Być może ktoś akurat dzisiaj potrzebuje usłyszeć coś takiego.
Bo wierzę, że czasem każdy.
Być może ktoś akurat dzisiaj potrzebuje usłyszeć coś takiego.
Bo wierzę, że czasem każdy.
W lodzie rozległ się głęboki dudniący dźwięk. Czuło się go całym ciałem, dotykając zamarzniętego podłoża jedynie stopami. W białej skorupie można było wyczuć wszystko. To drgnięcie to nie tylko zew Gabriana – najstarszego z Przodków – jednoczącego się z lodem, to również dokładna informacja o przestrzeni, o szczelinach pomiędzy odbiorcą a nadawcą i obecności innych. Jednocząc się z żywiołem, Przodkowie pozostawali w stałej łączności na bezkresnych, zimnych pustyniach starego świata. Czas ten zwany był Epoką Lodową. Budowali też schronienia. Dopasowując temperaturę swojego ciała, jednoczyli się z zamarzniętą wodą doskonale – potrafili w niej zniknąć, zapaść się, jak również unieść, otoczyć i wyłapać ją ze złowrogiego żywiołu zwanego powietrzem. Natury nigdy nie niszczyli, jedynie przekształcali i pozostawali we wzajemnym oddziaływaniu. Podobną relację stworzyli ze słońcem, które dało im kontrolować energię. Oraz z wodą, która poruszała się według ich planów, a następnie starannie prowadzona była przez nich z powrotem do jej koryta.
Donośne, rozchodzące się na dziesiątki kilometrów dudnienie Gabriana było wezwaniem Przodków na posiłek. Jak każdego dnia. Tym razem jednak, natura nie była tak przyjazna. Zgromadzeni na posiłku poczuli zbliżającą się śnieżną zamieć – złowrogi żywioł, jeden z nielicznych, który niósł jedynie chaos i cierpienie. Pospiesznie zniknęli z powierzchni, chowając się w szczelinie w lodowcu, która była ich domem. Gabrian, wprawiając w drgania otaczający ich lód, wydawał rozkazy innym. Na jego polecenie Kaal zjednoczył się z lodem by zabudować ażurowy dach nad ich głowami. Vana w tym samym czasie osuszała dno szczeliny, prowadząc wodę inną drogą. Procedura była standardowa, a Przodkowie powtarzali ją od stuleci.
Kilkusetletnie przyzwyczajenia jednak czasem nie odpowiadają potrzebom współczesności. W szczelinie pojawiła się woda. Wszyscy Przodkowie zjednoczyli się z nią, by ich ominęła. Życiodajnego i śmiertelnie groźnego jednocześnie płynu było jednak zbyt dużo. Napływał coraz większymi strumieniami, a plemieniu groziło zatonięcie w ich własnym domu. Oni nie mogli tego wiedzieć, lecz wydarzenie to oznaczało początek roztopów, jak również symboliczny koniec Epoki Lodowej.
Najmłodsza z Przodków – Eui zdecydowała się wtedy na najodważniejszy krok od wieków. Wyszła na powierzchnię lądolodu w siejącą chaos burzę śnieżną. Chciała wykorzystać siłę pozwalającą jednoczyć się z żywiołami, żeby oswoić nowy żywioł – powietrze. Napełniła powietrzem płuca i zaczęła dostrajać jego cząstki do swoich. Następnie wypuściła powietrze, a był to wydech o sile, jakiej świat do tamtej pory nie widział…
… Morgan desperacko wykonała kilka większych oddechów przywracających cyrkulację powietrza między oknem a gasnącą właśnie świeczką. Niestety nieskutecznie. Świeczce skończył się nie tlen a wosk i knot. Morgan została w ciemności z otwartą Świętą Księgą Przodków. Przeklęła w myślach jednocześnie to, że świeczki nie wystarczyło, żeby doczytać jej ulubiony fragment Księgi oraz to, że zarwała większą część nocy, niż myślała. Położyła się spać, mając w perspektywie nieprzyjemną pobudkę o świcie.
Zgodnie ze swoim rodzinnym obowiązkiem Morgan wstała skoro świt. Zjadła na śniadanie trochę domowego twarogu i ruszyła z niezbyt okazałym, rodzinnym stadem jaków na całodzienny wypas. Wioska Morgan była malutka, można powiedzieć, klaustrofobiczna. Położona w wysokich górach nie miała wolnych przestrzeni. Budynki wykute lub wbudowane zostały w litą skałę stromych zboczy. Chodniki między nimi były tak naprawdę półkami skalnymi lub gdzieniegdzie drewnianymi mostami wiszącymi nad przepaścią. Miejsca nadające się do chodzenia były wąskie, zwężane jeszcze gdzieniegdzie wystawianymi przez handlarzy towarami. Najtrudniejszym zadaniem Morgan było nie tyle wypasanie jaków na oddalonej o godzinę drogi od Wioski przełęczy, co przeprowadzenie stada przez tą że Wioskę. Musiała torować drogę, ostrzegać ludzi i pilnować, by idący z naprzeciwka przechodzień nie znalazł się przypadkowo po zewnętrznej stronie drogi w czasie mijania któregoś jaka, co wiązałoby się dla niego z prawie stuprocentowym ryzykiem strącenia ze skały. Wypadki tego typu były w Wiosce raczej rzadkie. Albo raczej, rzadko bywały śmiertelne. Mieszkańcy Wioski umieli radzić sobie z zepchnięciem… Idąca na czele stada Morgan co jakiś czas podskakiwała i dynamicznymi ruchami swojego czerwono-pomarańczowego, wzorzystego poncza podlatywała na wysokość około metra. Dawało jej to lepszą widoczność na wznoszącej się drodze. Czasem przy użyciu poncza rozwiewała śnieg na ziemi, który mógłby skrywać niebezpieczne dla jaków fragmenty podłoża. Gdy już opuściła Wioskę, Morgan jakby ze znudzenia wbiegała na stosy głazów, co dawało jej możliwość szybowania na rozpostartym ponczu przez następne pięć sekund. Ludzie we Wiosce potrafili w ograniczonym stopniu kontrolować powietrze, wytwarzać krótkotrwałe poduszki powietrzne, wykorzystywać różnice ciśnień i prądy wznoszące.
Nic zresztą dziwnego. Byli potomkami plemienia Eui.
Roztopy, wobec których byli bezradni, zmusiły Przodków do opuszczenia bezpiecznych szczelin lodowca w poszukiwaniu innego schronienia.
Wśród Przodków powstał rozłam, a ich grupa podzieliła się na kilka mniejszych plemion. Eui, która jako jedyna dokonała zjednoczenia z powietrzem, jako jedyna odważyła się pójść w stronę wybijających się na horyzoncie, strzelistych gór, skąd najczęściej wiał destrukcyjny wiatr. Pociągnęła za sobą niewielką grupę ciekawych świata, młodych Przodków. W czasie wędrówki Eui zgłębiała coraz dokładniej tajniki jednoczenia się z powietrzem. Za pomocą oddechu tworzyła lub przygaszała wiatr. Za pomocą masywnego ogona potrafiła wprawić powietrze w ruch wirowy. Poprzez nieznaczne zmiany ciśnienia na jej pokrywających całe ciało włosach potrafiła przewidzieć każdą, najmniejsza zmianę pogody. Jednak ukoronowaniem jej zjednoczenia z powietrzem była umiejętność wykorzystania drgań jego cząsteczek do komunikacji. W ten sposób Eui odkryła…
– Heeej!!! Zrób coś, naiwna dziewucho! – zdenerwowany głos oderwał Morgan od lektury. Po chwili namierzyła źródło głosu. Niski, starszy pasterz bezskutecznie wymachiwał swoim granatowym ponczem ze skały obok dwóch niebezpiecznie napierających na siebie jaków, chcąc przepłoszyć je wytwarzanym szumem. – Głucha czy jak?! Zaraz nie będzie co zbierać!
Zatopiona w lekturze, wygodnie ułożona na kamieniu Morgan nie zdała sobie nawet sprawy z tego, że w którymś momencie tego dnia zaczęła dzielić pastwisko z innym stadem. Pośpiesznie, pół biegnąc, pół szybując, dołączyła do starszego mężczyzny przy walczących jakach. Wspólne siły i ostre szelesty ubrań okazały się jednak niewystarczające.
Na szczęście Morgan nie była sama. Na całodniowych wypasach Morgan poznała przyjaciół, często uważała ich nawet za bliższych niż jacykolwiek rówieśnicy z Wioski. W czasie samotnych wędrówek rozmawiała z krukami. A raczej prowadziła przy nich długie monologi. Raczej nie rozumiały, co mówiła, ale wykazywały pewne zainteresowanie samą czynnością mowy. Słuchały. Morgan natomiast fascynowała się ich lotem i zaradnością. Czasem przynosiła im orzechy, co zbudowało podłoże do zbliżenia się do nich i zapoczątkowanie relacji.
Morgan spojrzała w górę i wzrokiem złapała kilku przyjaciół. Pośpiesznie wyciągnęła orzechy i podrzuciła, wołając jednocześnie kruki. Przyznać trzeba, że są to ptaki wyjątkowo mądre. Zrozumiały błyskawicznie. Otoczyły walczące jaki i wytworzyły tyle szumu i wiatru, że po chwili jaki rozbiegły się w panice w przeciwne strony.
Następną część dnia Morgan spędziła w drodze, naokoło, przełęczami zmierzając w stronę Wioski. Czytanie w trakcie chodzenia było w tym terenie niebezpieczne. Nie było jednak Morgan potrzebne. Historię Eui od dawna znała na pamięć. Eui była jej bohaterką.
– Eui poprowadziła swoje plemię w góry. Dała nam, ludziom głos, umiejętność częściowego kontrolowania powietrza i przekazała swoją wiedzę o pogodzie. Dała nam też schronienie w skałach, dzięki któremu ewoluujący ludzie nie potrzebowali już grubej warstwy włosów na całym ciele i dużych rozmiarów – opowiadała swoim przyjaciołom Morgan. – I dała nam wzór. Dała marzenia dotarcia w nieosiągalne dotąd zakątki świata, odwagę do ruszenia w nieznane i poświęcenie, bo była gotowa zostawić innych Przodków w imię swojego celu. Marzenie, odwaga, poświęcenie, cała Eui – rozmarzyła się Morgan. – Wiecie co, chciałabym kiedyś być takim bohaterem. Chciałabym napisać swoją historię, być jak Eui – wyznała. Spojrzała w górę, gdzie kruki stworzyły na moment okrąg. W jego centrum Morgan zobaczyła odległy wierzchołek najwyższej góry w tym paśmie. Balansując na krawędzi wiary, nadziei i skarcenia się za nierealne fantazje, Morgan zaczęła budować w głowie plan.
– Wiecie co, zasłużę na swoją historię – oświadczyła krukom olśniona jakimś metafizycznym doświadczeniem sprzed chwili. – Tego jeszcze Wam nie mówiłam, ale Święta Księga Przodków kończy się niejednoznacznie. Przodkowie mogli żyć tysiące lat, nikt nie wie, ile dokładnie. A Eui w czasie życia wspinała się coraz wyżej i wyżej w góry. Niektórzy wierzą, że Eui wciąż żyje i osiadła na wierzchołku. Jeśli tak jest, znajdę ją. To moje przeznaczenie. Szczyt szczytów, samotna podróż na ponad osiem tysięcy metrów, zostawienie rodziny, kolegów, całego dotychczasowego życia. Marzenie, odwaga, poświęcenie…
– Chrzanić Morgan! – Kayah rzuciła książką w świeży śnieg. Podskoczyła na dźwięk własnego głosu. To miało wybrzmieć tylko w jej głowie. Kayah nigdy nie przeklinała. Była wzorową uczennicą, uczynną osobą i kochającą starszą siostrą. Przez głowę prześlizgnęło jej się następne przekleństwo, gdy zorientowała się, że w namiocie za jej plecami śpi jej młodsza siostra Samantha. Sami z dużym prawdopodobieństwem obudziła się przez ten wybuch złości.
Co się ze mną dzieje? – pytała się w duchu Kayah. Zawsze była opanowana i dbała o innych. A tu takie emocje i słowa. – Ogarnij się! – rozkazała sobie już teraz pilnując, by żadne słowo nie opuściło jej głowy.
Zgodnie z przypuszczeniem Sami obudziła się i chwilę później wypełzła z malutkiego, dwuosobowego namiotu, w którym siostry spędziły ostatni tydzień. Lub dwa. Dni spędzone na wędrowaniu po lesie w stronę, hipotetycznie, najbliżej położonego, obcego miasta zlewały się ze sobą. Dniom towarzyszyło zmęczenie i budzące się, coraz poważniejsze etapy żałoby. Kayah i Sami, wraz z rodzicami, śpiącymi w oddzielnym, równie małym, namiocie oraz kilkoma innymi rodzinami uciekły z płonącej wsi. Spłonęły domy, rzeczy osobiste, których mieszkańcy nie zdążyli wziąć ze sobą i, co dopełniło nieszczęścia, wszystkie zimowe zapasy. Nie było do czego wracać, przynajmniej w tym sezonie. Dlatego mieszkańcy wyruszyli w stronę, w którą, jak sądzili, powinno znajdować się miasto Arborx – nie utrzymywali z nim kontaktów, nie wiedzieli, jakie będzie miało nastawienie do przybyszów w potrzebie.
– Kim jest Morgan? – niewinnie zaczęła Sami, zbliżając się bez butów i kurtki do siostry.
Kayah natychmiast ją zawróciła i pomogła znaleźć wierzchnie ubrania na zgniecionej w czasie nocy stercie rzeczy w namiocie.
– Przepraszam Sami, nie chciałam Cię obudzić. Nie wiem co się ze mną dzieje – wyznała Kayah. Dziesięciolatka spojrzała na nią w dziecięcy sposób, ale zdecydowanie dojrzalej niż powinna w swoim wieku. W ostatnich dniach starała się zachowywać radośnie, jak na dziecko przystało, ale Kayah widziała, że to gra. Sami też była dobrą siostrą, na swój sposób chciała podnieść na duchu rodzinę. Podeszła do rzuconej książki i otrzepała ją ze śniegu. Fascynowały ją rzeczy zarezerwowane dla „dorosłych”. Co takiego jej siostra widziała w tym, dość ciężkim jednak, przedmiocie, żeby zabrać go ze sobą w długą podróż?
– Niepotrzebnie ją zabrałam – odezwała się Kayah, jakby czytając siostrze w myślach. – To opowieść o marzeniach, odwadze i poświęceniu. Pomyślałam, że doda mi siły w czasie wędrówki. Ale takie książki tylko ranią.
Sami przytuliła się do siostry.
– Co jest w niej złego?
– Czasem nic, są idealni bohaterowie z jakimiś nierealnymi marzeniami i heroiczną odwagą, a czasem wszystko. Są złe światy, w których biedni ludzie starają się przetrwać lub źli ludzie, którzy fascynują swoją dziwnością – zamyśliła się Kayah. – Problem jest taki, że Ci wszyscy bohaterowie są tacy wyjątkowi.
– Zawsze mówiłaś, że wszyscy ludzie są wyjątkowi – uśmiechnęła się Sami z nutką złośliwości. Kayah również podniosła nieznacznie kąciki ust.
– Wiem, masz rację – przyznała. – Tylko czasem myślę, że trzeba być wyjątkowo wyjątkowym, żeby być taką książkową postacią. I czasem chciałabym taką być.
Na chwilę zapadła cisza.
– Dla mnie jesteś wyjątkowa – spróbowała pocieszyć siostrę Sami.
– Dzięki – uśmiechnęła się Kayah. Wyjęła ostatni ze swoich zapasów woreczek suszonych owoców i postanowiła oddać siostrze. Ta zareagowała swoją dziecięcą radością, chociaż Kayah nie była przekonana co do jej autentyczności. Jak nie patrzeć, dobra przekąska nie zwróci siostrze jej przytulnego pokoju.
Opuszczając dom sporo zostawiły. Typowo dziewczęce zainteresowania – haftowanie i granie na dzwonkach. Wygodne łóżka, ciepłe pokoje i ogród z wieloma warzywami. Sporo jednak też z nimi zostało. Kochająca się rodzina. Plany na spokojną przyszłość. Trzeba tylko przetrwać tą pechową zimę, potem wrócą i wszystko naprawią.
A wszystko to zdecydowanie nie należało do żadnego książkowego bohatera. To pragnienia prostej osoby z prostej wsi, o której nikt nigdy nie napisze żadnej opowieści. – To gorzkie przemyślenie Kayah postanowiła zachować już dla siebie.
Podniosła głowę, wyrywając się z zamyślenia. Poranna, zimowa mgła właśnie opadła i…
– Sami! – zawołała Kayah. – Widzisz to?
W oddali, spoza ściany drzew dostrzec można było dym – prawdopodobnie unoszący się z miejskich kominów. Po zmrużeniu oczu, można było dostrzec też pojedyncze światła.
– To musi być Arborx! Chodźmy obudzi…
♫♫♫
„She sees the mirror of herself
An image she wants to sell
To anyone willing to buy… „
– w pokoju zabrzmiały słowa piosenki Green Day, którą Julia ustawiła na budzik wyznaczający jej godzinę wyjścia do szkoły. Dziewczyna z westchnieniem zamknęła książkę. Wstała, założyła bluzę i wrzuciła do plecaka zeszyt, który, leżąc roztrzepany na biurku, przypomniał jej o sobie. Przed wyjściem spojrzała jeszcze na zamkniętą książkę i mimowolnie w lustro stojące koło wyjścia. Przez ułamek sekundy patrzyła sobie głęboko w oczy, w jakimś niemym pytaniu do samej siebie.
Westchnęła raz jeszcze, otworzyła drzwi i wyszła, by zacząć następny, normalny dzień…
♫♫♫
„She’s an extraordinary girl
In an ordinary world”…
– Green Day „Extraordinary Girl”
Hej, wpadłam poczytać o wyjątkowych bohaterkach!
Ciekawy pomysł na opowiadanie, ciągnący się przez pokolenia.
Na początek trochę się poczepiam.
W lodzie rozległ się głęboki dudniący dźwięk. Czuło się go całym ciałem, dotykając lodowca jedynie stopami. W lodzie można było wyczuć wszystko. To drgnięcie to nie tylko zew Gabriana – najstarszego z Przodków jednoczącego się z lodem, to również dokładna informacja o przestrzeni, o szczelinach w lodzie pomiędzy odbiorcą a nadawcą i obecności innych. Jednocząc się z lodem, Przodkowie pozostawali w stałej łączności na wielkich lodowych pustyniach starego świata, zwanego Epoką Lodową. Budowali też schronienia. Dopasowując temperaturę swojego ciała, jednoczyli się z lodem doskonale – potrafili w nim zniknąć, zapaść się, jak również unieść, otoczyć i wyłapać go ze złowrogiego żywiołu zwanego powietrzem. Lodu nigdy nie niszczyli, jedynie przekształcali i wpływali na siebie z nim wzajemnie.
Bardzo dużo powtórzeń. Trzeba trochę wywalić, zastąpić innymi wyrazami/synonimami lub opisami.
wpływali na siebie z nim wzajemnie.
To sformułowanie jest na tyle niejasne, że zatrzymało mnie na chwilę. Nie wiem, czy jest do końca zrozumiałe. Może „jedynie przekształcali tak, by wpływał też na nich.” Choć dalej nie wiadomo, jak miał wpływać. Hmmm.
Tym razem jednak, żywioły nie były tak przyjazne. Zgromadzeni na posiłku poczuli zbliżającą się śnieżną zamieć – złowrogi żywioł, jeden z nielicznych, który niósł jedynie chaos i cierpienie.
Powtórzenie.
Procedura była standardowa, a Przodkowie powtarzali ją od stuleci.
Kilkusetletnie procedury jednak czasem nie odpowiadają potrzebom współczesności. W szczelinie pojawiła się woda. Wszyscy Przodkowie zjednoczyli się z wodą, by ich ominęła. Wody było jednak zbyt dużo. Napływała coraz większymi strumieniami, a Przodkom groziło zatonięcie w ich własnym domu. Przodkowienie mogli tego wiedzieć, lecz wydarzenie to oznaczało początek roztopów, jak również symboliczny koniec Epoki Lodowej.
Liczne powtórzenia powodują, ze tekst jest mało atrakcyjny.
Morgan
pozostawionazostała w ciemności z otwartą Świętą Księgą Przodków.
Wywaliłabym.
Przeklęła w myślach jednocześnie to, że świeczka nie pozwoliła jej doczytać jej ulubionego fragmentu Księgi oraz to, że zarwała więcej nocy, niż myślała.
To nie świeczka nie pozwoliła jej doczytać, tylko jej brak.
Położona w wysokich górach nie miała przestrzeni wolnych.
Szyk. Wolnych przestrzeni.
wbudowane zostały w litą skałę ośmiotysięczników.
Rozumiem, że chciałaś tu podkreślić ogrom gór, lecz słowo jest bardzo współczesne, odnoszące się do skali metrycznej. Ponieważ opowieść jest na razie nieokreślona w czasie, użyłabym czegoś bardziej opisowego zamiast tych ośmiotysięczników. Typu: niebosiężnych gór, albo: stromych zboczy.
Chodniki między nimi były tak naprawdę pułkami skalnymi lub gdzieniegdzie drewnianymi mostami wiszącymi nad przepaścią. Chodniki te były wąskie, zwężane jeszcze miejscami wystawianymi przez handlarzy towarami.
Powtórzenie i „półkami”
Pociągnęła za sobą niewielką grupę poszukujących nowości, młodych Przodków.
Zmieniłabym, bo brzmi nieco jak w sklepie… Może poszukujących zmian?
Na całodniowych wypasach Morgan poznała przyjaciół, często uważał ich nawet za bliższych niż jacykolwiek rówieśnicy z Wioski.
Literki zabrakło.
– chrzanić Morgan! – Kayah rzuciła książką w świeży śnieg.
Z dużej litery.
kochająca starszą siostrą.
Literówka
Dziesięciolatka spojrzała na nią swoim dziecięcym, ale zdecydowanie dojrzalszym jak na swój wiek, wzrokiem.
Jak wywalimy niepotrzebne, to wychodzi, że spojrzała wzrokiem. Lepiej unikać takich zlepków. Może spojrzała na nią całkiem dojrzale jak na swój wiek. Lub coś w tym rodzaju.
Na pewno trzeba przeczytać cały tekst pod kątem wszelkich powtórzeń, bo jest ich sporo.
Czasem zwrócić uwagę, czy coś nie brzmiało by lepiej, gdyby inaczej to zapisać.
Sama fabuła jest ciekawa – zaczynasz od legendy, bardzo dawnych czasów, by potem przejść przez pokolenia aż do współczesności. To dobry zabieg, bo daje perspektywę czytelnikowi. Ładne nawiązanie, poprzez wieki, do potrzeby wyjątkowości. Trochę rozjeżdżają się proporcje poszczególnych części, bo niektóre są bardzo rozpisane, inne krótkie i lakoniczne.
Jednak najważniejszy jest pomysł, który uważam za bardzo dobry. Dobre pomysły to dobre opka, trzeba tylko dużo pisać, reszta sama przyjdzie.
Wszystkie moje uwagi są oczywiście tylko wskazówkami/propozycjami, z których możesz skorzystać lub nie.
Fajnie, że zawitałaś tu z opowiadaniem, cieszę się, sama wiem, jak ciężko czasem jest coś dobrze napisać, wciąż walczę sama ze sobą i moim warsztatem. Powtórzę to, co mi też tu pisali: dużo publikować, dużo poprawiać, komentować inne opka, bo to też forma nauki. Nie zniechęcać się. To forum jest najprzyjaźniejsze jakie spotkałam, mam nadzieję, że poczujesz się tu dobrze! Jest też opcja betowania – gdzie pomogą Ci podszlifować tekst przed publikacją.
Dobrej zabawy na portalu i powodzenia w pisaniu!
Pozdrawiam śnieżnie! :)
JolkaK, bardzo bardzo dziękuję za Twój czas poświęcony na przeczytanie mojego debiutu :) i na napisanie tych wszystkich uwag. Są dla mnie niezwykle cenne. Tekst jest już poprawiony zgodnie z Twoimi sugestiami. Masz rację, sporo tych powtórzeń, a jakoś przy pisaniu się tego nie widzi tak dobrze.
Dziękuję też za miłe przywitanie i życiowe (na tym forum) porady.
Krzesimir I
Bardzo przyjemnie się to czytało – opowiadanie ma silną wyobraźnię świata i ciekawie splata mit, codzienność oraz współczesność.
Przyznam, że początkowo moją zmorą były powtórzenia – ciężko było pozbyć się tego nawyku, ale z doświadczenia wiem, że po uwagach forumowiczów da się to naprawdę dobrze okiełznać.
Uwielbiam subtelną krytykę na tym forum, bo uczy i realnie pomaga. Na start to udany debiut – witaj na forum i pisz dalej, bo potencjał zdecydowanie jest.
https://www.wattpad.com/user/Pankovski
Super! Zerknęłam na pierwszy akapit i jest dużo lepiej!
Powodzenia! :)
JolkaK, też teraz widzę, że jest lepiej. Dzięki raz jeszcze!
d.pankovski, dziękuję za miłe słowa. Dobrze wiedzieć, że komuś też to się zdarzało i że jest to do ogarnięcia :-)
Cześć! Z przykrością stwierdzam, że opowiadanie jakoś nie bardzo mi podeszło. Jeśli dobrze zrozumiałem, cała fabuła to taka matrioszka, tzn. niezbyt jasna dla mnie opowieść o Przodkach i Eui to treść książki czytanej przez Morgan, o której z kolei czyta Kayah, a o niej – ostatnia bohaterka, Julia? Pozostaje pytanie, czy wszystko przed Julią to fikcja literacka w obrębie twojego uniwersum, czy też kronikarski zapis przeszłości tego świata? Stawiam na to pierwsze, bo w końcu mamy tutaj “Green Daya”, który zakotwicza akcję w naszej rzeczywistości. Wykonanie techniczne oceniam jako takie sobie – dużo tu powtórzeń i innych błędów stylistycznych, kuleje interpunkcja.
Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.
Cześć Bolly, Dzięki za przeczytanie i podzielenie się opinią. Tak, raczej szłam w stronę fikcji literackiej. Rozumiem, że mój pomysł nie przypadł Ci do gustu. Nad technikaliami będę pracować, chyba przede mną długa droga:)
No witam i gratuluję debiutu :]
Cóż, nie mogę powiedzieć, żeby tekst mnie zachwycił. Po przeczytaniu całości, w jakiś sposób doceniłem pomysłową strukturę prowadzącą do puenty – natomiast podczas czytania był to tekst bardzo męczący. Składa się on bowiem głównie z ekspozycji i pozbawionych większego znaczenia epizodów – przykładowo, gdy na scenę wjeżdża Kayah, natychmiast możemy zapomnieć o całym tym długaśnym opisie typowego dnia pasterki, znaczenie ma jedynie, że Morgan czytała o Eui i że została wezwana do własnej przygody.
Podsumowując, był tu wyraźny pomysł i to pomysł naprawdę dobry – ale taka wielowarstwowa historia jest bardzo trudna do napisania w strawny dla czytelnika sposób, no i niestety w moim odczuciu nie udało się tego pomysłu dowieźć. Ale zachęcam do dalszych prób!
Pod kreseczką pozwoliłem sobie wypisać nieśmiałe uwagi co do języka i tym podobnych technikaliów.
Pozdrawiam
To drgnięcie to nie tylko zew Gabriana – najstarszego z Przodków(???) jednoczącego się z lodem
Hmmm moim zdaniem albo “najstarszego z Przodków jednoczących się z lodem”, albo drugi myślnik, jeśli “najstarszego z przodków” miało być wtrąceniem. Ewentualnie przecinek w tym samym miejscu.
starego świata, zwanego Epoką Lodową.
Świat był zwany Epoką?
Głębokie i szerokie na dziesiątki kilometrów dudnienie Gabriana było wezwaniem Przodków na posiłek.
Dudnienie mogło raczej “sięgać dziesiątki kilometrów w głąb”, a nie być głębokie i szerokie.
natura nie były tak przyjazna
natura nie była
Gabrian(,) wprawiając w drgania otaczający ich lód(,) wydawał rozkazy innym.
Imiesłów przysłówkowy tworzy równoważnik zdania, więc należą mu się przecinki.
Następnie wypuściła powietrze, a był to wydech o sile(,) jakiej świat do tamtej pory nie widział…
Przecinek między “był” a “widział” – dwa orzeczenia, czyli dwa zdania.
zarwała więcej nocy, niż myślała.
Hmm czy nie chodziło o to, że zarwała większą część nocy?
Najtrudniejszym zadaniem Morgan było nie tyle wypasanie jaków na oddalonej o godzinę drogi od Wioski przełęczy, a przeprowadzenie stada przez tą że Wioskę.
Hmm raczej nie tyle, co https://wsjp.pl/haslo/podglad/30496/nie-tyle-co
Wypadki tego typu były w wiosce raczej rzadkie. Albo raczej, rzadko bywały śmiertelne. Mieszkańcy Wioski umieli radzić sobie z zepchnięciem…
Skoro wioska faktycznie nazywa się Wioska (co jest na swój sposób urocze), to konsekwentnie dużą.
który mógłby skrywać niebezpieczne dla jaków fragmenty.
Fragmenty czego? Może “odłamki” jeśli chodzi o skały?
w ograniczonym stopniu potrafili kontrolować
Moim zdaniem “potrafili w ograniczonym stopniu kontrolować” – “ograniczony stopień” odnosi się raczej do stopnia kontroli, niż stopnia potrafienia?
ciągnęła swoją opowieść dla swoich przyjaciół Morgan
Nieładne powtórzonko.
wraz z rodzicami(,) śpiącymi w oddzielnym
Moim zdaniem przecinek – “śpiący w oddzielnym namiocie” to cecha przygodna.
– to musi być Arbor
Wielka litera.
Dlaczemu nasz język jest taki ciężki
Cześć GalicyjskiZakapior,
Dziękuję pięknie za tyle uwag technicznych i czas, jaki poświęciłeś mojemu opowiadaniu. Oczywiście poprawiam i doceniam, że to wszystko wyłapałeś.
Dzięki za docenienie pomysłu. Rozumiem, że wykonanie gorsze, jest nad czym pracować :)