- Opowiadanie: L.Keller - Kiedy spadło słońce

Kiedy spadło słońce

Moja próba stwo­rze­nia rze­czy­wi­sto­ści, w któ­rej nie­bez­pie­czeń­stwo czyha nie w ciem­no­ściach, a w pro­mie­niach słoń­ca.

Gorące podziękowania i dozgonna wdzięczność MichaelBullfinch za pomoc, inaczej bym tego potworka z szuflady nie wypuściła.

Dyżurni:

regulatorzy, homar, syf.

Biblioteka:

Użytkownicy IV, Użytkownicy V, Użytkownicy, GalicyjskiZakapior

Oceny

Kiedy spadło słońce

Łucja nie po­tra­fi­ła sobie przy­po­mnieć, co ro­bi­ła w dniu, kiedy spa­dło słoń­ce. Pa­mię­ta­ła tylko ciszę, którą roz­darł dźwięk po­dob­ny do wrza­sku ran­ne­go zwie­rzę­cia. Chcia­ła wie­rzyć, że zo­sta­ła ofia­rą ja­kie­goś nie­do­rzecz­ne­go żartu, ale jedno spoj­rze­nie w niebo wy­star­czy­ło, aby za­czę­ła w to wąt­pić. Nie rozumiała, jak niebo mogło za­peł­nić się czer­wo­ny­mi chmu­ra­mi wy­glą­da­ją­cy­mi jak roz­la­na w wo­dzie krew.

Pa­trzy­ła w górę tylko chwi­lę, póź­niej opu­ści­ła wzrok. Wielu jej są­sia­dów oraz nie­zna­jo­mych wy­szło na ulice i unio­sło głowy, by zba­dać źró­dło od­gło­su. Wrzask zo­stał prze­rwa­ny nagle, ni­czym za­trzy­ma­ne na­gra­nie. Po nim na­stą­pił chór, skom­po­no­wa­ny z ludz­kich krzy­ków i huku, po któ­rym za­trzę­sła się zie­mia. Sku­pio­na na tłu­mie, Łucja nie do­strze­gła, co wy­wo­ła­ło pierw­sze po­waż­ne znisz­cze­nia. Do­wie­dzia­ła się w trak­cie roz­mo­wy z sio­strą, która wró­ci­ła do miesz­ka­nia krót­ko po roz­po­czę­ciu cha­osu na ze­wnątrz.

– Pod­czas krzy­ku słoń­ce przy­ga­sło, na tyle, że dało się na nie pa­trzeć – tłu­ma­czy­ła sio­stra.

Kiedy mó­wi­ła, Łucja opa­try­wa­ła jej rany w mil­cze­niu.

– A potem… jakby się roz­wi­nę­ło. Przy­po­mi­na­ło ptaka. Ogrom­ne­go. Wy­gię­ło się i spa­dło. Stąd ten huk.

Łucja nie uwie­rzy­ła­by w taką opo­wieść, gdyby na nie­bie nie wid­niał dowód po­pie­ra­ją­cy słowa młod­szej ko­bie­ty – w miej­scu słoń­ca wid­nia­ła ogrom­na dziu­ra, jakby niebo nie było nie­skoń­czo­ną pust­ką, a ma­te­ria­łem, który dało się ciąć i dzie­lić.

***

Le­ża­ła, pa­trząc w sufit i przy­ci­ska­ła dło­nie do brzu­cha, ale nie­waż­ne, jak mocno to ro­bi­ła, nie mogła stłu­mić roz­le­ga­ją­ce­go się raz po raz bur­cze­nia. W miesz­ka­niu nie miała już nic do je­dze­nia. Chyba że pchnię­ta de­spe­ra­cją po­sta­no­wi­ła­by za­kwa­li­fi­ko­wać do żyw­no­ści koń­czą­ce się leki.

Jeśli chcia­ła prze­trwać, mu­sia­ła wyjść w po­szu­ki­wa­niu no­wych za­pa­sów, ale nawet za­my­ka­jąc oczy, nie była w sta­nie za­po­mnieć, że za za­bi­ty­mi de­ska­mi okna­mi ża­rzy­ło się nie­mru­ga­ją­ce oko, które zwy­kła na­zy­wać fał­szy­wym słoń­cem. Do­pó­ki świat tonął w pro­mie­niach, każdy krok na ze­wnątrz sta­no­wił­by wyrok śmier­ci. Nawet głód nie po­zwa­lał jej za­po­mnieć o fał­szy­wym słoń­cu, które pa­li­ło ciało do kości. O zwę­glo­nych syl­wet­kach snu­ją­cych się po uli­cach, po­lu­ją­cych na tych, któ­rzy kie­dyś byli im po­dob­ni. O be­stiach, które po­ja­wi­ły się, gdy znany Łucji świat skoń­czył się raz na za­wsze.

Aby mieć szansę wrócić, musiała czekać na noc. Noce jed­nak prze­sta­ły przy­cho­dzić jak daw­niej. Świa­tło gasło tylko wtedy, gdy oko na nie­bie się za­my­ka­ło – a czym­kol­wiek był jego wła­ści­ciel, nie miał w zwy­cza­ju mru­gać i rzad­ko za­sy­piał.

Pró­bu­jąc za­po­mnieć o gło­dzie, wsta­ła i ru­szy­ła w stro­nę za­bi­te­go de­ska­mi okna.

Sio­stra wiele razy na­ma­wia­ła ją, żeby prze­sta­ła przez nie wy­glą­dać na zewnątrz. Twier­dzi­ła, że pa­trze­nie tylko jej szko­dzi­ło i, że my­śląc o tym, co dzia­ło się za ścia­na­mi ich miesz­ka­nia, osza­le­je. Łucja nie chcia­ła się z nią kłó­cić – młod­sza ko­bie­ta mogła mieć rację – ale nie po­tra­fi­ła prze­stać. Nawet jeśli nie była w sta­nie zro­zu­mieć no­we­go świa­ta, chcia­ła wie­dzieć o nim jak naj­wię­cej.

Dla­te­go zo­sta­wia­ła oku­la­ry prze­ciw­sło­necz­ne na pa­ra­pe­cie i wy­glą­da­ła przez szcze­li­ny na upa­dły świat.

Była prze­ko­na­na, że za­bój­cze jest bez­po­śred­nie wy­sta­wie­nie skóry na pro­mie­nie fał­szy­we­go słoń­ca. Im więk­szą po­wierzch­nię obej­mo­wa­ły, tym szyb­ciej na­stę­po­wa­ła re­ak­cja.

Cza­sem skóra czer­nia­ła i wy­sy­cha­ła, aż czło­wiek za­czy­nał przy­po­mi­nać fi­gu­rę wy­rzeź­bio­ną z węgla. Innym razem gniła nie­na­tu­ral­nie szyb­ko i od­pa­da­ła pła­ta­mi, od­sła­nia­jąc mię­śnie i kości. Zda­rza­ło się też, że na cia­łach po­ja­wia­ły się ogrom­ne pę­che­rze. Naj­więk­sze miały wiel­kość piłek do ko­szy­ków­ki. Wy­peł­niał je żółty, świe­cą­cy płyn.

Prze­mia­na nie­któ­rych była bły­ska­wicz­na i wi­docz­nie bo­le­sna. Ci, któ­rzy wy­sta­wi­li na świa­tło duże par­tie ciała, po krót­kim cza­sie eks­po­zy­cji pa­da­li na zie­mię z ago­nal­ny­mi wrza­ska­mi, roz­dzie­ra­ją­cy­mi gar­dła. Wili się, kiedy ich ciała prze­cho­dzi­ły prze­mia­nę.

Po tym wszy­scy sta­wa­li się sobie po­dob­ni. Włó­czy­li się po­zor­nie bez celu i ko­rzy­sta­li z każ­dej oka­zji do rzu­ca­nia się na oca­la­łych. Wy­wle­ka­li ich na słoń­ce, roz­ry­wa­li ubra­nia. Trzy­ma­li przy ziemi, aż fał­szy­we słoń­ce wy­pa­li­ło reszt­ki czło­wie­czeń­stwa. Bywało, że prze­mie­nie­ni gryź­li ludzi lub od­ry­wa­li ka­wał­ki ich ciał. Nie­któ­rzy nie­szczę­śni­cy zo­sta­wa­li czę­ścio­wo po­żar­ci, nim za­koń­czy­ła się prze­mia­na, ale to jej nigdy nie prze­ry­wa­ło. Prze­mie­nieni żyli nawet z wy­wle­czo­ny­mi or­ga­na­mi lub po­zba­wie­ni czę­ści koń­czyn.

Nie­pew­ność, lęk i głosy do­bie­ga­ją­ce z ulicy pchnę­ły jed­ne­go z są­sia­dów Łucji do sa­mo­bój­stwa. Po przy­wią­za­niu liny do cięż­kie­go mebla, wy­sko­czył przez okno.

Sznur był długi. Przez to jego gwał­tow­ne na­pię­cie po upad­ku wy­star­czy­ło, by zła­mać kark nie­szczę­śni­ka.

Po­zba­wio­ne życia zwło­ki za­pło­nę­ły znacz­nie szyb­ciej, niż dzia­ło się to z ży­ją­cy­mi. Ciało za­czę­ło się rzu­cać, jakby mar­twy męż­czy­zna bu­dził się z kosz­ma­ru. Z jego karku do­bie­gał chru­pot wra­ca­ją­cych na miej­sce krę­gów, a z gar­dła obrzy­dli­wy bul­got.

Ko­bie­ta ledwo stłu­mi­ła krzyk, kiedy od­su­nę­ła się od okna. Po­dob­nie było, gdy usły­sza­ła, jak nowy prze­mie­nio­ny spada na zie­mię.

Z upły­wem czasu za­czę­ła ob­ser­wo­wać ma­le­ją­cą ilość prze­mie­nio­nych. My­śla­ła, że to tylko złu­dze­nie. Do chwi­li, gdy zo­sta­ła ich je­dy­nie garst­ka.

Do­my­śla­ła się, że z cza­sem po­wsta­wa­ło ich coraz mniej, ale nie wie­dzia­ła, czemu zni­ka­li. Może spo­wo­do­wa­ne prze­mia­ną ob­ra­że­nia spra­wiały, że w końcu ko­na­li. Może mu­sie­li się żywić i z cza­sem za­czę­li przy­mie­rać gło­dem. Jej sio­stra za­sta­na­wia­ła się, czy nie po­że­ra­li się na­wza­jem.

Takie teo­rie miały sens, ale Łucja nie po­tra­fi­ła wy­rzu­cić z głowy kosz­ma­ru, który na­wie­dzał ją co jakiś czas, od kiedy po raz pierw­szy zo­ba­czy­ła prze­mie­nio­nych.

W snach na­wie­dza­ły ją trupy spa­lo­ne fał­szy­wym słoń­cem, wlo­ką­ce się po pu­stych uli­cach. Zma­sa­kro­wa­ne ciała, któ­rych klat­ki pier­sio­we nagle wy­peł­niał żar, jakby coś pło­nę­ło głę­bo­ko w ich wnę­trzach. Świa­tło są­czy­ło się przez na­brzmia­łe żyły, aż nie było już dla niego miej­sca. Prze­mie­nie­ni roz­pa­da­li się od środ­ka, ro­ze­rwa­ni żarem. Zo­sta­wa­ła po nich je­dy­nie kula świa­tła,  wzla­tu­ją­ca w niebo.

Łucja chcia­ła wie­rzyć, że to pro­mie­nie fał­szy­we­go słoń­ca prze­są­dza­ły o znik­nię­ciu. Była go­to­wa się mo­dlić, aby od­cię­cie od świa­tła mogło oca­lić prze­mie­nio­nych, ale nie są­dziła, by co­kol­wiek mogło ją usły­szeć. Nie coś, co by wy­słu­cha­ło.

***

Nie wie­dzia­ła, ile czasu mi­nę­ło, nim roz­są­dek prze­grał z wy­kań­cza­ją­cym gło­dem. Łucja bała się, że jeśli po­cze­ka dłu­żej, sta­nie się zbyt słaba, by na­dej­ście nocy mogło ją oca­lić.

Przed wyj­ściem na­kła­da­ła coraz licz­niej­sze war­stwy ubrań, sta­ra­jąc się wy­bie­rać naj­bar­dziej zwiew­ne ma­te­ria­ły. Już w za­ciem­nio­nym miesz­ka­niu było nie­zno­śnie go­rą­co, bała się, jak źle mogło być w peł­nym słoń­cu.

Przed otwar­ciem za­bez­pie­czo­nych drzwi po­że­gna­ła się z sio­strą, prze­ry­wa­jąc przy tym co­kol­wiek, co tamta szep­ta­ła. Łucja do­bie­ra­ła słowa tak, by nie brzmia­ły, jakby mogła nie wró­cić.

Ledwo prze­kro­czy­ła próg, gdy za­czę­ła czuć w klat­ce pier­sio­wej du­szą­cy ścisk. Kiedy ru­szy­ła scho­da­mi, nogi drża­ły jej tak bar­dzo, że mu­sia­ła trzy­mać się po­rę­czy, aby nie spaść. Po raz pierw­szy od dawna cie­szy­ła się, że miesz­ka­ła na pierw­szym pię­trze. Oba­wia­ła się, że wię­cej scho­dów da­ło­by jej wię­cej czasu na roz­my­śle­nie się.

Długo tkwi­ła przy drzwiach wej­ścio­wych. Te ledwo trzy­ma­ły się w za­wia­sach, więc by­ły­by marną za­po­rą w razie ataku. Sta­no­wi­ły je­dy­nie za­sło­nę, mo­gą­cą ukryć jej obec­ność.

Za ważniejsze uważała, że jej miesz­ka­nie po­zo­sta­wa­ło nie­na­ru­szo­ne. Uszkodzenia pozostałych części kamienicy czyniły ją znacz­nie mniej atrak­cyj­ną w oczach za­rów­no po­two­rów, jak i oca­la­łych. Śmierć nie­win­nych prze­ku­ła bu­dy­nek w lep­szą kry­jów­kę dla niej i sio­stry.

Oczy za­czę­ły jej łza­wić na długo przed tym, jak skoń­czy­ła ska­no­wać wzro­kiem ską­pa­ne w za­bój­czych pro­mie­niach oto­cze­nie. Nawet gdy na­bra­ła prze­ko­na­nia, że za drzwia­mi nie cze­ka­ło za­gro­że­nie inne niż świa­tło, z tru­dem zmu­si­ła się do ruchu.

Łucja sta­ra­ła się po­ru­szać w cie­niach, ale nie było to łatwe, bo po­bli­skie drze­wa ob­umar­ły, a bu­dyn­ki no­si­ły ślady znisz­czeń. Na prze­mian przy­śpie­sza­ła i zwal­nia­ła, nie mogąc się zde­cy­do­wać, co było bez­piecz­niej­sze, kiedy wi­docz­ność była ogra­ni­czo­na, a każdy krok zda­wał się rów­nie gło­śny jak wy­strzał z pi­sto­le­tu. Oczy osła­nia­ła dłoń­mi, pró­bu­jąc choć tro­chę uła­twić sobie ob­ser­wo­wa­nie oto­cze­nia.

Na ledwo chwi­lę za­wie­si­ła wzrok na zwa­lo­nym drze­wie, opar­tym o ścia­nę po­bli­skie­go bu­dyn­ku. Miało czar­ny, po­wy­krę­ca­ny pień i nie­wie­le ga­łę­zi.

To, co wzię­ła za drze­wo, po­ru­szy­ło się i za­czę­ło pod­no­sić, pod­par­te na dłu­gich, po­wy­krę­ca­nych ma­ka­brycz­nie ła­pach. Łucja za­mar­ła, kiedy w jej stro­nę od­wró­ci­ła się biała twarz, któ­rej szcze­gó­ły zo­sta­ły ukry­te przez ośle­pia­ją­ce słoń­ce.

Odrę­twie­nie zo­sta­ło wy­pchnię­te z ciała przez przy­pływ ad­re­na­li­ny, po któ­rym ko­bie­ta od­wró­ci­ła się na pię­cie i rzu­ci­ła do uciecz­ki.

***

Przy­po­mnia­ła sobie, kiedy po raz pierw­szy ujrzała te be­stie.

Nawyk zer­ka­nia przez szcze­li­ny mię­dzy de­ska­mi ska­zał ją na wąt­pli­wą przy­jem­ność zo­ba­cze­nia ko­lej­ne­go sym­bo­lu apo­ka­lip­sy. Z dziu­ry stop­nio­wo za­czę­ło wy­ła­niać się dzie­sięć wą­skich, dłu­gich kształ­tów. Szyb­ko oka­za­ło się, że są pal­ca­mi ogrom­nych dłoni.

Na kra­wę­dzi nieba pod­cią­gnę­ła się syl­wet­ka – nie­mal ludz­ka, lecz obrzy­dli­wie znie­kształ­co­na. Łucja nie była w sta­nie pa­trzeć na nią długo. Osu­nę­ła się na ko­la­na przy oknie i za­sło­ni­ła usta dłoń­mi, bo krzyk mógł­by spro­wa­dzić na nią śmierć.

Tak wy­raź­ny widok po­two­ra uświa­do­mił jej, że dziu­ra była dużo bli­żej, niż ko­bie­ta się spo­dzie­wa­ła.

***

Dokąd bie­gła, do­tar­ło do niej do­pie­ro wtedy, gdy płuca pa­li­ły ją z bólu, a ciało zda­wa­ło się go­to­wać pod ubra­nia­mi. Pcha­na roz­pacz­li­wym pra­gnie­niem zna­le­zie­nia kry­jów­ki, skie­ro­wa­ła kroki w stro­nę zo­sta­wio­nej za sobą ka­mie­ni­cy. Nie po­win­na zdra­dzać be­stii, gdzie znaj­do­wa­ła się jej sie­dzi­ba. Ledwo wi­szą­ce w za­wia­sach drzwi nie sta­no­wi­ły­by sku­tecz­nej za­po­ry, ale klat­ka scho­do­wa mogła się oka­zać zbyt wąska, aby stwo­rze­nie było w sta­nie po­dą­żyć za ko­bie­tą. Może po za­mknię­ciu się w bu­dyn­ku znik­nę­ła­by z oczu tego po­two­ra. Może to coś nie zdo­ła­ło­by wy­wlec jej z bu­dyn­ku, nie wie­dząc do­kład­nie, gdzie szu­kać.

Takie na­dzie­je były sprzecz­ne z do­tych­cza­so­wy­mi ob­ser­wa­cja­mi Łucji.

Nie mogła za­po­minać, że te stwo­rze­nia nie były głu­pie. Wie­dzia­ła, że to coś nie za­po­mni o ofie­rze tylko dla­te­go, że stra­ci­ło ją z oczu. Pew­nie zro­bi­łoby wszyst­ko, aby się do niej do­stać.

Z bólem serca za­krę­ci­ła, by nawet nie zbli­żyć się do wej­ścia ka­mie­ni­cy. Oczy łza­wi­ły jej coraz bar­dziej, a każdy haust go­rą­ce­go, śmierdzącego siarką po­wie­trza zda­wał się pa­rzyć, za­miast do­star­czać upra­gnio­ne­go tlenu.

Nie wie­dzia­ła, gdzie szu­kać schro­nie­nia, a czuła, że nie bę­dzie w sta­nie biec długo. Nie śmia­ła oglą­dać się za sie­bie, nie miała od­wa­gi prze­ko­nać się, jak bli­sko niej znaj­do­wa­ła się be­stia. Wy­star­cza­ły od­gło­sy za ple­ca­mi, nawet jeśli były czę­ścio­wo za­głu­sza­ne przez cięż­ki od­dech i wa­le­nie serca. Kroki po­two­ra były szyb­kie i cięż­kie, zbyt licz­ne, jak na jedną parę koń­czyn.

Do­tar­ło do niej, że ad­re­na­li­na na­pę­dza­ją­ca ciało po­zwo­li­ła jej prze­być znacz­ną od­le­głość, gdy wy­pa­dła spo­mię­dzy bu­dyn­ków na oto­czo­ną spa­lo­ny­mi drze­wa­mi drogę.

Łucja zna­la­zła się tylko ka­wa­łek od lasu, do któ­re­go zwy­kła cho­dzić przed upad­kiem słoń­ca. Jeśli uda­ło­by się jej tam do­biec, mia­ła­by szan­sę zna­leźć schro­nie­nie, a przy­naj­mniej pró­bo­wa­ła to sobie po­wta­rzać, gdy ciało od­ma­wia­ło po­słu­szeń­stwa.

Kiedy za­czy­na­ła prze­pra­szać w my­ślach sio­strę za to, że nie wróci, aby dalej się nią zaj­mo­wać, do­strze­gła w przy­droż­nym rowie ogrom­ny kształt. Ra­żą­ce świa­tło i łzy na­pły­wa­ją­ce do oczu mo­gły­by spra­wić, że nie roz­po­zna­ła­by w nim prze­wró­co­ne­go tira – gdyby nie jego kolor kon­tra­stu­ją­cy z oto­cze­niem. 

Zbli­ża­jąc się, nie miała pew­no­ści, czy uda się jej do­stać do środ­ka, ale musiała zaryzykować.

Drzwi do na­cze­py oka­za­ły się otwar­te.

Zanim rzu­ci­ła się w głąb na­cze­py, za­trza­snę­ła za sobą drzwi, choć nie są­dzi­ła, by dało jej to wię­cej niż kilka se­kund.

Ośle­pio­na na­głym przej­ściem do cie­nia, wpa­dła na coś twar­de­go. Pod pal­ca­mi po­czu­ła drew­no i metal, ale nie miała czasu się za­sta­na­wiać, czego do­ty­ka­ła. Za­czę­ła się prze­ci­skać mię­dzy prze­szko­da­mi, jesz­cze nim jej oczy na dobre przy­zwy­cza­iły się do ogra­ni­czo­nej ilo­ści świa­tła. Na­cze­pa nie była pusta, ale pa­nu­ją­cy w niej ba­ła­gan wska­zy­wał na to, że zo­sta­ła prze­szu­ka­na przez oca­la­łych.

Ulga przy­nie­sio­na przez ciem­ność trwa­ła le­d­wie chwi­lę, nim be­stia do­pa­dła cię­ża­rów­ki i gwał­tow­nie otwo­rzy­ła drzwi.

Do­pie­ro gdy ko­bie­ta do­tarła do prze­ciw­le­głej ścia­ny, do­strze­gła, że roz­dar­ła ubra­nie w kilku miej­scach. Szcze­gól­nie za­nie­po­ko­iło ją roz­cię­cie na lewej nodze, wi­docz­ne przez ro­ze­rwa­ną no­gaw­kę.

Łucja zamarła na widok istoty, która próbowała się do niej dostać.

Była humanoidalna, lecz nieporównywalnie większa od ludzi. Wydłużone, powyginane ciało składało się z czarnej masy. Sylwetką przypominała wychudzonego, przygarbionego człowieka. Twarz była biała, nienaturalnie gładka, jakby nie pokrywała jej skóra.

Isto­ta otwo­rzy­ła tylko jedno skrzy­dło drzwi, dru­gie było przez coś blo­ko­wa­ne. Zwę­żo­ne o po­ło­wę wej­ście utrud­nia­ło ma­syw­nej i po­wy­krzy­wia­nej be­stii do­sta­nie się do środ­ka. Osta­tecz­nie po­wstrzy­ma­ły ją za­ła­do­wa­ne pa­le­ty. Istota wsunęła się do naczepy na tyle, na ile pozwalała jej przestrzeń, i wyciągnęła w stronę kobiety rękę. Koń­czy­nę na pierw­szy rzut oka zbyt krót­ką, by do­się­gnąć celu.

Kiedy uci­chły kroki, roz­legł się mokry trzask, a cien­ka, po­wy­krę­ca­na ręka za­czę­ła się wy­dłu­żać.

Łucja wci­ska­ła się ple­ca­mi w ścia­nę za nią, jakby wie­rzy­ła, że bę­dzie w sta­nie stać się jed­no­ścią z me­ta­lem. Za­ci­ska­ła po­wie­ki, nie chcąc wie­dzieć, kiedy po­twór ją do­się­gnie. Nie liczyła na to, że przeżyje, co najwyżej na śmierć bezbolesną albo przynajmniej szybką. Zapach siarki stał się na tyle silny, że kobieta zaczynała czuć jej smak.

Nie wie­dzia­ła, ile czasu mi­nę­ło, nim za­czę­ła się za­sta­na­wiać, czemu dalej żyje. Otwo­rzy­ła nie­chęt­nie oczy, by prze­ko­nać się, że ręka po­two­ra, za­miast ją chwy­cić, po­ru­sza­ła się tuż przed twarzą kobiety. Be­stia nie mogła jej do­się­gnąć.

Mi­ja­ły mi­nu­ty, a isto­ta krą­ży­ła wokół cię­ża­rów­ki. Dobre kilka razy waliła w metalowe ściany, ale szybko stało się jasne, że potwór nie ma dość siły, by włamać się do środka. Łucja osu­nę­ła się na pod­ło­gę, po­now­nie dła­wiąc się go­rą­cym po­wie­trzem. Wcześniej widziała bestię, która wyrwała kraty zasłaniające okna na parterze budynku, oraz inną, która niemal rozerwała na pół niewielkie auto. Nie ro­zu­mia­ła, jakim cudem to coś nie mogło sobie po­ra­dzić.

Bała się zbliżyć do drzwi na tyle, by zobaczyć, co je blokuje, ale dostrzegała palety. Były zabezpieczone, a przynajmniej część z nich zapełniono pudłami jakichś metalowych części. Musiały być ciężkie, lecz ich waga wydawała się błaha w porównaniu z jej wcześniejszymi obserwacjami potworów.

Dopiero w trakcie takich przemyśleć Łucja za­uwa­ży­ła coś, co długo umy­ka­ło jej uwa­dze.

Przypominająca maskę twarz była po­pę­ka­na, jej frag­men­ty od­pa­da­ły, po­ka­zu­jąc znaj­du­ją­ce się pod nimi za­su­szo­ne mięso. Po­dob­nie było z resz­tą ciała, be­stia bar­dziej niż żywą isto­tę przy­po­mi­na­ła po­ru­sza­ją­cą się fi­gu­rę.

To coś musiało być ranne, ale taka świadomość nie pozwalała Łucji poczuć się w pełni bezpiecznie. Nieraz sły­sza­ła przez okno mieszkania, że te po­two­ry się ko­mu­ni­ko­wa­ły. Ten osob­nik był osłabiony, ale to nie zna­czy­ło, że nie mógł zdra­dzić kry­jów­ki ko­bie­ty in­nej bestii.

Wciąż wci­ska­ła się ple­ca­mi w ścia­nę za sobą. Mię­śnie po­wo­li się roz­luź­nia­ły, ale roz­ko­ła­ta­ne serce nie zwal­nia­ło.

– Osią­gnę­li­śmy impas.

Usta stwo­rze­nia otwie­ra­ły się, jesz­cze bar­dziej kru­sząc ciało, ale kłap­nię­cia nie pa­so­wa­ły do wy­po­wia­da­nych słów. Głos był mechaniczny, jak zniekształcone nagranie wielu osób nałożonych na siebie. Niektóre z nich brzmiały dla Łucji niepokojąco znajomo.

Usta kobiety po­ru­sza­ły się bez­gło­śnie. Od­ru­cho­wo chcia­ła coś od­po­wie­dzieć, ale w gło­wie miała pust­kę.

– Za­kła­da­my, że nie usłu­chasz, jeśli po­pro­si­my, abyś wy­szła ­– po­now­nie ode­zwa­ła się be­stia.

– A jeśli po­pro­szę, żebyś sobie po­szedł i dał mi odejść? – na­dzie­ja sły­szal­na w jej gło­sie za­sko­czy­ła nawet ją samą. Do­my­śla­ła się od­po­wie­dzi.

Nie miała pew­no­ści, czemu zwró­ci­ła się do po­two­ra, jak do męż­czy­zny skoro, gdy prze­ma­wiał, dało się sły­szeć rów­nież głosy ko­biet i dzie­ci. Szyb­ko stwier­dzi­ła, że nie miało to naj­mniej­sze­go zna­cze­nia.

– Oczy­wi­ście nie speł­ni­my ta­kiej proś­by.

– Czemu?

Głos Łucji się łamał. Trudno było jej uwierzyć, że zdecydowała się prowadzić rozmowę z potworem. Powtarzała sobie, że robi to jedynie po to, by kupić sobie czas, choć gdzieś na skraju umysłu kiełkowała ciekawość ewentualnych odpowiedzi.

– Nie przez zło­śli­wość ani chęć spra­wia­nia cier­pie­nia, za­pew­nia­my.

– Więc czemu nie mogę odejść?

– Po­win­ność.

Po tym sło­wie po­twór zro­bił krót­ką prze­rwę, jakby uwa­żał je za wy­czer­pu­ją­cą od­po­wiedź.

– Krzyw­dze­nie nie­wąt­pli­wie in­te­li­gent­nych istot nie spra­wia nam przy­jem­no­ści. Na­bra­li­śmy sza­cun­ku do tego, jak za­cie­kle wal­czy­cie o prze­trwa­nie, jed­nak to nie wy­star­czy, aby­śmy zdra­dzi­li swoje bóstwo.

Bóstwo – to słowo dobrą chwi­lę brzę­cza­ło w gło­wie ko­bie­ty. Razem z nim pojawiło się wspomnienie ogromnego gadziego oka, które zapełniło dziurę w niebie.

– Je­ste­ście de­li­kat­ni, praw­da? My nie. Mo­że­my tu cze­kać tak długo, jak bę­dzie trze­ba – po­now­nie prze­mó­wi­ło mon­strum. – Mo­żesz oszczę­dzić sobie śmier­ci z głodu, czy cze­go­kol­wiek, co za­bi­je cię pierw­sze, i wyjść. Po­sta­ra­my się nie spra­wić ci bólu.

Łucja za­ci­snę­ła zęby. Nigdy nie do­wie­dzia­ła się, co do­kład­nie te po­two­ry ro­bi­ły z po­chwy­co­ny­mi ludź­mi. Nie od­wa­ży­ła się ob­ser­wo­wać śmier­ci z ukry­cia, jed­nak wrza­ski ta­kich nie­szczę­śni­ków wie­lo­krot­nie prze­śla­do­wa­ły ją w kosz­ma­rach.

– Nie mogę.

– Czemu trzy­masz się życia wbrew lo­gi­ce?

– Po­win­ność – nie­umyśl­nie po­wtó­rzo­na po be­stii wy­po­wiedź za­pie­kła ją w usta. – Muszę wró­cić do sio­stry, żeby się nią zaj­mo­wać.

Nie miała pew­no­ści, czemu po­sta­no­wi­ła się tłu­ma­czyć po­two­ro­wi. Chyba była na tyle zde­spe­ro­wa­na, by pró­bo­wać wzbu­dzić w be­stii współ­czu­cie.

– Jeśli jest chora, znamy le­kar­stwo. Wy­star­czy, że nas do niej za­pro­wa­dzisz, nasze bó­stwo uwal­nia od bólu.

Łucja jedynie zakrztusiła się głosem, niezdolna wypowiedzieć słowa. Odgłos, który z siebie wydała, wystarczył, by bestia domyśliła się odpowiedzi.

– Więc na­praw­dę osią­gnę­li­śmy impas.

Za­pa­dła cisza.

Isto­ta wciąż krą­ży­ła wokół prze­wró­co­nej cię­ża­rów­ki, a Łucja opar­ła tył głowy o ścia­nę. Była zmę­czo­na, ale bała się za­mknąć oczy.

***

Nie miała pew­no­ści, ile czasu spę­dzi­ła w ukry­ciu, ale każda prze­mi­ja­ją­ca chwi­la była dla niej ni­czym tor­tu­ra. Wy­cień­cze­nie po­tę­go­wa­ne gło­dem, pra­gnie­niem i go­rą­cem coraz bar­dziej da­wa­ło się jej we znaki.

Łucja mu­sia­ła wal­czyć ze sobą, by nie za­my­kać oczu na zbyt długo. Cza­sem chcia­ła wstać i przejść się po cię­ża­rów­ce, by nie za­snąć, ale bała się, że je­że­li stra­ci czuj­ność, po­two­ro­wi uda się ją zła­pać.

– Skąd się wzię­li­ście?

Nie miała po­ję­cia, ile czasu mi­nę­ło, nim po­sta­no­wi­ła prze­rwać mil­cze­nie. Bała się, że nawet chwi­la dłu­żej w ciszy, za­kłó­ca­nej chru­po­tem po­twor­ne­go ciała, do­pro­wa­dzi ją do sza­leń­stwa.

– Chyba nie prze­ga­pi­łaś na­sze­go na­dej­ścia? Ro­bi­li­śmy, co się dało, aby nikt nie prze­ga­pił.

Drwina w tonie głosu potwora okazała się niewiele lepsza od ciszy.

– Nie py­ta­łam, kiedy, ani jak, tylko; skąd – syk­nę­ła, nie pró­bu­jąc ukryć iry­ta­cji.

– Z miej­sca, które było, jest i pozostanie dla was nie­do­stęp­ne, jeśli nie usłu­cha­cie.

Taka od­po­wiedź wy­wo­ła­ła u ko­bie­ty zimne ukłu­cie prze­ra­że­nia.

– To zna­czy?

Na na­stęp­ne py­ta­nie od­po­wie­dzia­ła jej je­dy­nie cisza. Nie mogąc jej znieść, Łucja po­sta­no­wi­ła nieco zmie­nić temat.

– Czemu to wszyst­ko ro­bi­cie?

– Jak już mó­wi­li­śmy; przez po­win­ność.

– To nie­wie­le mi mówi. Co do­kład­nie macie na celu?

– Pomóc wam i na­sze­mu bó­stwu.

Łucja aż zmie­ni­ła po­zy­cję, w ja­kiej sie­dzia­ła. Dys­kom­fort po­wo­do­wa­ny roz­mo­wą sta­wał się nie­mal fi­zycz­ny.

– Jak to ma nam jak­kol­wiek pomóc?

– Nie dziwi nas, że nie rozumiecie. Nasze bóstwo ostrzegało, że po tak długim życiu w kłamstwach uzurpatora będziemy musieli zmusić was do przyjęcia prawdy.

– Nie ro­zu­miem…

– Wtedy, gdy to wszystko się zaczęło, obaliliśmy fałszywego bożka. Nadszedł czas, by nasze bóstwo zajęło należne mu miejsce.

– Mó­wisz o słoń­cu?

Ledwo skoń­czy­ła mówić, a w be­stii coś się zmie­ni­ło. Usta roz­war­ły się gwał­tow­nie, na tyle sze­ro­ko, że ka­wał­ki bia­łej twa­rzy od­kru­szy­ły się i opa­dły na zie­mię. Oczy otwo­rzy­ły się sze­rzej, two­rząc ide­al­ne okrę­gi.

W otworach maskopodobnej twarzy czaiła się ciemność, której nawet tak jasne światło nie było w stanie przeszyć.

Be­stia po­cząt­ko­wo nie od­po­wie­dzia­ła. Zamiast słów wydobył się z niej trzask i pisk, brzmiące niemal jak dźwięk, jaki mógłby wydać zepsuty głośnik.

Za­rów­no widok, jak i od­głos prze­ra­zi­ły Łucję na tyle, że mu­sia­ła przy­ci­snąć obie dło­nie do ust, aby stłu­mić w sobie krzyk.

– Nie­waż­ne, jak na­zwa­li­ście uzur­pa­to­ra – po­now­nie prze­mó­wił po­twór.

Ko­bie­ta nie wie­dzia­ła, kiedy roz­mów­ca po­wró­cił do po­przed­nie­go wy­glą­du. Zmia­na była tak nagła, że mru­gnię­cie wy­star­czy­ło, aby Łucja ją cał­ko­wi­cie prze­ga­pi­ła.

– Ważne, że nie wróci. Jego czas się skoń­czył. Mu­si­cie za­po­mnieć i za­ak­cep­to­wać nowe bó­stwo.

– Ak­cep­ta­cja ma po­le­gać na sta­niu się waszą ofia­rą?

– Nie mu­si­cie tego tak po­strze­gać. Wy­star­czy, aby­ście pojęli, że czeka was coś lep­sze­go.

– Śmierć ma być czymś lep­szym?

Zła­ma­ne wcze­śniej usta wy­krzy­wi­ły się w obrzy­dli­wy uśmiech. Łucja jesz­cze wiele razy pró­bo­wa­ła za­cząć roz­mo­wę, ale po­twór nie po­wie­dział ani słowa wię­cej.

Z czasem pro­po­zy­cje skró­ce­nia wła­sne­go cier­pie­nia za­czę­ły brzmieć w jej gło­wie ni­czym echo. Bez­na­dzie­ja tkwie­nia w sy­tu­acji bez wyj­ścia po­py­cha­ła ją w stro­nę rozważania sa­mo­bój­stwa, ale z po­mo­cą rąk be­stii.

Nie wie­rzy­ła w obiet­ni­ce po­two­ra o de­li­kat­no­ści, ale zaczynała się zastanawiać, czy krótka agonia nie byłaby lepsza niż długie konanie z głodu albo w wyniku zakażenia.

Torturę przerwało nagłe zapadnięcie całkowitej ciemności, tak niespodziewane, że Łucji niemal wyrwał się krzyk. Po policzkach popłynęły jej łzy. Nie mogła uwierzyć, że spotkał ją kolejny cud – tym razem w postaci zamknięcia się świecącego oka.

Za­pa­li­ła la­tar­kę, któ­rej przed wyj­ściem nie­mal zapomniała zabrać. Zanim opu­ści­ła cię­ża­rów­kę, długą chwi­lę wpa­try­wa­ła się w po­two­ra. Zdążyła się przekonać, jak działały podobne istoty, ale i tak musiała się upewnić.

Długo ob­ser­wo­wa­ła odrę­twia­łe­go po­two­ra, ale ten nie drgnął, nawet kiedy się do niego zbli­ży­ła. Brak re­ak­cji, gdy wy­szła z na­cze­py, osta­tecz­nie ją uspo­ko­ił.

Be­stie i prze­mie­nie­ni fał­szy­wym słoń­cem lu­dzie byli cał­ko­wi­cie za­leż­ni od swo­je­go bóstwa. Kiedy pro­mie­nie prze­sta­wa­ły oświe­tlać świat, zwią­za­ne z nimi isto­ty za­mie­ra­ły, jakby po­zba­wio­ne życia.

Nogi Łucji drża­ły tak bar­dzo, że ledwo były w sta­nie iść pro­sto. Chciało jej się śmiać, choć nie czuła rozbawienia. Emo­cje bu­zo­wa­ły w niej do tego stop­nia, że nie miała pew­no­ści, co do­kład­nie czuła.

Przeszła ledwo kilka kroków, nim zaczęły do niej docierać odległe, ale coraz wyraźniejsze odgłosy. Za­mar­ła, ga­sząc przy tym la­tar­kę. Chcia­ła wie­rzyć, że je­dy­nie się prze­sły­sza­ła.

– Tam chyba coś się świe­ci­ło!

Ko­lej­ny krzyk uświa­do­mił jej, że nie było mowy o po­mył­ce. Nogi jesz­cze nie prze­sta­ły drżeć, ale ko­bie­ta rzu­ci­ła się bie­giem przed sie­bie.

Czasy, gdy cieszyłaby się z czyjegoś towarzystwa, dawno minęły.

Upadek cywilizacji zniszczył solidarne więzi między większością ludzi. Po­grze­bać mo­ral­ność i współ­czu­cie. Nikt nie miał czasu na em­pa­tię czy honor, kiedy je­dze­nie stało się to­wa­rem luk­su­so­wym, a siła fał­szy­we­go słoń­ca nie­mal unie­moż­li­wi­ła ho­dow­lę ro­ślin i zwie­rząt.

Łucja mogła ob­ser­wo­wać z ukry­cia, na jakie spo­so­by nie­któ­re grup­ki oca­la­łych po­sta­no­wi­ły ra­dzić sobie z takim sta­nem rze­czy. No­ca­mi silni po­lo­wa­li na sła­bych ni­czym na zwie­rzę­ta.

Nie tylko to zasiało w Łucji lęk przed ewen­tu­al­ny­mi po­bra­tym­ca­mi – jeśli chcia­ła utrzy­mać przy sobie sio­strę, nie mogła ni­ko­mu ufać. Sama pewnie znalazłaby grupę gotową przyjąć ją w swoje szeregi – przed upadkiem cywilizacji była lekarką. Wiedziała jednak, że nikt nie byłby w stanie zaakceptować jej siostry.

Bez świa­tła la­tar­ki nie wie­dzia­ła, dokąd do­kład­nie bie­gła, ale nie mogła sobie po­zwo­lić na zdra­dze­nie swo­je­go po­ło­że­nia. Mu­sia­ła wie­rzyć, że zna­jo­mość lasu po­może jej ukryć swoją obec­ność w cie­niu.

Szybko dobiegła do linii drzew. Wiedziała o tym, bo zaczęła obijać się o pnie i potykać o korzenie lub kamienie. Uciekając, nie zważała na ból, za­miast tego my­śla­ła, że prze­szko­dy mogły le­piej ukryć jej obec­ność. Po ledwo chwili biegu przez las potknęła się i wpadła w gęste krzewy. Wy­su­szo­ne ga­łąz­ki wbi­ja­ły się w ciało, szar­pa­ły ubra­nia i włosy.

Pocieszenie przybrało postać kamienia, o który Łucja niemal roztrzaskała głowę przy upadku. Początkowo sądziła, że to tylko głaz. Pod­no­sząc się na łok­ciach, do­strze­gła, że do­bie­gła do po­zo­sta­ło­ści po schro­nie, który tak wiele razy mi­ja­ła w trak­cie spa­ce­rów po lesie.

Pa­ni­ka nie po­zwo­li­ła jej w pełni prze­my­śleć de­cy­zji o ukry­ciu się w daw­nym bun­krze.

Usia­dła mię­dzy naj­le­piej za­cho­wa­ny­mi ścia­na­mi i, przy­ci­ska­jąc pod­ku­lo­ne ko­la­na do klat­ki pier­sio­wej, sta­ra­ła się wy­rów­nać od­dech, który wydawał jej się zbyt głośny dla własnego bezpieczeństwa. Do­pie­ro po chwi­li do­tar­ło do niej, że znisz­czo­ny bun­kier nie był pusty. Tuż obok niej leżał stary koc, na tyle brud­ny, by ma­sko­wać się na tle ziemi. Pod nim ko­bie­ta zna­la­zła dość po­kaź­ną ko­lek­cję kon­serw.

Taki widok cie­szył ją zaledwie chwi­lę. Po tym do­tar­ło do niej, że lu­dzie, któ­rym sta­ra­ła się umknąć, mogli zmie­rzać wła­śnie do jej kry­jów­ki. Chciała wrócić do ucieczki, ale kolejne, szczególnie doniosłe odgłosy odwiodły ją od tego zamiaru.

Krzy­ki stały się na tyle wy­raź­ne, by mogła sły­szeć choćby uryw­ki roz­mów.

– Pewnie światło od czegoś się odbijało. Jeśli ktoś był tak blisko tej maszkary, raczej nie dożył zmroku – dało się słyszeć.

Nieznajomi musieli dotrzeć do ciężarówki, w której się wcześniej ukrywała.

Wystarczyło, by skupili się na czymś innym albo ruszyli w przeciwnym kierunku – wtedy Łucja powinna być w stanie uciec.

Szybko zaczęła słyszeć huk, jakby metalowe narzędzia roztrzaskiwały kruchy kamień. Towarzyszyły mu coraz częstsze śmiechy.

Po jakimś czasie ciekawość zwyciężyła nad lękiem i kobieta za­czę­ła się czoł­gać, tym razem w stro­nę cię­ża­rów­ki. Uważała, by nie zbliżyć się na tyle, żeby ktoś ją zauważył.

Grupa męż­czyzn z na­rzę­dzia­mi roz­trza­ski­wa­ła po­two­ra. Jego ciało kru­szy­ło się i roz­pa­da­ło, jakby było w ca­ło­ści zbu­do­wa­ne z ka­mie­nia. Monstrum zostało już wcześniej naruszone na tyle, że szybko pozostały po nim duszący pył i odłamki rozsypane na betonie.

Łucja nie rozumiała, dlaczego w pierwszej chwili poczuła ukłucie smutku. Nie pojmowała, jakim cudem choć przez moment współczuła istocie, która chciała ją zabić.

Kiedy wy­co­fa­ła się, aby wy­ko­rzy­stać nie­uwa­gę męż­czyzn do uciecz­ki, łzy kłuły ją w oczy. Sta­ra­ła się nie my­śleć, że upo­mnia­ło się o nią sza­leń­stwo. Zamiast tego przyjęła myśl, że potwory po­tra­fi­ły wkraść się do ludz­kiej głowy, na­rzu­cić ko­bie­cie nie­na­le­żą­ce do niej emo­cje.

***

Wró­ci­ła do domu tak szyb­ko, jak tylko mogła. Kiedy weszła do mieszkania, na zewnątrz wciąż było ciemno. Nie zamierzała jednak wychodzić z kamienicy aż do następnej nocy – jeśli w ogóle będzie do tego zmuszona.

Gdy weszła do mieszkania, nie słyszała nieustającej zazwyczaj paplaniny młodszej siostry, ale nie zdziwiło jej to. Pa­mię­ta­ła, że przemienieni pozbawieni słońca za­pa­da­li w sen, z któ­re­go nie dało się wy­bu­dzić.

Zja­dła i po opa­trze­niu rany rzu­ci­ła się na łóżko. Nie ma­rzy­ła o ni­czym innym, niż choć chwi­li snu.

***

Obu­dził ją głos sio­stry. Pod­nie­sio­ny, jakby ko­niecz­nie chcia­ła obu­dzić Łucję. Wciąż za­spa­na kobieta ro­zej­rza­ła się po miesz­ka­niu i z obrzy­dze­niem do­strze­gła, że przez szcze­li­ny wpa­da­ły pro­mie­nie fał­szy­we­go słoń­ca. Światła było niewiele, lecz przy braku prądu nauczyła się funkcjonować w takich warunkach. Wolała oszczędzać baterie i świece. Mu­sia­ła tylko uwa­żać, by długo nie prze­by­wać w za­się­gu pro­mie­ni.

Sio­stra zda­wa­ła się wie­dzieć, kiedy Łucja wsta­wa­ła.

Ledwo obudzona Łucja usiadła, a wypowiadane słowa natychmiast zmieniły się w ledwo słyszalne szepty. Po raz kolejny straciła szansę, by zrozumieć, co siostra mówiła po przemianie.

Wes­tchnę­ła mi­mo­wol­nie, po czym naj­ci­szej, jak po­tra­fi­ła, wsta­ła i ru­szy­ła w stro­nę drzwi do po­ko­ju młod­szej ko­bie­ty. Sio­stra, od kiedy się prze­mie­ni­ła, nie­mal nie prze­sta­wa­ła mam­ro­tać. Przez to Łucja zawsze słyszała, że tamta mówi. Nigdy – co.

Wiele razy pró­bo­wa­ła za­kraść się do drzwi, ale zawsze bez powodzenia. Jakby sio­stra w każdej chwili znała jej do­kład­ne po­ło­że­nie.

Była nie­mal pewna, że opa­no­wa­ła sztu­kę cał­ko­wi­cie bez­gło­śne­go po­ru­sza­nia się. Z każdym krokiem w stronę pokoju głos siostry stawał się coraz cichszy.

Kiedy usia­dła pod wej­ściem do dru­giej sy­pial­ni, wes­tchnę­ła i opar­ła głowę o drzwi. Sie­dząc z za­mknię­ty­mi ocza­mi, roz­pacz­li­wie sta­ra­ła się roz­róż­nić po­szcze­gól­ne słowa. Mu­sia­ła wal­czyć ze sobą, aby wy­rzu­cić z głowy coś, co uwa­ża­ła za bred­nie – inni twier­dzi­li, że prze­mie­nie­ni nie mó­wi­li nic kon­kret­ne­go. Je­dy­nie beł­ko­ta­li, żeby uśpić czuj­ność ludzi. Ona w to nie wie­rzy­ła, była pewna, że sio­stra na­praw­dę chcia­ła się z nią po­ro­zu­mieć. Gdyby tylko mogła podejść bliżej, gdyby wsłuchała się uważniej – byłaby w stanie ją zrozumieć. Znowu mo­gły­by roz­ma­wiać.

Nie miała pewności, co chciała zrobić. Kiedy ocknęła się z dziwnego transu, stała z dłonią opartą o klamkę. Odeszła od drzwi tak roztrzęsiona, że po drodze do zapasów boleśnie zahaczyła o kilka mebli.

Na po­cząt­ku apo­ka­lip­sy nie były z sio­strą same. Miesz­ka­ły w nie­wiel­kiej ka­mie­ni­cy, więk­szość są­sia­dów była star­sza lub scho­ro­wa­na, przez co szyb­ko po­le­gli, ale przez długi okres mogły li­czyć na wspar­cie in­nych. Ten okres nie prze­mi­nął dla­te­go, że zo­sta­ły je­dy­ny­mi oca­la­ły­mi, a przy­naj­mniej Łucja nie miała pew­no­ści, że w bu­dyn­ku nie było ni­ko­go poza nimi. Po­sta­no­wi­ła od­ciąć ich małą wspól­no­tę, kiedy jej sio­stra za­czę­ła prze­ja­wiać pierw­sze ob­ja­wy za­ka­że­nia. Łucja pod­ję­ła wtedy de­cy­zję, którą jej sio­stra uwa­ża­ła za sza­lo­ną – okła­ma­ła są­sia­dów, mó­wiąc, że obie zo­sta­ły za­ra­żo­ne. Powiedziała, że wystawią przed drzwiami resztę zapasów, a potem zabarykadują się od środka i popełnią samobójstwo. Namówiła wszystkich, by nikt nie wchodził do środka – na wypadek, gdyby nie zdążyły się zabić albo gdyby śmierć nie była w stanie powstrzymać procesu, który przemieniał ludzi w potwory.

***

Przy­go­to­wa­ła po­si­łek, który skła­dał się z na­szpry­co­wa­ne­go le­ka­mi mięsa z kon­serw.

Bo­la­ło ją serce, gdy kar­mi­ła sio­strę w taki spo­sób, ale na­uczy­ła się, że prze­mie­nie­ni od­ma­wia­li in­ne­go po­ży­wie­nia z taką za­cie­kło­ścią, jakby wszyst­ko poza mię­sem stało się dla nich tru­ci­zną. Do­da­wa­nie leków do po­sił­ków sio­stry stało się dla niej od­ru­chem. Echem cza­sów, kiedy wie­rzy­ła w szan­se na zna­le­zie­nie le­kar­stwa.

Łucja nie była na­ukow­cem ani far­ma­ceu­tą. Nawet jeśli od­ko­pa­ła­by w głębi umy­słu od­po­wied­nią wie­dzę, warunki w ciem­nym miesz­ka­niu nie pozwalały na tego ro­dza­ju pracę. Miała do­stęp tylko do leków zna­le­zio­nych w znisz­czo­nych skle­pach i ap­te­kach. Nie­któ­re prze­ter­mi­no­wa­ne, inne zdat­ne tylko do wy­wo­ły­wa­nia pla­ce­bo.

Zresz­tą nie wie­dzia­ła, czy wpływ promieni miał co­kol­wiek wspól­ne­go z cho­ro­bą. Jesz­cze, kiedy jej sio­stra zdradzała pierwsze objawy, obie chcia­ły wie­rzyć, że to, co zmie­nia­ło ludzi, było je­dy­nie wi­ru­sem, bakterią albo pasożytem – czymś, z czym wystarczająco silny organizm mógłby sobie poradzić.

– Mam na­dzie­ję, że się wy­spa­łaś – za­czę­ła Łucja, sta­wia­jąc tackę na pod­ło­dze obok drzwi do po­ko­ju sio­stry.

Po­wo­li prze­su­nę­ła szaf­kę przed drzwi, tak aby móc je wy­łącz­nie uchy­lić. Po położeniu dłoni na klamce na chwilę odrętwiała. Przeszedł ją dreszcz, jakby przeczuwała coś złego.

– Mam na­dzie­ję, że śpisz, kiedy na ze­wnątrz robi się ciem­no. Od­po­czy­nek do­brze by ci zro­bił.

Kiedy otwo­rzy­ła drzwi, szep­ty uci­chły.

– Ten mój po­mysł na wyj­ście w ciągu dnia oka­zał się jesz­cze głup­szy, niż po­cząt­ko­wo my­śla­łam, ale za­wsze ka­za­łaś mi szu­kać we wszyst­kim po­zy­ty­wów. Praw­da?

Od­po­wie­dzia­ła jej cisza, prze­rwa­na ci­chym pla­śnię­ciem, z jakim ka­wa­łek mięsa wrzu­co­ny do po­ko­ju zde­rzył się z pod­ło­gą.

– Więc, jeśli mamy mówić o po­zy­ty­wach… – za­czę­ła za­my­ślo­na. – Udało mi się do­wie­dzieć cze­goś waż­ne­go. Teraz mam pew­ność, że te po­two­ry, które wy­szły z dziu­ry po praw­dzi­wym słoń­cu, nie są nie­śmier­tel­ne. Wi­dzia­łam, jak grup­ka oca­la­łych za­bi­ja jed­ne­go z nich. Nie wy­glą­da­ło to, jakby do­pie­ro od­kry­li taką moż­li­wość, więc po­dob­ne po­lo­wa­nia pew­nie trwa­ją już od ja­kie­goś czasu. Może nie­dłu­go na ze­wnątrz będzie bez­piecz­niej.

Ro­bi­ła prze­rwy w wy­po­wie­dzi, aby na­słu­chi­wać, czy sio­stra je. Nie sły­sząc po­twier­dze­nia, za­czę­ła po­dej­rze­wać, że nie rzu­ca­ła mięsa do­sta­tecz­nie da­le­ko, aby za­chę­cić ko­bie­tę do je­dze­nia. Dlatego wsunęła rękę głębiej do pomieszczenia. Kiedy ło­kieć Łucji znik­nął w szcze­li­nie mię­dzy drzwia­mi, za­miast dal­szej czę­ści opo­wie­ści z jej gar­dła wy­rwał się krzyk.

Na jej nad­garst­ku bo­le­śnie za­ci­snę­ły się go­rą­ce dło­nie, po czym pociągnęły ją do środ­ka na tyle mocno, że ude­rzy­ła twa­rzą we framugę. Za­czę­ła się szar­pać, ale nie zdą­ży­ła wyrwać ręki, nim w jej przed­ra­mie­niu za­to­pi­ły się zęby.

Kariera Łucji jako psychiatry trwała krótko – przerwała ją apokalipsa – ale zdążyła zostać ugryziona przez pacjentów więcej niż raz. Dla­te­go do­strze­gła, że zęby jej sio­stry zda­wa­ły się ostrzej­sze niż ludz­kie.

Szar­piąc się, pró­bo­wa­ła zro­zu­mieć, jak to się mogło stać. Nim sio­stra się prze­mie­ni­ła, pozwoliła się przy­kuć do jed­ne­go z mebli. Co praw­da nie­da­le­ko drzwi, ale zde­cy­do­wa­nie nie na tyle bli­sko, by do­się­gnąć Łucji obie­ma rę­ka­mi. Mi­nę­ło sporo czasu, mu­sia­ła się jakoś uwol­nić.

Zbyt późno do­tar­ło do niej, jak nie­bez­piecz­ne było zdra­dze­nie swo­jej obec­no­ści w trak­cie dnia. Dalej próbowała wyszarpać ranną rękę, zaciskając zęby aż do bólu szczęki. Wszyst­ko, żeby nikt nie­po­żą­da­ny jej nie usły­szał.

Po miesz­ka­niu po­nio­sły się ko­lej­ne od­gło­sy. Trzask ła­ma­ne­go drew­na, a póź­niej cięż­kie kroki i chru­pot, po­dob­ny do tego, który sły­sza­ła po­przed­niej nocy.

Łucja nie­mal prze­sta­ła czuć ból, kiedy zo­ba­czy­ła, jak są­sied­nie po­miesz­cze­nie zo­sta­je in­ten­syw­niej oświe­tlo­ne pro­mie­nia­mi fał­szy­we­go słoń­ca. Chwilę później na korytarzu ukazała się niemal ludzka sylwetka. Powyginana w próbie zmieszczenia się w zbyt ciasnym pomieszczeniu.

Drugi krzyk roz­legł się, kiedy w stro­nę Łucji od­wró­ci­ła się biała twarz, stop­nio­wo pę­ka­ją­ca od zbyt sze­ro­kie­go uśmie­chu.

– Pamiętasz może, co mówiliśmy o powinności? 

Głosy nie brzmiały znajomo.

Koniec

Komentarze

Witaj. :)

Sprawy techniczne i wątpliwości oraz sugestie (tylko do przeanalizowania):

Przypomniała sobie, kiedy po raz pierwszy zobaczyła te bestie. Nawyk zerkania przez szczeliny między deskami skazał ją na wątpliwą przyjemność zobaczenia kolejnego symbolu apokalipsy. – powtórzenie?

Może to coś nie zdołałoby wywlec jej z budynku, nie wiedząc dokładnie, gdzie jej szukać. – i tu?

Wiedziała, że to coś nie zapomni o ofierze, (zbędny przecinek?) tylko dlatego, że straciło ją z oczu.

Łucja znalazła się tylko kawałek od lasu, do którego zwykła chodzić, przed upadkiem słońca. – i tu ostatni?

Zbliżając się, nie miała pewności, czy uda się jej dostać do środka, ale nie zostało jej nic poza podjęciem ryzyka. – powtórzenie?

Ulga przyniesiona przez ciemność trwała ledwie chwilę, nim bestia dopadła ciężarówki i gwałtownie otworzyła drzwi. Dopiero (przecinek?) gdy kobieta dopadła do przeciwległej ściany, dostrzegła, że rozdarła ubranie w kilku miejscach. – i tu?

Nie raz słyszała przez okno mieszkania, że te potwory się komunikowały. – razem?

Nie miała pewności, czemu zwróciła się do potwora (przecinek?) jak do mężczyzny, skoro (i tu?) gdy przemawiał, dało się słyszeć również głosy kobiet i dzieci.

Nabraliśmy szacunku do tego, jak zaciekle walczycie o przetrwanie, jednak to nie wystarczy, abyśmy zdradzili swego bóstwa. – składniowy?

– Nie pytałam (przecinek?) kiedy, ani jak (przecinek?) tylko (myślnik lub przecinek?) skąd – syknęła, nie próbując ukryć irytacji.

Bez światła latarki nie wiedziała, gdzie dokładnie biegła, ale nie mogła sobie pozwolić na zdradzenie swojego położenia. Musiała wierzyć, że znajomość lasu pozwoli jej ukryć swoją obecność w cieniu. – powtórzenie?

Bez światła latarki nie wiedziała, gdzie dokładnie biegła, ale nie mogła sobie pozwolić na zdradzenie swojego położenia. – dokąd?

Łucja nie rozumiała, dlaczego w pierwszej chwili poczuła ukłucie smutku. Nie pojmowała, jakim cudem choć na moment poczuła coś zbliżonego do współczucia wobec istoty, która chciała ją zabić. – powtórzenie?

Nie marzyła o niczym innym, niż choć chwilą snu. – zdanie niejasne i chyba niepełne?

Siostra (przecinek?) od kiedy się przemieniła, niemal nie przestawała mamrotać.

Musiała walczyć sobą, aby wyrzucić z głowy coś, co uważała za brednie – inni twierdzili, że przemienieni nie mówili nic konkretnego. – ze?

Kiedy ocknęła się z dziwnego transu (przecinek?) stała z dłonią opartą o klamkę.

Łucja nie była naukowcem ani farmaceutą. Nawet jeśli odkopałaby w głębi umysłu odpowiednią wiedzę, w ciemnym mieszkaniu nie było warunków do tego rodzaju pracy. – powtórzenie?

Jeszcze (przecinek?) kiedy jej siostra się przemieniała, obie chciały wierzyć, że to, co zmieniało ludzi, było jedynie wirusem, bakterią albo pasożytem – czymś, z czym wystarczająco silny organizm mógłby sobie poradzić. – powtórzenie?

– Więc (przecinek?) jeśli mamy mówić o pozytywach… – zaczęła zamyślona.

Na jej nadgarstku boleśnie zacisnęły się gorące dłonie, po czym szarpnęły ją do środka na tyle mocno, że uderzyła twarzą we framugę. Zaczęła się szarpać, ale nie zdążyła wyrwać ręki, nim w jej przedramieniu zatopiły się zęby. – powtórzenie?

Wszystko (przecinek?) żeby nikt niepożądany jej nie usłyszał.

 

Bardzo dobry horror. :) Stworzony przez Ciebie świat postapo jest przejmujący makabryczną genezą oraz cechami, nakazującymi ocalałym oczekiwać wyłącznie na straszliwą zgubę. Fabuła wciąga szybko i czytelnik mimowolnie utożsamia się z bohaterką, próbując wraz z nią ocalić swe życie, nawet wbrew logice oraz panującej wokół, mocno dołującej psychikę zagładzie. :) Zakończenie zaskakujące i – wręcz mrożące krew w żyłach. ;)

Klikam podwójnie, aby Ktoś jeszcze tu spojrzał i zdecydował, czy tak oryginalny tekst wart jest nominacji, bo – moim skromnym zdaniem – jak najbardziej. :)

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. ;)

Pecunia non olet

Cześć

Hesket nawiedza i mówi dobry wieczór :-)

Choć mroźny, ale zima jest, to musi być zimno, prawda? Parafrazując klasyka :-)

A terez do rzeczy…

Super pomysł z tym fałszywym Słońcem. Zapowiadało się bardzo interesująco, bo trochę mi to przypominało Langoliery, tylko że później zaczęło się troszkę psuć, gdy zachodziłem w głowę, o co kaman? Bo tak: mamy świat postapo, ludzie chodzą jak żywe trupy z pęcherzami wielkości piłki do koszykówki – i za to plus, jest groźnie, łażą, pożerają się, ślepie mruga z tej dziury w przestrzeni, i dzieją się bardzo dziwne rzeczy, za to też plus, no i dalej… Dziewczyna wychodzi z ukrycia, i to też byłoby ok, tylko fabuła zdaje się być porwana, później ucieka do naczepy, biadoli przez sporą ilość akapitów o paletach, to coś łazi na zewnątrz, i plumm, w którymś momencie okazuje się, że zastyga w bezruchu, jak trole, gdy je światło dopadło. Chodzi mi o to, że starasz się budować napięcie, by po chwili przekłuć ten balonik grozy igiełką, i nawet zbytnio ten balonik nie robi hałasu. Miałem wrażenie braku konsekwencji, pewnego błądzenia i przypadkowości w dalszej części, jakbyś nie do końca była pewna tego, co chcesz przekazać. 

Czytałem z zaciekawieniem, licząc na pewne wyjaśnienia, a dostałem twist z powrotem tego czegoś, które nadal nawija o powinności, a to niczego mi nie tłumaczy.

Budowanie światów postapokaliptycznych niesie ze sobą pewną pułapkę, to musi być spójne, wynikać jedno z drugiego, tutaj tego nie dostrzegłem. Zbyt wiele niewiadomych. 

I ważna rzecz: rzeźbienie w węglu sprawiałoby ogromną trudność, ponieważ jego struktura jest bardzo krucha :-) Są też zwroty typu, że pomiędzy paletami nie było prostych linii, wybacz jeśli nie cytowałem jeden do jeden, ale chodziło o linię – określenie linii byłoby bardziej adekwatne, gdy mówilibyśmy o płaszczyźnie, tutaj mamy przestrzeń trójwymiarową. 

Nie wnikam więcej w poprawność językową, bo sam nie jestem specem :-)

Tekst na pewno zasługuje na uwagę. 

Pozdrawiam

bruce pięknie dziękuję za łapankę, aż straszne, ile się tego uchowało. Miło wiedzieć, że się podobało, bardzo czekałam na Twoją opinię heart

Hesket dziękuję za gorzką prawdę, zdecydowanie postaram się wziąć do serca. 

rzeźbienie w węglu sprawiałoby ogromną trudność, ponieważ jego struktura jest bardzo krucha :-)

Tak podejrzewałam, ale one nie są z węgla, tylko wydają się do niego podobne. Zdecydowanie rozważę zastąpienie.

Pozdrawiam 

Przybyłam Was nawiedzać

Hej, już po becie, więc pozostaje mi trzymać kciuki.

Wiesz na co powinnaś zwracać uwagę, następnym razem będzie jeszcze lepiej, ale już tutaj uważam, że to świetny pomysł na świat i historię w nim zawartą.

Klikam do biblioteki i pozdrawiam! 

You cannot petition the Lord with prayer!

To jest tylko moja opinia. Nie wiem, jaka jest prawda :-)

Jednak klik się należy. Tekst zawsze można dopracować, a pomysł w tej opowieści jest naprawdę dobry. 

Pozdrawiam

L.Keller, to ja dziękuję za świetny tekst. :)

Pecunia non olet

Początek trochę się dłużył, miałam wrażenie, że tempo jest wolniejsze niż bym chciała, ale od chwili, gdy Łucja wyszła z kryjówki, historia zaczęła mnie naprawdę wciągać. Fajnie budujesz atmosferę napięcia, zwłaszcza w scenach ukrywania się i konfrontacji z potworem. Dla mnie najciekawszy był właśnie moment rozmowy Łucji z bestią, gdy odpowiadała potworowi jego własnymi słowami. Scena pokazała jej siłę i determinację, w przerażającej sytuacji w jakiej się znalazła. W całym opowiadaniu są fragmenty, które według mnie mogłyby zostać trochę bardziej rozbudowane.  Np.: Łucja obserwuje rozpad potwora po ataku grupy mężczyzn. Opis zawiera emocje. Łucja odczuwa smutek i współczucie wobec istoty, która chciała ją zabić. Jednak sam przebieg zdarzenia jest dość skrótowy i szybki. Ogólnie dobre opowiadanie, miejscami do delikatnego dopracowania, ale pozostaje angażujące i warte przeczytania.laugh

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

betweenthelines bardzo dziękuję za komentarz i rady. Niestety mam paskudną tendencję do przesadnego rozpisywania się, obecnie próbuję ją zwalczać. Zdecydowanie postaram się bardziej pracować nad wartościowanie, kiedy się rozpisać.

Nie na temat, ale bardzo fajna sygnaturka – właśnie zauważyłam.

Pozdrawiam.

Przybyłam Was nawiedzać

L.Keller ćwiczenie czyni mistrza, więc Twoja świadomość i chęć pracy nad tym na pewno przyniosą efekty. W tym tekście już widzę duże możliwości i czekam z niecierpliwością na kolejne opowiadania. heart

Cieszę się, że sygnaturka przykuła Twoją uwagę. :)

Pozdrawiam serdecznie.

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Witam :]

 

Standardowe marudzenie: mija jakieś 20% opowiadania, zanim w ogóle wyjdziemy z domu ku przygodzie i niestety ten czas upływa nam na ekspozycji. Później też: siedzimy sobie w ciężarówce a potwór nam eksponuje.

 

Jeśli jednak przymknąć oczy na ten nadmiar ekspozycji, mamy tu oryginalny horror postapo, z twistem co prawda znanym z innych historii o zombiakach, ale moim zdaniem i tak udanym. Pomysł z fałszywym słońcem i potworami będącymi w istocie jakąś sektą przemawia do wyobraźni. Czytało się całkiem przyjemnie i nie wykluczam, że te obrazy zostaną w mojej pamięci.

 

Można by jeszcze pomarudzić na lekki brak napięcia – po tym, gdy potwór się zaklinował i zaczął do nas gadać, nabrałem przekonania, że autorka nie bardzo chce nas skrzywdzić. Na końcu okazało się, że to nieprawda, no ale suspensu tu nie było.

 

Pod kreseczką pozwoliłem sobie na kilka nieśmiałych uwag co do języka – choć ogółem język jest dość przyzwoity.

 

Klikam i pozdrawiam


deskami oknami

Nieładny rym.

 

Ledwo przekroczyła próg, gdy zaczęła czuć w klatce piersiowej duszący ścisk.

Moim zdaniem lepiej: “gdy tylko przekroczyła próg, zaczęła czuć/poczuła […]”.

 

Po raz pierwszy od dawna cieszyła się, że mieszkała na pierwszym piętrze.

Może ktoś mnie poprawi, ale moim zdaniem cieszyła się, że mieszka.

 

Musiały być ciężkie, lecz ich waga wydawała się błaha w porównaniu z jej wcześniejszymi obserwacjami potworów.

Niezgrabne jest to zdanie, bo wagi oczywiście nie porównywała z obserwacjami. Może “lecz była pewna, że widziała potwory radzące sobie z większymi ciężarami” albo coś.

 

takich przemyśleć

Literówka.

 

– Nie pytałam, kiedy, ani jak, tylko; skąd

Chyba dwukropek tu miał być.

 

solidarne więzi

Może więzy solidarności?

 

kobieta zaczęła się czołgać

Uwaga ogólna i może niezbyt mądra: często piszesz, że bohaterka “zaczyna” coś robić. Za którymś razem zaczyna ;> to źle brzmieć.

 

Ledwo obudzona Łucja usiadła, a wypowiadane słowa natychmiast zmieniły

Wywaliłbym albo ledwo, albo natychmiast, bo one tu znaczą to samo.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Nowa Fantastyka