca się całość.

Im dalej szli­śmy, tym ci­szej się ro­bi­ło. Lu­dzie za­czę­li mówić pół­gło­sem. Może bali się, że jeśli wy­po­wie­dzą coś zbyt gło­śno, woda od­po­wie? Deszcz za­głu­szał kroki, roz­mo­wy, myśli. Z cza­sem zo­sta­ły tylko jed­no­staj­ne plu­ski i od­de­chy.

– Dokąd idzie­my? – za­py­tał w końcu ktoś z tyłu.

Za­trzy­ma­łem się.

To py­ta­nie mu­sia­ło paść. Każda wspól­no­ta, zanim sta­nie się czymś wię­cej niż grupą ludzi idą­cych w jed­nym kie­run­ku, musi przejść przez mo­ment za­wa­ha­nia. Spoj­rza­łem na nich. Na twa­rze zmę­czo­ne już po kilku go­dzi­nach marszu, na ręce ści­ska­ją­ce pro­wi­zo­rycz­ne torby.

– Do azylu, do którego prowadzi nas Pan – od­po­wie­dzia­łem.

Nie była to od­po­wiedź kon­kret­na. I wła­śnie dla­te­go wy­star­czy­ła.

Kilka osób ski­nę­ło gło­wa­mi. Jedna ko­bie­ta uśmiech­nę­ła się z ulgą. Ktoś inny wes­tchnął cięż­ko, jakby cze­kał na to zda­nie od dawna. Ale byli też tacy, któ­rzy spoj­rze­li po sobie po­ro­zu­mie­waw­czo. Zo­ba­czy­łem w ich oczach coś no­we­go – nie wiarę, lecz kal­ku­la­cję.

– A jeśli nas nie prowadzi? – za­py­tał męż­czy­zna w sza­rej kurt­ce. Stał bli­sko mnie. Zbyt bli­sko. – Jeśli nie ma „azylu”? Jeśli to tylko zwykła ulewa?

Deszcz ude­rzył wtedy moc­niej, jakby chciał za­głu­szyć od­po­wiedź.

– Nie na tym polega wiara – po­wie­dzia­łem spo­koj­nie. – Okaże się, kto na­praw­dę słu­chał.

To był mo­ment, w któ­rym kilku z nich się odłą­czy­ło.

Nie dra­ma­tycz­nie. Bez krzy­ków. Po pro­stu zwol­ni­li, za­trzy­ma­li się, od­wró­ci­li. Jeden z męż­czyzn po­wie­dział coś o sza­leń­stwie. Ktoś inny o od­po­wie­dzial­no­ści. Padło też słowo „sekta”, wy­po­wie­dzia­ne z po­gar­dą, ale i z ulgą. Jakby na­zwa­nie pro­ble­mu po­zwa­la­ło go zo­sta­wić za sobą.

Nie za­trzy­ma­łem ich. Ru­szy­li­śmy.

Kilka ulic dalej przyglądał nam się mężczyzna w przemoczonej kurtce. Stał pod daszkiem sklepu, palił papierosa, jakby deszcz go nie dotyczył. Kojarzyłem go sprzed lat, przychodził na msze, aż pewnego dnia przestał się pojawiać.

– Chodź z nami – rzekłem spokojnie. – Pan nas prowadzi do azylu.

Spojrzał na mnie bez gniewu, raczej ze zmęczeniem.

– Rzuciłem palenie – odpowiedział zaciągając się. – Kościół też. Do pierwszego czasem wracam. Do drugiego nie.

Nie nalegałem. Gdy odchodziliśmy, wciąż tam stał patrząc w rozerwane chmury, nieruchomy, jakby świat kończył się obok niego, a nie z nim.

Jeśli ktoś zawraca już na progu, nie powinien iść dalej.

Mia­sto za­czę­ło się zmie­niać szyb­ciej, niż się spo­dzie­wa­łem. Woda nie była już tylko na uli­cach. Wle­wa­ła się do kla­tek scho­do­wych, pod­my­wa­ła fun­da­men­ty. Lu­dzie prze­no­si­li meble na wyż­sze pię­tra, stali na bal­ko­nach, krzy­cze­li do sie­bie ponad szu­mem desz­czu. Służ­by pró­bo­wa­ły kontrolować sytuację, ale było ich za mało, a wody za dużo.

Wi­dzia­łem strach, który jesz­cze nie miał formy pa­ni­ki, ale już prze­stał być pry­wat­ny.

Grupa szła coraz bliżej siebie. Za­czę­li pil­no­wać sie­bie na­wza­jem. Kiedy ktoś zwal­niał, ktoś inny brał go pod ramię. Kiedy jedna z ko­biet po­tknę­ła się w wo­dzie, dwie osoby na­tych­miast ją pod­nio­sły. Nie było w tym he­ro­izmu. Ra­czej in­stynkt. Ale in­stynkt wzmoc­nio­ny prze­ko­na­niem, że idzie­my razem. Jesteśmy w tym wszyscy.

Za­uwa­ży­łem, że za­czę­li na mnie pa­trzeć ina­czej.

Już nie jak na księ­dza. Nawet nie jak na prze­wod­ni­ka. Ra­czej jak na punkt od­nie­sie­nia. Kiedy się za­trzy­my­wa­łem, oni też się za­trzy­my­wa­li. Kiedy sze­dłem szyb­ciej, przy­spie­sza­li. Nikt tego nie usta­lał. Po pro­stu się wy­da­rzy­ło.

I wtedy po­czu­łem coś, czego się nie spo­dzie­wa­łem. Nie strach. Pew­ność.

Nie tę spo­koj­ną, wy­pra­co­wa­ną la­ta­mi wiary. Inną. Ostrą. Na­tych­mia­sto­wą. Jakby wszyst­ko, co do tej pory było wąt­pli­wo­ścią, nagle usta­wi­ło się w jeden pro­sty ciąg przy­czyn i skut­ków. Sen. Zda­nie. Deszcz. Woda. Marsz.

Za­czę­li­śmy no­co­wać w opusz­czo­nych miej­scach. W szko­łach, ma­ga­zy­nach, ha­lach. Tam, gdzie dało się wejść wyżej, gdzie pod­ło­ga była sucha, a dach nie prze­cie­kał zbyt mocno. Musieliśmy decydować, którędy iść, bo wiele miejsc było już pod wodą.

W nocy sły­sza­łem, jak roz­ma­wia­ją szep­tem. Nie o Bogu. O mnie.

– On wie­dział – mówił ktoś.

– Prze­czu­wał – po­pra­wiał ktoś inny.

– Zo­stał wy­bra­ny.

Nie pro­sto­wa­łem. Sam zaczynałem w to wierzyć.

Kiedy za­sy­pia­łem, zda­nie wra­ca­ło. Już nie jak sen. Jak po­twier­dze­nie.

Za grze­chy wasze – uto­pię waszą uto­pię.

I po raz pierw­szy nie za­sta­na­wia­łem się, czy to praw­da. Tylko, jak da­le­ko Bóg po­zwo­li mi pójść.

 

Werset 3: O znaku, który został dany

 

Woda się­ga­ła ko­stek, cza­sem wyżej, w za­leż­no­ści od ulicy, za­pad­nię­te­go chod­ni­ka, miej­sca, gdzie ka­na­li­za­cja nie dawała rady. Buty na­sią­kły, ubra­nia prze­sta­ły schnąć. Zimno było upo­rczy­we, jak myśl, któ­rej nie da się ode­gnać.

Mia­sto wyło alarmami. Pom­pow­nie pra­co­wa­ły bez prze­rwy, sy­re­ny służb ra­tun­ko­wych grzmiały wszę­dzie, coraz bar­dziej cha­otycz­ne. Lu­dzie prze­no­si­li się na wyż­sze kon­dy­gna­cje, ba­ry­ka­do­wa­li klat­ki scho­do­we, wy­cią­ga­li dra­bi­ny na dachy. Wi­dzia­łem ich twa­rze – roz­pacz­li­we, roz­pro­szo­ne, szu­ka­ją­ce cze­go­kol­wiek, co da­ło­by po­czu­cie kon­tro­li.

My mie­li­śmy kie­ru­nek.

Ktoś zapytał, czy to wciąż to samo miasto. Nikt nie odpowiedział. Rozglądając się na boki, mogliśmy stracić cel z oczu. A cel był wszystkim. Nie było już dokąd wracać.

Po kolejnych godzinach za­trzy­ma­li­śmy się przy daw­nym cen­trum lo­gi­stycz­nym. Be­to­no­wy kolos, czę­ścio­wo opusz­czo­ny, z wy­so­ki­mi ram­pa­mi i me­ta­lo­wy­mi scho­da­mi. Woda przy nim nie się­ga­ła jesz­cze wyżej niż łydki. Ide­al­ne miej­sce, by od­po­cząć.

Niebo było jed­no­li­tą, cięż­ką płach­tą. Deszcz padał bez przerw, jakby ktoś za­po­mniał go wy­łą­czyć. Sta­łem na ram­pie, pa­trząc na grupę roz­lo­ko­wa­ną pod zadaszeniem, gdy ktoś krzyk­nął.

– Tam!

Naj­pierw po­my­śla­łem, że to ptak. Słowo samo się na­rzu­ci­ło. Gołąb. Za­wsze tak jest z sym­bo­la­mi – przy­cho­dzą szyb­ciej niż rozum.

Ale to nie był ptak.

Coś uno­si­ło się nad za­la­nym pla­cem, nisko, sta­bil­nie, wbrew wia­trowi i deszczowi. Białe. Gład­kie. Bez skrzy­deł. Bez ruchu, który ko­ja­rzył­by się z czym­kol­wiek żywym. Ciche, aż nie­na­tu­ral­nie w tym całym szu­mie wody.

Dry­fo­wa­ło.

Za­trzy­ma­ło się nad nami, jakby wie­dzia­ło, gdzie je­ste­śmy.

– To znak – wy­szep­ta­ła jedna z kobiet. – To jest znak od Boga.

Przed­miot opadł po­wo­li, nie­mal ce­re­mo­nial­nie, i osiadł na me­ta­lo­wej ba­rier­ce. Do­pie­ro z bli­ska zo­ba­czy­łem, że nie jest ide­al­nie gład­ki. Miał drob­ne na­cię­cia, ledwo wi­docz­ne linie, jakby ktoś za­pro­jek­to­wał go z myślą o czymś wię­cej niż la­ta­niu.

Na jego po­wierzch­ni coś mi­ga­ło. Delikatne świa­tło. Do tego pulsował. Re­gu­lar­nie. Spo­koj­nie. Niczym prawdziwe życie zamknięte w małym pudełku.

Ktoś do­tknął go ostroż­nie.

– Jest cie­płe – po­wie­dział zdu­mio­ny.

Sam po­ło­ży­łem na nim dłoń. Rze­czy­wi­ście było cie­płe. Jakby pra­co­wa­ło. Jakby speł­nia­ło swoją funk­cję.

I wtedy to się stało.

Na po­wierzch­ni obiek­tu po­ja­wił się znak. Pro­sty. Zwiastujący obecność Boga. Obiet­ni­ca suchego lądu. Zniknął po sekundzie, ale ja wiedziałem, że istniał.

– To gałązka oliwna! – krzyknąłem do grupy, pełen poruszenia. – To znak od Pana, że podążamy właściwą ścieżką.

Grupa za­re­ago­wa­ła na­tych­miast. Szmer. Radość. Eks­cy­ta­cja, która była zbyt silna, by ją po­wstrzy­mać.

– Azyl – ktoś po­wie­dział gło­śno. – To nas pro­wa­dzi do azylu.

Nie za­prze­czy­łem.

W tym mo­men­cie pew­ność nie na­le­ża­ła już tylko do mnie. Ona krą­ży­ła mię­dzy nami, rosła, wzmac­nia­ła się z każ­dym spoj­rze­niem.

Za­uwa­ży­łem, że nikt nie pyta, czym jest przedmiot. Ucieszyło mnie to, bo sam nie miałem pojęcia. Py­ta­nia tech­nicz­ne są dla świa­ta, który jesz­cze wie­rzy w logiczne wy­ja­śnie­nia.

Tam­tej nocy nikt nie spał. Sie­dzie­li bli­sko sie­bie, trzy­ma­jąc się za ręce, roz­ma­wia­jąc szep­tem. Obiekt – gołąb, bo tak za­czę­liśmy go na­zy­wać – leżał na środ­ku, jak re­li­kwia. Co jakiś czas pul­so­wał de­li­kat­nym świa­tłem, jakby przy­po­mi­nał, że jest.

Woda pod­nio­sła się nad ranem o kilka cen­ty­me­trów. Wy­star­cza­ją­co, byśmy wie­dzie­li, że to nie czas na prze­rwę. To nadanie tempa.

Ze­bra­li­śmy się szyb­ciej niż w poprzednie dni. Spraw­niej. Bez dys­ku­sji. Gdy ru­szy­li­śmy, lu­dzie z da­chów i okien pa­trzy­li na nas, jak na sza­leń­ców. Jak na tych, któ­rzy idą w głąb ka­ta­stro­fy za­miast się przed nią cho­wać. Nie wie­dzie­li, że my już wy­szli­śmy poza etap ukrywania się.

 

Werset 4: O próbie, która odsiewa

 

Deszcz nie usta­wał ani na chwi­lę.

Nie padał już z góry – on był wszę­dzie. W po­wie­trzu, w za­pa­chu mia­sta, w tym, jak dźwię­ki sta­wa­ły się stłu­mio­ne, jakby świat owi­nię­to mo­krym kocem. Szli­śmy uli­ca­mi, które jesz­cze wczo­raj były prze­jezd­ne. Teraz as­falt zni­knął pod cien­ką war­stwą bru­nat­nej wody, nio­są­cej li­ście, pa­pier, frag­men­ty pla­sti­ku i rze­czy, któ­rych nie chcia­łem roz­po­zna­wać.

Woda się­ga­ła kolan. Trze­ba było iść wolno. Uważ­nie. Każdy krok sta­wał się de­cy­zją.

Gołębia niósł jeden z męż­czyzn, ostroż­nie, jakby bał się, że nie­ostroż­ny ruch go ob­ra­zi. Co jakiś czas obiekt pul­so­wał, de­li­kat­nie zmie­nia­jąc barwę. Gdy skrę­ca­li­śmy, puls przy­spie­szał. Gdy trzy­ma­li­śmy wła­ści­wy kie­ru­nek – uspo­ka­jał się.

– Pro­wa­dzi nas – mó­wi­li.

I ja w to wie­rzy­łem.

Mia­sto żyło jesz­cze, ale w spo­sób roz­pacz­li­wy. Z okien wyż­szych pię­ter zwi­sa­ły liny, pro­wi­zo­rycz­ne dra­bi­ny z po­ście­li, lu­dzie krzy­cze­li do sie­bie, prze­ka­zy­wa­li dzie­ci, torby, zwie­rzę­ta. Służ­by pró­bo­wa­ły kie­ro­wać ru­chem, ale było ich za mało. Nie chcieli uwierzyć w nieuniknioną prawdę. 

Wokół rozlewał się gnój świata – rozkład, strach, to, co wypływa, gdy pękają fundamenty – a jednak smród się nas nie imał, jakbyśmy szli po nim, ale nie w nim. To musiał być kolejny znak. Potwierdzenie, że droga, którą idziemy, nie jest drogą dla wszystkich.

Minęliśmy autobus, który utknął w poprzek skrzyżowania. W środku siedziała kobieta, trzymająca na kolanach psa. Wyciągnąłem do niej rękę. Zeszła, nie pytając dokąd – wystarczyło, że powiedziałem: chodź. Spojrzała na zalane ulice i na dachy, gdzie ludzie krzyczeli bez celu, a potem na nas, idących w jednym kierunku.

Zrozumiała, że świat się kończy, i że my przynajmniej wiemy, dokąd iść. A może nic nie rozumiała, ale Bóg postawił ją na naszej drodze.

– Nie mo­że­my się za­trzy­my­wać – po­wie­działem spokojnie.

Za­trzy­my­wa­nie się ozna­cza­ło de­cy­zję. A de­cy­zje za­czy­na­ły ważyć.

Pierw­szy upadł star­szy męż­czy­zna, który jesz­cze w ko­ście­le mówił, że to wszyst­ko prze­sa­da. Po­śli­zgnął się na czymś nie­wi­docz­nym pod po­wierzch­nią wody. Upa­dek był nagły, nie­zdar­ny. Ude­rzył głową o betonowy murek, który wy­sta­wał le­d­wie kilka cen­ty­me­trów.

Krew w wo­dzie roz­cho­dziła się szyb­ko.

Ktoś krzyk­nął. Ktoś inny ukląkł przy nim. Ja sta­łem przez chwi­lę nie­ru­cho­mo, czu­jąc, jak coś we mnie za­ma­rza. Przetrwają tylko godni. Widocznie on nim nie był, a Bóg wybrał za niego.

Od­dy­chał płyt­ko. Nie­rów­no.

– Trze­ba go za­brać – po­wie­dzia­ła ko­bie­ta.

Spoj­rza­łem na drogę przed nami. Na pul­su­ją­cy znak. Na wodę, która pod­no­si­ła się nie­mal nie­zau­wa­żal­nie, ale kon­se­kwent­nie.

– Jeśli się za­trzy­ma­my – po­wie­dzia­łem – zgi­nie­my wszy­scy.

Nie wiem, czy to była myśl, czy słowa przy­szły same.

Za­pa­no­wa­ła cisza. Cięż­ka. Gęsta. Ktoś zo­stał z nim. Dwie osoby. Resz­ta ru­szy­ła dalej.

Nie oglą­da­łem się za siebie.

Woda się­ga­ła już po­ło­wy ud. Nogi cią­ży­ły. Każdy krok wy­ma­gał wy­sił­ku. Dzie­ci pła­ka­ły, ale cicho – jakby in­stynk­tow­nie wie­dzia­ły, że gło­śny płacz nic nie zmie­ni. Dorośli przywiązywali je do pleców, bo nie miały szans iść w takiej wodzie. Deszcz roz­my­wał twa­rze, za­cie­rał gra­ni­ce mię­dzy łzami a wodą.

Grupa się zmniej­szała.

Nie nagle. Nie dra­ma­tycz­nie. Po pro­stu… ktoś zo­sta­wał. Ktoś skrę­cał w bocz­ną ulicę. Ktoś zni­kał w drzwiach klat­ki scho­do­wej. Bez po­że­gnań. Bez oskar­żeń.

– To próba – po­wie­dzia­łem, gdy jeden z mężczyzn za­py­tał, czy to nor­mal­ne. – Nie każdy jest gotów. Nie każdy jest godzien zbawienia.

Słowa za­brzmia­ły pew­nie. Zbyt pew­nie.

Za­uwa­ży­łem, że gdy je wy­po­wiedziałem, lu­dzie popatrzyli na mnie ina­czej. Nie jak na księ­dza. Jak na kogoś, kto wie. Albo jak na kogoś, kto oszalał.

„Gołąb” za­pul­so­wał moc­niej.

Zbli­ża­li­śmy się do stre­fy, gdzie mia­sto się koń­czy­ło. Ma­ga­zy­ny, opusz­czo­ne hale, te­re­ny, które za­wsze były „gdzieś dalej”. Tam, gdzie człowiek nie znajduje się bez po­wo­du.

Nurt był wy­raź­niej­szy. Trze­ba było trzy­mać się razem. Kilkakrotnie ktoś stra­cił rów­no­wa­gę, ale ręce innych na­tych­miast go chwy­ta­ły, pod­trzy­my­wa­ły.

Nie za­trzy­ma­li­śmy się.

Gdy za­padł zmrok, świat stał się obcy. Mia­sto to­nę­ło nie tylko w wo­dzie, ale w ciem­no­ści.

Znak świe­cił wy­raź­niej niż wcze­śniej. Jak obiet­ni­ca. Jak la­tar­nia.

Latarnie zawsze prowadzą do brzegu. 

 

Werset 5: O ostatniej przeprawie

 

Woda pod­nio­sła się szyb­ciej, niż po­win­na. Się­ga­ła już do pasa.

Każdy krok wy­ma­gał wy­sił­ku, a spodnie na­sią­kły tak, że cią­gnę­ły w dół. Nurt, wcze­śniej le­d­wie wy­czu­wal­ny, teraz pchał w bok, spraw­dzał rów­no­wa­gę, karał za nie­uwa­gę.

– Już nie­da­le­ko – po­wie­dzia­łem.

Nie wie­dzia­łem tego na pewno. Ale znak pul­so­wał coraz in­ten­syw­niej, a ja na­uczy­łem się ufać temu ryt­mo­wi bar­dziej niż wła­snym my­ślom.

Tu i ów­dzie dry­fo­wa­ły przed­mio­ty, które jesz­cze rano miały swoje miej­sce: krze­sło, deski, dzie­cię­cy ro­we­rek. Wszyst­ko ode­rwa­ne od kon­tek­stu, po­zba­wio­ne sensu.

Ktoś krzyk­nął, gdy nurt po­rwał mu nogi. Upa­dek był nagły, bru­tal­ny. Znik­nął pod po­wierzch­nią na uła­mek se­kun­dy, zanim kilka rąk zdo­ła­ło go chwy­cić. Wy­cią­gnę­li­śmy go, ale od­dech miał urwa­ny, oczy roz­sze­rzo­ne.

– Nie dam rady – wy­szep­tał. – To… to nie tak miało być.

Spoj­rzał na mnie, jakbym to ja miał od­po­wiedź.

– A jak? – wyszeptałem z gorzkim uśmiechem. – Próba nigdy nie wy­glą­da tak, jak ją sobie wy­obra­ża­my.

Nie wiem, kiedy za­czą­łem mówić w ten spo­sób. Wiem tylko, że słowa prze­sta­ły być moje. Stały się na­rzę­dziem.

Kilka osób zatrzymało się. Jedna kobieta przytuliła dziecko i odwróciła się w stronę, z której przyszliśmy – choć nie było już dokąd wracać. Woda sięgała za wysoko. Prąd rwał bez litości.

– To nie Bóg – po­wie­dzia­ła cicho. – To ty.

Nie od­po­wie­dzia­łem.

Gołąb za­pul­so­wał gwał­tow­nie, nie­mal bo­le­śnie ja­snym świa­tłem. Kilku ludzi wes­tchnę­ło jed­no­cze­śnie, jakby znak sam za nich udzie­lił od­po­wie­dzi.

Ko­bie­ta zo­sta­ła z dziec­kiem na rękach. Znik­nę­li w mroku.

Nie od­wró­ci­łem się.

Kiedy po chwili marszu weszliśmy wyżej, naszym oczom ukazał się on. Stał u kresu miasta. Przed nim był las. Azyl.

Nie wy­glą­dał jak sta­tek. Nie jak arka z opo­wie­ści. Ra­czej jak coś, co nie po­win­no ist­nieć w naszym świecie – gład­ka, me­ta­licz­na bryła, uno­szą­ca się na wodzie. Bez okien. Bez świa­teł. Cicha.

Zbyt cicha.

– To tam – po­wie­dział ktoś z nie­do­wie­rza­niem.

Tłum zapłakał z radości, chwyciliśmy się mocniej i resztkami sił parliśmy dalej przez brudną wodę.

Boże, dziękuję!

Znak pul­so­wał spo­koj­nie. Pew­nie.

Zatrzymaliśmy się na betonowym wzniesieniu, skąd dokładnie widzieliśmy arkę. Między nami a azylem nie było już drogi. Koryto rzeki rozlało się szeroko, zabierając resztki gruntu. To, co jeszcze niedawno mogliśmy nazwać zaledwie strumykiem, teraz przeobraziło się w nurt – szybki, rwący, nie do przejścia. Woda płynęła z hukiem, ciągnąc ze sobą gałęzie, fragmenty dachów, drzwi. Ta część topiła się szybciej, niż miasto.

Woda. Głę­bo­ka. Mętna. Zdra­dli­wa. Ostatnia próba.

– Pontony! – krzyknął ktoś. 

Dopiero wtedy je zobaczyłem.

Dryfowały, częściowo zanurzone, splątane linami. Porzucone. Nadgryzione czasem. Na jednym wciąż widniał wyblakły symbol służb ratunkowych.

– To znak – wyszeptała kobieta obok mnie.

Nie zaprzeczyłem.

– Przeprawimy się – powiedziałem. – Razem.

Weszliśmy do wody ostrożnie, krok po kroku, trzymając się za ręce. Rzeka była lodowata, silniejsza, niż się wydawało. Nurt szarpał nogi, wyrywał równowagę. Woda przy brzegu sięgała piersi.

Z trudem przezwyciężając ciągnący nas nurt rozdzieliliśmy się na trzy pontony, po sześć osób w każdym. Tylko do ostatniego weszliśmy w siedmiu.

Pierwszy z nich przepłynął zaledwie kilkanaście metrów. Ktoś krzyknął. Ktoś stracił wiosło. Gałąź uderzyła z boku. Ponton przewrócił się niemal natychmiast.

Ludzie wpadli do wody. Krzyki zmieszały się z pluskiem i szumem rzeki. Jedni zniknęli od razu, wciągnięci pod powierzchnię. Inni próbowali płynąć, ale nurt był szybszy.

Zobaczyłem go wtedy. Młody mężczyzna.

Trzymał się kurczowo wywróconego pontonu, palce miał zbielałe z wysiłku. Woda biła go w twarz. Ledwo utrzymywał głowę nad powierzchnią.

Spojrzał na mnie.

– Ojcze… – wydusił. – Pomóż.

Gdybym wyciągnął dłoń może mógłbym go dosięgnąć, ale było to niebezpieczne. Mogliśmy stracić równowagę. Arka była już blisko. Zbyt blisko, by się cofnąć.

Nie ruszyłem się. Nie podałem ręki.

Fala przyszła raz jeszcze. Jego dłoń ześlizgnęła się z gumy. Zniknął pod wodą bez krzyku. Bez śladu.

– Płyniemy! – powiedziałem. – Nie oglądać się! Pan nas prowadzi!

Rzeka niosła pontony w stronę azylu, a ja patrzyłem tylko przed siebie, wierząc, że właśnie dopełniliśmy ostatnią misję.

Niektórzy płakali. Inni modlili się głośno, jakby chcieli zagłuszyć dźwięk wody. Jedna kobieta powtarzała bez przerwy: To próba. To próba. To próba.

Ja patrzyłem już tylko na azyl. Na gładką bryłę, która czekała. Nieruchoma. Obojętna.

Zimno paliło skórę. Mięśnie drżały z wysiłku.

Arka była tuż przed nami. Im bliżej się znajdowaliśmy, tym bardziej rozumieliśmy, jak wielka jest.

Dopłynęliśmy po kilkunastu minutach walki z żywiołem. Stanęliśmy przed czymś, co wyglądało jak olbrzymie, metalowe wrota.

Na uła­mek se­kun­dy ogar­nął mnie strach – czy­sty, nagi. Nic się nie działo. A potem metal roz­su­nął się bez­sze­lest­nie, two­rząc wej­ście.

Jasne wnę­trze przy­ję­ło nas bez oporu.

Ostat­ni raz spoj­rza­łem na świat za nami. Na mia­sto, które znik­nę­ło. Na dachy, które prze­sta­ły być schro­nie­niem. Na wodę, która nie roz­róż­nia­ła winy od nie­win­no­ści i wydawało się, że jej poziom rósł teraz, o wiele szybciej, jakby czekał aż dotrzemy do arki. Kara boska, która ma oczyścić ziemię. 

Wsze­dłem jako ostat­ni. Drzwi za­mknę­ły się cicho.

A my staliśmy w środku, bezpieczni. Dwunastu wokół mnie – i ja pośród nich. Liczba była domknięta. Pasterz i jego owce. Nowy Noe i jego lud. Ci, którzy mają zasiedlić ziemię na nowo. Wedle zasad, jakie Bóg im objawił.

Oto słowo Boże.

 

Roz­dział VI

 

Wnętrze arki nie było ciemne.

Światło nie miało źródła, nie rzucało cieni, nie dawało ciepła. Po prostu było – równomiernie rozlane, obojętne wobec strachu, który wnieśliśmy ze sobą.

Metalowe ściany nie odbijały dźwięku. Kroki brzmiały głucho, jakby przestrzeń nie chciała nas słuchać ani zapamiętać.

Ludzie oddychali głośno. Ktoś płakał, ktoś śmiał się nerwowo. Jedna z kobiet uklękła i dotknęła czołem podłogi, jakby musiała upewnić się, że naprawdę istnieje.

– Jesteśmy bezpieczni – oznajmiłem.

Musiałem to powiedzieć. Bez tych słów wszystko by się rozpadło.

Drzwi za nami nie zamknęły się. One zniknęły.

W tej samej chwili coś we mnie pękło. Nie strach. Nie panika. Coś znacznie gorszego. Pewność, która prowadziła mnie przez cały ten czas, rozlała się i zniknęła, jakby nigdy nie istniała.

Gołąb zgasł gwałtownie. Mężczyzna, który go trzymał, potrząsnął nim nerwowo. Bez skutku.

Ludzie zaczęli się rozglądać.

– Gdzie są kajuty?

– Gdzie dzieci będą spać?

– Gdzie woda pitna?

Pytania były zwyczajne. Zbyt zwyczajne jak na zbawienie. Tylko pies merdał ogonem spokojnie. Nie wiedziałem, dlaczego właśnie on przeżył. Nie wierzył. Nie rozumiał. Nie oczekiwał obietnicy.

Podłoga pod stopami drgnęła. Delikatnie. Ktoś krzyknął. Ktoś upadł. Dziecko zaczęło płakać. Ściana przed nami rozsunęła się bez dźwięku.

Za nią nie było pomieszczenia. Była przestrzeń. Zbyt duża. Zbyt głęboka. Wypełniona strukturami, które nie przypominały ani maszyn, ani organizmów. Nie poruszały się – raczej trwały, pulsując w rytmie, który poczułem natychmiast.

To był ten sam rytm, który prowadził mnie od początku.

Tylko teraz… nie był już mój.

– To… to nie jest arka – wyszeptał ktoś.

I wtedy usłyszeliśmy głos.

Nie dochodził z jednego miejsca. Nie miał tonu ani barwy, którą dałoby się zapamiętać. Mówił bezpośrednio do myśli, jak coś, co nie potrzebuje języka, ale używa go z uprzejmości.

– Mitologia była waszym największym osiągnięciem.

Kilka osób zasłoniło uszy. Bez sensu. Głos wżerał się w umysł.

– Jak na gatunek tak prymitywny, imponująco spójna.

Zrozumiałem pierwszy. Nie dlatego, że byłem mądrzejszy. Dlatego, że gdy cała pewność prysła, nastała ta chwila, kiedy przez ułamek sekundy mogłem pomysleć trzeźwo.

– Religie – mówił głos dalej – były waszym sposobem porządkowania lęku. Karą tłumaczyliście chaos. Zbawieniem usprawiedliwialiście ofiarę. Narracją utrzymywaliście posłuszeństwo nawet wtedy, gdy świat się rozpadał.

Wokół nas pojawiły się obrazy, zmieniały się szybko, jak urywki filmów. Historia Ziemi, próby, wygnania, wybrani, prorocy. Powtarzalność schematu. Skuteczność opowieści.

– Potop był rozwiązaniem eleganckim. Selekcją bez oporu. Samowykluczeniem niewiernych. Dobrowolnym podporządkowaniem się autorytetowi.

Ktoś krzyczał moje imię. Kazał mi coś zrobić. Milczałem.

– Potrzebowaliśmy jedynie nośnika – kontynuował głos. – Kogoś, kto uwierzy wystarczająco mocno, by inni przestali pytać.

Wszyscy spojrzeli na mnie.

– Ty nie kłamałeś. Dlatego zadziałało. Spisałeś się znakomicie.

– To… nie był Bóg – syknąłem.

– Wasz Bóg był koncepcją – odpowiedział głos spokojnie. – My testowaliśmy jej funkcjonalność. Chcieliśmy was zrozumieć. Sprawdzić, czy po tysiącach lat mit wciąż potrafi sprawić, że człowiek odda odpowiedzialność komuś innemu. Że uwierzy, iż prowadzenie innych zwalnia go z winy.

Wtedy poczułem, jak coś we mnie pęka. Nie byłem Noem. Nie byłem Mojżeszem.

Oni prowadzili ludzi od zagłady. Ja prowadziłem ich do niej, wierząc, że to zbawienie. Nie zdradziłem ich świadomie. Nie sprzedałem. Nie wskazałem palcem.

Ja tylko… wierzyłem.

A wiara, która nie pyta o cenę, jest najdoskonalszym narzędziem, jakie kiedykolwiek stworzyła ludzkość.

Ludzie zaczęli rozumieć. Najpierw pojedyncze spojrzenia. Potem szept. Potem krzyk.

– Kłamałeś!

– To przez ciebie!

– Judasz!

Pluli. Ktoś rzucił mi pod nogi gołębia. Jedna z kobiet spojrzała na mnie z nienawiścią tak czystą, że paliła w serce. Tylko właścicielka psa milczała, patrząc w podłogę.

– Co z nami będzie? – zapytał ktoś.

Krótka pauza.

– Zostaniecie zachowani. Obserwowani. Analiza długoterminowa.

– A Ziemia? – zapytałem.

– Zostanie oczyszczona – odpowiedział głos. – Tak jak było wcześniej. I tak jak będzie w przyszłości. Ludzie zawsze wracają. Jak karaluchy. Jak mity. I będą potrzebować wytłumaczenia, które wierzymy, że ty im dasz. Wedle własnego uznania.

Ściana po mojej stronie rozsunęła się gwałtownie.

– Wejdź – powiedział głos.

Zrobiłem krok.

Za mną tłum krzyczał jeszcze chwilę. Potem metal się zamknął. Zostałem sam. W ciszy.

Pomieszczenie było proste. Stół. Krzesło. Papier. Pióro.

Podszedłem i spojrzałem na pergamin. Widniało na nim tylko jedno zdanie:

Księga Potopu według Ocalonego.

Nie kazali. Zrozumiałem, że to wybór. Mogłem napisać prawdę.

O mechanizmie. O manipulacji. O tym, że arka była pułapką, a ja kluczem.

Albo mogłem napisać historię. Taką, jakiej potrzebują ludzie.

Historię o próbie. O zbawieniu. O wybranych.

Usiadłem. Długo patrzyłem na pergamin. I wtedy zrozumiałem najgorsze.

Że nawet teraz… nawet po wszystkim… wciąż jestem im potrzebny tylko wtedy, gdy w odpowiednim miejscu postawię kropkę.

Kiedy po kilku godzinach ciągłego pisania, jak w transie, atrament zostawił ostatnie zdanie – Oto słowo Boże – wiedziałem, że skończyłem historię na granicy, za którą nie wolno już pytać.

Koniec

Komentarze

Wklejam opinię, napisaną zaraz po przeczytaniu:

Tekst trzyma w ciągłym napięciu, nic tu nie jest przewidywalne, nic pewne. :) Wiele fragmentów jest bardzo przykrych i dobijających. W sumie trzeba mocno i długo zastanowić się nad przesłaniem tego nietypowego opowiadania. :) Czuje się makabryczny wręcz klimat całej tej sytuacji, w jakiej znaleźli się bohaterowie. Współczuje się im i myśli, co dalej, czy dobrze zrobili oni, czy dobrze robił w krytycznych momentach ksiądz, czy mieli rację ci, co się odłączali itp. :)

Ostatecznie jednak – o ile dobrze rozumiem – Ziemia padła, a oni – nie. :)

 

Pozdrawiam serdecznie i dzięki za betę, podwójny klik; powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Doskonały tekst, pobudza do myślenia.

Owszem, są drobne potknięcia językowe, ale tak mi się spodobał, że nawet nie zwracałem na nie uwagi, tylko dałem się wieść tekstowi (ku zatraceniu oczywiście :) ).

W jednym miejscu zastrajkowałem – przy Arce, którą powinni zauważyć nieco wcześniej, a pojawia się w tekście dość nagle.

Mimo tego efekt “wow” był, a tekst raczej nie przygnębiał, a poruszał.

Poklikam sobie, czemu nie? :D

Hej bruce!

Jeszcze raz dzięki za betę i tak miłe słowa. Jesteś nieoceniona! heart

No i za podwójnego klika! 

 

marzan,

Doskonały tekst, pobudza do myślenia.

Dziękuję!

Owszem, są drobne potknięcia językowe, ale tak mi się spodobał, że nawet nie zwracałem na nie uwagi, tylko dałem się wieść tekstowi (ku zatraceniu oczywiście :) ).

Bardzo się cieszę!

W jednym miejscu zastrajkowałem – przy Arce, którą powinni zauważyć nieco wcześniej, a pojawia się w tekście dość nagle.

Chciałem zrobić właśnie efekt “wow”, ale sam też się zastanawiałem, czy to nie dziwne, że nagle się pojawia znikąd. Ale potem stwierdziłem, że może to kolejny cud, albo ksiądz spisał tak, jak chciał, żeby było spisane. Zresztą jak całą historię z pięciu wersetów. 

Mimo tego efekt “wow” był, a tekst raczej nie przygnębiał, a poruszał.

Cieszy mnie to, że tak odbierasz mój tekst, bardzo.

Poklikam sobie, czemu nie? :D

Nie zabraniam, a wręcz zachęcam! :D

Dzięki za tak miłe słowa, szczególnie, że chyba pierwszy raz Cię goszczę, tym bardziej mi miło, że udało mi się trafić w Twoje gusta! 

Dzięki za komentarz, klika.

Pozdrawiam serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Powodzenia, Michaelu. :)

Pecunia non olet

Opowiadanie napisane bardzo konsekwentnie, a momentami wręcz hipnotyzująco. Ma dość religijną estetykę, ale im dłużej się czyta, tym wyraźniej widać o czym tak naprawdę jest ta historia. Wyraźnie pokazany jest wpływ wiary i władzy, dzięki którym łatwo można manipulować ludźmi zwłaszcza w obliczu zagrożenia. Da się też wyczuć nawiązania do sposobów działania sekt. Nie jest to tekst, który czyta się łatwo, a raczej taki, który zmusza do myślenia, nawet jeśli momentami jest to myślenie niewygodne. Całość jest bardzo trafną metaforą tego, jak działa świat. Bardzo dobrze przemyślana tematyka i w dodatku rewelacyjnie przekazana.

 

 EDIT:  Zastanawiam się, czy zwrot „Oto słowo Boże” należy odbierać dosłownie, czy jest to jakiś znak, że cała historia mogła jednak zostać zmanipulowana przez księdza? 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Cześć, MichaelBullfinch

Lubię takie opowiadania. Motyw wędrówki, walki z żywiołem, a tutaj dodatkowo sporo mądrych zdań, przy których musiałbym się dłużej zastanowić. Spoko wplotłeś motyw z palącym papierosa i fragmentem z utworu Lao. Bardzo ciekawy pomysł na gołębia :-) 

Od strony technicznej nie zauważyłem żadnych zgrzytów. 

Świetnie się czytało.

Klik

Pozdrawiam

Serwus

Widząc jakże znajomy tytuł, ciężko byłoby mi pominąć ten tekst.

Fajne opowiadanie – wciągające i dobrze napisane.

Ciekawy koncept przedstawienia potopu, wiary, a może sekt.

Podoba mi się. Gratuluję i klikam.

rr

 

Michaelu,

pobetowo więc krótko. 

Przyjemnością było rozmawiać na becie i przyjemnością jest czytać ten tekst. Świetnie osiągasz cel, który sobie zamierzyłeś, a dodatkowo pozostawiasz wiele do interpretacji czytelnikom. No i Lao Che heart

 

Cóż, ostatnio wypuszczasz seryjnie teksty bardzo dobre, sądzę, że piórko wisi w powietrzu laugh

 

Klikam oczywiście, czy nominuję piórkowo – zastanowię się jeszcze.

 

Pozdrowienia!

No i mam dzisiaj wieczór czytania i przeczytałem. Masz kurde pióro :)

 

Tekst wyśmienity z gatunku psychologicznego, dużo religii i kwestii do przemyślenia, widać że takich pytań do czytelnika umiesz fajnie zdawać. Bardzo inspirujące ;)

 

Klikam :) 

Melendur88

Hej opowiadanie jest fajnie napisane. W stylu przypowieści i to robi robotę. Bohater jest konsekwentnie wierny swojej nieomylności, nawet w chwilach gdy musi krzywdzić innych. I tu pojawiają się pierwsze zapowiedzi katastrofy, bo wybraniec Boga pewnie by miał więcej empatii, a mniej zaślepienia. Ale tekst nic nie zdradza, daje sygnały, że to się raczej dobrze nie skończy. No i się nie kończy dobrze :). Tekst piosenki (a musisz wiedzieć, że bardzo lubię tę płytę:)) inaczej interpretuję i chyba opowiadanie by zyskało gdyby nie było wstawek z LaoChe. Bo mam wrażenie, że się pojawiają bo pasują, a nie, że są ważną częścią opowiadania. Ale to już sprawa interpretacji, więc zostawmy to na marginesie. Bardziej mnie uwiera coś innego. Bo widzisz jak już pokazałeś jak bezwzględny jest bohater, to zrozumiałem, że ten tekst będzie bił w wiarę. Co jest w dzisiejszych czasach przewidywalne, jak fabuła filmów Marvela. I tu nie zaskoczyłeś mnie – niestety. Skoncentrowałeś się na pokazaniu bezsensu religii i już. W ciekawy sposób, ale to kolejny tekst o tym, że wiara jest bezsensu. A czy jest, to temat do długiej dyskusji. Na pewno wiara jest wartością, taką jak honor, czy zwyczajnie bycie dobrym (cokolwiek to znaczy). I rozumiem, że chciałeś pokazać sytuację w której wiara może szkodzić – bo tak też się zdarza ale panująca moda na niewiarę powoduje, że temat jest dla mnie wyczerpany, wtórny. I ciekawsze byłoby zakończenie, dla odmiany, pokazujące, że warto w coś wierzyć. Żeby było jasne sam mam problem z określeniem się czy jestem osobą wierzącą– tu raczej chodzi o to, że krytka wiary, jak to powiedział Yoda, jest szybsza i łatwiejsza, bardziej nęcąca;). I te calem przemówienie sprowadza się do tego, że szkoda – bo to dobry tekst. A gdybyś (nie wiem jak, jak coś;)) na końcu przekonał wszystkich, że to wszystko miało sens, to bym był pod wrażeniem, a tak to jestem tylko zadowolony z lektury. Bo to nadal jest bardzo dobry tekst :). Pozdrawiam i klikam :).

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Poruszające opowiadanie. Intrygujące i niepokojące. Opowiadanie drogi, z tym że jest to droga donikąd, lub może droga do siebie. Poznajemy bohaterów w trudnej sytuacji, która pogarsza się i zagraża nie tylko im, ale całemu światu. 

To również opowieść o odpowiedzialności za słowa, za idee, za ludzi nam powierzonych. 

To historia, która rezonuje w czytelniku dłużej.

No i jeszcze Lao Che! To też na plus.

 

 

delulu managment

Hej betweenthelines,

Dziękuję za piękny komentarz. Niesamowicie mnie cieszy, że tekst tak do Ciebie trafił i, że tak wiele rzeczy wyłapałaś.

Nie jest to tekst, który czyta się łatwo, a raczej taki, który zmusza do myślenia, nawet jeśli momentami jest to myślenie niewygodne.

Fakt, takie było założenie. Cieszę się, że udało się je spełnić.

 EDIT:  Zastanawiam się, czy zwrot „Oto słowo Boże” należy odbierać dosłownie, czy jest to jakiś znak, że cała historia mogła jednak zostać zmanipulowana przez księdza? 

“Oto słowo Boże” było celowo postawione w takim, a nie innym miejscu. Na Twoje pytanie pozwolę sobie wkleić kawałek komentarza, który napisałem w becie, odpowiadając bruce:

“Najważniejszy plot twist jaki chciałem zrobić, to ustawić “Oto słowo Boże” w dobrym miejscu. “Kosmici” nie kazali mu pisać, ale dali możliwość. Nie mówili też gdzie ma skończyć, miał możliwość napisania całej prawdy, ale wtedy okazałoby się, że nie był żadnym prorokiem. Dlatego dopiero po przeczytaniu tekstu chciałem, żeby do czytelnika doszło, że pierwsze pięć wersetów to było to, co ksiądz napisał na tej kartce, czyli czytamy tak naprawdę historię spisaną już później, dlatego po werscie piątym, są słowa “Oto słowo Boże”, bo tak ksiądz kończy historie, którą chce zostawić ludziom. Taką podjął decyzję. A rozdział VI jest tylko dodatkiem, wytłumaczeniem. Pierwszy raz tym, co sam ksiądz naprawdę myśli, a nie co zostawia po sobie. 

Tutaj wychodzę już daleko i wiem, że nie każdy nawet pomyśli o tym, ale można zakładać, że w spisanych wersetach są kłamstwa i manipulacje księdza. Spisał historię tak, jak chciał, żeby była czytana. 

To oczywiście poddaje pod refleksję całe nasze społeczeństwo na przestrzeni tysiącleci, manipulacje i kontrolę jaką stosowano, lub nie. Oczywiście tekst nie ma na celu obrażać, ani podważać biblii, ani historii natomiast jest pewnym pytaniem i filozoficzną myślą nad tym w co, i dlaczego, wierzymy od tysięcy lat.”

Wybacz, że tak bezczelnie przeklejam, ale mam wrażenie, że zawarłem w nim odpowiedź na Twoje pytanie, ale też wskazówki do tego, jak między innymi, można odczytać opowiadanie. 

Dziękuję jeszcze raz za ten komentarz, wyłapałaś sporo rzeczy i cieszy mnie to, że skłonił Cię do zadania tego pytania.

 

Hesket,

Bardzo mi miło, to chyba pierwszy raz jak czytasz coś ode mnie, tym bardziej jest mi miło, że aż tak Ci się spodobało!

Dzięki za klika i dobre słowo!

 

Robert Raks,

Dzięki wielkie za pozytywną opinię i klika, miło mi, że zawsze wpadasz przeczytać!

 

melendur88,

Nie wiem do którego komentarza się odnieść, chyba zaszła pomyłka i wstawiłeś dwa razy, dwa różne komentarze. Na szczęście oba pozytywne, więc nie narzekam haha!

Dzięki za odwiedziny, miłe słowo i klika!

 

beeeecki,

Mój ptysiu miętowy! Dziękuję za cudowną betę, dyskusje były świetne. No i Twoje spojrzenie na tekst pozwoliło mi dodać brakujące szczegóły, za co serdecznie dziękuję!

Cóż, ostatnio wypuszczasz seryjnie teksty bardzo dobre, sądzę, że piórko wisi w powietrzu laugh

Już same pojedyncze nominacje są dla mnie wyróżnieniem i motywacją, więc tym bardziej będę sie starał!

Klikam oczywiście, czy nominuję piórkowo – zastanowię się jeszcze.

Jasne, dzięki, że o tym myślisz, już to jest sukcesem dla mnie. Na spokojnie.

 

Pozdrawiam wszystkich serdecznie!

You cannot petition the Lord with prayer!

Nie wiem do którego komentarza się odnieść, chyba zaszła pomyłka i wstawiłeś dwa razy, dwa różne komentarze. Na szczęście oba pozytywne, więc nie narzekam haha!

Tak, chciałem go bardziej rozbudować. a jak edytuje czasem, to nie do końca rozumiem ale potrafi się wkleić zdublowany komentarz, a poprzednia wersja zostaje ;) 

Melendur88

Bardzie,

Hej opowiadanie jest fajnie napisane. W stylu przypowieści i to robi robotę.

Dzięki!

Tekst piosenki (a musisz wiedzieć, że bardzo lubię tę płytę:)) inaczej interpretuję i chyba opowiadanie by zyskało gdyby nie było wstawek z LaoChe. Bo mam wrażenie, że się pojawiają bo pasują, a nie, że są ważną częścią opowiadania. Ale to już sprawa interpretacji, więc zostawmy to na marginesie.

Wydaje mi się, że mylisz interpretację z inspiracją. Ja tutaj nie próbowałem interpretować tekstu Lao Che, było to użyte tylko jako smaczek, ponieważ faktycznie wpadłem na pomysł słuchając tej płyty. Tylko tyle.

Bo widzisz jak już pokazałeś jak bezwzględny jest bohater, to zrozumiałem, że ten tekst będzie bił w wiarę. Co jest w dzisiejszych czasach przewidywalne, jak fabuła filmów Marvela. I tu nie zaskoczyłeś mnie – niestety. Skoncentrowałeś się na pokazaniu bezsensu religii i już. W ciekawy sposób, ale to kolejny tekst o tym, że wiara jest bezsensu.

Ulala, no, stanowczo się nie zgadzam. Bo co najlepsze, ten tekst nie uderza bezpośrednio w wiarę i ja wcale nie uważam, że wiara jest bez sensu. Dlatego zachęcałem do podumania nad tekstem. Odczytałeś tekst dosłownie, powiedziałbym, ze w takim razie poległem po całości, bo największym moim zamiarem było to, żeby nie był odczytywany dosłownie, ale… sporo osób znalazło to “coś więcej”, więc może to kwestia indywidualna, postaram się odpowiedzieć. Jakbym mógł Cię prosić, i miałbyś ochotę na wytłumaczenia, zerknij na moją odpowiedź do betweenthelines.

Jeśli ten tekst uderza w coś bezpośrednio, to w przekazywanie informacji na przestrzeni lat, w to, że możliwe, że miliony razy ktoś postawił kropkę w odpowiednim miejscu. Może się to tyczyć religii, ale też historii. Nie chodzi o to, żeby snuć teorie spiskowe, że nie wiem… Kolumb od razu wiedział, że dopłynął do Ameryki, albo, że bitwa pod Grunwaldem wyglądała zupełnie inaczej (wybacz, to przykłady na szybko o późnej porze), ale, że można zakładać, że ze względów manipulacji, bądź nawet prywatnych interesów jednostek, wiele faktów, w które wierzymy i się o nich uczymy, tak naprawdę były po prostu odpowiednio spisane. Wiara była idealnym przykładem, ale też ciekawym, a jednak tekst musi zainteresować i zbudować odpowiedni klimat, dlatego ten wybór. Ale celowo bazowałem na Starym Testamencie (no może poza kilkoma symbolami do wyłapania, ale to bardziej smaczki), bo Stary Testament polega na symbolice i metaforach, a nie faktach historycznych, które zawiera Nowy Testament. Ciężko podważyć Stary Testament w sposób jaki prowadziłem opowiadanie, bo było to w zamyśle spisywane “słowo Boże”, albo się wierzy, albo nie, ale raczej nie bierze dosłownie, że Bóg siedział siedem dni, co do sekundy i tworzył świat. Więc historia księdza go nie podważa, ale też nie miała takiego zamiaru, zabieg celowy z wybraniem Starego Testamentu, właśnie, żeby ktoś nie zrozumiał treści w sposób jaki Ty zrozumiałeś. Ale masz Ci los haha! Chciałem, żeby opowiadanie dążyło w swoim przesłaniu do myśli filozoficznej na temat manipulacji faktami, tą słabością, że nie chcemy nawet po błędzie źle wypaść, więc kłamiemy, spojrzeniem w lustro, nawet jak na siłę staramy się udawać, że to nie my się w nim odbijamy. No i oczywiście naszpikowałem je symboliką, więc można też odczytywać kilka symboli pojedynczo, ale to już raczej dekoracja, chociaż dla mnie personalnie ważna. Kolejna litania w odpowiedzi mi wyszła, wybacz.

Żeby było jasne sam mam problem z określeniem się czy jestem osobą wierzącą– tu raczej chodzi o to, że krytka wiary, jak to powiedział Yoda, jest szybsza i łatwiejsza, bardziej nęcąca;).

No i widzisz, ja sam mam ten problem, również nie potrafię określić. Ale daleko mi do obrzucania łajnem wiarę i kościół. Tak, tekst również trafia w toksyczną religijność i wierzenie we wszystko jak leci, ale to tylko jedna z rzeczy. Ale za żadne skarby nie zgodzę się, że przekazuje, że zdrowa wiara nie ma sensu, bo wcale tak nie uważam. W kościele jest na tyle dużo jawnych manipulacji i przekłamań, że nie trzeba takiego tekstu, żeby wskazać je palcem, ale też mimo tego co się wielu wydaje, jest wiele dobroci, miłości i wartości, które są piękne. Dlatego nie widzę nic złego w religijności. Chciałbym, żeby to wybrzmiało, tekst nie miał w ten punkt uderzać, nawet jak na pierwszy rzut oka tak się wydaje.

A gdybyś (nie wiem jak, jak coś;)) na końcu przekonał wszystkich, że to wszystko miało sens, to bym był pod wrażeniem, a tak to jestem tylko zadowolony z lektury.

Mimo, że uważam, że to piękne założenie, taki też nie był cel opowiadania, żeby zachęcać ludzi do wiary. Może kiedyś podejmę rękawicę, ale chyba najpierw sam powinienem się ustabilizować w tej kwestii. 

Dzięki za wyczerpujący komentarz, cieszę się, że mimo wszystko Ci się podobał. Dzięki też za klika. Klasycznie tylko powiem, że proszę, nie odbierz odpowiedzi jako wykłócanie się, chciałem tylko pokazać mój punkt widzenia. Jestem bardzo wdzięczny zarówno za pochwałę, jak i krytykę.

 

Ambush,

Ale pięknie ubrany w słowa komentarz. To mogłaby być zapowiedź do opowiadania!

Bardzo dziękuję za tę opinię i za pomocną betę. To zawsze wiele dla mnie znaczy.

No i jestem bardzo pozytywnie zaskoczony, że udało się stworzyć taki gang fanów Lao Che! heart

 

melendur88,

Tak, chciałem go bardziej rozbudować. a jak edytuje czasem, to nie do końca rozumiem ale potrafi się wkleić zdublowany komentarz, a poprzednia wersja zostaje ;) 

Aaa, rozumiem. Jasne. Dzięki wielkie w takim razie jeszcze raz!

 

Pozdrawiam wszystkich!

You cannot petition the Lord with prayer!

No cóż, jak widzisz obudziłem się dość wcześnie. Można by przytoczyć – Jest czwarta w nocy, piszę przez chwilę To, co mi się we łbie ułożyło;). Teraz mam jasność. W sprawie piosenki jako inspiracji, bo przyjmuję, że to jedynie inspiracją, po Twoim komentarzu , to nadal myślę, że przytoczenie tekstu w przedmowie wystarczy. Ale to nadal detal, jak już pisałem. Ok, dlatego ostatni rozdział jest oznaczony cyfrą. I to ma sens. Bo jeśli bierzemy pod uwagę, że Biblia była spisywana przez osoby, które dostały jedynie relację ustną od ludzi, którzy nigdy niebyli naocznymi świadkami opisywanych wydarzeń, a następnie była przepisywana i zmienian na przestrzeni setek lat – to faktycznie można mieć wrażenie, że coś tu mogło pójść nie tak :). I nie tylko przyjmuje taką interpretację ale i biję się w pierś i przyjmuję, że nie zauważyłem Twojego zamiaru:). Jaki jest tego powód? Widzę dwa, brak mojej przenikliwości i próba załatwienia tematu jednym zdaniem. Choć jest podpowiedź w postaci innej nazwy rozdziału. Zabieg jest ok i po wytłumaczeniu całkowicie się broni. Tylko czy to nie jest zbyt daleko idąca chcę zaskoczenia czytelnika? Może być tak, że totylko ja nie zrozumiałem i już, ale może być tak, że więcej osób będzie miało problem z odczytaniem tekstu tak jak Ty go widzisz. Może dodanie jakiś wskazówek w poprzednich rozdziałach, albo wyolbrzymienie jakiś scen. Wiesz z Biblią jest ten problem, że czasem czujesz, że ta historia nie trzyma się kupy szczególnie w nowym testamecie i wprowadzenie czegoś takiego dałoby podpowiedź czytelnikowi co ksiądz ma na myśli kończąc historię takimi, a nie innymi słowami:). Liczę na to, że inni czytelnicy właściwie zinterpretują tekst, a nawet będę śledził komentarze bo sam jestem ciekawy czy tylko mnie tekst przechytrzył :). Dziękuję za wyjaśnienie:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

No cóż, jak widzisz obudziłem się dość wcześnie. Można by przytoczyć – Jest czwarta w nocy, piszę przez chwilę To, co mi się we łbie ułożyło;). Teraz mam jasność.

Jasne Bardzie, cieszę się, że udało mi się dobrze to opisać w komentarzu, bo czasem mam wrażenie, że tłumaczeniem, jeszcze bardziej zagmatwam.

W sprawie piosenki jako inspiracji, bo przyjmuję, że to jedynie inspiracją, po Twoim komentarzu , to nadal myślę, że przytoczenie tekstu w przedmowie wystarczy.

Jasne, rozumiem. Jakoś naturalnie mi to przyszło, bo pisząc słuchałem płyt. Ale jak najbardziej rozumiem, że nie każdemu się ten zabieg podoba. Pod koniec dnia przynajmniej mogę powiedzieć, że cieszę się, że lubisz Lao Che! 

Ok, dlatego ostatni rozdział jest oznaczony cyfrą. I to ma sens.

Dokładnie tak.

I nie tylko przyjmuje taką interpretację ale i biję się w pierś i przyjmuję, że nie zauważyłem Twojego zamiaru:). Jaki jest tego powód? Widzę dwa, brak mojej przenikliwości i próba załatwienia tematu jednym zdaniem. Choć jest podpowiedź w postaci innej nazwy rozdziału. Zabieg jest ok i po wytłumaczeniu całkowicie się broni.

Ale się cieszę, że tak podchodzisz moich tłumaczeń. I to nie jest brak przenikliwości, nie jesteś jedyny, który nie zrozumiał od razu wszystkiego. Myślę, że tak połowa ludzi rozumie od strzału, druga potrzebuje małej wskazówki. I to jest okej, może ja powinienem dać więcej wskazówek, może ktoś po prsotu był niewyspany. Ja całkowicie szanuję to, że nie każdy będzie siedział, tracił czas i myślał o co mi chodziło – nie mogę tego oczekiwać. Spróbowałem w przedmowie poprosić o to, żeby usiąść na chwilę po przeczytaniu i podumać, bo wskazówki są, tylko jednak nie podane na tacy, ale ja całkowicie rozumiem, że czasem się czyta, myśli, że się wszystko zrozumiało dobrze i idzie dalej, to normalne, sam tak zrobiłem już kilka razy.

Zabieg jest ok i po wytłumaczeniu całkowicie się broni. Tylko czy to nie jest zbyt daleko idąca chcę zaskoczenia czytelnika? Może być tak, że totylko ja nie zrozumiałem i już, ale może być tak, że więcej osób będzie miało problem z odczytaniem tekstu tak jak Ty go widzisz. Może dodanie jakiś wskazówek w poprzednich rozdziałach, albo wyolbrzymienie jakiś scen.

Tak, to było moje pytanie od początku, które sobie zadawałem. W co celuję, do kogo chcę dotrzeć. Stwierdziłem w końcu, że postawię na wersję trudniejszą, najwyżej polegnę. W becie też dali mi tą pewność, że warto, bo bardzo szybko załapali. Szczególnie beeeecki, który wyłapał praktycznie wszystko z głównych założeń tekstu – wtedy stwierdziłem, że może warto spróbować. Bo nawet w opisie do bety pisałem, że chyba za bardzo zagmatwałem i czy ktoś mógłby na to spojrzeć, no i cyk, trafiły się osoby, które wyłapały wszystko. Natomiast może powinienem też pomyśleć, że w becie się dokładniej czyta. No nic, zobaczymy jak to pójdzie.

Wiesz z Biblią jest ten problem, że czasem czujesz, że ta historia nie trzyma się kupy szczególnie w nowym testamecie i wprowadzenie czegoś takiego dałoby podpowiedź czytelnikowi co ksiądz ma na myśli kończąc historię takimi, a nie innymi słowami:).

Właśnie tak samo myślałem, ale twierdziłem, że to robię. Więc tu biję się w pierś. Ale chciałem kilka znaków dać, np. to, że szło im zdecydowanie za dobrze. Coś się wysypywało, to zaraz znak od Boga to naprawiał. Zauważ też, że tylko ksiądz widział przez sekundę gałązkę oliwną na gołębiu, nikt inny. I przekazał taką wiadomość, a ludzie się radowali. Oczywiście zakładając, że manipulował faktami w spisanych rozdziałach, na swoją korzyść, lub korzyść całości historii – ta gałązka wcale się tam nie pojawiła. Jest jeszcze kilka takich miejsc. Tez zauważ, że ilość symboliki, facet z papierosem, kobieta z psem, gołąb, próba, nagle pojawiające się pontony, odsiewanie ludzi – ale od razu informacja, że pewnie nie wierzyli zbyt głęboko, nawet liczba osób jakie finalnie przetrwało. To wszystko, jakby się skupić już bardzo mocno, brzmi jak spisane przez kogoś, nie jak prawda. Brzmi jak legenda z ziarnkiem prawdy, co najwyżej. Ale całkowicie rozumiem, że nie powiedziałem tego wprost i wiem, że większość ludzi tak na to nie spojrzy, chciałem zaryzykować, zaryzykowałem, a teraz zobaczymy.

Liczę na to, że inni czytelnicy właściwie zinterpretują tekst, a nawet będę śledził komentarze bo sam jestem ciekawy czy tylko mnie tekst przechytrzył :). Dziękuję za wyjaśnienie:)

Dzięki wielkie, cieszę się, że udało mi się wytłumaczyć, ale też, że wysłuchałeś i skorygowałeś podejście na moją korzyść. Dzięki za kolejną fajną dyskusję, między innymi, tekst powstał też po to.

Pozdrawiam!

You cannot petition the Lord with prayer!

Bardzo pięknie napisane opowiadanie. Wciąga bez reszty i daje domyślenia. 

Zdecydowanie warte przeczytania, tylko pogratulować.

Przybyłam Was nawiedzać

Hej L.Keller,

Dzięki wielkie za komentarz i miłe słowo!

You cannot petition the Lord with prayer!

MichaelBullfinch dziękuję za tak wyczerpującą odpowiedź! Naprawdę jestem pod wrażeniem, jak wiele przemyśleń i znaczeń jest w tym opowiadaniu. Fajnie, że moje pytanie trafiło w sedno, naprawdę pozwoliło mi to wyciągnąć więcej z tekstu i bardziej go zrozumieć. 

Pozostając w klimacie Lao Che…

„Wiesz sam jak nie lubię radykałów

Ale na boga

Nie spałem całą noc

I podjąłem decyzję” :

Gdybym tylko mogła, nominowałabym do piórka, ale niestety jeszcze nie mam takiej mocy. Mam jednak nadzieję, że inni użytkownicy to zrobią za mnie, bo opowiadanie zdecydowanie na to zasługuje. laughheart

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

betweenthelines, ale wymogi nominacji na piórko są lżejsze niż do Biblioteki. Wystarczy miesiąc stażu bodaj (niech mnie ktoś poprawi lub potwierdzi)

beeeecki Rzeczywiście! Dziękuję za pomoc, lecę nominować. smiley

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Trzeba odpracować miesiąc na portalu by móc nominować. Jak już przy tym jesteśmy, to po naszej dyskusji i przemyśleniu całości, wraz z nowymi informacjami, doszedłem do wniosku, że loża powinna przeczytać tekst i ocenić pod kątem piórka:)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Mocny tekst.

Ja odebrałam przesłanie jako takie, że wiara się ludziom przydaje. W sensie: zwiększa prawdopodobieństwo przetrwania w ciężkich czasach. I nieważne, czy jest to wiara fałszywa, czy prawdziwa. Zdaje się, że statystyki to potwierdzają – właśnie podczas takich długich wypraw “dobrze” jest wierzyć. Co innego, jeśli wiara skłania do wzniecania bezsensownych wojen…

Zaczęło się w miarę niewinnie, ale w końcu konsekwentne nieoglądanie się za siebie i niezwracanie uwagi na innych zaczęło wyglądać bardzo podejrzanie. Przekonanie o własnej nieomylności to straszna rzecz. Ciekawe, czy to cecha niezbędna, żeby wykonywać zawód kapłana.

Bohater wzbudził we mnie umiarkowanie negatywne uczucia. Niby chciał dobrze, ale wiadomo, do czego służą dobre chęci. A co z niewydawaniem fałszywego świadectwa?

Symbolika chyba przeważnie do mnie nie dotarła. Tak, liczba 12+1 nie wygląda na przypadkową. Ale facet palący papierosa? Tego nie rozumiem nawet po wskazaniu palcem.

Tak czy siak – opowiadanie skłania do refleksji.

Będę na TAK, czyli.

Babska logika rządzi!

Jak dobrze jednak być dyżurnym i mieć to swoje skromne 0,5 TAK-a, któremu wartości nawet nominacja Lożanina odjąć nie może laugh

 

Nie no, a oczywiście, pewnie każdy punkt nominacyjny, nawet wobec nominacji Lożowej jest fajny. Myślę, że nawet bardzo (akurat tu nie mam doświadczenia). I dobrze, niech Loża ocenia, a ja będę sobie jeszcze myślał, co z tym moim 0,5 (*dramatyczna muzyka w tle*).

 

Pozdrawiam wszystkich serdeczniutko!

 

W ogóle, teraz zobaczyłem to dopiero:

beeeecki,

Mój ptysiu miętowy!

laugh

(zaznaczam nieobeznanym, że nie uprawiamy tu relacji romantycznej, tylko bawimy się tekstem piosenki, która była inspiracją tekstu XD)

Wiesz ze swoim 0,5 taka jesteś w połowie lożaninem :). I nie musisz myśleć co z nim zrobić, nie jest jednorazowy;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Po przeczytaniu jestem co najmniej wstrząśnięty, niezmieszany. Jednocześnie czuję, że doświadczyłem czegoś ważnego i głębokiego, ale nijak nie wiem, co o tym myśleć i jaki był przekaz.

Mogę tylko powiedzieć, że po przeczytaniu ostatniego zdania pierwszą moją myślą było, że muszę się wziąć za biblię.

Cóż, podumam, jak sugerujesz w przedmowie. Może wyklaruje mi się jakaś interpretacja.

Pozdrawiam.

ani pospolity, ani niepospolity, taki w sam raz

Nowa Fantastyka