Prolog
Była noc. Jedna z najciemniejszych w roku.
Kobieta uciekała przez mroczny las, potykając się o wystające z ziemi pnącza i większe kamienie. Gałęzie drzew drapały jej ramiona i policzki. Mimo to parła dalej, coraz głębiej w zarośla.
Dyszała niczym zwierzę, który walczy o przetrwanie. Bliska histerii łapała każdy pojedynczy oddech.
Nie pomagał jej strój. Lekkie, zdobione buty nie chroniły stóp przed kamieniami i mokrym mchem. Czarny pled, narzucony w pośpiechu na ramiona i głowę, miał ukryć jej pochodzenie i zapewnić choć trochę ciepła. Nie był jednak w stanie ani ogrzać, ani zakryć wyszywanej złotymi nićmi sukni, która zdradzała, że jej posiadaczka nie pochodziła z nizin społecznych.
Pled nie zakrywał jednak przede wszystkim dużego, wystającego brzucha ciążowego. Na domiar złego zaczynała czuć coraz mocniejsze skurcze.
Nagle stanęła. Resztkami racjonalności zastosowała technikę, której nauczyła ją Wielka Matrona. Wstrzymała na chwilę oddech. Napięła mięśnie. To pomagało się uspokoić. Serce w piersi boleśnie kłuło, ale przynajmniej zaczęła racjonalnie myśleć.
Słyszała tętent koni, coraz wyraźniejszy, coraz bliższy. Nie oddaliła się dostatecznie daleko! Wiedziała, że jeźdźcy nie wjadą w tak gęste zarośla, ale jeżeli dostrzegą ją z daleka, zsiądą z wierzchowców i szybko dogonią. Nie miała szans. Szukają ją zawodowi mordercy, nie w takich warunkach potrafiący złapać ofiarę w swoje szpony!
„Nie mogą zobaczyć ruchu, przystanę i schowam się. O tu!” – niemal krzyknęła, gdy mimo mroku jakimś cudem zobaczyła wielkie drzewo o grubym, pękniętym pniu. Człowiek lub zwierzę wydrążyło w nim coś na kształt jamy, w której da radę się ukryć. Lekko zgarbiona weszła do kryjówki. Sama nie wiedziała, czy zrobiła to ze zmęczenia, czy z rozsądku. A może po prostu poddała się losowi.
*
W tym samym czasie w miejscu, w którym czas drzemie w rytmie gwiazd, trzy siostry, tak stare, że zdawały się istnieć od zawsze, splecione milczeniem, zajmowały się czymś niezwykle ważnym. Ich dłonie poruszały się powoli, ale z ogromną wprawą i pewnością. Taką, której nie zna żaden człowiek. Wokół nich wirował pył złożony z marzeń i wspomnień – złoty, srebrny i czarny.
Jedna pochylała się nad rozklekotanym kołowrotkiem. Jej palce wyróżniały się od reszty ciała – były delikatne jak poranna mgła. Oczy błyszczały światłem odbitym pierwszego dnia. Trzymała i patrzyła na nić – cienką jak tchnienie, a przecież mocniejszą od stali. Obok niej druga odmierzała palcami jej długość. W jej spojrzeniu tliła się powaga księżyca, który zna kres każdej nocy.
Trzecia, najstarsza, siedziała w cieniu. W dłoni trzymała nożyce, zimne jak posągi w świątyniach bogów. Wszystkie milczały – ich role nie wymagały dialogów.
*
Skryła się w drzewie. To opatuliło ją jak niegdyś łono matki. Dyszała z przerażenia i zmęczenia. Zmusiła się w końcu, by zdusić oddech. Każdy dźwięk i najdrobniejszy ruch mógł ją zdradzić. Skurcze brzucha nasilały się. Zaczęła się obawiać najgorszego. Dziecko w jej łonie wybrało ten moment na przyjście na świat.
Nagle słyszała kroki. Musieli zejść z koni i wejść w las. Nie poruszali się bezszelestnie, zupełnie jakby byli pewni, że i tak ją schwytają. Postanowiła, że wykorzysta te ich zbytnią pewność siebie. Poczeka aż przejdą obok niej. Może nawet spędzi w drzewie noc, a rankiem wyruszy dalej. Przecież mogą ją minąć, nie zauważyć! A nawet jeżeli stanie się inaczej… Jeśli dosięgną ją ich łapska… Nie, nie podda się. Będzie walczyć! Żywcem ją nie wezmą!
Wcisnęła się jeszcze mocniej w głąb pnia, tak by ani fragment jej ciała lub stroju nie wystawał poza. Skurcze nie ustawały. Dziecko, zupełnie jakby czuło, że w łonie matki przestało być bezpieczne, domagało się pilnego wypuszczenia go na zewnątrz.
*
Trzy staruchu spojrzały na siebie. Najstarsza podniosła dłoń z nożycami. Ta odmierzająca długość skończyła swoją pracę. Jej siostra trzymająca nić naprężyła ją mocno. Nić zadrgała i zamigotała. Nestorka najstarszego rodu świata rozwarła swoje narzędzie zbrodni.
*
Właściwie była już pewna, że wiedzą, gdzie jest i teraz tylko się pastwią. Wyczuwają jej słabość i zmęczenie. Ich kroki były już przerażająco bliskie. Byli tuż obok drzewa, w którym się skryła. Słyszała, jak łapali powietrze nozdrzami niczym psy, które tropią swoją ofiarę. Przedtem myślała, że ścigają ją ludzie, teraz nie była już tego pewna.
Kroki jednego z nich zbliżyły się do otwory w drzewie. Usłyszała szelest materiału. Ktoś schylał się, by sprawdzić zawartość jej kryjówki. Sama, zwinięta w kucki, dostrzegła nagle błyszczące dwa ślepia, oba wpatrzone w nią. Było w nich coś przerażającego, zwierzęcego, a zarazem fascynującego. Następnie poczuła jak za nogą łapie ją jakieś łapsko i mocno ciągnie w swoją stronę. Poczuły lodowaty powiew wiatru. Jej przyszły kat wyciągnął ją z kryjówki. Chciała się bronić, ale nie dała rady. Wróciło uczucie histerii, zastąpione przez coś, czego nigdy wcześniej nie czuła, Lęk, który odziedziczyła po najdawniejszych przodkach. Wszystko razem, skurcze porodowe, ból obolałych stóp, mocny dotyk łowcy, zlało się w jedną, przerażającą całość.
Ciemność była już zupełna. Bardziej czuła obecność swoich oprawców niż ich widziała. Poza strasznymi trzema parami ślepiów wpatrzonymi w nią tak, jak wilki patrzą na swoją ofiarę. Czy czerpali z tego przyjemność? A może po prostu nie wiedzieli, co z nią począć. Darują jej życie? Czekają na coś lub na kogoś? Dlaczego nic nie mówią? Takie myśli mieszały się w jej głowie z bólem. Zaczęła ocierać się o obłęd. Wiedziała, że jeżeli za chwilę coś się nie stanie, jej świadomość zniknie, schowa się w zakamarkach umysłu. Z wierzchu pozostanie tylko ciało, mięśnie, kości, zęby, włosy.
Doszło do niej, że jeden ze stworów, bo była już pewna, że to nie ludzie, coś wyciągnął zza pasa. Coś metalowego. I, jak się szybko przekonała, ostrego.
*
Paszcza nożyc połknęła nić i zamknęła się z nieprzyjemnym łoskotem. Posypały się iskry. Kolejne życie zostało przecięte.
*
Stwory zrobiły, co do nich należało. Coś było jednak nie tak. Jeden z nich przyłożył rękę do brzucha ofiary. Choć kobieta nie żyła, wyczuł kopnięcie. Jedno, drugie, kolejne. Ten, który zlecił im zabójstwo, nie poinstruował, co mają w takiej sytuacji zrobić. Musiały improwizować. Porozumiały się ze sobą. Leśna zwierzyna słyszała ni to szepty, ni skrzeki. Po dłuższej chwili zimne ostrze ponownie poszło w ruch.
*
W zaświatach staruchy zamarły. I ich plany zostały pokrzyżowane. Spoglądały na siebie, początkowo bez słów, choć te byłyby teraz przydane. Od eonów nie rozmawiały ze sobą – wykonywane przez nich zadanie zawsze było takie samo: określić długość nici, nawinąć ją na kołowrotek i w odpowiednik momencie przeciąć.
Nagle to zrobiły. Po raz pierwszy od czasów, gdy pradawni bogowie uporządkowali świat, wypełnili go eterem, napoili wodą, swoimi oddechami nadali mu pędu i wreszcie stworzyli pierwsze żywe istoty, zaczęły ze sobą rozmawiać. Początkowo z ogromnym trudem, gdyż ich gardła były zasuszone, usta zlepione zaschniętą przed wiekami śliną. W końcu jednak wydały z siebie pierwsze dźwięki, te utworzyły słowa, a następnie zdania.
Podjęły decyzję.
*
Tej nocy las wypełnił się płaczem dziecka. Stworzenia pochowane w koronach drzew patrzyły i nasłuchiwały. Nad knieją gwiazdy ułożyły się w położeniu nie widzianym od pokoleń. Księżyc nasiąkł kolorem purpury.
Rozdział I
Towarzystwo innych ludzie nie było czymś, czym Adelin szczególnie się delektował. Teraz był po kilkudniowej podróży traktem. Jego jedyny stały towarzysz podróży, czarny ogier, dźwięcznie deptał po liściach, które zasypały drogę. Przyjemny chrzęst koił obu podróżnych – jeźdźca i jego konia.
Co jakiś czas ten niezbyt oryginalny na pierwszy rzut oka duet mijał podążających w tę czy drugą stronę kupców na ich wozach obładowanych towarami, najemnych rzezimieszków podróżujących do okolicznych miast, chłopstwo czy wreszcie możnych jadących w odwiedziny do innych przedstawicieli swojej kasty.
Wszyscy oni mieli okazję spojrzeć na młodego człowieka o przystojnej twarzy. Ich uwagę zwracały zwłaszcza oczy, które miał po matce. Duże, zielone, które emanowały dziwnym blaskiem. Urokowi dodawał mu orli nos, dość rzadki wśród prostaczków. Wrażenie ulepienia z lepszej gliny potęgowała kształtna, pociągła twarz, zwieńczona z góry wysokim czołem, a z dołu wydatnym podbródkiem. Na ramiona spadały mu brązowe włosy.
Nie wyróżniało go w tym momencie odzienie. Miał na sobie długi czarny płaszcz z kapturem, który przesuwał lekko w przód, tak by schować przynajmniej część twarzy. Wyglądał na niepozornego podróżnika, co powinno pozwolić mu wtopić się w większy tłum. Wkrótce miało stać się to szczególnie ważne, bowiem Adelin jechał do Dorn, stolicy Wilkester, gdzie miał wypełnić tajną misję.
Zależało mu na dyskrecji, samemu miastu i jego mieszkańcom zdecydowanie nie. Pierwszą rzeczą, która zdradziła lokalizację i stolicy, i Dornian był… smród.
Rozdział II
Woń miasta jest czymś niepodrabialnym. Jeżeli raz ją poczujesz, zapamiętasz na całe życie. To mieszanina ludzkich i zwierzęcych wydzielin, zapachów jadła i napojów. Strachu baby, która boi się, że jej mąż właśnie przybył do domu pijany. Płaczu ucznia rzemieślnika, który spartaczył robotę i teraz otrzymywał od swojego mistrza razy. Seksu, grzechu, nadmiaru alkohol, hazardu i korupcji.
Adelin przystanął na wzgórzu, z którego dostrzegł masywne kamienne mury miejskie. Aż trudno było wyobrazić sobie, jak ludzkie ręce mogły wybudować coś takiego! Legendy głosiły, że całe rodzinny oddały życie, by zbudować te obwarowania, nad którymi unosiła się jeszcze bardziej monumentalna budowla – zamek królewski. Gargantuiczny budynek był okrągły, otoczony dookoła dziesięcioma wieżami strażniczymi.
Wokół zamku posadzono zabudowę miejską. Nie trzeba było bardzo bystrego oka, by dostrzec też wysokie posągi Trzech Sióstr – mitycznych matek ludzkości, które zarządzały losami wszystkich istot żywych na świecie. Ojcowie, bo takowi musieli przecież istnieć, nie byli w tej religii czczeni – musieli zachować się po ojcostwu i po spłodzeniu potomstwa zająć czymś ciekawszym z ich perspektywy niż wychowywanie dzieci.
– Piękny zamek, co nie? Robi wrażenie, co nie? – usłyszał Adelin z lewej.
Już wcześniej słyszał, że zbliżał się do niego inny jeździec, który starał się zdobyć jego uwagę. Chrząkał, pokasływał, mówił coś ni to do siebie, ni do niego. Gdy subtelności zawiodły, postanowił być bardziej bezpośredni i zacząć rozmowę od banałów. Adelin postanowił nie ryzykować i nie sprawdzać, do czego posunie się dalej. Zresztą rozmowa może pomóc mu zdobyć przydatne informacje.
– Trudno się nie zgodzić – odparł tonem człowieka, który zgadza się tylko po to, by mieć spokój.
Spojrzał w stronę rozmówcy. Zobaczył młodego, lekko pyzatego mężczyznę, wyglądającego jak jego przeciwieństwo: ubranego w jaskrawe szaty, z błyszczącym naszyjnikiem na szyi. Nawet koń, na którym siedział, zwracał na siebie uwagę maścią – był lekko fioletowy. Ten szaleniec musiał go czymś pomalować!
– A miło poznać! Dudło z Pierzymiech – oznajmił młodzik z miną, jakby wymieniał królewskie imię. Spojrzał na Adelina i poprawił kołnierz kubraka, zupełnie, jakby przygotowywał się do wejścia na scenę. – Tak, to naprawdę ja. Ha ha – postanowił zapewnić rozmówcę.
Po chwili niezręcznego milczenia i dostrzeżeniu, że jego imię i miejsce pochodzenia nic Adelinowi nie mówią, postanowił kontynuować swoje przedstawianie się. – Widzę żeś nie stąd nowy towarzyszu drogi! Nie może być inaczej! Jestem znanym w całym Wilkester artystą. Bard i aktor. Wszystko w jednej tak nietuzinkowej osobie!
– Miło poznać. Adelin – usłyszał w odpowiedzi.
– Małomówny, co? Nie szkodzi. Ja mogę mówić za nas obu. A mam w zanadrzu wiele opowieści, miej pewność!
Adelin kiwnął głową na znak, że ma pewność. Ruszył koniem do przodu, jego nowy kompan podążył za nim.
– Chyba nie muszę ci tłumaczyć, z jakiego powodu ktoś taki jak ja jedzie do Dorn, nie? Trudno w naszym królestwie o większe źródło dochodu, inspiracji i, nie będzie ci tu krył, romansów. Jako człowiek bywały tu i ówdzie powiem ci, że takich kobiet jak tutaj nie znajdziesz nigdzie! To samo tyczy się hojnych klientów. A wiedz, że jest tu wielu, naprawdę wielu chętnych na obejrzenie moich występów, popisów aktorskich, czy wreszcie wysłuchanie ballad – Dudło zakołysał się, by pokazać, że po lewej stronie chowa lutnię, której z pewnością nie zawaha się użyć przy pierwszej sposobności.
– Faktycznie, to ciekawe – mruknął Adelin.
– A ty jedziesz do Dorn, bo…? Czekaj, zgadnę! Po pierwsze, nie jesteś zwykłym kmieciem, bo i koń, i stój za drogi. Po drugie, nie wyglądasz mi na możnego, choć, nie powiem, rysy masz takie, że niejedna panna z wysokiego rodu by się oblizała.
– Miło słyszeć – Adelin nie odwrócił nawet głowy.
– A więc kim jesteś? – Dudło zawiesił głos i zmrużył oczy teatralnie, jakby miał zaraz wypowiedzieć słowo, które zatrzęsie niebem i ziemią. – Złodziej? Banita? Nie… – przyłożył palec do skroni – …szpieg! Tak, szpieg przysłany przez któregoś z książąt, żeby podsłuchać, jak się żyje w Dorn! – rozłożył ręce w geście triumfu, po czym wybuchł śmiechem. – No, nie bój się, nie wydam cię! Mój język szybki, ale nie zdradliwy.
– Nie jestem szpiegiem – Adelin spojrzał na niego chłodno, choć z trudem chował irytację wymieszaną z lekkim przerażeniem. Naprawdę żałował, że nie spławił tego pajaca od razu.
– Oczywiście, oczywiście – Dudło kiwnął głową z udawaną powagą. – Bo każdy szpieg tak mówi. „Nie jestem szpiegiem”.
– Może po prostu podróżuję – usłyszał odburknięcie.
– Podróżujesz! – Bard klasnął w dłonie. – No pewnie, wszyscy podróżujemy. Jedni za chlebem, inni za natchnieniem, a niektórzy za kobietą, która uciekła z innym – westchnął teatralnie, jakby wspominał osobistą tragedię. – A może ty, mój nowy towarzyszu, uciekasz przed kimś?
Zamilkł na moment, pierwszy raz odkąd się poznali.
Koń Adelina prychnął, a jego właściciel poprawił kaptur.
– Mój drogi Dudło – powiedział cicho – czasem lepiej nie wiedzieć, z kim się podróżuje. Może się bowiem okazać, że wiedza o tym, kim jest twój kompan, może przyprawić cię o wiele większe problemy niż sądzisz – chciał zabrzmieć na tyle groźnie, by natręt jednak się do niego odczepił.
Bard spojrzał na niego, a jego wiecznie rozbawione oczy na moment straciły błysk. Groźba nie przyniosła skutku.
– No, no… – mruknął. – Wreszcie coś ciekawego. Dorn może być dla nas obu przygodą większą, niż sądziliśmy.
– Nie wiem, pierwszy raz będę w tak dużym mieście – Adelin postanowił skłamać i sprowokować dziwaka na jakieś wynurzenia – może jednak czegoś się od niego dowie!
– Och, Dorn to mrowie ludzi, możnych, ciurów, pięknych kobiet – wierz mi, piękniejszych nie znajdziesz nigdzie indziej – dziadów, mędrców, głupców, handlarzy… wszystkiego. Choć słyszałem, że w ostatnim czasie stolica nieco zubożała. Król przesadza z podatkami, utrudnia dostęp do niektórych branż tym cechom, które są.. hmm… hojniejsze.
– Cóż, nic nowego. Władza deprawuje, a duża władza deprawuje jeszcze bardziej – Adelin lubił czasami udawać głupszego niż jest i wtedy doprawiał rozmowę bolesnymi dla kogoś myślącego banałami.
– Tak, tak. Tak właśnie jest. Tyle że tu problemem nie jest nawet silna władza. Wręcz przeciwnie.
– Grozi nam zamach stanu?
– Uśmiechasz się, ale tak! Od dawna przecież szepcze się o spiskach, których celem miałyby być obalenie Magnara Thorne’a. I nie wydaje się to wcale tak niemożliwe – jego pozycja na tronie pozostaje słaba.
– Rządzi już dwie dekady.
– Ale po dokonaniu królobójstwa! – Dudło nagle spoważniał. – Wyglądasz na niegłupiego i obytego, więc chyba tylko mnie podpuszczasz.
– Gdzież bym śmiał. Wiem przecież, że ród Wilkenów dokonał żywota w tajemniczych okolicznościach, a rządy po nim objął Thorne, wcześniej wierny namiestnik Haralda V, który okazał się największym beneficjentem Krwawego Połogu…
– Ciszej! – Dudło spoważniał, wyglądał na przestraszonego.
Adelin chyba jednak źle go ocenił. Udawał pajaca i idiotę, ale takowym nie był. Czy, jak wielu innych, przywdziewał maskę błazna, by jakoś przetrwać w obecnych ciężkich czasach.
Wtem do nozdrzy obu dotarł smród większy niż uprzednio. Zjechali już ze wzgórza, a zza drzew zaczęły wyłaniać się miejskie mury. Przed nimi zamajaczyła jedna z bram miejskich. Dudło, który zdążył ochłonąć, ponownie wszedł w swoją rolę i na ten widok wyprostował się w siodle i wypiął pierś, jakby zaraz miał wystąpić przed samym królem.
Po chwili dojechali tak blisko, że zwykły smród miasta zastąpił aromat wody w fosie. Zatęsknili za tym pierwszym. Spojrzeli na tłumek przechodzący przez bramę. Nie trudno było wyłapać wzrokiem dwóch strażników, którzy stali przed bramą. Wnioskując z urody obu nie znajdowało się tam dla ozdoby.
– Patrz i ucz się, przyjacielu! – Dudło szepnął do Adelina, lekko nachylają się w jego stronę. – Urok i pewność siebie to klucze do każdego miasta.
Zanim Adelin zdążył odpowiedzieć, bard spiął konia i ruszył w stronę pracowników straży miejskiej.
– Panowie strażnicy! Oto wracam ja, Dudło z Pierzymiech, artysta, co śmiech przynosi, a nierzadko łzy wzruszenia!
Strażnicy spojrzeli po sobie. Jeden z nich, gruby i czerwony na twarzy, parsknął, drugi patrzył na nowych przybyszy nieufnie. Większość ludzi po prostu przechodziła przez bramkę, normalnym było raczej nie zwracać na siebie uwagi.
– A ten z kapturem to kto? – zapytał, wskazując brodą Adelina.
– O, ten? – Dudło odwrócił się teatralnie. – To… mój ochroniarz! Człowiek cichy, ale skuteczny. Potrafi przeciąć jabłko w locie mieczem, a serce damy – samym spojrzeniem!
Adelin westchnął.
– Nie przesadzaj – rzucił cicho.
Strażnik wzruszył ramionami, machnął ręką.
– No to dla tak znamienitych gości przejazd płatny. Dwa srebrne od łba i zwierzęcia – rzucił.
„Chcą po prostu łapówki. Ten kretyn tylko narobił problemów! Jak teraz nie zapłacimy, będą nam utrudniać wjazd”, w wyobraźni Adelin ukatrupiał Dudła.
– Dwa? – Dudło zrobił minę, jakby usłyszał herezję. – Za wjazd tak sławnego artysty? Wstyd, hańba i… no dobrze. – Westchnął teatralnie, sięgając po sakiewkę. – Ale miejcie świadomość, że za te pieniądze moglibyście mieć balladę o odwadze strażników, który przepuścili barda bez opłat!
Strażnik postanowili nie przechodzić do historii literatury i odwrócili głowy w inną stronę, szukając kolejnych ofiar.
Bard i jego „ochroniarz” wjechali do miasta.
Powietrze było ciężkie od dymu. Smród nadal wyczuwalny, choć ich nozdrza już się do niego przyzwyczajał.
– Cudowne miejsce, prawda? – Dudło uniósł głowę. – Czuć tu sztukę, historię, smród i tragedię. Wszystko, co kocham!
Adelin uznał, że od tego momentu musi oddzielić się od natręta. Ani nie dowiedział się od niego niczego nowego, nie dał rady, bo ten wciąż gadał i do tego niezbyt mądrze. Na swój sposób jest jednak bystry, co może być w jego sytuacji groźne. Z jednej strony początkowo nie chciał, by jego samotność zwracała uwagę, ale teraz doszedł do wniosku, że musi już postawić na dyskrecję. Tak jak szkolili go, przygotowując na te misję: narzuci na głowę kaptur, ruszy przed siebie, jakby od niechcenia będzie patrzył na boki niby czegoś szukając. Musi tylko znaleźć osobę, do której ma się zgłosić i zrobić swoje… I przede wszystkim od teraz działać dyskretnie!
– Adelin, na wszelkie bóstwa, Adelin! No co za spotkanie! – usłyszał nagle z prawej strony. Wraz z nim jego krzyki usłyszała to chyba połowa dzielnicy.
Szedł w jego kierunku pulchny, lekko łysawy, ubrany w niechlujny habit mnich.
– Malwin – szepnął Adelin i zmroził wzrokiem drącego się na jego widok duchownego.
– O proszę, taki samotnik, a ledwo bramy miejsce przekroczył znajduje kompana! – Dudło postanowił udowodnić, że też potrafi zachowywać się głośno i zwracać na siebie uwagę.
– Adelin, Adelin! Co cię tu sprowadza? No wyobraź sobie, idę właśnie do „Pod płonącymi wąsami”, wiesz, to taki wyszynk tutaj. Mówię ci, świetne pieczone sery tam podają, właściciel to mój dawny druh. No właśnie, idę, a tu patrzę: znajomy! Niejaki Elmar, ale wiesz pogadaliśmy…
– Malwin… – Adelin starał się przerwać kłopotliwemu znajomemu. Tym bardziej, że zerkali na nich i strażnicy, i niemal wszyscy przechodnie. Grupa podrostków patrzyła kpiarskimi spojrzeniami, dwie podlotki, niewiele młodsze od niego, chichotały, widząc jego rosnące zakłopotanie.
– A tak, Ewlin już sobie poszedł, ale wtedy patrzę i widzę, nie zgadniesz, brata Edgara. Pamiętasz? No, pamiętasz na pewno. Brat Edgar.
– Malwin, błagam.
– He? A tak, i jego w końcu minąłem po pogawędce. No i w końcu, skracam, patrzę i widzę ciebie. No co cię sprowadza do Dorn? Szpiegujesz tu dla Wielkiego Komtura? – mnich wybuchł śmiechem.
Adelin zszedł z konia. Podszedł bliżej do towarzysza.
– Wiesz, miło cię widzieć, ale skoro szedłeś do karczmy, nie chce cię wstrzymywać.
– A nie wstrzymujesz, bo właściwie teraz myślę sobie, że jesteś z pewnością głodny – były to pierwsze całkiem mądre słowa, które Adelin usłyszał od wielu godzin. Zbyt mądre, by miał je ot tak zignorować. Tak, był głody i spragniony.
– Malwinie, prowadź! – poddał się sugestii, a nawet lekko uśmiechnął.
Dudło, nie zaproszony przez nikogo, ruszył wraz z nimi.
Rozdział III
Karczma „Pod płonącymi wąsami” okazała się z zewnątrz rozczarowująca. Jej konstrukcja od razu prowokowała pytanie, czy zawali się dziś, czy jednak jutro, umożliwiając jeszcze gościom posilenie się słynnym pieczonym serem. Co innego w środku! Adelin od razu zastanowił się, czy obiekt nie był współwłasnością czarodziejów. Magia upiększająca była zakazana, ale zbyt praktyczna i opłacalna, by ktoś za nią karał.
Proceder wyglądał następująco: czarodziej kupował stary, zniszczony budynek i zaklęciami poprawiał wnętrze. Efekt był taki jak teraz: człowiek wchodził do rudery i nagle znajdował się w bogato zdobionym wnętrzu ze ścianami ścielonymi atłasami, wygodnymi ławami pokrytymi drogimi materiałami. Obsługę stanowiły najczęściej piękne młode kobiety. Oczywiście była to tylko iluzja, a ta bywała dziurawa, więc czasami gość takiego przybytku wychodził z niego mając buty wybrudzone czymś podejrzanie lepkim i brzydko pachnącym, a budynek po zmroku opuszczały nie egzotyczne piękności, a zaniedbane stare baby.
Adelin nie zamierzał jednak teraz zaprzątać sobie tym wszystkim głowy. Nie przyszedł tu ani, by podziwiać wnętrze, ani lepiej, powiedziałby ktoś, „dogłębnie” poznać obsługę. Nie miał też ochoty uświadamiać w tej sprawie Dudła.
– Och, jak tu wspaniale. Wygoda koresponduje z poczuciem smaku! – bard spojrzał w lustro powieszone przy wejściu z takim samozachwytem, jakby sam był częścią wystroju, który właśnie oceniał.
– Pan znawca, co? – spytała z przekąsem karczmarka, opierając się na ladzie i omiatając barda spojrzeniem od butów po czuprynę. Magia zmieniała tylko wygląd, w przypadku prostackich manier była tylko bełkotliwie rzucanymi inkantacjami zabawnie ubranych starszych mężczyzn.
– Zależy, kto pyta – odrzekł Dudło, unosząc brew. – Niektórzy mówią o mnie „mistrz dobrego smaku”, inni po prostu „geniusz prostoty”.
Karczmarka prychnęła.
– U nas geniuszy już paru było. Wszyscy kończyli pod stołem.
Dudło się nie zraził. Przeciwnie – uznał to za zaproszenie do dalszej gry.
– Geniusz nie zna granic, moja pani. Nawet tych stawianych przez kufle – uśmiechnął się i dodał tonem znawcy, wskazując palcem na stojące za jej plecami beczki. – Widzę, że serwujecie tu trunek o głębokim bursztynowym odcieniu. Taki kolor zdradza fermentację w półcieniu, przy południowej ścianie, w beczce z drewna czereśniowego.
Karczmarka zmrużyła oczy.
– W półcieniu, powiadasz? – odparła, podnosząc kufel. – A to ciekawe, bo ten z lewej beczki, co tak zachwalasz, stoi tu od wiosny, bo nikomu nie smakuje. Smakuje jak gnój – magia była też bezsilna, gdy chodziło o umiejętności handlowe. Na handlu, panie magu, trzeba się po prostu znać!
Malwin wybuchł śmiechem tak gromkim, że aż kilku klientów obejrzało się przez ramię. Adelin, który już zdążył zamówić pieczony ser i chleb, udawał, że nie wszedł tu sam, a ci dwaj obok stoją przy nim przez przypadek.
Dudło nie dał się zbić z tropu. – Właśnie! – zakrzyknął z entuzjazmem. – Toż to cecha trunków dojrzewających! Czym byłaby degustacja bez odrobiny ryzyka?
– Albo zatrucia – dorzucił pod nosem Adelin, udający się w stronę ławy w lewym rogu karczmy.
Dudło w końcu odpuścił, złożył zamówienie i wraz z Malwinem siedli obok nieszczęsnego, zawstydzonego zachowaniem kompana Adelina.
– Co słuchać w mieście, Malwin – zaczął Adelin.
– A co chcesz wiedzieć? Biedota jak biedna była, tak jest. Bogaci bogacą się coraz bardziej. Większość chędoży się po chałupach, stajniach i w ciemniejszych uliczkach. I wszyscy oczywiście zdychają. Przynajmniej na tym polu Siostry były sprawiedliwe.
– Wiesz, o co pytam. Całe królestwo plotkuje o nowej wojnie. A przy tym i o kolejnym podatku na armię. Coraz częściej daje się słyszeć, że książęta mają tego dosyć.
– Niebezpiecznie o tym rozmawiać – Malwin nagle zmienił ton na poważny. Zaczął niemal szeptać. – Ale to prawda. Król ignoruje już nie tylko losy poddanych, ale też tych, za pomocą których doszedł do władzy. Taki książę Wilhelm dla przykładu…
– Wilhelm z Borington! Znam. Znam osobiście! – Dudło nie wytrzymał długo. – A właściwie Wilhelm Szalony, bo ma cierpieć na chorobę, która sprawia, że w niektóre dni myśli, że jest Irynem Zdobywcą, w inne – Hradem Miłoścowym. Kucharz nigdy nie wie, co ma mu przygotować na wieczerzę.
Adelin miał już całkowitą pewność, że ma do czynienia z blagierem. Wielokrotnie bywał na dworze Wilhelma – był to władca mądry, a plotki o jego szaleństwie rozsiewali nieprzychylni mu możni.
– Taki książę Wilhelm dla przykładu – wrócił do głównego wątku Malwin. – Nie jest już żadną tajemnicą, że ma ambicje stanąć na czele szerokiego buntu przeciwko królowi. Przed laty to jego ród umożliwił Magnarowi przejęcie tronu. Tyle że – jak wszyscy – liczył, że ten będzie mądrym władcom. Zresztą wydawał się skrojony na króla… do momentu, gdy zaczął rządzić. Szybko dał się otoczyć lizodupcom, którzy robią dzięki niemu kariery. Tu, w stolicy, stare rody właściwie nie mają już wpływów. Okopały się w swoich księstwach. Chłopstwo cierpi pod butem i jednych, i drugich. Tak samo jak przed latami, dekadami i wiekami.
– Tak, ale teraz mają Wieszcza – syknął Adelin.
– A, tak. Wieszcza. Starca, niczym z bajań dla dzieci, który chodzi od wsi do wis i obiecuje powrót zaginionego syna Haralda V, który rzekomo przeżył Krwawy Połóg.
– Wierzysz w to?
– Czasami myślę, że tylko wiara w lepszą przyszłość trzyma większość z nas przy życiu. Tyle że nie wiem, dlaczego syn zamordowanego władcy, nawet najlepszego, najwspanialszego, a takim Harald nie był, miałby okazać się nagle wybawicielem nas wszystkich. Poza tym jak to dziecko miałoby przeżyć? Przecież jego matkę zaszlachtowano. Ponoć nawet w chwili, gdy zaczęła rodzić. Obciętą głowę prezentowano potem publicznie aż kruki nie zeżarły jej oczu i mięsa. Chłopstwo pociesza się tylko tym, że nigdy nie zaprezentowano reszty ciała. Tak jak mówię, typowe prostackie bajania, które pomaga przetrwać ten znój, gnój i ubóstwo. I nażreć się do syta Wieszczowi w wiejskich chałupach.
– Podoba mi się jego pomysł na życie – zachichotał Dudło.
– Pamiętajcie, że niejedno bajanie zmieniło świat. Może i dziecko nie żyje, ale może stać się symbolem, który zainspiruje, pomoże… – Adelin uciął, bo zrozumiał, że i tak powiedział już zbyt wiele.
– Czym się właściwie zajmujesz Malwinie – zapytał nagle Dudło, zmieniając temat, który i tak zdecydowanie go nudził.
Na twarzy mnicha od razu zaszła zmiana. Napięcie zniknęło, pojawiła się serdeczność, ale taka, która cechuje handlarza.
– Och, długo by opowiadać. Należę do Zakonu Świętego Pyrdy. Zapewne o nas słyszałeś. W tych czasach, w których wielu ulega pokusom, szczególnie tym cielesnym, pełnimy ważną rolę społeczną. Oferujemy relikwie, które pozwalają oczyścić się prosto i szybko z grzechu – Malwin tym razem nie szeptał na mówił wyraźnie głośniej, tak, by usłyszeć mogli go inni.
Adelin zauważył, że uszy nadstawiali już młodzieniaszek z meszkiem pod nosek, starzejący się rycerz, roztyty kupiec i jego żona.
– Ja sam mam fragment nici, NICI, powiadam ci, jednej z Sióstr. Pomaga na grzech cudzołóstwa – kupiec spąsowiał, jego żona spojrzała na niego, gdyby tylko wzrok mógł zabijać, Malwin głośno zacząłby opowiadać o tym, że ma też całkiem ładną trumnę na sprzedaż.
– Mam mydliny z bali, w której Siostry kąpały Pierworodnego. Leczy poczucie wstydu po popełnionym grzechu i zapach po czosnku. Mam olejek świętego Barnaby, rozgrzewający duszę i inne członki, jeżeli wiecie, co mam na myśli – puścił oko do Dudła i Adelina.
– Mam piórko ze skrzydła anioła Florentyna, który objawił się Pyrdzie. Pomaga na niemoc męską – żona kupca spojrzała o wiele cieplej i na Malwina, i na własnego małżonka. Sprytny mnich potrafił dopasować ofertę do potrzeb klienteli. – A, i mam grzebień z włosami błogosławionej Bety, który u kobiet spowalnia starzenie.
– Dla szczególnie wymagających mam wreszcie palec świętego Iryniego, który pozwala w odpuszczeniu grzechów nie tylko przeszłych, jak i przyszłych! – ubrany w bardzo drogie szaty starszy mężczyzna, jak na oko Adelina trudniący się lichwą, niby od niechcenia przesiadł się w takie miejsce, które pozwalało mu lepiej wysłuchać oferty.
– Mam też coś dla tych mniej zamożnych. Drzazgę z krzesła, na którym Pyrda spisał Księgę. Wystarczy ukłuć nią lekko osobę, która ma zakochać się w jej właścicielu… No, powiem tylko tyle w organizacji weseli też pomagam – młode dziewki tym razem nie kryły już, że przysłuchują się temu, co mówi mnich, i zachichotały.
Malwin obleciał wzrokiem karczmę. Zauważył, że złapał swoje ofiary na haczyk. Należało teraz tylko szarpnąć wędką.
– Wszystko to towary reglamentowane przez zakon i jedyne w swoim rodzaju – dodał.
Nadal bez reakcji. Ktoś nie znający się na merkantylnym fachu uznałby, że po prostu nie wyszło, trzeba zwinąć stragan i ruszyć dalej, na kolejne targowisko. I ten ktoś nie zarobiłby tego dnia wielu srebrnych monet. Tym kimś nie był Malwin.
– Ale cóż, komu w drogę, temu czas! Towarzysze, w drogę!
Pierwszy przełamał się domniemany lichwiarz.
– Wybaczysz drogi panie, ale zupełnie niechcący przysłuchałem się temu, o czym pan mówiłeś…
I zaczęło się. Po nim podszedł młodzik z koprem pod nosem, jedna z dziewek i jeszcze kilka osób. Na końcu sam kupiec, mocno zaczerwiony, którego w stronę mnich popchnęła jego małżonka z nadzieją w oczach. Potem okazało się, że piórko Florentyna, co prawda, nie pomogło jemu, ale jej umiliło wiele samotnych wieczorów.
W końcu, po dłuższej chwili przepełnionych brzękiem monet, cała trójka, tajemniczy młodzieniec, bard i mnich, podnieśli się ze swoich miejsc i ruszyli ku wyjściu. Otworzyli drzwi. Uderzył w nich lekki jesienny powiew. Nie minęło jedno mrugnięcie okiem, gdy Dudło jęknął.
– Co jest! Moje buty! – niemal pisnął.
Jego kompani spojrzeli na jego dotąd bardzo zadbane trzewiki. Teraz były całej ubłocone, gdzieniegdzie znajdowały się źdźbła siana. Zupełnie jakby chodził po oborze, a nie pięknie wystrojonej karczmie.
Drzwi za nimi ponownie się otworzyły i z budynku wymsknęła się zaniedbana stara baba. Pokuśtykała w lewo, łypiąc z stronę Dudła. Adelinowi wydało się, że nawet przelotnie uśmiechnęła się do barda. Prezentując spore braki w uzębieniu.
Rozdział IV
Po wyjściu z karczmy Adelin, choć był już mocno zmęczony i podróżą, i towarzystwem podążył za przekazanymi mu na początku jego misji wskazówkami: miał znaleźć Starego Pikisa.
– Stary Pikis to osobliwy człek, bardzo zamknięty w sobie. Zdziwaczał przez lata życia pracy dla naszego wywiadu, ale też drugiego tak dobre szpiega jak on nie znam – mówił Adelinowi jeszcze przed podróżą Wielki Komtur Zakonu Trzech Sióstr, Moran Prime. – Da ci kolejne instrukcje. Nie mogą ci przekazać ich teraz…
– Znam zasady – zapewnił go młodzieniec.
– Uważaj tylko na to, by Pikisa do siebie nie zrazić. Co prawda, wie, że ma wykonać rozkazy, ale… Tak jak mówię to człowiek dość specyficzny. I lepiej by cię polubił. Staraj się więc zachowywać wobec niego grzecznie, poprawnie wysławiać. Sugeruje też ściągnąć od razu po wejściu do jego domu buty. I, jeżeli cię czymś poczęstuje, nie krusz na podłogę.
Adelin niemal parsknął śmiechem. Miał spotkać się z żywą legendą, człowiekiem-cieniem, który zasłynął tym, że stał za najsłynniejszymi spiskami w historii. Jego opis przypominał zaś wizytę u zgrzybiałego starca z licznymi dziwactwami.
I teraz, gdy stał przed domem, w którym miał znaleźć Pikisa, znowu poczuł konsternację. Zakładał, że słynny szpieg będzie mieszkał w raczej mrocznej, zapomnianej dzielnicy. Takiej, która nie zwraca niczyjej uwagi. Stał zaś przed budowlą, o której można było powiedzieć wszystko, ale nie to, że nie rzucała się w oczy. W pełni zrozumiał tę część instrukcji, która brzmiała „gdy znajdziesz się na miejscu, będziesz wiedział, że to to miejsce”.
I faktycznie, stał właśnie przed kamieniczką pokrytą jaskrawoczerwoną farbą, z zamkniętymi brudnozielonymi okiennicami. Trudno było o większy kontrast z zaniedbanymi, szarymi budynkami, które wybudowano w tej okolicy.
– Do tego dziwaka, hę? – Adelina został nagle wyrwany z zamyślenia.
Stała obok niego korpulentna kobieta w średnim wieku.
– Tak… Jest w domu? – odparł.
– A pewnie jest. Rzadko wychodzi. Nawet strawę przynoszą mu… służki. Tak je nazywa. No ale do rzeczy. Co ja to… To chudziny straszne! Tak młody i urodziwy mężczyzna poszukuje zapewne prawdziwych kobiet. Takich tam, u tego degere… degera… dziwaka nie znajdziesz.
– Ja nie w tym w celu, ale dziękuje za propo…
– Ale nie ma za co dziękować. Niejeden już chciał iść tu, a trafił do nas! A mamy i egzotyczną piękność, która wykonuje słynne…
– Naprawdę podziękuje. Muszę już zresztą iść.
– Aż taka potrzeba silna! A i nie dziwota bo, pamiętam jak sama młodsza byłam. A i dziś, nie daj się zwieść mojej subtelności, nieraz bym takiego…
Adelin ruszył przed siebie, nie zamieszał dłużej pozwalać się nagabywać przez burdel mamie. Zszokowało go jednak to, czym zajmował się Pikis. Z drugiej strony wyjaśniało to kolor farby, którą pokrył swoją kamienicę.
– Arais to istna mistrzyni ars amandi! Gabor robi wykonuje takie fellatio, że… – słyszał nadal za sobą.
Podszedł do solidnych brązowych drzwi i zastukał złoconą kołatką w kształcie łba lwa. Raz, drugi, trzeci.
Cisza.
Czwarty, piąty i szósty.
Nad jego głową zaskrzypiały okiennice. Usłyszał odgłos otwieranego okna.
– Co tak się dobija! Nie wie, że o tej porze zamknięte? – Adelin nikogo nie ujrzał, ale głos sugerował kogoś nie tyle już starego co zgrzybiałego.
– Asmodea to królowa w świecie ani sexus, mistrzyni! Spodoba ci się – burdel mama wytrwale prezentowała pozostałą część oferty.
– Przepraszam, czy sprzedają tu pyłki nikotii?
Cisza. Mija jedna z najbardziej nerwowych chwil w życiu Adelina.
– Irys to ktoś dla koneserów mocniejszych wrażeń – z jakiś powodów opiekunka sąsiedniego domu uciech uznała, że palacz nikotii może poszukiwać czegoś wykraczającego poza fellatio i sexum analem.
– Niestety, sam nie palę, a i tobie przybyszu nie zalecam, bo to szkodzi na zdrowie – Adelin usłyszał w końcu poradę zdrowotną na którą czekał.
Chwilę potem ktoś po drugiej stronie zaczął majstrować przy drzwiach, które zaraz potem się otworzyły, uchylił na tyle, że mógł wejść do środka.
Wszedł do słabo oświetlonego korytarza, drzwi zatrzasnęły się. A dokładniej zatrzasnęła je postać, które wcześniej się za nimi ukryła.