Łucja nie potrafiła sobie przypomnieć, co robiła w dniu, kiedy spadło słońce. Pamiętała tylko ciszę, którą rozdarł dźwięk podobny do wrzasku rannego zwierzęcia. Chciała wierzyć, że została ofiarą jakiegoś niedorzecznego żartu, ale jedno spojrzenie w niebo wystarczyło, aby zaczęła w to wątpić. Nie rozumiała, jak niebo mogło zapełnić się czerwonymi chmurami wyglądającymi jak rozlana w wodzie krew.
Patrzyła w górę tylko chwilę, później opuściła wzrok. Wielu jej sąsiadów oraz nieznajomych wyszło na ulice i uniosło głowy, by zbadać źródło odgłosu. Wrzask został przerwany nagle, niczym zatrzymane nagranie. Po nim nastąpił chór, skomponowany z ludzkich krzyków i huku, po którym zatrzęsła się ziemia. Skupiona na tłumie, Łucja nie dostrzegła, co wywołało pierwsze poważne zniszczenia. Dowiedziała się w trakcie rozmowy z siostrą, która wróciła do mieszkania krótko po rozpoczęciu chaosu na zewnątrz.
– Podczas krzyku słońce przygasło, na tyle, że dało się na nie patrzeć – tłumaczyła siostra.
Kiedy mówiła, Łucja opatrywała jej rany w milczeniu.
– A potem… jakby się rozwinęło. Przypominało ptaka. Ogromnego. Wygięło się i spadło. Stąd ten huk.
Łucja nie uwierzyłaby w taką opowieść, gdyby na niebie nie widniał dowód popierający słowa młodszej kobiety – w miejscu słońca widniała ogromna dziura, jakby niebo nie było nieskończoną pustką, a materiałem, który dało się ciąć i dzielić.
***
Leżała, patrząc w sufit i przyciskała dłonie do brzucha, ale nieważne, jak mocno to robiła, nie mogła stłumić rozlegającego się raz po raz burczenia. W mieszkaniu nie miała już nic do jedzenia. Chyba że pchnięta desperacją postanowiłaby zakwalifikować do żywności kończące się leki.
Jeśli chciała przetrwać, musiała wyjść w poszukiwaniu nowych zapasów, ale nawet zamykając oczy, nie była w stanie zapomnieć, że za zabitymi deskami oknami żarzyło się niemrugające oko, które zwykła nazywać fałszywym słońcem. Dopóki świat tonął w promieniach, każdy krok na zewnątrz stanowiłby wyrok śmierci. Nawet głód nie pozwalał jej zapomnieć o fałszywym słońcu, które paliło ciało do kości. O zwęglonych sylwetkach snujących się po ulicach, polujących na tych, którzy kiedyś byli im podobni. O bestiach, które pojawiły się, gdy znany Łucji świat skończył się raz na zawsze.
Aby mieć szansę wrócić, musiała czekać na noc. Noce jednak przestały przychodzić jak dawniej. Światło gasło tylko wtedy, gdy oko na niebie się zamykało – a czymkolwiek był jego właściciel, nie miał w zwyczaju mrugać i rzadko zasypiał.
Próbując zapomnieć o głodzie, wstała i ruszyła w stronę zabitego deskami okna.
Siostra wiele razy namawiała ją, żeby przestała przez nie wyglądać na zewnątrz. Twierdziła, że patrzenie tylko jej szkodziło i, że myśląc o tym, co działo się za ścianami ich mieszkania, oszaleje. Łucja nie chciała się z nią kłócić – młodsza kobieta mogła mieć rację – ale nie potrafiła przestać. Nawet jeśli nie była w stanie zrozumieć nowego świata, chciała wiedzieć o nim jak najwięcej.
Dlatego zostawiała okulary przeciwsłoneczne na parapecie i wyglądała przez szczeliny na upadły świat.
Była przekonana, że zabójcze jest bezpośrednie wystawienie skóry na promienie fałszywego słońca. Im większą powierzchnię obejmowały, tym szybciej następowała reakcja.
Czasem skóra czerniała i wysychała, aż człowiek zaczynał przypominać figurę wyrzeźbioną z węgla. Innym razem gniła nienaturalnie szybko i odpadała płatami, odsłaniając mięśnie i kości. Zdarzało się też, że na ciałach pojawiały się ogromne pęcherze. Największe miały wielkość piłek do koszykówki. Wypełniał je żółty, świecący płyn.
Przemiana niektórych była błyskawiczna i widocznie bolesna. Ci, którzy wystawili na światło duże partie ciała, po krótkim czasie ekspozycji padali na ziemię z agonalnymi wrzaskami, rozdzierającymi gardła. Wili się, kiedy ich ciała przechodziły przemianę.
Po tym wszyscy stawali się sobie podobni. Włóczyli się pozornie bez celu i korzystali z każdej okazji do rzucania się na ocalałych. Wywlekali ich na słońce, rozrywali ubrania. Trzymali przy ziemi, aż fałszywe słońce wypaliło resztki człowieczeństwa. Bywało, że przemienieni gryźli ludzi lub odrywali kawałki ich ciał. Niektórzy nieszczęśnicy zostawali częściowo pożarci, nim zakończyła się przemiana, ale to jej nigdy nie przerywało. Przemienieni żyli nawet z wywleczonymi organami lub pozbawieni części kończyn.
Niepewność, lęk i głosy dobiegające z ulicy pchnęły jednego z sąsiadów Łucji do samobójstwa. Po przywiązaniu liny do ciężkiego mebla, wyskoczył przez okno.
Sznur był długi. Przez to jego gwałtowne napięcie po upadku wystarczyło, by złamać kark nieszczęśnika.
Pozbawione życia zwłoki zapłonęły znacznie szybciej, niż działo się to z żyjącymi. Ciało zaczęło się rzucać, jakby martwy mężczyzna budził się z koszmaru. Z jego karku dobiegał chrupot wracających na miejsce kręgów, a z gardła obrzydliwy bulgot.
Kobieta ledwo stłumiła krzyk, kiedy odsunęła się od okna. Podobnie było, gdy usłyszała, jak nowy przemieniony spada na ziemię.
Z upływem czasu zaczęła obserwować malejącą ilość przemienionych. Myślała, że to tylko złudzenie. Do chwili, gdy została ich jedynie garstka.
Domyślała się, że z czasem powstawało ich coraz mniej, ale nie wiedziała, czemu znikali. Może spowodowane przemianą obrażenia sprawiały, że w końcu konali. Może musieli się żywić i z czasem zaczęli przymierać głodem. Jej siostra zastanawiała się, czy nie pożerali się nawzajem.
Takie teorie miały sens, ale Łucja nie potrafiła wyrzucić z głowy koszmaru, który nawiedzał ją co jakiś czas, od kiedy po raz pierwszy zobaczyła przemienionych.
W snach nawiedzały ją trupy spalone fałszywym słońcem, wlokące się po pustych ulicach. Zmasakrowane ciała, których klatki piersiowe nagle wypełniał żar, jakby coś płonęło głęboko w ich wnętrzach. Światło sączyło się przez nabrzmiałe żyły, aż nie było już dla niego miejsca. Przemienieni rozpadali się od środka, rozerwani żarem. Zostawała po nich jedynie kula światła, wzlatująca w niebo.
Łucja chciała wierzyć, że to promienie fałszywego słońca przesądzały o zniknięciu. Była gotowa się modlić, aby odcięcie od światła mogło ocalić przemienionych, ale nie sądziła, by cokolwiek mogło ją usłyszeć. Nie coś, co by wysłuchało.
***
Nie wiedziała, ile czasu minęło, nim rozsądek przegrał z wykańczającym głodem. Łucja bała się, że jeśli poczeka dłużej, stanie się zbyt słaba, by nadejście nocy mogło ją ocalić.
Przed wyjściem nakładała coraz liczniejsze warstwy ubrań, starając się wybierać najbardziej zwiewne materiały. Już w zaciemnionym mieszkaniu było nieznośnie gorąco, bała się, jak źle mogło być w pełnym słońcu.
Przed otwarciem zabezpieczonych drzwi pożegnała się z siostrą, przerywając przy tym cokolwiek, co tamta szeptała. Łucja dobierała słowa tak, by nie brzmiały, jakby mogła nie wrócić.
Ledwo przekroczyła próg, gdy zaczęła czuć w klatce piersiowej duszący ścisk. Kiedy ruszyła schodami, nogi drżały jej tak bardzo, że musiała trzymać się poręczy, aby nie spaść. Po raz pierwszy od dawna cieszyła się, że mieszkała na pierwszym piętrze. Obawiała się, że więcej schodów dałoby jej więcej czasu na rozmyślenie się.
Długo tkwiła przy drzwiach wejściowych. Te ledwo trzymały się w zawiasach, więc byłyby marną zaporą w razie ataku. Stanowiły jedynie zasłonę, mogącą ukryć jej obecność.
Za ważniejsze uważała, że jej mieszkanie pozostawało nienaruszone. Uszkodzenia pozostałych części kamienicy czyniły ją znacznie mniej atrakcyjną w oczach zarówno potworów, jak i ocalałych. Śmierć niewinnych przekuła budynek w lepszą kryjówkę dla niej i siostry.
Oczy zaczęły jej łzawić na długo przed tym, jak skończyła skanować wzrokiem skąpane w zabójczych promieniach otoczenie. Nawet gdy nabrała przekonania, że za drzwiami nie czekało zagrożenie inne niż światło, z trudem zmusiła się do ruchu.
Łucja starała się poruszać w cieniach, ale nie było to łatwe, bo pobliskie drzewa obumarły, a budynki nosiły ślady zniszczeń. Na przemian przyśpieszała i zwalniała, nie mogąc się zdecydować, co było bezpieczniejsze, kiedy widoczność była ograniczona, a każdy krok zdawał się równie głośny jak wystrzał z pistoletu. Oczy osłaniała dłońmi, próbując choć trochę ułatwić sobie obserwowanie otoczenia.
Na ledwo chwilę zawiesiła wzrok na zwalonym drzewie, opartym o ścianę pobliskiego budynku. Miało czarny, powykręcany pień i niewiele gałęzi.
To, co wzięła za drzewo, poruszyło się i zaczęło podnosić, podparte na długich, powykręcanych makabrycznie łapach. Łucja zamarła, kiedy w jej stronę odwróciła się biała twarz, której szczegóły zostały ukryte przez oślepiające słońce.
Odrętwienie zostało wypchnięte z ciała przez przypływ adrenaliny, po którym kobieta odwróciła się na pięcie i rzuciła do ucieczki.
***
Przypomniała sobie, kiedy po raz pierwszy ujrzała te bestie.
Nawyk zerkania przez szczeliny między deskami skazał ją na wątpliwą przyjemność zobaczenia kolejnego symbolu apokalipsy. Z dziury stopniowo zaczęło wyłaniać się dziesięć wąskich, długich kształtów. Szybko okazało się, że są palcami ogromnych dłoni.
Na krawędzi nieba podciągnęła się sylwetka – niemal ludzka, lecz obrzydliwie zniekształcona. Łucja nie była w stanie patrzeć na nią długo. Osunęła się na kolana przy oknie i zasłoniła usta dłońmi, bo krzyk mógłby sprowadzić na nią śmierć.
Tak wyraźny widok potwora uświadomił jej, że dziura była dużo bliżej, niż kobieta się spodziewała.
***
Dokąd biegła, dotarło do niej dopiero wtedy, gdy płuca paliły ją z bólu, a ciało zdawało się gotować pod ubraniami. Pchana rozpaczliwym pragnieniem znalezienia kryjówki, skierowała kroki w stronę zostawionej za sobą kamienicy. Nie powinna zdradzać bestii, gdzie znajdowała się jej siedziba. Ledwo wiszące w zawiasach drzwi nie stanowiłyby skutecznej zapory, ale klatka schodowa mogła się okazać zbyt wąska, aby stworzenie było w stanie podążyć za kobietą. Może po zamknięciu się w budynku zniknęłaby z oczu tego potwora. Może to coś nie zdołałoby wywlec jej z budynku, nie wiedząc dokładnie, gdzie szukać.
Takie nadzieje były sprzeczne z dotychczasowymi obserwacjami Łucji.
Nie mogła zapominać, że te stworzenia nie były głupie. Wiedziała, że to coś nie zapomni o ofierze tylko dlatego, że straciło ją z oczu. Pewnie zrobiłoby wszystko, aby się do niej dostać.
Z bólem serca zakręciła, by nawet nie zbliżyć się do wejścia kamienicy. Oczy łzawiły jej coraz bardziej, a każdy haust gorącego, śmierdzącego siarką powietrza zdawał się parzyć, zamiast dostarczać upragnionego tlenu.
Nie wiedziała, gdzie szukać schronienia, a czuła, że nie będzie w stanie biec długo. Nie śmiała oglądać się za siebie, nie miała odwagi przekonać się, jak blisko niej znajdowała się bestia. Wystarczały odgłosy za plecami, nawet jeśli były częściowo zagłuszane przez ciężki oddech i walenie serca. Kroki potwora były szybkie i ciężkie, zbyt liczne, jak na jedną parę kończyn.
Dotarło do niej, że adrenalina napędzająca ciało pozwoliła jej przebyć znaczną odległość, gdy wypadła spomiędzy budynków na otoczoną spalonymi drzewami drogę.
Łucja znalazła się tylko kawałek od lasu, do którego zwykła chodzić przed upadkiem słońca. Jeśli udałoby się jej tam dobiec, miałaby szansę znaleźć schronienie, a przynajmniej próbowała to sobie powtarzać, gdy ciało odmawiało posłuszeństwa.
Kiedy zaczynała przepraszać w myślach siostrę za to, że nie wróci, aby dalej się nią zajmować, dostrzegła w przydrożnym rowie ogromny kształt. Rażące światło i łzy napływające do oczu mogłyby sprawić, że nie rozpoznałaby w nim przewróconego tira – gdyby nie jego kolor kontrastujący z otoczeniem.
Zbliżając się, nie miała pewności, czy uda się jej dostać do środka, ale musiała zaryzykować.
Drzwi do naczepy okazały się otwarte.
Zanim rzuciła się w głąb naczepy, zatrzasnęła za sobą drzwi, choć nie sądziła, by dało jej to więcej niż kilka sekund.
Oślepiona nagłym przejściem do cienia, wpadła na coś twardego. Pod palcami poczuła drewno i metal, ale nie miała czasu się zastanawiać, czego dotykała. Zaczęła się przeciskać między przeszkodami, jeszcze nim jej oczy na dobre przyzwyczaiły się do ograniczonej ilości światła. Naczepa nie była pusta, ale panujący w niej bałagan wskazywał na to, że została przeszukana przez ocalałych.
Ulga przyniesiona przez ciemność trwała ledwie chwilę, nim bestia dopadła ciężarówki i gwałtownie otworzyła drzwi.
Dopiero gdy kobieta dotarła do przeciwległej ściany, dostrzegła, że rozdarła ubranie w kilku miejscach. Szczególnie zaniepokoiło ją rozcięcie na lewej nodze, widoczne przez rozerwaną nogawkę.
Łucja zamarła na widok istoty, która próbowała się do niej dostać.
Była humanoidalna, lecz nieporównywalnie większa od ludzi. Wydłużone, powyginane ciało składało się z czarnej masy. Sylwetką przypominała wychudzonego, przygarbionego człowieka. Twarz była biała, nienaturalnie gładka, jakby nie pokrywała jej skóra.
Istota otworzyła tylko jedno skrzydło drzwi, drugie było przez coś blokowane. Zwężone o połowę wejście utrudniało masywnej i powykrzywianej bestii dostanie się do środka. Ostatecznie powstrzymały ją załadowane palety. Istota wsunęła się do naczepy na tyle, na ile pozwalała jej przestrzeń, i wyciągnęła w stronę kobiety rękę. Kończynę na pierwszy rzut oka zbyt krótką, by dosięgnąć celu.
Kiedy ucichły kroki, rozległ się mokry trzask, a cienka, powykręcana ręka zaczęła się wydłużać.
Łucja wciskała się plecami w ścianę za nią, jakby wierzyła, że będzie w stanie stać się jednością z metalem. Zaciskała powieki, nie chcąc wiedzieć, kiedy potwór ją dosięgnie. Nie liczyła na to, że przeżyje, co najwyżej na śmierć bezbolesną albo przynajmniej szybką. Zapach siarki stał się na tyle silny, że kobieta zaczynała czuć jej smak.
Nie wiedziała, ile czasu minęło, nim zaczęła się zastanawiać, czemu dalej żyje. Otworzyła niechętnie oczy, by przekonać się, że ręka potwora, zamiast ją chwycić, poruszała się tuż przed twarzą kobiety. Bestia nie mogła jej dosięgnąć.
Mijały minuty, a istota krążyła wokół ciężarówki. Dobre kilka razy waliła w metalowe ściany, ale szybko stało się jasne, że potwór nie ma dość siły, by włamać się do środka. Łucja osunęła się na podłogę, ponownie dławiąc się gorącym powietrzem. Wcześniej widziała bestię, która wyrwała kraty zasłaniające okna na parterze budynku, oraz inną, która niemal rozerwała na pół niewielkie auto. Nie rozumiała, jakim cudem to coś nie mogło sobie poradzić.
Bała się zbliżyć do drzwi na tyle, by zobaczyć, co je blokuje, ale dostrzegała palety. Były zabezpieczone, a przynajmniej część z nich zapełniono pudłami jakichś metalowych części. Musiały być ciężkie, lecz ich waga wydawała się błaha w porównaniu z jej wcześniejszymi obserwacjami potworów.
Dopiero w trakcie takich przemyśleć Łucja zauważyła coś, co długo umykało jej uwadze.
Przypominająca maskę twarz była popękana, jej fragmenty odpadały, pokazując znajdujące się pod nimi zasuszone mięso. Podobnie było z resztą ciała, bestia bardziej niż żywą istotę przypominała poruszającą się figurę.
To coś musiało być ranne, ale taka świadomość nie pozwalała Łucji poczuć się w pełni bezpiecznie. Nieraz słyszała przez okno mieszkania, że te potwory się komunikowały. Ten osobnik był osłabiony, ale to nie znaczyło, że nie mógł zdradzić kryjówki kobiety innej bestii.
Wciąż wciskała się plecami w ścianę za sobą. Mięśnie powoli się rozluźniały, ale rozkołatane serce nie zwalniało.
– Osiągnęliśmy impas.
Usta stworzenia otwierały się, jeszcze bardziej krusząc ciało, ale kłapnięcia nie pasowały do wypowiadanych słów. Głos był mechaniczny, jak zniekształcone nagranie wielu osób nałożonych na siebie. Niektóre z nich brzmiały dla Łucji niepokojąco znajomo.
Usta kobiety poruszały się bezgłośnie. Odruchowo chciała coś odpowiedzieć, ale w głowie miała pustkę.
– Zakładamy, że nie usłuchasz, jeśli poprosimy, abyś wyszła – ponownie odezwała się bestia.
– A jeśli poproszę, żebyś sobie poszedł i dał mi odejść? – nadzieja słyszalna w jej głosie zaskoczyła nawet ją samą. Domyślała się odpowiedzi.
Nie miała pewności, czemu zwróciła się do potwora, jak do mężczyzny skoro, gdy przemawiał, dało się słyszeć również głosy kobiet i dzieci. Szybko stwierdziła, że nie miało to najmniejszego znaczenia.
– Oczywiście nie spełnimy takiej prośby.
– Czemu?
Głos Łucji się łamał. Trudno było jej uwierzyć, że zdecydowała się prowadzić rozmowę z potworem. Powtarzała sobie, że robi to jedynie po to, by kupić sobie czas, choć gdzieś na skraju umysłu kiełkowała ciekawość ewentualnych odpowiedzi.
– Nie przez złośliwość ani chęć sprawiania cierpienia, zapewniamy.
– Więc czemu nie mogę odejść?
– Powinność.
Po tym słowie potwór zrobił krótką przerwę, jakby uważał je za wyczerpującą odpowiedź.
– Krzywdzenie niewątpliwie inteligentnych istot nie sprawia nam przyjemności. Nabraliśmy szacunku do tego, jak zaciekle walczycie o przetrwanie, jednak to nie wystarczy, abyśmy zdradzili swoje bóstwo.
Bóstwo – to słowo dobrą chwilę brzęczało w głowie kobiety. Razem z nim pojawiło się wspomnienie ogromnego gadziego oka, które zapełniło dziurę w niebie.
– Jesteście delikatni, prawda? My nie. Możemy tu czekać tak długo, jak będzie trzeba – ponownie przemówiło monstrum. – Możesz oszczędzić sobie śmierci z głodu, czy czegokolwiek, co zabije cię pierwsze, i wyjść. Postaramy się nie sprawić ci bólu.
Łucja zacisnęła zęby. Nigdy nie dowiedziała się, co dokładnie te potwory robiły z pochwyconymi ludźmi. Nie odważyła się obserwować śmierci z ukrycia, jednak wrzaski takich nieszczęśników wielokrotnie prześladowały ją w koszmarach.
– Nie mogę.
– Czemu trzymasz się życia wbrew logice?
– Powinność – nieumyślnie powtórzona po bestii wypowiedź zapiekła ją w usta. – Muszę wrócić do siostry, żeby się nią zajmować.
Nie miała pewności, czemu postanowiła się tłumaczyć potworowi. Chyba była na tyle zdesperowana, by próbować wzbudzić w bestii współczucie.
– Jeśli jest chora, znamy lekarstwo. Wystarczy, że nas do niej zaprowadzisz, nasze bóstwo uwalnia od bólu.
Łucja jedynie zakrztusiła się głosem, niezdolna wypowiedzieć słowa. Odgłos, który z siebie wydała, wystarczył, by bestia domyśliła się odpowiedzi.
– Więc naprawdę osiągnęliśmy impas.
Zapadła cisza.
Istota wciąż krążyła wokół przewróconej ciężarówki, a Łucja oparła tył głowy o ścianę. Była zmęczona, ale bała się zamknąć oczy.
***
Nie miała pewności, ile czasu spędziła w ukryciu, ale każda przemijająca chwila była dla niej niczym tortura. Wycieńczenie potęgowane głodem, pragnieniem i gorącem coraz bardziej dawało się jej we znaki.
Łucja musiała walczyć ze sobą, by nie zamykać oczu na zbyt długo. Czasem chciała wstać i przejść się po ciężarówce, by nie zasnąć, ale bała się, że jeżeli straci czujność, potworowi uda się ją złapać.
– Skąd się wzięliście?
Nie miała pojęcia, ile czasu minęło, nim postanowiła przerwać milczenie. Bała się, że nawet chwila dłużej w ciszy, zakłócanej chrupotem potwornego ciała, doprowadzi ją do szaleństwa.
– Chyba nie przegapiłaś naszego nadejścia? Robiliśmy, co się dało, aby nikt nie przegapił.
Drwina w tonie głosu potwora okazała się niewiele lepsza od ciszy.
– Nie pytałam, kiedy, ani jak, tylko; skąd – syknęła, nie próbując ukryć irytacji.
– Z miejsca, które było, jest i pozostanie dla was niedostępne, jeśli nie usłuchacie.
Taka odpowiedź wywołała u kobiety zimne ukłucie przerażenia.
– To znaczy?
Na następne pytanie odpowiedziała jej jedynie cisza. Nie mogąc jej znieść, Łucja postanowiła nieco zmienić temat.
– Czemu to wszystko robicie?
– Jak już mówiliśmy; przez powinność.
– To niewiele mi mówi. Co dokładnie macie na celu?
– Pomóc wam i naszemu bóstwu.
Łucja aż zmieniła pozycję, w jakiej siedziała. Dyskomfort powodowany rozmową stawał się niemal fizyczny.
– Jak to ma nam jakkolwiek pomóc?
– Nie dziwi nas, że nie rozumiecie. Nasze bóstwo ostrzegało, że po tak długim życiu w kłamstwach uzurpatora będziemy musieli zmusić was do przyjęcia prawdy.
– Nie rozumiem…
– Wtedy, gdy to wszystko się zaczęło, obaliliśmy fałszywego bożka. Nadszedł czas, by nasze bóstwo zajęło należne mu miejsce.
– Mówisz o słońcu?
Ledwo skończyła mówić, a w bestii coś się zmieniło. Usta rozwarły się gwałtownie, na tyle szeroko, że kawałki białej twarzy odkruszyły się i opadły na ziemię. Oczy otworzyły się szerzej, tworząc idealne okręgi.
W otworach maskopodobnej twarzy czaiła się ciemność, której nawet tak jasne światło nie było w stanie przeszyć.
Bestia początkowo nie odpowiedziała. Zamiast słów wydobył się z niej trzask i pisk, brzmiące niemal jak dźwięk, jaki mógłby wydać zepsuty głośnik.
Zarówno widok, jak i odgłos przeraziły Łucję na tyle, że musiała przycisnąć obie dłonie do ust, aby stłumić w sobie krzyk.
– Nieważne, jak nazwaliście uzurpatora – ponownie przemówił potwór.
Kobieta nie wiedziała, kiedy rozmówca powrócił do poprzedniego wyglądu. Zmiana była tak nagła, że mrugnięcie wystarczyło, aby Łucja ją całkowicie przegapiła.
– Ważne, że nie wróci. Jego czas się skończył. Musicie zapomnieć i zaakceptować nowe bóstwo.
– Akceptacja ma polegać na staniu się waszą ofiarą?
– Nie musicie tego tak postrzegać. Wystarczy, abyście pojęli, że czeka was coś lepszego.
– Śmierć ma być czymś lepszym?
Złamane wcześniej usta wykrzywiły się w obrzydliwy uśmiech. Łucja jeszcze wiele razy próbowała zacząć rozmowę, ale potwór nie powiedział ani słowa więcej.
Z czasem propozycje skrócenia własnego cierpienia zaczęły brzmieć w jej głowie niczym echo. Beznadzieja tkwienia w sytuacji bez wyjścia popychała ją w stronę rozważania samobójstwa, ale z pomocą rąk bestii.
Nie wierzyła w obietnice potwora o delikatności, ale zaczynała się zastanawiać, czy krótka agonia nie byłaby lepsza niż długie konanie z głodu albo w wyniku zakażenia.
Torturę przerwało nagłe zapadnięcie całkowitej ciemności, tak niespodziewane, że Łucji niemal wyrwał się krzyk. Po policzkach popłynęły jej łzy. Nie mogła uwierzyć, że spotkał ją kolejny cud – tym razem w postaci zamknięcia się świecącego oka.
Zapaliła latarkę, której przed wyjściem niemal zapomniała zabrać. Zanim opuściła ciężarówkę, długą chwilę wpatrywała się w potwora. Zdążyła się przekonać, jak działały podobne istoty, ale i tak musiała się upewnić.
Długo obserwowała odrętwiałego potwora, ale ten nie drgnął, nawet kiedy się do niego zbliżyła. Brak reakcji, gdy wyszła z naczepy, ostatecznie ją uspokoił.
Bestie i przemienieni fałszywym słońcem ludzie byli całkowicie zależni od swojego bóstwa. Kiedy promienie przestawały oświetlać świat, związane z nimi istoty zamierały, jakby pozbawione życia.
Nogi Łucji drżały tak bardzo, że ledwo były w stanie iść prosto. Chciało jej się śmiać, choć nie czuła rozbawienia. Emocje buzowały w niej do tego stopnia, że nie miała pewności, co dokładnie czuła.
Przeszła ledwo kilka kroków, nim zaczęły do niej docierać odległe, ale coraz wyraźniejsze odgłosy. Zamarła, gasząc przy tym latarkę. Chciała wierzyć, że jedynie się przesłyszała.
– Tam chyba coś się świeciło!
Kolejny krzyk uświadomił jej, że nie było mowy o pomyłce. Nogi jeszcze nie przestały drżeć, ale kobieta rzuciła się biegiem przed siebie.
Czasy, gdy cieszyłaby się z czyjegoś towarzystwa, dawno minęły.
Upadek cywilizacji zniszczył solidarne więzi między większością ludzi. Pogrzebać moralność i współczucie. Nikt nie miał czasu na empatię czy honor, kiedy jedzenie stało się towarem luksusowym, a siła fałszywego słońca niemal uniemożliwiła hodowlę roślin i zwierząt.
Łucja mogła obserwować z ukrycia, na jakie sposoby niektóre grupki ocalałych postanowiły radzić sobie z takim stanem rzeczy. Nocami silni polowali na słabych niczym na zwierzęta.
Nie tylko to zasiało w Łucji lęk przed ewentualnymi pobratymcami – jeśli chciała utrzymać przy sobie siostrę, nie mogła nikomu ufać. Sama pewnie znalazłaby grupę gotową przyjąć ją w swoje szeregi – przed upadkiem cywilizacji była lekarką. Wiedziała jednak, że nikt nie byłby w stanie zaakceptować jej siostry.
Bez światła latarki nie wiedziała, dokąd dokładnie biegła, ale nie mogła sobie pozwolić na zdradzenie swojego położenia. Musiała wierzyć, że znajomość lasu pomoże jej ukryć swoją obecność w cieniu.
Szybko dobiegła do linii drzew. Wiedziała o tym, bo zaczęła obijać się o pnie i potykać o korzenie lub kamienie. Uciekając, nie zważała na ból, zamiast tego myślała, że przeszkody mogły lepiej ukryć jej obecność. Po ledwo chwili biegu przez las potknęła się i wpadła w gęste krzewy. Wysuszone gałązki wbijały się w ciało, szarpały ubrania i włosy.
Pocieszenie przybrało postać kamienia, o który Łucja niemal roztrzaskała głowę przy upadku. Początkowo sądziła, że to tylko głaz. Podnosząc się na łokciach, dostrzegła, że dobiegła do pozostałości po schronie, który tak wiele razy mijała w trakcie spacerów po lesie.
Panika nie pozwoliła jej w pełni przemyśleć decyzji o ukryciu się w dawnym bunkrze.
Usiadła między najlepiej zachowanymi ścianami i, przyciskając podkulone kolana do klatki piersiowej, starała się wyrównać oddech, który wydawał jej się zbyt głośny dla własnego bezpieczeństwa. Dopiero po chwili dotarło do niej, że zniszczony bunkier nie był pusty. Tuż obok niej leżał stary koc, na tyle brudny, by maskować się na tle ziemi. Pod nim kobieta znalazła dość pokaźną kolekcję konserw.
Taki widok cieszył ją zaledwie chwilę. Po tym dotarło do niej, że ludzie, którym starała się umknąć, mogli zmierzać właśnie do jej kryjówki. Chciała wrócić do ucieczki, ale kolejne, szczególnie doniosłe odgłosy odwiodły ją od tego zamiaru.
Krzyki stały się na tyle wyraźne, by mogła słyszeć choćby urywki rozmów.
– Pewnie światło od czegoś się odbijało. Jeśli ktoś był tak blisko tej maszkary, raczej nie dożył zmroku – dało się słyszeć.
Nieznajomi musieli dotrzeć do ciężarówki, w której się wcześniej ukrywała.
Wystarczyło, by skupili się na czymś innym albo ruszyli w przeciwnym kierunku – wtedy Łucja powinna być w stanie uciec.
Szybko zaczęła słyszeć huk, jakby metalowe narzędzia roztrzaskiwały kruchy kamień. Towarzyszyły mu coraz częstsze śmiechy.
Po jakimś czasie ciekawość zwyciężyła nad lękiem i kobieta zaczęła się czołgać, tym razem w stronę ciężarówki. Uważała, by nie zbliżyć się na tyle, żeby ktoś ją zauważył.
Grupa mężczyzn z narzędziami roztrzaskiwała potwora. Jego ciało kruszyło się i rozpadało, jakby było w całości zbudowane z kamienia. Monstrum zostało już wcześniej naruszone na tyle, że szybko pozostały po nim duszący pył i odłamki rozsypane na betonie.
Łucja nie rozumiała, dlaczego w pierwszej chwili poczuła ukłucie smutku. Nie pojmowała, jakim cudem choć przez moment współczuła istocie, która chciała ją zabić.
Kiedy wycofała się, aby wykorzystać nieuwagę mężczyzn do ucieczki, łzy kłuły ją w oczy. Starała się nie myśleć, że upomniało się o nią szaleństwo. Zamiast tego przyjęła myśl, że potwory potrafiły wkraść się do ludzkiej głowy, narzucić kobiecie nienależące do niej emocje.
***
Wróciła do domu tak szybko, jak tylko mogła. Kiedy weszła do mieszkania, na zewnątrz wciąż było ciemno. Nie zamierzała jednak wychodzić z kamienicy aż do następnej nocy – jeśli w ogóle będzie do tego zmuszona.
Gdy weszła do mieszkania, nie słyszała nieustającej zazwyczaj paplaniny młodszej siostry, ale nie zdziwiło jej to. Pamiętała, że przemienieni pozbawieni słońca zapadali w sen, z którego nie dało się wybudzić.
Zjadła i po opatrzeniu rany rzuciła się na łóżko. Nie marzyła o niczym innym, niż choć chwili snu.
***
Obudził ją głos siostry. Podniesiony, jakby koniecznie chciała obudzić Łucję. Wciąż zaspana kobieta rozejrzała się po mieszkaniu i z obrzydzeniem dostrzegła, że przez szczeliny wpadały promienie fałszywego słońca. Światła było niewiele, lecz przy braku prądu nauczyła się funkcjonować w takich warunkach. Wolała oszczędzać baterie i świece. Musiała tylko uważać, by długo nie przebywać w zasięgu promieni.
Siostra zdawała się wiedzieć, kiedy Łucja wstawała.
Ledwo obudzona Łucja usiadła, a wypowiadane słowa natychmiast zmieniły się w ledwo słyszalne szepty. Po raz kolejny straciła szansę, by zrozumieć, co siostra mówiła po przemianie.
Westchnęła mimowolnie, po czym najciszej, jak potrafiła, wstała i ruszyła w stronę drzwi do pokoju młodszej kobiety. Siostra, od kiedy się przemieniła, niemal nie przestawała mamrotać. Przez to Łucja zawsze słyszała, że tamta mówi. Nigdy – co.
Wiele razy próbowała zakraść się do drzwi, ale zawsze bez powodzenia. Jakby siostra w każdej chwili znała jej dokładne położenie.
Była niemal pewna, że opanowała sztukę całkowicie bezgłośnego poruszania się. Z każdym krokiem w stronę pokoju głos siostry stawał się coraz cichszy.
Kiedy usiadła pod wejściem do drugiej sypialni, westchnęła i oparła głowę o drzwi. Siedząc z zamkniętymi oczami, rozpaczliwie starała się rozróżnić poszczególne słowa. Musiała walczyć ze sobą, aby wyrzucić z głowy coś, co uważała za brednie – inni twierdzili, że przemienieni nie mówili nic konkretnego. Jedynie bełkotali, żeby uśpić czujność ludzi. Ona w to nie wierzyła, była pewna, że siostra naprawdę chciała się z nią porozumieć. Gdyby tylko mogła podejść bliżej, gdyby wsłuchała się uważniej – byłaby w stanie ją zrozumieć. Znowu mogłyby rozmawiać.
Nie miała pewności, co chciała zrobić. Kiedy ocknęła się z dziwnego transu, stała z dłonią opartą o klamkę. Odeszła od drzwi tak roztrzęsiona, że po drodze do zapasów boleśnie zahaczyła o kilka mebli.
Na początku apokalipsy nie były z siostrą same. Mieszkały w niewielkiej kamienicy, większość sąsiadów była starsza lub schorowana, przez co szybko polegli, ale przez długi okres mogły liczyć na wsparcie innych. Ten okres nie przeminął dlatego, że zostały jedynymi ocalałymi, a przynajmniej Łucja nie miała pewności, że w budynku nie było nikogo poza nimi. Postanowiła odciąć ich małą wspólnotę, kiedy jej siostra zaczęła przejawiać pierwsze objawy zakażenia. Łucja podjęła wtedy decyzję, którą jej siostra uważała za szaloną – okłamała sąsiadów, mówiąc, że obie zostały zarażone. Powiedziała, że wystawią przed drzwiami resztę zapasów, a potem zabarykadują się od środka i popełnią samobójstwo. Namówiła wszystkich, by nikt nie wchodził do środka – na wypadek, gdyby nie zdążyły się zabić albo gdyby śmierć nie była w stanie powstrzymać procesu, który przemieniał ludzi w potwory.
***
Przygotowała posiłek, który składał się z naszprycowanego lekami mięsa z konserw.
Bolało ją serce, gdy karmiła siostrę w taki sposób, ale nauczyła się, że przemienieni odmawiali innego pożywienia z taką zaciekłością, jakby wszystko poza mięsem stało się dla nich trucizną. Dodawanie leków do posiłków siostry stało się dla niej odruchem. Echem czasów, kiedy wierzyła w szanse na znalezienie lekarstwa.
Łucja nie była naukowcem ani farmaceutą. Nawet jeśli odkopałaby w głębi umysłu odpowiednią wiedzę, warunki w ciemnym mieszkaniu nie pozwalały na tego rodzaju pracę. Miała dostęp tylko do leków znalezionych w zniszczonych sklepach i aptekach. Niektóre przeterminowane, inne zdatne tylko do wywoływania placebo.
Zresztą nie wiedziała, czy wpływ promieni miał cokolwiek wspólnego z chorobą. Jeszcze, kiedy jej siostra zdradzała pierwsze objawy, obie chciały wierzyć, że to, co zmieniało ludzi, było jedynie wirusem, bakterią albo pasożytem – czymś, z czym wystarczająco silny organizm mógłby sobie poradzić.
– Mam nadzieję, że się wyspałaś – zaczęła Łucja, stawiając tackę na podłodze obok drzwi do pokoju siostry.
Powoli przesunęła szafkę przed drzwi, tak aby móc je wyłącznie uchylić. Po położeniu dłoni na klamce na chwilę odrętwiała. Przeszedł ją dreszcz, jakby przeczuwała coś złego.
– Mam nadzieję, że śpisz, kiedy na zewnątrz robi się ciemno. Odpoczynek dobrze by ci zrobił.
Kiedy otworzyła drzwi, szepty ucichły.
– Ten mój pomysł na wyjście w ciągu dnia okazał się jeszcze głupszy, niż początkowo myślałam, ale zawsze kazałaś mi szukać we wszystkim pozytywów. Prawda?
Odpowiedziała jej cisza, przerwana cichym plaśnięciem, z jakim kawałek mięsa wrzucony do pokoju zderzył się z podłogą.
– Więc, jeśli mamy mówić o pozytywach… – zaczęła zamyślona. – Udało mi się dowiedzieć czegoś ważnego. Teraz mam pewność, że te potwory, które wyszły z dziury po prawdziwym słońcu, nie są nieśmiertelne. Widziałam, jak grupka ocalałych zabija jednego z nich. Nie wyglądało to, jakby dopiero odkryli taką możliwość, więc podobne polowania pewnie trwają już od jakiegoś czasu. Może niedługo na zewnątrz będzie bezpieczniej.
Robiła przerwy w wypowiedzi, aby nasłuchiwać, czy siostra je. Nie słysząc potwierdzenia, zaczęła podejrzewać, że nie rzucała mięsa dostatecznie daleko, aby zachęcić kobietę do jedzenia. Dlatego wsunęła rękę głębiej do pomieszczenia. Kiedy łokieć Łucji zniknął w szczelinie między drzwiami, zamiast dalszej części opowieści z jej gardła wyrwał się krzyk.
Na jej nadgarstku boleśnie zacisnęły się gorące dłonie, po czym pociągnęły ją do środka na tyle mocno, że uderzyła twarzą we framugę. Zaczęła się szarpać, ale nie zdążyła wyrwać ręki, nim w jej przedramieniu zatopiły się zęby.
Kariera Łucji jako psychiatry trwała krótko – przerwała ją apokalipsa – ale zdążyła zostać ugryziona przez pacjentów więcej niż raz. Dlatego dostrzegła, że zęby jej siostry zdawały się ostrzejsze niż ludzkie.
Szarpiąc się, próbowała zrozumieć, jak to się mogło stać. Nim siostra się przemieniła, pozwoliła się przykuć do jednego z mebli. Co prawda niedaleko drzwi, ale zdecydowanie nie na tyle blisko, by dosięgnąć Łucji obiema rękami. Minęło sporo czasu, musiała się jakoś uwolnić.
Zbyt późno dotarło do niej, jak niebezpieczne było zdradzenie swojej obecności w trakcie dnia. Dalej próbowała wyszarpać ranną rękę, zaciskając zęby aż do bólu szczęki. Wszystko, żeby nikt niepożądany jej nie usłyszał.
Po mieszkaniu poniosły się kolejne odgłosy. Trzask łamanego drewna, a później ciężkie kroki i chrupot, podobny do tego, który słyszała poprzedniej nocy.
Łucja niemal przestała czuć ból, kiedy zobaczyła, jak sąsiednie pomieszczenie zostaje intensywniej oświetlone promieniami fałszywego słońca. Chwilę później na korytarzu ukazała się niemal ludzka sylwetka. Powyginana w próbie zmieszczenia się w zbyt ciasnym pomieszczeniu.
Drugi krzyk rozległ się, kiedy w stronę Łucji odwróciła się biała twarz, stopniowo pękająca od zbyt szerokiego uśmiechu.
– Pamiętasz może, co mówiliśmy o powinności?
Głosy nie brzmiały znajomo.