Laptop znowu domagał się kabla. Podłącz urządzenie…
Oderwała zmęczony wzrok od ekranu i spojrzała przez okno. Wiosenny krajobraz obiecywał ulgę, ale było to jedno wielkie oszustwo. Coś było nie tak z kolorami. Kwitnący rzepak wbijał się intensywną żółcią pod czaszkę, w której i tak pulsował już ból zbyt wielu napisanych słów.
Przerwa, potrzebuję przerwy, pomyślała.
Wstała, zostawiwszy klawiaturę pełną porzuconych liter.
Dosyć.
A jednak nie.
Podczas przygotowywania kanapki, wciąż tkwiła tam, w niedokończonej opowieści, w świecie, który nie istniał. Zielona herbata kusiła przyjemnym aromatem, choć nie była w stanie całkowicie przebić się przez opary powstającej historii. Eliza spojrzała ponownie za okno, szukając wytchnienia, odcięcia, klamry, sama nie wiedziała do końca, czego.
Tym razem rzepak łagodnie wybarwiał się w słonecznym blasku, orzeźwiał. Odetchnęła głęboko, czując, że wreszcie przychodzi odprężenie.
Postacie, z którymi spędziła ostatnie kilka godzin, pomału oddalały się, robiąc miejsce rzeczywistości. Żegnała je z ulgą, wiedząc, że zaraz spotkają się znowu. Widmowe sylwetki ulatniały się, niczym dmuchawce na wietrze.
Oprócz jednej, która zmaterializowała się przeźroczyście i stanęła w kuchni. Wyglądała na zagniewaną.
– Nie chcę być w twojej opowieści – odezwała się.
– Co? – zapytała Eliza z kubkiem w ręku.
Przed nią majaczyła dość wyraźnie kobieca sylwetka.
– Wykreśl mnie!
Autorka uważniej przyjrzała się postaci. Ach, to ona, pomyślała. W pierwszej chwili nie poznała wychudzonej bohaterki z czwartego rozdziału. Wraz z ukłuciem niepokoju, spowodowanym niewłaściwością całej sytuacji, pojawiła się myśl, że może faktycznie wątki kobiece w powieści nie ucierpią zbytnio od usunięcia jednej postaci. Zaraz jednak odpędziła tę propozycję ze złością.
– Ej, nie sugeruj mi tu niczego! To ja jestem twórcą, Hanno! Dlaczego nie chcesz istnieć? Taka ucieczka w niebyt… Nie podoba ci się twoja osoba?
Mówiąc „osoba” Eliza lekko się zawahała. Z kim właściwie rozmawia? Czy nie jest to objaw jakiejś choroby? Czy nie zwariowała w trakcie pisania i nie pogrążyła w wymyślonym świecie zbyt mocno?
Tymczasem Hanna zmaterializowała się dobitniej i gniewniej.
– Nie podoba! Nie życzę sobie takiej postaci! Uczyniłaś mnie cierpiącą wywłoką, która nie radzi sobie z życiem. Nie życzę sobie być!
Ona ma rację, zdała sobie sprawę Eliza. Jest cierpiącą wywłoką. W dodatku planowałam, że w następnym rozdziale rzuci się w pustkę kosmiczną.
– No, właśnie – skomentowała Hanna, zupełnie jakby słyszała ostatnią myśl.
W sumie, czemu by miała nie słyszeć, zastanowiła się autorka, przecież stworzona jest z moich myśli.
– Jestem, ale nie chcę!
Robi się agresywna, zauważyła spokojnie Eliza, twarz jej się wykrzywia. Wygląda strasznie. Jak rzepak na wietrze. Bezładnie. Żółto.
– Zostaw mnie w spokoju! Masz przecież Ryszarda – wysyczała całkiem już nieprzyjemnie coraz bardziej materialna zjawa, pochylając się z naciskiem nad kobietą.
Eliza upuściła kubek na podłogę, a ten rozbił się na drobne kawałeczki. Gorąca herbata rozlała się, pryskając na szafki kuchenne.
Niedobry żółty kolor wołał z daleka.
– Pozbawiłaś nas wszystkich wyboru! Niech Ryszard dźwiga moją anoreksję! Ja rezygnuję!
Ryszard? Ależ to główny bohater, nie może przecież marnieć na oczach czytelnika! Jego pracą jest dociągnąć do końca, nieść fabułę, pchać wydarzenia. Ryszard i tak ma swoje własne problemy.
– Tak – odezwał się Ryszard. – Mam swoje własne problemy.
Usiadł na blacie w kuchni, jakby robił to od lat, starzejący się, zmęczony, lecz wciąż bardzo męski, taki, jak w jej tekście. Zdumiała się dokładnością jej wyobrażeń odbitą w całkiem rzeczywistym ciele.
Wariuję, pomyślała.
– Nie, ty nie – powiedział Ryszard. – Ale my tam odchodzimy od zmysłów przy tym, co z nami wyprawiasz. Zastanów się, kobieto, i pomyśl, co tak naprawdę piszesz.
– Ale przecież ja cię wymyśliłam! To moja powieść! – zaprotestowała słabo autorka.
– Czy to ci daje prawo do rzucania nas pod każdy pociąg, rozpalania pożarów w naszych domach i sercach, do torturowania naszych ukochanych psów? Metaforycznie mówiąc. No? Daje?
– Wspaniała metafora – mruknęła Eliza i pomyślała jednocześnie, że tak, ma prawo robić z nimi, co chce, no przecież, jakże inaczej ma pisać, nie do wiary, co się tutaj teraz dzieje.
Schyliła się po stłuczone kawałki kubka, narzekając w duchu na bezczelność świata wyobrażonego, który pyskuje w jej własnej kuchni.
– Mamy to po tobie – zauważył kąśliwie mężczyzna.
– Nie ma cię tu. – Spróbowała przekonać samą siebie.
– Ależ jestem. To Hanna nie chce być. Ja chcę. Chcę być bardziej. Dodaj mi literackiego mięsa. Jestem stary, jestem zmęczony, ale chcę jeszcze użyć tego świata. Postaraj się! Przeżywanie musi być intensywne, nie jakaś tam mierna, nudna egzystencja. Mięso istnienia!
Jaki on żywy, dziwiła się autorka. Może bardziej żywy niż ja.
Tymczasem Hanna szeptała coraz natarczywiej, pochylając się nad Elizą.
– Nie chcę tam być. Usuń mnie. Takie istnienie mnie nie interesuje, bezduszna istoto!
Bezduszna? Ja bezduszna? No, wiecie co!
– Tak, bezduszna! Kto wymyśla taką postać, jaką jestem? Nikt, kto ma nieco serca i współczucia!
– Chcę żyć mocniej, chcę czuć, że istnieję jeszcze bardziej! – grzmiał Ryszard, zeskakując z kuchennego blatu i krzyżując ręce na piersiach.
Buntują się, pomyślała Eliza lekko przerażona, postanowiła jednak nie dać się zastraszyć.
– To ja decyduję, kim jesteście i co przeżywacie! To przecież moja powieść!
– O, proszę, mówiłam. Bez serca, bez współczucia.
– Pozwól nam żyć! To też nasza historia!
– Przepraszam, czy mogę się wtrącić?
Wszyscy troje spojrzeli na nową, materializującą się leniwie zjawę pochylonego staruszka w zbyt dużym palcie i zniszczonym kapeluszu. Podpierał się laską, która chwilami wyglądała jak parasol. Wydawał się raz bardziej realny, a raz mniej.
Eliza nie pamiętała takiej postaci w swoim tekście.
– A pan, to kto? – spytała zdziwiona. – Ja pana nie napisałam.
– No, właśnie. A ja bym chciał. Proszę mnie napisać.
– To jak pan istnieje?
Już zadając to pytanie, zdała sobie sprawę, jak absurdalnie brzmi.
– Potencjalnie, moje dziecko, tylko potencjalnie – odparł niezrażony staruszek. – W tym cały problem. Ja bym chciał kinetycznie.
Zapadła cisza.
– Mogłabyś dorzucić jakiś wątek, co ci szkodzi? – zasugerował Ryszard.
– On może być za mnie! Niech się wykańcza bez jedzenia. Oddaję mu miejsce! – histeryzowała wyraźnie osłabiona Hanna.
– Hej, chwileczkę, to tak nie działa. Ja go nie wymyśliłam.
– Najwyraźniej jednak tak. Może to podświadomość? – podsunął Ryszard.
Może, pomyślała Eliza. Całkiem możliwe, że on się przyda… tylko jeszcze nie wiem, w którym wątku… Alter ego Ryszarda? To byłby dobry pomysł…
– Jakie alter ego?! Nie potrzebuję wzmacniania mnie drugą postacią! Dodaj mi trochę wigoru, a zobaczysz, że dalej sam sobie poradzę. On by mnie tylko osłabiał… bez urazy, proszę pana. Ja bym go widział na tamtej tajemniczej planecie, mógłby istnieć jako wędrowiec międzygalaktyczny, ten, którego zgubiłaś w trzecim rozdziale…
Cholera, faktycznie, był tam wędrowiec, zapomniałam o nim, zostawiłam go w tym starym systemie planetarnym, miał się potem odnaleźć…
– Wiedziałem, że w końcu sobie o mnie przypomnisz – zabrzmiał melodyjny niski głos, a wraz z nim zmaterializował się skafander kosmiczny z nieokreślonym do końca wypełnieniem.
– Jest nasz wędrowiec! – ucieszył się Ryszard. – Tylko jakiś niewyraźny.
Nigdy nie opisałam jego wyglądu, przypomniała sobie Eliza, tylko głos, który przekazywał relacje z odległych zakątków wszechświata. A teraz nie ma ciała. Skafander z głosem. Zrobiło jej się wstyd.
– Przepraszam – bąknęła niewyraźnie.
– Nie szkodzi. Przyzwyczaiłem się. Cieszę się, że tu jestem, bo zapomnienie dawało mi się już we znaki. Marniałem i znikałem. Nie wspominając już o braku postaciowości.
– Pani autorko, tak nie wypada – szepnął staruszek potencjalny. – Nie można by tak wyobrazić go bardziej? Przykro patrzeć…
– O nim to mogłaś zapomnieć, tak? A ja to chyba na jakimś pieprzonym piedestale stoję, żeby wszyscy widzieli! – Wzburzona Hanna zachwiała się i widmową ręką złapała za poręcz krzesła.
– Przestań już, Hanno! Nie tak cię pisałam! Mam cię dosyć! Idź i nie zjawiaj się więcej!
Zjawa spojrzała na Elizę z politowaniem.
– To przecież tak nie działa. Nie wystarczy, że sobie powiesz życzenie. Czy ja wyglądam na ducha z Dziadów, do którego mówisz: a kysz? Albo na złotą rybkę, co spełnia zachcianki?
Tak, pomyślała zaskoczona Eliza, ona wygląda jak ryba. Blada chuda ryba.
– Tego już za wiele! Przestań! Zostaw mnie w spokoju, ty niewydarzona pisareczko! Wymyślasz sobie, co chcesz, pomiatasz postaciami, a potem my cierpimy!
Hanna chwytała powietrze, jak… ryba wyjęta z wody.
– Ja tam nie cierpię. Jeszcze nie – westchnął staruszek.
– Zamknij się, skoro cię tu nie ma! Znalazł się, potencjalny! Takimi jak ty piekło jest wybrukowane! – krzyczała anorektyczka.
– Co? – nie zrozumiał dziadek.
– Taka metafora – podsunął Ryszard. – No, wie pan, dobre chęci i te sprawy.
– Co? Jakie dobre chęci?
– Istnienia! – dokończył triumfalnie wędrowiec. – Właśnie, wracając do maritum…
– Meritum – poprawiła go odruchowo autorka. – Hanno, uspokój się, nie płacz, to nic nie pomoże. Skafander niech siada na krześle, bo zawadza. I niech poczeka. Ryszard, nogi do góry, muszę wytrzeć podłogę.
– Podłoga jest taka materialna! – westchnął z zazdrością zanikający kształt w starym kapeluszu. – Taka… rzeczywista!
– Podobno sam akt obserwacji sprawia, że coś jest lub nie – rzucił konwersacyjnie Ryszard i, usiadłszy znowu na blacie, podniósł nogi.
– To przestańcie na mnie patrzeć!
– A na mnie jak najbardziej, poproszę!
– A jak nie ma na co patrzeć, to co wtedy?
Autorka ze ścierką w jednej ręce i skorupami w drugiej stanęła między postaciami w zatłoczonej kuchni. Zerknęła za okno, na rzepak, na jego wściekły kolor i neonowy blask. Z ukwieconych łanów zerwał się skowronek. Cholera jasna!
– Spokój! – krzyknęła. – Bo inaczej zgotuję wam wieczne tortury prometejskie!
Umilkli. A potem rozległ się brzdęk.
Eliza nagle poczuła, że coś się dzieje. Jakby jej ubyło.
Chuda bohaterka z wielkim skupieniem koncentrowała się na trzymaniu garnka i pokrywki, którymi rytmicznie uderzała o siebie.
– Zaraz, jak ty to trzymasz… – Zaczęła i przerwała autorka, bo wyraźnie ubyło jej energii. – Co ty robisz?!
Zjawa triumfalnie spojrzała na kobietę.
– Protestuję!
– Przestań natychmiast!
– Mowy nie ma!
– Kobiety! – westchnął Ryszard do widmowego staruszka.
Elizę opuszczała siła do życia. Oparła się o blat, podczas gdy Hanka hałasowała garnkiem. Żółte plamki rzepakowych kwiatów zaczęły przesłaniać jej widzenie, okropny brzdęk nie pozwalał myśleć.
Ryszard z zainteresowaniem obserwował pisarkę, jak aktor, który chce nauczyć się nowej roli od mistrza.
– Przestań! Już przestań! Usunę cię z powieści! Usunę! – jęczała Eliza, mrugając oczami.
– Ach, teraz to usuniesz?! Ale ja jeszcze cię pomęczę, tak dla porządku, nieczuła kobieto! – Pokrywka uderzała o garnek triumfalnie, gdy Hanka uśmiechała się złośliwie.
Stworzyłam potwora, pomyślała autorka, łapiąc się za głowę i siadając na kuchennej podłodze.
Oparła się o szafki i, wciąż tracąc siły, zasłoniła uszy rękoma.
– Tak, jestem potworem, który będzie twoją zgubą! – krzyknęła postać, skupiwszy się na trzymaniu przedmiotów i wytwarzaniu hałasu, który najwyraźniej działał zabójczo na ludzki organizm.
W oczach Hanki błyszczało szaleństwo. Energia wyciekała z Elizy niczym krew z ciała. Słabła. Rzepak, skowronki i wiosna, podstępnie rozkoszna, przewijały jej się pod zamkniętymi powiekami.
Wtedy Ryszard nieco się zaniepokoił.
– Ej, przestań, ona musi skończyć książkę! Nie mogę tak tkwić niedokończony, bez przyszłości. Przestań już! Powiedziała, że cię wykreśli.
– Mam to gdzieś! Te ludzkie organizmy są takie nieczułe! Zobacz, do czego mnie zmusiła! Teraz niech ginie! I tak jestem tylko marną wywłoką!
Widmowy staruszek zmartwił się.
– To już się nie pojawię… Szkoda, tak bardzo chciałem stać się… czymkolwiek.
– Nie marudź! I tak nie miałeś szans! Precz z naszej książki!
Westchnął i posłusznie zniknął, a Hanka wciąż hałasowała naczyniami.
Skafander usiłował złapać jej rękę i zapobiec tragedii, jednak jego niedookreślone ciało nie miało mocy, by coś chwytać, zwłaszcza przez grubą rękawicę.
Eliza zaczęła przypominać zjawy, które ją otaczały, a kradnąca jej energię bohaterka nabierała wigoru.
Ryszard, główny bohater książki, próbował jeszcze coś zdziałać, rzucił się w stronę bębniącej koleżanki, jednak zabrakło mu prędkości, a decyzję podjął zbyt późno.
Eliza przestała oddychać.
– Coś ty zrobiła, głupiaaaa… – Nie zdążył skończyć, bo wraz z ostatnim tchnieniem autorki, zniknęła również cała koncepcja tworząca Ryszarda, jego przeszłość, przyszłość i teraźniejszość, niedopisane, istniejące tylko w wyobraźni Elizy, rozpłynęły się w bezładną kałużę rozpadającego się widma.
Hanka upuściła naczynia i z westchnieniem ulgi zanurzyła się w niebycie.
Skafander, wciąż siedzący na krześle, obserwował wszystko bezradnie.
– No, tak, znowu o mnie zapomnieli, cholera. – Co powiedziawszy, zbladł i zniknął.
Rzepak szumiał żółcią, jakby chciał przegonić wszystkie niechciane dusze ze swojego pola, przeznaczonego przecież tylko dla skowronków i wiosny.
Klawiatura cierpliwie czekała na palce, które miały już nigdy nie wrócić, a historia zawieszona między światami kołysała się leniwie i bladła.