- Opowiadanie: Krzesimir I - Wyjątkowo wyjątkowa

Wyjątkowo wyjątkowa

Być może ktoś aku­rat dzi­siaj po­trze­bu­je usły­szeć coś ta­kie­go.

Bo wie­rzę, że cza­sem każdy.

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Wyjątkowo wyjątkowa

 W lo­dzie roz­legł się głę­bo­ki dud­nią­cy dźwięk. Czuło się go całym cia­łem, do­ty­ka­jąc za­mar­z­nię­te­go pod­ło­ża je­dy­nie sto­pa­mi. W bia­łej sko­ru­pie można było wy­czuć wszyst­ko. To drgnię­cie to nie tylko zew Ga­bria­na – naj­star­sze­go z Przod­ków – jed­no­czą­ce­go się z lodem, to rów­nież do­kład­na in­for­ma­cja o prze­strze­ni, o szcze­li­nach po­mię­dzy od­bior­cą a nadaw­cą i obec­no­ści in­nych. Jed­no­cząc się z ży­wio­łem, Przod­ko­wie po­zo­sta­wa­li w sta­łej łącz­no­ści na bez­kre­snych, zim­nych pu­sty­niach sta­re­go świa­ta. Czas ten zwany był Epoką Lo­do­wą. Bu­do­wa­li też schro­nie­nia. Do­pa­so­wu­jąc tem­pe­ra­tu­rę swo­je­go ciała, jed­no­czy­li się z za­mar­z­nię­tą wodą do­sko­na­le – po­tra­fi­li w niej znik­nąć, za­paść się, jak rów­nież unieść, oto­czyć i wy­ła­pać ją ze zło­wro­gie­go ży­wio­łu zwa­ne­go po­wie­trzem. Na­tu­ry nigdy nie nisz­czy­li, je­dy­nie prze­kształ­ca­li i po­zo­sta­wa­li we wza­jem­nym od­dzia­ły­wa­niu. Po­dob­ną re­la­cję stwo­rzy­li ze słoń­cem, które dało im kon­tro­lo­wać ener­gię. Oraz z wodą, która po­ru­sza­ła się we­dług ich pla­nów, a na­stęp­nie sta­ran­nie pro­wa­dzo­na była przez nich z po­wro­tem do jej ko­ry­ta.

Donośne, rozchodzące się na dziesiątki kilometrów dud­nie­nie Ga­bria­na było we­zwa­niem Przod­ków na po­si­łek. Jak każ­de­go dnia. Tym razem jed­nak, na­tu­ra nie była tak przy­ja­zna. Zgro­ma­dze­ni na po­sił­ku po­czu­li zbli­ża­ją­cą się śnież­ną za­mieć – zło­wro­gi ży­wioł, jeden z nie­licz­nych, który niósł je­dy­nie chaos i cier­pie­nie. Po­spiesz­nie znik­nę­li z po­wierzch­ni, cho­wa­jąc się w szcze­li­nie w lo­dow­cu, która była ich domem. Ga­brian, wpra­wia­jąc w drga­nia ota­cza­ją­cy ich lód, wy­da­wał roz­ka­zy innym. Na jego po­le­ce­nie Kaal zjed­no­czył się z lodem by za­bu­do­wać ażu­ro­wy dach nad ich gło­wa­mi. Vana w tym samym cza­sie osu­sza­ła dno szcze­li­ny, pro­wa­dząc wodę inną drogą. Pro­ce­du­ra była stan­dar­do­wa, a Przod­ko­wie po­wta­rza­li ją od stu­le­ci.

Kil­ku­set­let­nie przy­zwy­cza­je­nia jed­nak cza­sem nie od­po­wia­da­ją po­trze­bom współ­cze­sno­ści. W szcze­li­nie po­ja­wi­ła się woda. Wszy­scy Przod­ko­wie zjed­no­czy­li się z nią, by ich omi­nę­ła. Ży­cio­daj­ne­go i śmier­tel­nie groź­ne­go jed­no­cze­śnie płynu było jed­nak zbyt dużo. Na­pły­wa­ł coraz więk­szy­mi stru­mie­nia­mi, a ple­mie­niu gro­zi­ło za­to­nię­cie w ich wła­snym domu. Oni nie mogli tego wie­dzieć, lecz wy­da­rze­nie to ozna­cza­ło po­czą­tek roz­to­pów, jak rów­nież sym­bo­licz­ny ko­niec Epoki Lo­do­wej.

Naj­młod­sza z Przod­ków – Eui zde­cy­do­wa­ła się wtedy na naj­od­waż­niej­szy krok od wie­ków. Wy­szła na po­wierzch­nię lą­do­lo­du w sie­ją­cą chaos burzę śnież­ną. Chcia­ła wy­ko­rzy­stać siłę po­zwa­la­ją­cą jed­no­czyć się z ży­wio­ła­mi, żeby oswo­ić nowy ży­wioł – po­wie­trze. Na­peł­ni­ła po­wie­trzem płuca i za­czę­ła do­stra­jać jego cząst­ki do swo­ich. Na­stęp­nie wy­pu­ści­ła po­wie­trze, a był to wy­dech o sile, ja­kiej świat do tam­tej pory nie wi­dział…

 

… Mor­gan de­spe­rac­ko wy­ko­na­ła kilka więk­szych od­de­chów przy­wra­ca­ją­cych cyr­ku­la­cję po­wie­trza mię­dzy oknem a ga­sną­cą wła­śnie świecz­ką. Nie­ste­ty nie­sku­tecz­nie. Świecz­ce skoń­czył się nie tlen a wosk i knot. Mor­gan zo­sta­ła w ciem­no­ści z otwar­tą Świę­tą Księ­gą Przod­ków. Prze­klę­ła w my­ślach jed­no­cze­śnie to, że świecz­ki nie wy­star­czy­ło, żeby do­czy­tać jej ulu­bio­ny frag­men­t Księ­gi oraz to, że za­rwa­ła wię­kszą część nocy, niż my­śla­ła. Po­ło­ży­ła się spać, mając w per­spek­ty­wie nie­przy­jem­ną po­bud­kę o świ­cie.

Zgod­nie ze swoim ro­dzin­nym obo­wiąz­kiem Mor­gan wsta­ła skoro świt. Zja­dła na śnia­da­nie tro­chę do­mo­we­go twa­ro­gu i ru­szy­ła z nie­zbyt oka­za­łym, ro­dzin­nym sta­dem jaków na ca­ło­dzien­ny wypas. Wio­ska Mor­gan była ma­lut­ka, można po­wie­dzieć, klau­stro­fo­bicz­na. Po­ło­żo­na w wy­so­kich gó­rach nie miała wol­nych prze­strze­ni. Bu­dyn­ki wy­ku­te lub wbu­do­wa­ne zo­sta­ły w litą skałę stro­mych zbo­czy. Chod­ni­ki mię­dzy nimi były tak na­praw­dę pół­ka­mi skal­ny­mi lub gdzie­nie­gdzie drew­nia­ny­mi mo­sta­mi wi­szą­cy­mi nad prze­pa­ścią. Miej­sca na­da­ją­ce się do cho­dze­nia były wą­skie, zwę­ża­ne jesz­cze gdzie­nie­gdzie wy­sta­wia­ny­mi przez han­dla­rzy to­wa­ra­mi. Naj­trud­niej­szym za­da­niem Mor­gan było nie tyle wy­pa­sa­nie jaków na od­da­lo­nej o go­dzi­nę drogi od Wio­ski prze­łę­czy, co prze­pro­wa­dze­nie stada przez tą że Wio­skę. Mu­sia­ła to­ro­wać drogę, ostrze­gać ludzi i pil­no­wać, by idący z na­prze­ciw­ka prze­cho­dzień nie zna­lazł się przy­pad­ko­wo po ze­wnętrz­nej stro­nie drogi w cza­sie mi­ja­nia któ­re­goś jaka, co wią­za­ło­by się dla niego z pra­wie stu­pro­cen­to­wym ry­zy­kiem strą­ce­nia ze skały. Wy­pad­ki tego typu były w Wio­sce ra­czej rzad­kie. Albo ra­czej, rzad­ko by­wa­ły śmier­tel­ne. Miesz­kań­cy Wio­ski umie­li ra­dzić sobie z ze­pchnię­ciem… Idąca na czele stada Mor­gan co jakiś czas pod­ska­ki­wa­ła i dy­na­micz­ny­mi ru­cha­mi swo­je­go czer­wo­no-po­ma­rań­czo­we­go, wzo­rzy­ste­go pon­cza pod­la­ty­wa­ła na wy­so­kość około metra. Da­wa­ło jej to lep­szą wi­docz­ność na wzno­szą­cej się dro­dze. Cza­sem przy uży­ciu pon­cza roz­wie­wa­ła śnieg na ziemi, który mógł­by skry­wać nie­bez­piecz­ne dla jaków frag­men­ty podłoża. Gdy już opu­ści­ła Wio­skę, Mor­gan jakby ze znu­dze­nia wbie­ga­ła na stosy gła­zów, co da­wa­ło jej moż­li­wość szy­bo­wa­nia na roz­po­star­tym pon­czu przez na­stęp­ne pięć se­kund. Lu­dzie we Wio­sce potrafili w ogra­ni­czo­nym stop­niu kon­tro­lo­wać po­wie­trze, wy­twa­rzać krót­ko­trwa­łe po­dusz­ki po­wietrz­ne, wy­ko­rzy­sty­wać róż­ni­ce ci­śnień i prądy wzno­szą­ce.

Nic zresz­tą dziw­ne­go. Byli po­tom­ka­mi ple­mie­nia Eui.

 

 

Roz­to­py, wobec któ­rych byli bez­rad­ni, zmu­si­ły Przod­ków do opusz­cze­nia bez­piecz­nych szcze­lin lo­dow­ca w po­szu­ki­wa­niu in­ne­go schro­nie­nia.

Wśród Przod­ków po­wstał roz­łam, a ich grupa po­dzie­li­ła się na kilka mniej­szych ple­mion. Eui, która jako je­dy­na do­ko­na­ła zjed­no­cze­nia z po­wie­trzem, jako je­dy­na od­wa­ży­ła się pójść w stro­nę wy­bi­ja­ją­cych się na ho­ry­zon­cie, strze­li­stych gór, skąd naj­czę­ściej wiał de­struk­cyj­ny wiatr. Po­cią­gnę­ła za sobą nie­wiel­ką grupę cie­ka­wych świa­ta, mło­dych Przod­ków. W cza­sie wę­drów­ki Eui zgłę­bia­ła coraz do­kład­niej taj­ni­ki jed­no­cze­nia się z po­wie­trzem. Za po­mo­cą od­de­chu two­rzy­ła lub przy­ga­sza­ła wiatr. Za po­mo­cą ma­syw­ne­go ogona po­tra­fi­ła wpra­wić po­wie­trze w ruch wi­ro­wy. Po­przez nie­znacz­ne zmia­ny ci­śnie­nia na jej po­kry­wa­ją­cych całe ciało wło­sach po­tra­fi­ła prze­wi­dzieć każdą, naj­mniej­sza zmia­nę po­go­dy. Jed­nak uko­ro­no­wa­niem jej zjed­no­cze­nia z po­wie­trzem była umie­jęt­ność wy­ko­rzy­sta­nia drgań jego czą­ste­czek do ko­mu­ni­ka­cji. W ten spo­sób Eui od­kry­ła…

 

– Heeej!!! Zrób coś, na­iw­na dzie­wu­cho! – zde­ner­wo­wa­ny głos ode­rwał Mor­gan od lek­tu­ry. Po chwi­li na­mie­rzy­ła źró­dło głosu. Niski, star­szy pa­sterz bez­sku­tecz­nie wy­ma­chi­wał swoim gra­na­to­wym pon­czem ze skały obok dwóch nie­bez­piecz­nie na­pie­ra­ją­cych na sie­bie jaków, chcąc prze­pło­szyć je wy­twa­rza­nym szu­mem. – Głu­cha czy jak?! Zaraz nie bę­dzie co zbie­rać!

Za­to­pio­na w lek­tu­rze, wy­god­nie uło­żo­na na ka­mie­niu Mor­gan nie zdała sobie nawet spra­wy z tego, że w któ­rymś mo­men­cie tego dnia za­czę­ła dzie­lić pa­stwi­sko z innym sta­dem. Po­śpiesz­nie, pół bie­gnąc, pół szy­bu­jąc, do­łą­czy­ła do star­sze­go męż­czy­zny przy wal­czą­cych ja­kach. Wspól­ne siły i ostre sze­le­sty ubrań oka­za­ły się jed­nak nie­wy­star­cza­ją­ce.

Na szczę­ście Mor­gan nie była sama. Na ca­ło­dnio­wych wy­pa­sach Mor­gan po­zna­ła przy­ja­ciół, czę­sto uwa­żała ich nawet za bliż­szych niż ja­cy­kol­wiek ró­wie­śni­cy z Wio­ski. W cza­sie sa­mot­nych wę­dró­wek roz­ma­wia­ła z kru­ka­mi. A ra­czej pro­wa­dzi­ła przy nich dłu­gie mo­no­lo­gi. Ra­czej nie ro­zu­mia­ły, co mó­wi­ła, ale wy­ka­zy­wa­ły pewne za­in­te­re­so­wa­nie samą czyn­no­ścią mowy. Słu­cha­ły. Mor­gan na­to­miast fa­scy­no­wa­ła się ich lotem i za­rad­no­ścią. Cza­sem przy­no­si­ła im orze­chy, co zbu­do­wa­ło pod­ło­że do zbli­że­nia się do nich i za­po­cząt­ko­wa­nie re­la­cji.

Mor­gan spoj­rza­ła w górę i wzro­kiem zła­pa­ła kilku przy­ja­ciół. Po­śpiesz­nie wy­cią­gnę­ła orze­chy i pod­rzu­ci­ła, wo­ła­jąc jed­no­cze­śnie kruki. Przy­znać trze­ba, że są to ptaki wy­jąt­ko­wo mądre. Zro­zu­mia­ły bły­ska­wicz­nie. Oto­czy­ły wal­czą­ce jaki i wy­two­rzy­ły tyle szumu i wia­tru, że po chwi­li jaki roz­bie­gły się w pa­ni­ce w prze­ciw­ne stro­ny.

Na­stęp­ną część dnia Mor­gan spę­dzi­ła w dro­dze, na­oko­ło, prze­łę­cza­mi zmie­rza­jąc w stro­nę Wio­ski. Czy­ta­nie w trak­cie cho­dze­nia było w tym te­re­nie nie­bez­piecz­ne. Nie było jed­nak Mor­gan po­trzeb­ne. Hi­sto­rię Eui od dawna znała na pa­mięć. Eui była jej bo­ha­ter­ką.

– Eui po­pro­wa­dzi­ła swoje ple­mię w góry. Dała nam, lu­dziom głos, umie­jęt­ność czę­ścio­we­go kon­tro­lo­wa­nia po­wie­trza i prze­ka­za­ła swoją wie­dzę o po­go­dzie. Dała nam też schro­nie­nie w ska­łach, dzię­ki któ­re­mu ewo­lu­ują­cy lu­dzie nie po­trze­bo­wa­li już gru­bej war­stwy wło­sów na całym ciele i du­żych roz­mia­rów – opowiadała swoim przyjaciołom Mor­gan. – I dała nam wzór. Dała ma­rze­nia do­tar­cia w nie­osią­gal­ne dotąd za­kąt­ki świa­ta, od­wa­gę do ru­sze­nia w nie­zna­ne i po­świę­ce­nie, bo była go­to­wa zo­sta­wić in­nych Przod­ków w imię swo­je­go celu. Ma­rze­nie, od­wa­ga, po­świę­ce­nie, cała Eui – roz­ma­rzy­ła się Mor­gan. – Wie­cie co, chcia­ła­bym kie­dyś być takim bo­ha­te­rem. Chcia­ła­bym na­pi­sać swoją hi­sto­rię, być jak Eui – wy­zna­ła. Spoj­rza­ła w górę, gdzie kruki stwo­rzy­ły na mo­ment okrąg. W jego cen­trum Mor­gan zo­ba­czy­ła od­le­gły wierz­cho­łek naj­wyż­szej góry w tym pa­śmie. Ba­lan­su­jąc na kra­wę­dzi wiary, na­dziei i skar­ce­nia się za nie­re­al­ne fan­ta­zje, Mor­gan za­czę­ła bu­do­wać w gło­wie plan.

– Wie­cie co, za­słu­żę na swoją hi­sto­rię – oświad­czy­ła kru­kom olśnio­na ja­kimś me­ta­fi­zycz­nym do­świad­cze­niem sprzed chwi­li. – Tego jesz­cze Wam nie mó­wi­łam, ale Świę­ta Księ­ga Przod­ków koń­czy się nie­jed­no­znacz­nie. Przod­ko­wie mogli żyć ty­sią­ce lat, nikt nie wie, ile do­kład­nie. A Eui w cza­sie życia wspi­na­ła się coraz wyżej i wyżej w góry. Nie­któ­rzy wie­rzą, że Eui wciąż żyje i osia­dła na wierz­choł­ku. Jeśli tak jest, znaj­dę ją. To moje prze­zna­cze­nie. Szczyt szczy­tów, sa­mot­na po­dróż na ponad osiem ty­się­cy me­trów, zo­sta­wie­nie ro­dzi­ny, ko­le­gów, ca­łe­go do­tych­cza­so­we­go życia. Ma­rze­nie, od­wa­ga, po­świę­ce­nie…

 

 

– Chrza­nić Mor­gan! – Kayah rzu­ci­ła książ­ką w świe­ży śnieg. Pod­sko­czy­ła na dźwięk wła­sne­go głosu. To miało wy­brzmieć tylko w jej gło­wie. Kayah nigdy nie prze­kli­na­ła. Była wzo­ro­wą uczen­ni­cą, uczyn­ną osobą i ko­cha­ją­cą star­szą sio­strą. Przez głowę prze­śli­zgnę­ło jej się na­stęp­ne prze­kleń­stwo, gdy zo­rien­to­wa­ła się, że w na­mio­cie za jej ple­ca­mi śpi jej młod­sza sio­stra Sa­man­tha. Sami z dużym praw­do­po­do­bień­stwem obu­dzi­ła się przez ten wy­buch zło­ści.

Co się ze mną dzie­je? – py­ta­ła się w duchu Kayah. Za­wsze była opa­no­wa­na i dbała o in­nych. A tu takie emo­cje i słowa. – Ogar­nij się! – roz­ka­za­ła sobie już teraz pil­nu­jąc, by żadne słowo nie opu­ści­ło jej głowy.

Zgod­nie z przy­pusz­cze­niem Sami obu­dzi­ła się i chwi­lę póź­niej wy­peł­zła z ma­lut­kie­go, dwu­oso­bo­we­go na­mio­tu, w któ­rym sio­stry spę­dzi­ły ostat­ni ty­dzień. Lub dwa. Dni spę­dzo­ne na wę­dro­wa­niu po lesie w stro­nę, hi­po­te­tycz­nie, naj­bli­żej po­ło­żo­ne­go, ob­ce­go mia­sta zle­wa­ły się ze sobą. Dniom to­wa­rzy­szy­ło zmę­cze­nie i bu­dzą­ce się, coraz po­waż­niej­sze etapy ża­ło­by. Kayah i Sami, wraz z ro­dzi­ca­mi, śpią­cy­mi w od­dziel­nym, rów­nie małym, na­mio­cie oraz kil­ko­ma in­ny­mi ro­dzi­na­mi ucie­kły z pło­ną­cej wsi. Spło­nę­ły domy, rze­czy oso­bi­ste, któ­rych miesz­kań­cy nie zdą­ży­li wziąć ze sobą i, co do­peł­ni­ło nie­szczę­ścia, wszyst­kie zi­mo­we za­pa­sy. Nie było do czego wra­cać, przy­naj­mniej w tym se­zo­nie. Dla­te­go miesz­kań­cy wy­ru­szy­li w stro­nę, w którą, jak są­dzi­li, po­win­no znaj­do­wać się mia­sto Ar­borx – nie utrzy­my­wa­li z nim kon­tak­tów, nie wie­dzie­li, jakie bę­dzie miało na­sta­wie­nie do przy­by­szów w po­trze­bie.

– Kim jest Mor­gan? – nie­win­nie za­czę­ła Sami, zbli­ża­jąc się bez butów i kurt­ki do sio­stry.

Kayah na­tych­miast ją za­wró­ci­ła i po­mo­gła zna­leźć wierzch­nie ubra­nia na zgnie­cio­nej w cza­sie nocy ster­cie rze­czy w na­mio­cie.

– Prze­pra­szam Sami, nie chcia­łam Cię obu­dzić. Nie wiem co się ze mną dzie­je – wy­zna­ła Kayah. Dzie­się­cio­lat­ka spoj­rza­ła na nią w dzie­cię­cy spo­sób, ale zde­cy­do­wa­nie doj­rzal­ej niż po­win­na w swoim wieku. W ostat­nich dniach sta­ra­ła się za­cho­wy­wać ra­do­śnie, jak na dziec­ko przy­sta­ło, ale Kayah wi­dzia­ła, że to gra. Sami też była do­brą sio­strą, na swój spo­sób chcia­ła pod­nieść na duchu ro­dzi­nę. Po­de­szła do rzu­co­nej książ­ki i otrze­pa­ła ją ze śnie­gu. Fa­scy­no­wa­ły ją rze­czy za­re­zer­wo­wa­ne dla „do­ro­słych”. Co ta­kie­go jej sio­stra wi­dzia­ła w tym, dość cięż­kim jed­nak, przed­mio­cie, żeby za­brać go ze sobą w długą po­dróż?

– Nie­po­trzeb­nie ją za­bra­łam – ode­zwa­ła się Kayah, jakby czy­ta­jąc sio­strze w my­ślach. – To opo­wieść o ma­rze­niach, od­wa­dze i po­świę­ce­niu. Po­my­śla­łam, że doda mi siły w cza­sie wę­drów­ki. Ale takie książ­ki tylko ranią.

Sami przy­tu­li­ła się do sio­stry.

– Co jest w niej złego?

– Cza­sem nic, są ide­al­ni bo­ha­te­ro­wie z ja­ki­miś nie­re­al­ny­mi ma­rze­nia­mi i he­ro­icz­ną od­wa­gą, a cza­sem wszyst­ko. Są złe świa­ty, w któ­rych bied­ni lu­dzie sta­ra­ją się prze­trwać lub źli lu­dzie, któ­rzy fa­scy­nu­ją swoją dziw­no­ścią – za­my­śli­ła się Kayah. – Pro­blem jest taki, że Ci wszy­scy bo­ha­te­ro­wie są tacy wy­jąt­ko­wi.

– Za­wsze mó­wi­łaś, że wszy­scy lu­dzie są wy­jąt­ko­wi – uśmiech­nę­ła się Sami z nutką zło­śli­wo­ści. Kayah rów­nież pod­nio­sła nie­znacz­nie ką­ci­ki ust.

– Wiem, masz rację – przy­zna­ła. – Tylko cza­sem myślę, że trze­ba być wy­jąt­ko­wo wy­jąt­ko­wym, żeby być taką książ­ko­wą po­sta­cią. I cza­sem chcia­ła­bym taką być.

Na chwi­lę za­pa­dła cisza.

– Dla mnie je­steś wy­jąt­ko­wa – spró­bo­wa­ła po­cie­szyć sio­strę Sami.

– Dzię­ki – uśmiech­nę­ła się Kayah. Wy­ję­ła ostat­ni ze swo­ich za­pa­sów wo­re­czek su­szo­nych owo­ców i po­sta­no­wi­ła oddać sio­strze. Ta za­re­ago­wa­ła swoją dzie­cię­cą ra­do­ścią, cho­ciaż Kayah nie była prze­ko­na­na co do jej au­ten­tycz­no­ści. Jak nie pa­trzeć, dobra prze­ką­ska nie zwró­ci sio­strze jej przy­tul­ne­go po­ko­ju.

Opusz­cza­jąc dom sporo zo­sta­wi­ły. Ty­po­wo dziew­czę­ce za­in­te­re­so­wa­nia – ha­fto­wa­nie i gra­nie na dzwon­kach. Wy­god­ne łóżka, cie­płe po­ko­je i ogród z wie­lo­ma wa­rzy­wa­mi. Sporo jed­nak też z nimi zo­sta­ło. Ko­cha­ją­ca się ro­dzi­na. Plany na spo­koj­ną przy­szłość. Trze­ba tylko prze­trwać tą pe­cho­wą zimę, potem wrócą i wszyst­ko na­pra­wią.

A wszyst­ko to zde­cy­do­wa­nie nie na­le­ża­ło do żad­ne­go książ­ko­we­go bo­ha­te­ra. To pra­gnie­nia pro­stej osoby z pro­stej wsi, o któ­rej nikt nigdy nie na­pi­sze żad­nej opo­wie­ści. – To gorz­kie prze­my­śle­nie Kayah po­sta­no­wi­ła za­cho­wać już dla sie­bie.

Pod­nio­sła głowę, wy­ry­wa­jąc się z za­my­śle­nia. Po­ran­na, zi­mo­wa mgła wła­śnie opa­dła i…

– Sami! – za­wo­ła­ła Kayah. – Wi­dzisz to?

W od­da­li, spoza ścia­ny drzew do­strzec można było dym – praw­do­po­dob­nie uno­szą­cy się z miej­skich ko­mi­nów. Po zmru­że­niu oczu, można było do­strzec też po­je­dyn­cze świa­tła.

– To musi być Ar­borx! Chodź­my obu­dzi…

 

 

♫♫♫

She sees the mir­ror of her­self

An image she wants to sell

To any­one wil­ling to buy… „

 

– w po­ko­ju za­brzmia­ły słowa pio­sen­ki Green Day, którą Julia usta­wi­ła na bu­dzik wy­zna­cza­ją­cy jej go­dzi­nę wyj­ścia do szko­ły. Dziew­czy­na z wes­tchnie­niem za­mknę­ła książ­kę. Wsta­ła, za­ło­ży­ła bluzę i wrzu­ci­ła do ple­ca­ka ze­szyt, który, leżąc roz­trze­pa­ny na biur­ku, przy­po­mniał jej o sobie. Przed wyj­ściem spoj­rza­ła jesz­cze na za­mknię­tą książ­kę i mi­mo­wol­nie w lu­stro sto­ją­ce koło wyj­ścia. Przez uła­mek se­kun­dy pa­trzy­ła sobie głę­bo­ko w oczy, w ja­kimś nie­mym py­ta­niu do samej sie­bie.

Wes­tchnę­ła raz jesz­cze, otwo­rzy­ła drzwi i wy­szła, by za­cząć na­stęp­ny, nor­mal­ny dzień…

 

♫♫♫

She’s an extra­or­di­na­ry girl

In an or­di­na­ry world”…

 

– Green Day „Extra­or­di­na­ry Girl”

Koniec

Komentarze

Hej, wpadłam poczytać o wyjątkowych bohaterkach! 

Ciekawy pomysł na opowiadanie, ciągnący się przez pokolenia. 

Na początek trochę się poczepiam.

lodzie rozległ się głęboki dudniący dźwięk. Czuło się go całym ciałem, dotykając lodowca jedynie stopami. W lodzie można było wyczuć wszystko. To drgnięcie to nie tylko zew Gabriana – najstarszego z Przodków jednoczącego się z lodem, to również dokładna informacja o przestrzeni, o szczelinach w lodzie pomiędzy odbiorcą a nadawcą i obecności innych. Jednocząc się z lodem, Przodkowie pozostawali w stałej łączności na wielkich lodowych pustyniach starego świata, zwanego Epoką Lodową. Budowali też schronienia. Dopasowując temperaturę swojego ciała, jednoczyli się z lodem doskonale – potrafili w nim zniknąć, zapaść się, jak również unieść, otoczyć i wyłapać go ze złowrogiego żywiołu zwanego powietrzem. Lodu nigdy nie niszczyli, jedynie przekształcali i wpływali na siebie z nim wzajemnie. 

Bardzo dużo powtórzeń. Trzeba trochę wywalić, zastąpić innymi wyrazami/synonimami lub opisami. 

 

wpływali na siebie z nim wzajemnie. 

To sformułowanie jest na tyle niejasne, że zatrzymało mnie na chwilę. Nie wiem, czy jest do końca zrozumiałe. Może „jedynie przekształcali tak, by wpływał też na nich.” Choć dalej nie wiadomo, jak miał wpływać. Hmmm. 

 

Tym razem jednak, żywioły nie były tak przyjazne. Zgromadzeni na posiłku poczuli zbliżającą się śnieżną zamieć – złowrogi żywioł, jeden z nielicznych, który niósł jedynie chaos i cierpienie.

Powtórzenie. 

 

Procedura była standardowa, a Przodkowie powtarzali ją od stuleci.

Kilkusetletnie procedury jednak czasem nie odpowiadają potrzebom współczesności. W szczelinie pojawiła się woda. Wszyscy Przodkowie zjednoczyli się z wodą, by ich ominęła. Wody było jednak zbyt dużo. Napływała coraz większymi strumieniami, a Przodkom groziło zatonięcie w ich własnym domu. Przodkowienie mogli tego wiedzieć, lecz wydarzenie to oznaczało początek roztopów, jak również symboliczny koniec Epoki Lodowej.

Liczne powtórzenia powodują, ze tekst jest mało atrakcyjny. 

 

Morgan pozostawiona została w ciemności z otwartą Świętą Księgą Przodków.

Wywaliłabym. 

 

Przeklęła w myślach jednocześnie to, że świeczka nie pozwoliła jej doczytać jej ulubionego fragmentu Księgi oraz to, że zarwała więcej nocy, niż myślała.

To nie świeczka nie pozwoliła jej doczytać, tylko jej brak. 

 

Położona w wysokich górach nie miała przestrzeni wolnych.

Szyk. Wolnych przestrzeni. 

 

wbudowane zostały w litą skałę ośmiotysięczników.

Rozumiem, że chciałaś tu podkreślić ogrom gór, lecz słowo jest bardzo współczesne, odnoszące się do skali metrycznej. Ponieważ opowieść jest na razie nieokreślona w czasie, użyłabym czegoś bardziej opisowego zamiast tych ośmiotysięczników. Typu: niebosiężnych gór, albo: stromych zboczy. 

 

Chodniki między nimi były tak naprawdę pułkami skalnymi lub gdzieniegdzie drewnianymi mostami wiszącymi nad przepaścią. Chodniki te były wąskie, zwężane jeszcze miejscami wystawianymi przez handlarzy towarami.

Powtórzenie i „półkami”

 

Pociągnęła za sobą niewielką grupę poszukujących nowości, młodych Przodków.

Zmieniłabym, bo brzmi nieco jak w sklepie… Może poszukujących zmian? 

 

Na całodniowych wypasach Morgan poznała przyjaciół, często uważał ich nawet za bliższych niż jacykolwiek rówieśnicy z Wioski.

Literki zabrakło. 

 

– chrzanić Morgan! – Kayah rzuciła książką w świeży śnieg.

Z dużej litery. 

 

 kochająca starszą siostrą.

Literówka

 

Dziesięciolatka spojrzała na nią swoim dziecięcym, ale zdecydowanie dojrzalszym jak na swój wiek, wzrokiem.

Jak wywalimy niepotrzebne, to wychodzi, że spojrzała wzrokiem. Lepiej unikać takich zlepków. Może spojrzała na nią całkiem dojrzale jak na swój wiek. Lub coś w tym rodzaju. 

 

Na pewno trzeba przeczytać cały tekst pod kątem wszelkich powtórzeń, bo jest ich sporo. 

Czasem zwrócić uwagę, czy coś nie brzmiało by lepiej, gdyby inaczej to zapisać. 

Sama fabuła jest ciekawa – zaczynasz od legendy, bardzo dawnych czasów, by potem przejść przez pokolenia aż do współczesności. To dobry zabieg, bo daje perspektywę czytelnikowi. Ładne nawiązanie, poprzez wieki, do potrzeby wyjątkowości. Trochę rozjeżdżają się proporcje poszczególnych części, bo niektóre są bardzo rozpisane, inne krótkie i lakoniczne. 

Jednak najważniejszy jest pomysł, który uważam za bardzo dobry. Dobre pomysły to dobre opka, trzeba tylko dużo pisać, reszta sama przyjdzie. 

Wszystkie moje uwagi są oczywiście tylko wskazówkami/propozycjami, z których możesz skorzystać lub nie. 

Fajnie, że zawitałaś tu z opowiadaniem, cieszę się, sama wiem, jak ciężko czasem jest coś dobrze napisać, wciąż walczę sama ze sobą i moim warsztatem. Powtórzę to, co mi też tu pisali: dużo publikować, dużo poprawiać, komentować inne opka, bo to też forma nauki. Nie zniechęcać się. To forum jest najprzyjaźniejsze jakie spotkałam, mam nadzieję, że poczujesz się tu dobrze! Jest też opcja betowania – gdzie pomogą Ci podszlifować tekst przed publikacją. 

Dobrej zabawy na portalu i powodzenia w pisaniu! 

Pozdrawiam śnieżnie! :)

 

JolkaK, bardzo bardzo dziękuję za Twój czas poświęcony na przeczytanie mojego debiutu :) i na napisanie tych wszystkich uwag. Są dla mnie niezwykle cenne. Tekst jest już poprawiony zgodnie z Twoimi sugestiami. Masz rację, sporo tych powtórzeń, a jakoś przy pisaniu się tego nie widzi tak dobrze.

Dziękuję też za miłe przywitanie i życiowe (na tym forum) porady.

Krzesimir I

 

Bardzo przyjemnie się to czytało – opowiadanie ma silną wyobraźnię świata i ciekawie splata mit, codzienność oraz współczesność.

Przyznam, że początkowo moją zmorą były powtórzenia – ciężko było pozbyć się tego nawyku, ale z doświadczenia wiem, że po uwagach forumowiczów da się to naprawdę dobrze okiełznać.

Uwielbiam subtelną krytykę na tym forum, bo uczy i realnie pomaga. Na start to udany debiut – witaj na forum i pisz dalej, bo potencjał zdecydowanie jest.

https://www.wattpad.com/user/Pankovski

Super! Zerknęłam na pierwszy akapit i jest dużo lepiej! 

Powodzenia! :)

JolkaK, też teraz widzę, że jest lepiej. Dzięki raz jeszcze!

 

d.pankovski, dziękuję za miłe słowa. Dobrze wiedzieć, że komuś też to się zdarzało i że jest to do ogarnięcia :-)

Cześć! Z przykrością stwierdzam, że opowiadanie jakoś nie bardzo mi podeszło. Jeśli dobrze zrozumiałem, cała fabuła to taka matrioszka, tzn. niezbyt jasna dla mnie opowieść o Przodkach i Eui to treść książki czytanej przez Morgan, o której z kolei czyta Kayah, a o niej – ostatnia bohaterka, Julia? Pozostaje pytanie, czy wszystko przed Julią to fikcja literacka w obrębie twojego uniwersum, czy też kronikarski zapis przeszłości tego świata? Stawiam na to pierwsze, bo w końcu mamy tutaj “Green Daya”, który zakotwicza akcję w naszej rzeczywistości. Wykonanie techniczne oceniam jako takie sobie – dużo tu powtórzeń i innych błędów stylistycznych, kuleje interpunkcja.

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Cześć Bolly, Dzięki za przeczytanie i podzielenie się opinią. Tak, raczej szłam w stronę fikcji literackiej. Rozumiem, że mój pomysł nie przypadł Ci do gustu. Nad technikaliami będę pracować, chyba przede mną długa droga:)

No witam i gratuluję debiutu :]

 

Cóż, nie mogę powiedzieć, żeby tekst mnie zachwycił. Po przeczytaniu całości, w jakiś sposób doceniłem pomysłową strukturę prowadzącą do puenty – natomiast podczas czytania był to tekst bardzo męczący. Składa się on bowiem głównie z ekspozycji i pozbawionych większego znaczenia epizodów – przykładowo, gdy na scenę wjeżdża Kayah, natychmiast możemy zapomnieć o całym tym długaśnym opisie typowego dnia pasterki, znaczenie ma jedynie, że Morgan czytała o Eui i że została wezwana do własnej przygody.

 

Podsumowując, był tu wyraźny pomysł i to pomysł naprawdę dobry – ale taka wielowarstwowa historia jest bardzo trudna do napisania w strawny dla czytelnika sposób, no i niestety w moim odczuciu nie udało się tego pomysłu dowieźć. Ale zachęcam do dalszych prób!

 

Pod kreseczką pozwoliłem sobie wypisać nieśmiałe uwagi co do języka i tym podobnych technikaliów.

 

Pozdrawiam

 


To drgnięcie to nie tylko zew Gabriana – najstarszego z Przodków(???) jednoczącego się z lodem

Hmmm moim zdaniem albo “najstarszego z Przodków jednoczących się z lodem”, albo drugi myślnik, jeśli “najstarszego z przodków” miało być wtrąceniem. Ewentualnie przecinek w tym samym miejscu.

 

starego świata, zwanego Epoką Lodową.

Świat był zwany Epoką?

 

Głębokie i szerokie na dziesiątki kilometrów dudnienie Gabriana było wezwaniem Przodków na posiłek.

Dudnienie mogło raczej “sięgać dziesiątki kilometrów w głąb”, a nie być głębokie i szerokie.

 

natura nie były tak przyjazna

natura nie była

 

Gabrian(,) wprawiając w drgania otaczający ich lód(,) wydawał rozkazy innym.

Imiesłów przysłówkowy tworzy równoważnik zdania, więc należą mu się przecinki.

 

Następnie wypuściła powietrze, a był to wydech o sile(,) jakiej świat do tamtej pory nie widział…

Przecinek między “był” a “widział” – dwa orzeczenia, czyli dwa zdania.

 

zarwała więcej nocy, niż myślała.

Hmm czy nie chodziło o to, że zarwała większą część nocy?

 

Najtrudniejszym zadaniem Morgan było nie tyle wypasanie jaków na oddalonej o godzinę drogi od Wioski przełęczy, a przeprowadzenie stada przez tą że Wioskę.

Hmm raczej nie tyle, co https://wsjp.pl/haslo/podglad/30496/nie-tyle-co

 

Wypadki tego typu były w wiosce raczej rzadkie. Albo raczej, rzadko bywały śmiertelne. Mieszkańcy Wioski umieli radzić sobie z zepchnięciem…

Skoro wioska faktycznie nazywa się Wioska (co jest na swój sposób urocze), to konsekwentnie dużą.

 

który mógłby skrywać niebezpieczne dla jaków fragmenty.

Fragmenty czego? Może “odłamki” jeśli chodzi o skały?

 

w ograniczonym stopniu potrafili kontrolować

Moim zdaniem “potrafili w ograniczonym stopniu kontrolować” – “ograniczony stopień” odnosi się raczej do stopnia kontroli, niż stopnia potrafienia?

 

ciągnęła swoją opowieść dla swoich przyjaciół Morgan

Nieładne powtórzonko.

 

wraz z rodzicami(,) śpiącymi w oddzielnym

Moim zdaniem przecinek – “śpiący w oddzielnym namiocie” to cecha przygodna.

 

– to musi być Arbor

Wielka litera.

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Cześć GalicyjskiZakapior,

Dziękuję pięknie za tyle uwag technicznych i czas, jaki poświęciłeś mojemu opowiadaniu. Oczywiście poprawiam i doceniam, że to wszystko wyłapałeś.

Dzięki za docenienie pomysłu. Rozumiem, że wykonanie gorsze, jest nad czym pracować :)

Nowa Fantastyka