- Opowiadanie: betweenthelines - Malarz śmierci

Malarz śmierci

To moje pierw­sze, ofi­cjal­ne opo­wia­da­nie, pew­nie zda­rzą się po­tknię­cia, ale na­praw­dę się przy­kła­da­łam. Mam na­dzie­ję, że pod­czas czy­ta­nia nie będą was boleć oczy ani nie bę­dzie­cie mu­sie­li się­gać po kawę na po­bu­dze­nie. Obie­cu­ję, że nie bę­dzie tak źle!
 

Praca z ele­men­ta­mi fan­ta­sty­ki była dla mnie spo­rym wy­zwa­niem, ale też oka­zją do po­sze­rze­nia swo­ich li­te­rac­kich ho­ry­zon­tów.

 

Pragnę serdecznie podziękować Robert Raks za okazaną pomoc oraz cenne uwagi. Jego wsparcie i uważne spojrzenie mają dla mnie ogromne znaczenie. 


In­spi­ra­cją jest obraz pani Anny Słoncz „Ko­bie­ta z grzyw­ką”, który za­fa­scy­no­wał mnie od pierw­sze­go spoj­rze­nia i stał się punk­tem wyj­ścia do na­pi­sa­nia tego opo­wia­da­nia.

 

Życzę Wam miłej lek­tu­ry!

 

„W sztu­ce i śmier­ci jest coś wspól­ne­go — oba za­trzy­mu­ją czas i dają moż­li­wość spoj­rze­nia w głąb duszy.”

— Chris Car­ter, „Je­stem śmier­cią”

 

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Malarz śmierci

Roz­dział I – Ko­bie­ta z grzyw­ką

Do­ku­men­ty do­ty­czą­ce nowej spra­wy le­ża­ły równo uło­żo­ne na biur­ku, kawa zdą­ży­ła wy­sty­gnąć, a ja li­czy­łam mi­nu­ty do wyj­ścia. Ofi­cjal­nie mia­łam ana­li­zo­wać ma­te­riał do­wo­do­wy. Nie­ofi­cjal­nie – spraw­dzać to, czego nie dało się za­pi­sać w ra­por­cie. Nagle drzwi mo­je­go biura otwo­rzy­ły się i do środ­ka wszedł męż­czy­zna.

– To­bias Reed – przed­sta­wił się. – Twój nowy part­ner. Prze­pra­szam, że wpa­dam bez za­po­wie­dzi, ale przy­nio­słem coś, co z pew­no­ścią chcia­ła­byś zo­ba­czyć.

To był obraz. Owi­nię­ty w czar­ny worek, nie­mal tak, jak przy­wo­zi się ciało do kost­ni­cy na sek­cję zwłok. Miał w sobie coś po­dob­ne­go – cię­żar nie­od­wra­cal­no­ści. To był już trze­ci por­tret w tym mie­sią­cu. Każdy znaj­do­wa­no przy zwło­kach, jakby ktoś uznał, że bez niego scena nie by­ła­by kom­plet­na. 

Kiedy prze­su­nę­łam pal­ca­mi po war­stwie farby, po­czu­łam to samo co za­wsze. Nie strach – go­rycz. Tę samą, upar­cie po­wra­ca­ją­cą myśl, że można było temu za­po­biec. Przy po­przed­nich por­tre­tach wizje przy­cho­dzi­ły jak sny: urwa­ne ob­ra­zy, cudze emo­cje, które zni­ka­ły, gdy tylko od­ry­wa­łam wzrok. Teraz było ina­czej.

– Na pierw­szy rzut oka wy­glą­da to na sa­mo­bój­stwo – po­wie­dział To­bias ostroż­nie. – Przy­naj­mniej we­dług tego, co mamy teraz.

Nie mówił tego z prze­ko­na­niem kogoś, kto za­my­ka spra­wę. Ra­czej jak ktoś po­rząd­ku­ją­cy fakty.

Spoj­rza­łam na por­tret. Twarz na płót­nie to­nę­ła w roz­my­tym, bia­łym tle – czę­ścio­wo za­tar­ta, jakby ktoś w ostat­niej chwi­li pró­bo­wał ją wy­ma­zać. Oczy za­sło­nię­te grzyw­ką, jakby śmierć rze­czy­wi­ście nie mogła zna­leźć tam spoj­rze­nia, któ­re­go szu­ka­ła. Usta jed­nak po­zo­sta­wa­ły nie­na­ru­szo­ne. Roz­chy­lo­ne, wil­got­ne, zbyt żywe.

 

"Ko­bie­ta z grzyw­ką" – Anna Słoncz

 

Wtedy płót­no za­drża­ło pod moimi pal­ca­mi krót­ko i ner­wo­wo. Cof­nę­łam rękę od­ru­cho­wo. Serce przy­spie­szy­ło, jakby to nie obraz, a ja po­peł­ni­ła błąd. Przy po­przed­nich por­tre­tach nic po­dob­ne­go się nie dzia­ło.

To­bias na­piął się i od­ru­cho­wo po­pra­wił chwyt.

– Chyba źle go trzy­ma­łem – po­wie­dział po chwi­li. – Te ramy są nie­sta­bil­ne. Wszyst­ko w po­rząd­ku?

Ski­nę­łam głową, choć wcale nie byłam tego pewna.

– Wiesz – ode­zwał się – takie spra­wy nie tra­fia­ją się czę­sto.

Spoj­rza­łam na niego py­ta­ją­co.

– Jeśli to fak­tycz­nie seria, a wiele na to wska­zu­je, naj­waż­niej­sze jest to, że przy każ­dym ciele zna­le­zio­no por­tret. Ozna­cza­ło­by to, że mamy jed­ne­go spraw­cę – za­wa­hał się na mo­ment. – To może być prze­łom dla wy­dzia­łu.

Dla niego – do­da­łam w my­ślach.

– I dla cie­bie – do­rzu­cił szyb­ko. – Jeśli twoje me­to­dy po­mo­gą nam zo­ba­czyć coś, czego nie widać w ra­por­tach.

Przez chwi­lę mil­czał, jakby nie chciał wy­wie­rać pre­sji.

– Na­cisk z góry jest spory – po­wie­dział w końcu. – Media już wę­szy­ły przy po­przed­nich przy­pad­kach.

– Czyli cho­dzi o sta­ty­sty­ki? – za­py­ta­łam chłod­no.

– O spo­kój – od­parł. – I o to, że­by­śmy nie wy­glą­da­li na śle­pych.

 

Roz­dział II – Cie­nie prze­szło­ści

 Wie­dzie­li­śmy już nie­mal wszyst­ko o dwóch po­przed­nich zgo­nach. Ślady skru­pu­lat­nie opi­sa­no, no­tat­ki we­tknię­to do od­po­wied­nich te­czek, a wszyst­kie szcze­gó­ły uło­żo­no w lo­gicz­ny po­rzą­dek, który miał uda­wać sens. W obu przy­pad­kach ofia­ra­mi były ko­bie­ty, po­dob­ne jak teraz – sa­mot­ne, ciche, ich śmierć uzna­no za sa­mo­bój­stwo.

Przy każ­dej z nich znaj­do­wa­no por­tret, po­zo­sta­wio­ny w miej­scu zda­rze­nia, za­cho­wujący pa­mięć o ostat­nich chwi­lach życia. Na por­tre­tach wy­raź­ne były je­dy­nie twa­rze. Resz­ta zle­wa­ła się w roz­my­tą plamę, jakby ktoś chciał za­trzeć każdy szcze­gół poza nimi. Sub­tel­ne cie­nie po­wta­rza­ły się w każ­dym wi­ze­run­ku, po­zo­sta­jąc nie­zau­wa­żo­ne dla in­nych.

Nie udało się jed­nak do­wieść, że nie były to sa­mo­bój­stwa. Do­wo­dy mó­wi­ły jedno, a my mó­wi­li­śmy dru­gie, lecz nasze prze­ko­na­nia nie miały wy­star­cza­ją­cej wagi, by dalej pro­wa­dzić śledz­two. Spra­wy za­mknię­to chłod­nym pod­pi­sem prze­ło­żo­ne­go. 

A same por­tre­ty?

Uzna­no je za nie­istot­ny zbieg oko­licz­no­ści – dzi­wac­two bez zna­cze­nia, które ła­twiej było zi­gno­ro­wać niż zro­zu­mieć.

Mój ów­cze­sny part­ner pa­trzył na te sceny i nie wie­dział, co o nich my­śleć. Moje wizje przy tam­tych spra­wach były krót­kie, urwa­ne, jakby ktoś wci­snął w moją głowę klat­kę z filmu, po­ka­zu­jąc ostat­nie chwi­le życia tych ko­biet. Cza­sem czu­łam za­pach świe­żej farby, chłód wil­got­nej skóry, dud­nie­nie kro­ków, któ­rych nikt nie sta­wiał. Wszyst­ko to od­bi­ja­ło się na jego psy­chi­ce.

Nie po­tra­fił pojąć, jak można tak mocno od­czu­wać obec­ność śmier­ci. Stop­nio­wo pre­sja spraw, ich po­wta­rzal­ność i na­pię­cie zwią­za­ne z nie­moż­no­ścią udo­wod­nie­nia praw­dy sta­wa­ły się dla niego nie do znie­sie­nia. W końcu opu­ścił po­li­cję, zmę­czo­ny cią­głym stre­sem i po­czu­ciem bez­sil­no­ści wobec tego, co wi­dział i czego nie dało się wy­ja­śnić.

Za mną rów­nież cią­gnę­ło się to ni­czym cień, któ­re­go nie po­tra­fi­łam się po­zbyć. Te ob­ra­zy. Wciąż mia­łam je przed ocza­mi, jakby były wy­ry­te pod po­wie­ka­mi. Lu­dzie, któ­rych praw­dy o śmier­ci nigdy nie po­zna­my.

To­bias pod­cho­dził do spra­wy ina­czej niż mój po­przed­ni part­ner. Bez nie­po­ko­ju, ale też bez lek­ce­wa­że­nia. Prze­glą­dał do­ku­men­ty me­to­dycz­nie, stro­na po stro­nie, cza­sem no­tu­jąc coś na mar­gi­ne­sie.

– W tych ak­tach bra­ku­je jed­ne­go ele­men­tu – po­wie­dział po chwi­li. – Nikt nie pró­bo­wał ich ze­sta­wić.

Spoj­rza­łam na niego.

– Bo spra­wę za­mknię­to. Ofi­cjal­nie nie było do czego wra­cać.

Ski­nął głową.

– Wiem. Ale nawet za­mknię­te spra­wy zo­sta­wia­ją po sobie ślady. Trze­ba tylko wie­dzieć, gdzie pa­trzeć.

Nie brzmiał jak ktoś, kto wie­rzy w teo­rie.

Ra­czej jak ktoś, kto ufa pro­ce­so­wi.

Moje wizje przy po­przed­nich por­tre­tach były mar­twe. Po­zba­wio­ne na­pię­cia. Jak zapis cze­goś, co już się wy­da­rzy­ło i nie miało prawa się zmie­nić.

Ten nowy obraz był inny.

Czym róż­ni­ły się tamte por­tre­ty od obec­ne­go? Były nie­ru­cho­me, po­zba­wio­ne pulsu. Ten zda­wał się mieć w sobie coś wię­cej. Jakby re­ago­wał. Jakby cze­kał.

– Coś cię w nim nie­po­koi – za­uwa­żył To­bias, gdy po raz ko­lej­ny za­trzy­ma­łam wzrok na re­pro­duk­cji.

– Jest… inny – od­po­wie­dzia­łam ostroż­nie.

Nie za­prze­czył. Nie pró­bo­wał mnie prze­ko­nać, że się mylę.

– Może dla­te­go, że to świe­ża spra­wa – po­wie­dział po chwi­li. – Emo­cje jesz­cze nie opa­dły. Za­wsze wtedy wszyst­ko wy­da­je się in­ten­syw­niej­sze.

To brzmia­ło roz­sąd­nie. Chcia­łam w to wie­rzyć.

– Ale jeśli masz rację – dodał – i jeśli coś tu fak­tycz­nie się po­wta­rza, to znaj­dzie­my punkt wspól­ny. Prę­dzej czy póź­niej.

Nie obie­cy­wał cudów. Obie­cy­wał pracę.

 

Roz­dział III – Ga­le­ria zbrod­ni

Po­wrót do opusz­czo­ne­go ma­ga­zy­nu był dla mnie jak cof­nię­cie się w cza­sie. Wszyst­ko stało na swoim miej­scu, ale to, co na­praw­dę ważne, już znik­nę­ło. Be­to­no­wa pod­ło­ga, za­rdze­wia­łe okna, echo wła­snych kro­ków. Wszyst­ko wy­da­wa­ło się takie samo, a jed­nak inne. Po­wie­trze było cięż­kie od wil­go­ci, pach­nia­ło stę­chli­zną, a pro­mie­nie słoń­ca wpa­da­ją­ce przez szpa­ry w oknach two­rzy­ły dłu­gie cie­nie na pod­ło­dze. Po­środ­ku, jak w ga­le­rii sztu­ki, usta­wio­na była drew­nia­na, stara szta­lu­ga.

– Stała tu od dawna? – spy­ta­łam, sta­ra­jąc się oce­nić, czy do­zor­cę coś omi­nę­ło.

– Nie – od­po­wie­dział, drżąc lekko. – Wcho­dzi­łem tu już kilka razy wcze­śniej, spraw­dza­łem ma­ga­zyn, ale nigdy nie było tu ni­cze­go ta­kie­go. Tego dnia, kiedy zna­la­złem tę bied­ną dziew­czy­nę, sto­jak usta­wio­ny był na­prze­ciw niej. Wy­glą­da­ło, jakby ktoś ce­lo­wo przy­go­to­wał całą scenę.

– Dzię­ku­ję. Jeśli przy­po­mni sobie Pan co­kol­wiek lub za­uwa­ży coś nie­po­ko­ją­ce­go przy ko­lej­nych wi­zy­tach, pro­szę od razu za­dzwo­nić – po­wie­dzia­łam, wrę­cza­jąc wi­zy­tów­kę.

Do­zor­ca ski­nął głową i wy­szedł, a ma­ga­zyn wy­peł­ni­ła cisza.

– Po­przed­nie spra­wy wy­glą­da­ły po­dob­nie – ode­zwał się To­bias, prze­ry­wa­jąc mil­cze­nie. – Po­zy­cja ciała, brak śla­dów walki, usta­wie­nie szta­lu­gi. Sche­mat ten sam.

Spoj­rza­łam na niego, lekko za­sko­czo­na.

– Skąd wiesz?

To­bias prze­stą­pił z nogi na nogę, się­ga­jąc po notes.

– Przej­rza­łem wszyst­kie ma­te­ria­ły z tam­tych spraw. Chcia­łem wie­dzieć, jak po­dejść do tej. Po­do­bień­stwa nie są przy­pad­ko­we.

Ko­lej­ne trzy go­dzi­ny spę­dzi­li­śmy na do­kład­nym ba­da­niu miej­sca zbrod­ni. Mie­rzy­li­śmy od­le­gło­ści, fo­to­gra­fo­wa­li­śmy de­ta­le, no­to­wa­li­śmy każdy kąt ma­ga­zy­nu. To­bias ana­li­zo­wał wszyst­kie ele­menty z ostroż­no­ścią, która była klu­czo­wa dla ca­ło­ści. Pa­trzy­łam, jak za­pi­su­je po­mia­ry w no­te­sie i po­pra­wia usta­wie­nie lampy. Jego opa­no­wa­nie było takie, jak u więk­szo­ści do­świad­czo­nych de­tek­ty­wów two­rzą­cych ra­port. Spo­koj­ne, sys­te­ma­tycz­ne, pewne. Dzię­ki temu ła­twiej mi było sku­pić się na wła­snych ob­ser­wa­cjach i wi­zjach, za­miast dać się przy­tło­czyć at­mos­fe­rze miej­sca.

Prze­glą­da­łam do­ku­men­ty, sze­lest kar­tek od­bi­jał się echem od be­to­no­wych ścian bu­dyn­ku.  Nagle po­czu­łam za­pach świe­żej farby, ostry i du­szą­cy, który przy­pra­wił mnie o nagły ból głowy. Prze­rwa­łam prze­glą­da­nie i od­wró­ci­łam się w stro­nę szta­lu­gi.

I wtedy je zo­ba­czy­łam. Na szta­lu­dze po­ja­wi­ło się nowe, białe płót­no, a na nim napis „Chcia­łam żyć”. Słowa pły­nę­ły po po­wierzch­ni jak krew w ży­łach, po­wo­li roz­le­wa­jąc się i pul­su­jąc w ryt­mie serca, które czu­łam w sobie.

Moja klat­ka pier­sio­wa ner­wo­wo uno­si­ła się i opa­da­ła. Od­dech przy­spie­szył, a dło­nie zro­bi­ły się zimne i wil­got­ne. Sta­łam spa­ra­li­żo­wa­na, wpa­trzo­na w krwi­sto­czer­wo­ne słowa. Każdy ruch na­pi­su wy­da­wał się od­bi­jać w moim ciele, w moich my­ślach, jakby opo­wia­dał hi­sto­rię, którą byłam zo­bo­wią­za­na po­znać.

To­bias przyj­rzał się płót­nu i przez mo­ment zmarsz­czył brwi, od­chy­la­jąc się lekko do tyłu. Jego oczy zwę­zi­ły się na kilka se­kund, jakby pró­bo­wał pojąć, co wła­śnie zo­ba­czył.

Przy­go­to­wa­li­śmy sprzęt i za­czę­li­śmy fo­to­gra­fo­wać obraz, sta­ra­jąc się uchwy­cić każdy detal. Jed­nak zdję­cia wy­cho­dzi­ły nie­wy­raź­ne, roz­my­te, jakby sam apa­rat nie mógł uwiecz­nić obec­no­ści na­pi­su.

– Oświe­tle­nie jest fa­tal­ne – stwier­dził To­bias. – Wil­goć, kurz… stary bu­dy­nek za­wsze robi takie sztucz­ki z apa­ra­tem. Le­piej za­bierz­my je ze sobą.

Ostroż­nie zdję­łam obraz ze szta­lu­gi. W tej samej chwi­li napis znik­nął, po­zo­sta­wia­jąc czy­stą, śnież­no­bia­łą po­wierzch­nię. Serce przy­spie­szy­ło mi w pier­si.

Od­wró­ci­łam się zmie­sza­na. To­bias za­uwa­żył mój stan i zro­bił krok bli­żej, z wy­raź­ną tro­ską w spoj­rze­niu.

 – To, co wła­śnie zo­ba­czy­li­śmy. Nie do końca ro­zu­miem. Czy przy wcze­śniej­szych spra­wach też było coś ta­kie­go?

Za­wa­ha­łam się, pró­bu­jąc ze­brać myśli.

– To… skom­pli­ko­wa­ne – za­czę­łam w końcu, pró­bu­jąc uło­żyć słowa. – Cza­sem wi­dzia­łam ob­ra­zy, cza­sem uczu­cia. Jakby moja wy­obraź­nia wcho­dzi­ła w same zda­rze­nia i wy­ła­py­wa­ła rze­czy, któ­rych nor­mal­ny­mi me­to­da­mi nie dało się zna­leźć.

To­bias kiw­nął głową, słu­cha­jąc uważ­nie.

– Ro­zu­miem – po­wie­dział w końcu. – Nie mu­sisz tłu­ma­czyć wszyst­kie­go od razu. Razem mo­że­my spró­bo­wać po­łą­czyć twoje wizje z fak­ta­mi.

Kiw­nę­łam głową, czu­jąc ulgę, że mogę w końcu opo­wie­dzieć o tym, co się dzia­ło wcze­śniej.

– Do­brze – po­wie­dzia­łam, wciąż czu­jąc pul­su­ją­ce echo słów. – Spró­buj­my to po­łą­czyć z do­wo­da­mi, które mamy.

To­bias uśmiech­nął się lekko i wró­cił do pracy przy sprzę­cie. Jego spo­kój i zwy­czaj­na obec­ność po­zwa­la­ły mi choć na chwi­lę od­su­nąć lęk i sku­pić się na śledz­twie.

W końcu zgo­dzi­li­śmy się zro­bić prze­rwę i coś zjeść. Nasze kroki nio­sły w sobie cię­żar do­pie­ro co od­kry­tej ta­jem­ni­cy. Za­pach świe­żej farby mie­szał się teraz z ostrym aro­ma­tem krwi, sta­no­wił przy­po­mnie­nie, że ta spra­wa wcale nie po­zwa­la­ła o sobie za­po­mnieć.

 

Roz­dział IV – Głos akry­lu

Mi­nę­ły trzy ty­go­dnie in­ten­syw­nych prze­słu­chań. Roz­ma­wia­li­śmy z ro­dzi­ną dziew­czy­ny, jej bli­ski­mi, przy­ja­ciół­mi. Każdy wspo­mi­nał to samo: była skry­ta, żyła na ubo­czu, nie miała wro­gów, łatwo było ją lubić. W roz­mo­wach czę­sto po­ja­wia­ło się jedno imię: Tho­mas. Nikt nie po­tra­fił po­wie­dzieć, kim do­kład­nie był, ani jak wy­glą­dał jego zwią­zek z dziew­czy­ną. Tho­mas po­zo­sta­wał jedną, wiel­ką nie­wia­do­mą. Cie­niem w spo­koj­nym, ci­chym świe­cie dziew­czy­ny.

Sie­dzia­łam sama w swoim biu­rze, prze­glą­da­jąc do­ku­men­ty i no­tat­ki. Myśli kłę­bi­ły się w gło­wie, za­sta­na­wia­łam się, co jesz­cze mo­gli­by­śmy zro­bić, jakie ko­lej­ne kroki pod­jąć, by wy­ja­śnić spra­wę. Co jakiś czas zer­ka­łam na por­tret. Po­mi­mo że oczy dziew­czy­ny były za­sło­nię­te grzyw­ką, mia­łam wra­że­nie, że spo­glą­da na mnie, ob­ser­wu­je każdy mój ruch.

W końcu wsta­łam i po­wol­nym kro­kiem po­de­szłam bli­żej. Unio­słam dłoń w stro­nę por­tre­tu, aż opusz­ka­mi pal­ców do­tknę­łam farby. Chłod­na, nie­ru­cho­ma, a jed­nak dziw­nie pul­su­ją­ca pod pal­ca­mi.

– Co się z tobą stało? – wy­szep­ta­łam, nie­mal nie­śmia­ło, jak­bym bała się od­po­wie­dzi.

Cisza. A potem po­ja­wi­ły się po­je­dyn­cze słowa: Tho­mas, dusza, uwię­zio­na.

Coś w tym tonie było bła­gal­ne, kru­che i jed­no­cze­śnie nie­po­ko­ją­ce. Drża­łam, sły­sząc praw­dzi­wy głos, który zda­wał się pły­nąć pro­sto z farby. Każda sy­la­ba roz­my­wa­ła frag­ment twa­rzy dziew­czy­ny. Pa­trzy­łam, jak grzyw­ka za­czy­na roz­pusz­czać się w bieli, każde na­stęp­ne słowo, które padło, wy­ma­zy­wa­ło część jej ist­nie­nia. Moja cie­ka­wość mie­sza­ła się ze stra­chem. Każda od­po­wiedź mogła być ostat­nią.

Nagle do biura wszedł To­bias, w rę­kach trzy­ma­jąc dwa kubki z kawą.

– Byłem u cie­bie, ale cię nie było. – po­wie­dział zmar­twio­nym tonem. – Tak my­śla­łem, że tu je­steś. Jest 3:30, Tessa. Nie prze­sa­dzasz?

Spoj­rza­łam na niego, czu­jąc, jak słowa wciąż wi­ru­ją w mojej gło­wie.

– To­bias – za­czę­łam po­wo­li, szu­ka­jąc od­po­wied­nie­go zda­nia – coś się wy­da­rzy­ło. Obraz… on… ode­zwał się.

Jego oczy roz­sze­rzy­ły się lekko, widać było, że pró­bu­je pojąć, co mówię.

– Ode­zwał się? – po­wtó­rzył, jakby nie­do­wie­rzał w to, co wła­śnie usły­szał.

– Tak. Mówił po­je­dyn­cze słowa. Tho­mas, dusza, uwię­zio­na. – Mój głos za­drżał, a ręka mi­mo­wol­nie prze­su­nę­ła się w stro­nę por­tre­tu.

To­bias spoj­rzał na niego, a potem na mnie, marsz­cząc czoło.

– Tessa, obraz to mar­twa rzecz – po­wie­dział ła­god­nie. – Wiem, że to brzmi dziw­nie, ale zmę­cze­nie po­tra­fi robić zmy­słom okrut­ne rze­czy.

– Może i mar­twa, ale pró­bo­wa­ła mi coś prze­ka­zać – wy­szep­ta­łam.

– Do­brze – po­wie­dział spo­koj­nie. – Nie wiem, co to ozna­cza, ale jeśli chcesz, mo­że­my spró­bo­wać spi­sać wszyst­ko, zanim emo­cje wezmą górę.

Kiw­nę­łam głową, czu­jąc ulgę, że nie oce­nia mnie ani nie pró­bu­je wy­ja­śniać w stylu „to nie­moż­li­we”. 

To­bias wes­tchnął, sta­wia­jąc kubki na biur­ku.

Usta mło­dej ko­bie­ty z ma­lun­ku, po­wo­li przy­bie­ra­ły coraz głęb­szy od­cień czer­wie­ni, a ich kształt wy­krzy­wiał się w gry­mas, po­ka­zy­wa­ła nie­za­do­wo­le­nie z wy­po­wie­dzia­nych słów.

Po­cią­gnę­łam łyk kawy, ale smak był ni­ja­ki. Spoj­rza­łam na To­bia­sa – jego opa­no­wa­na twarz draż­ni­ła mnie bar­dziej niż zmę­cze­nie.

– To­bias, wi­dzisz to? – za­py­ta­łam cicho.

Za­miast od­po­wie­dzi, To­bias zbli­żył się do mnie i mięk­ko po­ca­ło­wał w usta.

– Widzę – od­po­wie­dział. – Ale myślę, że po­trze­bu­je­my od­po­czyn­ku. Wró­ci­my tu póź­niej, wy­po­czę­ci i spró­bu­je­my wszyst­ko prze­ana­li­zo­wać.

Od­wró­cił się i wy­szedł, zo­sta­wia­jąc mnie z mie­szan­ką wąt­pli­wo­ści i nie­od­par­te­go na­pię­cia.

Nawet nie wiem, jak to się stało, że w tak krót­kim cza­sie zbli­ży­li­śmy się do sie­bie aż tak bar­dzo. Każda roz­mo­wa przy zdję­ciach i do­ku­men­tach, mo­men­ty, gdy sta­li­śmy obok sie­bie nad ob­ra­zem, po­wo­li bu­do­wał mię­dzy nami nie­wi­dzial­ną nić. To­bias był obok mnie spo­koj­ny, opa­no­wa­ny, a ja czu­łam, jak jego obec­ność koi mój nie­po­kój i jed­no­cze­śnie po­bu­dza coś głę­bo­ko we mnie. Wszyst­kie przy­pad­ko­we ze­tknię­cia rąk przy kub­kach z kawą, spoj­rze­nia pełne zro­zu­mie­nia, two­rzy­ły na­pię­cie, któ­re­go nie dało się zi­gno­ro­wać.

Zda­łam sobie spra­wę, że z To­bia­sem je­stem bli­żej niż kie­dy­kol­wiek byłam z kim­kol­wiek. Nie cho­dzi­ło tylko o bli­skość fi­zycz­ną. To, co było mię­dzy nami, prze­ni­ka­ło każdy gest, spoj­rze­nie, mil­cze­nie.

 

Roz­dział V – Chwi­la bez tchu

Usia­dłam przy biur­ku z cięż­kim wes­tchnie­niem, chcąc zna­leźć coś, co do tej pory mi umy­ka­ło. Cisza w biu­rze zda­wa­ła się sama cze­kać na od­po­wiedź.

Jesz­cze raz przyj­rza­łam się zdję­ciom ofia­ry. Za­wsze pa­trzy­łam na nie w ten sam spo­sób, szu­ka­jąc po­twier­dze­nia wer­sji o sa­mo­bój­stwie. Tym razem zmu­si­łam się, by spoj­rzeć ina­czej.

Po­więk­szy­łam zdję­cie szyi. Ślad był równy. Zbyt równy. Nie było w nim cha­osu, żad­nych głę­bo­kich wże­rów ani nie­re­gu­lar­nych otarć, które po­win­ny po­wstać przy za­ci­śnię­ciu liny i gwał­tow­nym szarp­nię­ciu spo­wo­do­wa­nym cię­ża­rem ciała oraz kon­wul­syj­ny­mi ru­cha­mi.

Po bo­kach szyi do­strze­głam de­li­kat­ne za­czer­wie­nie­nia. Jak po uści­sku dłoni.

– Naj­pierw ją udu­szo­no – po­wie­dzia­łam cicho do pu­ste­go po­ko­ju. – A do­pie­ro potem po­wie­szo­no.

To nie było sa­mo­bój­stwo.

To była in­sce­ni­za­cja. Ktoś chciał, że­by­śmy uwie­rzy­li, że sama wy­bra­ła śmierć. Ktoś, komu ufała na tyle, żeby nie krzy­czeć od razu.

Po­czu­łam nagły przy­pływ ad­re­na­li­ny. Byłam pod­eks­cy­to­wa­na, nie­mal drża­łam z emo­cji. W końcu coś za­czy­na­ło się ukła­dać w ca­łość. Każdy detal, który wcze­śniej umy­kał, teraz błysz­czał przed moimi ocza­mi jak frag­ment ukła­dan­ki.

Wtedy drzwi skrzyp­nę­ły i wszedł To­bias.

– Spójrz na to – po­wie­dzia­łam, po­ka­zu­jąc zdję­cie szyi ofia­ry.

Wy­tę­żył wzrok, po­chy­la­jąc się bli­żej.

– Hmm… fak­tycz­nie coś tu jest nie tak – po­wie­dział po­wo­li. – Na pierw­szy rzut oka wy­glą­da­ło jak ślad po linie, ale te za­czer­wie­nie­nia po bo­kach są dziw­ne. To może być coś in­ne­go.

– Wła­śnie – prze­rwa­łam na­tych­miast. – Zwróć uwagę na brak nie­re­gu­lar­nych wże­rów i otarć. To nie lina. To uścisk.

W tej samej chwi­li drzwi otwo­rzy­ły się gwał­tow­nie, a do po­ko­ju wszedł po­li­cjant, trzy­ma­jąc w dło­niach ko­per­tę.

– Mamy coś no­we­go – po­wie­dział, kła­dąc ją na biur­ku. – Zdję­cia z mo­ni­to­rin­gu nie­da­le­ko domu ofia­ry, przy re­stau­ra­cji.

Otwo­rzy­łam ko­per­tę i za­czę­li­śmy prze­glą­dać fo­to­gra­fie. Na pierw­szych uję­ciach z ulicy dość do­brze było widać samą ofia­rę – jej syl­wet­kę, gesty, jak pod­cho­dzi do męż­czy­zny i obej­mu­je go. Twarz męż­czy­zny była jed­nak ukry­ta pod czap­ką, co spra­wia­ło, że jego toż­sa­mość po­zo­sta­wa­ła ta­jem­ni­cą.

– Le­d­wie go widać – mruk­nął To­bias, po­chy­la­jąc się nad zdję­cia­mi.

Prze­wró­ci­łam ko­lej­ne kart­ki. Tym razem były to wy­raź­niej­sze uję­cia z mo­ni­to­rin­gu re­stau­ra­cji, bar­dziej zbli­żo­ne. Teraz syl­wet­ki były ostre, twa­rze czę­ścio­wo w cie­niu, ale na łok­ciu męż­czy­zny rzu­ca­ła się w oczy wy­raź­na bli­zna po opa­rze­niu, która wy­glą­da­ła na sto­sun­ko­wo świe­żą.

To­bias spoj­rzał uważ­nie, milk­nąc na mo­ment.

Nie tra­cąc czasu, od­wró­ci­łam się do po­li­cjan­ta.

– Sprawdź­cie wszyst­kie szpi­ta­le i kli­ni­ki w oko­li­cy – po­wie­dzia­łam bez wa­ha­nia. – Opa­rze­nia łok­cia z ostat­nie­go mie­sią­ca. Każdy przy­pa­dek jest ważny, nie­za­leż­nie od tego, jak drob­ny.

Po­li­cjant kiw­nął głową i od­szedł.

– To pierw­szy re­al­ny trop – po­wie­dzia­łam cicho.

Przez chwi­lę mil­cze­li­śmy.

– Do­brze, że tu je­steś – do­da­łam.

Spoj­rzał na mnie uważ­nie.

– Nie zo­sta­wię cię z tym – po­wie­dział, uśmie­cha­jąc się de­li­kat­nie.

Pod­czas tych słów obraz nagle za­drżał, jakby za­nie­po­ko­jo­ny zło­żo­ną wła­śnie obiet­ni­cą. Wie­dzia­łam, że nie tylko my od­czu­wa­my cię­żar tej spra­wy. Ona re­ago­wa­ła tak, jakby nadal żyła, a je­dy­nie zo­sta­ła uwię­zio­na w płót­nie.

Po­czu­łam nagły, lo­do­wa­ty ucisk na szyi. Z płót­na wy­ło­ni­ły się dło­nie, za­ci­ska­jąc się z prze­ra­ża­ją­cą siłą. Od­dech uciął się w pół se­kun­dy.

To­bias za­re­ago­wał in­stynk­tow­nie. Chwy­cił mnie za ra­mio­na i od­cią­gnął do tyłu, jed­no­cze­śnie prze­wra­ca­jąc obraz twa­rzą do pod­ło­gi.

Upa­dłam na krze­sło, ła­piąc po­wie­trze, serce wa­li­ło mi jak osza­la­łe.

– Tessa… – po­wie­dział cicho, klę­ka­jąc przede mną. – Już do­brze. Od­dy­chaj.

Z płót­na do­biegł chro­po­wa­ty szept:

– Uwa­żaj.

Pod­nio­słam obraz. Po­ja­wi­ła się na nim ko­lej­na war­stwa bieli.

To­bias prze­su­nął się bli­żej, spo­glą­da­jąc na por­tret z wy­raź­nym za­nie­po­ko­je­niem.

– Nie po­win­naś zo­sta­wać sama z tym ob­ra­zem – po­wie­dział po­wo­li. – Le­piej bę­dzie, jeśli wy­nie­sie­my go do ar­chi­wum.

De­li­kat­nie do­tknął mo­je­go po­licz­ka.

– Przy mnie je­steś bez­piecz­na – dodał ci­szej. – I do­pil­nu­ję, żeby tak zo­sta­ło.

 

Roz­dział VI – Por­tret śmier­ci

Na­stęp­ne­go dnia byłam pewna jed­ne­go. Nie mo­głam tego tak zo­sta­wić.

Po­sta­no­wi­łam wresz­cie przed­sta­wić sy­tu­ację prze­ło­żo­ne­mu. Wie­dzia­łam, że śledz­two wkrótce zo­stanie za­mknię­te, a spra­wa od­no­to­wa­na jako sa­mo­bój­stwo.

W ga­bi­ne­cie pa­no­wał pe­dan­tycz­ny po­rzą­dek. Wszyst­ko na swoim miej­scu. Jed­nak nie­chęt­na mina prze­ło­żo­ne­go nie pa­so­wa­ła do tej per­fek­cyj­nej otocz­ki. Jego spoj­rze­nie było pełne re­zer­wy, jakby moja proś­ba była uciąż­li­wym obo­wiąz­kiem.

– Do­brze – po­wie­dział w końcu – ale chcę szcze­gó­ło­wy ra­port do jutra. Ty i To­bias mu­si­cie go przy­go­to­wać. I roz­pocz­nij­cie po­szu­ki­wa­nia Tho­ma­sa. Po­trze­bu­je­my wię­cej do­wo­dów.

Wy­szłam z ga­bi­ne­tu z na­pię­ciem i myślą, że muszę jak naj­szyb­ciej zo­ba­czyć się z To­bia­sem.

Wie­czo­rem wy­szli­śmy do baru. Ma­łe­go, ci­che­go. Ta­kie­go, gdzie lu­dzie przy­cho­dzą za­po­mnieć, a nie świę­to­wać.

– Wy­glą­dasz jak­byś zwy­cię­ży­ła w ma­ra­to­nie – po­wie­dział, po­da­jąc mi drin­ka.

– Ra­czej do­pie­ro co za­czę­ła – za­zna­czy­łam.

Opo­wie­dzia­łam mu o roz­mo­wie z prze­ło­żo­nym, a on słu­chał mnie uważ­nie przez cały czas.

W po­ło­wie dru­gie­go drin­ka po­czu­łam, jak zmę­cze­nie ca­łe­go dnia wró­ci­ło. Al­ko­hol też zro­bił swoje.

– Chyba po­win­nam wra­cać – po­wie­dzia­łam od­kła­da­jąc pustą szklan­kę. – Je­stem wy­koń­czo­na.

– W takim sta­nie nie po­win­naś iść sama, a moje miesz­ka­nie jest bli­żej.

Ski­nę­łam głową, wdzięcz­na, że ktoś w końcu się o mnie trosz­czy.

W miesz­ka­niu zro­bi­ło się ci­szej, bar­dziej in­tym­nie. To­bias pod­szedł i objął mnie.

– Tessa – po­wie­dział nagle. – Za­wsze fa­scy­no­wa­ło mnie, jak po­tra­fisz słu­chać sztu­ki. Ob­ra­zy mówią, ale tylko nie­licz­ni po­tra­fią je zro­zu­mieć. Ty nie tylko pa­trzysz. Ty po­zwa­lasz im żyć.

Nie po­wie­dzie­li­śmy nic wię­cej. Wy­star­czył jeden gest, spoj­rze­nie. We­szli­śmy do sy­pial­ni, a drzwi za­mknę­ły się za nami, od­ci­na­jąc świat ze­wnętrz­ny.

Tam, w pół­mro­ku po­ko­ju, po­czu­łam, jak cie­pło jego ciała mie­sza się z moim, a od­de­chy spla­ta­ją się w ryt­mie, który był tylko nasz. Nie my­śla­łam o ra­por­tach. Li­czy­ła się tylko chwi­la, unie­sie­nie, które mnie ogar­nia­ło.

Jego dło­nie wę­dro­wa­ły po ple­cach i ra­mio­nach, wy­wo­łu­jąc dreszcz, który prze­szył mnie od stóp do głów. Od­da­łam się chwi­li, po­zwa­la­jąc emo­cjom wziąć górę.

To­bias przy­su­nął się jesz­cze bli­żej. I wtedy, moje oczy przy­pad­ko­wo za­trzy­mały się na jego łok­ciu.

Bli­zna. Taka sama, jak na zdję­ciach.

Do­strzegł to spojrzenie. W jego oczach po­ja­wił się mrok, a uśmiech przy­brał cień nie­po­ko­ju.

– Chyba zo­ba­czy­łaś coś, czego nie po­win­naś – po­wie­dział spo­koj­nie, ale ton jego głosu spra­wił, że za­mar­łam.

Za­czę­łam ner­wo­wo kiwać głową, pró­bu­jąc uspo­ko­ić od­dech.

– Ni­cze­go nie za­uwa­ży­łam – po­wie­dzia­łam.

W tej samej chwi­li To­bias zro­bił nagły ruch. Jego dło­nie za­ci­snę­ły się na mojej szyi. Oddech za­ciął się na mo­ment.

Świat wokół znik­nął. Czu­łam siłę uści­sku, a jed­no­cze­śnie kon­tro­lę w jego ru­chach

– To­bias – wy­szep­ta­łam.

Uśmiech­nął się chłod­no, nie­mal szy­der­czo.

– To­bias? A może Tho­mas? – po­wie­dział po­wo­li, za­ci­ska­jąc moc­niej moją szyję. – Ar­ty­sta sam wy­bie­ra swój pseu­do­nim.

Prze­ra­że­nie za­la­ło mnie falą go­rą­ca.

– Od po­cząt­ku wie­dzia­łem, że w końcu doj­dziesz do praw­dy. Chcia­łem, żebyś była czę­ścią mojej sztu­ki – głos drżał mu z eks­cy­ta­cji. – Bę­dziesz naj­pięk­niej­sza. Naj­do­sko­nal­sze po­cią­gnię­cie pędz­la.

Mój od­dech słabł z każdą se­kun­dą, ciem­ność za­czę­ła za­le­wać moją świa­do­mość.

W ostat­nich chwi­lach zo­ba­czy­łam na ścia­nie por­tre­ty ze wszyst­kich trzech spraw. Ko­bie­cie z grzyw­ką łzy spły­wa­ły po po­licz­kach.

– Ostrze­ga­łam – wy­szep­ta­ła.

 

Roz­dział VII – Ma­larz śmier­ci

Za­wsze byłem bli­sko.

W cie­niu. Tuż obok, gdy po­chy­la­łaś się nad moimi dzie­ła­mi, Tesso.

Sta­łem nie­da­le­ko, gdy ba­da­łaś ślady. Gdy wpa­try­wa­łaś się w por­tre­ty dłu­żej niż inni. Gdy mil­cza­łaś, a w two­ich oczach po­ja­wiał się ten błysk. Chwi­la, w któ­rej ro­zu­mia­łaś.

Więk­szość wi­dzia­ła tylko śmierć.

Ty wi­dzia­łaś kom­po­zy­cję. Sens. In­ten­cję.

Twój dar był jak lu­stro. Po raz pierw­szy ktoś na­praw­dę od­bi­jał to, co stwo­rzy­łem. Nie od­wra­ca­łaś wzro­ku. Nie uprasz­cza­łaś. Nie pró­bo­wa­łaś mnie spro­wa­dzić do pa­to­lo­gii i ra­por­tów.

Pa­trzy­łaś i słu­cha­łaś. Po­zwa­la­łem ci się zbli­żać.

Po­zwa­la­łem, bo fa­scy­no­wa­ło mnie, jak od­czy­tu­jesz moje myśli, zanim jesz­cze zdą­ży­łem je na­zwać. Każda twoja teo­ria była jak po­chwa­ła. Każde traf­ne spo­strze­że­nie było, jak ukłon zło­żo­ny ar­ty­ście.

Kar­mi­łem się tym po­wo­li. Ostroż­nie. Jak czymś świę­tym.

Wtedy zro­zu­mia­łem, że nie mo­żesz skoń­czyć jak inne.

One były tylko ma­te­ria­łem. Ty byłaś od­bior­cą. Kry­ty­kiem. Wy­brań­cem.

Sta­łaś się moją muzą nie dla­te­go, że byłaś pięk­na. Ale dla­te­go, że byłaś godna.

Wie­dzia­łem, że bę­dziesz moim naj­więk­szym dzie­łem.

W nocy prze­nio­słem twoje ciało przez ciem­ne ko­ry­ta­rze i scho­dy, a potem wzdłuż pu­stych ulic. Każdy ruch był do­kład­nie wy­wa­żo­ny. Każdy krok był czę­ścią ry­tu­ału. Nie po­śpie­sza­łem. Nie mo­głem.

Po­la­na przy lesie cze­ka­ła. Czy­sta, oto­czo­na drze­wa­mi, jakby sama na­tu­ra znała swój udział w moim pla­nie. Po­ło­ży­łem cię de­li­kat­nie na ziemi. Pa­trzy­łem, jak księ­życ i cie­nie liści ukła­da­ją się wokół two­jej syl­wet­ki.

Nie było tu miej­sca na przy­pa­dek.

Pod­nio­słem cię ostroż­nie, za­wie­si­łem na drze­wie, tak aby twoje ciało wy­glą­da­ło, jakby samo wy­bra­ło śmierć. Lina opie­ra­ła się w spo­sób równy i na­tu­ral­ny. Każdy detal był per­fek­cyj­ny.

Sto­jąc krok w tył, przy­glą­da­łem się kom­po­zy­cji. Tak, to było ide­al­ne.

Sta­niesz się teraz czę­ścią ob­ra­zu, któ­re­go nikt nie ma prawa zro­zu­mieć tak jak ja.

pę­dzel sunie po płót­nie. Kre­ślę zarys two­jej twa­rzy z pre­cy­zją, na jaką za­słu­gu­je tylko ar­cy­dzie­ło. Ni­cze­go nie po­pra­wiam. Per­fek­cja nie wy­ma­ga ko­rek­ty.

Twoje rysy są spo­koj­ne. Ukoń­czo­ne.

Las mil­czy, jakby ro­zu­miał po­wa­gę chwi­li. Każdy cień mię­dzy drze­wa­mi, każdy sze­lest liści, każdy pro­mień świa­tła two­rzy dla cie­bie ramę. Wy­bra­łem to miej­sce, bo tylko na­tu­ra była wy­star­cza­ją­co czy­sta, by unieść cię­żar two­jej obec­no­ści.

Chcia­łem wy­do­być de­li­kat­ność, którą tak upar­cie ukry­wa­łaś pod chło­dem pro­fe­sjo­na­li­zmu i twar­dą psy­chi­ką.

Tutaj nie mu­sia­łaś już wal­czyć. Tutaj mo­głaś zo­stać na­gro­dzo­na.

Pa­trzę na wcze­śniej­sze prace i czuję dumę. One były ko­niecz­ne. Fun­da­men­tem. Po­cząt­kiem drogi.

Ale do­pie­ro ty na­da­jesz im sens.

Po­zo­sta­łe muzy były nie­peł­ne. Miej­sca, w któ­rych je two­rzy­łem, mó­wi­ły praw­dę o nich sa­mych. Dziew­czy­na z ma­ga­zy­nu była próż­na. Pusta. Za­słu­gi­wa­ła na kurz i za­po­mnie­nie. Jej dusza nie miała war­to­ści eks­po­zy­cyj­nej.

Ty byłaś inna. Dla cie­bie prze­wi­dzia­łem pie­de­stał.

Lu­dzie do­strze­ga­ją pięk­no w cia­łach. Ja do­strze­gam je w du­szach. W ich pęk­nię­ciach.

One czy­ni­ły je wy­jąt­ko­wy­mi. Twoja czyni cię do­sko­na­łą. Ro­zu­mia­łaś mnie.

Mó­wi­łaś kie­dyś, że moje por­tre­ty są zbyt ciche. Że coś w nich krzy­czy, choć nie wy­da­je dźwię­ku. Mia­łaś rację. To nie ob­ra­zy krzy­cza­ły.

To dusze, które w nich za­mkną­łem, w końcu prze­sta­wa­ły wal­czyć.

Ty też już nie wal­czysz.

Uśmie­cham się, bo wiem, że zro­bi­łem to do­brze. Le­piej niż kie­dy­kol­wiek wcze­śniej.

Gdy­byś mogła teraz spoj­rzeć na swoje od­bi­cie, zro­zu­mia­ła­byś.

Za­wsze ro­zu­mia­łaś szyb­ciej niż inni.

Twoje miej­sce jest na szczy­cie.

Nie w ak­tach. Nie w ra­por­tach. W mojej ga­le­rii.

I kiedy ktoś sta­nie przed tym por­tre­tem i po­czu­je nie­po­kój, za­chwyt albo strach, bę­dzie to zna­czy­ło, że wciąż ży­jesz.

A ja? Ja tylko speł­ni­łem swoje po­wo­ła­nie.

Widzę sens tam, gdzie inni widzą chaos. Widzę pięk­no tam, gdzie inni widzą śmierć. To ja na­da­ję śmier­ci zna­cze­nie.

 

A praw­dzi­we dzie­ło sztu­ki

za­wsze

wy­ma­ga

ofia­ry.

Koniec

Komentarze

Po pierwsze – gratuluję portalowego debiutu.

Opowiadanie z pewnością ma w sobie coś, choć nie do końca przypadło mi do gustu.

To co mnie troszkę męczyło, to pewna maniera językowa autorki.

I tu ważna uwaga – nie twierdzę, że tak jest – ale miałem wrażenie, że w czasie pisania tego utworu była (nad-)-używana sztuczna inteligencja.

Owszem, może to być zupełnie błędne wrażenie – ale niestety utrzymywało się ono we mnie podczas całej lektury.

Z czego ono wynika? Jak wspomniałem – z powtarzalnych, charakterystycznych dla AI konstrukcji.

Oczywiście to wcale nie musi być Sztuczna Inteligencja – możliwe, że autorka rzeczywiście sama tak pisze – dopiero co wczoraj rozmawiałem z kolegą, troszkę się zżymając na to, że dziś nie można napisać w tekście “podsumowując” – bo się od razu zostanie uznanym za SI, ani na przykład “to nie jest szczypiorek, to szczypior” – bo takie zabiegi retoryczne dla sztucznej inteligencji są bardzo charakterystyczne.

 

To nie tak, że mnie zęby bolą. Nie zasypiałem też przy tekście. Ale jednak – męczyło i nurzyło mnie stosowanie w kółko tych samych konstrukcji językowych. Język powinien żyć, styl powinien płynąć – idealny styl to taki, którego się zarazem – nie zauważa, a jednocześnie – gdy przystanie się na chwilę, zastanowi nad nim, to ujawnia swoje piękno i niezwykłość.

Tak – to pewnego rodzaju sprzeczność – bo styl powinien być przezroczysty i niewidoczny, a jednocześnie – powinien być charakterystyczny i unikalny.

 

I tego tu właśnie nie ma. Zdania są okrągłe. Są poprawne. Są dobrze ułożone, jedne za drugimi…

Ale jednocześnie – czuć w nich sztuczność, pracę bardziej algorytmu niż człowieka.

I nie, SI nie musiało tu palców mieszać – po prostu autorka mogła mieć w głowie takie sposób tworzenia zdań.

 

Chwilowo uciekam stąd – ale wrócę jeszcze z kolejnym komentarzem – później.

 

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Jim, wiesz co? Jest mi po prostu przykro. Spędziłam sporo czasu przy pisaniu tego tekstu. Jest to mój debiut. Nie mam doświadczenia w pisaniu. Jeśli coś brzmi sztucznie, to może dlatego, że zawodowo między innymi odpisuje na opinie ludzi i muszę robić to profesjonalnie, czasem wręcz sztucznie. Jestem świadoma, że w niektórych miejscach pewnie ta maniera się wkradła.

Ale nie, nie korzystałam z AI, zresztą tekst był tez w becie i myślę, że Robert potwierdzi ile zmian było. Oskarżenie mnie o to, odebrało mi sporo motywacji do pisania. A już tak się cieszyłam, że mogę być nie tylko częścią grupy czytając, ale też publikując coś swojego, co wcale nie było dla mnie łatwe. Może to był błąd. Dzięki za komentarz mimo wszystko. 

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

Nowa Fantastyka