- Opowiadanie: JacekW_BB - Bez znaczenia (początek powieści)

Bez znaczenia (początek powieści)

Ilan jest tylko trybem w wielkiej machinie podboju. Dowodzi armiami, zmienia losy królestw, a mimo to wierzy, że mógłby zostać zastąpiony przez kogokolwiek innego i że jego decyzje nie mają znaczenia. „Człowiek bez znaczenia" to mroczna, refleksyjna opowieść o władzy i odpowiedzialności, historia o tym, czy brak wyboru naprawdę zwalnia z odpowiedzialności - i czy historia kiedykolwiek toczy się sama, bez udziału jednostek. To powieść dla tych, którzy lubią fantasy stawiające trudne pytania i zostawiające czytelnika z niepokojącą myślą: a jeśli to właśnie „bez znaczenia" ludzie decydują o wszystkim?I

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Bez znaczenia (początek powieści)

Rozdział I

Codziennie musiał patrzeć na kaźń. Przyzwyczaił się już do krzyków, a właściwie niemal zwierzęcych wrzasków ofiar siepaczy. Kałuże krwi, przez które kroczył, nie robiły na nim wrażenia. Nawet nadepnięcie na coś miękkiego, co wydawało wtedy obrzydliwe mlaśnięcie, przestało pobudzać wyobraźnie. Wzrok konających, którym bebechy wyciągnięto na wierzch? Wiesz mi, po pewnym czasie i na to człowiek wzrusza tylko ramionami i odpowiada mętnym spojrzeniem.

Gwałcone kobiety? Cóż, on sam nie dałby radę w takich warunkach chędożyć, ale skoro inni to lubili? Jego podwładni musieli otrzymywać jakąś nagrodę za lojalność, sprawne wykonywanie rozkazów w czasie bitew i oblężeń. Była to i tak niska cena, gdyż niejedna zgwałcona dawała rade przeżyć. Co prawda, do końca życia budziła się w środku nocy, przerażona, że ponownie ktoś po nią idzie. Nierzadko wychowywała też bękarta. Ale żyła.

Tak, wiedział, że racjonalizował sobie okropieństwa, które działy się za jego przyzwoleniem. Ale też nie miał wyboru. Nie miał tak naprawdę znaczenia.

Była tylko jedna rzecz, do której nie potrafił się przyzwyczaić. Śmierć dzieci. Widział w swoim życiu zdecydowanie za dużo. Mali chłopcy rozpruwani mieczami lub przebijani na wylot włóczniami. Dziewczynki wykorzystywane przez co bardziej zezwierzęconych wojów do celów, do których natury jeszcze ich nie przygotowała. Małe główki ponabija na paliki – makabryczne trofea posiadaczy co bardziej chorych umysłów.

Na same te wspomnienia zacisnął pięści i zamknął mocno oczy. Zaczął głęboko oddychać. By tylko nie wpaść z panikę. By nie pokazać słabości tym, którzy mieli wykonywać jego rozkazy. „Jestem tylko narzędziem, jestem powietrzem, jestem parą, nie mam znaczenie”.

Usłyszał błogie dźwięki, które składały się na najpiękniejszą muzykę, zupełnie nie z tej ziem. Wokół niego unosił się pył, złożony ze snów i marzeń mieszkańców miejsca, w którym się teraz znajdował. Starzejący się książę płacze z radości na widok nowonarodzonego, upragnionego od lat męskiego potomka. Służka rumieni się i spogląda na chłopca stajennego. Młody rycerz dusi w sobie płacz, kocha się w księżnej, która nigdy nie będzie jego.

Niemal widział ich wszystkich, byli na wyciągnięcie ręki. Chciał pocieszyć rycerza. Puścić oko do służki. Pogratulować władcy.

– Namiestniku Ilan! Mamy go! – krzyk wyrwał go z transu, w który się wprowadził.

Otworzył oczy. Znajdował się w sali tronowej zamku, który jego armia ledwo co zdobyła. Wokół trwała makabryczna rzeź dworzan, służek i możnych, a przed nim stało dwóch jego ludzi. Kojarzył ich obrzydliwe, rozorane bliznami, pamiątkami po bitwach, gęby. Trzymali między sobą przerażonego młodego mężczyznę. Jego ręce splątali sznurem, na gardło zarzucili postronek, charakterystyczne wiązanie, które pozwalało szybko udusić ofiarę, jednym, brutalnym szarpnięciem.

– To on! Syn Hilderga! Majordomus go wskazał – jeden z brzydali nie krył zadowolenia z tego, że udało mu się schwytać ofiarę. Niczym pies stał teraz przed swoim panem.

– Wskazał póki jeszcze miał czym – dodał drugi obrzydliwiec i wyszczerzył reszki uzębienia. 

– Tyś jest Filderyk Platens? Zwany też Łysym? Następca tronu księstwa? – rzucił okiem na ogromne zakola młodzieńca, dziedziczy element rodu jego ojca i dziadka.

– Tak – chłopak pisnął. Właściwie trudno nazywać go było mężczyzną, gdyż mimo braku włosów, był dopiero podrostkiem. Chyba przechodził dopiero mutację, a zarost, który miał odwracać wzrok od ekspansywnej łysiny, był żałosną kępką delikatnych włosów.

– Przykro mi więc. Z rozkazu Haralda IV Wilkena, króla Wilkester, zostajesz za zdradę skazany na śmierć przez ścięcie mieczem.

– Błagam! – chłopak rozpaczliwie załkał.

– Wykonać!

Dwóch łowców nie musiało i nie chciało czekać na więcej zachęć. Brutalnie szarpnęli następcę tronu, rzucili na ziemię, a następnie zaczęli za postronek ciągnąć w stronę masywnego stolca, który stał nieopodal.

Ilana przerażało bezsilność chłopca. Nawet nie walczył o życie, nie starał się wyrwać. Może po prostu pogodził się z losem? Siostry wkrótce przetną jego nić. Przeznaczenie się wypełni.

Jeden z oprawców chwycił na rzadką czuprynę Filderyka i z impetem, zupełnie jakby chciał ją wbić w stolec, przycisnąć do niego. Drugi podniósł miecz. A właściwie długi, rzeźnicki nóż, który wojowie Haralda IV czasami nosili za pasem.

„Jeden cios i po wszystkim”, pomyślał Ilan. Nić zostanie przecięta. Strach minie, cierpienie stanie się żartem.

Zabójca zamachnął się narzędziem zbrodni. W miejscu głuchego uderzenie, które oznaczało przecięcie twardych mięśni karku, dało się słyszeć obleśne mlaśnięcie. I przerażający kwik chłopaka, który wczoraj jeszcze nosił na skroniach książęcy diadem i był zapewniany, że za kilka lat będzie rządził dobrze i sprawiedliwie. Nóż był tępy, nie przebił nawet tętnicy.

– No dać coś robotę do zrobienia! – towarzysz właściciela nienaostrzonego niedoszłego narzędzia zbrodni nawet nie krył, że jest rozbawiony. – Daj, ja pobruszę, a ty poczywaj!

Przygwoździł kolanem szarpiącego się młodzieńca, wyrwa z jego szyi broń i spróbował osobiście wykonać egzekucji.

I znów to samo! Nóż wbił się w mięśnie, ale nadal nie zadał śmiertelnego ciosu. Najmłodszy przedstawiciel rodu Platensów cały drżał. Wpadł w błędne koło, które w tych ostatnich chwilach życia doprowadziło go do szaleństwa. Tracił krew, ale zbyt mało, by umrzeć. Cierpiał, ale nie tak mocno, by stracić przytomność.

– Ohoho, szyjka twardsza niż o niejednego chłopa! – ryknął śmiechem zwyrodnialec, patrząc na swoje dzieło z chorą fascynacją.

„Ci rzeźnicy będą go kroić żywcem”, doszło do Ilana.

Wokół makabrycznego przedstawienia zaczęło się wkupiać więcej wojowników, którzy, choć gwałty służek i wyżej urodzonych panien oraz plądrowanie zamku sprawiało im wielką przyjemność, nie mogli odpuścić krwawego widowiska.

– Do trzech razy jak mawiała moja babka – do zabawy dołączył się kolejny.

Ponownie się nie udało.

Następnie przyszedł kolejny i wielu następnych. Ilan rozumiał już: celowo nie sięgnęli po miecz, a po rzeźnicki nóż o stępionych ostrzu.

Po chwili wrzaski młodego chłopaka nie przypominały już niczego z tego świata. Podobnie jak jego szyja, kark i twarz, bo ostatecznie oprawcy i w nią zaczęli celować ostrze, które niczym makabryczna zabawka przechodziło już z rąk do rąk.

Przed chwilą delikatne lico przypominało teraz chaotyczną zbitkę mieści. Jedno oko wypłynęło na wierz, drugie napuchło. Brak ust sprawiał, że na wierzch wystawały białe zęby, szczęka nerwowo drgała. Wkoło leżały skalny skóry.

Rzeźnicy nawet nie fatygowali się już z podnoszeniem ciała i kładzeniem głowy na stolec. Po chwili siekali już całe ciało.

– To nie ma znaczenia. Ja nie mam znaczenia. Jeżeli nie ja, ktoś inny stałby w tym miejscu. Świat i życie nie mają znaczenia – szeptał do siebie Ilan.

Myślami odpłynął w inne miejsce, w inny czas.

 

Rozdział II 

 

Trakt prowadzący do Dorn, stolicy Wilkester, był tego dnia nieprzejezdny. A dokładniej: handlarze, możni, chłopstwo, drobni rzemieślnicy i inni podróżujący musie ustąpić armii zbrojnych. Długa kawalkada zajęła całą drogą. Do tego niesamowicie hałasowała – już z oddali dało słyszeć się wulgarne przyśpiewki wojowników, pieśni ku czci bóstw, które opiekowały się królestwem, niedwuznaczne pokrzykiwania w stronę kobiet, które stawały po bokach traktu i patrzyły z fascynacją na zbrojnych, czy wreszcie zwyczajny gwar tysięcy mężczyzn, których w końcu po miesiącach wracali do domów.

Na czele tego wszystkiego jechał jeździec wyróżniający się lśniącą zbroją paradną i szlachetnym wyglądem. W przeciwieństwie do hałastry za nim milczał. Patrzył przed siebie mętnym wzrokiem, zupełnie jakby duchem był gdzie indziej.

– Markotny jesteś, Ilanie. Od czasu zdobycia Marington może z trzy zdania wypowiedziałeś – rozmyślania przerwał jeździec, który podjechał z prawej. Równie młody, odziany nieco tylko mniej godnie.

– Alric… Jakby to rzecz… Nie każdy jest wstanie przejść obojętnie obok…

– Obok tak wspaniałych zwycięstw, które osiągnąłeś? Masz niesamowity talent, przyjacielu. Potrafisz przewidywać ruchy wroga niczym prorok. Spójrz tylko na nich wszystkich – tu kiwnął głową w stronę jeźdźców i piechurów, którzy szyli za nimi karnie. – Za nikim innym nie idą na wroga tak chętnie jak za tobą. A wiesz dlaczego? Bo wiedzą, że przy tobie mają największe szanse nie tylko przeżyć, ale jeszcze się wzbogacić.

– Rabunkiem i mordem.

– Rabunkiem i mordem, bo taka jest wojna. Bo taki jest świat! Jak nie my ich to oni nas. Zresztą teraz, gdy niemal cały kontynent jest już podbity przez nas, wojny się skończą. Pozostaje się ustatkować, zrobić dzieci i bogacić, żyjąc w prowincjach, które niechybnie teraz przydzieli nam król.

– Brzmi pięknie. Zupełnie jakbyś zapomniał o wschodnich królestwach.

– Są za górami. Od południowych wysp dzieli nas morze. Król nie jest szaleńcem. Wschodni watażkowie też nie – wiedzą, że nie mają z nami szans, to dzikusy. Nie wspominając o żeglarzach z wysp. 

Ilan tylko westchnął. Nie chciał komentować naiwności towarzysza. Był przekonany, że w stolicy Rada Królewska przywita do gotowymi nowymi planami ekspansji. 

– Król rozbudował armię nie po to, by teraz jego wojowie hodowali warzywa. Spójrz za siebie. Nie masz tam tylko wojowników z prawdziwego zdarzenia. Jest sporo bezdomnych, ubogich rolników, siódmych synów siódmych synów, którzy nie mają szansę na spadek. To ludzie, którym armia daje szanse zarobku. Gdyby nie ona byliby nędzarzami – starał się wytłumaczyć Alricowi swój sceptycyzm.

– Nawet jeżeli to dobrze, że niesiemy wszystkim pokój. Tak, pokój, Adelinie. Pod rządami jednej dynastii cały kontynent będzie w końcu światem pokoju, jednego prawa, jednego rynku, jednej monety! Zobacz, jak ci, którzy wcześniej zgięli karki, są dziś bogaci. 

– Kto jest bogaty? Elity! Biedota jak była biedna, tak jest!

Alric na chwilę zamilkł.

– Tak, wiem, kim jesteś z pochodzenia. Ale sam zobacz: wojsko i król dali ci szansę i niezwykle ją wykorzystałeś. Owa biedota, nad którą tak się litujesz, też by mogła, ale tego nie robi. Dlaczego? Bo jest ciemna, głupia, zła.

– Zła?

– Tak, zła, bo nie bez powodu Siostry sprzyjają nam. To za nami jest dobro, oświecenie, mądrość. Zło to głupota, ciemnota. Znasz przecież historię. Powstanie ludowe sprzed stu lat – chłopstwo obaliło na krótko króla. I co? Nie dało rady rządzić. Pokłóciło się i zaczęło wzajemnie zabijać. 

– Nie bez udziału sił, którym zależało na powrocie wcześniejszych władz na tron. Nie, Alric, tam nikt nie był zły czy dobry. Walczono tylko o swoje interesy. 

Tym razem jego towarzysz się poddał. Przewrócił tylko oczami i postanowił sprawdzić, co dzieje się w dalszych szeregach.

Ilan ponownie uciekł do swoich myśli. Nagle jednak do jego nozdrzy dotarł znajomy zapach. Zapach, który przez ostatnie lata zdradzał pozycję miast, które jego wojska miały zdobyć. Była to przykra woń tysięcy ludzi, zwierząt, odchodów wylewanych na ulice, straganów z nieświeżymi potrawami i mniej lub bardziej szlachetnych płynów ustrojowych. Tak, przed nimi była stolica.

 

Rozdział III

 

O tym, że do Dorn zbliża się zwycięska armia wiedziano od kilku dni, gdyż Ilan wysłał do miasta posłańców, którzy poinformował dwór o ostatecznym zwycięstwie. Stąd można było przewiedzieć, że na miejscu przygotowano wielką uroczystość. W końcu, po dekadach walk, udało się zjednoczyć całe królestwo, oporne książęta okazały się wymarłym gatunkiem, wybite, pomordowane w bardziej czy mniej wyrafinowany sposób. Największych szczęśliwców tylko wykastrowano i wygnano, co właściwie równało się śmierci. 

Ilan poprowadził armię w stronę głównej bramy, która, jak całe Dorn, robiła gigantyczne wrażenie nie tylko rozmiarami, ale też zdobieniami wykutymi w litej skale, z której ją wykonano. Nad miastem górował zamek. A właściwie słynna, niezdobywalna forteca, której mogło wydawać się możliwe tylko szaleńcy. 

W miarę, jak zbliżali się do miasta, tłum ludzi po bokach traktu zagęszczał się. Gdy Ilan dostrzegł główną bramę zawołał po swojego giermka. 

– Hełm – rozkazał.

Wziął w obie ręce połyskujący hełm. Przyłbicę stanowiła zamarła twarz mitycznego bohatera – Magnara Thorne’a – który, jeżeli wierzyć legendą, w czasach, gdy słońca wschodziło tam, gdzie teraz zachodzi, uwolnił ludzi spod władzy ciemiężących ich złych bóstw. 

Ilan spojrzał na artystyczną wizję tego, jakie lico miał heros. Kowal miał może i dobre intencje, ale z pewnością nie brał nigdy udziału w bitwie. Wojownik po tylu starciach, jakie ponoć miał za sobą Magnar nie mógł mieć tak szlachetnego oblicza. Ani jednej blizny! W realnych świecie to się nie zdarzało. Albo zdarzało się niezwykle rzadko. Tak jak w przypadku Ilana, który jednak najczęściej dowodził, ale bardzo rzadko brał udział w bezpośrednich walkach.

Teraz spojrzał za siebie. Zobaczył twarze, które czasami nie przypominały już lica ludzi – poprzecinane licznymi bliznami, pozbawione warg, z odciętymi nosami. 

Obrócił hełm, nałożył go sobie na głowę i zamknął przyłbicę. Miało to dla niego znaczenie o wiele większe niż dla innych. Teraz czuł, że jest już Ilanem, ale Magarem, wielkim, szukających chwały, ale też bezwzględnym wojownikiem. Bez emocji, bez zbędnych uczuć. 

Wyprostował się, rozwarł barki. Musi pozostać w tej roli do końca ceremonii. A ta trochę potrwa. 

Kolejne fale ludności otaczały trakt, doprowadzając jego i jego armię do miasta. Ludzie wiwatowali na ten, skądinąd wspaniały, widok. Zresztą nie o niego chodziło o a to, że koniec wojny oznaczał likwidację specjalnego podatku. No, chyba że król uzna, że kasy w skarby nigdy za wiele i „daninę obronną” zastąpi kolejna, teraz przeznaczona na cele administracyjne. 

W końcu dojechał do głównej bramy. Za nią czekał na niego imponujący widok. Niezliczona ilość mieszkańców Dorn przyszła zobaczyć jego zwycięski triumfalny wjazd. Ludzie stali na ulicach, w przyglądali się mu z okien swoich budynków, niektórzy wdrapali na dachy domów. W jego stronę rzucano kwiaty, haftowane kawałki materiału, dzieci podbiegały i starały podarować mu swoje zabawki. Ignorował je. Jechał przed siebie.

Najchętniej rozpędziłbym się i szybko dojechał do zamku w samym środku miasta, wykonał ceremonialne pokłony, wysłuchał przemowy króla, salw z armat i w końcu odjechać do domu. Było to jednak niezgodne z tradycją i zostać odebrane jako zniewaga. Musiał jechać powoli, za nim jego wojowie. Musiał udawać, że cieszy się, że tu jest, napawać się triumfem i wkrótce podziękować królowi za słowa pochwalne.

Niejeden na jego miejscu zresztą byłby zresztą zachwycony. Nawet w tej chwili ktoś podrzucił mu argument to radości. Z prawej nadleciała w jego stronę bielizna. Zadziwiająco świeża, co było dziwne, bo był środek tygodnia. Spojrzał w tę stronę. Jakaś kobieta, może nawet właścicielka majtek, pokazywała mu właśnie swoją klatkę piersiową. Z lewej doleciał do niego kwiatek. Nie widział od kogo.

Kolejne przejechane metry można było odmierzać kolejnymi darami. A to bieliźnianymi (zdarzyły się nawet męskie pantalony), a to roślinnymi, ktoś nawet rzucił w niego zbyt miękkim owocem. Ktoś inny mógłby uznać to za zniewagę i kazać znaleźć niegodziwca i nabić na pal, ale w tej chwili był już zupełnie zobojętniały. 

– Zasłużyłem na zniewagi, a nie honory – mruczał do siebie w hełmie, którym odizolował się od świata zewnętrznego.

Po trzech kwadransach w końcu dojechał do zamku, przed którym ustawiono drewnianą platformę, na której majaczyły sylwetki kilku postaci. Z każdym krokiem konia lepiej rozpoznawał poszczególne osoby. W środku stał król Harald IV. Rzucał się w oczy, ale nie jakąś szczególną charyzmą, ale wielkością. Był mężczyzną nie tyle wysokim, ale po prostu absurdalnie otyłym. 

Po jego lewej stał Moran Prime, Wielki Komtur Zakonu Trzech Sióstr. Mężczyzna w średnim wieku, znany z przebiegłości, cynizmu i bezwzględności. Po prawej, Alastor Czarny. Sprawował pieczę nad skarbcem, knuł, intrygował, zlecał zamachy. Czyli rządził królestwem. Wiedzieli o tym wszyscy, ale bali się o tym mówić głośno. Harald, mimo swojego politycznego i życiowego imposibilizmu, bywał okrutny. I raczej nie lubił, jak ktoś wypominał mu, że bardziej się lenił niż rządził. Zresztą był wyznawcą filozofii, że główną ideą istnienia państwa, jest bezsensowne wydanie pieniędzy poddanych.

Za tą trójką stali pozostali członkowie dwory. Mniej lub bardziej bezwzględne kreatury, mniej lub bardziej mu znani.

W końcu znalazł się pod samą platformą. Na skinienie króla zsiadł z konia, podeszło pod niego dwóch strażników w zdobionych zbrojach, jeden z nich trzymał w ręce flagę królestwa – złotego orła na czerwonym tle. Wprowadzili go na platformę. Tam napotkał wzrok. Wzrok, który nie był ani szczery, ani życzliwy. 

 

Rozdział IV

 

Wzrok, który nie był ani szczerzy, wzrok, który był zły. Wzrok, który coś mu przypomniał.

Był ponownie małym chłopce. Stał jak sparaliżowany w kącie ubogiej chaty. Ubogiej choć jak na standardy tej wsi całkiem bogatej. Zamiast klepiska na podłodze ułożono deski. Czasami wbijał przez to sobie drzazgi w małe stópki, ale lepsze to niż deptanie po gołej ziemi.

Teraz zresztą drzazgi nie były jego problemem. Przed paroma chwilami do chaty wtargnęło pięć potworów. Miały ludzkie postaci, ale nie mogli być to ludzie. Wtedy tak mu się wydawało. Wtedy nie wierzył, że ludzie potrafią robić innym ludziom takie rzeczy.

Jego matka krzyczała, a właściwie wiła jak wilczyca, której ktoś mordował szczenięta. 

– Nie patrz, nie patrz, odwróć wzrok! 

Jak jednak nie patrzyć, gdy jego ojca dwie bestie trzymały mocno za ramiona, a trzecia przybijała jego stopy gwoździami do podłogi. Deski, które były wcześniej luksusem, teraz ułatwiały oprawcom pracę.

Ojciec wydawał dźwięki, które słyszał pierwszy raz w życiu – ni to krzyk, ni jęk, ni charkot. Wszystko mieszało się w stawiającą włosy na ciele pierwotną pieśń. W kolejnych latach nasłuchał się różnej jej interpretacji, wykonywanej przez wielu mężczyzn, kobiety i dzieci.

– Nie patrz, Ilan, nie patrz!

W końcu posłuchał. Odwrócił wzrok. Dostrzegł swoją zabawkę, drewnianą figurkę Magnara Thorne’a, która postawił na podłodze. Mityczny heros stała na lekko rozchylonych nogach, zupełnie, jakby tylko sekunda dzieliła go od kolejnego walki. W ręce trzymał miecz, w drugiej tarczę, na głowę założył wcześniej swój piękny hełm.

W tle słyszał kolejne nowe dźwięki. Jękopis zapowiedział chrząstnięcie i mlasknięcie. Jakby coś twardego przebiło kości. Przypomniał mu się ubój świń z okazji święta Sióstr.

Odważył się, zrobił krok w stronę zabawki. Podniósł ją. Pogładził rączką jej kształty. Tata naprawdę się przyłożył – była wykonana bardzo starannie, niemal pozbawiona nienaturalnych wyżłobień i pełna szczegółów, które dostrzec można było dopiero przy bliższym przyjrzeniu się.

Szelest metalu. Dławieniogulgotanie. Chwilę potem rozdzieranie materiału. Pisk matki.

Musi skoncentrować się na figurce. Zaciekawił go hełm. Nie miał typowych otworów na oczy i dziurek, które pozwalały wojownikowi oddychać. Zamiast tego tata wyrył na nim rysy twarzy. Otworzy na oczy miały migdałowaty kształt, dziury na powietrze umieścił w wypustce, która przypominała nos i w miejscu, gdzie po drugiej stronie znajdowały się usta.

Zwierzowycie, rytmiczny dźwięk uderzania ciała o ciało i czegoś bata o ciało.

Na uwagę zwracała też piękna tarcza. Ach, i ten miecz. Pogładził teraz rączką jego ostrze.

Poczuł wilgoć pod stópkami. Spojrzał w dół. Stał w kałuży szkarłatnej mazi. 

Zabawka, Magnar Thorne. Musi skoncentrować się na nim!

Ponownie uderzanie ciała o ciało, ciosy zadawane batem. Jękowrzask. Wrzaskopisk.

Ciekawe, z kim heros miał właśnie stoczyć pojedynek? Może z smoczym monstrum, Angurem. Nie, z pewnością chodziło o przerośniętego wilkorem. Może lepiej z całą zgrają potwrów.

Zgraja potworów. Mama i tata. Monstra.

Ciało o ciało, skóra, bat, krzykopiski, jękowrzaski, zwierzowycie, dławienie się.

Poczuł dziwny ścisk w skroni. Zrobiło się mu ciepło. Nagle cisza. Krok i drgania za jego plecami. Jakaś nieludzka siła pociągła go za sobą.

 

Koniec

Komentarze

Hej

jeśli to fragment, to zmień taga na fragment.

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Witaj. :)

Popieram radę Bardjaskiera – skoro dziś umieszczasz teksty z informacją, że to “początki powieści”, są tam rozdziały, trzeba przy każdym zmienić taga na “fragment”. 

Przejrzałam pobieżnie i widzę, że tekst wymaga jeszcze wielu istotnych poprawek, np. tu:

Przygwoździł kolanem szarpiącego się młodzieńca, wyrwa z jego szyi broń i spróbował osobiście wykonać egzekucji. – jest literówka i błąd składniowy.

 

Tutaj z kolei mamy usterkę interpunkcyjną oraz błędny zapis dialogu:

– Do trzech razy jak mawiała moja babka – do zabawy dołączył się kolejny.

 

Pomocne mogą okazać się Poradniki z działu Publicystyka (w tym – Drakainy dla Nowicjuszy, a także: interpunkcyjny, dialogowy, myślowy, językowe itp.).

 

Pozdrawiam serdecznie, powodzenia. :) 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka