- Opowiadanie: Bardjaskier - Po drugiej stronie zdjęcia

Po drugiej stronie zdjęcia

Dyżurni:

Finkla, joseheim, beryl

Oceny

Po drugiej stronie zdjęcia

 

Akademia 

Joe skrócił sobie drogę przez boisko do rugby. Nie zwracał uwagi na wyzwiska trenujących. Był przed ostatnim egzaminem i miał w nosie inwektywy młodych kadetów. Jeszcze rok temu może i by się postawił. Obiłby któremuś gębę. Ale już nie. Bo jutro będzie oficerem lotnictwa w randze podporucznika. A to zobowiązuje. Zresztą, gdy przypną mu insygnia, nikt nie będzie się ważył reagować inaczej niż salutem.

Rozmarzony niemal sam zapomniał o zasadach. W ostatniej chwili stuknął piętami i, wyprężony jak struna, uderzył prawą pięścią w lewą pierś z głośnym:

– Chwała!

Nauczyciel lotnictwa wraz z wykładowcą nawigacji międzygwiezdnej. Uśmiechnęli się do niedoszłego pilota i odpowiedzieli:

– Matce Ziemi.

Joe był ich ulubieńcem – najlepszy na roku, tak jak wcześniej ojciec, który nie raz pił z wykładowcami Akademii Sił Interwencyjnych. Joe był podobny do staruszka. Wysoki, przystojny blondyn o niebieskich oczach, dzięki którym nie raz zaliczył egzamin u kapitan Susan McNill.

Doszedł do placu apelowego, na którym w rzędzie stali absolwenci. W czarno-czerwonych mundurach odbierali gratulacje od dowódcy klasy i pułkownika Lazara.

Joe przeskoczył przez oparcie krzesła na trybunie i klapnął na siedzisko obok Tima.

– Człowieku, ale mnie przestraszyłeś! – przyjaciel niemal upuścił książkę.

– Coś taki nerwowy. – Joe potarmosił czarne, kręcone włosy Tima.

Lubił mu docinać, a odkąd akademia pozbawiła go bujnego afro, które było dumą i magnesem na dziewczynki, za każdym razem Joe na przywitanie przypominał Timowi o tej stracie.

– Przestań się zgrywać, białasie – warknął Tim, ale Joe wiedział, że się cieszy na widok przyjaciela.

– Co czytasz?

– Co czytam?! To, co i ty masz czytać!

– Pokaż. – Joe wyrwał z rąk Tima podręcznik. – „Kolonializm ratunkiem dla przestrzeni życiowej człowieka”. Po wojnie będziemy mieli obywatelstwo, a wtedy te propagandowe bzdury o relokacji nie będą ci potrzebne.

– Ale są potrzebne na jutrzejszy egzamin. – Tim odebrał książkę. – A jak nie zdasz testu obywatelskiego, to możesz pomarzyć o byciu pilotem. Zostaniesz co najwyżej trepem i będziesz stacjonował do pięćdziesiątki w jakiejś bazie kolonialnej.

– Spokojnie, polityka Ziemi jest mi znana. Od dziecka ojciec wpaja mi, jak ważna jest ekspansja dla przeludnionej planety. O równości obywatelskiej i czemu podludzie muszą migrować do kolonii. W tym podręczniku nie ma niczego, czego nie słyszałem w domu.

– Mówisz z takim lekceważeniem o zasadach, które zrównują wszystkich obywateli. To system idealny.

– Nie dla tych, którzy nie mają szans na obywatelstwo – zauważył Joe.

– Każdy ma, kto zechce…

– Walczyć dla Matki Ziemi. Tak, wiem. Albo to, albo kolonia.

Na placu apelowym rozbrzmiała „Oda do radości”. Tim i Joe wstali na baczność i zaczęli śpiewać hymn razem z pilotami z odznaczeniami przypiętymi już do mundurów. Na maszcie powiewała czarna flaga z czerwoną gwiazdą.

 

*

W klubie oficerskim młodzi piloci oddawali się pijaństwu i rozpuście. DJ podkręcał atmosferę, która i tak już przypominała autobus szkolny pędzący ku przepaści. Tim wpadł w sidła blondynki z dużym biustem, której śliskie oczy i wyuzdane ruchy jasno mówiły, że skorzystała z racji pancernych. Joe patrzył, jak wciska język do ust przyjaciela razem z niebieską tabletką. Na sali kręcili się oficerowie starsi rangą, którzy musieli wiedzieć, że ktoś gwizdnął racje pancerne z magazynu i teraz połowa absolwentów jest naćpana jak bąki, ale udawali, że tego nie widzą.

Joe trafił na ciemnoskórą dziewczynę, śliczną jak letnia noc. Tańczyli dłuższy czas, a jej ruchy zdradzały również chęć do innych aktywności. Joe był myślami gdzie indziej, a ona, choć robiła, co mogła, by krążyły wokół niej, pogodziła się z porażką i zmieniła obiekt pożądania.

– Idę do baru, chcesz coś?! – Joe nachylił się do ucha przyjaciela i niemal zderzył się z blondyną. – Do baru…!

Zrezygnował i tylko poklepał Tima po ramieniu.

– Bierz ją, tygrysie – wyszeptał i ruszył przez tłum na parkiecie.

W drugiej sali nie było już tak tłoczno. Przy stolikach trwał pseudo-intelektualny pijacki bełkot, a część absolwentów toczyła nierówną walkę z obezwładniającym alkoholem. Joe znalazł miejsce przy barze i zamówił piwo. Myślał o teście końcowym. Nie znał odpowiedzi przynajmniej na połowę pytań. Zaliczył i przez chwilę myślał, że dopisało mu szczęście. A potem zobaczył na korytarzu ojca rozmawiającego z Lazarem. Nie podszedł się przywitać. Skręcił w kierunku schodów i uciekł.

Od tego spotkania myślał tylko o tym, czy w ogóle musiał przyjść na egzamin końcowy. Może i nie przygotował się tak jak Tim, może zbyt lekkomyślnie podchodził do wagi sprawdzianu obywatelskiego. Ale, do cholery, przez pięć lat pracował na to, by samemu zdecydować, czy zda, czy nie. A teraz czuł, że nie miał wpływu na nic.

– Równość obywatelska, pieprzenie – powiedział do kufla z piwem.

– Nie wierzysz w to, że wszyscy obywatele są równi według prawa?

Spojrzał na kapitana i wykładowcę etyki. Chciał wstać i zasalutować, ale nauczyciel szybko dał mu znać, że to zbędne.

– Tak, wierzę – odpowiedział, gdy zorientował się, że kapitan czeka na odpowiedź. – Ludzie rodzą się równi i do egzaminu mają takie same prawa. Test na obywatelstwo pozwala sprawdzić, czy te prawa mogą zachować. To jest uczciwe.

– Czemu to takie ważne? – zapytał kapitan.

– Z powodu przeludnienia tylko obywatele Matki Ziemi mają prawo do pozostania w ojczyźnie, bo odpowiedzialność całego społeczeństwa sprawia, że możemy żyć w pokoju, na równych prawach.

– Ci, którzy odrzucają obywatelstwo albo je lekceważą, nie mogą zostać. Jako ludzie jesteśmy monolitem, twardym, nie do złamania. Jednolitym. To ważne, bo każde odstępstwo powoduje rysy na naszej powierzchni, a to może doprowadzić do pęknięcia – powiedział kapitan i wypił pięćdziesiątkę wódki. – Podludzie mogą żyć po swojemu.

– Ale nie na Ziemi – dodał Joe. – I przestrzegając trzech przykazań.

– Tak jest cena indywidualizmu.

– Chodziło mi o coś innego – zaczął Joe – o sytuację, gdy ktoś wie, że zostanie obywatelem, czy tego chce, czy nie.

– A ty nie chcesz?

– Nie. Oczywiście, że chcę, ale wszyscy powinni otrzymywać obywatelstwo na tych samych warunkach. Prawda?

– Tak. – Kapitan patrzył na Joe życzliwie, jak na kociątko bawiące się kłębkiem włóczki. – Czasem zdarzają się jednostki, których nie chcemy stracić. A są nam potrzebne. To się nazywa wyższa konieczność. Pamiętaj, jesteśmy…?

– Jak monolit.

Kapitan poklepał Joe po policzku i wstał.

– Nie myśl tyle. Jak wrócisz z misji, będziesz inaczej patrzył na świat.

 

*

Młodzi piloci stali w szeregu na placu apelowym. Czekali. Joe był szczęśliwy, że nie dopił piwa. Miał kaca, ale przynajmniej się wyspał. Inni wyglądali, jakby umarli, a teraz wystawiono ich zwłoki. Tim świetnie do nich pasował – blady, z błędnym wzrokiem utkwionym gdzieś w dali.

Pułkownik Lazar nie spieszył się z odczytaniem listy. Ciągnął długie przemówienie. Joe był pewien, że robi to umyślnie. Pieprzony sadysta.

Nastał moment, na który wszyscy czekali.

– Chwała! – zawołał Lazar.

– Matce Ziemi! – odpowiedzieli chórem piloci.

Major zastąpił pułkownika przy sztandarze i wyciągnął kajet. Bez zbędnych przemówień – co piloci przyjęli z ulgą – zaczął odczytywać przydziały.

Joe wiedział, gdzie się dostanie. Przecież był niezbędną częścią obywatelskiego monolitu, a tacy ludzie mogli trafić tylko do:

– Szósta Dywizja Interwencyjna, Trzynasta Kompania – ogłosił major przy nazwisku Joego.

Kto by się spodziewał. Dywizja owiana złą sławą wśród kolonistów i wieczną chwałą na Ziemi. A do tego legendarna Trzynasta Kompania – wylęgarnia bohaterów. Ojciec przeszedł sam siebie, biorąc pod uwagę, jakie Joe osiągnął oceny końcowe.

Gdy padło nazwisko Tima, Joe zamarł. Nie darowałby sobie, gdyby z powodu koneksji zabrakło miejsca dla przyjaciela, który nie tylko studiował z zapałem, ale szczerze wierzył w strukturę obywatelską.

– Szósta Dywizja, Trzynasta Kompania.

Joe odetchnął z ulgą.

 

Stacja orbitalna

Joe zakończył serię podciągnięć na drążku. Opuścił się na materac i zachwiał. Opanował mdłości. Wiedział, że znów zwymiotuje – jak nie teraz, to później. Oby tylko nie na odprawie.

– Tim, musimy iść! – zawołał.

Prysznic pomagał. Gdyby tylko mógł, spędziłby pod natryskiem cały dzień.

– To oni – powiedział Tim.

Joe spojrzał przez korytarz do szatni. To byli kończący służbę weterani Trzynastej Kompanii. Po odprawie mieli rozpocząć ostatnią misję. Joe i Tim przylecieli wraz z dwudziestoma ośmioma pilotami mającymi zastąpić poprzedni skład.

– Tylko tylu zostało? – zapytał Joe.

– A będzie mniej. Jeszcze nie spełniła się klątwa trzynastego.

– To się zawsze dzieje?

– Z tego, co słyszałem, to tak. Odkąd powstała kompania – powiedział poważnie Tim.

Joe inaczej ich sobie wyobrażał. Nie wyglądali na bohaterów, raczej na bardzo zmęczonych.

– Pieprzysz – powiedział Joe.

– Poważnie. Zawsze któryś to robi. Podobno to z powodu zdjęcia, które chwilę wcześniej zostaje przekazane kolejnemu rekrutowi. I tak klątwa krąży po pilotach. Dlatego ci z trzynastego jeszcze nigdy nie wrócili na Ziemię w komplecie.

– Może tym razem będzie inaczej.

Joe zwrócił uwagę na Azjatę w krótkich spodenkach i przepoconym podkoszulku, siedzącego na ławce, opartego plecami o metalową szafkę. Patrzył w podłogę, a mięśnie na twarzy drgały mu jak u osoby powstrzymującej płacz. Któryś z pilotów klepnął go w ramię, coś powiedział. Azjata spojrzał przez korytarz na Joego, a on nie mógł oderwać wzroku od smutnych czarnych oczu, pod powiekami których zebrały się łzy i wolno spłynęły po policzkach.

Joe poczuł, jak treść żołądka podchodzi do gardła. Zwymiotował. Sztuczna grawitacja Szóstej Dywizji znów go pokonała.

 

*

W sali odpraw ciszę przerywało brzęczenie rzutnika. Piloci siedzieli w ciemnym pomieszczeniu, wpatrzeni w ekran projekcyjny, na którym wyświetlano cele.

– Po zniszczeniu dowództwa rebeliantów czyścicie ten, ten i ten obszar dla grupy naziemnej – kontynuował major. – Chłopaki z kolonii zajmą się resztkami, jeśli jakieś im zostawicie, i sprawdzą, czy Karim bin Ahmad Farandżijja zarobił rakietą w dupę. Jeśli go zostawicie piechocie, to macie jak w banku, że zgłoszę was do pacyfikacji kolejnego konfliktu. Jeśli zginie – macie u mnie beczkę piwa. Jakieś pytania?

Jasne światło zalało pomieszczenie. Joe zorientował się, dopiero gdy wzrok przywykł do oświetlenia, że tylko on trzyma podniesioną rękę.

– Joe?

Tim patrzył na przyjaciela z uniesionymi brwiami.

– Co ty robisz? – wyszeptał.

– Ja… właściwie nie mam pytania – szybko wytłumaczył się Joe i opuścił dłoń.

– O nie, kochaniutki. – Major założył ręce za plecy i stanął w rozkroku. – Zadaj swoje pytanie.

Tim pokręcił głową. Joe wzruszył ramionami i wstał.

– To pacyfikacja religijna. Chciałem zapytać, panie majorze, jakiego wyznania są rebelianci?

– Słodki Jezu! A co to, kurwa, za różnica! Siadaj, bo nie mogę patrzeć na twoją gębę, ale coś mi się wydaje, że ja zapamiętam!

Joe był pewien, że piloci wybuchną śmiechem, ale usiadł w całkowitej ciszy.

– Zapamiętajcie sobie jedno! – ciągnął major. – Podludzie nie mają prawa do wyznania, do zakładania partii i posiadania dzieci bez zezwolenia! Zdawaliście test na obywatelstwo, więc powinniście to wiedzieć! Jeśli będziemy musieli wsadzić rakietę w zadek muzułmanina, zrobimy to tak samo chętnie jak w przypadku protestanta, buddysty czy pieprzonego Świadka Jehowy! Te sukinsyny złamały prawo! Ponadto napadli na konwój naszych chłopaków z kolonii! Tym samym wypowiedzieli wojnę Matce Ziemi! I teraz poniosą tego konsekwencje! Chwała!

– Matce Ziemi! – wrzasnęli piloci.

 

*

– Jakiego są wyznania? Chłopie, od teraz jadasz po drugiej stronie stołówki, bo jeszcze ktoś pomyśli, że się przyjaźnimy. – Tim walnął otwartą dłonią w tył kasku Joego.

– Przestań, po prostu…

– Co?

– Byłem ciekawy, z kim będziemy walczyć.

– Kawaleria powietrzna nie pyta kto!

– Tylko gdzie?! I kiedy?!

– Dokładnie!

Doszli korytarzem do windy zajętej przez starszych pilotów. Ktoś przytrzymał drzwi ręką.

– Jest jeszcze miejsce – powiedział Azjata z napisem „Wypalić do ziemi” na hełmie.

Wśród trzydziestu stłoczonych w korytarzu kotów żaden się nie poruszył.

– Ilu? – rzucił Joe.

– Pięciu spokojnie wejdzie – odpowiedział Azjata.

Tim i Joe wystąpili jako pierwsi. Pełna winda ruszyła do hangaru.

– Jakiego jesteś wyznania, kocie? – rzucił ktoś z tyłu.

– A katolików zabijasz? Czy tylko Żydów?

– Nie patrz na mnie – powiedział Tim, gdy Joe przewrócił oczami – To cyrk na twoją cześć.

– Nie słuchaj tych bałwanów – powiedział Azjata. – Jak żołądek?

– Lepiej – odpowiedział Joe.

– Jedz dużo musu i pij wodę. Mi to pomogło. Po miesiącu przywykniesz. – Joe nie mógł patrzeć Azjacie w oczy, ciągle wilgotne, jakby miał zaraz płakać. – To nie było głupie pytanie, tylko niewygodne. A armia takich nie lubi. Ale lepiej, żebyś nie myślał o nich jak o ludziach. Cel. Zapamiętaj to słowo i wbij sobie do głowy. To recepta na spokojny sen.

– Dzięki. Postaram się zapamiętać.

Winda stanęła. Drzwi rozsunęły się i ujrzeli Szturmowce – cadillaki przestworzy. Hangar wypełniał personel techniczny przygotowujący maszyny do lotu.

– Powodzenia – powiedział Tim.

– Do zobaczenia na stacji – odpowiedział Joe. 

 

*

Wszedł do kokpitu. Zapiął maskę tlenową i uruchomił procedurę przygotowawczą. Osłona kabiny powoli opadła z sykiem. Joe uruchomił test szczelności. Wszystkie parametry były w normie.

– Czerwona Jedynka, czy wszystko ok? – Zatrzeszczał głośnik komunikatora.

– Kabina szczelna, mogę podjeżdżać – odpowiedział.

Szturmowiec ruszył na ruchomej platformie do luku startowego. Joe poradził sobie na wszystkich symulacjach. Dwa próbne loty orbitalne zaliczył celująco. Był najlepszy na roku, a w maszynie czuł się jak w samochodzie – to był żywioł Joego. A mimo to drżał. Ręce dygotały, a pod maską czuł krople potu.

Szarpnęło maszyną. Platforma uniosła Szturmowca pod kątem czterdziestu pięciu stopni i skierowała kokpitem do luku.

– Opuszczamy. – Zaskrzeczał komunikator.

Joe zjechał w zupełną ciemność. Gdzieś z tyłu usłyszał trzask. Zamknięto śluzę.

– Tu Czerwona Piątka, jak mnie słyszycie? – odezwał się dowódca grupy.

– Dwójka gotowy w luku.

– Czwórka wjechał do dołka.

– Trójka gotowy.

– Jedynka? Jedynka, jesteś z nami czy zastanawiasz się nad wyznaniem Farandżijja?

Joe spojrzał na komunikator. Coś w nim narastało. Czuł, że za chwilę wszystko się zmieni.

– Jedynka, potwierdź gotowość.

– Tu Jedynka, gotowy – powiedział.

– Tu dowódca Czerwonych, jesteśmy gotowi.

Część dawnego Joe zniknie.

– Czerwoni, otwieramy zewnętrzne śluzy.

Na zawsze.

– Odpalamy za…

I nigdy już nie wróci.

– Pięć, cztery…

Metalowa spirala rozwijała się. Joe widział fragment czerwonej planety w czarnym bezkresie.

– Trzy, dwa…

Na łuku sfery zobaczył różową poświatę połyskującą niczym aureola.

– Jeden. Zwalniamy blokadę. Powodzenia, chłopaki.

Szturmowiec wysunął się z luku. Bezwładnie wirował w przestrzeni. Joe zobaczył stację Szóstej Dywizji zawieszoną nad linią Kármána i statki wylatujące z kadłuba niczym owady z gniazda.

– Czerwoni, na mój znak odpalamy silniki.

Joe oprzytomniał. Uruchomił żyroskop i wbił koordynaty na planetę. Szturmowiec powoli ustawił się kokpitem w stronę różowej sfery.

– Odpalamy.

Joe uruchomił silniki do skoku grawitacyjnego. Szturmowce pomknęły przez czarną pustkę, zostawiając za sobą ogniste smugi. Niczym rydwany ognia.

 

*

W kantynie panowała wrzawa. Pierwszy lot bojowy został zakończony sukcesem. Jeden Szturmowiec został strącony. Pilot przeżył. Przejęły go siły kolonialne i czekał teraz na powrót do stacji.

– Kiedy wziąłeś ostatnią tabletkę? – zapytał Joe.

– A ty? – Tim otworzył pudełko racji pancernych i połknął niebieską pigułkę.

– Przed powrotem na stację. Nie miałem już siły. Oczy mi się zamykały.

– To błąd – powiedział Tim. – Ja wziąłem pierwszą w luku startowym. Kolejną w czasie akcji i nawet nie pomyślałem o spaniu.

– To po co ci następna?

– Ta już jest dla zabawy. – Tim mrugnął do Joe. – Twoja drużyna świetnie się spisała. Jak myślisz, kto zostanie dowódcą?

– Chyba Trójka. To on pierwszy namierzył cel.

Rozmowy przerwał huk wystrzału. Piloci zerwali się z miejsc. Ktoś pędził w stronę kajut. Ruszyli biegiem. Na miejscu był już medyk i starszy oficer. Joe przecisnął się przez tłum. Azjata siedział na koi, oparty o ścianę obryzganą krwią. Z ust dowódcy Czerwonych wylatywała cienka strużka dymu.

 

Zdjęcie

Joe zatrzasnął drzwi kajuty. Przed oczami wciąż miał budynki z czerwonej gliny i ludzi biegających uliczkami. Byli jak mrówki w zagłębieniach między płytami chodnika. Miasto w jednej chwili eksplodowało, a fragmenty domów wylatywały w powietrze wśród płomieni.

Pamiętał iskry na poszyciu szturmowca, gdy pociski z obrony naziemnej odbijały się od pancerza. Koloniści walczyli chaotycznie, strzelali na oślep. A drużyna Joe była precyzyjna, zsynchronizowana. Każdy manewr, nurkowanie i atak – perfekcyjny. Przez chwilę widział inne grupy nacierające na miasto. Harmonia, z jaką działali, była piękna. Był dumny, że był częścią tej niszczycielskiej perfekcji.

Dlaczego się zastrzelił? Dowódca był opanowany. Wydawał rozkazy precyzyjnie, bez chwili wahania. Joe nie mógł przypomnieć sobie niczego, co tłumaczyłoby to, co zrobił – poza łzami na policzkach Azjaty.

Podniósł hełm z koi i podszedł do szafki, otworzył drzwi. Spojrzał na zdjęcie oparte na górnej półce. Obrócił się, ale był sam. Odwiesił hełm i zabrał fotografię. To był negatyw starego typu – z jednej strony czarny z białym paskiem. Na drugiej był obraz drzewa. Nic więcej.

(„Strażnik mokradeł” Anna Słoncz)

*

Tu dowódca, przygotować się do odpalenia grawitacyjnych – zakomunikował Joe. – Odpalamy.

Moc silników do skoku grawitacyjnego wciskała ciało w fotel. Joe na tym etapie nie panował nad maszyną – mógł tylko kontrolować ciało. Kadłub rozbłysł, a dziób Szturmowca otoczyły płomienie. Kokpit trząsł się, gdy statek przebijał kolejne warstwy atmosfery. Przeciążenie gniotło klatkę piersiową, ciśnienie pulsowało w skroniach. Joe włączył chłodzenie kabiny. Szturmowiec wpadł w czerwonoróżową masę. Teraz najważniejsze, by nie stracić przytomności. Zwiększył dawkę tlenu.

– Czerwoni, meldować – nadał komunikat.

– Czwórka na miejscu.

– Trójka jestem.

– Dwójka w chmurach.

– Piątka obecny.

– Przesyłam koordynaty – zakończył.

Joe zamarł, gdy maszyna przebiła się przez chmury. Jaskrawe, wermilionowe niebo przeważało barwą nad różem obłoków i zachwycało bezkresem. Szturmowce ustawiły się w szyk i pomknęły w stronę celów.

 

*

Joe siedział na koi i patrzył na zdjęcie obrazu. Był chyba namalowany farbami akrylowymi. Samotne drzewo. Stare. Pozbawione liści. Z gałęzi zwisały porosty, jak szczępy włosów na głowie starca. W tle, na ciemnym niebie, kłębiły się brudnoszare chmury. Faktura płótna sprawiała wrażenie drobnego deszczu.

– Idzie na burzę – wyszeptał Joe.

 

*

– Odpaliłem ostatni ładunek kierowany, trafił w wieżę. Rakieta wbiła się i eksplodowała. Wybuch rozsadzał konstrukcję od środka. – Szczęka Tima chodziła na boki, oczy były w ciągłym ruchu, gdy połknął kolejną tabletkę racji pancernych. – Fragmenty wieży fruwały w powietrzu, gdy pękła w połowie i runęła na budynki. Zobaczyłem konwój między domami. Zanurkowałem. Pociskami rwałem karoserie samochodów jak papier. Dwadzieścia pojazdów. Po drugim ataku wszystkie płonęły. To było…

Joe patrzył na szeroko otwarte oczy Tima, na uchylone usta. Na zachwyt odbierający mowę.

– Wspaniałe – powiedział Joe.

– Tak. To było wspaniałe.

 

*

Joe otworzył oczy. Leżał spokojnie na koi, w ciemnej kajucie. Zastanawiał się, co go obudziło. To pewnie był sen. Nie pamiętał, o czym. Próbował z całych sił przypomnieć sobie choćby fragment. Był pewien, że było w nim coś ważnego, ale nie potrafił przywołać żadnego obrazu. Czuł tylko zimno – przenikający chłód, który pozostał z nim na jawie.

Po drugiej stronie

– Czwórka, uważaj na baterie po prawej, walą do ciebie jak do kaczki!

Joe pchnął drążek, zmuszając maszynę do nurkowania. Przemknął między dwoma budynkami i nacisnął spust. Pociski rwały chodnik, nim trafiły w barykadę z działkiem przeciwlotniczym. Pociągnął drążek. Zobaczył błysk. Szturmowiec zawirował. Rakieta przeleciała tuż obok lewego skrzydła.

– Spokojnie, Jedynka, już go mam. – Zatrzeszczał komunikator.

Joe zobaczył, jak Piątka posyła pocisk naprowadzający w budynek. Dwupiętrowy dom wyleciał w powietrze, rozrzucając fragmenty konstrukcji i ciał.

– Dobry strzał, Piątka. – Kogoś zakomunikował.

Joe zawrócił maszynę w stronę baterii przeciwlotniczej. W chwili gdy Czwórka dostał w ster.

– Spadam. – Nadał krótko pilot.

– Katapultuj się! Czwórka! – wrzasnął Joe.

Szturmowiec z numerem cztery zdołał zawrócić w stronę ostrzeliwującej maszynę baterii i zanurkował. Eksplozja silników Czwórki zmiotła pobliskie budynki. W miejscu stanowiska obrotnego powstał płomienny grzyb.

Na łączach panowała cisza. Joe poderwał maszynę i zakołował nad miastem. Pozostałe Szturmowce dołączyły do szyku.

– Wszystkie cele zostały zniszczone. – Nadał Piątka. – Czekamy na rozkazy, Jedynka.

Joe patrzył na puste miejsce w formacji.

– Przygotować się do natarcia – powiedział. – Wypalić mi tu wszystko do ziemi.

– Za Czwórkę! – Zatrzeszczał komunikator.

 

*

– Wiesz, mam taki powracający sen – zaczął Joe, gdy Tim podał mu dwie tabletki racji pancernych. – Masz takie?

– Ja nie sypiam – odpowiedział przyjaciel i połknął niebieskie pigułki.

– Ja nie wiem, czy śpię. To chyba coś pomiędzy. – Joe zapił tabletki piwem. – Ale śnię. A może to tylko przywidzenia? Halucynacje?

– Ale się powtarza?

– Tak.

– I co widzisz? – zapytał Tim.

– Stoję w zaszlamionej wodzie. Z trudem mogę stawiać kroki. Na powierzchni unosi się mgła. Dookoła jest cicho i szaro. Na ciemnym niebie zbierają się burzowe chmury. Widzę drzewo porośnięte mchem, zamiast liści z gałęzi zwisają porosty. Jest stare, o grubym, ciemnym pniu i połamanych gałęziach. Stoi na niewielkim wzniesieniu, wystającym ponad breję, w której brodzę. Idę w stronę drzewa, a im jestem bliżej, tym woda jest bardziej gęsta. Coś czepia się nóg. W końcu widzę nad sobą gałęzie i dyndające zielsko. To stare drzewo chyba wyznacza granicę. Niczym strażnik. Cichy i groźny. Nie broni mi przejść, ale ostrzega, że coś jest za pniem.

– I co jest za drzewem?

– Nie wiem. Boję się sprawdzić.

 

*

Szturmowce leciały nisko, w luźnym szyku. Skały w kolorze dojrzałych truskawek odcinały się od karminowego piachu. Na horyzoncie różowe chmury wisiały nisko nad ziemią. Była tylko drużyna Joego. Lot rozpoznawczy nie przyniósł żadnych nowych informacji o rebeliantach.

– Chłopaki, jeszcze dwa miesiące – odezwał się Czwórka.

– Młodzi zdechną tu z nudów. Rozbiliśmy każdy bunt, wszystkie powstania spacyfikowane. Co oni będą tu robić? – powiedział Trójka.

– Pić piwo i ćpać racje pancerne – odezwała się Dwójka.

– To niesprawiedliwe – poskarżył się Trójka.

– A kto mówił, że życie jest sprawiedliwe? – zapytał Czwórka.

– Twoja stara, Czwórka, gdy jej dobrze zrobiłem. – Trójka zaśpiewał jak wokalista grupy gospelowej.

– Przestańcie – uciął Joe. – Tu zawsze jest ktoś, z kim trzeba walczyć.

– Święte słowa, szefie – powiedział Dwójka. – Podludzie nie potrafią żyć w pokoju. Gdyby nie było Szóstej Dywizji, zabijali by się między sobą.

– Budynki na jedenastej – zakomunikował Piątka.

– Sprawdź to – rozkazał Joe. – Skupcie się. Szyk bojowy, zabezpieczymy teren wokół celu.

Piątka odbiła od formacji. Pozostałe Szturmowce wzniosły się wyżej i zatoczyły szeroki krąg nad okolicą. Joe widział, jak Piątka dwukrotnie przelatuje nad budynkami.

– Proszę o zgodę na otwarcie ognia. – Zatrzeszczał komunikator.

– Czy to rebelianci? – zapytał Joe.

– Mam takie podejrzenie.

Joe przypomniał sobie, jak wspina się po śliskim zboczu. Dotyka czarnej kory – mokrej i zimnej. Palce wciska w bruzdy, uczepiony chropowatej powierzchni wyciąga nogi z zielonej brei. Pień góruje nad Joe. Porosty powiewają na wietrze.

– Jedynka, czy mogę prosić o zgodę na akcję?

– Tak bardzo się boję – wyszeptał Joe. – Ale muszę wiedzieć, co jest po drugiej stronie.

– Szefie, wszystko dobrze? – zapytał Dwójka.

– Tak. – Joe znów czuł ciepło promieni wpadających do kokpitu, widział horyzont w kilku odcieniach czerwieni. – Piątka, masz wolną rękę. 

W miejscu, gdzie kołowała Piątka, podniosła się chmura pyłu, gdy pociski uderzyły w karminowy piach. Zabudowania eksplodowały.

– Pociągnął ich z V czwórki, podwójny ładunek robi robotę – powiedział Trójka.

– I zajebiście wygląda, spójrzcie na te płomienie – zachwycił się Dwójka.

– Popisuje się. Mógł załatwić sprawę działkiem. Kaliber trzydzieści milimetrów zostawiłby tu siekane – odezwał się Czwórka.

Szturmowce nadleciały nad pogorzelisko. Piątka dołączyła do szyku. Chłopcy dyskutowali, oceniając zniszczenia. Joe im nie przeszkadzał. Z kabiny patrzył na płonące budynki i ciała leżące w piachu. Spomiędzy ruin jednego z domów wybiegła postać. Naga, osmolona. Czerwone plamy na skórze dziewczynki wyglądały na poważne oparzenia. Stanęła nad rozerwanymi ciałami ludzi i zwierząt. Patrzyła. Nie mogła zrozumieć, co się stało z matką, ojcem i rodzeństwem, którzy pracowali przed domem.

 

*

Stopa osunęła się wraz z ziemią i mchami, które wpadły do gęstej wody. Joe złapał czarny kikut, podciągnął się i objął pień. Był przerażająco zimny i mokry. Spojrzał w koronę drzewa. Gałęzie wisiały nieruchomo. Zbierały deszczówkę, która spływała po porostach. Joe, wtulony, szedł wokół pnia. Z czołem przyciśniętym do chropowatej struktury widział tylko krople i mech rosnący w szerokich bruzdach. Ziemia sypała się pod nogami. Stopy zjeżdżały po mokrej, śliskiej powierzchni. Przesuwał dłonie, zahaczał palcami o korę i stawiał krok za krokiem. Gdy był pewien, że jest po drugiej stronie. Zamknął oczy, odwrócił się i oparł plecy o drzewo.

– Proszę – powiedział.

Dookoła panowała cisza.

– Błagam! Niech was tam nie będzie!

Deszcz kapał na twarz, spływał po policzkach i szyi. Przeraźliwie zimny.

– Niech was nie będzie!

Odchylił głowę i otworzył oczy. Chmury zasnuły czarne niebo, kłębiły się i wirowały.

– Błagam!

Spojrzał na rozlewisko. Mokradła ciągnęły się po horyzont, a ciała leżały tuż pod powierzchnią wody – okaleczone, niepełne, o białej, rozmokłej skórze.

 

*

Joe obudził się. Wyciągnął zdjęcie spod poduszki i przyglądał się samotnemu drzewu. Wstał i odłożył fotografię do małej wnęki w szafce. Wyciągnął pistolet z kabury i usiadł na koi. Odbezpieczył broń i wsadził lufę do ust. Po raz pierwszy w życiu miał poczucie, że sam stanowi o sobie.

 

Koniec

Komentarze

Hłe hłe, kurdebele hłe, wrócę z dłuższym komentarzem wkrótce, jak czas się przestanie skraplać, ale muszę powiedzieć, że fajniutko, że następny z autorów Księgi ruszył do malarskiego boju :)

Czuję, kurczę, że nie bardzo co mam się wygłupiać z moim tekstem wobec aż takiej konkurencji – ale jednak, co mi tam, też coś skrobnę, skoro się zadeklarowałem – i żeby silver miał trochę trudniej, buahahahaha….

 

Ogólnie – podobało się, choć parę razy się zatrzymałem, ale to bardziej ja chyba coś, niż opko samo w sobie (ja dziś wszystko robię w pośpiechu i nie mam na nic czasu, a przydałoby się jeszcze Księgę promować – a nie mam kiedy, smuteczek, że wiem że nikt poza mną tego nie zrobi :/ ).

Przykładowo, nie wiem w sumie dlaczego nie spodobało mi się to zdanie:

“W klubie oficerskim młodzi piloci oddawali się pijaństwu i rozpuście.”

Może chodzi o szyk (rozpuście i pijaństwu brzmiałoby lepiej?) a może po prostu to, że dla mnie rozpusta zawiera w sobie pijaństwo a nie tylko rozkosze zgoła inne. Jak widać – ciężki ze mnie czytelnik (przynajmniej dziś).

Na szybko – widać, że nastrój Księgi nadal jest w autorach bo mocno zmysłowe to opowiadanie :)

 

Tak czy siak – klikam – a z dłuższym komentarzem wrócę jak odnajdę czas.

 

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Hej Jim :) Dziękuję za odwiedziny i czekam na rozbudowany komentarz :). Zaciekawiła mnie rozpusta i pijaństwo;). Ale muszę się nie zgodzić. Bo rozpusta głównie dotyczy sfery seksualnej, a pijaństwo prowadzi do rozpusty, czasem rozpusta może prowadzić do pijaństwa, ale to już są ciężkie przypadki ;). Dzięki za klika i pozdrawiam ;)

"On jest dziwnym wirtuozem – Na organach ludzkich gra Budząc zachwyt albo grozę, Myli się, lecz bal wciąż trwa. Powiedz, kogo obchodzi gra, Z której żywy nie wychodzi nigdy nikt? Tam nic nie ma! To złudzenia! Na sobie testujemy Każdą prawdę i mit."

Najpierw jeszcze muszę wysmarować rozbudowany koment Jolce :)

Ale do Ciebie wrócę, jak tylko znajdę czas :)

ksiegamiliona.pl - premiera już 14 lutego 2026 // entropia nigdy nie maleje // Outta Sewer: Jim, in­dio­to Ty, nadal chyba nie ro­zu­miesz

Taa… człowiek bez większego namysłu przystępuje do konkursu, wierząc, że czekają go same honory, a potem czyta to opowiadanie… i w tym miejscu chyba lepiej zamilknąć…

 

Świetne opowiadanie i świetnie napisane. Szczególnie uderzył mnie sposób, w jaki pokazałeś rozpad człowieczeństwa Joego – od pewnego siebie kadeta, przez oficera stopniowo wchodzącego w tryby systemu, aż po złamanego żołnierza, który w końcu zaczyna widzieć prawdę. Symbol zdjęcia, tego przeklętego obrazu drzewa, jest genialny: to jego sumienie, którego nie da się zgubić, nawet wtedy, gdy cały świat każe o nim zapomnieć.

https://www.wattpad.com/story/406947996-kroniki-eidonu-korekta

Cześć!

Wybór obrazu nie zapowiada takiej historii, zaskoczyłeś mnie zupełnie :) Z jednej strony stworzyłeś prosty świat z niewidocznym na powierzchni totalitaryzmem, a z drugiej bohatera, który prawie się przystosował… Angażująca opowieść.

Gdzieś po drodze chyba brakuje fragmentu zdania, ale teraz nie mogę znaleźć.

Pozdrawiam!

Niemal przez cały czas,  czułam narastające napięcie, a im dalej wchodziłam w historię, tym trudniej było mi się od niej oderwać, mimo że wiele scen było ciężkich. Przemiana Joe była dla mnie bardzo poruszająca, bo widać, jak krok po kroku coś w nim gaśnie i jak coraz trudniej mu się sprzeciwić temu, co go otacza. Wykorzystanie obrazu jako zdjęcia, które przenosi klątwę, to naprawdę świetny pomysł. Dzięki temu historia zyskuje dodatkowy niepokój. Końcówka zafundowała mi prawdziwy emocjonalny rollercoaster. Podsumowując – mega dobra historia.

Nie ma ucieczki od mroku, jeśli to on sam prowadzi twoje kroki.

 

Hejo:) Lepsze niż cokolwiek co czytałem w ostatniej NF. Może mam wypaczony gust i lubię paramilitarystyczne bzdety. Albo poprostu nie lubię, panoszącej się tam ostatnio obyczajówki;). Zresztą co ja tam mogę wiedzieć. Ostatnie dwa teksty które mogę przywołać z pamięci to " Prawa Murphy'ego" i tekst o jakichś słowiańskich bożkach gdzie na koniec główna bohaterka znajduje zaskrońca na pralce. Mi się.. :). Zresztą NF kupuję już zasadniczo tylko dla felietonów, i dla tego że utrzymują forum.

Czołg może wpaść w poślizg na zwłokach, na asfalcie

Wobec SZTUKI – powaga i milczenie.

Ona daje prawdziwe ukojenie.

Dziękując, przed Twórcami chylę czoła,

Więcej zachwytów wyrazić nie zdołam…

 

Pecunia non olet

Nowa Fantastyka