- Opowiadanie: JolkaK - O kobiecie, która pisała książkę

O kobiecie, która pisała książkę

Skąd to się bierze w człowieku... nie wiem, ale narasta i wyłazi. I takie dziwne jest. Nie moje. Ale moje. Czyżbym traciła rozum? 

Traktujcie mnie łagodnie, lecz surowo. Wytknijcie błędy z zachwytem. Ja tu czekam i odchodzę od zmysłów, a rzepak kwitnie! :D 

 

Dyżurni:

Finkla, bohdan, adamkb

Oceny

O kobiecie, która pisała książkę

Laptop znowu domagał się kabla. Podłącz urządzenie

Oderwała zmęczony wzrok od ekranu i spojrzała przez okno. Wiosenny krajobraz obiecywał ulgę, ale było to jedno wielkie oszustwo. Coś było nie tak z kolorami. Kwitnący rzepak wbijał się intensywną żółcią pod czaszkę, w której i tak pulsował już ból zbyt wielu napisanych słów. 

Przerwa, potrzebuję przerwy, pomyślała. 

Wstała, zostawiwszy klawiaturę pełną porzuconych liter. 

Dosyć

A jednak nie. 

Podczas przygotowywania kanapki, wciąż tkwiła tam, w niedokończonej opowieści, w świecie, który nie istniał. Zielona herbata kusiła przyjemnym aromatem, choć nie była w stanie całkowicie przebić się przez opary powstającej historii. Eliza spojrzała ponownie za okno, szukając wytchnienia, odcięcia, klamry, sama nie wiedziała do końca, czego. 

Tym razem rzepak łagodnie wybarwiał się w słonecznym blasku, orzeźwiał. Odetchnęła głęboko, czując, że wreszcie przychodzi odprężenie. 

Postacie, z którymi spędziła ostatnie kilka godzin, pomału oddalały się, robiąc miejsce rzeczywistości. Żegnała je z ulgą, wiedząc, że zaraz spotkają się znowu. Widmowe sylwetki ulatniały się, niczym dmuchawce na wietrze. 

Oprócz jednej, która zmaterializowała się przeźroczyście i stanęła w kuchni. Wyglądała na zagniewaną. 

– Nie chcę być w twojej opowieści – odezwała się. 

– Co? – zapytała Eliza z kubkiem w ręku. 

Przed nią majaczyła dość wyraźnie kobieca sylwetka.

– Wykreśl mnie!

Autorka uważniej przyjrzała się postaci. Ach, to ona, pomyślała. W pierwszej chwili nie poznała wychudzonej bohaterki z czwartego rozdziału. Wraz z ukłuciem niepokoju, spowodowanym niewłaściwością całej sytuacji, pojawiła się myśl, że może faktycznie wątki kobiece w powieści nie ucierpią zbytnio od usunięcia jednej postaci. Zaraz jednak odpędziła tę propozycję ze złością. 

– Ej, nie sugeruj mi tu niczego! To ja jestem twórcą, Hanno! Dlaczego nie chcesz istnieć? Taka ucieczka w niebyt… Nie podoba ci się twoja osoba?

Mówiąc „osoba” Eliza lekko się zawahała. Z kim właściwie rozmawia? Czy nie jest to objaw jakiejś choroby? Czy nie zwariowała w trakcie pisania i nie pogrążyła w wymyślonym świecie zbyt mocno?

Tymczasem Hanna zmaterializowała się dobitniej i gniewniej.

– Nie podoba! Nie życzę sobie takiej postaci! Uczyniłaś mnie cierpiącą wywłoką, która nie radzi sobie z życiem. Nie życzę sobie być!

Ona ma rację, zdała sobie sprawę Eliza. Jest cierpiącą wywłoką. W dodatku planowałam, że w następnym rozdziale rzuci się w pustkę kosmiczną.

– No, właśnie – skomentowała Hanna, zupełnie jakby słyszała ostatnią myśl. 

W sumie, czemu by miała nie słyszeć, zastanowiła się autorka, przecież stworzona jest z moich myśli.

– Jestem, ale nie chcę!

Robi się agresywna, zauważyła spokojnie Eliza, twarz jej się wykrzywia. Wygląda strasznie. Jak rzepak na wietrze. Bezładnie. Żółto. 

– Zostaw mnie w spokoju! Masz przecież Ryszarda – wysyczała całkiem już nieprzyjemnie coraz bardziej materialna zjawa, pochylając się z naciskiem nad kobietą. 

Eliza upuściła kubek na podłogę, a ten rozbił się na drobne kawałeczki. Gorąca herbata rozlała się, pryskając na szafki kuchenne. 

Niedobry żółty kolor wołał z daleka. 

– Pozbawiłaś nas wszystkich wyboru! Niech Ryszard dźwiga moją anoreksję! Ja rezygnuję! 

Ryszard? Ależ to główny bohater, nie może przecież marnieć na oczach czytelnika! Jego pracą jest dociągnąć do końca, nieść fabułę, pchać wydarzenia. Ryszard i tak ma swoje własne problemy. 

– Tak – odezwał się Ryszard. – Mam swoje własne problemy. 

Usiadł na blacie w kuchni, jakby robił to od lat, starzejący się, zmęczony, lecz wciąż bardzo męski, taki, jak w jej tekście. Zdumiała się dokładnością jej wyobrażeń odbitą w całkiem rzeczywistym ciele. 

Wariuję, pomyślała. 

– Nie, ty nie – powiedział Ryszard. – Ale my tam odchodzimy od zmysłów przy tym, co z nami wyprawiasz. Zastanów się, kobieto, i pomyśl, co tak naprawdę piszesz. 

– Ale przecież ja cię wymyśliłam! To moja powieść! – zaprotestowała słabo autorka. 

– Czy to ci daje prawo do rzucania nas pod każdy pociąg, rozpalania pożarów w naszych domach i sercach, do torturowania naszych ukochanych psów? Metaforycznie mówiąc. No? Daje?

– Wspaniała metafora – mruknęła Eliza i pomyślała jednocześnie, że tak, ma prawo robić z nimi, co chce, no przecież, jakże inaczej ma pisać, nie do wiary, co się tutaj teraz dzieje. 

Schyliła się po stłuczone kawałki kubka, narzekając w duchu na bezczelność świata wyobrażonego, który pyskuje w jej własnej kuchni. 

– Mamy to po tobie – zauważył kąśliwie mężczyzna. 

– Nie ma cię tu. – Spróbowała przekonać samą siebie. 

– Ależ jestem. To Hanna nie chce być. Ja chcę. Chcę być bardziej. Dodaj mi literackiego mięsa. Jestem stary, jestem zmęczony, ale chcę jeszcze użyć tego świata. Postaraj się! Przeżywanie musi być intensywne, nie jakaś tam mierna, nudna egzystencja. Mięso istnienia!

Jaki on żywy, dziwiła się autorka. Może bardziej żywy niż ja. 

Tymczasem Hanna szeptała coraz natarczywiej, pochylając się nad Elizą. 

– Nie chcę tam być. Usuń mnie. Takie istnienie mnie nie interesuje, bezduszna istoto!

Bezduszna? Ja bezduszna? No, wiecie co!

– Tak, bezduszna! Kto wymyśla taką postać, jaką jestem? Nikt, kto ma nieco serca i współczucia!

– Chcę żyć mocniej, chcę czuć, że istnieję jeszcze bardziej! – grzmiał Ryszard, zeskakując z kuchennego blatu i krzyżując ręce na piersiach. 

Buntują się, pomyślała Eliza lekko przerażona, postanowiła jednak nie dać się zastraszyć. 

– To ja decyduję, kim jesteście i co przeżywacie! To przecież moja powieść!

– O, proszę, mówiłam. Bez serca, bez współczucia. 

– Pozwól nam żyć! To też nasza historia!

– Przepraszam, czy mogę się wtrącić?

Wszyscy troje spojrzeli na nową, materializującą się leniwie zjawę pochylonego staruszka w zbyt dużym palcie i zniszczonym kapeluszu. Podpierał się laską, która chwilami wyglądała jak parasol. Wydawał się raz bardziej realny, a raz mniej. 

Eliza nie pamiętała takiej postaci w swoim tekście. 

– A pan, to kto? – spytała zdziwiona. – Ja pana nie napisałam. 

– No, właśnie. A ja bym chciał. Proszę mnie napisać. 

– To jak pan istnieje? 

Już zadając to pytanie, zdała sobie sprawę, jak absurdalnie brzmi. 

– Potencjalnie, moje dziecko, tylko potencjalnie – odparł niezrażony staruszek. – W tym cały problem. Ja bym chciał kinetycznie. 

Zapadła cisza. 

– Mogłabyś dorzucić jakiś wątek, co ci szkodzi? – zasugerował Ryszard. 

– On może być za mnie! Niech się wykańcza bez jedzenia. Oddaję mu miejsce! – histeryzowała wyraźnie osłabiona Hanna. 

– Hej, chwileczkę, to tak nie działa. Ja go nie wymyśliłam. 

– Najwyraźniej jednak tak. Może to podświadomość? – podsunął Ryszard. 

Może, pomyślała Eliza. Całkiem możliwe, że on się przyda… tylko jeszcze nie wiem, w którym wątku… Alter ego Ryszarda? To byłby dobry pomysł…

– Jakie alter ego?! Nie potrzebuję wzmacniania mnie drugą postacią! Dodaj mi trochę wigoru, a zobaczysz, że dalej sam sobie poradzę. On by mnie tylko osłabiał… bez urazy, proszę pana. Ja bym go widział na tamtej tajemniczej planecie, mógłby istnieć jako wędrowiec międzygalaktyczny, ten, którego zgubiłaś w trzecim rozdziale…

Cholera, faktycznie, był tam wędrowiec, zapomniałam o nim, zostawiłam go w tym starym systemie planetarnym, miał się potem odnaleźć…

– Wiedziałem, że w końcu sobie o mnie przypomnisz – zabrzmiał melodyjny niski głos, a wraz z nim zmaterializował się skafander kosmiczny z nieokreślonym do końca wypełnieniem. 

– Jest nasz wędrowiec! – ucieszył się Ryszard. – Tylko jakiś niewyraźny. 

Nigdy nie opisałam jego wyglądu, przypomniała sobie Eliza, tylko głos, który przekazywał relacje z odległych zakątków wszechświata. A teraz nie ma ciała. Skafander z głosem. Zrobiło jej się wstyd. 

– Przepraszam – bąknęła niewyraźnie. 

– Nie szkodzi. Przyzwyczaiłem się. Cieszę się, że tu jestem, bo zapomnienie dawało mi się już we znaki. Marniałem i znikałem. Nie wspominając już o braku postaciowości. 

– Pani autorko, tak nie wypada – szepnął staruszek potencjalny. – Nie można by tak wyobrazić go bardziej? Przykro patrzeć…

– O nim to mogłaś zapomnieć, tak? A ja to chyba na jakimś pieprzonym piedestale stoję, żeby wszyscy widzieli! – Wzburzona Hanna zachwiała się i widmową ręką złapała za poręcz krzesła.

– Przestań już, Hanno! Nie tak cię pisałam! Mam cię dosyć! Idź i nie zjawiaj się więcej! 

Zjawa spojrzała na Elizę z politowaniem.

– To przecież tak nie działa. Nie wystarczy, że sobie powiesz życzenie. Czy ja wyglądam na ducha z Dziadów, do którego mówisz: a kysz? Albo na złotą rybkę, co spełnia zachcianki?

Tak, pomyślała zaskoczona Eliza, ona wygląda jak ryba. Blada chuda ryba.

– Tego już za wiele! Przestań! Zostaw mnie w spokoju, ty niewydarzona pisareczko! Wymyślasz sobie, co chcesz, pomiatasz postaciami, a potem my cierpimy!

Hanna chwytała powietrze, jak… ryba wyjęta z wody. 

– Ja tam nie cierpię. Jeszcze nie – westchnął staruszek. 

– Zamknij się, skoro cię tu nie ma! Znalazł się, potencjalny! Takimi jak ty piekło jest wybrukowane! – krzyczała anorektyczka. 

– Co? – nie zrozumiał dziadek. 

– Taka metafora – podsunął Ryszard. – No, wie pan, dobre chęci i te sprawy. 

– Co? Jakie dobre chęci?

– Istnienia! – dokończył triumfalnie wędrowiec. – Właśnie, wracając do maritum…

– Meritum – poprawiła go odruchowo autorka. – Hanno, uspokój się, nie płacz, to nic nie pomoże. Skafander niech siada na krześle, bo zawadza. I niech poczeka. Ryszard, nogi do góry, muszę wytrzeć podłogę. 

– Podłoga jest taka materialna! – westchnął z zazdrością zanikający kształt w starym kapeluszu. – Taka… rzeczywista! 

– Podobno sam akt obserwacji sprawia, że coś jest lub nie – rzucił konwersacyjnie Ryszard i, usiadłszy znowu na blacie, podniósł nogi. 

– To przestańcie na mnie patrzeć!

– A na mnie jak najbardziej, poproszę!

– A jak nie ma na co patrzeć, to co wtedy?

Autorka ze ścierką w jednej ręce i skorupami w drugiej stanęła między postaciami w zatłoczonej kuchni. Zerknęła za okno, na rzepak, na jego wściekły kolor i neonowy blask. Z ukwieconych łanów zerwał się skowronek. Cholera jasna! 

– Spokój! – krzyknęła. – Bo inaczej zgotuję wam wieczne tortury prometejskie!

Umilkli. A potem rozległ się brzdęk.

Eliza nagle poczuła, że coś się dzieje. Jakby jej ubyło. 

Chuda bohaterka z wielkim skupieniem koncentrowała się na trzymaniu garnka i pokrywki, którymi rytmicznie uderzała o siebie.

– Zaraz, jak ty to trzymasz… – Zaczęła i przerwała autorka, bo wyraźnie ubyło jej energii. – Co ty robisz?!

Zjawa triumfalnie spojrzała na kobietę. 

– Protestuję!

– Przestań natychmiast!

– Mowy nie ma!

– Kobiety! – westchnął Ryszard do widmowego staruszka. 

Elizę opuszczała siła do życia. Oparła się o blat, podczas gdy Hanka hałasowała garnkiem. Żółte plamki rzepakowych kwiatów zaczęły przesłaniać jej widzenie, okropny brzdęk nie pozwalał myśleć. 

Ryszard z zainteresowaniem obserwował pisarkę, jak aktor, który chce nauczyć się nowej roli od mistrza. 

– Przestań! Już przestań! Usunę cię z powieści! Usunę! – jęczała Eliza, mrugając oczami. 

– Ach, teraz to usuniesz?! Ale ja jeszcze cię pomęczę, tak dla porządku, nieczuła kobieto! – Pokrywka uderzała o garnek triumfalnie, gdy Hanka uśmiechała się złośliwie. 

Stworzyłam potwora, pomyślała autorka, łapiąc się za głowę i siadając na kuchennej podłodze. 

Oparła się o szafki i, wciąż tracąc siły, zasłoniła uszy rękoma. 

– Tak, jestem potworem, który będzie twoją zgubą! – krzyknęła postać, skupiwszy się na trzymaniu przedmiotów i wytwarzaniu hałasu, który najwyraźniej działał zabójczo na ludzki organizm. 

W oczach Hanki błyszczało szaleństwo. Energia wyciekała z Elizy niczym krew z ciała. Słabła. Rzepak, skowronki i wiosna, podstępnie rozkoszna, przewijały jej się pod zamkniętymi powiekami. 

Wtedy Ryszard nieco się zaniepokoił. 

– Ej, przestań, ona musi skończyć książkę! Nie mogę tak tkwić niedokończony, bez przyszłości. Przestań już! Powiedziała, że cię wykreśli. 

– Mam to gdzieś! Te ludzkie organizmy są takie nieczułe! Zobacz, do czego mnie zmusiła! Teraz niech ginie! I tak jestem tylko marną wywłoką!

Widmowy staruszek zmartwił się.

– To już się nie pojawię… Szkoda, tak bardzo chciałem stać się… czymkolwiek. 

– Nie marudź! I tak nie miałeś szans! Precz z naszej książki!

Westchnął i posłusznie zniknął, a Hanka wciąż hałasowała naczyniami. 

Skafander usiłował złapać jej rękę i zapobiec tragedii, jednak jego niedookreślone ciało nie miało mocy, by coś chwytać, zwłaszcza przez grubą rękawicę. 

Eliza zaczęła przypominać zjawy, które ją otaczały, a kradnąca jej energię bohaterka nabierała wigoru. 

Ryszard, główny bohater książki, próbował jeszcze coś zdziałać, rzucił się w stronę bębniącej koleżanki, jednak zabrakło mu prędkości, a decyzję podjął zbyt późno. 

Eliza przestała oddychać.

– Coś ty zrobiła, głupiaaaa… – Nie zdążył skończyć, bo wraz z ostatnim tchnieniem autorki, zniknęła również cała koncepcja tworząca Ryszarda, jego przeszłość, przyszłość i teraźniejszość, niedopisane, istniejące tylko w wyobraźni Elizy, rozpłynęły się w bezładną kałużę rozpadającego się widma. 

Hanka upuściła naczynia i z westchnieniem ulgi zanurzyła się w niebycie. 

Skafander, wciąż siedzący na krześle, obserwował wszystko bezradnie.

– No, tak, znowu o mnie zapomnieli, cholera. – Co powiedziawszy, zbladł i zniknął. 

Rzepak szumiał żółcią, jakby chciał przegonić wszystkie niechciane dusze ze swojego pola, przeznaczonego przecież tylko dla skowronków i wiosny. 

Klawiatura cierpliwie czekała na palce, które miały już nigdy nie wrócić, a historia zawieszona między światami kołysała się leniwie i bladła. 

 

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Ze spraw technicznych mam następujące wątpliwości oraz sugestie (zawsze – tylko do przemyślenia):

Cholera, faktycznie, był tam wędrowiec, zapomniałam o nim, zostawiłam go w tym starym systemie planetarnym, miał się potem odnaleźć… – czy to nie zapis myśli (nie powinien być kursywą)? 

Usunę Cię z powieści! – małą?

Stworzyłam potwora, pomyślała autorka, łapiąc się z głowę i siadając na kuchennej podłodze. 

Oparła głowę o szafki i, wciąż tracąc siły, zasłoniła uszy rękoma. – literówka i powtórzenie?

Rzepak, skowronki i wiosna, podstępnie rozkoszna, przewijały jej się pod przymkniętymi powiekami.  – czy aliteracja celowa? 

Skafander (przecinek?) wciąż siedzący na krześle (i tu?) obserwował wszystko bezradnie.

 

Nie powiem, żebym spodziewała się takiego zakończenia i przewidywała kolejne sceny, zatem – duuuży plus, bo zaskoczyłaś mnie na maksa! :) Niezwykle pomysłowe i ciekawie pokazane dialogi autorki z literackimi postaciami tworzą świetną czarną komedię. :) Absurd sytuacyjny układa się mimo wszystko w całkiem logiczną całość, brawa! :) 

Ukłon za wskazanie wulgaryzmów. kiss

Po zastanowieniu, aby nie przepadł tak oryginalny pomysł, klikam podwójnie, by zwrócić uwagę na tę “perełkę” i by Ktoś mądrzejszy ode mnie jeszcze tu zajrzał. :) 

Powodzenia, pozdrawiam serdecznie. :)

Pecunia non olet

Brawo za oryginalny pomysł. Gdy pomyślę, co powiedziałyby moje postacie (w większości kończą tragicznie), aż mnie skręca. Dobre wykonanie – czytało się lekko. Zaskakujące zakończenie. Klik za pomysł. Pozdrawiam.

bruce, witaj, dziękuję bardzo za łapankę, człowiek sam nie zauważy, mimo kilkukrotnego czytania. Zaraz zabiorę się do poprawek. Dziękuję też za dobre słowo, bo czasami sama nie wiem, czy to się składa w całość… :D  Wdzięcznam za kliki!

Adexx, super, że wpadłeś i cieszę się, że podeszło w czytaniu – to najważniejsze! Bardzo dziękuję za klika! :)

Pozdrawiam mroźnie! (kiedy to się skończy? )

Trzymam kciuki; buziak, Jolu. kiss

Pecunia non olet

Jest tu pewna świeżość – autorzy rozmawiający ze swoimi postaciami już byli, i to nie nie raz, ale taki bunt stanowi pewną nowość. Szczególnie końcówka mnie należycie zaskoczyła.

W sumie, trudno się tym bohaterom dziwić, bo ich szczęście w życiu (jeśli w ogóle następuje) ogranicza się do “żyli długo i szczęśliwie”. Ale nie pokazujemy tego, bo to nudne, tylko rzucamy naszym bohaterom rozmaite kłody pod nogi. I niech się męczą, niech zwyciężają albo giną w próbie. No, ale jeśli mamy wybór między dopieszczaniem prawdziwych czytelników a dopieszczaniem wymyślonych bohaterów… Tekst skłania więc do refleksji.

Niezły przekrój postaci niezadowolonych z rozmaitych powodów. Oczywiście, na tym portalu najłatwiej nam utożsamić się z pisarką.

Babska logika rządzi!

Świetny tekst, bardzo obrazowo napisany, żółty rzepak staje człowiekowi przed oczami, bohaterowie tekstu stają się coraz bardziej realni.

Zakończenie zaskakuje.

 

Hej, Finkla, dzięki za komentarz, rozumiem, że jeśli zaskoczyło to na plus? :) 

Bohaterowie, jak tak pomyśleć, to naprawdę mają ciężko z takim autorem… a tu jeszcze się okazuje, że to zawód niebezpieczny (czy też podwyższonego ryzyka) :D Dziękuję za klika!

Pusiu, bardzo mi miło, że wpadłaś, a jeszcze bardziej, że Ci się podobało! Super! Rzepak jest taki intensywny, kiedy kwitnie, prawda? 

Pozdrawiam mroźnie! (wciąż)

Tak, zaskoczenie na ogół jest dobre. Jeśli po pierwszym rozdziale jesteś w stanie w większości przewidzieć fabułę aż do końca, to słabo, prawda?

Babska logika rządzi!

Cześć

Ciekawe jest to, że mocą objawienia, warunkiem istnienia w świecie realnym, była żyjąca pisarka. W momencie jej śmierci, wyimaginowani bohaterowie odchodzą w niebyt. Ludzi na świecie jest sporo, rodzajów interakcji pomiędzy nimi jeszcze więcej – może gdzieś na świecie nasi wykreowani bohaterowie mają swoich odpowiedników. 

Tutaj pokuszę się o stwierdzenie, że pisarz/pisarka, mając moc słowa, niejako stwarza, czyli w prostej linii dla swojego świata jest bogiem, ponieważ to od niego zależy wszystko i, podobnie nic stworzyciela nie ogranicza. W tym akcie stworzenia może mieć prawo do niszczenia, fundowania męczarni i czegokolwiek tylko chce dla swoich tworzonych postaci? Pisarz, słowem – ręka wszechmocnego. Poza tym, tekst można powielać w jeden do jeden i to również jest piękne. Występuje tutaj przewaga nad sztukami plastycznymi – każde uderzenie pędzla o płótno jest niepowtarzalne, dosłownie. Oczywiście można kopiować, ale oryginał pozostanie jeden. W przypadku rękopisu sprawa ma się podobnie… Mam tutaj na myśli powielanie słowa za pomocą druku. 

Dlatego pytanie jest nadal aktualne: czy piszący może czynić z własnym bohaterem, co tylko zapragnie?

Problemem nie jest złe traktowanie bohaterów, a waga negatywów, które odbierze czytelnik. Pytanie tylko, czego szuka czytelnik? Jeśli ciepła promieni słonecznych i raju, znajdzie go, lub piekła i koszmaru, gdy sięgnie po grozę… To już zależy od odbiorcy.

Pozdrawiam

Klik

Tutaj pokuszę się o stwierdzenie, że pisarz/pisarka, mając moc słowa, niejako stwarza, czyli w prostej linii dla swojego świata jest bogiem,

Oczywiście, że pisarz jest bogiem. Zwłaszcza, jeśli pisze fantastykę – w końcu często gęsto zaczynamy od stworzenia świata, prawda? :-)

Babska logika rządzi!

Łi

Finkla, no, faktycznie, słabo by było. 

Hesket, widzę, że wszedłeś głębiej w tekst, a pomysł, że gdzieś istnieją odpowiednicy wykreowanych w książkach postaci, wydaje się zarówno fascynujący jak i przerażający. Bardzo fajnie przenosisz ciężar pytania z tekstu (czy można robić z bohaterami, co nam się żywnie podoba) na odbiór czytelnika i jego negatywne czy pozytywne z tekstem interakcje. Nie pomyślałam o tym. 

Wszechmoc autora wydaje się oczywista, a jego boskość i szafowanie losami bohaterów bardzo ładnie można przenieść na nasze, ludzi,  wyobrażenia religijne – jakie naiwne się wtedy wydają! Pisarz jest bogiem i nie bardzo się przejmuje swoimi bohaterami… No, może gdyby się do niego modlili… :D :D :D

Dzięki za ciekawy komentarz i nieco ciekawych aspektów do przemyślenia. I za klika! :)

Pozdrowienia nadal mroźne! :) 

Właśnie rozpalam w piecu, dlatego jest coraz cieplej :-)

Zima odejdzie szybciej, niż się spodziewamy. 

 

Pragnął wiosny, z utęsknieniem wyglądał,

gdy nadeszła, pąkami strzelając w błękity niebiosa,

soczystą zielenią zrodzona…

zapomniał, jak bardzo jej pragnął

 

Pozwoliłem sobie na mały wierszyk ;-)

Pozdrawiam

No, i od razu cieplej! Też kominek już grzeje u mnie! 

Dzięki za wierszyk! Taki prawdziwy! Tęsknota jest prawdziwsza niż sama wiosna! :)

Coś w tym jest! To jak z zakupami – w domu już tak nie cieszą…

No proszę, dobrze że moi tak nie robią.

 

Świetnie rozpisane dialogi, żyją własnym życiem, bardzo naturalne. Miejscami nie jest oczywiste kto co mówi, ale w ostatecznym rozrachunku niezbyt to przeszkadza.

Interesujące opowiadanie. Humorystyczne, błyskotliwe, z tragicznym finałem bohaterów, którzy czuli się niewystarczający, jak zapewne każdy autor czasem myśli, że jego pomysł jest włanie taki – za słaby, niepełny. Jakoś w głowie mi szumi fraza “nieznośna lekkość bytu” :-)

Dobry tekst, choć pewnie nie zaszkodziłoby mu skrócenie go do szorta, bo w pewnym momencie odniosłem wrażenie, że postacie zaczęły się powtarzać, a kolejne kwestie dialogowe nie wnosiły nic nowego. Klikam!

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Kurojatka, hej, dzięki, że wpadłaś! Przyjrzę się dialogom, może coś tam dodam, super, że się podobało!

prosiaczek, miło, że wpadłeś! Czy Twój nick jest z O.S. Carda? Czy z Kubusia Puchatka? :)

Autorzy nie mają lekkiego życia, ale zjawy postaci to już w ogóle! :) Cieszę się, że się podobało!

Bolly, dzięki za wizytę, przyjrzę się powtórzeniom, chociaż one miały swoje zadanie – czasami trzeba podkreślić czyjąś determinację i desperację. :) Może da się coś tam wyrzucić, sprawdzę. 

 

Pozdrawiam mroźnie i chmurnie! :)

Witam.

 

Napisane jak zwykle bardzo ładnym językiem i to narastanie negatywnych odczuć aż do śmierci autorki dało się odczuć. No i ten rzepak. Nie wiem do końca, czym miał być ten rzepak, ale zostaje w pamięci.

 

Pozdrawiam

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Odebrałam to jako kolor tak wściekły, że aż boli. :) A rzepak tak potrafi kwitnąć, wiem to na pewno. laugh

Pecunia non olet

Sympatyczne :)

Przynoszę radość

Opowiadanie zaczyna się wiosną. Główna bohaterka, Eliza odwraca wzrok od laptopa i dostrzega wiosenny pejzaż na zewnątrz (to już niedługo!).

Wiosna mi kojarzy się z pospolitymi żółtymi łąkowymi mleczami (mniszkiem lekarskim), którymi karmię swoje króliki i dmuchawcami, które można rozdmuchiwać (mieszkam na wsi).

Eliza zaczyna rozmawiać z wymyśloną przez siebie dziewczyną, Hanną, która nie chce być bohaterką jej opowieści. Kłócą się ze sobą.

Drugą postacią jest Ryszard.

Eliza musi sobie poradzić z buntem swoich fikcyjnych postaci.

Opowiadanie zawiera sporo dialogów. Trochę elementów science – fiction: obca planeta, skafander kosmiczny. Jest nieco surrealistyczne.

Nie spodobało mi się zdanie “Elizę opuszczała siła do życia”, lepiej by brzmiało: “Elizę opuściła siła życiowa” lub “witalna”.

Eliza jest zawieszona między realnym światem, a wymyślonym.

Polecam Ci króciutkie opowiadanko (jeśli je znajdziesz) z tomiku Andrzeja Krzepkowskiego “Obojętne planety” pt. “Mózg”.

Zakapiorze z Galicji, super, że wpadłeś! Rzepak był takim odpowiednikiem efektów dźwiękowych, tylko w kolorze! Podkręcał. Mam nadzieję, że to wyszło. Bruce fajnie to odebrała! 

Anet, hej, jak zwykle lakonicznie i w punkt! :)

Grzesiek, mam wrażenie, że pisało Ci to AI? Mam rację? Jeśli nie, to przepraszam, a jeśli tak, to wolę Twoje własne odczucia. :)

 

Pozdrawiam gołoledziowo! :)

 

JolkaK, z Orsona. Uwielbiam Mówcę Umarłych. :-) No, bohaterowie mają przechlapane :-p

Komentarz pisałem sam, w domu. Najpierw odręcznie w notatniku, potem na komputerze. Nie przepadam za Sztuczną Inteligencją. Może przydaje się do nauki j. Angielskiego?

Grzesiek12, opowiadanko postaram się znaleźć, oczywiście i przeczytać! Ciekawa jestem czy opowiadanie Ci się podobało?  Nad zdaniem wskazanym przez Ciebie, zastanowię się. 

prosiaczek, ja uwielbiałam całą serię. Dlatego od razu mi się skojarzyło!

 

Pozdrowienia! :)

Grzesiek12, dziękuję za wyjaśnienie i w takim razie cieszę się z Twojego komentarza! Ja też nie przepadam za AI! Przepraszam za to posądzenie! :) 

Warto przeczytać cały zbiorek A. Krzepkowskiego. Jest niezbyt obszerny, ale został wydany bardzo dawno temu przez Krajową Agencję Wydawniczą, w roku 1978. Znalazłem go na straganie ze starymi książkami. Może jest w jakiejś bibliotece?

Poszukam! :)

Cześć, fantastyczne opowiadanie, bardzo podoba mi się realizm postaci, są tak dobrze napisane, że przed oczami staje mi pusty skafander, a rysy twarzy Hanny i jej rybi wygląd sprawia, że moja wyobraźnia tylko wypluwa kolejne obrazy. Zakończenie niespodziewane, a styl bardzo przyjemny i mimo fatalnego zakończenia najbardziej zapamiętam rzepak! Pozdrowienia!

Cudnie napisane, w szczególności dialogi. Zdecydowanie nie spodziewałam się takiego zakończenia, ale bardzo mi się podobało, jak zostało poprowadzone. 

Przybyłam Was nawiedzać

Nowa Fantastyka