Opowieść dark fantasy, w której religia rządzi światem a jej dogmat stanowi prawo.
Łowca na tropie najgorszej spośród bestii – człowieka.
Tekst zawiera opisy przemocy (zwykłej oraz seksualnej) i wulgaryzmy.
Zapraszam do lektury i komentarzy!
Opowieść dark fantasy, w której religia rządzi światem a jej dogmat stanowi prawo.
Łowca na tropie najgorszej spośród bestii – człowieka.
Tekst zawiera opisy przemocy (zwykłej oraz seksualnej) i wulgaryzmy.
Zapraszam do lektury i komentarzy!
I wtedy zstąpił z gwiazd Niebiański Wędrowiec
i odsłonił Objawioną Prawdę przed śmiertelnym.
Rzekł do mnie głosem jak grom potężnym:
„Dasz miecz i w czarną zbroję przywdziejesz zagubionych,
uczynisz ich strażnikami porządku i prawa.
A oni bestie w ludzkiej skórze tropić będą,
monstra przeciw życiu grzeszące, o duszach we krwi skąpanych.
Albowiem nie ma większego potwora nad człowieka”
A gdy zapytałem: „Dlaczegóż w czerń odziani będą?”,
On rzekł: „Mrok mrokiem zwyciężaj, bez litości!”
Księga Świętego Letesa, rozdział trzeci.
I
Przed drzwiami chaty bednarza zgromadziła się ciżba gapiów. Każdy z zebranych doskonale wiedział, co się stało, mimo to pośród tłumu poczciwych mieszkańców Hegeloru szybko zapanował chaos. Ludzie deptali sobie nawzajem po stopach, rozpychali się łokciami, przeklinali pod nosem i głośno rozprawiali o morderstwie, nie zważając na to, czy wypluwane przez nich słowa mają cokolwiek wspólnego z prawdą, czy nie.
– To już trzecie zabójstwo w miesiącu. W co tym razem się wpakowałeś, Sadid? – rzekł strażnik Joram, nie spuszczając wzroku z leżącego przed nim ciała.
Wyłupione oczy, sześć odciętych palców u rąk, krwawy siniec na skroni, rany na brzuchu i poderżnięte gardło. Bednarz Sadid niewątpliwie przeżył koszmar nim morderca zdecydował się okazać łaskę pozbawiając go wreszcie życia.
Joram przysiadł na drewnianym stołku, gdy pośród rabanu panującego za drzwiami chaty usłyszał bardzo wyróżniający się, piskliwy głos starszego wioski. Skinął na strażnika Talima stojącego przy oknie, by otworzył podwoje bednarzowej sadyby i wpuścił starego Etida. Zdyszany i czerwony jak burak staruszek dosłownie wpadł do środka, potykając się o próg. Na widok trupa wrzasnął przerażony i doczołgał się do pobliskiej ściany. Ukrył twarz w dłoniach i zaczął szlochać niczym niemowlę.
– Spokojnie, spokojnie, panie Etidzie… – zaczął uspokajać go Talim.
– Weź się, kurwa, w garść, staruchu! – przerwał Joram, wstając ze stołka. – Za tymi drzwiami tłoczy się połowa mieszkańców. Są śmiertelnie przerażeni, lecz pod tą maską strachu kryje się także swego rodzaju ciekawość. Chcą wiedzieć, jak zareaguje i co zrobi człowiek, którego wybrali na swego przywódcę. A ty, co robisz? Kwilisz jak baba!
– Jak śmiesz się tak do mnie odzywać, prostaku?! – odparł staruszek pewnym głosem. Mała sztuczka strażnika zadziałała, pan Etid odzyskał emocjonalną równowagę.
– Joram ma rację, mimo że ubrał swe myśli w nieco dosadne słowa. Musimy działać! – odezwał się drugi wartownik.
Starszy wioski wstał, otarł twarz brudną chustką i odparł już całkiem spokojnie:
– Ale cóż możemy począć?
– Wezwiemy Czarnego Egzekutora – rzekł Joram.
Główna brama Hegeloru otwarła się na oścież. Do dotkniętej złem osady zawitał gość. Odziany w czerń jeździec o jasno błyszczących oczach dosiadający karego wałacha. Wierzchowiec ruszył stępem naprzód, przybysz tymczasem rozglądał się na boki. Wieśniacy rzucali w jego stronę ukradkowe spojrzenia, poszeptując intensywnie. Niektórzy klękali, modląc się bełkotliwie, a jeszcze inni spluwali na ziemię, wykonując znak Świętego Letesa. Przybysz był wysoki, brodaty, kędzierzawe włosy sięgały mu do ramion. Miał ogólnie przystojną twarz, oszpeconą nieco przez długą szramę na lewym policzku. Nie mniejszą uwagę, w szczególności u młodych chłopców, zwracał przytroczony do pasa kościelnego wysłańca miecz w pochwie z wyśmienitej skóry i wygrawerowanym symbolem Objawienia.
Na środek piaszczystej drogi wyszedł starszy wioski w towarzystwie dwóch uzbrojonych w halabardy strażników. Jeździec zatrzymał konia i wbił wzrok w czerwieniącego się staruszka.
– Właśnie mieliśmy pana wezwać… Egzekutorze. Jak wy… Skąd wy… – jąkał się Etid.
– Przybyłem, gdyż wyczuwam tu zło. Bestię w ludzkiej skórze, która żyje pośród was. Zamordowała kogoś, na pewno dwóch lub trzech. Jest blisko – odrzekł tajemniczo mężczyzna o magicznych oczach.
– To doprawdy boska moc, panie – powiedział starszy wioski, przełykając ślinę.
Poszeptywania zgromadzonych wokół wieśniaków nasiliły się jeszcze bardziej.
– Ilu? – zapytał Czarny Egzekutor zeskakując z konia.
– Trzech mężczyzn od początku tego miesiąca. Torturowani przed śmiercią. Okropnie zmaltretowane ciała.
– Muszę rzucić na nie okiem.
– Grabarz, pan Ornedal, z pewnością pomoże. Wezwę go natychmiast. – Stary Etid przetarł czoło chustką. – Ile nas to będzie kosztować?
– Pięćset złotych monet, ni mniej, ni więcej. Gdy wymierzę bestii sprawiedliwość i ruszę dalej, mój Doradca przybędzie po pieniądze. Jeśli spróbujecie go oszukać, wieść o waszej nieuczciwości w mgnieniu oka dotrze do Rady Wywyższonych i całą wioskę dotkną poważne konsekwencje. Czy wyrażam się jasno?
– Tak, tak, oczywiście, panie! Zrozumiałem!
– Doskonale. Proszę zająć się mym ogierem i przygotować skromną wieczerzę, w czasie gdy będę na cmentarzu.
– Tak jest!
Gapie rozeszli się, kowal zaprowadził wierzchowca Egzekutora do stajni, a starszy wioski przedstawił przybyszowi grabarza.
Podchmielonego Ornedala już dawno opuściły wszelki strach oraz zdziwienie i potraktował Czarnego Egzekutora jak najlepszego przyjaciela, racząc go w drodze na cmentarz różnymi historyjkami i charakterystycznymi dla wiejskich kopidołów żartami.
Jednak gość wioski Hegelor nie odezwał się ani słowem do mielącego ozorem pijaczyny z łopatą.
II
Veri i Kalinor leżeli na uschniętej trawie, wywleczeni z przyjemnej wilgoci oraz ciemności grobów na zupełnie obojętne im teraz światło i suchość świata żywych. Egzekutor skupił wzrok na Verim. Trup śmierdział okropnie, według grabarza zginął jako pierwszy, trzy tygodnie temu. Pośród ran wiły się chaotycznie mięsożerne larwy, z ust ciekła powoli strużka czarnej mazi, a brzuch zmarłego napuchł straszliwie. Veri miał wyłupione oczy, poderżnięte gardło i ranę na skroni. Czarny Egzekutor przeniósł wzrok na Kalinora. Prawie te same obrażenia. Na kroku spodni drugiej ofiary zauważył dużą, zaschniętą plamę krwi, która jeszcze kilka chwil temu umknęła jego uwadze. Hajdawery obu mężczyzn ściemniały wskutek rozkładu, przez co ta ważna poszlaka nie była dobrze widoczna.
– Jak rozumiem znaleziono ich w tych ubraniach, panie Ornedal?
– Ta jest, dobrodzieju! Pochowani tak jak leżeli. Stary Etid nie chciał wywołać paniki widokiem tak poharatanego nieboszczyka, więc ja i moi chłopcy musieliśmy się szybko uwinąć.
– A gdzie trzeci? Ten z dzisiaj?
– Ach, tak, pewnie pan starszy ci powiedział. Już go tutaj wiozą.
– Pan Etid powiedział mi jedynie o trzech ofiarach. To, że dzisiaj zamordowano trzecią z nich podpowiedział mi Zmysł.
– Dziwny jegomość z ciebie, dobrodzieju. Doprawdy dziwny – podsumował obojętnie grabarz, splunąwszy na ziemię.
Nagle obaj usłyszeli turkot wozu. Dwóch pomagierów Ornedala przywiozło zwłoki bednarza. Egzekutor rozkazał ułożyć otwartą trumnę przy trupach Veriego i Kalinora. Natychmiast dostrzegł taką samą plamę krwi na kroczu Sadida.
– Zdejmijcie im spodnie. Muszę się upewnić – rzekł odziany w czerń przybysz.
– Że co, kurwa!? – oburzył się siedzący na koźle woźnica.
– Tykanie zewłoka ino nieszczęście przynosi – odezwał się drugi pachołek, bardzo prostoduszny jegomość.
– Róbcie, co mówi, głupcy! – odparł grabarz, przysiadając na pieńku.
Dwóch pomocników Ornedala niechętnie wykonało polecenie Czarnego Egzekutora. Jeden rzut oka na rozebrane od pasa w dół ofiary wystarczył, aby dokładnie poznać sposób działania bestii i wysnuć pewne przypuszczenia co do motywu. Od przypuszczenia do faktu wiedzie krótka droga, od motywu do odkrycia tożsamości – jeszcze krótsza.
Słońce powoli kryło się za horyzontem, kiedy Egzekutor wracał z cmentarza do domu starszego Etida. Musiał porozmawiać z nim o tym, co udało mu się ustalić. Poza tym był strasznie głodny i wiedział, że czeka na niego skromny posiłek. Nie obawiał się nieuczciwości lub podstępu ze strony mieszkańców. Czarni Egzekutorzy byli szanowani w prawie każdym dystrykcie Zbawionej Wyspy. Stanowili przedłużenie woli Letesa, a on sam jest Kościołem i Dobrocią, więc tylko głupcy, szaleńcy bądź heretycy odważyliby się na nieposłuszeństwo lub niecne czyny wobec niego.
– Hej, hej, mistrzu małodobry! – dziecięcy krzyk wyrwał go z rozmyślań, przystanął i rozejrzał się dokoła. Zobaczył rudowłosego chłopca, na oko dziesięcioletniego, biegnącego w jego stronę z jakiegoś zaułka pomiędzy chatami.
– Mistrzu małodobry, uratujesz nas przed bestią, prawda? – wykrzyczał pytanie chłopczyna.
– Nie nazywaj mnie tak. Nie jestem katem.
– To jak masz na imię? Ja jestem Anskar, syn kowala Brana. Mój tata zajmuje się twoim koniem. Jest taki piękny! No i nie odpowiedziałeś na moje pytanie!
– Tak, uratuję was.
– To wspaniale, bo trochę się bałem, że ten potwór i mnie dorwie!
– To nie żaden potwór, tropię człowieka. Bestię w ludzkiej skórze.
– No przecież wiem, ale lubię sobie wyobrażać, że to jakaś straszna poczwara, taka jak w księgach bakałarza Dinkertona. Bazyliszek, chimera albo smok!
– Muszę już iść. Trochę mi spieszno. Żegnaj, mały.
– Jestem Anskar, do cholery!
– Ledwo od ziemi odrósł, a już klnie jak szewc. Pyskate pacholę.
– Pacho… co? Mam już jedenaście lat, uważaj sobie, panie bezimienny!
– Na imię mi Faren – rzekł na odchodne Egzekutor i ruszył swoją drogą.
III
Gdy dotarł do domu starszego wioski, ten od razu zasypał go pytaniami na temat szczegółów śledztwa. Faren szybko uspokoił zniecierpliwionego staruszka i razem zasiedli do stołu. Głodnemu Egzekutorowi przyniesiono obiecaną strawę – miskę kaszy ze słoniną, dwa kawałki chleba i kufel piwa. Nie wybrzydzał. Liczył jedynie na zapchanie głośno domagającego się jedzenia żołądka. W czasie spożywania wieczerzy postanowił opowiedzieć Etidowi o wszystkim, czego się dowiedział, gdyż spojrzenie świńskich oczu wiecznie czerwieniącego się mężczyzny w pewien sposób go irytowało.
– Wszystkim trzem ofiarom zadano bardzo podobne rany, bestia nie spieszyła się z odebraniem im życia. Co więcej, wszystkich pozbawiono męskości – zarówno przyrodzenia, jak i jąder. Morderca albo zabrał je ze sobą, albo wyrzucił gdzieś po drodze – zaczął.
– Och, Letesie Wszechmogący! To jakiś demon! Kto o zdrowych zmysłach mógłby dopuścić się takiego bestialstwa?
– Wygląda mi to na swego rodzaju zemstę. Wszyscy trzej okaleczeni w ten sam sposób. Tak samo zmaltretowani. Udało mi się wysnuć pewną hipotezę.
Pan Etid spojrzał na Farena pytająco.
– Ach, zapytam wprost: czy Veri, Kalinor i Sadid wzięli jakąś kobietę gwałtem?
– Co? Oczywiście, że nie! To byli porządni ludzie, moi najlepsi przyjaciele. Przyjaciele całej wsi. – Starszy wioski zakasłał, a na jego czole znów perliły się krople potu. Egzekutor mówił dalej:
– Kiedyś odwiedziłem Enklawę Dawnych Bogów, a konkretnie jej stolicę – Wolne Miasto Zagar, słynące ze stosowania bardzo surowego kodeksu praw, spisanego jeszcze w czasach starożytnych. Za wzięcie jakiejkolwiek kobiety gwałtem grozi tam kastracja. Podejrzewam, że twoi najlepsi przyjaciele, panie Etidzie, uderzyli w bardzo czuły punkt naszej bestii i teraz ona po prostu się mści, inspirując się przy okazji kodeksem prawnym Zagaru. Szukamy kogoś pochodzącego z Wolnego Miasta lub kogoś kto je odwiedził, człowieka z łatwym dostępem do ostrych narzędzi, silnego mężczyzny znającego ofiary osobiście. Jakieś sugestie?
– Co najmniej dwadzieścia osób tutaj pochodzi z Enklawy lub w niej przebywało. Co do pozostałych szczegółów… Do głowy przychodzi mi jedynie pan Kleston. Jest rzeźnikiem, to swój chłop. Miły, uczciwy i wesoły mimo parania się niezbyt przyjemnym rzemiosłem. Nie wierzę, że byłby zdolny do uczynienia takiego zła. Choć, przyznaję, miał na pieńku z bednarzem i pozostałą dwójką. Oczywiście do żadnego gwałtu nie doszło, przysięgam na wszystko, co święte, ale…
Kleston przegrał z nimi w kości wiekszość zaoszczędzonych pieniędzy. Oskarżył ich o oszustwo, doszło do szarpaniny, strażnicy musieli interweniować. Udało się dojść do porozumienia i udowodnić niewinność Veriego, Kalinora oraz Sadida, rzeźnika po prostu opuściło szczęście, lecz od tego czasu unikał ich jak ognia. To zdarzyło się półtora miesiąca temu.
– Przesłucham Klestona i dowiem się prawdy.
– Teraz? Po zachodzie słońca?
– Im szybciej go złapiemy, tym lepiej.
– Tak, właściwie masz rację. Może pójdę z tobą?
– Nie, wskaż mi drogę. Jeśli mnie zaatakuje, ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję jest plączący mi się pod nogami, bezbronny człowiek. Nie chcę mieć niewinnej krwi na rękach.
– W porządku. Chodź, pokażę ci, przy której uliczce mieszka.
Czarny Egzekutor wyszedł z domu starszego wioski, przeszedł przez martwe o tej porze targowisko i skręcił w wąską uliczkę, na końcu której mieszkał podejrzany. Coś się nie zgadzało. Czuł, że wiecznie czerwieniący się staruszek nie mówi całej prawdy. Otaczała go także dziwna aura: kiedy zapytał o gwałt przybrała na intensywności, by następnie przygasnąć, ponownie się zmienić i ostatecznie wrócić do pierwotnego stanu. Nie mógł osądzić mężczyzny bez dowodów lub bezpośredniego przyznania się do winy, toteż musiał na ten czas grać takimi kartami, jakie posiadał. Wierzył, iż konfrontacja z podejrzanym rozjaśni nieco sytuację, jeśli nie, będzie zmuszony skłonić Etida do zwierzeń w mniej pokojowy sposób.
Nagle usłyszał znajomy głos, przystanął:
– Hej, Faren! Gdzie cię niesie po zachodzie słońca? Tropisz bestię? – To był Anskar, syn kowala.
Egzekutor westchnął.
– A ty co tu robisz? Powinieneś smacznie spać a nie włóczyć się po wsi. To bardzo niebezpieczne! – podniósł głos licząc, że chłopak zrozumie swój błąd i przestanie go zaczepiać, lecz nic to nie dało.
– Nie mogłem zasnąć, więc wymknąłem się cichaczem przez okno, by „zaczerpnąć trochę świeżego powietrza”, jak to mówi bakałarz. Ojciec śpi jak zabity po całym dniu pracy w kuźni. Zobaczyłem, że gdzieś się wybierasz, no i…
– Dosyć, przestań trajkotać, na litość Letesa, i zmiataj do domu!
– Ani mi się śni! Chcę ci pomóc złapać bestię! Być bohaterem tak jak ty, zbawcą wioski!
– Bohaterem jeszcze nie jestem, chyba że ten rzeźnik wszystko pięknie wyśpiewa…
– Pan Kleston? Więc to on zabija, wytropiłeś go!
– Cicho, nie wydzieraj się tak, urwipołciu jeden! Chcesz zbudzić całe Hegelor?
– Przepraszam.
Faren postanowił się poddać. Wiedział, że groźbami i krzykiem nie pozbędzie się chłopca i tylko zgoda na propozycję urwisa przyniesie wyczekiwaną ulgę.
– Właściwie możesz mi w pewien sposób pomóc.
– Świetnie! Co mam robić?
– Co możesz mi powiedzieć o rzeźniku? Nie do końca wierzę w historię, którą przedstawił mi pan Etid.
– Pan Kleston jest bardzo miły. „Do rany przyłóż”, jak mówi tata. Raz tylko, gdy z chłopakami chcieliśmy zagrać w kości przed jego sklepem, to wściekł się i wyrwał nam zestaw do gry z rąk. Powiedział, że hazrad przynosi zgubę czy coś takiego. Co to hazrad?
– Taka inna nazwa kości. Co go łączyło z Verim, Kalinorem i Sadidem?
– Nie wiem. Musiałbyś zapytać o to mojego tatę.
Jakiś ruch przykuł uwagę Farena, zerknął w prawo i zobaczył uzbrojonego strażnika, wychylającego się z zaułka. Ten chrząknął jakby zupełnie zbity z tropu, przeszedł obok nich, skinął głową i zniknął za zakrętem. Po chwili spomiędzy chat wychynęło dwóch następnych.
– Obserwują nas, widzisz? – szepnął Egzekutor.
– Nocny patrol. Robią to, co do nich należy – odparł naiwnie Anskar.
– Nie, coś tu jest nie tak. Prowadź do domu, chcę porozmawiać z twoim ojcem.
IV
Kowala Brana zbudził dźwięk pukania do drzwi. Wstał, okrył się derką, zapalił świecę i zszedł na dół, nie zaglądając nawet do pokoju syna. Pukanie rozległo się ponownie, kowal instynktownie chwycił leżący przy kominku pogrzebacz, lecz kiedy usłyszał głos Anskara, natychmiast wyrzucił narzędzie z rąk i odsunął zasuwę drzwi. Już miał skarcić chłopca, kiedy ujrzał stojącego za nim wysokiego mężczyznę odzianego w czerń z mieczem przy pasie.
– Dobry wieczór, kowalu – odezwał się Faren.
– Witam. Czarny Egzekutor, jak mniemam?
– We własnej osobie.
– Zapraszam do środka.
Bran natychmiast zamknął drzwi. Zganił syna za wymykanie się z domu o tak późnej porze, zagroził karą cielesną, lecz nawet nie dotknął niesfornego chłopaka. Mały przysiadł na zydlu obok kominka, a Faren i Bran przy stole.
– Co cię sprowadza, Egzekutorze? – zapytał kowal.
– Wiedza. Poznanie faktów z dala od niepożądanych spojrzeń straży. Może na początek coś bardziej ogólnego, na rozgrzewkę: kto zabił bednarza i jego przyjaciół?
– Nie mam pojęcia – odparł Bran. Spuścił na chwilę z oczu swego gościa, po czym spojrzał na niego ponownie, nieświadomie kręcąc młynka palcami.
– Czemu wszyscy w Hegelor są tacy nerwowi? Póki co najlepszym rozmówcą okazał się ten jedenastolatek – rzekł Faren, wskazując Anskara. – To bojaźń przed Świętym Letesem, czy może coś więcej? Jeśli jesteś niewinny, nie masz się czego obawiać.
– Naprawdę nie wiem kto ich zabił! Mieli wielu wrogów, każdy na nich narzekał i skarżył się Etidowi, lecz ten jedynie machał ręką i twierdził, że to jego najlepsi przyjaciele, czyści jak łza i przykładni. Akurat! – Kowal wciąż się denerwował i podobnie jak starszego wioski cechowała go wyjątkowo zmienna aura. Bez dwóch zdań rzeźnik był fałszywym tropem, jednakże mimo tej wiedzy Egzekutor zapytał:
– Czy rzeźnik Kleston byłby do tego zdolny? I czy rzeczywiście przegrał z ofiarami w kości wszystkie pieniądze?
– Bardzo wątpię, to złoty człowiek, naprawdę! I skąd wytrzasnąłeś tę historyjkę? Przegrał wszystko, lecz na długo nim przybył tutaj. Podobno pochodził ze szlacheckiego rodu, ale niestety nie poszczęściło mu się. Dlatego pałał taką nienawiścią do wszelkich gier hazardowych – Barczysty rzemieślnik znów na chwilę utkwił wzrok w podłodze, jak gdyby wyczytał następne pytanie z twarzy Egzekutora.
– A co łączyło ciebie z Verim, Kalinorem i Sadidem?
Nie odpowiedział od razu. Faren zacisnął pięść, gotów do wyciągnięcia od przesłuchiwanego prawdy siłą.
– Nienawidziłem ich, jak wszyscy. To przez nich… – przerwał, zerknął na siedzącego w kącie Anskara, po czym rzekł: – Synu, wracaj do siebie.
– Ale… – próbował protestować chłopak.
– Natychmiast! – krzyknął ojciec.
Chłopaczyna posłusznie wykonał polecenie Brana.
– Zamieniam się w słuch – wtrącił przesłuchujący.
– Trzymałem to przed nim w tajemnicy, nie wiem czy jest gotów poznać całą prawdę, jednakże ty na pewno jesteś. Otóż…
Tym razem wyznanie przerwało głośne łomotanie do drzwi. Obaj mężczyźni wstali, Egzekutor odruchowo chwycił za miecz, Bran za odłożony wcześniej pogrzebacz.
– Kto tam? – rzucił kowal.
– Strażnik Joram, musimy porozmawiać. To pilne – odezwał się głos na zewnątrz.
– Wpuść ich, ja ukryję się w drugiej izbie. Jeśli spróbują zrobić ci krzywdę, popamiętają mnie – wyszeptał Egzekutor i szybko zniknął w ciemnościach.
Rzemieślnik odsunął zasuwę, do środka weszło czterech wartowników, każdy z mieczem u pasa.
– O co chodzi? – spytał Bran.
– Szukamy Czarnego Egzekutora, widziano go ostatnio w towarzystwie twego syna. Wiesz gdzie jest ten hycel? – odparł Joram.
– Co takiego zrobił panu Etidowi?
– Nie odpowiada się pytaniem na pytanie, drogi kowalu – Strażnik położył dłoń na rękojeści miecza i zmrużył oczy. – Nie jest tu mile widziany, to wszystko. Powiedz nam gdzie się ukrywa, a odejdziemy w pokoju.
– Nie wiem, wyszedł chwilę temu. Przysięgam. – Bran zacieśnił uchwyt na chowanym za plecami pogrzebaczu.
– Kłamiesz, to widać. Gadaj albo utnę ci jęzor – Czwórka mężczyzn jednocześnie wyciągnęła broń z pochew.
Niespodziewanie z ciemności wyskoczył mężczyzna i zdzielił Jorama w twarz pięścią. Strażnik ryknął i upadł na podłogę, a pozostali zobaczyli jedynie błyszczące srebrzyście w mroku oczy. Dwóch przeciwników rzuciło się z mieczami na Egzekutora. Faren uchylił się, chwycił pierwszego za dzierżącą broń rękę, drugiego kopiąc z całej siły w brzuch. Gdy ten upadł, czwarty strażnik dotychczas stojący w rogu izby zaatakował. Jednym ruchem Egzekutor złamał unieruchomionemu mężczyźnie rękę i skrzyżował ostrza z ostatnim wrogiem. Szczęk głowni rozbrzmiał pośród nocnej ciszy. Jeszcze raz i jeszcze raz. Faren sparował następny cios, strażnik zachwiał się, wytrącony z równowagi. Egzekutor ciął szybko i niezbyt głęboko, mniej więcej na wysokości mostka. Chciał jedynie obezwładnić napastników. Mimo to ostatni strażnik i tak wrzasnął głośno jakby obdzierano go żywcem ze skóry i zwalił się z impetem na prawy bok. Joram i jego powalony kopniakiem przyjaciel wstali i rzucili się na Farena z odzianymi w łapawice pięściami. Wojownik działał szybko, nie mógł dać się powalić. Zdzielił Jorama w szczękę żelaznym karwaszem prawej ręki, a drugiemu wartownikowi złamał nos uderzeniem własnego czoła.
Nim odwrócił się w stronę kowala Brana, by zapytać czy wszystko w porządku wyprowadzony z wielką siłą cios tępym narzędziem ściął go z nóg i pozbawił przytomności.
Anskar nawet na chwilę nie zmrużył oka, gdy usłyszał dochodzące z dołu hałasy. Ciekawość wzięła górę nad strachem i postanowił zejść na dół. Wycofał się do zacienionego kąta na schodach, gdy zobaczył swojego ojca z pogrzebaczem w dłoniach, w blasku świeżo zapalonej świecy dostrzegł świeżą krew na końcu narzędzia. Ujrzał też pięciu mężczyzn leżących na podłodze – czterech strażników i Czarnego Egzekutora. Obserwował jak tata roztrzaskuje powalonym wartownikom głowy za pomocą pogrzebacza. Bez wahania, pewnie i skutecznie. Chłopiec jęknął przerażony. Kowal zatrzymał się nad ogłuszonym Farenem i powiedział:
– Wyjdź, synku, wiem, że tam jesteś. Nie bój się, wszystko ci wyjaśnię.
Anskar usłuchał posłusznie.
– Dlaczego ich zabijasz, tato?
– To źli ludzie, chłopcze. Gdyby nie Egzekutor byłoby po mnie.
– Ale jego też chciałeś zabić! Widziałem, że już brałeś zamach!
– Jeśli się ocknie to koniec ze mną i może z tobą też, synu! Nie rozumiesz tego?
– On jest dobry. Przybył żeby nam pomóc!
– Mnie nie pomoże, raczej zabije, bo widzisz, to ja jestem tym, którego tropi.
– Ty? Bestią? Nie! Jak to?
– Zrobiłem to dla twojej mamy. Pan Etid i jego przyjaciele bardzo ją skrzywdzili. Musiałem ich ukarać. Zrozum!
– Więc mamusia nie zmarła na zarazę?
– Nie, umarła z ich winy. Został tylko stary Etid.
– Tato, nie możesz! Zostaw Farena i uciekajmy stąd! Teraz!
– Anskar, odsuń się natychmiast albo dam ci w skórę! Zabiję Egzekutora i tego starucha! Znikniemy wtedy, gdy zemsta się wypełni.
Bran ponownie wziął zamach. Już miał dobić nieprzytomnego wojownika w czerni, gdy chłopiec ze łzami w oczach rzucił się naprzód i zasłonił przyjaciela własnym ciałem. To stało się tak nagle, kowal nie zdołał zatrzymać ręki i uderzył pogrzebaczem w głowę własnego syna.
Prędko wyrzucił żelazne narzędzie z rąk i padł na kolana, szlochając. Objął Anskara, zasypując rannego chłopaka spazmatycznie wystękiwanymi przeprosinami. Wziął go na ręce i nie skupiając się na niczym innym niż chęć uratowania jedynej pociechy, wybiegł z domu w gęstą ciemność nocy.
V
Czarny Egzekutor odzyskał świadomość. Czuł okropny ból z tyłu głowy, lecz mimo to szybko wstał na równe nogi. Świat rysujący się niepewnie przed jego oczyma zawirował. Faren zachwiał się, chwytając kant drewnianego stołu. Zastygł na krótką chwilę w takiej pozycji, następnie wziął głęboki wdech i ruszył pędem na zewnątrz. Biegł pośród wciąż dominującego nad światem nocnego królestwa. Nie miał czasu do stracenia. Musiał złapać kowala Brana, który okazał się przebieglejszy od niego. Bardzo nikły zapach bestii oraz dynamicznie zmieniająca się aura wskazywały, iż umysłem rzemieślnika rządziło coś więcej niż czysta skłonność do przemocy czy rozlewu krwi. Coś, co obdzierało sytuację ze zwykłej, czarno-białej otoczki moralnej, ukazując prawdziwą formę przywdzianą w odcienie szarości. Faren nienawidził szarości. Walka z czystym, zrodzonym z pierwotnego chaosu złem była znacznie łatwiejsza pod względem moralnym. Nie pozostawiała śladów w umyśle tak jak starcia z grzechem zanieczyszczonym, skażonym iskrami dobra, w których metoda działania Egzekutorów oparta właśnie na czarno-białej moralności zawodziła. Faren twierdził, że jest najbardziej pechowym z wojowników Świętego Letesa, gdyż takie „szare” sytuacje przytrafiały mu się najczęściej.
Biegł wciąż przed siebie, do chaty starszego Etida. Zmysł podpowiadał mu, iż tam odnajdzie także Brana. Poza tym staruszek musiał odpowiedzieć za kłamstwa i manipulacje.
Nocną ciszę przerwał piskliwy krzyk dobiegający z sadyby, do której zmierzał Egzekutor. Zatrzymał się przed wejściem, dobył miecza i wyważył drzwi.
Kowal stał z zakrwawionym sztyletem w dłoni nad pełzającym żałośnie Etidem. Wysłaniec Letesa nie wahał się ani przez chwilę, doskoczył do mordercy, ciął szybko i bezlitośnie. Ostrze miecza zaśpiewało złowieszczo w powietrzu. Sztylet oraz cztery ucięte palce prawej dłoni Brana poturlały się w stronę stóp Farena. Kowal ryknął z bólu, zataczając się pod ścianę. Ostatnim, co zobaczył przed utratą świadomości była odziana w czarną rękawicę pięść.
Do chaty wbiegli zdyszani strażnicy, jednakże Egzekutor szybko ich uspokoił i nakazał zaczekać na zewnątrz. Pomógł starszemu wioski wstać. Zaatakowany starzec nie wymagał pilnej pomocy medyka, miał jedynie ranę na boku i rozbity nos. Zanurzył swą chustkę w cebrzyku z wodą, przyłożył do twarzy i runął ciężko na krzesło.
– Stokrotne dzięki, wojowniku. Jeszcze chwila i ten szaleniec zarżnąłby mnie jak prosię – zaczął staruszek.
– To kowal a nie rzeźnik, co oznacza, że albo bardzo się pomyliłeś albo próbowałeś mnie oszukać – odrzekł sardonicznie Faren.
– Oszukać Czarnego Egzekutora? Też coś, to jedna wielka pomyłka i…
Wysłannik Letesa nie wytrzymał. Chwycił Etida za kołnierz płaszcza, pchnął na ścianę i krzyknął:
– Przestań kłamać i powiedz wreszcie prawdę! Co zrobiłeś ty i twoi kompani, że leżący tutaj człowiek wkroczył na ścieżkę zła?!
– Jak śmiesz podnosić na mnie rękę! Gubernator dystryktu o wszystkim się dowie! Już po tobie!
Egzekutor przyłożył przesłuchiwanemu ostrze do szyi i rzekł zimno:
– Ty stary głupcze, mogę cię zaszlachtować tu i teraz. Wystarczy, że powiem memu Doradcy, co mnie tu spotkało. W domu kowala zostałem zaatakowany przez twoje zbrojne psy, kłamałeś i odmawiałeś współpracy z wysłannikiem kościoła, to wystarczy, aby pozbawić cię tego zakutego łba. Mów wreszcie!
Widział strach w oczach starucha, kilka kropelek potu spłynęło powoli na ostrze miecza. W końcu udało mu się złamać Etida.
– Niech to szlag! Dobrze, powiem prawdę i wreszcie pożeganam się z tym zasranym życiem – wyjęczał.
My… – zaczął wyznanie. – Ja, Veri, Kalinor i Sadid udaliśmy się pewnego wieczora do karczmy. Kalinor odziedziczył fortunę po zmarłym wuju i powiedział, że musimy to oblać. Oblewaliśmy długo, bardzo długo. Trunki podawała nam Frida, tamtejsza dziewka karczemna i żona kowala Brana. Ładne, krąglutkie dziewczę. Veri od dawna pałał do niej skrycie miłością, zresztą podobała się każdemu, tylko Bran stanowił przeszkodę. Nikt nie odważyłby się na jakiekolwiek zaloty. Kowal był bardzo silny i zazdrosny, lecz wtedy wódka zamroczyła nam wszystkim umysły. Sadid zasugerował, żeby trochę „zabawić się” z Fridą, w końcu jest okazja. Wyszliśmy z szynku i zaczekaliśmy aż dziewczyna ruszy z powrotem do domu. Najpierw chcieliśmy ją jakoś zwabić do mojej chaty, ale ona się opierała. Musiała widzieć, że jesteśmy pijani jak świnie. Nie chciała po dobroci, więc Veri spróbował siły. Zaczęła krzyczeć i nagle Kalinor łupnął ją w głowę butelką. Uciszył na chwilę. Nie zareagowałem, nie zrobiłem nic, nawet trochę im pomogłem zawlec ją w ustronne miejsce. Tam wzięli ją gwałtem, po kolei. Kiedy się ocknęła – grozili jej, gdy się wyrywała i próbowała wrzeszczeć – bili ją. Wtedy Veri… Och, kurwa, dlaczego pamiętam to tak wyraźnie? – Etid osunął się na podłogę, ukrył twarz w dłoniach.
– Słucham, co dalej? – spytał Faren, przysuwając sobie nogą krzesło.
– Nie mogę, to zbyt straszne. Letesie Najświętszy, co myśmy zrobili?!
– Mów. Chcę usłyszeć całą prawdę, nieważne jak przerażającą.
– Veri wetknął jej butelkę do łona. Żartował, że chce sprawdzić jak grubą kuśkę ma Bran i czy jej się spodoba… Piszczała jak zwierzę, po butelce ciekły strużki krwi, Kalinor spoliczkował ją kilka razy, Sadid rechotał podle, a ja chlałem dalej, przyglądając się i chichocząc pod nosem. Ja pierdolę, dlaczego? Dlaczego stałem jak słup? Należało się im…
– Zabiliście ją? – dociekał Egzekutor z kamienną twarzą.
– Nie, zostawiliśmy Fridę nieprzytomną. Musiała powiedzieć Branowi, a potem zażyła truciznę. Wszyscy czterej udawaliśmy głupców, lecz wiedzieliśmy, iż tamtego wieczora podpisaliśmy własne wyroki śmierci. Mieliśmy plan ucieczki, lecz wtedy zginął Veri. Kalinor za pieniądze wuja miał wynająć statek w pobliskim porcie, lecz jego również dorwał Bran. Sadid wpadł w panikę, twierdził, że wszędzie widzi ducha Fridy i przestał wychodzić z domu. Przydzieliłem mu strażników, łudząc się, iż go ochronię, ale niestety on także pożegnał się z tym światem. – Staruszek westchnął ciężko.
– Jednego nie rozumiem. Mogłeś naprowadzić mnie bezpośrednio na Brana. Po co ta historyjka z rzeźnikiem? I dlaczego sam nie uciekłeś? – zapytał Faren, pochylając się na krześle.
– Joram i jego kompani mieli się tobą zająć i zamieść sprawę „zaginięcia Czarnego Egzekutora w wiosce Hegelor” pod dywan. A co do mnie, to chciałem, aby Bran dokonał zemsty. Pragnąłem umrzeć, jednak nie byłem dostatecznie silny, aby zrobić to sam. Po prostu czekałem na śmierć, a potem kowal wraz z Anskarem uciekliby daleko stąd i zaczęli nowe życie z dala od demonów przeszłości…
Wysłaniec Letesa wstał. Otworzył drzwi i rozkazał stojącym na zewnątrz strażnikom zakuć w kajdany ogłuszonego Brana oraz Etida.
– Kowala posadźcie na krześle, pana starszego odprowadźcie do strażnicy i nie spuszczajcie z oka. Kiedy nadejdzie czas wymierzenia sprawiedliwości, poślę do was kogoś z wiadomością – rzekł.
Wartownicy posłusznie wykonali rozkaz.
– Jeszcze jedno – odezwał się, gdy wyprowadzano poturbowanego staruszka z chaty. – Skoro skrycie nienawidziłeś swych przyjaciół, po co te kłamstwa? Powinieneś bez zastanowienia wyjawić mi ich zbrodnię.
– I co? Zostałbym oszczędzony? Wszyscy czterej tak naprawdę umarliśmy wraz z Fridą. Widzisz świat jedynie w czerni i bieli, jak wszyscy Egzekutorzy. Podążając taką ścieżką, wasz zakon daleko nie zajdzie. Wspomnisz moje słowa, Farenie. Żegnaj.
VI
Anskar powoli otworzył oczy. Nie leżał w swoim łóżku. Po krótkiej chwili rozpoznał, że przebywa w chacie medyka Nivalisa. Chciał podrapać się w głowę, lecz jego dłoń zamiast włosów dotknęła opatrunku. Wspomnienia bólu oraz wydarzeń poprzedniej nocy powracały nieśmiało do jego pamięci. Drzwi naprzeciw łóżka otworzyły się i do tymczasowej izby chłopca weszli pan Nivalis i Czarny Egzekutor. Jedenastolatek uśmiechnął się na widok znajomych twarzy. Medyk zbadał opatrunek na głowie Anskara a Faren usiadł przy jego łożu.
– Hej, mistrzu małodobry, co cię sprowadza? – zaczął urwis.
Wojownik Letesa po raz pierwszy od dłuższego czasu szczerze się zaśmiał.
– Widzę, że nasz mały bohater ma się dobrze – odparł.
– Pewnie, jestem zdrów jak ryba! No i uratowałem ci skórę, albo raczej głowę. Chyba, że to wszystko był sen.
– Nie śniłeś, naprawdę dzięki tobie żyję. Mam u ciebie dług, mały.
– Bardzo łatwo go spłacisz.
– W jaki sposób?
– Pozwolisz mi zostać twoim giermkiem!
– Wykluczone!
Chłopiec zachichotał.
– Żartuję przecież. Wracam do taty pomagać mu dalej w kuźni.
Faren westchnął. Musiał powiedzieć chłopakowi całą prawdę.
Nadszedł czas wymierzenia sprawiedliwości. Samo południe. Na placu targowym wzniesiono dwie szubienice, wokół których prędko zgromadził się tłum mieszkańców Hegeloru. Strażnicy przyprowadzili skazańców – starszego wioski Etida i kowala Brana. Zawiązano im oczy chustami, rozkazano stanąć na chyboczących się pieńkach, następnie na szyjach mężczyzn zacieśniono pętle z grubego, konopnego sznura. Czarny Egzekutor Faren zaczął przemowę:
– Oto dwie bestie ukrywające się pośród was. Winą jednej są okrutne morderstwa w imię zemsty, winą drugiej bezczynność oraz współodpowiedzialność za męki niewinnej istoty. Tych dwóch złamało prawa Objawionej Prawdy i naturalny porządek rzeczy. Udzielenie im łaski byłoby czynem niewybaczalnym. Za uczynione zło i własną niegodziwość zapłacą życiem. Niech ich dusze odnajdą wieczny spokój za zasłoną śmierci. Na chwałę Świętego Letesa, który jest Wybrańcem, Kościołem i Dobrocią!
– Niech się stanie! – odpowiedzieli chórem wieśniacy.
Spod nóg skazańców usunięto podparcie. Obaj udusili się szybko i przywitali Damę o Kruczych Skrzydłach.
Tłum rozproszył się szybko, a pan Ornedal wraz z pomagierami równie prędko zajęli się ciałami winnych. Faren wypatrzył w tłumie medyka Nivalisa. Zapytał czy doktorowi udało się odnaleźć Anskara, jednak ku wielkiemu rozczarowaniu Egzekutora ten zaprzeczył. Syn kowala uciekł z chaty medyka po usłyszeniu całej prawdy o swym ojcu i przepadł. Kościelny wysłannik zaklął pod nosem. Polecił Nivalisowi szukać dalej, a sam udał się do stajni po swego wałacha.
Ludzie z Hegeloru pożegnali Czarnego Egzekutora gdy dosiadał konia i ruszał dalej. Dostał trochę jedzenia na drogę w ramach podziękowania za ocalenie wioski od zła w podwójnej postaci. Przed opuszczeniem osady poprosił mieszkańców, aby zaopiekowali się Anskarem, jeśli uda się go odnaleźć.
Zmysł Farena już prowadził go na północny wschód, do Dystryktu Ósmego, w którym zła aura nasilała się coraz bardziej.
Kilkadziesiąt kroków od wioski, pod bardzo starym dębem Egzekutor dostrzegł zaginionego chłopca. Siedział skulony, patrząc na horyzont nieobecnym wzrokiem.
– Na co się gapisz? Idź sobie! – odezwał się, pociągając nosem.
– Posłuchaj, Anskar. Ja…
– Zostaw mnie, nie chcę cię znać. Przez ciebie nie mam już nikogo na tym świecie.
– Wracaj do wioski, pan Nivalis cię szuka.
Chłopak nie odpowiedział.
– Twój ojciec był mordercą, tęsknota i pragnienie zemsty zwiodły go na manowce, padł ofiarą przemocy ze strony innych bestii, ale w świetle prawa wciąż drzemało w nim zło. Nie mogłem go uniewinnić. Przepraszam – wyjaśnił Czarny Egzekutor.
– Teraz żałuję, że cię uratowałem – usłyszał w odpowiedzi.
Kolejna „szara” sytuacja, kolejne łowy pozostawiające gorycz w sercu. Nie było sensu dalej rzucać słów w pustkę.
– Żegnaj, mały – rzucił Faren na odchodne, ponaglił swego wałacha i ruszył przed siebie.
Witaj. :)
Dziękuję za uprzedzenie o wulgaryzmach oraz przemocy. :)
Wątpliwości oraz sugestie co do kwestii językowych (zawsze – tylko do przemyślenia):
Chcą wiedzieć (przecinek?) jak zareaguje i co zrobi człowiek, którego wybrali na swego przywódcę.
A ty (przecinek lub myślnik?) co robisz?
Niektórzy klękali, modląc się bełkotliwie (przecinek?) a jeszcze inni spluwali na ziemię, wykonując znak Świętego Letesa.
Na środek piaszczystej drogi wyszedł starszy wioski w towarzystwie dwóch, uzbrojonych w halabardy strażników. – zbędny przecinek?
– Grabarz, pan Ornedal, z pewnością pomoże. Wezwę go natychmiast – Stary Etid przetarł czoło chustką. – Ile nas to będzie kosztować? – błędny zapis dialogu (brak kropki?)
– Co? Oczywiście, że nie! To byli porządni ludzie, moi najlepsi przyjaciele. Przyjaciele całej wioski – Starszy wioski zakasłał, a na jego czole znów perliły się krople potu. – tutaj podobnie?
Proszę zająć się mym ogierem i przygotować skromną wieczerzę (przecinek?) w czasie gdy będę na cmentarzu.
Gapie rozeszli się, kowal zaprowadził wierzchowca Egzekutora do stajni (przecinek?) a starszy wioski przedstawił przybyszowi grabarza.
To (przecinek?) że dzisiaj zamordowano trzecią z nich (i tu?) podpowiedział mi Zmysł.
– Róbcie (i tu?) co mówi, głupcy! – odparł grabarz, przysiadając na pieńku.
– No przecież wiem, ale lubię sobie wyobrażać, że to jakaś straszna poczwara (przecinek?) taka jak w księgach bakałarza Dinkertona.
– Ledwo od ziemi odrósł (przecinek?) a już klnie jak szewc.
Co więcej, wszystkich pozbawiono męskości – zarówno przyrodzenia (przecinek?) jak i jąder.
Morderca albo zabrał je ze sobą (i tu?) albo wyrzucił gdzieś po drodze – zaczął.
– Kiedyś odwiedziłem Enklawę Dawnych Bogów, a konkretnie jej stolicę – Wolne Miasto Zagar. Słyną ze stosowania bardzo surowego kodeksu praw, spisanego jeszcze w czasach starożytnych. – tu nie do końca rozumiem – do czego odnosi się wyraz „słyną”?, bo – jeśli do Zagara – czy tam nie brakuje jeszcze „Ł”?
Szukamy kogoś pochodzącego z Wolnego Miasta lub kogoś (przecinek?) kto je odwiedził, człowieka z łatwym dostępem do ostrych narzędzi, silnego mężczyzny znającego ofiary osobiście.
Jeśli mnie zaatakuje, ostatnią rzeczą, jakiej potrzebuję (przecinek?) jest plączący mi się pod nogami, bezbronny człowiek.
– W porządku, chodź, pokażę ci (przecinek?) na której uliczce mieszka. – nie wiem, czy nie lepiej by brzmiało „przy której”? – do przemyślenia
Otaczała go także dziwna aura: kiedy zapytał o gwałt (przecinek?) przybrała na intensywności, by następnie przygasnąć, ponownie się zmienić i ostatecznie wrócić do pierwotnego stanu.
Powinieneś smacznie spać (i tu?) a nie włóczyć się po wsi.
Robią, (ten przecinek o wyraz dalej?) to co do nich należy – odparł naiwnie Anskar.
Te dwa fragmenty moim zdaniem wykluczają się logicznie:
– Nie mogłem zasnąć, więc wymknąłem się cichaczem z domu, by „zaczerpnąć trochę świeżego powietrza”, jak to mówi bakałarz. Ojciec śpi jak zabity po całym dniu pracy w kuźni. Zobaczyłem, że gdzieś się wybierasz, no i… (…)
Kowala Brana zbudził dźwięk pukania do drzwi. Wstał, okrył się derką, zapalił świecę i zszedł na dół, nie zaglądając nawet do pokoju syna. Pukanie rozległo się ponownie, kowal instynktownie chwycił leżący przy kominku pogrzebacz, lecz kiedy usłyszał głos Anskara, natychmiast wyrzucił narzędzie z rąk i odsunął zasuwę drzwi.
Moja wątpliwość – KTO zasunął od wewnątrz zasuwę, skoro chłopak wymknął się podczas snu ojca?
To bojaźń przed Świętym Letesem (przecinek?) czy może coś więcej?
– Naprawdę nie wiem (przecinek?) kto ich zabił!
Kowal wciąż się denerwował i (i tu?) podobnie jak starszego wioski (i tu?) cechowała go wyjątkowo zmienna aura.
– Bardzo wątpię, to złoty człowiek, naprawdę! I skąd wytrzasnąłeś tę historyjkę? Przegrał wszystko, lecz na długo nim przybył tutaj. Podobno pochodził ze szlacheckiego rodu, ale niestety nie poszczęściło mu się. Dlatego pałał taką nienawiścią do wszelkich gier hazardowych – Barczysty rzemieślnik znów na chwilę utkwił wzrok w podłodze, jak gdyby wyczytał następne pytanie z twarzy Egzekutora. – tu też jest błędny zapis dialogu bez kropki?
– Nie odpowiada się pytaniem na pytanie, drogi kowalu – Strażnik położył dłoń na rękojeści miecza i zmrużył oczy. – tu też?
– Nie wiem, wyszedł chwilę temu. Przysięgam – Bran zacieśnił uchwyt na chowanym za plecami pogrzebaczu. – tutaj także?
– Kłamiesz, to widać. Gadaj albo utnę ci jęzor – Czwórka mężczyzn jednocześnie wyciągnęła broń z pochew. – i tu?
– Nienawidziłem ich (przecinek?) jak wszyscy.
– Trzymałem to przed nim w tajemnicy, nie wiem (i tu?) czy jest gotów poznać całą prawdę, jednakże ty na pewno jesteś.
Wiesz (i tu?) gdzie jest ten hycel? – odparł Joram.
Powiedz nam (przecinek?) gdzie się ukrywa, a odejdziemy w pokoju.
Gadaj (przecinek?) albo utnę ci jęzor (…)
Gdy ten upadł, czwarty strażnik (i tu?) dotychczas stojący w rogu izby (i tu?) zaatakował.
Mimo to ostatni strażnik i tak wrzasnął głośno (i tu?) jakby obdzierano go żywcem ze skóry i zwalił się z impetem na prawy bok.
Nim odwrócił się w stronę kowala Brana, by zapytać (i tu?) czy wszystko w porządku (i tu?) wyprowadzony z wielką siłą cios tępym narzędziem (i tutaj?) ściął go z nóg i pozbawił przytomności.
Obserwował (i tu?) jak tata roztrzaskuje powalonym wartownikom głowy za pomocą pogrzebacza.
Gdyby nie Egzekutor (i tu?) byłoby po mnie.
– Jeśli się ocknie (i tu?) to koniec ze mną i może z tobą też, synu!
Przybył ( tu także?) żeby nam pomóc!
Anskar, odsuń się natychmiast (i tu?) albo dam ci w skórę!
Wziął go na ręce i (przecinek?) nie skupiając się na niczym innym niż chęć uratowania jedynej pociechy, wybiegł z domu w gęstą ciemność nocy.
Nie pozostawiała śladów w umyśle tak (przecinek?) jak starcia z grzechem zanieczyszczonym, skażonym iskrami dobra, w których metoda działania Egzekutorów (i tu?) oparta właśnie na czarno-białej moralności (i tu?) zawodziła.
Ostatnim, co zobaczył przed utratą świadomości (i tu?) była odziana w czarną rękawicę pięść.
– To kowal (przecinek?) a nie rzeźnik, co oznacza, że albo bardzo się pomyliłeś (i tu?) albo próbowałeś mnie oszukać – odrzekł sardonicznie Faren.
Zaczęła krzyczeć i nagle Kalinor łupnął jej w głowę butelką. – czy nie powinno być „ją”?
Dlaczego stałem (przecinek?) jak słup?
Przydzieliłem mu strażników, łudząc się, iż go ochronię, ale niestety on także pożegnał się z tym światem. – Staruszek westchnął ciężko. – tu dla odmiany chyba kropka w dialogu jest zbędna?
„Kościół” w znaczeniu instytucji czasem piszesz małą, a czasem wielką literą – trzeba to ujednolicić, bo niepotrzebnie powstają błędy ortograficzne.
Mam jeszcze wątpliwość – czy dobrze rozumiem: chłopak urodził się przed śmiercią matki, która była jeszcze wtedy nadal narzeczoną kowala?
Po krótkiej chwili rozpoznał, że przebywa w chacie medyka Nivalisa. Chciał podrapać się w głowę, lecz jego dłoń zamiast włosów dotknęła opatrunku. Wspomnienia bólu oraz wydarzeń poprzedniej nocy powracały nieśmiało do jego pamięci. Drzwi naprzeciw łóżka otworzyły się i do tymczasowej izby chłopca weszli pan Novalis i Czarny Egzekutor. Jedenastolatek uśmiechnął się na widok znajomych twarzy. Medyk zbadał opatrunek na głowie Anskara (przecinek?) a Faren usiadł przy jego łożu. – czy tu jest błąd rzeczowy?– przekręcone imię bohatera?
Zapytał (przecinek?) czy doktorowi udało się odnaleźć Anskara, jednak ku wielkiemu rozczarowaniu Egzekutora ten zaprzeczył.
Ludzie z Hegeloru pożegnali Czarnego Egzekutora gdy dosiadał konia i ruszał w dalszą drogę. Dostał trochę jedzenia na drogę w ramach podziękowania za ocalenie wioski od zła w podwójnej postaci. – powtórzenie?
Świetny pomysł i bardzo smutne, makabrycznie ciężkie w treści opowiadanie.
Postać Egzekutora, religia oraz cały nakreślony świat i jego zasady wydają się być znakomitymi punktami wyjściowymi do stworzenia obszernej powieści fantasy. :)
Klik, pozdrawiam serdecznie. :)
Pecunia non olet
Hej, bruce
Przecinkoza jest tu okropna. Nie korzystałem z mojego standardowego „sprawdzacza” interpunkcji i leciałem na czuja, a takie podejście najczęściej kończy się katastrofą. Przynajmniej w moim przypadku.
Moja wątpliwość – KTO zasunął od wewnątrz zasuwę, skoro chłopak wymknął się podczas snu ojca?
W mojej głowie Anskar wymknął się przez okno, lecz zapomniałem to dopisać.
Mam jeszcze wątpliwość – czy dobrze rozumiem: chłopak urodził się przed śmiercią matki, która była jeszcze wtedy nadal narzeczoną kowala?
Oryginalnie było żona, lecz w ostatniej chwili zmieniłem na narzeczoną, bo coś mi nie grało. No i nie zwróciłem uwagi, że tym samym pozbawiam ten wątek sensu. Poprawię,
„Kościół” w znaczeniu instytucji czasem piszesz małą, a czasem wielką literą – trzeba to ujednolicić, bo niepotrzebnie powstają błędy ortograficzne.
Fakt, choć czasem bohaterowie mówią o Kościele jak o jednym z tytułów Świętego Letesa a czasem o instytucji. Przyjrzę się temu raz jeszcze.
Resztę powtórzeń i literówek załatam, może znajdę jeszcze jakieś językowe głupoty nim przybędą regulatorzy.
Dziękuję za poświęcony czas oraz kilka bibliotecznego. Jeśli ta opowieść dobrze się przyjmie, być może pojawią się kolejne :)
Pozdrawiam ciepło!
Trzymam kciuki za kontynuację, na pewno będzie świetna. :)
Pozdrowionka, dzięki wielkie. :)
Pecunia non olet
Całkiem przyjemnie się czytało. Bardzo ciekawie poprowadzone śledztwo. Makabryczna, ale wciągająca historia. Podobały mi się opisy zwłok i scen brutalny scen – bardzo obrazowe, potrafią wzbudzić dyskomfort.
Jedna rzecz mi się rzuciła w oczy:
większa połowa mieszkańców
Połowa nie może być większa. Chyba że celowy zabieg w związku z budową postaci – wtedy nie było tematu.
Pozdrawiam.
Przybyłam Was nawiedzać
Bardzo fajnie się czytało, czekam na resztę ;)
Melendur88
L.Keller
Dziękuję za przeczytanie, czy też nawiedzenie ;}
Makabra i groteska czasem mi wychodzą, choć trochę się obawiałem, iż będzie nazbyt brutalnie. Cieszy mnie, że tak nie jest.
Co do „większej połowy” to faktycznie trochę rzuca się w oczy. Choć w mowie potocznej często słyszę ten zwrot, tutaj chyba nie pasuje. Z drugiej strony pasowałby do wypowiedzi prostego strażnika, ale ostatecznie chyba zostawię „samą” połowę.
Pozdrawaim również!
melendur88
Dzięki za lekturę, super, że się podobało
Na kontynuację pozostawiłem otwartą furtkę, więc teraz tylko należy uzbroić się w cierpliwość :)
choć trochę się obawiałem, iż będzie nazbyt brutalnie. Cieszy mnie, że tak nie jest.
Myślę, że nie, ale jestem chyba najgorszą osobą do oceniania, czy utwór jest zbyt brutalny XD
Przybyłam Was nawiedzać
Czyli albo masz za sobą maratony filmów gore, albo przeczytałaś dużo kryminałów ;)