Rozdział I – Kobieta z grzywką
Dokumenty dotyczące nowej sprawy leżały równo ułożone na biurku, kawa zdążyła wystygnąć, a ja liczyłam minuty do wyjścia. Oficjalnie miałam analizować materiał dowodowy. Nieoficjalnie – sprawdzać to, czego nie dało się zapisać w raporcie. Nagle drzwi mojego biura otworzyły się i do środka wszedł mężczyzna.
– Tobias Reed – przedstawił się. – Twój nowy partner. Przepraszam, że wpadam bez zapowiedzi, ale przyniosłem coś, co z pewnością chciałabyś zobaczyć.
To był obraz. Owinięty w czarny worek, niemal tak, jak przywozi się ciało do kostnicy na sekcję zwłok. Miał w sobie coś podobnego – ciężar nieodwracalności. To był już trzeci portret w tym miesiącu. Każdy znajdowano przy zwłokach, jakby ktoś uznał, że bez niego scena nie byłaby kompletna.
Kiedy przesunęłam palcami po warstwie farby, poczułam to samo co zawsze. Nie strach – gorycz. Tę samą, uparcie powracającą myśl, że można było temu zapobiec. Przy poprzednich portretach wizje przychodziły jak sny: urwane obrazy, cudze emocje, które znikały, gdy tylko odrywałam wzrok. Teraz było inaczej.
– Na pierwszy rzut oka wygląda to na samobójstwo – powiedział Tobias ostrożnie. – Przynajmniej według tego, co mamy teraz.
Nie mówił tego z przekonaniem kogoś, kto zamyka sprawę. Raczej jak ktoś porządkujący fakty.
Spojrzałam na portret. Twarz na płótnie tonęła w rozmytym, białym tle – częściowo zatarta, jakby ktoś w ostatniej chwili próbował ją wymazać. Oczy zasłonięte grzywką, jakby śmierć rzeczywiście nie mogła znaleźć tam spojrzenia, którego szukała. Usta jednak pozostawały nienaruszone. Rozchylone, wilgotne, zbyt żywe.

"Kobieta z grzywką" – Anna Słoncz
Wtedy płótno zadrżało pod moimi palcami krótko i nerwowo. Cofnęłam rękę odruchowo. Serce przyspieszyło, jakby to nie obraz, a ja popełniła błąd. Przy poprzednich portretach nic podobnego się nie działo.
Tobias napiął się i odruchowo poprawił chwyt.
– Chyba źle go trzymałem – powiedział po chwili. – Te ramy są niestabilne. Wszystko w porządku?
Skinęłam głową, choć wcale nie byłam tego pewna.
– Wiesz – odezwał się – takie sprawy nie trafiają się często.
Spojrzałam na niego pytająco.
– Jeśli to faktycznie seria, a wiele na to wskazuje, najważniejsze jest to, że przy każdym ciele znaleziono portret. Oznaczałoby to, że mamy jednego sprawcę – zawahał się na moment. – To może być przełom dla wydziału.
Dla niego – dodałam w myślach.
– I dla ciebie – dorzucił szybko. – Jeśli twoje metody pomogą nam zobaczyć coś, czego nie widać w raportach.
Przez chwilę milczał, jakby nie chciał wywierać presji.
– Nacisk z góry jest spory – powiedział w końcu. – Media już węszyły przy poprzednich przypadkach.
– Czyli chodzi o statystyki? – zapytałam chłodno.
– O spokój – odparł. – I o to, żebyśmy nie wyglądali na ślepych.
Rozdział II – Cienie przeszłości
Wiedzieliśmy już niemal wszystko o dwóch poprzednich zgonach. Ślady skrupulatnie opisano, notatki wetknięto do odpowiednich teczek, a wszystkie szczegóły ułożono w logiczny porządek, który miał udawać sens. W obu przypadkach ofiarami były kobiety, podobne jak teraz – samotne, ciche, ich śmierć uznano za samobójstwo.
Przy każdej z nich znajdowano portret, pozostawiony w miejscu zdarzenia, zachowujący pamięć o ostatnich chwilach życia. Na portretach wyraźne były jedynie twarze. Reszta zlewała się w rozmytą plamę, jakby ktoś chciał zatrzeć każdy szczegół poza nimi. Subtelne cienie powtarzały się w każdym wizerunku, pozostając niezauważone dla innych.
Nie udało się jednak dowieść, że nie były to samobójstwa. Dowody mówiły jedno, a my mówiliśmy drugie, lecz nasze przekonania nie miały wystarczającej wagi, by dalej prowadzić śledztwo. Sprawy zamknięto chłodnym podpisem przełożonego.
A same portrety?
Uznano je za nieistotny zbieg okoliczności – dziwactwo bez znaczenia, które łatwiej było zignorować niż zrozumieć.
Mój ówczesny partner patrzył na te sceny i nie wiedział, co o nich myśleć. Moje wizje przy tamtych sprawach były krótkie, urwane, jakby ktoś wcisnął w moją głowę klatkę z filmu, pokazując ostatnie chwile życia tych kobiet. Czasem czułam zapach świeżej farby, chłód wilgotnej skóry, dudnienie kroków, których nikt nie stawiał. Wszystko to odbijało się na jego psychice.
Nie potrafił pojąć, jak można tak mocno odczuwać obecność śmierci. Stopniowo presja spraw, ich powtarzalność i napięcie związane z niemożnością udowodnienia prawdy stawały się dla niego nie do zniesienia. W końcu opuścił policję, zmęczony ciągłym stresem i poczuciem bezsilności wobec tego, co widział i czego nie dało się wyjaśnić.
Za mną również ciągnęło się to niczym cień, którego nie potrafiłam się pozbyć. Te obrazy. Wciąż miałam je przed oczami, jakby były wyryte pod powiekami. Ludzie, których prawdy o śmierci nigdy nie poznamy.
Tobias podchodził do sprawy inaczej niż mój poprzedni partner. Bez niepokoju, ale też bez lekceważenia. Przeglądał dokumenty metodycznie, strona po stronie, czasem notując coś na marginesie.
– W tych aktach brakuje jednego elementu – powiedział po chwili. – Nikt nie próbował ich zestawić.
Spojrzałam na niego.
– Bo sprawę zamknięto. Oficjalnie nie było do czego wracać.
Skinął głową.
– Wiem. Ale nawet zamknięte sprawy zostawiają po sobie ślady. Trzeba tylko wiedzieć, gdzie patrzeć.
Nie brzmiał jak ktoś, kto wierzy w teorie.
Raczej jak ktoś, kto ufa procesowi.
Moje wizje przy poprzednich portretach były martwe. Pozbawione napięcia. Jak zapis czegoś, co już się wydarzyło i nie miało prawa się zmienić.
Ten nowy obraz był inny.
Czym różniły się tamte portrety od obecnego? Były nieruchome, pozbawione pulsu. Ten zdawał się mieć w sobie coś więcej. Jakby reagował. Jakby czekał.
– Coś cię w nim niepokoi – zauważył Tobias, gdy po raz kolejny zatrzymałam wzrok na reprodukcji.
– Jest… inny – odpowiedziałam ostrożnie.
Nie zaprzeczył. Nie próbował mnie przekonać, że się mylę.
– Może dlatego, że to świeża sprawa – powiedział po chwili. – Emocje jeszcze nie opadły. Zawsze wtedy wszystko wydaje się intensywniejsze.
To brzmiało rozsądnie. Chciałam w to wierzyć.
– Ale jeśli masz rację – dodał – i jeśli coś tu faktycznie się powtarza, to znajdziemy punkt wspólny. Prędzej czy później.
Nie obiecywał cudów. Obiecywał pracę.
Rozdział III – Galeria zbrodni
Powrót do opuszczonego magazynu był dla mnie jak cofnięcie się w czasie. Wszystko stało na swoim miejscu, ale to, co naprawdę ważne, już zniknęło. Betonowa podłoga, zardzewiałe okna, echo własnych kroków. Wszystko wydawało się takie samo, a jednak inne. Powietrze było ciężkie od wilgoci, pachniało stęchlizną, a promienie słońca wpadające przez szpary w oknach tworzyły długie cienie na podłodze. Pośrodku, jak w galerii sztuki, ustawiona była drewniana, stara sztaluga.
– Stała tu od dawna? – spytałam, starając się ocenić, czy dozorcę coś ominęło.
– Nie – odpowiedział, drżąc lekko. – Wchodziłem tu już kilka razy wcześniej, sprawdzałem magazyn, ale nigdy nie było tu niczego takiego. Tego dnia, kiedy znalazłem tę biedną dziewczynę, stojak ustawiony był naprzeciw niej. Wyglądało, jakby ktoś celowo przygotował całą scenę.
– Dziękuję. Jeśli przypomni sobie Pan cokolwiek lub zauważy coś niepokojącego przy kolejnych wizytach, proszę od razu zadzwonić – powiedziałam, wręczając wizytówkę.
Dozorca skinął głową i wyszedł, a magazyn wypełniła cisza.
– Poprzednie sprawy wyglądały podobnie – odezwał się Tobias, przerywając milczenie. – Pozycja ciała, brak śladów walki, ustawienie sztalugi. Schemat ten sam.
Spojrzałam na niego, lekko zaskoczona.
– Skąd wiesz?
Tobias przestąpił z nogi na nogę, sięgając po notes.
– Przejrzałem wszystkie materiały z tamtych spraw. Chciałem wiedzieć, jak podejść do tej. Podobieństwa nie są przypadkowe.
Kolejne trzy godziny spędziliśmy na dokładnym badaniu miejsca zbrodni. Mierzyliśmy odległości, fotografowaliśmy detale, notowaliśmy każdy kąt magazynu. Tobias analizował wszystkie elementy z ostrożnością, która była kluczowa dla całości. Patrzyłam, jak zapisuje pomiary w notesie i poprawia ustawienie lampy. Jego opanowanie było takie, jak u większości doświadczonych detektywów tworzących raport. Spokojne, systematyczne, pewne. Dzięki temu łatwiej mi było skupić się na własnych obserwacjach i wizjach, zamiast dać się przytłoczyć atmosferze miejsca.
Przeglądałam dokumenty, szelest kartek odbijał się echem od betonowych ścian budynku. Nagle poczułam zapach świeżej farby, ostry i duszący, który przyprawił mnie o nagły ból głowy. Przerwałam przeglądanie i odwróciłam się w stronę sztalugi.
I wtedy je zobaczyłam. Na sztaludze pojawiło się nowe, białe płótno, a na nim napis „Chciałam żyć”. Słowa płynęły po powierzchni jak krew w żyłach, powoli rozlewając się i pulsując w rytmie serca, które czułam w sobie.
Moja klatka piersiowa nerwowo unosiła się i opadała. Oddech przyspieszył, a dłonie zrobiły się zimne i wilgotne. Stałam sparaliżowana, wpatrzona w krwistoczerwone słowa. Każdy ruch napisu wydawał się odbijać w moim ciele, w moich myślach, jakby opowiadał historię, którą byłam zobowiązana poznać.
Tobias przyjrzał się płótnu i przez moment zmarszczył brwi, odchylając się lekko do tyłu. Jego oczy zwęziły się na kilka sekund, jakby próbował pojąć, co właśnie zobaczył.
Przygotowaliśmy sprzęt i zaczęliśmy fotografować obraz, starając się uchwycić każdy detal. Jednak zdjęcia wychodziły niewyraźne, rozmyte, jakby sam aparat nie mógł uwiecznić obecności napisu.
– Oświetlenie jest fatalne – stwierdził Tobias. – Wilgoć, kurz… stary budynek zawsze robi takie sztuczki z aparatem. Lepiej zabierzmy je ze sobą.
Ostrożnie zdjęłam obraz ze sztalugi. W tej samej chwili napis zniknął, pozostawiając czystą, śnieżnobiałą powierzchnię. Serce przyspieszyło mi w piersi.
Odwróciłam się zmieszana. Tobias zauważył mój stan i zrobił krok bliżej, z wyraźną troską w spojrzeniu.
– To, co właśnie zobaczyliśmy. Nie do końca rozumiem. Czy przy wcześniejszych sprawach też było coś takiego?
Zawahałam się, próbując zebrać myśli.
– To… skomplikowane – zaczęłam w końcu, próbując ułożyć słowa. – Czasem widziałam obrazy, czasem uczucia. Jakby moja wyobraźnia wchodziła w same zdarzenia i wyłapywała rzeczy, których normalnymi metodami nie dało się znaleźć.
Tobias kiwnął głową, słuchając uważnie.
– Rozumiem – powiedział w końcu. – Nie musisz tłumaczyć wszystkiego od razu. Razem możemy spróbować połączyć twoje wizje z faktami.
Kiwnęłam głową, czując ulgę, że mogę w końcu opowiedzieć o tym, co się działo wcześniej.
– Dobrze – powiedziałam, wciąż czując pulsujące echo słów. – Spróbujmy to połączyć z dowodami, które mamy.
Tobias uśmiechnął się lekko i wrócił do pracy przy sprzęcie. Jego spokój i zwyczajna obecność pozwalały mi choć na chwilę odsunąć lęk i skupić się na śledztwie.
W końcu zgodziliśmy się zrobić przerwę i coś zjeść. Nasze kroki niosły w sobie ciężar dopiero co odkrytej tajemnicy. Zapach świeżej farby mieszał się teraz z ostrym aromatem krwi, stanowił przypomnienie, że ta sprawa wcale nie pozwalała o sobie zapomnieć.
Rozdział IV – Głos akrylu
Minęły trzy tygodnie intensywnych przesłuchań. Rozmawialiśmy z rodziną dziewczyny, jej bliskimi, przyjaciółmi. Każdy wspominał to samo: była skryta, żyła na uboczu, nie miała wrogów, łatwo było ją lubić. W rozmowach często pojawiało się jedno imię: Thomas. Nikt nie potrafił powiedzieć, kim dokładnie był, ani jak wyglądał jego związek z dziewczyną. Thomas pozostawał jedną, wielką niewiadomą. Cieniem w spokojnym, cichym świecie dziewczyny.
Siedziałam sama w swoim biurze, przeglądając dokumenty i notatki. Myśli kłębiły się w głowie, zastanawiałam się, co jeszcze moglibyśmy zrobić, jakie kolejne kroki podjąć, by wyjaśnić sprawę. Co jakiś czas zerkałam na portret. Pomimo że oczy dziewczyny były zasłonięte grzywką, miałam wrażenie, że spogląda na mnie, obserwuje każdy mój ruch.
W końcu wstałam i powolnym krokiem podeszłam bliżej. Uniosłam dłoń w stronę portretu, aż opuszkami palców dotknęłam farby. Chłodna, nieruchoma, a jednak dziwnie pulsująca pod palcami.
– Co się z tobą stało? – wyszeptałam, niemal nieśmiało, jakbym bała się odpowiedzi.
Cisza. A potem pojawiły się pojedyncze słowa: Thomas, dusza, uwięziona.
Coś w tym tonie było błagalne, kruche i jednocześnie niepokojące. Drżałam, słysząc prawdziwy głos, który zdawał się płynąć prosto z farby. Każda sylaba rozmywała fragment twarzy dziewczyny. Patrzyłam, jak grzywka zaczyna rozpuszczać się w bieli, każde następne słowo, które padło, wymazywało część jej istnienia. Moja ciekawość mieszała się ze strachem. Każda odpowiedź mogła być ostatnią.
Nagle do biura wszedł Tobias, w rękach trzymając dwa kubki z kawą.
– Byłem u ciebie, ale cię nie było. – powiedział zmartwionym tonem. – Tak myślałem, że tu jesteś. Jest 3:30, Tessa. Nie przesadzasz?
Spojrzałam na niego, czując, jak słowa wciąż wirują w mojej głowie.
– Tobias – zaczęłam powoli, szukając odpowiedniego zdania – coś się wydarzyło. Obraz… on… odezwał się.
Jego oczy rozszerzyły się lekko, widać było, że próbuje pojąć, co mówię.
– Odezwał się? – powtórzył, jakby niedowierzał w to, co właśnie usłyszał.
– Tak. Mówił pojedyncze słowa. Thomas, dusza, uwięziona. – Mój głos zadrżał, a ręka mimowolnie przesunęła się w stronę portretu.
Tobias spojrzał na niego, a potem na mnie, marszcząc czoło.
– Tessa, obraz to martwa rzecz – powiedział łagodnie. – Wiem, że to brzmi dziwnie, ale zmęczenie potrafi robić zmysłom okrutne rzeczy.
– Może i martwa, ale próbowała mi coś przekazać – wyszeptałam.
– Dobrze – powiedział spokojnie. – Nie wiem, co to oznacza, ale jeśli chcesz, możemy spróbować spisać wszystko, zanim emocje wezmą górę.
Kiwnęłam głową, czując ulgę, że nie ocenia mnie ani nie próbuje wyjaśniać w stylu „to niemożliwe”.
Tobias westchnął, stawiając kubki na biurku.
Usta młodej kobiety z malunku, powoli przybierały coraz głębszy odcień czerwieni, a ich kształt wykrzywiał się w grymas, pokazywała niezadowolenie z wypowiedzianych słów.
Pociągnęłam łyk kawy, ale smak był nijaki. Spojrzałam na Tobiasa – jego opanowana twarz drażniła mnie bardziej niż zmęczenie.
– Tobias, widzisz to? – zapytałam cicho.
Zamiast odpowiedzi, Tobias zbliżył się do mnie i miękko pocałował w usta.
– Widzę – odpowiedział. – Ale myślę, że potrzebujemy odpoczynku. Wrócimy tu później, wypoczęci i spróbujemy wszystko przeanalizować.
Odwrócił się i wyszedł, zostawiając mnie z mieszanką wątpliwości i nieodpartego napięcia.
Nawet nie wiem, jak to się stało, że w tak krótkim czasie zbliżyliśmy się do siebie aż tak bardzo. Każda rozmowa przy zdjęciach i dokumentach, momenty, gdy staliśmy obok siebie nad obrazem, powoli budował między nami niewidzialną nić. Tobias był obok mnie spokojny, opanowany, a ja czułam, jak jego obecność koi mój niepokój i jednocześnie pobudza coś głęboko we mnie. Wszystkie przypadkowe zetknięcia rąk przy kubkach z kawą, spojrzenia pełne zrozumienia, tworzyły napięcie, którego nie dało się zignorować.
Zdałam sobie sprawę, że z Tobiasem jestem bliżej niż kiedykolwiek byłam z kimkolwiek. Nie chodziło tylko o bliskość fizyczną. To, co było między nami, przenikało każdy gest, spojrzenie, milczenie.
Rozdział V – Chwila bez tchu
Usiadłam przy biurku z ciężkim westchnieniem, chcąc znaleźć coś, co do tej pory mi umykało. Cisza w biurze zdawała się sama czekać na odpowiedź.
Jeszcze raz przyjrzałam się zdjęciom ofiary. Zawsze patrzyłam na nie w ten sam sposób, szukając potwierdzenia wersji o samobójstwie. Tym razem zmusiłam się, by spojrzeć inaczej.
Powiększyłam zdjęcie szyi. Ślad był równy. Zbyt równy. Nie było w nim chaosu, żadnych głębokich wżerów ani nieregularnych otarć, które powinny powstać przy zaciśnięciu liny i gwałtownym szarpnięciu spowodowanym ciężarem ciała oraz konwulsyjnymi ruchami.
Po bokach szyi dostrzegłam delikatne zaczerwienienia. Jak po uścisku dłoni.
– Najpierw ją uduszono – powiedziałam cicho do pustego pokoju. – A dopiero potem powieszono.
To nie było samobójstwo.
To była inscenizacja. Ktoś chciał, żebyśmy uwierzyli, że sama wybrała śmierć. Ktoś, komu ufała na tyle, żeby nie krzyczeć od razu.
Poczułam nagły przypływ adrenaliny. Byłam podekscytowana, niemal drżałam z emocji. W końcu coś zaczynało się układać w całość. Każdy detal, który wcześniej umykał, teraz błyszczał przed moimi oczami jak fragment układanki.
Wtedy drzwi skrzypnęły i wszedł Tobias.
– Spójrz na to – powiedziałam, pokazując zdjęcie szyi ofiary.
Wytężył wzrok, pochylając się bliżej.
– Hmm… faktycznie coś tu jest nie tak – powiedział powoli. – Na pierwszy rzut oka wyglądało jak ślad po linie, ale te zaczerwienienia po bokach są dziwne. To może być coś innego.
– Właśnie – przerwałam natychmiast. – Zwróć uwagę na brak nieregularnych wżerów i otarć. To nie lina. To uścisk.
W tej samej chwili drzwi otworzyły się gwałtownie, a do pokoju wszedł policjant, trzymając w dłoniach kopertę.
– Mamy coś nowego – powiedział, kładąc ją na biurku. – Zdjęcia z monitoringu niedaleko domu ofiary, przy restauracji.
Otworzyłam kopertę i zaczęliśmy przeglądać fotografie. Na pierwszych ujęciach z ulicy dość dobrze było widać samą ofiarę – jej sylwetkę, gesty, jak podchodzi do mężczyzny i obejmuje go. Twarz mężczyzny była jednak ukryta pod czapką, co sprawiało, że jego tożsamość pozostawała tajemnicą.
– Ledwie go widać – mruknął Tobias, pochylając się nad zdjęciami.
Przewróciłam kolejne kartki. Tym razem były to wyraźniejsze ujęcia z monitoringu restauracji, bardziej zbliżone. Teraz sylwetki były ostre, twarze częściowo w cieniu, ale na łokciu mężczyzny rzucała się w oczy wyraźna blizna po oparzeniu, która wyglądała na stosunkowo świeżą.
Tobias spojrzał uważnie, milknąc na moment.
Nie tracąc czasu, odwróciłam się do policjanta.
– Sprawdźcie wszystkie szpitale i kliniki w okolicy – powiedziałam bez wahania. – Oparzenia łokcia z ostatniego miesiąca. Każdy przypadek jest ważny, niezależnie od tego, jak drobny.
Policjant kiwnął głową i odszedł.
– To pierwszy realny trop – powiedziałam cicho.
Przez chwilę milczeliśmy.
– Dobrze, że tu jesteś – dodałam.
Spojrzał na mnie uważnie.
– Nie zostawię cię z tym – powiedział, uśmiechając się delikatnie.
Podczas tych słów obraz nagle zadrżał, jakby zaniepokojony złożoną właśnie obietnicą. Wiedziałam, że nie tylko my odczuwamy ciężar tej sprawy. Ona reagowała tak, jakby nadal żyła, a jedynie została uwięziona w płótnie.
Poczułam nagły, lodowaty ucisk na szyi. Z płótna wyłoniły się dłonie, zaciskając się z przerażającą siłą. Oddech uciął się w pół sekundy.
Tobias zareagował instynktownie. Chwycił mnie za ramiona i odciągnął do tyłu, jednocześnie przewracając obraz twarzą do podłogi.
Upadłam na krzesło, łapiąc powietrze, serce waliło mi jak oszalałe.
– Tessa… – powiedział cicho, klękając przede mną. – Już dobrze. Oddychaj.
Z płótna dobiegł chropowaty szept:
– Uważaj.
Podniosłam obraz. Pojawiła się na nim kolejna warstwa bieli.
Tobias przesunął się bliżej, spoglądając na portret z wyraźnym zaniepokojeniem.
– Nie powinnaś zostawać sama z tym obrazem – powiedział powoli. – Lepiej będzie, jeśli wyniesiemy go do archiwum.
Delikatnie dotknął mojego policzka.
– Przy mnie jesteś bezpieczna – dodał ciszej. – I dopilnuję, żeby tak zostało.
Rozdział VI – Portret śmierci
Następnego dnia byłam pewna jednego. Nie mogłam tego tak zostawić.
Postanowiłam wreszcie przedstawić sytuację przełożonemu. Wiedziałam, że śledztwo wkrótce zostanie zamknięte, a sprawa odnotowana jako samobójstwo.
W gabinecie panował pedantyczny porządek. Wszystko na swoim miejscu. Jednak niechętna mina przełożonego nie pasowała do tej perfekcyjnej otoczki. Jego spojrzenie było pełne rezerwy, jakby moja prośba była uciążliwym obowiązkiem.
– Dobrze – powiedział w końcu – ale chcę szczegółowy raport do jutra. Ty i Tobias musicie go przygotować. I rozpocznijcie poszukiwania Thomasa. Potrzebujemy więcej dowodów.
Wyszłam z gabinetu z napięciem i myślą, że muszę jak najszybciej zobaczyć się z Tobiasem.
Wieczorem wyszliśmy do baru. Małego, cichego. Takiego, gdzie ludzie przychodzą zapomnieć, a nie świętować.
– Wyglądasz jakbyś zwyciężyła w maratonie – powiedział, podając mi drinka.
– Raczej dopiero co zaczęła – zaznaczyłam.
Opowiedziałam mu o rozmowie z przełożonym, a on słuchał mnie uważnie przez cały czas.
W połowie drugiego drinka poczułam, jak zmęczenie całego dnia wróciło. Alkohol też zrobił swoje.
– Chyba powinnam wracać – powiedziałam odkładając pustą szklankę. – Jestem wykończona.
– W takim stanie nie powinnaś iść sama, a moje mieszkanie jest bliżej.
Skinęłam głową, wdzięczna, że ktoś w końcu się o mnie troszczy.
W mieszkaniu zrobiło się ciszej, bardziej intymnie. Tobias podszedł i objął mnie.
– Tessa – powiedział nagle. – Zawsze fascynowało mnie, jak potrafisz słuchać sztuki. Obrazy mówią, ale tylko nieliczni potrafią je zrozumieć. Ty nie tylko patrzysz. Ty pozwalasz im żyć.
Nie powiedzieliśmy nic więcej. Wystarczył jeden gest, spojrzenie. Weszliśmy do sypialni, a drzwi zamknęły się za nami, odcinając świat zewnętrzny.
Tam, w półmroku pokoju, poczułam, jak ciepło jego ciała miesza się z moim, a oddechy splatają się w rytmie, który był tylko nasz. Nie myślałam o raportach. Liczyła się tylko chwila, uniesienie, które mnie ogarniało.
Jego dłonie wędrowały po plecach i ramionach, wywołując dreszcz, który przeszył mnie od stóp do głów. Oddałam się chwili, pozwalając emocjom wziąć górę.
Tobias przysunął się jeszcze bliżej. I wtedy, moje oczy przypadkowo zatrzymały się na jego łokciu.
Blizna. Taka sama, jak na zdjęciach.
Dostrzegł to spojrzenie. W jego oczach pojawił się mrok, a uśmiech przybrał cień niepokoju.
– Chyba zobaczyłaś coś, czego nie powinnaś – powiedział spokojnie, ale ton jego głosu sprawił, że zamarłam.
Zaczęłam nerwowo kiwać głową, próbując uspokoić oddech.
– Niczego nie zauważyłam – powiedziałam.
W tej samej chwili Tobias zrobił nagły ruch. Jego dłonie zacisnęły się na mojej szyi. Oddech zaciął się na moment.
Świat wokół zniknął. Czułam siłę uścisku, a jednocześnie kontrolę w jego ruchach
– Tobias – wyszeptałam.
Uśmiechnął się chłodno, niemal szyderczo.
– Tobias? A może Thomas? – powiedział powoli, zaciskając mocniej moją szyję. – Artysta sam wybiera swój pseudonim.
Przerażenie zalało mnie falą gorąca.
– Od początku wiedziałem, że w końcu dojdziesz do prawdy. Chciałem, żebyś była częścią mojej sztuki – głos drżał mu z ekscytacji. – Będziesz najpiękniejsza. Najdoskonalsze pociągnięcie pędzla.
Mój oddech słabł z każdą sekundą, ciemność zaczęła zalewać moją świadomość.
W ostatnich chwilach zobaczyłam na ścianie portrety ze wszystkich trzech spraw. Kobiecie z grzywką łzy spływały po policzkach.
– Ostrzegałam – wyszeptała.
Rozdział VII – Malarz śmierci
Zawsze byłem blisko.
W cieniu. Tuż obok, gdy pochylałaś się nad moimi dziełami, Tesso.
Stałem niedaleko, gdy badałaś ślady. Gdy wpatrywałaś się w portrety dłużej niż inni. Gdy milczałaś, a w twoich oczach pojawiał się ten błysk. Chwila, w której rozumiałaś.
Większość widziała tylko śmierć.
Ty widziałaś kompozycję. Sens. Intencję.
Twój dar był jak lustro. Po raz pierwszy ktoś naprawdę odbijał to, co stworzyłem. Nie odwracałaś wzroku. Nie upraszczałaś. Nie próbowałaś mnie sprowadzić do patologii i raportów.
Patrzyłaś i słuchałaś. Pozwalałem ci się zbliżać.
Pozwalałem, bo fascynowało mnie, jak odczytujesz moje myśli, zanim jeszcze zdążyłem je nazwać. Każda twoja teoria była jak pochwała. Każde trafne spostrzeżenie było, jak ukłon złożony artyście.
Karmiłem się tym powoli. Ostrożnie. Jak czymś świętym.
Wtedy zrozumiałem, że nie możesz skończyć jak inne.
One były tylko materiałem. Ty byłaś odbiorcą. Krytykiem. Wybrańcem.
Stałaś się moją muzą nie dlatego, że byłaś piękna. Ale dlatego, że byłaś godna.
Wiedziałem, że będziesz moim największym dziełem.
W nocy przeniosłem twoje ciało przez ciemne korytarze i schody, a potem wzdłuż pustych ulic. Każdy ruch był dokładnie wyważony. Każdy krok był częścią rytuału. Nie pośpieszałem. Nie mogłem.
Polana przy lesie czekała. Czysta, otoczona drzewami, jakby sama natura znała swój udział w moim planie. Położyłem cię delikatnie na ziemi. Patrzyłem, jak księżyc i cienie liści układają się wokół twojej sylwetki.
Nie było tu miejsca na przypadek.
Podniosłem cię ostrożnie, zawiesiłem na drzewie, tak aby twoje ciało wyglądało, jakby samo wybrało śmierć. Lina opierała się w sposób równy i naturalny. Każdy detal był perfekcyjny.
Stojąc krok w tył, przyglądałem się kompozycji. Tak, to było idealne.
Staniesz się teraz częścią obrazu, którego nikt nie ma prawa zrozumieć tak jak ja.
pędzel sunie po płótnie. Kreślę zarys twojej twarzy z precyzją, na jaką zasługuje tylko arcydzieło. Niczego nie poprawiam. Perfekcja nie wymaga korekty.
Twoje rysy są spokojne. Ukończone.
Las milczy, jakby rozumiał powagę chwili. Każdy cień między drzewami, każdy szelest liści, każdy promień światła tworzy dla ciebie ramę. Wybrałem to miejsce, bo tylko natura była wystarczająco czysta, by unieść ciężar twojej obecności.
Chciałem wydobyć delikatność, którą tak uparcie ukrywałaś pod chłodem profesjonalizmu i twardą psychiką.
Tutaj nie musiałaś już walczyć. Tutaj mogłaś zostać nagrodzona.
Patrzę na wcześniejsze prace i czuję dumę. One były konieczne. Fundamentem. Początkiem drogi.
Ale dopiero ty nadajesz im sens.
Pozostałe muzy były niepełne. Miejsca, w których je tworzyłem, mówiły prawdę o nich samych. Dziewczyna z magazynu była próżna. Pusta. Zasługiwała na kurz i zapomnienie. Jej dusza nie miała wartości ekspozycyjnej.
Ty byłaś inna. Dla ciebie przewidziałem piedestał.
Ludzie dostrzegają piękno w ciałach. Ja dostrzegam je w duszach. W ich pęknięciach.
One czyniły je wyjątkowymi. Twoja czyni cię doskonałą. Rozumiałaś mnie.
Mówiłaś kiedyś, że moje portrety są zbyt ciche. Że coś w nich krzyczy, choć nie wydaje dźwięku. Miałaś rację. To nie obrazy krzyczały.
To dusze, które w nich zamknąłem, w końcu przestawały walczyć.
Ty też już nie walczysz.
Uśmiecham się, bo wiem, że zrobiłem to dobrze. Lepiej niż kiedykolwiek wcześniej.
Gdybyś mogła teraz spojrzeć na swoje odbicie, zrozumiałabyś.
Zawsze rozumiałaś szybciej niż inni.
Twoje miejsce jest na szczycie.
Nie w aktach. Nie w raportach. W mojej galerii.
I kiedy ktoś stanie przed tym portretem i poczuje niepokój, zachwyt albo strach, będzie to znaczyło, że wciąż żyjesz.
A ja? Ja tylko spełniłem swoje powołanie.
Widzę sens tam, gdzie inni widzą chaos. Widzę piękno tam, gdzie inni widzą śmierć. To ja nadaję śmierci znaczenie.
A prawdziwe dzieło sztuki
zawsze
wymaga
ofiary.