- Opowiadanie: Bolly - Nie jestem szaleńcem

Nie jestem szaleńcem

Krótkie opowiadanie zainspirowane moimi koszmarami. Ilustracje do tekstu zostały wygenerowane za pomocą Nano Banana Pro. Serdeczne podziękowania dla Samuela Zeya za betę.

Dyżurni:

regulatorzy, adamkb, homar, vyzart

Biblioteka:

maciekzolnowski

Oceny

Nie jestem szaleńcem

Diagnoza brzmi: ostre i przemijające zaburzenia psychotyczne. Nagłe, krótkotrwałe epizody intensywnych omamów i urojeń zdarzają się czasami ludziom zasadniczo zdrowym, zwykle pod wpływem silnego stresu lub środków odurzających – tłumaczył lekarz, nieudolnie starając się mnie pocieszyć. Ale ja nie doświadczyłem żadnego wstrząsu, nigdy nie używałem też narkotyków, na których obecność zresztą kilkakrotnie testowano mnie w szpitalu.

Moja niezachwiana wiara, że to, co przeżyłem, wydarzyło się naprawdę, jest w oczach psychiatrów, mojej rodziny i znajomych przejawem i dowodem szaleństwa, lecz jeśli za kryterium obłędu uznamy nieliczenie się z rzeczywistością, to nie ja, ale wszyscy wokół mnie poszaleli. Wyszedłem przecież z domu gładko ogolony, a kiedy godzinę później znaleziono mnie na rogu Różanej i Okulickiego, byłem zarośnięty niczym bezdomny. Kilku świadków zeznało również, że zmaterializowałem się tam na ich oczach wprost z powietrza, jednak ich relację zignorowano, bo było to łatwiejsze niż zmierzenie się z niewygodnymi faktami.

Ale od początku. Równo trzy miesiące temu, w ciepłą, czerwcową niedzielę, wyszedłem rano do „Tabakierki” po papierosy dla żony. Ostre słońce raziło w oczy, mrugałem więc dużo i często. Kiedy w pewnym momencie, przymknąwszy powieki, otworzyłem je ponownie, zdębiałem, zorientowałem się bowiem, że nie mam pojęcia, gdzie się znajduję. Nie chodzi o to, że zbłądziłem – w niewytłumaczalny sposób zostałem przeniesiony w miejsce całkowicie mi obce. Przypominało ono rozległą, pustą plażę z pomarańczowym piaskiem, z jednej strony odgraniczoną niewysokim klifem, z drugiej zaś obmywaną atramentowymi wodami oceanu. Niebo nade mną miało barwę krwi, a wiszące na nim obłoki pyszniły się różnymi odcieniami purpury. Najbardziej jednak uderzyło mnie, jak strasznie było tam cicho. Nie słyszałem poświstu morskiej bryzy ani skrzeczenia mew, nawet fale uderzały o brzeg bezgłośnie. W tej martwej, przerażającej ciszy rozlegało się, niczym młot, coraz szybsze bicie mojego własnego serca.

„Nie, to niemożliwe. To się nie dzieje naprawdę” – pomyślałem, przełykając z wysiłkiem ślinę. Długo stałem bez ruchu w tym niesamowitym, odrealnionym krajobrazie, bojąc się choćby wziąć głębszy oddech, gdy wtem coś zimnego musnęło mój policzek. Odskoczywszy jak oparzony, spostrzegłem tuż obok wiszące w powietrzu dziwne stworzenie, przypominające nieco rybę z rozdziawionym szeroko pyskiem. Miało podłużne, bocznie spłaszczone ciało, pokryte srebrzystą łuską, pozbawione było jednak płetw. Nie stwierdziłem też u niego żadnych skrzydeł, a mimo to latało, to wznosząc się, to znów opadając leniwie, i przypatrując mi się wyłupiastymi, mętnymi, przywodzącymi na myśl dwa ohydne pęcherze oczyma. Po chwili nie wiadomo skąd zjawiło się tych istot jeszcze kilka, a wszystkie krążyły ciekawie dookoła mnie, niespodziewanego intruza w ich cichym świecie.

Nagle do moich uszu dotarł złowieszczy syk i wszystkie latające „ryby” czmychnęły naraz w jednym kierunku. Popatrzyłem w przeciwną stronę i włos zjeżył mi się na głowie, plażą sunęła bowiem płynąca w powietrzu gigantyczna meduza. Z ogromnego, półprzezroczystego klosza zwieszały się aż do ziemi wstęgi cienkich, wielobarwnych parzydełek, na których od czasu do czasu błyskały krótkie wyładowania podobne do tych, jakie towarzyszą śmierci komarów od elektrycznej łapki owadobójczej. Zdawszy sobie sprawę, że każdy taki rozbłysk to schwytana przez monstrum „ryba”, przerażony zacząłem rozglądać się za jakąś kryjówką.

Wspomniałem wcześniej, że plaża świeciła pustkami, lecz nie była to do końca prawda. O kilka, najwyżej kilkanaście kroków leżała na piasku wywrócona do góry dnem drewniana łódź, która, choć podziurawiona i spróchniała, mogła zapewnić mi jako taką osłonę przed śmiercionośnymi parzydełkami potwora. Niewiele myśląc, dopadłem jej, wczołgałem się pod czarny, cuchnący stęchlizną kadłub i skulony, kiwając się w przód i w tył, przystąpiłem do recytowania szeptem wszystkich modlitw, jakie tylko byłem w stanie sobie przypomnieć. Nigdy nie byłem człowiekiem szczególnie religijnym, jednak w owej chwil modliłem się żarliwiej niż niejeden święty. Syczenie stawało się coraz bliższe i głośniejsze, by następnie zacząć się oddalać. Wyjrzawszy ostrożnie przez otwór w poszyciu, przekonałem się, że meduza minęła mnie i powędrowała dalej wzdłuż plaży, lecz nie odważyłem się wyjść na zewnątrz, dopóki bestia nie zmalała do ledwie widocznej plamki na widnokręgu.

Gdy niebezpieczeństwo minęło, mogłem wreszcie spokojnie pomyśleć, gdzie właściwie się znalazłem i co mam robić dalej. Do głowy niemal od razu przyszła mi znana z programów popularnonaukowych i filmów science fiction teoria równoległych wymiarów, światów, które istnieją obok naszego, a czasem się z nim przenikają. Jako nastolatek czytałem pewną książkę o zjawiskach nadprzyrodzonych, w której opisywano tajemnicze zniknięcia ludzi – od pojedynczych osób do całego legionu rzymskiego – sugerując, że mogli oni przypadkiem przedostać się do innego wymiaru. Ciarki przeszły mi po plecach, gdy wyobraziłem sobie, że i ja trafiłem do innej rzeczywistości, w której mógłbym utknąć do końca moich dni, nie widząc już nigdy mojej ukochanej żony i dzieci. Raz jeszcze rozejrzałem się uważnie dookoła, lecz nie dostrzegłem śladu jakiegokolwiek portalu czy też wrót prowadzących do mojego świata. Mając do wyboru: zostać na miejscu i czekać, aż wielka meduza powróci, albo udać się na rekonesans w głąb lądu, wybrałem tę drugą opcję i ruszyłem przez piaski w stronę klifu z nadzieją, że niebawem spotkam na swojej drodze jakichś ludzi, od których zdołam uzyskać pomoc.

Kiedy stanąłem na szczycie skarpy, z mojej piersi dobyło się westchnienie rozczarowania, gdyż dalej krajobraz niewiele się różnił. Jak okiem sięgnąć rozpościerała się przede mną piaszczysta pustynia, z rzadka tylko porośnięta zeschłą trawą. Tu i ówdzie majaczyły w oddali zarysy różnokształtnych formacji skalnych, lecz nigdzie nie było widać ludzkich siedzib. Cokolwiek podupadły na duchu poszedłem przed siebie, kierując się na najbliższą skałę. Był to potężny monolit z ziejącym w nim wejściem do jaskini, w której coś lśniło bladym, zielonkawym blaskiem.

„Nie powinienem się tam zapuszczać. Kto wie, co tam czyha” – pomyślałem, zaglądając trwożliwie w głąb tunelu. Bijąca z niego wilgoć, przypominająca mi, że do przeżycia będę potrzebował wody, okazała się jednak wystarczającą zachętą, bym wbrew zdrowemu rozsądkowi wszedł do środka. Przemierzając ciągnący się w nieskończoność korytarz, przekonałem się, że źródłem owej upiornej fosforescencji, dzięki której widziałem wszystko dookoła jak na dłoni, był jakiś rodzaj alg pokrywających skalne ściany. Wreszcie dotarłem do obszernej pieczary, pośrodku której wyrastał, niczym antyczna kolumna, wąski słup wody. Nie mam tu bynajmniej na myśli, że wytryskiwała ona z ziemi pod ciśnieniem – jakaś przedziwna, nieznana fizyce siła wyciągała ją z niej, tworząc odwrócony wodospad. Popatrzywszy w górę, z wrażenia aż otworzyłem usta, tam, gdzie powinno znajdować się skalne sklepienie jaskini, ujrzałem bowiem ciemną, połyskliwą taflę niewielkiego jeziora.

Przestraszony, że cała ta masa wody, trzymająca się sufitu Bóg wie w jaki sposób, lada moment runie mi na głowę, natychmiast rzuciłem się do ucieczki. W panice musiałem jednak wbiec do innego tunelu niż ten, którym przyszedłem, ponieważ wypadłem na zewnątrz w miejscu, z którego nie było widać morza, a jedynie bezkres pustyni. Odzyskawszy dech, zacząłem przeczesywać wzrokiem widnokrąg w poszukiwaniu nowego celu wędrówki. Niebawem dostrzegłem pięć odcinających się na tle czerwonego nieba smukłych kształtów, w których resztki nadziei kazały mi upatrywać struktur stworzonych przez człowieka. Z braku lepszego pomysłu postanowiłem udać się w ich kierunku.

Z domu wyszedłem bez zegarka i telefonu, nie umiem więc określić, jak długo maszerowałem wytrwale przez pomarańczowe piaski, nie czując zmęczenia, głodu ani pragnienia, kiedy jednak potarłem w pewnej chwili policzek, zauważyłem, że w zastraszającym tempie rośnie mi broda. Czas musiał w tym świecie płynąć inaczej niż w naszym, nierównomiernie oddziałując na moje procesy fizjologiczne. Zagadkowe struktury rosły w oczach, coraz wyższe i posępniejsze. W miarę jak się do nich zbliżałem, stopniowo opanowywało mnie uczucie niepokoju, którego nie umiałem sobie wyjaśnić, dopóki nie zrozumiałem, że one także poruszają się w moją stronę. W końcu znalazłem się dostatecznie blisko, by móc w nich rozpoznać dziwaczne, wielopiętrowe konstrukcje przywodzące na myśl średniowieczne wieże oblężnicze, wykonane, jak początkowo sądziłem, z drewna i metalu. Nie miały widocznych kół, a mimo to bez wątpienia sunęły naprzód, pozostawiając w piaszczystym gruncie szerokie wyżłobienia. Z bijącym sercem zastąpiłem drogę jednej z nich.

– Halo! Jest tam kto? – zawołałem, wymachując rękami, by zwrócić na siebie uwagę. W odpowiedzi z wieży rozległ się głuchy pomruk, na dźwięk którego po plecach przeszedł mi zimny dreszcz. Widocznie próbując mnie wyminąć, istota – nagle pojąłem bowiem, że mam do czynienia nie z kierowaną przez ukrytą załogę machiną, lecz z żywym stworzeniem – wykonała zbyt gwałtowny zwrot i przechyliła się niebezpiecznie, po czym runęła, wzniecając tumany pyłu. Cudem tylko zdołałem uniknąć zmiażdżenia, byłem jednak zbyt oszołomiony tym, co się stało, by docenić, jakie miałem szczęście. Kiedy kurzawa opadła, ujrzałem, że imitujący drewno kadłub wieży pękł na dwoje, a ze środka wypływają hektolitry czarnej jak smoła cieczy oraz gorące, pulsujące wnętrzności. Przejęty wstrętem i zgrozą, zacisnąłem powieki i pognałem na ślepo nie wiadomo gdzie, byle z dala od tych wyniosłych nomadów pustyni, tak potężnych, a zarazem przerażająco bezbronnych.

Biegłem i biegłem bez opamiętania, gdy wtem ziemia pode mną zatrzęsła się raptownie. Piasek zaczął uciekać mi spod nóg, osypując się do powstających tu i ówdzie szczelin, sprawiając, że z trudem utrzymywałem równowagę. Wkrótce kawał pustyni zmienił się w rój zawieszonych w powietrzu skalistych wysepek nie większych od mojej sypialni, ja zaś zostałem uwięziony na jednej z nich. Przywarłszy całym ciałem do podłoża, wyjrzałem poza krawędź wyspy, by przekonać się, że w dole zieje otchłań czerwona jak niebo nade mną. Nie miałem dokąd uciekać; cały świat skurczył się dla mnie do tego okruchu skały.

Nagle, jak na komendę, wszystkie lewitujące skrawki lądu zaczęły się odwracać. Płaska jak stół powierzchnia mojej wysepki stała się stromą pochylnią, po której zjeżdżałem ku złowrogiej czeluści, zdzierając paznokcie do krwi. Wnet z krzykiem poszybowałem w dół. Spadałem, mógłbym przysiąc, długie godziny, podczas których strach ustąpił miejsca dojmującej bezradności i rozpaczy. Zdążyłem oswoić się z myślą, że wbrew swojej woli będę podróżował tak przez pustkę, aż zestarzeję się i umrę, gdy niespodziewanie zobaczyłem oślepiający błysk i w oczach mi pociemniało. Poczułem, że leżę na twardym bruku, a wokół mnie rozlegają się zwykłe hałasy ulicy.

To, co wydarzyło się później, pamiętam jak przez mgłę. Przerażone okrzyki ludzi, syreny policji i karetki pogotowia, obserwacja w szpitalu, rozmowy z lekarzami i psychologiem. Potem przyszła diagnoza – diagnoza, która na zawsze zmieniła moje życie.

Przylgnęła do mnie łatka szaleńca. Z przyjaciela, męża i ojca stałem się w oczach bliskich tykającą bombą, człowiekiem nieobliczalnym, który w każdej chwili może znów popaść w obłęd. Ale ja wiem swoje i nic nie skłoni mnie do wyrzeczenia się przekonania, że nasz świat jest tylko jednym z dziesiątków, setek, a może i miliardów istniejących równolegle. Obowiązują w nich inne prawa fizyki, a życie, jeśli się rozwinęło, wygląda zupełnie inaczej. Możecie wierzyć lub nie, lecz gdzieś tam, obok nas, niewidoczne i niewyczuwalne, choć równie rzeczywiste jak ja i wy, przemykają latające rybopodobne dziwolągi, a nomadyczne wieże niestrudzenie wędrują przez pustynię pod krwawym niebem zasnutym fioletowymi chmurami.

Koniec

Komentarze

Siema, Bolly

Ależ mi się to podobało. Na początku moją uwagę przykuły ilustracje i byłem pod wrażeniem, że są wygenerowane, ponieważ efekty pociągnięć pędzla i faktury, wprowadziły mnie w błąd. O, zgrozo! Jednak nie obawiam się, że artyści odłożą pędzle. Ale muszę przyznać, że jestem pod wrażeniem, ponieważ nie są to wygłaskane rysuneczki, generowane nieudolnie przez AI. Najchętniej te wszystkie generatory wysłałbym w kosmos :-) 

Przejdę do treści. 

Świetne opowiadanie. Przypomniało mi po części opowiadanie Irvinga: Rip Van Winkle. Teoria z wieloświatami jest interesująca i jak widać świetnie to wykorzystałeś. Nie przeszkadza mi zupełnie, że tak naprawdę nic więcej nie wiem na temat rzeczywistości, w którą wpadł bohater… w sensie skąd coś się wzięło i czym jest. Barwny plastyczny język i bardzo dobry warsztat – za to wielki plus. Troszkę też zaleciało Lovecraftem, ale również to mocna strona opowiadania. 

Klik!

Pozdrawiam

Dziękuję za komentarz i klik, Heskecie!

 

Troszkę też zaleciało Lovecraftem, ale również to mocna strona opowiadania.

Miło, że to zauważyłeś, bo istotnie starałem się nawiązać do jednego z opowiadań Lovecrafta – “Z otchłani” (“From Beyond”).

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Niesamowicie przyjemne opowiadanie, urzeka już od pierwszych zdań. W szczególności podobały mi się opisy otoczenia i istot.

Jeżeli miałabym się do czegoś przyczepić

mi obce i nieznane

Czy to nie synonimy?

Pozdrawiam.

Przybyłam Was nawiedzać

Warsztat masz, klimat masz, język masz – wszystko zdaje się być na miejscu, więc klikam na Bibę. :) 

Ilustracje – na plus. Robią dobrą robotę.

Tutaj nie wszyscy lubią, jak opowiada się sny, ale co z tego – inspirować się można wszystkim.

L.Keller, Maćku – dziękuję za słowa uznania.

 

Czy to nie synonimy?

Trafne spostrzeżenie. Może wywalę jedno z tych określeń albo zastąpię je innym.

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Hm.

 

Fabuła jest szczątkowa nawet jak na szorta – owszem, rzeczy się dzieją, ale większość z to epizody bez żadnych konsekwencji, po powrocie narratora do normalnego świata wszystko zostaje niejako wymazane – nie ma znaczenia, czy w obcym świecie widzieliśmy żywe wieże czy całkiem coś innego. Co gorsza, zasadniczo wiemy z góry, że tak będzie.

 

Strachu też nie mogę powiedzieć, żebym się najadł. Istoty spotkane w równoległym świecie nie wydają się szczególnie groźnie. Jakby, owszem: elektryczna meduza latająca, ale ona nas nie atakuje a nie wydaje się nawet nas zauważyć.

 

Tak że jest tu parę fajnych opisów i ogólnie widzę tu poprawny tekst, ale nie mogę niestety powiedzieć, żeby miał na dłużej zostać w mojej pamięci.

 

Pozdrawiam!

Dlaczemu nasz język jest taki ciężki

Czołem!

Wątek szaleństwa i światów równoległych poruszasz dość pobieżnie i niezbyt rozbudowujesz. To nie porywa, ale chyba nie o to chodzi.

Natomiast oddanie świata ala ze snu – płynnie zmieniających się, zupełnie innych od siebie obrazów, wyszło świetnie. Coś takiego niczym w Alicji w Krainie Czarów – ni to sen, ni świat równoległy. Ciekawe.

Pozdrawiam!

Witaj. :)

Ja też miewam rozmaite sny, lecz na szczęście nigdy nie są aż tak straszliwe. :) Piękna opowieść, pełna zaskoczeń i tajemnic. :) Ilustracje dodały jej smaczku, brawa! :)

Mignęło mi nieco powtórzeń (formy czasownika “być”, “sobie”, “mój/moja” itp.), ale skupiłam się nade wszystko na śledzeniu niesamowitych losów bohatera. :) W sumie wypada mu jedynie współczuć – mało nie padł na zawał, a tu go jeszcze oskarżają o wariactwo… :)

Klik, pozdrawiam serdecznie. :) 

Pecunia non olet

Dziękuję za komentarze – te przychylne i te bardziej umiarkowane. yes

Rozdzióbią nas kruki, wrony i ptaki ciernistych krzewów.

Nowa Fantastyka