- Opowiadanie: Berig - Drżę mniej z każdą chwilą

Drżę mniej z każdą chwilą

To opowiadanie dotyka tematu ostatecznego. Nie jest jednak historią pesymistyczną ani przytłaczającą. Składa się z dwóch formalnie odrębnych, lecz ściśle ze sobą powiązanych części. Pierwsza jest bliższa realizmowi (z nutą oniryzmu), druga domyka całość i uzasadnia, dlaczego ten tekst pojawia się na portalu Nowej Fantastyki. Granicę między przejścia między częściami wyznacza obraz Anny Słoncz (gdy do niego dotrzesz, przewiń i czytaj dalej poniżej ;D).

 

Zapraszam do lektury — i do ewentualnej rozmowy.

 

Dziękuję Ambush ze precyzyjną betę.

Dyżurni:

ocha, domek, syf.

Oceny

Drżę mniej z każdą chwilą

Mmm… uwielbiam taki wiatr! Silny, ale subtelnie ciepły. Nie przenika, lecz aksamitnie owiewa policzki i układa włosy na plecach. Obracam się tak, aby szum w lewym i w prawym uchu brzmiał tak samo. Stoję teraz idealnie pod wiatr.

Rozpędzam się kilkoma szybkimi krokami i daję susa wprzód, i lekko w górę. Wiem, że to będzie naprawdę długi skok! Pochylam się. Wciskam dłonie w kieszenie kurtki i rozkładam szeroko ramiona, by poły rozpiętej bluzy uformowały skrzydła. Czuję siłę unoszącego mnie wiatru. Leeecę!

Wiem, że każdy skok musi się kiedyś skończyć, ale chcę, by ten jeszcze trwał. Ignoruję sugestie grawitacji i nie opuszczam nóg na przesuwające się poniżej chodniki, ulice i trawnik. Zamiast tego pochylam się jeszcze bardziej i przedłużam szybowanie. Czemu wcześniej nie próbowałam tak latać?

Szum wiatru przekształca się w szelest otwieranych drzwi.

Oj, jak bardzo nie chcę otwierać teraz oczu.

Powracająca świadomość rozmazuje obraz. Zaciskam mocniej powieki – może uda mi się wrócić do błogiej fantazji. Jeszcze raz się rozpędzam, odbijam, ale kolejny krok to ledwo niewielki podskok.

Czuję czyjś dotyk na przedramieniu. Z irytacją rozwieram oczy. To siostra Małgorzata. Przygląda mi się z pogodnym wyrazem twarzy, czekając, aż wrócę na ziemię.

Żal mi mojego latania, ale nie jestem w stanie złościć się na tę kobietę. Na jej twarzy nigdy nie gości ten pocieszająco-zmęczony uśmiech, którym pozostali członkowie personelu obdarowują pacjentów. Sztampowe grymasy, które być może nieświadomie, za to niezwykle skutecznie, uzmysławiają pensjonariuszom hospicjum, że znajdują się w miejscu, w którym umrą.

– Południowa karuzela – informuje niemal kusząco pielęgniarka, gdy już nawiązujemy kontakt wzrokowy.

Przebiera w leżących na wózku strzykawkach, wężykach i fiolkach. Stuk przedmiotów energicznie przesuwanych w metalowej kuwecie, odbija się echem od gołych ścian. Kiedyś drażnił mnie ten dźwięk; teraz już prawie wcale. Jest zwiastunem ulgi.

Przestaję żałować latania, bo następne sto minut zapowiada się nie mniej przyjemnie. Gdy wszystko-uśmierzająca szpryca rozpłynie się po moim ciele, na białym suficie sali zmaterializują się obrazki, ba, całe animacje, do których nie umywa się nawet najbardziej odjechana instalacja multimedialna. Ostatnio, na przykład, zoomowałam w głąb puzzlowego obrazka, który układałam jako dziewczynka – Kajko i Kokosz w morskim porcie. Żaglowiec, którym przypłynęli, nagle ożył i wpłynął na piaszczysty dziedziniec przed piramidami. Przez wypełniony tłumem plac niewolnicy nieśli faraona, siedzącego na szczycie gigantycznej, schodkowej lektyki, która sama wyglądała jak piramida. Tragarze o śniadych ciałach przemaszerowali nade mną, jakbym była… skarabeuszem?

Skwapliwie podciągam więc lewy rękaw koszulki, by odsłonić wenflon. Nie lubię patrzeć, jak pielęgniarka manipuluje w pobliżu moich zmaltretowanych żył, więc odwracam wzrok w stronę wejścia. Za mleczną szybą drzwi widzę dwie sylwetki. Tę wyższą poznaję od razu – to mój Kuba, a ta niższa? Też jakaś znajoma… Włodzimierz?

– Przełóżmy karuzelę na wieczór – zarządzam zdecydowanie, wyrywając rękę z ciepłych dłoni pielęgniarki.

Przez moment patrzy na mnie badawczo.

– Nie boli cię? – pyta podejrzliwie.

– No właśnie… chwilowo nie.

Kłamię. Prawa pacha boli, jakbym od rana wisiała z ramieniem przewieszonym ponad napiętym jak struna telefonicznym kablem, takim samym, jaki widzę za oknem. Porządny wlew głupiego jasia byłby teraz wart każdego grzechu. Lecz jeżeli podejrzenia co do drugiej osoby za mleczną szybą się potwierdzą, to moja świadomość musi być teraz krystalicznie trzeźwa, a umysł ostry jak igła strzykawki.

Przez uchylone drzwi wsuwa się głowa mojego męża. Mój kochany Kubełek. Nie mogę nie uśmiechnąć się na jego widok.

– Nie przeszkadzam?

– Wygląda na to, że nie – odpowiada bez przekonania Małgorzata. Odwiesza wężyk kroplówki na stojak i wciąż podejrzliwie świdruje mnie oczami.

– Zadzwoń na mnie, jak będziesz czegoś potrzebowała.

Kiwam głową. Pielęgniarka, wychodząc, otwiera szerzej drzwi i odsłania stojącego za nimi księdza.

– Zobacz, jakiego gościa ci przyprowadziłem – w głosie Kuby słychać dumę.

– Cześć Włodziu! – Staram się, by rwanie pod pachą nie zabarwiło bólem mojego głosu.

Przywołuję na twarz najbardziej beztroski uśmiech, na jaki mnie stać. Włodek i Kuba są przyjaciółmi jeszcze ze szkoły salezjańskiej. A w zasadzie ze szkół: podstawowej, potem z gimnazjum, z liceum, a nawet z pierwszego roku studiów lingwistycznych. Dalej już nie, bo po pierwszych wakacjach Włodek poszedł za powołaniem i przeniósł się do seminarium duchownego.

Spotykaliśmy się kilka razy w roku, czy to na urodzinach Kuby, czy na wiosennym grillu. Zawsze wtedy Włodek zjawiał się ubrany po cywilnemu, a teraz przyszedł w sutannie, komży i ze stułą przewieszoną przez szyję.

– Co ty dzisiaj taki odświętny jesteś?

Pytanie jest prawie retoryczne. Domyślam się i celu tej wizyty, i powodu, dla którego Włodek nałożył liturgiczne szaty. Spoglądam mu prosto w oczy, ale ucieka wzrokiem.

– Pomyślałem – zaczyna niepewnie – że potrzebujesz przyjąć…

– To ja poprosiłem Włodka, żeby tu przyszedł – zdecydowanie przerywa mu Kuba. – Z sakramentem.

Mój mąż był wierzący od zawsze. Przez większość naszego wspólnego życia podzielałam jego wiarę. Razem uczestniczyliśmy w ruchach oazowych, wędrowaliśmy po górach z wychowankami Włodka, modliliśmy się i śpiewaliśmy religijne piosenki. Ale w ostatnich kilku latach zwątpiłam.

– Kuba, przecież wiesz, że odmówiłam tutejszemu księdzu ostatniego nama…

– C h o r y c h – Włodek przerywa mi zdecydowanie. – Ten sakrament nazywa się namaszczeniem c h o r y c h.

– Chorych się leczy, Włodziu. A ja nie wyzdrowieję. Wszyscy o tym wiemy. – Sama się dziwię, jak łatwo przychodzi mi to stwierdzenie. Czy to już piąta, ostatnia faza w modelu Kübler-Ross?

Zapada krępująca cisza. Nawet nie mam siły, by się zirytować. Poza tym wiem, że Kuba martwi się moją odmową. Chciałabym teraz czuć tę pobożną ufność, którą dzieliłam z nim kiedyś.

– Każdy wierzący ma okresy zwątpienia. – Włodek zdaje się czytać moje myśli. – Ja też miałem, aż nawet… – zawiesza głos, jakby wahał się, czy ma kończyć zdanie – aż nawet opuściłem seminarium.

Unoszę brwi. Tego fragmentu życiorysu przyjaciela mojego męża nie poznałam.

Widząc moje pytające spojrzenie, Włodek czuje się zobowiązany powiedzieć więcej.

– Szczęśliwie za radą rektora zgodziłem się potraktować pierwszy rok laikatu jako urlop. Początkowo było trudno. Rodzice nie omieszkali dawać mi do zrozumienia, jak bardzo ich zawiodłem. Ale największe rozczarowanie widziałem w oczach babci.

Milknie na chwilę. Niewidzącym wzrokiem patrzy gdzieś ponad moją głową w okno. Siedzące na kablu wrony zrywają się jednocześnie i odlatują wszystkie w tym samym kierunku, niczym latająca ławica.

– Aż w święto wielkanocne – kontynuuje nagle z ożywieniem – babcia, składając mi życzenia, powiedziała, że lepiej być szczęśliwym w garniturze niż nieszczęśliwym w sutannie. Rozumiesz? Zaakceptowała moją decyzję.

Oczy błyszczą mu jak polakierowane. Jest autentycznie wzruszony.

– To była najszczęśliwsza Wielkanoc, jaką pamiętam. I wiesz, co się stało? Po trzech miesiącach stwierdziłem, że poza seminarium może i łatwiej jest żyć, ale życie bez Boga jest jak… droga donikąd.

Kuba wstaje z krzesła, nabiera powietrza, chce coś powiedzieć, jednak milknie. Chyba czuje wagę świadectwa, złożonego przed chwilą przez przyjaciela i postanawia poczekać na skutek. Siada na parapecie i zawiesza wzrok na pustym drucie rozciągniętym między słupami.

Ksiądz patrzy na mnie wyczekująco.

– To nie to samo – odpowiadam po chwili. – Ty wciąż wierzyłeś w Boga, Włodku. Nie miałeś kryzysu wiary, miałeś kryzys powołania. Ty nie wątpiłeś w Stwórcę, ty wątpiłeś w swój cel. To życie bez celu wydało ci się drogą donikąd.

Kłucie w pasze się nasila. Teraz czuję się, jakby ktoś przyłożył mi tam tępe ostrze i piłował zawzięcie, szorując po kości. Milknę na chwilę, ale na wszelki wypadek podnoszę lewą dłoń, by powstrzymać ich od przerwania mi. Oddycham głęboko kilka razy. Ból trochę słabnie.

– Ja nie dostrzegam żadnych znaków na istnienie Boga – kontynuuję. – Zauważam za to coraz więcej znaków na jego nieistnienie. Uwierzyć w stwórcę wbrew temu, co widzę, co wiem, co myślę – nie mogę.

– Nawet jeżeli teraz nie, to kiedyś wierzyłaś. – Kuba nie wytrzymuje i włącza się do dyskusji. – Nie możesz mieć pewności, że znowu zdania nie zmienisz.

– Zważywszy na okoliczności, tego akurat jestem prawie pewna. – Ignoruję łaskotanie i nie ocieram łzy cieknącej po policzku. Na szczęście nie szlocham. – Gdy zmienię zdanie, wrócimy do tej rozmowy, Kuba.

– Ale co ci szkodzi? Przecież jeżeli Bóg nie istnieje, to nie poniesiesz żadnej konsekwencji z powodu przyjęcia sakramentu, a jeżeli istnieje, to dajesz nam szansę spotkać się po tamtej stronie… – Kuba gestykuluje z przekonaniem. Jest pełen uniesienia.

– Jeżeli bym to zrobiła z pobudek, o których mówisz, to byłoby to jak wykupienie polisy ubezpieczeniowej. Działanie ze strachu albo z wyrachowania, nie akt wiary.

Cała pasja uleciała z niego jak powietrze z przebitego balonika. Twarz mu obwisła, patrzy w podłogę.

– Jeżeli istnieje jakikolwiek powód, dla którego miałabym przyjąć ten o s t a t n i m ó j sakrament, to jest nim twój smutek, Kuba. Ale mimo to, mimo że cię bardzo kocham, nie mogę. Czy deklaracja wiary wypowiedziana z litości wystarczyłaby na przepustkę do nieba?

– W sumie byłby to akt wiary z miłości – beznamiętnym głosem mówi Kuba, nie odrywając wzroku od podłogi.

– Masz rację, z miłości. Tyle że nie z miłości do Boga, lecz z miłości do ciebie. Wciąż ta sama wiara bez wiary. Gest bez znaczenia.

Spoglądam na księdza.

– Droga donikąd, nie do celu, prawda?

Nic nie mówi, ale nie ucieka wzrokiem. Ani nie zaprzecza, ani nie potwierdza, tylko kołysze głową na boki. Taka hinduska odpowiedź.

Obie pachy rwą teraz jak diabli. Krzywię się z bólu i zaciskam powieki. Robi mi się zimno i czuję, że przydałoby się więcej powietrza. Rozluźniam kołnierz koszuli. Teraz już potrzebuję tej szprycy. Otwieram oczy, by spojrzeniem poprosić Kubę o przyprowadzenie pielęgniarki, ale on już przytrzymuje drzwi, pomagając Małgorzacie wjechać do sali kroplówkowym wózkiem. Usta mu drżą.

 

Stukanie fiolek o metalową kuwetę wybija mnie na chwilę z letargu. Małgorzata reguluje strumień kroplówki zaciskiem na przezroczystym wężyku. Kuba patrzy na mnie smutno. W kącikach oczu nabrzmiewają mu wielkie krople. Jedna z nich zsuwa się po nieruchomym policzku.

– To powinno dać jej zasnąć – słyszę jeszcze głos Małgorzaty, zanim odpłynę. Mój oddech przestaje gnać.

Szkoda mi mojego Kubełka. To chyba jednak jeszcze czwarta faza?

 

Znowu stoję idealnie pod wiatr. Może teraz się uda? Robię trzy energiczne kroki i… tak! Przyjemnie znowu lecieć. Jestem naga. Nie mam kurtki, więc nie dodam sobie skrzydeł. By uniknąć upadku, opuszczam nogi, ale pod nimi nie widzę ani ulicy, ani łąki. W ogóle nie ma ziemi. W uszach nie słyszę już szumu wiatru.

Spoglądam w górę.

Delikatne strumienie dwukolorowego światła opływają moje ciało. Błękitne promienie zmywają ból, złote łagodnie ogrzewają.

Czuję się taka lekka.

Jest idealnie…

* * *

 

Senne przestworza – malowała Anna Słoncz

 

Uwielbiam medytację.

Jeszcze nie dawno zajęcia prowadzone w małej salce na końcu korytarza były dla mnie koszmarem. Zamiast obiecywanych uspokojenia i ciszy czułam się jak zamknięta w ciemnym pokoju, w którym ktoś zostawił włączone radio. Niszowa stacja nachalnie nadawała audycje moich lęków; natrętne myśli: dlaczego ja?; co zrobi Kuba, gdy już…?

Zamknij oczy, skup się na oddechu – podpowiadał instruktor. Moje płuca były jak zewnętrzne urządzenie wymagające świadomej obsługi. Czułam, że gdy tylko przestanę wymuszać kolejny oddech, to wszystko się zatrzyma, ale gdy próbowałam tak robić, żaden koniec jednak nie następował. Serce tylko przyspieszało, a w brzuchu zaciskał się węzeł. Prowadzący zapewniał, że to minie, że to normalne i żebym pozwoliła temu przeze mnie przepłynąć. Tylko że mój niepokój nigdzie się nie wybierał. On się rozgaszczał. Siadał na środku i mościł wygodnie, jakby miał zostać na zawsze.

Dopiero gdy przestałam traktować medytację jak przymusowy zabieg, zaczęła działać. Zaczęłam od kilku minut i otwartych oczu. Od rzeczy banalnych: liczyłam oddechy do dziesięciu, dotykałam maty lub brzucha, gdy bolał, nazywałam pięć dźwięków, które słyszałam. Sama uważność. Bez transcendencji.

W końcu zaskoczyło, jakby odblokował się zatrzaśnięty zamek. Zrezygnowałam z prób uciszania wszystkiego, pogodziłam się z tym, że coś we mnie zawsze będzie gadać. Nie muszę się w to angażować. Mogę siedzieć obok i patrzeć, jak pociąg z udręką odjeżdża, a ja do niego nie wsiadam.

Teraz medytuję często. Szczególnie wtedy, kiedy chcę się poczuć bezpiecznie. Oddycham wolno. Równo. Czuję ciężar, który mnie trzyma przy ziemi… choć właściwie nie jestem pewna, kiedy ostatnio naprawdę dotknęłam podłogi.

Ta chwila medytacji przychodzi dziwnie łatwo. Nie zmagam się z oddechem, nie boli mnie pod pachami, nie drętwieją nogi. Nic mnie nie rozprasza.

Nie pamiętam, kiedy tak jasno było przez tak długi czas. Ile to już trwa? Może już powinnam zakończyć medytację? Pociągnę ją jeszcze trochę. Jest tak błogo. Nie przypuszczałam, że mogę nie znudzić się, tak długo nie robiąc niczego konkretnego. Wyblakłe myśli przepływają niespiesznie.

Co będzie potem?

Później będzie to samo – czyjś wyraźny głos niespodziewanie przełamuje ciszę.

Czy to do mnie? Przecież nie zadałam tego pytania; ja tylko je pomyślałam. Skup się, kobieto, na oddechu – wydaję sobie polecenie. Wdech… wydech… wdech… Oddycha się lekko, bez wysiłku. Wdech… wydech… Tyle światła wokół, aż dziwne, że mnie nie razi. Wdech… wydech… Czyj to mógł być głos?

Nasz.

Czy to znowu odpowiedź na pytanie, którego nie zadałam głośno? Mam halucynacje? Wdech… wydech… Rytmiczny oddech zaraz przywróci mi spokój.

To nie są halucynacje.

Jakim prawem ktoś tu się w ogóle odzywa? W pokoju medytacyjnym obowiązuje cisza. Nie mówi się! Ani do siebie, ani tym bardziej do innych.

Dwukolorowe światło otula mnie delikatnie ze wszystkich stron, rozpuszcza chłód i ból. Dlaczego widzę jasność zamiast ciemności? Medytuję przecież z zamkniętymi oczami.

Oczami? Jakimi oczami? – Tym razem głos wydaje się rozbawiony. – Świadomość nie posiada oczu. Zmysły takie jak dotyk, węch czy wzrok istnieją tylko w materialnym świecie.

Co te słowa mają znaczyć? Że nie ma materii? Że nie mam oczu? Znowu się niepokoję.

Zaraz wszystko ogarniesz. I zupełnie nie masz czego się bać. – Głos stara się mnie uspokajać.

Skutecznie. Drżę mniej z każdą chwilą. Wdech… wydech… lęk mięknie.

– Zaraz? Czyli kiedy? – odważam się odezwać.

Wkrótce. Jeszcze zanim przestaniesz odczuwać czas.

Wdech… o dziwo wcale się nie denerwuję, wydech… Powietrze nie ma ani zapachu, ani temperatury. Wdech… czy oddychanie ma jeszcze sens?

Na moment wraca do mnie obraz szpitalnego łóżka. W blaknącej wizji widzę jeszcze pochylającą się do mnie smutną twarz mojego męża. Uświadamiam sobie, że już mnie nic nie boli.

Więc jest dalszy ciąg! Rozpływam się w błogości.

– Czy ty jesteś… – Boję się zadać głosowi tak konkretne pytanie. – Kim jesteś?

Bezskutecznie usiłuję przywołać jeszcze raz to smutne oblicze z gasnącej wizji. Cisza, w której czekam na odpowiedź, wypełnia nadzieja. Wdech… wydech… nie, oddechy nie mają przecież sensu.

Nie, nie jestem nim…

Czuję zawód, gdy pada ta odpowiedź. Tylko przez chwilę. Zaraz potem przychodzi ulga, że to nie Kuba. Jego czas jeszcze nie nadszedł.

…jestem tobą…

Jeżeli czułam jakiekolwiek napięcie, to teraz całkowicie ustąpiło. Rozluźniam się. O dziwo, nie czuję żadnego niepokoju, żadnego oczekiwania na nieznane. Wszystko jest na swoim miejscu. Czuję się kroplą w oceanie harmonii.

– Mną?

…jestem tą częścią naszej świadomości, która czekała na koniec Pervity.

Nie pojmuję wszystkiego, lecz zaczynam ufać, że zrozumienie nadejdzie.

Jak brzmiało to słowo? Chyba nie słyszałam go wcześniej.

Pervita to podróż fragmentu jaźni w świat doznań. Nazywałaś ją życiem.

– Po co mi jest… była ta Pervita?

Jako świadomość potrzebujemy zmian. Niezmienność nas unicestwia. Wszechświat istnieje po to, byśmy w jego materii, przestrzeni i czasie mogli doświadczać.

– Zaraz! Chcesz powiedzieć, że ludzie, których spotkałam, reprezentowali inne świadomości, które wybrały się na wycieczkę do ziemskiego świata?

Tak, to są właśnie Pervity. I bynajmniej nie są przypisane wyłącznie ludzkiemu gatunkowi i nie realizują się wyłącznie na Ziemi. Wszechświat jest dużo większy, ale to przecież wiesz.

– Kto tak zarządził? Kim jest ów bóg, który wysłał mnie właśnie na trzecią planetę Układu Słonecznego i to akurat w erze rewolucji informacyjnej?

Nikt ciebie nie wysłał. Podjęliśmy wspólnie decyzję. To był twój i mój plan. Nasze założenia i nasza realizacja.

– Zaraz! Realizowaliśmy plan? To może jest jeszcze jakiś weryfikator, który oceni stopień wykonania projektu?

Jedyną ocenę wystawimy my i to wyłącznie na własny użytek. Sensem Pervity nie jest osiągnięcie jakiegoś konkretnego celu. Istotą jest interakcja między świadomościami.

– Po co to? Tu jest tak błogo, tak spokojnie. Po co narażać się na cierpienie?

To jedyny praktyczny sposób, by przeciwstawiać się rosnącej entropii, która nas unicestwia.

– Wybacz, ale byłam zwykłym technikiem farmacji. Nie odebrałam wykształcenia fizycznego ani filozoficznego. Nie wiem, co to entropia.

Świat jaźni, podobnie jak świat materialny, nieustannie się rozszerza. Kiedyś tak się rozciągnie, że świadomość stanie się rzadka do tego stopnia, że zniknie. Umrze ostatecznie.

– I to będzie źle? Może potem nastąpi przejście do kolejnego poziomu, podobnie jak ja przeszłam do tego? Przejście do nadświadomości?

Może, ale tego nie wiemy. Podobnie jak tobie w trakcie Pervity wydawało się, że po śmierci w świecie materialnym nie ma nic, tak samo zakładamy, że po śmierci jaźni może nie być kolejnego etapu. Staramy się przetrwać.

– I do tego przetrwania potrzebne są Pervity – bardziej stwierdziłam, niż zapytałam. – Jak to działa?

To, co osłabia entropię świata jaźni, czyli przedłuża jego istnienie, to emocje. Dużo łatwiej powstają w świecie materialnym. Tak naprawdę, to właśnie w tym celu go stworzyliśmy. Nasze reakcje na emocje, a zwłaszcza na ich kumulacje, pozwalają świadomości udoskonalać się lub, rzadziej, pogorszać. W jednym i w drugim przypadku efekt jest pozytywny – oddala unicestwienie. Nie ma znaczenia realizacja planu, lecz nasze wybory dokonywane podczas próby wykonania.

– Raczej moje wybory. Jakoś nie odczuwałam twojego zaangażowania w wypełnienie misji naszego życia, czy, jak to nazywasz, Pervity.

Ty i ja to jedno. Jeszcze przez jakiś czas wyczuwać będziemy naszą dwoistość – to efekt uboczny separacji na czas Pervity, ale niedługo staniemy się jednością. Nasze rozdzielenie było konieczne, byś nie miała możliwości dzielić się odpowiedzialnością za decyzje, które podejmowałaś dla nas. A mogły to być decyzje tak ważkie, jak odebranie, czy też danie komuś życia. Dopiero w warunkach poczucia śmiertelności bytów, decyzje nabierają prawdziwej wagi i kształtują jaźń.

– Jeżeli mogę się wypowiedzieć, z perspektywy świadomości, która ukończyła właśnie Pervitę, to następne wcielenie chciałabym na planecie, która nie stoi na krawędzi samozagłady i końcówkę poproszę mniej ponurą niż ta w hospicjum.

Naprawdę było tak źle? Teraz kiedy już masz to za sobą, spójrz, ile dobrych uczuć ciebie spotkało. Cierpiałaś, ale mimo to okazywano ci miłość i ty też mogłaś okazywać dobro. Nie zawsze to, co miłe i przyjemne, jest najlepsze. Z planowaniem Pervity jest jak z wyborem filmu na wieczorny seans. Czasem miałaś ochotę na komedię, czasem oglądałaś sensację, czasem wyciskacz łez, a czasem krwawy horror. Rom-komy wcale nie były twoim najczęstszym wyborem.

– To, co proponujesz?

Jeszcze nie nadszedł moment, żeby planować. Najpierw wchłoniemy echo ostatniej Pervity i ponownie się zespoimy. Zapoznamy się z możliwościami, bo wszechświat się zmienia. Za każdym razem może być inny. Decyzję co do kolejnej Pervity podejmiemy, dopiero gdy już nie będzie "my" tylko staniemy się jednym "ja".

 

* * *

 

Jesteśmy znowu razem… jednością.

Stałom się gotowe.

Koniec
Nowa Fantastyka